Рыбаченко Олег Павлович
Dzieci Kontra Czarodzieje

Самиздат: [Регистрация] [Найти] [Рейтинги] [Обсуждения] [Новинки] [Обзоры] [Помощь|Техвопросы]
Ссылки:
Школа кожевенного мастерства: сумки, ремни своими руками Юридические услуги. Круглосуточно
 Ваша оценка:
  • Аннотация:
    Teraz dziecięce siły specjalne walczą z armią orków i Chińczyków. Złośliwi czarodzieje próbują podbić Daleki Wschód. Ale Oleg, Małgorzata i inni młodzi wojownicy walczą i bronią ZSRR!

  DZIECI KONTRA CZARODZIEJE
  ADNOTACJA
  Teraz dziecięce siły specjalne walczą z armią orków i Chińczyków. Złośliwi czarodzieje próbują podbić Daleki Wschód. Ale Oleg, Małgorzata i inni młodzi wojownicy walczą i bronią ZSRR!
  PROLOG
  Chińczycy atakują ramię w ramię z hordami orków. Pułki rozciągają się aż po horyzont. Poruszają się również wojska na mechanicznych rumakach, czołgach i niedźwiedziach z kłami.
  Ale przed nami stoją niezwyciężone dziecięce siły specjalne.
  Oleg i Margarita celują z działa grawitacyjnego. Chłopiec i dziewczynka opierają się na bosych, dziecięcych stopach. Oleg naciska przycisk. Zostaje wyemitowany strumień hipergrawitacyjny o ogromnej, śmiercionośnej sile. Tysiące Chińczyków i orków zostaje natychmiast zmiażdżonych, jakby przejechał po nich walec drogowy. Brzydkie niedźwiedzie, które tak bardzo przypominały orki, trysnęły czerwonobrązową krwią. To było zabójcze ciśnienie.
  Oleg, który wyglądał na chłopca w wieku około dwunastu lat, śpiewał:
  Mój ukochany kraj Rosja,
  Srebrna zaspa i złote pola...
  Moja panna młoda będzie w nim wyglądać piękniej,
  Uszczęśliwimy cały świat!
  
  Wojny ryczą jak piekielny ogień,
  Puch kwitnących topoli popadł w niełaskę!
  Konflikt płonie żarem kanibalizmu,
  Faszystowski megafon ryczy: zabić ich wszystkich!
  
  Zły Wehrmacht przedarł się do obwodu moskiewskiego,
  Potwór sprawił, że miasto spłonęło...
  Królestwo podziemi przybyło na Ziemię,
  Sam Szatan przyprowadził armię do Ojczyzny!
  
  Matka płacze - jej syn został rozszarpany,
  Bohater zostaje zabity - zyskując nieśmiertelność!
  Taki łańcuch to ciężki ciężar,
  Kiedy bohater osłabł jako dziecko!
  
  Domy są spalone - wdowy płaczą,
  Kruki zleciały się, żeby porwać ciała...
  Boso, w łachmanach - dziewczęta są zupełnie nowe,
  Bandyta zabiera wszystko, co nie jest jego!
  
  Panie Zbawicielu - wołają usta,
  Przyjdź szybko na grzeszną Ziemię!
  Niech Tartar zamieni się w słodki raj,
  A pionek znajdzie drogę do królowej!
  
  Nadejdzie czas, gdy zło nie będzie trwało wiecznie,
  Radziecki bagnet przebije nazistowskiego węża!
  Wiedz, że jeśli nasze cele są humanitarne,
  Zniszczymy Hades-Wehrmacht u korzeni!
  
  Wkroczymy do Berlina przy dźwiękach bębnów,
  Reichstag pod szkarłatno-czerwoną flagą!
  Na święta zjemy kiść lub dwie bananów,
  Przecież oni przez całą wojnę nie znali kalachu!
  
  Czy dzieci zrozumieją ciężką pracę wojskową,
  O co walczyliśmy? Oto jest pytanie.
  Dobry świat nadejdzie - wiedz, że wkrótce nadejdzie nowy,
  Najwyższy Bóg - Chrystus - wskrzesi każdego!
  A dzieciaki strzelały, a inni strzelali. Zwłaszcza Alisa i Arkasza strzelały z hiperblasterów. Pashka i Maszka strzelali, Wowa i Natasza też. To był naprawdę kolosalny efekt.
  Zabiwszy kilkaset tysięcy Chińczyków i orków, dzieci wystartowały, używając pasów ultragrawitacyjnych, i teleportowały się w inną część frontu. Tam, gdzie maszerowały niezliczone hordy Mao. Było tam już wielu Chińczyków, a wraz z orkami było ich jeszcze więcej. Setki milionów żołnierzy spadały na ZSRR niczym lawina. Ale dzieci pokazały swój prawdziwy potencjał. To byli prawdziwi superwojownicy.
  A Swietłana i Pietka - chłopiec i dziewczynka z dziecięcych oddziałów specjalnych - również strzelają hiperlaserami do hordy i rzucają darami zagłady bosymi stopami. To jest zabójcze. I nikt nie jest w stanie powstrzymać dziecięcych oddziałów specjalnych.
  Valka i Saszka również atakują Orków. Używają niszczycielskich promieni kosmicznych i laserowych. I uderzają Orków i Chińczyków ze śmiertelną siłą.
  Fedka i Anżelika również walczą. Dzieci-wojownicy zostają wystrzeleni z wyrzutni hiperplazmy. Niczym gigantyczny wieloryb wyrzucający ognistą fontannę. To prawdziwy pożar, który ogarnia wszystkie pozycje Niebiańskiego Imperium.
  A czołgi dosłownie się topią.
  Lara i Maximka, również dzielne dzieci, używają podoficerskiej broni laserowej, która wywołuje efekt zamrażania. Zamieniają orków i Chińczyków w bryły lodu. A same dzieci uderzają się w bose stopy i kłują pulsarami. I śpiewają:
  Jak świat może zmienić się z dnia na dzień,
  Bóg Święty Stwórca rzuca kością...
  Kalifie, czasami jesteś spokojny przez godzinę,
  Wtedy stajesz się pustym zdrajcą samego siebie!
  
  Wojna tak działa na ludzi,
  Wielcy ludzie też płoną w ogniu!
  I chcę powiedzieć kłopotom - odejdźcie,
  Jesteś jak bosonogi chłopiec w tym świecie!
  
  Ale przysiągł wierność swojej ojczyźnie,
  Przysięgłem jej w naszym dwudziestym pierwszym wieku!
  Aby zachować Ojczyznę - mocną jak metal,
  Przecież siła ducha leży w mądrym człowieku!
  
  Znalazłeś się w świecie, w którym hordy zła są legionem,
  Faszyści pędzą szaleńczo i wściekle...
  A w myślach żony piwonia w dłoniach,
  I chciałbym słodko przytulić moją żonę!
  
  Ale musimy walczyć - to nasz wybór,
  Nie możemy pokazać, że byliśmy tchórzami w bitwie!
  Wpadnij w szał niczym skandynawski demon,
  Niech Führer straci czułki ze strachu!
  
  Nie ma słowa - poznajcie bracia, wycofajcie się,
  Podjęliśmy odważną decyzję o pójściu naprzód!
  Taka armia stanęła w obronie Ojczyzny,
  W co przekształciły się śnieżnobiałe łabędzie w szkarłacie!
  
  Ojczyznę - my ją zachowamy,
  Odeprzyjmy groźnego Fritza z powrotem do Berlina!
  Cherubin odlatuje od Jezusa,
  Kiedy baranek stał się chłodną Malutą!
  
  Złamaliśmy róg Fritza pod Moskwą,
  Jeszcze silniejsza, Bitwa Stalingradzka!
  Choć los jest dla nas bezlitosny,
  Ale będzie nagroda - wiedz, że będzie królewska!
  
  Jesteś panem swojego losu,
  Odwaga i waleczność - to czyni mężczyznę!
  Tak, wybór jest wieloaspektowy, ale wszystko jest jedno -
  Nie można utopić wszystkiego w pustych słowach!
  Tak śpiewali dzieci-terminatorzy z kosmicznych sił specjalnych. Batalion chłopców i dziewcząt został rozlokowany wzdłuż linii frontu. I rozpoczęła się systematyczna eksterminacja Chińczyków i orków za pomocą różnych broni kosmicznych i nanobroni.
  Oleg, strzelając, zauważył:
  -ZSRR to wspaniały kraj!
  Margarita Magnetic, uwalniająca pulsary bosymi palcami stóp, zgodziła się z tym:
  - Tak, wspaniale, i nie tylko pod względem siły militarnej, ale i moralności!
  Tymczasem do walki przystąpiły starsze dziewczęta, które wcześniej również służyły w dziecięcych oddziałach specjalnych, lecz tym razem nie były to dziewczynki, lecz młode kobiety.
  Piękne radzieckie dziewczyny wsiadły do czołgu z miotaczem ognia. Miały na sobie tylko bikini.
  Elżbieta nacisnęła przycisk joysticka bosymi palcami u stóp, wypuściła strumień ognia w stronę Chińczyków, paląc ich żywcem, i zaśpiewała:
  - Chwała światu komunizmu!
  Elena również uderzyła wroga bosą stopą, wypuściła strumień ognia i krzyknęła:
  - Za zwycięstwa naszej Ojczyzny!
  A Chińczycy płoną mocno. I zostają spaleni.
  Jekaterina również oddała strzał z miotacza ognia, tym razem używając bosego obcasa, i krzyknęła:
  - Dla wyższych pokoleń!
  I w końcu Eufrozyna również uderzyła. Jej bosa stopa uderzyła z wielką energią i siłą.
  I znów Chińczycy oberwali bardzo mocno. Zalała ich ognista, paląca fala.
  Dziewczęta palą wzory i śpiewają, szczerząc zęby i mrugając jednocześnie swoimi szafirowymi i szmaragdowymi oczami:
  Wędrujemy po całym świecie,
  Nie patrzymy na pogodę...
  A czasami nocujemy w błocie,
  A czasami śpimy z bezdomnymi!
  A po tych słowach dziewczyny wybuchnęły śmiechem. I pokazały języki.
  A potem zdejmą biustonosze.
  A Elżbieta znów uderza wroga za pomocą swoich szkarłatnych sutków, naciskając nimi na joysticki.
  Po czym zagwiżdże i ogień z lufy doszczętnie spali Chińczyka.
  Dziewczynka gruchała:
  -Tutaj błyskają hełmy,
  I gołą klatką piersiową rozrywam napiętą linę...
  Nie ma potrzeby głupiego wycia - zdejmijcie maski!
  Elena chwyciła stanik i również go zdjęła. Nacisnęła przycisk joysticka swoim szkarłatnym sutkiem. I znów buchnął strumień ognia, spalając masę chińskich żołnierzy.
  Elena wzięła ją i zaśpiewała:
  Może kogoś uraziliśmy na próżno,
  A czasami cały świat szaleje...
  Teraz dym się unosi, ziemia płonie,
  W miejscu, gdzie kiedyś stało miasto Pekin!
  Catherine zachichotała i zaśpiewała, szczerząc zęby i naciskając przycisk swoim rubinowym sutkiem:
  Wyglądamy jak sokoły,
  Szybujemy jak orły...
  Nie toniemy w wodzie,
  Nie spalamy się w ogniu!
  Euphrosyne wzięła i uderzyła wroga za pomocą swojego truskawkowego sutka, nacisnęła przycisk na joysticku i ryknęła:
  - Nie oszczędzaj ich,
  Zniszcz wszystkich skurwysynów...
  Jak miażdżące pluskwy,
  Bij ich jak karaluchy!
  A wojownicy błyszczeli perłowymi zębami. A co kochają najbardziej?
  Oczywiście, lizanie językiem pulsujących, jadeitowych pręcików. I to jest taka przyjemność dla dziewczyn. Nie da się tego opisać długopisem. Przecież one kochają seks.
  A oto i Alenka, strzelająca do Chińczyków z potężnego, ale lekkiego karabinu maszynowego. A dziewczynka krzyczy:
  - Zabijemy wszystkich naszych wrogów na raz,
  Dziewczyna zostanie wielką bohaterką!
  A wojowniczka przyjmie go i bosymi palcami rzuci śmiercionośny dar. I rozniesie w pył masę chińskich żołnierzy.
  Ta dziewczyna jest naprawdę super. Mimo że siedziała w poprawczaku. Tam też chodziła boso, w więziennym uniformie. Chodziła boso nawet po śniegu, zostawiając po sobie wdzięczne, niemal dziecięce ślady. I czuła się z tym świetnie.
  Alenka nacisnęła przycisk bazooki swoim szkarłatnym sutkiem. Uwolniła niszczycielski dar śmierci i zaćwierkała:
  Dziewczyna miała wiele dróg,
  Chodziła boso, nie oszczędzając stóp!
  Anyuta okładała swoich przeciwników ogromną agresją i rzucała grochem z niszczycielską siłą, używając bosych palców u stóp.
  A jednocześnie strzelała z karabinu maszynowego. I robiła to całkiem celnie. A jej karmazynowy sutek, jak zwykle, był w akcji.
  Anyuta nie ma nic przeciwko zarabianiu dużych pieniędzy na ulicy. W końcu jest przepiękną i seksowną blondynką. A jej oczy błyszczą jak chabry.
  A jaki zwinny i figlarny jest jej język.
  Anyuta zaczęła śpiewać, szczerząc zęby:
  Dziewczyny uczą się latać,
  Z sofy prosto do łóżka...
  Z łóżka prosto do kredensu,
  Z bufetu prosto do toalety!
  Zadziorna, rudowłosa Alla również walczy jak twardzielka, z niezbyt oschłą postawą. A jeśli się rozkręci, nie odpuści. I zaczyna miażdżyć wrogów z wielkim zapałem.
  I bosymi palcami u stóp rzucać w swoich wrogów dary zagłady. To jest prawdziwa kobieta.
  A gdy naciśnie przycisk bazooki swoim szkarłatnym sutkiem, rezultatem będzie coś niezwykle śmiercionośnego i niszczycielskiego.
  Alla to naprawdę zadziorna dziewczyna. A jej miedziano-rude włosy powiewają na wietrze jak flaga nad zorzą polarną. To dziewczyna z najwyższej półki. I potrafi zdziałać cuda z mężczyznami.
  A jej bosy obcas rzucił paczkę z materiałami wybuchowymi. I eksplodowała z kolosalną siłą. Wow, to było niesamowite!
  Dziewczynka wzięła ją i zaczęła śpiewać:
  - Kwitną jabłonie,
  Kocham mężczyznę...
  A dla piękna,
  Uderzę cię w twarz!
  Maria jest dziewczyną o wyjątkowej urodzie i walecznym duchu, niezwykle agresywną i piękną jednocześnie.
  Naprawdę chciałaby pracować w burdelu jako nocna wróżka. Ale zamiast tego musi walczyć.
  A dziewczyna, bosymi stopami, rzuca śmiercionośny dar zagłady. I masa wojowników Imperium Niebiańskiego zostaje rozdarta. I rozpoczyna się totalitarna destrukcja.
  A potem Maria, z truskawkowym sutkiem, naciska przycisk i wylatuje kolosalny, niszczycielski pocisk. Trafia on chińskich żołnierzy, miażdżąc ich w trumnie.
  Maria wzięła ją i zaczęła śpiewać:
  My dziewczyny jesteśmy bardzo fajne,
  Z łatwością pokonaliśmy Chińczyków...
  A stopy dziewcząt są bose,
  Niech nasi wrogowie zostaną wysadowani w powietrze!
  Olympiada również walczy pewnie, strzelając seriami, siejąc spustoszenie wśród chińskich żołnierzy. Buduje całe stosy trupów i ryczy:
  - Raz, dwa, trzy - roznieść wszystkich wrogów na kawałki!
  A dziewczyna, bosymi palcami stóp, rzuca dar śmierci z wielką, śmiercionośną siłą.
  A potem jej błyszczące kevlarowe sutki eksplodują niczym pioruny w stronę Chińczyków, co jest całkiem fajne. A potem wrogowie zostają zmasakrowani i spaleni napalmem.
  Olimpiada wzięła i zaczęła śpiewać:
  Królowie mogą wszystko, królowie mogą wszystko,
  A o losie całej ziemi czasami decydują...
  Ale cokolwiek powiesz, cokolwiek powiesz,
  W mojej głowie są tylko zera, w mojej głowie są tylko zera,
  A ten król jest strasznie głupi!
  Dziewczyna podeszła i polizała lufę RPG. A jej język był taki zwinny, silny i giętki.
  Alenka zachichotała i także zaśpiewała:
  Słyszałeś szalone bzdury,
  To nie jest majaczenie pacjenta ze szpitala psychiatrycznego...
  I szaleństwo szalonych bosonogich dziewcząt,
  I śpiewają piosenki, śmiejąc się!
  A wojowniczka znów bije bosymi palcami stóp - to jest mistrzostwo.
  A w powietrzu Albina i Alvina to po prostu superdziewczyny. A ich bose palce u stóp są takie zwinne.
  Wojownicy zdjęli także biustonosze i zaczęli okładać wrogów czerwonymi sutkami, używając przycisków na joysticku.
  A Albina wzięła i zaśpiewała:
  - Moje usta bardzo Cię kochają,
  Chcą czekolady w ustach...
  Wystawiono fakturę - naliczono karę,
  Jeśli kochasz, wszystko pójdzie gładko!
  A wojowniczka znów wybucha płaczem. Język jej wyskakuje, a guzik uderza w ścianę.
  Alvina strzelała do wroga bosymi palcami stóp, trafiając wrogów.
  I zniszczyła masę wrogów pociskiem o śmiercionośnej sile.
  Alvina wzięła ją i zaśpiewała:
  Jakie błękitne niebo,
  Nie popieramy rozboju.
  Nie potrzebujesz noża, żeby walczyć z samochwałą,
  Zaśpiewasz z nim dwa razy,
  I zrób z tego Maca!
  Wojowniczki, oczywiście bez staników, wyglądają po prostu niesamowicie. A ich sutki, szczerze mówiąc, są takie szkarłatne.
  A oto Anastazja Wedmakowa w walce. Kolejna kobieta z najwyższej półki, która z dziką furią miażdży swoich przeciwników. A jej sutki, lśniące jak rubiny, naciskają guziki i wypluwają dary śmierci. I nokautują mnóstwo ludzi i sprzętu.
  Dziewczynka również ma rude włosy i płacze, szczerząc zęby:
  Jestem wojownikiem światła, wojownikiem ciepła i wiatru!
  I mruga szmaragdowymi oczami!
  Akulina Orłowa również zsyła z nieba dary śmierci. I wylatują one spod skrzydeł jej myśliwca.
  I sieją kolosalne spustoszenie. I tak wielu Chińczyków ginie w tym procesie.
  Akulina wzięła ją i zaśpiewała:
  - Dziewczyna kopie mnie w jaja,
  Ona jest zdolna do walki...
  Pokonamy Chińczyków,
  A potem upij się w krzakach!
  Ta dziewczyna wygląda po prostu wspaniale boso i w bikini.
  Nie, Chiny są bezsilne wobec takich dziewcząt.
  Margarita Magnitnaya jest również niezrównana w walce, co dowodzi jej klasy. Walczy jak Superman. A jej stopy są tak bose i pełne gracji.
  Dziewczyna była już wcześniej złapana. A potem kaci posmarowali jej bose stopy olejem rzepakowym. I zrobili to bardzo dokładnie i hojnie.
  A potem przynieśli kocioł do bosych pięt pięknej dziewczyny. A ona tak bardzo cierpiała.
  Ale Margarita wytrwała dzielnie, zaciskając zęby. Jej spojrzenie było tak silne i zdecydowane.
  I syknęła ze wściekłością:
  - Nie powiem! Ech, nie powiem!
  A jej pięty płonęły. A potem oprawcy wysmarowali też jej piersi. I to bardzo grubo.
  A potem przyłożyli pochodnię do każdej piersi, a każda trzymała pączek róży. To był ból.
  Ale nawet po tym Margarita nic nie powiedziała i nikogo nie zdradziła. Wykazała się największą odwagą.
  Ona nigdy nie jęknęła.
  A potem udało jej się uciec. Udawała, że chce seksu. Znokautowała strażnika i zabrała klucze. Złapała jeszcze kilka dziewczyn i uwolniła inne piękności. Uciekły, błyskając bosymi stopami, z piętami pokrytymi pęcherzami od oparzeń.
  Margarita Magnitnaya waliła, używając rubinowego sutka. Rozbiła chiński samochód i zaśpiewała:
  Setki przygód i tysiące zwycięstw,
  A jeśli mnie potrzebujesz, zrobię ci laskę bez żadnych pytań!
  A potem trzy dziewczyny naciskają guziki swoimi szkarłatnymi sutkami i wystrzeliwują rakiety w kierunku chińskich żołnierzy.
  I będą ryczeć na cały głos:
  - Ale pasaran! Ale pasaran!
  To będzie wstyd i hańba dla wrogów!
  Oleg Rybaczenko również walczy. Wygląda na dwunastoletniego chłopca i siecze wrogów mieczami.
  I z każdym zamachem wydłużają się.
  Chłopiec strąca głowy i ryczy:
  - Będą nowe stulecia,
  Nastąpi zmiana pokoleń...
  Czy to naprawdę na zawsze?
  Czy Lenin będzie w Mauzoleum?
  A chłopiec-terminator, bosymi palcami, rzucił Chińczykom dar zagłady. I zrobił to całkiem zręcznie.
  I tak wielu wojowników zostało rozerwanych na strzępy naraz.
  Oleg jest wiecznym chłopcem i miał mnóstwo misji, z których jedna była trudniejsza od drugiej.
  Na przykład pomogła pierwszemu carowi Rosji, Wasilijowi III, zdobyć Kazań. I to było wielkie wydarzenie. Dzięki nieśmiertelnemu chłopcu Kazań upadł w 1506 roku, co przesądziło o przewadze Moskwy. Słowo "Rosja" nie istniało wtedy.
  A potem Wasilij III został Wielkim Księciem Litewskim. Jakież to osiągnięcie!
  Rządził dobrze. Polska, a następnie Chanat Astrachański zostały podbite.
  Oczywiście, nie bez pomocy Olega Rybaczenki, który jest całkiem spoko gościem. Liwonia została wtedy zdobyta.
  Wasilij III panował długo i szczęśliwie, odnosząc liczne podboje. Podbił Szwecję i Chanat Sybirski. Prowadził również wojnę z Imperium Osmańskim, która zakończyła się klęską. Rosjanie zdobyli nawet Stambuł.
  Wasilij III żył siedemdziesiąt lat i przekazał tron swojemu synowi Iwanowi, gdy ten osiągnął odpowiedni wiek. Dzięki temu udało się uniknąć powstania bojarskiego.
  Oleg i jego zespół zmienili bieg historii.
  I oto chłopiec-terminator rzucił kilka trujących igieł bosymi palcami. I tuzin wojowników poległ naraz.
  Walczą także inni wojownicy.
  Oto Gerda, rozwalająca wroga czołgiem. Ona też nie jest głupia. Po prostu poszła i obnażyła piersi.
  I swoim szkarłatnym sutkiem nacisnęła przycisk. I jak śmiercionośny pocisk burzący, eksplodował w stronę Chińczyka.
  I tak wielu z nich rozprasza się i ginie.
  Gerda wzięła ją i zaśpiewała:
  - Urodziłem się w ZSRR,
  A dziewczyna nie będzie miała żadnych problemów!
  Charlotte również uderzyła swoje przeciwniczki i krzyknęła:
  - Nie będzie żadnych problemów!
  I uderzyła go swoim szkarłatnym sutkiem. A jej bosy, okrągły obcas uderzył w zbroję.
  Christina zauważyła, szczerząc zęby i strzelając do wroga swoim rubinowym sutkiem, robiąc to celnie:
  - Problemy są, ale można je rozwiązać!
  Magda również uderzyła swoją przeciwniczkę. Użyła też truskawkowego sutka i obnażyła zęby, mówiąc:
  Uruchamiamy komputer, komputer,
  Chociaż nie możemy rozwiązać wszystkich problemów!
  Nie wszystkie problemy można rozwiązać,
  Ależ będzie fajnie, proszę pana!
  A dziewczyna po prostu wybuchnęła śmiechem.
  Wojownicy są tu tak wyszkoleni, że mężczyźni za nimi szaleją. Bo czymże polityk zarabia na życie językiem? Kobieta robi to samo, ale daje o wiele więcej przyjemności.
  Gerda wzięła ją i zaśpiewała:
  O, język, język, język,
  Zrób mi laskę...
  Zrób mi loda,
  Nie jestem bardzo stary!
  Magda ją poprawiła:
  - Musimy zaśpiewać - jajka na obiad!
  A dziewczyny wybuchnęły śmiechem, uderzając bosymi stopami o zbroję.
  Natasza również stawiła czoła Chińczykom, siekając ich mieczami jak kapustę. Jeden zamach mieczem i sterta trupów.
  Dziewczyna wzięła go i bosymi palcami stóp rzuciła dar zagłady ze śmiercionośną siłą.
  Rozdarła masę chińskich ciastek i pisnęła:
  - Z wina, z wina,
  Żadnego bólu głowy...
  A ten, kto boli, ten boli,
  Kto nic nie pije!
  Zoya, strzelając do swoich wrogów z karabinu maszynowego i uderzając ich granatnikiem, naciskając swoim szkarłatnym sutkiem na ich piersi, pisnęła:
  - Wino słynie ze swojej ogromnej mocy - powala potężnych mężów!
  A dziewczyna wzięła go i bosymi palcami u stóp rzuciła dar śmierci.
  Augustina strzelała do Chińczyków z karabinu maszynowego, miażdżąc ich z furią, a dziewczyna wystrzeliła strumień z rubinowego sutka i nacisnęła przycisk granatnika. I rozpętała morderczy potok zniszczenia. Udusiła tylu Chińczyków i krzyknęła:
  - Jestem prostą dziewczyną chodzącą boso, nigdy w życiu nie byłam za granicą!
  Mam krótką spódniczkę i wielką rosyjską duszę!
  Swietłana również miażdży Chińczyków. Bije ich agresywnie, jakby łańcuchami, krzycząc:
  - Chwała komunizmowi!
  A sutek truskawkowy przebije pierś jak gwóźdź. I Chińczycy nie będą zadowoleni.
  A rozprzestrzenianie się jej rakiety jest tak zabójcze.
  Olga i Tamara też atakują Chińczyków. Robią to z wielką energią. I atakują żołnierzy z wielkim zapałem.
  Olga rzuciła w przeciwnika niszczycielski granat bosą, zgrabną stopą, tak uwodzicielską dla mężczyzn. Rozerwała Chińczyka na strzępy i zaćwierkała, szczerząc zęby:
  - Rozpal beczki z benzyną jak ogień,
  Nagie dziewczyny wysadzają samochody...
  Zbliża się era lat jasnych,
  Jednak ten facet nie jest gotowy na miłość!
  Jednak ten facet nie jest gotowy na miłość!
  Tamara zachichotała, obnażyła zęby błyszczące jak perły i puściła oko, mówiąc:
  -Spośród setek tysięcy baterii,
  Za łzy naszych matek,
  Gang z Azji pod ostrzałem!
  Viola, kolejna dziewczyna w bikini z czerwonymi sutkami, ryczy, strzelając do swoich wrogów z wymyślnego pistoletu:
  Ata! Och, bawcie się dobrze, klasa niewolników,
  Wow! Tańcz, chłopcze, uwielbiam dziewczyny!
  Atas! Niech pamięta o nas dzisiaj,
  Jagoda malinowa! Atasie! Atasie! Atasie!
  Victoria też strzela. Wystrzeliła pocisk Grad, naciskając przycisk swoim szkarłatnym sutkiem. Potem zawyła:
  - Światło nie zgaśnie aż do rana,
  Bosonogie dziewczyny śpią z chłopakami...
  Słynny czarny kot,
  Dbajcie o naszych chłopaków!
  Aurora zaatakuje również Chińczyków, z precyzją i zabójczą siłą, i będzie kontynuować:
  -Dziewczyny z duszą nagą jak sokół,
  Zdobyte medale w bitwie...
  Po spokojnym dniu pracy,
  Szatan będzie rządził wszędzie!
  A dziewczyna będzie strzelać za pomocą swojego rubinowoczerwonego, błyszczącego sutka. Potrafi też używać języka.
  Nicoletta również jest chętna do walki. Jest niezwykle agresywną i wściekłą dziewczyną.
  A czego ta dziewczyna nie potrafi? Jest, powiedzmy, hiperklasowa. Uwielbia być z trzema albo czterema mężczyznami naraz.
  Nicoletta uderzyła się w piersi truskawkowym sutkiem, rozpędzając nadciągających Chińczyków.
  Rozdarła ich tuzin na strzępy i krzyknęła:
  - Lenin jest słońcem i wiosną,
  Szatan będzie rządził światem!
  Co za dziewczyna! I jak rzuca morderczy dar zagłady bosymi palcami u stóp.
  Ta dziewczyna jest bohaterką najwyższej klasy.
  Oto Walentyna i Adala walczące.
  Piękne dziewczyny. I oczywiście, jak na takie kobiety przystało - boso i nago, w samych majtkach.
  Walentyna strzelała bosymi palcami u stóp i piszczała, a jednocześnie ryczała:
  Był król o imieniu Dularis,
  Kiedyś się go baliśmy...
  Złoczyńca zasługuje na mękę,
  Lekcja dla wszystkich Dularisów!
  Adala także strzeliła, używając sutka tak szkarłatnego jak różowy bochenek chleba, i zagruchała:
  Bądź ze mną, zaśpiewaj piosenkę,
  Miłej zabawy, Coca-Cola!
  A dziewczyna po prostu pokazuje swój długi, różowy język. I jest taką twardą, zadziorną wojowniczką.
  To są dziewczyny - kopnij je w jaja. A raczej nie dziewczyny w jaja, ale lubieżnych mężczyzn.
  Nie ma nikogo fajniejszego od tych dziewczyn na świecie, nikogo na świecie. Muszę to powiedzieć z całą stanowczością - jedna im nie wystarczy, jedna im nie wystarczy!
  Nadchodzi kolejna grupa dziewcząt, spragnionych walki. Ruszają do boju, tupiąc bosymi, mocno opalonymi i pełnymi gracji stopami. A na ich czele Stalenida. To jest dziewczyna, która naprawdę jest prawdziwa.
  A teraz trzyma w dłoniach miotacz ognia i naciska przycisk truskawkowym sutkiem swojej pełnej piersi. I płomienie buchają płomieniami. I płoną z niewiarygodną intensywnością. I rozpalają się doszczętnie.
  A Chińczycy płoną w nim jak świece.
  Stalenida wzięła ją i zaczęła śpiewać:
  - Puk, puk, puk, moje żelazo się zapaliło!
  I wyje, i szczeka, i zjada kogoś. Ta kobieta jest po prostu super.
  Nic nie jest w stanie powstrzymać dziewczyn takich jak ona i nikt nie jest w stanie ich pokonać.
  A kolana wojownika są nagie, opalone i lśnią jak brąz. I szczerze mówiąc, to urocze.
  Wojowniczka Monica strzela z lekkiego karabinu maszynowego do Chińczyków, powalając ich w ogromnej liczbie i krzycząc:
  - Chwała Ojczyźnie, Chwała!
  Czołgi pędzą naprzód...
  Dziewczyny z gołymi tyłkami,
  Ludzie witają nas śmiechem!
  Stalenida potwierdziła, szczerząc zęby i warcząc z dziką wściekłością:
  - Jeśli dziewczyny są nagie, to mężczyźni na pewno zostaną bez spodni!
  Monika zachichotała i zaćwierkała:
  - Kapitanie, kapitanie, uśmiechnij się,
  Przecież uśmiech to dla dziewczyn prezent...
  Kapitanie, kapitanie, weź się w garść,
  Rosja wkrótce będzie miała nowego prezydenta!
  Wojowniczka Stella ryknęła, uderzając wroga swoim truskawkowym sutkiem i przebijając bok wrogiego czołgu, jednocześnie skręcając swój biust:
  - Sokoły, sokoły, niespokojny losie,
  Ale po co, żeby być silniejszym...
  Potrzebujesz kłopotów?
  Monika zaświergotała, szczerząc zęby:
  - Możemy zrobić wszystko - raz, dwa, trzy,
  Niech gile zaczną śpiewać!
  Wojownicy naprawdę potrafią robić takie rzeczy, potrafisz śpiewać i ryczeć!
  I rzeczywiście, dziewczyny z wielką przyjemnością i entuzjazmem rozprawiają się z wrogimi oddziałami. I są tak agresywne, że nie można oczekiwać od nich litości.
  Angelica i Alice, oczywiście, również biorą udział w eksterminacji chińskiej armii. Mają doskonałe karabiny.
  Angelina oddała celny strzał. A potem, bosymi palcami silnych stóp, rzuciła śmiercionośny, niezwyciężony ładunek wybuchowy.
  Rozniesie na strzępy kilkunastu przeciwników naraz.
  Dziewczyna wzięła ją i zaśpiewała:
  - Wielcy bogowie zakochali się w pięknościach,
  I w końcu zwrócili nam młodość!
  Alicja zachichotała, wystrzeliła, przebijając generała na śmierć i zauważyła, szczerząc zęby:
  - Pamiętasz jak zdobyliśmy Berlin?
  Dziewczyna rzuciła bumerangiem bosymi palcami stóp. Przeleciał i odciął głowy kilku chińskim wojownikom.
  Angelika potwierdziła, szczerząc zęby przypominające perły i gruchając:
  - Zdobyliśmy szczyty świata,
  Popełnijmy harakiri wobec każdego z tych facetów...
  Chcieli przejąć cały świat,
  Wszystko, co się stało, to to, że wylądowałem w toalecie!
  Dziewczyna poszła i uderzyła wroga naciskając przycisk RPG za pomocą swojego szkarłatnego sutka.
  Alicja zauważyła, odsłaniając swoje perłowe zęby, które błyszczały i mieniły się jak klejnoty:
  - Super! Chociaż śmierdzi w toalecie! Nie, lepiej pozwolić łysemu Führerowi siedzieć w toalecie!
  A dziewczyna strzeliła przy pomocy swych rubinowych sutków, wyrzucając śmiercionośną masę o kolosalnej sile.
  Obie dziewczyny śpiewały z zapałem:
  Stalin, Stalin, chcemy Stalina,
  Aby nie mogli nas złamać,
  Powstań, władco Ziemi...
  Stalin, Stalin - dziewczyny są przecież zmęczone,
  Jęk rozchodzi się po całym kraju,
  Gdzie jesteś, mistrzu, gdzie!
  Gdzie jesteś!
  A wojownicy znów wystrzelili dary śmierci swoimi rubinowymi sutkami.
  Stepanida, dziewczyna o bardzo silnych mięśniach, kopnęła chińskiego oficera w szczękę bosym obcasem i ryknęła:
  Jesteśmy najsilniejszymi dziewczynami,
  Głos orgazmu rozbrzmiewa!
  Marusia, strzelając do Chińczyków i pewnie ich dziesiątkując, zmiażdżyła wroga swoim szkarłatnym sutkiem. Dokonała kolosalnego zniszczenia, uderzając w chiński magazyn i gruchając:
  - Chwała komunizmowi, chwała,
  Jesteśmy w ofensywie...
  Nasz stan jest taki,
  Zionie palącym ogniem!
  Matriona, także rycząc i kopiąc agresywnie, podskakując w górę i w dół jak nakręcona zabawka i uderzając Chińczyków rzutami bosych, zwinnych stóp, rozrywając ich na strzępy, wyła:
  - Zmiażdżymy naszych wrogów,
  I pokażemy najwyższą klasę...
  Nić życia nie zostanie zerwana,
  Karabas nas nie pożre!
  Zinaida oddała serię z karabinu maszynowego, zabijając cały szereg chińskich żołnierzy i zmuszając ich do popełnienia harakiri.
  Po czym rzuciła bosymi palcami dar zagłady i pisnęła:
  Batyanya, tato, tato dowódca batalionu,
  Kryłaś się za plecami dziewczyn, suko!
  Będziesz nam za to lizał pięty, łajdaku,
  I łysy Führer dobiegnie końca!
  ROZDZIAŁ NR 1.
  I wtedy się zaczęło. W długim zmierzchu letniego wieczoru Sam McPherson, wysoki, barczysty trzynastolatek o brązowych włosach, czarnych oczach i osobliwym zwyczaju unoszenia brody podczas chodzenia, wyszedł na peron stacji w małym miasteczku Caxton w stanie Iowa, zajmującym się dostawą kukurydzy. Peron był z desek, a chłopiec szedł ostrożnie, unosząc bose stopy i stawiając je z najwyższą ostrożnością na rozgrzanych, suchych, popękanych deskach. Niósł pod pachą plik gazet. W dłoni trzymał długie, czarne cygaro.
  Zatrzymał się przed stacją, a Jerry Donlin, właściciel kufra, widząc cygaro w jego dłoni, roześmiał się i puścił do niego oko, powoli, z trudem.
  "Jaki mecz gramy dziś wieczorem, Sam?" zapytał.
  Sam podszedł do drzwi luku bagażowego, podał mu cygaro i zaczął udzielać wskazówek, wskazując na luk bagażowy. Jego głos był skupiony i rzeczowy, pomimo śmiechu Irlandczyka. Następnie odwrócił się i przeszedł przez peron w stronę głównej ulicy miasta, nie spuszczając wzroku z opuszków palców, gdy kciukiem wykonywał obliczenia. Jerry patrzył za nim, uśmiechając się tak szeroko, że czerwone dziąsła były widoczne na jego brodatej twarzy. W jego oczach pojawił się błysk ojcowskiej dumy, pokręcił głową i mruknął z podziwem. Następnie, zapalając cygaro, przeszedł peronem do miejsca, gdzie przy oknie telegrafu leżała zawinięta paczka gazet. Wziąwszy ją pod ramię, zniknął w luku bagażowym, wciąż uśmiechając się szeroko.
  Sam McPherson szedł ulicą Main Street, mijając sklep obuwniczy, piekarnię i sklep ze słodyczami Penny Hughes, w stronę grupy ludzi kręcących się przed apteką Geiger's. Przed sklepem zatrzymał się na chwilę, wyciągnął z kieszeni mały notes, przesunął palcem po stronach, po czym pokręcił głową i ruszył dalej, ponownie zaabsorbowany obliczeniami na palcach.
  Nagle, wśród mężczyzn w aptece, wieczorną ciszę ulicy przerwał ryk piosenki, a głos, potężny i gardłowy, wywołał uśmiech na ustach chłopca:
  Umył okna i zamiótł podłogę,
  I wypolerował klamkę dużych drzwi wejściowych.
  Tak starannie wypolerował ten długopis,
  Że teraz jest władcą floty Królowej.
  
  Śpiewak, niski mężczyzna o groteskowo szerokich ramionach, nosił długie, bujne wąsy i czarny, zakurzony płaszcz sięgający kolan. Trzymał w ręku dymiącą fajkę z wrzośca i wybijał nią rytm do szeregu mężczyzn siedzących na długim kamieniu pod witryną sklepową, których obcasy stukały o chodnik, tworząc refren. Uśmiech Sama zmienił się w uśmieszek, gdy spojrzał na śpiewaka, Freedoma Smitha, kupca masła i jajek, a za nim na Johna Telfera, mówcę, dandysa, jedynego mężczyznę w mieście poza Mike'iem McCarthy'm, który stale miał pogniecione spodnie. Ze wszystkich mieszkańców Caxton, Sam najbardziej podziwiał Johna Telfera, a ten z kolei wkroczył na scenę towarzyską miasta. Telfer kochał dobre ubrania i nosił je z aurą ważności, nigdy nie pozwalając Caxtonowi zobaczyć go źle lub obojętnie ubranego, śmiejąc się, że jego misją życiową jest nadawanie tonu miastu.
  John Telfer odziedziczył niewielki dochód po ojcu, niegdyś bankierze miejskim, a w młodości wyjechał do Nowego Jorku, by studiować sztukę, a następnie do Paryża. Jednak nie mając ani umiejętności, ani zapału, by odnieść sukces, wrócił do Caxton, gdzie poślubił Eleanor Millis, odnoszącą sukcesy modystkę. Byli najbardziej udanym małżeństwem w Caxton i po wielu latach małżeństwa nadal się kochali; nigdy nie byli wobec siebie obojętni i nigdy się nie kłócili. Telfer traktował żonę z taką samą uwagą i szacunkiem, jakby była kochanką lub gościem w jego domu, a ona, w przeciwieństwie do większości żon w Caxton, nigdy nie śmiała kwestionować jego przybycia i wyjścia, lecz dawała mu swobodę życia, jak chciał, podczas gdy ona prowadziła firmę kapeluszniczą.
  W wieku czterdziestu pięciu lat John Telfer był wysokim, szczupłym, przystojnym mężczyzną o czarnych włosach i małej, spiczastej czarnej bródce, a w każdym jego ruchu i impulsie było coś leniwego i beztroskiego. Ubrany w białą flanelę, w białych butach, eleganckiej czapce na głowie, okularach na złotym łańcuszku i z laską kołyszącą się lekko w dłoni, prezentował się tak, jakby mógł przejść niezauważony, przechadzając się przed jakimś modnym letnim hotelem. Ale widok na ulicach miasteczka w Iowa, zajmującego się transportem zboża, wydawał się pogwałceniem praw natury. Telfer zdawał sobie sprawę z tego, jak niezwykłą prezentował się figurę; była to część jego życiowego programu. Teraz, gdy Sam podszedł, położył rękę na ramieniu Freedoma Smitha, by sprawdzić piosenkę, i z oczami błyszczącymi wesołością zaczął szturchać nogi chłopca laską.
  "Nigdy nie zostanie dowódcą floty królowej" - oznajmił, śmiejąc się i podążając za tańczącym chłopcem szerokim kręgiem. "To mały kret, pracujący pod ziemią, polujący na robaki. Ten węchowy sposób, w jaki zadziera nos, to po prostu jego sposób na wywąchanie zabłąkanych monet. Słyszałem od bankiera Walkera, że codziennie przynosi do banku koszyk z monetami. Któregoś dnia kupi miasto i schowa je w kieszeni kamizelki".
  Wirując po kamiennym chodniku, tańcząc, by uniknąć lecącej laski, Sam uniknął ramienia Valmore'a, potężnego, starego kowala z kudłatymi kępkami włosów na grzbietach dłoni, i znalazł schronienie między nim a Freedem Smithem. Dłoń kowala ześlizgnęła się i wylądowała na ramieniu chłopca. Telfer, z rozstawionymi nogami, laską ściskając ją w dłoni, zaczął skręcać papierosa; Geiger, żółtoskóry mężczyzna z grubymi policzkami i ramionami skrzyżowanymi na okrągłym brzuchu, palił czarne cygaro i pomrukiwał z zadowolenia z każdym zaciągnięciem się w powietrze. Chciał, żeby Telfer, Freed Smith i Valmore przyszli do niego na wieczór, zamiast iść do swojego nocnego gniazda na tyłach sklepu spożywczego Wildmana. Chciał, żeby wszyscy trzej byli tu noc w noc, dyskutując o tym, co się dzieje na świecie.
  Na sennej ulicy znów zapadła cisza. Ponad ramieniem Sama Valmore i Freedom Smith rozmawiali o nadchodzących zbiorach kukurydzy oraz o wzroście gospodarczym i dobrobycie kraju.
  "Czasy tutaj są coraz lepsze, ale zwierzyny łownej zostało już bardzo niewiele" - powiedział Freedom, który zimą kupował skóry i skóry.
  Mężczyźni siedzący na skale pod oknem z leniwym zainteresowaniem obserwowali pracę Telfera z papierem i tytoniem. "Młody Henry Kearns się ożenił" - zauważył jeden z nich, próbując nawiązać rozmowę. "Ożenił się z dziewczyną z drugiego końca Parkertown. Udziela lekcji malarstwa - malowania porcelany - coś w rodzaju artystki, wiesz".
  Telfer wydał okrzyk obrzydzenia, jego palce zadrżały, a tytoń, który powinien być podstawą jego wieczornego palenia, spadł na chodnik.
  "Artysta!" - wykrzyknął, a w jego głosie słychać było napięcie. "Kto powiedział "artystka"? Kto ją tak nazwał?" Rozejrzał się wściekle. "Połóżmy kres temu rażącemu nadużywaniu starych, dobrych słów. Nazwanie człowieka artystą to szczyt pochwały".
  Rzucając bibułkę po rozsypanym tytoniu, sięgnął do kieszeni spodni. W drugiej ręce trzymał laskę, stukając nią o chodnik, by podkreślić swoje słowa. Geiger, z cygarem w palcach, słuchał z otwartymi ustami następującego wybuchu. Valmore i Freedom Smith przerwali rozmowę i skupili uwagę, uśmiechając się szeroko, podczas gdy Sam McPherson, z oczami szeroko otwartymi ze zdziwienia i podziwu, ponownie poczuł dreszcz emocji, który zawsze przeszywał go na dźwięk elokwencji Telfera.
  "Artysta to ten, kto łaknie i pragnie doskonałości, a nie ten, kto układa kwiaty na talerzach, by zagłuszyć gardła biesiadników" - oznajmił Telfer, przygotowując się do jednej z długich przemów, którymi uwielbiał zadziwiać mieszkańców Caxton, wpatrując się uważnie w siedzących na kamieniu. "To artysta, spośród wszystkich ludzi, posiada boską odwagę. Czyż nie rzuca się do walki, w której walczą z nim wszyscy geniusze świata?"
  Zatrzymał się i rozejrzał, szukając przeciwnika, na którym mógłby wyładować swoją elokwencję, ale powitały go uśmiechy ze wszystkich stron. Niezrażony, ruszył ponownie do ataku.
  "Biznesmen - kim on jest?" - zapytał. "Osiąga sukces, przechytrzając małe umysły, z którymi się styka. Naukowiec jest ważniejszy - mierzy się ze swoją obojętnością na tępą materię nieożywioną i zmusza cetnar czarnego żelaza do pracy za sto gospodyń domowych. Ale artysta wystawia swój mózg na próbę w starciu z najwybitniejszymi umysłami wszech czasów; staje na szczycie życia i rzuca się na świat. Dziewczyna z Parkertown, która maluje kwiaty na talerzach, żeby nazywać się artystką - ugh! Pozwól mi wyrzucić z siebie myśli! Pozwól mi oczyścić usta! Człowiek, który wymawia słowo "artysta", powinien mieć modlitwę na ustach!"
  "Cóż, nie wszyscy możemy być artystami, a kobieta może malować kwiaty na talerzach, o ile mnie to obchodzi" - powiedział Valmore, śmiejąc się dobrodusznie. "Nie wszyscy możemy malować obrazy i pisać książki".
  "Nie chcemy być artystami - nie śmiemy nimi być" - krzyknął Telfer, obracając laską i potrząsając nią w stronę Valmore"a. "Masz błędne pojęcie o tym słowie".
  Wyprostował ramiona i wypiął pierś, a chłopiec stojący obok kowala uniósł brodę, nieświadomie naśladując pewny siebie krok mężczyzny.
  "Nie maluję obrazów; nie piszę książek; ale jestem artystą" - oznajmił dumnie Telfer. "Jestem artystą uprawiającym najtrudniejszą ze wszystkich sztuk - sztukę życia. Tutaj, w tej zachodniej wiosce, stoję i rzucam wyzwanie światu. "W ustach najmniejszego z was" - wołam - "życie było słodsze"".
  Odwrócił się od Valmora i zwrócił ku ludziom stojącym na kamieniu.
  "Studiujcie moje życie" - rozkazał. "Będzie ono dla was objawieniem. Z uśmiechem witam poranek; w południe się chełpię; a wieczorem, niczym Sokrates w starożytności, gromadzę wokół siebie małą grupkę was, zagubionych wieśniaków, i wciskam wam mądrość w zęby, starając się nauczyć was rozsądku wielkimi słowami".
  "Za dużo mówisz o sobie, John" - mruknął Freedom Smith, wyjmując fajkę z ust.
  "Temat jest złożony, różnorodny i pełen uroku" - odparł Telfer ze śmiechem.
  Wyjął z kieszeni nowy zapas tytoniu i bibułki, skręcił papierosa i zapalił. Jego palce już nie drżały. Machając laską, odrzucił głowę do tyłu i wydmuchnął dym w powietrze. Pomyślał, że pomimo wybuchu śmiechu, który powitał komentarz Freeda Smitha, bronił honoru sztuki i ta myśl go uszczęśliwiła.
  Dziennikarz, oparty z podziwem o szybę, zdawał się wychwytywać w rozmowie Telfera echo rozmowy, która musiała toczyć się między ludźmi w wielkim świecie zewnętrznym. Czyż ten Telfer nie podróżował daleko? Czyż nie mieszkał w Nowym Jorku i Paryżu? Nie mogąc pojąć znaczenia jego słów, Sam wyczuł, że musi to być coś wzniosłego i fascynującego. Kiedy w oddali rozległ się pisk lokomotywy, zamarł, próbując zrozumieć atak Telfera na prostą uwagę obiboka.
  "Jest siódma czterdzieści pięć" - krzyknął ostro Telfer. "Czy wojna między tobą a Grubym się skończyła? Naprawdę mamy stracić wieczorną rozrywkę? Gruby cię oszukał, czy bogacisz się i leniwisz jak Papa Geiger?"
  Sam zerwał się z miejsca obok kowala, chwycił plik gazet i pobiegł ulicą. Telfer, Valmore, Freedom Smith i inni próżniacy podążali za nim, nieco wolniej.
  Kiedy wieczorny pociąg z Des Moines zatrzymał się w Caxton, na peron wbiegł sprzedawca gazet kolejowych w niebieskim płaszczu i zaczął się niespokojnie rozglądać.
  "Pospiesz się, Gruby" - rozległ się donośny głos Freedoma Smitha. "Sam jest już w połowie drogi przez wagon".
  Młody mężczyzna o imieniu "Gruby" biegał tam i z powrotem po peronie. "Gdzie ten plik papierów z Omaha, ty irlandzki włóczęgo?" krzyknął, grożąc pięścią Jerry"emu Donlinowi, który stał na ciężarówce na czele pociągu i przerzucał walizki do wagonu bagażowego.
  Jerry zatrzymał się, a jego kufer zawisł w powietrzu. "W schowku, oczywiście. Pospiesz się, stary. Chcesz, żeby dzieciak prowadził cały pociąg?"
  Nad przeczuciem zbliżającej się zagłady unosiło się stado włóczęgów na peronie, załoga pociągu, a nawet pasażerowie, którzy zaczynali wysiadać. Maszynista wystawił głowę z kabiny; konduktor, dostojnie wyglądający mężczyzna z siwym wąsem, odrzucił głowę do tyłu i potrząsnął się ze śmiechu; młody mężczyzna z walizką w ręku i długą fajką w ustach podbiegł do drzwi bagażnika i krzyknął: "Szybko! Szybko, Grubasie! Ten dzieciak harował przez cały pociąg. Nie sprzedasz gazety".
  Gruby młody mężczyzna wybiegł z luku bagażowego na peron i krzyknął ponownie do Jerry'ego Donlina, który powoli toczył pusty wagon po peronie. Z wnętrza pociągu dobiegł wyraźny głos: "Ostatnie gazety z Omaha! Bierzcie resztę! Gruby, chłopiec roznoszący gazety w pociągu, wpadł do studni! Bierzcie resztę, panowie!"
  Jerry Donlin, a za nim Fatty, ponownie zniknął z pola widzenia. Konduktor, machając ręką, wskoczył na schody pociągu. Maszynista pochylił głowę i pociąg ruszył.
  Gruby młody mężczyzna wyszedł z luku bagażowego, poprzysięgając zemstę Jerry'emu Donlinowi. "Nie powinieneś był wkładać tego pod worek z pocztą!" krzyknął, grożąc pięścią. "Odpłacę ci za to".
  Wśród okrzyków podróżnych i śmiechu włóczęgów na peronie, wskoczył do jadącego pociągu i zaczął biegać od wagonu do wagonu. Sam McPherson wytoczył się z ostatniego wagonu z uśmiechem na ustach, a stos gazet zniknął, a monety brzęczały mu w kieszeni. Wieczorna rozrywka dla miasteczka Caxton dobiegła końca.
  John Telfer, stojący obok Valmore'a, zamachał laską w powietrzu i zaczął mówić.
  "Uderz go jeszcze raz, na Boga!" krzyknął. "Tyran z Sama! Kto powiedział, że duch starych piratów umarł? Ten chłopak nie rozumiał, co mówiłem o sztuce, ale wciąż jest artystą!"
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  WINDY MAC PHERSON, _ _ _ _ Ojciec chłopca od gazety Caxtona, Sam McPherson, był poruszony wojną. Cywilne ubrania, które nosił, sprawiały, że swędziała go skóra. Nie mógł zapomnieć, że kiedyś był sierżantem w pułku piechoty i dowodził kompanią w bitwie stoczonej w rowach wzdłuż wiejskiej drogi w Wirginii. Drażniła go jego obecna, mało znana pozycja w życiu. Gdyby mógł zastąpić mundur togą sędziego, filcowym kapeluszem męża stanu, a nawet klubem wodza wsi, życie mogłoby zachować coś ze swojej słodyczy, ale skończyłby jako mało znany malarz pokojowy. We wsi, która żyła z uprawy kukurydzy i karmienia nią czerwonych wołów - ugh! - ta myśl przyprawiała go o dreszcze. Spojrzał z zazdrością na niebieską tunikę i mosiężne guziki agenta kolejowego; Na próżno próbował dostać się do orkiestry Caxtona Corneta; Pił, żeby zapomnieć o upokorzeniu, i w końcu uciekł się do głośnych przechwałek i przekonania, że to nie Lincoln i Grant, ale on sam rzucił zwycięską kostkę w wielkiej walce. Powiedział to samo do kubków, a plantator kukurydzy w Caxton, uderzając sąsiada w żebra, zadrżał z radości na tę wiadomość.
  Kiedy Sam był bosonogim dwunastolatkiem, wędrował po ulicach, gdy fala sławy, która porwała Windy'ego McPhersona w 1961 roku, zalała brzegi jego wioski w Iowa. To dziwne zjawisko, zwane ruchem APA, wyniosło starego żołnierza na szczyt. Założył lokalny oddział; prowadził procesje przez ulice; stawał na rogach ulic, wskazując drżącym palcem wskazującym na flagę powiewającą na budynku szkolnym obok Krzyża Rzymskiego i ochryple krzyczał: "Patrzcie, krzyż wznosi się nad flagą! Skończymy zabici w łóżkach!".
  Ale chociaż do ruchu zapoczątkowanego przez chełpliwego starego żołnierza przyłączyło się kilku zaprawionych w bojach, zarabiających pieniądze ludzi Caxtona, i chociaż na razie współzawodniczyli z nim w przemykaniu się ulicami na tajne spotkania i w tajemniczych pogawędkach za jego plecami, ruch ten zamarł tak nagle, jak się zaczął, a jego przywódca został jedynie bardziej zdruzgotany.
  W małym domku na końcu ulicy, nad brzegiem Squirrel Creek, Sam i jego siostra Kate z pogardą odnosili się do wojowniczych żądań ojca. "Skończyła nam się ropa, a tatę będzie dziś w nocy boleć noga od wojska" - szeptali przez kuchenny stół.
  Idąc za przykładem matki, Kate, wysoka, szczupła szesnastolatka, będąca już żywicielką rodziny i sprzedawczynią w sklepie z artykułami tekstylnymi Winnie, milczała pod przechwałkami Windy'ego, ale Sam, starając się ich naśladować, nie zawsze odnosił sukcesy. Od czasu do czasu słychać było buntownicze pomruki, mające na celu ostrzeżenie Windy'ego. Pewnego dnia wybuchła otwarta kłótnia, w której zwycięzca stu bitew zszedł z pola bitwy pokonany. Półpijany Windy podniósł z kuchennej półki starą księgę rachunkową, pamiątkę z czasów, gdy był zamożnym kupcem, gdy po raz pierwszy przybył do Caxton, i zaczął czytać małej rodzinie listę nazwisk osób, które, jak twierdził, były przyczyną jego zgonu.
  "Teraz to Tom Newman!" - wykrzyknął podekscytowany. "Ma sto akrów dobrej ziemi kukurydzianej i nie chce płacić za uprzęże na grzbietach swoich koni ani za pługi w stodole. Rachunek, który ode mnie dostał, był sfałszowany. Mógłbym go wsadzić do więzienia, gdybym chciał. Pobić starego żołnierza! - pobić jednego z chłopaków z '61! - to hańba!"
  "Słyszałem o tym, co jesteś winien i co ludzie są tobie winni; nigdy nie spotkało cię nic gorszego" - odparł chłodno Sam, podczas gdy Kate wstrzymała oddech, a Jane Macpherson, pracująca przy desce do prasowania w kącie, odwróciła się i spojrzała w milczeniu na mężczyznę i chłopca. Nieznaczna bladość jej długiej twarzy była jedynym znakiem, że słyszała.
  Windy nie kontynuował dyskusji. Po chwili postoju na środku kuchni z książką w dłoni, przeniósł wzrok z bladej, milczącej matki, siedzącej przy desce do prasowania, na syna, który teraz stał i wpatrywał się w niego. Rzucił książkę na stół i uciekł z domu. "Nie rozumiesz!" - krzyknął. "Nie rozumiesz serca żołnierza".
  W pewnym sensie mężczyzna miał rację. Dwoje dzieci nie rozumiało hałaśliwego, pretensjonalnego, nieudolnego starca. Idąc ramię w ramię z ponurymi, milczącymi mężczyznami ku dopełnieniu wielkich czynów, Windy nie mógł uchwycić smaku tamtych dni w swoim spojrzeniu na życie. Spacerując w ciemności po chodnikach Caxton, na wpół pijany w wieczór kłótni, mężczyzna był natchniony. Wyprostował ramiona i szedł bojowym krokiem; wyciągnął wyimaginowany miecz z pochwy i zamachnął się nim w górę; zatrzymując się, ostrożnie wycelował w grupę wyimaginowanych ludzi, którzy zbliżali się do niego, krzycząc, przez pole pszenicy; czuł, że życie, które uczyniło go malarzem pokojowym w rolniczej wiosce w Iowa i dało mu niewdzięcznego syna, było okrutnie niesprawiedliwe; płakał nad tą niesprawiedliwością.
  Amerykańska Wojna Domowa była wydarzeniem tak namiętnym, tak żarliwym, tak rozległym, tak wszechogarniającym, że tak bardzo wpłynęła na mężczyzn i kobiety tamtych płodnych dni, że jedynie słabe jej echo przeniknęło do naszych czasów i umysłów; żadne jej prawdziwe znaczenie nie przeniknęło jeszcze kart drukowanych książek; wciąż woła o swojego Thomasa Carlyle'a; i w końcu musimy słuchać przechwałek starców na ulicach naszych wiosek, aby poczuć jej żywy oddech na naszych policzkach. Przez cztery lata mieszkańcy amerykańskich miast, wiosek i farm kroczyli po tlących się zgliszczach płonącej ziemi, zbliżając się i cofając, gdy płomienie tej uniwersalnej, namiętnej, śmiercionośnej istoty padały na nich lub cofały się za dymiący horyzont. Czy to takie dziwne, że nie mogli wrócić do domu i zacząć od nowa w spokoju malować domy lub naprawiać zepsute buty? Coś w nich krzyczało. To sprawiało, że przechwalali się i przechwalali na rogach ulic. Gdy przechodnie myśleli tylko o swoich ceglanych murach i tym, jak ładowali kukurydzę do samochodów, gdy synowie tych bogów wojny, wracając wieczorem do domu i słuchając pustych przechwałek swoich ojców, zaczęli wątpić nawet w fakty wielkiej walki, coś zaskoczyło w ich mózgach i zaczęli paplać i krzyczeć swoje daremne przechwałki do wszystkich, gorliwie rozglądając się wokół, czy ktoś nie uwierzy.
  Kiedy nasz Thomas Carlyle przyjdzie, by napisać o naszej wojnie secesyjnej, będzie dużo pisał o naszych Windy Macphersonach. Dostrzeże coś wzniosłego i żałosnego w ich zachłannym poszukiwaniu audytorów i niekończących się rozmowach o wojnie. Będzie wędrował z zachłanną ciekawością po małych salach GAR w wioskach i myślał o żołnierzach, którzy przychodzili tam noc w noc, rok po roku, bez końca i monotonnie opowiadając swoje historie bitewne.
  Miejmy nadzieję, że w swojej pasji do osób starszych nie omieszka okazać czułości rodzinom tych weteranów gaduł - rodzinom, które przy śniadaniu i obiedzie, wieczorem przy kominku, podczas postów i świąt, na weselach i pogrzebach, były raz po raz bombardowane tym niekończącym się, wiecznym strumieniem wojowniczych słów. Niech zastanowi się nad faktem, że pokojowo nastawieni ludzie w krajach, gdzie uprawia się zboże, nie śpią chętnie wśród psów wojny ani nie piorą bielizny we krwi wroga ojczyzny. Niech, współczując mówcom, uprzejmie przypomni heroizm ich słuchaczy.
  
  
  
  Letniego dnia Sam McPherson siedział na skrzynce przed sklepem spożywczym Wildman's, pogrążony w myślach. Trzymał w dłoni żółtą księgę rachunkową i zatopił w niej twarz, próbując wymazać z pamięci scenę rozgrywającą się na ulicy.
  Świadomość, że jego ojciec był notorycznym kłamcą i samochwałą, rzucała cień na jego życie przez lata, cień tym ciemniejszy, że w kraju, gdzie najubożsi potrafią śmiać się w twarz potrzebującym, wielokrotnie stawał w obliczu ubóstwa. Wierzył, że logicznym rozwiązaniem tej sytuacji są pieniądze w banku i z całym zapałem swojego chłopięcego serca dążył do realizacji tej odpowiedzi. Chciał zarabiać pieniądze, a sumy na dole stron jego brudnożółtej książeczki bankowej były kamieniami milowymi oznaczającymi postęp, jaki już poczynił. Mówiły mu, że codzienna walka z Fattym, długie spacery ulicami Caxton w ponure zimowe wieczory i niekończące się sobotnie noce, gdy tłumy wypełniały sklepy, chodniki i puby, podczas gdy on pracował wśród nich niestrudzenie i wytrwale, nie obyły się bez owoców.
  Nagle, ponad zgiełkiem męskich głosów na ulicy, głos jego ojca zabrzmiał głośno i natarczywie. Przecznicę dalej, opierając się o drzwi sklepu jubilerskiego Hunter's, Windy mówił na cały głos, machając rękami w górę i w dół niczym człowiek wygłaszający fragmentaryczną przemowę.
  "Robi z siebie idiotę" - pomyślał Sam i wrócił do swojej książeczki bankowej, próbując otrząsnąć się z tępego gniewu, który zaczął go palić w głowie, kontemplując sumy na dole stron. Ponownie podnosząc wzrok, zobaczył Joe Wildmana, syna sklepikarza i jego rówieśnika, dołączających do grupy mężczyzn śmiejących się i drwiących z Windy. Cień na twarzy Sama pociemniał.
  Sam był w domu Joe Wildmana; znał atmosferę dostatku i wygody, która tam wisiała; stół zastawiony mięsem i ziemniakami; grupkę dzieci śmiejących się i jedzących do granic obżarstwa; cichego, łagodnego ojca, który nigdy nie podnosił głosu pośród hałasu i zgiełku; i dobrze ubraną, wybredną, rumianą matkę. W kontraście do tej sceny zaczął wyczarowywać obraz życia we własnym domu, czerpiąc przewrotną przyjemność ze swojego niezadowolenia z niego. Widział chełpliwego, niekompetentnego ojca, opowiadającego niekończące się historie o wojnie secesyjnej i narzekającego na swoje rany; wysoką, zgarbioną, milczącą matkę z głębokimi zmarszczkami na długiej twarzy, nieustannie pracującą nad korytem pośród brudnych ubrań; ciche, pospiesznie zjedzone jedzenie, wyrwane ze stołu kuchennego; i długie zimowe dni, kiedy na spódnicach matki osadzał się lód, a Windy leniuchował w mieście, podczas gdy mała rodzina zajadała się mąką kukurydzianą, powtarzały się bez końca.
  Teraz, nawet z miejsca, w którym siedział, widział, że jego ojciec jest na wpół pijany i wiedział, że przechwala się swoją służbą w wojnie secesyjnej. "Albo to robi, albo mówi o swojej arystokratycznej rodzinie, albo kłamie o swojej ojczyźnie" - pomyślał z urazą i, nie mogąc znieść widoku tego, co wydawało mu się upokorzeniem, wstał i wszedł do sklepu spożywczego, gdzie grupa mieszkańców Caxton rozmawiała z Wildmanem o spotkaniu, które miało się odbyć tego ranka w ratuszu.
  Caxton miało świętować Czwartego Lipca. Pomysł zrodzony w umysłach nielicznych został przyjęty przez wielu. Plotki o tym wydarzeniu rozeszły się po ulicach pod koniec maja. Ludzie rozmawiali o tym w aptece Geigera, na zapleczu sklepu spożywczego Wildman's Grocery Store i na ulicy przed New Leland House. John Telfer, jedyny próżnujący mężczyzna w mieście, wędrował od tygodni, omawiając szczegóły z prominentnymi osobistościami. Teraz w holu nad apteką Geigera miało się odbyć zebranie, na które przybyli mieszkańcy Caxton. Malarz pokojowy zszedł po schodach, sprzedawcy zamknęli drzwi sklepów, a grupki ludzi maszerowały ulicami, kierując się w stronę holu. Idąc, krzyczeli do siebie. "Stare miasto się obudziło!" - krzyczeli.
  Na rogu, niedaleko sklepu jubilerskiego Huntera, Windy McPherson oparł się o budynek i przemówił do przechodniów.
  "Niech powiewa stara flaga!" - krzyknął podekscytowany - "niech ludzie z Caxton pokażą się w pełnej krasie i podążą za starymi sztandarami".
  "Tak, Windy, porozmawiaj z nimi" - krzyknął dowcipniś, a wybuch śmiechu zagłuszył odpowiedź Windy"ego.
  Sam McPherson również udał się na spotkanie w sali. Wyszedł ze sklepu spożywczego z Wildmanem i ruszył ulicą, wpatrując się w chodnik i starając się nie widzieć pijanego mężczyzny rozmawiającego przed sklepem jubilerskim. Na sali inni chłopcy stali na schodach lub biegali tam i z powrotem po chodniku, rozmawiając ożywieni, ale Sam był ważną postacią w życiu miasta, a jego prawo do wtrącania się do tłumu mężczyzn było niekwestionowane. Przecisnął się przez tłum nóg i usiadł na parapecie, skąd mógł obserwować wchodzących i zajmujących miejsca mężczyzn.
  Jako jedyny dziennikarz w Caxton, Sam, dzięki swojej gazecie, zarabiał na życie i zapewniał sobie pewną pozycję w życiu miasta. Być dziennikarzem lub pucybutem w małym amerykańskim miasteczku, gdzie czyta się powieści, to stać się sławnym. Czyż wszyscy biedni dziennikarze z książek nie stają się wielkimi ludźmi, a czy ten chłopiec, który tak pilnie chodzi wśród nas dzień po dniu, nie może stać się taką postacią? Czyż nie jest naszym obowiązkiem popychać naprzód przyszłą wielkość? Tak rozumowali mieszkańcy Caxton i niejako zalecali się do chłopca, który siedział na parapecie okna w holu, podczas gdy inni chłopcy z miasteczka czekali na chodniku poniżej.
  John Telfer był przewodniczącym zgromadzenia. Zawsze przewodniczył zebraniom publicznym w Caxton. Pracowici, milczący, wpływowi mieszkańcy miasta zazdrościli mu swobodnego, żartobliwego sposobu publicznego przemawiania, choć udawali, że nim gardzą. "Za dużo mówi" - mówili, obnosząc się z własną nieudolnością za pomocą sprytnych i trafnych słów.
  Telfer nie czekał na nominację na przewodniczącego zebrania, lecz ruszył naprzód, wszedł na niewielkie podium na końcu sali i uzurpował sobie prawo do przewodnictwa. Przechadzał się po podium, żartując z tłumem, odpowiadając na jego zaczepki, wykrzykując hasła znamienitych osobistości i przyjmując, a następnie dając wyraz głębokiej satysfakcji ze swojego talentu. Gdy sala się zapełniła, zarządził otwarcie zebrania, powołał komisje i rozpoczął przemówienie. Przedstawił plany promocji wydarzenia w innych miastach i zaoferowania niskich cen biletów kolejowych dla grup wycieczkowych. Program, jak wyjaśnił, obejmował muzyczny karnawał z udziałem orkiestr dętych z innych miast, pozorowaną walkę kompanii wojskowych na terenie targów, wyścigi konne, przemówienia ze schodów ratusza oraz wieczorny pokaz fajerwerków. "Pokażemy im tu żywe miasto" - oznajmił, przechadzając się po podium i machając laską, podczas gdy tłum klaskał i wiwatował.
  Kiedy ogłoszono wezwanie do dobrowolnych składek na pokrycie kosztów uroczystości, tłum ucichł. Jeden lub dwóch mężczyzn wstało i zaczęło wychodzić, narzekając, że to marnotrawstwo pieniędzy. Los uroczystości spoczywał w rękach bogów.
  Telfer stanął na wysokości zadania. Wykrzykiwał nazwiska wychodzących i rzucał żartami na ich temat, sprawiając, że opadali z powrotem na krzesła, nie mogąc znieść ryczącego śmiechu tłumu. Następnie krzyknął do mężczyzny z tyłu sali, aby zamknął i zaryglował drzwi. Mężczyźni zaczęli stać w różnych częściach sali i wykrzykiwać kwoty. Telfer głośno powtórzył imię i nazwisko oraz kwotę młodemu Tomowi Jedrowowi, urzędnikowi bankowemu, który zapisywał je w książeczce. Kiedy podpisana kwota nie spotkała się z jego aprobatą, zaprotestował, a tłum, wiwatując, zmusił go do żądania podwyżki. Gdy mężczyzna nie wstał, krzyknął na niego, a mężczyzna odpowiedział tym samym.
  Nagle na sali zapanowało poruszenie. Windy McPherson wyłonił się z tłumu na końcu sali i ruszył środkowym przejściem w stronę platformy. Kroczył niepewnie, z wyprostowanymi ramionami i wysuniętą brodą. Docierając do przodu sali, wyciągnął z kieszeni plik banknotów i rzucił go na platformę u stóp przewodniczącego. "Od jednego z gości z '61" - oznajmił głośno.
  Tłum wiwatował i klaskał radośnie, gdy Telfer wziął banknoty i przesunął po nich palcem. "Siedemnaście dolarów od naszego bohatera, potężnego McPhersona" - krzyknął, gdy kasjer zapisał nazwisko i kwotę w książeczce, a tłum nadal śmiał się z tytułu nadanego pijanemu żołnierzowi przez prezesa.
  Chłopiec osunął się na podłogę na parapecie i stanął za tłumem mężczyzn, czując, jak płoną mu policzki. Wiedział, że w domu jego matka prała ubrania dla Leslie, sprzedawcy obuwia, który przekazał pięć dolarów na fundusz z okazji Czwartego Lipca, i o oburzeniu, jakie poczuł, widząc ojca przemawiającego do tłumu przed sklepem jubilerskim. Sklep znów stanął w płomieniach.
  Po przyjęciu subskrypcji, mężczyźni w różnych częściach sali zaczęli proponować dodatkowe atrakcje na ten wyjątkowy dzień. Tłum z szacunkiem słuchał niektórych mówców, podczas gdy inni byli wygwizdywani. Starszy mężczyzna z siwą brodą opowiedział długą, rozwlekłą historię o obchodach Czwartego Lipca w swoim dzieciństwie. Kiedy głosy ucichły, zaprotestował i pogroził pięścią w górę, blady z oburzenia.
  "Och, usiądź, stary tato!" - krzyknął Freedom Smith, a ta rozsądna sugestia została przyjęta gromkimi brawami.
  Inny mężczyzna wstał i zaczął mówić. Wpadł na pomysł. "Będziemy mieli" - powiedział - "trębacza na białym koniu, który przejedzie przez miasto o świcie , trąbiąc na pobudkę. O północy stanie na schodach ratusza i zadmie w krany, aby zakończyć dzień".
  Tłum bił brawo. Pomysł poruszył ich wyobraźnię i natychmiast stał się częścią ich świadomości, jako jedno z prawdziwych wydarzeń tego dnia.
  Windy McPherson wyłonił się z tłumu na końcu sali. Unosząc rękę, aby uciszyć zebranych, powiedział, że jest trębaczem, gdyż przez dwa lata służył jako trębacz pułkowy podczas wojny secesyjnej. Dodał, że z przyjemnością zgłosi się na ochotnika do pełnienia tej funkcji.
  Tłum wiwatował, a John Telfer machnął ręką. "Biały koń dla ciebie, MacPherson" - powiedział.
  Sam McPherson ostrożnie przesunął się wzdłuż ściany i wyszedł do otwartych drzwi. Był zdumiony głupotą ojca, ale jeszcze bardziej zdumiony głupotą innych, którzy przyjęli jego roszczenia i zrzekli się tak ważnego stanowiska dla tak ważnego dnia. Wiedział, że jego ojciec musiał brać udział w wojnie, ponieważ był członkiem G.A.R., ale całkowicie nie wierzył historiom, które słyszał o swoich wojennych przeżyciach. Czasami łapał się na tym, że zastanawiał się, czy taka wojna w ogóle kiedykolwiek istniała i myślał, że to kłamstwo, jak wszystko inne w życiu Windy'ego McPhersona. Przez lata zastanawiał się, dlaczego jakiś rozsądny i szanowany człowiek, jak Valmore czy Wildman, nie wstał i nie powiedział światu rzeczowym tonem, że nigdy nie było czegoś takiego jak wojna secesyjna, że to jedynie fikcja w umysłach nadętych starców domagających się niezasłużonej chwały od swoich bliźnich. Teraz, pędząc ulicą z płonącymi policzkami, doszedł do wniosku, że taka wojna musi wybuchnąć. Podobnie myślał o miejscach urodzenia, a nie było wątpliwości, że ludzie się rodzą. Słyszał, jak jego ojciec podawał jako miejsce urodzenia Kentucky, Teksas, Karolina Północna, Luizjana i Szkocja. To pozostawiło pewien ślad w jego świadomości. Do końca życia, ilekroć słyszał, jak ktoś podawał miejsce urodzenia, patrzył podejrzliwie w górę, a przez jego umysł przemykał cień wątpliwości.
  Po wiecu Sam wrócił do domu, do matki i jasno przedstawił sprawę. "To musi się skończyć" - oznajmił, stojąc z płonącym wzrokiem przed jej korytem. "To zbyt publiczne. Nie potrafi dąć w trąbkę; wiem, że nie potrafi. Całe miasto znowu będzie się z nas śmiać".
  Jane Macpherson w milczeniu słuchała płaczu chłopca, po czym odwróciła się i zaczęła ponownie pocierać ubranie, unikając jego wzroku.
  Sam wsunął ręce do kieszeni spodni i ponuro wpatrywał się w ziemię. Poczucie sprawiedliwości podpowiadało mu, żeby nie drążyć tematu, ale odchodząc od koryta i kierując się do drzwi kuchni, miał nadzieję, że porozmawiają o tym szczerze przy kolacji. "Stary głupiec!" zaprotestował, odwracając się w stronę pustej ulicy. "Znowu się pokaże".
  Kiedy Windy McPherson wrócił do domu tego wieczoru, coś w milczącym spojrzeniu żony i ponurej twarzy syna przeraziło go. Zignorował milczenie żony, ale uważnie przyjrzał się synowi. Czuł, że stoi w obliczu kryzysu. Doskonale radził sobie w sytuacjach kryzysowych. Z rozmachem opowiadał o zgromadzeniu i oświadczył, że mieszkańcy Caxton jednomyślnie domagają się, by objął on odpowiedzialne stanowisko oficjalnego tygla. Potem, odwracając się, spojrzał przez stół na syna.
  Sam otwarcie i bez ogródek stwierdził, że nie wierzy, iż jego ojciec jest w stanie grać na trąbce.
  Windy ryknął ze zdumienia. Wstał od stołu i donośnym głosem oznajmił, że chłopiec go obraził; przysiągł, że przez dwa lata był trębaczem w sztabie pułkownika, i wygłosił długą opowieść o zaskoczeniu, jakiego zafundował mu wróg, gdy jego pułk spał w namiotach, i o tym, jak stanął w obliczu gradu kul, nawołując towarzyszy do działania. Z ręką na czole kołysał się w przód i w tył, jakby miał upaść, oświadczając, że próbuje powstrzymać łzy, które wyrwała mu niesprawiedliwość insynuacji syna, i krzycząc tak, że jego głos niósł się daleko po ulicy, przysiągł, że miasto Caxton będzie dzwonić i rozbrzmiewać jego trąbką, tak jak rozbrzmiewała tamtej nocy w obozie śpiących w lasach Wirginii. Potem, siadając ponownie na krześle i podpierając głowę ręką, przybrał wyraz cierpliwej uległości.
  Windy McPherson odniósł triumf. Dom wybuchł wielkim zamieszaniem i gorączkowymi przygotowaniami. Ubrany w biały kombinezon i chwilowo zapominając o honorowych ranach, jego ojciec dzień po dniu pracował jako malarz. Marzył o nowym, niebieskim mundurze na wielki dzień i w końcu spełnił swoje marzenie, nie bez finansowego wsparcia z tego, co w domu nazywano "pieniędzmi na pranie matki". Chłopiec, przekonany opowieścią o nocnym ataku w lasach Wirginii, zaczął, wbrew rozsądkowi, na nowo rozpalać długo skrywane marzenie o poprawie ojca. Chłopięcy sceptycyzm prysł na wietrze, a on z zapałem zaczął kreślić plany na ten wielki dzień. Spacerując po cichych uliczkach domu, roznosząc wieczorne gazety, odrzucił głowę do tyłu i rozkoszował się myślą o wysokiej postaci w niebieskim stroju, na potężnym białym koniu, przemykającej niczym rycerz przed otwartymi oczami ludzi. W przypływie zapału wypłacił nawet pieniądze ze swojego starannie przygotowanego konta bankowego i wysłał je do firmy w Chicago, aby opłacić lśniący nowy róg, który miał dopełnić obrazu, jaki wyrobił sobie w głowie. A kiedy rozdawano wieczorne gazety, pospieszył do domu, by usiąść na ganku i porozmawiać z siostrą Kate o zaszczycie, jaki spotkał ich rodzinę.
  
  
  
  O świcie tego wielkiego dnia, trzej McPhersonowie pospieszyli, trzymając się za ręce, w stronę Main Street. Po obu stronach ulicy widzieli ludzi wyłaniających się z domów, przecierających oczy i zapinających płaszcze, idących chodnikiem. Całe Caxton wydawało się obce.
  Na Main Street ludzie tłoczyli się na chodnikach, gromadzili się na chodnikach i w drzwiach sklepów. W oknach pojawiały się głowy, flagi powiewały na dachach lub zwisały z lin rozciągniętych w poprzek ulicy, a głośny ryk głosów przerywał ciszę świtu.
  Serce Sama waliło tak mocno, że z trudem powstrzymywał łzy. Westchnął, myśląc o tych pełnych napięcia dniach, które minęły bez nowego sygnału z chicagowskiej kompanii, i patrząc wstecz, na nowo przeżywał horror tamtych dni oczekiwania. Wszystko to było ważne. Nie mógł winić ojca za to, że bredził i krzyczał o domu; sam chciał bredzić, a utopił kolejnego dolara oszczędności w telegramach, zanim skarb w końcu trafił w jego ręce. Teraz myśl, że mogło się to nie wydarzyć, napawała go obrzydzeniem i z jego ust wyrwała się krótka modlitwa wdzięczności. Owszem, mógł przyjechać z sąsiedniego miasta, ale nie lśniący, nowy, pasujący do nowego, niebieskiego munduru jego ojca.
  Z tłumu zgromadzonego wzdłuż ulicy wybuchły wiwaty. Na ulicę wyjechała wysoka postać na białym koniu. Koń należał do Calverta, a chłopcy mieli wplecione wstążki w jego grzywę i ogon. Windy Macpherson, siedzący prosto w siodle i prezentujący się niezwykle imponująco w nowym niebieskim mundurze i szerokim kapeluszu wyborczym, wyglądał jak zdobywca przyjmujący hołd miasta. Na piersi miał złotą opaskę, a na biodrze spoczywał błyszczący róg. Spojrzał na tłum surowym wzrokiem.
  Gula w gardle chłopca stawała się coraz silniejsza. Ogarnęła go ogromna fala dumy, przytłaczająca go. W jednej chwili zapomniał o wszystkich upokorzeniach, jakie ojciec zadał rodzinie, i zrozumiał, dlaczego matka milczała, kiedy on, w swojej ślepocie, chciał zaprotestować przeciwko jej pozornej obojętności. Ukradkiem spojrzał w górę, zobaczył łzę na jej policzku i poczuł, że on również ma ochotę głośno zaszlochać z dumy i szczęścia.
  Powoli i dostojnym krokiem koń szedł ulicą między rzędami milczących, czekających ludzi. Przed ratuszem wysoka postać wojskowa wstała w siodle, spojrzała wyniośle na tłum, a potem, unosząc trąbkę do ust, zadąła w nią.
  Jedynym dźwiękiem, jaki wydobył się z klaksonu, było cienkie, przenikliwe jęknięcie, po którym nastąpił pisk. Windy ponownie uniósł klakson do ust i po raz kolejny to samo żałosne jęknięcie było jego jedyną nagrodą. Na jego twarzy malował się wyraz bezradnego, chłopięcego zdumienia.
  I w jednej chwili ludzie wiedzieli. To była kolejna z pretensji Windy'ego MacPhersona. W ogóle nie umiał grać na trąbce.
  Głośny śmiech rozległ się po ulicy. Mężczyźni i kobiety siedzieli na krawężnikach i śmiali się, aż padli ze zmęczenia. Potem, patrząc na postać na nieruchomym koniu, znów się roześmiali.
  Windy rozejrzał się zaniepokojonym wzrokiem. Wątpił, czy kiedykolwiek wcześniej trzymał trąbkę przy ustach, ale przepełniało go zdumienie i zdziwienie, że pobudka jeszcze się nie zaczęła. Słyszał ją tysiąc razy i pamiętał ją wyraźnie; z całego serca pragnął, żeby zabrzmiała, i wyobrażał sobie ulicę rozbrzmiewającą dźwiękiem i oklaskami ludzi; czuł, że to coś jest w nim, a to, że nie wyrwało się z płonącego końca trąbki, było jedynie fatalną skazą natury. Był oszołomiony tak ponurym finałem swojej wielkiej chwili - zawsze był oszołomiony i bezradny wobec faktów.
  Tłum zaczął gromadzić się wokół nieruchomej, zdumionej postaci, a ich śmiech wciąż wprawiał ich w drgawki. John Telfer, chwytając konia za uzdę, poprowadził go ulicą. Chłopcy krzyczeli i wołali do jeźdźca: "Dmuch! Dmuch!"
  Trzej MacPhersonowie stali w drzwiach prowadzących do sklepu obuwniczego. Chłopiec i jego matka, bladzi i oniemiali z upokorzenia, nie śmieli na siebie spojrzeć. Zalała ich fala wstydu i patrzyli prosto przed siebie surowymi, kamiennymi oczami.
  Procesja prowadzona przez Johna Telfera, uwiązanego na białym koniu, maszerowała ulicą. Spojrzawszy w górę, śmiejący się i krzyczący mężczyzna napotkał spojrzenie chłopca, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Rzuciwszy uzdę, pospiesznie przecisnął się przez tłum. Procesja ruszyła dalej, a matka z dwójką dzieci, czekając na odpowiedni moment, skradała się do domu uliczkami. Kate gorzko płakała. Zostawiwszy ich przy drzwiach, Sam poszedł prosto piaszczystą drogą w kierunku małego lasu. "Odrobiłem lekcję. Odrobiłem lekcję" - mamrotał w kółko, idąc.
  Na skraju lasu zatrzymał się i oparł o płot, obserwując, aż zobaczył matkę zbliżającą się do pompy na podwórku. Zaczęła czerpać wodę do popołudniowego prania. Dla niej również impreza dobiegła końca. Łzy spływały po policzkach chłopca, a on pogroził miastu pięścią. "Możesz się śmiać z tego głupca Windy'ego, ale nigdy nie będziesz się śmiać z Sama McPhersona" - krzyknął, a jego głos drżał z emocji.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  O WIECZORZE, KIEDY DOROSŁ NA ZEWNĄTRZ. Sam McPherson, wracając z roznoszenia gazet, zastał matkę ubraną w czarną suknię kościelną. W Caxton pracował ewangelista i postanowiła go posłuchać. Sam skrzywił się. W domu było jasne, że kiedy Jane McPherson szła do kościoła, jej syn szedł z nią. Nic nie było powiedziane. Jane McPherson robiła wszystko bez słów; nigdy nic nie było powiedziane. Teraz stała w czarnej sukni i czekała, aż jej syn przejdzie przez drzwi, pospiesznie włoży najlepsze ubranie i pójdzie z nią do murowanego kościoła.
  Wellmore, John Telfer i Freedom Smith, którzy objęli swego rodzaju wspólną opiekę nad chłopcem i z którymi spędzał on wieczory na zapleczu sklepu spożywczego Wildmana, nie chodzili do kościoła. Rozmawiali o religii i wydawali się niezwykle ciekawi i zainteresowani tym, co inni o niej myślą, ale nie dali się namówić na pójście do domu spotkań. Nie rozmawiali o Bogu z chłopcem, który stał się czwartym uczestnikiem wieczornych spotkań na zapleczu sklepu spożywczego, odpowiadając na jego bezpośrednie pytania i zmieniając temat. Pewnego dnia Telfer, czytelnik poezji, odpowiedział chłopcu: "Sprzedawaj gazety i nabijaj kieszenie pieniędzmi, ale pozwól swojej duszy spać" - powiedział ostro.
  Pod nieobecność pozostałych, Wildman mówił swobodniej. Był spirytualistą i starał się pokazać Samowi piękno tej wiary. W długie letnie dni, sklepikarz i chłopiec godzinami przemierzali ulice w trzęsącym się, starym wozie, a mężczyzna z zapałem próbował wyjaśnić chłopcu nieuchwytne idee o Bogu, które krążyły mu po głowie.
  Chociaż Windy McPherson prowadził zajęcia biblijne w młodości i był siłą napędową na spotkaniach przebudzeniowych w początkach swojej działalności w Caxton, nie chodził już do kościoła, a żona go nie zapraszała. W niedzielne poranki leżał w łóżku. Jeśli trzeba było coś zrobić w domu lub na podwórku, skarżył się na rany. Skarżył się na rany, gdy trzeba było zapłacić czynsz i gdy w domu brakowało jedzenia. Później, po śmierci Jane McPherson, stary żołnierz ożenił się z wdową po farmerze, z którą miał czworo dzieci i z którą dwa razy w niedzielę chodził do kościoła. Kate napisała do Sama jeden ze swoich nielicznych listów w tej sprawie. "Znalazł godnego siebie" - napisała i była niezmiernie zadowolona.
  Sam regularnie kładł się spać w kościele w niedziele, opierając głowę na ramieniu matki i przesypiając nabożeństwo. Jane McPherson uwielbiała mieć chłopca u boku. To było jedyne, co robili razem, i nie przeszkadzało jej, że ciągle spał. Wiedząc, jak długo siedział na zewnątrz w sobotnie wieczory, sprzedając gazety, spojrzała na niego oczami pełnymi czułości i współczucia. Pewnego dnia pastor, mężczyzna z brązową brodą i mocnymi, mocno zaciśniętymi ustami, przemówił do niej. "Nie możesz go utrzymać przytomnego?" zapytał niecierpliwie. "On potrzebuje snu" - powiedziała, po czym pospiesznie minęła pastora i wyszła z kościoła, patrząc przed siebie i marszcząc brwi.
  Wieczór spotkania ewangelizacyjnego był letni, w środku zimy. Przez cały dzień wiał ciepły wiatr z południowego zachodu. Ulice były pokryte miękkim, głębokim błotem, a wśród kałuż na chodnikach widać było suche plamy, z których unosiła się para. Natura zapomniała o sobie. Dzień, który powinien był posłać staruszków do ich gniazd za piecami sklepowymi, sprawił, że wylegiwali się na słońcu. Noc była ciepła i pochmurna. W lutym groziła burza.
  Sam szedł chodnikiem z matką, zmierzając w stronę ceglanego kościoła, ubrany w nowy szary płaszcz. Wieczór nie wymagał płaszcza, ale Sam nosił go z przesadną dumą z jego posiadania. Płaszcz miał w sobie coś wyjątkowego. Uszył go krawiec Gunther, korzystając ze szkicu naszkicowanego przez Johna Telfera na odwrocie papieru do pakowania, i opłacony z oszczędności dziennikarza. Pośledni niemiecki krawiec, po rozmowie z Valmorem i Telferem, uszył go za zaskakująco niską cenę. Sam dumnie stąpał z powagą.
  Tego wieczoru nie spał w kościele; wręcz przeciwnie, zastał cichy kościół wypełniony dziwną mieszaniną dźwięków. Starannie składając nowy płaszcz i kładąc go na siedzeniu obok siebie, z zainteresowaniem obserwował ludzi, czując coś z nerwowego podniecenia, które przenikało powietrze. Ewangelista, niski, wysportowany mężczyzna w szarym garniturze, wydawał się chłopcu nie na miejscu w kościele. Miał pewny siebie, rzeczowy wygląd podróżnika przybywającego do New Leland House i Samowi wydał się, że wygląda jak człowiek z towarem do sprzedania. Nie stał cicho za amboną, rozdając teksty, jak robił to duchowny o brązowej brodzie, ani nie siedział z zamkniętymi oczami i złożonymi rękami, czekając, aż chór skończy śpiewać. Podczas gdy chór śpiewał, biegał tam i z powrotem po platformie, machając rękami i podekscytowany krzycząc do ludzi w ławkach: "Śpiewajcie! Śpiewajcie! Śpiewajcie!" Śpiewajcie na chwałę Boga!
  Kiedy piosenka dobiegła końca, zaczął, początkowo cicho, opowiadać o życiu w mieście. Z każdą chwilą nabierał coraz większego entuzjazmu. "To miasto to szambo występku!" - krzyknął. "Cukruje złem! Diabeł uważa je za przedmieścia piekła!"
  Jego głos się podniósł, a pot spływał mu po twarzy. Ogarnęło go jakieś szaleństwo. Zdjął płaszcz i rzuciwszy go na krzesło, biegał po peronie i między ludźmi, krzycząc, grożąc, błagając. Ludzie zaczęli się niespokojnie wiercić na swoich miejscach. Jane MacPherson wpatrywała się kamiennym wzrokiem w plecy kobiety przed sobą. Sam był przerażony.
  Dziennikarz z Caxton nie był pozbawiony religijnego zapału. Jak wszyscy chłopcy, często myślał o śmierci. W nocy budził się czasem zziębnięty i przerażony, myśląc, że śmierć nadejdzie wkrótce, gdy drzwi jego pokoju nie będą już na niego czekać. Zimą, gdy przeziębiał się i kaszlał, drżał na myśl o gruźlicy. Pewnego razu, gdy dopadła go gorączka, zasnął i śniło mu się, że nie żyje i idzie wzdłuż pnia powalonego drzewa nad wąwozem pełnym zagubionych dusz krzyczących z przerażenia. Po przebudzeniu zaczął się modlić. Gdyby ktoś wszedł do jego pokoju i usłyszał jego modlitwę, byłby zawstydzony.
  Zimowymi wieczorami, przechadzając się ciemnymi ulicami z papierami pod pachą, myślał o swojej duszy. Myśląc o tym, ogarnęło go uczucie czułości; coś ścisnęło go w gardle i zaczął się nad sobą użalać; czuł, że czegoś mu w życiu brakuje, czegoś, czego rozpaczliwie pragnął.
  Pod wpływem Johna Telfera, chłopiec, który rzucił szkołę, by poświęcić się zarabianiu pieniędzy, czytał Walta Whitmana i przez pewien czas podziwiał własne ciało, z prostymi, białymi nogami i głową tak radośnie balansującą na ciele. Czasami, w letnie noce, budził się tak przepełniony dziwną melancholią, że wypełzał z łóżka i, otwierając okno, siadał na podłodze, a jego nagie nogi wystawały spod białej koszuli nocnej. Siedząc tam, łakomie tęsknił za jakimś pięknym impulsem, jakimś powołaniem, jakimś poczuciem wielkości i przywództwa, którego brakowało mu w życiu. Wpatrywał się w gwiazdy i słuchał odgłosów nocy, tak przepełniony melancholią, że łzy napływały mu do oczu.
  Pewnego dnia, po incydencie z trąbką, Jane Macpherson zachorowała - i poczuła pierwszy dotyk śmierci - gdy siedziała z synem w ciepłej ciemności na małym trawniku przed domem. Był pogodny, ciepły, gwieździsty wieczór bez księżyca, a kiedy siedzieli blisko siebie, matka wyczuła zbliżającą się śmierć.
  Przy kolacji Windy McPherson dużo mówił, rozwodząc się nad domem. Mówił, że malarz z prawdziwym wyczuciem koloru nie powinien próbować pracować w takiej ruderze jak Caxton. Miał kłopoty z właścicielką domu z powodu farby, którą zmieszał na podłogę werandy, a przy stole rozwodził się nad kobietą i nad tym, jak, jak twierdził, brakowało jej choćby podstawowego wyczucia koloru. "Mam tego dość" - krzyknął, wychodząc z domu i chwiejnym krokiem idąc ulicą. Jego żona nie była poruszona tym wybuchem, ale w obecności cichego chłopca, którego krzesło otarło się o jej własne, zadrżała z dziwnego, nowego lęku i zaczęła mówić o życiu po śmierci, walcząc o to, czego chciała - powiedzmy, i potrafiła wyrażać się jedynie w krótkich zdaniach przerywanych długimi, bolesnymi pauzami. Powiedziała chłopcu, że nie ma wątpliwości co do istnienia jakiegoś przyszłego życia i że wierzy, że powinna go zobaczyć i zamieszkać z nim ponownie, gdy już skończą z tym światem.
  Pewnego dnia pastor, zirytowany tym, że Sam śpi w jego kościele, zatrzymał go na ulicy, aby porozmawiać z nim o jego duszy. Zasugerował, aby chłopak rozważył zostanie jednym z braci w Chrystusie poprzez wstąpienie do kościoła. Sam w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie człowieka, którego instynktownie nie lubił, ale wyczuwał w jego milczeniu coś nieszczerego. Z całego serca pragnął powtórzyć zdanie, które usłyszał z ust siwowłosego, bogatego Valmore'a: "Jak mogą wierzyć i nie prowadzić życia pełnego prostego, żarliwego poświęcenia swojej wierze?". Uważał się za lepszego od człowieka o wąskich ustach, który do niego przemawiał, i gdyby mógł wyrazić, co mu leżało na sercu, mógłby powiedzieć: "Słuchaj, człowieku! Jestem zrobiony z innej gliny niż wszyscy ludzie w kościele. Jestem nową gliną, z której zostanie ulepiony nowy człowiek. Nawet moja matka nie jest taka jak ja. Nie akceptuję twoich poglądów na życie tylko dlatego, że mówisz, że są dobre, tak samo jak nie akceptuję Windy'ego McPhersona tylko dlatego, że jest moim ojcem".
  Pewnej zimy Sam spędzał wieczór po wieczorze, czytając Biblię w swoim pokoju. Było to po ślubie Kate: nawiązała romans z młodym farmerem, który miesiącami szeptał jej nazwisko, a teraz był gospodynią domową na farmie na obrzeżach wioski kilka mil od Caxton. Jego matka znów była zajęta swoją niekończącą się pracą wśród brudnych ubrań w kuchni, podczas gdy Windy Macpherson pił i przechwalał się miastem. Sam potajemnie czytał książkę. Na małym stoliku przy łóżku stała lampa, a obok niej powieść pożyczona mu przez Johna Telfera. Kiedy matka weszła po schodach, schował Biblię pod kołdrę i pogrążył się w niej. Czuł, że troska o duszę nie do końca pokrywa się z jego celami jako biznesmena i zarabiającego pieniądze. Chciał ukryć swój niepokój, ale całym sercem pragnął chłonąć przesłanie dziwnej książki, o którą ludzie kłócili się godzinami w zimowe wieczory w sklepie.
  Nie rozumiał tego; i po chwili przestał czytać książkę. Pozostawiony sam sobie, mógł wyczuć jej znaczenie, ale zewsząd otaczały go głosy mężczyzn - mężczyzn z Dzikusów, którzy nie wyznawali żadnej religii, ale byli pełni dogmatyzmu, rozmawiając przy piecu w sklepie spożywczym; pastora o brązowych brodach i cienkich ustach w ceglanym kościele; krzyczących, błagających ewangelistów, którzy przybywali do miasta zimą; życzliwego starego kupca, mówiącego mgliście o świecie duchowym - wszystkie te głosy dźwięczały w głowie chłopca, błagając, nalegając, domagając się nie tego, by proste przesłanie Chrystusa, że ludzie miłują się wzajemnie do końca, że pracują razem dla wspólnego dobra, zostało dobrze przyjęte, ale by ich własna skomplikowana interpretacja Jego słowa została doprowadzona do końca, aby dusze mogły być zbawione.
  W końcu chłopiec z Caxton doszedł do punktu, w którym zaczął bać się słowa "dusza". Uważał, że wspominanie go w rozmowie jest haniebne, a myślenie o tym słowie lub iluzorycznym bycie, które ono oznaczało, to tchórzostwo. W jego umyśle dusza stała się czymś, co należało ukryć, ukryć i o czym nie myśleć. Mówienie o niej w chwili śmierci może być dozwolone, ale dla zdrowego mężczyzny lub chłopca myśl o swojej duszy, a nawet słowo o niej na ustach, byłoby lepsze, gdyby popadł w jawne bluźnierstwo i poszedł do piekła bez opamiętania. Z rozkoszą wyobrażał sobie, że umiera i ostatnim tchnieniem rzuca w powietrze klątwę.
  Tymczasem Sama wciąż dręczyły niewytłumaczalne pragnienia i nadzieje. Wciąż zaskakiwały go zmiany w jego spojrzeniu na życie. Przyłapywał się na oddawania się najdrobniejszym aktom podłości, którym towarzyszyły przebłyski jakiejś wzniosłej inteligencji. Patrząc na dziewczynę przechodzącą ulicą, nasunęły mu się niewiarygodnie złe myśli; a następnego dnia, mijając tę samą dziewczynę, z ust wyrwało mu się zdanie zaczerpnięte z bełkotu Johna Telfera i poszedł dalej, mamrocząc: "June była June dwa razy, odkąd wciągnęła to razem ze mną".
  A potem w złożony charakter chłopca wkradł się motyw seksualny. Już wtedy marzył o tym, by trzymać kobiety w ramionach. Nieśmiało zerkał na kostki kobiet przechodzących przez ulicę i chciwie słuchał, jak tłum wokół pieca u Dzikusa zaczynał opowiadać obsceniczne historie. Zniżył się do niewiarygodnych głębin trywialności i podłości, nieśmiało zaglądając do słowników w poszukiwaniu słów, które przemawiały do zwierzęcego pożądania w jego dziwnie perwersyjnym umyśle, a kiedy na nie natrafił, całkowicie stracił piękno starej biblijnej historii Rut, sugerując intymność między mężczyzną i kobietą, którą mu przynosiła. A jednak Sam McPherson nie był złośliwym chłopcem. W rzeczywistości posiadał cechę intelektualnej uczciwości, która bardzo przemawiała do czystego i prostodusznego starego kowala Valmore'a; Rozbudził coś na kształt miłości w sercach nauczycielek w Caxton, z których przynajmniej jedna nadal się nim interesowała, zabierając go na spacery po wiejskich drogach i nieustannie rozmawiając z nim o rozwoju jego poglądów; był przyjacielem i dobrym towarzyszem Telfera, elegancikiem, czytelnikiem poezji, żarliwym miłośnikiem życia. Chłopiec walczył o odnalezienie siebie. Pewnej nocy, gdy pragnienie seksu nie dawało mu zasnąć, wstał, ubrał się, poszedł i stanął w deszczu nad strumieniem na pastwisku Millera. Wiatr niósł deszcz po wodzie, a w jego umyśle błysnęło zdanie: "Małe stopy deszczu płynące po wodzie". Było coś niemal lirycznego w tym chłopcu z Iowa.
  A ten chłopiec, który nie potrafił kontrolować swego pragnienia Boga, którego popędy seksualne czyniły go raz odrażającym, raz pełnym piękna, i który uznał, że żądza handlu i pieniędzy to najcenniejsze popędy, jakie pielęgnował, siedział teraz obok swojej matki w kościele i szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w mężczyznę, który zdjął płaszcz, który obficie się pocił i który nazwał miasto, w którym mieszkał, siedliskiem rozpusty, a jego mieszkańców amuletami diabła.
  Ewangelista, mówiąc o mieście, zaczął mówić zamiast o niebie i piekle, a jego powaga przyciągnęła uwagę słuchającego chłopca, który zaczął widzieć obrazy.
  W jego umyśle pojawił się obraz płonącego paleniska, z ogromnymi płomieniami pochłaniającymi głowy ludzi wijących się w palenisku. "To pewnie Art Sherman" - pomyślał Sam, materializując obraz, który zobaczył; "nic go nie uratuje; ma saloon".
  Przepełniony litością dla mężczyzny, którego widział na zdjęciu paleniska, jego myśli skupiły się na osobie Arta Shermana. Lubił Arta Shermana. Często czuł w nim nutę ludzkiej życzliwości. Hałaśliwy i porywczy właściciel saloonu pomagał chłopcu sprzedawać i zbierać pieniądze na gazety. "Zapłać dzieciakowi albo wynoś się stąd!" - krzyknął czerwony na twarzy mężczyzna do pijanych mężczyzn opierających się o bar.
  A potem, patrząc w dół paleniska, Sam pomyślał o Mike'u McCarthy'm, do którego w tamtej chwili czuł rodzaj namiętności, porównywalnej do ślepego oddania młodej dziewczyny ukochanemu. Z dreszczem uświadomił sobie, że Mike również pójdzie w dół, bo słyszał, jak Mike kpi z kościołów i twierdzi, że Boga nie ma.
  Ewangelista wybiegł na podium i zwrócił się do ludzi, żądając, by powstali. "Powstańcie dla Jezusa" - krzyknął. "Powstańcie i bądźcie zaliczeni do zastępu Pana Boga".
  W kościele ludzie zaczęli wstawać. Jane McPherson stała z innymi. Sam nie. Schował się za sukienką matki, mając nadzieję, że przejdzie przez burzę niezauważony. Wezwanie wiernych do powstania było czymś, czego należało posłuchać lub się oprzeć, w zależności od woli ludzi; było czymś całkowicie poza nim samym. Nie przyszło mu do głowy, by zaliczać się do zgubionych lub zbawionych.
  Chór ponownie zaczął śpiewać, a wśród ludzi zapanował ożywienie. Mężczyźni i kobiety przechadzali się między nawami, ściskając dłonie siedzącym w ławkach, głośno rozmawiając i modląc się. "Witaj wśród nas" - mówili do tych, którzy wstali. "Nasze serca radują się, widząc cię wśród nas. Cieszymy się, że widzimy cię wśród zbawionych. Dobrze jest wyznawać Jezusa".
  Nagle głos z ławki za nim przepełnił serce Sama przerażeniem. Jim Williams, który pracował w zakładzie fryzjerskim Sawyera, klęczał i głośno modlił się za duszę Sama McPhersona. "Panie, pomóż temu zagubionemu chłopcu, który błąka się w towarzystwie grzeszników i celników" - zawołał.
  W jednej chwili strach przed śmiercią i piekielna otchłań, które nim owładnęły, minęły, a Sam ogarnęła ślepa, cicha wściekłość. Przypomniał sobie, że ten sam Jim Williams tak lekceważąco potraktował honor jego siostry w chwili jej zniknięcia i zapragnął wstać i wyładować swój gniew na człowieku, który, jak czuł, go zdradził. "Nie zauważyliby mnie" - pomyślał. "To niezły numer, który Jim Williams mi zrobił. Odpłacę mu się za to".
  Wstał i stanął obok matki. Nie miał żadnych skrupułów, by udawać jedną z jagniąt, bezpieczną w stadzie. Jego myśli skupiły się na spełnianiu modlitw Jima Williamsa i unikaniu ludzkiej uwagi.
  Duchowny zaczął wzywać stojących, by składali świadectwo o swoim zbawieniu. Ludzie podchodzili z różnych stron kościoła, niektórzy głośno i śmiało, z nutą pewności siebie w głosie, inni drżący i niepewni. Jedna kobieta płakała głośno, wołając między napadami szlochu: "Ciężar moich grzechów ciąży mi na duszy". Kiedy ksiądz ich wzywał, młode kobiety i mężczyźni odpowiadali nieśmiałymi, niepewnymi głosami, prosząc o zaśpiewanie zwrotki hymnu lub zacytowanie fragmentu Pisma Świętego.
  Z tyłu kościoła ewangelista, jeden z diakonów i dwie lub trzy kobiety zgromadzili się wokół drobnej, ciemnowłosej kobiety, żony piekarza, której Sam donosił gazety. Namawiali ją, by wstała i dołączyła do stada, a Sam odwrócił się i obserwował ją z ciekawością, a jego współczucie przesunęło się ku niej. Z całego serca miał nadzieję, że nadal będzie uparcie kręcić głową.
  Nagle niespokojny Jim Williams znów się wyrwał. Dreszcz przebiegł po ciele Sama, a krew napłynęła mu do policzków. "Jest kolejny grzesznik zbawiony" - krzyknął Jim, wskazując na stojącego chłopca. "Rozważ tego chłopca, Sama McPhersona, w zagrodzie wśród jagniąt".
  Na podium, na krześle, stał duchowny o brązowej brodzie, patrząc ponad głowami tłumu. Na jego ustach igrał pochlebny uśmiech. "Posłuchajmy młodego człowieka, Sama McPhersona" - powiedział, unosząc rękę na znak ciszy, a potem zachęcająco zapytał: "Sam, co możesz powiedzieć Panu?"
  Sam był przerażony, że stał się centrum uwagi w kościele. Jego wściekłość na Jima Williamsa prysła w spazmie strachu, który go ogarnął. Zerknął przez ramię na drzwi z tyłu kościoła i z tęsknotą pomyślał o cichej ulicy na zewnątrz. Zawahał się, zająknął, zrobił się coraz bardziej czerwony i niepewny, aż w końcu wybuchnął: "Panie" - powiedział, po czym rozejrzał się bezradnie - "Pan nakazuje mi leżeć na zielonych pastwiskach".
  Z miejsc za nim rozległ się chichot. Młoda kobieta siedząca wśród śpiewaków w chórze uniosła chusteczkę do twarzy i odrzuciła głowę do tyłu, kołysząc się w przód i w tył. Mężczyzna przy drzwiach wybuchnął głośnym śmiechem i pospiesznie wyszedł. Ludzie w całym kościele zaczęli się śmiać.
  Sam odwrócił wzrok w stronę matki. Patrzyła prosto przed siebie, z czerwoną twarzą. "Wychodzę stąd i nigdy nie wracam" - wyszeptał, wychodząc na korytarz i śmiało kierując się do drzwi. Postanowił, że jeśli ewangelista spróbuje go powstrzymać, będzie walczył. Za sobą czuł rzędy ludzi patrzących na niego z uśmiechem. Śmiech nie ustawał.
  Pospiesznie ruszył ulicą, ogarnięty oburzeniem. "Nigdy więcej nie pójdę do kościoła" - przysiągł, grożąc pięścią w powietrzu. Publiczne spowiedzi, których słuchał w kościele, wydawały mu się tandetne i niegodne. Zastanawiał się, dlaczego jego matka tam została. Machnięciem ręki pożegnał wszystkich obecnych w kościele. "To miejsce, gdzie publicznie obnaża się ludzkie tyłki" - pomyślał.
  Sam McPherson wędrował główną ulicą, bojąc się spotkania z Valmore'em i Johnem Telferem. Zastawszy puste krzesła za piecem w Wildman's Grocery, pospiesznie minął sklepikarza i schował się w kącie. Łzy gniewu stanęły mu w oczach. Zrobiono z niego głupca. Wyobraził sobie scenę, która rozegra się następnego ranka, kiedy wyjdzie z gazetami. Freedom Smith będzie siedział tam w starym, sfatygowanym powozie, rycząc tak głośno, że cała ulica będzie słuchać i śmiać się. "Sam, zamierzasz spędzić noc na jakimś zielonym pastwisku?" krzyknął. "Nie boisz się przeziębienia?" Valmore i Telfer stali przed apteką Geigera, chętni do zabawy jego kosztem. Telfer walił laską w ścianę budynku i śmiał się. Valmore zadął w trąbkę i krzyknął za uciekającym chłopcem. "Śpisz sam na tych zielonych pastwiskach?" ryknął ponownie Freedom Smith.
  Sam wstał i wyszedł ze sklepu spożywczego. Pospieszył, oślepiony gniewem, i miał ochotę stoczyć z kimś walkę wręcz. Potem, spiesząc się i omijając ludzi, wtopił się w tłum na ulicy i był świadkiem dziwnego zdarzenia, które miało miejsce tamtej nocy w Caxton.
  
  
  
  Na Main Street grupki cichych ludzi stały i rozmawiały. Powietrze było ciężkie od podniecenia. Samotne postacie przemieszczały się od grupy do grupy, szepcząc ochryple. Mike McCarthy, człowiek, który wyrzekł się Boga i zyskał przychylność dziennikarza, zaatakował mężczyznę scyzorykiem i zostawił go krwawiącego i rannego na wiejskiej drodze. Coś wielkiego i sensacyjnego wydarzyło się w życiu miasta.
  Mike McCarthy i Sam byli przyjaciółmi. Przez lata mężczyzna włóczył się po ulicach miasta, wałęsając się, przechwalając i gawędząc. Godzinami przesiadywał na krześle pod drzewem przed domem New Leland, czytając książki, wykonując sztuczki karciane i prowadząc długie dyskusje z Johnem Telferem lub każdym, kto mu się sprzeciwił.
  Mike McCarthy wpadł w kłopoty z powodu kłótni o kobietę. Młody rolnik mieszkający na obrzeżach Caxton wrócił z pola do domu i zastał żonę w ramionach dzielnego Irlandczyka. Obaj mężczyźni wyszli razem z domu, by walczyć na drodze. Kobieta, płacząc w domu, poszła błagać męża o wybaczenie. Biegnąc drogą w zapadającym mroku, znalazła go pociętego i krwawiącego, leżącego w rowie pod żywopłotem. Pobiegła drogą i pojawiła się w drzwiach sąsiada, krzycząc i wołając o pomoc.
  Opowieść o przydrożnej bójce dotarła do Caxton akurat w momencie, gdy Sam wyszedł zza rogu zza pieca u Wildmana i pojawił się na ulicy. Mężczyźni biegali wzdłuż i wszerz ulicy, od sklepu do sklepu i od grupy do grupy, mówiąc, że młody farmer nie żyje i że doszło do morderstwa. Na rogu Windy McPherson zwrócił się do tłumu, oświadczając, że mieszkańcy Caxton powinni powstać w obronie swoich domów i przywiązać mordercę do latarni. Hop Higgins, jadący na koniu z Calvert, pojawił się na Main Street. "Będzie na farmie McCarthy'ego" - krzyknął. Kiedy kilku mężczyzn, wychodząc z apteki Geigera, zatrzymało konia marszałka, mówiąc: "Będziecie mieli tam kłopoty; lepiej wezwijcie pomoc", mały, czerwony na twarzy marszałek z ranną nogą zaśmiał się. "Jakie kłopoty?" - zapytał. "Żeby sprowadzić Mike'a McCarthy'ego? Poproszę go, żeby przyszedł, i przyjdzie". Reszta tej gry nie będzie miała znaczenia. Mike może oszukać całą rodzinę McCarthy.
  Było sześciu mężczyzn McCarthy, wszyscy oprócz Mike'a, milczących, ponurych mężczyzn, którzy odzywali się tylko pod wpływem alkoholu. Mike zapewniał rodzinie więź społeczną w mieście. To była dziwna rodzina, mieszkająca w tym bogatym regionie kukurydzy, rodzina z czymś dzikim i prymitywnym w sobie, należąca do zachodnich obozowisk górniczych lub półdzikich mieszkańców zaułków głębokiego miasta. Fakt, że mieszkał na farmie kukurydzy w Iowa, był, jak to ujął John Telfer, "czymś potwornym z natury".
  Farma McCarty, położona około czterech mil na wschód od Caxton, niegdyś obejmowała tysiąc akrów dobrej ziemi kukurydzianej. Lem McCarty, ojciec, odziedziczył ją po bracie, poszukiwaczu złota i sportowym właścicielu szybkich koni, który planował hodować konie wyścigowe na ziemi w stanie Iowa. Lem pochodził z zaułków wschodniego miasta, przywożąc ze sobą swoje stado wysokich, milczących, dzikich chłopców, aby mieszkali na ziemi i, niczym drużyna futbolu amerykańskiego, uprawiali sport. Wierząc, że bogactwo, które na niego spływało, znacznie przewyższało wydatki, pogrążył się w wyścigach konnych i hazardzie. Kiedy po dwóch latach pięćset akrów farmy musiało zostać sprzedanych, aby spłacić długi hazardowe, a rozległe hektary zarosły chwastami, Lem zaniepokoił się i zabrał do ciężkiej pracy. Chłopcy pracowali całymi dniami w polu, a w długich odstępach czasu przyjeżdżali do miasta nocą, by wpaść w kłopoty. Nie mając matki ani siostry i wiedząc, że nie można tam zatrudnić żadnej kobiety z Caxton, sami zajmowali się domem; W deszczowe dni siadali przed starym domem, grając w karty i bijąc się. W inne dni stali przy barze w Art Sherman's Saloon w Piatt Hollow, pijąc, aż stracili dziką ciszę i stali się głośni i kłótliwi, wychodząc na ulice w poszukiwaniu kłopotów. Pewnego dnia, wchodząc do Hayner's Restaurant, chwycili stos talerzy z półek za barem i stojąc w drzwiach, rzucali nimi w przechodniów, a łoskotowi tłuczonych naczyń towarzyszył ich głośny śmiech. Zepchnąwszy mężczyzn do ukrycia, wsiedli na konie i biegli w górę i w dół Main Street, krzycząc dziko, między rzędami uwiązanych koni, aż pojawił się Hop Higgins, marszałek miasta, gdy odjechali do wioski, budząc rolników wzdłuż ciemnej drogi, gdy biegli krzycząc i śpiewając w stronę domu.
  Kiedy bracia McCarthy wpadli w kłopoty w Caxton, stary Lem McCarthy przyjechał do miasta i ich stamtąd wyciągnął, płacąc za szkody i twierdząc, że chłopcy nie wyrządzili żadnej krzywdy. Kiedy powiedziano mu, żeby ich nie wpuszczał, pokręcił głową i obiecał, że spróbuje.
  Mike McCarthy nie jechał ciemną drogą ze swoimi pięcioma braćmi, przeklinając i śpiewając. Nie harował całymi dniami na rozgrzanych polach kukurydzy. Był człowiekiem rodzinnym i ubrany w eleganckie ubrania, zamiast tego przechadzał się ulicami lub wałęsał się w cieniu przed domem New Leland. Mike był wykształcony. Uczęszczał do college'u w Indianie przez kilka lat, z którego został wydalony za romans z kobietą. Po powrocie z college'u zatrzymał się w Caxton, mieszkając w hotelu i udając, że studiuje prawo w biurze starego sędziego Reynoldsa. Nie przywiązywał zbytniej wagi do nauki, ale z nieskończoną cierpliwością tak dobrze wyćwiczył ręce, że stał się zadziwiająco biegły w posługiwaniu się monetami i kartami, wyłapując je z powietrza i sprawiając, że pojawiały się w butach, kapeluszach, a nawet ubraniach przechodniów. W ciągu dnia przechadzał się ulicami, przyglądając się sprzedawczyniom w sklepach lub stał na peronie, machając do pasażerek w przejeżdżających pociągach. Powiedział Johnowi Telferowi, że pochlebstwa to zaginiona sztuka, którą zamierzał przywrócić. Mike McCarthy nosił książki w kieszeniach, czytając je siedząc na krześle przed hotelem lub na skałach przed witrynami sklepowymi. Gdy w soboty ulice były zatłoczone, stawał na rogach ulic, demonstrując swoje sztuczki z kartami i monetami i zerkając na wiejskie dziewczyny w tłumie. Pewnego dnia kobieta, żona miejscowego sprzedawcy artykułów papierniczych, krzyknęła na niego, nazywając go leniwym chamem. Rzucił wtedy monetę w powietrze, a kiedy nie spadła, rzucił się w jej stronę, krzycząc: "Ma ją w pończosze". Kiedy żona sprzedawcy artykułów papierniczych wbiegła do sklepu i zatrzasnęła drzwi, tłum śmiał się i wiwatował.
  Telfer lubił wysokiego, szarookiego, włóczącego się McCarthy'ego i czasami siadał z nim, dyskutując o powieści lub wierszu; Sam, stojący w tle, słuchał chciwie. Valmore nie przepadał za tym człowiekiem, kręcąc głową i oznajmiając, że taki facet nie może skończyć dobrze.
  Reszta miasta zgodziła się z Valmore'em, a McCarthy, świadomy tego, opalał się, ściągając na siebie gniew mieszkańców. Aby wzmocnić rozgłos, który na niego spadł, ogłosił się socjalistą, anarchistą, ateistą i poganinem. Ze wszystkich chłopców McCarthy'ego, on jeden głęboko troszczył się o kobiety i publicznie i otwarcie deklarował swoją namiętność do nich. Zanim mężczyźni zebrali się wokół pieca w Wildman's Grocery, doprowadzał ich do szaleństwa deklaracjami wolnej miłości i przysięgami, że weźmie to, co najlepsze, od każdej kobiety, która da mu szansę.
  Oszczędny i pracowity dziennikarz darzył tego człowieka szacunkiem graniczącym z namiętnością. Słuchając McCarthy'ego, odczuwał nieustanną przyjemność. "Nie ma niczego, czego by się nie odważył zrobić" - pomyślał chłopiec. "To najswobodniejszy, najodważniejszy, najdzielniejszy człowiek w mieście". Kiedy młody Irlandczyk, widząc podziw w jego oczach, rzucił mu srebrnego dolara, mówiąc: "To za twoje piękne brązowe oczy, chłopcze; gdybym je miał, połowa kobiet w mieście poszłaby za mną", Sam trzymał dolara w kieszeni i uważał go za swego rodzaju skarb, jak różę podarowaną kochankowi przez ukochaną osobę.
  
  
  
  Było po jedenastej, kiedy Hop Higgins wrócił do miasta z McCarthyem, cicho jadąc ulicą i alejką za ratuszem. Tłum na zewnątrz się rozproszył. Sam przechodził od jednej mamroczącej grupy do drugiej, a serce waliło mu ze strachu. Teraz stał za tłumem mężczyzn zgromadzonych przy drzwiach więzienia. Lampa naftowa płonąca na słupie nad wejściem rzucała tańczące, migoczące światło na twarze mężczyzn przed nim. Groźna burza nie ustała, ale nienaturalnie ciepły wiatr nadal wiał, a niebo nad nimi było czarne jak atrament.
  Marszałek miasta jechał alejką w kierunku bramy więzienia, a młody McCarthy siedział obok niego w powozie. Mężczyzna rzucił się naprzód, by zatrzymać konia. Twarz McCarthy'ego była kredowo blada. Zaśmiał się i krzyknął, unosząc rękę ku niebu.
  "Jestem Michał, syn Boży. Ciąłem mężczyznę nożem, aż jego czerwona krew spłynęła po ziemi. Jestem synem Bożym i to ohydne więzienie będzie moim schronieniem. Tam przemówię do Ojca" - ryknął ochryple, grożąc pięścią tłumowi. "Synowie tego szamba przyzwoitości, zostańcie i słuchajcie! Wezwijcie swoje kobiety i pozwólcie im stanąć w obecności mężczyzny!"
  Wziąwszy za ramię białego mężczyznę o dzikim spojrzeniu, marszałek Higgins poprowadził go do więzienia. Dźwięk brzęku zamków, cichy pomruk głosu Higginsa i dziki śmiech McCarthy'ego dotarł do grupy milczących mężczyzn stojących w zaułku.
  Sam McPherson przebiegł obok grupy mężczyzn w stronę granicy aresztu i znalazłszy Johna Telfera i Valmore'a, którzy w milczeniu opierali się o ścianę warsztatu Toma Folgera, wślizgnął się między nich. Telfer wyciągnął rękę i położył dłoń na ramieniu chłopca. Hop Higgins, wychodząc z aresztu, zwrócił się do tłumu: "Nie odpowiadajcie, jeśli będzie gadał" - powiedział. "On jest szalony jak wariat".
  Sam podszedł bliżej do Telfera. Z więzienia dobiegł głos więźnia, głośny i pełen zdumiewającej odwagi. Zaczął się modlić.
  "Wysłuchaj mnie, Ojcze Wszechmogący, który pozwoliłeś istnieć temu miastu Caxton i pozwoliłeś mi, Twojemu synowi, dojrzeć do wieku męskiego. Jestem Michael, Twój syn. Wsadzili mnie do tego więzienia, gdzie szczury biegają po podłodze i stoją w brudzie na zewnątrz, podczas gdy ja rozmawiam z Tobą. Jesteś tam, stara Trupia Penny?"
  Powiew zimnego powietrza wdarł się przez zaułek, a potem zaczął padać deszcz. Grupa pod migoczącą lampą przy wejściu do więzienia wycofała się w stronę murów budynku. Sam ledwo widział, jak przywierają do ściany. Mężczyzna w więzieniu zaśmiał się głośno.
  "Miałem filozofię życia, Ojcze" - zawołał. "Widziałem tu mężczyzn i kobiety, którzy rok po roku żyli bez dzieci. Widziałem, jak chomikowali grosze i odmawiali Ci nowego życia, by pełnić Twoją wolę. Potajemnie chodziłem do tych kobiet i mówiłem im o miłości cielesnej. Byłem dla nich łagodny i dobry; schlebiałem im".
  Z ust więźnia wyrwał się głośny śmiech. "Jesteście tu, mieszkańcy szamba przyzwoitości?" krzyknął. "Stoicie w błocie z zamarzniętymi stopami i słuchacie? Byłem z waszymi żonami. Byłem z jedenastoma żonami Caxtona, bezdzietnymi, i nic to nie dało. Właśnie porzuciłem dwunastą kobietę, zostawiając mojego mężczyznę na drodze, krwawiącą ofiarę dla was. Wymienię imiona tych jedenastu. Zemszczę się również na mężach tych kobiet, z których część czeka z innymi w błocie na zewnątrz".
  Zaczął wymieniać imiona żon Caxtona. Chłopaka przeszedł dreszcz, spotęgowany nowym chłodem w powietrzu i nocnym podnieceniem. Wśród mężczyzn stojących wzdłuż muru więzienia rozległ się szmer. Zebrali się ponownie w migoczącym świetle przy drzwiach więzienia, ignorując deszcz. Valmore, wyłaniający się z ciemności obok Sama, stanął przed Telferem. "Czas, żeby chłopak wracał do domu" - powiedział. "Nie powinien tego słyszeć".
  Telfer roześmiał się i przyciągnął Sama bliżej. "Słyszał już wystarczająco dużo kłamstw w tym mieście" - powiedział. "Prawda mu nie zaszkodzi. Ja nie pójdę, ty nie pójdziesz i chłopak też nie pójdzie. Ten McCarthy ma mózg. Chociaż teraz jest na wpół szalony, próbuje coś wymyślić. Chłopak i ja zostaniemy i posłuchamy".
  Głos z więzienia nadal wymieniał imiona żon Caxtona. Głosy w grupie przed drzwiami więzienia zaczęły krzyczeć: "To musi się skończyć. Zburzmy więzienie".
  McCarthy roześmiał się głośno. "Wiją się, Ojcze, wiją się; trzymam ich w dole i torturuję" - krzyknął.
  Sam poczuł mdłą satysfakcję. Miał przeczucie, że imiona wykrzykiwane z więzienia będą powtarzane w całym mieście. Jedna z kobiet, których imiona zostały wyczytane, stała z ewangelistą z tyłu kościoła, próbując namówić żonę piekarza, by wstała i dołączyła do stada owiec.
  Deszcz padający na ramiona mężczyzn przy drzwiach więzienia zmienił się w grad, powietrze zrobiło się zimne, a grad walił w dachy budynków. Kilku mężczyzn dołączyło do Telfera i Valmore'a, rozmawiając cicho, wzburzonym głosem. "A Mary McCain też jest hipokrytką" - usłyszał Sam jednego z nich.
  Głos w więzieniu się zmienił. Wciąż modląc się, Mike McCarthy zdawał się przemawiać do grupy w ciemności na zewnątrz.
  "Jestem zmęczony swoim życiem. Szukałem przywództwa i go nie znalazłem. Ojcze! Ześlij nam nowego Chrystusa, który nas zawładnie, współczesnego Chrystusa z fajką w ustach, który będzie nas łajał i wprowadzał w błąd, abyśmy my, pasożyty udające, że jesteśmy stworzeni na Twoje podobieństwo, zrozumieli. Niech wejdzie do kościołów i sądów, miast i miasteczek, wołając: "Wstydź się!" Wstydź się, za twoją tchórzliwą troskę o twoje jęczące dusze! Niech nam powie, że nasze życie, tak nędzne, nigdy się nie powtórzy, gdy nasze ciała zgniją w grobie".
  Z jego ust wyrwał się szloch, a Sam poczuł gulę w gardle.
  "Ojcze! Pomóż nam, mężczyznom z Caxton, zrozumieć, że to wszystko, co mamy, to nasze życie, to życie tak ciepłe, pełne nadziei i śmiechu w słońcu, to życie z niezdarnymi chłopcami pełnymi dziwnych możliwości i dziewczynami z długimi nogami i piegowatymi rękami, nosami, które mają nieść życie, nowe życie, kopiące, wiercące się i budzące ich w nocy".
  Głos modlitwy ucichł. Rozległ się dziki szloch, który zastąpił mowę. "Ojcze!" - krzyknął złamany głos. "Odebrałem życie człowiekowi, który poruszał się, mówił i gwizdał w słońcu zimowego poranka; zabiłem".
  
  
  
  Głos w więzieniu stał się niesłyszalny. Cisza, przerywana jedynie cichymi szlochami dochodzącymi z więzienia, zapadła w wąskiej, ciemnej uliczce, a słuchacze zaczęli się cicho rozchodzić. Gula w gardle Sama stawała się coraz silniejsza. Łzy napłynęły mu do oczu. Wyszedł z uliczki z Telferem i Valmorem na ulicę, obaj mężczyźni szli w milczeniu. Deszcz przestał padać i wiał zimny wiatr.
  Chłopiec poczuł ucisk. Jego umysł, serce, a nawet zmęczone ciało poczuły się dziwnie oczyszczone. Poczuł nowe uczucie do Telfera i Valmore'a. Kiedy Telfer zaczął mówić, słuchał z uwagą, myśląc, że w końcu go zrozumiał i pojął, dlaczego tacy mężczyźni jak Valmore, Wildman, Freedom Smith i Telfer kochali się i kontynuowali swoją przyjaźń rok po roku, pomimo trudności i nieporozumień. Wydawało mu się, że pojął ideę braterstwa, o której John Telfer tak często i elokwentnie mówił. "Mike McCarthy to po prostu brat, który zszedł na ciemną ścieżkę" - pomyślał i poczuł przypływ dumy z tej myśli i trafności jej wyrażenia w swoim umyśle.
  John Telfer, nieświadomy obecności chłopca, spokojnie rozmawiał z Valmorem, podczas gdy dwaj mężczyźni brnęli przez ciemność, pogrążeni w myślach.
  "To dziwna myśl" - powiedział Telfer, a jego głos brzmiał odlegle i nienaturalnie, jak głos z celi więziennej. "To dziwna myśl, że gdyby nie dziwactwo umysłu, ten Mike McCarthy sam mógłby być kimś w rodzaju Chrystusa z fajką w ustach".
  Valmore potknął się i prawie upadł w ciemność na skrzyżowaniu. Telfer kontynuował.
  "Pewnego dnia świat znajdzie sposób, by zrozumieć swoich niezwykłych ludzi. Teraz straszliwie cierpią. Niezależnie od sukcesu lub porażki, jakie spotkały tego pomysłowego, dziwnie przewrotnego Irlandczyka, ich los jest smutny. Tylko zwyczajny, prosty, bezmyślny człowiek spokojnie sunie przez ten niespokojny świat".
  Jane McPherson siedziała w domu, czekając na syna. Pomyślała o scenie w kościele i jasny błysk zapłonął w jej oczach. Sam minął sypialnię rodziców, gdzie Windy McPherson spokojnie chrapał, i wszedł po schodach do swojego pokoju. Rozebrał się, zgasił światło i uklęknął na podłodze. Z dzikiego majaczenia więźnia coś wydobył. Pośród bluźnierstwa Mike'a McCarthy'ego poczuł głęboką i nieprzemijającą miłość do życia. Tam, gdzie kościół zawiódł, odniósł sukces śmiały sensualista. Sam poczuł, że może modlić się przed całym miastem.
  "Ojcze!" zawołał, podnosząc głos w ciszy małego pokoju, "spraw, abym uwierzył w myśl, że właściwe życie jest moim obowiązkiem wobec Ciebie.
  Przy drzwiach na dole, podczas gdy Valmore czekał na chodniku, Telfer rozmawiał z Jane McPherson.
  "Chciałem, żeby Sam usłyszał" - wyjaśnił. "On potrzebuje religii. Wszyscy młodzi ludzie potrzebują religii. Chciałem, żeby usłyszał, jak nawet człowiek taki jak Mike McCarthy instynktownie próbuje usprawiedliwić się przed Bogiem".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IV
  
  PRZYJAŹŃ JOHNA T. ELFERA wywarła kształtujący wpływ na Sama McPhersona. Bezużyteczność ojca i rosnąca świadomość trudnej sytuacji matki nadały życiu gorzki smak, ale Telfer go osłodził. Z zapałem zgłębiał myśli i marzenia Sama i odważnie starał się obudzić w tym cichym, pracowitym, zarabiającym pieniądze chłopcu własną miłość do życia i piękna. Wieczorami, gdy spacerowali wiejskimi drogami, mężczyzna zatrzymywał się i, machając rękami, cytował Poego lub Browninga, a w innym nastroju zwracał uwagę Sama na rzadki zapach sianokosów lub oświetlony księżycem skrawek łąki.
  Zanim ludzie zgromadzili się na ulicach, drażnił chłopca, nazywając go chciwym i mówiąc: "On jest jak kret, który pracuje pod ziemią. Jak kret szuka robaka, tak ten chłopiec szuka pięciocentówki. Obserwowałem go. Podróżnik opuszcza miasto, zostawiając tu dziesięciocentówkę lub pięciocentówkę, a w ciągu godziny jest ona w kieszeni tego chłopca. Rozmawiałem o nim z bankierem Walkerem. Drży, aby jego skarbce nie stały się zbyt małe, by pomieścić bogactwo tego młodego Krezusa. Nadejdzie dzień, kiedy kupi miasto i schowa je do kieszeni kamizelki".
  Pomimo publicznego znęcania się nad chłopcem, Telfer był geniuszem, gdy byli sami. Wtedy rozmawiał z nim otwarcie i swobodnie, tak jak rozmawiał z Valmorem, Freedem Smithem i innymi przyjaciółmi na ulicach Caxton. Idąc drogą, wskazywał laską w stronę miasta i mówił: "W tobie i twojej matce jest więcej autentyczności niż we wszystkich innych chłopcach i matkach w tym mieście razem wziętych".
  Caxton Telfer był jedynym człowiekiem na świecie, który znał książki i traktował je poważnie. Sam czasami uważał jego postawę za zastanawiającą i stał z otwartymi ustami, słuchając, jak Telfer przeklina lub śmieje się z książki, tak jak robił to z Valmore czy Freedom Smith. Miał piękny portret Browninga, który trzymał w swojej stajni, a wcześniej stał w rozkroku, z głową przechyloną na bok i mówił.
  "Jesteś bogatym, starym sportowcem, co?" - mawiał z uśmiechem. "Zmuszasz się, żeby kobiety i profesorowie uniwersyteccy rozmawiali o tobie w klubach, co? Ty stary oszust!"
  Telfer nie miał litości dla Mary Underwood, nauczycielki, która stała się przyjaciółką Sama i z którą chłopiec czasami spacerował i rozmawiał. Mary Underwood była dla Caxtona czymś w rodzaju solą w oku. Była jedynym dzieckiem Silasa Underwooda, miejscowego siodlarza, który niegdyś pracował w warsztacie należącym do Windy'ego McPhersona. Po porażce w interesach Windy założył własną firmę i przez jakiś czas prosperował, posyłając córkę do szkoły w Massachusetts. Mary nie rozumiała mieszkańców Caxton, a oni nie rozumieli jej i nie ufali jej. Nie uczestnicząc w życiu miasta i trzymając się na uboczu, wzbudzała w innych pewien lęk. Ponieważ nie dołączała do nich na kościelnych kolacjach ani nie plotkowała od drzwi do drzwi z innymi kobietami w długie letnie wieczory, uważali ją za coś w rodzaju anomalii. W niedziele siedziała sama w swojej ławce w kościele, a w sobotnie popołudnia, bez względu na pogodę czy burzę, przechadzała się wiejskimi drogami i lasami w towarzystwie swojego collie. Była niską kobietą o prostej, szczupłej sylwetce i pięknych niebieskich oczach, pełnych zmiennego światła, ukrytych pod okularami, które prawie zawsze nosiła. Jej usta były bardzo pełne i czerwone, a ona siedziała z nimi rozchylona, odsłaniając krawędzie jej pięknych zębów. Jej nos był duży, a policzki płonęły pięknym rudym kolorem. Choć różniła się od innych, podobnie jak Jane Macpherson, miała zwyczaj milczenia; a w swoim milczeniu, podobnie jak matka Sama, posiadała niezwykle silny i energiczny umysł.
  Jako dziecko była nieco inwalidką i nie miała przyjaciół z innymi dziećmi. To właśnie wtedy ukształtował się w niej nawyk milczenia i powściągliwości. Lata spędzone w szkole w Massachusetts przywróciły jej zdrowie, ale nie złamały tego nawyku. Wróciła do domu i podjęła pracę nauczycielki, aby zarobić pieniądze na powrót na Wschód, marząc o posadzie nauczycielki w tamtejszej uczelni. Była wyjątkową osobą: kobietą-naukowczynią, która kochała naukę dla samej nauki.
  Pozycja Mary Underwood w mieście i szkołach była niepewna. Jej ciche, samotne życie doprowadziło do nieporozumienia, które przynajmniej raz przybrało poważną formę i niemal wygnało ją z miasta i szkół. Jej opór wobec lawiny krytyki, która spadała na nią tygodniami, wynikał z jej nawyku milczenia i determinacji, by postawić na swoim, bez względu na wszystko.
  To nawiązanie do skandalu, który przyniósł jej siwe włosy. Skandal ucichł, zanim zaprzyjaźniła się z Samem, ale on o tym wiedział. W tamtych czasach wiedział wszystko, co działo się w mieście - jego bystre uszy i oczy niczego nie przeoczyły. Nie raz słyszał, jak mężczyźni rozmawiają o niej, czekając na golenie w salonie fryzjerskim Sawyera.
  Plotka głosiła, że miała romans z agentem nieruchomości, który później opuścił miasto. Mężczyzna, wysoki i przystojny, podobno kochał Mary i chciał zostawić żonę i wyjechać z nią. Pewnej nocy podjechał pod dom Mary krytym powozem i oboje wyjechali z miasta. Siedzieli godzinami w krytym powozie na poboczu drogi, rozmawiając, a przechodnie widzieli, jak rozmawiają.
  Potem wysiadła z bryczki i samotnie wróciła do domu przez zaspy. Następnego dnia była w szkole jak zwykle. Dowiedziawszy się o tym, dyrektor szkoły, otępiały starzec o pustych oczach, pokręcił głową z konsternacją i oświadczył, że sprawę trzeba zbadać. Zaprosił Mary do swojego małego, ciasnego gabinetu w budynku szkolnym, ale stracił odwagę, gdy usiadła przed nim i nic nie powiedziała. Mężczyzna w zakładzie fryzjerskim, który powtórzył historię, powiedział, że agent nieruchomości pojechał na odległą stację i wsiadł do pociągu do miasta, wracając do Caxton kilka dni później i wyprowadzając rodzinę z miasta.
  Sam zignorował tę historię. Po zaprzyjaźnieniu się z Mary umieścił mężczyznę z salonu fryzjerskiego w klasie Windy McPherson i uważał go za oszusta i kłamcę, który gada dla samego gadaniny. Z szokiem przypomniał sobie, z jaką nonszalancją mokasyny w salonie traktowały powtarzanie tej historii. Ich komentarze wróciły do niego, gdy szedł ulicą z gazetami, i wstrząsnęły nim. Szedł pod drzewami, myśląc o słońcu padającym na siwe włosy, gdy spacerowali razem w letnie dni, i zagryzł wargę, konwulsyjnie otwierając i zamykając pięść.
  W drugim roku nauki Mary w szkole Caxton zmarła jej matka, a pod koniec następnego roku, po porażce ojca w interesie siodlarskim, Mary stała się stałą bywalczynią szkoły. Dom matki na obrzeżach miasta został przez nią przejęty i zamieszkała tam ze starszą ciotką. Po ucichnięciu skandalu wokół pośrednika nieruchomości, miasto straciło nią zainteresowanie. W momencie pierwszej przyjaźni z Samem miała trzydzieści sześć lat i mieszkała samotnie wśród książek.
  Sam był głęboko poruszony jej przyjaźnią. Uważał za znaczące, że dorośli, którzy mieli własne romanse, traktowali jego przyszłość tak poważnie, jak ona i Telfer. Na swój chłopięcy sposób postrzegał to bardziej jako hołd dla siebie niż dla swojej uroczej młodości i był z tego dumny. Nie zamiłowany do książek i udający, że robi to tylko z chęci zadowolenia, czasami zmieniał przyjaciół, przedstawiając ich opinie jako swoje.
  Telfer zawsze go przyłapywał na tym triku. "To nie twoja opinia" - krzyczał - "twój nauczyciel ci to powiedział. To opinia kobiety. Ich opinie, podobnie jak książki, które czasami piszą, nie opierają się na niczym. To nie są prawdziwe rzeczy. Kobiety nic nie wiedzą. Mężczyzn interesują się nimi tylko dlatego, że nie dostali od nich tego, czego chcieli. Żadna kobieta nie jest naprawdę wielka - może poza moją kobietą, Eleanor".
  Ponieważ Sam spędzał coraz więcej czasu w towarzystwie Mary, Telfer stawał się coraz bardziej rozgoryczony.
  "Chciałbym, żebyś obserwował umysły kobiet i nie pozwolił im wpływać na twój własny" - powiedział chłopcu. "Żyją w świecie nierealności. Lubią nawet wulgarnych ludzi w książkach, ale unikają prostych, przyziemnych ludzi wokół siebie. Ta nauczycielka jest taka sama. Czy jest taka jak ja? Czy kochając książki, kocha też sam zapach ludzkiego życia?"
  W pewnym sensie stosunek Telfera do życzliwej nauczycielki stał się stosunkiem Sama. Choć spacerowali i rozmawiali razem, nigdy nie zaakceptował toku nauki, który dla niego zaplanowała, a im lepiej ją poznawał, książki, które czytała, i idee, które głosiła, pociągały go coraz mniej. Uważał, że ona, jak twierdził Telfer, żyje w świecie iluzji i nierzeczywistości, i tak mówił. Kiedy pożyczała mu książki, chował je do kieszeni i nie czytał. Kiedy czytał, czuł, jakby książki przypominały mu o czymś, co go zraniło. Były w jakiś sposób fałszywe i pretensjonalne. Uważał, że przypominają jego ojca. Kiedyś próbował przeczytać Telferowi na głos książkę, którą pożyczyła mu Mary Underwood.
  To była historia poety o długich, brudnych paznokciach, który chodził wśród ludzi, głosząc ewangelię piękna. Wszystko zaczęło się od sceny na zboczu wzgórza podczas ulewy, gdzie poeta siedział pod namiotem, pisząc list do ukochanej.
  Telfer był w szoku. Zerwał się ze swojego miejsca pod drzewem przy drodze, zamachał rękami i krzyknął:
  "Przestań! Przestań! Nie rób tego. Historia kłamie. Człowiek nie mógłby pisać listów miłosnych w takich okolicznościach, a rozbijając namiot na zboczu wzgórza, był głupcem. Człowiek w namiocie na zboczu wzgórza podczas burzy zmarzłby, zmokłby i dostał reumatyzmu. Żeby pisać listy, musiałby być niepoprawnym dupkiem. Lepiej by wykopał rów, żeby woda nie zalała mu namiotu".
  Telfer szedł drogą, machając rękami, a Sam szedł za nim, myśląc, że ma rację. Jeśli później w życiu dowiedział się, że istnieją ludzie, którzy potrafią pisać listy miłosne na kawałku dachu podczas powodzi, to wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, a najmniejsza oznaka frywolności czy udawania mocno zagościła w jego żołądku.
  Telfer był wielkim entuzjastą "Wstecz" Bellamy"ego i czytał go na głos żonie w niedzielne popołudnia pod jabłoniami w sadzie. Mieli mnóstwo osobistych żartów i powiedzonek, z których zawsze się śmiali, a ona czerpała nieograniczoną przyjemność z jego komentarzy na temat życia i mieszkańców Caxton, ale nie podzielała jego miłości do książek. Kiedy czasami drzemała w fotelu podczas niedzielnych popołudniowych czytań, szturchał ją laską i śmiejąc się kazał jej się obudzić i posłuchać snu wielkiego marzyciela. Spośród wierszy Browninga jego ulubionymi były "Kobieta łatwa" i "Fra Lippo Lippi", które recytował na głos z wielką przyjemnością. Ogłaszał Marka Twaina najwspanialszym człowiekiem na świecie i, gdy miał na to ochotę, szedł drogą obok Sama, powtarzając w kółko wers lub dwa wierszy, często Poego:
  Helen, twoje piękno jest dla mnie
  Jak jakaś nicejska barka z minionych czasów.
  Następnie zatrzymał się i zwrócił do chłopca, pytając, czy dla takich słów warto żyć.
  Telfer miał stado psów, które zawsze towarzyszyły im podczas nocnych spacerów. Nadawał im długie łacińskie imiona, których Sam nigdy nie mógł zapamiętać. Pewnego lata kupił od Lema McCarthy'ego klacz kłusaków i poświęcał wiele uwagi źrebakowi, którego nazwał Bellamy Boy, jeżdżąc na nim godzinami po małym podjeździe przed domem i zapewniając, że będzie świetnym kłusakiem. Z wielką przyjemnością opowiadał o rodowodzie źrebaka, a rozmawiając z Samem o książce, odwdzięczał się chłopcu słowami: "Ty, mój chłopcze, jesteś tak samo lepszy od wszystkich chłopców w mieście, jak sam źrebak. Bellamy Boy jest lepszy od koni gospodarskich, które przyprowadza się na Main Street w sobotnie popołudnia". A potem, machając ręką i z bardzo poważną miną, dodawał: "I z tego samego powodu. Ty, tak jak on, byłeś pod opieką głównego trenera młodzieży".
  
  
  
  Pewnego wieczoru Sam, mężczyzna swoich rozmiarów, pełen niezręczności i skrępowania wynikającego z nowego wzrostu, siedział na beczce po krakersach na zapleczu sklepu spożywczego Wildman's Grocery Store. Był letni wieczór i lekki wiatr wpadał przez otwarte drzwi, kołysząc wiszącymi nad głowami lampami naftowymi, które płonęły i trzeszczały. Jak zwykle, w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie toczącej się między mężczyznami.
  Stojąc z nogami szeroko rozstawionymi i od czasu do czasu szturchając nogi Sama laską, John Telfer rozmawiał na temat miłości.
  "To temat, o którym poeci dobrze piszą" - oświadczył. "Pisząc o nim, unikają konieczności jego akceptacji. Próbując stworzyć wdzięczną linię, zapominają zwrócić uwagę na zgrabne kostki. Ten, kto śpiewa o miłości z największą namiętnością, jest najmniej zakochany; zaleca się do bogini poezji i wpada w kłopoty tylko wtedy, gdy, jak John Keats, zwraca się do córki wieśniaka i próbuje sprostać wersom, które napisał".
  "Bzdura, bzdura!" - ryknął Freedom Smith, który odchylił się na krześle, opierając stopy o zimny piec, paląc krótką czarną fajkę, a teraz rzucił stopami o podłogę. Podziwiając potok słów Telfera, udawał pogardę. "Noc jest za gorąca na elokwencję!" - ryknął. "Jeśli chcesz być elokwentny, mów o lodach, miętowych julepach albo recytuj wiersz o starym basenie".
  Telfer zwilżył palec i podniósł go w powietrze.
  "Wiatr wieje z północnego zachodu, zwierzęta ryczą, czeka nas burza" - powiedział, puszczając oko do Valmore"a.
  Bankier Walker wszedł do sklepu w towarzystwie córki. Była to drobna, ciemnoskóra dziewczyna o bystrych, ciemnych oczach. Widząc Sama siedzącego na beczce krakersów, machającego nogami, odezwała się do ojca i wyszła ze sklepu. Na chodniku zatrzymała się, odwróciła i wykonała szybki gest ręką.
  Sam zeskoczył z beczki z krakersami i skierował się do drzwi wejściowych. Na policzki wpełzł mu rumieniec. W ustach czuł gorąco i suchość. Szedł z najwyższą ostrożnością, zatrzymując się, by ukłonić się bankierowi i na chwilę czytając gazetę leżącą na papierośnicy, by uniknąć komentarzy, które - jak się obawiał - mogłyby skłonić go do zniknięcia wśród mężczyzn przy piecu. Serce mu drżało, gdy myślał, że dziewczyna zniknie na ulicy, i zerknął z poczuciem winy na bankiera, który dołączył do grupy na zapleczu sklepu i teraz stał, przysłuchując się rozmowie, czytając z listy, którą trzymał w dłoniach. Wildman chodził tam i z powrotem, zbierając paczki i powtarzając na głos tytuły artykułów, które przypomniał sobie bankier.
  Na końcu oświetlonej, handlowej części Main Street, Sam spotkał dziewczynę czekającą na niego. Zaczęła mu opowiadać, jak udało jej się uciec ojcu.
  "Powiedziałam mu, że wracam do domu z siostrą" - powiedziała, kręcąc głową.
  Wziąwszy chłopca za rękę, poprowadziła go zacienioną ulicą. Po raz pierwszy Sam szedł w towarzystwie jednego z dziwnych stworzeń, które zaczęły mu spędzać sen z powiek. Przytłoczony tym cudem, krew przyspieszyła mu w żyłach i zakręciło mu się w głowie, tak że szedł w milczeniu, niezdolny do zrozumienia swoich emocji. Z rozkoszą czuł delikatną dłoń dziewczyny; serce waliło mu w piersi, a gardło ściskało się z duszności.
  Idąc ulicą mijając oświetlone domy, gdzie do jego uszu dochodziły ciche kobiece głosy, Sam poczuł się niezwykle dumny. Pomyślał, że chciałby się odwrócić i iść z tą dziewczyną oświetloną Main Street. Gdyby tylko nie wybrała go spośród wszystkich chłopaków w mieście; czyż nie pomachała swoją małą białą rączką i nie zawołała go, a on zastanawiał się, dlaczego ludzie na beczkach z krakersami jej nie usłyszeli? Jej odwaga, i jego własna, zaparła mu dech w piersiach. Nie mógł mówić. Język miał sparaliżowany.
  Chłopiec i dziewczynka szli ulicą, kręcąc się w cieniu, spiesząc się obok przyćmionych latarni naftowych na skrzyżowaniach, każde z nich odbierało od siebie falę za falą cudownych, drobnych doznań. Żadne z nich się nie odezwało. Brakowało im słów. Czyż nie dopuścili się tego śmiałego czynu razem?
  Zatrzymali się w cieniu drzewa i stanęli naprzeciwko siebie; dziewczyna spojrzała w ziemię i stanęła twarzą do chłopaka. Wyciągnął rękę i położył jej dłoń na ramieniu. W ciemności po drugiej stronie ulicy mężczyzna chwiejnym krokiem wracał do domu promenadą. W oddali migotały światła Main Street. Sam przyciągnął dziewczynę do siebie. Uniosła głowę. Ich usta się spotkały, a potem, obejmując go za szyję, całowała go namiętnie raz po raz.
  
  
  
  Powrót Sama do Wildmana naznaczony był szczególną ostrożnością. Choć nie było go zaledwie piętnaście minut, wydawało się, że to godziny, i nie zdziwiłby się, gdyby sklepy były pozamykane, a Main Street pogrążona w ciemnościach. Nie do pomyślenia było, żeby sklepikarz wciąż pakował paczki dla bankiera, Walkera. Światy się zmieniły. Męskość przyszła do niego. Dlaczego! Mężczyzna powinien był zapakować cały sklep, paczka po paczce, i wysłać go na koniec świata. Przystanął w cieniu przy pierwszej latarni sklepowej, gdzie lata temu, jako chłopiec, szedł na spotkanie z nią, zaledwie dziewczynką, i z zachwytem patrzył na oświetloną ścieżkę przed sobą.
  Sam przeszedł przez ulicę i stojąc przed Sawyerem, zajrzał do Wildmana. Czuł się jak szpieg zaglądający na terytorium wroga. Przed nim siedzieli ludzie, w których pośród miał okazję rzucić piorun. Mógł podejść do drzwi i powiedzieć, całkiem szczerze: "Oto przed tobą chłopiec, który machnięciem białej ręki stał się mężczyzną; oto ten, który złamał serce kobiety i nasycił się owocem z drzewa poznania życia".
  W sklepie spożywczym mężczyźni wciąż rozmawiali przy beczkach z krakersami, pozornie nieświadomi wkradnięcia się chłopaka. W istocie, ich rozmowa ucichła. Zamiast mówić o miłości i poetach, rozmawiali o kukurydzy i wołach. Bankier Walker, leżący na ladzie z torbami zakupów, palił cygaro.
  "Słychać dziś wieczorem wyraźnie, jak rośnie kukurydza" - powiedział. "Wystarczy jeszcze jeden, może dwa deszcze, a będziemy mieli rekordowe zbiory. Planuję wykarmić sto wołów na mojej farmie przy Rabbit Road tej zimy".
  Chłopiec wdrapał się z powrotem na beczkę z krakersami i starał się udawać obojętnego i zainteresowanego rozmową. Serce jednak waliło mu jak młotem; nadgarstki wciąż pulsowały. Odwrócił się i wbił wzrok w podłogę, mając nadzieję, że jego zdenerwowanie pozostanie niezauważone.
  Bankier, zbierając paczki, wyszedł za drzwi. Valmore i Freedom Smith poszli do stajni, żeby zagrać w pinochla. A John Telfer, kręcąc laską i przywołując sforę psów kręcących się w alejce za sklepem, zabrał Sama na spacer poza miasto.
  "Będę kontynuował tę rozmowę o miłości" - rzekł Telfer, uderzając laską w chwasty wzdłuż drogi i od czasu do czasu ostro krzycząc do psów, które, napełnione radością z bycia na świeżym powietrzu, biegały warcząc i wykonując salta jeden przez drugiego na zakurzonej drodze.
  "Ten Freedom Smith jest uosobieniem życia w tym mieście. Na słowo "miłość" kładzie nogi na podłodze i udaje obrzydzenie. Będzie gadał o zbożu, wołach albo cuchnących skórach, które kupuje, ale na samo słowo "miłość" jest jak kura, która widzi jastrzębia na niebie. Biega w kółko, wydając przy tym odgłosy. "Tu! Tu! Tu!" - woła. "Ujawniasz to, co powinno pozostać ukryte. Robisz w biały dzień to, co powinno się robić tylko z zawstydzoną miną w ciemnym pokoju". Tak, chłopcze, gdybym była kobietą w tym mieście, nie zniosłabym tego - pojechałabym do Nowego Jorku, do Francji, do Paryża - By choć na chwilę adorował mnie nieśmiały, naiwny prostak - ach - to nie do pomyślenia".
  Mężczyzna i chłopiec szli w milczeniu. Psy, wyczuwając zapach królika, zniknęły na długim pastwisku, a właściciel je puścił. Co jakiś czas odrzucał głowę do tyłu i głęboko wciągał nocne powietrze.
  "Nie jestem Bankerem Walkerem" - oświadczył. "On myśli o uprawie kukurydzy w kategoriach tłustych wołów pasących się na Rabbit Run; ja widzę to jako coś majestatycznego. Widzę długie rzędy kukurydzy, na wpół ukryte przez ludzi i konie, gorące i duszne, i myślę o rozległej rzece życia. Czuję oddech ognia, który płonął w umyśle człowieka, który powiedział: "Ziemia mlekiem i miodem płynie". Radość przynoszą mi moje myśli, a nie dolary brzęczące w kieszeni".
  "A potem, jesienią, gdy kukurydza stoi w szoku, widzę inny obraz. Tu i ówdzie armie kukurydzy stoją w grupach. Kiedy na nie patrzę, rozbrzmiewa mój głos. "Te uporządkowane armie wyprowadziły ludzkość z chaosu", mówię sobie. "Na dymiącej, czarnej kuli, rzuconej ręką Boga z bezkresnej przestrzeni, człowiek powołał te armie, by bronić swojego domu przed mrocznymi, atakującymi armiami w potrzebie"".
  Telfer zatrzymał się i stanął na drodze z rozstawionymi nogami. Zdjął kapelusz i odrzucił głowę do tyłu, śmiejąc się do gwiazd.
  "Teraz Freedom Smith musi mnie usłyszeć" - krzyknął, kołysząc się ze śmiechu i celując laską w nogi chłopca, tak że Sam musiał radośnie podskakiwać na drodze, żeby go uniknąć. "Ręka boska zrzucona z bezkresu - ach! Nieźle, aha! Powinienem być w Kongresie. Marnuję tu czas. Udzielam bezcennej elokwencji psom, które wolałyby gonić króliki, i chłopakowi, który jest najgorszym pazernym na pieniądze w mieście".
  Letnie szaleństwo, które ogarnęło Telfera, minęło i przez chwilę szedł w milczeniu. Nagle, kładąc dłoń na ramieniu chłopca, zatrzymał się i wskazał w stronę, gdzie słaba poświata na niebie oznaczała rozświetlone miasto.
  "To dobrzy ludzie" - powiedział - "ale ich drogi nie są moimi ani twoimi drogami. Wydostaniesz się z miasta. Masz geniusz. Będziesz finansistą. Obserwowałem cię. Nie jesteś skąpy, nie oszukujesz i nie kłamiesz - w rezultacie nie zostaniesz drobnym przedsiębiorcą. Co takiego masz? Masz dar dostrzegania dolarów tam, gdzie inni chłopcy w mieście nic nie widzą, i niestrudzenie ich poszukujesz - zostaniesz wielkim człowiekiem w dolarach, to jasne". W jego głosie pojawiła się nuta goryczy. "Ja też zostałem naznaczony. Po co noszę laskę? Czemu nie kupię farmy i nie będę hodował byków? Jestem najbardziej bezużytecznym stworzeniem na świecie. Mam w sobie odrobinę geniuszu, ale nie mam siły, żeby to wykorzystać".
  Umysł Sama, rozpalony pocałunkiem dziewczyny, ostygł w obecności Telfera. Było coś w letnim szaleństwie mężczyzny, co uspokajało gorączkę w jego krwi. Z zapałem podążał za słowami, widział obrazy, doświadczał dreszczyku emocji i przepełniał go spokój.
  Na obrzeżach miasta bryczka minęła spacerującą parę. Młody rolnik siedział w bryczce, obejmując dziewczynkę w talii, a jej głowę opierając na swoim ramieniu. W oddali słychać było ciche nawoływanie psów. Sam i Telfer usiedli na trawiastym brzegu pod drzewem, a Telfer przewrócił się na drugi bok i zapalił papierosa.
  "Jak obiecałem, porozmawiam z tobą o miłości" - powiedział, szeroko machając ręką za każdym razem, gdy wkładał papierosa do ust.
  Trawiasty brzeg, na którym leżeli, pachniał intensywnie, upalnie. Wiatr szeleścił kłosami zboża, które tworzyły za nimi coś w rodzaju muru. Księżyc wisiał wysoko na niebie, oświetlając szeregi zwartych chmur. Z głosu Telfera zniknęła pompatyczność, a jego twarz spoważniała.
  "Moja głupota jest w połowie poważna" - powiedział. "Myślę, że mężczyzna lub chłopak, który stawia sobie jakieś zadanie, powinien lepiej zostawić kobiety i dziewczęta w spokoju. Jeśli jest geniuszem, ma cel niezależny od świata i musi ciąć, ciąć i walczyć, by do niego dotrzeć, zapominając o wszystkich, a zwłaszcza o kobiecie, która będzie go ścigać. Ona również ma cel, do którego dąży. Toczy z nim wojnę i ma cel, który nie jest jego celem. Wierzy, że pogoń za kobietami to cel wszelkiego życia. Chociaż teraz potępiają Mike"a McCarthy"ego, którego z ich powodu wysłano do zakładu psychiatrycznego i który, kochając życie, był bliski popełnienia samobójstwa, kobiety z Caxton nie potępiają jego szaleństwa; nie oskarżają go o marnowanie dobrych lat czy o bezsensowne niszczenie jego zdrowego umysłu. Podczas gdy on uganiał się za kobietami jak za sztuką, po cichu mu bił brawo. Czyż dwanaście z nich nie podjęło wyzwania rzucanego mu przez jego oczy, gdy błąkał się po ulicach?
  Mężczyzna, mówiąc teraz cicho i poważnie, podniósł głos i machnął zapalonym papierosem w powietrzu, podczas gdy chłopiec, znów myśląc o ciemnoskórej córce bankiera Walkera, słuchał uważnie. Szczekanie psów stawało się coraz głośniejsze.
  "Jeśli ty, chłopcze, możesz się nauczyć ode mnie, dorosłego mężczyzny, znaczenia kobiet, nie będziesz żył w tym mieście na próżno. Ustanów własny rekord w zarabianiu pieniędzy, jeśli chcesz, ale dąż do niego. Puść się wodzy fantazji, a słodkie, melancholijne oczy dostrzeżone w ulicznym tłumie albo małe stópki biegnące po parkiecie zahamują twój rozwój na lata. Żaden mężczyzna ani chłopiec nie osiągnie celu życia, myśląc o kobietach. Niech spróbuje, a zginie. To, co dla niego jest ulotną radością, dla nich jest końcem. Są diabelnie sprytne. Będą biec i zatrzymywać się, biec i zatrzymywać się ponownie, pozostając tuż poza jego zasięgiem. Widzi je tu i tam wokół siebie. Jego umysł wypełniają mgliste, rozkoszne myśli emanujące z powietrza; zanim zda sobie sprawę z tego, co zrobił, spędzi lata na daremnych poszukiwaniach, a odwróciwszy się, czuje się stary i zagubiony".
  Telfer zaczął dźgać ziemię kijem.
  Miałem swoją szansę. W Nowym Jorku miałem pieniądze na życie i czas, żeby zostać artystą. Zdobywałem nagrodę za nagrodą. Mistrz, krążąc tam i z powrotem za nami, zatrzymywał się przy moich sztalugach dłużej niż ktokolwiek inny. Obok mnie siedział facet, który nic nie miał. Śmiałem się z niego i nazwałem go Sleepy Jock, na cześć psa, którego mieliśmy w domu, tutaj w Caxton. A teraz siedzę tu, bezczynnie czekając na śmierć, a ten Jock, gdzie on jest? Dopiero w zeszłym tygodniu przeczytałem w gazecie, że zdobył miejsce wśród największych artystów świata dzięki swoim malarstwu. W szkole obserwowałem oczy dziewcząt i podążałem za nimi noc w noc, odnosząc, niczym Mike McCarthy, bezowocne zwycięstwa. Sleepy Jock dawał z siebie wszystko. Nie rozglądał się z otwartymi oczami, ale wpatrywał się w twarz mistrza. Moje dni były pełne małych sukcesów. Mogłem nosić ubrania. Mogłem sprawić, że dziewczyny o łagodnych oczach odwracały się i patrzyły na mnie na sali balowej. Pamiętam tę noc. My, uczniowie, tańczyliśmy, a Sleepy Jock pojawił się. On Chodziłem i prosiłem o tańce, a dziewczyny śmiały się i mówiły mu, że nie mają nic do zaoferowania, że tańce są już zajęte. Poszedłem za nim, z uszami pełnymi pochlebstw i wizytówką pełną imion. Płynąc na fali małych sukcesów, nabrałem nawyku małych sukcesów. Kiedy nie udało mi się uchwycić linii, którą chciałem ożywić, upuściłem ołówek i, biorąc dziewczynę pod rękę, wyjechałem z miasta na cały dzień. Pewnego dnia, siedząc w restauracji, podsłuchałem rozmowę dwóch kobiet o pięknie moich oczu i byłem szczęśliwy przez cały tydzień.
  Telfer z obrzydzeniem podniósł ręce.
  "Mój potok słów, moja swobodna metoda konwersacji; dokąd mnie to prowadzi? Powiem wam. Doprowadziło mnie, pięćdziesięciolatka, który mógłby być artystą, skupiającym umysły tysięcy na czymś pięknym lub prawdziwym, do stania się wiejskim bywalcem, piwoszem, miłośnikiem próżnych przyjemności. Słowa unoszące się w powietrzu wioski skupionej na uprawie zboża.
  "Jeśli mnie zapytasz dlaczego, powiem ci, że mój umysł został sparaliżowany przez mały sukces, a jeśli zapytasz mnie, skąd wziąłem do niego zamiłowanie, powiem ci, że poczułem je, gdy zobaczyłem je ukryte w oczach kobiety i usłyszałem słodkie pieśni, które usypiają, na ustach kobiety".
  Chłopiec siedzący na trawiastym brzegu obok Telfera zaczął rozmyślać o życiu w Caxton. Mężczyzna, paląc papierosa, zapadł w jedno ze swoich nielicznych milczeń. Chłopiec pomyślał o dziewczynach, które przychodziły mu na myśl nocą, o tym, jak wzruszyło go spojrzenie małej, niebieskookiej uczennicy, która kiedyś odwiedziła dom Freedom Smith, i o tym, jak pewnej nocy stanął pod jej oknem.
  W Caxton młodzieńcza miłość miała w sobie męskość godną kraju, który uprawiał tak wiele buszli żółtej kukurydzy i pędził ulicami mnóstwo tłustych wołów, by załadować je na ciężarówki. Mężczyźni i kobiety rozchodzili się, wierząc, z typowo amerykańskim podejściem do potrzeb dzieciństwa, że dorastającym chłopcom i dziewczynkom dobrze jest być sam na sam. Pozostawienie ich samych było kwestią zasad. Kiedy młody mężczyzna odwiedzał swoją ukochaną, jej rodzice siadali w ich obecności z przepraszającym spojrzeniem i wkrótce znikali, zostawiając ich samych. Kiedy w domach Caxton odbywały się przyjęcia dla chłopców i dziewcząt, rodzice odchodzili, zostawiając dzieci samym sobie.
  "Bawcie się dobrze i nie burzcie domu" - powiedzieli, wchodząc na górę.
  Pozostawione samym sobie dzieci bawiły się w całowanie, podczas gdy młodzi mężczyźni i wysokie, półdojrzałe dziewczęta siedzieli na ganku w ciemności, podekscytowani i półprzestraszeni, brutalnie i nieudolnie testując swoje instynkty, po raz pierwszy dostrzegając tajemnicę życia. Całowali się namiętnie, a młodzi mężczyźni, wracając do domu, leżeli na łóżkach, rozgorączkowani i nienaturalnie podnieceni, pogrążeni w rozmyślaniach.
  Młodzi mężczyźni regularnie wchodzili w towarzystwo dziewcząt, nie wiedząc o nich nic poza tym, że poruszały one całą ich istotę, swego rodzaju burza emocji, do której wracali wieczorami, niczym pijacy do swoich kieliszków. Po takim wieczorze, następnego ranka, znajdowali się oszołomieni i przepełnieni mglistymi pragnieniami. Stracili poczucie humoru; podsłuchiwali rozmowy mężczyzn na dworcu i w sklepach, tak naprawdę ich nie słysząc; chodzili grupami po ulicach, a ludzie, widząc ich, kiwali głowami i mówili: "To chamska epoka".
  Jeśli Sam nie starzał się niemiłosiernie, to z powodu nieustannej walki o utrzymanie sum na dnie żółtej książeczki bankowej, coraz bardziej schorowanego stanu zdrowia matki, który zaczynał go przerażać, oraz towarzystwa Valmore'a, Wildmana, Freedoma Smitha i mężczyzny, który teraz siedział obok niego, pogrążony w rozmyślaniach. Zaczął myśleć, że nie będzie już miał nic wspólnego z dziewczyną Walker. Przypomniał sobie romans siostry z młodym farmerem i zadrżał na widok jego prymitywnej wulgarności. Zerknął przez ramię siedzącego obok niego mężczyzny, pogrążonego w myślach, i ujrzał falujące pola rozciągające się w blasku księżyca, a słowa Telfera przyszły mu na myśl. Tak żywy i wzruszający był obraz armii stojącej kukurydzy, którą ludzie ustawili w szeregach na polach, by bronić się przed naporem bezlitosnej Natury, a Sam, mając ten obraz w pamięci, podążał za tonem rozmowy Telfera. Wyobraził sobie całe społeczeństwo jako podzielone na kilka niezłomnych dusz, które mimo wszystko wciąż szły naprzód, i ogarnęło go pragnienie, by stać się kimś takim jak on. Pragnienie to wydawało się tak wszechogarniające, że odwrócił się i, z wahaniem, próbował wyrazić, co mu leży na sercu.
  "Postaram się" - mruknął - "postaram się być mężczyzną. Postaram się nie mieć z nimi nic wspólnego... z kobietami. Będę pracował i zarabiał pieniądze... i... i..."
  Odjęło mu mowę. Przewrócił się na brzuch i spojrzał w ziemię.
  "Do diabła z kobietami i dziewczętami" - wyrzucił z siebie, jakby wyrzucał z siebie coś nieprzyjemnego.
  Na drodze wybuchło zamieszanie. Psy, porzucając pogoń za królikami, pojawiły się w polu widzenia, szczekając i warcząc, i pobiegły wzdłuż trawiastego brzegu, osłaniając mężczyznę i chłopca. Otrząsając się z reakcji na swoją wrażliwą naturę, chłopiec Telfera ogarnął się emocjami. Wróciło mu opanowanie. Uderzając kijem w psy na lewo i prawo, radośnie krzyknął: "Mamy już dość elokwencji mężczyzny, chłopca i psa. Ruszamy w drogę. Zabierzemy tego chłopca Sama do domu i położymy go spać".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ V
  
  SAM BYŁ półdorosłym piętnastolatkiem, kiedy miasto go wezwało. Od sześciu lat żył na ulicach. Widział gorące, czerwone słońce wschodzące nad polami kukurydzy i wędrował po ulicach w ponurym mroku zimowych poranków, gdy pociągi z północy wjeżdżały do Caxton, pokryte lodem, a robotnicy kolejowi stali na opustoszałej uliczce, a peron machał rękami i krzyczał do Jerry'ego Donlina, żeby się pospieszył z pracą, żeby mogli wrócić do ciepłego, stęchłego powietrza dymiącej maszyny.
  W ciągu sześciu lat chłopiec stawał się coraz bardziej zdeterminowany, by zostać bogatym człowiekiem. Wychowywany przez bankiera Walkera, swoją milczącą matkę i, niejako, przez samo powietrze, którym oddychał, jego wewnętrzne przekonanie, że zarabianie pieniędzy i ich posiadanie w jakiś sposób zrekompensuje stare, na wpół zapomniane upokorzenia życia rodziny McPhersonów i oprze je na solidniejszym fundamencie niż ten, który zapewniła mu chwiejna Windy, rosło i wpływało na jego myśli i czyny. Niestrudzenie kontynuował wysiłki, by iść naprzód. W nocy, w łóżku, śnił o dolarach. Jane McPherson była pasjonatką oszczędności. Pomimo niekompetencji Windy i własnego pogarszającego się stanu zdrowia, powstrzymywała rodzinę przed zadłużeniem, a chociaż podczas długich, surowych zim Sam czasami jadł mąkę kukurydzianą, dopóki jego umysł nie zbuntował się na myśl o polu kukurydzy, czynsz za mały dom był płacony od zera, a jej syn był zmuszony zwiększać kwoty w żółtej książeczce bankowej. Nawet Valmore, który po śmierci żony mieszkał na strychu nad swoim sklepem i w dawnych czasach był kowalem, najpierw robotnikiem, a później człowiekiem zarabiającym pieniądze, nie gardził ideą zysku.
  "Pieniądze napędzają klacz" - powiedział z pewnym szacunkiem, gdy bankier Walker, gruby, zadbany i zamożny, dumnie wyłonił się ze sklepu spożywczego Wildmana.
  Chłopiec nie był pewien podejścia Johna Telfera do zarabiania pieniędzy. Mężczyzna podążał za impulsem chwili z radosnym oddaniem.
  "Zgadza się" - wykrzyknął niecierpliwie, gdy Sam, który zaczął wyrażać swoją opinię na spotkaniach w supermarketach, niepewnie zauważył, że gazety cenią bogatych ludzi bez względu na ich osiągnięcia: "Zarabiaj pieniądze! Oszukuj! Kłam! Bądź jednym z ludzi wielkiego świata! Zdobądź sławę jako nowoczesny, zamożny Amerykanin!".
  I z kolejnym oddechem, zwracając się do Freedoma Smitha, który zaczął besztać chłopca za to, że nie chodzi do szkoły i który przepowiedział, że nadejdzie dzień, w którym Sam będzie żałował, że nie zna swoich książek, krzyknął: "Dajcie spokój szkołom! To tylko stęchłe łóżka, na których śpią starzy pracownicy biurowi!".
  Wśród wędrownych mężczyzn, którzy przybywali do Caxton, aby sprzedawać swoje towary, jednym z ulubieńców był chłopiec, który kontynuował sprzedaż papieru, nawet po osiągnięciu ludzkiego wzrostu. Siedząc w fotelach przed domem New Leland, rozmawiali z nim o mieście i pieniądzach, jakie mogli tam zarobić.
  "To miejsce dla młodego, energicznego człowieka" - powiedzieli.
  Sam miał talent do wciągania ludzi w rozmowę o sobie i swojej firmie i zaczął pozyskiwać wędrownych mężczyzn. Od nich wdychał zapach miasta i słuchając ich, widział szerokie ulice pełne spieszących się ludzi, wysokie budynki sięgające nieba, ludzi biegających w poszukiwaniu pieniędzy i urzędników pracujących rok po roku za marne wynagrodzenie, nieotrzymując nic, a niektórzy nie rozumiejąc impulsów i motywów firm, które ich utrzymywały.
  W tym obrazie Sam zdawał się dostrzegać dla siebie miejsce. Postrzegał życie w mieście jako wielką grę, w której wierzył, że może odegrać bezbłędną rolę. Czyż nie stworzył czegoś z niczego w Caxton, czyż nie usystematyzował i nie zmonopolizował sprzedaży gazet, czyż nie wprowadził sprzedaży popcornu i orzeszków ziemnych z koszyków dla sobotnich tłumów? Chłopcy już poszli do pracy, a konto bankowe przekroczyło już siedemset dolarów. Poczuł przypływ dumy na myśl o tym wszystkim, co zrobił i co będzie nadal robił.
  "Będę bogatszy niż ktokolwiek w tym mieście" - oznajmił dumnie. "Będę bogatszy niż Ed Walker".
  Sobotnia noc była wspaniałą nocą w życiu Caxtona. Sprzedawcy w sklepie przygotowywali się do niej, Sam wysłał sprzedawców orzeszków i popcornu, Art Sherman zakasał rękawy i postawił szklanki obok kranu z piwem pod barem, a mechanicy, rolnicy i robotnicy ubrani w odświętne stroje wyszli, by towarzysko spędzić czas z towarzyszami. Na Main Street tłumy wypełniały sklepy, chodniki i salony; mężczyźni stali w grupach, rozmawiając, a młode kobiety z kochankami przechadzały się tam i z powrotem. W holu nad apteką Geigera taniec trwał nadal, a głos dzwoniącego przebijał się przez zgiełk i stukot koni na zewnątrz. Od czasu do czasu w Piety Hollow wybuchały bójki między uczestnikami zamieszek. Pewnego dnia młody parobek został zasztyletowany na śmierć.
  Sam przeszedł przez tłum, promując swój towar.
  "Pamiętaj o długim, cichym niedzielnym popołudniu" - powiedział, wciskając gazetę w ręce tępego rolnika. "Przepisy na nowe dania" - namawiał żonę rolnika. "To strona o nowych modach w modzie" - powiedział dziewczynie.
  Sam nie skończył dnia pracy, dopóki nie zgasło ostatnie światło w ostatnim saloonie w Piety Hollow i ostatni imprezowicz nie odjechał w ciemność z sobotnią gazetą w kieszeni.
  A w sobotni wieczór podjął decyzję o odmowie sprzedaży gazety.
  "Zabiorę cię ze sobą do biznesu" - oznajmił Freedom Smith, zatrzymując go, gdy ten pospiesznie przechodził obok. "Jesteś za stary, żeby sprzedawać gazety, i za dużo wiesz".
  Sam, który w sobotni wieczór wciąż myślał o zarobieniu pieniędzy, nie zatrzymał się, by omówić tę sprawę z Freedem, ale ten już od roku po cichu szukał jakiegoś zajęcia. Teraz skinął głową i pospiesznie odszedł.
  "To koniec romansu" - krzyknął Telfer, stojąc obok Freeda Smitha przed apteką Geigera i podsłuchując oświadczyny. "Chłopak, który widział tajemne mechanizmy mojego umysłu, który słyszał, jak recytuję Poego i Browninga, zostanie handlarzem cuchnących skór. Ta myśl mnie prześladuje".
  Następnego dnia, siedząc w ogrodzie za domem, Telfer szczegółowo rozmawiał na ten temat z Samem.
  "Dla ciebie, mój chłopcze, pieniądze są dla mnie najważniejsze" - oznajmił, odchylając się na krześle, paląc papierosa i od czasu do czasu trącając laską ramię Eleanor. "Dla każdego chłopca najważniejsze jest zarabianie pieniędzy. Tylko kobiety i głupcy gardzą zarabianiem. Spójrz na Eleanor. Czas i myśli, które poświęca sprzedaży kapeluszy, mogłyby mnie zabić, ale ją ukształtowały. Spójrz, jaka stała się wyrafinowana i zdeterminowana. Bez biznesu kapeluszowego byłaby bezcelową idiotką, zafascynowaną ubraniami, ale z tym jest wszystkim, czym kobieta powinna być. Dla niej to jak dziecko".
  Eleanor, która odwróciła się, by roześmiać się z męża, spojrzała w ziemię, a cień przemknął jej przez twarz. Telfer, który zaczął mówić bezmyślnie z powodu nadmiaru słów, przeniósł wzrok z kobiety na chłopca. Wiedział, że oświadczyny dziecka poruszyły skrywany żal Eleanor, i zaczął próbować zetrzeć cień z jej twarzy, rzucając się na temat, który akurat był na jego ustach, sprawiając, że słowa same wypłynęły z jego ust.
  "Cokolwiek wydarzy się w przyszłości, w dzisiejszych czasach zarabianie pieniędzy wyprzedza wiele cnót, o których ludzie ciągle mówią" - oznajmił ostro, jakby próbując zmylić przeciwnika. "To jedna z cnót, która dowodzi, że człowiek nie jest dzikusem. To nie zarabianie pieniędzy go wywyższyło, ale umiejętność zarabiania pieniędzy. Pieniądze czynią życie znośnym. Dają wolność i niweczą strach. Posiadanie ich oznacza czyste domy i dobrze skrojone ubrania. Wnoszą piękno i miłość do piękna do życia mężczyzn. Pozwalają mężczyznom wyruszyć w podróż pełną błogosławieństw, tak jak ja to uczyniłem.
  "Pisarze uwielbiają opowiadać historie o rażących ekscesach wielkiego bogactwa" - kontynuował szybko, zerkając na Eleanor. "Z pewnością to, co opisują, dzieje się naprawdę. Winne są pieniądze, a nie zdolność i instynkt do zarabiania pieniędzy. Ale co z bardziej rażącymi przejawami ubóstwa, pijanymi mężczyznami, którzy biją i głodzą swoje rodziny, ponurą ciszą zatłoczonych, niehigienicznych domów biedaków, nieefektywnych i pokonanych? Usiądź w salonie najpospolitszego klubu bogaczy, tak jak ja, a potem usiądź w południe wśród robotników fabryki. Przekonasz się, że cnota nie kocha ubóstwa bardziej niż ty i ja, i że człowiek, który nauczył się jedynie pracowitości, a nie nabył tego żarliwego głodu i wnikliwości, które pozwalają mu odnieść sukces, może stworzyć silny, zwinny zespół pod względem fizycznym, podczas gdy jego umysł jest chory i gnije".
  Chwyciwszy za laskę i dając się ponieść podmuchowi swojej elokwencji, Telfer zapomniał o Eleonorze i zaczął mówić z miłości do konwersacji.
  "Umysł, który skrywa w sobie miłość do piękna, który czyni nas poetami, malarzami, muzykami i aktorami, potrzebuje tego zwrotu, by umiejętnie zdobywać pieniądze, inaczej sam się zniszczy" - oświadczył. "I prawdziwie wielcy artyści go mają. W książkach i opowiadaniach wielcy ludzie głodują na poddaszach. W rzeczywistości częściej jeżdżą powozami Piątą Aleją i mają wiejskie posiadłości nad Hudsonem. Jedź i przekonaj się sam. Odwiedź głodującego geniusza w jego poddaszu. Szanse są sto do jednego, że znajdziesz go nie tylko niezdolnego do zarabiania pieniędzy, ale także niezdolnego do uprawiania sztuki, której tak bardzo pragnie".
  Po pospiesznej wiadomości od Freedom Smith, Sam zaczął szukać nabywcy dla swojego sklepu papierniczego. Spodobała mu się proponowana lokalizacja i chciał tam mieć szansę. Kupując ziemniaki, masło, jajka, jabłka i skóry, myślał, że zarobi pieniądze; poza tym wiedział, że jego upór w oszczędzaniu pieniędzy w banku poruszył wyobraźnię Freedom i chciał to wykorzystać.
  W ciągu kilku dni transakcja została sfinalizowana. Sam otrzymał trzysta pięćdziesiąt dolarów za listę klientów gazety, biznes orzeszków ziemnych i popcornu oraz ekskluzywne agencje, które założył z dziennikami De Moine i St. Louis. Dwaj chłopcy kupili firmę przy wsparciu swoich ojców. Rozmowa na zapleczu banku, gdzie kasjer wyjaśnił historię Sama jako deponenta, oraz pozostałe siedemset dolarów przypieczętowały umowę. Kiedy doszło do transakcji z Freedom, Sam zabrał go do zaplecza i pokazał mu swoje oszczędności, tak jak pokazał je ojcom obu chłopców. Freedom był pod wrażeniem. Myślał, że chłopak zarobi dla niego pieniądze. Dwukrotnie w tym tygodniu Sam był świadkiem cichej, imponującej siły pieniędzy.
  Umowa, którą Sam zawarł z Freedom, obejmowała godziwą tygodniową pensję, wystarczającą w zupełności na pokrycie wszystkich jego potrzeb, oraz dwie trzecie wszystkiego, co zaoszczędził na zakup Freedom. Freedom z kolei miał zapewnić konia, transport i utrzymanie, a Sam miał się nim opiekować. Ceny za zakupione przedmioty miały być ustalane każdego ranka przez Freedom, a jeśli Sam kupił za mniej niż podana cena, dwie trzecie oszczędności trafiało do niego. Taki układ zaproponował Sam, który uważał, że zarobi więcej na oszczędnościach niż na pensji.
  Freedom Smith rozmawiał nawet o najbłahszych sprawach donośnym głosem, rycząc i krzycząc w sklepie i na ulicach. Był mistrzem w wymyślaniu opisowych nazw, mając imię dla każdego mężczyzny, kobiety i dziecka, którego znał i kochał. "Stary Może-Nie" - nazywał Windy'ego McPhersona, warcząc na niego w sklepie spożywczym, błagając, by nie rozlewał krwi rebeliantów do beczki cukru. Podróżował po kraju niskim, skrzypiącym powozem z szerokim otworem w dachu. O ile Sam wiedział, ani powóz, ani Freedom nie myły się podczas jego pobytu u tego mężczyzny. Miał swoją własną metodę robienia zakupów: zatrzymując się przed domem, siadał w swoim wozie i ryczał, dopóki rolnik nie wyszedł z pola lub domu, żeby z nim porozmawiać. A potem, targując się i krzycząc, zawierał umowę albo odchodził, podczas gdy rolnik, oparty o płot, śmiał się jak zagubione dziecko.
  Freedom mieszkał w dużym, starym, ceglanym domu z widokiem na jedną z najpiękniejszych ulic Caxton. Jego dom i podwórko szpeciły sąsiadów, którzy go osobiście lubili. Wiedział o tym i stał na ganku, śmiejąc się i krzycząc z radości. "Dzień dobry, Mary" - zawołał do schludnej Niemki po drugiej stronie ulicy. "Poczekaj, zobacz, jak tu posprzątam. Zrobię to zaraz. Najpierw odpędzę muchy z płotu".
  Kiedyś ubiegał się o urząd powiatowy i zdobył praktycznie wszystkie głosy w powiecie.
  Liberty miał pasję do kupowania starych, zużytych bryczek i narzędzi rolniczych, przywożąc je do domu, by stały na podwórku, zbierając rdzę i gnicie i przysięgając, że są jak nowe. Na placu stało pół tuzina bryczek, jeden lub dwa rodzinne wozy, lokomotywa, kosiarka, kilka wozów rolniczych i inne narzędzia rolnicze, których nazwy nie dają się opisać. Co kilka dni wracał do domu z nową nagrodą. Wychodzili z podwórka i wkradali się na werandę. Sam nigdy nie wiedział, że cokolwiek z tego sprzeda. W pewnym momencie miał szesnaście kompletów uprzęży, wszystkie zepsute i nienaprawione, w stodole i szopie za domem. Ogromne stado kurczaków i dwie lub trzy świnie błąkały się wśród tych śmieci, a wszystkie dzieci z sąsiedztwa dołączyły do czwórki Freedomów i biegały wyjąc i krzycząc nad i pod tłumem.
  Żona Swobody, blada i milcząca kobieta, rzadko wychodziła z domu. Lubiła pracowitego i przedsiębiorczego Sama i od czasu do czasu stawała przy tylnych drzwiach i rozmawiała z nim cichym, spokojnym głosem wieczorami, gdy wyprzęgał konia po dniu spędzonym w drodze. Zarówno ona, jak i Swoboda darzyli go wielkim szacunkiem.
  Jako nabywca Sam osiągnął jeszcze większy sukces niż jako sprzedawca papieru. Był nabywcą instynktownym, systematycznie odwiedzając rozległe połacie kraju i w ciągu roku ponad dwukrotnie zwiększył sprzedaż Freedom.
  Każdy mężczyzna ma w sobie nutę groteskowej pretensjonalności Windy'ego McPhersona, a jego syn szybko nauczył się ją dostrzegać i wykorzystywać. Pozwalał ludziom mówić, dopóki nie wyolbrzymiali lub nie przeceniali wartości swoich towarów, po czym gwałtownie wzywał ich do odpowiedzialności i, zanim zdążyli otrząsnąć się z konsternacji, finalizował transakcję. Za czasów Sama rolnicy nie śledzili codziennych raportów rynkowych; rynki nie były tak usystematyzowane i uregulowane jak później, a umiejętności kupującego były najważniejsze. Posiadając tę umiejętność, Sam stale wykorzystywał ją, by dorobić do własnej kieszeni, a jednocześnie jakimś cudem zachował zaufanie i szacunek ludzi, z którymi handlował.
  Hałaśliwy i żywiołowy Liberty, niczym ojciec, był dumny ze zdolności handlowych chłopca i grzmiał o jego imieniu na ulicach i w sklepach, nazywając go najbystrzejszym chłopcem w stanie Iowa.
  "W tym chłopcu drzemie jakieś małe Może-Nie" - krzyknął do mokasynów w sklepie.
  Chociaż Sam miał wręcz chorobliwą potrzebę porządku i systemu we własnych sprawach, nie próbował wnosić tego wpływu do spraw Freedom. Zamiast tego skrupulatnie prowadził swoje zapisy i niestrudzenie kupował ziemniaki i jabłka, masło i jajka, futra i skóry. Pracował z zapałem, stale dążąc do zwiększenia swoich prowizji. Freedom podejmował ryzyko w biznesie i często osiągał niewielkie zyski, ale obaj lubili się i szanowali, a to dzięki staraniom Freedom Sam w końcu uciekł z Caxton i zajął się większymi przedsięwzięciami.
  Pewnego wieczoru późną jesienią Freedom wszedł do stajni, w której stał Sam i wyprzęgał konia.
  "Masz szansę, chłopcze" - powiedział, delikatnie kładąc dłoń na ramieniu Sama. W jego głosie pobrzmiewała nuta czułości. Napisał do firmy z Chicago, której sprzedał większość swoich zakupów, opisując Sama i jego umiejętności, a firma odpowiedziała ofertą, która - zdaniem Sama - przewyższyła wszystko, czego mógł oczekiwać od Caxton. Trzymał ofertę w dłoni.
  Kiedy Sam przeczytał list, serce podskoczyło mu mocniej. Pomyślał, że otwiera on przed nim nowe, rozległe pole do działania i zarabiania pieniędzy. Myślał, że jego dzieciństwo wreszcie się skończyło i że miasto będzie miało dla niego szansę. Dopiero tego ranka stary doktor Harkness zatrzymał go w drzwiach, gdy szykował się do pracy, i wskazując kciukiem przez ramię miejsce, gdzie jego matka leżała wyczerpana i spała w domu, powiedział mu, że za tydzień jej nie będzie. A Sam, z ciężkim sercem i przepełniony niespokojną tęsknotą, szedł ulicami do stajni Liberty, pragnąc, żeby on też tam poszedł.
  Teraz przeszedł przez stajnię i powiesił uprząż, którą zdjął z konia, na haku w ścianie.
  "Chętnie pójdę" - powiedział ciężko.
  Svoboda wyszedł z drzwi stajni obok młodego McPhersona, który przyszedł do niego jako chłopiec, a teraz był barczystym osiemnastolatkiem. Nie chciał stracić Sama. Napisał do firmy w Chicago z sympatii do chłopca i ponieważ wierzył, że stać go na więcej, niż zaoferował Caxton. Teraz szedł w milczeniu, trzymając wysoko latarnię i prowadząc drogę przez ruiny na dziedzińcu, przepełniony żalem.
  Przy tylnych drzwiach domu stała jego żona, blada i zmęczona, wyciągając rękę, by wziąć chłopca za rękę. Łzy napłynęły jej do oczu. Potem, bez słowa, Sam odwrócił się i pospiesznie ruszył ulicą. Freedom i jego żona podeszli do głównej bramy i patrzyli, jak odchodzi. Z rogu, gdzie zatrzymał się w cieniu drzewa, Sam widział ich: latarnię w dłoni Freedoma kołyszącą się na wietrze i jego szczupłą, starszą żonę, białą plamę na tle ciemności.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VI
  
  SAM SZLADOWAŁ PO promenadzie, zmierzając do domu, pędzony przenikliwym marcowym wiatrem, który kołysał latarnią w dłoni Liberty. Siwowłosy starzec stał przed białą ramą domu, opierając się o furtkę i patrząc w niebo.
  "Będzie padał deszcz" - powiedział drżącym głosem, jakby podejmując decyzję w tej sprawie, po czym odwrócił się i nie czekając na odpowiedź, poszedł wąską ścieżką do domu.
  Incydent wywołał uśmiech na ustach Sama, a zaraz potem lekkie znużenie. Odkąd zaczął pracować dla Freedom, widywał Henry'ego Kimballa stojącego przy bramie, wpatrującego się w niebo, dzień po dniu. Mężczyzna był starym klientem Sama i kimś w rodzaju osobistości w mieście. Mówiono, że w młodości był hazardzistą znad rzeki Missisipi i że w dawnych czasach uczestniczył w niejednej szalonej przygodzie. Po wojnie secesyjnej zakończył życie w Caxton, mieszkając samotnie i rok po roku prowadząc skrupulatne tabele pogodowe. Raz lub dwa razy w miesiącu, w cieplejszych miesiącach, wpadał do Wildmana i, siedząc przy piecu, chwalił się dokładnością swoich zapisków i wybrykami parszywego psa, który go ścigał. W jego obecnym nastroju niekończąca się monotonia i nuda życia tego człowieka wydawały się Samowi zabawne, a w pewnym sensie smutne.
  "Polegać tylko na pójściu do bramy i patrzeniu w niebo, aby określić dzień, czekać niecierpliwie i polegać na tym - jakież to zabójcze!" - pomyślał i wkładając rękę do kieszeni, z przyjemnością wyczuł list od chicagowskiej firmy, która miała mu otworzyć przed oczami tak dużą część wielkiego świata zewnętrznego.
  Pomimo szoku i niespodziewanego smutku, jaki towarzyszył niemal pewnemu rozstaniu z Liberty, oraz żalu wywołanego zbliżającą się śmiercią matki, Sam poczuł przemożny dreszcz pewności siebie co do własnej przyszłości, który sprawił, że wrócił do domu niemal radosny. Dreszcz emocji wywołany lekturą listu Liberty"ego odnowił się, gdy zobaczył starego Henry"ego Kimballa stojącego przy bramie i wpatrującego się w niebo.
  "Nigdy nie będę siedział na krańcu świata, patrzył na wychudzonego psa goniącego piłkę i dzień po dniu wpatrywał się w termometr" - pomyślał.
  Trzy lata pracy w Freedom Smith nauczyły Sama pewności siebie i umiejętności radzenia sobie z wszelkimi pojawiającymi się wyzwaniami biznesowymi. Wiedział, że stał się tym, kim chciał być: dobrym biznesmenem, jednym z tych, którzy kierują i kontrolują sprawy, w które są zaangażowani, dzięki wrodzonej cesze zwanej zmysłem biznesowym. Z przyjemnością wspominał fakt, że mieszkańcy Caxton przestali nazywać go bystrym chłopcem, a zaczęli mówić o nim jako o dobrym biznesmenie.
  Przy bramie swojego domu zatrzymał się i stanął, myśląc o tym wszystkim i o umierającej kobiecie w środku. Znów przypomniał sobie starca, którego widział przy bramie, a wraz z nim myśl, że życie jego matki było równie jałowe, jak życie człowieka, którego towarzystwo zależało od psa i termometru.
  "Rzeczywiście" - powiedział sobie, podążając za tą myślą - "było gorzej. Nie miała szczęścia żyć w spokoju i nie miała wspomnień z młodzieńczych dni pełnych szalonych przygód, które mogłyby pocieszyć starca w ostatnich dniach jego życia. Zamiast tego patrzyła na mnie, tak jak staruszek patrzył na swój termometr, a mój ojciec był psem w jej domu, goniącym zabawki". Podobała mu się ta postać. Stał w bramie, wiatr śpiewał w drzewach wzdłuż ulicy i od czasu do czasu spuszczał krople deszczu na jego policzek, i myślał o tym i o swoim życiu z matką. Przez ostatnie dwa lub trzy lata próbował się z nią pogodzić. Po sprzedaży gazety i początkach sukcesu w "Freedom" wyrzucił ją z koryta, a odkąd zaczęła się źle czuć, spędzał z nią wieczór w wieczór, zamiast chodzić do "Wildmana", żeby posiedzieć z czwórką przyjaciół i posłuchać ich rozmowy. Nie spacerował już z Telferem i Mary Underwood po wiejskich drogach, lecz siadał przy łóżku chorej kobiety, a gdy noc była ładna, pomagał jej usiąść na krześle na trawniku przed domem.
  Sam uważał, że te lata były dobre. Pomogły mu zrozumieć matkę i nadały powagę i cel ambitnym planom, które wciąż snuł. Sam na sam, rzadko rozmawiał z matką; całe życie przyzwyczajenia uniemożliwiało jej mówienie dużo, a jego coraz lepsze zrozumienie jej osobowości sprawiło, że stało się to dla niego niepotrzebne. Teraz, w ciemności za domem, myślał o wieczorach spędzonych z nią i o tym, jak żałośnie zmarnowano jej piękne życie. Rzeczy, które go zraniły i wobec których był zawzięty i nieprzejednany, straciły na znaczeniu, nawet czyny pretensjonalnej Windy, która w obliczu choroby Jane po przejściu na emeryturę kontynuowała długie pijackie ciągi i wracała do domu tylko po to, by płakać i lamentować w całym domu, gdy pieniądze z emerytury się skończyły. Z żalem Sam szczerze próbował myśleć o stracie zarówno praczki, jak i żony.
  "Była najwspanialszą kobietą na świecie" - powiedział sobie, a łzy radości napłynęły mu do oczu, gdy pomyślał o swoim przyjacielu Johnie Telferze, który dawniej wychwalał jego matkę gazeciarzowi biegnącemu obok niego w blasku księżyca. Pomyślał o jej długiej, wychudłej twarzy, teraz przerażającej na tle bieli poduszek. Zdjęcie George Eliot, przyczepione do ściany za zerwanym pasem bezpieczeństwa w kuchni domu Freedom Smith, przykuło jego uwagę kilka dni temu. W ciemności wyjął je z kieszeni i uniósł do ust, uświadamiając sobie, że w jakiś nieopisany sposób przypomina swoją matkę sprzed choroby. Żona Freedom dała mu to zdjęcie, a on nosił je ze sobą, wyjmując je z kieszeni na samotnych odcinkach drogi, gdy spacerował po pracy.
  Sam cicho obszedł dom i zatrzymał się w pobliżu starej stodoły, która pozostała po próbach Windy'ego, by hodować kurczaki. Chciał kontynuować myśli matki. Zaczął sobie przypominać jej młodość i szczegóły długiej rozmowy, którą odbyli na trawniku przed domem. Były one niezwykle żywe w jego umyśle. Wydawało się, że pamięta każde słowo, nawet teraz. Chora kobieta opowiadała o swojej młodości w Ohio, a kiedy mówiła, w umyśle chłopca formowały się obrazy. Opowiedziała mu o swoich dniach jako skrępowanej dziewczyny w rodzinie wąskowargiego, zatwardziałego Nowoanglika, który przybył na Zachód, by założyć farmę, o swoich staraniach o wykształcenie, o groszach, które oszczędzała na książkę, o radości, gdy zdała egzaminy i została nauczycielką, i o swoim małżeństwie z Windym - wówczas Johnem McPhersonem.
  Młody McPherson przybył do wioski w Ohio, aby zająć ważne miejsce w życiu miasta. Sam uśmiechnął się, widząc jej obraz przedstawiający młodego mężczyznę spacerującego ulicą wioski z małymi dziewczynkami na rękach i nauczającego Biblii w szkółce niedzielnej.
  Kiedy Windy oświadczył się młodemu nauczycielowi, ta z radością przyjęła jego propozycję. Uznała za niezwykle romantyczne to, że tak przystojny mężczyzna wybrał tak nieznaną postać spośród wszystkich kobiet w mieście.
  "I nawet teraz niczego nie żałuję, choć dla mnie oznaczało to tylko trud i nieszczęście" - powiedziała chora kobieta do swego syna.
  Po ślubie z młodym dandysem Jane pojechała z nim do Caxton, gdzie kupił sklep, a trzy lata później przekazał go szeryfowi, a jego żonie powierzono stanowisko miejskiej praczki.
  W ciemności ponury uśmiech, na wpół pogardliwy, na wpół rozbawiony, przemknął po twarzy umierającej kobiety, gdy opowiadała o zimie, kiedy Windy i inny młody mężczyzna podróżowali od szkoły do szkoły, dając przedstawienie w całym stanie. Były żołnierz został komikiem i pisał list za listem do swojej młodej żony, opowiadając o oklaskach, jakie witały jego wysiłki. Sam wyobrażał sobie te występy, małe, słabo oświetlone szkolne budynki z ich zniszczonymi fasadami lśniącymi w świetle nieszczelnej latarni magicznej, i entuzjastycznego Windy'ego biegającego tam i z powrotem, mówiącego scenicznym żargonem, zakładającego kolorowe ubrania i paradującego po małej scenie.
  "A przez całą zimę nie przysłał mi ani grosza" - rzekła chora kobieta, przerywając jego myśli.
  W końcu rozbudzona, by wyrazić swoje uczucia i przepełniona wspomnieniami z młodości, milcząca kobieta opowiedziała o swoim ludzie. Jej ojciec zginął w lesie, gdy upadło drzewo. Opowiedziała krótką, mrocznie humorystyczną anegdotę o swojej matce, która zaskoczyła syna.
  Młoda nauczycielka pewnego razu poszła odwiedzić swoją matkę i przez godzinę siedziała w salonie pewnego domu na farmie w Ohio, podczas gdy groźna staruszka patrzyła na nią śmiało i pytająco, co sprawiło, że jej córka poczuła się jak idiotka, że tam przyszła.
  Na stacji usłyszała dowcip o swojej matce. Opowiadał on o tym, że krępy włóczęga przyszedł kiedyś do domu na farmie i zastawszy kobietę samą, próbował ją zastraszyć. Włóczęga i kobieta, wtedy w sile wieku, kłócili się przez godzinę na podwórku. Agent kolejowy, który opowiedział Jane tę historię, odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się.
  "Ona też go znokautowała" - powiedział - "znokautowała go, a potem upiła cydrem, aż dotarł do miasta i ogłosił ją najlepszą kobietą w stanie".
  W ciemnościach wokół zrujnowanej stodoły myśli Sama przeniosły się z matki na siostrę Kate i jej romans z młodym farmerem. Myślał ze smutkiem o tym, jak ona również cierpiała z powodu błędów ojca, jak musiała opuszczać dom i błąkać się po ciemnych ulicach, by uciec od niekończących się wieczorów wojskowych rozmów, które zawsze prowokował gość w domu MacPhersonów, i o nocy, gdy, zabierając ekwipunek z limuzyny Calverta, samotnie wyjechała z miasta, by triumfalnie wrócić, by zebrać ubrania i pochwalić się obrączką.
  Przed oczami przemknął mu obraz letniego dnia, będący świadkiem części poprzedzających go igraszek miłosnych. Wszedł do sklepu, by odwiedzić siostrę, gdy wszedł młody rolnik, rozejrzał się niezręcznie i podał Kate nowy złoty zegarek przez ladę. Nagły przypływ szacunku dla siostry zalał chłopca. "Jaką cenę to musiało kosztować " - pomyślał i z odnowionym zainteresowaniem zerknął na plecy ukochanego, na jego zarumieniony policzek i błyszczące oczy siostry. Kiedy ukochany odwrócił się i zobaczył młodego MacPhersona stojącego przy ladzie, zaśmiał się nieśmiało i wyszedł. Kate była zawstydzona, skrycie zadowolona i pochlebiona spojrzeniem brata, ale udawała, że traktuje prezent lekko, nonszalancko obracając go w tę i z powrotem na ladzie i chodząc tam i z powrotem, machając rękami.
  "Tylko nikomu nie mów" - powiedziała.
  "To nie udawaj" - odpowiedział chłopiec.
  Sam uważał, że nieostrożność jego siostry, która w tym samym miesiącu urodziła jej dziecko i wydała za mąż, skończyła się ostatecznie lepiej niż nieostrożność jego matki, która wyszła za mąż za Windy'ego.
  Oprzytomniawszy, wszedł do domu. Sąsiad, zatrudniony w tym celu, przygotował obiad i zaczął narzekać na jego spóźnienie, twierdząc, że jedzenie wystygło.
  Sam jadł w milczeniu. Podczas gdy jadł, kobieta wyszła z domu i wkrótce wróciła z córką.
  W Caxton obowiązywał kodeks, który zabraniał kobiecie przebywania w domu sam na sam z mężczyzną. Sam zastanawiał się, czy przyjście córki na świat było próbą kobiety, by podtrzymać ten kodeks, czy myślała, że chora kobieta w domu już odeszła. Ta myśl jednocześnie go bawiła i smuciła.
  "Można by pomyśleć, że jest bezpieczna" - zamyślił się. Miała pięćdziesiąt lat, była drobna, nerwowa i wychudła, z niedopasowanymi sztucznymi zębami, które brzęczały, gdy mówiła. Kiedy nie mówiła, nerwowo oblizywała je językiem.
  Windy wszedł przez drzwi kuchenne, bardzo pijany. Stał przy drzwiach, trzymając się klamki ręką i próbując się pozbierać.
  "Moja żona... moja żona umiera. Może umrzeć w każdej chwili" - ubolewał ze łzami w oczach.
  Kobieta i jej córka weszły do małego salonu, gdzie dla chorej przygotowano łóżko. Sam siedział przy kuchennym stole, oniemiały z gniewu i obrzydzenia, podczas gdy Windy osunęła się do przodu, opadła na krzesło i zaczęła głośno szlochać. Na drodze niedaleko domu zatrzymał się mężczyzna powożący konno, a Sam usłyszała zgrzyt kół z tyłu powozu, gdy mężczyzna skręcał w wąską uliczkę. Głos przeklinał przekleństwa, zagłuszając pisk kół. Wiatr nadal wiał i zaczął padać deszcz.
  "On jest na złej ulicy" - pomyślał głupio chłopiec.
  Windy, z głową w dłoniach, płakał jak chłopiec ze złamanym sercem. Jego szloch rozbrzmiewał echem po domu, a ciężki oddech od alkoholu zanieczyszczał powietrze. Deska do prasowania matki stała w kącie przy piecu, a jej widok dolał oliwy do ognia gniewu tlącego się w sercu Sama. Pamiętał dzień, w którym stał w drzwiach sklepu z matką i był świadkiem ponurej i zabawnej porażki ojca z kuźnią, a także kilka miesięcy przed ślubem Kate, kiedy Windy pędził przez miasto, grożąc śmiercią swojemu kochankowi. Matka i chłopiec pozostali z dziewczyną, ukrywając się w domu, chorzy z upokorzenia.
  Pijany mężczyzna, z głową na stole, zasnął, a jego chrapanie zastąpiły szlochy, co rozgniewało chłopca. Sam zaczął znów myśleć o życiu swojej matki.
  Próby, jakie podejmował, by odwdzięczyć się jej za trudy życia, wydawały się teraz zupełnie daremne. "Chciałbym mu się odwdzięczyć" - pomyślał, wstrząśnięty nagłym przypływem nienawiści, patrząc na mężczyznę przed sobą. Ponura kuchnia, zimne, niedogotowane ziemniaki i kiełbasa na stole oraz śpiący pijak zdawali się symbolem życia, jakie wiódł w tym domu. Zadrżał i odwrócił twarz, by wpatrywać się w ścianę.
  Myślał o obiedzie, który kiedyś zjadł w domu Freedom Smith. Tego wieczoru Freedom przyniósł zaproszenie do stodoły, tak jak przyniósł list od chicagowskiej firmy tego wieczoru, i właśnie gdy Sam kręcił głową na znak odmowy, dzieci weszły przez drzwi stodoły. Prowadzone przez najstarszą, dużą, chłopięcą czternastolatkę o sile mężczyzny i zamiłowaniu do zdzierania ubrań w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, wpadły do stodoły, by zanieść Sama na kolację, Freedom poganiał je, śmiejąc się, a jego głos ryczał w stodole tak głośno, że konie podskakiwały w swoich boksach. Wciągnęły go do domu, niemowlę, czteroletniego chłopca, jadącego mu na plecach i uderzającego go po głowie wełnianą czapką, podczas gdy Freedom machała latarnią i od czasu do czasu pomagała mu popychać ręką.
  Obraz długiego stołu nakrytego białym obrusem na końcu dużej jadalni Freedom House pojawił się w głowie chłopca, gdy siedział w małej, pustej kuchni przed bezsmakowym, niedogotowanym posiłkiem. Był on zastawiony mnóstwem chleba, mięsa i pysznych potraw, zastawionych parującymi ziemniakami. W jego własnym domu jedzenia zawsze starczało tylko na jeden posiłek. Wszystko było dobrze zaplanowane; po skończeniu posiłku stół był pusty.
  Jakże uwielbiał tę kolację po długim dniu w podróży. Swoboda, hałaśliwie i wrzeszcząc na dzieci, unosił wysoko talerze i rozdawał je, podczas gdy jego żona, czyli chłopczyca, przynosiła z kuchni niekończące się świeże produkty. Radość wieczoru, rozmowy o dzieciach w szkole, nagłe odkrycie kobiecości chłopczycy, atmosfera dostatku i dobrego życia, nie dawały spokoju chłopcu.
  "Moja matka nigdy czegoś takiego nie wiedziała" - pomyślał.
  Śpiący, pijany mężczyzna obudził się i zaczął głośno mówić - przypomniała mu się jakaś stara, zapomniana skarga, mówił o kosztach podręczników szkolnych.
  "Zbyt często zmieniają książki w szkole" - oznajmił głośno, odwracając się twarzą do pieca, jakby zwracał się do publiczności. "To przekupstwo dla starych żołnierzy z dziećmi. Nie będę tego tolerował".
  Sam, w niewypowiedzianej wściekłości, wyrwał kartkę papieru ze swojego notatnika i napisał na niej wiadomość.
  "Bądź cicho" - napisał. "Jeśli powiesz jeszcze jedno słowo lub wydasz jeszcze jeden dźwięk, który zaniepokoi mamę, uduszę cię i wyrzucę na ulicę jak zdechłego psa".
  Pochylając się nad stołem i dotykając dłoni ojca widelcem, który wyjął z talerza, położył list na stole pod lampą, tuż przed oczami. Walczył z pragnieniem, by skoczyć przez pokój i zabić mężczyznę, który, jak sądził, doprowadził jego matkę do śmierci, a który teraz siedział, szlochając i rozmawiając, przy łożu śmierci. Pragnienie to wypaczyło jego umysł tak, że rozejrzał się po kuchni, jakby utknął w szalonym koszmarze.
  Windy wziął notatkę do ręki, przeczytał ją powoli, a potem, nie rozumiejąc jej znaczenia i rozumiejąc je tylko w połowie, schował ją do kieszeni.
  "Pies zdechł, co?" krzyknął. "No cóż, robisz się za duży i mądry, dzieciaku. Co mnie obchodzi martwy pies?"
  Sam nie odpowiedział. Ostrożnie wstał, obszedł stół i położył dłoń na gardle mamroczącego starca.
  "Nie wolno mi zabić" - powtórzył sobie na głos, jakby zwracał się do obcego człowieka. "Muszę go udusić, aż zamilknie, ale nie wolno mi zabić".
  W kuchni dwaj mężczyźni walczyli w milczeniu. Windy, nie mogąc się podnieść, kopał dziko i bezradnie. Sam, patrząc na niego z góry i studiując jego oczy i rumieniec na policzkach, zadrżał, uświadamiając sobie, że od lat nie widział twarzy ojca. Jak żywo wryła się teraz w jego pamięć, jak szorstka i surowa się stała.
  "Mógłbym odwdzięczyć się za wszystkie lata spędzone przez moją matkę nad tym ponurym korytem jednym długim, mocnym uściskiem na tym chudym gardle. Mógłbym go zabić tą odrobiną dodatkowej presji" - pomyślał.
  Oczy zaczęły się w niego wpatrywać, a język wysunął. Po czole spływała smuga brudu, zebrana gdzieś podczas długiego dnia pijackiej hulanki.
  "Gdybym teraz nacisnął mocno i zabił go, widziałbym jego twarz taką, jaka jest teraz, przez całe moje życie" - pomyślał chłopiec.
  W ciszy domu usłyszał głos sąsiadki, która ostro zwracała się do córki. Potem rozległ się znajomy, suchy, zmęczony kaszel chorego. Sam podniósł nieprzytomnego starca i ostrożnie, bezszelestnie podszedł do drzwi kuchennych. Padał na niego deszcz, a gdy szedł wokół domu z ciężarem, wiatr zdmuchnął suchą gałąź z małej jabłoni na podwórku i uderzył go w twarz, pozostawiając długą, piekącą ranę. Przy ogrodzeniu przed domem zatrzymał się i zrzucił ciężar z niskiego, trawiastego zbocza na drogę. Następnie, odwracając się, przeszedł z gołą głową przez bramę i ulicą.
  "Wybiorę Mary Underwood" - pomyślał, wracając do przyjaciółki, która wiele lat temu szła z nim wiejskimi drogami, a której przyjaźń zerwał z powodu tyrad Johna Telfera skierowanych przeciwko wszystkim kobietom. Potykał się na chodniku, deszcz walił mu w gołą głowę.
  "Potrzebujemy kobiety w naszym domu" - powtarzał sobie w kółko. "Potrzebujemy kobiety w naszym domu".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VII
  
  TRENING _ PRZY WERANDZIE Pod ścianą domu Mary Underwood, Sam próbował sobie przypomnieć, co go tu sprowadziło. Przeszedł z gołą głową przez Main Street i wyszedł na wiejską drogę. Dwa razy upadł, ochlapując ubranie błotem. Zapomniał o celu swojej wędrówki i szedł coraz dalej i dalej. Nagła i straszliwa nienawiść do ojca, która spadła na niego w napiętej ciszy kuchni, tak sparaliżowała jego umysł, że teraz czuł się oszołomiony, zaskakująco szczęśliwy i beztroski.
  "Coś robiłem" - pomyślał. "Ciekawe, co to było?"
  Dom górował nad sosnowym gajem. Dotarcie do niego wymagało wspięcia się na niewielkie wzniesienie i podążania krętą drogą obok cmentarza i ostatniej latarni we wsi. Silny wiosenny deszcz bębnił w blaszany dach, a Sam, wtulony plecami w fasadę domu, z trudem odzyskiwał panowanie nad sobą.
  Przez godzinę stał, wpatrując się w ciemność, z zapartym tchem obserwując rozwijającą się burzę. Odziedziczył po matce miłość do burz. Pamiętał noc, gdy był chłopcem, a matka wstała z łóżka i chodziła po domu, śpiewając. Śpiewała tak cicho, że śpiący ojciec nie słyszał, a Sam leżał w łóżku na górze, nasłuchując hałasu - deszczu o dach, sporadycznych grzmotów, chrapania Windy i niezwykłego, a... pomyślał, pięknego brzmienia śpiewu matki podczas burzy.
  Teraz, unosząc głowę, rozejrzał się z zachwytem. Drzewa w gaju przed nim pochylały się i kołysały na wietrze. Atramentową ciemność nocy przełamywała migocząca lampa naftowa na drodze za cmentarzem i, w oddali, światło sączące się przez okna domów. Światło wydobywające się z domu naprzeciwko tworzyło mały, jasny cylinder pośród sosen, przez który migotały i iskrzyły się krople deszczu. Sporadyczne błyski piorunów oświetlały drzewa i krętą drogę, a nad głowami grzmiały niebiańskie armaty. W sercu Sama rozbrzmiewała dzika pieśń.
  "Chciałbym, żeby to trwało całą noc" - pomyślał, skupiając myśli na śpiewaniu matki w ciemnym domu, gdy był chłopcem.
  Drzwi się otworzyły i kobieta wyszła na werandę, stając przed nim twarzą w twarz z burzą, wiatrem smagającym miękkie kimono, które miała na sobie, i deszczem moczącym twarz. Pod blaszanym dachem powietrze wypełniało dudnienie deszczu. Kobieta uniosła głowę i, gdy deszcz ją smagał, zaczęła śpiewać, jej piękny kontralt wznosił się ponad dudnienie deszczu o dach i trwał, nieprzerwany przez grzmoty. Śpiewała o kochanku jadącym przez burzę do swojej ukochanej. Pieśń zachowała jeden refren:
  "Jechał i myślał o jej czerwonych ustach"
  
  "śpiewała kobieta, opierając rękę na balustradzie ganku i pochylając się do przodu, w stronę burzy.
  Sam był oszołomiony. Kobieta stojąca przed nim to Mary Underwood, jego koleżanka ze szkoły, ku której zwróciły się jego myśli po tragedii w kuchni. Postać śpiewającej kobiety, stojącej przed nim, stała się częścią jego myśli o matce śpiewającej w burzliwą noc w domu, a jego myśli powędrowały dalej, ukazując obrazy takie, jakie widział już wcześniej, gdy jako chłopiec spacerował pod gwiazdami i słuchał rozmów o Johnie Telferze. Zobaczył barczystego mężczyznę krzyczącego, stawiającego czoła burzy, jadąc górskim szlakiem.
  "I śmiał się z deszczu padającego na jego mokry, mokry płaszcz przeciwdeszczowy" - kontynuował głos piosenkarza.
  Śpiewanie Mary Underwood w deszczu sprawiło, że wydała mu się tak bliska i słodka jak wtedy, gdy był bosonogim chłopcem.
  "John Telfer mylił się co do niej" - pomyślał.
  Odwróciła się i spojrzała na niego. Z włosów, po policzkach, spływały jej cienkie strużki wody. Błyskawica przecięła ciemność, oświetlając miejsce, w którym Sam, teraz barczysty mężczyzna, stał w brudnych ubraniach i z zakłopotaną miną. Z jej ust wyrwał się ostry okrzyk zaskoczenia.
  Hej, Sam! Co tu robisz? Lepiej schowaj się przed deszczem.
  "Podoba mi się tu" - odpowiedział Sam, podnosząc głowę i patrząc w burzę ponad jej głową.
  Mary podeszła do drzwi, chwyciła za klamkę i spojrzała w ciemność.
  "Od dłuższego czasu przychodzisz do mnie" - powiedziała. "Proszę wejść".
  W domu, przy zamkniętych drzwiach, odgłos deszczu uderzającego o dach werandy ustąpił miejsca stłumionemu, cichemu bębnieniu. Na stole pośrodku pokoju leżały stosy książek, a kolejne stały na półkach wzdłuż ścian. Na stole paliła się studencka lampa, a w kątach pokoju padały ciężkie cienie.
  Sam stał oparty o ścianę przy drzwiach i rozglądał się dookoła półwidzącymi oczami.
  Mary, która poszła w inną część domu i wróciła ubrana w długi płaszcz, spojrzała na niego z ciekawością i zaczęła chodzić po pokoju, zbierając resztki kobiecych ubrań porozrzucane na krzesłach. Uklękła i rozpaliła ogień pod drewnem ułożonym w otwartym palenisku w ścianie.
  "To burza sprawiła, że zapragnęłam śpiewać" - powiedziała nieśmiało, a potem dodała radośnie: "Będziemy musieli cię osuszyć; upadłeś na drodze i ubrudziłeś się błotem".
  Sam, który był ponury i milczący, stał się rozmowny. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł.
  "Przyszedłem tu na dwór" - pomyślał. "Przyszedłem poprosić Mary Underwood, aby została moją żoną i zamieszkała w moim domu".
  Kobieta klęcząca przy płonących patykach stworzyła scenę, która obudziła w nim coś drzemiącego. Ciężki płaszcz, który miała na sobie, opadł, odsłaniając krągłe ramiona, ledwo zakryte mokrym, oblepiającym kimonem. Jej szczupła, młodzieńcza sylwetka, miękkie siwe włosy i poważna twarz, oświetlona płonącymi patykami, sprawiły, że serce zabiło mu mocniej.
  "Potrzebujemy kobiety w naszym domu" - powiedział ciężko, powtarzając słowa, które cisnęły mu się na usta, gdy brnął przez burzliwe ulice i błotniste drogi. "Potrzebujemy kobiety w naszym domu i przyszedłem, żeby cię tam zabrać.
  "Zamierzam się z tobą ożenić" - dodał, przechodząc przez pokój i szorstko chwytając ją za ramiona. "Czemu nie? Potrzebuję kobiety".
  Mary Underwood była zaniepokojona i przerażona wpatrującą się w nią twarzą i silnymi dłońmi ściskającymi jej ramiona. W młodości żywiła matczyną pasję do dziennikarza i planowała jego przyszłość. Gdyby jej plany zostały zrealizowane, zostałby uczonym, człowiekiem żyjącym wśród książek i idei. Zamiast tego wybrał życie wśród ludzi, zarabianie pieniędzy i podróżowanie po kraju jak Freedom Smith, zawierając umowy z farmerami. Widziała go wieczorem jadącego ulicą w kierunku domu Freedom, wchodzącego i wychodzącego z domu Wildmana i przechadzającego się po ulicach z mężczyznami. Mgliście czuła, że jest pod wpływem, mającym na celu odciągnięcie jego uwagi od rzeczy, o których marzyła, i że potajemnie winiła za to Johna Telfera, gadatliwego, śmiejącego się próżniaka. Teraz, po burzy, chłopiec wrócił do niej, z rękami i ubraniem pokrytym błotem drogowym, i rozmawiał z nią, kobietą w wieku, który mógłby być jego matką, o małżeństwie i o tym, jak zamierza zamieszkać z nią w swoim domu. Stała jak sparaliżowana, patrząc w jego energiczną, silną twarz i w jego oczy, w których malował się bolesny, oszołomiony wyraz.
  Pod jej spojrzeniem Sam odzyskał coś z chłopięcego uczucia i zaczął niejasno próbować jej o tym opowiedzieć.
  "Nie gadanie o Telferze mnie zniechęciło" - zaczął - "ale to, jak dużo mówiłeś o szkołach i książkach. Miałem ich dość. Nie mogłem siedzieć rok po roku w dusznej, małej klasie, kiedy na świecie było tyle pieniędzy do zarobienia. Miałem dość nauczycieli bębniących palcami w ławki i wyglądających przez okna na przechodzących ludzi. Chciałem się stamtąd wydostać i wyjść na ulicę".
  Zdjąwszy ręce z jej ramion, usiadł na krześle i wpatrywał się w ogień, który teraz płonął równo. Z siedzenia jego spodni zaczęła unosić się para. Jego umysł, wciąż pracujący poza jego kontrolą, zaczął odtwarzać starą dziecięcą fantazję, w połowie jego własną, w połowie Johna Telfera, która przyszła mu do głowy wiele lat temu. Chodziło o wyobrażenie idealnego naukowca, które stworzyli razem z Telferem. Centralną postacią na zdjęciu był zgarbiony, wątły starzec, potykający się ulicą, mamroczący pod nosem i wtykający kij w rynsztok. Zdjęcie przedstawiało karykaturę starego Franka Huntleya, dyrektora szkoły w Caxton.
  Siedząc przed kominkiem w domu Mary Underwood, na chwilę stając się chłopcem, zmagając się z chłopięcymi problemami, Sam nie chciał być tym człowiekiem. W nauce pragnął jedynie tego, co pomogłoby mu stać się mężczyzną, jakim chciał być - człowiekiem światowym, wykonującym świecką pracę i zarabiającym dzięki niej pieniądze. To, czego nie potrafił wyrazić jako chłopiec i jej przyjaciel, powróciło do niego i poczuł, że musi uświadomić Mary Underwood tu i teraz, że szkoły nie dają mu tego, czego pragnie. W głowie kołatała mu się myśl, jak jej to powiedzieć.
  Odwrócił się, spojrzał na nią i powiedział poważnie: "Rzucam szkołę. To nie twoja wina, ale i tak rzucę".
  Mary, patrząc na ogromną, ubrudzoną ziemią postać na krześle, zaczęła rozumieć. W jej oczach pojawił się błysk. Zbliżając się do drzwi prowadzących na schody prowadzące do sypialni na piętrze, zawołała ostro: "Ciociu, zejdź tu natychmiast. Jest tu chory człowiek".
  Z góry odezwał się przestraszony, drżący głos: "Kto tam?"
  Mary Underwood nie odpowiedziała. Wróciła do Sama i, kładąc mu delikatnie dłoń na ramieniu, powiedziała: "To twoja matka, a ty przecież jesteś tylko chorym, na wpół szalonym chłopcem. Czy ona nie żyje? Opowiedz mi o tym".
  Sam pokręcił głową. "Ona wciąż leży w łóżku i kaszle". Ocknął się i wstał. "Właśnie zabiłem mojego ojca" - oznajmił. "Udusiłem go i zrzuciłem z nasypu na drogę przed domem. Wydawał okropne dźwięki w kuchni, a mama była zmęczona i chciała spać".
  Mary Underwood przechadzała się po pokoju. Z małej wnęki pod schodami wyciągnęła ubrania i rozrzuciła je po podłodze. Włożyła pończochę i, nieświadoma obecności Sama, uniosła spódnicę i zapięła ją. Następnie, wsuwając jeden but na stopę w pończoszce, a drugi na bosą stopę, odwróciła się do niego. "Wrócimy do ciebie. Chyba masz rację. Potrzebujesz tam kobiety".
  Szła szybko ulicą, trzymając się ramienia wysokiego mężczyzny, który szedł w milczeniu obok niej. Sam poczuł przypływ energii. Czuł, że coś osiągnął, coś, co od dawna chciał osiągnąć. Znów pomyślał o matce i uświadamiając sobie, że wraca z pracy w Freedom Smiths, zaczął planować wieczór, który z nią spędzi.
  "Powiem jej o liście od firmy z Chicago i o tym, co zrobię, kiedy przyjadę do miasta" - pomyślał.
  Przy bramie przed domem MacPhersonów Mary zerknęła w dół drogi, pod trawiastym zboczem opadającym od ogrodzenia, ale w ciemności niczego nie dostrzegła. Deszcz wciąż lał, a wiatr wył i wył w nagich gałęziach drzew. Sam przeszedł przez bramę i okrążył dom, kierując się do drzwi kuchennych, zamierzając dotrzeć do łóżka matki.
  W domu sąsiad spał na krześle przed kuchenką. Córka wyszła.
  Sam przeszedł przez dom do salonu i usiadł na krześle obok łóżka matki, wziął ją za rękę i ścisnął. "Pewnie śpi" - pomyślał.
  Mary Underwood zatrzymała się w drzwiach kuchni, odwróciła się i pobiegła w ciemność ulicy. Sąsiadka wciąż spała przy kuchennym ogniu. W salonie Sam, siedząc na krześle obok łóżka matki, rozglądał się dookoła. Na stoliku obok łóżka paliła się przyćmiona lampa, a jej światło padało na wiszący na ścianie portret wysokiej, arystokratki z pierścionkami na palcach. Zdjęcie należało do Windy'ego, który twierdził, że przedstawia jego matkę, i kiedyś wywołało kłótnię między Samem a jego siostrą.
  Kate wzięła portret tej damy na poważnie, a chłopiec zobaczył ją siedzącą przed nim na krześle, z ułożonymi włosami i rękami opartymi na kolanach, naśladującą pozę, którą wielka dama tak wyniośle przyjęła, patrząc na niego z góry.
  "To oszustwo" - oznajmił, zirytowany, jak to określił, oddaniem siostry jednemu z twierdzeń ojca. "To oszustwo, którego się gdzieś nabawił i teraz dzwoni do matki, żeby wmówić ludziom, że jest kimś wielkim".
  Dziewczyna, zawstydzona, że została przyłapana w swojej pozie i wściekła na atak na autentyczność portretu, wpadła w furię, zakrywając uszy dłońmi i tupiąc nogą o podłogę. Następnie przebiegła przez pokój, padła na kolana przed małą kanapą, schowała twarz w poduszce i trzęsła się z gniewu i żalu.
  Sam odwrócił się i wyszedł z pokoju. Wydawało mu się, że emocje jego siostry przypominają jeden z wybuchów Windy.
  "Ona to lubi" - pomyślał, ignorując incydent. "Lubi wierzyć w kłamstwa. Jest jak Windy i woli w nie wierzyć, niż nie".
  
  
  
  Mary Underwood pobiegła przez deszcz do domu Johna Telfera, waląc pięścią w drzwi, aż Telfer, a za nim Eleanor, wyszli z lampą nad głową. Poszła z Telferem z powrotem ulicą do domu Sama, myśląc o straszliwym, uduszonym i okaleczonym mężczyźnie, którego tam znajdą. Szła, kurczowo trzymając się dłoni Telfera, tak jak wcześniej trzymała dłoń Sama, nieświadoma swojej nagiej głowy i skąpego stroju. W ręku Telfer niósł latarnię zabraną ze stajni.
  Niczego nie znaleźli na drodze przed domem. Telfer chodził tam i z powrotem, machając latarką i zaglądając do rynien. Kobieta szła obok niego, z podciągniętą spódnicą, a błoto chlapało jej na gołą nogę.
  Nagle Telfer odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. Wziął ją za rękę i poprowadził Mary w górę brzegu, przez bramę.
  "Ale ze mnie głupi, stary głupiec!" - krzyknął. "Starzeję się i otępiam! Windy McPherson nie żyje! Nic nie mogło zabić tego starego konia! Był w Dzikim Oku po dziewiątej wieczorem, cały w błocie i przysięgał, że walczył z Artem Shermanem. Biedny Sam i ty - przyszli do mnie i uznali mnie za głupca! Głupca! Głupca! Jakim głupcem się stałem!"
  Mary i Telfer wpadli przez kuchenne drzwi, przestraszając kobietę przy kuchence, która zerwała się na równe nogi i nerwowo postukała w protezę. W salonie znaleźli Sama śpiącego, z głową na krawędzi łóżka. W dłoni trzymał zimną główkę Jane McPherson. Nie żyła już od godziny. Mary Underwood pochyliła się i pocałowała go w wilgotne włosy, gdy sąsiad wszedł do drzwi z kuchenną lampą, a John Telfer, przyciskając palec do ust, nakazał mu milczenie.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VIII
  
  POGRZEB Jane Macpherson był dla jej syna trudnym przeżyciem. Uważał, że jego siostra Katia, trzymająca dziecko w ramionach, stała się szorstka - wyglądała staroświecko, a kiedy byli w domu, wyglądała, jakby pokłóciła się z mężem, gdy rano wychodzili z sypialni. Podczas nabożeństwa Sam siedział w salonie, zaskoczony i zirytowany niekończącą się liczbą kobiet tłoczących się w domu. Były wszędzie: w kuchni, w sypialni przy salonie; a także w salonie, gdzie zmarła leżała w trumnie, zebrały się razem. Gdy pastor o wąskich ustach, z książką w dłoni, rozwodził się nad cnotami zmarłej, płakali. Sam spojrzał w podłogę i pomyślał, że tak właśnie opłakiwaliby ciało martwej Windy, gdyby jego palce zacisnęły się choć trochę. Zastanawiał się, czy pastor mówiłby w ten sam sposób - szczerze i bez wiedzy - o cnotach zmarłych. Siedzący przy trumnie pogrążony w żałobie mąż, ubrany w nowe, czarne ubranie, płakał głośno. Łysy, natarczywy grabarz wciąż poruszał się nerwowo, skupiony na rytuale swojego fachu.
  Podczas nabożeństwa mężczyzna siedzący za nim rzucił notatkę na podłogę u stóp Sama. Sam podniósł ją i przeczytał, ciesząc się, że ma coś, co odciągnie jego uwagę od głosu pastora i twarzy płaczących kobiet, z których żadna nigdy wcześniej nie była w tym domu i wszystkie, jego zdaniem, były uderzająco pozbawione poczucia świętości prywatności. Notatka była od Johna Telfera.
  "Nie będę obecny na pogrzebie twojej matki" - napisał. "Szanowałem twoją matkę, gdy jeszcze żyła, i zostawię cię z nią samą teraz, gdy nie żyje. Ku jej pamięci odprawię w sercu ceremonię. Jeśli będę u Wildmana, mogę poprosić go, żeby na jakiś czas przestał sprzedawać mydło i tytoń oraz zamknął drzwi na klucz. Jeśli będę u Valmore"a, pójdę na jego strych i posłucham, jak wali w kowadło na dole. Jeśli on lub Freedom Smith przyjdą do twojego domu, ostrzegam ich, że zerwę z nimi przyjaźń. Kiedy zobaczę przejeżdżające powozy i będę wiedział, że dobrze wykonali swoją pracę, kupię kwiaty i zaniosę je Mary Underwood jako dowód wdzięczności dla żyjących w imieniu zmarłych".
  Notatka przyniosła Samowi radość i pocieszenie. Przywróciła mu kontrolę nad czymś, co mu umykało.
  "Przecież to zdrowy rozsądek" - pomyślał i uświadomił sobie, że nawet w tamtych czasach, gdy musiał znosić okropności, i w obliczu faktu, że długa i trudna rola Jane Macpherson rozgrywała się dopiero za... W końcu rolnik był na polu i siał kukurydzę, Valmore walił w kowadło, a John Telfer z rozmachem robił notatki. Wstał, przerywając przemowę pastora. Mary Underwood weszła akurat w chwili, gdy ksiądz zaczął mówić, i skuliła się w ciemnym kącie przy drzwiach prowadzących na ulicę. Sam przecisnął się obok gapiących się kobiet, marszczącego brwi pastora i łysego grabarza, który załamał ręce i, rzuciwszy jej liścik na kolana, powiedział, ignorując ludzi, którzy patrzyli i słuchali z zapartym tchem: "To od Johna Telfera. Przeczytaj. Nawet on, który nienawidzi kobiet, przynosi ci teraz kwiaty pod drzwi.
  W sali rozległ się szept. Kobiety, z głowami złączonymi i rękami przed twarzami, skinęły głowami nauczycielowi, a chłopiec, nieświadomy wrażenia, jakie wywołał, wrócił na krzesło i znów wbił wzrok w podłogę, czekając na zakończenie rozmowy, śpiewu i marszu ulicami. Pastor znów zaczął czytać książkę.
  "Jestem starszy od wszystkich tych ludzi tutaj" - pomyślał młody człowiek. "Igrają ze śmiercią i życiem, a ja czułem to palcami dłoni".
  Mary Underwood, pozbawiona nieświadomej więzi Sama z ludźmi, rozejrzała się dookoła z rumieńcami na policzkach. Widząc kobiety szepczące i pochylające głowy ku sobie, dreszcz strachu przebiegł ją po ciele. Twarz starego wroga - skandal małego miasteczka - pojawiła się w jej pokoju. Zabrawszy notatkę, wymknęła się za drzwi i ruszyła ulicą. Jej dawna macierzyńska miłość do Sama powróciła, wzmocniona i uszlachetniona przez horror, który zniosła z nim tamtej deszczowej nocy. Dotarłszy do domu, zagwizdała na swojego collie i ruszyła w dół polnej drogi. Na skraju gaju zatrzymała się, usiadła na kłodzie i przeczytała notatkę Telfera. Ciepły, ostry zapach nowej roślinności unosił się z miękkiej ziemi, w którą zapadały się jej stopy. Łzy napłynęły jej do oczu. Pomyślała, że tak wiele przyszło do niej w ciągu zaledwie kilku dni. Miała chłopca, na którego mogła wylać całą matczyną miłość swego serca, i zaprzyjaźniła się z Telferem, którego od dawna traktowała z lękiem i wątpliwościami.
  Sam został w Caxton przez miesiąc. Wydawało mu się, że chcą tam coś zrobić. Usiadł z mężczyznami z tyłu Wildmana i wędrował bez celu po ulicach i poza miastem wiejskimi drogami, gdzie mężczyźni całymi dniami pracowali w polach na spoconych koniach, orząc ziemię. W powietrzu czuć było wiosnę, a wieczorem wróbel śpiewający śpiewał na jabłoni za oknem jego sypialni. Sam szedł i wędrował w milczeniu, patrząc w ziemię. Strach przed ludźmi wypełniał mu głowę. Rozmowy mężczyzn w sklepie go męczyły, a kiedy wyruszył sam do wioski, towarzyszyły mu głosy wszystkich tych, przed którymi uciekł z miasta. Na rogu ulicy zatrzymał go ksiądz o cienkich ustach i brązowej brodzie i zaczął mówić o przyszłości, tak jak zatrzymał się i rozmawiał z bosonogim gazeciarzem.
  "Twoja matka" - powiedział - "właśnie odeszła. Musisz wejść na wąską ścieżkę i podążać za nią. Bóg zesłał ci ten smutek jako ostrzeżenie. Chce, abyś wszedł na drogę życia i ostatecznie do niej dołączył. Zacznij przychodzić do naszego kościoła. Przyłącz się do dzieła Chrystusa. Znajdź prawdę".
  Sam, który słuchał, ale nie słyszał, pokręcił głową i kontynuował. Przemówienie ministra wydawało się niczym więcej niż bezsensownym bełkotem słów, z którego wyciągnął tylko jedną myśl.
  "Znajdź prawdę" - powtórzył sobie za ministrem, pozwalając umysłowi bawić się tą myślą. "Wszyscy najlepsi ludzie próbują to robić. Poświęcają temu zadaniu całe życie. Wszyscy próbują znaleźć prawdę".
  Szedł ulicą, zadowolony z interpretacji słów pastora. Straszne chwile w kuchni po śmierci matki nadały mu nowy wymiar powagi i poczuł na nowo poczucie odpowiedzialności za zmarłą kobietę i za siebie. Mężczyźni zatrzymywali go na ulicy i życzyli mu powodzenia w mieście. Wieść o jego śmierci stała się powszechnie znana. Sprawy, które interesowały Freedom Smitha, zawsze były sprawami publicznymi.
  "Zabierał ze sobą bęben, żeby kochać się z żoną sąsiada" - powiedział John Telfer.
  Sam czuł, że w pewnym sensie jest dzieckiem Caxtona. Wcześnie przyjęło go w swoje szeregi; uczyniło z niego osobę półpubliczną; zachęcało go do pogoni za pieniędzmi, upokarzało przez ojca i czule wspierało przez zapracowaną matkę. Kiedy był chłopcem, przemykając się między nogami pijaków w sobotnie wieczory w Piety Hollow, zawsze znalazł się ktoś, kto szepnął mu słówko o jego moralności i szepnął krzepiące rady. Gdyby zdecydował się tam zostać, mając już trzy i pół tysiąca dolarów w Kasie Oszczędnościowej, utworzonej w tym celu w czasie jego nauki w Freedom Smith, mógłby wkrótce stać się jednym z porządnych ludzi w mieście.
  Nie chciał zostać. Czuł, że jego powołanie jest gdzie indziej i chętnie by tam pojechał. Zastanawiał się, dlaczego po prostu nie wsiadł do pociągu i nie odjechał.
  Pewnej nocy, gdy włóczył się po drodze, wałęsając się między płotami, słysząc samotne szczekanie psów w pobliżu odległych zagród i wdychając zapach świeżo zaoranej ziemi, dotarł do miasta i usiadł na niskim żelaznym płocie biegnącym wzdłuż peronu, czekając na nocny pociąg na północ. Pociągi nabrały dla niego nowego znaczenia, bo lada dzień mógł się w nim znaleźć, zmierzając ku nowemu życiu.
  Mężczyzna z dwiema torbami w rękach wyszedł na peron, za nim podążały dwie kobiety.
  "Słuchajcie" - powiedział do kobiet, kładąc torby na peronie. "Pójdę po bilety" - i zniknął w ciemności.
  Obie kobiety wróciły do przerwanej rozmowy.
  "Żona Eda choruje od dziesięciu lat" - powiedział jeden z nich. "Teraz, kiedy nie żyje, będzie lepiej dla niej i Eda, ale boję się tej długiej podróży. Żałuję, że nie umarła, kiedy byłem w Ohio dwa lata temu. Jestem pewien, że zachorowałbym w pociągu".
  Sam, siedząc w ciemności, rozmyślał o jednej ze starych rozmów, jakie przeprowadził z nim John Telfer.
  "To dobrzy ludzie, ale nie są twoimi ludźmi. Wyjedziesz stąd. Będziesz bogatym człowiekiem, to jasne.
  Zaczął bezmyślnie słuchać dwóch kobiet. Mężczyzna prowadził zakład naprawy obuwia w zaułku za apteką Geigera, a dwie kobiety, jedna niska i pulchna, druga wysoka i szczupła, prowadziły mały, ciemny zakład kapeluszniczy i były jedynymi konkurentkami Eleanor Telfer.
  "Cóż, miasto wie, kim ona jest" - powiedziała wysoka kobieta. "Millie Peters mówi, że nie zazna spokoju, dopóki nie postawi tej zarozumiałej Mary Underwood na swoim miejscu. Jej matka pracowała w domu McPhersonów i opowiedziała o tym Millie. Nigdy nie słyszałam podobnej historii. Myśląc o Jane McPherson, o tym, jak pracowała przez te wszystkie lata, a potem, kiedy umierała, w jej domu działy się takie rzeczy, Millie mówi, że Sam wyszedł wcześnie wieczorem i wrócił późno z tym Underwoodem, półnagi, uwieszonym u ręki. Matka Millie wyjrzała przez okno i ich zobaczyła. Potem pobiegła do pieca i udawała, że śpi. Chciała zobaczyć, co się stało. A dzielna dziewczyna weszła prosto do domu z Samem. Potem wyszła i po chwili wróciła z tym Johnem Telferem. Millie dopilnuje, żeby Eleanor Telfer się o tym dowiedziała". Myślę, że to też by ją upokorzyło. I nie sposób zliczyć, z iloma innymi mężczyznami Mary Underwood kręci się w tym mieście. Millie mówi...
  Obie kobiety odwróciły się, gdy z ciemności wyłoniła się wysoka postać, rycząc i przeklinając. Dwie ręce wyciągnęły się i zatopiły w jej włosach.
  "Przestań!" warknął Sam, uderzając głowami o siebie. "Przestań kłamać!" Wy brzydkie stworzenia!
  Słysząc krzyki dwóch kobiet, mężczyzna, który poszedł kupić bilety kolejowe, pobiegł peronem, a za nim Jerry Donlin. Sam skoczył do przodu, przerzucając szewca przez żelazne ogrodzenie na świeżo obsianą rabatę, po czym odwrócił się w stronę pnia.
  "Kłamali o Mary Underwood" - krzyknął. "Próbowała mnie uratować przed zabiciem ojca, a teraz kłamią na jej temat".
  Obie kobiety chwyciły torby i pobiegły peronem, skomląc. Jerry Donlin przeskoczył żelazne ogrodzenie i stanął przed zaskoczonym i przestraszonym szewcem.
  "Co do cholery robisz na moim kwietniku?" warknął.
  
  
  
  Gdy Sam spieszył ulicami, w jego głowie panował chaos. Niczym rzymski cesarz, pragnął, by świat miał tylko jedną głowę, by móc ją jednym ciosem ściąć. Miasto, które kiedyś wydawało się tak ojcowskie, tak radosne, tak dbające o jego dobro, teraz wydawało się przerażające. Wyobrażał je sobie jako ogromne, pełzające, oślizgłe stworzenie, czyhające pośród pól kukurydzy.
  "Mówiąc o niej, o tej białej duszyczce!" krzyknął głośno na pustej ulicy, a całe jego chłopięce oddanie i lojalność wobec kobiety, która wyciągnęła do niego rękę w godzinie próby, płonęły w nim i płonęły.
  Chciał spotkać innego mężczyznę i dać mu w nos tego samego klapsa, którego dał zdumionemu szewcowi. Wrócił do domu i stał oparty o bramę, patrząc na nią i przeklinając bezsensownie. Potem odwrócił się i ruszył z powrotem opustoszałymi ulicami, mijając dworzec kolejowy, gdzie - odkąd nocny pociąg przyjechał i odjechał, a Jerry Donlin wrócił na noc do domu - panowała ciemność i cisza. Przepełniało go przerażenie na myśl o tym, co Mary Underwood zobaczyła na pogrzebie Jane McPherson.
  "Lepiej być zupełnie złym, niż mówić źle o kimś" - pomyślał.
  Po raz pierwszy uświadomił sobie inną stronę życia na wsi. Oczami wyobraźni zobaczył długi szereg kobiet idących obok niego ciemną drogą - kobiet o surowych, matowych twarzach i martwych oczach. Rozpoznał wiele z nich. To były twarze żon Caxtona, do których domów dowoził gazety. Pamiętał, jak niecierpliwie wybiegały z domów po gazety i jak dzień po dniu omawiały szczegóły sensacyjnych morderstw. Pewnego razu, gdy dziewczyna z Chicago zginęła podczas nurkowania, a szczegóły były niezwykle makabryczne, dwie kobiety, nie mogąc powstrzymać ciekawości, przyszły na stację, żeby poczekać na pociąg z gazetami, a Sam słyszał, jak bez przerwy powtarzają na językach tę okropną historię.
  W każdym mieście i każdej wsi jest klasa kobiet, których samo istnienie paraliżuje umysł. Mieszkają w małych, niewentylowanych, niehigienicznych domach i rok po roku spędzają czas na zmywaniu naczyń i ubrań - zajęte są tylko ich palce. Nie czytają dobrych książek, nie myślą czysto, kochają się, jak powiedział John Telfer, pocałunkami w ciemnym pokoju z nieśmiałym prostakiem, a poślubiwszy takiego prostaka, żyją życiem nieopisanej pustki. Ich mężowie przychodzą do domów tych kobiet wieczorem, zmęczeni i małomówni, by zjeść szybki posiłek i potem znowu wyjść, albo, gdy przyjdzie na nie błogosławieństwo całkowitego wyczerpania fizycznego, by posiedzieć przez godzinę w pończochach, zanim odlecą w sen i zapomnienie.
  Te kobiety nie mają ani światła, ani wizji. Zamiast tego mają utrwalone idee, których kurczowo się trzymają z uporem graniczącym z heroizmem. Trzymają się mężczyzny, którego wyrwały ze społeczeństwa, z uporem mierzonym jedynie miłością do dachu nad głową i pragnieniem jedzenia, które mogłyby napełnić żołądki. Jako matki są rozpaczą reformatorów, cieniem marzycieli i budzą czarny strach w sercu poety, który woła: "Kobieta tego gatunku jest bardziej śmiercionośna niż mężczyzna". W najgorszym razie można je zobaczyć pijane emocjami pośród mrocznych horrorów rewolucji francuskiej lub pogrążone w tajemnych szeptach, pełzającym strachu prześladowań religijnych. W najlepszym razie są matkami połowy ludzkości. Gdy bogactwo przychodzi do nich, spieszą się, by się nim pochwalić, machając skrzydłami na widok Newport czy Palm Beach. W ich rodzimym legowisku, w ciasnych domach, śpią w łóżku mężczyzny, który położył im ubrania na plecach i jedzenie w ustach, bo taki jest zwyczaj ich gatunku, i oddają mu swoje ciała, niechętnie lub dobrowolnie, zależnie od prawa. Nie kochają; zamiast tego sprzedają swoje ciała na targu, wołając, że mężczyzna będzie świadkiem ich cnoty, bo miały radość znalezienia jednego nabywcy zamiast wielu z czerwonego siostrzeństwa. Dziki animalizm w nich zmusza je do kurczowego trzymania się niemowlęcia przy piersi, a w dniach jego miękkości i uroku zamykają oczy i próbują odzyskać stare, ulotne marzenie z dzieciństwa, coś mglistego, upiornego, co już nie jest ich częścią, przyniesione wraz z niemowlęciem z nieskończoności. Opuściwszy krainę snów, przebywają w krainie emocji, opłakując ciała nieznanych zmarłych lub słuchając elokwencji ewangelistów wołających o niebie i piekle - wezwania do Tego, który wzywa innych - wołających w niespokojnym powietrzu rozgrzanych małych kościółków, gdzie nadzieja walczy w paszczy banału: "Brzemię moich grzechów ciąży mi na duszy". Chodzą po ulicach, unosząc ciężkie oczy, by zajrzeć w życie innych i schwycić kęs, który stacza się po ich ciężkich językach. Znaleźwszy światełko w życiu Mary Underwood, wracają do niego raz po raz, jak pies do własnych odchodów. Coś wzruszającego w życiu takich ludzi - spacery w czystym powietrzu, marzenia w snach i odwaga, by być pięknym, przewyższającym piękno zwierzęcej młodości - doprowadza ich do szaleństwa i krzyczą, biegając od drzwi kuchennych do drzwi kuchennych, szarpiąc się za nagrodą. Jak głodne zwierzę, które znajduje trupa. Niech poważne kobiety znajdą ruch i będą go pchać naprzód, aż do dnia, gdy będzie pachniał sukcesem i obiecywał wspaniałe emocje związane z osiągnięciem celu, a one rzucą się na niego z krzykiem, napędzane histerią, a nie rozumem. Wszystkie są kobiecością - i nic z niej nie ma. W większości przypadków żyją i umierają niewidzialne, nieznane, jedząc obrzydliwe jedzenie, śpiąc za dużo i siedząc w letnie dni, bujając się na krzesłach i obserwując przechodzących ludzi. W końcu umierają pełne wiary, z nadzieją na przyszłe życie.
  Sam stał na drodze, drżąc na ataki, jakie te kobiety teraz przypuściły na Mary Underwood. Wschodzący księżyc oświetlał pola wzdłuż drogi, odsłaniając ich wczesnowiosenną nagość, a one wydawały mu się tak ponure i odpychające, jak twarze kobiet maszerujących w jego głowie. Naciągnął płaszcz i drżał idąc dalej, ochlapując się błotem, wilgotne nocne powietrze pogłębiało melancholię jego myśli. Próbował odzyskać pewność siebie, którą czuł w dniach poprzedzających chorobę matki, odzyskać niezachwianą wiarę w swoje przeznaczenie, która pozwalała mu zarabiać i oszczędzać pieniądze i pchała go do dążenia do wzniesienia się ponad poziom człowieka, który go wychował. Nie udało mu się. Uczucie starości, które go ogarnęło wśród ludzi opłakujących ciało jego matki, powróciło i odwróciwszy się, poszedł drogą w kierunku miasta, mówiąc do siebie: "Pójdę i porozmawiam z Mary Underwood.
  Czekając na werandzie, aż Mary otworzy drzwi, uznał, że małżeństwo z nią może jeszcze przynieść szczęście. Półduchowa, półfizyczna miłość do kobiety, chwała i tajemnica młodości, opuściły go. Pomyślał, że gdyby tylko zdołał wygnać z jej obecności strach przed twarzami, które pojawiały się i znikały w jego umyśle, on sam byłby zadowolony z życia robotnika i zarabiającego pieniądze, człowieka bez marzeń.
  Mary Underwood stanęła w drzwiach, ubrana w ten sam ciężki, długi płaszcz, który miała na sobie tamtej nocy. Sam, biorąc ją za rękę, poprowadził ją na skraj werandy. Z satysfakcją spojrzał na sosny przed domem, zastanawiając się, czy jakaś dobroczynna siła musiała zmusić dłoń, która je zasadziła, do stania tam, ubrana i dostojna, pośród jałowej ziemi u schyłku zimy.
  "Co się stało, chłopcze?" - zapytała kobieta z troską w głosie. Odnowiona macierzyńska namiętność zabarwiała jej myśli przez kilka dni i z całym żarem silnej natury oddała się miłości do Sama. Myśląc o nim, wyobrażała sobie bóle porodowe, a nocami, leżąc w łóżku, wspominała z nim jego dzieciństwo w mieście i snuła nowe plany na jego przyszłość. W ciągu dnia śmiała się z siebie i mówiła czule: "Ty stary głupcze".
  Sam opowiedział jej, bezceremonialnie i szczerze, co usłyszał na peronie, patrząc ponad nią na sosny i ściskając poręcz werandy. Z martwej ziemi znów unosił się zapach świeżej roślinności, ten sam, który towarzyszył mu w drodze do swojego objawienia na stacji.
  "Coś mi mówiło, żebym nie odchodził" - powiedział. "To pewnie przez to coś wiszącego w powietrzu. Te złowrogie, pełzające stworzenia już zaczęły działać. Och, gdyby tylko cały świat, tak jak ty, Telfer i niektórzy inni tutaj, cenili sobie poczucie prywatności".
  Mary Underwood cicho się zaśmiała.
  "Miałam rację w ponad połowie, kiedy kiedyś marzyłam o tym, żeby uczynić z ciebie osobę zajmującą się sprawami intelektualnymi" - powiedziała. "Co za poczucie prywatności! Jakim mężczyzną się stałeś! Metoda Johna Telfera była lepsza od mojej. Nauczył cię mówić z polotem".
  Sam pokręcił głową.
  "Jest tu coś, czego nie da się znieść bez śmiechu" - powiedział stanowczo. "Jest tu coś - to cię szarpie - trzeba temu stawić czoła. Nawet teraz kobiety budzą się w łóżkach i rozważają to pytanie. Jutro znowu do ciebie przyjdą. Jest tylko jedna droga i musimy ją obrać. Ty i ja musimy się pobrać".
  Mary spojrzała na nowe, poważne rysy jego twarzy.
  "Co za propozycja!" wykrzyknęła.
  Impulsywnie zaczęła śpiewać, jej głos, cienki i mocny, niósł się pośród ciszy nocy.
  "Jechał i myślał o jej czerwonych ustach"
  
  Znów śpiewała i się śmiała.
  "Powinieneś przyjść tak" - powiedziała, a potem: "Biedny, zagubiony chłopcze. Nie wiesz, że jestem twoją nową matką?" - dodała, biorąc go za ręce i odwracając do siebie. "Nie gadaj bzdur. Nie potrzebuję męża ani kochanka. Chcę własnego syna i znalazłam jednego. Przygarnęłam cię tutaj, w tym domu, tej nocy, kiedy przyszedłeś do mnie chory i cały brudny. A co do tych kobiet - precz z nimi - wyzwę je - już to raz zrobiłam i zrobię to ponownie. Jedź do swojego miasta i walcz. Tu, w Caxton, to walka kobiet".
  "To straszne. Nie rozumiesz" - zaprotestował Sam.
  Na twarzy Mary Underwood pojawił się szary, zmęczony wyraz.
  "Rozumiem" - powiedziała. "Byłam na tym polu bitwy. Można ją wygrać tylko ciszą i niestrudzonym czekaniem. Twoje próby pomocy tylko pogorszą sytuację".
  Kobieta i wysoki chłopak, nagle mężczyzna, pogrążyli się w myślach. Pomyślała o zbliżającym się końcu swojego życia. Jak inaczej to zaplanowała. Pomyślała o studiach w Massachusetts i mężczyznach i kobietach spacerujących tam pod wiązami.
  "Ale mam syna i zamierzam go zatrzymać" - powiedziała głośno, kładąc dłoń na ramieniu Sama.
  Bardzo poważny i zaniepokojony Sam szedł żwirową ścieżką w stronę drogi. Wyczuwał coś tchórzliwego w roli, którą mu wyznaczyła, ale nie widział alternatywy.
  "W końcu" - pomyślał - "to zrozumiałe - to walka kobiety".
  W połowie drogi zatrzymał się, pobiegł z powrotem, złapał ją w ramiona i mocno przytulił.
  "Żegnaj, mamusiu" - krzyknął i pocałował ją w usta.
  I patrząc, jak znów idzie żwirową ścieżką, ogarnęła ją czułość. Podeszła do tylnej części ganku i, opierając się o dom, oparła głowę na dłoni. Potem, odwracając się i uśmiechając przez łzy, zawołała za nim.
  "Rozbiłeś im mocno głowy, chłopcze?" zapytała.
  
  
  
  Sam opuścił dom Mary i skierował się do domu. Na żwirowej ścieżce wpadł mu do głowy pewien pomysł. Wszedł do domu i, siedząc przy kuchennym stole z piórem i atramentem, zaczął pisać. W sypialni, tuż obok salonu, usłyszał chrapanie Windy. Pisał starannie, wymazując i przepisując. Następnie, przysuwając krzesło przed kuchennym kominkiem, czytał to, co napisał, raz po raz. Włożywszy płaszcz, o świcie poszedł do domu Toma Comstocka, redaktora "Caxton Argus", i wyrwał go z łóżka.
  "Umieszczę to na pierwszej stronie, Sam, i nic cię to nie będzie kosztować" - obiecał Comstock. "Ale po co to publikować? Zostawmy to pytanie.
  "Będę miał akurat tyle czasu, żeby spakować rzeczy i zdążyć na poranny pociąg do Chicago" - pomyślał Sam.
  Wczesnym wieczorem poprzedniego dnia Telfer, Wildman i Freedom Smith, na sugestię Valmore'a, odwiedzili jubilerski sklep Huntera. Spędzili godzinę targując się, wybierając, odrzucając i krytykując jubilera. Kiedy wybór został dokonany, a prezent zabłysnął na tle białej bawełny w pudełku na ladzie, Telfer wygłosił mowę.
  "Porozmawiam z tym chłopakiem szczerze" - powiedział ze śmiechem. "Nie będę tracił czasu, ucząc go, jak zarabiać pieniądze, a potem pozwoliłbym mu mnie zawieść. Powiem mu, że jeśli nie zarobi w Chicago, przyjdę i zabiorę mu zegarek".
  Włożywszy prezent do kieszeni, Telfer wyszedł ze sklepu i poszedł ulicą do sklepu Eleanor. Przeszedł przez showroom do studia, gdzie Eleanor siedziała z kapeluszem na kolanach.
  "Co mam zrobić, Eleanor?" zapytał, stojąc z rozstawionymi nogami i marszcząc brwi. "Co ja zrobię bez Sama?"
  Piegowaty chłopiec otworzył drzwi sklepu i rzucił gazetę na podłogę. Chłopiec miał czysty głos i bystre brązowe oczy. Telfer ponownie przeszedł przez wystawę, dotykając laską słupków, na których wisiały gotowe kapelusze, i gwiżdżąc. Stojąc przed sklepem z laską w dłoni, skręcał papierosa i obserwował chłopca biegnącego od drzwi do drzwi ulicą.
  "Będę musiał adoptować nowego syna" - powiedział zamyślony.
  Po wyjściu Sama, Tom Comstock wstał w białej koszuli nocnej i ponownie przeczytał otrzymane właśnie oświadczenie. Czytał je raz po raz, a następnie, kładąc je na kuchennym stole, napełnił i zapalił fajkę z kolby kukurydzy. Podmuch wiatru wdarł się do pokoju pod kuchennymi drzwiami, wychładzając jego chude łydki, więc wsunął bose stopy przez ochronną ścianę koszuli nocnej, jedna po drugiej.
  "W noc śmierci mojej matki" - czytamy w oświadczeniu - "siedziałam w kuchni naszego domu i jadłam obiad, gdy wszedł mój ojciec i zaczął krzyczeć i głośno mówić, budząc śpiącą matkę. Złapałam go za gardło i ściskałam, aż pomyślałam, że nie żyje, przeniosłam go przez dom i rzuciłam na ulicę. Pobiegłam wtedy do domu Mary Underwood, która kiedyś była moją nauczycielką, i opowiedziałam jej, co zrobiłam. Zawiozła mnie do domu, obudziła Johna Telfera, a potem poszła szukać ciała mojego ojca, który przecież nie umarł. John McPherson wie, że to prawda, o ile uda mu się zmusić go do powiedzenia prawdy".
  Tom Comstock zadzwonił do swojej żony, małej, nerwowej kobiety o czerwonych policzkach, która składała czcionki w sklepie, zajmowała się domem i zbierała większość wiadomości i reklam dla gazety Argus.
  "Czy to nie jest film grozy?" zapytał, podając jej oświadczenie napisane przez Sama.
  "Cóż, to powinno położyć kres tym okropnym rzeczom, które wygadują o Mary Underwood" - warknęła. Potem, zdejmując okulary z nosa, spojrzała na Toma, który, choć nie znalazł czasu, żeby pomóc w Argusie, był najlepszym graczem w warcaby w Caxton i kiedyś brał udział w stanowym turnieju dla ekspertów w tej grze. Sport, dodała: "Biedna Jane MacPherson, miała syna takiego jak Sam i nie miała dla niego lepszego ojca niż ten kłamca Windy. Udusiła go, co? Cóż, gdyby mężczyźni z tego miasta mieli jaja, dokończyliby robotę".
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA II
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  Przez dwa lata Sam wiódł życie wędrownego kupca, odwiedzając miasta w Indianie, Illinois i Iowie i zawierając umowy z ludźmi, którzy, podobnie jak Freedom Smith, kupowali produkty rolne. W niedziele siadał na krzesłach przed wiejskimi gospodami i przechadzał się ulicami nieznanych miejscowości, a wracając do miasta w weekendy, przechadzał się po ulicach śródmieścia i zatłoczonych parkach z młodymi mężczyznami, których spotkał na ulicy. Czasami jechał do Caxton i przesiadywał godzinę z mężczyznami w Wildman's, a potem wymykał się na wieczór do Mary Underwood.
  W sklepie usłyszał wieści o Windym, który nagabywał wdowę po farmerze, z którą później się ożenił i która rzadko pojawiała się w Caxton. W sklepie zobaczył chłopca z piegami na nosie - tego samego, którego John Telfer widział biegnącego ulicą Main Street tego wieczoru, gdy poszedł pokazać Eleanor złoty zegarek, który kupił dla Sama. Siedział teraz na beczce po krakersach w sklepie, a później poszedł z Telferem, by uniknąć huśtającej się laski i wsłuchać się w elokwencję płynącą z nocnych fal radiowych. Telfer nie miał okazji dołączyć do tłumu na stacji i wygłosić pożegnalnej mowy do Sama i w skrytości żałował utraty tej okazji. Po namyśle i rozważeniu wielu pięknych ozdobników i dźwięcznych okresów, które mogłyby dodać kolorytu mowie, był zmuszony wysłać prezent. I choć ten dar głęboko go poruszył i przypomniał mu o niezachwianej dobroci miasta pośród pól kukurydzy, dzięki czemu pozbył się goryczy wywołanej atakiem na Mary Underwood, mógł odpowiedzieć na tę czwórkę jedynie nieśmiało i z wahaniem. W swoim pokoju w Chicago spędził wieczór, przepisując i przepisując, dodając i usuwając luksusowe ozdobniki, a na koniec wysłał krótką wiadomość z podziękowaniami.
  Valmore, którego uczucie do chłopca rosło powoli i który teraz, gdy już go nie było, tęsknił za nim bardziej niż za kimkolwiek innym, pewnego dnia opowiedział Freedom Smithowi o zmianie, jaka zaszła w młodym Macphersonie. Freedom siedział w szerokim, starym faetonie na drodze przed warsztatem Valmore'a, podczas gdy kowal obchodził siwą klacz, unosząc jej kopyta i oglądając podkowy.
  "Co się stało z Samem? Tak bardzo się zmienił?" - zapytał, sadzając klacz na nodze i opierając ją na przednim kole. "Miasto już go zmieniło" - dodał z żalem.
  Svoboda wyjął zapałkę z kieszeni i zapalił krótką, czarną fajkę.
  "On kąsa w słowach" - kontynuował Valmore. "Siedzi w sklepie przez godzinę, a potem wychodzi i nie wraca, żeby się pożegnać, kiedy opuszcza miasto. Co go opętało?
  Freedom chwycił lejce i splunął na deskę rozdzielczą w kurz. Pies, wylegujący się na ulicy, podskoczył, jakby rzucono w niego kamieniem.
  "Gdybyś miał coś, co chciałby kupić, przekonałbyś się, że to niezły gaduła" - wybuchnął. "Za każdym razem, gdy przyjeżdża do miasta, wyrywa mi zęby, a potem daje mi cygaro zawinięte w folię, żeby mi się spodobało".
  
  
  
  Przez kilka miesięcy po pospiesznym wyjeździe z Caxton, zmienne, pospieszne życie miasta głęboko interesowało wysokiego, silnego chłopaka z wioski w Iowa, który łączył opanowanie i zwinność w interesach z bogaczem z niezwykle aktywnym zainteresowaniem problemami życia i egzystencji. Instynktownie postrzegał biznes jako wielką grę, w którą gra wielu ludzi, w której zdolni i spokojni mężczyźni cierpliwie czekają na właściwy moment, by następnie rzucić się na to, co do nich należało. Rzucali się na swoją ofiarę z szybkością i precyzją zwierząt, a Sam wyczuł, że ma ten dar i bezlitośnie go wykorzystywał w kontaktach z wiejskimi kupcami. Znał ten mętny, niepewny wzrok, który pojawiał się w oczach nieudanych biznesmenów w krytycznych momentach, i wypatrywał go, i wykorzystywał, tak jak odnoszący sukcesy bokser obserwuje ten sam mroczny, niepewny wzrok w oczach przeciwnika.
  Znalazł pracę i zyskał pewność siebie i pewność siebie, które niesie ze sobą to odkrycie. Dotyk, który widział na dłoniach odnoszących sukcesy biznesmenów wokół siebie, był również dotykiem wielkiego artysty, naukowca, aktora, piosenkarza czy boksera. Był to dotyk Whistlera, Balzaca, Agassiza i Terry'ego McGoverna. Wyczuwał to jako chłopiec, obserwując rosnące sumy w swojej żółtej książeczce bankowej, i od czasu do czasu rozpoznawał to w rozmowie Telfera na wiejskiej drodze. W mieście, gdzie bogaci i wpływowi ludzie ocierali się o niego w tramwajach i mijali w hotelowych holach, obserwował i czekał, powtarzając sobie: "Ja też będę taki".
  Sam nie stracił wizji, którą miał jako chłopiec, idąc drogą i słuchając Telfera, ale teraz myślał o sobie jako o kimś, kto nie tylko pragnie osiągnięć, ale i wie, gdzie ich szukać. Od czasu do czasu miewał ekscytujące sny o ogromie pracy, jaką wykona jego ręka, takie, które przyprawiały go o szybsze bicie serca, ale przeważnie szedł swoją drogą w ciszy, zawierając przyjaźnie, rozglądając się, zajmując umysł własnymi myślami i zawierając umowy.
  W pierwszym roku pobytu w mieście mieszkał w domu byłej rodziny Caxtonów, o nazwisku Pergrin, która mieszkała w Chicago od kilku lat, ale nadal wysyłała swoich członków, jednego po drugim, na letnie wakacje na wieś w stanie Iowa. Dostarczał tym ludziom listy, wysłane do niego w ciągu miesiąca od śmierci matki, a listy o nim przychodziły do nich od Caxtona. W domu, w którym jadło obiad osiem osób, tylko trzy osoby oprócz niego pochodziły z Caxtona, ale myśli i rozmowy o mieście przenikały cały dom i każdą rozmowę.
  "Myślałam dziś o starym Johnie Moorze - czy on nadal powozi tą zaprzęgiem czarnych kucyków?" - pytała Sama przy stole gospodyni, kobieta o łagodnym wyglądzie po trzydziestce, przerywając rozmowę o baseballu lub historię opowiadaną przez jednego z lokatorów nowego budynku biurowego, który miał powstać w dzielnicy Loop.
  "Nie, nie robi" - odpowiedział Jake Pergrin, pulchny kawaler po czterdziestce, który był brygadzistą w warsztacie maszynowym i właścicielem domu. Jake był ostatecznym autorytetem w sprawach Caxtona przez tak długi czas, że uważał Sama za intruza. "Zeszłego lata, kiedy byłem w domu, John powiedział mi, że zamierza sprzedać czarne konie i kupić muły" - dodał, patrząc wyzywająco na młodego mężczyznę.
  Rodzina Pergrinów żyła w istocie w obcym kraju. Żyjąc pośród zgiełku rozległej zachodniej części Chicago, wciąż tęsknili za kukurydzą i wołami, mając nadzieję, że w tym raju znajdą pracę dla Jake'a, ich ostoi.
  Jake Pergrin, łysy, brzuchaty mężczyzna z krótkim, stalowosiwym wąsem i ciemną smugą oleju maszynowego wokół paznokci, które sterczały niczym formalne klomby na skraju trawnika, pracował pilnie od poniedziałkowego rana do sobotniego wieczora, kładąc się spać o dziewiątej i do tego czasu wędrując z pokoju do pokoju w znoszonych kapciach, gwiżdżąc lub siedząc w swoim pokoju, ćwicząc grę na skrzypcach. W sobotni wieczór, gdy w Caxton nawyki były jeszcze silne, wrócił do domu z wypłatą, rozgościł się na tydzień u dwóch sióstr, zasiadł do kolacji, starannie ogolony i uczesany, a następnie zniknął w mętnych wodach miasta. Późnym niedzielnym wieczorem pojawił się ponownie - z pustymi kieszeniami, chwiejnym krokiem, przekrwionymi oczami i hałaśliwą próbą zachowania spokoju, spiesząc na górę i do łóżka, przygotowując się na kolejny tydzień trudu i szacunku. Ten człowiek miał specyficzne, rabeliańskie poczucie humoru i notował na ścianie swojej sypialni listę nowych kobiet, które spotykał podczas cotygodniowych lotów. Pewnego dnia zabrał Sam na górę, żeby pochwalić się swoją listą. Po pokoju biegł rządek.
  Oprócz kawalera, była tam siostra, wysoka, szczupła kobieta około trzydziestu pięciu lat, która uczyła w szkole, oraz trzydziestoletnia gosposia, potulna i obdarzona zaskakująco przyjemnym głosem. Potem był student medycyny w salonie, Sam w alkowie przy korytarzu, siwowłosa stenografka, którą Jake nazywał Marią Antoniną, i klientka z hurtowni artykułów tekstylnych o pogodnej, radosnej twarzy - mała żona z Południa.
  Sam zauważył, że kobiety w domu Pergrinów są niezwykle zaabsorbowane swoim zdrowiem, rozmawiając o nim każdego wieczoru, jak mu się zdawało, częściej niż jego matka podczas choroby. Podczas gdy Sam mieszkał z nimi, wszystkie znajdowały się pod wpływem jakiegoś dziwnego uzdrowiciela i przyjmowały to, co nazywały "zaleceniami zdrowotnymi". Dwa razy w tygodniu uzdrowiciel przychodził do domu, kładł im ręce na plecach i brał pieniądze. Kuracja dostarczała Jake'owi niekończącej się rozrywki, a wieczorami chodził po domu, kładąc ręce na plecach kobiet i żądając od nich pieniędzy. Ale żona kupca towarów suchych, która od lat kaszlała w nocy, spała spokojnie po kilku tygodniach leczenia, a kaszel nie powrócił, dopóki Sam pozostawał w domu.
  Sam zajmował ważne miejsce w domu. Błyskotliwe opowieści o jego przedsiębiorczości, niestrudzonej etyce pracy i pokaźnym koncie bankowym wyprzedzały go z Caxton, a Pergrina, oddana miastu i wszystkim jego produktom, nigdy nie pozwalała sobie na skromność w opowiadaniu. Gospodyni, miła kobieta, polubiła Sama i pod jego nieobecność chwaliła się nim przypadkowym gościom lub lokatorom gromadzącym się wieczorami w salonie. To ona utwierdziła studenta medycyny w przekonaniu, że Sam jest geniuszem w sprawach finansowych, co później pozwoliło mu na skuteczny atak na spadek młodego człowieka.
  Sam zaprzyjaźnił się z Frankiem Eckardtem, studentem medycyny. W niedzielne popołudnia spacerowali po ulicach albo, niosąc dwie dziewczyny Franka, również studentki medycyny, szli do parku i siadali na ławkach pod drzewami.
  Sam poczuł coś na kształt czułości do jednej z tych młodych kobiet. Spędzał z nią każdą niedzielę, a pewnego późnego jesiennego wieczoru, spacerując po parku, z suchymi, brązowymi liśćmi chrzęszczącymi pod stopami i zachodzącym na ich oczach czerwonym blaskiem słońcem, wziął ją za rękę i wszedł do środka. Cisza, poczucie intensywnego życia i witalności, były takie same, jak te, których doświadczył tamtej nocy, spacerując pod drzewami Caxton z ciemnoskórą córką bankiera Walkera.
  Fakt, że z tej romansu nic nie wyszło i że po pewnym czasie nie widywał już dziewczyny, można wytłumaczyć, jego zdaniem, jego własnym rosnącym zainteresowaniem zarabianiem pieniędzy oraz tym, że u niej, podobnie jak u Franka Eckardta, było ślepe oddanie się czemuś, czego on sam nie potrafił zrozumieć.
  Kiedyś rozmawiał o tym z Eckardtem. "To dobra kobieta, ambitna, jak kobieta, którą znałem w moim rodzinnym mieście" - powiedział, myśląc o Eleanor Telfer - "ale nie chce ze mną rozmawiać o swojej pracy tak, jak czasami rozmawia z tobą. Chcę, żeby rozmawiała. Jest w niej coś, czego nie rozumiem i chcę zrozumieć. Myślę, że mnie lubi i raz czy dwa myślałem, że nie będzie miała nic przeciwko, jeśli się z nią prześpię, ale nadal jej nie rozumiem.
  Pewnego dnia, w biurze firmy, w której pracował, Sam spotkał młodego dyrektora reklamy, Jacka Prince'a, energicznego i żwawego mężczyznę, który szybko zarabiał pieniądze, hojnie je wydawał i miał przyjaciół i znajomych w każdym biurze, każdym hotelowym lobby, każdym barze i restauracji w centrum miasta. Przypadkowe spotkanie szybko przerodziło się w przyjaźń. Sprytny i dowcipny Prince uczynił Sama bohaterem, podziwiając jego opanowanie i zdrowy rozsądek i chwaląc się nim po całym mieście. Sam i Prince od czasu do czasu oddawali się lekkim pijaństwu, a pewnego dnia, pośród tysięcy ludzi siedzących przy stolikach i pijących piwo w Coliseum na Wabash Avenue, wdali się w bójkę z dwoma kelnerami. Prince twierdził, że został oszukany, a Sam, choć wierzył, że jego przyjaciel jest w błędzie, uderzył go pięścią i wciągnął Prince'a przez drzwi do przejeżdżającego tramwaju, by uciec przed naporem innych kelnerów pędzących na pomoc mężczyźnie, który leżał oszołomiony i szeleszczący na trocinowej podłodze.
  Po tych wieczornych hulankach, które trwały nadal z Jackiem Prince"em i młodymi mężczyznami, których spotykał w pociągach i wiejskich hotelach, Sam godzinami przechadzał się po mieście, pogrążony we własnych myślach i chłonąc własne wrażenia z tego, co zobaczył. W kontaktach z młodymi mężczyznami odgrywał w dużej mierze bierną rolę, podążając za nimi z miejsca na miejsce i pijąc, aż stali się głośni i hałaśliwi lub ponurzy i kłótliwi, po czym wymykał się do swojego pokoju, rozbawiony lub zirytowany, zależnie od okoliczności lub temperamentu jego towarzyszy, które tworzyły lub psuły wieczorną wesołość. Wieczorem, samotnie, wpychał ręce do kieszeni i przemierzał bezkresne mile oświetlonymi ulicami, mgliście zdając sobie sprawę z ogromu życia. Wszystkie mijane twarze - kobiety w futrach, młodzi mężczyźni palący cygara w drodze do teatru, łysi starcy z zaropiałymi oczami, chłopcy z plikami gazet pod pachą i szczupłe prostytutki czające się na korytarzach - musiały go głęboko intrygować. W młodości, z dumą uśpionej siły, widział w nich jedynie ludzi, którzy pewnego dnia zmierzą się z jego własnymi umiejętnościami. A jeśli przyglądał im się uważnie, obserwując twarz po twarzy w tłumie, obserwował ich niczym model w wielkiej grze biznesowej, ćwicząc umysł, wyobrażając sobie tę czy inną osobę, która staje z nim w szranki w interesach, i planując metodę, dzięki której odniesie zwycięstwo w tej wyimaginowanej walce.
  W tamtym czasie istniało w Chicago miejsce, do którego można było dojechać mostem nad torami Illinois Central Railroad. Sam czasami jeździł tam w sztormowe noce, by obserwować jezioro smagane wiatrem. Ogromne masy wody, poruszające się szybko i bezszelestnie, z hukiem rozbijały się o drewniane pale wsparte na kopcach kamieni i ziemi, a rozbryzgi rozbijających się fal spadały Samowi na twarz, a w zimowe noce zamarzały na jego płaszczu. Nauczył się palić i, opierając się o balustradę mostu, stał godzinami z fajką w ustach, obserwując poruszającą się wodę, przepełniony podziwem i lękiem nad jej cichą mocą.
  Pewnej wrześniowej nocy, gdy szedł samotnie ulicą, wydarzyło się coś, co również ujawniło mu drzemiącą w nim cichą moc - moc, która go zaskoczyła i na chwilę przeraziła. Skręcając w małą uliczkę za Dearborn, nagle ujrzał twarze kobiet patrzących na niego przez małe kwadratowe okienka wycięte w fasadach domów. Tu i ówdzie, przed nim i za nim, pojawiały się twarze; głosy nawoływały, uśmiechy nawoływały, gestykulowały. Mężczyźni przechadzali się ulicą, patrząc na chodnik, z płaszczami podciągniętymi pod szyję, kapeluszami nasuniętymi na oczy. Patrzyli na twarze kobiet przyciśniętych do kwadratowych szyb, a potem, nagle odwracając się, jakby ścigani, wbiegli do domów. Wśród przechodniów na chodniku byli starcy, mężczyźni w nędznych płaszczach, którzy pospiesznie się poruszali, i młodzi chłopcy z rumieńcem cnoty na policzkach. Pożądanie wisiało w powietrzu, ciężkie i odrażające. Wniknęło to w umysł Sama i stał niepewny i niezdecydowany, przestraszony, otępiały, przerażony. Przypomniał sobie historię, którą kiedyś usłyszał od Johna Telfera, historię o chorobie i śmierci czającej się w małych uliczkach miasteczek i wylewającej się na ulicę Van Buren, a stamtąd do oświetlonego stanu. Wspiął się po schodach nadziemnej kolei i wskoczył do pierwszego pociągu, kierując się na południe, by godzinami spacerować żwirową drogą nad jeziorem w Jackson Park. Bryza znad jeziora, śmiech i rozmowy ludzi przechodzących pod latarniami ostudziły w nim gorączkę, tak jak kiedyś ostudziła ją elokwencja Johna Telfera, idącego drogą w pobliżu Caxton, którego głos dowodził armiami stojącej kukurydzy.
  W umyśle Sama wyczarował wizję zimnej, cichej wody poruszającej się ogromnymi masami pod nocnym niebem i pomyślał, że w świecie mężczyzn istnieje siła równie nieodparta, równie niejasna, równie rzadko omawiana, nieustannie posuwająca się naprzód, niepostrzeżenie potężna - siła seksu. Zastanawiał się, jak ta siła zostanie złamana w jego przypadku, ku jakiemu falochronowi zostanie skierowana. O północy szedł przez miasto do domu i udał się do swojej alkowy w domu Pergrinów, zmieszany i przez chwilę skrajnie wyczerpany. Leżąc w łóżku, odwrócił się twarzą do ściany i, zdecydowanie zamykając oczy, próbował zasnąć. "Są rzeczy, których nie da się zrozumieć" - powiedział sobie. "Życie z godnością to kwestia zdrowego rozsądku. Będę nadal myślał o tym, co chcę robić, i nie pójdę już w takie miejsce".
  Pewnego dnia, gdy mieszkał już dwa lata w Chicago, wydarzył się incydent zupełnie innego rodzaju, tak groteskowy, tak typowy dla Pana i tak dziecinny, że przez wiele dni potem z zachwytem o nim myślał. Spacerował ulicą lub siedział w pociągu pasażerskim i śmiał się radośnie na wspomnienie jakiegoś nowego szczegółu zdarzenia.
  Sam, syn Windy"ego MacPhersona, który często bezlitośnie potępiał wszystkich mężczyzn nadużywających alkoholu, upił się i maszerował przez osiemnaście godzin, wykrzykując wiersze, śpiewając piosenki i krzycząc do gwiazd niczym bóg lasu na zakręcie.
  Późnym wieczorem, wczesną wiosną, siedział z Jackiem Prince'em w restauracji DeJong's na Monroe Street. Prince, leżący na stole przed nim, z zegarkiem i cienką nóżką kieliszka do wina między palcami, rozmawiał z Samem o mężczyźnie, na którego czekali pół godziny.
  "Oczywiście, że się spóźni" - wykrzyknął, napełniając kieliszek Sama. "Ten człowiek nigdy w życiu nie był punktualny. Punktualne przybycie na spotkanie kosztowałoby go fortunę. To jak rumieniec spływający z policzków dziewczyny".
  Sam już widział mężczyznę, na którego czekali. Miał trzydzieści pięć lat, był niski, wąski w ramionach, miał małą, pomarszczoną twarz, ogromny nos i okulary na uszach. Sam widział go w klubie na Michigan Avenue, gdzie Prince z ceremoniałem rzucał srebrne dolary w ślad kredy na podłodze, obok grupy poważnych, szanowanych staruszków.
  "To grupa, która właśnie sfinalizowała dużą transakcję dotyczącą akcji spółek naftowych z Kansas, a najmłodszym z nich jest Morris, który zajmował się ich reklamą" - wyjaśnił Prince.
  Później, idąc Michigan Avenue, Prince długo opowiadał o Morrisie, którego niezmiernie podziwiał. "To najlepszy specjalista od PR i reklamy w Ameryce" - oznajmił. "Nie jest oszustem jak ja i nie zarabia tyle, co ja, ale potrafi przejąć czyjeś pomysły i wyrazić je tak prosto i przekonująco, że opowiadają historię tej osoby lepiej, niż ona sama by ją znała. I na tym właśnie polega reklama".
  Zaczął się śmiać.
  "To śmieszne, jak o tym pomyślę. Tom Morris wykona robotę, a człowiek, dla którego to zrobi, będzie przysięgał, że zrobił to sam, że każde zdanie na wydrukowanej stronie, które dostanie Tom, jest jego własne. Będzie wył jak wściekły, płacąc rachunek Toma, a następnym razem spróbuje zrobić to sam i tak bardzo to schrzani, że będzie musiał wezwać Toma, żeby zobaczyć sztuczkę od nowa, jak obieranie kukurydzy z kolby. Najlepsi ludzie w Chicago wzywają go.
  Tom Morris wszedł do restauracji z ogromną tekturową teczką pod pachą. Wydawał się pospieszny i zdenerwowany. "Idę do biura International Cookie Lathe Company" - wyjaśnił Prince'owi. "Nie mogę się zatrzymać. Mam makietę prospektu emisyjnego na wprowadzenie na rynek kolejnych akcji zwykłych tej firmy, która od dziesięciu lat nie wypłaca dywidendy".
  Prince wyciągnął rękę i posadził Morrisa na krześle. "Zignoruj ludzi z Biscuit Machine i ich zapasy" - rozkazał. "Zawsze będą mieli zwykłe akcje do sprzedania. Są niewyczerpane. Chcę, żebyś spotkał się z McPhersonem, a pewnego dnia będzie miał coś ważnego, w czym będziesz mógł mu pomóc".
  Morris pochylił się nad stołem i wziął Sama za rękę; jego dłoń była mała i miękka, jak u kobiety. "Zapracowuję się na śmierć" - poskarżył się. "Rozglądam się za fermą kurczaków w Indianie. Zamierzam tam zamieszkać".
  Trzej mężczyźni siedzieli w restauracji przez godzinę, podczas gdy Prince opowiadał o miejscu w Wisconsin, gdzie ryby powinny brać. "Jeden mężczyzna mówił mi o tym miejscu dwadzieścia razy" - powiedział. "Jestem pewien, że znalazłbym je w aktach kolejowych. Nigdy tam nie łowiłem, ty też nie, a Sam pochodzi z miejsca, gdzie wodę przewożą wozami przez równiny.
  Mały człowieczek, który obficie wypił wino, spoglądał z Księcia na Sama. Od czasu do czasu zdejmował okulary i wycierał je chusteczką. "Nie rozumiem twojej obecności w takim towarzystwie" - oznajmił. "Masz szacowny i dostojny wygląd kupca. Książę nigdzie tu nie pójdzie. Jest uczciwy, handluje na wietrze i swoim czarującym towarzystwie, a zarobione pieniądze wydaje zamiast żenić się i zapisywać na nazwisko żony".
  Książę wstał. "Nie ma sensu tracić czasu na persyflaż" - zaczął, a potem, zwracając się do Sama, powiedział niepewnie: "Jest takie miejsce w Wisconsin".
  Morris podniósł teczkę i z groteskowym wysiłkiem utrzymania równowagi skierował się do drzwi, a za nim chwiejnymi krokami Prince'a i Sama. Na zewnątrz Prince wyrwał teczkę z rąk małego mężczyzny. "Tommy, pozwól mamie to nieść" - powiedział, grożąc Morrisowi palcem przed twarzą. Zaczął śpiewać kołysankę. "Kiedy gałąź się ugnie, kołyska upadnie".
  Trzej mężczyźni wyszli z Monroe na State Street, a Samowi głowa dziwnie opadła. Budynki wzdłuż ulicy kołysały się na tle nieba. Nagle ogarnęło go szaleńcze pragnienie dzikiej przygody. Na rogu Morris zatrzymał się, wyciągnął chusteczkę z kieszeni i ponownie wytarł okulary. "Chcę mieć pewność, że widzę wyraźnie" - powiedział. "Chyba na końcu mojej ostatniej lampki wina widziałem nas trzech w taksówce z koszem życiodajnego oleju na siedzeniu między nami, idących na stację, żeby złapać pociąg do miejsca, o którym kumpel Jacka skłamał rybie".
  Następne osiemnaście godzin otworzyło przed Samem nowy świat. Z dymem alkoholu unoszącym się w głowie, jechał dwugodzinnym pociągiem, maszerował przez ciemność po zakurzonych drogach i, rozpaliwszy ogień w lesie, tańczył w jego blasku na trawie, trzymając za ręce księcia i drobnego mężczyznę o pomarszczonej twarzy. Stał uroczyście na pniu na skraju pola pszenicy i recytował "Helenę" Poego, przejmując głos, gesty, a nawet zwyczaj rozkładania nóg, od Johna Telfera. A potem, przesadziwszy z tym ostatnim, nagle usiadł na pniu, a Morris, podchodząc z butelką w dłoni, powiedział: "Napełnij lampę, człowieku - światło rozumu zgasło".
  Po ognisku w lesie i występie Sama na pniu, trzej przyjaciele ruszyli w drogę, a ich uwagę przykuł spóźniony farmer, na wpół śpiący, jadący do domu na wozie. Zwinnością indiańskiego chłopca, drobny Morris wskoczył na wóz i wcisnął farmerowi w dłoń dziesięciodolarowy banknot. "Prowadź nas, człowieku ziemi!" - krzyknął. "Prowadź nas do złoconego pałacu grzechu! Zaprowadź nas do saloonu! Olej życia w puszce się kończy!"
  Poza długą, wyboistą jazdą wozem, Sam nie mógł do końca zrozumieć sytuacji. Przez jego umysł przemknęły niejasne obrazy szalonej imprezy w wiejskiej tawernie, gdzie on sam pełni funkcję barmana, i ogromnej, czerwonej kobiety, która biegała tam i z powrotem pod wodzą drobnego mężczyzny, ciągnąc niechętnych wieśniaków do baru i nakazując im pić piwo, które Sam nabrał, dopóki ostatnie dziesięć dolarów, które dała woźnicy, nie trafiło do jej kasy. Wyobraził sobie również Jacka Prince'a stawiającego stołek na barze i siadającego na nim, tłumaczącego pędzącej skrzynce piwa, że chociaż egipscy królowie budowali wielkie piramidy, by uczcić samych siebie, nigdy nie zbudowali niczego bardziej gigantycznego niż koło zębate, które Tom Morris konstruował wśród farmerów w tym pokoju.
  Później Sam myślał, że on i Jack Prince próbowali spać pod stertą worków ze zbożem w stodole, a Morris przyszedł do nich płacząc, ponieważ wszyscy na świecie spali, a większość z nich leżała pod stołami.
  A potem, gdy już jego umysł się oczyścił, Sam znów spacerował po zakurzonej drodze w towarzystwie dwóch innych osób o świcie, śpiewając piosenki.
  W pociągu trzech mężczyzn, wspomaganych przez czarnoskórego tragarza, próbowało zetrzeć kurz i plamy po szalonej nocy. Tekturowa teczka z broszurą firmy produkującej ciasteczka wciąż tkwiła pod pachą Jacka Prince'a, a mały mężczyzna, wycierając i polerując okulary, wpatrywał się intensywnie w Sama.
  "Przyjechałeś z nami, czy jesteś dzieckiem, które adoptowaliśmy w tych stronach?" zapytał.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  To było cudowne miejsce, ta South Water Street w Chicago, gdzie Sam rozpoczął swój biznes w mieście, a fakt, że nie do końca pojął jej znaczenie i przesłanie, świadczył o jego suchej obojętności. Przez cały dzień wąskie uliczki płynęły plonami wielkiego miasta. Szerokie woźnice w niebieskich koszulach krzyczeli z dachów wysokich wozów na pędzących pieszych. Na chodnikach, w skrzyniach, workach i beczkach, leżały pomarańcze z Florydy i Kalifornii, figi z Arabii, banany z Jamajki, orzechy z wzgórz Hiszpanii i równin Afryki, kapusta z Ohio, fasola z Michigan, kukurydza i ziemniaki z Iowa. W grudniu mężczyźni w futrach spieszyli przez lasy północnego Michigan, aby zbierać choinki, które rzucano na zewnątrz, by ogrzać je w kominkach. Zarówno latem, jak i zimą miliony kur znosiły tam jaja, a bydło z tysięcy wzgórz znosiło swój żółty, tłusty tłuszcz, pakowany do beczek i zrzucany na ciężarówki, potęgując zamieszanie.
  Sam wyszedł na ulicę, niewiele myśląc o cudach tych rzeczy, jego myśli krążyły z wahaniem, pojmując ich ogrom w dolarach i centach. Stojąc w drzwiach komisu, w którym miał pracować, silny, dobrze ubrany, zdolny i sprawny, rozglądał się po ulicach, widząc i słysząc gwar i zgiełk, ryk i krzyki, a potem, z uśmiechem, wszedł do środka. Niewypowiedziana myśl utkwiła mu w głowie. Jak starożytni skandynawscy rabusie spoglądali na majestatyczne miasta Morza Śródziemnego, tak i on. "Co za łup!" - powiedział głos w jego głowie, a jego umysł zaczął obmyślać metody, dzięki którym mógłby zdobyć swój udział.
  Wiele lat później, gdy Sam był już człowiekiem sukcesu, pewnego dnia jechał ulicami w powozie i zwracając się do swojego towarzysza, siwowłosego, dostojnego bostończyka, który siedział obok niego, powiedział: "Kiedyś tu pracowałem i siadałem na beczce jabłek na krawężniku i myślałem, jaki jestem mądry, że zarabiam więcej pieniędzy w miesiąc niż człowiek, który uprawia jabłka, zarobił w rok".
  Pewien mieszkaniec Bostonu, podniecony widokiem tak wielkiej ilości jedzenia i wzruszony do granic możliwości, rozejrzał się po ulicy.
  "Produkty imperium dudnią o kamienie" - powiedział.
  "Powinienem był tu zarobić więcej pieniędzy" - odpowiedział sucho Sam.
  Firma komisowa, w której pracował Sam, była spółką partnerską, a nie korporacją, i należała do dwóch braci. Sam uważał, że z tej dwójki to starszy, wysoki, łysy, wąskoramienny mężczyzna o długiej, wąskiej twarzy i uprzejmym usposobieniu, był prawdziwym szefem i reprezentował większość talentów spółki. Był tłusty, milczący i niestrudzony. Całymi dniami włóczył się po biurze, magazynach i zatłoczonej ulicy, nerwowo ssąc niezapalone cygaro. Był znakomitym pastorem podmiejskiego kościoła, ale także sprytnym i, jak podejrzewał Sam, nieuczciwym biznesmenem. Od czasu do czasu ksiądz lub któraś z kobiet z podmiejskiego kościoła wpadała do biura, żeby z nim porozmawiać, a Sam był rozbawiony myślą, że Wąska Twarz, gdy mówił o sprawach kościelnych, uderzająco przypominał brązowobrodego pastora z kościoła w Caxton.
  Drugi brat był zupełnie innym typem i, zdaniem Sama, w biznesie znacznie gorszym. Był to krępy, barczysty, kwadratowy mężczyzna w wieku około trzydziestu lat, który siedział w biurze, dyktował listy i przesiadywał dwie lub trzy godziny na lunchu. Wysyłał listy, podpisane przez siebie na firmowym papierze firmowym, z tytułem Dyrektora Generalnego, a Narrow Face mu na to pozwalał. Broadpladers kształcili się w Nowej Anglii i nawet po kilku latach przerwy od studiów wydawał się bardziej zainteresowany tym niż dobrem firmy. Każdej wiosny przez miesiąc lub dłużej spędzał większość czasu, zlecając jednemu z dwóch stenografów zatrudnionych w firmie pisanie listów do absolwentów szkół średnich w Chicago, namawiając ich do przyjazdu na Wschód i dokończenia nauki; a kiedy absolwent college'u przyjeżdżał do Chicago w poszukiwaniu pracy, zamykał biurko i spędzał dni na krążeniu z miejsca na miejsce, przedstawiając, przekonując, polecając. Sam zauważył jednak, że kiedy firma zatrudniała nową osobę do pracy w biurze lub w terenie, to właśnie Narrow Face wybierał jego.
  Szerokotwarzowy był kiedyś sławnym piłkarzem i nosił żelazną ortezę na nodze. Biura, jak większość biur na ulicy, były ciemne i ciasne, unoszące się zapachem gnijących warzyw i zjełczałego oleju. Na chodniku przed budynkiem hałaśliwi greccy i włoscy handlarze kłócili się, a Wąskotwarzowy był wśród nich, spiesząc się, by sfinalizować transakcje.
  Na South Water Street Samowi wiodło się dobrze. W ciągu trzech lat, które tam spędził, a także podróży do miast i miasteczek, pomnożył swoje trzy tysiące sześćset dolarów przez dziesięć, kierując część wielkiej rzeki żywności przez główne drzwi swojej firmy.
  Już od pierwszego dnia na ulicy zaczął dostrzegać wszędzie możliwości zarobku i pilnie zabrał się do zdobywania pieniędzy, dzięki którym mógł wykorzystać kuszące okazje, które się przed nim otwierały. W ciągu roku poczynił znaczne postępy. Otrzymał sześć tysięcy dolarów od kobiety z Wabash Avenue, zaplanował i przeprowadził zamach stanu, który pozwolił mu wykorzystać dwadzieścia tysięcy dolarów odziedziczonych po przyjacielu, studencie medycyny, który mieszkał w domu Pergrinów.
  Sam trzymał jajka i jabłka w magazynie na szczycie schodów; zwierzyna przemycana przez granice stanowe z Michigan i Wisconsin leżała zamrożona w chłodni z jego nazwiskiem, gotowa do sprzedaży z dużym zyskiem hotelom i eleganckim restauracjom; w innych magazynach wzdłuż rzeki Chicago leżały nawet tajne buszle kukurydzy i pszenicy, gotowe do wystawienia na sprzedaż na jego słowo lub, ponieważ nie uzyskał marży, na której trzymał towar, na słowo maklera z LaSalle Street.
  Otrzymanie dwudziestu tysięcy dolarów od studenta medycyny było punktem zwrotnym w życiu Sama. Niedziela po niedzieli przechadzał się ulicami z Eckardtem lub wałęsał się po parkach, rozmyślając o pieniądzach leżących bezczynnie w banku i transakcjach, jakie mógłby z nimi zawierać na ulicy lub w podróży. Z każdym dniem dostrzegał coraz wyraźniej potęgę pieniądza. Inni maklerzy prowizyjni z South Water Street przybiegali do biura jego firmy, spięci i zmartwieni, błagając Wąską Twarz o pomoc w trudnych sytuacjach day tradingowych. Szerokie Ramię, któremu brakowało smykałki do interesów, ale poślubił bogatą kobietę, otrzymywał połowę zysków miesiąc po miesiącu, dzięki zdolnościom swojego wysokiego i bystrego brata oraz Wąskiej Twarzy, która polubiła Sama. Ci, którzy zatrzymywali się z nim od czasu do czasu, aby porozmawiać, często i elokwentnie o tym mówili.
  "Nie marnuj czasu na nikim, kto ma pieniądze, żeby ci pomóc" - powiedział. "Szukaj po drodze ludzi z pieniędzmi, a potem staraj się je zdobyć. Na tym polega biznes - na zarabianiu pieniędzy". A potem, patrząc na biurko brata, dodał: "Gdybym mógł, wyrzuciłbym z niego połowę biznesmenów, ale muszę tańczyć w rytm pieniędzy".
  Pewnego dnia Sam udał się do kancelarii prawnika o nazwisku Webster, którego reputacja jako profesjonalisty w negocjowaniu kontraktów została mu przekazana przez Narrow Face.
  "Chcę sporządzić umowę, która da mi absolutną kontrolę nad dwudziestoma tysiącami dolarów, bez żadnego ryzyka z mojej strony, jeśli stracę te pieniądze, i bez obietnicy zapłaty ponad siedmiu procent, jeśli nie przegram" - powiedział.
  Prawnik, szczupły mężczyzna w średnim wieku o ciemnej karnacji i czarnych włosach, położył ręce na stole przed sobą i spojrzał na wysokiego młodego mężczyznę.
  "Jaki depozyt?" zapytał.
  Sam pokręcił głową. "Czy możesz sporządzić umowę, która będzie legalna i ile mnie to będzie kosztować?" - zapytał.
  Prawnik zaśmiał się dobrodusznie. "Oczywiście, że mogę to narysować. Czemu nie?"
  Sam wyjął z kieszeni plik banknotów i policzył kwotę leżącą na stole.
  "Kim ty właściwie jesteś?" - zapytał Webster. "Skoro udało ci się zdobyć dwadzieścia tysięcy bez kaucji, to warto cię znać. Może zorganizuję gang i obrabuję pociąg pocztowy".
  Sam nie odpowiedział. Schował kontrakt do kieszeni i wrócił do swojej alkowy w Pergrin's. Chciał zostać sam i pomyśleć. Nie wierzył, że przypadkowo zgubi pieniądze Franka Eckardta, ale wiedział, że sam Eckardt wycofa się z umów, które miał nadzieję zawrzeć z tymi pieniędzmi, że go przestraszą i zaniepokoją, i zastanawiał się, czy był szczery.
  Po kolacji, w swoim pokoju, Sam uważnie przyjrzał się umowie, którą zawarł Webster. Czuł, że obejmuje ona to, co chciał, i w pełni to rozumiejąc, podarł ją. "Niech wie, że byłem u prawnika" - pomyślał z poczuciem winy.
  Leżąc w łóżku, zaczął snuć plany na przyszłość. Mając do dyspozycji ponad trzydzieści tysięcy dolarów, myślał, że może zrobić szybkie postępy. "W moich rękach będzie się to podwajać co roku" - powiedział sobie. Wstając z łóżka, przysunął krzesło do okna i usiadł, czując się dziwnie żywy i czujny, jak zakochany młody człowiek. Widział siebie, jak posuwa się naprzód, kierując, zarządzając, zarządzając ludźmi. Wydawało mu się, że nie ma niczego, czego nie mógłby zrobić. "Będę zarządzał fabrykami, bankami, a może i kopalniami i kolejami" - pomyślał, a jego myśli pomknęły naprzód, tak że ujrzał siebie, siwowłosego, surowego i kompetentnego, siedzącego przy szerokim biurku w ogromnym kamiennym budynku, ucieleśnienie Johna. Obraz słowny Telfera: "Będziesz wielkim człowiekiem w dolarach - to jasne".
  A potem w głowie Sama pojawił się kolejny obraz. Przypomniał sobie sobotnie popołudnie, kiedy do biura na South Water Street wpadł młody mężczyzna - młody mężczyzna, który był winien pieniądze firmie Narrow Face i nie mógł ich spłacić. Przypomniał sobie nieprzyjemne zaciśnięcie ust i nagłe, przenikliwe, surowe spojrzenie na długiej, wąskiej twarzy pracodawcy. Niewiele słyszał z rozmowy, ale wyczuł napięty, błagalny ton w głosie młodego mężczyzny, gdy powtarzał powoli i z bólem: "Ale, człowieku, mój honor jest zagrożony", i chłód w jego odpowiedzi, gdy uparcie odparł: "Dla mnie nie chodzi o honor, chodzi o dolary, i je zdobędę".
  Z okna w alkowie Sam patrzył na pusty plac pokryty płatami topniejącego śniegu. Naprzeciwko niego stał płaski budynek, a śnieg, topniejąc na dachu, tworzył strużkę, która spływała jakąś ukrytą rurą i z hukiem spadała na ziemię. Szum spadającej wody i odległe kroki wracające do domu przez uśpione miasto przypominały mu inne noce, gdy jako chłopiec w Caxton siedział tak, pogrążony w bezładnych myślach.
  Nie zdając sobie z tego sprawy, Sam toczył jedną z prawdziwych bitew swojego życia, walkę, w której szanse były niewielkie w stosunku do cech, które zmusiły go do wstania z łóżka i wyjścia na śnieżną pustkę.
  W młodości był w nim wiele z nieokrzesanego rzemieślnika, ślepo goniącego za zyskiem; wiele z tych samych cech, które dały Ameryce tak wielu tak zwanych wielkich ludzi. To właśnie ta cecha poprowadziła go potajemnie do Webstera, prawnika, aby się bronił, a nie do prostego, ufnego młodego studenta medycyny, i to sprawiło, że wracając do domu z kontraktem w kieszeni, powiedział: "Zrobię, co w mojej mocy", podczas gdy tak naprawdę miał na myśli: "Zdobędę wszystko, co się da".
  W Ameryce mogą być biznesmeni, którzy nie dostają tego, na co zasługują i po prostu kochają władzę. Tu i ówdzie można zobaczyć ludzi w bankach, na czele wielkich trustów przemysłowych, w fabrykach i dużych domach handlowych, o których chciałoby się myśleć właśnie w ten sposób. To ludzie, o których przebudzeniu marzą ludzie, którzy odnaleźli siebie; to ludzie, o których pełni nadziei myśliciele wciąż próbują pamiętać.
  Ameryka patrzy na tych ludzi. Wzywa ich do zachowania wiary i przeciwstawienia się potędze brutalnego handlarza, człowieka dolara, który ze swoją przebiegłością i wilczą zachłannością zbyt długo rządził krajem.
  Już powiedziałem, że poczucie sprawiedliwości Sama toczyło nierówną walkę. Działał w biznesie, i to młodym w biznesie, w czasach, gdy cała Ameryka była pogrążona w ślepej walce o zysk. Naród był nim oszołomiony; powstawały trusty, otwierano kopalnie; ropa i gaz tryskały z ziemi; linie kolejowe, pchając się na zachód, co roku otwierały ogromne imperia nowych ziem. Być biednym znaczyło być głupcem; myśl czekała, sztuka czekała; a mężczyźni gromadzili swoje dzieci przy ogniskach i z entuzjazmem mówili o ludziach dolara, uważając ich za proroków godnych przewodzenia młodzieży młodego narodu.
  Sam wiedział, jak tworzyć nowe rzeczy i prowadzić biznes. To właśnie ta cecha kazała mu siedzieć przy oknie i myśleć, zanim zwrócił się do studenta medycyny z nieuczciwą umową, i ta sama cecha kazała mu samotnie spacerować ulicami noc w noc, gdy inni młodzi mężczyźni szli do teatru lub spacerowali z dziewczynami w parku. Prawdę mówiąc, uwielbiał samotne godziny, kiedy myśli narastały. Był o krok przed młodym mężczyzną spieszącym do teatru lub pogrążonym w opowieściach o miłości i przygodzie. Było w nim coś, co pragnęło szansy.
  W oknie budynku mieszkalnego naprzeciwko pustej działki zapaliło się światło. Przez oświetlone okno Sam zobaczył mężczyznę w piżamie, opierającego nuty o toaletkę i trzymającego lśniący srebrny róg. Sam obserwował z lekką ciekawością. Mężczyzna, nie spodziewając się audiencji o tak późnej porze, rozpoczął starannie przemyślany i zabawny plan, by go naśladować. Otworzył okno, uniósł róg do ust i, odwracając się, skłonił się w stronę oświetlonego pokoju, jakby przed publicznością. Uniósł dłoń do ust i obsypał je pocałunkami, po czym uniósł fajkę do ust i ponownie spojrzał na nuty.
  Notatka, która unosiła się w nieruchomym powietrzu za oknem, okazała się porażką, zmieniając się w pisk. Sam roześmiał się i otworzył okno. Incydent przypomniał mu o innym mężczyźnie, który skłonił się przed tłumem i zadął w róg. Wpełzł do łóżka, nakrył się kołdrą i zasnął. "Zdobędę pieniądze Franka, jeśli mi się uda" - powiedział sobie, rozwiązując pytanie, które nurtowało go w głowie. "Większość mężczyzn to głupcy, a jeśli ja nie dostanę jego pieniędzy, to ktoś inny to zrobi".
  Następnego dnia Eckardt zjadł lunch z Samem w centrum miasta. Razem poszli do banku, gdzie Sam pochwalił się zyskami ze swoich transakcji i wzrostem stanu konta. Następnie udali się na South Water Street, gdzie Sam z entuzjazmem opowiadał o pieniądzach, jakie może zarobić człowiek bystry, znający się na handlu i mający głowę na karku.
  "To wszystko" - powiedział Frank Eckardt, szybko wpadając w pułapkę Sama i łaknąc zysku. "Mam pieniądze, ale nie mam głowy do ich wykorzystania. Chciałbym, żebyś je wziął i zobaczył, co potrafisz".
  Z bijącym sercem Sam jechał przez miasto do domu Pergrinów, a Eckardt jechał obok niego w nadziemnej kolejce. W pokoju Sama umowa została spisana przez Sama i podpisana przez Eckardta. Podczas kolacji zaprosili kupca z pasmanterią na świadka.
  Umowa okazała się korzystna dla Eckardta. Sam nigdy nie spłacił mniej niż 10 procent pożyczki w ciągu jednego roku, a ostatecznie spłacił ponad dwukrotnie więcej kapitału, co pozwoliło Eckardtowi zrezygnować z praktyki lekarskiej i żyć z odsetek od kapitału w wiosce niedaleko Tiffin w stanie Ohio.
  Z trzydziestoma tysiącami dolarów w ręku, Sam zaczął rozszerzać swoją działalność. Nieustannie kupował i sprzedawał nie tylko jajka, masło, jabłka i zboże, ale także domy i działki budowlane. Przez jego umysł przewijały się długie rzędy liczb. Transakcje były szczegółowo sporządzane w jego umyśle, gdy przechadzał się po mieście, pił z młodymi mężczyznami lub siedział przy kolacji w domu Pergrinów. Zaczął nawet w myślach obmyślać różne plany infiltracji firmy, w której pracował, i myślał, że mógłby pracować nad Broadshoulders, przykuwając jego uwagę i zmuszając się do przejęcia kontroli. A potem, z lękiem przed Narrowface i rosnącym sukcesem w transakcjach zaprzątającym jego myśli, nagle stanął przed szansą, która całkowicie zmieniła jego plany.
  Na sugestię Jacka Prince'a, pułkownik Tom Rainey z wielkiej firmy Rainey Arms Company wezwał go i zaproponował mu stanowisko nabywcy wszystkich materiałów wykorzystywanych w ich fabrykach.
  Właśnie takiego połączenia Sam nieświadomie poszukiwał - firmy silnej, starej, konserwatywnej i światowej sławy. Jego rozmowa z pułkownikiem Tomem sugerowała przyszłe możliwości nabycia akcji firmy, a może nawet objęcia stanowiska urzędnika - choć były to, rzecz jasna, odległe perspektywy - ale były czymś, o czym warto marzyć i do czego warto dążyć - firma uczyniła z tego element swojej polityki.
  Sam nic nie powiedział, ale już podjął decyzję o przyjęciu tej pracy i rozważał lukratywną umowę dotyczącą procentu od pieniędzy zaoszczędzonych na zakupie, która tak dobrze sprawdzała się u niego przez lata u Freeda Smitha.
  Praca Sama w firmie produkującej broń palną odciągała go od podróży i zmuszała do siedzenia w biurze całymi dniami. W pewnym sensie tego żałował. Skargi, które słyszał od podróżnych w wiejskich gospodach na trudności związane z podróżowaniem, były, jego zdaniem, nieistotne. Każda podróż dawała mu ogromną przyjemność. Równoważył trudy i niedogodności ogromnymi korzyściami płynącymi z poznawania nowych miejsc i twarzy, poznawania życia wielu ludzi, a z pewną retrospektywną radością wspominał trzy lata spędzone na przemieszczaniu się z miejsca na miejsce, łapaniu pociągów i rozmowach z przypadkowymi znajomymi. Co więcej, lata spędzone w drodze dawały mu liczne okazje do zawierania własnych, sekretnych i lukratywnych interesów.
  Pomimo tych zalet, jego pozycja w Rainey zapewniła mu bliski i stały kontakt z ludźmi wielkich interesów. Biura Arms Company zajmowały całe piętro jednego z najnowszych i największych wieżowców w Chicago, a przez drzwi wchodzili i wychodzili milionerzy, akcjonariusze i wysocy rangą urzędnicy władz stanowych i Waszyngtonu. Sam przyglądał im się uważnie. Chciał rzucić im wyzwanie i sprawdzić, czy jego znajomość ulic Caxton i South Water pozwoli mu utrzymać się na ulicy LaSalle. Okazja wydawała mu się wspaniała i spokojnie, zręcznie zabrał się do pracy, zdecydowany jak najlepiej ją wykorzystać.
  W chwili przybycia Sama, Rainey Arms Company nadal w dużej mierze należała do rodziny Raineyów, ojca i córki. Pułkownik Rainey, mężczyzna z siwym wąsem i brzuchem o wojskowym wyglądzie, był prezesem i największym indywidualnym udziałowcem. Był nadętym, aroganckim staruszkiem, skłonnym do wygłaszania najbardziej trywialnych oświadczeń z miną sędziego wydającego wyrok śmierci. Dzień po dniu siedział posłusznie przy biurku z bardzo ważną i zamyśloną miną, paląc długie czarne cygara i osobiście podpisując stosy listów przynoszonych mu przez szefów różnych departamentów. Uważał się za milczącego, ale niezwykle ważnego rzecznika rządu w Waszyngtonie, wydając codziennie liczne rozkazy, które szefowie departamentów przyjmowali z szacunkiem, a potajemnie ignorowali. Dwukrotnie był szeroko wspominany w kontekście stanowisk gabinetowych w rządzie federalnym, a w rozmowach z przyjaciółmi w klubach i restauracjach sprawiał wrażenie, że za każdym razem faktycznie odrzucił ofertę nominacji.
  Ugruntowawszy swoją pozycję w zarządzaniu biznesem, Sam odkrył wiele rzeczy, które go zaskoczyły. W każdej znanej mu firmie była jedna osoba, do której wszyscy zwracali się po radę, która w krytycznych momentach przejmowała dominację, mówiąc: "Zrób to i tamto", bez żadnych wyjaśnień. W firmie Raineya nie znalazł takiej osoby, lecz kilkanaście silnych działów, każdy z własnym liderem i mniej lub bardziej niezależnych od pozostałych.
  Sam leżał w nocy w łóżku i wieczorami spacerował, rozmyślając o tym i jego znaczeniu. Wśród szefów departamentów panowała ogromna lojalność i oddanie dla pułkownika Toma, a on sam uważał, że wielu z nich poświęciło się innym interesom niż własne.
  Jednocześnie powtarzał sobie, że coś jest nie tak. Jemu samemu brakowało takiego poczucia lojalności i choć był gotów werbalnie poprzeć pompatyczne przemówienia pułkownika o dobrych, starych tradycjach firmy, nie potrafił uwierzyć w ideę prowadzenia ogromnego przedsiębiorstwa w oparciu o system oparty na lojalności wobec tradycji i osobistej wierności.
  "Wszędzie muszą leżeć jakieś niedokończone sprawy" - pomyślał, a potem dołączył do niego kolejny. "Przyjdzie ktoś, pozbiera wszystkie te niedokończone sprawy i poprowadzi cały sklep. Czemu nie ja?"
  Firma Rainey Arms Company zarobiła miliony dla rodzin Rainey i Whittaker podczas wojny secesyjnej. Whittaker był wynalazcą, który stworzył jeden z pierwszych praktycznych karabinów ładowanych odtylcowo, a pierwotny Rainey był handlarzem towarów suchych w miasteczku w Illinois, który wspierał wynalazcę.
  To okazało się rzadkim połączeniem. Whittaker stał się znakomitym kierownikiem sklepu i od samego początku pozostał w domu, tworząc karabiny i wprowadzając ulepszenia, rozbudowując fabrykę i sprzedając towary. Handlarz artykułami suchymi przemierzał kraj, odwiedzając Waszyngton i stolice stanów, ciągnąc za druty, odwołując się do patriotyzmu i dumy narodowej oraz przyjmując duże zamówienia po wysokich cenach.
  W Chicago krąży tradycja, że odbył on liczne podróże na południe od linii Dixie i że po tych wyprawach tysiące karabinów Rainey-Whittaker wpadło w ręce żołnierzy Konfederacji. Jednak ta historia tylko pogłębiła szacunek Sama dla energicznych, drobnych handlarzy towarami suchymi. Jego syn, pułkownik Tom, z oburzeniem temu zaprzeczył. W rzeczywistości pułkownik Tom wolałby myśleć o pierwotnym Raineyu jako o potężnym bogu broni, jak Jowisz. Podobnie jak Windy McPherson z Caxton, gdyby miał okazję, wymyśliłby nowego przodka.
  Po wojnie secesyjnej i osiągnięciu pełnoletności przez pułkownika Toma majątki Raineyów i Whittakerów połączyły się w jeden poprzez małżeństwo Jane Whittaker, ostatniej z rodu, z jedyną żyjącą Rainey, a po jej śmierci majątek wzrósł do ponad miliona dolarów, przechodząc na dwudziestosześcioletnią Sue Rainey, jedyną córkę z tego małżeństwa.
  Od samego początku Sam zaczął piąć się po szczeblach kariery w Rainey's. W końcu odkrył żyzne pole do imponujących oszczędności i zysków, które w pełni wykorzystał. Stanowisko kupującego zajmował od dziesięciu lat daleki krewny pułkownika Toma, który już nie żyje. Sam nie mógł się zdecydować, czy kuzyn był głupcem, czy oszustem, i nie obchodziło go to zbytnio, ale po wzięciu spraw w swoje ręce, poczuł, że ten człowiek musiał kosztować firmę ogromne pieniądze, które zamierzał zaoszczędzić.
  Umowa Sama z firmą, oprócz godziwego wynagrodzenia, zapewniła mu połowę oszczędności na stałych cenach standardowych materiałów. Ceny te pozostawały niezmienne przez lata, a Sam dotrzymał im kroku, obniżając je na prawo i lewo, zarabiając dwadzieścia trzy tysiące dolarów w pierwszym roku. Pod koniec roku, gdy dyrektorzy zażądali korekty i anulowania umowy procentowej, otrzymał hojny udział w akcjach firmy, szacunek pułkownika Toma Raineya i dyrektorów, strach niektórych kierowników działów, lojalne oddanie innych oraz tytuł skarbnika firmy.
  W rzeczywistości Rainey Arms w dużej mierze prosperowało dzięki reputacji, jaką stworzył energiczny i zaradny Rainey oraz pomysłowy geniusz jego partnera, Whittakera. Pod dowództwem pułkownika Thoma znalazł nowe warunki i nową konkurencję, którą ignorował lub stawiał jej czoła bez przekonania, polegając na swojej reputacji, potędze finansowej i chwale dawnych osiągnięć. Zgnilizna strawiła jego serce. Wyrządzone szkody były niewielkie, ale rosły. Szefowie departamentów, którzy zajmowali się większością spraw związanych z prowadzeniem firmy, byli wieloma niekompetentnymi ludźmi, którzy nie mieli niczego, co mogłoby ich pochwalić poza długimi latami służby. A w skarbcu siedział cichy młody człowiek, ledwie dwudziestoletni, bez przyjaciół, zdeterminowany, by postawić na swoim, kręcąc głową na konwencjach biurowych i dumny ze swojego braku wiary.
  Dostrzegając absolutną konieczność współpracy z pułkownikiem Tomem i mając w głowie pomysły na to, co chciałby zrobić, Sam zaczął wpajać sugestie starszemu oficerowi. Przez miesiąc po awansie obaj mężczyźni codziennie jedli razem lunch, a Sam spędzał wiele dodatkowych godzin za zamkniętymi drzwiami w biurze pułkownika Toma.
  Chociaż amerykański biznes i produkcja nie osiągnęły jeszcze nowoczesnej koncepcji efektywnego zarządzania magazynami i biurami, Sam nosił w sobie wiele z tych idei i niestrudzenie przekazywał je pułkownikowi Tomowi. Nie znosił marnotrawstwa; nie dbał o firmowe tradycje; nie miał pojęcia, jak inni kierownicy działów, o tym, jak rozsiąść się na wygodnym posłaniu i spędzić tam resztę życia; i był zdecydowany zarządzać wielką firmą Rainey, jeśli nie bezpośrednio, to za pośrednictwem pułkownika Toma, którego czuł jak plastelinę w swoich rękach.
  Na nowym stanowisku skarbnika Sam nie zrezygnował z pracy kupca, ale po rozmowie z pułkownikiem Tomem połączył oba działy, zatrudnił własnych, zdolnych asystentów i kontynuował zacieranie śladów po kuzynie. Firma przez lata przepłacała za materiały niskiej jakości. Sam wyznaczył własnych inspektorów materiałowych do hut West Side i zaprosił kilka dużych firm stalowych z Pensylwanii, które spieszyły się do Chicago, aby nadrobić straty. Spłaty były wysokie, ale kiedy zwrócono się do pułkownika Toma, Sam poszedł z nim na lunch, kupił butelkę wina i nadwyrężył plecy.
  Pewnego popołudnia w pokoju Palmer House rozegrała się scena, która na długie dni zapisała się w pamięci Sama jako swego rodzaju uświadomienie sobie roli, jaką chciał odegrać w świecie biznesu. Prezes firmy zajmującej się wyrębem lasów zaprosił Sama do pokoju i położywszy na stole pięć banknotów tysiącdolarowych, podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz.
  Przez chwilę Sam stał, wpatrując się w pieniądze na stole i plecy mężczyzny przy oknie, kipiąc z oburzenia. Miał ochotę złapać go za gardło i ścisnąć, tak jak kiedyś ścisnął Windy'ego McPhersona. Nagle w jego oczach pojawił się zimny błysk, odchrząknął i powiedział: "Jesteś tu mały; będziesz musiał powiększyć tę stertę, jeśli chcesz mnie zainteresować".
  Mężczyzna przy oknie wzruszył ramionami - szczupły młody mężczyzna w modnej kamizelce - a następnie odwrócił się, wyciągnął z kieszeni plik banknotów i podszedł do stołu, stając twarzą do Sama.
  "Mam nadzieję, że zachowasz się rozsądnie" - powiedział, kładąc banknoty na stole.
  Kiedy stos osiągnął dwadzieścia tysięcy, Sam wyciągnął rękę, wziął go i schował do kieszeni. "Dostaniesz paragon, kiedy wrócę do biura" - powiedział. "Dotyczy to tego, co jesteś winien naszej firmie za zawyżone ceny i tandetne materiały. Jeśli chodzi o naszą działalność, podpisałem dziś rano umowę z inną firmą".
  Usprawniwszy operacje zakupowe Rainey Arms Company według własnego uznania, Sam zaczął spędzać dużo czasu w magazynach i, za sprawą pułkownika Toma, wprowadził znaczące zmiany wszędzie. Zwalniał bezużytecznych brygadzistów, burzył ścianki działowe między pokojami i wszędzie, gdzie się pojawił, naciskał na lepszą i lepszą jakość pracy. Niczym nowoczesny maniak wydajności, chodził z zegarkiem w ręku, eliminując zbędne ruchy, przestawiając przestrzenie i stawiając na swoim.
  To był czas wielkiego niepokoju. Biura i sklepy brzęczały jak spłoszone pszczoły, a wokół niego podążały mroczne spojrzenia. Ale pułkownik Tom opanował sytuację i podążał za Samem, przechadzając się, wydając rozkazy, prostując ramiona jak odmieniony człowiek. Spędził na tym cały dzień, wyładowując, kierując, walcząc z marnotrawstwem. Kiedy w jednym z warsztatów wybuchł strajk z powodu innowacji, które Sam narzucił robotnikom, usiadł na ławce i wygłosił mowę, którą napisał o miejscu człowieka w organizacji i zarządzaniu wielkim, nowoczesnym przemysłem oraz o jego obowiązku doskonalenia się jako pracownika.
  Mężczyźni w milczeniu podnieśli narzędzia i wrócili do swoich stanowisk, a widząc, jak bardzo wzruszyły ich jego słowa, pułkownik Tom doprowadził do huraganu, który groził wybuchem zamieszania, ogłaszając pięcioprocentową podwyżkę. Skala podwyżek była znakiem rozpoznawczym pułkownika Toma, a entuzjastyczne przyjęcie tego przemówienia wywołało rumieniec dumy na jego policzkach.
  Chociaż pułkownik Tom nadal zarządzał sprawami firmy i zyskiwał coraz większą popularność, oficerowie i właściciele sklepów, a później główni spekulanci i kupcy, a także zamożni dyrektorzy z LaSalle Street, wiedzieli, że do firmy wkroczyła nowa siła. Mężczyźni zaczęli po cichu wchodzić do biura Sama, zadając pytania, składając propozycje, prosząc o przysługi. Czuł się jak zakładnik. Około połowa kierowników działów walczyła z nim i została potajemnie skazana na śmierć; reszta przyszła do niego, wyraziła aprobatę dla tego, co się działo, i poprosiła go o inspekcję ich działów i za ich pośrednictwem o przedstawienie sugestii dotyczących usprawnień. Sam chętnie to zrobił, zyskując ich lojalność i wsparcie, które później bardzo mu się przydały.
  Sam brał również udział w doborze nowych rekrutów do kompanii. Metoda, którą stosował, była charakterystyczna dla jego relacji z pułkownikiem Tomem. Jeśli kandydat spełniał kryteria, był przyjmowany do gabinetu pułkownika i słuchał półgodzinnej dyskusji o dobrych, starych tradycjach kompanii. Jeśli kandydat nie odpowiadał Samowi, nie wolno mu było rozmawiać z pułkownikiem. "Nie mogą marnować twojego czasu" - wyjaśnił Sam.
  W Rainey różni kierownicy działów byli udziałowcami i wybierali dwóch członków ze swoich szeregów do rady dyrektorów. W drugim roku Sam został wybrany na jednego z tych dyrektorów-pracowników. W tym samym roku pięciu kierowników działów, którzy zrezygnowali w proteście przeciwko jednej z innowacji Sama (później zostali zastąpieni przez dwóch innych), odzyskało swoje udziały na mocy wcześniej ustalonej umowy. Udziały te, wraz z innym pakietem przydzielonym mu przez pułkownika, trafiły w ręce Sama dzięki pieniądzom od Eckardt, kobiety z Wabash Avenue, i jego własnemu, przytulnemu stosikowi.
  Sam był rosnącą siłą w firmie. Zasiadał w zarządzie i był uznawany przez akcjonariuszy i pracowników za aktywnego lidera firmy; powstrzymał jej marsz na drugie miejsce w branży i rzucił jej wyzwanie. Wokół niego, w biurach i sklepach, rozkwitało nowe życie, a on czuł, że może iść naprzód w kierunku prawdziwej kontroli i zaczął przygotowywać grunt pod ten cel. Stojąc w biurach na LaSalle Street lub pośród zgiełku i gwaru sklepów, unosił brodę tym samym dziwnym gestem, który przyciągał mężczyzn z Caxton, gdy był bosonogim gazeciarzem i pijanym synem miasta. W jego głowie kiełkowały wielkie, ambitne projekty. "Mam w ręku potężne narzędzie" - pomyślał. "Dzięki niemu wywalczę sobie miejsce, które zamierzam zająć wśród wielkich ludzi tego miasta i tego kraju".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  SAM MK F. HERSON, KTÓRY stał na hali produkcyjnej wśród tysięcy pracowników Rainey Arms Company, który patrzył niewidzącym wzrokiem na twarze zajętych maszynami i widział w nich tylko tyle pomocy dla ambitnych projektów kipiących w jego głowie, który już jako chłopiec, dzięki swojej charakterystycznej odwadze połączonej z darem chciwości, został brygadzistą, który, niewyszkolony, niewykształcony, nie wiedząc nic o historii przemysłu ani działalności społecznej, wyszedł z biura swojej firmy i przeszedł zatłoczonymi ulicami do nowego mieszkania, które wynajął na Michigan Avenue. Był sobotni wieczór pod koniec pracowitego tygodnia i idąc, myślał o tym, co osiągnął w ciągu tygodnia i snuł plany na przyszłość. Przeszedł przez Madison Street do State, widząc tłumy mężczyzn i kobiet, chłopców i dziewcząt, wspinających się na tramwaje, tłoczących się na chodnikach, formujących grupy, grupy rozbijające się i formujące, wszystko tworzące napięty obraz. dezorientujący, budzący podziw. Tak jak w warsztatach, gdzie pracowali robotnicy, tak i tutaj wędrowali młodzi ludzie o niewidzących oczach. Podobało mu się to wszystko: tłumy; urzędnicy w tandetnych ciuchach; staruszkowie z młodymi kobietami na rękach, idący na lunch do restauracji; młody mężczyzna z zamyślonym spojrzeniem czekający na ukochaną w cieniu wysokiego biurowca. Niecierpliwy, napięty pęd tego wszystkiego wydawał mu się niczym więcej niż gigantyczną sceną akcji; akcją kierowało kilka cichych, zdolnych osób, do których on sam miał należeć, dążąc do rozwoju.
  Na State Street zatrzymał się w sklepie i po zakupieniu bukietu róż ponownie wyszedł na zatłoczoną ulicę. Wysoka kobieta swobodnie szła w tłumie przed nim, z rudawobrązowymi włosami w masie. Gdy przechodziła przez tłum, mężczyźni zatrzymywali się i zerkali na nią z podziwem w oczach. Na jej widok Sam skoczył naprzód z okrzykiem.
  "Edith!" krzyknął, podbiegając i wciskając jej róże w dłoń. "Dla Janet" - powiedział i unosząc kapelusz, szedł obok niej ulicą State do Van Buren Street.
  Zostawiwszy kobietę na rogu, Sam wszedł do dzielnicy tanich teatrów i obskurnych hoteli. Kobiety rozmawiały z nim; młodzi mężczyźni w jaskrawych płaszczach, z osobliwym, asertywnym, zwierzęcym kołysaniem ramion, kręcili się przed teatrami lub w wejściach do hoteli; z restauracji na piętrze dobiegł głos innego młodego mężczyzny, śpiewającego popularną piosenkę uliczną. "Dziś w nocy na starym mieście będzie gorąco" - śpiewał głos.
  Przechodząc przez skrzyżowanie, Sam wyszedł na Michigan Avenue, która otwierała się na długi, wąski park, a za torami kolejowymi na stosy nowej ziemi, gdzie miasto próbowało odzyskać brzeg jeziora. Na rogu ulicy, stojąc w cieniu nadziemnej kolejki, natknął się na jęczącą, pijaną staruszkę, która rzuciła się naprzód i położyła rękę na jego płaszczu. Sam rzucił jej ćwierćdolarówkę i ruszył dalej, wzruszając ramionami. Tu również szedł z niewidzącym wzrokiem; to również było częścią gigantycznej machiny, nad którą pracowali wysocy, cisi, kompetentni ludzie.
  Ze swojego nowego apartamentu hotelowego na najwyższym piętrze z widokiem na jezioro, Sam szedł na północ Michigan Avenue do restauracji, gdzie czarni mężczyźni bezszelestnie przechadzali się między białymi stolikami, obsługując mężczyzn i kobiety, rozmawiając i śmiejąc się pod osłoniętymi lampami. W powietrzu unosiła się pewna siebie, pewna siebie atmosfera. Gdy przechodził przez drzwi restauracji, wiatr wiejący znad miasta w stronę jeziora niósł ze sobą dźwięk głosu. "Dziś w nocy w Old Town będzie gorąco" - powtarzał uporczywie głos.
  Po kolacji Sam wsiadł do pickupa jadącego Wabash Avenue i usiadł na przednim siedzeniu, pozwalając, by panorama miasta rozpościerała się przed nim. Przeszedł od dzielnicy teatrów z tanimi sklepikami, przez ulice usiane saloonami, każdy z szerokimi, jasnymi drzwiami i słabo oświetlonymi "drzwiami dla pań", aż dotarł do dzielnicy schludnych sklepików, gdzie kobiety z koszykami w rękach stały przy ladach. Samowi przypomniały się sobotnie wieczory w Caxton.
  Dwie kobiety, Edith i Janet Eberly, poznały się przez Jacka Prince'a. Jedna z nich, Sam, wysłała róże drugiej i od której pożyczył sześć tysięcy dolarów, gdy po raz pierwszy przyjechał do miasta. Mieszkały w Chicago od pięciu lat, kiedy Sam je poznał. Przez te pięć lat mieszkały w dwupiętrowym domu szkieletowym, który wcześniej był apartamentowcem przy Wabash Avenue niedaleko 39. ulicy, a teraz jest jednocześnie apartamentowcem i sklepem spożywczym. Mieszkanie na piętrze, do którego prowadzą schody ze sklepu spożywczego, zostało w ciągu pięciu lat przekształcone pod zarządem Janet Eberly w piękną nieruchomość, idealną w swojej prostocie i pełni funkcji.
  Obie kobiety były córkami farmera mieszkającego w stanie Środkowego Zachodu po drugiej stronie rzeki Missisipi. Ich dziadek był prominentną postacią w tym stanie: pełnił funkcję jednego z pierwszych gubernatorów, a później zasiadał w Senacie w Waszyngtonie. Na jego cześć nazwano hrabstwo i duże miasto, a on sam był niegdyś brany pod uwagę jako potencjalny kandydat na wiceprezydenta, ale zmarł w Waszyngtonie przed konwencją, na której jego nazwisko miało zostać nominowane. Jego jedyny syn, obiecujący młody mężczyzna, uczęszczał do West Point i służył z wyróżnieniem podczas wojny secesyjnej, po czym dowodził kilkoma placówkami armii zachodniej i poślubił córkę innego żołnierza. Jego żona, piękna kobieta z wojska, zmarła po urodzeniu dwóch córek.
  Po śmierci żony major Eberly zaczął pić. Aby uciec od nałogu i atmosfery wojskowej, w której żył z ukochaną żoną, zabrał dwie córki i wrócił do rodzinnego stanu, aby osiedlić się na farmie.
  W okolicy, w której dorastały obie dziewczyny, ich ojciec, major Eberly, zyskał rozgłos, rzadko widując ludzi i brutalnie odrzucając przyjazne zaloty sąsiadów-rolników. Spędzał dni w domu, ślęcząc nad książkami, których posiadał wiele, z których setki stały teraz na otwartych półkach w mieszkaniu obu dziewczynek. Po tych dniach nauki, podczas których nie znosił żadnych przerw, następowały dni gorączkowej pracy, podczas której prowadził zaprzęg za zaprzęgiem w pola, orząc lub zbierając plony dniem i nocą, bez wytchnienia poza posiłkami.
  Na skraju farmy Eberli stał mały, drewniany kościółek wiejski, otoczony polami siana. W letnie niedzielne poranki byłego żołnierza zawsze można było spotkać na polach, pędzącego za sobą hałaśliwym, grzechoczącym sprzętem rolniczym. Często schodził pod okna kościoła, zakłócając nabożeństwa mieszkańców wsi; zimą gromadził tam stos drewna na opał, a w niedziele szedł rąbać drewno pod oknami kościoła. Gdy jego córki były małe, wielokrotnie stawał przed sądem i karany grzywną za okrutne zaniedbanie zwierząt. Pewnego razu zamknął w stodole duże stado pięknych owiec, wszedł do domu i siedział tam przez kilka dni, pochłonięty książkami, przez co wiele z nich cierpiało straszliwie z powodu braku jedzenia i wody. Kiedy stanął przed sądem i został ukarany grzywną, połowa hrabstwa przyszła do sądu i chełpiła się jego upokorzeniem.
  Ich ojciec nie był ani okrutny, ani dobry dla obu córek, pozostawiając je same sobie, ale nie dając im pieniędzy, więc nosiły sukienki przerobione z sukienek matki, przechowywanych w skrzyniach na strychu. Kiedy były małe, mieszkała z nimi i wychowywała je starsza, czarnoskóra kobieta, była służąca wojskowej piękności, ale gdy Edith miała dziesięć lat, kobieta wróciła do domu w Tennessee, zostawiając dziewczęta samym sobie i prowadzące dom według własnego uznania.
  Na początku swojej przyjaźni z Samem, Janet Eberly była szczupłą, dwudziestosiedmioletnią kobietą o drobnej, wyrazistej twarzy, szybkich, nerwowych palcach, przenikliwych czarnych oczach, czarnych włosach i zdolności do całkowitego zanurzenia się w narracji książki czy dwóch. W miarę rozwoju rozmowy jej drobna, napięta twarz ulegała przemianie, szybkie palce chwytały dłoń słuchacza, jej wzrok spotykał się z jego, a ona traciła wszelką świadomość jego obecności i opinii, które mógł wyrażać. Była kaleką: jako młoda kobieta spadła ze strychu w stodole i uszkodziła sobie plecy, więc cały dzień spędziła na specjalnie skonstruowanym wózku inwalidzkim z odchylanym oparciem.
  Edith była stenografką i pracowała w wydawnictwie w centrum miasta, podczas gdy Janet kroiła kapelusze dla modystki mieszkającej kilka domów dalej. W testamencie ojciec zapisał Janet pieniądze ze sprzedaży farmy, a Sam wykorzystał je, wykupując na jej nazwisko polisę na życie na dziesięć tysięcy dolarów, póki była w jego posiadaniu, i zarządzając nią z troską całkowicie oderwaną od jego interesów z pieniędzmi studenta medycyny. "Weź je i zarabiaj dla mnie" - powiedziała impulsywnie kobieta pewnego wieczoru, wkrótce po tym, jak się poznali i po tym, jak Jack Prince z zachwytem wypowiedział się o zdolnościach biznesowych Sama. "Co za pożytek z talentu, jeśli nie wykorzystasz go dla dobra tych, którzy go nie mają?"
  Janet Eberly była mądrą kobietą. Gardziła wszelkimi typowymi kobiecymi punktami widzenia i miała własną, unikalną perspektywę na życie i ludzi. W pewnym sensie rozumiała swojego upartego, siwowłosego ojca i pomimo jej ogromnego fizycznego cierpienia, rozwinęli w sobie rodzaj zrozumienia i uczucia. Po jego śmierci nosiła na szyi jego miniaturę, wykonaną jako dziecko. Kiedy Sam ją poznał, natychmiast zostali bliskimi przyjaciółmi, spędzając godziny na rozmowach i z niecierpliwością wyczekując wspólnych wieczorów.
  W domu Eberlych Sam McPherson był dobroczyńcą, cudotwórcą. W jego rękach sześć tysięcy dolarów przynosiło dwa tysiące dolarów rocznie, niezmiernie przyczyniając się do panującej tam atmosfery komfortu i dobrego życia. Dla Janet, która zarządzała domem, był przewodnikiem, doradcą i kimś więcej niż tylko przyjacielem.
  Spośród tych dwóch kobiet, pierwszą przyjaciółką Sama była silna, energiczna Edith, o rudobrązowych włosach i takiej postawie fizycznej, która sprawiała, że mężczyźni zatrzymywali się, żeby na nią popatrzeć na ulicy.
  Edith Eberly była silna fizycznie, skłonna do wybuchów gniewu, intelektualnie nierozgarnięta i głęboko żądna bogactwa i miejsca w świecie. Od Jacka Prince'a dowiedziała się o umiejętnościach Sama w zarabianiu pieniędzy, jego zdolnościach i perspektywach, i przez jakiś czas planowała zdobyć jego względy. Kilka razy, gdy byli sami, charakterystycznie impulsywnie ściskała jego dłoń, a raz, na schodach przed sklepem spożywczym, pocałowała go w usta. Później między nią a Jackiem Prince'em rozwinął się namiętny romans, który Prince ostatecznie porzucił z obawy przed jej gwałtownymi wybuchami. Po tym, jak Sam poznał Janet Eberly i został jej lojalnym przyjacielem i poplecznikiem, wszelkie okazywanie uczuć, a nawet zainteresowanie między nim a Edith ustało, a pocałunek na schodach popadł w zapomnienie.
  
  
  
  Gdy Sam wchodził po schodach po przejażdżce kolejką linową, stanął obok wózka inwalidzkiego Janet w salonie z widokiem na Wabash Avenue. Krzesło stało przy oknie, naprzeciwko otwartego ognia w kominku, który zbudowała w ścianie domu. Na zewnątrz, przez otwarte, łukowate drzwi, Edith cicho szła, sprzątając talerze ze stołu. Wiedział, że Jack Prince wkrótce przyjdzie i zabierze ją do teatru, zostawiając go z Janet, by dokończyli rozmowę.
  Sam zapalił fajkę i zaczął mówić między zaciągnięciami, składając oświadczenie, o którym wiedział, że ją podnieci, a Janet, impulsywnie kładąc mu rękę na ramieniu, zaczęła drzeć to oświadczenie na strzępy.
  "Mówisz!" - zarumieniła się. "Książki nie są pełne udawania i kłamstw; jesteście biznesmenami - ty i Jack Prince. Co wy wiecie o książkach? To najwspanialsze rzeczy na świecie. Ludzie siedzą i piszą je, zapominając kłamać, ale wy, biznesmeni, nigdy nie zapominacie. Wy i książki! Nie czytaliście książek, ani prawdziwych. Czy mój ojciec nie wiedział; czy nie ratował się przed szaleństwem dzięki książkom? Czy ja, siedząc tutaj, nie wyczuwam prawdziwego ruchu świata poprzez książki, które ludzie piszą? Wyobraź sobie, że widzę tych ludzi. Zadzierają nosa i traktują siebie poważnie, tak jak ty, Jack, albo sklepikarz z dołu. Myślicie, że wiecie, co się dzieje na świecie. Myślicie, że coś robicie, wy, ludzie z Chicago, pieniądze, działanie i rozwój. Wszyscy jesteście ślepi."
  Mała kobietka, z lekkim, na wpół pogardliwym, na wpół rozbawionym wyrazem twarzy, pochyliła się do przodu i przeczesała palcami włosy Sama, śmiejąc się na widok zdziwionej twarzy, którą zwrócił w jej stronę.
  "Och, nie boję się, pomimo tego, co mówią o tobie Edith i Jack Prince" - kontynuowała impulsywnie. "Lubię cię i gdybym była zdrową kobietą, kochałabym się z tobą i wyszła za ciebie za mąż, a potem zadbałabym o to, żebyś miała na tym świecie coś więcej niż pieniądze, wysokie budynki, ludzi i maszyny do produkcji broni".
  Sam uśmiechnął się szeroko. "Jesteś jak twój ojciec, jeżdżący kosiarką tam i z powrotem pod oknami kościoła w niedzielne poranki" - oznajmił. "Myślisz, że możesz zmienić świat, grożąc mu pięścią. Chciałbym zobaczyć, jak cię karzą grzywną w sądzie za zagłodzenie owcy".
  Janet zamknęła oczy, odchyliła się na krześle, roześmiała się radośnie i oświadczyła, że spędzą cudowny wieczór na kłótniach.
  Po odejściu Edith Sam spędził cały wieczór z Janet, słuchając jej opowieści o życiu i o tym, co jej zdaniem musi ono znaczyć dla tak silnego i zdolnego mężczyzny jak on, tak jak słuchał jej odkąd się poznali. W tej rozmowie, jak w wielu rozmowach, które odbyli razem, rozmowach, które dźwięczały mu w uszach od lat, drobna czarnooka kobieta dała mu wgląd w cały celowy wszechświat myśli i czynów, o jakim nigdy nie śnił, wprowadzając go w nowy świat mężczyzn: metodycznych, twardogłowych Niemców, emocjonalnych, marzycielskich Rosjan, analitycznych, śmiałych Norwegów, Hiszpanów i Włochów z ich poczuciem piękna oraz niezdarnych, pełnych nadziei Anglików, którzy tak wiele chcieli, a tak mało otrzymywali; tak że pod koniec wieczoru zostawił ją z poczuciem dziwnie małej i nic nieznaczącej wobec ogromnego świata, który dla niego namalowała.
  Sam nie rozumiał, o co chodziło Janet. Było to zbyt nowe i obce w porównaniu ze wszystkim, czego nauczył się w życiu, i zmagał się z jej ideami w myślach, kurczowo trzymając się własnych, konkretnych, praktycznych myśli i nadziei. Ale w drodze powrotnej, a później w swoim pokoju, odtwarzał w myślach to, co powiedziała, próbując ogarnąć ogrom koncepcji ludzkiego życia, którą zyskała, siedząc na wózku inwalidzkim i patrząc w dół na Wabash Avenue.
  Sam kochał Janet Eberly. Nigdy nie zamienili ani słowa, a widział, jak wyciąga rękę i chwyta Jacka Prince'a za ramię, gdy wyjaśniała mu jakąś zasadę życia, tak jak ją postrzegała, jak on tak często się wyrywał i ją wykorzystywał. Kochał ją, ale gdyby tylko zeszła z wózka inwalidzkiego, wziąłby ją za rękę i zaprowadził do gabinetu księdza w ciągu godziny, a w głębi duszy wiedział, że z radością by mu towarzyszyła.
  Janet zmarła nagle w drugim roku pracy Sama w firmie produkującej broń, bez jego bezpośredniego wyznania miłości. Jednak przez lata, kiedy spędzali razem dużo czasu, myślał o niej jak o swojej żonie, a kiedy umarła, pogrążył się w rozpaczy, pijąc noc w noc i błąkając się bez celu po opustoszałych ulicach o godzinach, kiedy powinien był spać. Była pierwszą kobietą, która kiedykolwiek posiadła i poruszyła jego męskość, i obudziła w nim coś, co później pozwoliło mu patrzeć na życie z szerszą perspektywą, niespotykaną u asertywnego, energicznego młodego mężczyzny, zamożnego i pracowitego, który wieczorami siadywał obok jej wózka inwalidzkiego na Wabash Avenue.
  Po śmierci Janet Sam nie utrzymywał już przyjaźni z Edith, ale dał jej dziesięć tysięcy dolarów (w jego rękach kwota ta urosła do sześciu tysięcy dolarów należących do Janet) i nigdy więcej jej nie zobaczył.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IV
  
  JEDNA KWIETNIOWA NOC Pułkownik Tom Rainey z wielkiej Rainey Arms Company i jego główny pomocnik, młody Sam McPherson, skarbnik i prezes firmy, spali razem w pokoju hotelowym w St. Paul. Był to pokój dwuosobowy z dwoma łóżkami, a Sam, leżąc na poduszce, patrzył przez łóżko, gdzie brzuch pułkownika, wystający między nim a światłem z długiego, wąskiego okna, tworzył okrągły kopiec, nad którym właśnie prześwitywał księżyc. Tego wieczoru dwaj mężczyźni siedzieli przez kilka godzin przy stole w grillu na dole, podczas gdy Sam omawiał ofertę, którą miał złożyć następnego dnia spekulantowi w St. Paul. Rachunek głównego spekulanta był zagrożony przez Lewisa, żydowskiego menedżera Edwards Arms Company, jedynego znaczącego zachodniego konkurenta Raineya, a Sam miał mnóstwo pomysłów, jak zaszachować sprytny ruch sprzedażowy Żyda. Przy stole pułkownik milczał i był niekomunikatywny, co było dla niego nietypowe, a Sam leżał w łóżku i obserwował, jak księżyc stopniowo przesuwa się po falującym wzgórku jego brzucha, zastanawiając się, o czym myśli. Wzgórek opadł, odsłaniając pełną tarczę księżyca, a potem znów się uniósł, zasłaniając ją.
  "Sam, czy byłeś kiedyś zakochany?" - zapytał pułkownik z westchnieniem.
  Sam odwrócił się i wtulił twarz w poduszkę, a biała narzuta podskakiwała w górę i w dół. "Stary głupcze, naprawdę do tego doszło?" - zapytał sam siebie. "Po tylu latach życia w samotności, czy on teraz zacznie uganiać się za kobietami?"
  Nie odpowiedział na pytanie pułkownika. "Zmiany nadchodzą, staruszku" - pomyślał, wyobrażając sobie cichą, zdeterminowaną Sue Rainey, córkę pułkownika, którą widywał podczas nielicznych obiadów w domu Raineyów lub gdy przychodziła do biura na LaSalle Street. Z dreszczem przyjemności, jaką dawało mu to ćwiczenie umysłowe, próbował wyobrazić sobie pułkownika jako awanturnika wśród kobiet.
  Pułkownik, nieświadomy rozbawienia Sama i jego milczenia na temat doświadczeń miłosnych, zaczął mówić, rekompensując ciszę panującą przy grillu. Powiedział Samowi, że postanowił wziąć nową żonę i wyznał, że perspektywa przyszłej pracy córki go niepokoi. "Dzieci są takie niesprawiedliwe" - narzekał. "Zapominają o ludzkich uczuciach i nie zdają sobie sprawy, że ich serca są jeszcze młode".
  Z uśmiechem na ustach Sam zaczął wyobrażać sobie kobietę leżącą na jego miejscu, wpatrującą się w księżyc nad pulsującym wzgórzem. Pułkownik kontynuował rozmowę. Stał się bardziej szczery, ujawniając imię ukochanej i okoliczności ich spotkania i zalotów. "Jest aktorką, pracującą dziewczyną" - powiedział z uczuciem. "Spotkałem ją pewnego wieczoru na kolacji wydanej przez Willa Sperry'ego i była jedyną kobietą tam, która nie piła wina. Po kolacji pojechaliśmy razem na przejażdżkę, a ona opowiedziała mi o swoim trudnym życiu, zmaganiach z pokusami i o swoim bracie artyście, dla którego próbowała ułożyć sobie życie. Byliśmy razem kilkanaście razy, pisaliśmy listy i, Sam, odkryliśmy między sobą pewną więź.
  Sam usiadł na łóżku. "Listy!" mruknął. "Stary pies będzie się wtrącał". Opadł z powrotem na poduszkę. "No cóż, niech tak będzie. Po co miałbym się tym przejmować?"
  Pułkownik, który zaczął mówić, nie mógł przestać. "Chociaż widzieliśmy się tylko kilkanaście razy, codziennie wymienialiśmy listy. Och, gdybyś mógł zobaczyć, jakie listy ona pisze. Są wspaniałe".
  Pułkownik westchnął z niepokojem. "Chcę, żeby Sue ją zaprosiła, ale boję się" - poskarżył się. "Boję się, że popełni błąd. Kobiety to takie zdeterminowane istoty. Ona i moja Luella muszą się spotkać i poznać, ale jeśli pójdę do domu i jej powiem, może zrobić scenę i zranić uczucia Luelli".
  Księżyc wzeszedł, zalewając oczy Sama blaskiem. Odwrócił się plecami do pułkownika i przygotował do snu. Naiwna ufność starszego mężczyzny budziła w nim rozbawienie, a narzuta od czasu do czasu znacząco drżała.
  "Nie chciałbym jej urazić za nic. To najprostsza kobietka na świecie" - oznajmił pułkownik. Głos się załamał, a pułkownik, zazwyczaj otwarcie wyrażający swoje uczucia, zaczął się wahać. Sam zastanawiał się, czy to myśli córki, czy kobiety na scenie poruszyły jego uczucia. "To cudowne" - szlochał pułkownik - "kiedy młoda i piękna kobieta oddaje całe serce opiece takiego mężczyzny jak ja".
  Minął tydzień, zanim Sam dowiedział się czegoś więcej o sprawie. Pewnego ranka, wstając od biurka w biurze przy ulicy LaSalle, zobaczył stojącą przed sobą Sue Rainey. Była niską, wysportowaną kobietą o czarnych włosach, kwadratowych ramionach, policzkach opalonych od słońca i wiatru oraz spokojnych szarych oczach. Stanęła twarzą do biurka Sama i zdjęła rękawiczkę, patrząc na niego z rozbawieniem i drwiącym uśmiechem. Sam wstał i, pochylając się nad płaskim blatem biurka, wziął ją za rękę, zastanawiając się, co ją tu sprowadziło.
  Sue Rainey nie rozwodziła się nad tą sprawą i natychmiast zaczęła wyjaśniać cel swojej wizyty. Od urodzenia żyła w atmosferze bogactwa. Choć nie uważano jej za piękną kobietę, jej bogactwo i czarująca osobowość zapewniły jej liczne względy. Sam, który rozmawiał z nią krótko kilkanaście razy, od dawna był zafascynowany jej osobowością. Kiedy stała przed nim, wyglądając tak pięknie zadbana i pewna siebie, wydała mu się dezorientująca i zagadkowa.
  "Pułkowniku" - zaczęła, po czym zawahała się i uśmiechnęła. "Pan, panie Macpherson, stał się ważną postacią w życiu mojego ojca. Jest od pana bardzo zależny. Mówi mi, że rozmawiał z panem o pannie Luelli London z teatru i że uzgodnił pan z nim, że pułkownik i ona powinni się pobrać.
  Sam spojrzał na nią poważnie. Błysk rozbawienia przemknął mu przez twarz, ale jego twarz była poważna i beznamiętna.
  "Tak?" powiedział, patrząc jej w oczy. "Spotkałaś pannę London?"
  "Tak" - odpowiedziała Sue Rainey. "A ty?"
  Sam pokręcił głową.
  "Ona jest niemożliwa" - oznajmiła córka pułkownika, ściskając rękawiczkę i wpatrując się w podłogę. Rumieniec gniewu zalał jej policzki. "To niegrzeczna, surowa i przebiegła kobieta. Farbuje włosy, płacze, gdy się na nią spojrzy, nie ma nawet na tyle przyzwoitości, żeby wstydzić się tego, co próbuje zrobić, i zawstydza pułkownika".
  Sam spojrzał na rumiany policzek Sue Rainey i pomyślał, że jego faktura jest piękna. Zastanawiał się, dlaczego słyszał, jak nazywano ją pospolitą kobietą. Jasny rumieniec, który pojawił się na jej twarzy z gniewu, pomyślał, odmienił ją. Podobał mu się bezpośredni i stanowczy sposób, w jaki przedstawiała sprawę pułkownika, i był boleśnie świadomy komplementu, jaki kryło w sobie jej przyjście do niego. "Ona szanuje samą siebie" - powiedział sobie i poczuł dreszcz dumy z jej zachowania, jakby sam je zainspirował.
  "Wiele o tobie słyszałam" - kontynuowała, patrząc na niego z uśmiechem. "W naszym domu stawiają cię na stole z zupą i zabierają z likierem. Mój ojciec uzupełnia swoje rozmowy przy stole i prezentuje całą swoją nową wiedzę na temat ekonomii, efektywności i wzrostu, nieustannie powtarzając zwroty "Sam mówi" i "Sam myśli". A mężczyźni, którzy przychodzą do domu, też o tobie mówią. Teddy Forman mówi, że na zebraniach zarządu wszyscy siedzą jak dzieci, czekając, aż im powiesz, co mają robić".
  Niecierpliwie wyciągnęła rękę. "Jestem w dołku" - powiedziała. "Potrafiłabym poradzić sobie z ojcem, ale nie z tą kobietą".
  Podczas gdy z nim rozmawiała, Sam spojrzał za nią i wyjrzał przez okno. Kiedy jej wzrok oderwał się od jego twarzy, spojrzał z powrotem na jej opalone, jędrne policzki. Od samego początku rozmowy zamierzał jej pomóc.
  "Podaj mi adres tej damy" - powiedział. "Pójdę ją zbadać".
  Trzy wieczory później Sam zaprosił pannę Louellę London na kolację o północy do jednej z najlepszych restauracji w mieście. Znała motywy, dla których ją zabrał, ponieważ był całkowicie szczery podczas tych kilku minut rozmowy przy wejściu na scenę, kiedy przypieczętowano zaręczyny. Podczas posiłku rozmawiali o chicagowskich produkcjach teatralnych, a Sam opowiedział jej historię o amatorskim przedstawieniu, które dał kiedyś w holu nad apteką Geigera w Caxton, gdy był chłopcem. W sztuce Sam grał dobosza, zabitego na polu bitwy przez zadufanego w sobie złoczyńcę w szarym mundurze, a John Telfer, jako złoczyńca, stał się tak poważny, że jego pistolet, który nie wybuchł po jednym kroku, gonił Sama po scenie w krytycznym momencie, próbując trafić go kolbą pistoletu, podczas gdy publiczność ryczała z zachwytu na widok realistycznych emocji Telfera i przerażonego chłopca błagającego o litość.
  Luella London serdecznie się zaśmiała, słuchając opowieści Sama, a gdy podano jej kawę, dotknęła ucha filiżanki, a w jej oczach pojawił się przenikliwy błysk.
  "A teraz jesteś poważnym biznesmenem i przyszedłeś do mnie w sprawie pułkownika Raineya" - powiedziała.
  Sam zapalił cygaro.
  "Jak duże masz nadzieje co do tego małżeństwa między tobą a pułkownikiem?" zapytał wprost.
  Aktorka roześmiała się i dolała śmietanki do kawy. Na jej czole pojawiła się i zniknęła zmarszczka między oczami. Sam pomyślał, że wygląda na kompetentną.
  "Myślałam o tym, co mi pan powiedział przy wejściu na scenę" - powiedziała z dziecinnym uśmiechem na ustach. "Wiesz, panie McPherson, nie rozumiem pana. Po prostu nie pojmuję, jak pan się w to wpakował. I gdzie w ogóle pański autorytet?"
  Sam, nie odrywając wzroku od jej twarzy, skoczył w ciemność.
  "Cóż" - powiedział - "sam jestem trochę poszukiwaczem przygód. Podnoszę czarną flagę. Pochodzę z tego samego miejsca, z którego ty pochodzisz. Musiałem wyciągnąć rękę i wziąć to, czego chciałem. Nie winię cię ani trochę, ale tak się złożyło, że pierwszy zobaczyłem pułkownika Toma Raineya. To moja gra i nie sugeruję, żebyś udawał głupca. Nie blefuję. Będziesz musiał się od niego uwolnić".
  Pochylił się do przodu, spojrzał na nią uważnie, po czym zniżył głos. "Mam twoje nagranie. Znam mężczyznę, z którym mieszkałaś. Pomoże mi cię odnaleźć, jeśli go nie zostawisz.
  Sam odchylił się na krześle, obserwując ją z powagą. Wykorzystał okazję, by szybko wygrać blefem i wygrał. Ale Luella London nie miała zostać pokonana bez walki.
  "Kłamiesz!" - krzyknęła, podnosząc się z krzesła. "Frank nigdy..."
  "Och, tak, Frank już" - odpowiedział Sam, odwracając się, jakby chciał zawołać kelnera. "Jeśli chcesz go zobaczyć, przyprowadzę go tu za dziesięć minut".
  Kobieta wzięła widelec i zaczęła nerwowo drapać obrus, a po jej policzku spłynęła łza. Wyjęła chusteczkę z torby wiszącej na oparciu krzesła przy stole i otarła oczy.
  "Wszystko w porządku! Wszystko w porządku!" powiedziała, zbierając odwagę. "Poddaję się. Jeśli wykopałeś Franka Robsona, to masz mnie. Zrobi wszystko, co każesz, dla pieniędzy".
  Siedzieli w milczeniu przez kilka minut. W oczach kobiety pojawiło się zmęczenie.
  "Chciałabym być mężczyzną" - powiedziała. "Dostaję baty za wszystko, co robię, bo jestem kobietą. Już prawie skończyły mi się dni zarabiania pieniędzy w teatrze i myślałam, że pułkownik to uczciwa gra".
  "Tak" - odpowiedział Sam beznamiętnie - "ale widzisz, wyprzedziłem cię w tej kwestii. On jest mój".
  Rozejrzawszy się uważnie po pokoju, wyjął z kieszeni plik banknotów i zaczął rozkładać je jeden po drugim na stole.
  "Słuchaj" - powiedział - "dobrze ci poszło. Powinnaś była wygrać. Od dziesięciu lat połowa kobiet z towarzystwa w Chicago stara się o wydanie swoich córek lub synów za mąż za fortunę Raineyów. Miały wszystko, czego potrzebowały: bogactwo, urodę i pozycję społeczną. Ty nic z tego nie masz. Jak ci się to udało?"
  "W każdym razie" - kontynuował - "nie zamierzam cię widzieć u fryzjera. Mam tu dziesięć tysięcy dolarów, najwspanialsze banknoty Rainey, jakie kiedykolwiek wydrukowano. Podpisz ten papier, a potem schowaj rulon do torebki".
  "To prawda" - powiedziała Luella London, podpisując dokument, a jej oczy odzyskały blask.
  Sam zawołał znanego mu właściciela restauracji i poprosił go oraz kelnera o złożenie zeznań w charakterze świadków.
  Luella London włożyła plik banknotów do torebki.
  "Dlaczego dałeś mi te pieniądze, skoro kazałeś mi cię pokonać?" zapytała.
  Sam zapalił nowe cygaro, złożył papier i schował go do kieszeni.
  "Ponieważ cię lubię i podziwiam twoje umiejętności" - powiedział - "a tak czy inaczej, jak dotąd nie udało mi się cię pokonać".
  Siedzieli i przyglądali się ludziom wstającym od stołów i przechodzącym przez drzwi do czekających powozów i samochodów. Dobrze ubrane kobiety o pewnych siebie minach stanowiły kontrast dla kobiety siedzącej obok niego.
  "Chyba masz rację co do kobiet" - powiedział zamyślony. "To musi być dla ciebie trudna gra, skoro lubisz wygrywać sama".
  "Zwycięstwo! Nie wygramy". Usta aktorki rozchyliły się, odsłaniając białe zęby. "Żadna kobieta nigdy nie wygrała, jeśli tylko spróbowała walczyć o siebie uczciwie".
  Jej głos stał się napięty, a na czole znów pojawiły się zmarszczki.
  "Kobieta nie może ustać sama" - kontynuowała - "jest sentymentalną idiotką. Podaje rękę jakiemuś mężczyźnie, a on ją uderza. Dlaczego, nawet gdy gra w tę grę, w którą ja grałam z Pułkownikiem, jakiś szczurowaty facet jak Frank Robson, dla którego oddała wszystko, co kobieta jest warta, ją sprzedaje.
  Sam spojrzał na swoją pokrytą pierścieniem dłoń leżącą na stole.
  "Nie zrozummy się źle" - powiedział cicho. "Nie obwiniaj Franka za to. Nigdy go nie znałem. Po prostu go sobie wyobraziłem".
  W oczach kobiety pojawiło się zdziwienie, a na jej policzkach pojawił się rumieniec.
  "Jesteś łapówkarzem!" uśmiechnęła się krzywo.
  Sam zawołał przechodzącego kelnera i zamówił butelkę świeżego wina.
  "Po co chorować?" zapytał. "To całkiem proste. Postawiłeś na najlepszego. W każdym razie masz dziesięć tysięcy, prawda?"
  Luella sięgnęła po torebkę.
  "Nie wiem" - powiedziała. "Zobaczymy. Jeszcze nie zdecydowałeś się go ukraść?"
  Sam się roześmiał.
  "Dam radę" - powiedział. "Nie poganiaj mnie".
  Siedzieli patrząc na siebie przez kilka minut, a potem Sam zaczął mówić znowu, z poważnym tonem w głosie i uśmiechem na ustach.
  "Słuchaj!" powiedział. "Nie jestem Frankiem Robsonem i nie sprawia mi przyjemności wyrządzanie kobiecie krzywdy. Przyjrzałem ci się i nie wyobrażam sobie, żebyś biega z dziesięcioma tysiącami dolarów w prawdziwych pieniądzach. Nie pasujesz do tego obrazu, a te pieniądze nie starczyłyby ci na rok.
  "Daj mi to" - błagał. "Pozwól mi to zainwestować. Jestem zwycięzcą. Za rok podwoję to dla ciebie".
  Aktorka spojrzała ponad ramieniem Sama na grupę młodych ludzi siedzących przy stole, pijących i głośno rozmawiających. Sam zaczął opowiadać dowcip o irlandzkich walizkach z Caxton. Kiedy skończył, spojrzał na nią i roześmiał się.
  "Sposób, w jaki ten szewc patrzył na Jerry'ego Donlina, ty, jako żona pułkownika, patrzyłaś na mnie" - powiedział. "Musiałem cię wyrzucić z mojego kwietnika".
  Wyraz determinacji błysnął w błądzących oczach Louelli London, gdy podniosła torebkę z oparcia krzesła i wyciągnęła plik banknotów.
  "Jestem sportowcem" - powiedziała - "i zamierzam postawić na najlepszego konia, jakiego kiedykolwiek widziałam. Możesz mi przerwać, ale zawsze podejmę ryzyko.
  Odwracając się, zawołała kelnera, podała mu rachunek z torebki i rzuciła bułkę na stół.
  "Weź z tego opłatę za przyjęcie i wino, które wypiliśmy" - powiedziała, wręczając mu pusty banknot, a potem zwracając się do Sama. "Musisz podbić świat. Tak czy inaczej, twój geniusz zostanie przeze mnie doceniony. Ja płacę za to przyjęcie, a kiedy zobaczysz pułkownika, pożegnaj się z nim ode mnie".
  Następnego dnia, na jego prośbę, Sue Rainey odwiedziła biuro Arms Company, a Sam wręczył jej dokument podpisany przez Luellę London. Była to jej zgoda na równy podział z Samem wszelkich pieniędzy, które uda jej się wyłudzić od pułkownika Raineya.
  Córka pułkownika spojrzała z gazety na twarz Sama.
  "Tak myślałam" - powiedziała ze zdziwieniem w oczach. "Ale nie rozumiem. Czym zajmuje się ta gazeta i ile za nią zapłaciłeś?"
  "Gazeta" - odpowiedział Sam - "wpędza ją w kłopoty, a ja zapłaciłem za nią dziesięć tysięcy dolarów".
  Sue Rainey roześmiała się, wyjęła z torebki książeczkę czekową, położyła ją na stole i usiadła.
  "Dostałeś swoją połowę?" - zapytała.
  "Rozumiem" - odpowiedział Sam, po czym odchylił się na krześle i zaczął wyjaśniać. Kiedy opowiedział jej o rozmowie w restauracji, usiadła z książeczką czekową przed sobą i zdziwionym wyrazem twarzy.
  Nie dając jej czasu na komentarz, Sam całkowicie skupił się na tym, co miał jej powiedzieć.
  "Ta kobieta nie będzie już niepokoić pułkownika" - oświadczył. "Jeśli ta gazeta jej nie zatrzyma, zrobi to ktoś inny. Szanuje mnie i boi się mnie. Rozmawialiśmy po tym, jak podpisała dokument, i dała mi dziesięć tysięcy dolarów, żebym w nią zainwestował. Obiecałem podwoić tę kwotę w ciągu roku i zamierzam ją zatrzymać. Chcę, żebyś podwoił ją teraz. Wypisz czek na dwadzieścia tysięcy".
  Sue Rainey wypisała czek wystawiony na okaziciela i przesunęła go po stole.
  "Jeszcze nie mogę powiedzieć, że rozumiem" - przyznała. "Ty też ją kochasz?"
  Sam uśmiechnął się szeroko. Zastanawiał się, czy potrafiłby ubrać w słowa to, co chciał jej powiedzieć o aktorce, żołnierzu fortuny. Spojrzał przez stół w jej szczere, szare oczy, po czym impulsywnie postanowił powiedzieć to wprost, jak gdyby była mężczyzną.
  "Zgadza się" - powiedział. "Lubię zdolności i bystrość umysłu, a ta kobieta je posiada. Nie jest zbyt dobrą kobietą, ale nic w jej życiu nie sprawiło, że chciałaby być dobra. Całe życie podążała złą drogą, a teraz chce stanąć na nogi i poczuć się lepiej. Dlatego zabiegała o Pułkownika. Nie chciała za niego wyjść; chciała, żeby dał jej start, którego szukała. Przemogłem ją, bo gdzieś tam jest marudny człowieczek, który odebrał jej wszystko, co dobre i piękne, a teraz chce ją sprzedać za kilka dolarów. Kiedy ją zobaczyłem, wyobraziłem sobie takiego człowieka i blefowałem, żeby wpaść w jego ręce. Ale nie chcę chłostać kobiety, nawet w takiej sprawie, z powodu czyjejś skąpstwa. Chcę postąpić wobec niej uczciwie. Dlatego poprosiłem cię o wystawienie czeku na dwadzieścia tysięcy".
  Sue Rainey wstała i stanęła przy stole, patrząc na niego z góry. Pomyślał o tym, jak niezwykle czyste i szczere były jej oczy.
  "A co z pułkownikiem?" zapytała. "Co on o tym wszystkim pomyśli?"
  Sam obszedł stół dookoła i wziął ją za rękę.
  "Będziemy musieli się zgodzić, żeby tego nie kontynuować" - powiedział. "Właściwie zrobiliśmy to, wiesz, kiedy zaczynaliśmy tę sprawę. Myślę, że możemy liczyć na panią London, która doprowadzi sprawę do końca".
  I panna London właśnie to zrobiła. Tydzień później wezwała Sama i włożyła mu do ręki dwa i pół tysiąca dolarów.
  "To nie moja inwestycja" - powiedziała - "to dla ciebie. Zgodnie z umową, którą z tobą podpisałam, mieliśmy się podzielić wszystkim, co dostałam od pułkownika. No cóż, poszłam na łatwiznę. Dostałam tylko pięć tysięcy dolarów".
  Trzymając pieniądze w ręku, Sam stanął przy małym stoliku w jej pokoju i spojrzał na nią.
  "Co powiedziałeś pułkownikowi?" zapytał.
  "Wczoraj wieczorem zaprosiłam go do swojego pokoju i leżąc w łóżku, powiedziałam mu, że właśnie odkryłam, iż padłam ofiarą nieuleczalnej choroby. Powiedziałam mu, że w ciągu miesiąca będę w łóżku na zawsze i poprosiłam go, żeby natychmiast się ze mną ożenił i zabrał mnie ze sobą w jakieś ciche miejsce, gdzie mogłabym umrzeć w jego ramionach".
  Luella London podeszła do Sama, położyła mu rękę na ramieniu i roześmiała się.
  "Zaczął błagać i tłumaczyć się" - kontynuowała - "a potem wyciągnęłam jego listy i przemówiłam szczerze. Natychmiast się skłonił i pokornie zapłacił pięć tysięcy dolarów, o które prosiłam za listy. Mogłabym zarobić pięćdziesiąt, a z twoim talentem powinnaś mieć wszystko, co on ma, w ciągu sześciu miesięcy.
  Sam uścisnął jej dłoń i opowiedział o sukcesie w podwojeniu pieniędzy, które mu wpłaciła. Następnie, schowawszy do kieszeni dwa i pół tysiąca dolarów, wrócił do biurka. Nigdy więcej jej nie zobaczył, a kiedy szczęśliwy ruch na giełdzie zwiększył jej pozostałe dwadzieścia tysięcy dolarów do dwudziestu pięciu tysięcy, przelał je na fundusz powierniczy i zapomniał o incydencie. Po latach dowiedział się, że prowadzi modny zakład krawiecki w pewnym mieście na Zachodzie.
  A pułkownik Tom Rainey, który przez miesiące mówił tylko o wydajności fabryk i o tym, co on i młody Sam McPherson zamierzają zrobić, aby rozwinąć biznes, następnego ranka wygłosił tyradę przeciwko kobietom, którą powtarzał do końca życia.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ V
  
  Sue Rainey od dawna rozpalała wyobraźnię chicagowskiej socjety, która pomimo szczupłej sylwetki i pokaźnego majątku, była jednak zaintrygowana i zdezorientowana jej postawą. Na szerokich werandach klubów golfowych, gdzie młodzi mężczyźni w białych spodniach przesiadywali i palili papierosy, oraz w klubach w centrum miasta, gdzie ci sami młodzi mężczyźni spędzali zimowe popołudnia, grając w bilard Kelly, mówili o niej, nazywając ją zagadką. "Skończy starą panną" - oznajmiali, kręcąc głowami na myśl o tak dobrym połączeniu, które wisiało swobodnie w powietrzu tuż poza ich zasięgiem. Co jakiś czas któryś z młodych mężczyzn odrywał się od grupy, wpatrując się w nią, i z początkową salwą książek, słodyczy, kwiatów i zaproszeń do teatru, rzucał się na nią, tylko po to, by odkryć, że młodzieńczy zapał jego ataku ostudziła jej ciągła obojętność. Gdy miała dwadzieścia jeden lat, młody angielski oficer kawalerii, który przyjechał do Chicago, aby wziąć udział w pokazach jeździeckich, przez kilka tygodni często widywano w jej towarzystwie, a plotki o ich zaręczynach rozeszły się po mieście, stając się tematem rozmów przy dziewiętnastym dołku w klubach wiejskich. Plotka okazała się bezpodstawna: oficer kawalerii nie był zauroczony cichą córeczką pułkownika, lecz rzadkim rocznikowym winem, które pułkownik trzymał w piwnicy, oraz poczuciem koleżeństwa z aroganckim starym rusznikarzem.
  Po pierwszym spotkaniu, a także przez całe dnie majsterkowania w biurach i sklepach kompanii broni, Sam słyszał opowieści o pełnych zapału i często potrzebujących młodych mężczyznach, którzy koczowali na jej tropie. Mieli wpadać do biura, żeby spotkać się i porozmawiać z pułkownikiem, który kilkakrotnie zwierzył się Samowi, że jego córka, Sue, przekroczyła wiek, w którym rozsądne młode kobiety powinny wychodzić za mąż. Pod nieobecność ojca dwoje lub troje z nich nabrało zwyczaju zatrzymywania się, żeby porozmawiać z Sam, którą poznali za pośrednictwem pułkownika lub Jacka Prince'a. Oświadczyli, że "zawierają pokój z pułkownikiem". "To nie powinno być takie trudne" - pomyślał Sam, popijając wino, paląc cygara i jedząc lunch z otwartym umysłem. Pewnego dnia przy lunchu pułkownik Tom rozmawiał z Samem o tych młodych mężczyznach, waląc w stół tak mocno, że szklanki podskakiwały, i nazywając ich przeklętymi nowicjuszami.
  Sam z kolei uważał, że nie zna Sue Rainey i choć po ich pierwszym spotkaniu pewnego wieczoru w domu Raineyów poczuł lekką ciekawość, nie nadarzyła się żadna okazja, by ją zaspokoić. Wiedział, że jest wysportowana, dużo podróżowała, jeździła konno, strzelała i żeglowała; słyszał też, jak Jack Prince mówił o niej jako o bystrej kobiecie, ale dopóki incydent z pułkownikiem i Luellą London nie na chwilę nie połączył ich w jedno przedsięwzięcie i nie sprawił, że zaczął o niej myśleć z prawdziwym zainteresowaniem, widywał ją i rozmawiał z nią tylko przez krótkie chwile, spowodowane ich wzajemnym zainteresowaniem sprawami jej ojca.
  Po nagłej śmierci Janet Eberly, gdy Sam wciąż opłakiwał jej stratę, odbył swoją pierwszą długą rozmowę z Sue Rainey. Miało to miejsce w biurze pułkownika Toma. Sam, wbiegając pospiesznie, zastał ją siedzącą przy biurku pułkownika, patrzącą przez okno na rozległą połać płaskich dachów. Jego uwagę przykuł mężczyzna wspinający się na maszt flagowy, by wymienić zsuniętą linę. Stojąc przy oknie i patrząc na maleńką postać uczepioną huśtającego się masztu, zaczął mówić o absurdalności ludzkich wysiłków.
  Córka pułkownika z szacunkiem wysłuchała jego dość oczywistych banałów i, wstając z krzesła, stanęła obok niego. Sam odwrócił się chytrze, by spojrzeć na jej jędrne, opalone policzki, tak jak tego ranka, kiedy odwiedziła go w sprawie Luelli w Londynie, i uderzyła go myśl, że w jakiś sposób przypomina mu Janet Eberly. Chwilę później, ku własnemu zaskoczeniu, rozpoczął długą mowę o Janet, tragedii jej straty oraz pięknie jej życia i charakteru.
  Bliskość straty i obecność kogoś, kto jego zdaniem mógłby być życzliwym słuchaczem, dodały mu otuchy i poczuł, że przynosi mu to pewnego rodzaju ulgę w bolesnym poczuciu utraty towarzyszki, gdy obsypuje ją komplementami na temat jej życia.
  Kiedy skończył mówić, co myśli, stanął przy oknie, czując się niezręcznie i zażenowany. Mężczyzna, który wspiął się na maszt, przeciągając linę przez pierścień na szczycie, nagle zsunął się z masztu, a Sam, myśląc przez chwilę, że spadł, szybko chwycił się powietrza. Jego zaciśnięte palce zacisnęły się na dłoni Sue Rainey.
  Odwrócił się, rozbawiony incydentem, i zaczął udzielać niezrozumiałych wyjaśnień. W oczach Sue Rainey pojawiły się łzy.
  "Chciałabym ją poznać" - powiedziała, uwalniając dłoń z jego uścisku. "Chciałabym, żebyś poznał mnie lepiej, żebym mogła poznać twoją Janet. Takie kobiety to rzadkość. Warto je poznać. Większość kobiet lubi większość mężczyzn..."
  Niecierpliwie machnęła ręką, a Sam odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Czuł, że może nie ufać sobie, by jej odpowiedzieć. Po raz pierwszy odkąd stał się dorosły, miał wrażenie, że za chwilę łzy napłyną mu do oczu. Żal po stracie Janet ogarnął go, dezorientujący i przytłaczający.
  "Byłam wobec ciebie niesprawiedliwa" - powiedziała Sue Rainey, patrząc w podłogę. "Myślałam o tobie inaczej, niż jesteś. Usłyszałam historię o tobie, która wywołała u mnie mylne wrażenie.
  Sam się uśmiechnął. Przezwyciężając wewnętrzny niepokój, roześmiał się i opowiedział o incydencie z mężczyzną, który spadł z tyczki.
  "Jaką historię słyszałeś?" zapytał.
  "To była historia, którą młody mężczyzna opowiedział nam w domu" - wyjaśniła niepewnie, nie pozwalając, by cokolwiek odwróciło jej uwagę od poważnego nastroju. "Chodziło o małą dziewczynkę, którą uratowałaś przed utonięciem, i o torebkę, którą ci zrobił i dał. Dlaczego wzięłaś pieniądze?"
  Sam spojrzał na nią uważnie. Jack Prince uwielbiał opowiadać tę historię. Dotyczyła pewnego incydentu z jego początków w życiu zawodowym w mieście.
  Pewnego popołudnia, wciąż pracując w firmie, zabrał grupę mężczyzn na wycieczkę łodzią po jeziorze. Miał projekt, w którym chciał, aby wzięli udział, więc zabrał ich na pokład łodzi, aby ich zebrać i przedstawić zalety swojego planu. Podczas rejsu mała dziewczynka wypadła za burtę, a Sam wskoczył za nią i bezpiecznie zaniósł ją na pokład.
  Na statku wycieczkowym rozległ się gromki aplauz. Młody mężczyzna w kowbojskim kapeluszu z szerokim rondem biegał i zbierał monety. Ludzie tłoczyli się, żeby złapać Sama za rękę, a on wziął zebrane pieniądze i schował je do kieszeni.
  Wśród mężczyzn na pokładzie łodzi było kilku, którzy, choć nie byli niezadowoleni z projektu Sama, uważali, że przyjęcie przez niego pieniędzy było niemęskie. Opowiedzieli tę historię i dotarła ona do Jacka Prince'a, który niestrudzenie ją powtarzał, zawsze kończąc opowieść prośbą, aby słuchacz zapytał Sama, dlaczego wziął pieniądze.
  Teraz, w biurze pułkownika Toma, stojąc twarzą w twarz z Sue Rainey, Sam udzielił wyjaśnień, które tak bardzo spodobały się Jackowi Prince'owi.
  "Tłum chciał mi dać pieniądze" - powiedział, lekko zdziwiony. "Dlaczego miałbym nie wziąć? Nie uratowałem dziewczyny dla pieniędzy, ale dlatego, że była mała; a pieniądze pokryły moje zniszczone ubrania i koszty podróży".
  Kładąc rękę na klamce drzwi, wpatrywał się w kobietę przed sobą.
  "A ja potrzebowałem pieniędzy" - oznajmił z nutą buntu w głosie. "Zawsze pragnąłem pieniędzy, wszelkich, jakie tylko mogłem dostać".
  Sam wrócił do swojego biura i usiadł przy biurku. Był zaskoczony ciepłem i życzliwością, jakie okazywała mu Sue Rainey. Pod wpływem impulsu napisał list, w którym bronił swojego stanowiska w sprawie pieniędzy na statek wycieczkowy i przedstawił niektóre ze swoich poglądów na temat finansów i biznesu.
  "Nie wierzę w bzdury, które opowiada większość biznesmenów" - napisał na końcu listu. "Są pełni uczuć i ideałów, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Kiedy mają coś do sprzedania, zawsze mówią, że to najlepsze, choć może być trzeciej klasy. Nie mam nic przeciwko temu. Sprzeciwiam się natomiast temu, jak pielęgnują nadzieję, że coś trzeciej klasy jest pierwszej klasy, dopóki ta nadzieja nie stanie się przekonaniem. W rozmowie z aktorką Louellą London powiedziałem jej, że sam wywieszam czarną flagę. Cóż, tak właśnie robię. Kłamałbym o towarach, żeby je sprzedać, ale nie okłamywałbym samego siebie. Nie będę przytępiał umysłu. Jeśli ktoś krzyżuje ze mną szpady w interesach, a ja wychodzę z tego z pieniędzmi, to nie znak, że jestem większym łobuzem, ale raczej znak, że jestem bardziej przebiegły".
  Gdy list leżał na biurku, Sam zastanawiał się, dlaczego go napisał. Wydawał się precyzyjnym i prostym oświadczeniem jego biznesowego credo, ale jednocześnie dość niezręcznym listem do kobiety. Potem, nie dając sobie czasu na zastanowienie się, zaadresował kopertę i, idąc do centrali, wrzucił ją do skrzynki pocztowej.
  "To nadal pozwoli jej wiedzieć, gdzie jestem" - pomyślał, powracając do buntowniczego nastroju, w jakim wyznał jej powód swojego działania na łodzi.
  Przez następne dziesięć dni po rozmowie w biurze pułkownika Toma, Sam kilkakrotnie widział, jak Sue Rainey wchodziła i wychodziła z gabinetu ojca. Pewnego razu, spotykając się w małym przedsionku przy wejściu do biura, zatrzymała się i wyciągnęła rękę, którą Sam niezręcznie uścisnął. Miał przeczucie, że nie pożałowałaby okazji do kontynuowania nagłej intymności, która rozwinęła się między nimi po kilku minutach rozmowy o Janet Eberly. To uczucie wynikało nie z próżności, lecz z przekonania Sama, że Sue jest w jakiś sposób samotna i tęskni za towarzystwem. Chociaż była wielokrotnie zabiegana, pomyślał, brakowało jej talentu do towarzystwa i nawiązywania szybkich przyjaźni. "Podobnie jak Janet, jest ponad w połowie inteligentna" - powiedział sobie i poczuł ukłucie żalu z powodu lekkiej niewierności, jaką było dalsze myślenie, że w Sue jest coś bardziej treściwego i trwałego niż Janet.
  Nagle Sam zaczął się zastanawiać, czy chce poślubić Sue Rainey. Jego umysł bawił się tą myślą. Zabierał ją ze sobą do łóżka i nosił ze sobą przez cały dzień podczas pospiesznych wypraw do biur i sklepów. Myśl ta nie dawała mu spokoju i zaczął postrzegać ją w nowym świetle. Dziwne, na wpół niezdarne ruchy jej dłoni i ich ekspresja, subtelna brązowa faktura jej policzków, jasność i szczerość jej szarych oczu, natychmiastowe współczucie i zrozumienie jego uczuć do Janet oraz subtelne pochlebstwo myśli, że jest nim zainteresowana - wszystkie te myśli pojawiały się i znikały w jego głowie, gdy analizował kolumny liczb i snuł plany rozbudowy firmy Armory Company. Nieświadomie zaczął włączać ją do swoich planów na przyszłość.
  Sam później odkrył, że przez kilka dni po ich pierwszej rozmowie myśl o małżeństwie również przemknęła Sue przez myśl. Później wróciła do domu i stała przed lustrem przez godzinę, przyglądając się sobie, a pewnego dnia powiedziała Samowi, że tej nocy płakała w łóżku, ponieważ nigdy nie potrafiła wywołać w nim nuty czułości, którą słyszał w jego głosie, gdy rozmawiał z nią o Janet.
  Dwa miesiące po pierwszej rozmowie odbyli kolejną. Sam, który nie pozwolił, by żal po stracie Janet ani jego nocne próby zatopienia go w alkoholu spowolniły jego pęd do przodu, którego, jak czuł, doświadczał w pracy w biurach i sklepach, siedział pewnego popołudnia samotnie, pogrążony w stosie wycen fabrycznych. Rękawy koszuli miał podwinięte do łokci, odsłaniając białe, muskularne przedramiona. Był pochłonięty, pochłonięty, pościelą.
  "Interweniowałem" - powiedział głos nad jego głową.
  Sam szybko podniósł wzrok i zerwał się na równe nogi. "Musiała tam być od kilku minut, patrząc na mnie z góry" - pomyślał, a ta myśl wywołała u niego dreszcz przyjemności.
  Przypomniała mu się treść listu, który do niej napisał, i zaczął się zastanawiać, czy jednak nie był głupcem i czy pomysł poślubienia jej nie był jedynie kaprysem. "Może kiedy dojdziemy do tego momentu, żadne z nas nie będzie tym zainteresowane" - pomyślał.
  "Przerwałam" - zaczęła ponownie. "Myślałam sobie. Powiedziałeś coś - w liście i kiedy mówiłeś o swojej zmarłej przyjaciółce Janet - coś o mężczyznach, kobietach i pracy. Możesz ich nie pamiętać. Ja... Byłam ciekawa. Ja... czy jesteś socjalistą?"
  "Nie sądzę" - odpowiedziała Sam, zastanawiając się, co ją do tego skłoniło. "Ty?"
  Roześmiała się i pokręciła głową.
  - A co z tobą? Przyszła. "W co wierzysz? Ciekawi mnie to. Myślałam, że twoja notatka - przepraszam - myślałam, że to jakiś pretekst.
  Sam się skrzywił. Cień wątpliwości co do szczerości jego filozofii biznesowej przemknął mu przez myśl, w towarzystwie zadowolonej z siebie postaci Windy McPherson. Obszedł biurko i, opierając się o nie, spojrzał na nią. Jego sekretarka wyszła z pokoju i zostali sami. Sam się roześmiał.
  "W miasteczku, w którym dorastałem, był człowiek, który mówił, że jestem małym kretem, pracującym pod ziemią i zbierającym robaki" - powiedział, po czym, wskazując rękami papiery na biurku, dodał: "Jestem biznesmenem. Czy to nie wystarczy? Gdybyś mógł przejrzeć ze mną niektóre z tych szacunków, zgodziłbyś się, że są niezbędne".
  Odwrócił się i spojrzał na nią ponownie.
  "Co powinienem zrobić ze swoimi przekonaniami?" - zapytał.
  "Cóż, myślę, że masz jakieś przekonania" - upierała się - "musisz je mieć. Potrafisz działać. Powinieneś usłyszeć, jak mężczyźni o tobie mówią. Czasami plotkują w domu o tym, jakim jesteś wspaniałym facetem i co tu robisz. Mówią, że idziesz coraz dalej. Co cię napędza? Chcę wiedzieć".
  W tym momencie Sam podejrzewał, że potajemnie się z niego śmieje. Widząc, że mówi zupełnie poważnie, zaczął odpowiadać, ale nagle przerwał i spojrzał na nią.
  Cisza między nimi trwała i trwała. Zegar na ścianie tykał głośno.
  Sam podszedł do niej bliżej i zatrzymał się, spojrzał jej w twarz, gdy powoli odwróciła się w jego stronę.
  "Chcę z tobą porozmawiać" - powiedział łamiącym się głosem. Czuł się, jakby ktoś złapał go za gardło.
  W jednej chwili stanowczo postanowił, że spróbuje ją poślubić. Jej zainteresowanie jego motywami stało się dla niego swego rodzaju półdecyzją, którą zaakceptował. W jednej oświecającej chwili, podczas długiej ciszy między nimi, ujrzał ją w nowym świetle. Uczucie mglistej intymności, jakie budziły w nim myśli o niej, przerodziło się w niezachwiane przekonanie, że należy do niego, jest jego częścią, a on był urzeczony jej manierą i osobowością, stojącą tam, jakby z podarunkiem.
  A potem setki innych myśli przyszły mu do głowy, hałaśliwych myśli, pochodzących z ukrytych części jego ciała. Zaczął myśleć, że mogłaby utorować mu drogę, którą chciał podążać. Myślał o jej bogactwie i o tym, co by ono znaczyło dla mężczyzny żądnego władzy. I przez te myśli wystrzeliły inne. Coś w niej go opętało - coś, co było również w Janet. Był ciekaw jej ciekawości dotyczącej jego przekonań i chciał ją zapytać o jej własne przekonania. Nie dostrzegał w niej rażącej niekompetencji pułkownika Toma; wierzył, że jest pełna prawdy, jak głębokie źródło wypełnione czystą wodą. Wierzył, że da mu coś, coś, czego pragnął przez całe życie. Stary, dokuczliwy głód, który dręczył go nocami jako dziecko, powrócił i pomyślał, że z jej rąk może zostać zaspokojony.
  "Ja... ja muszę przeczytać książkę o socjalizmie" - powiedział niepewnie.
  Znów stali w milczeniu, ona patrzyła w podłogę, on za jej głową i przez okno. Nie potrafił się zmusić, by znów poruszyć zamierzony temat rozmowy. Chłopięco bał się, że zauważy drżenie w jego głosie.
  Pułkownik Tom wszedł do pokoju, urzeczony pomysłem, którym Sam podzielił się z nim podczas kolacji, a który, przeniknąwszy do jego świadomości, stał się, w szczerym przekonaniu pułkownika, jego własnym. Ta interwencja przyniosła Samowi głębokie poczucie ulgi i zaczął opowiadać o pomyśle pułkownika, jakby go zaskoczył.
  Sue podeszła do okna i zaczęła wiązać i rozwiązywać sznurek od zasłon. Kiedy Sam na nią spojrzał, dostrzegł, że patrzy mu w oczy, a ona uśmiechnęła się, wciąż patrząc mu prosto w oczy. To jego wzrok pierwszy oderwał się od niego.
  Od tego dnia umysł Sama płonął myślami o Sue Rainey. Siadywał w swoim pokoju albo, idąc do Grant Park, stawał nad jeziorem, wpatrując się w nieruchomą, poruszającą się wodę, tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy przybył do miasta. Nie marzył o tym, by trzymać ją w ramionach ani całować w usta; zamiast tego, z płonącym sercem, myślał o życiu, jakie z nią wiódł. Chciał iść obok niej ulicami, by nagle weszła do jego gabinetu, spojrzała jej w oczy i, tak jak ona, zapytała go o jego przekonania i nadzieje. Pomyślał, że wieczorem chciałby wrócić do domu i zastać ją tam, siedzącą i czekającą na niego. Cały urok jego bezcelowego, na wpół rozwiązłego życia umarł w nim i wierzył, że z nią może zacząć żyć pełniej i doskonalej. Od momentu, gdy w końcu zdecydował, że chce Sue za żonę, Sam przestał nadużywać alkoholu, siedzieć w pokoju i przechadzać się po ulicach i parkach, zamiast szukać starych przyjaciół w klubach i barach. Czasami, przenosząc łóżko do okna z widokiem na jezioro, rozbierał się zaraz po kolacji i przy otwartym oknie spędzał pół nocy, obserwując światła łodzi daleko na wodzie i myśląc o niej. Wyobrażał sobie, jak chodzi po pokoju, tam i z powrotem, a od czasu do czasu podchodzi, by zanurzyć dłoń w jego włosach i spojrzeć na niego z góry, tak jak robiła to Janet, pomagając mu rozsądną rozmową i cichym sposobem kształtowania jego życia ku dobremu.
  A kiedy zasnął, twarz Sue Rainey nawiedzała go w snach. Pewnej nocy, myśląc, że jest ślepa, siedział w swoim pokoju z niewidzącymi oczami, powtarzając w kółko jak szaleniec: "Prawdę, prawdę, oddaj mi prawdę, żebym widział". Obudził się, chory z przerażenia na myśl o cierpieniu malującym się na jej twarzy. Sam nigdy nie marzył o tym, by trzymać ją w ramionach ani całować jej usta i szyję, tak jak śnił o innych kobietach, które w przeszłości zdobyły jego względy.
  Pomimo tak nieustannego myślenia o niej i tak ufnego budowania marzenia o życiu, które z nią spędzi, minęły miesiące, zanim ją znowu zobaczył. Od pułkownika Toma dowiedział się, że wyjechała na Wschód, i zajął się pracą, skupiając się na własnych sprawach w ciągu dnia i pozwalając sobie na pogrążenie się w myślach o niej dopiero wieczorami. Miał wrażenie, że choć nic nie mówił, ona wiedziała o jego pragnieniu i że potrzebowała czasu, by to przemyśleć. Kilka wieczorów pisał do niej długie listy w swoim pokoju, pełne drobnych, chłopięcych wyjaśnień swoich myśli i motywów, listy, które natychmiast niszczył po napisaniu. Kobieta z West Side, z którą kiedyś miał romans, spotkała go pewnego dnia na ulicy, poufale położyła mu rękę na ramieniu i na moment obudziła w nim dawne pożądanie. Po opuszczeniu jej nie wrócił do biura, lecz wsiadł do samochodu, jadąc na południe, spędził dzień spacerując po Jackson Park, obserwując dzieci bawiące się na trawie, siedzące na ławkach pod drzewami, opuszczając swoje ciało i umysł - uporczywe wołanie ciała do niego powracało.
  Wieczorem nagle zobaczył Sue jadącą na energicznym, czarnym koniu ścieżką na końcu parku. Właśnie zaczynała się szara noc. Zatrzymała konia i usiadła, patrząc na niego. Podszedł do niej i położył rękę na uzdzie.
  "Moglibyśmy o tym porozmawiać" - powiedział.
  Uśmiechnęła się do niego, a jej ciemne policzki zaczęły się rumienić.
  "Myślałam o tym" - powiedziała, a w jej oczach pojawił się znajomy poważny wyraz. "W końcu, co mamy sobie powiedzieć?"
  Sam przyglądał się jej uważnie.
  "Mam ci coś do powiedzenia" - oznajmił. "To znaczy... cóż... tak, jeśli wszystko będzie tak, jak mam nadzieję". Zsiadła z konia i stanęli razem na skraju ścieżki. Sam nigdy nie zapomniał kilku minut ciszy, które zapadły potem. Rozległa połać zielonego trawnika, golfista z trudem zmierzający ku nim w półmroku, z torbą na ramieniu, aura fizycznego zmęczenia, z jaką szedł, lekko pochylony do przodu, cichy, cichy szum fal obmywających niski brzeg i napięty, wyczekujący wyraz twarzy, jaki mu rzuciła, wywarły na jego pamięć wrażenie, które pozostało z nim do końca życia. Wydawało mu się, że osiągnął swego rodzaju kulminację, punkt wyjścia i że wszystkie niejasne, upiorne niepewności, które przemykały mu przez myśl w chwilach refleksji, zostaną zmiecione przez jakiś czyn, jakieś słowo, z ust tej kobiety. Nagle uświadomił sobie, jak nieustannie o niej myślał i jak bardzo liczył na to, że zgodzi się z jego planami. Po tym uświadomieniu nastąpił moment mdłego strachu. Jak mało tak naprawdę wiedział o niej i jej sposobie myślenia. Jaką miał pewność, że się nie roześmieje, nie wskoczy z powrotem na konia i nie odjedzie? Bał się jak nigdy dotąd. Jego umysł bezmyślnie szukał sposobu, by zacząć. Wyrazy, które dostrzegł na jej silnej, poważnej twarzy, gdy do nich dotarł, ale nikła ciekawość powróciła do jego umysłu i rozpaczliwie próbował z nich zbudować obraz jej osoby. A potem, odwracając się od niej, pogrążył się w myślach o minionych miesiącach, jakby rozmawiała z pułkownikiem.
  "Pomyślałem, że moglibyśmy się pobrać, ty i ja" - powiedział i przeklął się w duchu za bezczelność tego stwierdzenia.
  "Udaje ci się wszystko zrobić, prawda?" odpowiedziała z uśmiechem.
  "Dlaczego musiałeś o czymś takim pomyśleć?"
  "Bo chcę z tobą mieszkać" - powiedział. "Rozmawiałem z pułkownikiem".
  "O ślubie ze mną?" Wyglądało na to, że zaraz się roześmieje.
  Pospieszył. "Nie, nie o to chodzi. Rozmawialiśmy o tobie. Nie mogłem go zostawić samego. Mógł wiedzieć. Ciągle go naciskałem. Zmusiłem go, żeby opowiedział mi o twoich pomysłach. Czułem, że muszę to wiedzieć".
  Sam spojrzał na nią.
  On uważa, że twoje pomysły są absurdalne. Ja nie. Podobają mi się. Podobasz mi się ty. Uważam, że jesteś piękna. Nie wiem, czy cię kocham, czy nie, ale od tygodni myślę o tobie, kurczowo się ciebie trzymam i w kółko powtarzam sobie: "Chcę spędzić życie z Sue Rainey". Nie spodziewałem się, że tak się stanie. Znasz mnie. Powiem ci coś, czego nie wiesz.
  "Sam McPherson, jesteś cudem" - powiedziała - "i nie wiem, czy kiedykolwiek za ciebie wyjdę, ale nie mogę tego teraz powiedzieć. Chcę wiedzieć wiele rzeczy. Chcę wiedzieć, czy jesteś gotów wierzyć w to, w co ja wierzę, i żyć tak, jak chcę".
  Koń, niespokojny, zaczął szarpać za uzdę, a ona odezwała się do niego ostro. Zaczęła opisywać mężczyznę, którego widziała na scenie wykładowej podczas swojej wizyty na Wschodzie, a Sam spojrzał na nią ze zdziwieniem.
  "Był piękny" - powiedziała. "Miał ponad sześćdziesiąt lat, ale wyglądał jak dwudziestopięcioletni chłopak, nie ciałem, ale unoszącą się nad nim młodością. Stał przed ludźmi i rozmawiał, cichy, kompetentny i sprawny. Był czysty. Żył w czystości ciała i umysłu. Był towarzyszem i pracownikiem Williama Morrisa, a kiedyś górnikiem w Walii, ale miał wizję i żył dla niej. Nie słyszałam, co mówił, ale wciąż myślałam: "Potrzebuję takiego mężczyzny"".
  "Czy będziesz w stanie zaakceptować moje przekonania i żyć tak, jak chcę?" - nalegała.
  Sam spojrzał w ziemię. Czuł, że ją straci, że nie wyjdzie za niego za mąż.
  "Nie akceptuję ślepo przekonań ani celów w życiu" - powiedział zdecydowanie - "ale ich pragnę. Jakie są twoje przekonania? Chcę je poznać. Myślę, że ich nie mam. Kiedy po nie sięgam, znikają. Mój umysł zmienia się i zmienia. Pragnę czegoś konkretnego. Lubię konkretne rzeczy. Pragnę ciebie".
  Kiedy możemy się spotkać i omówić wszystko szczegółowo?
  "W tej chwili" - odpowiedział Sam bez ogródek, a pewien wyraz jej twarzy całkowicie odmienił jego punkt widzenia. Nagle poczuł się, jakby otworzyły się drzwi, wpuszczając jasne światło do mroku jego umysłu. Pewność siebie powróciła. Chciał uderzyć i uderzyć ponownie. Krew pulsowała mu w żyłach, a mózg zaczął pracować przyspieszonym tempem. Był pewien ostatecznego sukcesu.
  Wziąwszy ją za rękę i prowadząc konia, szedł z nią ścieżką. Jej dłoń drżała w jego dłoni, a ona, jakby odpowiadając na myśl, która mu zaświtała w głowie, spojrzała na niego i powiedziała:
  "Niczym nie różnię się od innych kobiet, mimo że nie przyjmuję twoich oświadczyn. To dla mnie ważny moment, być może najważniejszy w moim życiu. Chcę, żebyś wiedział, że to czuję, mimo że niektórych rzeczy pragnę bardziej niż ty czy jakikolwiek inny mężczyzna.
  W jej głosie słychać było łzy, a Sam czuł, że kobieta w niej pragnie, by wziął ją w ramiona, ale coś w nim kazało mu czekać i jej pomóc, czekać. Podobnie jak ona, pragnął czegoś więcej niż tylko uczucia kobiety w ramionach. Myśli krążyły mu po głowie; myślał, że podsunie mu głębszy obraz, niż sobie wyobrażał. Postać, którą mu nakreśliła - staruszka stojącego na peronie, młodego i przystojnego, młodzieńcza potrzeba celu w życiu, marzenia ostatnich tygodni - wszystko to było częścią palącej ciekawości, którą czuł. Byli jak małe, głodne zwierzątka czekające na nakarmienie. "Musimy mieć to wszystko tu i teraz" - powiedział sobie. "Nie mogę pozwolić, by fala uczuć mnie porwała, i nie mogę pozwolić jej tego zrobić".
  "Nie myśl" - powiedział - "że nie czuję do ciebie czułości. Jestem nią przepełniony. Ale chcę porozmawiać. Chcę wiedzieć, w co twoim zdaniem powinienem wierzyć i jak chcesz, żebym żył".
  Poczuł, jak jej dłoń zaciska się w jego dłoni.
  "Czy pasujemy do siebie, czy nie" - dodała.
  "Tak" - powiedział.
  A potem zaczęła mówić, mówiąc mu cichym, spokojnym głosem, który w jakiś sposób utwierdzał go w przekonaniu, co chciała osiągnąć w życiu. Jej ideą było służyć ludzkości poprzez dzieci. Widziała, jak jej przyjaciele, z którymi chodziła do szkoły, dorastają i wychodzą za mąż. Mieli majątek i wykształcenie, piękne, wysportowane ciała, a wychodzili za mąż tylko po to, by wieść życie w pełni oddane przyjemnościom. Jedna czy dwie kobiety, które poślubiły biednych mężczyzn, zrobiły to tylko po to, by zaspokoić swoje namiętności, a po ślubie dołączyły do reszty w zachłannym dążeniu do przyjemności.
  "Nie robią absolutnie nic" - powiedziała - "aby odwdzięczyć się światu za to, co otrzymali: bogactwo, wyćwiczone ciała i zdyscyplinowane umysły. Idą przez życie dzień po dniu, rok po roku, marnując się, a na koniec zostaje im tylko leniwa, niechlujna próżność".
  Przemyślała wszystko dokładnie i próbowała zaplanować swoje życie, mając inne cele i chciała męża, który odpowiadałby jej wyobrażeniom.
  "To nie takie trudne" - powiedziała. "Mogę znaleźć mężczyznę, którego będę mogła kontrolować i który będzie wierzył tak samo jak ja. Pieniądze dają mi tę władzę. Ale chcę, żeby był prawdziwym mężczyzną, mężczyzną zdolnym, mężczyzną, który coś dla siebie zrobi, mężczyzną, który dostosował swoje życie i osiągnięcia, by być ojcem dzieci, które coś robią. I dlatego zaczęłam o tobie myśleć. Mam mężczyzn, którzy przychodzą do mnie do domu, żeby o tobie porozmawiać.
  Pochyliła głowę i roześmiała się jak nieśmiały chłopiec.
  "Znam sporo z historii twojego wczesnego życia w tym małym miasteczku w stanie Iowa" - powiedziała. "Poznałam historię twojego życia i twoich osiągnięć od kogoś, kto dobrze cię znał".
  Pomysł wydał się Samowi zaskakująco prosty i piękny. Zdawał się dodawać jego uczuciom do niej ogromnej godności i szlachetności. Zatrzymał się na ścieżce i obrócił ją twarzą do siebie. Byli sami na tym końcu parku. Otulała ich łagodna ciemność letniej nocy. Świerszcz ćwierkał głośno w trawie u ich stóp. Podszedł, żeby ją podnieść.
  "To wspaniałe" - powiedział.
  "Czekaj" - zażądała, kładąc mu dłoń na ramieniu. "To nie takie proste. Jestem bogata. Ty jesteś zdolny i masz w sobie nieśmiertelną energię. Chcę przekazać moje bogactwo i twoje zdolności moim dzieciom - naszym dzieciom. To nie będzie dla ciebie łatwe. To oznacza rezygnację z marzeń o władzy. Mogę stracić odwagę. Kobiety tak robią, gdy na świat przychodzi dwoje lub troje dzieci. Będziesz musiał o nie zadbać. Będziesz musiał mnie traktować jak matkę i tak dalej. Będziesz musiał stać się nowym rodzajem ojca, takim, który ma w sobie coś macierzyńskiego. Będziesz musiał być cierpliwy, pracowity i życzliwy. Będziesz musiał myśleć o tym nocami, zamiast myśleć o własnym awansie. Będziesz musiał żyć wyłącznie dla mnie, bo będę ich matką, dając mi twoją siłę, twoją odwagę i twój zdrowy rozsądek. A potem, kiedy przyjdą, będziesz musiał im to wszystko dawać, dzień po dniu, na tysiąc małych sposobów".
  Sam wziął ją w ramiona i po raz pierwszy odkąd pamiętał, w jego oczach pojawiły się gorące łzy.
  Pozostawiony bez opieki koń odwrócił się, zarzucił głową i pobiegł ścieżką. Puścili go i poszli za nim, trzymając się za ręce, jak dwoje szczęśliwych dzieci. Przy wejściu do parku podeszli do niego w towarzystwie policjantki parkowej. Dosiadła konia, a Sam stanął obok niej, patrząc w górę.
  "Poinformuję pułkownika rano" - powiedział.
  "Co on powie?" - mruknęła zamyślona.
  "Cholerny niewdzięcznik" - Sam naśladował gardłowy, hałaśliwy ton pułkownika.
  Roześmiała się i wzięła lejce. Sam położył na niej rękę.
  "Jak szybko?" zapytał.
  Pochyliła głowę obok niego.
  "Nie będziemy tracić czasu" - powiedziała, rumieniąc się.
  A potem, w obecności policjanta, na ulicy, przy wejściu do parku, wśród przechodniów, Sam po raz pierwszy pocałował Sue Rainey w usta.
  Po jej odejściu Sam ruszył w drogę. Nie czuł upływu czasu; włóczył się po ulicach, odbudowując i korygując swoje spojrzenie na życie. To, co powiedziała, obudziło w nim resztki uśpionej szlachetności. Czuł się, jakby uchwycił to, czego nieświadomie szukał przez całe życie. Jego marzenia o kontrolowaniu Rainey Arms Company i inne ważne plany biznesowe, które planował, wydawały się w świetle ich rozmów nonsensem i próżnością. "Będę żył dla tego! Będę żył dla tego!" powtarzał sobie w kółko. Wydawało mu się, że widzi małe białe stworzenia leżące w ramionach Sue, a jego nowa miłość do niej i do tego, co mieli razem osiągnąć, przeszywała go i raniła tak bardzo, że chciał krzyczeć w ciemnościach ulic. Spojrzał w niebo, zobaczył gwiazdy i wyobraził sobie, jak patrzą z góry na dwie nowe, wspaniałe istoty żyjące na ziemi.
  Skręcił za róg i wyszedł na cichą, willową ulicę, gdzie domy z muru pruskiego stały pośród małych, zielonych trawników, a myśli o dzieciństwie w Iowa powróciły. Potem jego myśli powędrowały dalej, przypominając noce w mieście, gdy wpadał w ramiona kobiet. Policzki płonęły mu rumieńcem wstydu, a oczy płonęły.
  "Muszę do niej pójść, muszę pójść do jej domu, teraz, dziś wieczorem, i powiedzieć jej to wszystko, i prosić ją o wybaczenie" - pomyślał.
  Wtedy uświadomił sobie absurdalność takiego postępowania i wybuchnął głośnym śmiechem.
  "Oczyszcza mnie! Oczyszcza mnie!" - powiedział do siebie.
  Pamiętał mężczyzn, którzy siedzieli wokół pieca w Wildman's Grocery, gdy był chłopcem, i historie, które czasami opowiadali. Pamiętał, jak biegał po zatłoczonych ulicach miasta, uciekając przed grozą pożądania. Zaczął rozumieć, jak wypaczone, jak dziwnie pokręcone było całe jego podejście do kobiet i seksu. "Seks to rozwiązanie, a nie zagrożenie, to coś cudownego" - powtarzał sobie, nie do końca rozumiejąc znaczenie słowa, które wyrwało mu się z ust.
  Gdy w końcu skręcił na Michigan Avenue i skierował się w stronę swojego mieszkania, na niebie wschodził już późny księżyc, a zegar w jednym ze sypialnych domów wybijał godzinę trzecią.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VI
  
  WIECZÓR SZÓSTY Kilka tygodni po rozmowie w zapadającym mroku w Jackson Park, Sue Rainey i Sam McPherson siedzieli na pokładzie parowca na jeziorze Michigan, obserwując migoczące w oddali światła Chicago. Tego dnia pobrali się w dużym domu pułkownika Toma na South Side; a teraz siedzieli na pokładzie łodzi, porwani w ciemność, ślubując macierzyństwo i ojcostwo, mniej lub bardziej bojąc się siebie nawzajem. Siedzieli w milczeniu, patrząc na migoczące światła i słuchając cichych głosów współpasażerów, również siedzących na krzesłach wzdłuż pokładu lub spacerujących niespiesznie, i plusku wody o burty łodzi, pragnąc przełamać lekką rezerwę, która narosła między nimi podczas uroczystej ceremonii.
  Obraz przemknął Samowi przez myśl. Zobaczył Sue, całą w bieli, promienną i cudowną, schodzącą po szerokich schodach ku niemu, ku niemu - gazetę z Caxton, przemytnika, chuligana, chciwego skąpca. Przez te sześć tygodni czekał na tę chwilę, kiedy będzie mógł usiąść obok drobnej postaci w szarości, otrzymując od niej pomoc, której potrzebował, by odbudować swoje życie. Nie mogąc mówić, tak jak myślał, wciąż czuł się pewny siebie i beztroski. W chwili, gdy zeszła po schodach, ogarnęło go intensywne uczucie wstydu, powrót wstydu, który ogarnął go tamtej nocy, gdy dała słowo, i chodził po ulicach godzinami. Wyobrażał sobie, że usłyszał głos spośród stojących wokół gości: "Stój! Nie gadaj! Opowiem ci o tym człowieku - tym MacPhersonie!" A potem zobaczył ją pod ramię zadowolonego z siebie, pretensjonalnego pułkownika Toma i wziął ją za rękę, stając się z nią jednością - dwoje ciekawych, gorączkowych, dziwnie odmiennych ludzi, składających przysięgę w imię swojego Boga, podczas gdy wokół nich rosły kwiaty, a ludzie na nich patrzyli.
  Kiedy Sam następnego ranka wieczorem poszedł do pułkownika Toma do Jackson Park, rozegrała się scena. Stary rusznikarz wściekał się, ryczał i szczekał, waląc pięścią w stół. Kiedy Sam zachował spokój i niewzruszony, wybiegł z pokoju, trzaskając drzwiami i krzycząc: "Parwonier! Cholerny parwonier!". Sam wrócił do biurka, uśmiechnięty, lekko rozczarowany. "Mówiłem Sue, że powie "Niewdzięczny"" - pomyślał. "Tracę już talent do zgadywania, co zrobi i powie".
  Wściekłość pułkownika nie trwała długo. Przez tydzień chwalił się Samem przypadkowym gościom, nazywając go "najlepszym biznesmenem w Ameryce", i pomimo uroczystej obietnicy, Sue rozniosła wieść o zbliżającym się ślubie do każdego znanego mu dziennikarza. Sam podejrzewał go o potajemne dzwonienie do gazet, których przedstawiciele nie zdołali go namierzyć.
  Podczas sześciu tygodni oczekiwania Sue i Sam niewiele się kochali. Zamiast tego rozmawiali albo, idąc na wieś lub do parku, przechadzali się pod drzewami, ogarnięci dziwną, płonącą namiętnością oczekiwania. Myśl, którą mu podsunęła w parku, narastała w umyśle Sama: żyć dla młodych istot, które wkrótce miały być ich własnością, być prostymi, prostolinijnymi i naturalnymi, jak drzewa czy zwierzęta polne, a potem mieć naturalną uczciwość takiego życia, rozświetloną i uszlachetnioną przez wzajemną inteligencję, celem uczynienia swoich dzieci czymś piękniejszym i lepszym niż wszystko w Naturze, poprzez mądre wykorzystanie własnych, dobrych umysłów i ciał. W sklepach i na ulicach spieszący się mężczyźni i kobiety nabierali dla niego nowego znaczenia. Zastanawiał się, jaki sekretny, wielki cel może kryć ich życie i z lekkim drżeniem serca przeczytał w gazecie ogłoszenie o zaręczynach lub ślubie. Spojrzał pytającym wzrokiem na dziewczyny i kobiety pracujące przy maszynach do pisania w biurze, zastanawiając się, dlaczego nie zabiegają o małżeństwo otwarcie i zdecydowanie. Postrzegał zdrową, samotną kobietę jako zwykły odpad, maszynę do tworzenia nowego, zdrowego życia, bezczynną i nieużywaną w wielkim warsztacie wszechświata. "Małżeństwo jest portem, początkiem, punktem wyjścia, z którego mężczyźni i kobiety wyruszają w prawdziwą podróż życia" - powiedział Sue pewnego wieczoru podczas spaceru w parku. "Wszystko, co dzieje się wcześniej, to jedynie przygotowania, budowa. Ból i triumfy wszystkich niezamężnych ludzi to jedynie dobre dębowe deski przybite na miejscu, by statek nadawał się do prawdziwej podróży". Albo pewnej nocy, gdy wiosłowali łódką po lagunie w parku, a wokół nich, w ciemności, słychać było plusk wioseł w wodzie, krzyki podekscytowanych dziewcząt i nawoływania. Pozwolił łódce dopłynąć do brzegu małej wyspy, podkradł się do niej, uklęknął, położył głowę na jej kolanach i wyszeptał: "To nie miłość do kobiety mnie opętała, Sue, ale miłość do życia. Udało mi się dostrzec wielką tajemnicę. To - to dlatego tu jesteśmy - to nas usprawiedliwia".
  Teraz, gdy siedziała obok niego, przyciskając ramię do jego ramienia, porwana przez niego w ciemność i samotność, intymna strona jego miłości do niej przeszyła Sama niczym płomień. Odwrócił się i pociągnął jej głowę na swoje ramię.
  "Jeszcze nie, Samie" - wyszeptała - "nie teraz, kiedy te setki ludzi śpią, piją, myślą i zajmują się swoimi sprawami, są niemal w naszym zasięgu".
  Stali i szli po kołyszącym się pokładzie. Czysty wiatr wołał ich z północy, gwiazdy patrzyły na nich z góry, a w ciemnościach dziobu łodzi rozstali się na noc w milczeniu, oniemiali ze szczęścia i bliskiej, niewypowiedzianej tajemnicy, która ich łączyła.
  O świcie wylądowali w małym, zatłoczonym miasteczku, gdzie wcześniej odpłynęła łódź, koce i sprzęt kempingowy. Z lasu, obok miasteczka, wypływała rzeka, przepływając pod mostem i obracając koło tartaku stojącego na brzegu rzeki zwróconego w stronę jeziora. Czysty, słodki zapach świeżo ściętych kłód, śpiew pił, szum wody rozbijającej się o tamę, okrzyki drwali w niebieskich koszulach, pracujących wśród dryfujących kłód nad tamą, wypełniały poranne powietrze. A ponad śpiewem pił rozbrzmiewała inna pieśń, zapierająca dech w piersiach pieśń oczekiwania, pieśń miłości i życia, rozbrzmiewająca w sercach męża i żony.
  W małym, prymitywnie zbudowanym zajeździe drwali zjedli śniadanie w pokoju z widokiem na rzekę. Karczmarka, duża, czerwona kobieta w czystej bawełnianej sukni, czekała na nich i po podaniu śniadania wyszła z pokoju, uśmiechając się dobrodusznie i zamykając za sobą drzwi. Przez otwarte okno patrzyli na zimny, wartki nurt rzeki i na piegowatego chłopca niosącego pakunki owinięte w koce i ładującego je do długiej łodzi przywiązanej do małego pomostu obok zajazdu. Jedli i siedzieli, patrząc na siebie jak dwaj obcy chłopcy, i nic nie mówili. Sam jadł mało. Serce waliło mu w piersi.
  Na rzece zanurzył wiosło głęboko w wodzie, płynąc pod prąd. Podczas sześciu tygodni oczekiwania w Chicago nauczyła go podstaw kajakarstwa i teraz, gdy wiosłował pod mostem i wokół zakrętu rzeki, z dala od miasta, w jego duszy zdawała się wzbierać nadludzka siła. Jego ramiona i plecy były nią pokryte. Przed nim Sue siedziała na dziobie łodzi, jej proste, muskularne plecy zginały się i prostuły. Nieopodal wznosiły się wysokie wzgórza porośnięte sosnami, a u ich stóp, wzdłuż brzegu, leżały stosy pociętych kłód.
  O zachodzie słońca wylądowali na małej polanie u stóp wzgórza i rozbili pierwszy obóz na smaganym wiatrem grzbiecie. Sam przyniósł gałęzie i rozłożył je, splatając je jak pióra w skrzydłach ptaka, i wniósł koce na wzgórze, podczas gdy Sue, u stóp wzgórza, w pobliżu wywróconej łodzi, rozpaliła ogień i ugotowała im pierwszy posiłek na świeżym powietrzu. W słabym świetle Sue wyjęła karabin i dała Samowi pierwszą lekcję strzelectwa, ale jego niezręczność sprawiła, że wyglądało to jak pół żartem. A potem, w miękkiej ciszy młodej nocy, z pierwszymi pojawiającymi się gwiazdami i czystym, zimnym wiatrem wiejącym im w twarze, poszli trzymając się za ręce pod górę pod drzewami, gdzie wierzchołki drzew kołysały się i rozciągały przed ich oczami niczym wzburzone wody wielkiego morza, i położyli się razem w swoim pierwszym długim, czułym uścisku.
  Jest szczególna przyjemność w pierwszym obcowaniu z naturą w towarzystwie kobiety, którą mężczyzna kocha, a fakt, że ta kobieta jest ekspertką, z wielkim apetytem na życie, dodaje temu doświadczeniu smaku i pikanterii. W dzieciństwie, pochłoniętym aspiracjami i poszukiwaniem złota w mieście otoczonym rozpalonymi polami kukurydzy, a także w młodości, pełnej intryg i żądzy pieniędzy, Sam nie myślał o wakacjach ani miejscach do wypoczynku. Spacerował po wiejskich drogach z Johnem Telferem i Mary Underwood, słuchając ich rozmów, chłonąc ich pomysły, ślepy i głuchy na drobne życie w trawie, w liściastych gałęziach drzew i w powietrzu wokół niego. W klubach, hotelach i barach miasta słyszał ludzi rozmawiających o przyrodzie i powtarzał sobie: "Kiedy nadejdzie mój czas, spróbuję tego wszystkiego".
  A teraz je smakował, leżąc na plecach na trawie nad rzeką, spływając w dół cichymi, bocznymi strumykami w świetle księżyca, słuchając nocnego krzyku ptaków lub obserwując lot przestraszonych dzikich zwierząt, kierując łódź w ciche głębiny wielkiego lasu wokół nich.
  Tej nocy, pod małym namiotem, który przynieśli, albo pod kocami pod gwiazdami, spał lekko, często budząc się, by spojrzeć na Sue leżącą obok niego. Być może wiatr zdmuchnął kosmyk jej włosów na twarz, jej oddech igrał z nim, rzucając go gdzieś; być może to tylko spokój jej wyrazistej twarzy go urzekł i przykuł, tak że niechętnie zasnął ponownie, myśląc, że mógłby na nią patrzeć całą noc.
  Dla Sue dni również mijały łatwo. Ona również budziła się w nocy i leżała, patrząc na mężczyznę śpiącego obok niej, a raz powiedziała Samowi, że kiedy się budził, udawała, że śpi, bojąc się pozbawić go przyjemności, jaką - jak wiedziała - dawały im obojgu te sekretne igraszki miłosne.
  Nie byli sami w tym północnym lesie. Wzdłuż rzek i na brzegach małych jezior spotkali ludzi - zupełnie nowy rodzaj ludzi dla Sama - którzy porzucili wszystkie codzienne sprawy i uciekli do lasów i strumieni, by spędzać długie, szczęśliwe miesiące na świeżym powietrzu. Z zaskoczeniem odkrył, że ci poszukiwacze przygód to ludzie o skromnych dochodach, drobni przemysłowcy, wykwalifikowani robotnicy i detaliści. Jednym z nich był sklepikarz z małego miasteczka w Ohio, a kiedy Sam zapytał go, czy sprowadzenie rodziny do lasu na ośmiotygodniowy pobyt nie zagrozi sukcesowi jego firmy, przyznał Samowi rację. Skinął głową i roześmiał się.
  "Ale gdybym nie opuścił tego miejsca, groziłoby mi o wiele większe niebezpieczeństwo" - powiedział - "niebezpieczeństwo, że moi chłopcy wyrosną na mężczyzn, a ja nie mógłbym się z nimi naprawdę dobrze bawić".
  Wśród wszystkich napotkanych ludzi Sue poruszała się z radosną swobodą, która dezorientowała Sama, który przyzwyczaił się uważać ją za osobę powściągliwą. Znała wielu z tych, których spotkali, i doszedł do wniosku, że wybrała to miejsce na ich miłosne igraszki, ponieważ podziwiała i doceniała życie na świeżym powietrzu tych ludzi i chciała, żeby jej ukochany był do nich choć trochę podobny. Z zacisznych lasów, nad brzegami małych jezior, nawoływali ją, gdy przechodziła, żądając, by zeszła na ląd i pokazała mężowi, a ona siedziała wśród nich, rozmawiając o innych porach roku i napadach drwali w ich raju. "Burnhamowie byli w tym roku nad jeziorem Grant, dwoje nauczycieli z Pittsburgha miało przyjechać na początku sierpnia, mężczyzna z Detroit z kalekim synem budował chatę nad brzegiem Bone River".
  Sam siedział w milczeniu pośród nich, nieustannie odnawiając podziw dla cudu minionego życia Sue. Ona, córka pułkownika Toma, bogata kobieta, znalazła przyjaciół wśród tych ludzi; ona, którą młodzież Chicago uważała za zagadkę, przez wszystkie te lata potajemnie była towarzyszką i bratnią duszą tych urlopowiczów nad jeziorem.
  Przez sześć tygodni wiedli wędrowne, koczownicze życie w tym na wpół dzikim kraju; Sue przeżyła sześć tygodni czułych igraszek miłosnych i wyrażania każdej myśli i impulsu swojej pięknej natury; Sam zaś przeżył sześć tygodni adaptacji i wolności, podczas których nauczył się żeglować łódką, strzelać i zaznawać cudownego smaku tego życia.
  I tak pewnego ranka wrócili do małego miasteczka w lesie u ujścia rzeki i usiedli na nabrzeżu, oczekując na parowiec z Chicago. Znów byli połączeni ze światem i wspólnym życiem, które było fundamentem ich małżeństwa i które miało być celem i końcem ich dwojga istnień.
  Jeśli dzieciństwo Sama było w dużej mierze jałowe i pozbawione wielu przyjemnych rzeczy, jego życie w ciągu następnego roku było zdumiewająco pełne i kompletne. W biurze przestał być nachalnym nowicjuszem, który zerwał z tradycją i został synem pułkownika Toma, wyborcą dużych pakietów akcji Sue, praktycznym, przewodnim przywódcą i geniuszem stojącym za losem firmy. Lojalność Jacka Prince'a została nagrodzona, a ogromna kampania reklamowa sprawiła, że nazwa i zasługi Rainey Arms Company stały się znane każdemu czytającemu Amerykaninowi. Lufy karabinów, rewolwerów i strzelb Rainey-Whittaker groźnie patrzyły na człowieka ze stron wielkich, popularnych magazynów; myśliwi w brązowych futrach dokonywali śmiałych czynów na naszych oczach, klęcząc na pokrytych śniegiem skałach, przygotowując się do przyspieszenia uskrzydlonej śmierci czekającej górskie owce; Olbrzymie niedźwiedzie z rozwartymi paszczami spadały z czcionek u góry stron, jakby gotowe pożreć zimnokrwistych i wyrachowanych sportowców, którzy stali niewzruszeni, odkładając swoje zaufane karabiny Rainey-Whittaker, podczas gdy prezydenci, odkrywcy i teksańscy strzelcy głośno obwieszczali osiągnięcia Rainey-Whittaker światu nabywców broni. Dla Sama i pułkownika Toma był to czas wielkich korzyści, postępu technicznego i satysfakcji.
  Sam ciężko pracował w biurach i sklepach, ale zachował rezerwę siły i determinacji, które mógł wykorzystać w pracy. Grał w golfa i jeździł z Sue na poranne przejażdżki konne, a długie wieczory spędzał z nią, czytając na głos, chłonąc jej idee i przekonania. Czasami, całymi dniami, byli jak dwoje dzieci, wyruszając razem na spacery po wiejskich drogach i nocując w wiejskich gospodach. Podczas tych spacerów szli trzymając się za ręce lub, żartobliwie, zbiegali z długich wzgórz i leżeli dysząc w trawie przy drodze.
  Pod koniec pierwszego roku ich związku, pewnego wieczoru opowiedziała mu o spełnieniu ich nadziei, po czym cały wieczór siedzieli sami przy kominku w jej pokoju, przepełnieni białym cudem tego światła, odnawiając sobie nawzajem wszystkie piękne przysięgi złożone w pierwszych dniach ich miłosnej igraszki.
  Sam nigdy nie zdołał odtworzyć atmosfery tamtych dni. Szczęście jest tak mgliste, tak niepewne, tak zależne od tysiąca drobnych zwrotów akcji codziennych wydarzeń, że nawiedza tylko najszczęśliwszych i to w rzadkich odstępach czasu, ale Sam myślał, że on i Sue byli w stałym kontakcie z niemal idealnym szczęściem tego dnia. Były tygodnie, a nawet miesiące ich pierwszego wspólnego roku, które później całkowicie zniknęły z pamięci Sama, pozostawiając jedynie poczucie pełni i dobrego samopoczucia. Być może przypominał sobie zimowy spacer w blasku księżyca nad zamarzniętym jeziorem albo gościa, który siedział i rozmawiał cały wieczór przy kominku. Ale w końcu musiał do tego powrócić: że coś śpiewało mu w sercu przez cały dzień, że powietrze było słodsze, gwiazdy świeciły jaśniej, a wiatr, deszcz i grad na szybach okiennych śpiewały mu słodsze w uszach. On i kobieta, która z nim mieszkała, byli bogaci, mieli wysoką pozycję i niekończącą się radość ze swojej obecności i osobowości, a wielka idea płonęła niczym lampa w oknie na końcu drogi, którą podróżowali.
  Tymczasem na świecie wokół niego działy się różne rzeczy. Wybrano prezydenta, ścigano szare wilki z Rady Miasta Chicago, a potężny konkurent jego firmy prosperował w jego własnym mieście. W innych dniach atakowałby tego rywala, walczył, planował i pracował nad jego zniszczeniem. Teraz siedział u stóp Sue, marząc i rozmawiając z nią o potomstwie, które pod ich opieką wyrośnie na wspaniałych, godnych zaufania mężczyzn i kobiety. Kiedy Lewis, utalentowany kierownik sprzedaży w Edwards Arms, otrzymał zlecenie od spekulanta z Kansas City, uśmiechnął się, napisał wzruszający list do swojego kontaktu w tym regionie i poszedł na rundę golfa z Sue. W pełni zaakceptował wizję życia Sue. "Mamy bogactwo na każdą okazję" - powiedział sobie - "i spędzimy życie służąc ludzkości poprzez dzieci, które wkrótce pojawią się w naszym domu".
  Po ślubie Sam odkrył, że Sue, pomimo pozornego chłodu i obojętności, ma w Chicago własne, niewielkie grono mężczyzn i kobiet, tak jak w północnych lasach. Sam poznał niektóre z tych osób podczas zaręczyn i stopniowo zaczęli przychodzić wieczorami do domu McPhersonów. Czasami kilka osób spotykało się na cichej kolacji, podczas której toczyła się ciekawa rozmowa, po której Sue i Sam siedzieli pół nocy, rozmyślając nad jakąś myślą, którą im przedstawił. Wśród ludzi, którzy do nich przychodzili, Sam wyróżniał się. W jakiś sposób czuł, że wyświadczyli mu przysługę, a ta myśl była niezwykle pochlebna. Profesor uniwersytecki, który wygłosił tego wieczoru błyskotliwą mowę, zwrócił się do Sama z prośbą o aprobatę dla jego wniosków, pisarz-kowboj poprosił go o pomoc w przezwyciężeniu trudności na giełdzie, a wysoki, ciemnowłosy artysta złożył mu rzadki komplement za powtórzenie jednej z obserwacji Sama jako swojej. Wyglądało na to, że pomimo rozmów uważali go za najzdolniejszego ze wszystkich i przez chwilę był zdziwiony ich postawą. Przyszedł Jack Prince, usiadł na jednym z przyjęć i wyjaśnił.
  "Masz to, czego oni chcą, a nie mogą dostać: pieniądze" - powiedział.
  Po wieczorze, kiedy Sue przekazała mu wspaniałą nowinę, zjedli kolację. Było to coś w rodzaju przyjęcia powitalnego dla nowego gościa. Podczas gdy ludzie przy stole jedli i rozmawiali, Sue i Sam, siedzący po przeciwnych stronach stołu, unieśli wysoko kieliszki i, patrząc sobie w oczy, upili łyk. Toast za tego, który miał wkrótce nadejść, pierwszego z wielkiej rodziny, rodziny, która miała przeżyć dwa życia, aby osiągnąć swój sukces.
  Przy stole siedział pułkownik Tom w luźnej białej koszuli, z siwą, spiczastą brodą i górnolotną przemową; Jack Prince siedział obok Sue, zatrzymując się w swoim otwartym podziwie dla Sue, by spojrzeć na ładną dziewczynę z Nowego Jorku, która siedziała na końcu stołu przed Samem, lub przekłuć, błyskiem zdrowego rozsądku, jakiś balon teorii wystrzelony przez Williamsa. Mężczyzna z uniwersytetu siedział po drugiej stronie Sue; artysta, który miał nadzieję dostać zlecenie na obraz "pułkownika Toma", siedział naprzeciwko niego i ubolewał nad wyginięciem zacnych starych amerykańskich rodzin; a mały niemiecki uczony z poważną twarzą siedział obok pułkownika Toma i uśmiechał się, gdy artysta mówił. Mężczyzna, jak się wydawało Samowi, śmiał się z nich obu, a może ze wszystkich. Nie miał nic przeciwko. Spojrzał na uczonego i na twarze innych osób przy stole, a potem na Sue. Widział, jak kieruje i prowadzi rozmowę; zobaczył grę mięśni na jej silnej szyi i delikatną jędrność jej małego, prostego ciała, a jego oczy zrobiły się wilgotne, a gula uniosła się w gardle na myśl o tajemnicy, która ich dzieliła.
  A potem jego myśli powróciły do innej nocy w Caxton, kiedy po raz pierwszy zasiadł i jadł wśród obcych przy stole Freedom Smith. Znów ujrzał chłopczycę i krzepkiego chłopaka i latarnię huśtającą się w dłoni Freedom w ciasnej małej stajni; ujrzał absurdalnego malarza próbującego zadąć w róg na ulicy; i matkę rozmawiającą ze swym zmarłym synem w letni wieczór; grubego majstra piszącego liściki o swojej miłości na ścianach swojego pokoju, komisarza o wąskiej twarzy zacierającego ręce przed grupą greckich rzemieślników; a potem to - ten dom ze swoim bezpieczeństwem i swoim sekretnym, wzniosłym celem, i jego siedzącego tam na czele tego wszystkiego. Wydawało mu się, niczym powieściopisarzowi, że powinien podziwiać i pochylać głowę przed romantyzmem losu. Uważał swoją pozycję, swoją żonę, swój kraj, swój koniec życia, jeśli spojrzeć na to właściwie, za sam szczyt życia na ziemi, a w swojej dumie zdawało mu się, że jest w pewnym sensie panem i twórcą tego wszystkiego.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VII
  
  PÓŹNYM WIECZOREM, kilka tygodni po tym, jak McPhersonowie wydali przyjęcie z okazji zbliżającego się przybycia pierwszego członka wielkiej rodziny, zeszli razem po schodach północnego domu do czekającego powozu. Sam pomyślał, że spędzili uroczy wieczór. Groverowie byli ludźmi, z których przyjaźni był szczególnie dumny i odkąd poślubił Sue, często zabierał ją na wieczorne przyjęcia do domu czcigodnego chirurga. Dr Grover był uczonym, wybitną osobistością w świecie medycyny, a także bystrym i interesującym rozmówcą oraz myślicielem na każdy interesujący go temat. Pewien młodzieńczy entuzjazm w jego spojrzeniu na życie zjednał mu sympatię Sue, która, poznawszy go za pośrednictwem Sama, uznała go za godnego uzupełnienia swojej małej grupy przyjaciół. Jego żona, siwowłosa, pulchna kobieta, choć nieco nieśmiała, była w rzeczywistości jego intelektualną rówieśniczką i towarzyszką, a Sue po cichu traktowała ją jako wzór w swoich dążeniach do osiągnięcia pełni kobiecości.
  Cały wieczór, spędzony na błyskawicznej wymianie opinii i pomysłów między dwoma mężczyznami, Sue siedziała w milczeniu. Pewnego dnia, zerkając na nią, Sam pomyślał, że jest zaskoczony irytacją w jej oczach i był tym zdumiony. Przez resztę wieczoru jej oczy unikały jego spojrzenia, wpatrzone w podłogę, a na jej policzkach pojawił się rumieniec.
  Przy drzwiach powozu Frank, stangret Sue, nadepnął na rąbek jej sukienki i rozdarł ją. Rozdarcie było niewielkie, Sam uznał je za całkowicie nieuniknione, spowodowane zarówno chwilową niezdarnością Sue, jak i niezręcznością Franka. Frank był wiernym sługą Sue i oddanym wielbicielem przez wiele lat.
  Sam roześmiał się i biorąc Sue za rękę, zaczął pomagać jej wejść do powozu.
  "Za dużo ubrań dla sportowca" - powiedział bez sensu.
  W mgnieniu oka Sue odwróciła się i spojrzała na stangreta.
  "Niezdarny bydlak" - wycedziła przez zęby.
  Sam stał na chodniku, oniemiały ze zdumienia, gdy Frank odwrócił się i wsiadł na swoje miejsce, nie czekając, aż drzwi powozu się zamkną. Poczuł to samo, co mógłby poczuć, gdyby jako chłopiec usłyszał przekleństwo matki. Spojrzenie Sue, skierowane na Franka, uderzyło go niczym cios i w jednej chwili cały jego starannie wykreowany obraz jej osoby i jej charakteru legł w gruzach. Chciał zatrzasnąć za nią drzwi powozu i wrócić do domu.
  Jechali do domu w milczeniu, a Sam czuł się, jakby jechał obok kogoś zupełnie nowego i obcego. W świetle mijanych latarni ulicznych widział jej twarz prosto przed sobą, jej oczy wpatrzone kamiennym wzrokiem w zasłonę. Nie chciał jej robić wyrzutów; chciał chwycić ją za rękę i uścisnąć. "Chciałbym wziąć bat, który stał przed siedzeniem Franka, i porządnie ją zlać" - powiedział sobie.
  W domu Sue wyskoczyła z powozu i przebiegła obok niego przez drzwi, zamykając je za sobą. Frank pojechał w kierunku stajni, a kiedy Sam wszedł do domu, zastał Sue stojącą w połowie schodów do swojego pokoju, czekając na niego.
  "Przypuszczam, że nie wiesz, że otwarcie mnie obrażałeś przez cały wieczór" - krzyknęła. "Twoje obrzydliwe rozmowy u Groverów - to było nie do zniesienia - kim są te kobiety? Po co afiszujesz się przede mną ze swoim przeszłym życiem?"
  Sam nic nie powiedział. Stał u stóp schodów, patrząc na nią, a potem, odwracając się tuż w chwili, gdy wbiegła po schodach i zatrzasnęła drzwi swojego pokoju, wszedł do biblioteki. W kominku palił się kloc, więc usiadł i zapalił fajkę. Nie próbował się nad tym zastanawiać. Czuł, że konfrontuje się z kłamstwem, że Sue, która żyła w jego umyśle i uczuciach, już nie istnieje, że na jej miejscu jest inna kobieta, ta, która obraziła własną służącą i przeinaczyła sens jego rozmowy przez cały wieczór.
  Siedząc przy ogniu, napełniając raz po raz fajkę, Sam uważnie analizował każde słowo, gest i incydent wieczoru u Groverów i nie mógł dostrzec ani jednego fragmentu, który jego zdaniem mógłby posłużyć za usprawiedliwienie wybuchu gniewu. Na górze słyszał Sue poruszającą się niespokojnie i poczuł satysfakcję na myśl, że jej umysł karze ją za tak dziwny atak. On i Grover mogli być nieco poniesieni, powiedział sobie; rozmawiali o małżeństwie i jego znaczeniu, i oboje wyrazili pewną życzliwość wobec idei, że utrata dziewictwa przez kobietę w jakikolwiek sposób stoi na przeszkodzie do honorowego małżeństwa, ale nie powiedział nic, co jego zdaniem mogłoby zostać zinterpretowane jako obraza Sue lub pani Grover. Uznał rozmowę za całkiem dobrą i jasno przemyślaną, i opuścił dom pogodny, skrycie strojąc się w dumę z tego, że mówił z niezwykłą siłą i rozsądkiem. W każdym razie to, co zostało powiedziane, zostało już wcześniej powiedziane w obecności Sue i wydawało mu się, że pamięta, jak w przeszłości z entuzjazmem wyrażała podobne myśli.
  Godzinami siedział na krześle przed dogasającym ogniem. Zdrzemnął się, a fajka wypadła mu z ręki i wylądowała na kamiennym palenisku. Ogarnęło go tępe uczucie udręki i gniewu, gdy w myślach wciąż odtwarzał w pamięci wydarzenia z tego wieczoru.
  "Co sprawiło, że pomyślała, że może mi to zrobić?" - zadawał sobie to pytanie.
  Pamiętał pewne dziwne chwile ciszy i surowe spojrzenia w jej oczach w ciągu ostatnich kilku tygodni, ciszę i spojrzenia, które nabrały znaczenia w obliczu wydarzeń tego wieczoru.
  "Ma porywczy temperament, brutalny charakter. Czemu się nie odezwie i nie opowie mi o tym?" - pytał sam siebie.
  Zegar wybił trzecią, gdy drzwi biblioteki cicho się otworzyły i weszła Sue, ubrana w szlafrok, który wyraźnie uwydatniał nowe kształty jej smukłej, drobnej figury. Podbiegła do niego i kładąc głowę na jego kolanach, zaczęła gorzko płakać.
  "Och, Sam!" powiedziała. "Chyba wariuję. Nienawidziłam cię tak, jak nie nienawidziłam cię od czasów, gdy byłam niegrzecznym dzieckiem. To, co próbowałam stłumić latami, powróciło. Nienawidzę siebie i dziecka. Walczyłam z tym uczuciem w środku przez wiele dni, a teraz wyszło na wierzch i może ty zacząłeś mnie nienawidzić. Czy kiedykolwiek mnie znowu pokochasz? Czy kiedykolwiek zapomnisz o tej podłości i tandecie? Ty i biedny, niewinny Frank... Och, Sam, diabeł był we mnie!"
  Sam pochylił się i podniósł ją, tuląc mocno jak dziecko. Przypomniał sobie historię o kaprysach kobiet w tamtych czasach i stała się ona światłem, które rozświetliło mrok jego umysłu.
  "Teraz rozumiem" - powiedział. "To część ciężaru, który dźwigasz za nas oboje".
  Przez kilka tygodni po wybuchu awantury przy drzwiach powozu w domu MacPhersonów wszystko szło gładko. Pewnego dnia, stojąc przy drzwiach stajni, Frank wyszedł zza rogu domu i, nieśmiało zerkając spod czapki, powiedział do Sama: "Rozumiem o pani. To narodziny dziecka. Mieliśmy już czwórkę w domu". Sam, kiwając głową, odwrócił się i zaczął szybko opowiadać o swoich planach zastąpienia powozów samochodami.
  Ale w domu, mimo że kwestia deformacji Sue została wyjaśniona, w ich relacji zaszła subtelna zmiana. Chociaż wspólnie stawili czoła pierwszemu wydarzeniu, które miało być przystankiem w wielkiej podróży ich życia, nie powitali go z takim samym zrozumieniem i życzliwą tolerancją, z jaką stawiali czoła mniejszym wydarzeniom w przeszłości. Przeszłości - nieporozumieniom dotyczącym sposobu spływu rzeką lub podejmowania nieproszonego gościa. Skłonność do wybuchów gniewu osłabia i burzy wszystkie nici życia. Melodia sama się nie zagra. Stoisz czekając na dysonans, napięcie, brak harmonii. Tak było z Samem. Zaczął czuć, że musi panować nad swoim językiem i że sprawy, o których rozmawiali z wielką swobodą pół roku temu, teraz irytowały i drażniły jego żonę, gdy poruszano je podczas poobiedniej dyskusji. Sam, który w czasie życia z Sue poznał radość swobodnej, otwartej rozmowy na każdy temat, jaki mu przyjdzie do głowy, a którego wrodzone zainteresowanie życiem i motywami mężczyzn i kobiet rozkwitło w wolnym czasie i niezależności, spróbował tego w zeszłym roku. Pomyślał, że to jak próba utrzymania swobodnej i otwartej komunikacji z członkami rodziny prawosławnej, i wpadł w nawyk przedłużającego się milczenia - nawyk, który później, jak odkrył, po wykształceniu, był niezwykle trudny do przełamania.
  Pewnego dnia w biurze zaistniała sytuacja, która zdawała się wymagać obecności Sama w Bostonie w określonym dniu. Od kilku miesięcy prowadził wojnę handlową z kilkoma swoimi wschodnimi przemysłowcami i uznał, że nadarzyła się okazja, by rozwiązać sprawę na swoją korzyść. Chciał zająć się tym sam i wrócił do domu, aby wszystko wyjaśnić Sue. To był koniec dnia, w którym nic nie rozgniewało Sue, a ona zgodziła się z nim, że nie powinien być zmuszany do powierzenia tak ważnej sprawy komuś innemu.
  "Nie jestem dzieckiem, Sam. Sama o siebie zadbam" - powiedziała ze śmiechem.
  Sam wysłał telegram do swojego człowieka z Nowego Jorku, prosząc go o zorganizowanie spotkania w Bostonie, a sam kupił książkę i spędził wieczór, czytając ją swojej partnerce na głos.
  A gdy następnego wieczoru wrócił do domu, zastał ją we łzach, a gdy próbował rozśmieszyć jej obawy, wpadła w czarny napad wściekłości i wybiegła z pokoju.
  Sam podszedł do telefonu i zadzwonił do swojego kontaktu w Nowym Jorku, zamierzając poinformować go o konferencji w Bostonie i porzucić własne plany podróży. Gdy dotarł do swojego kontaktu, Sue, która stała za drzwiami, wpadła do środka i położyła dłoń na słuchawce.
  "Sam! Sam!" krzyknęła. "Nie odwołuj podróży! Złap mnie! Bij mnie! Rób, co chcesz, ale nie pozwól mi dalej robić z siebie idiotki i psuć ci spokoju! Będę nieszczęśliwa, jeśli zostaniesz w domu przez to, co powiedziałam!"
  W słuchawce rozległ się natarczywy głos Centrali, a Sam opuścił rękę i odezwał się do swojego człowieka, kończąc rozmowę i omawiając szczegóły konferencji, co pozwoliło na przeprowadzenie rozmowy telefonicznej.
  Sue ponownie żałowała i znów, po łzach, siedzieli przy ogniu, aż nadjechał pociąg, rozmawiając jak kochankowie.
  Rano do Buffalo dotarł od niej telegram.
  "Wróć. Odpuść sobie ten interes. Nie mogę tego znieść" - telegrafowała.
  Podczas gdy siedział i czytał telegram, tragarz przyniósł kolejny.
  "Proszę, Sam, nie zwracaj uwagi na moje telegramy. Nic mi nie jest i jestem tylko w połowie głupcem".
  Sam był zirytowany. "To celowa małostkowość i słabość" - pomyślał, gdy godzinę później portier przyniósł kolejny telegram z żądaniem natychmiastowego powrotu. "Sytuacja wymaga zdecydowanych działań i być może jedno dobre, ostre upomnienie powstrzyma ją na zawsze".
  Wchodząc do wagonu restauracyjnego napisał długi list, zwracając jej uwagę na fakt, że przysługuje mu pewna swoboda działania i stwierdzając, że zamierza w przyszłości działać według własnego uznania, a nie zgodnie z jej impulsami.
  Gdy Sam zaczął pisać, pisał i pisał. Nikt mu nie przerwał, ani jeden cień nie przemknął przez twarz ukochanej, by dać mu do zrozumienia, że jest zraniony, a on powiedział wszystko, co chciał powiedzieć. Drobne, ostre wyrzuty, które przychodziły mu do głowy, ale nigdy nie zostały wypowiedziane, teraz znalazły swój wyraz, a kiedy przelał cały swój przeciążony umysł na list, zapieczętował go i wysłał na komisariat.
  Godzinę po tym, jak list opuścił jego ręce, Sam pożałował tego. Pomyślał o drobnej kobiecie dźwigającej ciężar za nich oboje, a to, co Grover powiedział mu o niedoli kobiet w jej sytuacji, przypomniało mu się. Napisał więc i wysłał do niej telegram z prośbą, by nie czytała wysłanego przez niego listu, zapewniając ją, że pospieszy z konferencją w Bostonie i natychmiast do niej wróci.
  Kiedy Sam wrócił, wiedział, że w niezręcznej chwili Sue otworzyła i przeczytała list wysłany z pociągu, a ta świadomość zaskoczyła ją i zraniła. Ten czyn wydawał się zdradą. Milczał, wciąż pracując z niespokojnym umysłem i z rosnącym niepokojem obserwując jej naprzemienne napady białej wściekłości i straszliwego żalu. Uważał, że z każdym dniem jej stan się pogarsza i zaczął się martwić o jej zdrowie.
  A potem, po rozmowie z Groverem, zaczął spędzać z nią coraz więcej czasu, zmuszając ją do codziennych długich spacerów na świeżym powietrzu. Dzielnie starał się skupić jej myśli na przyjemnych rzeczach i kładł się spać szczęśliwy i odprężony, gdy dzień kończył się bez większych wydarzeń między nimi.
  Bywały dni w tym okresie, gdy Sam czuł się na skraju szaleństwa. Z irytującym błyskiem w szarych oczach Sue wychwytywała jakiś błahy szczegół, jego uwagę lub fragment książki, który zacytował, i mówiła o tym martwym, płaskim, żałosnym tonem, aż kręciło mu się w głowie, a palce bolały od trzymania się w ryzach. Po takim dniu wymykał się sam i szybkim krokiem próbował zmusić umysł do porzucenia wspomnienia tego natarczywego, żałosnego głosu czystym fizycznym zmęczeniem. Czasami ulegał napadom gniewu i przeklinał bezradnie na cichej ulicy, a w innych nastrojach mamrotał i mówił do siebie, modląc się o siłę i odwagę, by zachować zimną krew podczas próby, przez którą, jak myślał, przechodzili razem. A gdy wracał z takiego spaceru i z takiej walki z samym sobą, zdarzało mu się często, że zastawał ją czekającą w fotelu przed kominkiem w swoim pokoju, z jasnym umysłem i twarzą mokrą od łez wyrzutów sumienia.
  I wtedy walka dobiegła końca. Uzgodniono z doktorem Groverem, że Sue zostanie przewieziona do szpitala na to wielkie wydarzenie. Pewnej nocy pojechali tam pospiesznie przez ciche ulice. Sue dręczyły nawracające bóle, a jej dłonie ściskały jego dłonie. Ogarnęła ich wzniosła radość życia. Stając w obliczu prawdziwej walki o nowe życie, Sue została odmieniona. W jej głosie słychać było triumf, a oczy błyszczały.
  "Zrobię to!" - krzyknęła. "Mój czarny strach zniknął. Urodzę ci dziecko - chłopca. Odniosę sukces, mój przyjacielu Samie. Zobaczysz. To będzie piękne".
  Gdy ból ją przytłoczył, chwyciła go za rękę, a on poczuł spazm fizycznego współczucia. Czuł się bezradny i zawstydzony swoją bezradnością.
  Przy wejściu na teren szpitala położyła mu twarz na kolanach, tak że po jego dłoniach spływały gorące łzy.
  "Biedny, biedny stary Sam, to było dla ciebie straszne."
  W szpitalu Sam przechadzał się korytarzem, przechodząc przez obrotowe drzwi, na końcu których ją zabrano. Wszelkie ślady żalu za trudnymi miesiącami zniknęły. Przechadzał się korytarzem, czując, że nadeszła jedna z tych wielkich chwil, kiedy umysł człowieka, jego rozumienie spraw, nadzieje i plany na przyszłość, wszystkie drobne szczegóły i drobiazgi jego życia zastygają w bezruchu, a on czeka z niepokojem, wstrzymując oddech, pełen oczekiwania. Zerknął na mały zegar stojący na stoliku na końcu korytarza, niemal oczekując, że i on się zatrzyma i zaczeka razem z nim. Jego godzina ślubu, która wydawała się tak wielka i ważna, teraz, w cichym korytarzu, z kamienną posadzką i milczącymi pielęgniarkami w białych i gumowych butach, chodzącymi tam i z powrotem, wydawała się ogromnie zmniejszona w obliczu tego wielkiego wydarzenia. Chodził tam i z powrotem, zerkając na zegar, patrząc na wahadłowe drzwi i przygryzając ustnik pustej fajki.
  A potem przez drzwi obrotowe pojawił się Grover.
  "Możemy mieć dziecko, Sam, ale żeby je mieć, będziemy musieli zaryzykować. Chcesz to zrobić? Nie czekaj. Zdecyduj się."
  Sam przebiegł obok niego i ruszył w stronę drzwi.
  "Jesteś niekompetentnym człowiekiem" - krzyknął, a jego głos rozniósł się echem po długim, cichym korytarzu. "Nie wiesz, co to znaczy. Puść mnie".
  Doktor Grover złapał go za ramię i obrócił. Obaj mężczyźni stanęli naprzeciw siebie.
  "Zostaniesz tutaj" - powiedział lekarz, jego głos pozostał cichy i stanowczy. "Ja zajmę się sprawą. Gdybyś tam teraz wszedł, to byłoby czyste szaleństwo. A teraz odpowiedz mi: chcesz podjąć ryzyko?"
  "Nie! Nie!" krzyknął Sam. "Nie! Chcę, żeby ona, Sue, cała i zdrowa, wróciła przez te drzwi.
  Zimny błysk błysnął w jego oczach, a on pogroził doktorowi pięścią przed twarzą.
  "Nie próbuj mnie oszukać. Przysięgam na Boga, ja...
  Doktor Grover odwrócił się i pobiegł z powrotem przez drzwi obrotowe, zostawiając Sama wpatrującego się bezmyślnie w swoje plecy. Pielęgniarka, ta sama, którą widział w gabinecie doktora Grovera, wyszła z pokoju i, biorąc go za rękę, szła obok niego korytarzem. Sam objął ją ramieniem i przemówił. Miał wrażenie, że musi ją pocieszyć.
  "Nie martw się" - powiedział. "Nic jej nie będzie. Grover się nią zaopiekuje. Małej Sue nic się nie stanie".
  Pielęgniarka, drobna, słodka Szkotka, która znała i podziwiała Sue, płakała. Coś w jego głosie poruszyło kobietę w niej, a łzy popłynęły jej po policzkach. Sam mówił dalej, a łzy kobiety pomagały mu się uspokoić.
  "Moja matka nie żyje" - powiedział i dawny smutek powrócił. "Chciałbym, żebyś, tak jak Mary Underwood, mogła być dla mnie nową matką".
  Kiedy nadszedł czas, by zaprowadzić go do pokoju, w którym leżała Sue, odzyskał opanowanie, a umysł zaczął obwiniać małego, zmarłego nieznajomego za nieszczęścia ostatnich miesięcy i za długą rozłąkę z tym, kogo uważał za prawdziwą Sue. Za drzwiami pokoju, do którego ją prowadzono, zatrzymał się, słysząc jej głos, cienki i słaby, mówiący do Grovera.
  "Nie nadaje się, Sue McPherson jest niezdolna" - powiedział głos, a Sam pomyślał, że brzmi on tak, jakby był przepełniony niekończącym się zmęczeniem.
  Wybiegł za drzwi i padł na kolana przy jej łóżku. Spojrzała na niego, uśmiechając się odważnie.
  "Zrobimy to następnym razem" - powiedziała.
  Drugie dziecko młodego MacPhersonów przyszło na świat przedwcześnie. Sam znów szedł korytarzem swojego domu, bez kojącej obecności pięknej Szkotki, i znów pokręcił głową, patrząc na doktora Grovera, który przyszedł, by go pocieszyć i ukoić.
  Po śmierci drugiego dziecka Sue miesiącami leżała w łóżku. W jego ramionach, w swoim pokoju, płakała otwarcie przed Groverem i pielęgniarkami, krzycząc o swojej niegodności. Przez wiele dni odmawiała spotkania z pułkownikiem Tomem, żywiąc przekonanie, że to on w jakiś sposób odpowiada za jej fizyczną niezdolność do urodzenia żywych dzieci. Kiedy w końcu wstała z łóżka, przez miesiące pozostawała blada, apatyczna i ponura, zdeterminowana, by podjąć kolejną próbę utrzymania tego małego życia, które tak bardzo pragnęła trzymać w jego ramionach.
  W dniach, gdy nosiła w sobie drugie dziecko, ponownie miewała gwałtowne i obrzydliwe napady gniewu, które rozsadzały nerwy Sama, ale on, nauczony rozumieć, spokojnie zajmował się swoją pracą, starając się jak najlepiej stłumić hałas. Czasami mówiła ostre, raniące słowa; i po raz trzeci uzgodnili między sobą, że jeśli znów im się nie uda, skupią myśli na czymś innym.
  "Jeśli to nie wypali, to równie dobrze możemy ze sobą skończyć na zawsze" - powiedziała pewnego dnia w jednym z tych napadów zimnej złości, które dla niej były nieodłączną częścią procesu rodzenia dziecka.
  Tej drugiej nocy, gdy Sam szedł szpitalnym korytarzem, odchodził od zmysłów. Czuł się jak młody rekrut, wezwany do stawienia czoła niewidzialnemu wrogowi, stojący nieruchomo i bezwładnie w obliczu śmierci śpiewającej w powietrzu. Przypomniał sobie historię opowiedzianą mu w dzieciństwie przez kolegę żołnierza odwiedzającego ojca, o więźniach z Andersonville, którzy w ciemnościach mijając uzbrojonych strażników, skradali się do małego stawu ze stojącą wodą za linią śmierci, i poczuł, że sam czołga się, bezbronny i bezradny, u progu śmierci. Na spotkaniu w jego domu kilka tygodni wcześniej, cała trójka, po łzawych naleganiach Sue i stanowisku Grovera, postanowiła, że nie będzie kontynuował pracy nad sprawą, dopóki nie pozwoli mu się samemu ocenić konieczności operacji.
  "Podejmij ryzyko, jeśli musisz" - powiedział Sam Groverowi po konferencji. "Ona nie zniesie kolejnej porażki. Oddaj jej dziecko".
  Na korytarzu wydawało się, że minęły godziny, a Sam stał bez ruchu, czekając. Stopy miał zimne i czuł się, jakby były mokre, mimo że noc była sucha, a na zewnątrz świecił księżyc. Kiedy z drugiego końca szpitala do jego uszu dobiegł jęk, zadrżał ze strachu i chciał krzyczeć. Minęło go dwóch młodych stażystów, ubranych na biało.
  "Stary Grover będzie miał cesarskie cięcie" - powiedział jeden z nich. "Starzeje się. Mam nadzieję, że tego nie zepsuje".
  W uszach Sama rozbrzmiało wspomnienie głosu Sue, tej samej Sue, która weszła do pokoju przez obrotowe drzwi tamtego pierwszego razu, z zdecydowanym uśmiechem na twarzy. Zdawało mu się, że znów widzi tę bladą twarz, podnoszącą wzrok znad łóżeczka polowego na kółkach, na którym wjechała przez drzwi.
  "Obawiam się, doktorze Grover, obawiam się, że nie jestem w dobrej formie" - usłyszał jej głos, gdy drzwi się zamknęły.
  A potem Sam zrobił coś, co będzie przeklinał do końca życia. Impulsywnie i oszalały z powodu nieznośnego oczekiwania, podszedł do obrotowych drzwi i, pchnąwszy je, wszedł na salę operacyjną, gdzie Grover operował Sue.
  Pomieszczenie było długie i wąskie, z podłogami, ścianami i sufitem z białego cementu. Ogromne, jasne światło zawieszone pod sufitem rzucało promienie bezpośrednio na postać w białym stroju leżącą na białym metalowym stole operacyjnym. Na ścianach pomieszczenia wisiały inne jasne lampy w lśniących szklanych reflektorach. A tu i ówdzie, w napiętej atmosferze oczekiwania, grupa mężczyzn i kobiet, bez twarzy i bez włosów, poruszała się i stała w milczeniu, a przez białe maski zakrywające ich twarze widać było jedynie ich dziwnie jasne oczy.
  Sam, stojąc nieruchomo przy drzwiach, rozglądał się dzikimi, półwidzącymi oczami. Grover pracował szybko i cicho, od czasu do czasu sięgając do obrotowego stołu i wyciągając małe, błyszczące narzędzia. Pielęgniarka stojąca obok niego spojrzała w górę na światło i zaczęła spokojnie nawlekać igłę. A w białej misce na małym stoliku w kącie pokoju leżały ostatnie, ogromne wysiłki Sue na rzecz nowego życia, ostatnie marzenie o wielkiej rodzinie.
  Sam zamknął oczy i upadł. Uderzenie głową o ścianę obudziło go i z trudem podniósł się na nogi.
  Grover zaczął przeklinać nie przestając pracować.
  - Kurwa, koleś, wynoś się stąd.
  Sam macał dłonią drzwi. Jedna z odrażających postaci w bieli podeszła do niego. Potem, kręcąc głową i zamykając oczy, wycofał się przez drzwi i pobiegł korytarzem, a potem szerokimi schodami w dół, na otwartą przestrzeń i ciemność. Nie miał wątpliwości, że Sue nie żyje.
  "Już jej nie ma" - mruknął, spiesząc się z gołą głową przez opustoszałe ulice.
  Biegł ulicą za ulicą. Dwa razy dotarł do brzegu jeziora, po czym zawrócił i ruszył z powrotem w stronę serca miasta, ulicami skąpanymi w ciepłym świetle księżyca. Raz szybko skręcił za róg i wyszedł na pusty plac, zatrzymując się za wysokim płotem z desek, gdy policjant przechadzał się ulicą. Przyszło mu do głowy, że zabił Sue i że postać w niebieskim, drepcząca po kamiennym chodniku, szuka go, by zaprowadzić go do miejsca, gdzie leżała biała i bez życia. Zatrzymał się ponownie przed małą, drewnianą drogerią na rogu i siadając na schodach przed nią, otwarcie i bezczelnie przeklinał Boga, jak rozgniewany chłopiec sprzeciwiający się ojcu. Jakiś instynkt kazał mu spojrzeć w niebo przez plątaninę drutów telegraficznych nad głową.
  "No dalej, rób, co się odważysz!" - krzyknął. "Teraz już za tobą nie pójdę. Po tym wszystkim nigdy więcej nie będę próbował cię odnaleźć.
  Wkrótce zaczął się śmiać z samego siebie z instynktu, który nakazywał mu spojrzeć w niebo i krzyknąć z przekory, i podniósłszy się, ruszył dalej. Podczas swojej wędrówki natknął się na tory kolejowe, gdzie pociąg towarowy z jękiem i hukiem przejechał przez przejazd. Zbliżając się do niego, wskoczył na pusty wagon z węglem, upadł na wzniesieniu i rozciął sobie twarz ostrymi kawałkami węgla rozrzuconymi po podłodze wagonu.
  Pociąg poruszał się powoli, zatrzymując się od czasu do czasu, a lokomotywa histerycznie piszczała.
  Po chwili wysiadł z wagonu i osunął się na ziemię. Wokół rozciągały się mokradła, długie rzędy bagiennej trawy kołysały się i kołysały w blasku księżyca. Kiedy pociąg przejechał, potykając się, ruszył za nim. Idąc, podążając za migoczącymi światłami na końcu pociągu, pomyślał o scenie w szpitalu i Sue leżącej martwej z tego powodu - o tym śmiertelnie bladym, bezkształtnym brzęku na stole pod światłem.
  Tam, gdzie twarda ziemia spotykała się z torami, Sam usiadł pod drzewem. Spokój go ogarnął. "To już koniec wszystkiego" - pomyślał, niczym zmęczone dziecko pocieszane przez matkę. Pomyślał o ślicznej pielęgniarce, która szła z nim korytarzem szpitalnym, a która płakała z powodu jego lęków, a potem o nocy, gdy w nędznej, małej kuchni czuł gardło ojca między palcami. Przesunął dłońmi po ziemi. "Stara, dobra ziemia" - powiedział. Przyszło mu do głowy zdanie, a zaraz za nim postać Johna Telfera, idącego z laską w ręku po zakurzonej drodze. "Wiosna nadeszła i czas sadzić kwiaty w trawie" - powiedział na głos. Z twarzą spuchniętą i obolałą od upadku z wagonu towarowego położył się na ziemi pod drzewem i zasnął.
  Kiedy się obudził, był już ranek, a po niebie płynęły szare chmury. Trolejbus przejechał w zasięgu wzroku drogą do miasta. Przed nim, pośrodku bagna, leżało płytkie jezioro, a podwyższona ścieżka z łodziami przywiązanymi do tyczek prowadziła do wody. Zszedł ścieżką, zanurzył posiniaczoną twarz w wodzie i wsiadł do samochodu, wracając do miasta.
  Nowa myśl zaświtała mu w porannym powietrzu. Wiatr pędził po zakurzonej drodze obok autostrady, wzbijając w powietrze tumany kurzu i figlarnie go rozrzucając. Ogarnęło go napięcie i niecierpliwość, jakby ktoś nasłuchiwał cichego wołanie z oddali.
  "Oczywiście" - pomyślał - "wiem, co to jest, to dzień mojego ślubu. Dziś żenię się z Sue Rainey.
  Kiedy wrócił do domu, zastał Grovera i pułkownika Toma stojących w jadalni. Grover spojrzał na jego opuchniętą, zdeformowaną twarz. Głos mu drżał.
  "Biedactwo!" powiedział. "Miałaś noc!"
  Sam roześmiał się i poklepał pułkownika Toma po ramieniu.
  "Musimy zacząć przygotowania" - powiedział. "Ślub jest o dziesiątej. Sue będzie się martwić.
  Grover i pułkownik Tom wzięli go pod ramię i poprowadzili po schodach. Pułkownik Tom płakał jak kobieta.
  "Głupi stary głupiec" - pomyślał Sam.
  Kiedy dwa tygodnie później ponownie otworzył oczy i odzyskał przytomność, Sue siedziała przy jego łóżku w fotelu z regulacją, trzymając w swojej dłoni swoją małą, chudą, białą dłoń.
  "Zabierz dziecko!" - krzyknął, wierząc we wszystko, co możliwe. "Chcę zobaczyć dziecko!"
  Położyła głowę na poduszce.
  "Kiedy to zobaczyłeś, jego już nie było" - powiedziała i objęła go za szyję.
  Kiedy pielęgniarka wróciła, zastała ich leżących z głowami na poduszce i płaczących słabo jak dwoje zmęczonych dzieci.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VIII
  
  Cios tego planu życiowego, tak starannie obmyślonego i tak chętnie zaakceptowanego przez młodych McPhersonów, rzucił ich z powrotem na samych siebie. Przez kilka lat mieszkali na szczycie wzgórza, traktując siebie bardzo poważnie i niemało szczycąc się myślą, że są dwojgiem niezwykłych i rozważnych ludzi zaangażowanych w godne i szlachetne przedsięwzięcie. Siedząc w swoim kącie, pogrążeni w podziwie dla własnych celów i myślach o energicznym, zdyscyplinowanym, nowym życiu, które mieli dać światu dzięki połączonej sprawności swoich ciał i umysłów, zostali, na słowo i skinienie głową doktora Grovera, zmuszeni do zmiany zarysu swojej wspólnej przyszłości.
  Życie tętniło wokół nich, w przemysłowym życiu kraju zbliżały się ogromne zmiany, miasta podwajały i potrajały liczbę ludności, szalała wojna, a flaga ich kraju powiewała w portach obcych mórz, podczas gdy amerykańscy chłopcy brnęli przez splątane dżungle obcych krajów, niosąc karabiny Rainey-Whittaker. A w ogromnym kamiennym domu, położonym na rozległej, zielonej przestrzeni nad brzegiem jeziora Michigan, siedział Sam McPherson, patrząc na żonę, która z kolei patrzyła na niego. On, podobnie jak ona, próbował oswoić się z radosną akceptacją nowej perspektywy bezdzietnego życia.
  Patrząc na Sue siedzącą przy stole w jadalni lub widząc jej proste, muskularne ciało dosiadające konia, jadącego obok niego przez parki, Samowi wydawało się nieprawdopodobne, że bezdzietność kiedykolwiek będzie jej przeznaczeniem i nie raz tęsknił za podjęciem kolejnej próby spełnienia swoich nadziei. Ale kiedy przypomniał sobie jej wciąż bladą twarz tamtej nocy w szpitalu, jej gorzki, przejmujący krzyk porażki, wzdrygnął się na samą myśl, czując, że nie może ponownie przejść z nią przez tę gehennę; że nie może pozwolić jej ponownie spojrzeć w przyszłość, za tygodnie i miesiące, ku małemu życiu, które nigdy nie uśmiechnęło się do jej piersi ani nie zaśmiało jej się w twarz.
  Jednak Sam, syn Jane Macpherson, która zyskała podziw mieszkańców Caxton za niestrudzone wysiłki, by utrzymać rodzinę i nie zaniedbywać obowiązków, nie mógł siedzieć bezczynnie, żyjąc z własnych i Sue dochodów. Ekscytujący, poruszający świat wzywał go; obserwował ogromne, znaczące zmiany w biznesie i finansach, nowych ludzi, którzy zdobywali popularność i pozornie znajdowali sposób na wyrażanie nowych, wspaniałych idei, i czuł, jak budzi się w nim młodość, a jego umysł przyciągają nowe projekty i nowe ambicje.
  Zważywszy na konieczność oszczędności i ciężką, długotrwałą walkę o utrzymanie i kompetencje, Sam mógł sobie wyobrazić życie z Sue i czerpanie czegoś w rodzaju satysfakcji z samego jej towarzystwa i udziału w jego wysiłkach - tu i ówdzie przez lata oczekiwania; spotykał ludzi, którzy znajdowali taką satysfakcję - brygadzistę w sklepie czy tytoniowca, u którego kupował cygara - ale sam czuł, że zaszedł za daleko w drugą stronę z Sue, by teraz powrócić tam z jakąkolwiek wzajemną żarliwością czy zainteresowaniem. Jego umysł, zasadniczo, nie był silnie skłonny do idei kochania kobiet jako celu życia; kochał i kochał Sue z żarliwością zbliżoną do religijnej, ale żarliwość ta w ponad połowie wynikała z idei, które mu podsuwała, i z faktu, że wraz z nim miała być narzędziem do ich urzeczywistnienia. Był mężczyzną z dziećmi w lędźwiach i porzucił walkę o pozycję w biznesie, by przygotować się do pewnego rodzaju szlachetnego ojcostwa - dzieci, wielu, silnych dzieci, godnych darów dla świata za dwa wyjątkowo szczęśliwe życia. We wszystkich rozmowach z Sue ta myśl była obecna i dominowała. Rozejrzał się wokół i, w arogancji młodości i dumie dobrego ciała i umysłu, potępił wszystkie bezdzietne małżeństwa jako egoistyczne marnotrawstwo dobrego życia. Zgadzał się z nią, że takie życie jest bezsensowne i bezcelowe. Teraz przypomniał sobie, że w czasach swojej śmiałości i zuchwałości często wyrażała nadzieję, że jeśli ich małżeństwo zakończy się bezdzietnie, jedno z nich znajdzie odwagę, by zerwać węzeł, który ich łączył, i zaryzykować małżeństwo - kolejną próbę życia we właściwy sposób za wszelką cenę.
  W miesiącach po ostatecznym wyzdrowieniu Sue i podczas długich wieczorów, gdy siedzieli razem lub spacerowali pod gwiazdami w parku, myśli o tych rozmowach często nawiedzały Sama, a on sam zastanawiał się nad jej obecnym nastawieniem i zastanawiał się, jak śmiało zaakceptuje pomysł rozstania. W końcu doszedł do wniosku, że taka myśl nigdy jej nie przyszła do głowy, że w obliczu ogromu rzeczywistości przylgnęła do niego z nową zależnością i nową potrzebą jego towarzystwa. Uważał, że przekonanie o absolutnej konieczności posiadania dzieci jako uzasadnieniu wspólnego życia mężczyzny i kobiety było głębiej zakorzenione w jego umyśle niż w jej; przylgnęło do niego, powracając raz po raz, zmuszając go do niespokojnego zboczenia z kursu, dokonując korekt w poszukiwaniu nowego światła. Ponieważ starzy bogowie umarli, szukał nowych bogów.
  Tymczasem siedział w domu, twarzą w twarz z żoną, pogrążony w lekturze książek, które Janet poleciła mu lata temu, i rozmyślał nad własnymi myślami. Często wieczorami podnosił wzrok znad książki lub zamyślonego wpatrywania się w ogień, by dostrzec jej wzrok wpatrzony w niego.
  "Mów, Sam, mów" - powiedziała. "Nie siedź i nie myśl".
  Innym razem przychodziła nocą do jego pokoju i kładąc głowę na poduszce obok niego, spędzała godziny na planowaniu, płaczu i błaganiu go, by znów obdarzy ją swoją miłością, swoją dawną namiętną, oddaną miłością.
  Sam próbował robić to szczerze i uczciwie, wybierając się z nią na długie spacery, gdy nagle nowe wezwanie, jakaś sprawa zaczęła go dręczyć, zmuszając go do siedzenia przy stole, czytania jej na głos wieczorami, namawiania jej, by pozbyła się starych marzeń i zajęła się nową pracą i nowymi zainteresowaniami.
  Przez wszystkie dni spędzone w biurze pozostawał w swego rodzaju otępieniu. Powróciło dawne uczucie dzieciństwa i zdawało mu się, tak jak wtedy, gdy bez celu błąkał się po ulicach Caxton po śmierci matki, że coś jeszcze trzeba zrobić, że trzeba sporządzić raport. Nawet siedząc przy biurku, z brzękiem maszyn do pisania w uszach i stertami listów domagających się jego uwagi, jego myśli wracały do czasów zalotów do Sue i do tych dni w północnym lesie, gdy życie biło w nim potężnie, a każde młode, dzikie stworzenie, każdy nowy pęd odnawiał marzenie wypełniające jego istotę. Czasami, na ulicy lub podczas spaceru po parku z Sue, krzyki bawiących się dzieci przebijały się przez mroczną otępiałość jego umysłu, a on drżał na ten dźwięk, ogarniając gorzkim oburzeniem. Kiedy ukradkiem zerkał na Sue, mówiła o czymś innym, najwyraźniej nieświadoma jego myśli.
  Wtedy rozpoczął się nowy etap w jego życiu. Ku swojemu zaskoczeniu, zaczął przyglądać się kobietom na ulicy z czymś więcej niż przelotnym zainteresowaniem, a jego dawne pragnienie towarzystwa nieznajomych powróciło, w pewnym sensie zgrubiałe i zmaterializowane. Pewnego wieczoru w teatrze, obok niego usiadła kobieta, przyjaciółka Sue i bezdzietna żona jego przyjaciela z pracy. W mroku teatru jej ramię przycisnęło się do jego. W podnieceniu wywołanym krytyczną sytuacją na scenie, jej dłoń wślizgnęła się w jego dłoń, a jej palce schwyciły i przytrzymały jego.
  Ogarnęło go zwierzęce pożądanie, uczucie pozbawione słodyczy, okrutne, rozpalające jego oczy. Gdy teatr zalał się światłem między aktami, spojrzał w górę z poczuciem winy i napotkał inną parę oczu, równie pełną winnego głodu. Wyzwanie zostało rzucone i przyjęte.
  Jadąc samochodem do domu, Sam odsunął od siebie myśli o kobiecie i biorąc Sue w ramiona, po cichu modlił się o jakąś pomoc, nie wiedział przed czym.
  "Myślę, że rano pojadę do Caxton i porozmawiam z Mary Underwood" - powiedział.
  Po powrocie z Caxton Sam zaczął szukać nowych zainteresowań, które mogłyby zająć umysł Sue. Spędził dzień rozmawiając z Valmorem, Freedem Smithem i Telferem, i uważał, że ich żarty i starzejące się komentarze na swój temat są nieco nudne. Potem zostawił ich, żeby porozmawiać z Mary. Rozmawiali pół nocy, Sam otrzymał przebaczenie za brak pisania i długi, przyjacielski wykład o swoim obowiązku wobec Sue. Pomyślał, że jakoś nie zrozumiała sedna sprawy. Wydawało się, że zakładała, że strata dzieci dotknęła tylko Sue. Nie liczyła na niego, ale on liczył na to, że zrobi to właśnie ona. Jako chłopiec przyszedł do matki, chcąc porozmawiać o sobie, a ona płakała na myśl o bezdzietnej żonie i opowiadała mu, jak ją uszczęśliwić.
  "No cóż, zabiorę się do tego" - pomyślał w pociągu, wracając do domu. "Znajdę dla niej to nowe zainteresowanie i sprawię, że będzie mniej ode mnie zależna. Potem wrócę do pracy i opracuję dla siebie program na poprawę stylu życia".
  Pewnego popołudnia, wracając z biura, zastał Sue przepełnioną nowym pomysłem. Z rumieńcami na policzkach siedziała obok niego przez cały wieczór, opowiadając o radościach życia poświęconego służbie społecznej.
  "Przemyślałam to wszystko" - powiedziała, a jej oczy błyszczały. "Nie możemy pozwolić sobie na zbrukanie. Musimy trzymać się wizji. Musimy razem dać ludzkości to, co najlepsze w naszym życiu i naszej kondycji. Musimy stać się uczestnikami wielkich współczesnych ruchów na rzecz rozwoju społecznego".
  Sam spojrzał w ogień, ogarnięty lodowatym uczuciem wątpliwości. Nie potrafił dostrzec siebie jako całości w niczym. Jego myśli nie wyczerpywała myśl o przynależności do armii filantropów ani bogatych działaczy społecznych, których spotykał, rozmawiających i wyjaśniających w klubowych czytelniach. W jego sercu nie rozgorzał żaden płomień, tak jak tamtego wieczoru na szlaku jeździeckim w Jackson Park, kiedy przedstawiła mu kolejny pomysł. Ale na myśl o potrzebie ponownego zainteresowania się nią, odwrócił się do niej z uśmiechem.
  "Brzmi to dobrze, ale nie znam się na takich rzeczach" - powiedział.
  Po tym wieczorze Sue zaczęła się ogarniać. W jej oczach znów zapłonął dawny ogień, a ona z uśmiechem chodziła po domu, rozmawiając wieczorami z milczącym, uważnym mężem o pożytecznym, pełnym życiu. Pewnego dnia opowiedziała mu o swoim wyborze na prezeskę Towarzystwa Pomocy Upadłym Kobietom, a on zaczął widywać jej nazwisko w gazetach w kontekście różnych ruchów charytatywnych i obywatelskich. Przy stole zaczął pojawiać się nowy typ mężczyzny i kobiety; dziwnie poważni, rozgorączkowani, na wpół fanatyczni ludzie, pomyślał Sam, z upodobaniem do sukienek bez gorsetu i nieobciętych włosów, którzy rozmawiali do późna w nocy i wprawiali się w swego rodzaju religijny zapał dla tego, co nazywali swoim ruchem. Sam odkrył, że są skłonni do wygłaszania zdumiewających stwierdzeń, zauważył, że podczas rozmowy siedzą na krawędzi krzeseł i był zdziwiony ich skłonnością do wygłaszania najbardziej rewolucyjnych deklaracji bez zatrzymywania się, by je poprzeć. Kiedy zakwestionował wypowiedzi któregoś z tych mężczyzn, rzucił się na nich z pasją, która całkowicie go urzekła, a potem, zwracając się do pozostałych, spojrzał na nich mądrze, niczym kot, który połknął mysz. "Zadaj nam jeszcze jedno pytanie, jeśli się odważysz" - zdawały się mówić ich twarze, a ich języki świadczyły, że byli jedynie studentami wielkiego problemu właściwego życia.
  Sam nigdy nie nawiązał prawdziwego zrozumienia ani przyjaźni z tymi nowymi ludźmi. Przez pewien czas usilnie starał się pozyskać ich żarliwe zaangażowanie w swoje idee i zaimponować im tym, co mówili o swoim humanitaryzmie, a nawet uczestniczył w niektórych spotkaniach, na jednym z których siedział wśród zgromadzonych upadłych kobiet i słuchał przemówienia Sue.
  Przemówienie nie odniosło wielkiego sukcesu; upadłe kobiety poruszały się niespokojnie. Lepiej poradziła sobie rosła kobieta z ogromnym nosem. Mówiła z szybkim, zaraźliwym zapałem, który był bardzo poruszający, a słuchając jej, Sam przypomniał sobie wieczór, kiedy siedział przed innym gorliwym mówcą w kościele w Caxton, a Jim Williams, fryzjer, próbował zmusić go do wejścia na cmentarz. Podczas gdy kobieta przemawiała, drobny, pulchny członek półświatka siedzący obok Sama rozpłakał się obficie, ale pod koniec przemówienia nie mógł sobie przypomnieć niczego, co zostało powiedziane, i zastanawiał się, czy płacząca kobieta będzie pamiętać.
  Aby zademonstrować swoją determinację, by pozostać towarzyszem i partnerem Sue, Sam spędził jedną zimę, ucząc klasę młodych mężczyzn w pensjonacie w dzielnicy fabrycznej na West Side. Zadanie zakończyło się porażką. Młodzi mężczyźni byli ociężali i otępiali ze zmęczenia po całym dniu pracy w warsztatach, skłonni raczej zasypiać na krzesłach lub wychodzić jeden po drugim, by poleżeć i zapalić w najbliższym kącie, niż pozostać w pokoju, słuchając osoby czytającej lub mówiącej przed nimi.
  Kiedy jeden z młodych pracowników wszedł do sali, usiedli i na chwilę się zainteresowali. Pewnego dnia Sam podsłuchał, jak grupa rozmawia o tych pracownikach na półpiętrze ciemnych schodów. To doświadczenie zszokowało Sama i opuścił zajęcia, przyznając się Sue do swojej porażki i braku zainteresowania, a następnie skłonił głowę w odpowiedzi na jej oskarżenia o brak męskiego zainteresowania.
  Później, gdy jego własny pokój stanął w płomieniach, próbował wyciągnąć morał z tego doświadczenia.
  "Dlaczego miałbym kochać tych mężczyzn?" - pytał sam siebie. "Są tym, kim mógłbym być. Tylko nieliczni z tych, których znałem, kochali mnie, a niektórzy z najlepszych i najszlachetniejszych z nich energicznie przyczynili się do mojej porażki. Życie to walka, w której niewielu wygrywa, a wielu ponosi klęskę, a nienawiść i strach odgrywają w niej swoją rolę, podobnie jak miłość i hojność. Ci młodzi mężczyźni o ciężkich rysach twarzy są częścią świata, jakim go stworzyli. Po co ten protest przeciwko ich losowi, skoro wszyscy tworzymy ich coraz więcej z każdym obrotem zegara?"
  W ciągu następnego roku, po fiasku klasy osadniczej, Sam zauważył, że coraz bardziej dystansuje się od Sue i jej nowego spojrzenia na życie. Rosnąca przepaść między nimi przejawiała się w tysiącach drobnych, codziennych gestów i impulsów, a za każdym razem, gdy na nią patrzył, czuł, że jest coraz bardziej od niego oddzielona, przestaje być częścią prawdziwego życia, które toczyło się w nim. Dawniej w jej twarzy i obecności było coś intymnego i znajomego. Wydawała się częścią niego, jak pokój, w którym spał, czy płaszcz, który nosił na plecach, a on patrzył jej w oczy tak bezmyślnie i bez lęku przed tym, co może w nich znaleźć, jak patrzył na własne dłonie. Teraz, gdy ich oczy się spotkały, spuściły wzrok, a jedno z nich zaczęło mówić pospiesznie, jak człowiek świadomy czegoś, co musi ukryć.
  W centrum miasta Sam odnowił dawną przyjaźń i zażyłe stosunki z Jackiem Prince'em, chodząc z nim do klubów i barów, a często spędzając wieczory w gronie inteligentnych, oszczędnych młodych mężczyzn, którzy śmiali się, zawierali interesy i szli przez życie u boku Jacka. Spośród tych młodych mężczyzn, partner biznesowy Jacka wpadł mu w oko i w ciągu kilku tygodni między Samem a tym mężczyzną nawiązała się bliska relacja.
  Maurice Morrison, nowy przyjaciel Sama, został odkryty przez Jacka Prince'a, który pracował jako asystent redaktora lokalnej gazety codziennej o zasięgu stanowym . Mężczyzna ten, jak myślał Sam, miał w sobie coś z caxtońskiego dandysa Mike'a McCarthy'ego, w połączeniu z długimi i żarliwymi, choć nieco przerywanymi, napadami pracowitości. W młodości pisał poezję i krótko studiował na duchownego, ale w Chicago, pod okiem Jacka Prince'a, stał się zarabiającym pieniądze i wiódł życie utalentowanego, raczej pozbawionego skrupułów towarzysza. Utrzymywał kochankę, często pił, a Sam uważał go za najbardziej błyskotliwego i przekonującego mówcę, jakiego kiedykolwiek słyszał. Jako asystent Jacka Prince'a był odpowiedzialny za duży budżet reklamowy Rainey Company, a między dwoma mężczyznami rozwinął się wzajemny szacunek, który często się spotykał. Sam uważał go za pozbawionego poczucia moralności; Wiedział, że przyjaciel jest utalentowany i uczciwy, a w kontaktach z nim odkrył mnóstwo dziwnych, czarujących charakterów i zachowań, które dodawały niewysłowionego uroku osobowości jego przyjaciela.
  To Morrison był przyczyną pierwszego poważnego nieporozumienia między Samem a Sue. Pewnego wieczoru błyskotliwy młody dyrektor reklamy jadł obiad u Macphersonów. Stół, jak zwykle, zapełnili nowi znajomi Sue, w tym wysoki, szczupły mężczyzna, który, gdy tylko podano kawę, zaczął mówić wysokim, poważnym głosem o nadchodzącej rewolucji społecznej. Sam spojrzał przez stół i dostrzegł błysk światła w oczach Morrisona. Jak pies spuszczony ze smyczy, rzucił się na znajomych Sue, rozszarpując bogaczy, wzywając do dalszego rozwoju mas, cytując wszelkiego rodzaju Shelleya i Carlyle'a, uważnie przyglądając się wszystkim zebranym, aż w końcu całkowicie zniewalając serca kobiet swoją obroną upadłych kobiet, która poruszyła nawet krew jego przyjaciela i gospodarza.
  Sam był zaskoczony i lekko zirytowany. Wiedział, że to wszystko to tylko bezczelna gra, z odpowiednią dozą szczerości jak na mężczyznę, ale bez głębi i prawdziwego znaczenia. Resztę wieczoru spędził obserwując Sue, zastanawiając się, czy ona również zrozumiała Morrisona i co myśli o tym, że przejął rolę gwiazdy od wysokiego, szczupłego mężczyzny, który najwyraźniej został do niej przydzielony, który usiadł przy stole, a potem krążył między gośćmi, zirytowany i zdezorientowany.
  Późnym wieczorem Sue weszła do jego pokoju i zastała go czytającego i palącego przy kominku.
  "Morrison postąpił bezczelnie, gasząc twoją gwiazdę" - powiedział, patrząc na nią i śmiejąc się przepraszająco.
  Sue spojrzała na niego z powątpiewaniem.
  "Przyszłam ci podziękować za to, że to przywiozłeś" - powiedziała. "Uważam, że to wspaniałe".
  Sam spojrzał na nią i przez chwilę rozważał porzucenie pytania. Potem jednak jego stara skłonność do otwartości i szczerości wzięła górę, więc zamknął książkę i wstał, patrząc na nią z góry.
  "Ta mała bestia oszukała wasz tłum" - powiedział - "ale nie chcę, żeby oszukał was. Nie chodzi o to, że nie próbował. Ma odwagę zrobić wszystko".
  Na jej policzkach pojawił się rumieniec, a oczy zabłysły.
  "To nieprawda, Sam" - powiedziała chłodno. "Mówisz tak, bo stajesz się twardy, zimny i cyniczny. Twój przyjaciel Morrison mówił prosto z serca. To było piękne. Ludzie tacy jak ty, którzy mają na niego tak silny wpływ, mogą go odwieść, ale w końcu taki człowiek poświęci życie służbie społeczeństwu. Musisz mu pomóc; nie przyjmuj postawy niedowierzania i nie śmiej się z niego".
  Sam stał przy kominku, paląc fajkę i patrząc na nią. Myślał o tym, jak łatwo byłoby wytłumaczyć Morrisonowi wszystko w pierwszym roku po ślubie. Teraz czuł, że tylko pogarsza sytuację, ale nadal trzymał się swojej zasady całkowitej szczerości wobec niej.
  "Słuchaj, Sue" - zaczął cicho - "zachowuj się kulturalnie". Morrison żartował. "Znam tego człowieka. Jest przyjacielem ludzi takich jak ja, bo chce i bo mu to pasuje. To gaduła, pisarz, utalentowany, pozbawiony skrupułów mistrz słowa. Zarabia krocie, czerpiąc idee od ludzi takich jak ja i wyrażając je lepiej, niż my sami potrafilibyśmy. To dobry pracownik, hojny, otwarty mężczyzna z ogromnym, anonimowym urokiem, ale nie jest człowiekiem o silnych przekonaniach. Może wzruszyć do łez twoje upadłe kobiety, ale o wiele bardziej prawdopodobne jest, że przekona dobre kobiety do zaakceptowania swojego stanu".
  Sam położył jej rękę na ramieniu.
  "Bądźcie rozsądni i nie obrażajcie się" - kontynuował - "zaakceptujcie tego człowieka takim, jakim jest i cieszcie się jego szczęściem. Mało cierpi i dobrze się bawi. Mógłby przekonująco argumentować za powrotem cywilizacji do kanibalizmu, ale w rzeczywistości, widzicie, większość czasu spędza na myśleniu i pisaniu o pralkach, damskich kapeluszach i tabletkach na wątrobę, a większość jego elokwencji ostatecznie sprowadza się właśnie do tego. W końcu chodzi o "Wyślij do katalogu, dział K".
  Gdy Sue odpowiadała, w jej głosie słychać było bezbarwną pasję.
  "To jest nie do zniesienia. Po co przyprowadziłeś tu tego faceta?
  Sam usiadł i wziął do ręki książkę. W swojej niecierpliwości skłamał jej po raz pierwszy od ślubu.
  "Po pierwsze, dlatego, że go lubię, a po drugie, ponieważ chciałem sprawdzić, czy potrafię stworzyć człowieka, który przewyższy twoich socjalistycznych przyjaciół" - powiedział cicho.
  Sue odwróciła się i wyszła z pokoju. W pewnym sensie ta czynność była ostateczna, oznaczała koniec ich porozumienia. Odłożywszy książkę, Sam patrzył, jak odchodzi, a jakiekolwiek uczucie, jakie do niej żywił, które odróżniało ją od wszystkich innych kobiet, zamarło w nim, gdy drzwi się zamknęły. Odrzuciwszy książkę, zerwał się na równe nogi i wstał, patrząc na drzwi.
  "Stare powołanie do przyjaźni umarło" - pomyślał. "Od teraz będziemy musieli się tłumaczyć i przepraszać jak dwaj obcy ludzie. Koniec z traktowaniem siebie nawzajem jak coś oczywistego".
  Zgasiwszy światło, ponownie usiadł przed kominkiem, by rozważyć sytuację, w jakiej się znalazł. Nie sądził, że ona wróci. Jego ostatni strzał przekreślił tę możliwość.
  Ogień w kominku zgasł, a on nie zadał sobie trudu, by go ponownie rozpalić. Spojrzał ponad nim na zaciemnione okna i usłyszał turkot samochodów na bulwarze w dole. Znów był chłopcem z Caxton, łaknącym końca życia. Zarumieniona twarz kobiety w teatrze tańczyła mu przed oczami. Ze wstydem przypomniał sobie, jak kilka dni wcześniej stał w drzwiach, obserwując, jak postać kobiety unosi ku niemu wzrok, gdy mijali się ulicą. Pragnął wyjść na spacer z Johnem Telferem i wypełnić myśli elokwencją o stojącej kukurydzy albo usiąść u stóp Janet Eberle, gdy rozmawiała o książkach i życiu. Wstał i zapaliwszy światło, zaczął przygotowywać się do snu.
  "Wiem, co będę robił" - powiedział. "Pójdę do pracy. Zamierzam podjąć się prawdziwej pracy i zarobić trochę dodatkowych pieniędzy. To miejsce jest dla mnie".
  I zabrał się do pracy, prawdziwej pracy, najbardziej wytrwałej i skrupulatnie zaplanowanej, jaką kiedykolwiek wykonywał. Przez dwa lata wychodził z domu o świcie na długie, orzeźwiające spacery w rześkim porannym powietrzu, a potem spędzał osiem, dziesięć, a nawet piętnaście godzin w biurze i sklepach; godziny, podczas których bezlitośnie niszczył Rainey Arms Company i, otwarcie wydzierając pułkownikowi Thomowi wszelkie resztki kontroli, rozpoczął plany konsolidacji amerykańskich firm zbrojeniowych, co później umieściło jego nazwisko na pierwszych stronach gazet i nadało mu rangę kapitana finansowego.
  W świecie powszechny jest brak zrozumienia motywów wielu amerykańskich milionerów, którzy zdobyli sławę i fortunę w okresie szybkiego i zdumiewającego rozwoju gospodarczego po zakończeniu hiszpańskiej wojny domowej. Wielu z nich nie było prymitywnymi handlarzami, lecz ludźmi myślącymi i działającymi błyskawicznie, z odwagą i śmiałością wykraczającą poza przeciętny umysł. Byli żądni władzy, a wielu z nich było całkowicie pozbawionych skrupułów, ale w większości byli to ludzie z płonącym w nich ogniem, którzy stali się tym, kim byli, ponieważ świat nie oferował im lepszego ujścia dla ich ogromnej energii.
  Sam McPherson był niestrudzony i niezłomny w swojej pierwszej, ciężkiej walce o wzniesienie się ponad ogromne, nieznane masy w mieście. Porzucił pogoń za pieniędzmi, gdy usłyszał to, co uznał za wezwanie do lepszego życia. Teraz, wciąż pełen młodości, z treningiem i dyscypliną zdobytą dzięki dwuletniemu czytaniu, względnemu wypoczynkowi i refleksji, był gotowy zademonstrować chicagowskiemu światu biznesu ogromną energię potrzebną do zapisania się w historii przemysłowej miasta jako jeden z pierwszych zachodnich gigantów finansowych.
  Zbliżając się do Sue, Sam szczerze opowiedział jej o swoich planach.
  "Chcę mieć pełną swobodę w zarządzaniu udziałami w twojej firmie" - powiedział. "Nie mogę zarządzać tym twoim nowym życiem. Może ci ono pomóc i cię wesprzeć, ale to nie moja sprawa. Chcę teraz być sobą i żyć po swojemu. Chcę zarządzać firmą, naprawdę nią zarządzać. Nie mogę stać bezczynnie i pozwolić, by życie toczyło się swoim torem. Robię sobie krzywdę, a ty tu stoisz i patrzysz. Poza tym, jestem w innym niebezpieczeństwie, którego chcę uniknąć, poświęcając się ciężkiej, konstruktywnej pracy".
  Sue bez wahania podpisała dokumenty, które jej przyniósł. Powrócił błysk dawnej szczerości wobec niego.
  "Nie winię cię, Sam" - powiedziała, uśmiechając się dzielnie. "Jak oboje wiemy, nie poszło zgodnie z planem, ale skoro nie możemy współpracować, to przynajmniej nie róbmy sobie krzywdy".
  Kiedy Sam wrócił, by zająć się swoimi sprawami, kraj dopiero zaczynał falę konsolidacji, która ostatecznie miała przekazać całą władzę finansową w ręce kilkunastu kompetentnych i skutecznych osób. Z instynktem urodzonego tradera, Sam przewidział ten ruch i przestudiował go. Teraz przystąpił do działania. Zwrócił się do tego samego śniadego prawnika, który zapewnił mu kontrakt na nadzór nad dwudziestoma tysiącami dolarów studenta medycyny i który żartobliwie zasugerował mu dołączenie do gangu rabusiów kolejowych. Opowiedział mu o swoich planach rozpoczęcia konsolidacji wszystkich firm zbrojeniowych w kraju.
  Webster nie tracił czasu na pogawędki. Przedstawił swoje plany, modyfikował je i dostosowywał w odpowiedzi na trafne sugestie Sama, a kiedy wspomniano o płatności, pokręcił głową.
  "Chcę być częścią tego" - powiedział. "Będziecie mnie potrzebować. Zostałem stworzony do tej gry i czekałem na szansę, żeby w nią zagrać. Jeśli chcecie, po prostu uważajcie mnie za promotora".
  Sam skinął głową. W ciągu tygodnia zgromadził pulę akcji w swojej firmie, kontrolując, jak uważał, bezpieczną większość, i zaczął pracować nad utworzeniem podobnej puli akcji u swojego jedynego dużego zachodniego konkurenta.
  Ostatnie zadanie było wymagające. Lewis, Żyd, konsekwentnie odnosił sukcesy w firmie, tak jak Sam odnosił sukcesy w Rainey's. Był człowiekiem sukcesu, kierownikiem sprzedaży o rzadkich zdolnościach i, jak Sam wiedział, planistą i realizatorem pierwszorzędnych przejęć biznesowych.
  Sam nie chciał mieć nic wspólnego z Lewisem. Szanował jego umiejętność zawierania korzystnych umów i czuł, że chce mieć nad nim przewagę. W tym celu zaczął odwiedzać bankierów i szefów dużych zachodnich firm powierniczych w Chicago i St. Louis. Pracował powoli, po omacku, starając się dotrzeć do każdego z nich z jakąś skuteczną zachętą, kupując ogromne sumy pieniędzy za obietnicę akcji zwykłych, kusząc dużym, aktywnym kontem bankowym, a tu i ówdzie zapowiedzią stanowiska dyrektora w dużej, nowo powstałej firmie.
  Przez pewien czas projekt rozwijał się powoli; wręcz zdarzały się tygodnie i miesiące, kiedy zdawał się stać w miejscu. Pracując w tajemnicy i z najwyższą ostrożnością, Sam spotykał się z wieloma rozczarowaniami i dzień po dniu wracał do domu, by zasiadać wśród gości Sue, rozważając własne plany i obojętnie słuchając rozmów o rewolucji, niepokojach społecznych i nowej świadomości klasowej mas, które dudniły i trzeszczały na jego stole w jadalni. Myślał, że to pewnie Sue próbuje. Jej interesy najwyraźniej go nie interesowały. Jednocześnie myślał, że osiąga to, czego pragnie od życia, i kładł się spać z przekonaniem, że odnalazł i odnajdzie jakiś rodzaj spokoju, po prostu jasno myśląc o jednej rzeczy dzień po dniu.
  Pewnego dnia Webster, chętny do udziału w transakcji, przyszedł do biura Sama i dał swojemu projektowi pierwszy poważny impuls. Podobnie jak Sam, uważał, że doskonale rozumie trendy tamtych czasów i pożądał pakietu akcji zwykłych, który Sam obiecał mu po zakończeniu umowy.
  "Nie wykorzystujesz mnie" - powiedział, siadając przed biurkiem Sama. "Co stoi na przeszkodzie do zawarcia umowy?"
  Sam zaczął wyjaśniać i gdy skończył, Webster się roześmiał.
  "Chodźmy prosto do Toma Edwardsa z Edward Arms" - powiedział, a potem, pochylając się nad stołem, dodał: "Edwards to próżny paw i drugorzędny biznesmen" - oświadczył stanowczo. "Nastrasz go, a potem schlebiaj jego próżności. Ma nową żonę o blond włosach i dużych, łagodnych, niebieskich oczach. Chce rozgłosu. Sam boi się podejmować duże ryzyko, ale pożąda reputacji i zysków płynących z dużych interesów. Zastosuj metodę, której użył Żyd; pokaż mu, co to znaczy, że jasnowłosa kobieta jest żoną prezesa dużej, skonsolidowanej firmy zbrojeniowej. EDWARDS SIĘ KONSOLIDUJĄ, co? Idź do Edwardsa. Oszukaj go i schlebiaj mu, a zostanie twoim człowiekiem".
  Sam zamilkł. Edwards był niskim, siwowłosym mężczyzną około sześćdziesiątki, o oschłym, obojętnym usposobieniu. Choć małomówny, sprawiał wrażenie osoby o niezwykłej inteligencji i zdolnościach. Po życiu pełnym ciężkiej pracy i najsurowszych surowych zasad, wzbogacił się i, za pośrednictwem Lewisa, wszedł do branży zbrojeniowej, uważanej za jedną z najjaśniejszych gwiazd w jego lśniącej żydowskiej koronie. Mógł przewodzić Edwardsowi w jego śmiałym i brawurowym zarządzaniu sprawami firmy.
  Sam spojrzał przez stół na Webstera i pomyślał o Tomie Edwardsie jako tytularnym szefie funduszu broni palnej.
  "Chciałem zachować wisienkę na torcie dla mojego Toma" - powiedział. "Chciałem dać to Pułkownikowi".
  "Zobaczmy Edwardsa dziś wieczorem" - rzekł sucho Webster.
  Sam skinął głową i późnym wieczorem zawarł umowę, która dała mu kontrolę nad dwiema ważnymi zachodnimi firmami i pozwoliła mu atakować firmy wschodnie z pełną perspektywą pełnego sukcesu. Zwrócił się do Edwardsa z przesadnymi doniesieniami o wsparciu, jakie już otrzymał dla swojego projektu, i po zastraszeniu go, zaproponował mu stanowisko prezesa nowej firmy, obiecując, że zostanie ona zarejestrowana pod nazwą The Edwards Consolidated Firearms Company of America.
  Kompanie wschodnie szybko upadły. Sam i Webster wypróbowali na nich starą sztuczkę, mówiąc każdemu z nich, że pozostałe dwie zgodziły się przyjechać, i to zadziałało.
  Wraz z przybyciem Edwardsa i możliwościami, jakie stwarzały firmy ze Wschodu, Sam zaczął zyskiwać poparcie bankierów z LaSalle Street. Firearms Trust był jedną z niewielu dużych, w pełni kontrolowanych korporacji na Zachodzie, a po tym, jak dwóch lub trzech bankierów zgodziło się pomóc w finansowaniu planu Sama, inni zaczęli prosić o włączenie do syndykatu gwarancyjnego, który utworzył z Websterem. Zaledwie trzydzieści dni po sfinalizowaniu umowy z Tomem Edwardsem, Sam poczuł się gotowy do działania.
  Pułkownik Tom wiedział o planach Sama od miesięcy i nie sprzeciwiał się. Co więcej, dał Samowi do zrozumienia, że jego akcje będą głosować razem z akcjami Sue, którą Sam kontrolował, a także z akcjami innych dyrektorów, którzy wiedzieli o interesie Sama i mieli nadzieję na udział w zyskach z jego transakcji. Doświadczony rusznikarz przez całe życie wierzył, że inne amerykańskie firmy produkujące broń palną to jedynie cienie, skazane na zniknięcie przed wschodem słońca Rainey, i uważał projekt Sama za akt opatrzności, przybliżający ten upragniony cel.
  W chwili cichej zgody na plan Webstera, aby pozyskać Toma Edwardsa, Sam miał wątpliwości, a teraz, gdy sukces jego projektu był już bliski, zaczął się zastanawiać, jak dziki starzec zareaguje na Edwardsa jako głównego bohatera, szefa dużej firmy, a jego nazwisko będzie figurowało w nazwie firmy.
  Przez dwa lata Sam rzadko widywał pułkownika, który porzucił wszelkie pozory aktywnego udziału w zarządzaniu przedsiębiorstwem i który, uważając nowych przyjaciół Sue za żenujących, rzadko przychodził do domu. Przebywał w klubach i całe dnie spędzał grając w bilard lub siedząc w klubowych oknach i chwaląc się przypadkowym słuchaczom swoją rolą w budowie Rainey Arms Company.
  Z myślami pełnymi wątpliwości, Sam wrócił do domu i opowiedział o tym Sue. Była już ubrana i gotowa na wieczór w teatrze z grupą przyjaciół, a rozmowa była krótka.
  "Nie będzie miał nic przeciwko" - powiedziała obojętnie. "Idź i rób, co chcesz".
  Sam wrócił do biura i zadzwonił do swoich asystentów. Czuł, że mógłby to wszystko zrobić jeszcze raz, a mając opcje i kontrolę nad własną firmą, był gotowy wyjść i sfinalizować transakcję.
  Poranne gazety donoszące o planowanej nowej, dużej konsolidacji firm produkujących broń palną zamieszczały również niemal naturalnej wielkości zdjęcie półtonowe pułkownika Toma Raineya, nieco mniejsze zdjęcie Toma Edwardsa, a wokół tych małych fotografii grupowano mniejsze zdjęcia Sama, Lewisa, Prince'a, Webstera i kilku mężczyzn ze Wschodu. Używając rozmiaru półtonowego, Sam, Prince i Morrison próbowali pogodzić pułkownika Toma z nazwiskiem Edwardsa w nazwie nowej firmy oraz ze zbliżającą się kampanią prezydencką Edwardsa. Artykuł podkreślał również dawną świetność firmy Raineya i jej genialnego dyrektora, pułkownika Toma. Jedno zdanie, napisane przez Morrisona, wywołało uśmiech na ustach Sama.
  "Ten wielki, stary patriarcha amerykańskiego biznesu, który wycofał się ze służby czynnej, jest niczym zmęczony olbrzym, który po wychowaniu potomstwa młodych olbrzymów udaje się do swojego zamku, aby odpocząć, pomyśleć i policzyć blizny odniesione w wielu ciężko stoczonych bitwach".
  Morrison roześmiał się, czytając to na głos.
  "To powinno trafić do pułkownika" - powiedział - "ale dziennikarz, który to wydrukuje, powinien zostać powieszony".
  "I tak to wydrukują" - powiedział Jack Prince.
  I oni to wydrukowali; Prince i Morrison, przemieszczając się z redakcji jednej gazety do drugiej, monitorowali to, wykorzystując swoje wpływy jako główni nabywcy powierzchni reklamowej, a nawet nalegając na korektę własnego arcydzieła.
  Ale to nie zadziałało. Wczesnym rankiem następnego dnia pułkownik Tom pojawił się w biurze firmy zbrojeniowej z krwią w oczach i przysiągł, że konsolidacja nie zostanie przeprowadzona. Przez godzinę krążył tam i z powrotem po biurze Sama, a jego wybuchy gniewu przeplatały się z dziecinnymi prośbami o zachowanie dobrego imienia i sławy Raineya. Kiedy Sam pokręcił głową i poszedł ze staruszkiem na spotkanie, na którym mieli rozstrzygnąć jego pozew i sprzedać firmę Raineyowi, wiedział, że czeka go walka.
  Spotkanie było ożywione. Sam przedstawił raport, w którym przedstawił osiągnięte rezultaty, a Webster, po zagłosowaniu z kilkoma zaufanymi powiernikami Sama, zgłosił wniosek o przyjęcie oferty Sama dotyczącej starej firmy.
  A potem pułkownik Tom oddał strzał. Przechadzając się tam i z powrotem po sali przed mężczyznami, siedząc przy długim stole lub na krzesłach opartych o ściany, zaczął z całą swoją dawną ekstrawagancją opowiadać o dawnej chwale Kompanii Rainey. Sam obserwował, jak spokojnie traktuje wystawę jako coś odrębnego i oderwanego od tematu spotkania. Przypomniał sobie pytanie, które przyszło mu do głowy jako uczeń i które po raz pierwszy zetknął się z historią w szkole. Było tam zdjęcie Indian w tańcu wojennym i zastanawiał się, dlaczego tańczyli przed bitwą, a nie po niej. Teraz jego umysł odpowiedział na to pytanie.
  "Gdyby wcześniej nie tańczyli, być może nigdy nie mieliby takiej szansy" - pomyślał, uśmiechając się do siebie.
  "Nalegam, chłopcy, żebyście trzymali się swoich zasad" - ryknął pułkownik, odwracając się i rzucając na Sama. "Nie pozwólcie, żeby ten niewdzięczny parweniusz, syn pijanego malarza wiejskiego, którego poderwałem z grządki kapusty na South Water Street, pozbawił was lojalności wobec starego wodza. Nie pozwólcie mu okraść was z tego, co zapracowaliśmy latami ciężkiej pracy".
  Pułkownik oparł się o stół i rozejrzał po pokoju. Sam poczuł ulgę i radość z bezpośredniego ataku.
  "To uzasadnia to, co zamierzam zrobić" - pomyślał.
  Kiedy pułkownik Tom skończył, Sam rzucił przelotne spojrzenie na zarumienioną twarz i drżące palce starca. Był pewien, że jego elokwencja nie spotkała się z zainteresowaniem, więc bez komentarza poddał wniosek Webstera pod głosowanie.
  Ku jego zaskoczeniu, dwóch nowych członków zarządu zagłosowało swoimi akcjami wraz z akcjami pułkownika Toma, ale trzeci mężczyzna, który zagłosował swoimi akcjami wraz z akcjami bogatego agenta nieruchomości z Południa, nie zagłosował. Głosowanie utknęło w martwym punkcie, a Sam, patrząc na stół, uniósł brwi i spojrzał na Webstera.
  "Odraczamy spotkanie na dwadzieścia cztery godziny" - warknął Webster i wniosek został przyjęty.
  Sam spojrzał na kartkę leżącą przed nim na stole. Pisał to zdanie w kółko, podczas gdy głosy były liczone.
  "Najlepsi ludzie poświęcają swoje życie poszukiwaniu prawdy".
  Pułkownik Tom wyszedł z pokoju jak zwycięzca, odmawiając rozmowy z Samem, który spojrzał przez stół na Webstera i skinął głową w stronę mężczyzny, który nie głosował.
  W ciągu godziny Sam wygrał bitwę. Po tym, jak ostro skrytykował mężczyznę reprezentującego akcje inwestora z południa, on i Webster nie opuścili pokoju, dopóki nie przejęli absolutnej kontroli nad firmą Raineya, a mężczyzna, który odmówił głosowania, zgarnął dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. W sprawę zamieszani byli również dwaj dyrektorzy pomocniczy, których Sam wysłał do rzeźni. Następnie, po spędzeniu popołudnia i wczesnego wieczora z przedstawicielami wschodnich firm i ich prawnikami, wrócił do domu, do Sue.
  Była już godzina dziewiąta, gdy jego samochód zatrzymał się przed domem. Wchodząc od razu do pokoju, zobaczył Sue siedzącą przed kominkiem, z rękami uniesionymi nad głową i wpatrującą się w rozżarzone węgle.
  Kiedy Sam stanął w drzwiach i spojrzał na nią, ogarnęła go fala oburzenia.
  "Stary tchórz" - pomyślał - "sprowadził tu naszą walkę".
  Powiesiwszy płaszcz, nabił fajkę i przysunął sobie krzesło, po czym usiadł obok niej. Sue siedziała tam przez pięć minut, wpatrując się w ogień. Kiedy się odezwała, w jej głosie pobrzmiewała nuta szorstkości.
  "Koniec końców, Sam, wiele zawdzięczasz swojemu ojcu" - zauważyła, nie patrząc na niego.
  Sam nic nie powiedziała, więc kontynuowała.
  "Nie chodzi o to, że myślę, że to my cię stworzyliśmy, Ojcze i ja. Nie jesteś osobą, którą ludzie tworzą albo niszczą. Ale Sam, Sam, zastanów się, co robisz. Zawsze był głupcem w twoich rękach. Przychodził tu, kiedy byłeś nowy w firmie, i opowiadał ci, co robi. Miał cały zestaw nowych pomysłów i zwrotów; wszystko o marnotrawstwie, wydajności i uporządkowanej pracy w określonym celu. Nie zmylił mnie. Wiedziałem, że te pomysły, a nawet zwroty, których używał, by je wyrazić, nie były jego, ale wkrótce dowiedziałem się, że były twoje, że to po prostu ty wyrażałeś siebie przez niego. To wielkie, bezbronne dziecko, Sam, i jest stary. Nie zostało mu wiele życia. Nie bądź surowy, Sam. Bądź miłosierny."
  Jej głos nie drżał, lecz łzy spływały po jej zamarzniętej twarzy, a jej wyraziste dłonie zaciskały się na sukience.
  "Czy nic nie może cię zmienić? Czy zawsze musisz postawić na swoim?" - dodała, wciąż nie patrząc na niego.
  "To nieprawda, Sue, że zawsze chcę postawić na swoim, a ludzie mnie zmieniają. To ty mnie zmieniłaś" - powiedział.
  Potrząsnęła głową.
  "Nie, nie zmieniłem cię. Odkryłem, że czegoś pragniesz i pomyślałeś, że mogę ci to dać. Dałem ci pomysł, który przyjąłeś i wcieliłeś w życie. Nie wiem, skąd go wziąłem, pewnie z jakiejś książki albo z czyichś rozmów. Ale był twój. Ty go stworzyłeś, pielęgnowałeś we mnie i nadałeś mu barwę swojej osobowości. To twój pomysł dzisiaj. Znaczy dla ciebie więcej niż cała ta wiarygodność związana z bronią, którą piszą w gazetach.
  Odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, wyciągnęła rękę i położyła ją na jego dłoni.
  "Nie byłam odważna" - powiedziała. "Stoję ci na drodze. Miałam nadzieję, że się odnajdziemy. Musiałam cię uwolnić, ale nie byłam wystarczająco odważna, nie byłam wystarczająco odważna. Nie mogłam porzucić marzenia, że pewnego dnia naprawdę mnie z powrotem przyjmiesz".
  Wstając z krzesła, upadła na kolana, opierając głowę na jego kolanach, drżąc od szlochu. Sam siedział tam, głaszcząc ją po włosach. Jej zdenerwowanie było tak silne, że aż drżały jej muskularne plecy.
  Sam spojrzał na ogień i próbował jasno myśleć. Jej niepokój nie robił na nim większego wrażenia, ale całym sercem pragnął wszystko przemyśleć i podjąć właściwą, uczciwą decyzję.
  "Czas na wielkie rzeczy" - powiedział powoli, tonem człowieka tłumaczącego dziecku. "Jak mówią wasi socjaliści, nadchodzą wielkie zmiany. Nie sądzę, żeby wasi socjaliści naprawdę rozumieli, co te zmiany oznaczają, i nie jestem pewien, czy ja je rozumiem, czy ktokolwiek je rozumie, ale wiem, że oznaczają coś wielkiego i chcę w nich uczestniczyć i być ich częścią; wszyscy wielcy ludzie tak robią; walczą jak kurczaki w skorupce. Słuchajcie! To, co ja robię, musi zostać zrobione, a jeśli ja tego nie zrobię, zrobi to ktoś inny. Pułkownik musi odejść. Zostanie odrzucony. Należy do czegoś starego i zużytego. Myślę, że wasi socjaliści nazywają to erą rywalizacji".
  "Ale nie przez nas i nie przez ciebie, Sam" - błagała. "W końcu to mój ojciec".
  W oczach Sama pojawiło się surowe spojrzenie.
  "To nie brzmi dobrze, Sue" - powiedział chłodno. "Ojcowie niewiele dla mnie znaczą. Udusiłem własnego ojca i wyrzuciłem go na ulicę, kiedy byłem jeszcze chłopcem. Wiedziałaś o tym. Słyszałaś o tym, kiedy poszłaś dowiedzieć się o mnie w Caxton. Mary Underwood ci powiedziała. Zrobiłem to, bo kłamał i wierzył w kłamstwa. Czy twoi przyjaciele nie mówią, że człowieka, który wchodzi w drogę, należy zmiażdżyć?"
  Zerwała się na równe nogi i stanęła przed nim.
  "Nie cytuj tego tłumu" - wybuchnęła. "Oni nie są prawdziwi. Myślisz, że tego nie wiem? Czy nie wiem, że przychodzą tu, bo mają nadzieję cię złapać? Czyż nie obserwowałam ich i nie widziałam wyrazów ich twarzy, kiedy cię tam nie było i nie słuchałeś ich rozmów? Boją się ciebie, wszyscy. Dlatego mówią z taką goryczą. Boją się i wstydzą się tego, że się boją".
  "Jak się mają pracownicy sklepu?" - zapytał zamyślony.
  "Tak, to prawda, ja też, bo poniosłem porażkę w swoim życiu i nie miałem odwagi, żeby się wycofać. Jesteś wart nas wszystkich i pomimo wszystkich naszych słów, nigdy nie osiągniemy sukcesu ani nie zaczniemy odnosić sukcesów, dopóki nie sprawimy, że ludzie tacy jak ty będą chcieli tego samego, czego my chcemy. Oni o tym wiedzą i ja też to wiem".
  "A czego chcesz?"
  "Chcę, żebyś był wielki i hojny. Możesz taki być. Porażka nie może cię zranić. Ty i ludzie tacy jak ty możecie wszystko. Możecie nawet ponieść porażkę. Ja nie mogę. Nikt z nas nie może. Nie mogę narazić mojego ojca na taki wstyd. Chcę, żebyś zaakceptował porażkę".
  Sam wstał i, biorąc ją za rękę, poprowadził do drzwi. Przy drzwiach odwrócił ją i pocałował w usta jak kochanek.
  "Dobra, Sue, dziewczyno, zrobię to" - powiedział, popychając ją w stronę drzwi. "A teraz pozwól mi usiąść samemu i to przemyśleć".
  Była wrześniowa noc, a w powietrzu czuć było zbliżający się mróz. Otworzył okno, głęboko odetchnął rześkim powietrzem i wsłuchał się w dudnienie wiaduktu w oddali. Spoglądając w dół bulwaru, zobaczył światła rowerzystów tworzące lśniący strumień przepływający obok domu. W głowie przemknęły mu myśli o nowym samochodzie i wszystkich cudach postępu technicznego na świecie.
  "Ludzie, którzy budują maszyny, nie wahają się" - powiedział sobie. "Nawet gdyby na ich drodze stanęło tysiąc zatwardziałych ludzi, oni i tak by kontynuowali".
  Przypomniało mu się pewne zdanie Tennysona.
  "A siły powietrzne i morskie kraju walczą w centralnej części niebieskiego obszaru" - zacytował, mając na myśli artykuł, który przeczytał, przewidujący pojawienie się sterowców.
  Myślał o życiu pracowników huty i o tym, co robili i co będą robić.
  "Mają" - pomyślał - "wolność. Stal i żelazo nie biegną do domu, by nieść walkę kobietom siedzącym przy ognisku".
  Chodził tam i z powrotem po pokoju.
  "Gruby, stary tchórz. Cholerny, gruby, stary tchórz" - mruczał do siebie w kółko.
  Było już po północy, kiedy położył się do łóżka i zaczął próbować uspokoić się na tyle, by zasnąć. We śnie zobaczył grubego mężczyznę z chórzystką u boku, uderzającego głową o most nad wartkim strumieniem.
  Kiedy następnego ranka zszedł do sali śniadaniowej, Sue już nie było. Znalazł przy swoim talerzu karteczkę z informacją, że pojechała po pułkownika Toma i zabrała go na cały dzień z miasta. Poszedł do biura, myśląc o niekompetentnym starcu, który w imię sentymentalizmu pokonał go w tym, co uważał za największe przedsięwzięcie w swoim życiu.
  Na biurku znalazł wiadomość od Webstera. "Stary indyk uciekł" - powiedział. "Powinniśmy byli uratować dwadzieścia pięć tysięcy".
  Przez telefon Webster opowiedział Samowi o swojej wcześniejszej wizycie w klubie u pułkownika Toma i o tym, jak starszy pan wyjechał z miasta na jednodniową wycieczkę na wieś. Sam miał mu właśnie powiedzieć o swoich zmienionych planach, ale zawahał się.
  "Do zobaczenia za godzinę w twoim biurze" - powiedział.
  Z powrotem na zewnątrz, Sam spacerował i rozmyślał o swojej obietnicy. Szedł w dół jeziora do miejsca, gdzie zatrzymała go linia kolejowa i jezioro. Na starym drewnianym moście, patrząc w dół na drogę i w dół na wodę, stanął, jak w innych krytycznych momentach swojego życia, i rozmyślał o zmaganiach poprzedniej nocy. W czystym porannym powietrzu, z rykiem miasta za sobą i nieruchomymi wodami jeziora przed sobą, łzy i rozmowa z Sue wydawały się tylko częścią absurdalnej i sentymentalnej postawy jej ojca oraz obietnicy, którą złożył, tak marnej i niesprawiedliwie zdobytej. Uważnie rozważał scenę, rozmowy, łzy i obietnicę, którą złożył, prowadząc ją do drzwi. Wszystko wydawało się odległe i nierealne, jak jakaś obietnica złożona dziewczynce w dzieciństwie.
  "To nigdy nie było częścią tego wszystkiego" - powiedział, odwracając się i patrząc na miasto wznoszące się przed nim.
  Stał godzinę na drewnianym moście. Pomyślał o Windym Macphersonie, unoszącym róg do ust na ulicach Caxton, i znów ryk tłumu rozbrzmiał mu w uszach; i znów leżał w łóżku obok pułkownika Toma w tym północnym miasteczku, obserwując księżyc wschodzący nad jego okrągłym brzuchem i słuchając bezmyślnych miłosnych pogawędek.
  "Miłość" - powiedział, wciąż patrząc na miasto - "to kwestia prawdy, a nie kłamstw i udawania".
  Nagle wydało mu się, że jeśli pójdzie naprzód uczciwie, po chwili odzyska nawet Sue. Jego myśli zatrzymały się na myślach o miłości, która przychodzi do mężczyzny na tym świecie, o Sue w smaganych wiatrem północnych lasach i o Janet na wózku inwalidzkim w małym pokoju, gdzie tramwaje linowe z hukiem przejeżdżały za oknem. I myślał o innych rzeczach: o Sue czytającej gazety wybrane z książek przed upadłymi kobietami w małym holu na State Street, o Tomie Edwardsie z nową żoną i łzami w oczach, o Morrisonie i długopalcym socjaliście walczącym o słowa przy biurku. A potem, naciągając rękawiczki, zapalił cygaro i przeszedł zatłoczonymi ulicami z powrotem do swojego biura, aby zrealizować swój plan.
  Na spotkaniu tego samego dnia projekt został przyjęty bez ani jednego głosu sprzeciwu. Pod nieobecność pułkownika Toma, dwaj zastępcy dyrektora głosowali razem z Samem w niemal panicznym pośpiechu, a Sam, patrząc na elegancko ubranego i opanowanego Webstera, roześmiał się i zapalił nowe cygaro. Następnie zagłosował za akcjami, które Sue powierzyła mu na potrzeby projektu, czując, że robiąc to, zrywa, być może na zawsze, węzeł, który ich łączył.
  Po sfinalizowaniu transakcji Sam wygra pięć milionów dolarów, więcej niż kiedykolwiek kontrolował pułkownik Tom czy ktokolwiek z rodziny Rainey, i ugruntuje swoją pozycję w oczach chicagowskich i nowojorskich biznesmenów, tak jak kiedyś w oczach Caxtona i South Water Street. Zamiast kolejnego Windy'ego McPhersona, który nie zatrąbił przed oczekującym tłumem, nadal będzie człowiekiem, który osiągnął wiele, człowiekiem, który osiągnął, człowiekiem, z którego Ameryka będzie dumna przed całym światem.
  Nigdy więcej nie zobaczył Sue. Kiedy dotarła do niej wieść o jego zdradzie, wyjechała na Wschód, zabierając ze sobą pułkownika Toma, podczas gdy Sam zamknął dom i nawet wysłał tam kogoś po swoje ubrania. Napisał krótki list na jej wschodni adres, uzyskany od jej prawnika, oferując przekazanie jej lub pułkownikowi Tomowi całej wygranej z transakcji, kończąc okrutnym oświadczeniem: "Przecież nie mógłbym być osłem, nawet dla ciebie".
  Na tę wiadomość Sam otrzymała chłodną i zwięzłą odpowiedź, w której polecono mu zbyć jej udziały w firmie oraz udziały pułkownika Toma i wyznaczyć Eastern Trust Company do odbioru uzyskanej kwoty. Z pomocą pułkownika Toma, Sam starannie oszacowała wartość ich aktywów w momencie fuzji i kategorycznie odmówiła przyjęcia choćby centa więcej.
  Sam czuł, że kolejny rozdział jego życia dobiega końca. Webster, Edwards, Prince i ludzie ze Wschodu spotkali się i wybrali go na prezesa nowej spółki, a społeczeństwo ochoczo skupowało akcje zwykłe, które wysyłał na giełdę. Prince i Morrison mistrzowsko manipulowali opinią publiczną za pośrednictwem prasy. Pierwsze posiedzenie zarządu zakończyło się obfitym obiadem, podczas którego pijany Edwards wstał i chwalił się urodą swojej młodej żony. Tymczasem Sam, siedząc przy biurku w swoim nowym biurze w Rookery, zaczął ponuro odgrywać rolę jednego z nowych królów amerykańskiego biznesu.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IX
  
  HISTORIA Życie Sama w Chicago w ciągu następnych kilku lat przestaje być historią jednostki, a staje się historią pewnego typu, tłumu, gangu. To, co on i grupa ludzi wokół niego, zarabiających razem z nim pieniądze, robili w Chicago, inni ludzie i inne grupy robili w Nowym Jorku, Paryżu i Londynie. Doszedłszy do władzy na fali dobrobytu, która towarzyszyła pierwszej administracji McKinleya, ci ludzie oszaleli na punkcie zarabiania pieniędzy. Bawili się wielkimi instytucjami przemysłowymi i systemami kolejowymi jak podekscytowane dzieci, a jeden mieszkaniec Chicago zdobył uwagę i pewien podziw świata swoją gotowością do postawienia miliona dolarów na zmianę pogody. W latach krytyki i pierestrojki, które nastąpiły po tym okresie sporadycznego wzrostu, pisarze z wielką jasnością opowiadali, jak to się robiło, a niektórzy z uczestników - kapitanowie przemysłu, którzy stali się skrybami, Cezarowie, którzy stali się kałamarzami - zamienili tę historię w świat podziwu.
  Mając czas, chęci, wpływ prasy i brak skrupułów, to, co Sam McPherson i jego zwolennicy osiągnęli w Chicago, było łatwe. Za radą Webstera, a także utalentowanych Prince'a i Morrisona, by zadbali o własny rozgłos, szybko sprzedał swoje ogromne zasoby akcji zwykłych chętnej publiczności, zachowując obligacje zastawione bankom w celu zwiększenia kapitału obrotowego, zachowując jednocześnie kontrolę nad spółką. Po sprzedaży akcji zwykłych, on i grupa podobnie myślących osób przypuścili na nie atak za pośrednictwem giełdy i prasy, skupując je po niskiej cenie i wystawiając na sprzedaż, gdy opinia publiczna była pewna, że zostaną zapomniane.
  Roczne wydatki funduszu na reklamę broni palnej sięgały milionów, a wpływ Sama na prasę krajową był wręcz niewiarygodnie potężny. Morrison szybko nabrał niezwykłej śmiałości i zuchwałości, wykorzystując to narzędzie i wykorzystując je do realizacji celów Sama. Ukrywał fakty, tworzył iluzje i wykorzystywał gazety jako narzędzie do nękania kongresmenów, senatorów i ustawodawców stanowych, gdy stawali w obliczu takich problemów jak finansowanie broni palnej.
  Sam, który podjął się konsolidacji firm broni palnej, marząc o sobie jako o wielkim mistrzu w tej dziedzinie, kimś w rodzaju amerykańskiego Kruppa, szybko uległ marzeniom o podejmowaniu większego ryzyka w świecie spekulacji. W ciągu roku zastąpił Edwardsa na stanowisku szefa trustu broni palnej i mianował Lewisa na jego miejsce, a Morrisona na stanowisko sekretarza i kierownika sprzedaży. Pod przywództwem Sama, obaj, niczym drobny pasmanter ze starej firmy Rainey, podróżowali od stolicy do stolicy i od miasta do miasta, negocjując kontrakty, wpływając na wiadomości, umieszczając kontrakty reklamowe tam, gdzie mogliby zdziałać najwięcej dobrego, i rekrutując ludzi.
  Tymczasem Sam, wraz z Websterem, bankierem nazwiskiem Crofts, który odniósł ogromne zyski z fuzji w branży broni palnej, a czasem także z Morrisonem lub Prince'em, rozpoczął serię nalotów giełdowych, spekulacji i manipulacji, które przyciągnęły uwagę całego kraju i stały się znane w świecie prasy jako ekipa McPherson Chicago. Zajmowali się ropą naftową, koleją, węglem, ziemiami zachodnimi, górnictwem, drewnem i tramwajami. Pewnego lata Sam i Prince zbudowali, zarobili i sprzedali ogromny park rozrywki. Dzień po dniu kolumny liczb, pomysłów, planów i coraz bardziej imponujących możliwości zysku przelatywały mu przez głowę. Niektóre z przedsięwzięć, w których brał udział, choć ze względu na skalę wydawały się bardziej dostojne, w rzeczywistości przypominały przemyt gier z czasów jego pracy na South Water Street, a wszystkie jego operacje wykorzystywały jego dawny instynkt do zawierania umów i znajdowania dobrych okazji, do znajdowania nabywców i do zawierania wątpliwych umów, które przynosiły jemu i jego zwolennikom niemal nieustanny sukces, pomimo sprzeciwu bardziej konserwatywnych przedstawicieli biznesu i finansów miasta.
  Sam rozpoczął nowe życie, posiadając konie wyścigowe, członkostwo w licznych klubach, dom na wsi w Wisconsin i tereny łowieckie w Teksasie. Pił bez przerwy, grał w pokera o wysokie stawki, dokładał się do gazet i dzień po dniu prowadził swój zespół na finansowe morze. Nie śmiał myśleć i w głębi duszy miał tego dość. Bolało go to tak bardzo, że ilekroć wpadał na jakiś pomysł, wstawał z łóżka w poszukiwaniu hałaśliwych towarzyszy lub, wyjmując długopis i papier, siedział godzinami, obmyślając nowe, śmielsze plany zarabiania pieniędzy. Wielki postęp we współczesnym przemyśle, w którym marzył o byciu częścią, okazał się ogromnym, bezsensownym hazardem z wysokimi szansami na wygraną w starciu z łatwowierną publicznością. Wraz ze swoimi zwolennikami, dzień po dniu robił wszystko bez namysłu. Organizowano i zakładano nowe gałęzie przemysłu, zatrudniano i zwalniano ludzi, miasta niszczono przez niszczenie przemysłu, a inne miasta powstawały przez budowę innych gałęzi przemysłu. Na jego kaprys tysiąc mężczyzn rozpoczęło budowę miasta na piaszczystym wzgórzu w Indianie, a na skinienie jego ręki kolejne tysiąc mieszkańców miasteczka w Indianie sprzedawało swoje domy z kurnikami na podwórkach i winnicami rosnącymi przed drzwiami ich kuchni i spieszyło się, by wykupić przydzielone działki na wzgórzu. Nigdy nie przestawał omawiać ze swoimi zwolennikami znaczenia swoich działań. Opowiadał im o zyskach, jakie mieli osiągnąć, a potem, po tym, wychodził z nimi na drinki do barów i spędzał wieczór lub dzień na śpiewaniu, odwiedzaniu swojej stajni koni wyścigowych lub, częściej, siedząc w milczeniu przy stole do kart, grając o wysokie stawki. Podczas gdy zarabiał miliony manipulując opinią publiczną w ciągu dnia, zdarzało mu się siedzieć pół nocy, walcząc z towarzyszami o posiadanie tysięcy.
  Lewis, Żyd, jedyny z towarzyszy Sama, który nie poszedł w jego ślady w imponującym dochodzeniu, pozostał w biurze firmy produkującej broń palną i zarządzał nią jak utalentowany, naukowy człowiek, jakim był w biznesie. Chociaż Sam pozostał przewodniczącym zarządu i miał tam biuro, biurko i tytuł prezesa, pozwolił Lewisowi zarządzać firmą, podczas gdy sam spędzał czas na giełdzie lub w jakimś kąciku z kancelarią Webster and Crofts, planując nowe przedsięwzięcie.
  "Masz przewagę, Lewis" - powiedział pewnego dnia w zamyśleniu. "Myślałeś, że podkopałem cię, kiedy pozyskałem Toma Edwardsa, ale tylko postawiłem cię w lepszej pozycji".
  Gestem wskazał na duże, główne biuro z rzędami zapracowanych urzędników i dostojnym wyglądem wykonywanej pracy.
  "Mógłbym dostać taką pracę, jaką ty masz. Planowałem i knułem właśnie w tym celu" - dodał, zapalając cygaro i wychodząc.
  "A ciebie dopadł głód pieniędzy" - zaśmiał się Lewis, patrząc za nim - "głód, który dotknął Żydów, pogan i wszystkich, którzy ich karmią".
  Każdego dnia w tamtych latach można było spotkać tłum McPhersonów w Chicago wokół starej Giełdy Papierów Wartościowych w Chicago: Crofta, wysokiego, szorstkiego i dogmatycznego; Morrisona, szczupłego, eleganckiego i pełnego wdzięku; Webstera, dobrze ubranego, uprzejmego i dżentelmeńskiego; i Sama, milczącego, niespokojnego, często ponurego i nieatrakcyjnego. Czasami Sam miał wrażenie, że wszyscy oni są nierealni, zarówno on, jak i ludzie z nim. Ukradkiem obserwował swoich towarzyszy. Ciągle pozowali do zdjęć przed mijającym ich tłumem maklerów i drobnych spekulantów. Webster, podchodząc do niego na parkiecie giełdy, opowiadał mu o szalejącej na zewnątrz śnieżycy z miną człowieka rozstającego się z długo pielęgnowaną tajemnicą. Jego towarzysze chodzili od jednego do drugiego, przysięgając sobie wieczną przyjaźń, a potem, pilnując się nawzajem, spieszyli do Sama z opowieściami o sekretnych zdradach. Chętnie, choć czasem nieśmiało, akceptowali każdą jego propozycję i prawie zawsze wygrywali. Razem zarobili miliony manipulując firmą produkującą broń palną i koleją Chicago and North Lake Railroad, którą kontrolował.
  Lata później Sam wspominał to wszystko jako koszmar. Czuł się, jakby nigdy nie żył ani nie myślał jasno w tamtym okresie. Wielcy liderzy finansowi, których widział, nie byli, jego zdaniem, wielkimi ludźmi. Niektórzy, jak Webster, byli mistrzami rzemiosła lub, jak Morrison, mistrzami słowa, ale w większości byli po prostu przebiegłymi, chciwymi sępami, żerującymi na opinii publicznej lub na sobie nawzajem.
  Tymczasem stan Sama gwałtownie się pogarszał. Rano brzuch miał wzdęty, a ręce drżały. Mężczyzna o nienasyconym apetycie i zdeterminowany, by unikać kobiet, niemal nieustannie pił i objadał się, a w wolnym czasie zachłannie przeskakiwał z miejsca na miejsce, unikając myśli, unikając rozsądnej, spokojnej rozmowy, unikając samego siebie.
  Nie wszyscy jego towarzysze cierpieli w równym stopniu. Webster wydawał się przeznaczony do życia, prosperując dzięki niemu i rozwijając się, stale oszczędzając wygrane, uczęszczając w niedziele do kościoła na przedmieściach i unikając rozgłosu, który wiązał jego nazwisko z wyścigami konnymi i ważnymi wydarzeniami sportowymi, których pragnął Crofts, a którym podporządkował się Sam. Pewnego dnia Sam i Crofts przyłapali go na próbie sprzedaży ich grupie nowojorskich bankierów w ramach transakcji górniczej i zamiast tego wykręcili mu numer, po czym wyjechał do Nowego Jorku, by stać się szanowaną postacią w wielkim biznesie oraz przyjacielem senatorów i filantropów.
  Crofts był mężczyzną z chronicznymi problemami rodzinnymi, jednym z tych, którzy zaczynają każdy dzień od publicznego przeklinania swoich żon, a mimo to żyją z nimi latami. Był szorstki i surowy, a po sfinalizowaniu udanej transakcji radował się jak chłopiec, klepał mężczyzn po plecach, trząsł się ze śmiechu, rzucał pieniędzmi i opowiadał sprośne dowcipy. Po opuszczeniu Chicago Sam ostatecznie rozwiódł się z żoną i poślubił aktorkę wodewilową. Po stracie dwóch trzecich majątku, próbując przejąć kontrolę nad południową koleją, udał się do Anglii i pod okiem żony, aktorki, przeobraził się w angielskiego dżentelmena.
  Sam był chory. Z dnia na dzień pił coraz więcej, grając o coraz wyższe stawki i coraz rzadziej myśląc o sobie. Pewnego dnia otrzymał długi list od Johna Telfera, w którym informował go o nagłej śmierci Mary Underwood i ganił za to, że ją zaniedbywał.
  "Chory był od roku i nie miał dochodów" - napisał Telfer. Sam zauważył, że ręka mężczyzny zaczyna drżeć. "Skłamała, mówiąc, że wysłałeś jej pieniądze, ale teraz, kiedy nie żyje, okazuje się, że chociaż do ciebie napisała, nie otrzymała odpowiedzi. Powiedziała mi o tym jej starsza ciotka".
  Sam schował list do kieszeni i wszedłszy do jednego ze swoich klubów, zaczął pić z grupą mężczyzn, których tam zastał. Przez kilka miesięcy nie zwracał uwagi na swoją korespondencję. Niewątpliwie list Mary trafił do jego sekretarki i został wyrzucony wraz z listami od tysięcy innych kobiet - listami z prośbą o wsparcie, listami miłosnymi, listami adresowanymi do niego ze względu na jego bogactwo i rozgłos, jaki gazety przypisywały jego wyczynom.
  Po telegraficznym wyjaśnieniu i wysłaniu czeku, którego wysokość zachwyciła Johna Telfera, Sam i pół tuzina jego towarzyszy rebeliantów spędzili resztę dnia i wieczór, wędrując od saloonu do saloonu na South Side. Kiedy późnym wieczorem dotarł do swojej kwatery, kręciło mu się w głowie, a umysł wypełniały zniekształcone wspomnienia pijących mężczyzn i kobiet oraz samego siebie stojącego na stole w jakimś obskurnym barze, wzywającego krzyczących i śmiejących się pochlebców z jego tłumu bogatych rozrzutników do myślenia, pracy i poszukiwania Prawdy.
  Zasnął na krześle, a jego myśli wypełniły tańczące twarze zmarłych kobiet - Mary Underwood, Janet i Sue - zapłakane twarze wołające go. Po przebudzeniu i ogoleniu się wyszedł na zewnątrz i udał się do kolejnego klubu w centrum miasta.
  "Zastanawiam się, czy Sue też umarła" - mruknął, przypominając sobie swój sen.
  W klubie Lewis wezwał go do telefonu i poprosił, aby natychmiast stawił się w swoim biurze w Edwards Consolidated. Po dotarciu na miejsce zastał telegram od Sue. W chwili samotności i przygnębienia z powodu utraty dawnej pozycji w biznesie i reputacji, pułkownik Tom popełnił samobójstwo w nowojorskim hotelu.
  Sam siedział przy stole, przeglądając żółte papiery leżące przed nim i próbując uporządkować myśli.
  "Stary tchórz. Cholerny tchórz" - mruknął. "Każdy mógł to zrobić".
  Kiedy Lewis wszedł do biura Sama, zastał swojego szefa siedzącego przy biurku, przekładającego telegram i mamroczącego coś do siebie. Kiedy Sam podał mu telegram, podszedł i stanął obok Sama, kładąc mu dłoń na ramieniu.
  "No cóż, nie obwiniaj się za to" - powiedział ze zrozumieniem.
  "Nie" - mruknął Sam. "Nie obwiniam się za nic. Jestem skutkiem, a nie przyczyną. Próbuję myśleć. Jeszcze nie skończyłem. Zacznę od nowa, kiedy to przemyślę".
  Lewis opuścił pokój, zostawiając go pogrążonego w myślach. Przez godzinę siedział i rozmyślał o swoim życiu. Wspominając dzień, w którym upokorzył pułkownika Toma, przypomniał sobie zdanie, które napisał na kartce papieru podczas liczenia głosów: "Najlepsi ludzie spędzają życie na poszukiwaniu prawdy".
  Nagle podjął decyzję i dzwoniąc do Lewisa, zaczął formułować plan. Jego głowa się rozjaśniła, a dzwonek wrócił do głosu. Dał Lewisowi opcję na wszystkie swoje akcje i obligacje Edwards Consolidated i zlecił mu uzgadnianie transakcji, którymi był zainteresowany. Następnie, dzwoniąc do swojego brokera, zaczął wprowadzać mnóstwo akcji na rynek. Kiedy Lewis powiedział mu, że Crofts "gorączkowo wydzwaniał po mieście, próbując go znaleźć i że z pomocą innego bankiera blokuje rynek i bierze akcje Sama tak szybko, jak mu zaoferowano", roześmiał się i po udzieleniu Lewisowi wskazówek, jak zarządzać swoimi pieniędzmi, wyszedł z biura, znów wolny i znów poszukujący rozwiązania swojego problemu.
  Nie podjął próby odpowiedzi na telegram Sue. Niecierpliwił się, by zająć się czymś, co go dręczyło. Poszedł do swojego mieszkania, spakował torbę i zniknął bez pożegnania. Nie miał jasnego pojęcia, dokąd idzie ani co zamierza robić. Wiedział tylko, że podąży za wiadomością napisaną własnoręcznie. Spróbuje poświęcić życie poszukiwaniu prawdy.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA III
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  O DNIU, W KTÓRYM Młody Sam McPherson był nowy w mieście. W niedzielne popołudnie poszedł do teatru w centrum miasta, aby posłuchać kazania. Kazanie, wygłoszone przez niskiego, czarnoskórego mieszkańca Bostonu, wydało się młodemu McPhersonowi uczonym i przemyślanym.
  "Największym człowiekiem jest ten, którego czyny mają wpływ na największą liczbę istnień ludzkich" - powiedział mówca, a myśl ta utkwiła Samowi w głowie. Teraz, idąc ulicą z torbą podróżną, przypomniał sobie kazanie i tę myśl i pokręcił głową z powątpiewaniem.
  "To, co zrobiłem tutaj, w tym mieście, musiało pokierować tysiącami istnień" - rozmyślał, czując, jak krew przyspiesza mu bicie serca, gdy po prostu uwolnił się od myśli, czego nie odważył się zrobić od dnia, w którym złamał słowo dane Sue i rozpoczął karierę jako potentat w biznesie.
  Zaczął rozmyślać o rozpoczętych poszukiwaniach i poczuł ogromną satysfakcję na myśl o tym, co powinien zrobić.
  "Zacznę wszystko od nowa i odnajdę Prawdę poprzez pracę" - powiedział sobie. "Zostawię ten głód pieniędzy za sobą, a jeśli powróci, wrócę tu, do Chicago i będę patrzył, jak moja fortuna się kumuluje, a ludzie będą krążyć po bankach, giełdach i sądach, płacąc głupcom i brutalom takim jak ja. I to mnie uleczy".
  Wszedł na Illinois Central Station - dziwny widok. Uśmiech zagościł na jego ustach, gdy usiadł na ławce pod ścianą, między rosyjskim imigrantem a pulchną żoną małego farmera, która trzymała banana i podgryzała go dla rumianego dziecka w ramionach. On, amerykański multimilioner, człowiek w trakcie zarabiania pieniędzy, który zrealizował amerykański sen, zachorował na przyjęciu i wyszedł z modnego klubu z torbą w ręku, zwitkiem piwa, banknotami w kieszeni, i wyruszył w tę dziwną wyprawę - w poszukiwaniu Prawdy, w poszukiwaniu Boga. Kilka lat chciwego, szybkiego życia w mieście, które wydawało się tak wspaniałe chłopcu z Iowa i mężczyznom i kobietom, którzy mieszkali w jego mieście, a potem w tym miasteczku w Iowa zmarła kobieta, samotna i potrzebująca pomocy, a po drugiej stronie kontynentu gruby, gwałtowny starzec zastrzelił się w nowojorskim hotelu i siedział tutaj.
  Zostawiając torbę pod opieką żony farmera, przeszedł przez salę do kasy biletowej i tam stał, obserwując, jak ludzie z konkretnymi celami podchodzą, wpłacają pieniądze i po odebraniu biletów szybko odchodzą. Nie bał się, że ktoś go rozpozna. Chociaż jego nazwisko i zdjęcie od lat widniały na pierwszych stronach chicagowskich gazet, czuł tak głęboką zmianę w sobie po tej jednej decyzji, że był pewien, iż pozostanie niezauważony.
  Przyszła mu do głowy pewna myśl. Rozglądając się po długim pomieszczeniu, wypełnionym dziwną gromadą mężczyzn i kobiet, ogarnęło go poczucie ogromnych, ciężko pracujących mas ludzi - robotników, drobnych rzemieślników i wykwalifikowanych mechaników.
  "Ci Amerykanie" - zaczął mówić do siebie - "ci mężczyźni z dziećmi wokół siebie i ciężką, codzienną pracą, wielu z nich z karłowatymi lub niedorozwiniętymi ciałami, nie Croftowie, nie Morrison i ja, ale ci inni, którzy harują bez nadziei na luksus i bogactwo, którzy tworzą armie w czasie wojny i kształcą chłopców i dziewczęta, aby oni z kolei mogli służyć pokojowi".
  Znalazł się w kolejce do kasy biletowej, za krępym starszym mężczyzną, który trzymał w jednej ręce pudełko z narzędziami stolarskimi, a w drugiej torbę, i kupił bilet do tego samego miasta w Illinois, do którego zmierzał starszy mężczyzna.
  W pociągu usiadł obok starszego mężczyzny i rozmawiali cicho - starszy mężczyzna opowiadał o swojej rodzinie. Miał żonatego syna, który mieszkał w miasteczku w Illinois, które planował odwiedzić, i zaczął się nim chwalić. Syn, jak powiedział, przeprowadził się do miasteczka i dobrze mu się tam powodziło, będąc właścicielem hotelu, którym zarządzała jego żona, podczas gdy on pracował w budownictwie.
  "Ed" - powiedział - "ma w ekipie pięćdziesięciu, sześćdziesięciu ludzi przez całe lato. Posłał po mnie, żebym poprowadził bandę. Doskonale wie, że ich zmuszę do pracy.
  Po Edzie starzec zaczął opowiadać o sobie i swoim życiu, przedstawiając suche fakty w sposób bezpośredni i prosty, nie starając się ukryć odrobiny próżności, jaka kryła się w jego sukcesie.
  "Wychowałem siedmiu synów i wszyscy byli dobrymi pracownikami. Wszyscy dobrze sobie radzą" - powiedział.
  Opisał każdego z nich szczegółowo. Jeden z nich, człowiek oczytany, pracował jako inżynier mechanik w przemysłowym miasteczku w Nowej Anglii. Matka jego dzieci zmarła rok wcześniej, a dwie z jego trzech córek wyszły za mąż za mechaników. Trzeciej, jak uświadomił sobie Sam, nie powiodło się tak dobrze, a starzec powiedział, że być może obrała złą drogę w Chicago.
  Sam rozmawiał ze starcem o Bogu i o ludzkim pragnieniu wydobycia prawdy z życia.
  "Dużo o tym myślałem" - powiedział.
  Staruszek był zaintrygowany. Spojrzał na Sama, potem na szybę samochodu i zaczął omawiać swoje przekonania, których istoty Sam nie potrafił zrozumieć.
  "Bóg jest duchem i mieszka w rosnącym zbożu" - powiedział starzec, wskazując przez okno na mijane pola.
  Zaczął mówić o kościołach i duchownych, do których żywił wiele urazy.
  "To uchylający się od poboru. Nic nie rozumieją. To cholerni uchylający się od poboru, którzy udają, że są dobrzy" - oświadczył.
  Sam przedstawił się, mówiąc, że jest sam na świecie i ma pieniądze. Powiedział, że chce pracować na świeżym powietrzu nie ze względu na pieniądze, jakie by mu to przyniosło, ale dlatego, że ma duży brzuch i rano trzęsą mu się ręce.
  "Piję" - powiedział - "i chcę ciężko pracować, dzień po dniu, aby moje mięśnie były silne, a sen powracał w nocy".
  Starzec myślał, że jego syn znajdzie miejsce dla Sama.
  "To kierowca, Ed" - powiedział ze śmiechem - "i nie zapłaci ci dużo. Ed, nie puszczaj pieniędzy. On jest twardy".
  Zanim dotarli do miasteczka, w którym mieszkał Ed, zapadła noc. Trzej mężczyźni przeszli przez most, pod którym szumiał wodospad, w kierunku długiej, słabo oświetlonej głównej ulicy miasta i hotelu Eda. Ed, młody, barczysty mężczyzna z suchym cygarem w kąciku ust, szedł przodem. Skontaktował się z Samem, który stał w ciemności na peronie i przyjął jego opowieść bez komentarza.
  "Pozwolę ci nosić kłody i wbijać gwoździe" - powiedział. "To cię zahartuje".
  Przechodząc przez most opowiadał o mieście.
  "To tętniące życiem miejsce" - powiedział. "Przyciągamy tu ludzi".
  "Spójrz na to!" - wykrzyknął, żując cygaro i wskazując na pieniący się i ryczący wodospad niemal pod mostem. "Tam jest mnóstwo energii, a gdzie jest energia, tam będzie miasto".
  W hotelu Eda, w długim, niskim biurze, siedziało około dwudziestu osób. Byli to głównie pracownicy w średnim wieku, siedzący w milczeniu, czytający i palący fajki. Przy biurku dosuniętym do ściany, łysy młody mężczyzna z blizną na policzku grał w pasjansa zatłuszczoną talią kart, a przed nim, siedząc na krześle opartym o ścianę, ponury chłopiec leniwie obserwował grę. Gdy trzej mężczyźni weszli do biura, chłopiec upuścił krzesło na podłogę i wpatrywał się w Eda, który odwzajemnił spojrzenie. Wydawało się, że toczy się między nimi jakaś rywalizacja. Wysoka, schludnie ubrana kobieta o energicznym zachowaniu i bladych, pozbawionych wyrazu, surowych niebieskich oczach stała za małym biurkiem i papierośnicą na końcu pokoju. Gdy cała trójka szła w jej kierunku, jej wzrok przesunął się z Eda na ponurego chłopca, a potem z powrotem na Eda. Sam doszedł do wniosku, że była kobietą, która chciała robić wszystko po swojemu. Miała właśnie takie spojrzenie.
  "To moja żona" - powiedział Ed, machając ręką na powitanie, przedstawiając Sam, po czym obszedł stół i stanął obok niej.
  Żona Eda obróciła recepcję hotelową w stronę Sama, skinęła głową, a następnie pochyliła się nad stołem, by szybko pocałować starego stolarza w skórzany policzek.
  Sam i staruszek zajęli miejsca na krzesłach pod ścianą i usiedli wśród milczących mężczyzn. Staruszek wskazał na chłopca siedzącego na krześle obok graczy w karty.
  "Ich syn" - wyszeptał ostrożnie.
  Chłopiec spojrzał na matkę, która z kolei spojrzała na niego uważnie, i wstał z krzesła. Przy stole Ed rozmawiał cicho z żoną. Chłopiec, zatrzymując się przed Samem i staruszkiem, wciąż patrząc na kobietę, wyciągnął rękę, którą staruszek ujął. Następnie, bez słowa, minął stół, przeszedł przez próg i zaczął hałaśliwie wchodzić po schodach, a za nim szła jego matka. Wchodząc, przeklinali się nawzajem, a ich głosy podnosiły się do wysokiego tonu i rozbrzmiewały echem po całej górnej części domu.
  Ed podszedł do nich i porozmawiał z Samem o przydzieleniu mu pokoju. Mężczyźni zaczęli przyglądać się nieznajomemu, zauważając jego piękne ubranie, a ich oczy wypełniła ciekawość.
  "Masz coś na sprzedaż?" zapytał rosły, rudowłosy młody mężczyzna, obracając w ustach funt tytoniu.
  "Nie" - odpowiedział krótko Sam - "będę pracować dla Eda".
  Milczący mężczyźni siedzący na krzesłach wzdłuż ściany upuścili gazety i wpatrywali się w nich, podczas gdy łysy młody mężczyzna przy stole siedział z otwartymi ustami, trzymając w górze jakąś wizytówkę. Sam na chwilę znalazł się w centrum uwagi, a mężczyźni poruszyli się na krzesłach, zaczęli szeptać i wskazywać na niego palcem.
  Potężny mężczyzna o łzawiących oczach i rumianych policzkach, ubrany w długi płaszcz z plamami na przodzie, wszedł przez drzwi i przeszedł przez salę, kłaniając się i uśmiechając do mężczyzn. Ująwszy Eda za rękę, zniknął w małym barze, skąd Sam słyszał jego cichą rozmowę.
  Po chwili podszedł mężczyzna o czerwonej twarzy i wsunął głowę przez drzwi baru do biura.
  "No, chłopaki" - powiedział, uśmiechając się i kiwając głową na lewo i prawo - "stawiam drinki".
  Mężczyźni wstali i weszli do baru, zostawiając starca i Sama siedzących na krzesłach. Zaczęli rozmawiać cicho.
  "Sprawię, że oni, ci ludzie, pomyślą" - powiedział starzec.
  Wyciągnął z kieszeni broszurę i podał ją Samowi. Był to prymitywny atak na bogatych i korporacje.
  "Ktokolwiek to napisał, musi mieć dużo rozumu" - powiedział stary cieśla, pocierając ręce i uśmiechając się.
  Sam nie sądził. Siedział, czytał i słuchał głośnych, hałaśliwych głosów mężczyzn w barze. Mężczyzna o rumianej twarzy wyjaśniał szczegóły proponowanej emisji obligacji miejskich. Sam zdał sobie sprawę, że energia wodna rzeki wymaga rozwoju.
  "Chcemy, aby to miasto ożyło" - powiedział szczerze głos Eda.
  Starszy mężczyzna pochylił się, przyłożył dłoń do ust i zaczął coś szeptać do Sama.
  "Założę się, że za tym projektem energetycznym stoi układ kapitalistyczny" - powiedział.
  Pokiwał głową i uśmiechnął się znacząco.
  "Jeśli tak się stanie, Ed będzie w tym uczestniczył" - dodał. "Nie można stracić Eda. Jest mądry.
  Wziął broszurę z rąk Sama i schował ją do kieszeni.
  "Jestem socjalistą" - wyjaśnił - "ale nic nie mów. Ed jest im przeciwny.
  Mężczyźni wrócili do pokoju tłumnie, każdy z zapalonym cygarem w ustach, a rumiany mężczyzna poszedł za nimi i skierował się do drzwi biura.
  "No, pa, chłopcy!" - zawołał serdecznie.
  Ed w milczeniu wszedł po schodach, by dołączyć do matki i chłopca, którego wybuchy gniewu wciąż słychać było z góry, gdy mężczyźni zajęli swoje dawne krzesła wzdłuż ściany.
  "Cóż, Bill oczywiście jest cały i zdrowy" - powiedział rudowłosy młodzieniec, najwyraźniej wyrażając opinię mężczyzn na temat jego rumianej twarzy.
  Mały, zgarbiony staruszek z zapadniętymi policzkami wstał, przeszedł przez pokój i oparł się o papierośnicę.
  "Słyszałeś kiedyś o tym?" zapytał, rozglądając się dookoła.
  Najwyraźniej nie mogąc udzielić odpowiedzi, zgarbiony starzec zaczął opowiadać ohydny i bezsensowny dowcip o kobiecie, górniku i mule. Tłum uważnie słuchał i wybuchnął głośnym śmiechem, gdy skończył. Socjalista zatarł ręce i dołączył do oklasków.
  "Dobrze, co?" skomentował, zwracając się do Sama.
  Sam, chwytając torbę, wszedł po schodach, a rudowłosy młodzieniec zaczął opowiadać kolejną historię, nieco mniej sprośną. W swoim pokoju, dokąd Ed, wciąż żując niezapalone cygaro, zaprowadził go, spotykając go na szczycie schodów, zgasił światło i usiadł na brzegu łóżka. Tęsknił za domem jak chłopiec.
  "Prawda" - mruknął, patrząc przez okno na słabo oświetloną ulicę. "Czy ci ludzie szukają prawdy?"
  Następnego dnia poszedł do pracy w garniturze, który kupił od Eda. Pracował z ojcem Eda, ciągnąc kłody i wbijając gwoździe zgodnie z jego instrukcjami. Jego ekipa składała się z czterech mężczyzn mieszkających w hotelu Eda i czterech kolejnych, którzy mieszkali w mieście z rodzinami. W południe zapytał starego cieślę, jak hotelarze, którzy nie mieszkali w mieście, mogą głosować w sprawie obligacji rządowych. Starzec uśmiechnął się i zatarł ręce.
  "Nie wiem" - powiedział. "Przypuszczam, że Ed ma na to ochotę. To sprytny facet, Ed.
  W pracy mężczyźni, tak milczący w hotelowym biurze, byli pogodni i zaskakująco zajęci, spiesząc się tu i tam na rozkaz staruszka, zaciekle piłując i wbijając gwoździe. Wydawało się, że prześcigają się nawzajem, a gdy któryś z nich zostawał w tyle, śmiali się i krzyczeli na niego, pytając, czy postanowił już iść spać. Ale choć wydawali się zdeterminowani, by go prześcignąć, starzec wyprzedzał ich wszystkich, waląc młotkiem w deski przez cały dzień. W południe dał każdemu z mężczyzn broszurę z kieszeni, a wieczorem, wracając do hotelu, powiedział Samowi, że pozostali próbowali go zdemaskować.
  "Chcieli sprawdzić, czy mam jeszcze trochę energii" - wyjaśnił, idąc obok Sama i komicznie potrząsając jego ramionami.
  Sam był chory ze zmęczenia. Dłonie miał pokryte pęcherzami, nogi słabe, a gardło piekło go z przemożnego pragnienia. Cały dzień brnął naprzód, ponuro wdzięczny za każdy fizyczny dyskomfort, za każde drgnięcie napiętych, zmęczonych mięśni. W zmęczeniu i walce o dotrzymanie kroku innym zapomniał o pułkowniku Tomie i Mary Underwood.
  Przez cały miesiąc i następny Sam pozostał z bandą staruszka. Przestał myśleć i pracował tylko desperacko. Ogarnęło go dziwne poczucie lojalności i oddania dla staruszka i czuł, że on również musi udowodnić swoją wartość. W hotelu po cichej kolacji natychmiast położył się spać, zasnął, obudził się chory i wrócił do pracy.
  Pewnej niedzieli jeden z członków jego gangu przyszedł do pokoju Sama i zaprosił go do dołączenia do grupy robotników na wycieczkę za miasto. Wypłynęli łodziami, niosąc beczki piwa, do głębokiego wąwozu otoczonego z obu stron gęstym lasem. W łodzi z Samem siedział rudowłosy młody mężczyzna o imieniu Jake, głośno opowiadając o czasie, który spędzą w lesie i przechwalając się, że to on zainicjował tę wyprawę.
  "Myślałem o tym" - powtarzał w kółko.
  Sam zastanawiał się, dlaczego go zaproszono. Był łagodny październikowy dzień, siedział w wąwozie, patrząc na poplamione farbą drzewa i oddychając głęboko, z rozluźnionym ciałem, wdzięczny za dzień odpoczynku. Jake podszedł i usiadł obok niego.
  "Co robisz?" zapytał wprost. "Wiemy, że nie jesteś człowiekiem pracy".
  Sam powiedział mu półprawdę.
  "Masz całkowitą rację; mam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby nie pracować. Kiedyś byłem biznesmenem. Sprzedawałem broń. Ale jestem chory i lekarze powiedzieli mi, że jeśli nie będę pracował na ulicy, część mnie umrze".
  Podszedł do nich mężczyzna z jego gangu, zapraszając go na przejażdżkę i przynosząc Samowi pienisty kufel piwa. Pokręcił głową.
  "Lekarz twierdzi, że to nie zadziała" - wyjaśnił dwóm mężczyznom.
  Rudowłosy mężczyzna o imieniu Jake zaczął mówić.
  "Będziemy walczyć z Edem" - powiedział. "Właśnie po to tu przyszliśmy, żeby porozmawiać. Chcemy wiedzieć, jakie jest twoje stanowisko. Zobaczmy, czy uda nam się go zmusić, żeby płacił za tę pracę tutaj tyle samo, ile zarabiają mężczyźni w Chicago".
  Sam położył się na trawie.
  "Dobrze" - powiedział. "Kontynuuj. Jeśli będę mógł pomóc, to pomogę. Nie przepadam za Edem".
  Mężczyźni zaczęli rozmawiać między sobą. Jake, stojąc wśród nich, odczytał na głos listę nazwisk, w tym tę, którą Sam zapisał w recepcji hotelowej Eda.
  "To lista nazwisk osób, które naszym zdaniem będą trzymać się razem i wspólnie głosować w sprawie emisji obligacji" - wyjaśnił, zwracając się do Sama. "Ed jest w to zamieszany i chcemy wykorzystać nasze głosy, żeby go nastraszyć i zmusić do dania nam tego, czego chcemy. Zostaniesz z nami? Wyglądasz na wojowniczkę".
  Sam skinął głową i wstał, by dołączyć do mężczyzn stojących przy beczkach piwa. Zaczęli rozmawiać o Edzie i pieniądzach, które zarobił w mieście.
  "Wykonał tu mnóstwo pracy dla miasta i to wszystko było przekupstwem" - wyjaśnił stanowczo Jake. "Czas zmusić go do zrobienia tego, co słuszne".
  Podczas gdy rozmawiali, Sam siedział, obserwując twarze mężczyzn. Nie wydawali mu się już tak odpychający, jak pierwszego wieczoru w hotelowym biurze. Zaczął o nich myśleć w milczeniu i intensywnie przez cały dzień w pracy, otoczony wpływowymi ludźmi, takimi jak Ed i Bill, a ta myśl wzmocniła jego opinię o nich.
  "Słuchajcie" - powiedział - "opowiedzcie mi o tej sprawie. Zanim tu przyszedłem, byłem biznesmenem i może pomogę wam zdobyć to, czego chcecie.
  Jake wstał, wziął Sama za rękę i poszli wzdłuż wąwozu, a Jake opowiedział mu o sytuacji w mieście.
  "Gra" - powiedział - "polega na tym, żeby zmusić podatników do płacenia za młyn, który ma rozwijać energię wodną na rzece, a następnie oszukać ich, żeby przekazali go prywatnej firmie. Bill i Ed są wtajemniczeni w ten układ, pracują dla mężczyzny z Chicago o nazwisku Crofts. Był tu w hotelu, kiedy rozmawiali Bill i Ed. Rozumiem, co knują". Sam usiadł na kłodzie i roześmiał się serdecznie.
  "Crofts, co?" wykrzyknął. "Mówi, że będziemy z tym walczyć. Gdyby Crofts tu był, możesz być pewien, że układ ma sens. Po prostu zmiażdżymy cały ten gang dla dobra miasta".
  "Jak to zrobisz?" zapytał Jake.
  Sam usiadł na kłodzie i spojrzał na rzekę płynącą obok ujścia wąwozu.
  "Po prostu walcz" - powiedział. "Pokażę ci coś".
  Wyjął z kieszeni ołówek i kartkę papieru i słuchając głosów mężczyzn stojących przy beczkach z piwem oraz rudowłosego mężczyzny zaglądającego mu przez ramię, zaczął pisać swoją pierwszą broszurę polityczną. Pisał, wymazywał i zmieniał słowa i frazy. Broszura stanowiła faktyczne przedstawienie wartości energii wodnej i była adresowana do podatników lokalnej społeczności. Popierał temat, argumentując, że w rzece drzemie fortuna i że miasto, z odrobiną przezorności, mogłoby zbudować piękne miasto, będące własnością ludu, dzięki tej fortunie.
  "Ten majątek rzeczny, odpowiednio zarządzany, pokryje wydatki rządu i zapewni ci stałą kontrolę nad ogromnym źródłem dochodów" - napisał. "Zbuduj swój młyn, ale uważaj na sztuczki polityków. Próbują go ukraść. Odrzuć ofertę chicagowskiego bankiera o nazwisku Crofts. Żądaj wszczęcia śledztwa. Znaleziono kapitalistę, który przyjmie obligacje hydroelektryczne z czteroprocentowym oprocentowaniem i wesprze ludzi w walce o wolne amerykańskie miasto". Na okładce broszury Sam napisał podpis: "Rzeka brukowana złotem" i wręczył ją Jake'owi, który przeczytał ją i cicho zagwizdał.
  "Dobrze!" powiedział. "Wezmę to i wydrukuję. To sprawi, że Bill i Ed usiądą.
  Sam wyjął z kieszeni dwudziestodolarowy banknot i podał go mężczyźnie.
  "Żeby zapłacić za druk" - powiedział. "A kiedy je wyliżemy, to ja wezmę te czteroprocentowe obligacje".
  Jake podrapał się po głowie. "Ile twoim zdaniem ta umowa jest warta dla Croftsa?"
  "Milion, inaczej by się tym nie przejmował" - odpowiedział Sam.
  Jake złożył papier i schował go do kieszeni.
  "Bill i Ed by się skrzywili, prawda?" zaśmiał się cicho.
  Wracając do domu wzdłuż rzeki, mężczyźni, opici piwem, śpiewali i krzyczeli, gdy łodzie, prowadzone przez Sama i Jake'a, odpływały. Noc stawała się ciepła i cicha, a Sam czuł się, jakby nigdy nie widział nieba tak usianego gwiazdami. Jego umysł wypełniała myśl o zrobieniu czegoś dla ludzi.
  "Może tu, w tym mieście, zacznę robić to, czego chcę" - pomyślał i serce jego napełniło się szczęściem, a w uszach zabrzmiały pieśni pijanych robotników.
  Przez kolejne kilka tygodni w gangu Sama i hotelu Eda panował ożywiony ruch. Wieczorami Jake kręcił się między mężczyznami, rozmawiając półgłosem. Pewnego dnia wziął trzydniowy urlop, mówiąc Edowi, że źle się czuje, i spędził czas z mężczyznami pracującymi przy pługach w górze rzeki. Od czasu do czasu przychodził do Sama po pieniądze.
  "Na kampanię" - powiedział, mrugnął i pospiesznie odszedł.
  Nagle pojawił się głośnik i zaczął przemawiać w nocy z budki przed drogerią na Main Street, a po kolacji hotelowe biuro Eda było puste. Mężczyzna trzymał tablicę wiszącą na słupie, na której rysował liczby szacujące koszt prądu w rzece, a w miarę jak mówił, narastało w nim podniecenie, machał rękami i przeklinał niektóre zapisy umowy dzierżawy w projekcie obligacji. Ogłosił się wyznawcą Karola Marksa i zachwycił starego cieślę, który tańczył tam i z powrotem wzdłuż drogi, pocierając ręce.
  "Coś z tego wyjdzie, zobaczysz" - powiedział do Sama.
  Pewnego dnia Ed pojawił się bryczką na placu budowy Sama i zawołał staruszka na ulicę. Siedział tam, stukając jedną ręką o drugą i mówiąc cicho. Sam pomyślał, że staruszek może zachowywać się nieostrożnie, rozdając socjalistyczne ulotki. Wydawał się zdenerwowany, tańcząc w przód i w tył obok bryczki i kręcąc głową. Potem, spiesząc z powrotem do miejsca pracy mężczyzn, wskazał kciukiem za ramię.
  "Ed cię chce" - powiedział, a Sam zauważył, że jego głos drży, a ręka drży.
  Ed i Sam jechali bryczką w milczeniu. Ed znów żuł niezapalone cygaro.
  "Chcę z tobą porozmawiać" - powiedział, gdy Sam wsiadał do bryczki.
  W hotelu dwóch mężczyzn wysiadło z bryczki i weszło do biura. Ed, który podszedł do niego od tyłu, skoczył naprzód i chwycił Sama za ramiona. Był silny jak niedźwiedź. Jego żona, wysoka kobieta o pozbawionych wyrazu oczach, wbiegła do pokoju z twarzą wykrzywioną nienawiścią. Trzymała w ręku miotłę i jej trzonkiem uderzała Sama wielokrotnie w twarz, każdemu ciosowi towarzysząc półkrzyk wściekłości i potok obelg. Chłopak o ponurej twarzy, już żywy i z oczami płonącymi zazdrością, zbiegł po schodach i odepchnął kobietę. Uderzył Sama w twarz raz po raz, śmiejąc się za każdym razem, gdy Sam wzdrygał się pod ciosami.
  Sam zaciekle próbował wyrwać się z potężnego uścisku Eda. To był pierwszy raz, kiedy został pokonany i pierwszy raz, kiedy spotkała go beznadziejna porażka. Gniew w nim był tak silny, że drżenie po ciosach wydawało się drugorzędne w stosunku do potrzeby wyrwania się z uścisku Eda.
  Ed nagle się odwrócił i, popychając Sama przed sobą, wyrzucił go przez drzwi biura na ulicę. Upadając, uderzył głową o słupek, pozostawiając go oszołomionym. Częściowo otrząsnąwszy się z upadku, Sam wstał i poszedł ulicą. Twarz miał opuchniętą i posiniaczoną, a z nosa ciekła mu krew. Ulica była pusta, a atak pozostał niezauważony.
  Poszedł do hotelu przy Main Street - bardziej ekskluzywnego miejsca niż Ed's, niedaleko mostu prowadzącego na dworzec kolejowy - i kiedy wszedł, zobaczył przez otwarte drzwi Jake'a, rudowłosego mężczyznę, opierającego się o ladę i rozmawiającego z Billem, rumianym mężczyzną. Sam, zapłaciwszy za pokój, poszedł na górę i położył się spać.
  Leżąc w łóżku, z zimnymi bandażami na poobijanej twarzy, próbował przejąć kontrolę nad sytuacją. Nienawiść do Eda krążyła mu w żyłach. Zacisnął dłonie, w głowie wirowało, a przed oczami tańczyły mu okrutne, namiętne twarze kobiety i chłopca.
  "Zreformuję ich, okrutnych chuliganów" - mruknął głośno.
  A potem myśl o poszukiwaniach powróciła do jego umysłu i uspokoiła go. Huk wodospadu wpadał przez okno, przerywany hałasem ulicy. Gdy zasypiał, mieszały się one z jego snami, miękkie i ciche, niczym ciche rodzinne rozmowy o wieczornym ognisku.
  Obudził go dźwięk pukania do drzwi. Na jego zawołanie drzwi się otworzyły i ukazała się twarz starego cieśli. Sam roześmiał się i usiadł na łóżku. Zimne bandaże już ukoiły pulsowanie jego poobijanej twarzy.
  "Odejdź" - poprosił starzec, nerwowo pocierając ręce. "Wynoś się z miasta".
  Uniósł dłoń do ust i przemówił ochrypłym szeptem, zerkając przez ramię przez otwarte drzwi. Sam, wstając z łóżka, zaczął nabijać fajkę.
  "Nie pokonacie Eda, chłopaki" - dodał starzec, cofając się do drzwi. "To cwaniak, Ed. Lepiej wyjedźcie z miasta".
  Sam zadzwonił do chłopca i wręczył mu notatkę dla Eda, prosząc go o oddanie ubrań i torby do pokoju. Następnie wręczył chłopcu duży rachunek, prosząc o uregulowanie należności. Kiedy chłopiec wrócił z ubraniami i torbą, oddał mu rachunek w nienaruszonym stanie.
  "Oni się tam czegoś boją" - powiedział, patrząc na połamaną twarz Sama.
  Sam ubrał się starannie i zszedł na dół. Przypomniał sobie, że nigdy nie widział drukowanego egzemplarza broszury politycznej napisanej w wąwozie i uświadomił sobie, że Jake wykorzystał ją do zarobienia pieniędzy.
  "Teraz spróbuję czegoś innego" - pomyślał.
  Był wczesny wieczór, a tłumy ludzi idących wzdłuż torów kolejowych od młyna skręcały w lewo i w prawo, docierając do Main Street. Sam szedł między nimi, wspinając się wąską, pagórkowatą uliczką w stronę numeru, który otrzymał od sprzedawcy w aptece, przed którym przemawiał socjalista. Zatrzymał się przy małym, drewnianym domu i po chwili od zapukania znalazł się przed mężczyzną, który noc po nocy przemawiał z budki na zewnątrz. Sam postanowił zobaczyć, co da się z tym zrobić. Socjalista był niskim, krępym mężczyzną o kręconych siwych włosach, lśniących, okrągłych policzkach i czarnych, połamanych zębach. Siedział na brzegu łóżka i wyglądał, jakby spał w ubraniu. Wśród kołdry dymiła fajka z kolby kukurydzy, a on spędził większość rozmowy, trzymając w dłoni jeden but, jakby miał go zaraz włożyć. Książki w miękkich okładkach leżały schludnie poukładane w pokoju. Sam usiadł na krześle przy oknie i wyjaśnił swoją misję.
  "Ta kradzież prądu to dla nas poważna sprawa" - wyjaśnił. "Znam człowieka, który za tym stoi i nie przejmowałby się drobiazgami. Wiem, że planują zmusić miasto do budowy młyna, a potem go ukraść. To będzie wielka sprawa dla waszej grupy, jeśli się im przeciwstawicie. Powiem wam, jak".
  Wyjaśnił swój plan i opowiedział o Croftsach, swoim bogactwie i zawziętej, agresywnej determinacji. Socjalista wydawał się być poza sobą. Włożył but i zaczął chodzić po pokoju.
  "Czas wyborów" - kontynuował Sam - "już prawie tuż-tuż. Przestudiowałem tę sprawę. Musimy pokonać tę emisję obligacji, a potem doprowadzić ją do końca. O siódmej odjeżdża z Chicago pociąg ekspresowy. Masz tu pięćdziesięciu mówców. Jeśli będzie trzeba, zapłacę za specjalny pociąg, wynajmę zespół i pomogę namieszać. Mogę ci podać wystarczająco dużo faktów, żeby wstrząsnąć tym miastem do fundamentów. Pójdziesz ze mną i zadzwonisz do Chicago. Zapłacę za wszystko. Jestem McPherson, Sam McPherson z Chicago".
  Socjalista podbiegł do szafy i zaczął wciągać płaszcz. Nazwisko zrobiło na nim takie wrażenie, że ręka zaczęła mu drżeć i ledwo mógł włożyć dłoń w rękaw. Zaczął przepraszać za wygląd pokoju i nadal wpatrywał się w Sama z miną kogoś, kto nie może uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Kiedy obaj mężczyźni wyszli z domu, pobiegł naprzód, przytrzymując Samowi drzwi.
  "A pan nam pomoże, panie Macpherson?" wykrzyknął. "Pan, człowiek z milionami, pomoże nam w tej walce?"
  Sam miał przeczucie, że mężczyzna zaraz pocałuje go w rękę albo zrobi coś równie absurdalnego. Wyglądał jak szalony portier w klubie.
  W hotelu Sam stał w holu, podczas gdy gruby mężczyzna czekał w budce telefonicznej.
  "Będę musiał zadzwonić do Chicago, po prostu będę musiał zadzwonić do Chicago. My, socjaliści, nie robimy czegoś takiego od razu, panie McPherson" - wyjaśnił, idąc ulicą.
  Kiedy socjalista wyszedł z kabiny, stanął przed Samem, kręcąc głową. Jego zachowanie całkowicie się zmieniło i wyglądał jak człowiek przyłapany na jakimś głupim lub absurdalnym czynie.
  "Proszę nic nie robić, panie MacPherson" - powiedział, kierując się do drzwi hotelu.
  Zatrzymał się przy drzwiach i pogroził Samowi palcem.
  "To się nie uda" - powiedział stanowczo. "Chicago jest zbyt mądre".
  Sam odwrócił się i poszedł z powrotem do swojego pokoju. Jego imię przekreśliło jego jedyną szansę na pokonanie Croftsa, Jake'a, Billa i Eda. Usiadł w swoim pokoju i spojrzał przez okno na ulicę.
  "Gdzie teraz mogę znaleźć punkt zaczepienia?" - zapytał sam siebie.
  Zgasiwszy światło, usiadł, wsłuchał się w szum wodospadu i pomyślał o wydarzeniach minionego tygodnia.
  "Miałem czas" - pomyślał. "Spróbowałem czegoś i choć nie wyszło, to była najlepsza zabawa od lat".
  Mijały godziny i zapadła noc. Słyszał krzyki i śmiechy ludzi na ulicy, a schodząc na dół, stanął na korytarzu, na skraju tłumu zgromadzonego wokół socjalisty. Mówca krzyczał i machał ręką. Wydawał się dumny jak młody rekrut, który właśnie przeszedł swój pierwszy chrzest bojowy.
  "Próbował zrobić ze mnie głupca - McPhersona z Chicago - milionera - jednego z królów kapitalizmu - próbował przekupić mnie i moją partię".
  Wśród tłumu stary cieśla tańczył na drodze i zacierał ręce. Z uczuciem człowieka, który skończył pracę lub przewrócił ostatnią stronę książki, Sam wrócił do hotelu.
  "Pójdę rano" - pomyślał.
  Ktoś zapukał do drzwi i do środka wszedł rudowłosy mężczyzna. Cicho zamknął drzwi i puścił oko do Sama.
  "Ed popełnił błąd" - powiedział ze śmiechem. "Stary powiedział mu, że jesteś socjalistą, i pomyślał, że próbujesz sabotować łapówkę. Boi się, że cię pobiją i bardzo żałuje. On ma się dobrze, Ed ma się dobrze, a Bill i ja zdobyliśmy głosy. Co cię tak długo trzymało w ukryciu? Dlaczego nam nie powiedziałeś, że jesteś McPhersonem?"
  Sam dostrzegł daremność wszelkich prób wyjaśnienia. Jake ewidentnie zdradził ludzi. Sam zastanawiał się, jak to możliwe.
  "Skąd wiesz, że potrafisz dostarczyć głosy?" zapytał, próbując podsunąć Jake'owi dalsze instrukcje.
  Jake obracał funta w ustach i znów puścił oko.
  "Łatwo było naprawić tych ludzi, kiedy Ed, Bill i ja się spotkaliśmy" - powiedział. "Wiesz co jeszcze. W prawie jest klauzula zezwalająca na emisję obligacji - "uśpionych", jak to nazywa Bill. Wiesz o tym więcej niż ja. Tak czy inaczej, władza przejdzie w ręce osoby, o której mówimy".
  "Ale skąd mam pewność, że będziesz w stanie przekazać głosy?"
  Jake niecierpliwie wyciągnął rękę.
  "Co oni wiedzą?" - zapytał ostro. "Chcą wyższych płac. W układ o władzę zaangażowany jest milion, a oni nie potrafią pojąć miliona więcej, niż potrafią powiedzieć, co chcą robić w Niebie. Obiecałem towarzyszom Eda w całym mieście. Ed nie umie kopać. Zarobi sto tysięcy i tak. Potem obiecałem ekipie odśnieżającej dziesięć procent podwyżki. Zdobędziemy dla nich, jeśli się uda, ale jeśli się nie uda, nie dowiedzą się, dopóki układ nie zostanie sfinalizowany".
  Sam podszedł i przytrzymał drzwi otwarte.
  "Dobranoc" - powiedział.
  Jake wyglądał na zirytowanego.
  "Nawet nie zamierzasz złożyć Croftsowi oferty?" - zapytał. "Nie jesteśmy z nim w związku, jeśli będziesz dla nas lepszy. Jestem w tym, bo mnie w to wciągnąłeś. Ten artykuł, który napisałeś w River River, strasznie ich wystraszył. Chcę postąpić wobec ciebie uczciwie. Nie bądź zły na Eda. Gdyby wiedział, nie zrobiłby tego".
  Sam pokręcił głową i wstał, nadal trzymając rękę na drzwiach.
  "Dobranoc" - powiedział ponownie. "Nie jestem w to zamieszany. Poddałem się. Nie ma sensu się tłumaczyć".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  Przez tygodnie i miesiące Sam wiódł życie włóczęgi i z pewnością żaden obcy ani bardziej niespokojny włóczęga nie wyruszył w drogę. Prawie zawsze miał w kieszeni od jednego do pięciu tysięcy dolarów, jego torba przemieszczała się przed nim z miejsca na miejsce, a co jakiś czas doganiał ją, rozpakowywał i zakładał garnitur ze swoich starych chicagowskich ubrań na ulicach jakiegoś miasta. Przeważnie jednak nosił szorstkie ubrania, które kupił od Eda, a kiedy te znikały, inne podobne - ciepły płócienny płaszcz i, na niepogodę, parę ciężkich, sznurowanych butów. Ludzie na ogół uważali go za zamożnego robotnika, zamożnego i radzącego sobie na własną rękę.
  Przez wszystkie te miesiące tułaczki, a nawet gdy powrócił do czegoś bliższego dawnemu sposobowi życia, jego umysł był niezrównoważony, a spojrzenie na życie - zachwiane. Chwilami czuł się, jakby był sam pośród wszystkich ludzi, innowatorem. Dzień po dniu jego umysł skupiał się na problemie i był zdecydowany szukać i szukać dalej, aż znajdzie drogę do spokoju. W miastach i na wsiach, przez które przejeżdżał, widywał urzędników w sklepach, kupców o zatroskanych twarzach spieszących do banków, rolników zmęczoną pracą, którzy o zmierzchu wlekli swe zmęczone ciała do domów, i powtarzał sobie, że całe życie jest jałowe, że zewsząd wyczerpuje się w drobnych, daremnych wysiłkach lub ucieka w bocznych prądach, że nigdzie nie porusza się stabilnie, nieustannie naprzód, co wskazuje na ogromne poświęcenia związane z życiem i pracą na tym świecie. Myślał o Chrystusie, który poszedł zobaczyć świat i rozmawiać z ludźmi, i wyobrażał sobie, że on również pójdzie i będzie do nich mówił, nie jako nauczyciel, lecz jako ktoś spragniony nauki. Chwilami ogarniała go melancholia i niewypowiedziane nadzieje, i niczym chłopiec z Caxton wstawał z łóżka nie po to, by stać na pastwisku Millera i patrzeć, jak deszcz pada na powierzchnię wody, lecz by przemierzać bezkresne mile w ciemności, znajdując błogosławioną ulgę w cielesnym zmęczeniu. Często płacił za dwa łóżka i zajmował je w ciągu jednej nocy.
  Sam pragnął powrotu do Sue; pragnął spokoju i czegoś na kształt szczęścia, ale przede wszystkim pragnął pracy, prawdziwej pracy, pracy, która wymagałaby od niego dzień po dniu wszystkiego, co w nim najlepsze i najwspanialsze, tak by unieruchomić go w konieczności ciągłego odnawiania najlepszych impulsów życiowych. Był u szczytu formy, a kilka tygodni ciężkiej fizycznej pracy jako wbijacz gwoździ i tragarz drewna zaczęło przywracać jego ciału szczupłą sylwetkę i siłę, tak że znów poczuł przypływ naturalnego niepokoju i energii; był jednak zdecydowany nie poświęcać się już pracy, która odbijałaby się na nim tak, jak odbijała się na jego zarabianiu pieniędzy, marzeniu o pięknych dzieciach i tym ostatnim, na wpół ukształtowanym marzeniu o finansowym ojcostwie w miasteczku w Illinois.
  Incydent z Edem i rudowłosym mężczyzną był jego pierwszą poważną próbą czegoś na kształt służby społecznej, osiągniętej poprzez kontrolę lub próbę wpłynięcia na świadomość społeczną, gdyż jego umysł tęsknił za konkretem, za rzeczywistością. Siedząc w wąwozie i rozmawiając z Jakiem, a później wiosłując do domu pod mnóstwem gwiazd, podniósł wzrok znad pijanych robotników i ujrzał przed oczami miasto zbudowane dla ludu, miasto niezależne, piękne, silne i wolne. Lecz spojrzenie rudowłosego mężczyzny przez drzwi baru i socjalistyczne drżenie na samą myśl o tej nazwie rozwiały tę wizję. Wracając od socjalisty, który z kolei był otoczony złożonymi wpływami, i w te listopadowe dni, gdy szedł na południe przez Illinois, widząc dawny blask drzew i oddychając czystym powietrzem, śmiał się z siebie, że miał taką wizję. Nie chodziło o to, że rudowłosa go zdradziła, nie chodziło o bicie, które dostał od ponurego syna Eda, ani o policzki od energicznej żony - po prostu w głębi duszy nie wierzył, że ludzie chcą reform; chcieli dziesięcioprocentowej podwyżki płac. Świadomość społeczna była zbyt rozległa, zbyt złożona i zbyt bierna, by urzeczywistnić wizję lub ideał i posunąć go daleko.
  A potem, krocząc drogą i próbując odnaleźć prawdę nawet w sobie, Sam musiał dojść do czegoś innego. W gruncie rzeczy nie był ani przywódcą, ani reformatorem. Pragnął wolnego miasta nie dla wolnych ludzi, ale jako zadania do wykonania własnymi rękami. Był McPhersonem, człowiekiem zarabiającym pieniądze, człowiekiem kochającym siebie. Ten fakt, a nie widok Jake'a zaprzyjaźniającego się z Billem ani nieśmiałość socjalisty, zablokował mu drogę do pracy jako reformator polityczny i budowniczy.
  Idąc na południe między rzędami smaganej kukurydzy, śmiał się sam do siebie. "Doświadczenie z Edem i Jakiem coś dla mnie znaczyło" - pomyślał. "Śmieli się ze mnie. Sam byłem trochę tyranem, a to, co się stało, było dla mnie dobrym lekarstwem".
  Sam przemierzał drogi Illinois, Ohio, Nowego Jorku i innych stanów, po wzgórzach i równinach, przez zimowe zaspy i wiosenne burze, rozmawiając z ludźmi, pytając o ich styl życia i cel, do którego dążyli. Pracowali. W nocy śniła mu się Sue, jego dziecięce trudności w Caxton, Janet Eberly siedząca na krześle i rozmawiająca o pisarzach, albo, wyobrażając sobie giełdę papierów wartościowych lub jakiś krzykliwy lokal, widział ponownie twarze Croftsa, Webstera, Morrisona i Prince'a, skupione i niecierpliwe, proponujące jakiś plan zarobienia pieniędzy. Czasami budził się w nocy, owładnięty strachem, i widział pułkownika Toma z rewolwerem przyciśniętym do głowy; i siedząc na łóżku, przez cały następny dzień, mówił do siebie na głos.
  "Cholerny stary tchórzu!" - krzyczał w ciemność swego pokoju lub w szeroki, spokojny krajobraz wsi.
  Myśl o pułkowniku Tomie, który popełnił samobójstwo, wydawała się nierealna, groteskowa i przerażająca. Jakby zrobił to jakiś pulchny, kręcony chłopak. Mężczyzna był tak dziecinny, tak irytująco niekompetentny, tak całkowicie pozbawiony godności i celu.
  "A jednak" - pomyślał Sam - "znalazł w sobie siłę, by mnie wychłostać, człowieka zdolnego. Dokonał bezwarunkowej i bezwarunkowej zemsty za lekceważenie, jakie okazywałem małemu światu, w którym był królem".
  Samowi przed oczami ukazał się wielki brzuch i mała, biała, spiczasta bródka wystające z podłogi pokoju, w którym leżał martwy pułkownik. W jego umyśle pojawiło się jakieś zdanie, wypowiedź, zniekształcone wspomnienie myśli, którą zaczerpnął z książki Janet albo z podsłuchanej rozmowy, być może przy własnym stole.
  "Strasznie jest widzieć martwego grubego mężczyznę z fioletowymi żyłami na twarzy".
  W takich chwilach pędził drogą jak ścigany. Ludzie przejeżdżający powozami, widząc go i słysząc potok rozmów płynący z jego ust, odwracali się i patrzyli, jak znika z pola widzenia. Sam, spiesząc się i szukając ukojenia w myślach, odwoływał się do dawnego instynktu zdrowego rozsądku, niczym kapitan gromadzący siły, by odeprzeć atak.
  "Znajdę pracę. Znajdę pracę. Będę szukał Prawdy" - powiedział.
  Sam unikał dużych miast lub pospiesznie przez nie przechodził, spędzając noc za nocą w wiejskich gospodach lub gościnnych domach, a z każdym dniem wydłużał swoje spacery, czerpiąc autentyczną satysfakcję z bólu nóg i siniaków na nieprzyzwyczajonych stopach od trudnej drogi. Jak święty Hieronim, pragnął bić swoje ciało i ujarzmiać je. On z kolei był niesiony wiatrem, chłodzony zimowym mrozem, przemoczony deszczem i ogrzewany słońcem. Wiosną kąpał się w rzekach, leżał na osłoniętych zboczach wzgórz, obserwując bydło pasące się na polach i białe chmury sunące po niebie, a jego nogi stawały się coraz twardsze, ciało bardziej płaskie i żylaste. Pewnej nocy spędził noc w stogu siana na skraju lasu, a rano obudził go pies farmera liżący go po twarzy.
  Kilkakrotnie podchodził do włóczęgów, parasolników i innych roadsterów i spacerował z nimi, ale nie znajdował w ich towarzystwie zachęty, by dołączyć do nich w ich międzykrajowych lotach pociągami towarowymi lub na czele pociągów pasażerskich. Ci, których spotykał, z którymi rozmawiał i z którymi spacerował, mało go interesowali. Nie mieli żadnego celu w życiu, żadnego ideału użyteczności. Spacery i rozmowy z nimi wysysały romantyzm z ich włóczęgowskiego życia. Byli kompletnie nudni i głupi, niemal bez wyjątku zadziwiająco nieczyści, namiętnie pragnęli się upić i zdawali się wiecznie uciekać od życia z jego problemami i obowiązkami. Zawsze rozmawiali o wielkich miastach, o "Chi", "Cinci" i "Frisco" i pragnęli znaleźć się w jednym z tych miejsc. Potępiali bogatych, żebrali o jałmużnę i okradali biednych, chełpiąc się własną odwagą i jęcząc i żebrząc, biegnąc przed wiejskimi policjantami. Jeden z nich, wysoki, rozgniewany młodzieniec w szarej czapce, podszedł pewnego wieczoru do Sama na obrzeżach wioski w Indianie i próbował go okraść. Pełen nowej energii i myśląc o żonie Eda i ponurym synu, Sam rzucił się na niego i pomścił pobicie, które otrzymał w hotelowym biurze Eda, bijąc go w odpowiedzi. Kiedy wysoki młodzieniec częściowo otrząsnął się z pobicia i chwiejnie podniósł na nogi, uciekł w ciemność, zatrzymując się tuż poza zasięgiem, by rzucić kamieniem, który rozprysnął się w ziemi u stóp Sama.
  Sam wszędzie szukał ludzi, którzy chcieli z nim porozmawiać o sobie. Wierzył, że wiadomość dotrze do niego z ust jakiegoś prostego, niepozornego wieśniaka lub rolnika. Kobieta, z którą rozmawiał na dworcu kolejowym w Fort Wayne w stanie Indiana, zaintrygowała go tak bardzo, że wsiadł z nią do pociągu i jechał całą noc wagonem dziennym, słuchając jej opowieści o trzech synach, z których jeden zmarł na niewydolność płuc i wraz z dwoma młodszymi braćmi zajął tereny rządowe na Zachodzie. Kobieta została z nimi przez kilka miesięcy, pomagając im w rozpoczęciu życia.
  "Wychowałam się na farmie i wiedziałam rzeczy, o których oni nie mogli wiedzieć" - powiedziała Samowi, podnosząc głos ponad turkot pociągu i chrapanie współpasażerów.
  Pracowała z synami w polu, orała i sadziła, ciągnęła zaprzęg koni przez cały kraj, zwożąc deski na budowę domu. Dzięki tej pracy opaliła się i nabrała siły.
  "Walter czuje się coraz lepiej. Jego ramiona są tak samo brązowe jak moje, a przytył jedenaście funtów" - powiedziała, podwijając rękawy, odsłaniając ciężkie, umięśnione przedramiona.
  Planowała zabrać męża, mechanika pracującego w fabryce rowerów w Buffalo, i dwie dorosłe córki, sprzedawczynie w sklepie z pasmanterią, i wrócić do nowego kraju, wyczuwając zainteresowanie słuchacza swoją historią. Opowiadała o majestacie Zachodu i samotności rozległych, cichych równin, mówiąc, że czasami ściskają jej serce. Sam uważał, że w pewnym sensie jej się udało, choć nie widział, jak jej doświadczenie mogłoby mu posłużyć za wskazówkę.
  "Dotarłaś gdzieś. Znalazłaś prawdę" - powiedział, biorąc ją za rękę, wysiadając o świcie z pociągu w Cleveland.
  Innym razem, późną wiosną, gdy wędrował po południowym Ohio, podjechał do niego mężczyzna, zatrzymał konia i zapytał: "Dokąd jedziesz?", dodając życzliwie: "Może mógłbym cię podwieźć".
  Sam spojrzał na niego i uśmiechnął się. Coś w zachowaniu i stroju mężczyzny sugerowało, że jest on sługą Boga, a na jego twarzy pojawił się kpiący wyraz.
  "Zmierzam do Nowego Jeruzalem" - powiedział poważnie. "Jestem kimś, kto szuka Boga".
  Młody ksiądz z niepokojem chwycił za lejce, lecz widząc uśmiech igrający w kącikach ust Sama, skręcił koła powozu.
  "Wejdź i chodź ze mną, to porozmawiamy o Nowym Jeruzalem" - powiedział.
  Pod wpływem impulsu Sam wsiadł do bryczki i jadąc po zakurzonej drodze opowiedział główne części swojej historii, a także o swoich poszukiwaniach celu, dla którego mógłby pracować.
  Wszystko byłoby dość proste, gdybym był bez grosza i kierowała się palącą koniecznością, ale tak nie jest. Chcę pracować nie dlatego, że to praca i że przyniesie mi ona chleb z masłem, ale dlatego, że potrzebuję robić coś, co da mi satysfakcję po skończeniu. Nie chcę służyć ludziom tak bardzo, jak chcę służyć sobie. Chcę osiągnąć szczęście i być pożytecznym, tak jak przez tyle lat zarabiałem pieniądze. Dla osoby takiej jak ja istnieje właściwy sposób na życie i chcę go znaleźć.
  Młody pastor, absolwent Seminarium Luterańskiego w Springfield w stanie Ohio, który po studiach miał bardzo poważne podejście do życia, zabrał Sama do domu i razem przesiedzieli pół nocy na rozmowie. Miał żonę, wiejską dziewczynę z niemowlęciem przy piersi, która ugotowała im obiad, a potem siedziała w cieniu w kącie salonu, przysłuchując się ich rozmowie.
  Dwaj mężczyźni usiedli razem. Sam palił fajkę, a pastor dłubał w węglu w piecu. Rozmawiali o Bogu i o tym, co idea Boga oznacza dla ludzi; ale młody ksiądz nie próbował odpowiedzieć na problem Sama; wręcz przeciwnie, Sam uważał go za uderzająco niezadowolonego i niezadowolonego z jego stylu życia.
  "Nie ma tu ducha Bożego" - powiedział, gniewnie szturchając węgle w piecu. "Ludzie tutaj nie chcą, żebym z nimi rozmawiał o Bogu. Nie interesuje ich, czego On od nich chce ani dlaczego ich tu umieścił. Chcą, żebym im opowiadał o niebiańskim mieście, o czymś w rodzaju uwielbionego Dayton w Ohio, do którego będą mogli się udać, gdy skończą pracę i odłożą pieniądze do banku oszczędności".
  Sam został u księdza przez kilka dni, podróżując z nim po kraju i rozmawiając o Bogu. Wieczorami siedzieli w domu, kontynuując rozmowę, a w niedzielę Sam poszedł posłuchać kazania księdza w jego kościele.
  Kazanie rozczarowało Sama. Chociaż jego mistrz przemawiał energicznie i dobrze w prywatnych rozmowach, jego publiczne wystąpienie było pompatyczne i nienaturalne.
  "Ten człowiek" - pomyślał Sam - "nie ma pojęcia o publicznych wystąpieniach i źle traktuje swoich ludzi, nie dając im pełnego wyrazu idei, które mi przedstawił we własnym domu". Uznał, że ma coś do powiedzenia ludziom, którzy cierpliwie słuchali tydzień po tygodniu i którzy za tak marny wysiłek zapewnili temu człowiekowi utrzymanie.
  Pewnego wieczoru, po tym jak Sam mieszkał z nimi już tydzień, jego młoda żona podeszła do niego, gdy stał na ganku przed domem.
  "Chciałabym, żebyś sobie poszedł" - powiedziała, stojąc z dzieckiem na rękach i patrząc na podłogę na ganku. "Drażnisz go i sprawiasz mu przykrość".
  Sam zszedł z ganku i pospiesznie ruszył drogą w ciemność. W oczach jego żony pojawiły się łzy.
  W czerwcu spacerował z załogą młócącą, pracując wśród robotników i jedząc z nimi na polach lub przy stołach zatłoczonych domów, gdzie zatrzymywali się na młócenie. Każdego dnia Sam i jego świta pracowali w innym miejscu, wspomagani przez rolnika, dla którego młócili, i kilku jego sąsiadów. Rolnicy pracowali w zawrotnym tempie, a załoga młócąca musiała nadążać za każdą nową partią dzień po dniu. W nocy młocławiarze, zbyt zmęczeni, by rozmawiać, wkradali się na strych stodoły, spali do świtu, a następnie rozpoczynali kolejny dzień wyczerpującej pracy. W niedzielne poranki szli pływać w strumieniu, a po obiedzie siadali w stodole lub pod drzewami w sadzie, śpiąc lub oddając się odległym, urywanym rozmowom - rozmowom, które nigdy nie wznosiły się ponad niski, nudny poziom. Spędzali godziny próbując rozstrzygnąć spór o to, czy koń, którego widzieli w ciągu tygodnia na farmie, miał trzy, czy cztery białe nogi, a jeden z członków ekipy siedział na piętach przez długi czas, nic nie mówiąc. W niedzielne popołudnia strugał patyk scyzorykiem.
  Młocarnia, którą obsługiwał Sam, należała do mężczyzny o imieniu Joe, który był winien producentowi pieniądze za nią i po całym dniu pracy z mężczyznami spędził pół nocy, jeżdżąc po kraju i negocjując z rolnikami warunki kolejnych dni młócenia. Sam myślał, że jest ciągle na skraju załamania z przepracowania i zmartwień, a jeden z mężczyzn, którzy pracowali z Joe przez kilka sezonów, powiedział Samowi, że pod koniec sezonu ich pracodawca nie miał wystarczająco dużo pieniędzy z pracy, aby spłacić odsetki od maszyn i że konsekwentnie podejmował zlecenia za mniej niż wynosił koszt ich wykonania.
  "Musimy iść naprzód" - powiedział Joe, gdy Sam pewnego dnia zwrócił się do niego z tą prośbą.
  Kiedy powiedziano mu, żeby zatrzymał pensję Sama do końca sezonu, odczuł ulgę, a pod koniec sezonu podszedł do Sama, wyglądając na jeszcze bardziej zmartwionego, i powiedział, że nie ma pieniędzy.
  "Przekażę ci bardzo interesujący list, jeśli poświęcisz mi trochę czasu" - powiedział.
  Sam wziął notatkę i spojrzał na bladą, wychudłą twarz wyłaniającą się z cienia za stodołą.
  "Dlaczego nie rzucisz wszystkiego i nie zaczniesz pracować dla kogoś innego?" zapytał.
  Joe wyglądał na oburzonego.
  "Człowiek pragnie niezależności" - powiedział.
  Kiedy Sam wrócił na drogę, zatrzymał się przy małym mostku nad strumieniem i podarł notatkę Joego, obserwując, jak jej fragmenty unoszą się w brązowej wodzie.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  Przez całe lato i wczesną jesień Sam kontynuował swoje wędrówki. Dni, w których coś się działo lub gdy coś zewnętrznego go interesowało lub przyciągało, były wyjątkowe, dostarczając mu pożywienia na godziny refleksji, ale przeważnie szedł i szedł tygodniami, pogrążony w swego rodzaju uzdrawiającym letargu fizycznego zmęczenia. Zawsze starał się dotrzeć do napotkanych ludzi i dowiedzieć się czegoś o ich sposobie życia i celu, do którego dążyli, a także do licznych mężczyzn i kobiet, których zostawiał z otwartymi ustami na drogach i chodnikach wiosek, wpatrujących się w niego. Kierował się jedną zasadą działania: ilekroć wpadł mu do głowy jakiś pomysł, nie wahał się, lecz natychmiast zaczynał sprawdzać wykonalność życia zgodnie z tym pomysłem i chociaż praktyka nie dawała mu końca i zdawała się jedynie mnożyć trudności problemu, który próbował rozwiązać, przyniosła mu wiele dziwnych doświadczeń.
  Kiedyś pracował przez kilka dni jako barman w saloonie we wschodnim Ohio. Saloon był małym drewnianym budynkiem z widokiem na tory kolejowe, a Sam wszedł do środka z robotnikiem, którego spotkał na chodniku. Była szalona wrześniowa noc pod koniec jego pierwszego roku jako podróżnika i podczas gdy stał przy trzaskającym piecu węglowym, kupując drinki dla robotnika i cygara dla siebie, kilku mężczyzn weszło i stanęło przy barze, pijąc razem. W miarę jak pili, stawali się coraz bardziej przyjacielscy, poklepując się po plecach, śpiewając piosenki i przechwalając się. Jeden z nich wszedł na parkiet i zatańczył jiga. Właściciel, mężczyzna o okrągłej twarzy i jednym martwym oku, który sam dużo pił, postawił butelkę na barze i podchodząc do Sama, zaczął narzekać na brak barmana i długie godziny pracy.
  "Pijcie, co chcecie, chłopcy, a potem powiem wam, ile jesteście winni" - powiedział do mężczyzn stojących przy barze.
  Rozglądając się po sali, patrząc na mężczyzn pijących i bawiących się jak uczniowie, i patrząc na butelkę na ladzie, której zawartość na chwilę rozjaśniła ponurą szarość życia robotników, Sam powiedział sobie: "Przyjmuję ten interes. Może mi się spodoba. Przynajmniej będę sprzedawał zapomnienie, a nie będę marnował życia na włóczenie się po ulicy i rozmyślanie".
  Saloon, w którym pracował, przynosił zyski i pomimo mało znanej lokalizacji, pozostawił właściciela w stanie określanym jako "dobrze utrzymany". Boczne drzwi wychodziły na alejkę, która prowadziła do głównej ulicy miasta. Drzwi frontowe, od strony torów kolejowych, były rzadko używane - być może dwóch lub trzech młodych mężczyzn z dworca towarowego wzdłuż torów wchodziło w południe i stało tam, popijając piwo - ale handel, który przepływał przez alejkę i przez boczne drzwi, był ogromny. Całymi dniami ludzie spieszyli się do środka i wychodzili, popijając i wybiegając, rozglądając się po alejce i uciekając, gdy tylko znaleźli wolną drogę. Wszyscy ci mężczyźni pili whisky, a Sam, po kilku dniach pracy w tym miejscu, popełnił błąd, sięgając po butelkę, gdy usłyszał otwierające się drzwi.
  "Niech pytają" - powiedział niegrzecznie właściciel. "Chcesz obrazić człowieka?"
  W soboty miejsce było pełne farmerów pijących piwo przez cały dzień, a w inne dni, o dziwnych porach, przychodzili mężczyźni, narzekając i prosząc o drinka. Pozostawiony sam sobie, Sam spojrzał na drżące palce mężczyzn i postawił przed nimi butelkę, mówiąc: "Pijcie, ile chcecie".
  Kiedy właściciel wszedł, ludzie zamawiający napoje stali przez chwilę przy piecu, a potem wyszli z rękami w kieszeniach płaszczy i wzrokiem wbitym w podłogę.
  "Bar jest świetny" - wyjaśnił lakonicznie właściciel.
  Whisky była okropna. Właściciel sam ją mieszał i rozlewał do kamiennych dzbanów pod barem, a następnie do butelek w miarę ich opróżniania. Trzymał butelki słynnych whisky w szklanych gablotach, ale kiedy wszedł mężczyzna i poprosił o jedną z tych marek, Sam podał mu butelkę z tą etykietą spod baru - butelkę, którą Al wcześniej napełnił dzbanami swojej mieszanki. Ponieważ Al nie sprzedawał drinków, Sam był zmuszony nie znać się na barmaństwie i spędzał dzień na rozlewaniu toksycznych trunków Ala i pieniących się kufli piwa, które pracownicy pili wieczorami.
  Spośród mężczyzn, którzy wchodzili bocznymi drzwiami, najbardziej interesowali Sama: sprzedawca butów, sklepikarz, właściciel restauracji i telegrafista. Kilka razy dziennie ci mężczyźni wychodzili, zerkali przez ramię na drzwi, a potem, odwracając się w stronę baru, rzucali Samowi przepraszające spojrzenie.
  "Dajcie mi trochę z butelki, jestem strasznie przeziębiony" - mówili, jakby powtarzając jakąś formułkę.
  Pod koniec tygodnia Sam wrócił w trasę. Dość osobliwe przekonanie, że pozostanie tam pozwoli mu zapomnieć o życiowych troskach, rozwiało się już pierwszego dnia pracy, a ciekawość klientów okazała się jego zgubą. Kiedy mężczyźni weszli bocznymi drzwiami i stanęli przed nim, Sam pochylił się nad barem i zapytał, dlaczego piją. Niektórzy się śmiali, inni go przeklinali, a telegrafista doniósł o tym Alowi, nazywając pytanie Sama impertynencją.
  "Ty głupcze, czy nie uważasz, że lepiej rzucać kamieniami w bar?" Al ryknął i puścił go wolno, przeklinając.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IV
  
  OCH, IDEALNIE CIEPŁO Pewnego jesiennego poranka Sam siedział w małym parku w centrum przemysłowego miasteczka w Pensylwanii, obserwując mężczyzn i kobiety idących cichymi uliczkami do swoich fabryk, próbując przezwyciężyć depresję wywołaną doświadczeniami poprzedniego wieczoru. Wjechał do miasta kiepsko wykonaną glinianą drogą przez jałowe wzgórza i, przygnębiony i zmęczony, stanął na brzegu rzeki, wezbranej od wczesnojesiennych deszczów, która płynęła wzdłuż obrzeży miasta.
  W oddali zajrzał w okna ogromnej fabryki, z której unosił się czarny dym, potęgujący mrok rozpościerający się przed nim. Robotnicy przemykali się tam i z powrotem przez słabo widoczne okna, pojawiając się i znikając, oświetlani ostrym blaskiem płomieni pieca. U jego stóp fascynował się spadający strumień wody, przelewający się przez małą tamę. Gdy wpatrywał się w rwącą wodę, jego głowa, lekka od fizycznego zmęczenia, chwiała się, a w obawie przed upadkiem zmuszony był mocno chwycić się małego drzewa, o które się oparł. Na podwórku domu po drugiej stronie strumienia od domu Sama, naprzeciwko fabryki, na drewnianym płocie siedziały cztery perliczki, a ich dziwne, żałosne krzyki stanowiły szczególnie trafny akompaniament do rozgrywającej się przed nim sceny. Na samym podwórku dwa obdarte ptaki walczyły ze sobą. Raz po raz szarżowały, uderzając dziobami i ostrogami. Wyczerpani, zaczęli drapać gruzy na podwórku, a gdy nieco ochłonęli, wznowili walkę. Przez godzinę Sam obserwował tę scenę, przenosząc wzrok z rzeki na szare niebo i ziejącą czarnym dymem fabrykę. Pomyślał, że te dwa słabe ptaki, pogrążone w bezsensownej walce pośród tak potężnej siły, reprezentują znaczną część ludzkich zmagań na świecie. Odwrócił się i ruszył chodnikami w stronę wiejskiej gospody, czując się stary i zmęczony. Teraz, na ławce w małym parku, w blasku porannego słońca przeświecającego przez lśniące krople deszczu, które oblepiały czerwone liście drzew, zaczął tracić poczucie przygnębienia, które prześladowało go przez całą noc.
  Młody mężczyzna spacerujący po parku zauważył go, jak bezczynnie przygląda się spieszącym się robotnikom, i zatrzymał się, by usiąść obok niego.
  "W drogę, bracie?" zapytał.
  Sam pokręcił głową i zaczął mówić.
  "Głupcy i niewolnicy" - powiedział poważnie, wskazując na mężczyzn i kobiety idących chodnikiem. "Widzicie, jak jak zwierzęta popadają w niewolę? Co za to dostają? Jakie życie prowadzą? Życie psów".
  Spojrzał na Sama, oczekując aprobaty jego opinii.
  "Jesteśmy wszyscy głupcami i niewolnikami" - powiedział Sam zdecydowanie.
  Młody mężczyzna zerwał się na równe nogi i zaczął machać rękami.
  "No, mówisz rozsądnie" - krzyknął. "Witaj w naszym mieście, przybyszu. Nie mamy tu myślicieli. Robotnicy są jak psy. Nie ma między nimi solidarności. Chodź ze mną na śniadanie".
  W restauracji młody mężczyzna zaczął opowiadać o sobie. Był absolwentem Uniwersytetu Pensylwanii. Jego ojciec zmarł, gdy był jeszcze w szkole, pozostawiając mu skromny majątek, z którego żył wraz z matką. Nie pracował i był z tego faktu niezmiernie dumny.
  "Odmawiam pracy! Nienawidzę jej!" - oznajmił, potrząsając w powietrzu bułką śniadaniową.
  Po ukończeniu szkoły poświęcił się partii socjalistycznej w swoim rodzinnym mieście i chwalił się swoim przywództwem. Jego matka, jak twierdził, była zaniepokojona i zaniepokojona jego zaangażowaniem w ruch.
  "Ona chce, żebym zachowywał się przyzwoicie" - powiedział ze smutkiem, dodając: "Po co mam to tłumaczyć kobiecie? Nie potrafię jej wytłumaczyć różnicy między socjalistą a anarchistą akcji bezpośredniej, a ja już się poddałem. Ona oczekuje, że wysadzę kogoś w powietrze dynamitem albo pójdę do więzienia za rzucanie cegłami w lokalną policję".
  Opowiedział o strajku, który wybuchł wśród robotników w żydowskiej fabryce koszul w mieście. Sam, natychmiast zainteresowany, zaczął zadawać pytania i po śniadaniu udał się ze swoim nowym znajomym na miejsce strajku.
  Fabryka koszul mieściła się na strychu nad sklepem spożywczym, a trzy kolumny dziewcząt maszerowały chodnikiem przed sklepem. Jasno ubrany Żyd, palący cygaro i z rękami w kieszeniach, stał na schodach prowadzących na strych i wpatrywał się gniewnie w młodego socjalistę i Sama. Z jego ust wylewały się obelżywe słowa, udające, że kieruje je do pustego powietrza. Kiedy Sam podszedł do niego, odwrócił się i pobiegł po schodach, wykrzykując przekleństwa przez ramię.
  Sam dołączył do trzech dziewcząt i zaczął z nimi rozmawiać, chodząc tam i z powrotem przed sklepem spożywczym.
  "Co robicie, żeby wygrać?" zapytał, gdy opowiedzieli mu o swoich skargach.
  "Robimy, co możemy!" - powiedziała żydowska dziewczyna o szerokich biodrach, dużych, matczynych piersiach i pięknych, łagodnych brązowych oczach, która wydawała się być przywódczynią i rzeczniczką strajkujących. "Chodzimy tu w tę i z powrotem i próbujemy rozmawiać z łamistrajkami, których szef ściągnął z innych miast, gdy przyjeżdżają i wyjeżdżają".
  Frank, człowiek z uniwersytetu, zabrał głos. "Naklejamy naklejki wszędzie" - powiedział. "Sam nakleiłem ich setki".
  Wyciągnął z kieszeni płaszcza zadrukowaną kartkę papieru, zaklejoną z jednej strony taśmą, i powiedział Samowi, że wieszał je na murach i słupach telegraficznych w całym mieście. Artykuł był napisany w ohydny sposób. "Precz z Brudnymi Strupami" - głosił nagłówek, wypisany u góry pogrubionymi, czarnymi literami.
  Sam był zszokowany ohydnością podpisu i prymitywnym okrucieństwem tekstu wydrukowanego na kartce papieru.
  "Tak nazywacie robotników?" - zapytał.
  "Zabrali nam pracę" - odpowiedziała po prostu Żydówka i zaczęła od nowa, opowiadając historię swoich strajkujących sióstr i o tym, co niskie płace oznaczały dla nich i ich rodzin. "To dla mnie nic wielkiego; mam brata, który pracuje w sklepie odzieżowym i on może mnie utrzymać, ale wiele kobiet z naszego związku ma tylko pensję wystarczającą na utrzymanie rodziny".
  Umysł Sama zaczął pracować nad problemem.
  "Tutaj" - oznajmił - "trzeba coś konkretnego zrobić, stoczyć walkę z tym pracodawcą dla dobra tych kobiet".
  Zbagatelizował swoje doświadczenia w miasteczku w Illinois, tłumacząc sobie, że młoda kobieta idąca obok niego będzie miała poczucie honoru, nieznane młodemu, rudowłosemu robotnikowi, który sprzedał go Billowi i Edowi.
  "Nie mam pieniędzy" - pomyślał - "teraz spróbuję pomóc tym dziewczynom swoją energią".
  Po nawiązaniu kontaktu z żydowską dziewczyną podjął szybką decyzję.
  "Pomogę ci wrócić na swoje miejsce" - powiedział.
  Zostawiwszy dziewczyny, przeszedł przez ulicę do zakładu fryzjerskiego, skąd mógł obserwować wejście do fabryki. Chciał zaplanować swoje działania, a także obserwować strajkujące dziewczyny, gdy będą przychodzić do pracy. Po chwili kilka dziewcząt zeszło ulicą i skręciło na schody. Jasno ubrany Żyd, palący cygaro, ponownie stanął przy wejściu na schody. Trzech pikietujących, biegnąc naprzód, zaatakowało grupę dziewcząt wchodzących po schodach. Jedna z nich, młoda Amerykanka o blond włosach, odwróciła się i krzyknęła coś przez ramię. Mężczyzna o imieniu Frank odkrzyknął w odpowiedzi, a Żyd wyjął cygaro z ust i roześmiał się serdecznie. Sam nabił i zapalił fajkę, a w jego głowie kłębiły się dziesiątki planów pomocy strajkującym dziewczynom.
  Rano zajrzał do sklepu spożywczego na rogu, do saloonu obok, a potem wrócił do fryzjera, gawędząc ze strajkującymi. Zjadł lunch samotnie, wciąż myśląc o trzech dziewczynach cierpliwie chodzących po schodach. Ich nieustanne chodzenie wydawało mu się stratą energii.
  "Powinni zrobić coś bardziej konkretnego" - pomyślał.
  Po obiedzie spotkał się z dobroduszną dziewczyną żydowską i poszli razem ulicą, rozmawiając o strajku.
  "Nie wygrasz tego strajku, po prostu ich wyzywając" - powiedział. "Nie podoba mi się naklejka z napisem "brudna skorupa", którą Frank miał w kieszeni. Nie pomaga, a tylko irytuje dziewczyny, które zajęły twoje miejsce. Ludzie w tej części miasta chcą, żebyś wygrał. Rozmawiałem z mężczyznami, którzy przychodzą do saloonu i zakładu fryzjerskiego po drugiej stronie ulicy i już zasłużyłeś na ich współczucie. Chcesz zdobyć współczucie dziewczyn, które zajęły twoje miejsce. Nazywanie ich brudnymi skorupami tylko czyni z nich męczennice. Czy ta jasnowłosa dziewczyna wyzywała cię dziś rano?"
  Żydowska dziewczyna spojrzała na Sama i gorzko się zaśmiała.
  "Wręcz przeciwnie; nazwała mnie głośną osobą z ulicy".
  Poszli dalej ulicą, przekroczyli tory kolejowe i most, i znaleźli się na cichej, willowej ulicy. Powozy zaparkowane były na krawężniku przed domami, a Sam, wskazując na nie i na zadbane domy, powiedział: "Mężczyźni kupują takie rzeczy dla swoich kobiet".
  Cień padł na twarz dziewczyny.
  "Wierzę, że wszystkie pragniemy tego, co te kobiety" - odpowiedziała. "Tak naprawdę nie chcemy walczyć i stawać na własnych nogach, przynajmniej nie wtedy, gdy znamy świat. To, czego naprawdę pragnie kobieta, to mężczyzna" - dodała szorstko.
  Sam zaczął mówić i opowiedział jej o swoim planie. Przypomniał sobie, jak Jack Prince i Morrison rozmawiali o atrakcyjności listów osobistych i o tym, jak skutecznie wykorzystują je firmy wysyłkowe.
  "Będziemy tu mieli strajk pocztowy" - powiedział i opisał swój plan. Zasugerował, żeby ona, Frank i kilka innych strajkujących dziewcząt poszli po mieście i sprawdzili nazwiska i adresy pocztowe łamistrajkujących.
  "Znajdźcie nazwiska gospodyń pensjonatu, w którym mieszkają te dziewczyny, oraz imiona mężczyzn i kobiet mieszkających w tych samych domach" - zasugerował. "Następnie zbierzcie najbystrzejsze dziewczyny i kobiety i poproście je, aby opowiedziały mi swoje historie. Będziemy pisać listy dzień po dniu do dziewcząt-łamistrajkowiczów, kobiet prowadzących pensjonaty i ludzi, którzy mieszkają w tych domach i siedzą przy ich stolikach. Nie będziemy wymieniać nazwisk. Opowiemy historię o tym, co znaczy ponieść porażkę w tej walce o kobiety z waszego związku, opowiedzcie ją prosto i szczerze, tak jak opowiedzieliście mi ją dziś rano".
  "To będzie dużo kosztować" - rzekła żydowska dziewczyna, kręcąc głową.
  Sam wyjął z kieszeni plik banknotów i pokazał go jej.
  "Zapłacę" - powiedział.
  "Dlaczego?" zapytała, patrząc na niego uważnie.
  "Bo jestem człowiekiem, który chce pracować tak jak ty" - odpowiedział, po czym szybko dodał: "To długa historia. Jestem bogatym człowiekiem, który wędruje po świecie w poszukiwaniu Prawdy. Nie chcę, żeby to wyszło na jaw. Potraktuj mnie jak coś oczywistego. Nie pożałujesz".
  W ciągu godziny wynajął duży pokój, płacąc z góry miesięczny czynsz, a do pokoju wniesiono krzesła, stół i maszyny do pisania. Zamieścił ogłoszenie w wieczornej gazecie o poszukiwaniu kobiet stenografek, a drukarz, zachęcony obietnicą dodatkowego wynagrodzenia, wydrukował dla niego kilka tysięcy formularzy z napisem "Girl Strikers" na górze, napisanym pogrubioną czarną czcionką.
  Tej nocy Sam zorganizował spotkanie strajkujących dziewcząt w wynajętym pokoju, wyjaśniając swój plan i oferując pokrycie wszystkich kosztów walki, którą zamierzał dla nich stoczyć. Dziewczyny klaskały i wiwatowały, a Sam zaczął przedstawiać zarys swojej kampanii.
  Rozkazał jednej z dziewcząt stać przed fabryką rano i wieczorem.
  "Będę miał dla ciebie jeszcze inną pomoc" - powiedział. "Dziś wieczorem, zanim pójdziesz do domu, drukarz będzie tu z partią broszur, które dla ciebie wydrukowałem".
  Za radą życzliwej Żydówki zachęcił innych do zdobycia dodatkowych nazwisk na potrzebną mu listę mailingową i otrzymał wiele ważnych nazwisk od dziewcząt z pokoju. Poprosił sześć dziewcząt, aby przyszły rano i pomogły mu w adresowaniu i wysyłaniu listów. Wyznaczył Żydówce do opieki nad dziewczętami pracującymi w pokoju, który następnego dnia miał stać się biurem, oraz do nadzorowania przyjmowania nazwisk.
  Frank wstał z tyłu sali.
  "Kim ty właściwie jesteś?" zapytał.
  "Człowiek z pieniędzmi i umiejętnościami, który potrafi wygrać ten strajk" - powiedział mu Sam.
  "Dlaczego to robisz?" zapytał Frank.
  Dziewczynka żydowska zerwała się na równe nogi.
  "Ponieważ wierzy w te kobiety i chce im pomóc" - wyjaśniła.
  "Ćmo" - powiedział Frank, wychodząc za drzwi.
  Kiedy spotkanie dobiegło końca, padał śnieg. Sam i żydowska dziewczyna dokończyli rozmowę na korytarzu prowadzącym do jej pokoju.
  "Nie wiem, co na to powie Harrigan, lider związku z Pittsburgha" - powiedziała mu. "Postawił Franka na czele strajku. Nie lubi się wtrącać i może nie spodobać mu się twój plan. Ale my, kobiety pracujące, potrzebujemy mężczyzn, mężczyzn takich jak ty, którzy potrafią planować i działać. Mamy tu za dużo mężczyzn. Potrzebujemy mężczyzn, którzy będą pracować dla nas wszystkich, tak jak mężczyźni pracują dla kobiet w powozach i samochodach". Zaśmiała się i wyciągnęła rękę. "Widzisz, w co się wpakowałeś? Chcę, żebyś został mężem całego naszego związku".
  Następnego ranka cztery młode stenografki poszły do pracy w kwaterze głównej Sama, a on napisał swój pierwszy list strajkowy - list opowiadający historię strajkującej dziewczyny o imieniu Hadaway, której młodszy brat chorował na gruźlicę. Sam nie podpisał listu; uważał, że nie musi. Pomyślał, że mając dwadzieścia lub trzydzieści takich listów, z których każdy krótko i szczerze opowiadałby historię jednej z tych niezwykłych dziewczyn, mógłby pokazać jednemu amerykańskiemu miastu, jak żyje jego druga połowa. Przekazał list czterem młodym stenografkom z listy mailingowej, którą już miał, i zaczął do każdej z nich pisać.
  O ósmej rano przybył mężczyzna, aby zainstalować telefon, a strajkujące dziewczyny zaczęły dodawać nowe nazwiska do listy mailingowej. O dziewiątej rano przybyło trzech kolejnych stenografów i zostało wezwanych do pracy, a byłe dziewczyny zaczęły zgłaszać nowe nazwiska telefonicznie. Żydówka chodziła tam i z powrotem, wydając polecenia i podsuwając sugestie. Od czasu do czasu podbiegała do biurka Sama i proponowała inne źródła nazwisk na liście mailingowej. Sam pomyślał, że podczas gdy inne pracujące dziewczyny wydawały się przed nim nieśmiałe i zawstydzone, ta taka nie była. Była jak generał na polu bitwy. Jej łagodne brązowe oczy błyszczały, umysł pracował szybko, a głos był czysty. Na jej sugestię Sam podał dziewczynom przy maszynach do pisania listy z nazwiskami urzędników miejskich, bankierów i prominentnych biznesmenów, a także żon wszystkich tych mężczyzn, a także prezesów różnych klubów kobiecych, celebrytek i organizacji charytatywnych. Zadzwoniła do reporterów z dwóch miejskich dzienników i poprosiła ich o przeprowadzenie wywiadu z Samem, a on, zgodnie z jej sugestią, dał im wydrukowane kopie listu dziewczyny Hadaway.
  "Wydrukuj to" - powiedział - "a jeśli nie możesz wykorzystać tego w wiadomościach, zrób z tego reklamę i przynieś mi rachunek".
  O jedenastej Frank wszedł do pokoju w towarzystwie wysokiego Irlandczyka o zapadniętych policzkach, czarnych, brudnych zębach i za ciasnym płaszczu. Zostawiwszy go przy drzwiach, Frank przeszedł przez pokój do Sama.
  "Chodź z nami na lunch" - powiedział. Wskazał kciukiem przez ramię wysokiego Irlandczyka. "Podniosłem go" - powiedział. "Najlepszy mózg, jaki to miasto miało od lat. To cud. Był kiedyś księdzem katolickim. Nie wierzy w Boga, miłość ani w nic innego. Wyjdź i posłuchaj, co mówi. Jest wspaniały".
  Sam pokręcił głową.
  "Jestem zbyt zajęty. Jest tu praca do wykonania. Wygramy ten strajk".
  Frank spojrzał na niego z powątpiewaniem, a potem na zajęte dziewczyny.
  "Nie wiem, co Harrigan o tym wszystkim pomyśli" - powiedział. "On nie lubi, żeby się wtrącano. Nigdy nic nie robię bez pisemnej informacji. Napisałem do niego i powiedziałem, co tu robisz. Musiałem, rozumiesz. Odpowiadam przed centralą".
  Tego popołudnia do siedziby strajku przyszedł żydowski właściciel fabryki koszul, przeszedł przez pokój, zdjął kapelusz i usiadł obok biurka Sama.
  "Czego tu chcesz?" zapytał. "Faceci z gazet powiedzieli mi, co planujesz. W co grasz?"
  "Chcę cię poklepać" - odpowiedział cicho Sam - "poklepać cię porządnie. Równie dobrze możesz stać w kolejce. Przegrasz".
  "Jestem tylko jeden" - powiedział Żyd. "Mamy stowarzyszenie krawców koszul. Wszyscy w tym jesteśmy. Wszyscy strajkujemy. Co zyskasz, pokonując mnie tutaj? Przecież jestem tylko małym człowiekiem".
  Sam się roześmiał, wziął długopis i zaczął pisać.
  "Masz pecha" - powiedział. "Po prostu udało mi się tu zaistnieć. Jak cię pokonam, to pokonam resztę. Zarobię więcej pieniędzy niż wy wszyscy i pokonam każdego z was".
  Następnego ranka tłum stał przed schodami prowadzącymi do fabryki, gdy dziewczęta-strajkowniczki przybyły do pracy. Listy i wywiady w gazetach okazały się skuteczne i ponad połowa strajkujących nie pojawiła się. Reszta pospieszyła ulicą i skręciła na schody, ignorując tłum. Dziewczyna, którą Sam zbeształ, stała na chodniku i rozdawała ulotki strajkującym. Ulotki nosiły tytuł "Historia dziesięciu dziewcząt" i w zwięzły, lecz treściwy sposób opowiadały historie dziesięciu strajkujących dziewcząt oraz o tym, co przegrana strajku oznaczała dla nich i ich rodzin.
  Po chwili podjechały dwa powozy i duży samochód. Z samochodu wysiadła elegancko ubrana kobieta, wzięła paczkę ulotek od grupy dziewcząt na pikiecie i zaczęła je rozdawać. Dwóch policjantów stojących przed tłumem zdjęło kaski i odprowadziło ją. Tłum bił brawo. Frank pospiesznie przeszedł przez ulicę do Sama stojącego przed zakładem fryzjerskim i poklepał go po plecach.
  "Jesteś cudem" - powiedział.
  Sam pospiesznie wrócił do swojego pokoju i przygotował drugi list na listę mailingową. Do pracy dotarło dwóch kolejnych stenografów. Musiał wezwać więcej maszyn. Reporter z miejskiej gazety wieczornej wbiegł po schodach.
  "Kim jesteś?" zapytał. "Miasto chce wiedzieć".
  Z kieszeni wyjął telegram z gazety z Pittsburgha.
  "A co z planem strajku wysłanym pocztą? Proszę podać imię i nazwisko oraz pochodzenie nowego lidera strajku.
  O dziesiątej Frank wrócił.
  "Jest telegram od Harrigana" - powiedział. "Przyjeżdża tutaj. Chce dziś wieczorem zorganizować duże spotkanie z dziewczynami. Mam je zebrać. Spotkamy się tutaj, w tym pokoju.
  Praca w pokoju trwała. Lista mailingowa podwoiła się. Pikieta przed fabryką koszul donosiła, że odeszło trzech kolejnych łamistrajków. Żydowska dziewczyna była zdenerwowana. Chodziła po pokoju, a jej oczy błyszczały.
  "To wspaniale" - powiedziała. "Plan działa. Całe miasto też się z nami cieszy. Wygramy za dwadzieścia cztery godziny".
  Potem, o siódmej wieczorem, Harrigan wszedł do pokoju, w którym Sam siedział z zebranymi dziewczynami i zamknął za sobą drzwi. Był niskim, krępym mężczyzną o niebieskich oczach i rudych włosach. Przechadzał się po pokoju w milczeniu, a za nim Frank. Nagle zatrzymał się i podniósł jedną z maszyn do pisania, którą Sam wypożyczył do pisania listów, uniósł ją nad głowę i rzucił na podłogę.
  "Obrzydliwy przywódca strajku" - ryknął. "Spójrz na to. Kiepskie maszyny!"
  "Strup stenografa!" - wycedził przez zaciśnięte zęby. "Zdrap ten druk! Wydrap go całego!"
  Wziął stos formularzy, podarł je i podszedł do przodu sali, grożąc Samowi pięścią przed twarzą.
  "Przywódco Łupów!" krzyknął, zwracając się do dziewcząt.
  Łagodnieoka żydowska dziewczyna zerwała się na równe nogi.
  "On wygrywa dla nas" - powiedziała.
  Harrigan podszedł do niej groźnie.
  "Lepiej przegrać, niż odnieść marne zwycięstwo" - ryknął.
  "Kim ty, do cholery, jesteś? Jaki oszust cię tu przysłał?" - zapytał, zwracając się do Sama.
  Rozpoczął przemówienie. "Obserwowałem tego faceta, znam go. Ma plan zniszczenia związku zawodowego i jest na liście płac kapitalistów".
  Sam czekał, mając nadzieję, że nie usłyszy już nic więcej. Wstał, włożył płócienną kurtkę i ruszył do drzwi. Wiedział, że ma już na koncie kilkanaście naruszeń kodeksu związkowego, a myśl o próbie przekonania Harrigana o jego bezinteresowności nie przyszła mu do głowy.
  "Nie zwracaj na mnie uwagi" - powiedział. "Wychodzę".
  Przeszedł między rzędami przestraszonych, bladych dziewcząt i otworzył drzwi; Żydówka poszła za nim. Na szczycie schodów prowadzących na ulicę zatrzymał się i wskazał na pokój.
  "Wracaj" - powiedział, wręczając jej plik banknotów. "Pracuj dalej, jeśli możesz. Zdobądź więcej maszyn i nowy znaczek. Pomogę ci potajemnie".
  Odwróciwszy się, zbiegł po schodach, pospiesznie przecisnął się przez ciekawski tłum stojący u stóp i szybkim krokiem ruszył przed oświetlone sklepy. Padał zimny deszcz, w połowie śnieg. Obok niego szedł młody mężczyzna z brązową, ostro zakończoną brodą, jeden z reporterów, którzy przeprowadzali z nim wywiad poprzedniego dnia.
  "Harrigan cię przeciął?" - zapytał młody mężczyzna, po czym dodał ze śmiechem: "Powiedział nam, że zamierza cię zrzucić ze schodów".
  Sam szedł w milczeniu, przepełniony gniewem. Skręcił w alejkę i zatrzymał się, gdy jego towarzysz położył mu dłoń na ramieniu.
  "To nasze wysypisko" - powiedział młody mężczyzna, wskazując na długi, niski budynek z muru pruskiego z widokiem na alejkę. "Wejdź i opowiedz nam swoją historię. Powinno być dobrze".
  Inny młody mężczyzna siedział w redakcji gazety, z głową opartą na biurku. Był ubrany w uderzająco jaskrawy surdut w kratkę, miał lekko pomarszczoną, dobroduszną twarz i sprawiał wrażenie pijanego. Brodaty młodzieniec wyjaśnił tożsamość Sama, chwytając śpiącego mężczyznę za ramię i energicznie nim potrząsając.
  "Obudź się, kapitanie! Jest tu niezła historia!" krzyknął. "Związek wyrzucił przywódcę strajku pocztą!"
  Kapitan podniósł się i zaczął kręcić głową.
  "Oczywiście, oczywiście, Stary Top, wywaliliby cię. Masz trochę rozumu. Żaden człowiek z rozumem nie mógłby poprowadzić strajku. To wbrew prawom natury. Coś musiało cię uderzyć. Czy ten bandyta pochodził z Pittsburgha?" - zapytał, zwracając się do młodego mężczyzny z brązową brodą.
  Potem, podnosząc wzrok i zdejmując z gwoździa na ścianie czapkę pasującą do kraciastego płaszcza, puścił oko do Sama. "Chodź, Stary Top. Muszę się napić.
  Dwaj mężczyźni przeszli bocznymi drzwiami i ciemną alejką weszli do saloonu tylnymi drzwiami. Błoto zalegało głęboko w alejce, a Skipper brodził w nim, ochlapując ubranie i twarz Sama. W saloonie, przy stoliku naprzeciwko Sama, z butelką francuskiego wina między nimi, zaczął wyjaśniać.
  "Dziś rano muszę zapłacić rachunek, a nie mam pieniędzy" - powiedział. "Kiedy nadchodzi termin, zawsze jestem spłukany i zawsze się upijam. Następnego ranka płacę rachunek. Nie wiem, jak to robię, ale zawsze tak robię. Taki system. A teraz o tym strajku". Zatopił się w dyskusji o strajku, podczas gdy mężczyźni wchodzili i wychodzili, śmiejąc się i pijąc. O dziesiątej właściciel zamknął drzwi wejściowe, zaciągnął zasłonę i przeszedł na tył sali, usiadł przy stole z Samem i Skipperem, przynosząc kolejną butelkę francuskiego wina, z którego obaj mężczyźni kontynuowali picie.
  "Ten człowiek z Pittsburgha okradł twój dom, prawda?" - powiedział, zwracając się do Sama. "Dziś wieczorem przyszedł tu jakiś człowiek i mi o tym powiedział. Wezwał ludzi od maszyn do pisania i kazał im je zabrać".
  Gdy byli gotowi do wyjścia, Sam wyciągnął pieniądze z kieszeni i zaproponował, że zapłaci za butelkę francuskiego wina zamówioną przez Skippera, który wstał i chwiejnie podniósł się na nogi.
  "Próbujesz mnie obrazić?" - zapytał oburzony, rzucając na stół dwudziestodolarowy banknot. Właściciel zwrócił tylko czternaście dolarów.
  "Mogę równie dobrze wytrzeć tablicę, podczas gdy ty będziesz się mył" - zauważył, puszczając oko do Sama.
  Kapitan usiadł ponownie, wyjął z kieszeni ołówek i notatnik i rzucił je na stół.
  "Potrzebuję artykułu o strajku w Old Rag" - powiedział Samowi. "Napisz go dla mnie. Zrób coś mocnego. Strajkuj. Chcę porozmawiać z moim przyjacielem.
  Sam położył notatnik na stole i zaczął pisać artykuł wstępny do gazety. Jego umysł wydawał się niezwykle jasny, a słowa niezwykle trafne. Zwrócił uwagę opinii publicznej na sytuację, walkę strajkujących dziewcząt i ich inteligentną walkę o zwycięstwo w słusznej sprawie. Następnie w akapitach wskazywał, że skuteczność wykonanej pracy została zniweczona przez stanowisko przyjęte przez przywódców związkowych i socjalistycznych.
  "Ci ludzie tak naprawdę nie przejmują się wynikami" - napisał. "Nie obchodzą ich bezrobotne kobiety, które muszą utrzymać swoje rodziny; dbają tylko o siebie i swoje marne przywództwo, które, jak się obawiają, jest zagrożone. Teraz czeka nas typowy pokaz starych metod: walka, nienawiść i porażka".
  Po skończeniu "Skippera", Sam wrócił alejką do redakcji. Skipper znów taplał się w błocie, niosąc butelkę czerwonego ginu. Przy biurku wziął od Sama artykuł wstępny i przeczytał go.
  "Idealnie! Idealnie, co do tysięcznej cala, Stary Top" - powiedział, klepiąc Sama po ramieniu. "Właśnie to miał na myśli Stary Szmata, mówiąc o strajku". Potem, wdrapując się na biurko i opierając głowę o kraciasty płaszcz, zasnął spokojnie, a Sam, siedzący przy biurku na rozklekotanym krześle biurowym, również zasnął. O świcie obudził ich Murzyn z miotłą w ręku. Skipper, wchodząc do długiego, niskiego pomieszczenia pełnego pras, wsadził głowę pod kran i wrócił, machając brudnym ręcznikiem, z wodą kapiącą z włosów.
  "A teraz o dniu i jego trudach" - powiedział, uśmiechając się do Sama i biorąc długi łyk ginu z butelki.
  Po śniadaniu on i Sam zajęli miejsce przed zakładem fryzjerskim, naprzeciwko schodów prowadzących do fabryki koszul. Dziewczyna Sama z ulotkami zniknęła, podobnie jak cicha Żydówka, a na ich miejscu Frank i pewien pittsburski przywódca o nazwisku Harrigan przechadzali się tam i z powrotem. Ponownie powozy i samochody zaparkowały przy krawężniku, a z jednego z nich ponownie wysiadła elegancko ubrana kobieta i podeszła do trzech jaskrawo ubranych dziewczyn zbliżających się chodnikiem. Harrigan powitał kobietę, grożąc pięścią i krzycząc, po czym wrócił do samochodu, którym odjechała. Ze schodów jaskrawo ubrany Żyd spojrzał na tłum i roześmiał się.
  "Gdzie jest nowy napastnik sprzedaży wysyłkowej?" zawołał do Franka.
  Po tych słowach jeden z robotników wybiegł z tłumu z wiadrem w ręku i zrzucił Żyda z powrotem na schody.
  "Uderz go! Uderz w brudnego przywódcę brudasów!" - krzyczał Frank, tańcząc w przód i w tył na chodniku.
  Dwóch policjantów podbiegło i poprowadziło pracownika ulicą, wciąż ściskając w jednej ręce wiaderko z lunchem.
  "Wiem coś" - krzyknął Skipper, klepiąc Sama po ramieniu. "Wiem, kto podpisze ze mną tę notatkę. Kobieta, którą Harrigan wepchnął z powrotem do samochodu, jest najbogatszą kobietą w mieście. Pokażę jej twój artykuł. Pomyśli, że to ja go napisałem i zrozumie. Zobaczysz". Pobiegł ulicą, krzycząc przez ramię: "Chodź na złomowisko, chcę cię znowu zobaczyć".
  Sam wrócił do redakcji i usiadł, czekając na Skippera, który wszedł chwilę później, zdjął płaszcz i zaczął gorączkowo pisać. Co jakiś czas popijał dużymi łykami z butelki czerwonego ginu i, w milczeniu podając go Samowi, kontynuował przeglądanie strony za stroną zabazgranego tekstu.
  "Poprosiłem ją o podpisanie listu" - powiedział przez ramię do Sama. "Była wściekła na Harrigana, a kiedy powiedziałem jej, że zamierzamy go zaatakować i cię chronić, szybko się na to nabrała. Wygrałem, postępując zgodnie z moim systemem. Zawsze się upijam i to zawsze wygrywa".
  O dziesiątej w redakcji panował chaos. Do Skippera podbiegł niski mężczyzna z brązową, spiczastą brodą i drugi mężczyzna, prosząc o radę, rozkładając przed nim kartki papieru i opowiadając, jak je napisali.
  "Dajcie mi jakiś kierunek. Potrzebuję kolejnego nagłówka na pierwszej stronie" - Skipper krzyczał do nich, pracując jak szalony.
  O dziesiątej trzydzieści drzwi się otworzyły i wszedł Harrigan w towarzystwie Franka. Widząc Sama, zatrzymali się, patrząc niepewnie na niego i mężczyznę pracującego przy biurku.
  "No, gadajcie. To nie damska toaleta. Czego chcecie?" warknął Skipper, patrząc na nich.
  Frank podszedł i położył na stole kartkę papieru, którą dziennikarz pospiesznie przeczytał.
  "Czy z tego skorzystasz?" zapytał Frank.
  Kapitan się roześmiał.
  "Nie zmieniłbym ani słowa" - krzyknął. "Oczywiście, że użyję. Właśnie to chciałem przekazać. Chłopaki, patrzcie na mnie".
  Frank i Harrigan wyszli, a Skipper pobiegł do drzwi i zaczął krzyczeć do pokoju za nimi.
  Hej, Shorty i Tom, mam ostatni trop.
  Wrócił do biurka i zaczął pisać ponownie, uśmiechając się przy tym. Podał Samowi wydrukowaną kartkę, którą przygotował Frank.
  "Podła próba wygrania sprawy robotniczej przez brudnych, podłych przywódców i śliską klasę kapitalistyczną" - tak zaczynał się tekst, po czym nastąpił dziki zlepek słów, słów bez znaczenia, zdań bez znaczenia, w których Sam został nazwany mętnym, gadatliwym kolekcjonerem zamówień pocztowych, a Skipper został nazwany potocznie tchórzliwym kałamarzem.
  "Przeanalizuję materiał i skomentuję go" - powiedział Skipper, wręczając Samowi to, co napisał. Był to artykuł redakcyjny, oferujący opinii publicznej artykuł przygotowany do publikacji przez liderów strajku i wyrażający współczucie dla strajkujących dziewcząt, które czuły, że ich sprawa została przegrana z powodu niekompetencji i głupoty ich liderów.
  "Hura dla Rafhouse"a, odważnego mężczyzny, który prowadzi pracujące dziewczyny do porażki, dzięki czemu może utrzymać prowadzenie i podjąć rozsądne wysiłki na rzecz sprawy pracy" - napisał Skipper.
  Sam spojrzał na prześcieradła i przez okno, gdzie szalała śnieżyca. Czuł się, jakby popełniano przestępstwo, i czuł mdłości i obrzydzenie na myśl o własnej niemożności powstrzymania go. Kapitan zapalił krótką czarną fajkę i zdjął kapsel z gwoździa wbitego w ścianę.
  "Jestem najsympatyczniejszym dziennikarzem w mieście i trochę finansistą" - powiedział. "Chodźmy na drinka".
  Po wypiciu Sam ruszył przez miasto w stronę wsi. Na obrzeżach miasta, gdzie domy były rozrzucone, a droga zaczynała znikać w głębokiej dolinie, ktoś za nim się przywitał. Odwracając się, zobaczył Żydówkę o łagodnym spojrzeniu biegnącą ścieżką wzdłuż drogi.
  "Dokąd idziesz?" zapytał, zatrzymując się i opierając o drewniany płot, czując, jak śnieg pada mu na twarz.
  "Pójdę z tobą" - powiedziała dziewczyna. "Jesteś najlepszą i najsilniejszą osobą, jaką kiedykolwiek widziałam i nie pozwolę ci odejść. Jeśli masz żonę, to nie ma znaczenia. Nie jest taka, jaka powinna być, inaczej nie włóczyłbyś się sam po kraju. Harrigan i Frank mówią, że jesteś szalony, ale ja wiem lepiej. Pójdę z tobą i pomogę ci znaleźć to, czego chcesz".
  Sam zastanowiła się przez chwilę. Wyciągnęła plik banknotów z kieszeni sukienki i podała mu go.
  "Wydałam trzysta czternaście dolarów" - powiedziała.
  Stali patrząc na siebie. Wyciągnęła rękę i położyła mu ją na ramieniu. Jej oczy, łagodne i teraz płonące głodnym blaskiem, patrzyły na niego. Jej okrągła klatka piersiowa unosiła się i opadała.
  "Gdziekolwiek powiesz. Będę twoim sługą, jeśli mnie o to poprosisz.
  Sam został ogarnięty falą palącego pożądania, po której nastąpiła gwałtowna reakcja. Pomyślał o miesiącach żmudnych poszukiwań i swojej całkowitej porażce.
  "Wrócisz do miasta, nawet jeśli będę musiał cię ukamienować" - powiedział do niej, odwracając się i biegnąc w dół doliny, zostawiając ją stojącą przy drewnianym płocie z głową w dłoniach.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ V
  
  O JEDNEJ CHRUPIĄCEJ ZIMIE Pewnego wieczoru Sam znalazł się na ruchliwym rogu ulicy w Rochester w stanie Nowy Jork, obserwując z progu tłumy ludzi spieszących się lub kręcących się. Stał w progu niedaleko czegoś, co wydawało się być miejscem spotkań towarzyskich, i ze wszystkich stron podchodzili mężczyźni i kobiety, spotykali się na rogu, stali przez chwilę rozmawiając, a potem wychodzili razem. Sam zaczął się zastanawiać nad spotkaniami. W ciągu roku, odkąd opuścił biuro w Chicago, jego umysł stawał się coraz bardziej melancholijny. Drobne rzeczy - uśmiech na ustach nędznie ubranego staruszka mamroczącego i spieszącego się obok niego na ulicy lub machnięcie ręki dziecka z drzwi domu - dały mu pożywienie na wiele godzin myśli. Teraz obserwował drobne wydarzenia z zainteresowaniem: skinienia głowami, uściski dłoni, pospieszne, ukradkowe spojrzenia mężczyzn i kobiet, którzy spotykali się na chwilę na rogu. Na chodniku przed jego drzwiami, kilku mężczyzn w średnim wieku, najwyraźniej z dużego hotelu tuż za rogiem, wyglądało na nieprzyjemnych i głodnych, ukradkiem zerkało na kobiety w tłumie.
  W drzwiach obok Sama pojawiła się rosła blondynka. "Czekasz na kogoś?" - zapytała, uśmiechając się i patrząc na niego uważnie tym niespokojnym, niepewnym i głodnym błyskiem, który widział w oczach mężczyzn w średnim wieku na chodniku.
  "Co tu robisz, skoro twój mąż jest w pracy?" - odważył się zapytać.
  Wyglądała na przestraszoną, a potem się roześmiała.
  "Skoro chcesz mną tak potrząsać, to dlaczego mnie nie uderzysz?" - zażądała, dodając: "Nie wiem, kim jesteś, ale kimkolwiek jesteś, chcę ci powiedzieć, że odeszłam od męża".
  "Dlaczego?" zapytał Sam.
  Znów się zaśmiała, podeszła bliżej i przyjrzała mu się uważnie.
  "Myślę, że blefujesz" - powiedziała. "Nie sądzę, żebyś w ogóle znał Alfa. I cieszę się, że nie znasz. Zostawiłam Alfa, ale on i tak by wskrzesił Caina, gdyby mnie tu zobaczył".
  Sam wyszedł zza drzwi i ruszył alejką mijając oświetlony teatr. Kobiety na ulicy zerkały na niego, a za teatrem młoda kobieta otarła się o niego i mruknęła: "Cześć, Sportowcu!".
  Sam pragnął uciec od chorego, głodnego spojrzenia, które widział w oczach mężczyzn i kobiet. Jego myśli zaczęły się rozwodzić nad tym aspektem życia niezliczonych ludzi w miastach - mężczyzn i kobiet na rogach ulic, nad kobietą, która z bezpiecznego, wygodnego małżeństwa wyzwała go kiedyś prosto w twarz, gdy siedzieli razem w teatrze, i nad tysiącem drobnych incydentów z życia wszystkich współczesnych mężczyzn i kobiet w miastach. Zastanawiał się, jak bardzo ten zachłanny, męczący głód powstrzymuje mężczyzn przed podjęciem życia i przeżywaniem go poważnie i celowo, tak jak on chciał je przeżyć i jak czuł, że wszyscy mężczyźni i kobiety, w głębi duszy, pragną go przeżyć. Jako chłopiec w Caxton, często spotykał się z wybuchami okrucieństwa i niegrzeczności w mowie i czynach życzliwych, życzliwych ludzi; teraz, spacerując ulicami miasta, myślał, że już się nie boi. "To jakość naszego życia" - pomyślał. "Amerykańscy mężczyźni i kobiety nie nauczyli się być czystymi, szlachetnymi i naturalnymi, jak ich lasy i ich szerokie, czyste równiny".
  Myślał o tym, co słyszał o Londynie, Paryżu i innych miastach starego świata, i podążając za impulsem, jakiego nabrał podczas samotnych wędrówek, zaczął mówić sam do siebie.
  "Nie jesteśmy lepsi ani czystsi od nich" - powiedział - "i zstępujemy z rozległej, czystej, nowej krainy, po której kroczyłem przez te wszystkie miesiące. Czy ludzkość na zawsze będzie żyła z tym samym bolesnym, dziwnie wyrażonym głodem we krwi i z takim spojrzeniem w oczach? Czy nigdy się nie wyzbędzie, nie zrozumie siebie i nie zwróci się z zapałem i energią ku budowaniu większej i czystszej rasy ludzkiej?"
  "Jeśli mi nie pomożesz" - odpowiedziała jakaś ukryta część jego duszy.
  Sam zaczął rozmyślać o ludziach, którzy piszą i tych, którzy nauczają, i zastanawiał się, dlaczego nie mówią oni bardziej rozważnie o wadach, dlaczego tak często marnują swoje talenty i energię na daremne ataki na jakiś etap życia, a swoje wysiłki na rzecz poprawy ludzkości kończą na wstąpieniu do ligi abstynenckiej lub promowaniu jej, albo na rezygnacji z gry w baseball w niedziele.
  Czyż wielu pisarzy i reformatorów nie sprzysięgło się nieświadomie z alfonsem, uważając występek i rozwiązłość za coś z gruntu uroczego? On sam nie dostrzegał w nich nic z tego mglistego uroku.
  "Dla mnie" - wspominał - "w wycinkach z gazet amerykańskich miast nie było François Villona ani Safosa. Zamiast nich były tylko bolesne choroby, zły stan zdrowia i ubóstwo, surowe, okrutne twarze i podarte, tłuste ubrania".
  Myślał o ludziach takich jak Zola, którzy jasno widzieli tę stronę życia, i o tym, jak on, jako młody człowiek w mieście, przeczytał książkę tego człowieka za namową Janet Eberle i został pokrzepiony - pokrzepiony, przestraszony i zmuszony do spojrzenia w przyszłość. A potem przypomniała mu się uśmiechnięta twarz właściciela antykwariatu w Cleveland, który kilka tygodni temu przesunął po ladzie egzemplarz "Brata babci" w miękkiej oprawie i powiedział z uśmiechem: "To coś sportowego". I zastanawiał się, co by pomyślał, gdyby kupił książkę, by pobudzić wyobraźnię, którą komentarz księgarza miał rozbudzić.
  W małych miasteczkach, po których włóczył się Sam, i w miasteczku, w którym dorastał, występek był jawnie prymitywny i męski. Zasnął rozciągnięty na brudnym, przesiąkniętym piwem stole w saloonie Arta Shermana w Piety Hollow, a gazeciarz minął go bez komentarza, żałując, że śpi i że nie ma pieniędzy na gazety.
  "Rozpusta i występek przenikają życie młodych ludzi" - pomyślał, zbliżając się do rogu ulicy, gdzie młodzi mężczyźni grali w bilard i palili papierosy w zaciemnionym klubie bilardowym, i odwrócił się w stronę centrum miasta. "To przenika całe współczesne życie. Chłopak ze wsi, jadący do miasta do pracy, słyszy sprośne historie w parującym wagonie pociągu, a mężczyźni podróżujący z miast opowiadają sobie historie o ulicach miasta i piecach w wiejskich sklepach".
  Samowi w młodości nie przeszkadzał dotyk występku. Takie rzeczy były częścią świata, który mężczyźni i kobiety stworzyli dla swoich synów i córek, i tej nocy, wędrując ulicami Rochester, pomyślał, że chciałby, aby wszyscy młodzi ludzie znali, o ile w ogóle mogli, prawdę. Serce gorzko bolało na myśl o ludziach, którzy nadawali romantyczny urok brudnym i brzydkim rzeczom, które widział w tym mieście i w każdym innym, które znał.
  Pijany mężczyzna z chłopcem u boku przeszedł obok niego chwiejnym krokiem ulicą, wzdłuż której stały małe, szkieletowe domy, a myśli Sama powędrowały do pierwszych lat spędzonych w mieście i do chwiejnego starca, którego zostawił za sobą w Caxton.
  "Można by pomyśleć, że nie ma człowieka lepiej uzbrojonego przeciwko występkowi i rozwiązłości niż syn tego artysty, Caxton" - przypomniał sobie - "a jednak on uległ występkowi. Odkrył, jak wszyscy młodzi mężczyźni, że na ten temat krąży wiele mylących plotek i pism. Znani mu biznesmeni odmawiali udzielenia im najlepszej pomocy, ponieważ nie chcieli podpisać przysięgi. Zdolności były zbyt rzadkie i zbyt niezależne, by podpisywać przysięgi, a kobiece powiedzenie: "usta, które dotknęły alkoholu, nigdy nie dotkną moich", było zarezerwowane dla ust, które nie zapraszały.
  Zaczął przypominać sobie hulanki, które urządzał z kolegami po fachu, policjanta, którego potrącił na ulicy, i siebie samego, cicho i zręcznie wspinającego się na stoły, by wygłaszać przemówienia i wykrzykiwać najgłębsze sekrety swego serca pijanym pasożytom... w chicagowskich barach. Zwykle nie był dobrym rozmówcą. Był człowiekiem, który trzymał się na uboczu. Ale podczas tych hulanek puszczał wodze fantazji i zyskał reputację śmiałego i śmiałego człowieka, poklepując mężczyzn po plecach i śpiewając razem z nimi. Ogarniała go ognista gorączka i przez chwilę naprawdę wierzył, że istnieje coś takiego jak wysoko latający występek, który lśni w słońcu.
  Teraz, potykając się obok rozświetlonych salonów, wędrując nieznanymi ulicami miasta, wiedział lepiej. Każdy nałóg był nieczysty, niezdrowy.
  Przypomniał sobie hotel, w którym kiedyś spał, hotel, do którego wpuszczano pary o wątpliwej reputacji. Jego korytarze pogrążyły się w mroku; okna były zamknięte; w kątach gromadził się brud; obsługa przestępowała z nogi na nogę, wpatrując się uważnie w twarze skradających się par; zasłony w oknach były podarte i odbarwione; dziwne, warczące przekleństwa, krzyki i wrzaski drażniły jego napięte nerwy; spokój i czystość opuściły to miejsce; mężczyźni spieszyli przez korytarze w kapeluszach nasuniętych na twarze; światło słoneczne, świeże powietrze i weseli, gwiżdżący boyowie hotelowi zostali zamknięci na klucz.
  Myślał o żmudnych, niespokojnych wędrówkach młodych mężczyzn z farm i wiosek po ulicach miasta; młodych mężczyzn, którzy wierzyli w złotą zasadę. Ręce wabiły ich z progów, a kobiety w mieście śmiały się z ich niezręczności. W Chicago chodził właśnie tak. Szukał też, szukał romantycznego, nierealnego kochanka, który czaił się w głębinach męskich opowieści o podwodnym świecie. Pragnął swojej złotej dziewczyny. Był jak naiwny niemiecki chłopak z magazynów na South Water Street, który kiedyś mu powiedział (był oszczędną duszą): "Chciałbym znaleźć miłą dziewczynę, cichą i skromną, która byłaby moją kochanką i nie pobierałaby za nic opłat".
  Sam nie znalazł swojej złotej dziewczyny i teraz wiedział, że ona nie istnieje. Nie widział miejsc, które kaznodzieje nazywali jaskiniami grzechu, a teraz wiedział, że takie miejsca nie istnieją. Zastanawiał się, dlaczego nie można było wytłumaczyć młodzieńcowi, że grzech jest ohydny, a niemoralność trąci wulgarnością. Dlaczego nie można było im powiedzieć wprost, że w Tenderloin nie ma dni sprzątania?
  W czasie jego małżeństwa mężczyźni przychodzili do domu i omawiali tę kwestię. Pamiętał, jak jeden z nich stanowczo twierdził, że szkarłatne siostrzeństwo jest koniecznością współczesnego życia i że bez niego zwyczajne, przyzwoite życie towarzyskie nie może się obejść. W ciągu ostatniego roku Sam często rozmyślał o rozmowach tego mężczyzny i ta myśl go zamroczyła. W miastach i na wiejskich drogach widywał tłumy małych dziewczynek, śmiejących się i krzyczących, wyłaniających się ze szkół, i zastanawiał się, która z nich zostanie wybrana do tej służby dla ludzkości; a teraz, w godzinie depresji, pragnął, aby mężczyzna, który rozmawiał przy jego stole, mógł pójść z nim i podzielić się swoimi myślami.
  Wracając na jasną, tętniącą życiem ulicę miasta, Sam kontynuował obserwację twarzy w tłumie. To uspokoiło jego umysł. Nogi zaczynały go boleć i z wdzięcznością pomyślał, że powinien się dobrze wyspać. Morze twarzy toczące się ku niemu w blasku reflektorów napełniło go spokojem. "Życie jest tak bogate" - pomyślał - "że musi się skończyć".
  Przyglądając się twarzom, matowym i jasnym, wydłużonym i niemal stykającym się nad nosem, twarzom o długich, ciężkich, zmysłowych szczękach i pustym, miękkim twarzom, na których nie pozostawił śladu palący palec myśli, bolały go palce, gdy próbował wziąć ołówek do ręki lub przenieść twarze na płótno za pomocą trwałych pigmentów, pokazać je światu i móc powiedzieć: "To są twarze, które wy, wasze życie, stworzyliście dla siebie i dla swoich dzieci".
  W holu wysokiego biurowca, gdzie zatrzymał się przy ladzie małego sklepu tytoniowego, aby kupić świeży tytoń do fajki, tak uważnie wpatrzył się w kobietę ubraną w długie, miękkie futra, że z niepokojem pobiegła do automatu, aby poczekać na osobę towarzyszącą, która najwyraźniej przyjechała windą.
  Gdy Sam znalazł się na zewnątrz, zadrżał na myśl o dłoniach, które mozolnie pielęgnowały delikatne policzki i pogodne oczy tej kobiety. Przypomniał sobie twarz i sylwetkę drobnej kanadyjskiej pielęgniarki, która niegdyś opiekowała się nim w czasie choroby - jej zwinne, szybkie palce i muskularne rączki. "Kolejna taka jak ona" - mruknął - "pracowała nad twarzą i ciałem tej szlachetnej kobiety; myśliwy udał się w białą ciszę północy, by zdobyć ciepłe futra, które ją zdobią; dla niej wydarzyła się tragedia - strzał, czerwona krew na śniegu i walcząca bestia wymachująca pazurami w powietrzu; dla niej kobieta trudziła się cały ranek, myjąc jej białe kończyny, policzki i włosy".
  Wyznaczono również mężczyznę dla tej damy, mężczyznę takiego jak on sam, mężczyznę, który oszukiwał, kłamał i latami gonił za pieniędzmi, by zapłacić wszystkim innym, mężczyznę władzy, mężczyznę, który potrafił coś osiągnąć, który potrafił dokonać czegoś. Poczuł na nowo tęsknotę za mocą artysty, mocą nie tylko dostrzegania znaczenia twarzy na ulicy, ale i odtwarzania tego, co widział, przekazywania smukłymi palcami historii ludzkich osiągnięć na twarzach wiszących na ścianie.
  W inne dni, w Caxton, gdzie słuchał Telfera, a także w Chicago i Nowym Jorku z Sue, Sam próbował wczuć się w pasję artysty; teraz, spacerując i patrząc na twarze mijających go ludzi na długiej ulicy, zdawał się rozumieć.
  Kiedyś, gdy dopiero co przybył do miasta, od kilku miesięcy romansował z kobietą, córką hodowcy bydła z Iowa. Teraz jej twarz wypełniła jego pole widzenia. Jakże wyrazista była, jak przepełniona przesłaniem ziemi pod jego stopami; grube usta, matowe oczy, silna, kulista głowa - jak bardzo przypominały bydło, które kupował i sprzedawał jej ojciec. Przypomniał sobie mały pokój w Chicago, gdzie przeżył swój pierwszy romans z tą kobietą. Jak szczery i zdrowy się wydawał. Z jaką radością oboje, mężczyzna i kobieta, pospieszyli na spotkanie wieczorem. Jak jej silne ramiona objęły jego. Twarz kobiety w samochodzie przed budynkiem biurowym tańczyła mu przed oczami, twarz tak spokojna, tak wolna od śladów ludzkiej namiętności, i zastanawiał się, która córka hodowcy bydła pozbawiła namiętności mężczyznę, który zapłacił za piękno tej twarzy.
  W zaułku, niedaleko oświetlonej fasady taniego teatru, kobieta stojąca samotnie i na wpół ukryta w drzwiach kościoła cicho zawołała do niego, a on odwrócił się i podszedł do niej.
  "Nie jestem klientką" - powiedział, patrząc na jej szczupłą twarz i kościste dłonie - "ale jeśli chciałabyś pójść ze mną, zaproszę cię na dobry obiad. Jestem głodna i nie lubię jeść sama. Chcę, żeby ktoś ze mną porozmawiał, żebym nie musiała myśleć".
  "Jesteś dziwnym ptakiem" - powiedziała kobieta, biorąc go za rękę. "Co zrobiłeś, o czym nie chcesz myśleć?"
  Sam nic nie powiedział.
  "Tam jest takie miejsce" - powiedziała, wskazując na oświetloną fasadę taniej restauracji z brudnymi zasłonami w oknach.
  Sam szedł dalej.
  "Jeśli nie masz nic przeciwko" - powiedział - "wybiorę to miejsce. Chcę kupić dobry obiad. Potrzebuję miejsca z czystą pościelą na stole i dobrym kucharzem w kuchni".
  Zatrzymali się na rogu, żeby porozmawiać o kolacji, a on, za jej namową, poczekał w pobliskiej aptece, podczas gdy ona poszła do swojego pokoju. Czekając, podszedł do telefonu i zamówił kolację i taksówkę. Kiedy wróciła, miała na sobie czystą koszulę i uczesane włosy. Samowi wydawało się, że poczuł zapach benzyny i założył, że pracuje nad plamami na swojej znoszonej kurtce. Wydawała się zaskoczona, że wciąż na nią czeka.
  "Pomyślałam, że to może stoisko" - powiedziała.
  Jechali w milczeniu do miejsca, które Sam miał na myśli: przydrożnego domku z czystymi, wyszorowanymi podłogami, pomalowanymi ścianami i otwartymi kominkami w prywatnych jadalniach. Sam był tam już kilka razy w ciągu miesiąca, a jedzenie było doskonale przygotowane.
  Jedli w milczeniu. Sam nie był zainteresowany słuchaniem jej opowieści o sobie, a ona najwyraźniej nie umiała prowadzić luźnej pogawędki. Nie przyglądał się jej uważnie, ale przyprowadził ją, jak powiedział, bo był samotny, a jej chuda, zmęczona twarz i kruche ciało, wyłaniające się z ciemności przy drzwiach kościoła, wołały go.
  Miała, pomyślał, aurę surowej czystości, jak ktoś, kogo lano, ale nie bito. Jej policzki były chude i piegowate, jak u chłopca. Jej zęby były połamane i w kiepskim stanie, choć czyste, a dłonie wyglądały na zużyte i ledwo używane, jak u jego matki. Teraz, siedząc przed nim w restauracji, mgliście przypominała jego matkę.
  Po kolacji siedział, paląc cygaro i wpatrując się w ogień. Kobieta z ulicy pochyliła się nad stołem i dotknęła jego ramienia.
  "Zabierzesz mnie gdzieś później, po tym jak stąd wyjdziemy?" zapytała.
  "Odprowadzę cię do drzwi twojego pokoju, to wszystko."
  "Cieszę się" - powiedziała. "Dawno nie miałam takiego wieczoru. Czuję się wtedy czysta".
  Siedzieli chwilę w milczeniu, a potem Sam zaczął opowiadać o swoim rodzinnym mieście w Iowa, puszczając wodze fantazji i wyrażając myśli, które przychodziły mu do głowy. Opowiedział jej o swojej matce i Mary Underwood, a ona z kolei opowiadała o swoim rodzinnym mieście i życiu. Miała niewielki problem ze słuchem, co utrudniało rozmowę. Słowa i zdania trzeba było jej powtarzać, a po chwili Sam zapalił papierosa i spojrzał w ogień, dając jej szansę przemówienia. Jej ojciec był kapitanem małego parowca pływającego po cieśninie Long Island, a jej matka była troskliwą, wnikliwą kobietą i dobrą gospodynią domową. Mieszkali w wiosce w Rhode Island i mieli ogród za domem. Kapitan ożenił się dopiero w wieku czterdziestu pięciu lat i zmarł, gdy miała osiemnaście lat, a jej matka zmarła rok później.
  Dziewczyna była mało znana w swojej wiosce w Rhode Island, nieśmiała i powściągliwa. Utrzymywała dom w czystości i pomagała kapitanowi w ogrodzie. Kiedy jej rodzice zmarli, została sama z trzystoma siedmioma setkami dolarów w banku i małym domem. Wyszła za mąż za młodego mężczyznę, który pracował jako urzędnik w biurze kolejowym i sprzedała dom, aby przenieść się do Kansas City. Wielkie równiny ją przerażały. Jej życie tam było nieszczęśliwe. Była samotna pośród wzgórz i wód swojej wioski w Nowej Anglii, a z natury była powściągliwa i beznamiętna, więc nie odniosła sukcesu w zdobyciu uczucia męża. Niewątpliwie poślubił ją dla małego skarbu i zaczął go od niej wydobywać na różne sposoby. Urodziła syna, jej zdrowie na jakiś czas się pogorszyło i przypadkowo odkryła, że jej mąż wydaje jej pieniądze na rozpustę wśród kobiet w mieście.
  "Nie było sensu tracić słów, kiedy dowiedziałam się, że nie zależy mu na mnie ani na dziecku i że nie jest w stanie nas wesprzeć, więc go zostawiłam" - powiedziała płaskim, rzeczowym tonem.
  Kiedy dotarła do hrabiego, po rozstaniu z mężem i ukończeniu kursu stenografii, miała tysiąc dolarów oszczędności i czuła się całkowicie bezpieczna. Zajęła stanowisko i poszła do pracy, czując się całkiem zadowolona i szczęśliwa. Potem zaczęły ją dręczyć problemy ze słuchem. Zaczęła tracić pracę i ostatecznie musiała zadowolić się niewielką pensją za kopiowanie formularzy dla szamana pocztą. Oddała chłopca utalentowanej Niemce, żonie ogrodnika. Płaciła mu cztery dolary tygodniowo i mogli kupić ubrania dla siebie i chłopca. Jej pensja od szamana wynosiła siedem dolarów tygodniowo.
  "Więc" - powiedziała - "zaczęłam wychodzić na ulicę. Nikogo nie znałam i nie miałam nic innego do roboty. Nie mogłam tego robić w mieście, w którym mieszkał chłopak, więc wyjechałam. Włóczyłam się od miasta do miasta, pracując głównie dla aptekarzy i dorabiając do pensji tym, co zarobiłam na ulicy. Nie jestem kobietą, która przejmuje się mężczyznami, a niewielu z nich przejmuje się mną. Nie lubię, kiedy mnie dotykają. Nie mogę pić jak większość dziewczyn; robi mi się niedobrze. Chcę, żeby mnie zostawiono w spokoju. Może nie powinnam była wychodzić za mąż. Nie żeby mąż mi przeszkadzał. Dobrze się dogadywaliśmy, dopóki nie musiałam przestać dawać mu pieniędzy. Kiedy zdałam sobie sprawę, dokąd idzie, otworzyły mi się oczy. Poczułam, że muszę mieć dla chłopaka co najmniej tysiąc dolarów, na wypadek gdyby coś mi się stało. Kiedy zdałam sobie sprawę, że nie mam nic lepszego do roboty, tylko po prostu wychodzić na ulicę, poszłam. Próbowałam innych prac, ale nie miałam siły, a kiedy nadszedł egzamin, bardziej zależało mi na chłopaku. niż o sobie - każda kobieta by tak zrobiła. Uważałam, że on jest ważniejszy niż to, czego pragnęłam.
  "To nie było dla mnie łatwe. Czasami, gdy jest ze mną mężczyzna, idę ulicą, modląc się, żebym nie drgnęła ani nie cofnęła się, gdy mnie dotknie. Wiem, że jeśli to zrobię, odejdzie, a ja nie dostanę pieniędzy.
  "A potem gadają i kłamią o sobie. Zmusiłem ich, żeby próbowali mnie sprzedać za marne pieniądze i bezwartościową biżuterię. Czasami próbują się ze mną kochać, a potem kradną pieniądze, które mi dali. To najtrudniejsza część - kłamać i udawać. Całymi dniami piszę te same kłamstwa dla lekarzy patentowych, a nocami słucham, jak inni kłamią mi".
  Zamilkła, pochyliła się, podparła policzek dłonią i siedziała patrząc w ogień.
  "Moja matka" - zaczęła ponownie - "nie zawsze nosiła czystą sukienkę. Nie potrafiła. Zawsze klęczała, szorując podłogę albo wyrywając chwasty w ogrodzie. Ale nienawidziła brudu. Jeśli jej sukienka była brudna, jej bielizna była czysta, podobnie jak jej ciało. Nauczyła mnie tego i ja też chciałam taka być. Stało się to naturalnie. Ale tracę to wszystko. Siedzę tu z tobą cały wieczór, myśląc, że moja bielizna nie jest czysta. Przeważnie mi to obojętne. Bycie czystą nie pasuje do tego, co robię. Muszę ciągle starać się dobrze wyglądać na ulicy, żeby mężczyźni przestali mnie widzieć. Czasami, kiedy dobrze mi się wiedzie, nie wychodzę przez trzy, cztery tygodnie. Potem sprzątam pokój i biorę kąpiel. Właścicielka pozwala mi prać w piwnicy wieczorem. Wydaje się, że nie dbam o czystość w te tygodnie, kiedy jestem na ulicy".
  Mała niemiecka orkiestra zaczęła grać kołysankę, a przez otwarte drzwi wszedł gruby niemiecki kelner i dorzucił drewna do ognia. Zatrzymał się przy stole i skomentował błotnistą drogę na zewnątrz. Z drugiego pokoju dobiegł srebrzysty brzęk kieliszków i odgłosy śmiechu. Dziewczyna i Sam ponownie pogrążyli się w rozmowie o swoich rodzinnych stronach. Sam poczuł do niej wielki pociąg i pomyślał, że gdyby była jego, znalazłby fundament, na którym mógłby żyć z nią szczęśliwie. Posiadała uczciwość, której zawsze szukał u ludzi.
  Gdy wracali do miasta, położyła mu rękę na ramieniu.
  "Nie miałabym nic przeciwko temu" - powiedziała, patrząc na niego szczerze.
  Sam roześmiał się i poklepał ją po chudej dłoni. "To był dobry wieczór" - powiedział. "Doprowadzimy to do końca".
  "Dziękuję za to" - powiedziała - "i chcę ci powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Możesz mieć o mnie złe zdanie. Czasami, kiedy nie mam ochoty wychodzić, klękam i modlę się o siłę, by iść śmiało. Czy to wydaje się złe? My, Nowoanglicy, jesteśmy narodem modlitewnym".
  Stojąc na zewnątrz, Sam słyszał jej ciężki, astmatyczny oddech, gdy wchodziła po schodach do swojego pokoju. W połowie drogi zatrzymała się i pomachała do niego. To było niezręczne i chłopięce. Sam miał ochotę chwycić za broń i zacząć strzelać do cywilów na ulicach. Stał w rozświetlonym mieście, patrząc w dół długiej, opustoszałej ulicy i myślał o Mike'u McCarthy'm w więzieniu Caxton. Podobnie jak Mike, podnosił głos w nocy.
  "Czy jesteś tutaj, Boże? Czy porzuciłeś swoje dzieci tu na ziemi, krzywdząc się nawzajem? Czy naprawdę wkładasz ziarno miliona dzieci w jednego człowieka, ziarno lasu zasadzone w jednym drzewie, a pozwalasz ludziom niszczyć, krzywdzić i rujnować?"
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VI
  
  Około rana, pod koniec drugiego roku swojej wędrówki, Sam wstał z łóżka w zimnym, małym hotelu w górniczym miasteczku w Zachodniej Wirginii, spojrzał na górników z lampami w czapkach, przechadzających się po słabo oświetlonych ulicach, zjadł porcję skórzanych ciastek na śniadanie, zapłacił rachunek hotelowy i wsiadł do pociągu do Nowego Jorku. W końcu porzucił ideę spełniania swoich pragnień poprzez włóczenie się po kraju i spotykanie przypadkowych znajomych przy drogach i w wioskach, i postanowił powrócić do stylu życia bardziej odpowiadającego jego dochodom.
  Czuł, że nie jest z natury wędrowcem i że zew wiatru, słońca i brunatnej drogi nie jest natarczywy w jego krwi. Duch Pana nie rozkazywał mu i choć zdarzały się wiosenne poranki podczas jego wędrówek, które w jego życiowym doświadczeniu przypominały szczyty górskie - poranki, gdy jakieś silne, słodkie uczucie przeszywało drzewa, trawę i ciało wędrowca, a zew życia zdawał się wołać i zapraszać go na wiatr, napełniając go zachwytem płynącym z krwi w ciele i myśli w głowie - to jednak w głębi duszy, pomimo tych dni czystej radości, był ostatecznie człowiekiem miasta i tłumu. Caxton, South Water Street i LaSalle Street odcisnęły na nim swoje piętno, więc rzuciwszy płócienną kurtkę w kąt pokoju hotelowego w Zachodniej Wirginii, powrócił do azylu swoich pobratymców.
  Będąc w Nowym Jorku, udał się do klubu, w którym był członkiem, a następnie zatrzymał się w restauracji z grillem, gdzie spotkał się na śniadaniu ze swoim przyjacielem, aktorem o imieniu Jackson.
  Sam opadł na krzesło i rozejrzał się dookoła. Przypomniał sobie swoją wizytę tutaj kilka lat temu z Websterem i Croftsem i znów poczuł spokojną elegancję otoczenia.
  "Witaj, Moneymaker" - powiedział serdecznie Jackson. "Słyszałem, że wstąpiłeś do klasztoru".
  Sam roześmiał się i zaczął zamawiać śniadanie, co sprawiło, że Jackson ze zdziwieniem otworzył oczy.
  "Pan, Panie Elegance, nie zrozumiałby, jak człowiek może spędzać miesiące na świeżym powietrzu w poszukiwaniu dobrego ciała i końca życia, a potem nagle zmienić zdanie i wrócić w takie miejsce" - zauważył.
  Jackson roześmiał się i zapalił papierosa.
  "Jak mało mnie znasz" - powiedział. "Chciałbym żyć otwarcie, ale jestem bardzo dobrym aktorem i właśnie skończyłem kolejny długi występ w Nowym Jorku. Co zamierzasz teraz zrobić, skoro jesteś chudy i ciemnowłosy? Wrócisz do Morrisona i Prince'a i zaczniesz zarabiać?"
  Sam pokręcił głową i spojrzał na spokojną elegancję mężczyzny przed sobą. Wyglądał na zadowolonego i szczęśliwego.
  "Zamierzam spróbować żyć wśród bogatych i bezrobotnych" - powiedział.
  "To fatalna drużyna" - zapewnił go Jackson - "a ja jadę nocnym pociągiem do Detroit. Chodź ze mną. Porozmawiamy".
  Tego wieczoru, w pociągu, rozmawiali z barczystym staruszkiem, który opowiedział im o swojej wyprawie myśliwskiej.
  "Wypłynę z Seattle" - powiedział - "i pojadę dokądkolwiek i upoluję wszystko. Odstrzelę wszystkie duże zwierzęta, jakie jeszcze istnieją na świecie, a potem wrócę do Nowego Jorku i zostanę tam do śmierci".
  "Pójdę z tobą" - powiedział Sam i rano opuścił Jackson w Detroit, a następnie udał się na zachód ze swoim nowym znajomym.
  Przez kilka miesięcy Sam podróżował i strzelał ze staruszkiem, energicznym i hojnym mężczyzną, który wzbogaciwszy się dzięki wczesnej inwestycji w akcje Standard Oil Company, poświęcił życie swojej pożądliwej, pierwotnej pasji, jaką było strzelanie i zabijanie. Polowali na lwy, słonie i tygrysy, a kiedy Sam wsiadł na łódź do Londynu na zachodnim wybrzeżu Afryki, jego towarzysz przechadzał się po plaży, paląc czarne cygara i oświadczając, że zabawa dopiero się skończyła i że Sam był głupcem, że tam poszedł.
  Po roku królewskich łowów, Sam spędził kolejny rok, wiódł życie bogatego i rozrywkowego dżentelmena w Londynie, Nowym Jorku i Paryżu. Jeździł samochodem, łowił ryby i wędrował brzegami północnych jezior, pływał kajakiem po Kanadzie z autorem książek przyrodniczych, przesiadywał w klubach i eleganckich hotelach, przysłuchując się rozmowom mężczyzn i kobiet tego świata.
  Późnym wieczorem, wiosną tego roku, pojechał do wioski nad rzeką Hudson, gdzie Sue wynajęła dom, i niemal natychmiast ją zobaczył. Szedł za nią przez godzinę, obserwując jej szybką, energiczną postać, gdy szła ulicami wioski, zastanawiając się, co życie dla niej znaczyło. Ale kiedy nagle się odwróciła i zdawało się, że zaraz spotka się z nim twarzą w twarz, pospieszył boczną uliczką i wsiadł do pociągu do miasta, czując, że nie może stanąć z nią twarzą w twarz, z pustymi rękami i zawstydzony po tylu latach.
  W końcu zaczął znowu pić, ale już nie umiarkowanie, lecz regularnie i niemal bez przerwy. Pewnej nocy w Detroit upił się z trzema młodymi mężczyznami ze swojego hotelu i po raz pierwszy od rozstania z Sue znalazł się w towarzystwie kobiet. Czwórka z nich spotkała się w restauracji, wsiadła do samochodu z Samem i trzema młodymi mężczyznami i pojechali po mieście, śmiejąc się, machając butelkami wina w powietrzu i nawołując przechodniów. Skończyli w barze na obrzeżach miasta, gdzie grupa siedziała godzinami przy długim stole, pijąc i śpiewając.
  Jedna z dziewcząt usiadła Samowi na kolanach i objęła go za szyję.
  "Daj mi trochę pieniędzy, bogaczu" - powiedziała.
  Sam przyjrzał się jej uważnie.
  "Kim jesteś?" zapytał.
  Zaczęła opowiadać, że pracuje jako sprzedawczyni w sklepie w centrum miasta i że ma kochanka, który jeździ furgonetką z bielizną.
  "Chodzę do tych klubów, żeby zarobić na dobre ubrania" - zwierzyła się - "ale gdyby Tim mnie tu zobaczył, zabiłby mnie".
  Po wręczeniu jej rachunku Sam zszedł na dół, wsiadł do taksówki i ruszył w drogę powrotną do hotelu.
  Po tamtej nocy często oddawał się podobnym hulankom. Zapadał w rodzaj przedłużającego się odrętwienia bezczynności, opowiadał o podróżach zagranicznych, na które nigdy nie pojechał, kupił ogromną farmę w Wirginii, której nigdy nie odwiedził, planował powrót do interesów, ale nigdy tego nie zrobił, i miesiącami marnował dni. Wstawał w południe i zaczynał bez przerwy pić. Pod koniec dnia stawał się pogodny i rozmowny, zwracał się do ludzi po imieniu, poklepywał po plecach przypadkowych znajomych, grał w bilard z utalentowanymi młodymi mężczyznami żądnymi zysku. Wczesnym latem przybył tu z grupą młodych mężczyzn z Nowego Jorku i spędził z nimi miesiące, zupełnie bezczynnie. Razem jeździli mocnymi samochodami na długie trasy, pili, kłócili się, a potem wsiadali na jacht, by spacerować samotnie lub z kobietami. Czasami Sam zostawiał towarzyszy i całymi dniami podróżował po kraju ekspresowymi pociągami, siedząc godzinami w milczeniu, patrząc przez okno na mijany kraj i podziwiając własną wytrwałość w życiu, jakie wiódł. Przez kilka miesięcy zabierał ze sobą młodego mężczyznę, którego nazywał swoim sekretarzem, płacąc mu sowitą pensję za jego umiejętność opowiadania historii i pisania inteligentnych piosenek, ale niespodziewanie zwolnił go za opowiedzenie sprośnej historii, która przypomniała Samowi inną historię opowiedzianą przez zgarbionego starca w hotelowym biurze Eda w Illinois.
  Z cichego i małomównego stanu wielomiesięcznej tułaczki Sam stał się ponury i agresywny. Kontynuując pusty, bezcelowy styl życia, który przyjął, czuł jednak, że istnieje dla niego właściwa droga i zdumiewała go jego ciągła niemożność jej odnalezienia. Stracił naturalną energię, przytył i zgrubiał, spędzał godziny na przyjemnościach, nie czytał książek, leżał pijany w łóżku godzinami, gadając bzdury do siebie, biegał po ulicach, przeklinając nikczemnie, notorycznie ordynarny w myślach i mowie, nieustannie szukał bardziej prymitywnego i wulgarnego towarzystwa, był niegrzeczny i opryskliwy dla personelu hoteli i klubów, w których mieszkał, nienawidził życia, a mimo to uciekał jak tchórz do sanatoriów i kurortów na skinienie lekarza.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA IV
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  Około południa Na początku września Sam wsiadł do pociągu jadącego na zachód, zamierzając odwiedzić siostrę mieszkającą na farmie niedaleko Caxton. Nie miał wieści od Kate od lat, ale wiedział, że ma dwie córki i pomyślał, że coś dla nich zrobi.
  "Zamieszkam z nimi na farmie w Wirginii i spiszę testament, zostawiając im pieniądze" - pomyślał. "Może uda mi się ich uszczęśliwić, zapewniając im wygodne warunki życia i ładne ubrania".
  W St. Louis wysiadł z pociągu, niejasno zdając sobie sprawę, że będzie musiał spotkać się z prawnikiem i negocjować testament, i spędził kilka dni w hotelu Planters z grupą wybranych przez siebie towarzyszy do picia. Pewnego popołudnia zaczął wędrować z miejsca na miejsce, pijąc i spotykając się ze znajomymi. W jego oczach płonął niemiły błysk, a on patrzył na mężczyzn i kobiety przechadzających się ulicami, czując, że jest wśród wrogów i że dla niego spokój, satysfakcja i dobry humor, które lśniły w oczach innych, są poza jego zasięgiem.
  Wieczorem, w towarzystwie grupy hałaśliwych towarzyszy, wyszedł na ulicę otoczoną małymi murowanymi magazynami z widokiem na rzekę, gdzie przy pływających dokach stały zacumowane statki parowe.
  "Chcę łodzi, która zabierze mnie i moją ekipę na rejs w górę i w dół rzeki" - oznajmił, podchodząc do kapitana jednej z łodzi. "Prowadź nas w górę i w dół rzeki, aż się znudzimy. Zapłacę, ile się da".
  To był jeden z tych dni, kiedy nie był pijany, więc poszedł do swoich towarzyszy, kupił drinki i poczuł się jak idiota, że nadal zabawia tę nikczemną załogę siedzącą wokół niego na pokładzie łodzi. Zaczął krzyczeć i wydawać im rozkazy.
  "Śpiewaj głośniej" - rozkazał, tupiąc tam i z powrotem i marszcząc brwi, patrząc na swoich towarzyszy.
  Młody mężczyzna z imprezy, rzekomo tancerz, odmówił wykonania tańca na zawołanie. Sam skoczył do przodu i wyciągnął go na pokład przed krzyczący tłum.
  "A teraz tańcz!" - warknął. "Albo wrzucę cię do rzeki".
  Młody mężczyzna tańczył zaciekle, a Sam krążył tam i z powrotem, patrząc na niego i na gniewne twarze mężczyzn i kobiet kręcących się po pokładzie lub krzyczących na tancerkę. Napój zaczynał działać, ogarnęła go dziwnie zniekształcona wersja dawnej pasji do prokreacji i uniósł rękę, nakazując ciszę.
  "Chcę zobaczyć kobietę, która zostanie matką" - krzyknął. "Chcę zobaczyć kobietę, która urodziła dzieci".
  Z grupy zgromadzonej wokół tancerki wyskoczyła drobna kobieta o czarnych włosach i błyszczących czarnych oczach.
  "Urodziłam dzieci - troje" - powiedziała, śmiejąc mu się w twarz. "Z większą ilością dam radę".
  Sam spojrzał na nią bez wyrazu i, biorąc ją za rękę, poprowadził na krzesło na tarasie. Tłum wybuchnął śmiechem.
  "Belle przyszła po bułkę" - szepnął niski, gruby mężczyzna do swojej towarzyszki, wysokiej kobiety o niebieskich oczach.
  Gdy parowiec, załadowany pijącymi i śpiewającymi mężczyznami i kobietami, płynął w górę rzeki, mijając porośnięte drzewami klify, kobieta siedząca obok Sama wskazała na rząd małych domków na szczycie klifu.
  "Moje dzieci są tam. Jedzą teraz kolację" - powiedziała.
  Zaczęła śpiewać, śmiać się i machać butelką do pozostałych siedzących na pokładzie. Młody mężczyzna o ciężkiej twarzy stał na krześle, śpiewając uliczną piosenkę, podczas gdy towarzyszka Sam, zrywając się na równe nogi, odliczała czas z butelką w dłoni. Sam podeszła do kapitana, patrząc w górę rzeki.
  "Zawróć" - powiedział. "Mam już dość tego rozkazu".
  W drodze powrotnej rzeką czarnooka kobieta usiadła ponownie obok Sama.
  "Idziemy do mnie" - powiedziała cicho. "Tylko ty i ja. Pokażę ci dzieci".
  Gdy łódź zawróciła, nad rzeką zapadła ciemność, a w oddali zaczęły migotać światła miasta. Tłum ucichł, śpiąc na krzesłach wzdłuż pokładu lub zbierając się w małe grupki i rozmawiając przyciszonymi głosami. Czarnowłosa kobieta zaczęła opowiadać Samowi swoją historię.
  Według niej była żoną hydraulika, który ją porzucił.
  "Doprowadzałam go do szału" - powiedziała, śmiejąc się cicho. "Chciał, żebym noc w noc siedziała z nim i dziećmi w domu. Śledził mnie po mieście, błagając, żebym wróciła do domu. Kiedy nie wracałam, odchodził ze łzami w oczach. To mnie wkurzało. Nie był mężczyzną. Zrobiłby wszystko, o co go poprosiłam. A potem uciekł i zostawił dzieci w moich ramionach".
  Sam, z ciemnowłosą kobietą u boku, jeździł po mieście otwartym powozem, nie zwracając uwagi na dzieci, które wędrowały z miejsca na miejsce, jedząc i pijąc. Siedzieli w loży teatralnej przez godzinę, ale znudziło im się przedstawienie i wsiedli z powrotem do powozu.
  "Idziemy do mnie. Chcę, żebyś został sam" - powiedziała kobieta.
  Mijali ulicę za ulicą, pełną domów robotników, gdzie dzieci biegały, śmiały się i bawiły pod latarniami, a dwaj chłopcy, których bose stopy odbijały światło latarni, biegli za nimi, trzymając się tylnej części powozu.
  Woźnica smagał konie batem i obejrzał się, śmiejąc się. Kobieta wstała i, klęcząc na siedzeniu powozu, zaśmiała się prosto w twarz biegnącym chłopcom.
  "Uciekajcie, diabły!" krzyknęła.
  Trzymali się, biegnąc jak szaleni, ich nogi mieniły się i lśniły w świetle.
  "Daj mi srebrnego dolara" - powiedziała, zwracając się do Sama, a kiedy jej go podał, upuściła go z brzękiem na chodnik pod latarnią. Dwóch chłopców rzuciło się w jego stronę, krzycząc i machając do niej.
  Chmary ogromnych much i chrząszczy wirowały pod latarniami, uderzając Sama i kobietę w twarze. Jeden z nich, ogromny czarny pełzacz, wylądował na jej piersi i chwytając go w dłoń, podpełzł do przodu i rzucił kierowcy na szyję.
  Pomimo pijaństwa dnia i wieczoru, Sam miał jasny umysł, a w jego wnętrzu płonęła spokojna nienawiść do życia. Myślami wrócił do lat, które minęły odkąd złamał słowo dane Sue, i przepełniała go pogarda dla wszystkich jego wysiłków.
  "Oto, co dostaje człowiek, który szuka Prawdy" - pomyślał. "Pięknie kończy swoje życie".
  Życie płynęło wokół niego ze wszystkich stron, igrając na chodniku i skacząc w powietrzu. Wirowało, nuciło i śpiewało nad jego głową w letnią noc w sercu miasta. Nawet w ponurym mężczyźnie siedzącym w powozie obok czarnowłosej kobiety zaczęło śpiewać. Krew krążyła w jego ciele; stara, na wpół martwa melancholia, na wpół głód, na wpół nadzieja obudziła się w nim, pulsując i natarczywa. Spojrzał na śmiejącą się, pijaną kobietę obok siebie i ogarnęło go uczucie męskiej aprobaty. Zaczął myśleć o tym, co powiedziała do roześmianego tłumu na parowcu.
  "Urodziłam troje dzieci i mogę urodzić więcej".
  Krew w żyłach, poruszona widokiem kobiety, obudziła uśpiony umysł i znów zaczął się kłócić z życiem i tym, co mu ono oferowało. Myślał, że zawsze będzie uparcie odmawiał przyjęcia wezwania życia, dopóki nie będzie mógł go przyjąć na własnych warunkach, dopóki nie będzie mógł nim dowodzić i kierować tak, jak dowodził kompanią artylerii.
  "W przeciwnym razie, po co tu jestem?" - mruknął, odrywając wzrok od pustej, roześmianej twarzy kobiety i patrząc na szerokie, muskularne plecy kierowcy na przednim siedzeniu. "Po co mi mózg, marzenie i nadzieja? Po co szukałem Prawdy?"
  Przez jego głowę przemknęła myśl, rozpalona widokiem wirujących chrząszczy i biegnących chłopców. Kobieta oparła głowę na jego ramieniu, a jej czarne włosy opadły mu na twarz. Z furią rzuciła się na wirujące chrząszcze, śmiejąc się jak dziecko, gdy złapała jednego w dłoń.
  "Ludzie tacy jak ja są stworzeni do czegoś. Nie można nimi manipulować tak, jak mną" - mruknął, ściskając dłoń kobiety, którą, jak sądził, również miota życie.
  Przed saloonem, na ulicy, po której jeździły samochody, zaparkował powóz. Przez otwarte drzwi wejściowe Sam widział pracowników stojących przed barem, pijących pieniące się piwo z kufli, a wiszące nad nimi lampy rzucały czarne cienie na podłogę. Zza drzwi wydobywał się silny, stęchły zapach. Kobieta wychyliła się z boku powozu i krzyknęła: "Och, Will, wyjdź stąd!".
  Zza lady wyszedł mężczyzna ubrany w długi, biały fartuch i z podwiniętymi do łokci rękawami koszuli i zaczął z nią rozmawiać. Kiedy zaczęli rozmawiać, opowiedziała Samowi o swoim planie sprzedaży domu i kupna nowego.
  "Czy uruchomisz to?" zapytał.
  "Oczywiście" - powiedziała. "Dzieci potrafią same o siebie zadbać".
  Na końcu ulicy, przy której stało kilka schludnych domków, wysiedli z powozu i chwiejnym krokiem ruszyli chodnikiem, który wił się wzdłuż wysokiego klifu, z widokiem na rzekę. Pod domami splątana masa krzewów i małych drzew lśniła w blasku księżyca, a w oddali ledwo widać było szare koryto rzeki. Zarośla były tak gęste, że patrząc w dół, można było dostrzec jedynie wierzchołki zarośli i gdzieniegdzie szare wystające skały, połyskujące w blasku księżyca.
  Weszli po kamiennych schodach na werandę jednego z domów z widokiem na rzekę. Kobieta przestała się śmiać i zawisła ciężko na ramieniu Sama, macając stopami po stopniach. Przeszli przez drzwi i znaleźli się w długim, niskim pokoju. Otwarte schody z boku pokoju prowadziły na piętro, a przez zasłonięte drzwi na końcu mogli zajrzeć do małej jadalni. Podłogę pokrywał szmaciany dywanik, a troje dzieci siedziało wokół stołu pod wiszącą lampą pośrodku. Sam przyglądał im się uważnie. Zakręciło mu się w głowie i chwycił za klamkę. Chłopiec w wieku około czternastu lat, z piegami na twarzy i grzbietach dłoni, rudobrązowymi włosami i brązowymi oczami, czytał na głos. Obok niego siedział młodszy chłopiec o czarnych włosach i czarnych oczach, zgiął kolana na krześle przed sobą, opierając brodę na kolanach i słuchając. Maleńka dziewczynka, blada, z żółtymi włosami i cieniami pod oczami, spała na drugim krześle, z głową niewygodnie przechyloną na bok. Miała około siedmiu lat, a czarnowłosy chłopiec dziesięć.
  Piegowaty chłopiec przestał czytać i spojrzał na mężczyznę i kobietę; śpiąca dziewczyna niespokojnie poruszyła się na krześle, a czarnowłosy chłopiec wyprostował nogi i obejrzał się przez ramię.
  "Witaj, mamo" - powiedział ciepło.
  Kobieta niepewnie podeszła do zasłoniętych drzwi prowadzących do jadalni i odsunęła zasłony.
  "Podejdź tu, Joe" - powiedziała.
  Piegowaty chłopiec wstał i podszedł do niej. Stanęła z boku, podpierając się jedną ręką i trzymając się zasłony. Gdy przechodził , uderzyła go otwartą dłonią w tył głowy, posyłając go do jadalni.
  "Teraz ty, Tom" - zawołała do czarnowłosego chłopca. "Powiedziałam wam, dzieci, żebyście się umyli po obiedzie i położyli Mary do łóżka. Minęło dziesięć minut, nic się nie stało, a wy dwaj znowu czytacie książki".
  Czarnowłosy chłopak wstał i posłusznie podszedł do niej, ale Sam szybko go minął i chwycił dłoń kobiety tak mocno, że ta drgnęła i wygięła się w jego uścisku.
  "Pójdziesz ze mną" - powiedział.
  Poprowadził kobietę przez pokój i po schodach. Oparła się ciężko na jego ramieniu, śmiejąc się i patrząc mu w twarz.
  Zatrzymał się na szczycie schodów.
  "Wejdziemy tutaj" - powiedziała, wskazując na drzwi.
  Zaprowadził ją do pokoju. "Śpij" - powiedział i wychodząc, zamknął drzwi, zostawiając ją ciężko siedzącą na krawędzi łóżka.
  Na dole, w maleńkiej kuchni obok jadalni, wśród naczyń znalazł dwóch chłopców. Dziewczynka wciąż spała niespokojnie na krześle przy stole, a gorące światło lampy spływało po jej chudych policzkach.
  Sam stanął przy drzwiach kuchni i spojrzał na dwóch chłopców, którzy odwzajemnili jego spojrzenie z zakłopotaniem.
  "Który z was położy Mary do łóżka?" - zapytał, po czym, nie czekając na odpowiedź, zwrócił się do wyższego chłopca. "Niech Tom się tym zajmie" - powiedział. "Pomogę ci tutaj".
  Joe i Sam stali w kuchni, zmywając naczynia; chłopiec, chodząc energicznie, pokazał mężczyźnie, gdzie położyć czyste naczynia i podał mu suche ręczniki. Sam zdjął płaszcz i podwinął rękawy.
  Praca trwała w pół krępującej ciszy, a w piersi Sama szalała burza. Kiedy młody Joe spojrzał na niego nieśmiało, poczuł się, jakby bicz przeciął ciało, które nagle zmiękło. Stare wspomnienia zaczęły się w nim budzić i przypomniało mu się własne dzieciństwo: matka przy pracy wśród brudnych ubrań innych ludzi, ojciec Windy wracający pijany do domu, chłód w sercu matki i jego własnym. Mężczyźni i kobiety byli coś winni dzieciństwu, nie dlatego, że było dzieciństwem, ale dlatego, że rodziło się w nim nowe życie. Poza kwestią rodzicielstwa, dług należało spłacić.
  Cisza panowała w małym domku na klifie. Za domem panowała ciemność, która ogarnęła ducha Sama. Chłopiec, Joe, szedł szybko, odkładając na półki naczynia, które Sam wysuszył. Gdzieś na rzece, daleko pod domem, gwizdał parowiec. Grzbiety dłoni chłopca pokrywały piegi. Jakże szybkie i zręczne były jego ręce. Oto nowe życie, wciąż czyste, nieskażone, niewzruszone przez życie. Sam wstydził się drżenia własnych dłoni. Zawsze pragnął szybkości i stanowczości we własnym ciele, zdrowia ciała, które jest świątynią zdrowia ducha. Był Amerykaninem i głęboko w nim żył moralny zapał charakterystyczny dla Amerykanów, który tak dziwnie wypaczył się w nim samym i w innych. Jak to często bywało, gdy był głęboko poruszony, mnóstwo błąkających się myśli przelatywało mu przez głowę. Myśli te zastąpiły nieustanne intrygi i planowanie jego dni jako biznesmena, lecz jak dotąd wszystkie jego rozmyślania nie przyniosły żadnego rezultatu i jedynie sprawiły, że był bardziej zszokowany i niepewny niż kiedykolwiek.
  Wszystkie naczynia były już suche i wyszedł z kuchni, zadowolony, że pozbył się nieśmiałej, milczącej obecności chłopca. "Czy życie naprawdę ze mnie uleciało? Czy jestem tylko chodzącym trupem?" - pytał sam siebie. Obecność dzieci sprawiała, że czuł się jak dziecko, zmęczone i roztrzęsione. Gdzieś poza tym kryła się dojrzałość i męskość. Dlaczego nie mógł ich znaleźć? Dlaczego nie mogły do niego przyjść?
  Tom wrócił, kładąc siostrę spać, a obaj chłopcy życzyli dobrej nocy nieznajomemu mężczyźnie w domu ich matki. Joe, odważniejszy z nich, zrobił krok naprzód i wyciągnął rękę. Sam uroczyście ją uścisnął, a potem zrobił krok do przodu młodszy chłopiec.
  "Myślę, że będę tu jutro" - powiedział Sam ochryple.
  Chłopcy wycofali się w ciszę domu, a Sam krążył po małym pokoju. Był niespokojny, jakby miał rozpocząć nową podróż, i zaczął machać rękami po ciele, półświadomie żałując, że nie jest tak silne i jędrne, jak wtedy, gdy szedł ulicą. Właśnie gdy opuścił klub w Chicago, wyruszając w poszukiwaniu Prawdy, pozwolił umysłowi błądzić, swobodnie bawiąc się swoim przeszłym życiem, badając je i analizując.
  Spędzał godziny siedząc na ganku lub krążąc po pokoju, gdzie lampa wciąż jasno płonęła. Dym z fajki znów przyjemnie smakował mu na języku, a całe nocne powietrze było słodkie, przypominając mu przejażdżkę szlakiem jeździeckim w Jackson Park, kiedy Sue dała mu, a wraz z nią, nowy impuls do życia.
  Była druga po południu, kiedy położył się na sofie w salonie i zgasił światło. Nie rozebrał się, tylko rzucił buty na podłogę i leżał tam, wpatrując się w szeroki snop księżycowego światła wpadający przez otwarte drzwi. W ciemności jego umysł zdawał się pracować szybciej, a wydarzenia i motywy jego niespokojnych lat zdawały się przemykać obok niego niczym żywe istoty po podłodze.
  Nagle usiadł i zaczął nasłuchiwać. Głos jednego z chłopców, ciężki od snu, rozbrzmiał echem w górnej części domu.
  "Mamo! O, mamo!" - zawołał senny głos, a Samowi zdawało się, że słyszy małe ciało niespokojnie poruszające się na łóżku.
  Zapadła cisza. Usiadł na skraju sofy i czekał. Miał wrażenie, że zmierza ku czemuś; jakby jego mózg, który od godzin pracował coraz szybciej, miał zaraz wyprodukować to, na co czekał. Czuł to samo, co tamtej nocy, czekając na szpitalnym korytarzu.
  Rano trójka dzieci zeszła po schodach i skończyła się ubierać w długim pokoju. Dziewczynka szła na końcu, niosąc buty i pończochy i przecierając oczy grzbietem dłoni. Chłodny poranny wiatr wiał znad rzeki przez otwarte drzwi, gdy ona i Joe przygotowywali śniadanie. Później, gdy cała czwórka zasiadła do stołu, Sam próbował coś powiedzieć, ale z marnym skutkiem. Jego język był ciężki, a dzieci zdawały się patrzeć na niego dziwnymi, pytającymi oczami. "Dlaczego tu jesteś?" - pytały ich oczy.
  Sam został w mieście przez tydzień, odwiedzając dom codziennie. Porozmawiał krótko z dziećmi, a tego wieczoru, po odejściu matki, podeszła do niego mała dziewczynka. Zaniósł ją na krzesło na werandzie, a gdy chłopcy siedzieli w środku, czytając przy lampie, zasnęła w jego ramionach. Jej ciało było ciepłe, a oddech miękki i słodki. Sam spojrzał w dół klifu i zobaczył krajobraz i rzekę daleko w dole, muskającą w blasku księżyca. Łzy napłynęły mu do oczu. Czy obudził się w nim nowy, słodki cel, czy też łzy były jedynie oznaką użalania się nad sobą? Zastanawiał się.
  Pewnej nocy ciemnowłosa kobieta wróciła do domu, mocno pijana, a Sam ponownie poprowadził ją po schodach, patrząc, jak pada na łóżko, mamrocząc pod nosem. Jej towarzysz, niski, jaskrawo ubrany mężczyzna z brodą, uciekł, gdy zobaczył Sam stojącą w salonie pod lampą. Dwaj chłopcy, którym czytał, milczeli, nieśmiało zerkając na książkę na stole i od czasu do czasu kątem oka na nowego przyjaciela. Kilka minut później oni również weszli po schodach i, jak pierwszego wieczoru, niezręcznie wyciągnęli ręce.
  Całą noc Sam siedział na dworze w ciemności albo leżał bezsennie na kanapie. "Teraz spróbuję jeszcze raz, znajdę nowy cel w życiu" - powiedział sobie.
  Następnego ranka, po tym jak dzieci poszły do szkoły, Sam wsiadł do samochodu i pojechał do miasta, zatrzymując się najpierw w banku, aby wypłacić sporą sumę gotówki. Następnie spędził wiele nerwowych godzin, chodząc od sklepu do sklepu, kupując ubrania, czapki, miękką bieliznę, walizki, sukienki, bieliznę nocną i książki. Na koniec kupił dużą, ubraną lalkę. Wysłał wszystkie te rzeczy do swojego pokoju hotelowego, zostawiając tam kogoś, kto spakuje walizki i bagaże oraz dostarczy je na dworzec kolejowy. Rosła kobieta o matczynym wyglądzie, pracownica hotelu, przechodząca przez hol, zaoferowała pomoc w pakowaniu.
  Po jednej czy dwóch kolejnych wizytach Sam wsiadł z powrotem do samochodu i pojechał do domu. Miał w kieszeniach kilka tysięcy dolarów w dużych banknotach. Przypomniał sobie, jaką moc miała gotówka w transakcjach, które przeprowadzał w przeszłości.
  "Zobaczę, co się tu wydarzy" - pomyślał.
  W domu Sam zobaczył ciemnowłosą kobietę leżącą na kanapie w salonie. Kiedy wszedł przez drzwi, wstała niepewnie i spojrzała na niego.
  "W kuchennej szafce jest butelka" - powiedziała. "Przynieś mi coś do picia. Czemu tu siedzisz?"
  Sam przyniósł butelkę i nalał jej drinka, udając, że pije razem z nią, podnosząc butelkę do ust i odchylając głowę do tyłu.
  "Jaki był twój mąż?" zapytał.
  "KTO? Jack?" powiedziała. "Och, był w porządku. Trzymał się mnie. Stawał w obronie wszystkiego, dopóki nie sprowadziłam tu ludzi. Potem oszalał i odszedł". Spojrzała na Sama i roześmiała się.
  "Tak naprawdę mi na nim nie zależało" - dodała. "Nie był w stanie zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, żeby utrzymać żyjącą kobietę".
  Sam zaczęła opowiadać o salonie fryzjerskim, który zamierzała kupić.
  "Dzieci będą utrapieniem, prawda?" powiedział.
  "Mam ofertę kupna domu" - powiedziała. "Wolałabym nie mieć dzieci. Są utrapieniem".
  "Dowiedziałem się" - powiedział jej Sam. "Znam kobietę na wschodzie, która by ich przyjęła i wychowała. Ma bzika na punkcie dzieci. Chciałbym coś zrobić, żeby ci pomóc. Mógłbym je do niej zabrać".
  "Na litość boską, człowieku, zabierz ich stąd" - zaśmiała się i wzięła kolejny łyk z butelki.
  Sam wyciągnął z kieszeni papier, który otrzymał od prawnika mieszkającego w centrum miasta.
  "Zaproś sąsiadkę, żeby to widziała" - powiedział. "Kobieta będzie chciała, żeby to się działo regularnie. To zdejmuje z ciebie wszelką odpowiedzialność za dzieci i przenosi ją na nią".
  Spojrzała na niego podejrzliwie. "Jaka to łapówka? Kto utknął na moście na wschodzie?"
  Sam roześmiał się i podszedł do tylnych drzwi, wołając mężczyznę siedzącego pod drzewem za sąsiednim domem i palącego fajkę.
  "Podpisz tutaj" - powiedział, kładąc przed nią papier. "Oto twój sąsiad, który podpisze się jako świadek. Nie utkniesz ani centa".
  Półpijana kobieta podpisała papier, sceptycznie przyglądając się Samowi, a gdy już złożyła podpis i wzięła kolejny łyk z butelki, położyła się znowu na sofie.
  "Jeśli ktokolwiek mnie obudzi w ciągu najbliższych sześciu godzin, zostanie zabity" - oznajmiła. Było oczywiste, że niewiele wiedziała o tym, co zrobiła, ale w tej chwili Sam się tym nie przejmował. Znów był targowaty, gotowy wykorzystać sytuację. Niejasno przeczuwał, że być może targuje się o cel w życiu, cel, który sam przyjdzie mu do głowy.
  Sam cicho zszedł po kamiennych schodach i poszedł wąską uliczką na szczycie wzgórza do autostrady. W południe czekał w samochodzie przy drzwiach szkoły, aż dzieci wyjdą ze szkoły.
  Pojechał przez miasto na Union Station, gdzie trójka dzieci zaakceptowała go i wszystko, co zrobił, bez sprzeciwu. Na stacji zastali mężczyznę z hotelu z walizkami i trzema nowymi, kolorowymi walizkami. Sam poszedł do biura poczty ekspresowej, włożył kilka banknotów do zaklejonej koperty i wysłał ją kobiecie, podczas gdy trójka dzieci przechadzała się tam i z powrotem po zajezdni kolejowej, niosąc walizki i promieniejąc dumą.
  O godzinie drugiej Sam, z małą dziewczynką na rękach i jednym z chłopców siedzących po obu jego stronach, siedział w kabinie nowojorskiego samolotu lecącego do Sue.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  SAM MK P. KHERSON jest żyjącym Amerykaninem. Jest bogatym człowiekiem, ale jego pieniądze, gromadzone latami i z takim zapałem, niewiele dla niego znaczą. To, co dotyczy go, dotyczy bogatszych Amerykanów, niż się powszechnie uważa. Coś mu się przydarzyło, tak jak innym - ilu z nich? Odważni mężczyźni, silni fizycznie i bystrzy intelektualnie, ludzie silnego rodu, podnieśli to, co uważali za sztandar życia i ponieśli go naprzód. Zmęczeni, zatrzymali się na drodze prowadzącej pod długie wzgórze i oparli sztandar o drzewo. Napięte umysły nieco się rozluźniły. Silne przekonania osłabły. Starzy bogowie umierają.
  "Dopiero gdy zostaniesz oderwany od mola i
  dryfując jak statek bez steru, mogę przyjść
  wokół ciebie."
  
  Sztandar niósł silny, odważny i pełen determinacji mężczyzna.
  Co jest na nim napisane?
  Być może niebezpiecznie byłoby zagłębiać się w szczegóły. My, Amerykanie, wierzyliśmy, że życie powinno mieć sens i cel. Nazywaliśmy siebie chrześcijanami, ale nie znaliśmy słodkiej chrześcijańskiej filozofii porażki. Powiedzieć, że ktoś z nas poniósł porażkę, oznaczało pozbawić go życia i odwagi. Przez tak długi czas musieliśmy iść naprzód po omacku. Musieliśmy przecinać drogi przez nasze lasy, musieliśmy budować wielkie miasta. To, co w Europie budowano powoli z włókien pokoleń, musimy budować teraz, w ciągu całego życia.
  Za czasów naszych ojców wilki wyły nocą w lasach Michigan, Ohio, Kentucky i na rozległych preriach. Nasi ojcowie i matki byli przepełnieni strachem, gdy parli naprzód, wytyczając sobie nowy ląd. Kiedy ląd został podbity, strach pozostał - strach przed porażką. Głęboko w naszych amerykańskich duszach wilki wciąż wyją.
  
  
  
  Były chwile, kiedy Sam wrócił do Sue z trójką dzieci, gdy myślał, że wyrwał sukces z paszczy porażki.
  Ale to, przed czym uciekał całe życie, wciąż tam było. Kryło się w gałęziach drzew rosnących wzdłuż dróg Nowej Anglii, gdzie spacerował z dwoma synami. W nocy spoglądało na niego z gwiazd.
  Być może życie chciało, żeby to zaakceptował, ale nie potrafił. Być może jego historia i życie skończyły się wraz z powrotem do domu, a może wtedy się zaczęły.
  Sam powrót do domu nie był zbyt radosny. W nocy paliło się światło w domu, a dobiegały głosy dzieci. Sam czuł, jak coś żywego i rosnącego w jego piersi.
  Sue była hojna, ale nie była już tą Sue z trasy jeździeckiej Jackson Park w Chicago ani tą Sue, która próbowała odmienić świat, wychowując upadłe kobiety. Kiedy pewnej letniej nocy zjawił się w jej domu, nagle i niespodziewanie, z trójką obcych dzieci, nieco skłonny do płaczu i tęsknoty za domem, była zdezorientowana i zdenerwowana.
  Ściemniało się, gdy szedł żwirową ścieżką od furtki do frontowych drzwi domu, niosąc Mary na rękach i dwóch chłopców, Joego i Toma, którzy szli obok niego statecznie i uroczyście. Sue właśnie wyszła z frontowych drzwi i stanęła, patrząc na nich, zdumiona i lekko przestraszona. Jej włosy posiwiały, ale Sam, stojąc tam, pomyślał, że jej szczupła sylwetka jest niemal chłopięca.
  Szybko i hojnie odrzuciła skłonność do zadawania wielu pytań, ale w pytaniu, które zadała, można było dostrzec nutę kpiny.
  "Czy zdecydowałeś się wrócić do mnie i czy to twój powrót do domu?" zapytała, wychodząc na ścieżkę i patrząc nie na Sama, lecz na dzieci.
  Sam nie odpowiedział od razu, a mała Mary zaczęła płakać. To było ratunek.
  "Wszyscy będą potrzebować czegoś do jedzenia i miejsca do spania" - powiedział, jakby powrót do dawno porzuconej żony i zabranie ze sobą trójki obcych dzieci był dla niego codziennością.
  Choć była zdezorientowana i przestraszona, Sue uśmiechnęła się i weszła do domu. Zapaliły się lampy, a pięcioro ludzi, tak nagle zebranych, wstało i spojrzało na siebie. Dwaj chłopcy przytulili się do siebie, a mała Mary objęła Sama za szyję i ukryła twarz w jego ramieniu. Rozwiązał jej kurczowo splątane dłonie i śmiało podał ją Sue. "Teraz będzie twoją matką" - powiedział z przekorą, nie patrząc na Sue.
  
  
  
  Wieczór dobiegł końca, popełnił błąd, pomyślał Sam, i bardzo szlachetnie, Sue.
  Wciąż tlił się w niej macierzyński głód. Liczył na to. To zaślepiło ją na inne rzeczy, a potem przyszedł jej do głowy pewien pomysł i nadarzyła się okazja do szczególnie romantycznego aktu. Zanim pomysł zdążył się ziścić, Sam i dzieci zadomowili się w domu jeszcze tego samego wieczoru.
  Do pokoju weszła wysoka, silna, czarnoskóra kobieta, a Sue wydała jej polecenia dotyczące jedzenia dla dzieci. "Będą chciały chleba i mleka, a my musimy znaleźć dla nich łóżka" - powiedziała, po czym, choć jej umysł wciąż wypełniała romantyczna myśl, że to dzieci Sama z inną kobietą, postanowiła się odważyć. "To pan McPherson, mój mąż, a to nasza trójka dzieci" - oznajmiła zmieszanej, uśmiechniętej służącej.
  Weszli do niskiego pokoju z oknami wychodzącymi na ogród. Starszy czarnoskóry mężczyzna z konewką podlewał kwiaty w ogrodzie. Wciąż było trochę światła. Zarówno Sam, jak i Sue cieszyli się, że wyszli. "Nie bierzcie lampy, wystarczy świeca" - powiedziała Sue, podchodząc do drzwi obok męża. Trójka dzieci była bliska łez, ale czarnoskóra kobieta, szybko orientując się w sytuacji, zaczęła paplać, starając się, żeby poczuli się jak w domu. Wzbudziła w sercach chłopców zachwyt i nadzieję. "Jest tam stodoła z końmi i krowami. Stary Ben oprowadzi was jutro" - powiedziała, uśmiechając się do nich.
  
  
  
  Gęsty gaj wiązów i klonów stał między domem Sue a drogą prowadzącą w dół wzgórza do wioski w Nowej Anglii. Podczas gdy Sue i czarnoskóra kobieta układały dzieci do snu, Sam poszedł tam poczekać. Pnie drzew były ledwo widoczne w słabym świetle, ale grube gałęzie nad głową tworzyły barierę między nim a niebem. Wrócił w mrok gaju, a potem z powrotem na otwartą przestrzeń przed domem.
  Był zdenerwowany i zdezorientowany, a dwaj Samowie McPhersonowie wydawali się kłócić o jego tożsamość.
  Był człowiekiem, którego życie wokół niego nauczyło, aby zawsze wydobywał na światło dzienne, człowiekiem przenikliwym, człowiekiem zdolnym, który stawiał na swoim, deptał innych, szedł naprzód, zawsze miał nadzieję, człowiek osiągnięć.
  A potem pojawiła się inna osobowość, zupełnie inna istota, pogrzebana w nim, dawno porzucona, często zapomniana, nieśmiały, wstydliwy, destrukcyjny Sam, który nigdy tak naprawdę nie oddychał, nie żył i nie chodził wśród ludzi.
  Co z nim było nie tak? Życie, które Sam wiódł, nie brało pod uwagę nieśmiałej, destrukcyjnej istoty w nim samym. A jednak było potężne. Czyż nie wyrwało go z życia, nie uczyniło bezdomnym włóczęgą? Ile razy próbowało przemówić, zawładnąć nim całkowicie?
  Teraz próbował od nowa i od nowa, ale ze starego nawyku Sam walczył z nim, popychając go z powrotem w ciemne, wewnętrzne jaskinie jego samego, z powrotem w ciemność.
  Szeptał dalej do siebie. Być może to był test jego życia. Był sposób, by podejść do życia i miłości. Była Sue. W niej mógł znaleźć podstawę miłości i zrozumienia. Później ten impuls mógł być kontynuowany w życiu dzieci, które znalazł i przyprowadził do niej.
  Wyobraził sobie siebie jako prawdziwie pokornego człowieka, klęczącego przed życiem, klęczącego przed misternym cudem życia, ale znów poczuł strach. Kiedy zobaczył postać Sue, ubranej na biało, matową, bladą, lśniącą istotę, schodzącą po schodach w jego kierunku, zapragnął uciec, schować się w ciemności.
  On także chciał do niej pobiec, uklęknąć u jej stóp, nie dlatego, że była Sue, ale dlatego, że była człowiekiem i, tak jak on, pełna ludzkich rozterek.
  Nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Chłopiec z Caxton wciąż żył w nim. Unosząc głowę jak chłopiec, śmiało podszedł do niej. "Teraz odpowie tylko odwaga" - powiedział sobie.
  
  
  
  Szli żwirową ścieżką przed domem, a on bezskutecznie próbował opowiedzieć swoją historię, historię swoich wędrówek, poszukiwań. Kiedy doszedł do opowieści o odnalezieniu dzieci, zatrzymała się na ścieżce i słuchała, blada i napięta, w półmroku.
  Potem odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiała się nerwowo, na wpół histerycznie. "Zabrałam je i ciebie, oczywiście" - powiedziała, gdy podszedł do niej i objął ją w talii. "Moje życie samo w sobie nie było zbyt inspirujące. Postanowiłam zabrać je i ciebie do tego domu. Te dwa lata twojej nieobecności wydawały się wiecznością. Co za głupi błąd popełniłem. Pomyślałem, że to pewnie twoje własne dzieci z jakąś inną kobietą, tą, którą znalazłeś zamiast mnie. Dziwna myśl. Przecież starsza z nich musi mieć jakieś czternaście lat.
  Szli w stronę domu, a czarnoskóra kobieta, na polecenie Sue, znalazła jedzenie dla Sama i nakryła do stołu, ale on zatrzymał się w drzwiach i przepraszając, wszedł ponownie w ciemność pod drzewami.
  W domu paliły się lampy i widział Sue idącą przez salon w stronę jadalni. Wkrótce wróciła i zaciągnęła zasłony w oknach. Przygotowywano tam dla niego miejsce, zamknięte miejsce, w którym spędzi resztę życia.
  Gdy zasłony zostały zaciągnięte, ciemność spowiła postać mężczyzny stojącego w samym gaju, a ciemność spowiła również mężczyznę w środku. Walka w nim stała się jeszcze bardziej zacięta.
  Czy potrafiłby poświęcić się innym, żyć dla innych? Dom majaczył przed nim. Był symbolem. W domu była kobieta, Sue, gotowa i chętna, by zacząć odbudowywać swoje wspólne życie. Na górze w domu było teraz troje dzieci, troje dzieci, które miały zacząć życie tak jak on, które miały słuchać jego głosu, głosu Sue i wszystkich innych głosów, które miały usłyszeć, wypowiadając słowa na świat. Miały dorosnąć i wejść w świat ludzi, tak jak on.
  W jakim celu?
  Koniec nadszedł. Sam głęboko w to wierzył. "Zrzucanie ciężaru na barki dzieci to tchórzostwo" - szepnął do siebie.
  Ogarnęła go niemal nieodparta chęć odwrócenia się i ucieczki z domu, od Sue, która przyjęła go tak hojnie, i od trzech nowych żyć, w które się uwikłał i w których będzie zmuszony uczestniczyć w przyszłości. Jego ciało drżało z ogromną siłą, ale stał nieruchomo pod drzewami. "Nie mogę uciec od życia. Muszę je zaakceptować. Muszę zacząć próbować zrozumieć te inne życia, pokochać je" - powiedział sobie. Wewnętrzna istota, która w nim drzemała, wypłynęła na powierzchnię.
  Jakże cicha stała się noc. Ptak poruszył się na cienkiej gałęzi drzewa, pod którym stał, i słychać było cichy szelest liści. Ciemność przed nim i za nim była ścianą, przez którą musiał się jakoś przebić, żeby dotrzeć do światła. Wyciągając rękę przed siebie, jakby próbował odepchnąć jakąś ciemną, oślepiającą masę, wyłonił się z gaju i potykając się, wspiął się po schodach i wszedł do domu.
  KONIEC
  OceanofPDF.com
  Maszerujący mężczyźni
  
  Po raz pierwszy opublikowana w 1917 roku, "The Marching Men" była drugą powieścią Johna Lane"a, wydaną w ramach trzytomowego kontraktu z Andersonem. Opowiada historię Normana "Beau" MacGregora, młodego mężczyzny niezadowolonego z bezsilności i braku osobistych ambicji wśród górników z jego rodzinnego miasta. Po przeprowadzce do Chicago uświadamia sobie, że jego celem jest wzmocnienie pozycji robotników, inspirując ich do wspólnego marszu. Główne tematy powieści obejmują organizację pracy, zwalczanie nieporządku oraz rolę wyjątkowego mężczyzny w społeczeństwie. Ten ostatni temat skłonił krytyków po II wojnie światowej do porównywania militarystycznego podejścia Andersona do porządku homospołecznego z faszystami państw Osi. Oczywiście, ustanowienie porządku poprzez męską siłę jest wspólnym tematem, podobnie jak idea "nadczłowieka", ucieleśniona w wyjątkowych cechach fizycznych i psychicznych, które czynią MacGregora szczególnie predysponowanym do roli męskiego przywódcy.
  Podobnie jak jego pierwsza powieść, "Syn Windy'ego McPhersona", Anderson napisał swoją drugą, pracując jako copywriter reklamowy w Elyrii w stanie Ohio, w latach 1906-1913, kilka lat przed opublikowaniem swojego pierwszego dzieła literackiego i dekadę przed tym, jak stał się uznanym pisarzem. Chociaż autor później twierdził, że pisał swoje pierwsze powieści w tajemnicy, sekretarka Andersona pamięta, że przepisywała rękopis w godzinach pracy "około 1911 lub 1912 roku".
  Literackie wpływy na "Marszowców" to m.in. Thomas Carlyle, Mark Twain i Jack London. Inspiracją do powstania powieści były po części czasy, gdy autor pracował jako robotnik w Chicago w latach 1900-1906 (gdzie, podobnie jak jego bohater, pracował w magazynie, uczęszczał do szkoły wieczorowej, został kilkakrotnie napadnięty i zakochał się) oraz jego służba w wojnie amerykańsko-hiszpańskiej, która miała miejsce pod koniec wojny, tuż po zawieszeniu broni w latach 1898-1899. Anderson opisał to ostatnie doświadczenie w swoich "Wspomnieniach" - o tym, jak podczas marszu w but wbił mu się kamień. Oddzielając się od towarzyszy broni, aby go usunąć, obserwował ich sylwetki i wspominał: "Stałem się olbrzymem... Byłem czymś ogromnym, strasznym, a jednocześnie szlachetnym. Pamiętam, jak długo siedziałem, gdy przechodziła armia, otwierając i zamykając oczy".
  OceanofPDF.com
  
  Pierwsze wydanie
  OceanofPDF.com
  TREŚĆ
  KSIĘGA I
  ROZDZIAŁ I
  ROZDZIAŁ II
  ROZDZIAŁ III
  ROZDZIAŁ IV
  KSIĘGA II
  ROZDZIAŁ I
  ROZDZIAŁ II
  ROZDZIAŁ III
  ROZDZIAŁ IV
  ROZDZIAŁ V
  ROZDZIAŁ VI
  ROZDZIAŁ VII
  KSIĘGA III
  ROZDZIAŁ I
  ROZDZIAŁ II
  ROZDZIAŁ III
  KSIĘGA IV
  ROZDZIAŁ I
  ROZDZIAŁ II
  ROZDZIAŁ III
  ROZDZIAŁ IV
  ROZDZIAŁ V
  ROZDZIAŁ VI
  KSIĘGA V
  ROZDZIAŁ I
  ROZDZIAŁ II
  ROZDZIAŁ III
  ROZDZIAŁ IV
  ROZDZIAŁ V
  ROZDZIAŁ VI
  ROZDZIAŁ VII
  KSIĘGA VI
  ROZDZIAŁ I
  ROZDZIAŁ II
  ROZDZIAŁ III
  ROZDZIAŁ IV
  ROZDZIAŁ V
  ROZDZIAŁ VI
  KSIĘGA VII
  ROZDZIAŁ I
  ROZDZIAŁ II
  
  OceanofPDF.com
  
  Reklama Marching Men, która ukazała się w Philadelphia Evening Public Ledger.
  OceanofPDF.com
  
  Strona tytułowa pierwszego wydania
  OceanofPDF.com
  DO
  AMERYKAŃSCY PRACOWNICY
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA I
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  WUJEK CHARLIE WHEELER wszedł po schodach przed piekarnią Nancy McGregor przy głównej ulicy Coal Creek w Pensylwanii, po czym pospiesznie wszedł do środka. Coś przykuło jego uwagę i stojąc przed ladą, zaśmiał się i cicho zagwizdał. Puszczając oko do pastora Minota Weeksa, który stał przy drzwiach prowadzących na ulicę, postukał kostkami palców w gablotę.
  "Ma piękne imię" - powiedział, wskazując na chłopca, który bezskutecznie próbował starannie zawinąć bochenek chleba wujka Charliego. "Nazywają go Norman... Norman MacGregor". Wujek Charlie roześmiał się serdecznie i ponownie tupnął nogą o podłogę. Przyłożył palec do czoła w geście głębokiego zamyślenia i zwrócił się do pastora. "Zmienię to wszystko" - powiedział.
  "Norman, rzeczywiście! Dam mu imię, które się przyjmie! Norman! Za miękkie, za miękkie i delikatne dla Coal Creek, co? Zmienimy mu nazwę. Ty i ja będziemy Adamem i Ewą w ogrodzie, nadając imiona. Nazwiemy go Pięknością - Naszą Pięknością - Pięknością MacGregor."
  Wielebny Minot Weeks też się roześmiał. Wsunął cztery palce obu dłoni do kieszeni spodni, pozwalając wyciągniętym kciukom spocząć wzdłuż linii wypukłej talii. Z przodu jego kciuki wyglądały jak dwie maleńkie łódki na horyzoncie wzburzonego morza. Podskakiwały i podskakiwały na jego falującym, drżącym brzuchu, pojawiając się i znikając, gdy wstrząsał nim śmiech. Wielebny Minot Weeks wyszedł przed wujkiem Charliem, wciąż się śmiejąc. Wydawało się, że będzie chodził ulicą od sklepu do sklepu, opowiadając historię chrztu i znów się śmiejąc. Wysoki chłopiec mógł sobie wyobrazić szczegóły tej historii.
  To był pechowy dzień dla narodzin w Coal Creek, nawet dla narodzin jednej z inspiracji wujka Charliego. Na chodnikach i w rynnach Main Street zalegały wysokie zaspy śniegu - czarny śnieg, brudny od nagromadzonego brudu, będącego pozostałością po ludzkiej działalności, która szalała dniem i nocą pod wzgórzami. Górnicy potykali się w błotnistym śniegu, milczący i z poczerniałymi twarzami, niosąc gołymi rękami wiaderka z lunchem.
  Młody McGregor, wysoki i niezdarny, z zadartym nosem, ogromną paszczą hipopotama i ognistoczerwonymi włosami, podążył za wujkiem Charliem, republikańskim politykiem, naczelnikiem poczty i wiejskim dowcipnisiem, do drzwi i patrzył, jak spieszy ulicą, niosąc pod pachą bochenek chleba. Za politykiem szedł pastor, wciąż rozkoszując się widokiem w piekarni. Chwalił się swoją znajomością życia w górniczym miasteczku. "Czyż sam Chrystus nie śmiał się, nie jadł i nie pił z celnikami i grzesznikami?" - pomyślał, brnąc przez śnieg. Oczy młodego McGregora, gdy patrzył na dwie odchodzące postacie, a potem, gdy stał w drzwiach piekarni, obserwując zmagających się górników, błyszczały nienawiścią. To właśnie ta intensywna nienawiść do bliźnich w czarnej dziurze między wzgórzami Pensylwanii wyróżniała chłopca i odróżniała go od innych.
  W kraju o tak zróżnicowanym klimacie i zawodach jak Ameryka, absurdem jest mówić o typie amerykańskim. Kraj ten jest jak ogromna, zdezorganizowana, niezdyscyplinowana armia, pozbawiona przywódcy i inspiracji, maszerująca krok w krok drogą prowadzącą do nieznanego celu. W preriowych miasteczkach Zachodu i nadrzecznych miasteczkach Południa, skąd pochodzi tak wielu naszych pisarzy, mieszkańcy miast beztrosko przechadzają się przez życie. Pijani starzy łobuzy leżą w cieniu nad brzegiem rzeki lub w sobotnie wieczory wędrują ulicami wioski, w której siano zbierano kukurydzę, uśmiechając się szeroko. Jakiś dotyk natury, słodki nurt życia, pozostaje w nich żywy i przekazuje się tym, którzy o nich piszą, a najbardziej bezwartościowy człowiek chodzący ulicami miasta w Ohio lub Iowa może być ojcem epigramatu, który naznacza całe życie człowieka wokół niego. W górniczym miasteczku lub głęboko w trzewiach jednego z naszych miast życie jest inne. Tam nieład i bezcelowość naszego amerykańskiego życia stają się zbrodnią, za którą ludzie płacą wysoką cenę. Tracąc krok po kroku, tracą również poczucie indywidualności, tak że tysiąc z nich może być stłoczonych w chaotycznej masie przez drzwi chicagowskiej fabryki, ranek po ranku, rok po roku, a żaden z nich nie wypowie ani jednego epigramatu.
  W Coal Creek, kiedy mężczyźni się upijali, włóczyli się po ulicach w milczeniu. Jeśli któryś z nich, w chwili głupiej, zwierzęcej igraszki, wykonał niezręczny taniec na podłodze baru, jego koledzy z pracy gapili się na niego bez wyrazu albo odwracali się, pozwalając mu dokończyć swoją niezręczną wesołość w samotności.
  Stojąc w drzwiach i patrząc na ponurą wiejską ulicę, chłopiec McGregor miał mgliste poczucie dezorganizacji i nieudolności życia, jakie znał. Wydawało mu się słuszne i naturalne, że powinien nienawidzić ludzi. Z uśmieszkiem na ustach pomyślał o Barneyu Butterlipsie, miejscowym socjaliście, który zawsze mówił o dniu, gdy ludzie będą maszerować ramię w ramię, a życie w Coal Creek, życie wszędzie, przestanie być bezcelowe, a nabierze sensu i stanie się określone.
  "Nigdy tego nie zrobią i kto by chciał, żeby to zrobili" - pomyślał chłopiec z rodu McGregorów. Uderzył go podmuch wiatru niosącego śnieg, a on wszedł do sklepu i zatrzasnął za sobą drzwi. Kolejna myśl przemknęła mu przez głowę, wywołując rumieniec na policzkach. Odwrócił się i stanął w ciszy pustego sklepu, drżąc z podniecenia. "Gdybym mógł stworzyć armię z tutejszych ludzi, poprowadziłbym ich do ujścia starej Doliny Shumway i wepchnął" - zagroził, grożąc pięścią w drzwi. "Stałem z boku i patrzyłem, jak całe miasto walczy i tonie w czarnej wodzie, tak nietknięte, jakbym patrzył na tonący miot brudnych kociąt".
  
  
  
  Następnego ranka, gdy Piękny McGregor pchał wózek piekarza ulicą i rozpoczął wspinaczkę pod górę w kierunku domków górników, szedł nie jako Norman McGregor, miejscowy piekarz, jedynie produkt lędźwi Pękniętego McGregora z Coal Creek, ale jako postać, istota, dzieło sztuki. Imię nadane mu przez wuja Charliego Wheelera uczyniło go niezwykłym człowiekiem. Był bohaterem popularnej powieści, ożywionym życiem i chodzącym w ciele przed ludźmi. Ludzie patrzyli na niego z nowym zainteresowaniem, opisując na nowo jego ogromne usta, nos i płomienne włosy. Barman, zmiatając śnieg z drzwi saloonu, krzyknął na niego. "Hej, Norman!" zawołał. "Drogi Normanie! Norman to zbyt ładne imię. Piękność - to imię dla ciebie! Och, ty Piękności!"
  Wysoki chłopiec cicho pchał wózek ulicą. Znów znienawidził Coal Creek. Nienawidził piekarni i wózka. Nienawidził wujka Charliego Wheelera i wielebnego Minota Weeksa z palącą, satysfakcjonującą nienawiścią. "Grubi starzy głupcy" - mruknął, strzepując śnieg z kapelusza i zatrzymując się, by odetchnąć, słysząc zmagania na wzgórzu. Miał coś nowego do znienawidzenia. Nienawidził swojego imienia. Właściwie brzmiało ono zabawnie. Kiedyś uważał je za staromodne i pretensjonalne. Nie pasowało do chłopca z wózkiem z piekarnią. Chciałby, żeby to było po prostu John, Jim albo Fred. Dreszcz irytacji przeszedł go na widok matki. "Mogłaby mieć więcej rozumu" - mruknął.
  I wtedy przyszła mu do głowy myśl, że to jego ojciec mógł wybrać to imię. To powstrzymało jego ucieczkę w powszechną nienawiść i znów zaczął pchać wózek, a przez głowę przelatywał mu pogodny strumień myśli. Wysoki chłopiec rozkoszował się wspomnieniem ojca, "Pęknięty MacGregor". "Nazywali go Pękniętym, aż stało się jego imieniem" - pomyślał. "Teraz mnie dorwali". Ta myśl odnowiła więź między nim a zmarłym ojcem, zmiękczając go. Gdy dotarł do pierwszego z ponurych domów górników, uśmiech zaigrał w kącikach jego ogromnych ust.
  Za swoich czasów Cracked McGregor nie był szczególnie znaną postacią w Coal Creek. Był wysokim, milczącym mężczyzną o ponurej, niebezpiecznej postawie. Budził strach zrodzony z nienawiści. Pracował w kopalniach w milczeniu i z ognistą energią, nienawidząc swoich kolegów górników, którzy uważali go za "trochę szalonego". Nazywali go "Cracked" McGregor i unikali go, choć generalnie zgadzali się, że był najlepszym górnikiem w okolicy. Podobnie jak jego koledzy, czasami się upijał. Kiedy wchodził do saloonu, gdzie inni mężczyźni stali w grupach i kupowali sobie drinki, on kupował tylko dla siebie. Pewnego dnia nieznajomy, grubas, który sprzedawał alkohol w hurtowni, podszedł do niego i poklepał go po plecach. "Chodź, rozchmurz się i napij się ze mną" - powiedział. Cracked McGregor odwrócił się i powalił nieznajomego na podłogę. Kiedy grubas upadł, kopnął go i spiorunował wzrokiem tłum w pomieszczeniu. Następnie powoli podszedł do drzwi, rozglądając się dookoła i mając nadzieję, że ktoś zainterweniuje.
  Zwariowany MacGregor również milczał w swoim domu. Kiedy w ogóle się odzywał, robił to życzliwie i patrzył żonie w oczy z niecierpliwym, wyczekującym wyrazem twarzy. Zdawał się nieustannie obdarzać swego rudowłosego syna milczącą czułością. Trzymał chłopca w ramionach i siedział godzinami, kołysząc się w przód i w tył, nic nie mówiąc. Kiedy chłopiec chorował lub dręczyły go dziwne sny w nocy, uczucie uścisku ojca uspokajało go. W jego ramionach chłopiec zasypiał szczęśliwie. Jedna myśl stale powracała w głowie ojca: "Mamy tylko jedno dziecko i nie włożymy go do dołu w ziemi" - powiedział, patrząc zachłannie na matkę, szukając aprobaty.
  Crack MacGregor wybrał się z synem na dwa spacery w niedzielne popołudnia. Wziąwszy chłopca za rękę, górnik wspiął się na zbocze wzgórza, mijając dom ostatniego górnika, przez sosnowy gaj na szczycie i dalej w górę, z widokiem na szeroką dolinę po drugiej stronie. Idąc, gwałtownie przechylił głowę w bok, jakby nasłuchiwał. Spadający kloc w kopalni zdeformował mu ramię, pozostawiając na twarzy ogromną bliznę, częściowo ukrytą pod rudą brodą, wypełnioną pyłem węglowym. Uderzenie, które zdeformowało jego ramię, zaćmiło mu umysł. "Mamrotał coś pod nosem, idąc, mówiąc do siebie jak starzec".
  Rudowłosy chłopiec biegł radośnie obok ojca. Nie widział uśmiechów na twarzach górników, którzy schodzili ze wzgórza i zatrzymywali się, by spojrzeć na dziwną parę. Górnicy poszli dalej drogą, by usiąść przed sklepami na Main Street, a ich dzień rozjaśniło wspomnienie spieszących się McGregorów. Powiedzieli coś. "Nancy McGregor nie powinna była patrzeć na swojego mężczyznę, kiedy zaszła w ciążę" - powiedzieli.
  MacGregorowie wspięli się na zbocze. Tysiące pytań domagało się odpowiedzi w głowie chłopca. Patrząc na milczącą, ponurą twarz ojca, stłumił narastające w gardle pytania, zachowując je na chwilę ciszy z matką po tym, jak Szurnięty MacGregor poszedł do kopalni. Chciał dowiedzieć się czegoś o dzieciństwie ojca, o życiu w kopalni, o ptakach latających nad głowami i o tym, dlaczego krążyły i kreśliły ogromne owale na niebie. Patrzył na powalone drzewa w lesie i zastanawiał się, co je spowodowało i czy wkrótce spadną kolejne.
  Cicha para wspięła się na szczyt wzgórza i przez sosnowy las dotarła do wzniesienia w połowie jego długości. Kiedy chłopiec ujrzał dolinę, tak zieloną, szeroką i żyzną, rozpościerającą się u ich stóp, pomyślał, że to najcudowniejszy widok na świecie. Nie zdziwił się, że ojciec go tam przyprowadził. Siedząc na ziemi, otwierał i zamykał oczy, a jego dusza drżała z zachwytu nad pięknem roztaczającej się przed nimi sceny.
  Na zboczu wzgórza, Cracked MacGregor odprawił osobliwą ceremonię. Siedząc na kłodzie, używał dłoni jak teleskopu i badał dolinę cal po calu, jakby szukał czegoś zagubionego. Przez dziesięć minut wpatrywał się intensywnie w kępę drzew albo w odcinek rzeki przepływającej przez dolinę, gdzie się rozszerzała, a wzburzona wiatrem woda lśniła w słońcu. Uśmiech unosił kąciki jego ust, pocierał dłonie, mamrotał niezrozumiałe słowa i urywki zdań, a raz zaczął śpiewać cichą, nucącą piosenkę.
  Pierwszego ranka chłopiec siedział na zboczu wzgórza z ojcem, była wiosna, a ziemia była jasnozielona. Jagnięta bawiły się na polach; ptaki śpiewały pieśni godowe; w powietrzu, na ziemi i w płynącej rzece nastał czas nowego życia. Poniżej, płaska dolina zielonych pól była usiana brązową, świeżo spulchnioną ziemią. Bydło pasące się z opuszczonymi głowami, jedzące słodką trawę, domy z czerwonymi stodołami, ostry zapach nowej ziemi rozpalił jego umysł i obudził w chłopcu uśpione poczucie piękna. Siedział na kłodzie, upojony szczęściem, że świat, w którym żył, mógł być tak piękny. Tej nocy w łóżku śnił o dolinie, myląc ją ze starą biblijną historią o Ogrodzie Eden, opowiedzianą mu przez matkę. Przyśniło mu się, że wraz z matką przekroczyli wzgórze i zeszli do doliny, lecz jego ojciec, ubrany w długą białą szatę, z rudymi włosami powiewającymi na wietrze, stanął na zboczu wzgórza, wymachując długim, ognistym mieczem i odegnał ich.
  Kiedy chłopiec ponownie przekroczył wzgórze, był październik, a zimny wiatr owiał mu twarz. W lesie złocistobrązowe liście przemykały niczym spłoszone małe zwierzątka, złocistobrązowe były liście na drzewach wokół domów, a złocistobrązowa kukurydza kołysała się na polach. Ten widok zasmucił chłopca. Poczuł ucisk w gardle i tęsknił za powrotem zielonej, promiennej urody wiosny. Pragnął usłyszeć śpiew ptaków w powietrzu i w trawie na zboczu wzgórza.
  Zwariowany MacGregor był w zupełnie innym nastroju. Wydawał się bardziej zadowolony niż podczas pierwszej wizyty, krążąc tam i z powrotem po niewielkim wzniesieniu, pocierając dłonie i nogawki spodni. Cały dzień siedział na pniu, mamrocząc i uśmiechając się.
  W drodze do domu przez ciemny las, niespokojne, szurające liście tak bardzo przestraszyły chłopca, że zmęczenie marszem pod wiatr, głód po całodziennym głodzie i chłód smagający ciało sprawiły, że się rozpłakał. Ojciec podniósł chłopca i, tuląc go do piersi jak niemowlę, zszedł ze wzgórza w stronę domu.
  We wtorek rano Crack McGregor zmarł. Jego śmierć zapisała się w umyśle chłopca jako coś pięknego, a scena i okoliczności pozostały z nim przez całe życie, napełniając go skrywaną dumą, niczym świadomość dobrej krwi. "To coś znaczy być synem takiego człowieka" - pomyślał.
  Była już dziesiąta rano, gdy do domów górników dotarł krzyk: "Pożar w kopalni". Kobiety ogarnęła panika. W myślach widziały mężczyzn biegnących przez stare wykopy, kryjących się w sekretnych korytarzach, ściganych przez śmierć. Cracked MacGregor, jeden z nocnej zmiany, spał w swoim domu. Matka chłopca narzuciła sobie szal na głowę, wzięła go za rękę i zbiegła ze wzgórza w kierunku wylotu kopalni. Zimny wiatr, smagający śniegiem, wiał im w twarze. Biegli wzdłuż torów kolejowych, potykając się o podkłady kolejowe, i zatrzymali się na nasypie kolejowym, z którego widać było torowisko prowadzące do kopalni.
  Milczący górnicy stali w pobliżu pasa startowego i wzdłuż nasypu, z rękami w kieszeniach spodni, flegmatycznie wpatrując się w zamknięte drzwi kopalni. Nie było wśród nich impulsu, by działać wspólnie. Niczym zwierzęta u progu rzeźni, stali, jakby czekając na swoją kolej, by ich przepędzić. Staruszka, zgięta wpół i z potężnym kijem w dłoni, przechodziła od jednego gestykulującego i mówiącego górnika do drugiego. "Zabierzcie mojego chłopca - mojego Steve"a! Wyciągnijcie go stamtąd!" - krzyknęła, machając kijem.
  Drzwi kopalni się otworzyły i trzech mężczyzn wytoczyło się, pchając mały wagonik po szynach. Trzech kolejnych leżało w wagoniku cicho i nieruchomo. Chudo ubrana kobieta z ogromnymi, przypominającymi jaskinie wgnieceniami na twarzy wspięła się na nasyp i usiadła na ziemi pod chłopcem i jego matką. "W starej kopalni odkrywkowej McCrary wybuchł pożar" - powiedziała drżącym głosem z milczącym, beznadziejnym wyrazem oczu. "Nie mogą się przedostać, żeby zamknąć drzwi. Mój kumpel Ike tam jest". Pochyliła głowę i siedziała, płacząc. Chłopiec znał kobietę. Była sąsiadką i mieszkała w niepomalowanym domu na zboczu wzgórza. Gromada dzieci bawiła się wśród skał na jej podwórku. Jej mąż, rosły facet, upił się i po powrocie do domu kopnął żonę. Chłopiec słyszał, jak krzyczała w nocy.
  Nagle, wśród rosnącego tłumu górników pod nasypem Butte, MacGregor dostrzegł ojca krążącego niespokojnie. Na głowie miał czapkę z zapaloną górniczą lampą. Przechodził od grupy do grupy, przechylając głowę na bok. Chłopiec wpatrywał się w niego uważnie. Przypomniał sobie październikowy dzień na wzniesieniu z widokiem na żyzną dolinę i znów pomyślał o ojcu jako o natchnionym człowieku poddającym się swoistej ceremonii. Wysoki górnik pocierał dłonie w górę i w dół po nogach, wpatrując się w twarze milczących mężczyzn stojących wokół niego, poruszając ustami i tańcząc rudą brodą.
  Na oczach chłopca twarz Crackeda MacGregora uległa zmianie. Podbiegł do podnóża nasypu i spojrzał w górę. W jego oczach malowało się przerażenie zwierzęcia. Jego żona pochyliła się i zaczęła rozmawiać z płaczącą kobietą leżącą na ziemi, próbując ją pocieszyć. Nie widziała męża, a chłopiec i mężczyzna stali w milczeniu, patrząc sobie w oczy.
  Wtedy wyraz zakłopotania zniknął z twarzy ojca. Odwrócił się i pobiegł, kręcąc głową, aż dotarł do zamkniętych drzwi szybu. Mężczyzna w białym kołnierzyku, z cygarem tkwiącym w kąciku ust, wyciągnął rękę.
  "Stój! Zaczekaj!" krzyknął. Odepchnąwszy mężczyznę silną ręką, biegacz otworzył drzwi szybu i zniknął na pasie startowym.
  Wybuchł gwar. Mężczyzna w białym kołnierzyku wyjął cygaro z ust i zaczął wściekle przeklinać. Chłopiec stał na nasypie i zobaczył swoją matkę biegnącą w kierunku chodnika kopalni. Górnik złapał ją za rękę i poprowadził z powrotem na nasyp. Z tłumu dobiegł kobiecy głos: "To Crack MacGregor zamierzał zamknąć drzwi do kopalni odkrywkowej McCrary'ego".
  Mężczyzna w białym kołnierzyku rozejrzał się, żując koniec cygara. "Zwariował" - krzyknął, zamykając ponownie drzwi szybu.
  Cracked MacGregor zginął w kopalni, niemal w zasięgu drzwi do starego paleniska. Wszyscy uwięzieni górnicy, z wyjątkiem pięciu, zginęli razem z nim. Przez cały dzień grupy mężczyzn próbowały zejść do kopalni. Na dole, w tajnych przejściach pod własnymi domami, pędzący górnicy ginęli jak szczury w płonącej stodole, podczas gdy ich żony, z szalami na głowach, siedziały w milczeniu i płakały na nasypie kolejowym. Tego wieczoru chłopiec i jego matka samotnie szli w górę. Z domów rozrzuconych po wzgórzu dobiegał odgłos kobiecego zawodzenia.
  
  
  
  Przez kilka lat po katastrofie górniczej McGregorowie, matka i syn, mieszkali w domu na zboczu wzgórza. Każdego ranka kobieta chodziła do biur kopalni, gdzie myła okna i szorowała podłogi. Ta praca była swego rodzaju uznaniem ze strony kierownictwa kopalni dla bohaterstwa Cracked McGregora.
  Nancy McGregor była niską, niebieskooką kobietą z ostrym nosem. Nosiła okulary i słynęła w Coal Creek ze swojego błyskotliwego dowcipu. Nie stała przy płocie, by pogawędzić z żonami innych górników, lecz siedziała w domu, szyjąc lub czytając synowi na głos. Prenumerowała czasopismo, a oprawione egzemplarze stały na półkach w pokoju, w którym ona i syn jedli śniadanie wczesnym rankiem. Aż do śmierci męża zachowywała w domu nawyk milczenia, ale po jego śmierci poszerzyła horyzonty i swobodnie omawiała każdy etap ich wąskiego życia ze swoim rudowłosym synem. Gdy dorastał, chłopiec zaczął wierzyć, że ona, podobnie jak górnicy, skrywała za milczeniem sekretny strach przed ojcem. Niektóre rzeczy, które ujawniła ze swojego życia, utwierdziły ją w tym przekonaniu.
  Norman McGregor dorastał jako wysoki, barczysty chłopiec o silnych ramionach, ognistoczerwonych włosach i skłonności do nagłych, gwałtownych wybuchów gniewu. Było w nim coś, co przyciągało uwagę wszystkich. Gdy dorósł i jego wujek Charlie Wheeler zmienił mu imię, zaczął szukać kłopotów. Kiedy chłopcy nazywali go "Pięknym Chłopcem", przewracał ich. Kiedy mężczyźni krzyczeli na niego to przezwisko na ulicy, obserwował ich ciemnymi oczami. Punktem honoru stało się dla niego to, że nie znosił tego przezwiska. Kojarzyło się z niesprawiedliwością, jaką miasto wyrządziło Crackedowi McGregorowi.
  W domu na zboczu wzgórza chłopiec i jego matka żyli szczęśliwie. Wczesnym rankiem schodzili ze wzgórza i przechodzili przez tory do biur kopalni. Z biura chłopiec wspinał się na wzgórze na drugim końcu doliny i siadał na schodach budynku szkoły lub włóczył się po ulicach, czekając na rozpoczęcie zajęć. Wieczorem matka i syn siedzieli na schodach przed domem i obserwowali blask pieców koksowniczych na niebie oraz światła pędzących pociągów pasażerskich, które ryczały, gwizdały i znikały w mroku nocy.
  Nancy MacGregor opowiedziała synowi o wielkim świecie poza doliną, o miastach, morzach, dziwnych krainach i ludziach za morzami. "Jesteśmy zagrzebani w ziemi jak szczury" - powiedziała - "ja i mój lud, twój ojciec i jego lud. Z tobą będzie inaczej. Przeniesiesz się stąd do innych miejsc i innych prac". Wzdrygnęła się na myśl o życiu w mieście. "Utknęliśmy tu w błocie, żyjemy w nim, oddychamy nim" - poskarżyła się. "Sześćdziesięciu mężczyzn zginęło w tej dziurze w ziemi, a potem kopalnia znów ruszyła z nowymi ludźmi. Spędzamy tu lata, wydobywając węgiel do silników, które przewożą innych ludzi przez morza na Zachód".
  Kiedy jej syn dorósł i stał się wysokim i silnym czternastolatkiem, Nancy McGregor kupiła piekarnię, a zakup wymagał zaoszczędzonych przez Cracked McGregora pieniędzy. Planował przeznaczyć je na zakup farmy w dolinie za wzgórzem. Dolar po dolarze górnik oszczędzał, marząc o życiu na własnych polach.
  Chłopiec pracował w piekarni i nauczył się piec chleb. Wyrabiając ciasto, jego dłonie i ramiona stały się silne jak u niedźwiedzia. Nienawidził pracy, nienawidził Coal Creek i marzył o życiu w mieście i roli, jaką tam odegra. Zaczął zawierać przyjaźnie tu i tam wśród młodych ludzi. Podobnie jak jego ojciec, przyciągał uwagę. Kobiety patrzyły na niego, śmiały się z jego dużej postury i silnych, prostych rysów twarzy i patrzyły ponownie. Kiedy zagadywano go w piekarni lub na ulicy, odpowiadał bez strachu i patrzył im w oczy. Młode uczennice wracały ze wzgórza do domu z innymi chłopcami i śniły w nocy o Przystojnym McGregorze. Kiedy ktoś źle o nim mówił, reagowali broniąc go i chwaląc. Podobnie jak jego ojciec, był znaną postacią w Coal Creek.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  Pewnego niedzielnego popołudnia trzej chłopcy siedzieli na kłodzie na zboczu wzgórza z widokiem na Coal Creek. Z ich punktu obserwacyjnego widzieli robotników nocnej zmiany wylegujących się w słońcu na Main Street. Z pieców koksowniczych unosiła się cienka smuga dymu. Ciężko załadowany pociąg towarowy okrążał wzgórze na końcu doliny. Nadeszła wiosna i nawet ten rój czarnego przemysłu dawał nikłą obietnicę piękna. Chłopcy rozmawiali o życiu mieszkańców swojego miasteczka, a podczas rozmowy każdy myślał o sobie.
  Choć nigdy nie opuścił doliny i tam nie urósł w siłę i wielkość, Przystojny MacGregor wiedział co nieco o świecie zewnętrznym. To nie był czas na odcinanie się od bliźnich. Gazety i czasopisma wykonały swoją pracę aż za dobrze. Dotarły nawet do chaty górnika, a kupcy na głównej ulicy Coal Creek stali popołudniami przed swoimi sklepami, rozmawiając o wydarzeniach na świecie. Przystojny MacGregor wiedział, że życie w jego miasteczku jest wyjątkowe, że nie wszędzie mężczyźni harują całymi dniami w czarnych, brudnych lochach, że nie wszystkie kobiety są blade, bezkrwiste i zgarbione. Roznosząc chleb, gwizdał piosenkę. "Zabierz mnie z powrotem na Broadway" - śpiewał po subrecie w przedstawieniu, które kiedyś grano w Coal Creek.
  Teraz, siedząc na zboczu wzgórza, mówił poważnie, gestykulując rękami. "Nienawidzę tego miasta" - powiedział. "Mężczyźni tutaj uważają się za śmiesznych. Nie interesują ich nic poza głupimi żartami i piciem. Chcę stąd odejść". Jego głos się podniósł, a w jego wnętrzu zapłonęła nienawiść. "Czekaj" - przechwalał się. "Sprawię, że ludzie przestaną być głupcami. Zrobię z nich dzieci. Ja...". Urwał i spojrzał na swoich towarzyszy.
  Bute szturchnął ziemię kijem. Chłopiec siedzący obok niego roześmiał się. Był niskim, dobrze ubranym, ciemnowłosym chłopakiem z pierścionkami na palcach, który pracował w miejskim klubie bilardowym, tasując bile. "Chciałbym pójść tam, gdzie są kobiety, z krwią w żyłach" - powiedział.
  Trzy kobiety wyszły im na spotkanie ze wzgórza: wysoka, blada, brązowowłosa kobieta w wieku około dwudziestu siedmiu lat i dwie młode, jasnowłose dziewczyny. Czarnowłosy chłopak poprawił krawat i zaczął myśleć o rozmowie, którą rozpocznie, gdy kobiety do niego podejdą. Boat i drugi chłopak, otyły syn kupca, spoglądali w dół wzgórza na miasto ponad głowami przybyszów, kontynuując myśli, od których zaczęła się rozmowa.
  "Cześć, dziewczyny, usiądźcie tutaj" - zawołał czarnowłosy chłopak, śmiejąc się i śmiało patrząc w oczy wysokiej, bladej kobiety. Zatrzymali się, a wysoka kobieta zaczęła przeskakiwać po powalonych kłodach i zbliżać się do nich. Dwie młode dziewczyny poszły za nimi, śmiejąc się. Usiadły na kłodzie obok chłopców, wysoka, blada kobieta na końcu, obok rudowłosego McGregora. Na przyjęciu zapadła zakłopotana cisza. Zarówno Bo, jak i grubas byli zdezorientowani takim obrotem sprawy i zastanawiali się, co będzie dalej.
  Blada kobieta zaczęła mówić cicho. "Chcę stąd uciec" - powiedziała. "Chciałabym usłyszeć śpiew ptaków i zobaczyć, jak rośnie zieleń".
  Bute MacGregor wpadł na pomysł. "Idziecie ze mną" - powiedział. Wstał i wspiął się na kłody, a blada kobieta podążyła za nim. Grubas krzyczał na nich, próbując złagodzić swoje zażenowanie, próbując ich zawstydzić. "Dokąd idziecie?" - krzyknął.
  Bo nic nie powiedział. Przeszedł przez kłody na drogę i zaczął wspinać się na wzgórze. Obok niego szła wysoka kobieta, chroniąc spódnice przed głębokim pyłem drogowym. Nawet na jej niedzielnej sukience widniał słaby czarny ślad wzdłuż szwów - znak Coal Creek.
  W miarę jak MacGregor szedł, jego zażenowanie ustępowało. Pomyślał, że cudownie jest być sam na sam z kobietą. Kiedy zmęczyła się wspinaczką, usiadł z nią na kłodzie przy drodze i zaczął rozmawiać o czarnowłosym chłopcu. "On nosi twój pierścionek" - powiedział, patrząc na nią i śmiejąc się.
  Przycisnęła mocno dłoń do boku i zamknęła oczy. "Boli mnie po wspinaczce" - powiedziała.
  Czułość ogarnęła Piękność. Idąc dalej, szedł za nią, trzymając ją i popychając pod górę. Chęć dokuczenia jej o czarnowłosym chłopaku minęła i nie chciał nic mówić o pierścionku. Przypomniał sobie historię, którą czarnowłosy chłopak mu opowiedział o tym, jak zdobył kobietę. "To pewnie było kompletne kłamstwo" - pomyślał.
  Na szczycie wzgórza zatrzymali się i odpoczęli, opierając się o zniszczony płot w pobliżu lasu. Poniżej nich grupa mężczyzn zjeżdżała ze wzgórza wozem. Mężczyźni siedzieli na deskach położonych w poprzek wozu i śpiewali piosenkę. Jeden z nich stał na siedzeniu obok woźnicy, machając butelką. Wyglądało na to, że wygłasza przemówienie. Pozostali krzyczeli i klaskali. Dźwięki były słabe i ostre, wznosząc się w górę wzgórza.
  W lesie przy płocie rosła spróchniała trawa. Jastrzębie szybowały nad doliną poniżej. Wiewiórka, biegnąca wzdłuż płotu, zatrzymała się i przemówiła do nich. MacGregor pomyślał, że nigdy nie miał tak uroczej towarzyszki. Z tą kobietą czuł pełne, ciepłe poczucie koleżeństwa i przyjaźni. Nie wiedząc, jak to się stało, czuł z tego pewną dumę. "Nie przejmuj się tym, co powiedziałem o pierścionku" - nalegał. "Chciałem cię tylko podrażnić".
  Kobieta obok MacGregora była córką przedsiębiorcy pogrzebowego, który mieszkał nad jego sklepem, obok piekarni. Widział ją tego wieczoru, stojącą na schodach przed sklepem. Po historii, którą opowiedział mu czarnowłosy chłopak, poczuł się zażenowany. Mijając ją na schodach, pospieszył naprzód i zajrzał do rynsztoka.
  Zeszli ze wzgórza i usiedli na pniu drzewa na zboczu. Grupa starszych zebrała się wokół pnia po jego wizytach u Pękniętego MacGregora, więc miejsce było zamknięte i zacienione, niczym pokój. Kobieta zdjęła kapelusz i położyła go obok siebie na pniu. Lekki rumieniec zabarwił jej blade policzki, a w oczach błysnął błysk gniewu. "Musiał cię okłamać na mój temat" - powiedziała. "Nie pozwoliłam mu nosić tego pierścionka. Nie wiem, dlaczego mu go dałam. Chciał go. Prosił mnie o niego bez przerwy. Mówił, że chce go pokazać matce. A teraz pokazał go tobie i przypuszczam, że skłamał na mój temat".
  Bo był zirytowany i żałował, że nie wspomniał o pierścionku. Uważał, że robi to niepotrzebne zamieszanie. Nie wierzył, że czarnowłosy chłopak kłamie, ale nie uważał, żeby to miało znaczenie.
  Zaczął mówić o swoim ojcu, chwaląc się nim. Jego nienawiść do miasta rozgorzała. "Myśleli, że go tam znają" - powiedział. "Śmiali się z niego i nazywali "świrem". Uważali, że jego wpadnięcie do kopalni to po prostu szalony pomysł, jak koń wbiegający do płonącej stajni. Był najlepszym człowiekiem w mieście. Był odważniejszy od nich wszystkich. Wszedł tam i zginął, mając prawie wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić tu farmę". Wskazał na drugą stronę doliny.
  Bo zaczął jej opowiadać o swoich wizytach na wzgórzu z ojcem i opisywał wpływ, jaki ta scena wywarła na niego w dzieciństwie. "Myślałem, że to raj" - powiedział.
  Położyła mu dłoń na ramieniu, jakby go uspokajała, niczym troskliwy stajenny uspokajający zdenerwowanego konia. "Nie zwracaj na nich uwagi" - powiedziała. "Za chwilę odejdziesz i znajdziesz swoje miejsce na świecie".
  Zastanawiał się, skąd ona to wie. Przepełniał go głęboki szacunek do niej. "Ona naprawdę chce to rozgryźć" - pomyślał.
  Zaczął opowiadać o sobie, przechwalając się i wypinając pierś. "Chciałbym mieć szansę pokazać, co potrafię" - oznajmił. Myśl, która krążyła mu po głowie tego zimowego dnia, kiedy wujek Charlie Wheeler nazwał go Bute, powróciła. Zaczął chodzić tam i z powrotem przed kobietą, wykonując groteskowe ruchy rękami, podczas gdy Cracked McGregor krążył przed nim.
  "Powiem ci co" - zaczął szorstkim głosem. Zapomniał o obecności kobiety i na wpół zapomniał, co mu leżało na sercu. Mruknął coś pod nosem i spojrzał przez ramię na zbocze wzgórza, z trudem znajdując słowa. "O cholera, ludzie!" - wybuchnął. "To bydło, głupie bydło". W jego oczach błysnął ogień, a głos nabrał pewności siebie. "Chciałbym ich wszystkich zebrać razem" - powiedział. "Chciałbym, żeby..." Zabrakło mu słów i usiadł ponownie na kłodzie obok kobiety. "Cóż, chciałbym ich zaprowadzić do starego szybu kopalni i tam wepchnąć" - zakończył z urazą.
  
  
  
  Na wzniesieniu Bo i wysoka kobieta usiedli i spojrzeli w dół na dolinę. "Zastanawiam się, dlaczego mama i ja tam nie jeździmy" - powiedział. "Kiedy to widzę, ta myśl mnie ogarnia. Myślę, że chcę zostać rolnikiem i pracować w polu. Zamiast tego siedzimy z mamą i planujemy miasto. Zostanę prawnikiem. Tylko o tym rozmawiamy. Potem przyjeżdżam tutaj i wydaje mi się, że to miejsce jest dla mnie".
  Wysoka kobieta roześmiała się. "Widzę cię, jak wracasz nocą z pól" - powiedziała. "Może do tego białego domu z wiatrakiem. Byłbyś rosłym mężczyzną, z kurzem we włosach i być może rudą brodą rosnącą na brodzie. A z kuchennych drzwi wychodziłaby kobieta z dzieckiem na rękach i stała oparta o płot, czekając na ciebie. Kiedy byś podszedł, objęłaby cię za szyję i pocałowała w usta. Twoja broda łaskotałaby ją w policzek. Jak dorośniesz, powinieneś zapuścić brodę. Masz takie duże usta".
  Bo ogarnęło dziwne, nowe uczucie. Zastanawiał się, dlaczego to powiedziała, i chciał od razu wziąć ją za rękę i pocałować . Stał i patrzył na słońce zachodzące za wzgórzem daleko w dolinie. "Lepiej się dogadajmy" - powiedział.
  Kobieta siedziała dalej na pniu. "Usiądź" - powiedziała - "Powiem ci coś... coś, co z pewnością ci się spodoba. Jesteś taki wielki i czerwony, że kusisz dziewczynę, żeby cię zaczepiała. Ale najpierw powiedz mi, dlaczego idziesz ulicą i patrzysz w rynsztok, kiedy ja stoję wieczorem na schodach".
  Bo usiadł z powrotem na pniu i pomyślał o tym, co czarnowłosy chłopak mu o niej powiedział. "A więc to była prawda - to, co powiedział o tobie?" - zapytał.
  "Nie! Nie!" krzyknęła, podskakując i zaczynając zakładać kapelusz. "Chodźmy!"
  Bute usiadł flegmatycznie na pniu drzewa. "Po co sobie przeszkadzać?" powiedział. "Posiedźmy tu, aż zajdzie słońce. Zdążymy wrócić do domu przed zmrokiem".
  Usiedli i zaczęła mówić, chwaląc się sobą, tak jak on chwalił się swoim ojcem.
  "Jestem za stara dla tego chłopaka" - powiedziała. "Jestem od ciebie o wiele lat starsza. Wiem, o czym rozmawiają chłopcy i o czym rozmawiają o kobietach. Nic mi nie jest. Nie mam z kim rozmawiać oprócz ojca, który siedzi całe wieczory, czyta gazetę i zasypia na swoim krześle. Jeśli pozwalam chłopakom przychodzić i siedzieć ze mną wieczorem albo stać i rozmawiać ze mną na schodach, to dlatego, że jestem samotna. Nie ma w mieście ani jednego mężczyzny, którego bym poślubiła, ani jednego.
  Mowa Bow'a wydawała się chaotyczna i urwana. Chciał, żeby ojciec zatarł ręce i coś wymamrotał, a nie ta blada kobieta, która go zdenerwowała, a potem odezwała się ostro, jak kobiety przy tylnych drzwiach w Coal Creek. Znów pomyślał, jak poprzednio, że woli czarnoskórych górników, pijanych i milczących, od ich bladych, gadatliwych żon. Impulsywnie powiedział jej to, mówiąc to szorstko, tak szorstko, że aż zabolało.
  Ich rozmowa urwała się. Wstali i ruszyli pod górę, kierując się do domu. Ponownie położyła dłoń na biodrze, a on znów zapragnął położyć dłoń na jej plecach i popchnąć ją pod górę. Zamiast tego szedł w milczeniu obok niej, znów nienawidząc miasta.
  W połowie drogi na poboczu zatrzymała się wysoka kobieta. Zapadał zmrok, a blask pieców koksowniczych rozświetlał niebo. "Ktoś, kto tu mieszka i nigdy tam nie bywa, może pomyśleć, że to miejsce jest majestatyczne i wspaniałe" - powiedział. Nienawiść powróciła. "Mogą pomyśleć, że ludzie, którzy tam mieszkają, coś wiedzą i nie są tylko stadem bydła".
  Na twarzy wysokiej kobiety pojawił się uśmiech, a w jej oczach pojawił się łagodniejszy wyraz. "Atakujemy się nawzajem" - powiedziała - "nie możemy zostawić się w spokoju. Wolałabym, żebyśmy się nie kłócili. Mogłybyśmy zostać przyjaciółkami, gdybyśmy spróbowały. Jest w tobie coś takiego. Przyciągasz kobiety. Słyszałam, jak inni tak mówią. Twój ojciec też taki był. Większość kobiet tutaj wolałaby wyjść za mąż za brzydkiego, pokręconego MacGregora, niż zostać z mężami. Słyszałam, jak moja matka mówiła to do ojca, kiedy kłócili się w łóżku w nocy, a ja leżałam i słuchałam".
  Chłopiec był przytłoczony myślą, że kobieta mówi do niego tak szczerze. Spojrzał na nią i powiedział, co mu leżało na sercu. "Nie lubię kobiet" - powiedział - "ale spodobałaś mi się, kiedy zobaczyłem cię stojącą na schodach i myślącą, że robisz, co chcesz. Pomyślałem, że może coś osiągnęłaś. Nie wiem, dlaczego miałoby cię obchodzić, co myślę. Nie wiem, dlaczego kobieta miałaby się przejmować, co myśli mężczyzna. Myślę, że nadal będziesz robić to, co chcesz, tak jak mama i ja, żebym został prawnikiem.
  Usiadł na kłodzie przy drodze niedaleko miejsca, w którym ją poznał, patrząc, jak schodzi ze wzgórza. "Jestem taki grzeczny, że tak z nią rozmawiam cały dzień" - pomyślał i poczuł dumę z rosnącej męskości.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  Miasteczko Coal Creek było przerażające. Ludzie z zamożnych miast Środkowego Zachodu, z Ohio, Illinois i Iowa, zmierzający na wschód do Nowego Jorku lub Filadelfii, wyglądali przez okna samochodów i widząc nędzne domy rozsiane wzdłuż zbocza wzgórza, myśleli o przeczytanych książkach. Życie w slumsach starego świata. W wagonach z fotelami mężczyźni i kobiety odchylali się do tyłu i zamykali oczy. Ziewali i pragnęli, żeby podróż się skończyła. Jeśli w ogóle myśleli o miasteczku, delikatnie tego żałowali i odrzucali je jako konieczność współczesnego życia.
  Domy na zboczu wzgórza i sklepy przy Main Street należały do firmy górniczej. Firma górnicza z kolei należała do urzędników kolejowych. Kierownik kopalni miał brata, który był kierownikiem wydziału. To właśnie on stał przy drzwiach kopalni, gdy Crack McGregor zmarł. Mieszkał w miasteczku oddalonym o około trzydzieści mil i dojeżdżał tam wieczorem pociągiem. Towarzyszyli mu urzędnicy, a nawet stenografowie z biur kopalni. Po godzinie piątej po południu ulice Coal Creek przestały być miejscem białych kołnierzyków.
  W mieście mężczyźni żyli jak zwierzęta. Otępiali pracą, pili łapczywie w saloonie na Main Street i wracali do domów, by bić żony. Ciągłe, ciche pomruki trwały między nimi. Czuli niesprawiedliwość swego losu, ale nie potrafili jej wyrazić słowami, a kiedy myśleli o właścicielach kopalni, przeklinali po cichu, używając ohydnych przekleństw nawet w myślach. Co jakiś czas wybuchał strajk, a Barney Butterlips, chudy człowieczek z korkową nogą, stawał na skrzyni i wygłaszał przemówienia o nadchodzącym braterstwie ludzi. Pewnego dnia oddział kawalerii wysiadł i maszerował Main Street w baterii. Bateria składała się z kilku mężczyzn w brązowych mundurach. Ustawili karabin Gatlinga na końcu ulicy i strajk ucichł.
  Włoch, który mieszkał w domu na zboczu wzgórza, uprawiał ogród. Jego dom był jedynym pięknym miejscem w dolinie. Zwoził taczkami ziemię z lasu na szczycie wzgórza, a w niedziele można go było zobaczyć, jak przechadza się tam i z powrotem, radośnie pogwizdując. Zimą siadał w domu i rysował na kartce papieru. Wiosną brał rysunek i zgodnie z nim sadził swój ogród, wykorzystując każdy cal swojej ziemi. Kiedy rozpoczął się strajk, kierownik kopalni poradził mu, aby wrócił do pracy lub opuścił dom. Pomyślał o ogrodzie i wykonanej pracy i wrócił do swojej codziennej pracy w kopalni. Podczas gdy pracował, górnicy wspięli się na wzgórze i zniszczyli ogród. Następnego dnia Włoch dołączył do strajkujących górników.
  Staruszka mieszkała w małej, jednoizbowej chacie na wzgórzu. Mieszkała sama i była strasznie brudna. Jej dom był pełen starych, połamanych krzeseł i stołów, rozrzuconych po całym mieście, ułożonych tak wysoko, że ledwo mogła się ruszyć. W ciepłe dni siadała na słońcu przed chatą, żując patyk zanurzony w tytoniu. Górnicy wspinający się na wzgórze wrzucali kawałki chleba i ochłapy mięsa ze swoich wiaderek na lunch do skrzynki przybitej do drzewa przy drodze. Staruszka zbierała je i zjadała. Kiedy żołnierze przybywali do miasta, szła ulicą, kpiąc z nich. "Przystojniacy! Łupy! Kolesie! Pasmanterie!" krzyczała za nimi, mijając ogony ich koni. Młody mężczyzna w okularach na nosie, siedzący na siwym koniu, odwrócił się i krzyknął do swoich towarzyszy: "Zostawcie ją w spokoju - to sama stara Matka Nieszczęście".
  Kiedy wysoki, rudowłosy chłopiec spojrzał na robotników i staruszkę podążającą za żołnierzami, nie współczuł im. Nienawidził ich. W pewnym sensie współczuł żołnierzom. Krew w żyłach mu się gotowała na widok ich maszerujących ramię w ramię. Pomyślał o porządku i przyzwoitości wśród szeregów umundurowanych mężczyzn, poruszających się bezszelestnie i szybko, i niemal życzył sobie, żeby zniszczyli miasto. Kiedy strajkujący zniszczyli ogród Włocha, był głęboko poruszony i krążył po pokoju przed matką, ogłaszając: "Zabiłbym ich, gdyby to był mój ogród" - powiedział. "Nie zostawiłbym ani jednego przy życiu". W głębi duszy, niczym Szurnięty MacGregor, żywił nienawiść do górników i miasta. "To miejsce, z którego trzeba się wydostać" - powiedział. "Jeśli komuś się tu nie podoba, powinien wstać i odejść". Pamiętał, jak jego ojciec pracował i oszczędzał na farmę w dolinie. "Myśleli, że oszalał, ale wiedział więcej niż oni. Nie odważyli się dotknąć ogrodu, który zasadził".
  Dziwne, na wpół ukształtowane myśli zaczęły zadomowić się w sercu syna górnika. Przypominając sobie w nocnych snach poruszające się kolumny mężczyzn w mundurach, nadawał nowe znaczenie skrawkom historii, które zebrał w szkole, a ruchy ludzi z dawnych dziejów zaczęły mieć dla niego znaczenie. Pewnego letniego dnia, włócząc się przed hotelem miejskim, pod którym znajdował się salon i sala bilardowa, gdzie pracował czarnowłosy chłopiec, podsłuchał rozmowę dwóch mężczyzn o znaczeniu ludzi.
  Jeden z mężczyzn był wędrownym okulistą, który przyjeżdżał raz w miesiącu do górniczego miasteczka, aby dopasowywać i sprzedawać okulary. Po sprzedaniu kilku par okulista upijał się, czasami pozostając pijany przez tydzień. Po pijanemu mówił po francusku i włosku, a czasami stawał przy barze przed górnikami, cytując poezję Dantego. Jego ubranie było tłuste od długiego noszenia, a nos miał ogromny, z czerwonymi i fioletowymi żyłkami. Ze względu na jego znajomość języków i recytację poezji, górnicy uważali okulistę za nieskończenie mądrego. Wierzyli, że człowiek o takiej inteligencji musi posiadać niemal nadprzyrodzoną wiedzę o oku i dobieraniu okularów, i z dumą nosili tanie, źle dopasowane okulary, które im wciskał.
  Od czasu do czasu, jakby robiąc ustępstwo swoim klientom, okulista spędzał wśród nich wieczór. Pewnego razu, po przeczytaniu jednego z sonetów Szekspira, położył rękę na ladzie i kołysząc się delikatnie w przód i w tył, zaczął śpiewać pijackim głosem balladę, która zaczynała się od słów: "Harfa, która niegdyś przemierzała korytarze Tary, zlała duszę muzyki". Po skończeniu pieśni położył głowę na ladzie i zapłakał, podczas gdy górnicy patrzyli na niego ze współczuciem.
  Pewnego letniego dnia, gdy Bute MacGregor słuchał, okulista wdał się w ostrą kłótnię z innym mężczyzną, równie pijanym jak on. Drugim mężczyzną był szczupły, elegancki mężczyzna w średnim wieku, który sprzedawał buty w filadelfijskiej agencji zatrudnienia. Siedział na krześle opartym o ścianę hotelu, próbując czytać książkę na głos. Gdy zaczął pisać długi akapit, okulista mu przerwał. Zataczając się tam i z powrotem po wąskiej promenadzie przed hotelem, stary pijak wrzeszczał i przeklinał. Wyglądał, jakby oszalał z wściekłości.
  "Mam dość tej ckliwej filozofii" - oznajmił. "Nawet czytanie jej sprawia, że ślinka cieknie. Nie mówisz ostro, a słowa nie powinny być wypowiadane ostro. Sam jestem silnym mężczyzną".
  Okulista, z szeroko rozstawionymi nogami i nadętymi policzkami, uderzył go w klatkę piersiową. Machnięciem ręki odprawił mężczyznę z fotela.
  "Tylko ślinisz się i wydajesz obrzydliwe dźwięki" - oznajmił. "Znam twój gatunek. Pluję na ciebie. Kongres w Waszyngtonie jest pełen takich ludzi, podobnie jak Izba Gmin w Anglii. We Francji to oni kiedyś rządzili. To oni rządzili we Francji, dopóki nie pojawił się ktoś taki jak ja. Są zagubieni w cieniu wielkiego Napoleona".
  Okulista, pozornie ignorując eleganckiego mężczyznę, zwrócił się do Bowe'a. Mówił po francusku, a mężczyzna na krześle zapadł w niespokojny sen. "Jestem jak Napoleon" - oznajmił pijak, przechodząc z powrotem na angielski. W jego oczach zaczęły zbierać się łzy. "Biorę pieniądze tych górników i nic im nie daję. Okulary, które sprzedaję ich żonom za pięć dolarów, kosztują mnie tylko piętnaście centów. Przemierzam te bestie jak Napoleon przez Europę. Miałbym porządek i cel, gdybym nie był głupcem. Jestem jak Napoleon w tym, że żywię absolutną pogardę dla ludzi".
  
  
  
  Słowa pijaka raz po raz powracały do umysłu chłopca MacGregora, wpływając na jego myśli. Choć nie pojmował żadnej z filozofii kryjącej się za słowami tego człowieka, jego wyobraźnię porywała opowieść pijaka o wielkim Francuzie, bełkocząca mu w uszach, i w jakiś sposób zdawała się wyrażać jego nienawiść do chaotycznej nieudolności otaczającego go życia.
  
  
  
  Po otwarciu piekarni przez Nancy McGregor, kolejny strajk zakłócił działalność. Górnicy znów leniwie wędrowali po ulicach. Przychodzili do piekarni po chleb i kazali Nancy umorzyć im długi. Przystojny McGregor był zaniepokojony. Patrzył, jak pieniądze jego ojca są wydawane na mąkę, która upieczona w bochenki, opuszczała sklep pod chwiejnymi rękami górników. Pewnej nocy mężczyzna zataczał się obok piekarni, a jego nazwisko pojawiło się w ich księgach rachunkowych, a następnie pojawił się długi wpis o załadowanych bochenkach. McGregor poszedł do matki i zaprotestował. "Mają pieniądze, żeby się upić" - powiedział - "niech zapłacą za swój chleb".
  Nancy MacGregor nadal ufała górnikom. Pomyślała o kobietach i dzieciach w domach na wzgórzu, a kiedy usłyszała o planach firmy górniczej, by eksmitować górników z ich domów, zadrżała. "Byłam żoną górnika i będę ich bronić" - pomyślała.
  Pewnego dnia kierownik kopalni wszedł do piekarni. Pochylił się nad gablotą i zaczął rozmawiać z Nancy. Jej syn podszedł i stanął obok matki, żeby posłuchać. "To musi się skończyć" - powiedział kierownik. "Nie pozwolę ci się zrujnować przez tego bydlaka. Chcę, żebyś zamknął to miejsce do końca strajku. Jeśli tego nie zrobisz, ja to zrobię. Jesteśmy właścicielami tego budynku. Nie docenili tego, co zrobił twój mąż, więc dlaczego miałabyś się dla nich zrujnować?"
  Kobieta spojrzała na niego i odpowiedziała cichym, zdecydowanym głosem: "Myśleli, że oszalał, i tak było" - powiedziała. "Ale to, co go do tego doprowadziło, to spróchniałe kłody w kopalni, które go złamały i zmiażdżyły. To ty, a nie oni, jesteś odpowiedzialny za mojego mężczyznę i za to, kim był".
  Przystojny McGregor przerwał. "No cóż, chyba ma rację" - oświadczył, pochylając się nad barem obok matki i patrząc jej w twarz. "Górnicy nie chcą jak najlepiej dla swoich rodzin; chcą więcej pieniędzy na alkohol. Zamkniemy tu drzwi. Nie będziemy już inwestować w chleb, który im się zjada. Nienawidzili ojca, on nienawidził ich, a teraz ja też ich nienawidzę".
  Robot obszedł ladę i skierował się do drzwi z kierownikiem kopalni. Zamknął je i schował klucz do kieszeni. Następnie poszedł na zaplecze piekarni, gdzie jego matka siedziała na skrzynce i płakała. "Czas, żeby to mężczyzna przejął władzę" - powiedział.
  Nancy McGregor i jej syn siedzieli w piekarni, patrząc na siebie. Górnicy szli ulicą, szarpnęli drzwi i wyszli, narzekając. Plotki rozchodziły się z ust do ust po całym wzgórzu. "Kierownik kopalni zamknął sklep Nancy McGregor" - powiedziały kobiety, przechylając się przez płot. Dzieci, rozciągnięte na podłogach domów, podnosiły głowy i wyły. Ich życie było serią nowych horrorów. Gdy minął dzień bez nowych horrorów, które by nimi wstrząsnęły, kładły się spać, szczęśliwe. Kiedy górnik i jego żona stali przy drzwiach, cicho rozmawiając, płakali, spodziewając się, że zostaną posłani spać głodni. Gdy ostrożna rozmowa za drzwiami nie trwała, górnik wrócił do domu pijany i bił matkę, podczas gdy dzieci leżały na łóżkach pod ścianą, drżąc ze strachu.
  Późnym wieczorem grupa górników podeszła do drzwi piekarni i zaczęła walić pięściami. "Otwierać!" - krzyczeli. Bo wyszedł z pokoju nad piekarnią i stanął w pustym sklepie. Jego matka siedziała na krześle w swoim pokoju, drżąc. Podszedł do drzwi, otworzył je i wyszedł. Górnicy stali grupami na drewnianym chodniku i na polnej drodze. Wśród nich była starsza kobieta, idąca obok koni i krzycząca do żołnierzy. Górnik z czarną brodą podszedł i stanął przed chłopcem. Machając do tłumu, powiedział: "Przyszliśmy otworzyć piekarnię. Niektóre z naszych pieców nie mają pieców. Dajcie nam klucz, a otworzymy to miejsce. Wyważymy drzwi, jeśli nie chcecie. Firma nie może mieć do was pretensji, jeśli zrobimy to siłą. Możecie śledzić, ile zabierzemy. Potem, kiedy strajk się skończy, zapłacimy wam".
  Płomienie raziły chłopca w oczy. Zszedł po schodach i zatrzymał się między górnikami. Wsunął ręce do kieszeni i spojrzał im w twarze. Kiedy się odezwał, jego głos niósł się po ulicy. "Naśmiewałeś się z mojego ojca, Cracka MacGregora, kiedy przyszedł do kopalni dla ciebie. Śmiałeś się z niego, bo oszczędzał pieniądze i nie wydawał ich na kupowanie ci drinków. Teraz przychodzisz tu po chleb kupiony za jego pieniądze i nie płacisz. Potem upijasz się i zataczasz się przed tymi właśnie drzwiami. Teraz powiem ci coś". Uniósł ręce i krzyknął. "Kierownik kopalni nie zamknął tego miejsca. To ja je zamknąłem. Naśmiewałeś się z Cracka MacGregora, który był lepszym człowiekiem niż ktokolwiek z was. Bawiłeś się ze mną - śmiałeś się ze mnie. Teraz ja śmieję się z ciebie". Wbiegł po schodach, otworzył drzwi i stanął w progu. "Zapłać pieniądze, które jesteś winien tej piekarni, a chleb będzie tu sprzedawany" - krzyknął, wszedł i zamknął drzwi na klucz.
  Górnicy szli ulicą. Chłopiec stał w piekarni, trzęsąc mu się ręce. "Powiedziałem im coś" - pomyślał. "Pokazałem im, że mnie nie oszukają". Wszedł po schodach do pokoi na piętrze. Jego matka siedziała przy oknie, z głową w dłoniach, patrząc na ulicę. Usiadł na krześle i rozważał sytuację. "Wrócą tu i zniszczą to miejsce, tak jak zniszczyli ten ogród" - powiedział.
  Następnego wieczoru Beau siedział w ciemności na schodach przed piekarnią. Trzymał w dłoni młotek. W jego umyśle płonęła tępa nienawiść do miasta i górników. "Zrobię im piekło, jeśli tu przyjdą" - pomyślał. Miał nadzieję, że tak będzie. Gdy spojrzał na młotek w dłoni, przypomniało mu się zdanie pijanego starego okulisty, bełkoczącego o Napoleonie. Zaczął myśleć, że on również musi przypominać postać, o której mówił pijak. Przypomniał sobie opowieść okulisty o ulicznej bójce w europejskim mieście, mamroczącej coś i wymachującej młotem. Na górze, przy oknie, siedziała jego matka, z głową w dłoniach. Światło z saloonu na dole ulicy padało na mokry chodnik. Wysoka, blada kobieta, która towarzyszyła mu na wzniesieniu z widokiem na dolinę, zeszła po schodach nad zakładem pogrzebowym. Biegła chodnikiem. Miała na głowie szal i biegnąc, ściskała go w dłoni. Przycisnęła drugą rękę do boku.
  Kiedy kobiety podeszły do chłopca, który siedział w milczeniu przed piekarnią, położyła mu ręce na ramionach i błagała: "Odejdź" - powiedziała. "Zabierz matkę i chodź do nas. Będą cię tu bić. Zrobisz sobie krzywdę".
  Beau wstał i odepchnął ją. Jej przybycie dodało mu otuchy. Serce zabiło mu mocniej na myśl o jej zainteresowaniu nim i pragnął, żeby górnicy przyszli, żeby mógł z nimi walczyć, zanim ona to zrobi. "Chciałbym żyć wśród takich porządnych ludzi jak ona" - pomyślał.
  Pociąg zatrzymał się na stacji dalej na ulicy. Słychać było kroki i szybkie, ostre komendy. Z pociągu wyskoczył strumień mężczyzn na chodnik. Ulicą maszerował szereg żołnierzy z bronią przewieszoną przez ramiona. Boat po raz kolejny zachwycony był widokiem wyszkolonych sanitariuszy maszerujących ramię w ramię. W obecności tych mężczyzn zdezorganizowani górnicy wydawali się żałośnie słabi i nic nieznaczący. Dziewczyna narzuciła chustę na głowę, pobiegła ulicą i zniknęła na dole. Chłopiec otworzył drzwi, wszedł na górę i położył się spać.
  Po strajku Nancy McGregor, mając jedynie niezapłacone rachunki, nie mogła ponownie otworzyć piekarni. Z młyna wyszedł niski mężczyzna z siwym wąsem i tytoniem do żucia, zabrał niewykorzystaną mąkę i wywiózł ją. Chłopiec i jego matka nadal mieszkali nad magazynem piekarni. Rano wracała do mycia okien i szorowania podłóg w biurach kopalni, podczas gdy jej rudowłosy syn stał na zewnątrz lub siedział w sali bilardowej, rozmawiając z czarnowłosym chłopcem. "W przyszłym tygodniu pójdę do miasta i zacznę coś ze sobą robić" - powiedział. Kiedy nadszedł czas, by odejść, czekał i obijał się na ulicy. Pewnego dnia, gdy górnik wyśmiał go za lenistwo, zepchnął go do rowu. Górnicy, którzy nienawidzili go za przemowę na schodach, podziwiali jego siłę i brutalną odwagę.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IV
  
  JESTEM W PIWNICY - TAK JAK W domu wbitym jak pal w zbocze wzgórza nad Coal Creek, Kate Hartnett mieszkała z synem Mikiem. Jej mąż zginął wraz z innymi w pożarze kopalni. Jej syn, podobnie jak Bute MacGregor, nie pracował w kopalni. Pospiesznie przecinał Main Street albo biegiem przedzierał się przez drzewa na wzgórzach. Górnicy, widząc jego pośpiech, bladą i napiętą twarz, kręcili głowami. "Jest zepsuty" - mówili. "Zrobi komuś krzywdę".
  Bo zobaczył Mike'a krzątającego się po ulicach. Pewnego dnia, spotkawszy go w sosnowym lesie nad miastem, poszedł za nim i próbował nakłonić go do rozmowy. Mike nosił w kieszeniach książki i broszury. Zastawiał pułapki w lesie i przynosił do domu króliki i wiewiórki. Zbierał ptasie jaja, które sprzedawał kobietom w pociągach zatrzymujących się w Coal Creek. Kiedy udało mu się złapać ptaki, wypychał je, wkładał im koraliki w oczy i również je sprzedawał. Ogłosił się anarchistą i, niczym Malowany McGregor, mamrotał do siebie, spiesząc naprzód.
  Pewnego dnia Bo natknął się na Mike'a Hartnetta, czytającego książkę i siedzącego na pniu drzewa z widokiem na miasto. McGregor doznał szoku, gdy spojrzał przez ramię mężczyzny i zobaczył, jaką książkę czyta. "Dziwne" - pomyślał - "że ten facet trzyma się tej samej książki, którą gruby stary Weeks czyta dla zarobku".
  Bo usiadł na pniu obok Hartnetta, obserwując go. Czytający mężczyzna uniósł głowę i nerwowo skinął głową, po czym przesunął się po pniu na sam koniec. Bute roześmiał się. Spojrzał na miasto, a potem na przestraszonego, zdenerwowanego mężczyznę czytającego książkę na pniu. Natchnienie przyszło.
  "Gdybyś miał władzę, Mike, co zrobiłbyś z Coal Creek?" - zapytał.
  Zdenerwowany mężczyzna podskoczył, a w jego oczach pojawiły się łzy. Stanął przed kłodą i rozłożył ramiona. "Chciałbym pójść do ludzi podobnych Chrystusowi" - wykrzyknął, podnosząc głos, jakby zwracał się do publiczności. "Biednych i pokornych, poszedłbym i nauczył ich miłości". Rozkładając ramiona, jakby wypowiadał błogosławieństwo, zawołał: "O, mieszkańcy Coal Creek, nauczyłbym was miłości i zniszczenia zła".
  Łódź zeskoczyła z kłody i przechadzała się przed drżącą postacią. Była dziwnie poruszona. Chwyciwszy mężczyznę, popchnął go z powrotem na kłodę. Jego własny głos potoczył się po zboczu wzgórza w ryku śmiechu. "Ludzie Coal Creek" krzyknął, naśladując powagę Hartnetta, "słuchajcie głosu McGregora. Nienawidzę was. Nienawidzę was, ponieważ wyśmiewaliście mojego ojca i mnie, i ponieważ oszukaliście moją matkę, Nancy McGregor. Nienawidzę was, ponieważ jesteście słabi i zdezorganizowani, jak bydło. Przyszedłbym do was i nauczył was siły. Zabiłbym was jednego po drugim, nie bronią, ale gołymi pięściami. Jeśli kazali wam pracować jak szczury zakopane w norze, mają rację. Człowiek ma prawo robić, co może. Powstań i walcz". Walcz, a ja przejdę na drugą stronę, a ty będziesz mógł ze mną walczyć. Pomogę ci zepchnąć was z powrotem do twoich nor.
  Bo zamilkł i, przeskakując kłody, pobiegł drogą. Przy pierwszym domu górnika zatrzymał się i zaśmiał się niezręcznie. "Ja też jestem zepsuty" - pomyślał - "krzyczę w pustkę na zboczu". Kontynuował w zamyśleniu, zastanawiając się, jaka siła nim zawładnęła. "Chciałbym walki - walki na przekór wszystkiemu" - pomyślał. "Rozkręcę atmosferę, kiedy zostanę prawnikiem w mieście".
  Mike Hartnett pobiegł ulicą za McGregorem. "Nie mów nikomu" - błagał, drżąc. "Nie mów o mnie nikomu w mieście. Będą się ze mnie śmiać i wyzywać. Chcę, żeby mnie zostawiono w spokoju".
  Bo strząsnął z siebie dłoń, która go trzymała, i zszedł ze wzgórza. Kiedy zniknął z oczu Hartneta, usiadł na ziemi. Przez godzinę patrzył na miasteczko w dolinie i myślał o sobie. Był na wpół dumny, na wpół zawstydzony tym, co się stało.
  
  
  
  Błękitne oczy McGregora nagle i szybko rozbłysły gniewem. Przemierzał ulice Coal Creek, a jego potężna sylwetka budziła podziw. Jego matka, pracując w biurach kopalni, stawała się coraz poważniejsza i milczała. Znów nabrała zwyczaju milczenia w domu, patrząc na syna z lekkim lękiem. Pracowała w kopalni całymi dniami, a wieczorami siadała w milczeniu na krześle na ganku, patrząc na Main Street.
  Przystojny MacGregor nic nie robił. Siedział w ciemnym, małym klubie bilardowym, rozmawiając z czarnowłosym chłopcem, albo przechadzał się po wzgórzach, machając laską w dłoni i myśląc o mieście, do którego wkrótce miał się udać, by rozpocząć karierę. Gdy szedł ulicą, kobiety zatrzymywały się, by mu się przyjrzeć, rozmyślając o pięknie i sile jego dojrzewającego ciała. Górnicy mijali go w milczeniu, nienawidząc go i bojąc się jego gniewu. Przechadzając się po wzgórzach, dużo myślał o sobie. "Jestem zdolny do wszystkiego" - pomyślał, unosząc głowę i patrząc na wysokie wzgórza. "Zastanawiam się, dlaczego tu siedzę".
  Kiedy miał osiemnaście lat, matka Bo zachorowała. Całymi dniami leżała na plecach w łóżku w pokoju nad pustą piekarnią. Bo otrząsnął się z letargu i poszedł szukać pracy. Nie czuł się leniwy. Czekał. Teraz otrząsnął się. "Nie pójdę do kopalni" - powiedział. "Nic mnie tam nie zaprowadzi".
  Znalazł pracę w stajni, gdzie pielęgnował i karmił konie. Jego matka wstała z łóżka i wróciła do biura w kopalni. Po rozpoczęciu pracy Beau został, myśląc, że to tylko przystanek w drodze do stanowiska, które pewnego dnia miał osiągnąć w mieście.
  Dwóch chłopców, synów górników, pracowało w stajni. Dowozili podróżnych z pociągów do wiosek rolniczych w dolinach między wzgórzami, a wieczorami siadali na ławce przed stodołą z Przystojnym MacGregorem i krzyczeli na ludzi przechodzących obok stajni w drodze na wzgórze.
  Stajnia w Coal Creek należała do garbusa o imieniu Weller, który mieszkał w mieście i wracał do domu na noc. W ciągu dnia przesiadywał w stodole i rozmawiał z rudym McGregorem. "Jesteś wielkim zwierzęciem" - powiedział ze śmiechem. "Mówisz o wyjeździe do miasta i zrobieniu czegoś, a siedzisz tu i nic nie robisz. Chcesz przestać gadać o byciu prawnikiem i zostać bokserem. Prawo to miejsce dla rozumu, nie dla mięśni". Przeszedł przez stodołę, przechylając głowę na bok i patrząc na rosłego mężczyznę czeszącego konie. McGregor spojrzał na niego i uśmiechnął się szeroko. "Pokażę ci" - powiedział.
  Garbus cieszył się, gdy paradował przed MacGregorem. Słyszał, jak ludzie opowiadali o sile i zawziętej naturze jego stajennego, i podobało mu się, że taki zawzięty mężczyzna czesze konie. Wieczorami w mieście siadał z żoną pod lampą i przechwalał się: "Kazuję mu chodzić" - mawiał.
  W stajni garbus śledził MacGregora. "I jeszcze jedno" - powiedział, wsuwając ręce do kieszeni i podnosząc się na palcach. "Miej oko na córkę tego grabarza. Ona cię chce. Jeśli cię dostanie, nie będzie dla ciebie studiów prawniczych, tylko miejsce w kopalni. Zostawisz ją w spokoju i zaczniesz opiekować się matką".
  Beau kontynuował czesanie koni i rozmyślał nad tym, co powiedział garbus. Przypuszczał, że to ma sens. Bał się też wysokiej, bladej dziewczyny. Czasami, gdy na nią patrzył, przeszywał go ból, a mieszanina strachu i pożądania go ogarniała. Uciekł od tego i stał się wolny, tak jak uwolnił się od życia w ciemnościach kopalni. "Ma talent do trzymania się z dala od rzeczy, których nie lubi" - powiedział członek załogi, rozmawiając z wujkiem Charliem Wheelerem w słońcu przed pocztą.
  Pewnego popołudnia dwaj chłopcy, którzy pracowali w stajni z McGregorem, upili go. Sprawa była prymitywnym żartem, starannie zaplanowanym. Garbus był w mieście cały dzień i żaden z podróżnych nie wysiadł z pociągu, aby przejechać przez wzgórza. W ciągu dnia siano przywiezione z góry z żyznej doliny było składowane na strychu stodoły, a między ładunkami McGregor i dwaj chłopcy siedzieli na ławce przy drzwiach do stodoły. Dwaj chłopcy poszli do saloonu i przynieśli piwo, płacąc za nie z funduszu przeznaczonego na ten cel. Fundusz był wynikiem systemu opracowanego przez dwóch woźniców. Kiedy pasażer dawał jednemu z nich monetę pod koniec dnia jazdy, wrzucał ją do wspólnego funduszu. Kiedy fundusz osiągnął określoną kwotę, obaj wchodzili do saloonu i stali przed barem, pijąc, aż się wyczerpał, po czym wracali, żeby przespać się na sianie w stodole. Po udanym tygodniu garbus od czasu do czasu wrzucał im dolara do funduszu.
  McGregor wypił tylko jedną spienioną szklankę piwa. Przez cały czas spędzony bezczynnie w Coal Creek nigdy wcześniej nie pił piwa, które w ustach smakowało mu mocno i gorzko. Uniósł głowę, przełknął ślinę, a potem odwrócił się i poszedł na tył stodoły, żeby ukryć łzy, które napłynęły mu do oczu od smaku napoju.
  Obaj kierowcy usiedli na ławce i roześmiali się. Drink, który podali Botowi, okazał się koszmarną papką, sporządzoną na ich prośbę przez śmiejącego się barmana. "Upimy tego wielkiego gościa i posłuchamy, jak ryczy" - powiedział barman.
  Idąc w stronę tylnej części stajni, Botha poczuł mdłości. Potknął się i upadł do przodu, rozcinając twarz o podłogę. Potem przewrócił się na plecy i jęknął, a po policzku spłynęła mu strużka krwi.
  Obaj chłopcy zerwali się z ławki i pobiegli w jego stronę. Stali tam, wpatrując się w jego blade usta. Ogarnął ich strach. Próbowali go podnieść, ale wypadł im z rąk i znów leżał na podłodze stajni, blady i nieruchomy. Przerażeni wybiegli ze stajni i przeszli przez ulicę Główną. "Musimy wezwać lekarza" - powiedzieli, spiesząc się. "Ten chłopiec jest bardzo chory".
  Wysoka, blada dziewczyna stała w drzwiach prowadzących do pomieszczeń nad zakładem pogrzebowym. Jeden z biegnących chłopców zatrzymał się i zwrócił się do niej: "Twoja ruda" - krzyknął - "leży pijana jak bela na podłodze w stajni. Ma rozciętą głowę i krwawi".
  Wysoka dziewczyna pobiegła ulicą w kierunku biura kopalni. Pospieszyła do stajni z Nancy McGregor. Sklepikarze na Main Street wyjrzeli przez drzwi i zobaczyli dwie blade kobiety o zastygłych twarzach, niosące ogromną postać Pięknego McGregor i wchodzące do piekarni.
  
  
  
  O ósmej wieczorem tego dnia Przystojny McGregor, wciąż drżący na nogach i blady na twarzy, wsiadł do pociągu pasażerskiego i zniknął z życia Coal Creek. Na siedzeniu obok niego leżała torba z całym jego ubraniem. W kieszeni miał bilet do Chicago i osiemdziesiąt pięć dolarów - ostatnie oszczędności Cracked McGregora. Spojrzał przez okno samochodu na drobną, szczupłą, wyczerpaną kobietę stojącą samotnie na peronie i fala gniewu go zalała. "Ja im pokażę" - mruknął. Kobieta spojrzała na niego i wymusiła uśmiech. Pociąg ruszył na zachód. Beau spojrzał na matkę, na opustoszałe ulice Coal Creek, schował głowę w dłoniach i usiadł w zatłoczonym wagonie, patrząc, jak z otwartymi ustami ludzie płaczą z radości na widok ostatnich dni swojej młodości. Spojrzał z powrotem na Coal Creek, przepełniony nienawiścią. Podobnie jak Neron, mógłby sobie życzyć, aby wszyscy mieszkańcy miasta mieli tylko jedną głowę, tak aby mógł ją odciąć zamachem miecza lub zepchnąć do rowu jednym zamaszystym ciosem.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA II
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  Było późne lato 1893 roku, kiedy McGregor przybył do Chicago. Był to trudny czas dla chłopca lub mężczyzny w tym mieście. Wielka Wystawa Światowa z poprzedniego roku przyciągnęła do miasta tysiące niespokojnych robotników, a jego czołowi obywatele, którzy domagali się Wystawy i głośno mówili o nadchodzącym wielkim wzroście gospodarczym, nie wiedzieli, co zrobić z tym wzrostem teraz, gdy już nadszedł. Kryzys, który nastąpił po Wielkiej Wystawie Światowej, i panika finansowa, która ogarnęła kraj w tym roku, sprawiły, że tysiące głodnych mężczyzn czekało w osłupieniu na ławkach w parku, studiując ogłoszenia w codziennych gazetach i wpatrując się bezmyślnie w jezioro lub jezioro. Błąkali się bez celu po ulicach, przepełnieni złymi przeczuciami.
  W czasach dobrobytu, wielkie amerykańskie miasto, takie jak Chicago, wciąż pokazuje światu mniej lub bardziej radosne oblicze, podczas gdy w ukrytych zakamarkach zaułków i bocznych uliczek, bieda i nędza czają się w małych, cuchnących pokojach, rodząc występek. W czasach depresji te stworzenia wypełzają, dołączają do nich tysiące bezrobotnych, którzy błąkają się po ulicach długimi nocami lub śpią na ławkach w parku. W zaułkach od Madison Street na West Side i State Street na South Side niecierpliwe kobiety, napędzane potrzebą, sprzedawały swoje ciała przechodniom za dwadzieścia pięć centów. Ogłoszenie w gazecie o jednym wolnym miejscu pracy skłoniło tysiąc mężczyzn do zablokowania ulic w świetle dziennym przed bramą fabryki. Tłumy przeklinały i biły się nawzajem. Zdesperowani robotnicy wyszli na ciche ulice, a zdezorientowani obywatele zabierali pieniądze i zegarki i uciekali, drżąc, w ciemność. Dziewczynę z Dwudziestej Czwartej Ulicy kopnięto i wrzucono do rynsztoka, ponieważ miała w torebce zaledwie trzydzieści pięć centów, gdy napadli na nią złodzieje. Profesor Uniwersytetu Chicagowskiego, zwracając się do słuchaczy, powiedział, że patrząc na wygłodniałe, zdeformowane twarze pięciuset osób ubiegających się o pracę zmywaka w taniej restauracji, był gotów uznać wszelkie pozory postępu społecznego w Ameryce za wytwór wyobraźni optymistycznych głupców. Wysoki, niezdarny mężczyzna idący State Street rzucił kamieniem w witrynę sklepową. Policjant przepchnął go przez tłum. "Siedzisz za to w więzieniu" - powiedział.
  "Ty głupcze, właśnie tego chcę. Chcę własności, która nie da mi pracy, która pozwoli mi się wyżywić" - powiedział wysoki, szczupły mężczyzna, który wychował się w czystszej, zdrowszej biedzie Dzikiego Zachodu i mógłby być Lincolnem cierpiącym za ludzkość.
  W ten wir cierpienia i ponurej, rozpaczliwej potrzeby wkroczył Przystojny MacGregor z Coal Creek - potężny, niezgrabny w ciele, leniwy w umyśle, nieprzygotowany, niewykształcony i nienawidzący świata. W ciągu dwóch dni, na oczach tej głodnej, maszerującej armii, zdobył trzy odznaczenia, trzy miejsca, gdzie człowiek, pracując cały dzień, mógł zarobić na ubranie i jedzenie.
  W pewnym sensie MacGregor już coś przeczuwał, czego realizacja ogromnie pomogłaby każdemu człowiekowi stać się potężną postacią na świecie. Nie mógł dać się zastraszyć słowom. Mówcy mogliby mu cały dzień prawić kazania o postępie ludzkości w Ameryce, flagi by powiewały, a gazety mogłyby napełnić jego głowę cudami jego kraju. On tylko pokręciłby swoją wielką głową. Nie znał jeszcze całej historii tego, jak ludzie, którzy wyłonili się z Europy i otrzymali miliony mil kwadratowych czarnej, żyznej ziemi i lasów, ponieśli porażkę w wyzwaniu rzuconym im przez los i z majestatycznego porządku natury wytworzyli jedynie ohydny chaos człowieka. MacGregor nie znał całej tragicznej historii swojej rasy. Wiedział tylko, że ludzie, których widział, byli w większości Pigmejami. W pociągu do Chicago nastąpiła w nim zmiana. Nienawiść do Coal Creek, która płonęła w nim, rozpaliła coś jeszcze. Siedział, patrząc przez okno samochodu na stacje benzynowe, które mijały tę noc i następny dzień na polach kukurydzy w Indianie, i snuł plany. Zamierzał coś zrobić w Chicago. Pochodząc ze społeczeństwa, w którym nikt nie wznosił się ponad poziom cichej, brutalnej pracy, zamierzał wyjść na światło dzienne i stać się władcą. Pełen nienawiści i pogardy dla ludzkości, pragnął, by ludzkość mu służyła. Wychowany wśród ludzi, którzy byli po prostu ludźmi, zamierzał zostać panem.
  A jego wyposażenie było lepsze, niż myślał. W chaotycznym, chaotycznym świecie nienawiść jest równie skutecznym impulsem, pchającym ludzi ku sukcesowi, co miłość i wielkie nadzieje. To pradawny impuls, uśpiony w ludzkim sercu od czasów Kaina. W pewnym sensie rezonuje prawdziwie i potężnie ponad brudnym chaosem współczesnego życia. Wzbudzając strach, uzurpuje sobie władzę.
  McGregor się nie bał. Nie poznał jeszcze swojego pana i z pogardą patrzył na znanych sobie mężczyzn i kobiety. Nieświadomie, oprócz ogromnego, nieugiętego ciała, posiadał jasny, trzeźwy umysł. Fakt, że nienawidził Coal Creek i uważał je za straszne, dowodził jego wnikliwości. To było przerażające. Całkiem możliwe, że Chicago drżało, a bogacze przechadzający się nocą po Michigan Boulevard rozglądali się z przerażeniem, gdy ten potężny, rudowłosy mężczyzna, niosący tanią torebkę i wpatrujący się niebieskimi oczami w niespokojnie poruszający się tłum, po raz pierwszy szedł jego ulicami. W samym jego ciele kryła się możliwość czegoś, ciosu, wstrząsu, wstrząsu szczupłej duszy siły w galaretowate ciało słabości.
  W świecie ludzi nie ma nic rzadszego niż znajomość ludzi. Sam Chrystus spotykał kupców sprzedających swoje towary, nawet na posadzce świątyni, a w swojej naiwnej młodości wpadł we wściekłość i wygonił ich za drzwi jak muchy. A historia z kolei przedstawiła go jako człowieka światowego, tak że po tych wiekach kościoły znów są utrzymywane z handlu towarami, a jego piękny, chłopięcy gniew popadł w zapomnienie. We Francji, po wielkiej rewolucji i gwarze wielu głosów mówiących o braterstwie ludzkości, wystarczył niski i bardzo zdeterminowany człowiek z instynktowną znajomością bębnów, armat i poruszających słów, by te same gaduły wybiegły na otwartą przestrzeń, potykając się o rowy i rzucając się na oślep w objęcia śmierci. W imię tego, który w ogóle nie wierzył w braterstwo ludzkości, ci, którzy płakali na samo wspomnienie słowa "braterstwo", ginęli w walce ze swoimi braćmi.
  W sercu każdego człowieka drzemie miłość do porządku. Jak osiągnąć porządek w naszym dziwnym gąszczu form, demokracji i monarchii, marzeń i aspiracji - oto tajemnica wszechświata i to, co artysta nazywa pasją do formy, czymś, co on również roześmiałby się w twarz. Śmierć jest w każdym człowieku. Uznając ten fakt, Cezar, Aleksander, Napoleon i nasz Grant uczynili bohaterów z najgłupszych ludzi, którzy kroczą, nie z tego jednego człowieka spośród tysięcy, który maszerował z Shermanem ku morzu, lecz resztę życia spędził z czymś słodszym i odważniejszym. I z lepszym marzeniem w duszy niż kiedykolwiek stworzy reformator grzmiący przeciwko braterstwu z mównicy. Długi marsz, pieczenie w gardle i kłujący kurz w nozdrzach, dotyk ramienia w ramię, szybkie połączenie wspólnej, niezaprzeczalnej, instynktownej namiętności, która rozpala się w orgazmie bitwy, zapominanie słów i czyny, czyny, które wygrywają bitwy lub niszczą brzydotę, namiętne zjednoczenie ludzi w celu dokonania czynów - to są znaki, jeśli kiedykolwiek obudzą się w naszym kraju, po których możecie poznać, że nadeszły dni stworzenia Człowieka.
  Chicago w 1893 roku i mężczyźni błąkający się bez celu po jego ulicach w tym roku w poszukiwaniu pracy nie mieli żadnej z tych cech. Podobnie jak górnicze miasteczko, z którego pochodził Bute MacGregor, miasto rozciągało się przed nim rozległe i nieefektywne, nijaki, chaotyczny dom dla milionów, zbudowany nie po to, by tworzyć ludzi, lecz by tworzyć miliony przez garstkę ekscentrycznych pakowaczy mięsa i handlarzy suchymi towarami.
  MacGregor lekko uniósł swe potężne ramiona i poczuł to wszystko, choć nie potrafił tego wyrazić, a nienawiść i pogarda dla ludzi urodzonych w młodości w miasteczku górniczym rozgorzały na nowo na widok mieszkańców miasta błąkających się w strachu i zagubieniu po ulicach swojego miasta.
  Nie znając zwyczajów bezrobotnych, MacGregor nie włóczył się po ulicach w poszukiwaniu ogłoszeń "Poszukiwani". Nie siadał na ławkach w parku, studiując ogłoszenia o pracę - ogłoszenia, które tak często okazywały się jedynie przynętą, umieszczaną na brudnych schodach przez uprzejmych ludzi, by wyciągnąć ostatnie grosze z kieszeni potrzebujących. Idąc ulicą, wepchnął swoje ogromne ciało w drzwi prowadzące do biur fabrycznych. Kiedy bezczelny młody mężczyzna próbował go zatrzymać, nie wypowiedział ani słowa, tylko groźnie zamachnął się pięścią i gniewnie wszedł do środka. Młodzi mężczyźni przy bramach fabryki spojrzeli w jego niebieskie oczy i pozwolili mu przejść bez przeszkód.
  Po południu pierwszego dnia poszukiwań Bo dostał pracę w magazynie jabłek na North Side - trzecie stanowisko, jakie mu zaoferowano tego dnia i to właśnie przyjął. Jego szansa nadarzyła się dzięki pokazowi siły. Dwóch mężczyzn, starych i zgarbionych, z trudem przenosiło beczkę z jabłkami z chodnika na platformę, która sięgała mu do pasa wzdłuż fasady magazynu. Beczka stoczyła się na chodnik z ciężarówki zaparkowanej w rowie. Kierowca ciężarówki stał z rękami na biodrach i śmiał się. Na platformie stał blondyn z Niemiec, przeklinając łamaną angielszczyzną. McGregor stał na chodniku i obserwował dwóch mężczyzn zmagających się z beczką. W jego oczach błyszczała ogromna pogarda dla ich słabości. Odepchnął ich, chwycił beczkę i potężnym szarpnięciem rzucił ją na platformę, po czym wniósł przez otwarte drzwi do hali przyjęć magazynu. Dwóch pracowników stało na chodniku, uśmiechając się nieśmiało. Po drugiej stronie ulicy grupa strażaków miejskich, relaksując się w słońcu przed maszynownią, klaskała w dłonie. Kierowca ciężarówki odwrócił się i przygotował do poprowadzenia kolejnej beczki po desce biegnącej od ciężarówki przez chodnik do platformy magazynowej. Z okna na szczycie magazynu wyjrzała siwa głowa, a ostry głos zawołał do wysokiego Niemca: "Hej, Frank, zatrudnij tego husky'ego i pozwól tym sześciu trupom, których tu masz, wrócić do domu".
  McGregor wskoczył na peron i wszedł do magazynu. Niemiec podążył za nim, mierząc rudowłosego olbrzyma z pewną dezaprobatą. Jego spojrzenie zdawało się mówić: "Lubię silnych mężczyzn, ale ty jesteś za silny". Odebrał zdezorientowanie dwóch słabych pracowników na chodniku jako rodzaj autorefleksji. Dwaj mężczyźni stali w recepcji, patrząc na siebie. Przechodzień mógłby pomyśleć, że szykują się do walki.
  Potem winda towarowa powoli zjechała z góry magazynu i wyskoczył z niej niski, siwowłosy mężczyzna z pinezką w dłoni. Miał przenikliwe, niespokojne spojrzenie i krótką, siwą brodę. Padając na podłogę, zaczął mówić. "Płacimy tu dwa dolary za dziewięć godzin pracy - zaczynamy o siódmej, kończymy o piątej. Idziesz?" Nie czekając na odpowiedź, zwrócił się do Niemca. "Powiedz tym dwóm starym "głupcom", żeby się nie spieszyli i stąd wynieśli" - powiedział, odwracając się ponownie i patrząc wyczekująco na McGregora.
  McGregorowi spodobał się ten szybki człowieczek i uśmiechnął się, pochwalając jego stanowczość. Skinął głową na zgodę i, patrząc na Niemca, roześmiał się. Człowieczek zniknął za drzwiami prowadzącymi do biura, a McGregor wyszedł na ulicę. Na rogu odwrócił się i zobaczył Niemca stojącego na peronie przed magazynem i obserwującego go. "Zastanawia się, czy da mi porządnego klapsa" - pomyślał McGregor.
  
  
  
  McGregor pracował w magazynie jabłek przez trzy lata, awansując w drugim roku na brygadzistę i zastępując wysokiego Niemca. Niemiec spodziewał się kłopotów z McGregorem i był zdecydowany szybko się z nim rozprawić. Był urażony działaniami siwowłosego nadzorcy, który go zatrudnił, i czuł, że jego uprawnienia zostały zignorowane. Cały dzień obserwował McGregora, próbując ocenić siłę i odwagę jego potężnej sylwetki. Wiedział, że po ulicach krążą setki głodnych mężczyzn i ostatecznie doszedł do wniosku, że jeśli nie duch tego człowieka, to wymagania pracy uczynią go potulnym. W drugim tygodniu pracy poddał próbie palące go pytanie. Poszedł za McGregorem do słabo oświetlonego pomieszczenia na piętrze, gdzie beczki z jabłkami, ułożone aż po sufit, pozostawiały jedynie wąskie przejścia. Stojąc w półmroku, krzyknął i obrzucił przekleństwem mężczyznę pracującego wśród beczek z jabłkami: "Nie pozwolę ci się tam kręcić, ty rudy draniu" - krzyknął.
  MacGregor nic nie powiedział. Nie obraził się na ohydne przezwisko, którym obrzucił go Niemiec, przyjmując je jedynie jako wyzwanie, na które czekał i które zamierzał przyjąć. Z ponurym uśmiechem na ustach podszedł do Niemca i gdy między nimi została tylko jedna beczka po jabłkach, wyciągnął rękę i pociągnął prychającego i przeklinającego brygadzistę korytarzem w stronę okna na końcu pokoju. Zatrzymał się przy oknie i, przyciskając dłoń do gardła walczącego mężczyzny, zaczął go dusić, zmuszając do poddania się. Ciosy spadały na jego twarz i ciało. Niemiec, straszliwie się szamocząc, uderzał MacGregora w nogi z desperacką energią. Choć w uszach dzwoniło mu od uderzeń młota w szyję i policzki, MacGregor milczał w burzy. Jego niebieskie oczy błyszczały nienawiścią, a mięśnie jego ogromnych ramion tańczyły w świetle padającym z okna. Wpatrując się w wyłupiaste oczy wijącego się Niemca, pomyślał o grubym pastorze Minot Weeksie z Coal Creek i jeszcze mocniej szarpnął skórę między palcami. Kiedy mężczyzna przy ścianie wykonał gest poddania, cofnął się i rozluźnił uścisk. Niemiec upadł na podłogę. Stojąc nad nim, McGregor postawił mu ultimatum. "Jeśli to zgłosisz albo spróbujesz mnie zwolnić, zabiję cię na miejscu" - powiedział. "Zamierzam zostać na tym stanowisku, dopóki nie będę gotowy odejść. Możesz mi mówić, co mam robić i jak, ale kiedy się do mnie odezwiesz, powiedz "McGregor" - panie McGregor, tak się nazywam".
  Niemiec wstał i ruszył przejściem między rzędami ustawionych beczek, pomagając sobie rękami. MacGregor wrócił do pracy. Po wycofaniu się Niemca krzyknął: "Znajdź nowe miejsce, kiedy będziesz mówił po holendersku. Zajmę się tym, kiedy będę gotowy".
  Tego wieczoru, idąc do samochodu, McGregor zobaczył niskiego, siwowłosego kierownika czekającego na niego przed saloonem. Mężczyzna skinął głową, a McGregor podszedł i stanął obok niego. Weszli razem do saloonu, oparli się o ladę i spojrzeli na siebie. Na ustach niskiego mężczyzny pojawił się uśmiech. "Co robiłeś z Frankiem?" - zapytał.
  McGregor zwrócił się do barmana stojącego przed nim. Myślał, że nadzorca spróbuje go zbyć, stawiając mu drinka, i nie podobał mu się ten pomysł. "Co pan sobie życzy? Poproszę cygaro" - powiedział szybko, niwecząc plan nadzorcy, odzywając się pierwszy. Kiedy barman przyniósł cygara, McGregor zapłacił za nie i wyszedł. Czuł się jak człowiek grający w grę. "Jeśli Frank chciał mnie zmusić do uległości, ten człowiek też jest czegoś wart".
  Na chodniku przed saloonem McGregor zatrzymał się. "Słuchaj" - powiedział, odwracając się do dozorcy - "Potrzebuję domu Franka. Zamierzam nauczyć się tego biznesu tak szybko, jak to możliwe. Nie pozwolę ci go zwolnić. Zanim się do tego miejsca zabiorę, jego już tam nie będzie".
  W oczach małego człowieczka błysnęło światło. Trzymał cygaro, za które zapłacił MacGregor, jakby miał je rzucić na ulicę. "Jak daleko, twoim zdaniem, zajdziesz z tymi swoimi wielkimi pięściami?" - zapytał, podnosząc głos.
  McGregor uśmiechnął się. Pomyślał, że odniósł kolejne zwycięstwo i zapaliwszy cygaro, położył przed małym mężczyzną zapaloną zapałkę. "Mózg jest po to, żeby podtrzymywać pięści" - powiedział - "a ja mam jedno i drugie".
  Kierownik spojrzał na płonącą zapałkę i cygaro między palcami. "Jeśli tego nie zrobię, co mi zrobisz?" - zapytał.
  McGregor rzucił zapałkę na ulicę. "Och! Nie pytaj" - powiedział, podając kolejną zapałkę.
  McGregor i nadzorca szli ulicą. "Chciałbym cię zwolnić, ale nie zrobię tego. Pewnego dnia będziesz rządził tym magazynem jak w zegarku" - powiedział nadzorca.
  MacGregor siedział w tramwaju i rozmyślał o swoim dniu. To był dzień dwóch bitew. Najpierw brutalnej walki na pięści na korytarzu, a potem kolejnej z kuratorem. Myślał, że wygrał obie. Nie myślał wiele o walce z wysokim Niemcem. Spodziewał się, że wygra tę. Druga była inna. Czuł, że kurator chciał traktować go protekcjonalnie, poklepując po plecach i stawiając drinki. Zamiast tego, to on traktował protekcjonalnie kuratora. W umysłach tych dwóch mężczyzn zawrzała walka, a on wygrał. Poznał nowy typ człowieka, takiego, który nie żyje brutalną siłą mięśni, i dobrze się z tego wywiązał. Ogarnęło go przekonanie, że oprócz pary dobrych pięści ma również dobry mózg, co go uświetnia. Przypomniał sobie zdanie: "Mózg jest po to, by wspierać pięści" i zastanawiał się, jak w ogóle mógł o tym pomyśleć.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  Ulica Dom, w którym mieszkał McGregor w Chicago, nazywał się Wycliffe Place, od nazwiska rodziny o tym nazwisku, która niegdyś posiadała pobliską ziemię. Ulica była pełna grozy. Nic bardziej nieprzyjemnego nie można było sobie wyobrazić. Mając wolną rękę, bezładna grupa słabo wyszkolonych cieśli i murarzy budowała domy wzdłuż brukowanej drogi, która była niewiarygodnie brzydka i niewygodna.
  W rozległej dzielnicy West Side w Chicago są setki takich ulic, a górnicze miasteczko, z którego pochodził McGregor, było miejscem o wiele bardziej inspirującym do życia. Jako bezrobotny młody człowiek, niezbyt skłonny do przypadkowych spotkań, Beau spędzał wiele długich wieczorów, wędrując samotnie po zboczach wzgórz nad swoim rodzinnym miastem. Nocą miejsce to emanowało przerażającym pięknem. Długa, czarna dolina z gęstą zasłoną dymu unoszącą się i opadającą, przybierającą dziwne kształty w świetle księżyca, nędzne domki kurczowo przylegające do zbocza wzgórza, sporadyczne krzyki kobiety bitej przez pijanego męża, blask koksowych ognisk i turkot wagonów z węglem pchanych po torach kolejowych - wszystko to wywierało ponure i dość podniecające wrażenie na umyśle młodego człowieka, tak że, choć nienawidził kopalń i górników, czasami przerywał swoje nocne wędrówki i stawał zgarbiony, głęboko wzdychając i czując coś, czego nie potrafił wyrazić słowami.
  W Wycliffe Place MacGregor nie spotkał się z taką reakcją. W powietrzu unosił się cuchnący kurz. Przez cały dzień ulica ryczała i ryczała pod kołami ciężarówek i lekkich, pędzących wozów. Sadza z kominów fabrycznych unosiła się z wiatrem i zmieszana ze sproszkowanym końskim nawozem z jezdni wpadała do oczu i nozdrzy przechodniów. Szmer głosów nie ustawał. Na rogu saloonu furmani zatrzymywali się, by napełnić puszki piwem i stali tam, przeklinając i krzycząc. Wieczorem kobiety i dzieci chodziły do i z domów, niosąc piwo w dzbanach z tego samego saloonu. Psy wyły i walczyły, pijani mężczyźni zataczali się po chodniku, a kobiety z miasta pojawiały się w tanich ubraniach i paradowały przed mokasynami u drzwi saloonu.
  Kobieta, która wynajęła pokój McGregorowi, chwaliła się przed nim krwią Wycliffe'a. To właśnie ta historia, którą mu opowiedziała, sprowadziła ją z domu w Cairo w stanie Illinois do Chicago. "To miejsce zostało mi powierzone i nie wiedząc, co z nim zrobić, przyjechałam tu, żeby tu zamieszkać" - powiedziała. Wyjaśniła, że rodzina Wycliffów była ważnymi postaciami we wczesnej historii Chicago. Ogromny, stary dom z popękanymi kamiennymi schodami i tabliczką "POKOJE DO WYNAJĘCIA" w oknie był kiedyś ich domem rodzinnym.
  Historia tej kobiety jest typowa dla większości Amerykanów. Była zasadniczo zdrową osobą, która powinna mieszkać w schludnym, drewnianym domu na wsi i pielęgnować ogród. W niedzielę powinna była ubierać się starannie i chodzić do wiejskiego kościoła, z założonymi rękami i pogodą ducha.
  Ale myśl o posiadaniu domu w mieście paraliżowała jej umysł. Sam dom kosztował kilka tysięcy dolarów, a jej umysł nie mógł się z tym faktem pogodzić, więc jej piękna, szeroka twarz pokryła się brudem miejskiego brudu, a ciało było zmęczone niekończącą się pracą związaną z opieką nad lokatorami. Letnimi wieczorami siadała na schodach przed domem, ubrana w ubrania Wycliffe'a, wyjęte ze skrzyni na strychu, a kiedy lokator wychodził z drzwi, patrzyła na niego tęsknie i mówiła: "W taką noc jak ta słychać było gwizdy na statkach rzecznych w Kairze".
  MacGregor mieszkał w małym pokoju na końcu wysokiego, piętrowego budynku w domu rodziny Wycliffe. Okna wychodziły na obskurny dziedziniec, niemal otoczony ceglanymi magazynami. Pokój był umeblowany łóżkiem, krzesłem, które zawsze groziło rozpadnięciem, oraz biurkiem z cienkimi, rzeźbionymi nogami.
  W tym pokoju McGregor przesiadywał noc w noc, dążąc do realizacji swojego marzenia w Coal Creek - do wyćwiczenia umysłu i zdobycia jakiegoś autorytetu na świecie. Od siódmej trzydzieści do dziewiątej trzydzieści siedział przy biurku w szkole wieczorowej. Od dziesiątej do północy czytał w swoim pokoju. Nie myślał o otoczeniu, o ogromie chaosu otaczającego go życia, ale ze wszystkich sił starał się nadać swojemu umysłowi i życiu pozory porządku i celu.
  Na małym dziedzińcu pod oknem leżały porozrzucane stosy niesionych wiatrem gazet. Tam, w samym sercu miasta, otoczone murem ceglanego magazynu i częściowo ukryte pod stertą puszek, nóg krzeseł i potłuczonych butelek, leżały niewątpliwie dwa kłody, fragment gaju, który niegdyś rósł wokół domu. Okolica tak szybko zastąpiła wiejskie posiadłości domami, a następnie domy wynajmowanymi mieszkaniami i ogromnymi ceglanymi magazynami, że ślady topora drwala wciąż były widoczne na końcach bali.
  MacGregor rzadko widywał ten mały dziedziniec, chyba że jego brzydotę subtelnie maskowała ciemność lub blask księżyca. W upalne wieczory odkładał książkę i wychylał się przez okno, przecierając oczy i obserwując porzucone gazety, poruszane podmuchami wiatru na dziedzińcu, śmigające tam i z powrotem, uderzające o ściany magazynu i daremnie próbujące uciec przez dach. Widok ten go zafascynował i nasunął mu pewien pomysł. Zaczął myśleć, że życie większości ludzi wokół niego jest niczym brudna gazeta, miotana wiatrem i otoczona brzydkimi murami rzeczywistości. Ta myśl sprawiła, że odwrócił się od okna i wrócił do książek. "I tak coś tu zrobię. Ja im pokażę" - warknął.
  Mężczyzna mieszkający w tym samym domu co McGregor w pierwszych latach w mieście mógł uważać swoje życie za głupie i banalne, ale jemu się tak nie wydawało. Dla syna górnika był to czas nagłego i ogromnego rozwoju. Pełen wiary w siłę i szybkość swojego ciała, zaczął też wierzyć w siłę i jasność umysłu. Chodził po magazynie z otwartymi oczami i uszami, obmyślając w myślach nowe sposoby transportu towarów, obserwując robotników przy pracy, zauważając spacerujących, przygotowując się do rzucenia się na wysokiego Niemca jako brygadzistę.
  Kierownik magazynu, nie rozumiejąc kierunku rozmowy z McGregorem na chodniku przed saloonem, postanowił poruszyć temat i roześmiał się, gdy spotkali się w magazynie. Wysoki Niemiec zachowywał ponurą ciszę i robił wszystko, co możliwe, by unikać zwracania się do niego.
  Wieczorami, w swoim pokoju, MacGregor czytał książki prawnicze, wielokrotnie czytając każdą stronę i rozmyślając o tym, co przeczytał następnego dnia, jednocześnie tocząc i układając beczki z jabłkami w alejkach magazynu.
  MacGregor miał talent i pragnienie faktów. Czytał prawo tak, jak ktoś o łagodniejszej naturze czytałby poezję lub starożytne legendy. To, co czytał nocą, zapamiętywał i rozważał w ciągu dnia. Nie aspirował do chwały prawa. Fakt, że te zasady, ustanowione przez ludzi w celu regulowania ich organizacji społecznej, były rezultatem wielowiekowego dążenia do doskonałości, nie interesował go zbytnio i myślał o nich jedynie jako o broni, którą atakował i bronił się w bitwie na rozum, w której właśnie brał udział. Jego umysł rozkoszował się oczekiwaniem na bitwę.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  ND _ WTEDY w życiu McGregora pojawił się nowy element. Został zaatakowany przez jedną z setek dezintegrujących sił, które atakują silne natury, próbując rozproszyć swoją siłę w podskórnych nurtach życia. Jego potężne ciało zaczęło odczuwać zew seksu z męczącą, uporczywą siłą.
  W domu przy Wycliffe Place MacGregor pozostawał zagadką. Milcząc, zyskał reputację mądrego. Służący w korytarzach sypialni uważali go za uczonego. Pewna kobieta z Kairu myślała, że jest studentem teologii. Na korytarzu śnił o nim w nocy piękna dziewczyna o dużych czarnych oczach, pracująca w domu towarowym w centrum miasta. Kiedy wieczorem zatrzasnął drzwi do swojego pokoju i poszedł korytarzem do szkoły wieczorowej, usiadła na krześle przy otwartych drzwiach swojego pokoju. Gdy przechodził, podniosła wzrok i śmiało na niego spojrzała. Kiedy wrócił, znów stała w drzwiach, śmiało na niego patrząc.
  W swoim pokoju, po spotkaniach z ciemnooką dziewczyną, MacGregor ledwo mógł skupić się na czytaniu. Czuł to samo, co czuł w stosunku do bladej dziewczyny na zboczu wzgórza za Coal Creek. Przy niej, podobnie jak przy bladej dziewczynie, czuł potrzebę obrony. Wyrobił sobie nawyk szybkiego przechodzenia obok jej drzwi.
  Dziewczyna w sypialni na końcu korytarza nieustannie myślała o McGregorze. Kiedy poszedł do szkoły wieczorowej, piętro wyżej pojawił się inny młody mężczyzna w kapeluszu panama i z rękami na framudze drzwi jej pokoju, stał, patrząc na nią i rozmawiając. Trzymał papierosa między wargami, które zwisały mu luźno z kącika ust, gdy mówił.
  Młody mężczyzna i ciemnooka dziewczyna nieustannie komentowali poczynania rudowłosego McGregora. Temat, rozpoczęty przez młodego mężczyznę, który nienawidził go za milczenie, podchwyciła dziewczyna, która chciała porozmawiać o McGregorze.
  W sobotnie wieczory młody mężczyzna i kobieta czasami chodzili razem do teatru. Pewnego letniego wieczoru, wracając do domu, kobieta zatrzymała się. "Zobaczmy, co robi ta wielka rudowłosa" - powiedziała.
  Obeszli cały kwartał, wyszli w ciemności na boczną uliczkę i stanęli na małym, brudnym podwórku, patrząc na MacGregora, który siedział w swoim pokoju i czytał, wystawiając stopy za okno i trzymając na ramieniu palącą się lampę.
  Kiedy wrócili do domu, ciemnooka dziewczyna pocałowała młodego mężczyznę, zamknęła oczy i pomyślała o McGregorze. Później leżała w swoim pokoju, śniąc. Wyobrażała sobie, że atakuje ją młody mężczyzna, który wkradł się do jej pokoju, a McGregor pędzi korytarzem z rykiem, by go złapać i wyrzucić za drzwi.
  Na końcu korytarza, niedaleko schodów prowadzących na ulicę, mieszkał fryzjer. Porzucił żonę i czwórkę dzieci w miasteczku w Ohio i, aby uniknąć rozpoznania, zapuścił czarną brodę. Ten mężczyzna i McGregor zaprzyjaźnili się i w niedziele chodzili razem na spacery do parku. Czarnobrody mężczyzna przedstawiał się jako Frank Turner.
  Frank Turner miał pasję. Wieczorami i w niedziele siadywał w swoim pokoju i robił skrzypce. Pracował z nożem, klejem, kawałkami szkła i papierem ściernym, a zarobione pieniądze wydawał na składniki do lakieru. Kiedy otrzymał kawałek drewna, który zdawał się być odpowiedzią na jego modlitwy, zaniósł go do pokoju MacGregora i, trzymając go pod światło, wyjaśnił, co z nim zrobi. Czasami przynosił skrzypce i, siedząc przy otwartym oknie, sprawdzał ich dźwięk. Pewnego wieczoru spędził godzinę czasu MacGregora, opowiadając mu o lakierze Cremona i czytając mu podniszczoną książkę o starych włoskich lutnikach.
  
  
  
  Na ławce w parku siedział Turner, lutnik, który marzył o ponownym odkryciu lakieru Cremona, rozmawiając z MacGregorem, synem górnika z Pensylwanii.
  Była niedziela, a park tętnił życiem. Przez cały dzień tramwaje wysadzały mieszkańców Chicago przy wejściu do parku. Przyjeżdżali parami i grupami: młodzi ludzie z ukochanymi, a ojcowie z rodzinami podążającymi tuż za nimi. A teraz, późnym popołudniem, przybywali dalej, nieprzerwany strumień ludzi płynął żwirową ścieżką, mijając ławkę, na której dwóch mężczyzn rozmawiało. Przez strumień płynął kolejny, zmierzający do domu. Niemowlęta płakały. Ojcowie wołać dzieci bawiące się na trawie. Samochody, które przyjechały do parku pełne, wyjeżdżały pełne.
  MacGregor rozejrzał się, myśląc o sobie i niespokojnie poruszających się ludziach. Brakowało mu tego niejasnego lęku przed tłumem, tak powszechnego wśród samotnych dusz. Pogarda dla ludzi i ludzkiego życia potęgowała jego wrodzoną odwagę. Dziwne, lekkie zaokrąglenie ramion, nawet u wysportowanych młodych mężczyzn, sprawiało, że dumnie prostował swoje. Niezależnie od tego, czy gruby, czy chudy, wysoki czy niski, wszystkich ludzi postrzegał jako kontrataki w jakiejś wielkiej grze, w której miał zostać mistrzem.
  Zaczęła się w nim budzić pasja do formy, ta dziwna, intuicyjna siła, odczuwana przez tak wielu, a rozumiana tylko przez mistrzów ludzkiego życia. Zaczynał już zdawać sobie sprawę, że dla niego prawo było jedynie epizodem w jakimś rozległym planie, a pragnienie sukcesu w świecie, chciwe chwytanie drobiazgów, które stanowiły cały sens życia dla tak wielu ludzi wokół niego, pozostawało całkowicie niewzruszone. Kiedy gdzieś w parku zaczęła grać orkiestra, kiwał głową i nerwowo przesuwał dłonią po spodniach. Poczuł nagłą chęć pochwalenia się fryzjerowi, co zamierza robić w tym świecie, ale odepchnął tę myśl. Zamiast tego siedział, mrużąc oczy w milczeniu, zastanawiając się nad uporczywą nieudolnością wśród przechodzących ludzi. Kiedy orkiestra przeszła, grając marsza, a za nią podążało około pięćdziesięciu osób w białych piórach na kapeluszach, kroczących z nieśmiałą niezręcznością, był zdumiony. Zdawało mu się, że dostrzegł zmianę wśród ludzi. Przemknął nad nimi coś w rodzaju przesuwającego się cienia. Szmer głosów ucichł, a ludzie, podobnie jak on, zaczęli kiwać głowami. Myśl, gigantyczna w swojej prostocie, zaczęła mu się nasuwać, ale natychmiast została stłumiona przez niecierpliwość wobec maszerujących. Szaleństwo zrywania się i biegania między nimi, dezorientowania ich i zmuszania do marszu z siłą pochodzącą z samotności, niemal uniosło go z ławki. Usta mu drgnęły, a palce bolały od działania.
  
  
  
  Ludzie krzątali się wśród drzew i zieleni. Mężczyźni i kobiety siedzieli nad stawem, jedząc obiad z koszyków lub białych ręczników rozłożonych na trawie. Śmiali się i krzyczeli na siebie i na swoje dzieci, przywołując je z żwirowych podjazdów pełnych poruszających się powozów. Beau zobaczył dziewczynę, która rzuciła skorupką jajka, trafiając młodego mężczyznę między oczy, a następnie biegła śmiejąc się wzdłuż brzegu stawu. Pod drzewem kobieta karmiła dziecko, zakrywając pierś szalem tak, że widoczna była tylko czarna główka dziecka. Jego maleńka rączka ścisnęła usta kobiety. Na otwartej przestrzeni, w cieniu budynku, młodzi mężczyźni grali w baseball, a okrzyki widzów wznosiły się ponad ryk głosów na żwirowym podjeździe.
  MacGregorowi przyszła do głowy pewna myśl, coś, co chciał omówić ze staruszkiem. Poruszył go widok kobiet wokół niego i otrząsnął się, jak ktoś budzący się ze snu. Potem zaczął wpatrywać się w ziemię i kopać żwir. "Słuchaj" - powiedział, zwracając się do fryzjera - "co mężczyzna ma wspólnego z kobietami? Jak dostać od nich to, czego chce?"
  Fryzjer zdawał się rozumieć. "Do tego doszło?" - zapytał, szybko podnosząc wzrok. Zapalił fajkę i usiadł, rozglądając się po ludziach. Wtedy opowiedział MacGregorowi o swojej żonie i czwórce dzieci w miasteczku w Ohio, opisując mały ceglany dom, ogród i kurnik za nim, niczym człowiek zatrzymujący się w miejscu bliskim jego wyobraźni. Kiedy skończył, w jego głosie pobrzmiewało coś starego i zmęczonego.
  "To nie do mnie należy decyzja" - powiedział. "Odszedłem, bo nie miałem nic innego do roboty. Nie przepraszam, po prostu ci mówię. Było w tym wszystkim coś chaotycznego i niespokojnego, w moim życiu z nią i z nimi. Nie mogłem tego znieść. Czułem, że coś mnie ciągnie w dół. Chciałem być schludny i pracować, rozumiesz. Nie mogłem sobie pozwolić na samodzielne zajmowanie się lutnictwem. Boże, jak ja próbowałem... próbowałem to blefować, nazywając to modą.
  Fryzjer nerwowo zerknął na MacGregora, potwierdzając swoje zainteresowanie. "Miałem warsztat na głównej ulicy naszego miasta. Za nim znajdowała się kuźnia. W ciągu dnia stałem przy krześle w swoim warsztacie i rozmawiałem z golącymi się mężczyznami o miłości do kobiet i obowiązkach mężczyzny wobec rodziny. W letnie dni chodziłem do kuźni po beczkę i rozmawiałem z kowalem o tym samym, ale to nic nie dało.
  "Kiedy się zapuściłem, nie marzyłem o obowiązkach wobec rodziny, ale o spokojnej pracy, jaką teraz wykonuję tu, w mieście, wieczorami i w niedziele w swoim pokoju".
  W głosie mówiącego zabrzmiała ostra nuta. Odwrócił się do McGregora i przemówił stanowczo, jak człowiek broniący się. "Moja kobieta była wystarczająco dobra" - powiedział. "Chyba miłość to sztuka, jak pisanie książek, malowanie obrazów czy granie na skrzypcach. Ludzie próbują, ale nigdy im się nie udaje. W końcu rzuciliśmy tę pracę i po prostu zamieszkaliśmy razem, jak większość ludzi. Nasze życie stało się chaotyczne i pozbawione sensu. Tak właśnie było".
  Zanim wyszła za mnie, moja żona pracowała jako stenografka w fabryce puszek. Uwielbiała tę pracę. Potrafiła sprawić, że jej palce tańczyły po klawiszach. Kiedy czytała książkę w domu, nie uważała, że autor osiągnął cokolwiek, skoro popełnił błędy interpunkcyjne. Jej szef był z niej tak dumny, że chwalił się jej pracą gościom, a czasem chodził na ryby, zostawiając jej prowadzenie firmy.
  Nie wiem, dlaczego za mnie wyszła. Była tam szczęśliwsza i jest tam szczęśliwsza teraz. W niedzielne wieczory chodziliśmy razem na spacery i staliśmy pod drzewami w alejkach, całując się i patrząc na siebie. Dużo rozmawialiśmy. Czuliśmy, że potrzebujemy się nawzajem. Potem wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy razem.
  "Nie wyszło. Po kilku latach małżeństwa wszystko się zmieniło. Nie wiem dlaczego. Myślałam, że jestem taka sama jak ja, i myślę, że ona też. Siedzieliśmy i kłóciliśmy się o to, obwiniając się nawzajem. Tak czy inaczej, nie dogadywaliśmy się.
  Pewnego wieczoru siedzieliśmy na małej werandzie naszego domu. Chwaliła się swoją pracą w fabryce konserw, a ja marzyłem o ciszy i możliwości pracy nad skrzypcami. Myślałem, że znam sposób na poprawę jakości i piękna brzmienia, i wpadłem na pomysł lakieru, o którym ci mówiłem. Marzyłem nawet o zrobieniu czegoś, czego ci staruszkowie z Cremony nigdy nie zrobili.
  "Kiedy przez jakieś pół godziny opowiadała o swojej pracy w biurze, podnosiła wzrok i odkrywała, że jej nie słucham. Kłóciliśmy się. Kłóciliśmy się nawet przy dzieciach, kiedy już przyszły. Pewnego dnia powiedziała, że nie rozumie, co by to znaczyło, gdyby skrzypce nigdy nie powstały, a tej nocy śniło mi się, że ją duszę w łóżku. Obudziłem się i położyłem obok niej, myśląc o tym z autentyczną satysfakcją na samą myśl, że jeden długi, mocny uścisk palców sprawi, że zniknie mi z drogi na zawsze.
  Nie zawsze tak się czuliśmy. Od czasu do czasu w nas obojgu następowała zmiana i zaczynaliśmy się sobą interesować. Byłem dumny z pracy, którą wykonywała w fabryce i chwaliłem się nią mężczyznom, którzy przychodzili do warsztatu. Wieczorem współczuła skrzypcom i kładła dziecko spać, żebym mógł sam pracować w kuchni.
  Potem siedzieliśmy w ciemności domu i trzymaliśmy się za ręce. Wybaczaliśmy sobie nawzajem to, co zostało powiedziane, i graliśmy w coś w rodzaju gry, goniąc się po pokoju w ciemności, stukając w krzesła i śmiejąc się. Potem zaczęliśmy patrzeć na siebie i całować się. Wkrótce rodziło się kolejne dziecko.
  Fryzjer niecierpliwie uniósł ręce. Jego głos stracił miękkość i przypominał o przeszłości. "Tamte czasy nie trwały długo" - powiedział. "W zasadzie nie było już dla czego żyć. Odszedłem. Dzieci są w instytucji rządowej, a ona wróciła do pracy w biurze. Miasto mnie nienawidzi. Zrobili z niej bohaterkę. Mówię tu do ciebie z tymi bakami na twarzy, żeby ludzie z mojego miasta mnie nie rozpoznali, jeśli przyjdą. Jestem fryzjerem i zgoliłbym je wystarczająco szybko, gdyby nie to."
  Przechodząca obok kobieta zerknęła na MacGregora. W jej oczach malowało się zaproszenie. Coś w nich przypominało mu blade oczy córki przedsiębiorcy pogrzebowego z Coal Creek. Przeszedł go dreszcz niepokoju. "Co teraz robisz z kobietami?" - zapytał.
  Głos małego człowieczka zabrzmiał ostro i podekscytowany w wieczornym powietrzu. "Czuję się, jakbym miał naprawiać ząb" - powiedział. "Płacę za usługę i myślę o tym, co chcę robić. Jest mnóstwo kobiet, które nadają się tylko do tego. Kiedy tu przyjechałem, włóczyłem się nocami, chcąc iść do swojego pokoju i pracować, ale mój umysł i wola były sparaliżowane tym uczuciem. Teraz tego nie robię i nie zrobię tego ponownie. To, co robię, robi wielu mężczyzn - dobrych mężczyzn, mężczyzn, którzy wykonują dobrą robotę. Jaki sens o tym myśleć, skoro jedyne, co można zrobić, to wpaść na mur i zrobić sobie krzywdę?"
  Czarnobrody mężczyzna wstał, wsunął ręce do kieszeni spodni i rozejrzał się dookoła. Potem usiadł z powrotem. Wydawał się ogarnięty tłumionym podnieceniem. "Coś ukrytego dzieje się we współczesnym życiu" - powiedział szybko i z ekscytacją. "Kiedyś dotyczyło to tylko ludzi na wyższym szczeblu; teraz dotyczy ludzi takich jak ja - fryzjerów i robotników. Mężczyźni o tym wiedzą, ale nie mówią o tym i nie śmią o tym myśleć. Ich kobiety się zmieniły. Kiedyś kobiety robiły wszystko dla mężczyzn; były po prostu ich niewolnicami. Najlepsi ludzie teraz o to nie pytają i tego nie chcą".
  Zerwał się na równe nogi i stanął nad McGregorem. "Mężczyźni nie rozumieją, co się dzieje, i nic ich to nie obchodzi" - powiedział. "Są zbyt zajęci interesami, grą w piłkę albo kłótniami o politykę.
  "A co oni o tym wiedzą, skoro są tak głupi, żeby tak myśleć? Poddają się fałszywym wrażeniom. Widzą wokół siebie tyle pięknych, dążących do celu kobiet, być może troszczących się o swoje dzieci, i obwiniają się za swoje wady, czują wstyd. Potem i tak zwracają się do innych kobiet, zamykają oczy i idą dalej. Płacą za to, czego chcą, tak jak płacą za kolację, nie myśląc więcej o kobietach, które im usługują, niż o kelnerkach, które obsługują ich w restauracjach. Nie chcą myśleć o nowym typie kobiety, która dorasta. Wiedzą, że jeśli się do niej rozczulą, wpadną w kłopoty lub zostaną poddani nowym testom, będą zdenerwowani, rozumiesz, i zrujnują sobie pracę lub spokój ducha. Nie chcą wpadać w kłopoty ani być niepokojeni. Chcą zdobyć lepszą pracę, pograć w piłkę, zbudować most albo napisać książkę. Uważają, że mężczyzna, który rozczula się nad jakąkolwiek kobietą, jest głupcem i oczywiście nim jest".
  "Masz na myśli, że wszyscy tak robią?" - zapytał MacGregor. Nie zdenerwowało go to, co usłyszał. Wydawało się to prawdą. Sam bał się kobiet. Czuł się, jakby jego towarzyszka budowała drogę, żeby mógł bezpiecznie podróżować. Chciał, żeby mężczyzna kontynuował rozmowę. Przemknęła mu przez myśl myśl, że gdyby miał coś do roboty, koniec dnia spędzonego z bladą dziewczyną na zboczu wzgórza wyglądałby inaczej.
  Fryzjer usiadł na ławce. Rumieniec wpełzł mu na policzki. "Cóż, sam sobie całkiem nieźle radziłem" - powiedział - "ale wiesz, że robię skrzypce i nie myślę o kobietach. Mieszkałem w Chicago przez dwa lata i wydałem tylko jedenaście dolarów. Chciałbym wiedzieć, ile wydaje przeciętny mężczyzna. Chciałbym, żeby ktoś zebrał fakty i je opublikował. To by ludzi zmroziło. Muszą tu wydawać miliony każdego roku".
  "Widzisz, nie jestem zbyt silny, a stoję na nogach w salonie fryzjerskim całymi dniami". Spojrzał na McGregora i roześmiał się. "Ta ciemnooka dziewczyna na korytarzu cię goni" - powiedział. "Lepiej uważaj. Zostawiłeś ją w spokoju. Trzymaj się swoich prawniczych książek. Nie jesteś taki jak ja. Jesteś wielki, czerwony i silny. Jedenaście dolarów nie wystarczy ci tu, w Chicago, przez dwa lata".
  McGregor ponownie spojrzał na ludzi zmierzających w stronę wejścia do parku w zapadającym mroku. Uznał za cud, że mózg potrafi tak jasno myśleć, a słowa tak jasno wyrażać myśli. Jego chęć podążania wzrokiem za dziewczętami zniknęła. Był zainteresowany punktem widzenia starszego mężczyzny. "A co z dziećmi?" - zapytał.
  Starszy mężczyzna siedział bokiem na ławce. W jego oczach malował się niepokój, a w głosie słychać było stłumioną niecierpliwość. "Opowiem ci o tym" - powiedział. "Nie chcę niczego ukrywać.
  "Spójrz!" - zażądał, przesuwając się wzdłuż ławki w stronę MacGregora i podkreślając swoje słowa, klaszcząc jedną ręką nad drugą. "Czyż wszystkie dzieci nie są moimi dziećmi?" - przerwał, próbując uporządkować rozproszone myśli. Kiedy MacGregor zaczął mówić, uniósł rękę, jakby odganiając kolejną myśl lub pytanie. "Nie próbuję tego unikać" - powiedział. "Próbuję przelać myśli, które kłębiły mi się w głowie dzień po dniu, w formę, którą można wyrazić. Nigdy wcześniej nie próbowałem ich wyrazić. Wiem, że mężczyźni i kobiety kurczowo trzymają się swoich dzieci. To jedyna rzecz, która pozostała im z marzenia, jakie mieli przed ślubem. Ja też tak czułem. To mnie powstrzymywało przez długi czas. Teraz powstrzymywałyby mnie tylko skrzypce, które tak mocno grały".
  Niecierpliwie uniósł rękę. "Widzisz, musiałem znaleźć odpowiedź. Nie mogłem sobie wyobrazić zostania skunksem - ucieczki - i nie mogłem zostać. Nie miałem zamiaru zostać. Niektórzy mężczyźni są powołani do pracy, opieki nad dziećmi, a może i do służby kobietom, ale inni muszą spędzić całe życie, próbując osiągnąć coś nieokreślonego - jak ja próbując znaleźć dźwięk na skrzypcach. Jeśli im się nie uda, to nieważne; muszą próbować dalej".
  "Moja żona powiedziała mi, że się tym zmęczę. Żadna kobieta nigdy tak naprawdę nie rozumie mężczyzny, który dba o cokolwiek innego niż o siebie. Wybiłem jej to z głowy".
  Mały człowieczek spojrzał na McGregora. "Myślisz, że jestem skunksem?" - zapytał.
  McGregor spojrzał na niego poważnie. "Nie wiem" - powiedział. "No dalej, opowiedz mi o dzieciach".
  Powiedziałem, że to ostatnia rzecz, do której warto się kurczowo przywiązywać. One istnieją. Kiedyś mieliśmy religię. Ale to już dawno minęło - stary sposób myślenia. Teraz mężczyźni myślą o dzieciach, mam na myśli pewien typ mężczyzn - tych, którzy mają pracę, którą chcą wykonywać. Dzieci i praca to jedyne, co ich interesuje. Jeśli mają uczucia do kobiet, to tylko do swoich - tych, które mają w domu. Chcą, żeby było lepiej niż oni. Więc wpływają na kobiety, które zarabiają, innymi uczuciami.
  "Kobiety martwią się, że mężczyźni kochają dzieci. Martwią się tym. To tylko plan, by żądać pochlebstw, na które nie zasługują. Kiedyś, kiedy po raz pierwszy przybyłam do miasta, podjęłam pracę służącej w bogatej rodzinie. Chciałam pozostać w ukryciu, dopóki nie urośnie mi broda. Kobiety przychodziły tam na przyjęcia i popołudniowe spotkania, żeby rozmawiać o reformach, którymi były zainteresowane - ble! Pracują i knują, próbując dopaść mężczyzn. Robią to całe życie, pochlebiają, rozpraszają nas, wpajają nam fałszywe idee, udają słabe i niepewne, podczas gdy same są silne i zdeterminowane. Nie znają litości. Toczą z nami wojnę, próbując zrobić z nas niewolników. Chcą nas wziąć do niewoli, do swoich domów, tak jak Cezar brał jeńców do Rzymu.
  "Spójrz na to!" Zerwał się na równe nogi i pogroził McGregorowi palcami. "Po prostu spróbuj czegoś. Staraj się być otwarty, szczery i uczciwy wobec kobiety - jakiejkolwiek kobiety - tak samo, jak wobec mężczyzny. Pozwól jej żyć własnym życiem i poproś ją, żeby pozwoliła ci żyć swoim. Spróbuj. Ona nie da. Ona umrze pierwsza".
  Usiadł z powrotem na ławce i pokręcił głową. "Boże, jak bardzo chciałbym móc mówić!" - powiedział. "Jestem kompletnie pomieszany i chcę ci powiedzieć. Och, jak bardzo chciałem ci powiedzieć! Uważam, że mężczyzna powinien powiedzieć chłopcu wszystko, co wie. Musimy przestać ich okłamywać".
  MacGregor spojrzał w ziemię. Był głęboko, głęboko poruszony i zaintrygowany, bo nigdy wcześniej nie poruszało go nic innego niż nienawiść.
  Dwie kobiety idące żwirową ścieżką zatrzymały się pod drzewem i obejrzały się. Fryzjer uśmiechnął się i uniósł kapelusz. Kiedy odwzajemniły uśmiech, wstał i podszedł do nich. "Chodź, chłopcze" - szepnął do McGregora, kładąc mu rękę na ramieniu. "Zabierzmy je".
  Kiedy McGregor spojrzał na tę scenę, jego oczy wypełniły się wściekłością. Uśmiechnięty fryzjer z kapeluszem w dłoni, dwie kobiety czekające pod drzewem, z wyrazem na wpół niewinnej niewinności na ich twarzach - wszystko to rozpaliło w nim ślepą furię. Skoczył do przodu, chwytając Turnera za ramię. Obrócił go, rzucając na czworaki. "Uciekajcie stąd, kobiety!" - krzyknął do kobiet, które w przerażeniu uciekły ścieżką.
  Fryzjer usiadł z powrotem na ławce obok McGregora. Potarł dłonie, strzepując z ciała resztki żwiru. "Co ci jest?" - zapytał.
  MacGregor zawahał się, zastanawiając się, jak powiedzieć, co mu leży na sercu. "Wszystko jest na swoim miejscu" - powiedział w końcu. "Chciałem kontynuować naszą rozmowę".
  Światła migotały w ciemnościach parku. Dwóch mężczyzn siedziało na ławce, każdy pogrążony w myślach.
  "Chcę dziś wieczorem popracować nad spinkami" - powiedział fryzjer, zerkając na zegarek. Obaj mężczyźni szli razem ulicą. "Słuchaj" - powiedział McGregor. "Nie chciałem cię skrzywdzić. Te dwie kobiety, które przyszły i przeszkodziły nam w pracy, doprowadziły mnie do szału".
  "Kobiety zawsze się wtrącają" - powiedział fryzjer. "Robią skandal z mężczyznami". Jego umysł się załamał i zaczął igrać z odwiecznym problemem płci. "Jeśli wiele kobiet poniesie porażkę w walce z nami, mężczyznami, i stanie się naszymi niewolnicami, służąc nam tak samo jak kobiety za pieniądze, czy powinny się tym przejmować? Niech same będą grą i spróbują pomóc ją rozwiązać, tak jak mężczyźni byli grą, pracując i myśląc przez wieki, w chaosie i porażce".
  Fryzjer zatrzymał się na rogu ulicy, żeby napełnić i zapalić fajkę. "Kobiety mogą wszystko zmienić, kiedy tylko zechcą" - powiedział, patrząc na MacGregora i pozwalając, by zapałka wypaliła mu się w palcach. "Mogą mieć rentę macierzyńską i szansę na samodzielne rozwiązywanie problemów na świecie, albo cokolwiek innego, czego naprawdę pragną. Mogą stanąć twarzą w twarz z mężczyznami. Nie chcą. Chcą nas zniewolić swoimi twarzami i ciałami. Chcą kontynuować starą, starą, męczącą walkę". Poklepał MacGregora po dłoni. "Jeśli niektóre z nas, pragnąc osiągnąć coś z całych sił, pokonają ich w ich własnej grze, czyż nie zasługujemy na zwycięstwo?" - zapytał.
  "Ale czasami myślę, że chciałbym, żeby jakaś kobieta po prostu usiadła i ze mną porozmawiała" - powiedział McGregor.
  Fryzjer roześmiał się. Paląc fajkę, szedł ulicą. "Bądź pewny siebie! Bądź pewny siebie!" - powiedział. "Ja bym tak zrobił. Każdy by tak zrobił. Lubię posiedzieć wieczorem w pokoju i porozmawiać z tobą, ale nie chciałbym porzucić lutnictwa i być przez całe życie związanym z pracą dla ciebie i twoich celów".
  W korytarzu ich własnego domu fryzjer rozmawiał z MacGregorem, patrząc w dół korytarza, gdzie właśnie otworzyły się drzwi do pokoju ciemnookiej dziewczyny. "Zostaw kobiety w spokoju" - powiedział. "Kiedy poczujesz, że nie możesz już dłużej trzymać się od nich z daleka, przyjdź i porozmawiaj ze mną".
  MacGregor skinął głową i poszedł korytarzem do swojego pokoju. W ciemnościach stanął przy oknie, patrząc na dziedziniec. Poczucie ukrytej siły, zdolności wzniesienia się ponad chaos współczesnego życia, które ogarnęło go w parku, powróciło i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Kiedy w końcu usiadł na krześle, pochylił się do przodu i objął głowę dłońmi, poczuł się jak człowiek wyruszający w długą podróż przez obcą i niebezpieczną krainę, który niespodziewanie spotyka przyjaciela podążającego tą samą drogą.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IV
  
  MIESZKAŃCY CHICAGO wracają wieczorem z pracy - błąkają się, chodzą w tłumie, śpiesząc się. Widok ich jest niesamowity. Ludzie używają wulgaryzmów. Ich usta są rozluźnione, a szczęki nie zwisają prawidłowo. Ich usta są jak buty, które noszą. Buty są wytarte w kantach od zbyt mocnego uderzania o twardy chodnik, a usta skrzywione od nadmiernego zmęczenia psychicznego.
  Coś jest nie tak z życiem współczesnych Amerykanów, a my, Amerykanie, nie chcemy na to patrzeć. Wolimy nazywać siebie wspaniałymi ludźmi i zostawić wszystko tak, jak jest.
  Jest wieczór, a mieszkańcy Chicago wracają do domów z pracy. Tup, tup, tup, gdy idą po twardych chodnikach, ich szczęki się poruszają, wiatr wieje, a kurz fruwa i przesypuje się przez masy. Wszyscy mają brudne uszy. Smród w tramwajach jest okropny. Stare mosty nad rzekami są zatłoczone. Pociągi podmiejskie jadące na południe i zachód są tandetnie zbudowane i niebezpieczne. Ludzie, którzy nazywają siebie wielkimi i którzy mieszkają w mieście również nazywanym wielkim, rozpraszają się do domów jako bezładna masa ludzi z tanim wyposażeniem. Wszystko jest tanie. Kiedy ludzie wracają do domu, siadają na tanich krzesłach przed tanimi stołami i jedzą tanie jedzenie. Oddali życie za tanie rzeczy. Najbiedniejszego chłopa w jednym ze starych krajów otacza jeszcze większe piękno. Jego wyposażenie do życia ma większą solidność.
  Współczesny mężczyzna zadowala się tandetą i nieatrakcyjnością, ponieważ liczy na awans. Poświęcił życie temu ponuremu marzeniu i uczy swoje dzieci podążać za tym samym marzeniem. To poruszyło McGregora. Zakłopotany seksem, posłuchał rady fryzjera i zamierzał załatwić sprawę tanim kosztem. Pewnego wieczoru, miesiąc po rozmowie w parku, pospieszył ulicą Lake Street na West Side, mając właśnie ten cel na myśli. Była około ósmej, zapadał zmrok i McGregor powinien był być na wieczorowej szkole. Zamiast tego szedł ulicą, patrząc na rozpadające się domy szkieletowe. Gorączka paliła go w żyłach. Ogarnął go impuls, na chwilę silniejszy niż impuls, który popychał go do pracy nad książkami noc w noc w wielkim, chaotycznym mieście, a nawet silniejszy niż jakikolwiek nowy impuls, by energicznie i przekonująco maszerować przez życie. Jego wzrok utkwiony był w oknach. Spieszył się, przepełniony pożądaniem, które przytępiało jego umysł i wolę. Kobieta siedząca przy oknie małego, szkieletowego domu uśmiechnęła się i skinęła na niego.
  MacGregor szedł ścieżką prowadzącą do małego, szkieletowego domu. Ścieżka wiła się przez obskurne podwórko. Było to miejsce brudne, jak podwórko pod jego oknem za domem na Wycliffe Place. I tutaj również wyblakłe papiery łopotały w dzikich kręgach, poruszane wiatrem. Serce MacGregora waliło, a w ustach czuł suchość i nieprzyjemny zapach. Zastanawiał się, co i jak powinien powiedzieć, gdy znajdzie się w obecności kobiety. Chciał dostać w twarz. Nie chciał się kochać; pragnął ulgi. Wolałby walkę.
  Żyły na szyi MacGregora zaczęły nabrzmiewać, a on sam zaklął, stojąc w ciemności przed drzwiami domu. Spojrzał w górę i w dół ulicy, ale niebo, którego widok mógłby mu pomóc, było zasłonięte przez wiadukt kolejowy. Pchnąwszy drzwi, wszedł do środka. W słabym świetle dostrzegł jedynie postać wyskakującą z ciemności, a para potężnych rąk przycisnęła mu ramiona do boków. MacGregor szybko rozejrzał się dookoła. Mężczyzna, równie wielki jak on sam, mocno przyciskał go do drzwi. Miał jedno szklane oko i krótką czarną brodę, a w słabym świetle wyglądał złowrogo i niebezpiecznie. Dłoń kobiety, która skinęła na niego przez okno, przeszukała kieszenie MacGregora i wyciągnęła się, ściskając mały rulon pieniędzy. Jej twarz, teraz zamrożona i brzydka jak u mężczyzny, patrzyła na niego spod ramion sojusznika.
  Chwilę później serce MacGregora przestało walić, a suchy, nieprzyjemny smak zniknął z jego ust. Poczuł ulgę i radość z tego nagłego obrotu spraw.
  Szybkim, odchylonym do góry pchnięciem, z kolanami wbijającymi się w brzuch trzymającego go mężczyzny, McGregor wyrwał się na wolność. Cios w szyję sprawił, że napastnik jęknął i upadł na podłogę. McGregor skoczył przez pokój. Złapał kobietę w kącie przy łóżku. Złapał ją za włosy i obrócił. "Daj mi te pieniądze" - powiedział wściekle.
  Kobieta uniosła ręce i zaczęła go błagać. Uścisk jego dłoni we włosach sprawił, że łzy napłynęły jej do oczu. Wcisnęła mu w dłonie plik banknotów i czekała, drżąc, myśląc, że ją zabije.
  Nowe uczucie ogarnęło MacGregora. Myśl o przyjściu do domu na zaproszenie tej kobiety odrzuciła go. Zastanawiał się, jak mógł być takim zwierzęciem. Stojąc w półmroku, rozmyślając o tym i patrząc na kobietę, pogrążył się w myślach i zastanawiał się, dlaczego pomysł, który podsunął mu fryzjer, wcześniej tak jasny i rozsądny, teraz wydał mu się tak głupi. Jego wzrok utkwił w kobiecie, a myśli powróciły do czarnobrodego fryzjera rozmawiającego na ławce w parku, i ogarnęła go ślepa wściekłość, wściekłość skierowana nie na ludzi w obskurnym pokoiku, lecz na niego samego i na własną ślepotę. Ponownie ogarnęła go wielka nienawiść do nieładu życia i jakby uosabiała ona wszystkich nieładnych ludzi na świecie, przeklinał i potrząsał kobietą jak pies brudną szmatą.
  "Skradacz. Dodger. Ty mięsisty głupcze" - mruknął, wyobrażając sobie siebie jako olbrzyma atakowanego przez jakąś odrażającą bestię. Kobieta krzyknęła z przerażenia. Widząc wyraz twarzy napastnika i nie rozumiejąc znaczenia jego słów, zadrżała i znów pomyślała o śmierci. Sięgnęła pod poduszkę na łóżku, wyciągnęła kolejny plik banknotów i wcisnęła go McGregorowi w dłonie. "Proszę, odejdź" - błagała. "Myliliśmy się. Myśleliśmy, że jesteś kimś innym.
  McGregor minął leżącego na podłodze mężczyznę, jęczącego i tarzającego się po podłodze, i podszedł do drzwi. Skręcił za róg w Madison Street i wsiadł do samochodu jadącego na wieczorowe zajęcia. Siedząc tam, przeliczył pieniądze w zwoju, który klęcząca kobieta wcisnęła mu do ręki i roześmiał się tak głośno, że ludzie w samochodzie patrzyli na niego ze zdumieniem. "Turner wydał na to jedenaście dolarów w ciągu dwóch lat, a ja zarobiłem dwadzieścia siedem dolarów w jedną noc" - pomyślał. Wyskoczył z samochodu i przeszedł pod latarniami, próbując wszystko przemyśleć. "Nie mogę na nikim polegać" - mruknął. "Muszę sobie radzić sam. Fryzjer jest tak samo zagubiony jak reszta i nawet o tym nie wie. Jest wyjście z tego bałaganu i zamierzam je znaleźć, ale będę musiał zrobić to sam. Nie mogę nikomu wierzyć na słowo".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ V
  
  Postawa McGregora wobec kobiet i zalotów z pewnością nie została ustabilizowana przez bójkę w domu przy Lake Street. Był mężczyzną, który nawet w najbardziej brutalnych czasach silnie oddziaływał na kobiece instynkty godowe i nie raz jego celem było szokowanie i dezorientowanie go kształtami, twarzami i oczami kobiet.
  McGregor myślał, że rozwiązał problem. Zapomniał o ciemnookiej dziewczynie na korytarzu i myślał tylko o tym, żeby przejść przez magazyn i uczyć się w swoim pokoju nocą. Co jakiś czas brał sobie dzień wolny i szedł na spacer ulicami albo do któregoś z parków.
  Na ulicach Chicago, w nocnym blasku świateł, wśród niespokojnego ruchu ludzi, był postacią, o której pamiętano. Czasami w ogóle nie widział ludzi, lecz szedł, chwiejąc się, w tym samym duchu, z jakim przechadzał się po wzgórzach Pensylwanii. Dążył do osiągnięcia jakiejś nieuchwytnej jakości życia, która wydawała się wiecznie nieosiągalna. Nie chciał być prawnikiem ani sklepikarzem. Czego chciał? Szedł ulicą, próbując się zdecydować, a ponieważ miał twardy charakter, jego oszołomienie doprowadziło go do gniewu i przeklął.
  Przechadzał się wzdłuż i wszerz Madison Street, mamrocząc pod nosem. Ktoś grał na pianinie w kącie saloonu. Mijały go grupki dziewcząt, śmiejąc się i rozmawiając. Zbliżył się do mostu prowadzącego przez rzekę do obwodnicy, po czym niespokojnie się odwrócił. Na chodnikach Canal Street zobaczył krzepkich mężczyzn kręcących się przed tanimi noclegowniami. Ich ubrania były brudne i znoszone, a na twarzach nie było śladu determinacji. Cienkie fragmenty ich ubrań skrywały brud miasta, w którym żyli, a tkanka ich istot również skrywała brud i nieporządek współczesnej cywilizacji.
  MacGregor szedł, patrząc na przedmioty stworzone przez człowieka, a płomień gniewu w nim narastał. Widział unoszące się chmury ludzi wszystkich narodowości, wędrujących nocą po Halsted Street, a skręcając w zaułek, widział również Włochów, Polaków i Rosjan gromadzących się wieczorami na chodnikach przed okolicznymi blokami mieszkalnymi.
  Pragnienie działania MacGregora przerodziło się w szaleństwo. Jego ciało drżało z siły pragnienia położenia kresu ogromnemu chaosowi życia. Z całym młodzieńczym zapałem chciał sprawdzić, czy siłą własnych rąk zdoła wyrwać ludzkość z lenistwa. Minął go pijany mężczyzna, a za nim rosły mężczyzna z fajką w ustach. Rosły mężczyzna szedł bez śladu siły w nogach. Z trudem szedł naprzód. Przypominał ogromne dziecko o pulchnych policzkach i potężnym, niewytrenowanym ciele, dziecko bez mięśni i jędrności, kurczowo trzymające się krawędzi życia.
  MacGregor nie mógł znieść widoku tej wielkiej, potężnej postaci. Mężczyzna zdawał się ucieleśniać wszystko, przeciwko czemu buntowała się jego dusza. Zatrzymał się i przykucnął, a w jego oczach płonął ostry blask.
  Mężczyzna stoczył się do rowu, oszołomiony siłą ciosu zadanego mu przez syna górnika. Czołgał się na czworakach, wołając o pomoc. Jego fajka potoczyła się w ciemność. McGregor stał na chodniku i czekał. Tłum mężczyzn stojących przed budynkiem biegł w jego kierunku. Ponownie przykucnął. Modlił się, żeby wyszli i pozwolili mu walczyć. Jego oczy błyszczały z oczekiwania na wielką walkę, a mięśnie drżały.
  A potem mężczyzna w rynsztoku podniósł się na nogi i uciekł. Mężczyźni biegnący w jego stronę zatrzymali się i zawrócili. MacGregor szedł dalej, z sercem przepełnionym porażką. Było mu trochę żal mężczyzny, którego potrącił, który wyglądał tak absurdalnie, czołgając się na czworakach, i był jeszcze bardziej zdezorientowany niż kiedykolwiek.
  
  
  
  McGregor ponownie spróbował rozwiązać problem kobiety. Był bardzo zadowolony z przebiegu romansu w małym, szkieletowym domu, a następnego dnia kupił książki prawnicze za dwadzieścia siedem dolarów, które wcisnęła mu do ręki przerażona kobieta. Później stał w swoim pokoju, przeciągając swoje ogromne ciało niczym lew powracający po upolowanej zdobyczy, i pomyślał o niskim, czarnobrodym fryzjerze w pokoju na końcu korytarza, pochylonym nad skrzypcami, a jego myśli były zajęte próbami usprawiedliwienia się, bo przecież nie spotkałby się z żadnym z życiowych problemów. Niechęć do mężczyzny zniknęła. Pomyślał o drodze, którą wytyczył sobie ten filozof i roześmiał się. "Jest w tym coś, czego należy unikać, jak kopania w ziemi pod ziemią" - powiedział sobie.
  Druga przygoda McGregora rozpoczęła się w sobotni wieczór i ponownie dał się wciągnąć w nią fryzjerowi. Noc była gorąca, a młody mężczyzna siedział w swoim pokoju, spragniony wyruszenia w drogę i zwiedzania miasta. Cisza domu, odległy turkot tramwajów i dźwięki orkiestry grającej gdzieś na ulicy zakłócały i rozpraszały jego myśli. Pragnął chwycić laskę i powędrować po wzgórzach, tak jak robił to w takie noce za młodu w pensylwańskim miasteczku.
  Drzwi jego pokoju się otworzyły i wszedł fryzjer. Trzymał w ręku dwa bilety. Usiadł na parapecie, żeby wszystko wyjaśnić.
  "W sali na Monroe Street trwa potańcówka" - powiedział podekscytowany fryzjer. "Mam tu dwa bilety. Polityk sprzedał je szefowi sklepu, w którym pracuję". Fryzjer odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. Pomyślał, że jest coś uroczego w tym, że politycy zmuszają głównego fryzjera do kupowania biletów na potańcówkę. "Po dwa dolary każdy" - krzyknął, trzęsąc się ze śmiechu. "Powinieneś był widzieć, jak wił się mój szef. Nie chciał biletów, ale bał się, że ich nie przyjmie. Polityk mógł go wpakować w kłopoty i wiedział o tym. Widzisz, my w sklepie robimy przewodnika po wyścigach konnych, a to nielegalne. Polityk mógł nas wpakować w kłopoty". Szef, przeklinając pod nosem, zapłacił cztery dolary, a kiedy polityk wyszedł, rzucił je we mnie. "Proszę, weź je" - krzyknął. "Nie chcę zgnilizny. Czy człowiek to koryto dla koni, przy którym każde zwierzę może się napić?"
  McGregor i fryzjer siedzieli w pokoju, śmiejąc się z szefa, fryzjera, który, trawiony wewnętrznym gniewem, z uśmiechem kupił bilety. Fryzjer zaprosił McGregora do tańca. "Zrobimy z tego wieczór" - powiedział. "Zobaczymy tam kobiety - dwie, które znam. Mieszkają na piętrze, nad sklepem spożywczym. Byłem z nimi. Otworzą ci oczy. To kobiety, których jeszcze nie spotkałeś: odważne, mądre i do tego dobre".
  MacGregor wstał i naciągnął koszulę przez głowę. Fala gorączkowego podniecenia przeszła przez niego. "Rozwiążemy to" - powiedział - "i sprawdzimy, czy to nie kolejna fałszywa ścieżka, którą mnie prowadzisz. Idź do swojego pokoju i się przygotuj. Ja też się przygotuję".
  W sali tanecznej McGregor siedział na krześle pod ścianą z jedną z dwóch kobiet, które pochwalił fryzjer, i trzecią, kruchą i bezkrwistą. Dla niego ta przygoda zakończyła się porażką. Kołysząca się muzyka taneczna nie wywołała w nim żadnej reakcji. Obserwował pary na parkiecie, obejmujące się, wirujące i kręcące, kołyszące się w przód i w tył, patrzące sobie w oczy, a potem odwracające się, pragnące wrócić do swojego pokoju, wśród ksiąg prawniczych.
  Fryzjer rozmawiał z dwiema kobietami, naśmiewając się z nich. McGregor uznał tę rozmowę za bezcelową i trywialną. Ocierała się o granice rzeczywistości, dryfując ku niejasnym odniesieniom do innych czasów i przygód, o których nic nie wiedział.
  Fryzjer tańczył z jedną z kobiet. Była wysoka, a jego głowa ledwo sięgała jej do ramienia. Jego czarna broda lśniła na tle jej białej sukienki. Obok niego siedziały dwie kobiety, rozmawiając. MacGregor zdał sobie sprawę, że drobna kobieta jest kapeluszniczką. Coś w niej go przyciągnęło, oparł się o ścianę i spojrzał na nią, nieświadomy ich rozmowy.
  Podszedł młody mężczyzna i zabrał kolejną kobietę. Fryzjer skinął na niego, żeby poszedł przez korytarz.
  Przez myśl przemknęła mu pewna myśl. Ta kobieta obok niego była krucha, chuda i bezkrwista, jak kobiety z Coal Creek. Ogarnęło go uczucie bliskości z nią. Czuł to samo, co czuł do wysokiej, bladej dziewczyny z Coal Creek, kiedy razem wspięli się na wzgórze, na wzniesienie z widokiem na dolinę porośniętą farmami.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VI
  
  E DIT CARSON - DO Modniarka, którą los rzucił w towarzystwo McGregora, była schorowaną trzydziestoczteroletnią kobietą, mieszkającą samotnie w dwóch pokojach na tyłach swojego warsztatu kapeluszniczego. Jej życie było niemal bezbarwne. W niedzielne poranki pisała długi list do rodziny na farmie w Indianie, po czym wkładała kapelusz z gabloty na próbki na ścianie i szła do kościoła, siadając samotnie w tym samym miejscu w każdą niedzielę, a potem nie pamiętając nic z kazania.
  W niedzielne popołudnie Edith wsiadła do tramwaju do parku i spacerowała samotnie pod drzewami. Jeśli zapowiadał się deszcz, siadała w większym z dwóch pomieszczeń za warsztatem, szyjąc nowe sukienki dla siebie lub dla siostry, która wyszła za mąż za kowala w Indianie i miała czwórkę dzieci.
  Edith miała miękkie, mysie włosy i szare oczy z małymi brązowymi plamkami na tęczówkach. Była tak szczupła, że nosiła podpaski pod sukienki, żeby optycznie wyszczuplić sylwetkę. W młodości miała kochanka - grubego, pulchnego chłopca, który mieszkał na sąsiedniej farmie. Pewnego dnia pojechali razem na festyn i wracając wieczorem do domu powozem, przytulił ją i pocałował. "Nie jesteś zbyt duża" - powiedział.
  Edith poszła do sklepu wysyłkowego w Chicago i kupiła podszewkę pod sukienkę. Wraz z nią otrzymała olejek, którym się wcierała. Etykieta na butelce zachwalała jego zawartość jako niezwykły środek wybielający. Ciężkie wkładki pozostawiały rany na jej bokach, tam gdzie ocierały ją ubrania, ale znosiła ból z ponurym stoicyzmem, pamiętając, co powiedział grubas.
  Po przyjeździe Edith do Chicago i otwarciu własnego sklepu otrzymała list od swojego byłego wielbiciela. "Lubię myśleć, że ten sam wiatr, który wieje nade mną, wieje i nad tobą" - przeczytała. Po tym liście nigdy więcej się do niej nie odezwał. Zaczerpnął to sformułowanie z książki, którą przeczytał, i napisał do Edith list, w którym je wykorzystał. Po wysłaniu listu pomyślał o jej wątłej sylwetce i żałował impulsu, który go do tego skłonił. W stanie lekkiego niepokoju zaczął się do niej zalecać i wkrótce poślubił inną kobietę.
  Czasami, podczas swoich rzadkich wizyt w domu, Edith widywała swojego byłego kochanka jadącego drogą. Jej siostra, która wyszła za mąż za kowala, mówiła, że jest skąpy, że jego żona nie ma nic do ubrania poza tanią bawełnianą sukienką i że w sobotę jedzie sam do miasta, zostawiając ją, by doiła krowy i karmiła świnie i konie. Pewnego dnia spotkał Edith na drodze i próbował zmusić ją do wejścia do wozu, by pojechała z nim. Chociaż szła drogą, nie zwracając na niego uwagi, wiosennymi wieczorami lub po spacerze w parku wyjmowała z szuflady biurka list o wietrze wiejącym na nich oboje i czytała go ponownie. Po przeczytaniu siadała w ciemności przed sklepem, patrząc przez drzwi z moskitierą na ludzi na ulicy i zastanawiała się, co życie by dla niej znaczyło, gdyby miała mężczyznę, któremu mogłaby dać swoją miłość. W głębi duszy wierzyła, że w przeciwieństwie do żony otyłego młodzieńca, urodziłaby dzieci.
  W Chicago Edith Carson zarabiała pieniądze. Miała talent do oszczędności w prowadzeniu firmy. W ciągu sześciu lat spłaciła duży dług wobec sklepu i miała niezłe saldo na koncie. Dziewczyny pracujące w fabrykach lub sklepach przychodziły i zostawiały większość swoich skromnych nadwyżek w jej sklepie, podczas gdy inne dziewczyny, które nie pracowały, przychodziły, rozrzucając dolary i rozmawiając o "przyjaciółch dżentelmenach". Edith nienawidziła negocjacji, ale prowadziła je sprytnie i z cichym, rozbrajającym uśmiechem na twarzy. Lubiła siedzieć cicho w pokoju i przycinać kapelusze. W miarę rozwoju firmy zatrudniała kobietę do opieki nad sklepem i dziewczynę, która siedziała obok niej i pomagała jej przy kapeluszach. Miała przyjaciółkę, żonę motorniczego tramwaju, która czasami przychodziła do niej wieczorami. Przyjaciółka była drobną, pulchną kobietą, nieszczęśliwą w małżeństwie, i namówiła Edith, żeby szyła jej kilka nowych kapeluszy rocznie, za co nie płaciła ani grosza.
  Edith poszła na potańcówkę, gdzie poznała McGregora, żonę inżyniera i dziewczynę mieszkającą nad piekarnią obok. Potańcówka odbyła się w pokoju nad saloonem i została zorganizowana na rzecz organizacji politycznej kierowanej przez piekarza. Żona piekarza przybyła i sprzedała Edith dwa bilety: jeden dla siebie i jeden dla żony inżyniera, która akurat siedziała obok niej.
  Tego wieczoru, po powrocie żony inżyniera do domu, Edith postanowiła pójść potańczyć, a sama decyzja była swego rodzaju przygodą. Noc była gorąca i parna, na niebie błyskały błyskawice, a ulicę niosły tumany kurzu. Edith siedziała w ciemności za zamkniętymi drzwiami z moskitierą i obserwowała ludzi spieszących do domów. Ogarnęła ją fala protestu przeciwko ciasnocie i pustce jej życia. Łzy napłynęły jej do oczu. Zamknęła drzwi sklepu, poszła na zaplecze, zapaliła gaz i stanęła, patrząc na siebie w lustrze. "Pójdę potańczyć" - pomyślała. "Może znajdę mężczyznę. Jeśli mnie nie poślubi, to i tak dostanie ode mnie wszystko, czego zapragnie".
  W sali tanecznej Edith siedziała skromnie pod ścianą przy oknie, obserwując pary wirujące na parkiecie. Przez otwarte drzwi widziała pary siedzące przy stolikach w sąsiednim pomieszczeniu i pijące piwo. Wysoki młody mężczyzna w białych spodniach i białych kapciach przeszedł przez parkiet. Uśmiechnął się i ukłonił kobietom. Raz podszedł do Edith, a jej serce zabiło mocniej, ale kiedy pomyślała, że zaraz odezwie się do niej i żony inżyniera, odwrócił się i przeszedł na drugą stronę sali. Edith podążyła za nim wzrokiem, podziwiając jego białe spodnie i lśniące, białe zęby.
  Żona inżyniera wyszła z niskim, wyprostowanym mężczyzną z siwym wąsem, którego oczy Edith uznała za nieprzyjemne. Obok niej usiadły dwie dziewczyny. Były klientkami jej sklepu i mieszkały razem w mieszkaniu nad sklepem spożywczym na Monroe Street. Edith słyszała, jak dziewczyna siedząca obok niej w sklepie wypowiadała się o nich z pogardą. Wszystkie trzy usiadły pod ścianą i rozmawiały o kapeluszach.
  Potem przez parkiet przeszło dwóch mężczyzn: potężny rudy mężczyzna i niski mężczyzna z czarną brodą. Dwie kobiety zawołały do nich i cała piątka usiadła razem, tworząc grupę pod ścianą, podczas gdy niski mężczyzna kontynuował nieustanne komentarze na temat ludzi na parkiecie, wraz z dwoma towarzyszami Edith. Taniec się rozpoczął i, zabierając jedną z kobiet, czarnobrody mężczyzna odszedł. Edith i druga kobieta znów zaczęły rozmawiać o kapeluszach. Olbrzymi mężczyzna obok niej milczał, ale jego wzrok podążał za kobietami na parkiecie. Edith pomyślała, że nigdy nie widziała tak zwyczajnego mężczyzny.
  Pod koniec tańca, czarnobrody mężczyzna wszedł przez drzwi do sali pełnej stołów i skinął na rudowłosego, żeby poszedł za nim. Pojawił się mężczyzna o chłopięcym wyglądzie i wyszedł z inną kobietą, zostawiając Edith siedzącą samotnie na ławce pod ścianą obok MacGregora.
  "To miejsce mnie nie interesuje" - powiedział szybko McGregor. "Nie lubię siedzieć i patrzeć, jak ludzie skaczą po skorupkach jajek. Jeśli chcesz iść ze mną, wyjdziemy stąd i pójdziemy gdzieś, gdzie będziemy mogli porozmawiać i się poznać".
  
  
  
  Mała modystka szła przez salę ramię w ramię z MacGregorem, a jej serce biło z radości. "Mam mężczyznę" - pomyślała z radością. Wiedziała, że ten mężczyzna celowo ją wybrał. Słyszała poufałość i żarty czarnobrodego mężczyzny, a także zauważyła obojętność rosłego mężczyzny wobec innych kobiet.
  Edith spojrzała na potężną sylwetkę swojego towarzysza i zapomniała o jego pospolitości. Przemknęło jej przez myśl wspomnienie grubego chłopca, teraz już mężczyzny, jadącego drogą w furgonetce, uśmiechającego się i błagającego ją, żeby z nim poszła. Wspomnienie chciwego spojrzenia pełnego pewności siebie w jego oczach ogarnęło ją ze złością. "Ten facet mógłby go przewrócić przez sześcioramienne ogrodzenie" - pomyślała.
  "Dokąd teraz idziemy?" zapytała.
  MacGregor spojrzał na nią z góry. "Gdzieś, gdzie będziemy mogli porozmawiać" - powiedział. "Mam już dość tego miejsca. Musisz wiedzieć, dokąd idziemy. Idę z tobą. Ty nie idziesz ze mną".
  McGregor żałował, że nie jest w Coal Creek. Miał ochotę zabrać tę kobietę na drugą stronę wzgórza, usiąść na pniu i porozmawiać o swoim ojcu.
  Idąc ulicą Monroe, Edith rozmyślała o decyzji, którą podjęła stojąc przed lustrem w swoim pokoju na tyłach sklepu tego wieczoru, kiedy postanowiła pójść na potańcówkę. Zastanawiała się, czy czeka ją jakaś wielka przygoda, a jej dłoń drżała w uścisku dłoni MacGregora. Zalała ją fala nadziei i strachu.
  Przy drzwiach sklepu z modą, niepewnie próbując otworzyć drzwi, ogarnęło ją cudowne uczucie. Czuła się jak panna młoda, zachwycona, a jednocześnie zawstydzona i przestraszona.
  W pokoju na zapleczu sklepu MacGregor zapalił gaz i zdjąwszy płaszcz, rzucił go na sofę w kącie. Niewzruszony, pewną ręką rozpalił mały piecyk. Potem, unosząc głowę, zapytał Edith, czy może zapalić. Wyglądał jak mężczyzna wracający do swojego domu, podczas gdy kobieta siedziała na brzegu krzesła, rozpinając kapelusz, z nadzieją oczekując na rozwój nocnej przygody.
  Przez dwie godziny MacGregor siedział w bujanym fotelu w pokoju Edith Carson, rozmawiając o Coal Creek i swoim życiu w Chicago. Mówił swobodnie, puszczając wodze fantazji, jak człowiek rozmawiający z kimś ze swojego ludu po długiej nieobecności. Jego zachowanie i cichy ton głosu dezorientowały i wprawiały Edith w konsternację. Spodziewała się czegoś zupełnie innego.
  Wchodząc do małego pokoju z boku, wyjęła czajnik i przygotowała się do zaparzenia herbaty. Rosły mężczyzna wciąż siedział na jej krześle, palił i rozmawiał. Ogarnęło ją cudowne poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Uważała swój pokój za piękny, ale jej satysfakcja mieszała się z lekką, szarą smugą strachu. "Oczywiście, że nie wróci" - pomyślała.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VII
  
  W TYM ROKU Po poznaniu Edith Carson, MacGregor kontynuował stałą i systematyczną pracę w magazynie, a wieczorami nad książkami. Awansował na brygadzistę, zastępując Niemca, i uważał, że poczynił postępy w nauce. Kiedy nie uczęszczał do szkoły wieczorowej, chodził do Edith Carson i siadał, czytając książkę i paląc fajkę przy małym stoliku w tylnym pokoju.
  Edith przechadzała się po pokoju, wchodząc i wychodząc ze sklepu, cicho i cicho. Światło zaczęło przenikać jej oczy i rumienić policzki. Nie odzywała się, ale nowe, śmiałe myśli napływały do jej głowy, a dreszcz przebudzonego życia przenikał jej ciało. Z łagodną wytrwałością odmawiała wyrażenia swoich marzeń słowami i niemal miała nadzieję, że będzie mogła tak trwać wiecznie, aż ten silny mężczyzna pojawi się w jej obecności i usiądzie, pochłonięty swoimi sprawami, w murach jej domu. Czasami pragnęła, żeby przemówił, i pragnęła mieć siłę, by nakłonić go do wyjawienia drobnych faktów ze swojego życia. Pragnęła usłyszeć o jego matce i ojcu, o jego dzieciństwie w pensylwańskim miasteczku, o jego marzeniach i pragnieniach, ale przeważnie zadowalała się czekaniem, mając jedynie nadzieję, że nic nie stanie na przeszkodzie jej czekaniu.
  MacGregor zaczął czytać książki historyczne i zafascynowały go postacie pewnych osób - żołnierzy i przywódców, którzy wertowali strony, na których zapisana była historia życia człowieka. Postacie Shermana, Granta, Lee, Jacksona, Aleksandra, Cezara, Napoleona i Wellingtona zdawały się wyróżniać spośród innych postaci w książkach. Udając się w południe do Biblioteki Publicznej, wypożyczył książki o tych ludziach i na jakiś czas porzucił zainteresowanie studiowaniem prawa, poświęcając się rozważaniom o przestępcach.
  W tamtych czasach McGregor miał w sobie coś pięknego. Był nieskazitelny i czysty jak kawałek twardego, czarnego węgla wydobytego ze wzgórz jego stanu, niczym węgiel gotowy do spalenia się w energię. Natura była dla niego łaskawa. Posiadał dar ciszy i odosobnienia. Wokół niego byli inni, być może równie silni fizycznie jak on i bardziej wyćwiczeni umysłowo, którzy zostali zniszczeni, gdy on nie był. Dla innych życie wyczerpuje się przez nieustanne wykonywanie drobnych zadań, rozmyślanie o drobnych myślach i powtarzanie w kółko tych samych słów, niczym papugi w klatkach, zarabiające na życie, piając dwa lub trzy zdania do przechodniów.
  Przerażające jest myśleć o tym, jak człowiek został pokonany przez swoją zdolność mówienia. Niedźwiedź brunatny w lesie nie ma takiej mocy, a jej brak pozwolił mu zachować pewien rodzaj szlachetności w zachowaniu, której nam, niestety, brakuje. Przechodzimy przez życie, tam i z powrotem, socjaliści, marzyciele, ustawodawcy, sprzedawcy i zwolennicy praw wyborczych kobiet, i nieustannie wypowiadamy słowa - słowa wyeksploatowane, słowa krzywe, słowa pozbawione mocy i ciężaru.
  To pytanie, nad którym młodzi mężczyźni i kobiety skłonni do gadatliwości powinni się poważnie zastanowić. Ci, którzy mają ten nawyk, nigdy się nie zmienią. Bogowie, pochylający się nad krawędzią świata, by z nas kpić, zauważyli naszą bezpłodność.
  A jednak słowo musiało trwać. MacGregor, milczący, chciał przemówić. Chciał, by jego prawdziwa indywidualność rezonowała w zgiełku głosów, a potem chciał wykorzystać siłę i męskość w sobie, by nieść swoje słowo daleko. Nie chciał, by jego usta stały się nieczyste, by umysł otępiał od wypowiadania słów i rozmyślania o myślach innych, a on sam z kolei stał się jedynie trudzącą się, pochłaniającą jedzenie, paplającą marionetką przed bogami.
  Syn górnika od dawna zastanawiał się, jaka moc tkwi w ludziach, których postacie tak śmiało rysowały się na kartach czytanych przez niego książek. Próbował rozważać to pytanie, siedząc w pokoju Edith lub spacerując samotnie ulicą. W magazynie z nową ciekawością przyglądał się ludziom pracującym w dużych pomieszczeniach, układającym i rozkładającym beczki z jabłkami, skrzynki z jajkami i owoce. Kiedy wszedł do jednego z pomieszczeń, grupki ludzi stojących tam, beztrosko gawędzących o swojej pracy, stały się bardziej rzeczowe. Już nie rozmawiali, ale dopóki tam stał, pracowali gorączkowo, ukradkiem obserwując, jak stoi i ich obserwuje.
  MacGregor zamilkł. Próbował zgłębić sekret siły, która sprawiała, że chcieli pracować, aż ich ciała się wyginały i napinały, która sprawiała, że nie bali się strachu i która ostatecznie czyniła z nich jedynie niewolników słów i formułek.
  Zdziwiony młody mężczyzna, obserwując mężczyzn w magazynie, zaczął się zastanawiać, czy nie w grę wchodzi tu jakiś popęd reprodukcyjny. Być może jego nieustanna relacja z Edith sprowokowała tę myśl. Jego własne lędźwie były pełne nasienia dzieci i tylko troska o odnalezienie siebie powstrzymywała go przed oddaniem się zaspokajaniu żądz. Pewnego dnia rozmawiał o tym w magazynie. Rozmowa przebiegała następująco.
  Pewnego ranka mężczyźni wpadli przez drzwi magazynu, niczym muchy przez otwarte okna w letni dzień. Z opuszczonymi oczami szurali po długiej podłodze, białej od zaprawy. Rankiem po ranku przechodzili przez drzwi i w milczeniu wracali na swoje miejsca, wpatrując się w podłogę i marszcząc brwi. Szczupły, bystry młody mężczyzna, który w ciągu dnia pracował jako urzędnik spedycyjny, siedział w małym kurniku, podczas gdy przechodnie wykrzykiwali jego numery. Co jakiś czas irlandzki urzędnik spedycyjny próbował żartować z jednym z nich, mocno stukając ołówkiem o stół, jakby chciał zwrócić ich uwagę. "Są do niczego" - powiedział sobie, gdy tylko uśmiechnęli się niewyraźnie na jego wygłupy. "Chociaż dostają tylko półtora dolara dziennie, to i tak są przepłacani!". Podobnie jak McGregor, czuł jedynie pogardę dla ludzi, których numery zapisywał w księgach rachunkowych. Ich głupotę traktował jako komplement. "Jesteśmy ludźmi, którzy potrafią działać" - pomyślał, przyciskając ołówek do ucha i zamykając książkę. W jego umyśle rozgorzała daremna duma człowieka z klasy średniej. W pogardzie dla robotników zapomniał również o pogardzie dla samego siebie.
  Pewnego ranka MacGregor i urzędnik spedycyjny stali na drewnianej platformie zwróceni twarzą do ulicy, a urzędnik rozmawiał o swoim pochodzeniu. "Żony robotników tutaj mają dzieci, jak bydło ma cielęta" - powiedział Irlandczyk. Powodowany jakimś ukrytym uczuciem, dodał z zapałem: "No cóż, po co jest mężczyzna? Miło mieć dzieci w domu. Sam mam czwórkę. Powinieneś je zobaczyć, jak bawią się w ogrodzie mojego domu w Oak Park, kiedy wracam wieczorem do domu".
  MacGregor pomyślał o Edith Carson i poczuł w sobie narastający głód. Pragnienie, które później niemal zniweczyło jego życiowy cel, zaczęło dawać o sobie znać. Walczył z nim, warcząc i dezorientując Irlandczyka, atakując go. "No i co jest dla ciebie lepsze?" - zapytał bez ogródek. "Uważasz, że twoje dzieci są ważniejsze od nich? Możesz mieć lepszy umysł, ale ich ciała są lepsze, a twój umysł, o ile widzę, nie uczynił cię szczególnie uderzającą postacią".
  Odwracając się od Irlandczyka, który zaczął syczeć z gniewu, MacGregor wjechał windą na tył budynku, aby przemyśleć słowa Irlandczyka. Od czasu do czasu zwracał się ostro do pracownika kręcącego się w jednym z przejść między stosami skrzyń i beczek. Pod jego kierownictwem praca w magazynie zaczęła się poprawiać, a niski, siwowłosy kierownik, który go zatrudnił, zacierał ręce z zadowolenia.
  MacGregor stał w kącie przy oknie, zastanawiając się, dlaczego on również nie chce poświęcić życia ojcom. Gruby, stary pająk powoli pełzał w słabym świetle. Było coś w odpychającym ciele owada, co przypominało zmagającemu się z trudnościami myślicielowi lenistwo świata. Jego umysł z trudem znajdował słowa i idee, by wyrazić to, co siedziało mu w głowie. "Brzydkie, pełzające stworzenia, które patrzą na podłogę" - mruknął. "Jeśli mają dzieci, to bez ładu i składu. To przypadek, jak mucha złapana w sieć, którą owad tu zbudował. Przybycie dzieci jest jak przybycie much: rodzi w ludziach rodzaj tchórzostwa. Ludzie na próżno liczą, że zobaczą w dzieciach to, czego im brakuje odwagi".
  MacGregor zaklął, uderzając ciężką skórzaną rękawicą o grubasa, który bez celu błąkał się po świecie. "Nie powinienem przejmować się drobiazgami. Wciąż próbują mnie wciągnąć do tej dziury w ziemi. Jest tu dziura, w której ludzie mieszkają i pracują, tak jak w górniczym miasteczku, z którego pochodzę".
  
  
  
  Tego wieczoru MacGregor pospiesznie wyszedł ze swojego pokoju, żeby odwiedzić Edith. Chciał na nią popatrzeć i pomyśleć. W małym pokoju na tyłach domu siedział przez godzinę, próbując czytać książkę, a potem, po raz pierwszy, podzielił się z nią swoimi przemyśleniami. "Próbuję zrozumieć, dlaczego mężczyźni są tacy nieważni" - powiedział nagle. "Czy są tylko narzędziami dla kobiet? Powiedz mi, co? Powiedz mi, co kobiety myślą i czego pragną?"
  Nie czekając na odpowiedź, wrócił do czytania książki. "Cóż" - dodał - "to nie powinno mnie martwić. Nie pozwolę żadnej kobiecie zrobić ze mnie narzędzia reprodukcyjnego".
  Edith była zaniepokojona. Odebrała wybuch MacGregora jako wypowiedzenie wojny sobie i swoim wpływom, a jej ręce zadrżały. Wtedy przyszła jej do głowy nowa myśl. "On potrzebuje pieniędzy, żeby żyć na tym świecie" - powiedziała sobie i poczuła lekką radość na myśl o swoim własnym, starannie strzeżonym skarbie. Zastanawiała się, jak mogłaby mu go zaoferować, nie ryzykując odmowy.
  "Nic ci nie jest" - powiedział McGregor, szykując się do wyjścia. "Nie ingerujesz w czyjeś myśli".
  Edith zarumieniła się i, podobnie jak robotnicy w magazynie, wbiła wzrok w podłogę. Coś w jego słowach ją zaskoczyło i kiedy wyszedł, podeszła do biurka i wyjęła książeczkę bankową, przewracając jej strony z nową przyjemnością. Ona, która nigdy nie oddawała się niczemu, bez wahania oddałaby wszystko MacGregorowi.
  I mężczyzna wyszedł na ulicę, zajmując się swoimi sprawami. Odsunął od siebie myśli o kobietach i dzieciach i znów zaczął myśleć o poruszających postaciach historycznych, które tak go urzekły. Przechodząc przez jeden z mostów, zatrzymał się i wychylił przez balustradę, by spojrzeć na czarną wodę w dole. "Dlaczego myśl nigdy nie była w stanie zastąpić działania?" - pytał sam siebie. "Dlaczego ludzie, którzy piszą książki, są w jakiś sposób mniej wartościowi niż ludzie, którzy coś robią?"
  MacGregor był wstrząśnięty myślą, która przyszła mu do głowy i zastanawiał się, czy nie popełnił błędu, przyjeżdżając do miasta i próbując się kształcić. Stał w ciemności przez godzinę, próbując wszystko przemyśleć. Zaczął padać deszcz, ale mu to nie przeszkadzało. Marzenie o ogromnym porządku wyłaniającym się z nieporządku zaczęło wkradać się do jego umysłu. Był jak człowiek stojący przed gigantyczną maszyną z wieloma skomplikowanymi częściami, które zaczęły pracować jak szalone, a każda z nich nieświadoma celu całości. "Myślenie też jest niebezpieczne" - mruknął niejasno. "Niebezpieczeństwo czai się wszędzie - w pracy, w miłości i w myśleniu. Co mam ze sobą zrobić?"
  MacGregor odwrócił się i uniósł ręce. Nowa myśl przemknęła niczym szeroki promień światła przez mrok jego umysłu. Zaczął rozumieć, że żołnierze, którzy poprowadzili tysiące ludzi do bitwy, zwrócili się ku niemu, ponieważ wykorzystali ludzkie życie z boską lekkomyślnością, by osiągnąć swoje cele. Znaleźli w sobie odwagę, by to uczynić, a ich odwaga była wspaniała. Głęboko w ich sercach drzemało umiłowanie porządku i uchwycili się tej miłości. Czy gdyby wykorzystali ją źle, miałoby to jakieś znaczenie? Czyż nie wskazali im drogi?
  Nocna scena z jego rodzinnego miasta przemknęła przez myśl MacGregorowi. Wyobraził sobie biedną, zaniedbaną ulicę zwróconą w stronę torów kolejowych, grupki strajkujących górników tłoczących się w świetle przed drzwiami saloonu, podczas gdy oddział żołnierzy w szarych mundurach i z ponurymi minami maszerował drogą. Światło było niewyraźne. "Maszerowali" - wyszeptał MacGregor. "To właśnie czyniło ich tak potężnymi. Byli zwykłymi ludźmi, ale maszerowali naprzód, jeden po drugim. Coś w tym ich uszlachetniało. To wiedział Grant i to wiedział Cezar. Dlatego Grant i Cezar wydawali się tacy wspaniali. Wiedzieli i nie bali się korzystać ze swojej wiedzy. Być może nie zawracali sobie głowy rozważaniem, jak to wszystko się potoczy. Mieli nadzieję, że za myślenie odpowie inny człowiek. Być może w ogóle nie myśleli, tylko po prostu maszerowali naprzód, każdy próbując robić swoje.
  "Zrobię, co do mnie należy" - krzyknął McGregor. "Znajdę sposób". Jego ciało zadrżało, a głos ryknął wzdłuż ścieżki na moście. Mężczyźni zatrzymali się, by spojrzeć na wielką, wrzeszczącą postać. Dwie przechodzące kobiety krzyknęły i wybiegły na ulicę. McGregor szybko poszedł do swojego pokoju i książek. Nie wiedział, jak uda mu się wykorzystać nowy impuls, który go ogarnął, ale przemierzając ciemne ulice i mijając rzędy ciemnych budynków, znów pomyślał o wielkiej machinie, pracującej szaleńczo i bez celu, i cieszył się, że nie jest jej częścią. "Zachowam spokój i będę gotowy na wszystko" - powiedział, płonąc nową odwagą.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA III
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  Kiedy MCG REGOR _ _ _ dostał pracę w hurtowni jabłek i wrócił do domu na Wycliffe Place z pierwszą tygodniową pensją w wysokości dwunastu dolarów, pięciodolarowy banknot wysłał jej list. "Teraz się nią zaopiekuję" - pomyślał, a z tym szorstkim poczuciem sprawiedliwości, jakie ludzie pracy mają w takich sprawach, nie zamierzał się wywyższać. "Ona mnie nakarmiła, a teraz ja nakarmię ją" - powiedział sobie.
  Pięć dolarów zostało zwrócone. "Zostaw to. Nie potrzebuję twoich pieniędzy" - napisała matka. "Jeśli po opłaceniu rachunków zostaną ci jakieś pieniądze, zacznij się ogarniać. A jeszcze lepiej, kup nową parę butów albo kapelusz. Nie próbuj się mną opiekować. Nie będę tego tolerować. Chcę, żebyś o siebie dbał. Ubieraj się dobrze i noś głowę wysoko - tylko o to proszę. W mieście ubrania mają ogromne znaczenie. Ostatecznie ważniejsze będzie dla mnie, żebyś był prawdziwym mężczyzną niż dobrym synem".
  Siedząc w swoim pokoju nad pustą piekarnią w Coal Creek, Nancy zaczęła odczuwać nową satysfakcję, kontemplując siebie jako kobietę z synem w mieście. Wieczorami wyobrażała sobie, jak przechadza się po zatłoczonych ulicach pośród mężczyzn i kobiet, a jej zgarbiona staruszka prostowała się z dumy. Kiedy nadszedł list z informacją o jego pracy w szkole wieczorowej, serce zabiło jej mocniej i napisała długi list pełen rozmów o Garfieldzie, Grancie i Lincolnie leżących przy płonącym konarze i czytających jego książki. Wydawało jej się niezwykle romantyczne, że jej syn pewnego dnia zostanie prawnikiem i będzie stał w zatłoczonej sali sądowej, wyrażając swoje myśli innym mężczyznom. Pomyślała, że jeśli ten rosły, rudowłosy chłopak, tak niesforny i skory do kłótni w domu, w końcu stanie się człowiekiem książek i inteligencji, to ona i jej mężczyzna, Cracked McGregor, nie żyli na próżno. Ogarnęło ją nowe, słodkie poczucie spokoju. Zapomniała o latach swej pracy, a stopniowo jej myśli powróciły do milczącego chłopca, który siedział z nią na schodach przed jej domem rok po śmierci jej męża, gdy rozmawiała z nim o pokoju, i tak myślała o nim, o cichym, niecierpliwym chłopcu, który śmiało wędrował po odległym mieście.
  Śmierć zaskoczyła Nancy McGregor. Po długim dniu ciężkiej pracy w kopalni obudziła się i zobaczyła go siedzącego ponurego i wyczekującego przy jej łóżku. Od lat, jak większość kobiet w górniczym miasteczku, cierpiała na to, co nazywano "problemami z sercem". Od czasu do czasu miewała "bolesne miesiączki". Tego wiosennego wieczoru leżała w łóżku i, siedząc wśród poduszek, zmagała się z samotnością, niczym wyczerpane zwierzę uwięzione w leśnej norze.
  W środku nocy przyszło do niej przekonanie, że umrze. Śmierć zdawała się krążyć po pokoju, czekając na nią. Dwóch pijanych mężczyzn stało na zewnątrz i rozmawiało; ich głosy, zajęte własnymi, ludzkimi sprawami, dobiegały przez okno i sprawiały, że życie wydawało się umierającej kobiecie bardzo bliskie i drogie. "Byłem wszędzie" - powiedział jeden z mężczyzn. "Byłem w miastach, których nazw nawet nie pamiętam. Zapytaj Alexa Fieldera, właściciela saloonu w Denver. Zapytaj go, czy Gus Lamont tam był".
  Drugi mężczyzna się roześmiał. "Byłeś u Jake"a i wypiłeś za dużo piwa" - zadrwił.
  Nancy usłyszała dwóch mężczyzn idących ulicą i podróżnika protestującego przeciwko niedowierzaniu przyjaciela. Wydawało jej się, że życie, z wszystkimi jego barwnymi dźwiękami i znaczeniem, ucieka jej z oczu. W uszach dźwięczał jej spalinowy silnik. Wyobraziła sobie kopalnię jako ogromnego potwora śpiącego pod ziemią, z zadartym do góry olbrzymim nosem i otwartą paszczą, gotowego pożreć ludzi. W ciemności pomieszczenia jej płaszcz, przerzucony przez oparcie krzesła, przybrał kształt i kontury twarzy, ogromnej i groteskowej, w milczeniu wpatrującej się w niebo.
  Nancy McGregor jęknęła, a jej oddech stał się ciężki. Ścisnęła pościel w dłoniach i walczyła, ponura i milcząca. Nie myślała o miejscu, do którego trafi po śmierci. Starała się tam nie trafiać. Walka o to, by nie śnić o marzeniach, stała się jej nawykiem.
  Nancy pomyślała o swoim ojcu, pijaku i rozrzutniku z dawnych czasów, zanim wyszła za mąż, o spacerach, które odbywała z kochankiem w niedzielne popołudnia jako młoda kobieta, i o chwilach, gdy siadali razem na zboczu wzgórza z widokiem na pola uprawne. Niczym w wizji, umierająca kobieta ujrzała przed sobą rozległą, żyzną połać ziemi i zaczęła obwiniać się za to, że nie zrobiła więcej, by pomóc swojemu mężczyźnie zrealizować plany, które sobie poczynili, by tam zamieszkać. Potem przypomniała sobie noc, kiedy przyszedł jej chłopak, i jak, gdy poszli po jej mężczyznę z kopalni, znaleźli go najwyraźniej martwego pod powalonymi kłodami, tak że poczuła się, jakby życie i śmierć spotkały się ręka w rękę w ciągu jednej nocy.
  Nancy usiadła sztywno na łóżku. Wydawało jej się, że słyszy ciężkie kroki na schodach. "Bute wychodzi ze sklepu" - mruknęła i opadła martwa na poduszkę.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  B E A U T M C G REGOR WRÓCIŁ do domu w Pensylwanii, aby pochować matkę, i pewnego letniego dnia znów przechadzał się ulicami swojego rodzinnego miasta. Z dworca kolejowego udał się prosto do pustej piekarni, nad którą mieszkał z matką, ale nie został tam. Stał przez chwilę z torbą w ręku, nasłuchując głosów żon górników w pokoju na górze, po czym umieścił torbę za pustą skrzynią i pospiesznie odszedł. Głosy kobiet przerwały ciszę pokoju, w którym stał. Ich subtelna ostrość raniła coś w nim i nie mógł znieść myśli o równie subtelnej i ostrej ciszy, która, jak wiedział, zapadnie na kobiety opiekujące się ciałem jego matki w pokoju na górze, gdy wejdzie w obecność zmarłych.
  Na Main Street zatrzymał się przy sklepie z narzędziami, a potem wszedł do kopalni. Następnie, z kilofem i łopatą na ramieniu, zaczął wspinać się na wzgórze, które pokonywał z ojcem jako chłopiec. W pociągu do domu przyszedł mu do głowy pewien pomysł. "Znajdę ją wśród krzaków na zboczu wzgórza, z widokiem na żyzną dolinę" - powiedział sobie. Przypomniały mu się szczegóły religijnej dyskusji między dwoma robotnikami, która odbyła się pewnego popołudnia w magazynie, i gdy pociąg jechał na wschód, po raz pierwszy zaczął rozważać możliwość życia po śmierci. Potem odrzucił te myśli. "W każdym razie, jeśli Cracked McGregor kiedykolwiek wróci, znajdziesz go tam, siedzącego na kłodzie na zboczu wzgórza" - pomyślał.
  Z narzędziami przewieszonymi przez ramię McGregor szedł długą drogą na zboczu wzgórza, teraz pokrytą czarnym pyłem. Miał właśnie wykopać grób dla Nancy McGregor. Nie patrzył na górników przechodzących obok, machających wiaderkami z jedzeniem, jak to robił za dawnych czasów, ale patrzył w ziemię, myśląc o zmarłej kobiecie i zastanawiając się, jakie miejsce kobieta nadal będzie zajmować w jego własnym życiu. Ostry wiatr wiał przez zbocze, a rosły chłopak, który właśnie dorastał, pracował energicznie, rozrzucając ziemię. Gdy dół się pogłębiał, zatrzymał się i spojrzał w dół, gdzie w dolinie mężczyzna układający kukurydzę w stos wołał kobietę stojącą na ganku domu. Dwie krowy, stojące przy płocie na polu, uniosły głowy i głośno zawyły. "To miejsce, gdzie mogą leżeć zmarli" - wyszeptał McGregor. "Kiedy nadejdzie mój czas, tu się wychowam". Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. "Przeniosę ciało mojego ojca" - powiedział sobie. "Jak zarobię trochę pieniędzy, to to zrobię. Tu wszyscy skończymy, my MacGregorowie."
  Myśl, która przyszła MacGregorowi do głowy, ucieszyła go i był z siebie zadowolony. Mężczyzna w jego wnętrzu sprawił, że wyprostował ramiona. "Jesteśmy jak dwa pióra, tato i ja" - mruknął - "jak dwa pióra, a mama nie rozumiała żadnego z nas. Być może żadna kobieta nigdy nie była nam pisana".
  Wyskakując z dołu, przeskoczył szczyt wzgórza i ruszył w dół, w stronę miasta. Był już wieczór, a słońce zniknęło za chmurami. "Zastanawiam się, czy sam siebie rozumiem, czy ktokolwiek mnie rozumie" - pomyślał, idąc szybko, z brzękiem narzędzi na ramieniu.
  MacGregor nie chciał wracać do miasta i do martwej kobiety w małym pokoju. Pomyślał o żonach górników, służących zmarłych, które siedziały ze skrzyżowanymi ramionami i patrzyły na niego. Skręcił z drogi i usiadł na powalonym pniu, gdzie pewnego niedzielnego popołudnia siedział z czarnowłosym chłopcem pracującym w bilard, a córka przedsiębiorcy pogrzebowego podeszła do niego.
  A potem sama kobieta wspięła się na długie wzgórze. Gdy się zbliżyła, rozpoznał jej wysoką sylwetkę i z jakiegoś powodu poczuł gulę w gardle. Widziała, jak opuszczał miasto z kilofem i łopatą na ramieniu, czekając, jak przypuszczała, wystarczająco długo, by języki się uspokoiły, zanim zaczną plotkować. "Chciałam z tobą porozmawiać" - powiedziała, przeskakując po kłodach i siadając obok niego.
  Przez długi czas mężczyzna i kobieta siedzieli w milczeniu, wpatrując się w miasto w dolinie poniżej. MacGregor pomyślał, że zbladła bardziej niż kiedykolwiek, i wpatrywał się w nią. Jego umysł, bardziej przyzwyczajony do krytycznej oceny kobiet niż chłopak, który kiedyś siedział i rozmawiał z nią na tym samym pniu, zaczął opisywać jej ciało. "Już się garbi" - pomyślał. "Nie chciałbym się z nią teraz kochać".
  Córka grabarza podeszła do niego wzdłuż pnia i w nagłym przypływie odwagi włożyła swoją szczupłą dłoń w jego dłoń. Zaczęła mówić o zmarłej kobiecie leżącej w pokoju na piętrze. "Jesteśmy przyjaciółmi od czasu, gdy odszedłeś" - wyjaśniła. "Lubiła o tobie rozmawiać, i ja też to lubiłam".
  Ośmielona własną śmiałością, kobieta pospieszyła dalej. "Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiał" - powiedziała. "Wiem, że cię nie dorwę. Nie myślę o tym".
  Zaczęła opowiadać o swoich romansach i ponurym życiu z ojcem, ale MacGregor nie mógł skupić się na rozmowie. Gdy zaczęli schodzić ze wzgórza, zapragnął ją podnieść i zanieść, tak jak kiedyś niósł go Szurnięty MacGregor, ale był tak zawstydzony, że nie zaproponował pomocy. Miał wrażenie, jakby ktoś z jego rodzinnego miasta podszedł do niego po raz pierwszy, i spojrzał na jej zgarbioną sylwetkę z dziwną, nową czułością. "Nie pożyję długo, może nie dłużej niż rok. Mam gruźlicę" - wyszeptała cicho, gdy zostawił ją przy wejściu do korytarza prowadzącego do jej domu. MacGregor był tak poruszony jej słowami, że odwrócił się i spędził kolejną godzinę, wędrując samotnie po zboczu wzgórza, zanim poszedł zobaczyć ciało matki.
  
  
  
  W pokoju nad piekarnią McGregor siedział przy otwartym oknie, patrząc na słabo oświetloną ulicę. Jego matka leżała w trumnie w kącie pokoju, a w ciemności za nim siedziały dwie żony górników. Wszyscy milczeli i byli zawstydzeni.
  MacGregor wychylił się przez okno i obserwował grupę górników zebranych na rogu. Pomyślał o córce przedsiębiorcy pogrzebowego, która właśnie umierała, i zastanawiał się, dlaczego nagle podeszła tak blisko niego. "To nie dlatego, że jest kobietą, wiem to" - powiedział sobie, próbując wyrzucić to pytanie z głowy, obserwując ludzi na ulicy poniżej.
  W górniczym miasteczku odbywało się spotkanie. Na skraju chodnika stała skrzynia, na którą wdrapał się ten sam młody Hartnett, który kiedyś rozmawiał z MacGregorem i który zarabiał na życie zbierając ptasie jaja i chwytając wiewiórki na wzgórzach. Był przestraszony i mówił szybko. Wkrótce przedstawił rosłego mężczyznę o płaskim nosie, który, gdy on z kolei wdrapał się na skrzynię, zaczął opowiadać historie i żarty, mające na celu rozbawienie górników.
  MacGregor słuchał. Żałował, że córka przedsiębiorcy pogrzebowego nie siedzi obok niego w ciemnym pokoju. Pomyślał, że chce jej opowiedzieć o swoim życiu w mieście i o tym, jak chaotyczne i nieefektywne wydawało mu się całe współczesne życie. Smutek ogarnął jego umysł i pomyślał o zmarłej matce i o tym, jak ta druga kobieta wkrótce umrze. "To najlepsze. Może nie ma innej drogi, żadnego uporządkowanego postępu do uporządkowanego końca. Może to oznacza śmierć i powrót do natury" - wyszeptał do siebie.
  Na ulicy poniżej, mężczyzna na skrzyni, wędrowny mówca socjalistyczny, zaczął mówić o nadchodzącej rewolucji społecznej. Mówiąc to, MacGregor czuł, jakby jego szczęka rozluźniła się od ciągłego kręcenia, a całe ciało było rozluźnione i pozbawione sił. Mówca tańczył w górę i w dół skrzyni, machając rękami, które również wydawały się wolne, niebędące częścią jego ciała.
  "Głosujcie z nami, a zadanie zostanie wykonane" - krzyknął. "Czy pozwolicie, żeby garstka ludzi rządziła wiecznie? Żyjecie tu jak zwierzęta, oddając hołd swoim panom. Obudźcie się. Dołączcie do nas w walce. Sami możecie być panami, jeśli tylko tak myślicie".
  "Będziesz musiał zrobić coś więcej niż tylko myśleć" - ryknął MacGregor, wychylając się daleko przez okno. I znów, jak zawsze, gdy słyszał wypowiadane przez ludzi słowa, oślepił go gniew. Wyraźnie pamiętał nocne spacery po ulicach miasta i otaczającą go atmosferę chaotycznej nieudolności. I tu, w górniczym miasteczku, było tak samo. Zewsząd widział puste, pozbawione wyrazu twarze i obwisłe, słabo zbudowane ciała.
  "Ludzkość musi być jak potężna pięść, gotowa roztrzaskać i uderzyć. Musi być gotowa zburzyć wszystko, co stanie jej na drodze" - krzyknął, zadziwiając tłum na ulicy i doprowadzając do histerii dwie kobiety siedzące z nim obok martwej kobiety w ciemnym pokoju.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  POGRZEB Nancy McGregor odbył się w Coal Creek. W umysłach górników coś znaczyła. Bojąc się i nienawidząc męża i wysokiego, wojowniczego syna, wciąż żywili czułość do matki i żony. "Straciła pieniądze, wydając nam chleb" - mówili, waląc pięściami w ladę saloonu. Krążyły między nimi plotki i raz po raz wracali do tematu. Fakt, że straciła swojego mężczyznę dwa razy - raz w kopalni, gdy spadła kłoda i zaćmiła mu umysł, a potem, gdy jego ciało leżało czarne i zniekształcone przy drzwiach McCrary'ego, wyrzeźbione po strasznym pożarze kopalni - mógł zostać zapomniany, ale fakt, że kiedyś prowadziła sklep i straciła pieniądze, obsługując go, pozostał.
  W dniu pogrzebu górnicy wyszli z kopalni i stanęli grupami na otwartej ulicy i w opustoszałej piekarni. Pracownicy zmiany nocnej umyli twarze i założyli im białe papierowe kołnierzyki. Właściciel saloonu zamknął drzwi wejściowe i schowawszy klucze do kieszeni, stanął na chodniku, w milczeniu wpatrując się w okna pokoi Nancy McGregor. Inni górnicy, pracownicy zmiany dziennej, wyszli z kopalni wzdłuż pasa startowego. Postawiwszy wiaderka z lunchem na kamieniu przed saloonem, przeszli przez tory kolejowe, uklękli i umyli swoje poczerniałe twarze w czerwonym strumieniu, który sączył się u podnóża nasypu. Głos kaznodziei, szczupłego, osowatego młodego mężczyzny z czarnymi włosami i cieniami pod oczami, przykuł uwagę słuchaczy. Pociąg z koksem przejechał przez tyły sklepów.
  McGregor siedział na czele trumny, ubrany w nowy czarny garnitur. Wpatrywał się w ścianę za głową kaznodziei, głuchy, pogrążony we własnych myślach.
  Za MacGregorem siedziała blada córka przedsiębiorcy pogrzebowego. Pochyliła się do przodu, dotknęła oparcia krzesła przed sobą i usiadła, chowając twarz w białej chusteczce. Jej krzyki przebijały się przez głos kaznodziei w ciasnym, zatłoczonym pomieszczeniu pełnym żon górników, a w trakcie modlitwy za zmarłych dopadł ją gwałtowny atak kaszlu, który zmusił ją do wstania i szybkiego wyjścia z pomieszczenia.
  Po nabożeństwie w pomieszczeniach nad piekarnią przy Main Street uformowała się procesja. Niczym niesforni chłopcy, górnicy podzielili się na grupy i szli za czarnym karawanem i powozem, w którym siedzieli syn zmarłej i ksiądz. Mężczyźni nadal wymieniali spojrzenia i nieśmiało się uśmiechali. Nie było zgody na pójście za ciałem do grobu, a myśląc o synu i uczuciu, jakie zawsze im okazywał, zastanawiali się, czy chciałby, żeby poszli za nim.
  A MacGregor nie zdawał sobie z tego sprawy. Siedział w powozie obok pastora, patrząc pustym wzrokiem ponad głowami koni. Myślał o swoim życiu w mieście i o tym, co będzie tam robił w przyszłości, o Edith Carson siedzącej w taniej sali tanecznej i o wieczorach, które z nią spędził, o fryzjerze na ławce w parku, rozmawiającym o kobietach, i o swoim życiu z matką jako chłopiec w górniczym miasteczku.
  Gdy powóz powoli wspinał się na wzgórze, a za nim górnicy, MacGregor zaczął kochać swoją matkę. Po raz pierwszy uświadomił sobie, że jej życie miało sens i że jako kobieta była równie bohaterska w latach cierpliwej pracy, jak jej mężczyzna, Crack MacGregor, gdy biegł na śmierć w płonącej kopalni. Dłonie MacGregora zadrżały, a ramiona wyprostowały się. Przypomniał sobie mężczyzn, nieme, poczerniałe dzieci ciężkiej pracy, wlokące zmęczone nogi pod górę.
  Po co? MacGregor wstał w powozie i odwrócił się, by spojrzeć na mężczyzn. Potem padł na kolana na siedzeniu powozu i patrzył na nich głodnym wzrokiem, a jego dusza wołała o coś, co, jak sądził, musiało być ukryte pośród ich czarnej masy, o coś, co było motywem przewodnim ich życia, o coś, czego nie szukał i w co nie wierzył.
  McGregor, klęcząc w otwartym powozie na szczycie wzgórza, obserwując maszerujących mężczyzn powoli wkraczających na górę, nagle doświadczył jednego z tych dziwnych przebudzeń, które nagradzają otyłość u grubych dusz. Silny wiatr uniósł dym z pieców koksowniczych i poniósł go w górę zbocza po drugiej stronie doliny, a wiatr zdawał się również unosić część mgły, która przesłaniała mu oczy. U stóp wzgórza, wzdłuż torów kolejowych, zobaczył mały strumień, jeden z krwistoczerwonych strumieni górniczego regionu, i matowoczerwone domy górników. Czerwień pieców koksowniczych, czerwone słońce zachodzące za wzgórzami na zachodzie i wreszcie czerwony strumień płynący niczym rzeka krwi w dół doliny stworzyły scenę, która wypaliła mózg syna górnika. Ścisnęło go w gardle i przez chwilę daremnie próbował odzyskać dawną, satysfakcjonującą nienawiść do miasta i górników, ale było to niemożliwe. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w dół wzgórza, w stronę górników z nocnej zmiany maszerujących pod górę za załogą i powoli poruszającym się karawanem. Wydawało mu się, że oni, tak jak on, wychodzą z dymu i obskurnych domów, oddalając się od brzegów krwistoczerwonej rzeki, ku czemuś nowemu. Co? MacGregor powoli pokręcił głową, niczym cierpiące zwierzę. Chciał czegoś dla siebie, dla wszystkich tych ludzi. Czuł, że z radością padłby trupem, jak Nance MacGregor, gdyby tylko mógł poznać sekret tego pragnienia.
  A potem, jakby w odpowiedzi na krzyk jego serca, szereg maszerujących mężczyzn ruszył w krok. Chwilowy impuls zdawał się przebiegać przez szeregi zgarbionych, utrudzonych postaci. Być może oni również, oglądając się za siebie, dostrzegli wspaniałość obrazu wydrapanego na krajobrazie w czerni i czerwieni i zostali nim poruszeni tak bardzo, że ich ramiona się wyprostowały, a długa, stłumiona pieśń życia zaśpiewała przez ich ciała. Z kołysaniem maszerujący ruszyli w krok. Myśl przemknęła przez głowę MacGregora o innym dniu, gdy stał na tym samym wzgórzu z na wpół szalonym mężczyzną, który wypychał ptaki i siedział na kłodzie przy drodze, czytając Biblię, i jak nienawidził tych ludzi za to, że nie maszerowali z dyscypliną i precyzją żołnierzy, którzy przybyli, by ich pokonać. W jednej chwili zrozumiał, że ktokolwiek nienawidził górników, już ich nie nienawidzi. Z napoleońską intuicją wyciągnął lekcję z wypadku, gdy mężczyźni ruszyli w krok za jego powozem. Wielka, mroczna myśl przemknęła mu przez głowę. "Pewnego dnia nadejdzie człowiek, który zmusi wszystkich robotników świata do takiego postępowania" - pomyślał. "Zmusi ich do pokonania nie siebie nawzajem, ale straszliwego chaosu życia. Jeśli ich życie zostało zrujnowane przez chaos, to nie ich wina. Zostali zdradzeni przez ambicje swoich przywódców, przez wszystkich ludzi". MacGregor pomyślał, że jego myśli pędzą ku ludziom, że impulsy jego umysłu, niczym żywe istoty, biegają między nimi, wzywając ich, dotykając ich, pieszcząc. Miłość ogarnęła jego ducha i sprawiła, że drżały mu ciała. Pomyślał o pracownikach magazynów w Chicago i o milionach innych robotników, którzy w tym wielkim mieście, we wszystkich miastach, wszędzie, pod koniec dnia szli ulicami do swoich domów, nie niosąc ze sobą ani pieśni, ani melodii. Mam nadzieję, że nic, poza kilkoma marnymi dolarami na zakup jedzenia i utrzymanie niekończącego się, szkodliwego systemu rzeczy. "Na moim kraju ciąży klątwa" - zawołał. "Wszyscy przyjechali tu dla zysku, żeby się wzbogacić, żeby odnieść sukces. Załóżmy, że chcieli tu mieszkać. Załóżmy, że mieliby przestać myśleć o zysku, liderzy i ich zwolennicy. Byli dziećmi. Załóżmy, że, jak dzieci, zaczęliby grać w wielką grę. Załóżmy, że mogliby po prostu nauczyć się maszerować i nic więcej. Załóżmy, że zaczęliby robić ze swoimi ciałami to, czego ich umysły nie były w stanie zrobić - po prostu nauczyć się jednej prostej rzeczy - maszerować, ilekroć zbierze się ich dwoje, czworo czy tysiąc, maszerować."
  Myśli MacGregora poruszyły go tak bardzo, że miał ochotę krzyczeć. Zamiast tego jego twarz stwardniała, a on sam spróbował się uspokoić. "Nie, czekaj" - wyszeptał. "Trenuj się. To nada twojemu życiu sens. Bądź cierpliwy i czekaj". Jego myśli znów odpłynęły, pędząc ku nadchodzącym ludziom. Łzy napłynęły mu do oczu. "Mężczyźni nauczyli ich tej ważnej lekcji tylko wtedy, gdy chcieli zabić. Teraz musi być inaczej. Ktoś musi dać im ważną lekcję, tylko dla ich własnego dobra, żeby i oni mogli się jej nauczyć. Muszą pozbyć się strachu, zagubienia i bezcelowości. To musi być pierwsze".
  MacGregor odwrócił się i zmusił do spokojnego siedzenia obok pastora w powozie. Zahartował się na myśl o przywódcach ludzkości, postaciach z starożytnej historii, które niegdyś zajmowały tak centralne miejsce w jego świadomości.
  "Pół nauczyli ich sekretu, tylko po to, by ich zdradzić" - mruknął. "Ludzie książek i umysłów zrobili to samo. Ten facet z opadniętą szczęką na ulicy wczoraj wieczorem - takich jak on musi być tysiące, gadających, aż szczęki im zawisną jak zużyte bramy. Słowa nic nie znaczą, ale kiedy człowiek maszeruje z tysiącem innych ludzi i robi to nie dla chwały jakiegoś króla, to znaczy coś. Wtedy zrozumie, że jest częścią czegoś realnego, złapie rytm mas i zostanie uwielbiony za bycie częścią mas, za to, że jest częścią mas i że masy mają znaczenie. Poczuje się wielki i potężny". MacGregor uśmiechnął się ponuro. "Właśnie to wiedzieli wielcy dowódcy armii" - wyszeptał. "I sprzedawali ludzi. Wykorzystywali tę wiedzę, by ujarzmić ludzi, by zmusić ich do służenia własnym, marnym celom".
  McGregor nadal rozglądał się po mężczyznach, dziwnie zaskoczony sobą i myślą, która przyszła mu do głowy. "Dam radę" - powiedział na głos chwilę później. "Któregoś dnia ktoś to zrobi. Czemu nie ja?"
  Nancy McGregor została pochowana w głębokim dole wykopanym przez jej syna przed kłodą na zboczu wzgórza. Rano w dniu przyjazdu uzyskał on zgodę firmy górniczej, będącej właścicielem terenu, na utworzenie tam miejsca pochówku McGregor.
  Kiedy ceremonia pogrzebowa dobiegła końca, spojrzał na górników stojących na odkrytym zboczu wzgórza i drogi prowadzącej do doliny i poczuł pragnienie, by powiedzieć im, co go dręczy. Poczuł chęć, by wskoczyć na pień obok grobu, przed zielone pola, które kochał jego ojciec, i przez grób Nancy McGregor, krzycząc do nich: "Wasze sprawy będą moimi sprawami. Mój rozum i siła będą wasze. Waszych wrogów rozgromię gołą pięścią". Zamiast tego szybko ich minął i, wspinając się na wzgórze, zszedł w stronę miasta, w zapadającą noc.
  McGregor nie mógł spać ostatniej nocy, którą miał spędzić w Coal Creek. Gdy zapadł zmrok, ruszył ulicą i zatrzymał się u stóp schodów prowadzących do domu córki przedsiębiorcy pogrzebowego. Emocje, które go przytłoczyły w ciągu dnia, złamały mu ducha i tęsknił za kimś równie opanowanym i spokojnym. Kiedy kobieta nie zeszła po schodach ani nie stanęła w korytarzu, jak to robiła w dzieciństwie, podszedł i zapukał do jej drzwi. Razem poszli ulicą Main Street i pod górę.
  Córka przedsiębiorcy pogrzebowego z trudem chodziła i musiała się zatrzymać, by usiąść na kamieniu przy drodze. Kiedy próbowała wstać, MacGregor objął ją, a kiedy protestowała, poklepał ją dużą dłonią po chudym ramieniu i wyszeptał coś do niej. "Cicho bądź" - powiedział. "Nic nie mów. Po prostu bądź spokojna".
  Noce na wzgórzach nad górniczymi miastami są wspaniałe. Długie doliny, poprzecinane torami kolejowymi i szpetne od obskurnych chat górników, giną w miękkiej czerni. Z ciemności wyłaniają się dźwięki. Wagony z węglem skrzypią i protestują, tocząc się po szynach. Głosy krzyczą. Z długim łoskotem jeden z wagonów zrzuca ładunek metalową rynną do wagonu zaparkowanego na torach. Zimą robotnicy pracujący dla przemysłu spirytusowego rozpalają małe ogniska wzdłuż torów, a w letnie noce wschodzi księżyc i z dzikim pięknem muska kłęby czarnego dymu unoszące się z długich rzędów pieców koksowniczych.
  Z chorą kobietą w ramionach MacGregor siedział w milczeniu na zboczu wzgórza nad Coal Creek, pozwalając nowym myślom i nowym impulsom igrać z jego duchem. Miłość do matki, która odżyła w nim tego dnia, powróciła. Wziął kobietę z górniczej krainy w ramiona i mocno przycisnął ją do piersi.
  Zmagający się na wzgórzach swojego kraju mężczyzna, próbujący oczyścić duszę z nienawiści do ludzkości, zaszczepionej w życiu pełnym nieładu, uniósł głowę i mocno przycisnął do siebie ciało córki grabarza. Kobieta, rozumiejąc jego nastrój, skubała jego płaszcz smukłymi palcami, pragnąc umrzeć tam, w ciemności, w ramionach ukochanego mężczyzny. Kiedy wyczuł jej obecność i rozluźnił uścisk na jej ramionach, leżała nieruchomo, czekając, aż zapomni o jej mocnym uścisku, pozwalając jej poczuć jego ogromną siłę i męskość w jej wyczerpanym ciele.
  "To jest praca. To coś wielkiego, co mogę spróbować zrobić" - szepnął do siebie i oczami wyobraźni ujrzał ogromne, chaotyczne miasto na zachodnich równinach, kołysane kołysaniem i rytmem ludzi budzących się i rozbudzających pieśń nowego życia w swoich ciałach.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA IV
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  HIKAGO TO ogromne miasto, w zasięgu którego mieszkają miliony ludzi. Leży w samym sercu Ameryki, niemal w zasięgu słuchu skrzypiących zielonych liści kukurydzy na rozległych polach kukurydzy w dolinie Missisipi. Zamieszkują je rzesze ludzi ze wszystkich narodów, którzy przybyli z zagranicy lub z zachodnich miast, skąd transportowano kukurydzę, by dorobić się fortuny. Zewsząd ludzie są zajęci zbijaniem fortun.
  W małych polskich wioskach szeptano, że "w Ameryce można zarobić mnóstwo pieniędzy", a odważni ludzie wyruszali w drogę, by w końcu, nieco zdezorientowani i zdezorientowani, wylądować w ciasnych, cuchnących pokojach na ulicy Halsted w Chicago.
  W amerykańskich wioskach opowiadano tę historię. Tutaj nie szeptano jej, lecz krzyczano. Czasopisma i gazety spełniały swoje zadanie. Wieść o zarabianiu pieniędzy niosła się po kraju jak wiatr przez zboże. Młodzi ludzie słuchali i uciekali do Chicago. Byli pełni energii i młodości, ale nie mieli żadnych marzeń ani tradycji poświęcenia czemuś innemu niż zysk.
  Chicago to jedna wielka otchłań nieporządku. To żądza zysku, duch burżuazji upojonej pożądaniem. Rezultat jest przerażający. Chicago nie ma przywódcy; jest bezcelowe, niechlujne i podąża śladami innych.
  A za Chicago ciągną się długie, nienaruszone pola kukurydzy. Jest nadzieja dla kukurydzy. Nadchodzi wiosna, a kukurydza zielenieje. Wyrasta z czarnej ziemi i układa się w równe rzędy. Kukurydza rośnie i myśli tylko o wzroście. Owoce docierają do kukurydzy, są ścinane i znikają. Stodoły wypełnione są po brzegi żółtymi ziarnami kukurydzy.
  A Chicago zapomniało o lekcji kukurydzy. Wszyscy mężczyźni o tym zapomnieli. Młodym mężczyznom, którzy przybyli z pól kukurydzy i przenieśli się do miasta, nigdy tego nie powiedziano.
  Raz, i tylko raz, w naszych czasach dusza Ameryki poruszyła się. Wojna secesyjna przetoczyła się przez kraj niczym oczyszczający ogień. Mężczyźni maszerowali razem i wiedzieli, co to znaczy iść ramię w ramię. Krępe, brodate postacie powróciły do wiosek po wojnie. Pojawiły się początki literatury o sile i męskości.
  A potem minął czas smutku i niespokojnego wysiłku, a dobrobyt powrócił. Tylko starzy ludzie byli teraz związani smutkiem tamtych czasów, a nowy smutek narodowy nie narodził się.
  Letni wieczór w Ameryce, a mieszkańcy miast siedzą w domach po całodziennym trudzie. Rozmawiają o dzieciach w szkole lub o nowych trudnościach związanych z wysokimi cenami żywności. W miastach orkiestry grają w parkach. Na wsiach gasną światła, a na odległych drogach słychać stukot pędzących koni.
  Zamyślony mężczyzna, spacerując ulicami Chicago w taki wieczór, widzi kobiety w białych koszulach zawiązanych wokół talii i mężczyzn z cygarami w ustach siedzących na gankach domów. Mężczyzna pochodzi z Ohio. Jest właścicielem fabryki w jednym z dużych miast przemysłowych i przyjechał do miasta, aby sprzedawać swoje produkty. To człowiek z najwyższej półki - cichy, pracowity, życzliwy. W swojej społeczności wszyscy go szanują, a on sam szanuje siebie. Teraz spaceruje i oddaje się myślom. Mija dom położony wśród drzew, gdzie mężczyzna kosi trawnik w świetle wpadającym przez okno. Pieśń kosiarki podnieca spacerowicza. Wędruje ulicą i patrzy przez okno na ryciny na ścianach. Kobieta w bieli siedzi i gra na pianinie. "Życie jest dobre" - mówi, zapalając cygaro; "Coraz bardziej wznosi się ku rodzajowi uniwersalnej sprawiedliwości".
  A potem, w świetle latarni, pieszy dostrzega mężczyznę zataczającego się po chodniku, mamroczącego coś pod nosem i opierającego ręce o ścianę. Widok ten nie zakłóca w znacznym stopniu przyjemnych, satysfakcjonujących myśli błąkających się po jego głowie. Zjadł dobrą kolację w hotelu i wie, że pijani mężczyźni często okazują się niczym więcej niż wesołymi, zarabiającymi na życie psami, które wracają do pracy następnego ranka, czując się potajemnie lepiej po wieczorze spędzonym przy winie i śpiewie.
  Mój troskliwy mężczyzna to Amerykanin z chorobą komfortu i dobrobytu we krwi. Idzie dalej i skręca za róg. Jest zadowolony z cygara, które pali, i, jak postanawia, zadowolony z wieku, w którym żyje. "Agitatorzy mogą się wyżywać" - mówi - "ale ogólnie rzecz biorąc, życie jest dobre i zamierzam wykonywać swoją pracę do końca życia".
  Piechur skręcił za róg w zaułek. Dwóch mężczyzn wyszło z drzwi saloonu i stanęło na chodniku pod latarnią. Machali rękami w górę i w dół. Nagle jeden z nich skoczył do przodu i szybkim pchnięciem, błyskiem zaciśniętej pięści w świetle latarni, zepchnął towarzysza do rowu. Dalej na ulicy zobaczył rzędy wysokich, brudnych, ceglanych budynków, czarnych i złowieszczo wiszących na tle nieba. Na końcu ulicy ogromny mechaniczny aparat uniósł wagony z węglem i z rykiem i hukiem zrzucił je w głąb statku zacumowanego na rzece.
  Walker rzuca cygaro i rozgląda się dookoła. Przed nim, cichą ulicą, idzie mężczyzna. Widzi, jak mężczyzna unosi pięść ku niebu i ze zdumieniem zauważa ruch jego ust, jego wielką, brzydką twarz w świetle lampy.
  Idzie dalej, tym razem śpiesząc się, skręcając za kolejny róg na ulicę pełną lombardów, sklepów odzieżowych i gwaru głosów. Obraz przemyka mu przez myśl. Widzi dwóch chłopców w białych kombinezonach karmiących koniczyną oswojonego królika na trawniku za domem, i tęskni za domem, za domem. W wyobraźni widzi swoich dwóch synów przechadzających się pod jabłoniami, śmiejących się i kłócących o duży bukiet świeżo zerwanej, pachnącej koniczyny. Dziwnie wyglądający, czerwonoskóry mężczyzna z ogromną twarzą, którą widział na ulicy, zerka na dwójkę dzieci zza muru ogrodowego. W jego spojrzeniu widać groźbę, która go niepokoi. Przychodzi mu do głowy, że mężczyzna zerkający zza muru chce zrujnować przyszłość jego dzieci.
  Zapada noc. Kobieta w czarnej sukience z lśniącymi, białymi zębami schodzi po schodach obok sklepu odzieżowego. Wykonuje dziwny, szarpany ruch, odwracając głowę w stronę balkonika. Radiowóz pędzi ulicą, jego dzwonki brzęczą, a dwóch policjantów w niebieskich ubraniach siedzi nieruchomo na jego siedzeniach. Chłopiec - nie starszy niż sześcioletni - biegnie ulicą, podpychając brudne gazety pod nosy mokasynów na rogach ulic, a jego piskliwy, dziecięcy głos unosi się ponad turkotem trolejbusów i brzękiem radiowozu.
  Walker wrzuca cygaro do rynsztoka i, wchodząc po schodach tramwaju, wraca do hotelu. Jego dobry, zamyślony nastrój pryska. Prawie pragnie, by w amerykańskim życiu pojawiło się coś pięknego, ale pragnienie to nie trwa długo. Jest jedynie rozdrażniony, czując, że przyjemny wieczór został w jakiś sposób zrujnowany. Zastanawia się, czy odniesie sukces w interesie, który sprowadził go do miasta. Gasząc światło w pokoju i kładąc głowę na poduszce, wsłuchuje się w hałas miasta, który teraz zlewa się w cichy, nucący pomruk. Myśli o cegielni nad rzeką Ohio i zasypia. Twarz rudowłosego mężczyzny spogląda na niego zza drzwi fabryki.
  
  
  
  Kiedy McGregor wrócił do miasta po pogrzebie matki, natychmiast zaczął próbować urzeczywistnić swoją wizję maszerujących ludzi. Długo nie wiedział, od czego zacząć. Pomysł był mglisty i nieuchwytny. Przywodził na myśl noce spędzone na wzgórzach jego rodzinnego kraju i wydawał się nieco absurdalny, gdy próbował o nim myśleć w świetle dziennym na North State Street w Chicago.
  McGregor czuł, że musi się przygotować. Wierzył, że może studiować książki i wiele się nauczyć z idei wyrażanych w nich przez ludzi, nie dając się rozproszyć ich myślom. Został uczniem i opuścił magazyn jabłek, ku skrytej uldze drobnego, bystrego kierownika, który nigdy nie potrafił się złościć na wielkiego czerwonego faceta tak, jak na Niemca. To było jeszcze przed czasami McGregora. Magazynier wyczuł, że coś się wydarzyło podczas spotkania na rogu przed saloonem w dniu, w którym McGregor zaczął dla niego pracować. Syn górnika pozbawił go personelu. "Człowiek powinien być szefem tam, gdzie jest" - mruczał czasami do siebie, przechadzając się korytarzami między rzędami beczek z jabłkami na szczycie magazynu, zastanawiając się, dlaczego obecność McGregora go irytuje.
  Od szóstej wieczorem do drugiej w nocy McGregor pracował jako nocny kasjer w restauracji przy South State Street niedaleko Van Buren, a od drugiej do siódmej rano spał w pokoju z widokiem na Michigan Boulevard. W czwartek miał wolne; jego miejsce na wieczór zajął właściciel restauracji, niski, pobudliwy Irlandczyk o imieniu Tom O'Toole.
  Szansa na studia dla McGregora pojawiła się dzięki kontu bankowemu należącemu do Edith Carson. Okazja nadarzyła się w ten sposób. Pewnego letniego wieczoru po powrocie z Pensylwanii siedział z nią w zaciemnionym sklepie za zamkniętymi drzwiami z siatki. McGregor był ponury i milczał. Poprzedniego wieczoru próbował porozmawiać z kilkoma mężczyznami w magazynie o Marszowych, ale nie zrozumieli. Obwiniał za to swoją niezdolność do mówienia, siedział w półmroku, z twarzą ukrytą w dłoniach, wpatrując się w ulicę, nic nie mówiąc i pogrążając się w gorzkich myślach.
  Pomysł, który mu przyszedł do głowy, odurzył go swoimi możliwościami i wiedział, że nie może mu na to pozwolić. Chciał, żeby ludzie robili proste, znaczące rzeczy, a nie chaotyczne i nieskuteczne, i czuł nieustanną potrzebę, żeby wstać, przeciągnąć się, wybiec na ulicę i swoimi ogromnymi dłońmi sprawdzić, czy nie zdoła zmieść ludzi przed sobą, wysyłając ich w długi, celowy marsz, który zapoczątkuje odrodzenie świata i nada sens ich życiu. Potem, gdy już wypędził gorączkę z krwi i przestraszył ludzi na ulicach ponurym wyrazem twarzy, próbował nauczyć się siedzieć cicho i czekać.
  Kobieta siedząca obok niego w niskim bujanym fotelu próbowała mu powiedzieć coś, co miała na myśli. Serce podskoczyło jej w piersiach, a ona mówiła powoli, robiąc przerwy między zdaniami, żeby ukryć drżenie głosu. "Czy pomogłoby ci w tym, co chcesz robić, gdybyś mógł opuścić magazyn i spędzać dni na nauce?" - zapytała.
  MacGregor spojrzał na nią i skinął głową z roztargnieniem. Pomyślał o nocach w swoim pokoju, kiedy ciężka praca w magazynie zdawała się przytępiać jego umysł.
  "Poza interesami tutaj, mam tysiąc siedemset dolarów w kasie oszczędnościowej" - powiedziała Edith, odwracając się, by ukryć płomienną nadzieję w oczach. "Chcę je zainwestować. Nie chcę, żeby leżały bezczynnie. Chcę, żebyś je wziął i został prawnikiem".
  Edith siedziała nieruchomo na krześle, czekając na jego odpowiedź. Czuła, że wystawiła go na próbę. W jej umyśle zrodziła się nowa nadzieja. "Jeśli ją przyjmie, nie wyjdzie po prostu pewnej nocy za drzwi i już nigdy nie wróci".
  McGregor próbował się zastanowić. Nie próbował jej tłumaczyć swojego nowego spojrzenia na życie i nie wiedział, od czego zacząć.
  "W końcu, czemu nie trzymać się mojego planu i nie zostać prawnikiem?" - zapytał sam siebie. "To może otworzyć drzwi. Zrobię to" - powiedział na głos do kobiety. "Ty i mama o tym rozmawiałyście, więc spróbuję. Tak, wezmę pieniądze".
  Spojrzał na nią ponownie, gdy siedziała przed nim, zarumieniona i płomienna, i wzruszyła go jej oddanie, tak jak wzruszyła go oddanie córki przedsiębiorcy pogrzebowego z Coal Creek. "Nie mam nic przeciwko temu, że mam wobec ciebie zobowiązania" - powiedział. "Nie znam nikogo innego, komu mógłbym je przyjąć".
  Później, zaniepokojony mężczyzna szedł ulicą, próbując ułożyć nowe plany, aby osiągnąć swój cel. Zirytowany tym, co uważał za otępienie własnego mózgu, uniósł pięść, by przyjrzeć mu się w świetle lampy. "Przygotuję się, by użyć tego mądrze" - pomyślał. "Człowiek potrzebuje wyćwiczonego mózgu, wspartego wielką pięścią, w walce, w którą zaraz się wda".
  Właśnie wtedy mężczyzna z Ohio przeszedł obok z rękami w kieszeniach, przykuwając jego uwagę. Nozdrza McGregora wypełnił aromat bogatego, aromatycznego tytoniu. Odwrócił się i zatrzymał, patrząc na intruza, zamyślony. "Z tym właśnie będę walczył" - warknął. "Wygodnie zamożni ludzie, którzy akceptują chaotyczny świat, zadowoleni z siebie ludzie, którzy nie widzą w nim nic złego. Chciałbym ich nastraszyć, żeby wyrzucili cygara i zaczęli uciekać jak mrówki, gdy kopiesz mrowiska na polu".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  Pan S. G. REGOR NACHALC uczestniczył w kilku zajęciach na Uniwersytecie Chicagowskim i przechadzał się wśród potężnych budynków, wzniesionych w dużej mierze dzięki hojności jednego z czołowych biznesmenów jego kraju, zastanawiając się, dlaczego ten wielki ośrodek nauki wydawał się tak mało znaczącą częścią miasta. Uniwersytet wydawał mu się całkowicie odizolowany, nieharmonijny z otoczeniem. Był jak kosztowna ozdoba na brudnej ręce ulicznego urwisa. Nie został tam długo.
  Pewnego dnia, podczas zajęć, popadł w niełaskę u profesora. Siedział w sali wśród innych studentów, myślami zajęty przyszłością i tym, jak mógłby zapoczątkować marsz ludowy. Na krześle obok niego siedziała rosła dziewczyna o niebieskich oczach i włosach jak pszenica. Podobnie jak McGregor, nie zdawała sobie sprawy z tego, co się z nią dzieje, i siedziała z przymkniętymi oczami, obserwując go. W kącikach jej oczu błysnął błysk rozbawienia. Naszkicowała jego ogromne usta i nos na kartce papieru.
  Po lewej stronie McGregora, młody mężczyzna siedział z wyciągniętymi nogami w przejściu, myśląc o jasnowłosej dziewczynie i planując kampanię przeciwko niej. Jego ojciec był producentem skrzynek na jagody w ceglanym budynku na West Side i chciał iść na studia do innego miasta, żeby nie musieć mieszkać w domu. Cały dzień myślał o obiedzie i przyjeździe ojca, zdenerwowanego i zmęczonego, aby pokłócić się z matką o zarządzanie służbą. Teraz próbował opracować plan, jak zdobyć pieniądze od matki, żeby móc zjeść kolację w restauracji w centrum. Wyczekiwał takiego wieczoru z paczką papierosów na stole i jasnowłosą dziewczyną siedzącą naprzeciwko niego w czerwonym świetle. Był typowym Amerykaninem z wyższej klasy średniej i poszedł na uniwersytet tylko dlatego, że nie spieszyło mu się z rozpoczęciem kariery w świecie handlu.
  Przed MacGregorem siedział inny typowy student, blady, zdenerwowany młody mężczyzna, bębniący palcami po okładce książki. Bardzo poważnie traktował zdobywanie wiedzy, a kiedy profesor zrobił pauzę, splótł dłonie i zadał pytanie. Kiedy profesor się uśmiechnął, wybuchnął głośnym śmiechem. Był jak instrument, na którym profesor brzdąkał akordy.
  Profesor, niski mężczyzna z gęstą, czarną brodą, masywnymi ramionami i dużymi, jaskrawymi okularami, przemówił piskliwym, podekscytowanym głosem.
  "Świat jest pełen niepokoju" - powiedział. "Ludzie walczą jak kurczaki w skorupie. W głębi duszy każdego człowieka rodzą się niespokojne myśli. Zwracam waszą uwagę na to, co dzieje się na niemieckich uniwersytetach".
  Profesor zatrzymał się i rozejrzał. McGregor był tak zirytowany tym, co uznał za gadatliwość mężczyzny, że nie mógł się powstrzymać. Czuł to samo, co wtedy, gdy socjalistyczny mówca przemawiał na ulicach Coal Creek. Przeklinając, wstał i kopnął krzesło. Zeszyt spadł z kolan dużej dziewczyny, rozrzucając liście po podłodze. Światło rozświetliło niebieskie oczy McGregora. Gdy stał przed przestraszoną klasą, jego głowa, duża i czerwona, miała w sobie coś szlachetnego, jak głowa pięknego zwierzęcia. Głos wyrwał mu się z gardła, a dziewczyna spojrzała na niego z otwartymi ustami.
  "Wędrujemy z pokoju do pokoju, słuchając rozmów" - zaczął McGregor. "Wieczorami na rogach ulic w centrum, w miasteczkach i wioskach, mężczyźni rozmawiają i rozmawiają. Książki są pisane, szczęki się chwieją. Luźne szczęki mężczyzn wiszą. Luźno wiszą, nic nie mówiąc".
  Wzburzenie McGregora rosło. "Skoro panuje cały ten chaos, dlaczego nic się nie dzieje?" - pytał. "Dlaczego wy, wasze wyćwiczone umysły, nie spróbujecie odnaleźć ukrytego porządku pośród tego chaosu? Czemu nic się nie dzieje?"
  Profesor chodził tam i z powrotem po podium. "Nie rozumiem, co masz na myśli" - wykrzyknął nerwowo. MacGregor powoli odwrócił się i wpatrzył w klasę. Próbował wyjaśnić. "Dlaczego mężczyźni nie żyją jak mężczyźni?" - zapytał. "Powinni nauczyć się maszerować, setki tysięcy z nich. Nie sądzisz?"
  Głos MacGregora się podniósł, a jego ogromna pięść uniosła. "Świat musi stać się wielkim obozem" - wykrzyknął. "Mózgi świata muszą być w organizacji ludzkości. Wszędzie panuje chaos, a ludzie gadają jak małpy w klatce. Czemu nikt nie zacznie organizować nowej armii? Jeśli są ludzie, którzy nie rozumieją, o co mi chodzi, niech zostaną obaleni".
  Profesor pochylił się do przodu i spojrzał na McGregora znad okularów. "Rozumiem, co masz na myśli" - powiedział drżącym głosem. "Zajęcia są zakończone. Potępiamy tu przemoc".
  Profesor pospiesznie przeszedł przez drzwi i długim korytarzem, a za nim rozległy się rozmowy w klasie. McGregor siedział na krześle w pustej sali, wpatrując się w ścianę. Wychodząc, profesor mruknął do siebie: "Co tu się dzieje? Co się dzieje w naszych szkołach?"
  
  
  
  Późnym wieczorem następnego dnia MacGregor siedział w swoim pokoju, rozmyślając o tym, co wydarzyło się na zajęciach. Postanowił, że nie będzie już spędzał czasu na uniwersytecie i całkowicie poświęci się studiowaniu prawa. Dołączyło do niego kilku młodych mężczyzn.
  Wśród studentów uniwersytetu MacGregor wydawał się bardzo stary. Potajemnie go podziwiano i często był tematem rozmów. Ci, którzy go teraz odwiedzali, chcieli, żeby wstąpił do Bractwa Literatury Greckiej. Siedzieli w pobliżu jego pokoju, na parapecie i na skrzyni pod ścianą. Palili fajki i byli po chłopięcemu energiczni i pełni entuzjazmu. Rumieniec zajaśniał na policzkach przedstawiciela - schludnego młodego mężczyzny o czarnych kręconych włosach i okrągłych, różowobiałych policzkach, syna pastora prezbiteriańskiego z Iowa.
  "Nasi towarzysze wybrali cię, żebyś był jednym z nas" - powiedział przedstawiciel. "Chcemy, żebyś został Alfą Betą Pi. To wspaniałe bractwo z oddziałami w najlepszych szkołach w kraju. Powiem ci szczerze".
  Zaczął wymieniać nazwiska mężów stanu, profesorów uniwersyteckich, biznesmenów i znanych sportowców, którzy byli członkami zakonu.
  McGregor siedział pod ścianą, patrząc na gości i zastanawiając się, co powie. Był nieco zaskoczony i na wpół urażony, czuł się jak człowiek zatrzymany na ulicy przez ucznia szkółki niedzielnej, który pyta o jego dobrostan duchowy. Myślał o Edith Carson czekającej na niego w swoim sklepie na Monroe Street; o rozgniewanych górnikach stojących w saloonie Coal Creek, przygotowujących się do szturmu na restaurację, podczas gdy on siedział z młotem w dłoni, oczekując bitwy; o starej Matce Nieszczęściu kroczącej pieszo, u stóp koni żołnierzy, ulicami obozu górniczego; i wreszcie o przerażającej pewności, że ci bystrzy chłopcy zostaną unicestwieni, pochłonięci przez ogromne miasto handlowe, w którym mieli żyć.
  "To wiele znaczy, gdy ktoś rusza w świat" - powiedział kręcony młodzieniec. "To pomaga się dogadać i poznać właściwych ludzi. Nie da się żyć bez tych, których się zna. Powinieneś przebywać z najlepszymi facetami". Zawahał się i spojrzał na podłogę. "Nie mam nic przeciwko temu" - powiedział z błyskiem szczerości - "że jeden z naszych silniejszych mężczyzn - matematyk Whiteside - chciał, żebyś poszedł z nami. Powiedział, że jesteś tego wart. Uważał, że powinieneś nas zobaczyć i poznać lepiej, a my powinniśmy zobaczyć ciebie i poznać cię".
  MacGregor wstał i zdjął kapelusz z kołka na ścianie. Czując całkowitą daremność prób wyrażenia tego, co go dręczy, zszedł po schodach na ulicę. Grupa chłopców podążała za nim w zakłopotanym milczeniu, potykając się w ciemności korytarza. Przy drzwiach wejściowych zatrzymał się i spojrzał na nich, usiłując ubrać myśli w słowa.
  "Nie mogę zrobić tego, o co prosisz" - powiedział. "Lubię cię i cieszę się, że mnie zapraszasz, żebym z tobą poszedł, ale planuję rzucić studia". Jego głos złagodniał. "Chciałbym się z tobą zaprzyjaźnić" - dodał. "Mówisz, że poznanie ludzi wymaga czasu. Cóż, chciałbym cię poznać, kiedy jesteś tym, kim jesteś teraz. Nie chcę cię znać, kiedy staniesz się tym, kim się staniesz".
  McGregor odwrócił się, zbiegł po pozostałych schodach na kamienny chodnik i szybko ruszył ulicą. Na jego twarzy zastygł surowy wyraz i wiedział, że spędzi spokojną noc, rozmyślając o tym, co się stało. "Nienawidzę bić chłopaków" - pomyślał, spiesząc się do swojej wieczornej pracy w restauracji.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  Kiedy MCG REGOR _ _ _ uzyskał prawo wykonywania zawodu i był gotowy zająć swoje miejsce wśród tysięcy młodych prawników rozsianych po całym Chicago, podjął decyzję o założeniu własnej kancelarii. Nie chciał spędzić całego życia na kłótniach z innymi prawnikami o błahostki. Uważał za obrzydliwe, że jego miejsce w życiu zależało od umiejętności doszukiwania się wad.
  Noc w noc wędrował samotnie ulicami, rozmyślając o tym. Wpadał w gniew i przeklinał. Czasami tak przytłaczała go daremność życia, jakie mu zaoferowano, że kusiło go, by opuścić miasto i stać się włóczęgą, jednym z tłumów przedsiębiorczych, niezadowolonych dusz, które spędzają życie, wędrując tam i z powrotem wzdłuż amerykańskich torów kolejowych.
  Kontynuował pracę w restauracji przy South State Street, która zyskała już sobie mecenasów półświatka. Wieczorami, od szóstej do południa, panował spokój, a on siadał, czytał książki i obserwował niespokojny tłum przemykający się za oknem. Czasami tak bardzo go to pochłaniało, że klient przechodził obok i uciekał przez drzwi, nie płacąc rachunku. Na State Street ludzie nerwowo krążyli tam i z powrotem, wędrując to tu, to tam, bez celu, niczym bydło w zagrodzie. Kobiety w tanich imitacjach sukienek, które nosiły ich siostry dwie przecznice dalej na Michigan Avenue, z pomalowanymi twarzami, zerkały ukradkiem na mężczyzn. W jasno oświetlonych magazynach, gdzie wystawiano tanie i imponujące przedstawienia, nieustannie dudnił fortepian.
  W oczach ludzi wylegujących się wieczorami na South State Street malował się wyrazisty, przerażający, pusty, bezcelowy obraz współczesnego życia. Wraz z tym spojrzeniem zniknęły powłóczenie nogami, kręcenie szczęką i wypowiadanie bezsensownych słów. Na ścianie budynku naprzeciwko wejścia do restauracji wisiał transparent z napisem "Kwatera Główna Socjalistów". Tam, gdzie współczesne życie znalazło niemal idealny wyraz, gdzie nie było ani dyscypliny, ani porządku, gdzie ludzie nie poruszali się, lecz dryfowali niczym patyki na obmytej wodą plaży, wisiał socjalistyczny transparent z obietnicą współpracy. Społeczności.
  McGregor spojrzał na baner i poruszających się ludzi i pogrążył się w medytacji. Wychodząc zza kasy biletowej, zatrzymał się przed drzwiami i rozejrzał. W jego oczach płonął ogień, a pięści wciśnięte w kieszenie płaszcza zacisnęły się. Znów, tak jak jako dziecko w Coal Creek, nienawidził ludzi. Piękna miłość do ludzkości, zbudowana na marzeniu o ludzkości, napędzanej jakąś wielką pasją do porządku i sensu, przepadła.
  Po północy w restauracji ruch się ożywił. Kelnerzy i barmani z modnych restauracji w dzielnicy Loop zaczęli wpadać, żeby poznać swoje koleżanki. Kiedy weszła kobieta, podeszła do jednego z młodych mężczyzn. "Jaki wieczór mieliście?" - zapytali się nawzajem.
  Kelnerzy, którzy przybyli, stali i cicho rozmawiali. Rozmawiając, bezmyślnie praktykowali sztukę ukrywania pieniędzy przed klientami, którzy byli ich źródłem dochodu. Bawili się monetami, podrzucając je w powietrze, ściskając w dłoniach, sprawiając, że pojawiały się i znikały z zadziwiającą szybkością. Niektórzy siedzieli na stołkach wzdłuż lady, jedząc ciasto i popijając gorącą kawę.
  Kucharz w długim, brudnym fartuchu wszedł z kuchni do pokoju, postawił talerz na blacie i zaczął jeść jego zawartość. Próbował zdobyć podziw próżniaków przechwałkami. Głośnym głosem, poufale, wołał do kobiet siedzących przy stolikach pod ścianą. Kucharz pracował kiedyś w cyrku wędrownym i nieustannie opowiadał o swoich przygodach w podróży, dążąc do tego, by stać się bohaterem w oczach publiczności.
  MacGregor czytał książkę leżącą przed nim na ladzie i starał się zapomnieć o otaczającym go brudnym nieładzie. Czytał ponownie o wielkich postaciach historycznych, żołnierzach i mężach stanu, którzy byli przywódcami. Kiedy kucharz zadawał mu pytanie lub robił uwagę przeznaczoną dla jego uszu, podnosił wzrok, kiwał głową i czytał dalej. Kiedy w pokoju zaczynało się zamieszanie, warczał rozkaz i niepokój ustępował. Od czasu do czasu podchodzili do niego dobrze ubrani, na wpół pijani mężczyźni w średnim wieku i pochylając się nad ladą, szeptali coś do niego. Skinął na jedną z kobiet siedzących przy stolikach pod ścianą, leniwie bawiących się wykałaczkami. Kiedy podeszła, wskazał na mężczyznę i powiedział: "On chce postawić ci obiad".
  Kobiety z półświatka siedziały przy stołach i rozmawiały o McGregorze, każda po cichu pragnąc, by był jej kochankiem. Plotkowały jak żony z przedmieść, wypełniając swoje rozmowy niejasnymi odniesieniami do tego, co powiedział. Komentowały jego ubrania i lektury. Kiedy na nie patrzył, uśmiechały się i wierciły niespokojnie, jak nieśmiałe dzieci.
  Jedna z kobiet z półświatka, szczupła kobieta o zapadniętych, czerwonych policzkach, siedziała przy stole, rozmawiając z innymi kobietami o hodowli białych kur rasy Leghorn. Ona i jej mąż, gruby, stary, siwy kelner, który pracował jako kelner w zapadłej restauracji, kupili dziesięcioakrową wiejską farmę i pomagała ją opłacać pieniędzmi zarobionymi wieczorami na ulicy. Niska, ciemnooka kobieta, siedząca obok palacza, dotknęła wiszącego na ścianie płaszcza i wyjmując z kieszeni kawałek białej tkaniny, zaczęła szkicować bladoniebieskie kwiaty na pasie koszuli. Młody mężczyzna o niezdrowej cerze siedział na stołku przy ladzie, rozmawiając z kelnerem.
  "Reformatorzy stworzyli piekło dla biznesu" - chwalił się młody mężczyzna, rozglądając się, żeby upewnić się, że ma publiczność. "Kiedyś, podczas Wystawy Światowej, pracowały u mnie na State Street cztery kobiety, ale teraz mam tylko jedną, która połowę czasu spędza płacząc i chorując".
  MacGregor przestał czytać książkę. "Każde miasto ma swoje miejsce występku, miejsce, gdzie choroby pojawiają się i zatruwają ludzi. Najwybitniejsze umysły prawodawcze świata nie poczyniły żadnych postępów w walce z tym złem" - czytamy w raporcie.
  Zamknął książkę, odrzucił ją na bok i spojrzał na swoją wielką pięść leżącą na ladzie i młodego mężczyznę przechwalającego się kelnerowi. Uśmiech igrał w kącikach jego ust. Zamyślony otworzył i zamknął pięść. Potem, biorąc książkę prawniczą z półki pod ladą, zaczął czytać dalej, poruszając ustami i opierając głowę na dłoniach.
  Kancelaria prawnicza McGregora mieściła się na piętrze, nad sklepem z używaną odzieżą przy Van Buren Street. Tam siedział przy biurku, czytając i czekając, a wieczorami wracał do restauracji przy State Street. Od czasu do czasu udawał się na komisariat policji przy Harrison Street, aby wysłuchać rozprawy, i pod wpływem O'Toole'a co jakiś czas przydzielano mu sprawę, która przynosiła mu kilka dolarów. Starał się myśleć o latach spędzonych w Chicago jako o latach szkolenia. Wiedział, co chce robić, ale nie wiedział, od czego zacząć. Instynktownie czekał. Widział marsz i kontrmarsz wydarzeń w życiu ludzi maszerujących po chodnikach pod oknem jego biura, widział oczami wyobraźni górników z pensylwańskiej wioski schodzących ze wzgórz, by zniknąć pod ziemią, obserwował spieszące się dziewczyny. Wahadłowe drzwi domów towarowych wczesnym rankiem, zastanawiając się, który z nich będzie teraz siedział bezczynnie z wykałaczkami w O'Toole's, czekając na słowo lub ruch na powierzchni tego ludzkiego morza, który stanie się znakiem. Dla zewnętrznego obserwatora mógł wydawać się po prostu kolejnym wyczerpanym człowiekiem współczesnego życia, dryfującym w morzu rzeczy, ale nim nie był. Ludzie przechadzający się ulicami z namiętną powagą o niczym zdołali wciągnąć go w wir komercji, w którym walczyli i w który rok po roku wciągani byli najlepsi przedstawiciele amerykańskiej młodzieży.
  Pomysł, który zrodził się w nim, gdy siedział na wzgórzu nad górniczym miasteczkiem, narastał i narastał. Dniem i nocą śnił o namacalnych, fizycznych przejawach robotników dochodzących do władzy i o grzmocie milionów stóp wstrząsających światem i wlewających w dusze Amerykanów wielką pieśń porządku, celu i dyscypliny.
  Czasami wydawało mu się, że sen nigdy nie stanie się niczym więcej niż snem. Siedział w swoim zakurzonym biurze, a łzy napływały mu do oczu. W takich chwilach był przekonany, że ludzkość na zawsze będzie podążać tą samą starą ścieżką, że młodzi będą się starzeć, tyć, gnić i umierać w wielkiej fluktuacji i rytmie życia, pozostając dla nich pozbawioną znaczenia tajemnicą. "Będą widzieć pory roku i planety maszerujące przez kosmos, ale nie będą chodzić" - mruknął, podchodząc do okna i patrząc w dół na brud i nieporządek ulicy.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IV
  
  DO BIURA Na Van Buren Street, gdzie McGregor zajmował jeszcze jedno biurko oprócz swojego. Biurko należało do niskiego mężczyzny z nietypowo długimi wąsami i tłustymi plamami na klapie marynarki. Przyszedł rano i usiadł na krześle z nogami na biurku. Palił długie czarne cygara i czytał poranne gazety. Na szklanej szybie drzwi widniał napis: "Henry Hunt, pośrednik w obrocie nieruchomościami". Po przeczytaniu porannych gazet zniknął i wrócił zmęczony i przygnębiony późnym popołudniem.
  Działalność Henry'ego Hunta w branży nieruchomości była mitem. Chociaż nie kupował ani nie sprzedawał nieruchomości, upierał się przy swoim nazwisku, a na jego biurku leżał stos formularzy z listą rodzajów nieruchomości, w których się specjalizował. Na ścianie wisiało oprawione w szklaną ramę zdjęcie jego córki, absolwentki Hyde Park High School. Tego ranka, wychodząc, zatrzymał się, by spojrzeć na McGregora i powiedział: "Jeśli ktoś będzie szukał nieruchomości, proszę się tym zająć w moim imieniu. Będę przez jakiś czas nieobecny".
  Henry Hunt był poborcą dziesięciny dla politycznych przywódców Pierwszej Dzielnicy. Całymi dniami chodził z miejsca na miejsce w dzielnicy, przeprowadzając wywiady z kobietami, sprawdzając ich nazwiska w małej czerwonej książeczce, którą nosił w kieszeni, obiecując, żądając, rzucając zawoalowane groźby. Wieczorami siadał w swoim mieszkaniu z widokiem na Jackson Park i słuchał, jak jego córka gra na pianinie. Nienawidził swojego miejsca w życiu z całego serca i dojeżdżając tam i z powrotem do miasta pociągami Illinois Central, patrzył na jezioro i marzył o posiadaniu farmy i wolnym życiu na wsi. W wyobraźni widział kupców stojących i plotkujących na chodniku przed swoimi sklepami w wiosce w Ohio, gdzie mieszkał jako chłopiec, i w wyobraźni widział siebie znowu jako chłopca, wieczorami pędzącego krowy wiejską ulicą, oddającego się uroczym, małym zabawom. Plusk i plask bosych stóp w głębokim kurzu.
  To właśnie Henry Hunt, w swoim tajnym biurze, jako kolekcjoner i asystent "szefa" pierwszej sekcji, przyczynił się do pojawienia się McGregora jako postaci publicznej w Chicago.
  Pewnej nocy młody mężczyzna - syn jednego z miejskich spekulantów zbożowych, milionerów - został znaleziony martwy w małej uliczce za ośrodkiem wypoczynkowym znanym jako Mary's House przy Polk Street. Leżał skulony pod płotem z desek, zupełnie martwy, z siniakiem na głowie. Policjant znalazł go i zaciągnął do latarni na rogu uliczki.
  Policjant stał pod latarnią od dwudziestu minut, machając pałką. Nic nie słyszał. Podszedł młody mężczyzna, dotknął go w ramię i coś wyszeptał. Kiedy odwrócił się, by wejść do zaułka, młody mężczyzna pobiegł ulicą.
  
  
  
  Władze Chicago First Ward wpadły we wściekłość, gdy ujawniono tożsamość zmarłego. "Szef", łagodny mężczyzna o błękitnych oczach, w schludnym szarym garniturze i jedwabistym wąsie, stał w swoim biurze, konwulsyjnie otwierając i zaciskając pięści. Następnie wezwał młodego mężczyznę i posłał po Henry'ego Hunta i znanego policjanta.
  Przez tygodnie chicagowskie gazety prowadziły kampanię przeciwko występkom. Tłumy reporterów tłoczyły się w Izbie Reprezentantów. Codziennie publikowali oni werbalne portrety życia w półświatku. Na pierwszych stronach gazet pojawiały się artykuły o senatorach, gubernatorach i milionerach rozwiedzionych z żonami, a także nazwiska Ugly Brown Chophouse Sama i Caroline Keith, wraz z opisami ich lokali, godzinami zamknięcia oraz klasą i wielkością ich klientów. Pijany mężczyzna tarzał się po podłodze na zapleczu saloonu na Dwudziestej Drugiej Ulicy, ukradziono mu portfel, a jego zdjęcie pojawiło się na pierwszych stronach porannych gazet.
  Henry Hunt siedział w swoim biurze przy Van Buren Street, drżąc ze strachu. Spodziewał się, że zobaczy swoje nazwisko w gazecie i ujawni swój zawód.
  Władze rządzące Pierwszą Parafią - cisi i sprytni ludzie, którzy wiedzieli, jak zarabiać pieniądze i zyski, co było kwintesencją komercji - były przerażone. W sławie zmarłego dostrzegli prawdziwą szansę dla swoich bezpośrednich wrogów - prasy. Przez kilka tygodni siedzieli cicho, zmagając się z burzą publicznej dezaprobaty. W ich umyśle parafia była odrębnym królestwem, czymś obcym i oddzielonym od miasta. Wśród ich zwolenników byli ludzie, którzy od lat nie przekraczali Van Buren Street na obce terytorium.
  Nagle w umysłach tych mężczyzn zajaśniało zagrożenie. Niczym mały, cichy szef, podwładny zacisnął pięść. Ostrzegawczy okrzyk rozbrzmiał echem po ulicach i zaułkach. Niczym ptaki drapieżne spłoszone w gniazdach, trzepotały skrzydłami, wrzeszcząc. Rzucając cygaro do rynsztoka, Henry Hunt przebiegł przez oddział. Od domu do domu niósł okrzyk: "Schowajcie się! Nie róbcie zdjęć!".
  Mały szef w swoim gabinecie, w salonie, spojrzał z Henry'ego Hunta na policjanta. "Nie ma czasu na wahanie" - powiedział. "Jeśli zadziałamy szybko, okaże się to błogosławieństwem. Musimy aresztować i postawić przed sądem tego zabójcę, i musimy to zrobić teraz. Kto jest naszym człowiekiem? Szybko. Działajmy".
  Henry Hunt zapalił nowe cygaro. Nerwowo bawił się opuszkami palców, żałując, że nie opuścił pokoju i nie uciekł od wścibskich oczu prasy. W myślach słyszał, jak jego córka krzyczy z przerażenia na widok jego imienia wypisanego jaskrawymi literami, widocznymi dla wszystkich, i pomyślał o niej, o jej młodzieńczej twarzy zarumienionej z obrzydzenia, odwracającej się od niego na zawsze. Jego myśli pędziły w panice. Imię wyrwało mu się z ust. "To mógł być Andy Brown" - powiedział, zaciągając się cygarem.
  Mały szef obrócił krzesło. Zaczął zbierać papiery rozrzucone na stole. Kiedy się odezwał, jego głos znów był miękki i delikatny. "To był Andy Brown" - powiedział. "Wyszeptaj słowo "o". Niech pracownik Tribune znajdzie Browna. Zrób to dobrze, a uratujesz sobie głowę i pozbędziesz się tych głupich papierów z pleców Numeru Jeden".
  
  
  
  Aresztowanie Browna przyniosło wytchnienie jego protegowanemu. Przepowiednia bystrego szefa sprawdziła się. Gazety porzuciły głośne apele o reformy i zaczęły domagać się życia Andrew Browna. Artyści gazetowi wdarli się na komisariat i pospiesznie szkicowali te obrazy, które godzinę później pojawiły się na twarzach statystów na ulicach. Poważni badacze wykorzystali ich zdjęcia jako nagłówki artykułów zatytułowanych "Charakterystyka kryminalna głowy i twarzy".
  Sprytny i pomysłowy dziennikarz gazety nazwał Browna "Jekyllem i Hyde"em" z wycinka i zasugerował inne morderstwa popełnione tą samą ręką. Ze stosunkowo spokojnego życia niezbyt pracowitego Yeghmana, Brown wyłonił się z najwyższego piętra umeblowanego domu przy State Street, by ze stoickim spokojem stawić czoła światu mężczyzn - oku cyklonu, wokół którego wirował gniew budzącego się miasta.
  Myśl, która przemknęła przez głowę Henry'ego Hunta, gdy siedział w cichym gabinecie swojego szefa, to stworzenie okazji dla MacGregora. On i Andrew Brown przyjaźnili się od miesięcy. Yeggman, potężnie zbudowany, wolno mówiący mężczyzna, przypominał doświadczonego maszynistę lokomotywy. Przybywszy do O'Toole'a w ciszy między ósmą a dwunastą, zasiadł do kolacji i rozmawiał z młodym prawnikiem półżartem, z humorem. W jego oczach czaiło się okrutne okrucieństwo, złagodzone lenistwem. To on nadał MacGregorowi przydomek, który wciąż przylgnął do niego w tej dziwnej, dzikiej krainie: "Sędzia Mac, Wielki Człowiek".
  Kiedy został aresztowany, Brown wezwał McGregora i zaproponował, że przekaże mu swoją sprawę. Kiedy młody prawnik odmówił, upierał się. Rozmawiali o tym w celi więzienia okręgowego. Strażnik stał za nimi w drzwiach. McGregor wpatrywał się w mrok i powiedział to, co uważał za stosowne. "Jesteś w dołku" - zaczął. "Nie potrzebujesz mnie, potrzebujesz sławnego nazwiska. Są gotowi cię tam powiesić". Machnął ręką w stronę Firsta. "Wydadzą cię jako odpowiedź na wrzawę w mieście. To zadanie dla najlepszego i najlepszego adwokata od spraw karnych w mieście. Podaj nazwisko tego człowieka, a ja go dla ciebie znajdę i pomogę ci zebrać pieniądze na jego spłatę".
  Andrew Brown wstał i podszedł do MacGregora. Mierząc go wzrokiem od stóp do głów, powiedział szybko i zdecydowanie. "Rób, co mówię" - warknął. "Przyjmij tę robotę. Ja jej nie wykonałem. Spałem w swoim pokoju, kiedy go rozbierali. Teraz ty ją przyjmiesz. Nie wypuścisz mnie. Tego nie ma w planach. Ale i tak dostaniesz tę robotę".
  Usiadł z powrotem na żelaznej pryczy w kącie celi. Jego głos zwolnił, a w jego głosie pojawiła się nuta cynicznego humoru. "Słuchaj, Wielki" - powiedział - "Gang wyciągnął mój numer prosto z kapelusza. Przenoszę się, ale ktoś oferuje dobrą reklamę i ty ją dostaniesz".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ V
  
  TRYZJA DLA Andrew Brown stał się dla McGregora zarówno szansą, jak i wyzwaniem. Przez kilka lat wiódł samotne życie w Chicago. Nie miał przyjaciół, a jego umysł był niezakłócony niekończącą się paplaniną, której doświadcza większość z nas. Wieczór po wieczorze przechadzał się samotnie po ulicach i stawał przed restauracją na State Street, samotna postać, oderwana od życia. Teraz miał zostać wciągnięty w wir. W przeszłości życie zostawiło go w spokoju. Izolacja była dla niego wielkim błogosławieństwem i w tej izolacji śnił wspaniały sen. Teraz jakość snu i siła jego wpływu na niego zostaną wystawione na próbę.
  MacGregor nie mógł uciec od wpływu swoich czasów. Głęboka ludzka namiętność drzemała w jego potężnej sylwetce. Przed "Marszem" nie doświadczył jeszcze najbardziej zagadkowej ze wszystkich prób współczesnego mężczyzny: piękna nic nieznaczących kobiet i równie nic nieznaczącego zgiełku sukcesu.
  Zatem w dniu rozmowy z Andrew Brownem w starym więzieniu hrabstwa Cook w północnej części Chicago, powinniśmy myśleć o McGregorze jak o kimś, kto stoi przed próbą. Po rozmowie z Brownem poszedł ulicą i zbliżył się do mostu prowadzącego przez rzekę do obwodnicy. W głębi duszy czuł, że czeka go walka, i ta myśl go poruszyła. Z nową siłą przeszedł przez most. Spojrzał na ludzi i po raz kolejny pozwolił, by jego serce wypełniła pogarda dla nich.
  Chciał, żeby walka Browna była walką na pięści. Siedząc w samochodzie na West Side, patrzył przez okno na przejeżdżający tłum i wyobrażał sobie siebie wśród nich, zadającego ciosy na lewo i prawo, chwytającego za gardła, domagającego się prawdy, która uratuje Browna i pokaże go ludziom.
  Kiedy McGregor dotarł do modnego sklepu na Monroe Street, był już wieczór, a Edith szykowała się do wyjścia na kolację. Wstał i spojrzał na nią. W jego głosie pobrzmiewała nuta triumfu. Pogarda dla mężczyzn i kobiet piekła zrodziła w nim przechwałki. "Dali mi pracę, której ich zdaniem nie podołam" - powiedział. "Będę prawnikiem Browna w poważnej sprawie o morderstwo". Położył dłonie na jej wątłych ramionach i pociągnął ją w stronę światła. "Powalę ich i pokażę im, co potrafią" - przechwalał się. "Myślą, że powieszą Browna - te tłuste węże. Cóż, nie liczyli na mnie. Brown na mnie nie liczy. Ja im pokażę". Zaśmiał się głośno w pustym sklepie.
  W małej restauracji McGregor i Edith rozmawiali o tym, jak trudne zadanie go czeka. Podczas gdy on mówił, Edith siedziała w milczeniu, wpatrując się w jego rude włosy.
  "Dowiedz się, czy twój facet, Brown, ma kochankę" - powiedziała, myśląc do siebie.
  
  
  
  Ameryka to kraj morderstw. Dzień po dniu, w miastach i miasteczkach, na opustoszałych wiejskich drogach, brutalna śmierć prześladuje ludzi. Niezdyscyplinowani i zdezorganizowani w swoim stylu życia, obywatele są bezsilni i niezdolni do działania. Po każdym morderstwie domagają się nowych praw, które, choć zapisane w księgach ustaw, są łamane przez samą władzę ustawodawczą. Wyczerpani przez całe życie uporczywymi żądaniami, dni nie pozostawiają im czasu na spokój, w którym mogłyby rozwijać się myśli. Po dniach bezsensownego pędu po mieście wskakują do pociągów lub tramwajów i pędzą, by przejrzeć ulubione gazety, nadrobić zaległości w meczach, komiksach i raportach rynkowych.
  I nagle coś się dzieje. Nadchodzi ten moment. Morderstwo, które mogłoby być tematem jednego felietonu na stronie głównej wczorajszej gazety, teraz ujawnia swoje przerażające szczegóły w całym kraju.
  Sprzedawcy gazet niespokojnie przemykają się po ulicach, podburzając tłum swoimi okrzykami. Ludzie, gorliwie opowiadając historie o hańbie miasta, chwytają za gazety i chciwie, z trudem czytają historię zbrodni.
  I w ten wir plotek, obrzydliwych, nieprawdopodobnych historii i misternie obmyślonych planów walki z prawdą, McGregor rzucił się w wir. Dzień po dniu wędrował po nikczemnej dzielnicy na południe od Van Buren Street. Prostytutki, alfonsi, złodzieje i bywalcy saloonów patrzyli na niego i uśmiechali się porozumiewawczo. Mijały dni, a bez postępu popadł w rozpacz. Pewnego dnia wpadł mu do głowy pewien pomysł. "Pójdę do tej pięknej kobiety ze schroniska" - powiedział sobie. "Nie będzie wiedziała, kto zabił chłopca, ale może się dowie. Sprawię, że się dowie".
  
  
  
  W Margaret Ormsby MacGregor miał dostrzec to, co dla niego było nowym rodzajem kobiecości - coś niezawodnego, godnego zaufania, chronionego i przygotowanego, tak jak dobry żołnierz przygotowuje się do maksymalnego wykorzystania tego w walce o przetrwanie. Coś, czego jeszcze nie znał, musiało spodobać się tej kobiecie.
  Margaret Ormsby, podobnie jak sam MacGregor, nie dała się pokonać życiu. Była córką Davida Ormsby'ego, szefa dużej firmy produkującej pługi z siedzibą w Chicago, nazywanego przez kolegów "Księciem Ormsbym" ze względu na jego pewność siebie. Jej matka, Laura Ormsby, była nieco nerwowa i spięta.
  Z nieśmiałą bezinteresownością, pozbawioną poczucia bezpieczeństwa, Margaret Ormsby, pięknie zbudowana i pięknie ubrana, przechadzała się tam i z powrotem wśród wyrzutków Pierwszej Sekcji. Jak wszystkie kobiety, czekała na okazję, o której nawet nie wspomniała. To było coś, do czego uparty i prymitywny MacGregor musiał podchodzić z ostrożnością.
  Pędząc wąską ulicą pełną tanich barów, McGregor wszedł do budynku mieszkalnego i usiadł na krześle za biurkiem, naprzeciwko Margaret Ormsby. Wiedział coś o jej pracy w Pierwszej Sekcji i wiedział, że jest piękna i fajna. Był zdeterminowany, żeby namówić ją do pomocy. Siedząc na krześle i patrząc na nią przez biurko, wcisnął jej do gardła krótkie zwroty, którymi zazwyczaj witała klientów.
  "To, że siedzisz tam ubrana i mówisz mi, co kobiety na twoim miejscu mogą, a czego nie mogą robić, jest całkiem w porządku" - powiedział - "ale przyszedłem tu, żeby ci powiedzieć, co zrobisz, jeśli będziesz jedną z tych, które chcą być przydatne".
  Przemówienie MacGregora było wyzwaniem, którego Margaret, współczesna córka jednego z naszych wielkich, nie mogła zignorować. Czyż nie zebrała odwagi w swojej nieśmiałości, by spokojnie przechadzać się wśród prostytutek i brudnych, bełkoczących pijaków, spokojnie świadoma celu swojej działalności? "Czego chcesz?" zapytała ostro.
  "Masz tylko dwie rzeczy, które mi pomogą" - powiedział McGregor: "Twoją urodę i dziewictwo. To coś w rodzaju magnesu, który przyciąga do ciebie kobiety z ulicy. Wiem. Słyszałem, jak rozmawiają.
  "Przychodzą tu kobiety, które wiedzą, kto zabił tego chłopca na korytarzu i dlaczego to zrobiono" - kontynuował McGregor. "Jesteś fetyszem wśród tych kobiet. To dzieci i przychodzą tu, żeby cię obserwować, tak jak dzieci wyglądają zza firanek na gości siedzących w ich salonach.
  "No cóż, chcę, żebyś zawołał te dzieci do pokoju i pozwolił im opowiedzieć ci rodzinne sekrety. Cały pokój zna historię tego morderstwa. Powietrze jest nią wypełnione. Mężczyźni i kobiety wciąż próbują mi o tym opowiedzieć, ale się boją. Policja ich nastraszyła, w połowie mi powiedzieli, a potem uciekli jak spłoszone zwierzęta.
  "Chcę, żeby ci powiedzieli. Nic tu nie znaczysz dla policji. Uważają, że jesteś za ładna i za dobra, żeby wtrącać się w prawdziwe życie tych ludzi. Żadne z nich - ani szefowie, ani policja - nie ma na ciebie oko. Będę dalej wzbijał kurz, a ty zdobędziesz potrzebne mi informacje. Możesz wykonywać tę pracę, jeśli będziesz grzeczna.
  Po przemówieniu McGregora kobieta siedziała w milczeniu i patrzyła na niego. Po raz pierwszy spotkała mężczyznę, który ją oszałamiał i który w żaden sposób nie odwracał jej uwagi od jej urody ani opanowania. Zalała ją fala gniewu, a zarazem podziwu.
  McGregor spojrzał na kobietę i czekał. "Potrzebuję faktów" - powiedział. "Daj mi historię i nazwiska tych, którzy ją znają, a zmuszę ich do opowiedzenia. Mam już trochę faktów - zdobyłem je, molestując dziewczynę i dusząc barmana w zaułku. Teraz chcę, żebyś pomogła mi zdobyć więcej faktów, na swój własny sposób. Sprawisz, że kobiety będą mówić i mówić do ciebie, a potem ty będziesz mówić do mnie".
  Kiedy MacGregor wyszedł, Margaret Ormsby wstała od biurka w budynku mieszkalnym i przeszła przez miasto do biura ojca. Była zszokowana i przerażona. W jednej chwili słowa i zachowanie tej okrutnej młodej prawniczki uświadomiły jej, że jest zaledwie dzieckiem w rękach sił, które igrały z nią w Pierwszej Sekcji. Jej opanowanie zachwiało się. "Jeśli to dzieci - te kobiety z miasta - to ja jestem dzieckiem, dzieckiem pływającym z nimi w morzu nienawiści i brzydoty".
  Przyszła jej do głowy nowa myśl. "Ale on nie jest dzieckiem - ten McGregor. Nie jest niczyim dzieckiem. Stoi twardo na skale, niewzruszony".
  Próbowała zignorować jego bezceremonialną szczerość. "Mówił do mnie jak do zwykłej kobiety" - pomyślała. "Nie bał się zasugerować, że w głębi duszy jesteśmy do siebie podobni, jedynie zabawkami w rękach mężczyzny, który się odważył".
  Na zewnątrz zatrzymała się i rozejrzała. Jej ciało zadrżało i uświadomiła sobie, że otaczające ją siły przeobraziły się w żywe istoty, gotowe rzucić się na nią. "Tak czy inaczej, zrobię, co w mojej mocy. Pomogę mu. Muszę" - wyszeptała do siebie.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VI
  
  OCZYSZCZENIE Andrew Browna wywołało sensację w Chicago. Podczas procesu McGregor wygłosił jeden z tych zapierających dech w piersiach dramatycznych punktów kulminacyjnych, które urzekają tłum. W napiętym, dramatycznym momencie procesu, na sali sądowej zapadła przerażona cisza, a tego wieczoru mężczyźni w domach instynktownie odwrócili się od gazet, by spojrzeć na ukochaną siedzącą wokół nich. Dreszcz strachu przebiegł po ciałach kobiet. Na chwilę piękny McGregor pozwolił im zajrzeć pod skorupę cywilizacji, budząc w ich sercach wielowiekowe drżenie. W swoim zapale i niecierpliwości McGregor krzyczał nie przeciwko przypadkowym wrogom Browna, lecz przeciwko całemu współczesnemu społeczeństwu i jego bezkształtności. Słuchaczom wydawało się, że chwycił ludzkość za gardło i siłą i determinacją swojej samotnej postaci obnażył żałosną słabość swoich bliźnich.
  Na sali sądowej McGregor siedział ponury i milczący, pozwalając oskarżycielom przedstawić swoją sprawę. Jego wyraz twarzy był buntowniczy, a oczy opuchnięte spod opuchniętych powiek. Od tygodni niestrudzenie, niczym pies gończy, przemykał przez First Ward, budując swoją sprawę. Policjanci widzieli, jak wyłania się z zaułka o trzeciej nad ranem; cichy szef, słysząc o jego czynach, niecierpliwie przesłuchiwał Henry'ego Hunta; barman w spelunie na Polk Street poczuł dłoń na gardle; a drżąca mieszczka uklękła przed nim w małym, ciemnym pokoju, błagając o ochronę przed jego gniewem. Na sali sądowej siedział i czekał.
  Kiedy prokurator specjalny stanu, człowiek o głośnym nazwisku w sądach, zakończył swoją uporczywą i nieustępliwą prośbę o krew milczącego, niewzruszonego Browna, McGregor rzucił się do działania. Zerwał się na równe nogi i ochryple krzyknął przez cichą salę sądową do rosłej kobiety siedzącej wśród świadków. "Oszukali cię, Mary!" - ryknął. "Ta historia o ułaskawieniu po opadnięciu emocji to kłamstwo. Zwodzą cię. Powieszą Andy'ego Browna. Wstawaj i powiedz prawdę, albo jego krew będzie na twoich rękach".
  W zatłoczonej sali sądowej wybuchł wrzask. Prawnicy zerwali się na równe nogi, protestując. Zgiełk przebił się przez ochrypły, oskarżycielski głos. "Nie pozwólcie Mary z Polk Street i wszystkim kobietom tu zostać" - krzyknął. "Oni wiedzą, kto zabił waszego człowieka. Postawcie ich z powrotem na mównicy. Powiedzą. Spójrzcie na nich. Prawda z nich wypływa".
  Hałas w pokoju ucichł. Milczący, rudowłosy prawnik, żart tej sprawy, odniósł zwycięstwo. Spacerując nocą po ulicach, przypomniały mu się słowa Edith Carson i z pomocą Margaret Ormsby udało mu się uchwycić wskazówkę, którą mu podsunęła.
  Dowiedz się, czy twój facet Brown ma dziewczynę.
  Chwilę później zobaczył przesłanie, które kobiety z podziemia, protektorki O'Toole'a, próbowały przekazać. Mary z Polk Street była kochanką Andy'ego Browna. Teraz, w cichej sali sądowej, rozległ się kobiecy głos, przerywany szlochem. Tłum słuchający w małym, zatłoczonym pomieszczeniu usłyszał historię tragedii w zaciemnionym domu, przed którym stał policjant, leniwie wymachując pałką - historię dziewczyny z wiejskiego Illinois, kupionej i sprzedanej synowi maklera - historię desperackiej walki w małym pokoju między niecierpliwym, żądnym miłości mężczyzną a przestraszoną, odważną dziewczyną - cios krzesłem w ręce dziewczyny, sprowadził śmierć na mężczyznę - kobiety z domu, drżące na schodach i ciało pospiesznie rzucone na przejście.
  "Powiedzieli mi, że wyciągną Andy'ego, jak już wszystko się skończy" - ubolewała kobieta.
  
  
  
  McGregor wyszedł z sali sądowej na ulicę. Blask zwycięstwa go oświetlił, a serce waliło mu jak młotem. Ścieżka wiodła go przez most na North Side, a po drodze minął skład jabłek, gdzie rozpoczął swoją karierę w mieście i gdzie walczył z Niemcami. Gdy zapadła noc, szedł North Clark Street i słyszał gazeciarzy krzyczących o jego zwycięstwie. Nowa wizja zatańczyła przed nim - wizja samego siebie jako ważnej postaci w mieście. Czuł w sobie siłę, by wyróżnić się spośród ludzi, przechytrzyć ich i pokonać, zdobyć władzę i miejsce w świecie.
  Syn górnika był na wpół pijany, ogarnęło go nowe poczucie spełnienia. Opuszczając Clark Street, ruszył na wschód ulicą mieszkalną w kierunku jeziora. W pobliżu jeziora zobaczył ulicę z dużymi domami otoczonymi ogrodami i przyszła mu do głowy myśl, że pewnego dnia mógłby mieć taki dom. Chaotyczny zgiełk współczesnego życia wydawał się bardzo odległy. Zbliżając się do jeziora, stanął w ciemności, myśląc o tym, jak bezużyteczny chuligan z górniczego miasteczka nagle stał się wielkim prawnikiem miasta, a krew przyspieszyła mu bicie serca. "Będę jednym ze zwycięzców, jednym z niewielu, którzy wyjdą na jaw" - wyszeptał do siebie i z nagłym dreszczem w sercu pomyślał również o Margaret Ormsby, patrzącej na niego swoimi pięknymi, pytającymi oczami, gdy stał przed mężczyznami na sali sądowej i siłą swojej osobowości przebił mgłę kłamstw ku zwycięstwu i prawdzie.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA V
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  MARGARET O'RMSBY była naturalnym produktem swojego wieku i ówczesnego amerykańskiego życia towarzyskiego. Miała piękną osobowość. Chociaż jej ojciec, David Ormsby, zwany Królem Orki, wyrósł z ubóstwa i zapomnienia na swoją pozycję i bogactwo i w młodości wiedział, co to znaczy stawić czoła porażce, postawił sobie za cel dopilnowanie, by jego córka nie doświadczyła czegoś takiego. Dziewczynę wysłano do Vassar, gdzie nauczono ją odróżniać cienką granicę między cichymi, pięknymi, drogimi ubraniami a ubraniami, które jedynie wyglądały na drogie; wiedziała, jak wejść i wyjść z pokoju, miała silne, wyćwiczone ciało i aktywny umysł. A na dodatek, mimo że nie znała życia, miała silną i dość pewną siebie wiarę w swoją zdolność do stawiania czoła życiu.
  Podczas lat spędzonych w Eastern College Margaret postanowiła, że cokolwiek by się nie działo, nie pozwoli, by jej życie było nudne i nieciekawe. Pewnego dnia, gdy odwiedziła ją na studiach przyjaciółka z Chicago, spędziły dzień na świeżym powietrzu i usiadły na zboczu wzgórza, żeby omówić pewne sprawy. "My, kobiety, byłyśmy głupie" - oznajmiła Margaret. "Jeśli mama i tata myślą, że wrócę do domu i wyjdę za mąż za jakiegoś idiotę, to się mylą. Nauczyłam się palić papierosy i wypiłam swoją porcję wina. Może to dla ciebie nic nie znaczy. Nie sądzę, żeby to wiele znaczyło, ale jednak coś znaczy. Robi mi się niedobrze, gdy myślę o tym, jak mężczyźni zawsze traktowali kobiety protekcjonalnie. Chcą trzymać od nas zło z daleka - Ech! Mam już dość tej myśli i wiele innych dziewczyn tutaj myśli tak samo. Jakie mają do tego prawo? Chyba pewnego dnia jakiś drobny przedsiębiorca się mną zajmie. Lepiej, żeby nie". Mówię wam, dorasta nowy rodzaj kobiety i ja będę jedną z nich. Wyruszam na przygodę, by doświadczać życia intensywnie i głęboko. Moi rodzice równie dobrze mogliby się na to zdecydować.
  Podniecona dziewczyna chodziła tam i z powrotem przed swoją towarzyszką, potulną młodą kobietą o niebieskich oczach, unosząc ręce nad głowę, jakby szykowała się do ataku. Jej ciało przypominało piękne młode zwierzę, gotowe stawić czoła wrogowi, a w jej oczach odbijał się jej upojony nastrój. "Chcę całego życia" - krzyknęła. "Potrzebuję żądzy, władzy i zła, jakie ono ze sobą niesie. Chcę być jedną z nowych kobiet, zbawicielkami naszej płci".
  Niezwykła więź nawiązała się między Davidem Ormsbym a jego córką. Mierzący 190 cm wzrostu, o błękitnych oczach i szerokich ramionach, posiadał siłę i godność, które wyróżniały go spośród innych mężczyzn, a jego córka wyczuwała tę siłę. Miała rację. Na swój sposób ten człowiek był inspiracją. Na jego oczach drobiazgi związane z pługiem przemieniały się w dzieła sztuki. W fabryce nigdy nie tracił ducha zespołowego, który budził zaufanie. Majstrowie spieszyli do biura, zaniepokojeni awariami sprzętu lub wypadkami z udziałem pracowników, którzy wracali, by cicho i sprawnie wykonać swoją pracę. Sprzedawcy, którzy podróżowali od wioski do wioski sprzedając pługi, byli pod jego wpływem przepełnieni zapałem misjonarzy niosących ewangelię nieoświeconym. Akcjonariusze firmy płużnej, spieszący do niego z pogłoskami o zbliżającej się katastrofie gospodarczej, zostawali, by wypisać czeki i uzyskać nową wycenę swoich akcji. Był człowiekiem, który przywrócił ludziom wiarę w biznes i wiarę w ludzi.
  Dla Dawida robienie pługa było celem życia. Jak inni ludzie jego pokroju, miał inne zainteresowania, ale były one drugorzędne. W skrytości uważał się za bardziej kulturalnego niż większość jego codziennych towarzyszy i nie pozwalając, by to umniejszało jego efektywności, starał się pozostawać w kontakcie z myślami i ruchami świata poprzez czytanie. Po najdłuższym i najbardziej wyczerpującym dniu w biurze, zdarzało mu się spędzać pół nocy na czytaniu w swoim pokoju.
  W miarę jak Margaret Ormsby dorastała, stała się dla ojca nieustającym źródłem zmartwień. Wydawało mu się, że z dnia na dzień przeobraziła się z niezdarnej i raczej radosnej dziewczyny w wyrazistą, zdecydowaną, nową kobiecość. Jej awanturniczy duch nie dawał mu spokoju. Pewnego dnia siedział w gabinecie, czytając list zapowiadający jej powrót do domu. List wydawał się niczym więcej niż typowym wybuchem impulsywnej dziewczyny, która zasnęła w jego ramionach poprzedniej nocy. Niepokoiła go myśl, że uczciwy oracz dostał list od swojej córeczki, opisujący styl życia, który jego zdaniem mógł doprowadzić kobietę jedynie do ruiny.
  A następnego dnia, nowa, władcza postać usiadła przy jego biurku, domagając się jego uwagi. Dawid wstał od stołu i pospieszył do swojego pokoju. Chciał uporządkować myśli. Na biurku leżało zdjęcie, które jego córka przyniosła ze szkoły. Miał wspólne doświadczenie: zdjęcie powiedziało mu to, co próbował zrozumieć. Zamiast żony i dziecka, miał teraz w domu dwie kobiety.
  Margaret ukończyła studia z piękną twarzą i figurą. Jej wysoka, wyprostowana, szczupła sylwetka, kruczoczarne włosy, łagodne brązowe oczy i aura gotowości na wyzwania życia przyciągały i przyciągały uwagę mężczyzn. Dziewczyna miała w sobie coś z ojcowskiej wielkości i sporo z sekretnych, ślepych pragnień matki. W noc swojego przyjazdu, w troskliwym domu, oznajmiła, że zamierza żyć pełnią życia i pełnią życia. "Nauczę się rzeczy, których nie znajdę w książkach" - powiedziała. "Zamierzam dotknąć życia w wielu zakątkach, poczuć jego smak w ustach. Uważałeś mnie za dziecko, kiedy pisałam do domu, mówiąc, że nie zamknę się w domu i nie wyjdę za mąż za tenora z chóru kościelnego ani za młodego, pustego biznesmena, ale teraz sam zobaczysz. Jeśli będzie trzeba, będę płakać, ale będę żyć".
  W Chicago Margaret zaczęła żyć tak, jakby potrzebowała tylko siły i energii. W typowy dla siebie amerykański sposób starała się uprzykrzyć sobie życie. Kiedy mężczyźni w jej otoczeniu wydawali się zawstydzeni i zszokowani jej poglądami, wycofała się z firmy i popełniła powszechny błąd, zakładając, że ci, którzy nie pracują i swobodnie rozmawiają o sztuce i wolności, są zatem wolni. Mężczyźni i artyści.
  Mimo to kochała i szanowała ojca. Siła, którą w nim miał, przemawiała do niej samej. Młodemu pisarzowi socjalistycznemu mieszkającemu w pensjonacie, w którym obecnie mieszkała i który chciał, by usiadła przy biurku i pomstowała na bogatych i wpływowych, zademonstrowała jakość swoich ideałów, wskazując na Davida Ormsby'ego. "Mój ojciec, prezes trustu przemysłowego, jest lepszym człowiekiem niż wszyscy hałaśliwi reformatorzy, jacy kiedykolwiek żyli" - oświadczyła. "Wciąż produkuje pługi - robi je dobrze - milionami. Nie traci czasu na gadanie i przeczesywanie włosów palcami. Pracuje, a jego praca ulżyła trudom milionów, podczas gdy gaduły siedzą, snują hałaśliwe myśli i garbią się".
  Prawdę mówiąc, Margaret Ormsby była zdumiona. Gdyby wspólne doświadczenia pozwoliły jej być prawdziwą siostrą dla wszystkich innych kobiet i poznać ich wspólną spuściznę porażek, gdyby kochała ojca jako chłopiec, ale wiedziała, jak to jest chodzić kompletnie złamanym i poobijanym, z posiniaczoną twarzą mężczyzny, a potem podnosić się raz po raz, by walczyć z życiem, byłaby wspaniała.
  Nie wiedziała. Jej zdaniem każda porażka miała w sobie coś na kształt niemoralności. Widząc wokół siebie jedynie tłum pokonanych i zdezorientowanych ludzi, próbujących odnaleźć się w zawiłym porządku społecznym, niecierpliwiła się.
  Zrozpaczona dziewczyna zwróciła się do ojca, próbując pojąć istotę jego życia. "Chcę, żebyś mi coś powiedział" - powiedziała, ale ojciec, nie rozumiejąc, tylko pokręcił głową. Nie przyszło mu do głowy, żeby zwracać się do niej jak do wspaniałej przyjaciółki, i wywiązała się między nimi żartobliwa, półpoważna rozmowa. Oracz cieszył się na myśl, że pogodna dziewczyna, którą znał, zanim jego córka poszła na studia, wróciła, żeby z nim zamieszkać.
  Po tym, jak Margaret trafiła do sierocińca, jadła obiad z ojcem niemal codziennie. Godzina spędzona razem pośród zgiełku ich życia stała się dla nich obojga cennym przywilejem. Dzień po dniu przesiadywali przez godzinę w modnej kawiarni w centrum miasta, odnawiając i umacniając swoją koleżeńską więź, śmiejąc się i rozmawiając w tłumie, rozkoszując się bliskością. Wobec siebie żartobliwie przybierali postawę dwóch biznesmenów, na zmianę traktując pracę drugiego jak coś, co należy lekceważyć. W tajemnicy nikt nie wierzył w to, co mówił.
  Kiedy Margaret usiłowała złapać i przenieść brudne ludzkie szczątki unoszące się w drzwiach budynku mieszkalnego, pomyślała o ojcu, siedzącym przy biurku i nadzorującym produkcję pługów. "To czysta i ważna robota" - pomyślała. "To duży, sprawny mężczyzna".
  Siedząc przy biurku w biurze Plow Trust, David myślał o swojej córce z apartamentowca na obrzeżach Pierwszej Dzielnicy. "To biała, lśniąca istota pośród brudu i brzydoty" - pomyślał. "Całe jej życie jest jak życie jej matki w tych chwilach, kiedy dzielnie poniosła śmierć w imię nowego życia".
  W dniu spotkania z MacGregorem ojciec i córka siedzieli w restauracji jak zwykle. Mężczyźni i kobiety przechadzali się wzdłuż długich, wyłożonych dywanem przejść, patrząc na nich z podziwem. Kelner stał u boku Ormsby, oczekując hojnego napiwku. W powietrzu wokół nich, w tej małej, sekretnej atmosferze koleżeństwa, którą tak starannie pielęgnowali, wyłoniło się poczucie nowej tożsamości. Obok spokojnej, szlachetnej twarzy ojca, naznaczonej zdolnościami i dobrocią, w pamięci Margaret unosiła się inna twarz - twarz mężczyzny, który rozmawiał z nią w sierocińcu - nie Margaret Ormsby, córki Davida Ormsby'ego, nie jako kobiety godnej zaufania, ale jako kobiety, która mogła służyć jego celom i której on wierzył, że powinna służyć. Wizja ta prześladowała ją i obojętnie słuchała rozmów ojca. Poczuła, jak surowa twarz młodego prawnika, z wyrazistymi ustami i władczym wyrazem twarzy, zdawała się przybliżać, i próbowała odtworzyć w sobie uczucie wrogości, którego doświadczyła, gdy po raz pierwszy wparował do sierocińca. Przypomniała sobie jedynie kilka stanowczych intencji, które równoważyły i łagodziły okrucieństwo jego miny.
  Siedząc w restauracji naprzeciwko swojego ojca, gdzie tak ciężko pracowali dzień po dniu, aby zbudować prawdziwe partnerstwo, Margaret nagle wybuchnęła płaczem.
  "Spotkałam mężczyznę, który zmusił mnie do zrobienia czegoś, czego nie chciałam" - wyjaśniła zdziwionemu mężczyźnie, po czym uśmiechnęła się do niego przez łzy błyszczące w jej oczach.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  W HICKAGO Ormsby mieszkał w dużym kamiennym domu przy Drexel Boulevard. Dom miał swoją historię. Należał do bankiera, który był głównym akcjonariuszem i jednym z dyrektorów funduszu płużnego. Jak wszyscy, którzy go dobrze znali, bankier podziwiał i szanował umiejętności i uczciwość Davida Ormsby'ego. Kiedy oracz przybył do miasta z Wisconsin, aby zostać właścicielem funduszu płużnego, zaproponował mu użytkowanie domu.
  Bankier odziedziczył dom po ojcu, ponurym i zdeterminowanym starym kupcu z poprzedniego pokolenia, który zmarł znienawidzony przez połowę Chicago po sześćdziesięciu latach ciężkiej pracy, szesnastu godzin dziennie. Na starość kupiec zbudował dom, aby dać wyraz potędze, jaką dało mu bogactwo. Podłogi i stolarka zostały kunsztownie wykonane z drogiego drewna przez robotników wysłanych do Chicago przez brukselską firmę. W długim salonie z przodu domu wisiał żyrandol, który kosztował kupca dziesięć tysięcy dolarów. Schody prowadzące na piętro pochodziły z pałacu książęcego w Wenecji; zostały zakupione dla kupca i przetransportowane przez morze do domu w Chicago.
  Bankier, który odziedziczył dom, nie chciał tam mieszkać. Przed śmiercią ojca i po nieudanym małżeństwie mieszkał w klubie w centrum miasta. Na starość emerytowany kupiec zamieszkał w domu innego starszego wynalazcy. Nie mógł znaleźć spokoju, mimo że porzucił swój biznes, aby osiągnąć ten cel. Wykopawszy rów na trawniku za domem, on i przyjaciel spędzali dnie, próbując przekształcić odpady z jednej ze swoich fabryk w coś o wartości handlowej. W rowie płonął ogień, a nocą ponury starzec z rękami umazanymi smołą siedział w domu pod żyrandolem. Po śmierci kupca dom stał pusty, patrząc na przechodniów na ulicy, jego ścieżki i chodniki zarosły chwastami i zgniłą trawą.
  David Ormsby idealnie wtapiał się w swój dom. Czy to przechadzając się długimi korytarzami, czy siedząc z cygarem na fotelu na rozległym trawniku, wyglądał jednocześnie elegancko i przytulnie. Dom stawał się jego częścią, niczym dobrze skrojony i gustownie noszony garnitur. Przeniósł stół bilardowy do salonu pod żyrandol za dziesięć tysięcy dolarów, a brzęk kościanych kul rozwiewał kościelną atmosferę tego miejsca.
  Amerykańskie dziewczyny, przyjaciółki Margaret, chodziły po schodach w górę i w dół, ich spódnice szeleściły, a głosy niosły się echem po rozległych pokojach. Wieczorami po kolacji David grał w bilard. Fascynowały go staranne obliczenia kątów i Anglików. Grając wieczorem z Margaret lub przyjaciółką, zmęczenie dnia mijało, a jego szczery głos i dźwięczny śmiech wywoływały uśmiechy na twarzach przechodniów. Wieczorami David zapraszał przyjaciół, aby pogawędzić z nim na szerokich werandach. Czasami zapadał samotnie do swojego pokoju na najwyższym piętrze domu i pogrążał się w książkach. W sobotnie wieczory hałaśliwie siadał przy stole do kart w długim salonie z grupą przyjaciół z miasta, grając w pokera i popijając koktajle.
  Laura Ormsby, matka Margaret, nigdy nie wydawała się być realną częścią jej życia. Już jako dziecko Margaret uważała ją za beznadziejną romantyczkę. Życie obeszło się z nią zbyt dobrze i oczekiwała od wszystkich wokół cech i reakcji, których nigdy nie próbowałaby osiągnąć sama.
  Dawid zaczął już rosnąć w siłę, gdy poślubił ją, szczupłą, brązowowłosą kobietę, córkę wiejskiego szewca. Już wtedy niewielka kompania pługów, której majątek rozproszony był wśród okolicznych kupców i rolników, zaczęła pod jego kierownictwem odnosić sukcesy w kraju. O jego panu mówiono już jako o człowieku przyszłości, a o Laurze jako o żonie mężczyzny przyszłości.
  Laura nie była z tego do końca zadowolona. Siedząc w domu i nic nie robiąc, wciąż żarliwie pragnęła być znana jako osoba, kobieta czynu. Idąc ulicą obok męża, uśmiechała się promiennie do ludzi, ale kiedy ci sami ludzie nazywali ich piękną parą, jej policzki płonęły rumieńcem, a w jej umyśle pojawił się błysk oburzenia.
  Laura Ormsby leżała nocami w łóżku, nie mogąc zasnąć, rozmyślając o swoim życiu. W tamtych czasach żyła w wyimaginowanym świecie. W świecie jej marzeń czekały na nią tysiące ekscytujących przygód. Wyobraziła sobie list, który niósł ze sobą historię romansu, w którym imię Davida łączyło się z imieniem innej kobiety, i leżała spokojnie w łóżku, chłonąc tę myśl. Spojrzała czule na twarz śpiącego Davida. "Biedny chłopiec w tej trudnej sytuacji" - mruknęła. "Będę pokorna i radosna i delikatnie przywrócę mu należne miejsce w moim sercu".
  Rankiem, po nocy spędzonej w tym świecie snów, Laura spojrzała na Davida, tak chłodnego i rzeczowego, irytowała się jego rzeczowym zachowaniem. Kiedy żartobliwie położył jej dłoń na ramieniu, odsunęła się i, siedząc naprzeciwko niego przy śniadaniu, patrzyła, jak czyta poranną gazetę, nieświadoma buntowniczych myśli w jej głowie.
  Pewnego dnia, po przeprowadzce do Chicago i powrocie Margaret ze studiów, Laura miała mgliste przeczucie przygody. Choć okazało się skromne, pozostało w niej i w jakiś sposób złagodziło jej myśli.
  Jechała sama w wagonie sypialnym z Nowego Jorku. Młody mężczyzna usiadł naprzeciwko niej i zaczęli rozmawiać. Kiedy mówiła, Laura wyobraziła sobie, że ucieka z nim i wpatrywała się uważnie w jego słabą, sympatyczną twarz spod rzęs. Kontynuowała rozmowę, podczas gdy pozostali w wagonie czołgali się na noc za zielone, powiewające zasłony.
  Laura rozmawiała ze swoim chłopakiem o ideach, które zaczerpnęła z lektury Ibsena i Shawa. Stała się odważniejsza i bardziej asertywna w wyrażaniu swoich opinii i próbowała sprowokować go do szczerych słów lub działań, które mogłyby ją rozgniewać.
  Młody mężczyzna nie rozumiał siedzącej obok niego kobiety w średnim wieku, mówiącej tak śmiało. Znał tylko jednego wybitnego mężczyznę o nazwisku Shaw, który był gubernatorem stanu Iowa, a następnie członkiem gabinetu prezydenta McKinleya. Zdumiewała go myśl, że prominentny członek Partii Republikańskiej może mieć takie myśli i wyrażać takie opinie. Opowiadał o łowieniu ryb w Kanadzie i operze komicznej, którą widział w Nowym Jorku, a o jedenastej ziewnął i zniknął za zielonymi zasłonami. Leżąc na pryczy, młody mężczyzna mruknął do siebie: "Czego ta kobieta chciała?". Przyszło mu do głowy coś, więc sięgnął do miejsca, gdzie jego spodnie zwisały w małym hamaku nad oknem, i sprawdził, czy zegarek i portfel nadal tam są.
  W domu Laura Ormsby rozważała możliwość rozmowy z nieznajomym mężczyzną w pociągu. W jej umyśle stał się kimś romantycznym i odważnym, promykiem światła w tym, co lubiła uważać za swoje ponure życie.
  Przy kolacji opowiadała o nim, opisując jego urok. "Miał cudowny umysł i siedzieliśmy do późna w nocy, rozmawiając" - powiedziała, patrząc na twarz Davida.
  Kiedy to powiedziała, Margaret podniosła wzrok i ze śmiechem rzekła: "Miej serce, tato. To jest romans. Nie bądź na to ślepy. Mama próbuje cię nastraszyć rzekomym romansem.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  OKOŁO TRZECIEGO WIECZORU Kilka tygodni po głośnym procesie o morderstwo McGregor odbywał długie spacery ulicami Chicago, próbując zaplanować swoje życie. Był zaniepokojony i zdezorientowany wydarzeniami, które nastąpiły po jego dramatycznym sukcesie na sali sądowej, a także nieco zaniepokojony faktem, że jego umysł nieustannie bawił się marzeniem o tym, by Margaret Ormsby została jego żoną. Stał się potęgą w mieście i zamiast nazwisk i zdjęć przestępców i właścicieli domów publicznych, jego nazwisko i zdjęcie pojawiały się teraz na pierwszych stronach gazet. Andrew Leffingwell, chicagowski przedstawiciel polityczny bogatego i odnoszącego sukcesy wydawcy sensacyjnej gazety, odwiedził go w jego biurze i zaproponował, że uczyni go postacią polityczną w mieście. Finley, znany adwokat specjalizujący się w prawie karnym, zaproponował mu partnerstwo. Prawnik, niski, uśmiechnięty mężczyzna o białych zębach, nie prosił McGregora o natychmiastową decyzję. W pewnym sensie przyjął ją za pewnik. Uśmiechając się dobrodusznie i tocząc cygaro po biurku McGregora, spędził godzinę opowiadając historie o słynnych triumfach sądowych.
  "Jeden taki triumf wystarczy, by uczynić człowieka" - oświadczył. "Nie możesz sobie nawet wyobrazić, jak daleko zaprowadzi cię taki sukces. Wieść o nim wciąż krąży w ludzkich umysłach. Ukształtowała się tradycja. Pamięć o niej wpływa na umysły przysięgłych. Sprawy wygrywa się po prostu przez skojarzenie swojego nazwiska ze sprawą".
  McGregor szedł powoli i ciężko ulicami, nie widząc nikogo. Na Wabash Avenue, niedaleko Dwudziestej Trzeciej Ulicy, zatrzymał się w saloonie i wypił piwo. Saloon znajdował się poniżej poziomu chodnika, a podłogę pokrywały trociny. Dwóch na wpół pijanych robotników stało przy barze, kłócąc się. Jeden z nich, socjalista, nieustannie przeklinał wojsko, a jego słowa skłoniły McGregora do refleksji nad marzeniem, które pielęgnował przez tak długi czas, a które teraz zdawało się blaknąć. "Byłem w wojsku i wiem, o czym mówię" - oświadczył socjalista. "W wojsku nie ma nic narodowego. To prywatna sprawa. Tutaj potajemnie należy do kapitalistów, a w Europie do arystokracji. Nie mów mi - wiem. Armia składa się z włóczęgów. Jeśli jestem włóczęgą, to nim jestem. Szybko zobaczycie, jacy ludzie będą w wojsku, jeśli ten kraj kiedykolwiek zostanie wciągnięty w wielką wojnę".
  Wzburzony socjalista podniósł głos i uderzył pięścią w ladę. "Do diabła, my nawet siebie nie znamy" - krzyknął. "Nigdy nie byliśmy testowani. Nazywamy się wielkim narodem, bo jesteśmy bogaci. Jesteśmy jak grubas, który zjadł za dużo ciasta. Tak, proszę pana, właśnie tacy jesteśmy tutaj w Ameryce, a co do naszego wojska, to zabawka grubasa. Trzymajcie się od niego z daleka".
  McGregor siedziała w kącie saloonu, rozglądając się dookoła. Mężczyźni wchodzili i wychodzili przez drzwi. Dziecko zniosło wiadro po krótkich schodkach z ulicy i pobiegło po trocinowej podłodze. Jej głos, cienki i ostry, przebijał się przez gwar męskich głosów. "Dziesięć centów - daj mi dużo" - błagała, unosząc wiadro nad głowę i stawiając je na ladzie.
  MacGregor wspominał pewną siebie, uśmiechniętą twarz adwokata Finleya. Podobnie jak David Ormsby, odnoszący sukcesy oracz, prawnik postrzegał ludzi jako pionki w wielkiej grze i podobnie jak oracz, jego intencje były szlachetne, a cel jasny. Zamierzał jak najlepiej wykorzystać swoje życie. Jeśli grał po stronie przestępcy, to była tylko szansa. Tak to się potoczyło. W jego umyśle było coś jeszcze - wyraz jego własnego celu.
  MacGregor wstał i wyszedł z salonu. Mężczyźni stali grupami na ulicy. Na Trzydziestej Dziewiątej Ulicy tłum młodych ludzi kręcących się po chodniku wpadł na wysokiego, mamroczącego mężczyznę przechodzącego obok z kapeluszem w ręku. Zaczął czuć się, jakby znajdował się w środku czegoś zbyt wielkiego, by mógł to poruszyć jeden człowiek. Żałosna nicość mężczyzny była oczywista. Niczym długi pochód, postacie przechodziły przed nim, próbując uciec od ruin amerykańskiego życia. Z dreszczem uświadomił sobie, że w większości ludzie, których imiona wypełniały strony amerykańskiej historii, nic nie znaczyli. Dzieci, które czytały o ich czynach, pozostawały obojętne. Być może tylko dodawali chaosu. Niczym ludzie przechodzący przez ulicę, przecinali oblicze rzeczy i znikali w ciemności.
  "Może Finley i Ormsby mają rację" - wyszeptał. "Dostają wszystko, co mogą, i mają na tyle zdrowego rozsądku, by zdawać sobie sprawę, że życie płynie szybko, jak ptak przelatujący przez otwarte okno. Wiedzą, że jeśli człowiek myśli o czymkolwiek innym, prawdopodobnie stanie się kolejnym sentymentalistą i spędzi życie zahipnotyzowany machaniem własnej szczęki".
  
  
  
  Podczas swoich podróży MacGregor odwiedził restaurację i ogród na świeżym powietrzu daleko na południu. Ogród został zbudowany z myślą o rozrywce bogatych i odnoszących sukcesy. Orkiestra grała na małej platformie. Chociaż ogród był otoczony murem, był otwarty na niebo, a gwiazdy świeciły nad śmiejącymi się ludźmi siedzącymi przy stołach.
  McGregor siedział samotnie przy małym stoliku na balkonie, słabo oświetlonym. Pod nim, na tarasie, znajdowały się inne stoliki zajęte przez mężczyzn i kobiety. Na scenie pośrodku ogrodu pojawili się tancerze.
  MacGregor, który zamówił kolację, zostawił ją nietkniętą. Na podium tańczyła wysoka, pełna gracji dziewczyna, bardzo przypominająca Margaret Ormsby. Jej ciało poruszało się z nieskończoną gracją i niczym istota niesiona wiatrem, kołysała się w ramionach partnera, szczupłego młodzieńca o długich, czarnych włosach. Sylwetka tańczącej kobiety wyrażała wiele z ideałów, które mężczyźni pragnęli ucieleśnić w kobietach, a MacGregor był nią zachwycony. Zmysłowość tak subtelna, że ledwie wydawała się zmysłowa, zaczęła go przytłaczać. Z odnowionym pragnieniem czekał na moment, gdy znów ujrzy Margaret.
  Na scenie w ogrodzie pojawili się inni tancerze. Światła przy stołach były przyćmione. Z ciemności dobiegł śmiech. MacGregor rozejrzał się. Ludzie siedzący przy stołach na tarasie przykuli i utrzymali jego uwagę, a on zaczął wpatrywać się w twarze mężczyzn. Jak przebiegli byli ci odnoszący sukcesy mężczyźni. Czyż nie byli mędrcami? Jakież przebiegłe oczy kryły się za ciałem tak grubym na kościach. To była gra życia i oni w nią grali. Ogród był częścią gry. Był piękny, a czyż całe piękno świata nie kończy się na służbie im? Sztuka mężczyzn, myśli mężczyzn, impulsy do piękna, które przychodzą do głowy mężczyznom i kobietom - czyż wszystkie te rzeczy nie służą wyłącznie ułatwianiu życia ludziom sukcesu? Oczy mężczyzn przy stołach, patrzących na tańczące kobiety, nie były przesadnie zachłanne. Były pełne pewności siebie. Czyż nie dla nich tancerze odwracali się to w jedną, to w drugą stronę, demonstrując swój wdzięk? Jeśli życie było walką, czyż nie odnieśli w niej sukcesu?
  MacGregor wstał od stołu, zostawiając jedzenie nietknięte. Przy wejściu do ogrodu zatrzymał się i, opierając się o kolumnę, raz jeszcze spojrzał na rozgrywającą się przed nim scenę. Na scenie pojawiła się cała trupa tancerzy. Ubrani w kolorowe szaty, tańczyli ludowy taniec. Gdy MacGregor patrzył, światło znów zaczęło przenikać jego oczy. Kobiety, które teraz tańczyły, były do niej niepodobne, przypominały mu Margaret Ormsby. Były niskie, a na ich twarzach malowało się coś surowego. Poruszały się tłumnie po podium. Swoim tańcem starały się przekazać przesłanie. MacGregorowi przyszła do głowy pewna myśl. "To taniec pracy" - mruknął. "Tu, w tym ogrodzie, jest on zniekształcony, ale nuta pracy nie ginie. Jej ślad pozostał w tych postaciach, które pracują nawet w tańcu".
  MacGregor odsunął się od cienia kolumny i stanął z kapeluszem w dłoni pod ogrodowymi latarniami, jakby czekając na wezwanie szeregów tancerzy. Jakże zaciekle pracowali! Jak ich ciała się wykręcały i skręcały! Pot wystąpił na twarzy mężczyzny stojącego i obserwującego, współczującego ich wysiłkom. "Jaka burza musi szaleć tuż pod powierzchnią pracy" - mruknął. "Wszędzie głupi, brutalni mężczyźni i kobiety muszą na coś czekać, nie wiedząc, czego chcą. Będę trzymał się swojego celu, ale nie opuszczę Margaret" - powiedział na głos, odwracając się i niemal wybiegając z ogrodu na ulicę.
  Tej nocy, we śnie, MacGregor śnił o nowym świecie, świecie łagodnych słów i delikatnych dłoni, które koiły narastającą w nim bestię. To był stary sen, sen, z którego narodziły się kobiety takie jak Margaret Ormsby. Długie, smukłe dłonie, które widział leżące na stole w akademiku, teraz dotknęły jego własnych. Rzucał się niespokojnie na łóżku, a pożądanie go ogarnęło, budząc. Ludzie wciąż spacerowali tam i z powrotem po bulwarze. MacGregor stał w ciemności przy oknie, obserwując. Teatr właśnie wypluł swoją porcję bogato ubranych mężczyzn i kobiet, a kiedy otworzył okno, głosy kobiet dotarły do jego uszu, czyste i ostre.
  Mężczyzna wpatrywał się w ciemność, roztargniony, z niepokojem w niebieskich oczach. Wizja chaotycznej i zdezorganizowanej grupy górników maszerujących w milczeniu po pogrzebie jego matki, w której życie, jakimś niezwykłym wysiłkiem, wdarł się inny, bardziej wyrazisty i piękny obraz, który mu się objawił.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IV
  
  W CIĄGU DNIA Odkąd zobaczyła MacGregora, Margaret myślała o nim niemal bez przerwy. Rozważyła swoje skłonności i postanowiła, że jeśli nadarzy się okazja, poślubi mężczyznę, którego siła i odwaga tak bardzo jej się podobały. Była trochę rozczarowana, że opór, który widziała na twarzy ojca, gdy opowiedziała mu o MacGregorze i zdradziła się łzami, nie stał się bardziej widoczny. Chciała walczyć, bronić mężczyzny, którego potajemnie wybrała. Gdy nic nie powiedziano w tej sprawie, poszła do matki i próbowała wyjaśnić. "Przyprowadzimy go tutaj" - powiedziała szybko matka. "W przyszłym tygodniu wydam przyjęcie. Uczynię go główną postacią. Podaj mi jego nazwisko i adres, a zajmę się tą sprawą".
  Laura wstała i weszła do domu. W jej oczach pojawił się przenikliwy błysk. "Będzie głupcem przed naszymi ludźmi" - powiedziała sobie. "To zwierzę i zostanie tak upozorowany". Nie mogła powstrzymać niecierpliwości i poszukała Davida. "To człowiek, którego należy się bać" - powiedziała. "Nie cofnie się przed niczym. Musisz wymyślić jakiś sposób, żeby Margaret przestała się nim interesować. Znasz lepszy plan niż zostawienie go tutaj, gdzie będzie wyglądał jak głupiec?"
  David wyjął cygaro z ust. Poczuł irytację i irytację, że poruszono kwestię Margaret. W głębi duszy bał się również MacGregora. "Daj spokój" - powiedział ostro. "To dorosła kobieta, ma więcej rozsądku i zdrowego rozsądku niż jakakolwiek inna kobieta, jaką znam". Wstał i rzucił cygaro przez werandę na trawę. "Kobiety są niezrozumiałe" - krzyknął półgłosem. "Robią niewytłumaczalne rzeczy, mają niewytłumaczalne fantazje. Czemu nie idą naprzód prosto jak normalny człowiek? Przestałem cię rozumieć lata temu, a teraz jestem zmuszony przestać rozumieć Margaret.
  
  
  
  Na przyjęciu u pani Ormsby MacGregor pojawił się w czarnym garniturze, który kupił na pogrzeb matki. Jego ognistoczerwone włosy i surowy wyraz twarzy przyciągały uwagę wszystkich. Był tematem rozmów i śmiechu ze wszystkich stron. Tak jak Margaret czuła się nieswojo i nieswojo w zatłoczonej sali sądowej, gdzie toczyła się walka na śmierć i życie, tak on, wśród tych ludzi, wypowiadając opryskliwe zdania i śmiejąc się bezmyślnie z niczego, czuł się przytłoczony i niepewny. Wśród towarzystwa zajmował niemal ten sam status co dzikie, nowe zwierzę, bezpiecznie schwytane i teraz wystawione na widok publiczny w klatce. Uznali, że pani Ormsby postąpiła mądrze, witając go, i że był on, w dość niekonwencjonalnym sensie, lwem wieczoru. Plotka o jego obecności skłoniła nie jedną kobietę do porzucenia innych zajęć i przybycia tam, gdzie mogła wziąć za rękę tego bohatera gazety i z nim porozmawiać, a mężczyźni, ściskając mu dłoń, przyglądali mu się uważnie i zastanawiali się, jaka siła i jaki spryt w nim drzemie.
  Po procesie o morderstwo gazety oszalały na punkcie MacGregora. Obawiając się opublikowania całej treści jego przemówienia o występku, jego znaczeniu i wadze, wypełniły swoje felietony rozmową o tym człowieku. Niezrównany szkocki prawnik z "Tenderloin" został okrzyknięty kimś nowym i uderzającym w szarej masie mieszkańców miasta. Potem, jak w śmiałych dniach, które nastąpiły później, człowiek ten nieodparcie zawładnął wyobraźnią pisarzy, sam milczący w słowach pisanych i mówionych, z wyjątkiem żaru natchnionego impulsu, gdy doskonale wyrażał tę czystą, brutalną siłę, której pragnienie drzemie w duszach artystów.
  W przeciwieństwie do mężczyzn, pięknie ubrane kobiety na przyjęciu nie bały się McGregora. Postrzegały go jako kogoś oswojonego i urzekającego, i zbierały się w grupach, by wciągnąć go w rozmowę i odpowiedzieć na pytające spojrzenie w jego oczach. Uważały, że z tak niezwyciężoną duszą życie może nabrać nowego żaru i zainteresowania. Niczym kobiety bawiące się wykałaczkami u O'Toole'a, wiele kobiet na przyjęciu u pani Ormsby podświadomie pragnęło takiego mężczyzny jako swojego kochanka.
  Margaret po kolei przywoływała mężczyzn i kobiety ze swojego świata, by skojarzyć ich imiona z imieniem MacGregora i spróbować osadzić go w atmosferze pewności siebie i swobody, która przenikała dom i jego mieszkańców. Stał pod ścianą, kłaniając się i rozglądając śmiało, i myślał, że zamęt i rozproszenie myśli, które towarzyszyły mu po pierwszej wizycie u Margaret w schronisku, narastały niepomiernie z każdą chwilą. Spojrzał na lśniący żyrandol na suficie i na ludzi chodzących dookoła - mężczyzn, rozluźnionych i swobodnych, kobiety o zaskakująco delikatnych, wyrazistych dłoniach, z okrągłymi, białymi szyjami i ramionami wystającymi ponad suknie - i ogarnęło go uczucie całkowitej bezradności. Nigdy wcześniej nie znalazł się w tak zniewieściałym towarzystwie. Myślał o pięknych kobietach wokół siebie, patrząc na nie w swoim szorstkim, asertywnym stylu, jak na kobiety pracujące wśród mężczyzn, dążące do jakiegoś celu. "Pomimo całej delikatnej, zmysłowej zmysłowości ich ubrań i twarzy, musiały one w jakiś sposób wysysać siłę i determinację tych ludzi, którzy tak obojętnie się między nimi poruszali" - pomyślał. Nie potrafił wymyślić niczego, co mogłoby stworzyć w nim obronę przed tym, czym, jak sobie wyobrażał, musiało być to piękno dla człowieka, który z nim żył. Wyobrażał sobie, że jego moc musi być monumentalna, i z podziwem patrzył na spokojną twarz ojca Margaret, który przechadzał się wśród gości.
  MacGregor wyszedł z domu i stanął w półmroku na werandzie. Gdy pani Ormsby i Margaret podążały za nim, spojrzał na staruszkę i wyczuł jej wrogość. Dawna miłość do walki wzięła górę, odwrócił się i stał w milczeniu, patrząc na nią. "Ta piękna dama" - pomyślał - "nie jest lepsza od kobiet z Pierwszej Parafii. Wmówiła sobie, że poddam się bez walki".
  Strach przed pewnością siebie i stabilnością rodu Margaret, który niemal go przytłoczył w domu, zniknął z jego umysłu. Kobieta, która całe życie uważała się za osobę, która tylko czeka na okazję, by udowodnić swoją wartość jako dominująca postać w sprawach, sprawiła, że jej obecność okazała się porażką w próbie stłumienia MacGregora.
  
  
  
  Na werandzie stały trzy osoby. MacGregor, który dotąd milczał, stał się rozmowny. Ogarnięty jedną z tych inspiracji, które były częścią jego natury, zaczął rozmawiać z panią Ormsby o sparingach i kontratakach. Kiedy uznał, że nadszedł czas, by zrobić to, co mu leżało na sercu, wszedł do domu i wkrótce wyszedł z kapeluszem. Ostrość, która wkradała się do jego głosu, gdy był podekscytowany lub zdeterminowany, zaskoczyła Laurę Ormsby. Patrząc na nią, powiedział: "Zabiorę twoją córkę na spacer. Chcę z nią porozmawiać".
  Laura zawahała się i uśmiechnęła niepewnie. Postanowiła się odezwać, być jak ten mężczyzna - nieuprzejma i bezpośrednia. Zanim się zebrała i była gotowa, Margaret i MacGregor byli już w połowie żwirowej ścieżki prowadzącej do bramy, a okazja, by się wyróżnić, minęła.
  
  
  
  MacGregor szedł obok Margaret, zamyślony. "Pracuję tu" - powiedział, machając niejasno ręką w stronę miasta. "To ciężka praca i wiele ode mnie wymaga. Nie przyszedłem do ciebie, bo miałem wątpliwości. Bałem się, że mnie przytłoczysz i wybijesz mi z głowy myśli o pracy".
  Przy żelaznej bramie na końcu żwirowej ścieżki odwrócili się i spojrzeli na siebie. MacGregor oparł się o ceglany mur i spojrzał na nią. "Chcę, żebyś za mnie wyszła" - powiedział. "Myślę o tobie nieustannie. Myślenie o tobie wykonuje tylko połowę mojej pracy. Zaczynam myśleć, że inny mężczyzna może przyjść i cię zabrać, i tracę godziny w strachu".
  Drżącą ręką wzięła go za ramię, a on, zamierzając powstrzymać ją przed udzieleniem odpowiedzi, pospieszył się, by kontynuować.
  Musimy porozmawiać i zrozumieć pewne rzeczy, zanim przyjdę do ciebie jako twój narzeczony. Uważałem, że nie powinienem traktować kobiety tak, jak traktuję ciebie, i muszę wprowadzić pewne zmiany. Myślałem, że poradzę sobie bez takich kobiet. Uważałem, że nie jesteś dla mnie stworzony - nie z pracą, jaką planowałem wykonywać na tym świecie. Jeśli mnie nie poślubisz, chętnie się o tym dowiem teraz, żebym mógł się opamiętać.
  Margaret uniosła dłoń i położyła mu ją na ramieniu. Ten gest był swego rodzaju potwierdzeniem jego prawa do tak bezpośredniej rozmowy. Nie powiedziała ani słowa. Przepełniona tysiącem przesłań miłości i czułości, które chciała mu przekazać, stała w milczeniu na żwirowej ścieżce, z ręką na jego ramieniu.
  A potem stało się coś absurdalnego. Strach, że Margaret może podjąć jakąś szybką decyzję, która wpłynie na całą ich wspólną przyszłość, rozwścieczył MacGregora. Nie chciał, żeby się odzywała, i chciał, żeby jego słowa pozostały niewypowiedziane. "Czekaj. Nie teraz!" - krzyknął i uniósł rękę, zamierzając ująć jej dłoń. Uderzył pięścią w dłoń spoczywającą na jego ramieniu, która z kolei strąciła mu kapelusz, posyłając go na ulicę. MacGregor pobiegł za nim, ale się zatrzymał. Uniósł rękę do głowy i zdawał się myśleć. Kiedy odwrócił się ponownie, by złapać kapelusz, Margaret, nie mogąc się już powstrzymać, wybuchnęła głośnym śmiechem.
  MacGregor, bez kapelusza, szedł bulwarem Drexel w łagodnej ciszy letniej nocy. Był niezadowolony z przebiegu wieczoru i w głębi duszy pragnął, by Margaret odesłała go pokonanego. Jego ramiona bolały z pragnienia, by przytulić ją do piersi, ale sprzeciw wobec poślubienia jej narastał w jego umyśle jeden po drugim. "Mężczyźni są pochłonięci takimi kobietami i zapominają o pracy" - powiedział sobie. "Siedzą, wpatrując się w łagodne, brązowe oczy ukochanej, myśląc o szczęściu. Mężczyzna powinien być zajęty pracą , myśleć o niej. Ogień płynący w jego żyłach powinien rozświetlać jego umysł. Miłość kobiety powinna być postrzegana jako cel życia, a kobieta akceptuje to i dzięki temu staje się szczęśliwa". Z wdzięcznością pomyślał o Edith w jej sklepie na Monroe Street. "Nie siedzę nocami w swoim pokoju, marząc o tym, by trzymać ją w ramionach i obsypywać jej usta pocałunkami" - wyszeptał.
  
  
  
  Pani Ormsby stała w drzwiach domu, obserwując MacGregora i Margaret. Zobaczyła, jak zatrzymują się na końcu drogi. Postać mężczyzny ginęła w cieniu, podczas gdy Margaret stała samotnie, rysując się na tle odległego światła. Zobaczyła wyciągniętą dłoń Margaret - ściskała go za rękaw - i usłyszała szmer głosów. Potem mężczyzna wybiegł na ulicę. Jego kapelusz poszybował przed nim, a ciszę przerwał krótki wybuch półhisterycznego śmiechu.
  Laura Ormsby była wściekła. Choć nienawidziła MacGregora, nie mogła znieść myśli, że śmiech przełamie czar romansu. "Ona jest zupełnie jak jej ojciec" - mruknęła. "Przynajmniej mogła okazać trochę charakteru i nie zachowywać się jak sztywniak, kończąc pierwszą rozmowę z ukochanym takim śmiechem".
  Margaret stała w ciemności, drżąc ze szczęścia. Wyobraziła sobie, jak wchodzi po ciemnych schodach do biura McGregora na Van Buren Street, gdzie kiedyś poszła, by przekazać mu wiadomość o morderstwie, kładzie mu rękę na ramieniu i mówi: "Weź mnie w ramiona i pocałuj. Jestem twoją kobietą. Chcę z tobą żyć. Jestem gotowa wyrzec się mojego ludu i mojego świata i żyć twoim życiem dla ciebie". Margaret, stojąc w ciemności przed ogromnym, starym domem na Drexel Boulevard, wyobrażała sobie siebie z Przystojnym McGregorem - mieszkającą z nim jako jego żona w małym mieszkaniu nad targiem rybnym na West Side. Dlaczego akurat targ rybny, nie potrafiła powiedzieć.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ V
  
  E DIT CARSON była sześć lat starsza od MacGregora i żyła całkowicie w sobie. Była jedną z tych natur, których nie da się wyrazić słowami. Choć serce biło jej szybciej, gdy wchodził do sklepu, na jej policzkach nie pojawił się rumieniec, a blade oczy nie błysnęły w odpowiedzi na jego wiadomość. Dzień po dniu siedziała w swoim sklepie przy pracy, cicha, silna w wierze, gotowa oddać pieniądze, swoją reputację, a jeśli to konieczne, swoje życie, by zrealizować własne marzenie o kobiecości. Nie widziała w MacGregorze mężczyzny geniusza, takiego jak Margaret, ani nie miała nadziei, że za jego pośrednictwem wyrazi skrywane pragnienie władzy. Była kobietą pracującą, a on dla niej reprezentował wszystkich mężczyzn. W głębi serca myślała o nim po prostu jako o mężczyźnie - swoim mężczyźnie.
  Dla MacGregora Edith była towarzyszką i przyjaciółką. Obserwował ją rok po roku, jak przesiaduje w swoim sklepie, odkładając pieniądze w kasie oszczędnościowej, zachowując pogodne usposobienie wobec świata, nigdy nachalna, życzliwa i pewna siebie na swój sposób. "Moglibyśmy żyć tak, jak żyjemy teraz, a ona nie byłaby ani trochę mniej zadowolona" - powtarzał sobie.
  Pewnego popołudnia, po wyjątkowo trudnym tygodniu pracy, przyszedł do niej, aby usiąść w jej małym warsztacie i rozważyć ślub z Margaret Ormsby. Edith była poza sezonem i była sama w warsztacie, obsługując klienta. MacGregor położył się na małej sofie w warsztacie. Przez ostatni tydzień przemawiał na zebraniach robotniczych noc po nocy, a później siedział w swoim pokoju, myśląc o Margaret. Teraz, na sofie, z głosami w uszach, zasnął.
  Kiedy się obudził, była już późna noc, a Edith siedziała na podłodze obok sofy i przeczesywała palcami jego włosy.
  MacGregor cicho otworzył oczy i spojrzał na nią. Zobaczył łzę spływającą po jej policzku. Patrzyła prosto przed siebie, na ścianę pokoju, a w słabym świetle wpadającym przez okno widział sznurki zawiązane na jej drobnej szyi i mysi kok na głowie.
  MacGregor szybko zamknął oczy. Czuł się, jakby obudziła go strużka zimnej wody chlapiąca mu po piersi. Ogarnęło go przeczucie, że Edith Carson oczekuje od niego czegoś, czego nie był gotów jej dać.
  Po chwili wstała i cicho wślizgnęła się do sklepu, a on, z hukiem i zamieszaniem, również wstał i zaczął głośno wołać. Domagał się czasu i narzekał na spóźnienie. Edith odkręciła gaz i odprowadziła go do drzwi. Na jej twarzy wciąż gościł ten sam spokojny uśmiech. MacGregor pospiesznie wszedł w ciemność i spędził resztę nocy, błąkając się po ulicach.
  Następnego dnia poszedł odwiedzić Margaret Ormsby w schronisku. Nie uciekał się do sztuczek. Od razu przeszedł do rzeczy, opowiedział jej o córce przedsiębiorcy pogrzebowego siedzącej obok niego na wzgórzu nad Coal Creek, o fryzjerze i jego rozmowach o kobietach na ławce w parku, i jak to doprowadziło go do tej drugiej kobiety klęczącej na podłodze małego, szkieletowego domu, z jego pięściami we włosach, i o Edith Carson, której towarzystwo uratowało go przed tym wszystkim.
  "Jeśli nie możesz tego wszystkiego słuchać i nadal chcesz ze mną mieszkać" - powiedział - "to nie ma dla nas wspólnej przyszłości. Pragnę cię. Boję się ciebie i boję się mojej miłości do ciebie, ale nadal cię pragnę. Widziałem twoją twarz unoszącą się nad widownią na korytarzach, gdzie pracowałem. Patrzyłem na dzieci w ramionach żon robotników i pragnąłem zobaczyć moje dziecko w twoich ramionach. Bardziej zależy mi na tym, co robię, niż na tobie, ale cię kocham".
  MacGregor wstał i stanął nad nią. "Kocham cię, moje ramiona wyciągają się do ciebie, mój mózg planuje triumf robotników, z całą tą starą, zagmatwaną ludzką miłością, której prawie myślałem, że nigdy nie będę chciał.
  "Nie mogę znieść tego czekania. Nie mogę znieść tego, że nie wiem wystarczająco dużo, żeby powiedzieć Edith. Nie mogę myśleć o tobie, kiedy ludzie zaczynają łapać bakcyla i oczekują ode mnie jasnego kierunku. Weź mnie albo zostaw i żyj swoim życiem".
  Margaret Ormsby spojrzała na MacGregora. Kiedy się odezwała, jej głos był tak cichy, jak głos jej ojca, który mówi mechanikowi, co zrobić z zepsutym samochodem.
  "Wyjdę za ciebie" - powiedziała po prostu. "Myślę o tym bez przerwy. Pragnę cię, pragnę cię tak ślepo, że nie sądzę, żebyś to zrozumiał.
  Stanęła naprzeciwko niego i spojrzała mu w oczy.
  "Będziesz musiał poczekać" - powiedziała. "Muszę zobaczyć się z Edith, muszę to zrobić sama. Służyła ci przez te wszystkie lata - to był jej przywilej".
  McGregor spojrzał przez stół w piękne oczy kobiety, którą kochał.
  "Należysz do mnie, nawet jeśli ja należę do Edith" - powiedział.
  "Pójdę zobaczyć się z Edith" - odpowiedziała ponownie Margaret.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VI
  
  Pan S. Gregor Levy opowiedział następnie historię swojej miłości do Margaret. Edith Carson, która tak dobrze znała porażkę i miała odwagę ją pokonywać, miała ponieść klęskę z jego rąk za sprawą niepokonanej kobiety, a on pozwolił sobie o tym zapomnieć. Przez miesiąc bezskutecznie próbował przekonać robotników do zaakceptowania idei "Marszowych Ludzi", a po rozmowie z Margaret uparcie kontynuował pracę.
  Aż pewnego wieczoru wydarzyło się coś, co go podnieciło. Idea maszerujących mężczyzn, już w połowie zintelektualizowana, znów stała się jego palącą pasją, a kwestia jego życia z kobietami szybko i ostatecznie się wyjaśniła.
  Była noc, a McGregor stał na estakadzie na skrzyżowaniu ulic State i Van Buren. Czuł się winny z powodu Edith i miał zamiar wrócić z nią do domu, ale widok na ulicy poniżej go urzekł i pozostał na miejscu, patrząc na oświetloną ulicę.
  Strajk kierowców ciężarówek szalał w mieście od tygodnia, a po południu wybuchły zamieszki. Wybito szyby, a kilku mężczyzn zostało rannych. Teraz zebrał się wieczorny tłum, a mówcy weszli do loży, by przemawiać. Wszędzie słychać było głośne szczękanie szczękami i wymachiwanie rękami. McGregor to sobie przypomniał. Pomyślał o małym górniczym miasteczku i znów ujrzał siebie jako chłopca, siedzącego w ciemności na schodach przed piekarnią swojej matki, próbującego myśleć. Znów, w wyobraźni, ujrzał zdezorganizowanych górników wylewających się z saloonu i stojących na ulicy, przeklinających i grożących, i znów poczuł do nich pogardę.
  A potem, w sercu ogromnego miasta na Dzikim Zachodzie, wydarzyło się to samo, co za czasów jego dzieciństwa w Pensylwanii. Władze miasta, zdeterminowane, by zastraszyć strajkujących kierowców ciężarówek pokazem siły, wysłały pułk policjantów stanowych, by przemaszerowali ulicami. Żołnierze nosili brązowe mundury. Milczeli. Gdy McGregor spojrzał w dół, skręcili z Polk Street i szli spokojnym krokiem w dół State Street, mijając bezładny tłum na chodniku i równie bezładnie poruszających się mówców na krawężniku.
  Serce MacGregora waliło tak mocno, że omal się nie udławił. Mężczyźni w mundurach, każdy z nich pozbawiony znaczenia, maszerowali razem, pełni znaczenia. Chciał znowu krzyczeć, wybiec na ulicę i ich objąć. Siła w nich zdawała się całować, jak w pocałunku kochanków, siła w nim samym, a kiedy minęli się i znów rozległ się chaotyczny szmer głosów, wsiadł do samochodu i pojechał do Edith, a jego serce płonęło determinacją.
  Sklep z kapeluszami Edith Carson zmienił właściciela. Sprzedała wszystko i uciekła. McGregor stał w salonie wystawowym, oglądając gabloty wypełnione pierzastymi ubraniami i kapelusze wiszące na ścianie. Światło latarni wpadające przez okno sprawiało, że miliony maleńkich drobinek kurzu tańczyły mu przed oczami.
  Kobieta wyszła z pokoju na tyłach sklepu - tego samego pokoju, w którym widział łzy rozpaczy w oczach Edith - i powiedziała mu, że Edith sprzedała sklep. Podekscytowana wiadomością, którą musiała przekazać, minęła czekającego mężczyznę i podeszła do drzwi z moskitierą, zwrócona do niego plecami, twarzą do ulicy.
  Kobieta zerknęła na niego kątem oka. Była drobną, czarnowłosą kobietą z dwoma lśniącymi złotymi zębami i okularami. "Doszło tu do kłótni kochanków" - powiedziała sobie.
  "Kupiłam ten sklep" - powiedziała na głos. "Prosiła, żebym ci powiedziała, że odeszła".
  McGregor nie czekał dłużej i pospiesznie minął kobietę, wychodząc na ulicę. Serce przepełniło mu uczucie cichej, bolesnej straty. Impulsywnie odwrócił się i pobiegł z powrotem.
  Stojąc na zewnątrz przy drzwiach z siatką, krzyknął ochryple: "Dokąd ona poszła?" - zażądał.
  Kobieta zaśmiała się radośnie. Czuła, że sklep emanuje romantyzmem i przygodą, co bardzo ją pociągało. Potem podeszła do drzwi i uśmiechnęła się przez moskitierę. "Właśnie wyszła" - powiedziała. "Pojechała na stację Burlington. Chyba na zachód. Słyszałam, jak opowiadała mężczyźnie o swoim kufrze. Jest tu od dwóch dni, odkąd kupiłem sklep. Chyba czekała na ciebie. Nie przyszedłeś, a teraz jej nie ma i być może jej nie znajdziesz. Nie wyglądała na osobę, która kłóciłaby się z kochankiem".
  Kobieta w sklepie zaśmiała się cicho, gdy McGregor pospiesznie odszedł. "Kto by pomyślał, że ta cicha, mała kobietka będzie miała takiego kochanka?" - zapytała samą siebie.
  McGregor biegł ulicą i unosząc rękę, zatrzymał przejeżdżający samochód. Kobieta zobaczyła go siedzącego w aucie i rozmawiającego z siwowłosym mężczyzną za kierownicą, po czym samochód zawrócił i zniknął w oddali, nielegalnie.
  MacGregor na nowo ujrzał postać Edith Carson. "Widzę, jak to robi" - powiedział sobie - "radośnie mówi Margaret, że to nie ma znaczenia i ciągle to planuje w głębi duszy. Tutaj, przez te wszystkie lata, żyła własnym życiem. Tajemne tęsknoty, pragnienia i odwieczne ludzkie pragnienie miłości, szczęścia i samorealizacji kryły się pod jej spokojną powierzchownością, tak jak pod moją".
  MacGregor wspominał napięte dni i ze wstydem uświadomił sobie, jak mało Edith go widywała. To było w czasach, gdy jego wielki ruch "Marsz Ludzi" dopiero się rozkręcał, a poprzedniego wieczoru uczestniczył w konferencji robotniczej, na której domagano się od niego publicznego zademonstrowania siły, którą potajemnie budował. Każdego dnia jego biuro było pełne reporterów zadających pytania i domagających się wyjaśnień. Tymczasem Edith sprzedawała swój sklep tej kobiecie i szykowała się do zniknięcia.
  Na stacji MacGregor znalazł Edith siedzącą w kącie, z twarzą schowaną w zgięciu ramienia. Jej spokojny wygląd zniknął. Jej ramiona wydawały się węższe. Jej dłoń, zwisająca z oparcia fotela przed nią, była biała i bez życia.
  MacGregor nic nie powiedział, tylko chwycił brązową skórzaną torbę, która stała obok niej na podłodze, wziął ją za rękę i poprowadził po kamiennych schodach na ulicę.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VII
  
  W N O RMSBY _ Ojciec i córka siedzieli w ciemności na werandzie. Po spotkaniu Laury Ormsby z MacGregorem, ona i David odbyli kolejną rozmowę. Teraz odwiedzała swoje rodzinne miasto w Wisconsin, a ojciec i córka siedzieli razem.
  David ostentacyjnie opowiedział żonie o romansie Margaret. "To nie jest kwestia zdrowego rozsądku" - powiedział. "Nie można udawać, że w czymś takim jest jakakolwiek szansa na szczęście. Ten mężczyzna nie jest głupi i może kiedyś stać się wielkim człowiekiem, ale nie będzie to wielkość, która przyniesie szczęście i spełnienie kobiecie takiej jak Margaret. Może skończyć w więzieniu".
  
  
  
  MacGregor i Edith poszli żwirową ścieżką i zatrzymali się przed frontowymi drzwiami domu Ormsbych. Z mroku werandy dobiegł serdeczny głos Davida: "Chodź i usiądź tutaj" - powiedział.
  MacGregor stał w milczeniu i czekał. Edith chwyciła go za ramię. Margaret wstała i, idąc naprzód, spojrzała na nich. Serce zabiło jej mocniej, a obecność tych dwojga ludzi wywołała kryzys. Głos drżał jej z niepokoju. "Proszę" - powiedziała, odwracając się i kierując do domu.
  Mężczyzna i kobieta poszli za Margaret. W drzwiach McGregor zatrzymał się i zawołał Davida. "Chcemy, żebyś tu z nami był" - powiedział ostro.
  Cztery osoby czekały w salonie. Ogromny żyrandol rzucał na nich światło. Edith siedziała na krześle, wpatrując się w podłogę.
  "Popełniłem błąd" - powiedział MacGregor. "Cały czas popełniałem błędy". Zwrócił się do Margaret. "Jest coś, czego się nie spodziewaliśmy. Chodzi o Edith. Nie jest taka, jak myśleliśmy".
  Edith milczała. Zmęczenie i zgarbienie nadal ciążyły jej na ramionach. Czuła, że gdyby MacGregor przyprowadził ją do domu i przypieczętował rozstanie z tą kobietą, którą kochał, siedziałaby cicho, aż by się skończyło, a potem wróciła do samotności, która, jak uważała, była jej przeznaczeniem.
  Dla Margaret pojawienie się mężczyzny i kobiety było zapowiedzią zła. Ona również milczała, oczekując szoku. Kiedy jej ukochany przemówił, ona również wbiła wzrok w podłogę. Bezgłośnie powiedziała: "On odejdzie i poślubi inną kobietę. Muszę być gotowa usłyszeć to od niego". Dawid stanął w drzwiach. "On sprowadzi mi Margaret z powrotem" - pomyślał, a jego serce zabiło mocniej ze szczęścia.
  MacGregor przeszedł przez pokój i zatrzymał się, patrząc na dwie kobiety. Jego niebieskie oczy były zimne i pełne intensywnej ciekawości, zarówno wobec nich, jak i wobec siebie. Chciał je sprawdzić i przetestować samego siebie. "Jeśli teraz będę miał jasny umysł, będę spał dalej" - pomyślał. "Jeśli w tym zawiodę, zawiodę we wszystkim". Odwracając się, chwycił Davida za rękaw płaszcza i pociągnął go przez pokój, tak że obaj mężczyźni stanęli obok siebie. Potem przyjrzał się uważnie Margaret. Stał tam, rozmawiając z nią, trzymając rękę na ramieniu jej ojca. Ten gest przyciągnął Davida i dreszcz podziwu przebiegł mu po plecach. "To mężczyzna" - powiedział sobie.
  "Myślałeś, że Edith była gotowa na nasz ślub. No cóż, była. Teraz jest tutaj i widzisz, co to z nią zrobiło" - powiedział McGregor.
  Córka oracza zaczęła mówić. Jej twarz była kredowo biała. MacGregor zacisnął dłonie.
  "Czekaj" - powiedział - "mężczyzna i kobieta nie mogą żyć razem latami, a potem rozstać się jak dwaj przyjaciele. Coś staje im na drodze. Odkrywają, że się kochają. Zrozumiałem, że chociaż cię pragnę, kocham Edith. Ona kocha mnie. Spójrz na nią".
  Margaret wstała z krzesła. MacGregor kontynuował. Jego głos nabrał ostrości, która sprawiła, że ludzie bali się go i podążali za nim. "Och, weźmiemy ślub, Margaret i ja" - powiedział. "Jej uroda mnie urzekła. Podążam za pięknem. Chcę pięknych dzieci. To moje prawo".
  Odwrócił się do Edith, zatrzymał się i spojrzał na nią.
  Nigdy nie moglibyśmy mieć takiego uczucia, jakie towarzyszyło nam z Margaret, gdy patrzyliśmy sobie w oczy. Cierpieliśmy z tego powodu - każde z nas pragnęło drugiego. Jesteś stworzona do tego, by wytrwać. Pokonasz wszystko i po pewnym czasie poczujesz się radośniej. Wiesz o tym, prawda?
  Oczy Edith spotkały się z jego oczami.
  "Tak, wiem" - odpowiedziała.
  Margaret Ormsby zerwała się z krzesła, jej oczy były opuchnięte.
  "Przestań" - krzyknęła. "Nie chcę cię. Nigdy bym cię teraz nie poślubiła. Należysz do niej. Należysz do Edith.
  Głos McGregora stał się cichy i spokojny.
  "Och, wiem" - powiedział. "Wiem! Wiem! Ale chcę dzieci. Spójrz na Edith. Myślisz, że ona może mi urodzić dzieci?"
  W Edith Carson zaszła zmiana. Jej oczy stwardniały, a ramiona się wyprostowały.
  "To moja sprawa" - krzyknęła, pochylając się i chwytając go za rękę. "To sprawa między mną a Bogiem. Jeśli chcesz się ze mną ożenić, chodź i zrób to. Nie bałam się cię zostawić i nie boję się śmierci po urodzeniu dzieci".
  Puszczając dłoń MacGregora, Edith przebiegła przez pokój i zatrzymała się przed Margaret. "Skąd wiesz, że jesteś piękniejsza albo że mogłabyś urodzić piękniejsze dzieci?" - zapytała. "Co w ogóle masz na myśli mówiąc o pięknie? Zaprzeczam twojej urodzie". Odwróciła się do MacGregora. "Słuchaj" - krzyknęła - "to nie wytrzymuje próby".
  Duma przepełniła kobietę, która ożyła w ciele małej modystki. Spokojnie spojrzała na ludzi w pokoju, a kiedy spojrzała z powrotem na Margaret, w jej głosie zabrzmiało wyzwanie.
  "Piękno musi przetrwać" - powiedziała szybko. "Musi być odważne. Będzie musiał znieść wiele lat życia i wiele porażek". W jej oczach pojawiło się twarde spojrzenie, gdy rzuciła wyzwanie córce bogactwa. "Mam odwagę znosić porażki i mam odwagę brać to, czego pragnę" - powiedziała. "Czy ty masz tę odwagę? Jeśli tak, weź tego mężczyznę. Pragniesz go, ja też. Weź go za rękę i odejdź z nim. Zrób to teraz, tutaj, na moich oczach".
  Margaret pokręciła głową. Jej ciało drżało, a oczy biegały dziko dookoła. Odwróciła się do Davida Ormsby'ego. "Nie wiedziałam, że życie może być takie" - powiedziała. "Dlaczego mi nie powiedziałeś? Ma rację. Boję się".
  Błysk rozświetlił oczy MacGregora i szybko się odwrócił. "Widzę" - powiedział, wpatrując się intensywnie w Edith - "że ty też masz cel". Odwracając się ponownie, spojrzał Davidowi w oczy.
  "Tu jest coś do rozwiązania. Być może to ostateczny test w życiu człowieka. Człowiek walczy, by utrzymać jakąś myśl w umyśle, by być bezosobowym, by dostrzec, że życie ma cel wykraczający poza jego własny. Być może sam przez to przeszedłeś. Widzisz, ja właśnie to robię. Zabieram Edith i wracam do pracy".
  Przy drzwiach McGregor zatrzymał się i wyciągnął rękę do Davida, który ujął ją i spojrzał z szacunkiem na potężnego prawnika.
  "Cieszę się, że wyjeżdżasz" - powiedział krótko oracz.
  "Cieszę się, że jadę" - powiedział MacGregor, świadomy, że w głosie i myślach Davida Ormsby'ego słychać wyłącznie ulgę i szczerą niechęć.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA VI
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  MASZERUJĄCY MĘŻCZYŹNI _ _ _ _ Ruch nigdy nie był przedmiotem intelektualizacji. Przez lata McGregor próbował to osiągnąć poprzez rozmowę. Poniósł porażkę. Rytm i rozmach leżący u podstaw ruchu rozpaliły ogień. Mężczyzna zmagał się z długimi okresami depresji i był zmuszony ruszyć do przodu. A potem, po scenie z Margaret i Edith w domu Ormsby'ego, rozpoczęła się akcja.
  Był sobie człowiek o nazwisku Mosby, wokół którego osobowości przez jakiś czas kręciła się akcja. Pracował jako barman u Neila Hunta, znanej osobistości na South State Street, i kiedyś był porucznikiem w wojsku. Mosby był tym, kogo dzisiejsze społeczeństwo nazwałoby łajdakiem. Po West Point i kilku latach spędzonych na odizolowanej placówce wojskowej zaczął pić i pewnej nocy, podczas hałaśliwego wypadu, na wpół oszalały z nudy swojego życia, postrzelił szeregowego w ramię. Został aresztowany, a jego honor został skompromitowany za to, że nie uciekł, ale uciekł. Przez lata błąkał się po świecie jako wychudzony, cyniczny człowiek, pijąc, gdy tylko pieniądze się pojawiły, i robiąc wszystko, by przełamać monotonię życia.
  Mosby z entuzjazmem przyjął pomysł "Marszowych Ludzi". Postrzegał go jako okazję do podniecenia i zdenerwowania swoich współbraci. Namówił związek barmanów i kelnerów, by spróbowali tego pomysłu i tego ranka rozpoczęli marsz wzdłuż i wszerz pasa parku z widokiem na jezioro na skraju First Ward. "Trzymajcie język za zębami" - rozkazał Mosby. "Możemy nękać urzędników tego miasta jak szaleni, jeśli zrobimy to dobrze. Gdy ktoś was zapyta, nie mówcie nic. Jeśli policja spróbuje nas aresztować, przysięgniemy, że robimy to tylko dla wprawy".
  Plan Mosby'ego zadziałał. W ciągu tygodnia tłumy zaczęły gromadzić się rano, by oglądać "Maszerujących", a policja wszczęła dochodzenie. Mosby był zachwycony. Rzucił pracę barmana i zwerbował barwną bandę młodych chuliganów, których namawiał do ćwiczenia kroków marszowych po południu. Kiedy został aresztowany i doprowadzony do sądu, McGregor wystąpił w roli jego adwokata i Mosby został zwolniony. "Chcę postawić tych ludzi przed sądem" - oświadczył Mosby, wyglądając na niewinnego i szczerego. "Sami widzicie, jak kelnerzy i barmani bledną i garbią się podczas pracy, a co do tych młodych chuliganów, czyż nie byłoby lepiej dla społeczeństwa, gdyby maszerowali, niż włóczyli się po barach i knuli Bóg jeden wie jakie intrygi?"
  Na twarzach Pierwszej Sekcji pojawił się uśmiech. MacGregor i Mosby zorganizowali kolejną kompanię maszerujących, a młody mężczyzna, który był sierżantem w kompanii żołnierzy zawodowych, został zaproszony do pomocy w musztrze. Dla samych żołnierzy to wszystko był żart, gra, która przemawiała do psotnego chłopca w nich drzemiącego. Wszyscy byli ciekawi, co dodawało wydarzeniu szczególnego smaczku. Uśmiechali się, maszerując tam i z powrotem. Przez chwilę wymieniali drwiny z widzami, ale MacGregor położył temu kres. "Zachowajcie ciszę" - powiedział, przechodząc między mężczyznami podczas przerwy. "To najlepsze, co możecie zrobić. Zachowajcie ciszę i zajmijcie się swoimi sprawami, a wasz marsz będzie dziesięć razy skuteczniejszy".
  Ruch maszerujących mężczyzn narastał. Młody żydowski dziennikarz, pół łajdak, pół poeta, napisał mrożący krew w żyłach artykuł do niedzielnej gazety, obwieszczając narodziny Republiki Pracy. Historię zilustrowano rysunkiem przedstawiającym MacGregora prowadzącego ogromną hordę przez otwartą równinę w kierunku miasta, którego wysokie kominy buchały kłębami dymu. Obok MacGregora na zdjęciu, ubrany w kolorowy mundur, stał były oficer Mosby. W artykule nazwano go dowódcą "tajnej republiki rozwijającej się w obrębie wielkiego imperium kapitalistycznego".
  Zaczął nabierać kształtów - ruch Marszowego Ludu. Zaczęły krążyć plotki. W oczach mężczyzn pojawiło się pytanie. Powoli, początkowo, zaczęło formować się w ich umysłach. Na chodniku słychać było ostry tupot stóp. Formowały się grupy, mężczyźni się śmiali, grupy znikały, by po chwili pojawić się ponownie. W słońcu ludzie stali przed drzwiami fabryk, rozmawiając, na wpół rozumiejąc, zaczynając wyczuwać, że w wietrze czai się coś większego.
  Początkowo ruch nie osiągnął niczego wśród robotników. Odbywało się zebranie, być może seria zebrań, w jednej z małych sal, gdzie robotnicy zbierali się, by załatwiać swoje sprawy związkowe. Przemawiał McGregor. Jego szorstki, władczy głos słychać było na ulicach poniżej. Kupcy wyłaniali się ze swoich sklepów i stali w drzwiach, nasłuchując. Młodzi mężczyźni palący papierosy przestawali patrzeć na przechodzące dziewczyny i gromadzili się tłumnie pod otwartymi oknami. Powolny mózg robotników budził się.
  Po pewnym czasie kilku młodych mężczyzn, niektórzy z nich obsługiwali piły w fabryce pudełek, a inni maszyny w fabryce rowerów, zgłosiło się na ochotnika, by pójść w ślady mężczyzn z Pierwszej Sekcji. W letnie wieczory zbierali się na pustych działkach i maszerowali tam i z powrotem, patrząc pod nogi i śmiejąc się.
  MacGregor nalegał na szkolenie. Nigdy nie zamierzał, aby jego Ruch Marszowy stał się po prostu zdezorganizowaną grupą pieszych, taką jak te, które wszyscy widzieliśmy na tylu paradach robotniczych. Chciał, aby nauczyli się maszerować rytmicznie, kołysząc się jak weterani. Był zdeterminowany, aby w końcu usłyszeli tupot stóp, zaśpiewali wspaniałą pieśń, niosąc przesłanie potężnego braterstwa do serc i umysłów maszerujących.
  McGregor poświęcił się całkowicie ruchowi. Zarabiał skromnie w swoim zawodzie, ale nie przywiązywał do tego większej wagi. Sprawa o morderstwo przyniosła mu kolejne sprawy i zatrudnił wspólnika, drobnego mężczyznę o oczach łasicy, który miał badać szczegóły spraw trafiających do firmy i pobierać opłaty, z których połowę miał przekazywać wspólnikowi, który zamierzał je rozwiązać. Coś jeszcze. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu McGregor przemierzał miasto, rozmawiając z robotnikami, ucząc się mówić, starając się przekazać swoje przesłanie.
  Pewnego wrześniowego wieczoru stał w cieniu fabrycznego muru, obserwując grupę mężczyzn maszerujących przez pusty plac. Ruch uliczny stał się wówczas bardzo intensywny. Ogień płonął w jego sercu na myśl o tym, co się może wydarzyć. Zapadała ciemność, a tumany kurzu wzbijane przez stopy mężczyzn przetaczały się po powierzchni zachodzącego słońca. Około dwustu mężczyzn maszerowało przed nim przez pole - największa kompania, jaką udało mu się zgromadzić. Przez tydzień maszerowali, wieczór po wieczorze, i zaczęli rozumieć jego ducha. Ich przywódca na polu, wysoki, barczysty mężczyzna, był kiedyś kapitanem milicji stanowej, a teraz pracował jako inżynier w fabryce mydła. Jego rozkazy rozbrzmiewały ostro i wyraźnie w wieczornym powietrzu. "Czwórki w szeregu" - krzyknął. Słowa te rozbrzmiały gromkim echem. Mężczyźni wyprostowali ramiona i energicznie się odwrócili. Zaczęli czerpać przyjemność z marszu.
  W cieniu fabrycznego muru MacGregor niespokojnie się poruszył. Czuł, że to początek, prawdziwe narodziny jego ruchu, że ci ludzie naprawdę wyłonili się z szeregów robotniczych, a zrozumienie to narastało w piersiach maszerujących tam, na otwartej przestrzeni postaci.
  Mamrotał coś pod nosem i chodził tam i z powrotem. Młody mężczyzna, reporter jednego z największych dzienników w mieście, wyskoczył z przejeżdżającego tramwaju i zatrzymał się obok niego. "Co tu się dzieje? Co to jest? Co to jest? Lepiej mi powiedz" - powiedział.
  W przyćmionym świetle McGregor uniósł pięści nad głowę i przemówił głośno. "To ich przenika" - powiedział. "Tego, czego nie da się opisać słowami, to samoekspresja. Coś się tu dzieje. Nowa siła wkracza na świat".
  MacGregor, niemal oszalały z niepokoju, krążył tam i z powrotem, wymachując rękami. Zwracając się ponownie do reportera stojącego przy ścianie fabryki, dość eleganckiego mężczyzny z malutkim wąsikiem, krzyknął:
  "Nie widzisz?" krzyknął. Jego głos był ostry. "Patrz, jak maszerują! Rozumieją, o co mi chodzi. Złapali ducha!"
  MacGregor zaczął wyjaśniać. Mówił szybko, wypowiadając słowa krótkimi, urywanymi zdaniami. "Od wieków ludzie rozmawiają o braterstwie. Ludzie zawsze rozmawiali o braterstwie. Słowa nic nie znaczyły. Słowa i gadanie stworzyły jedynie naród o opadniętych szczękach. Ludzkie szczęki mogą drżeć, ale nogi się nie chwieją".
  Chodził tam i z powrotem, ciągnąc na wpół przestraszonego mężczyznę wzdłuż gęstniejącego cienia fabrycznej ściany.
  "Widzisz, to się zaczyna - teraz zaczyna się na tym polu. Nogi i stopy ludzi, setki nóg i stóp, tworzą rodzaj muzyki. Teraz będzie ich tysiące, setki tysięcy. Na jakiś czas ludzie przestaną być jednostkami. Staną się masą, poruszającą się, wszechmocną masą. Nie będą wyrażać swoich myśli słowami, ale mimo to myśl będzie w nich wzrastać. Nagle zaczną zdawać sobie sprawę, że są częścią czegoś ogromnego i potężnego, czegoś, co porusza się i szuka nowego wyrazu. Mówiono im o potędze pracy, ale teraz, widzisz, sami staną się potęgą pracy".
  Przytłoczony własnymi słowami, a może i jakimś rytmem w poruszającej się masie ludzi, MacGregor gorączkowo martwił się o zrozumienie eleganckiego młodego człowieka. "Czy pamiętasz, jak w dzieciństwie jakiś żołnierz powiedział ci, że maszerujący żołnierze muszą zwolnić kroku i przejść przez most w nieuporządkowanym tłumie, bo ich uporządkowany chód zatrzęsie mostem?"
  Dreszcz przebiegł młodego mężczyznę. W wolnym czasie pisał sztuki teatralne i opowiadania, a jego wyćwiczony zmysł dramatyczny szybko pojął znaczenie słów MacGregora. Przypomniała mu się scena na wiejskiej ulicy jego domu w Ohio. Oczami wyobraźni ujrzał maszerujący obok wiejski korpus flecisty i doboszy. W pamięci przypomniał mu się rytm i kadencja melodii i znów, jak w dzieciństwie, bolały go nogi, gdy wybiegł między mężczyzn i odszedł.
  W swoim podnieceniu zaczął mówić. "Rozumiem" - zawołał - "Czy myślisz, że jest w tym jakaś myśl, wielka myśl, której ludzie nie zrozumieli?"
  Na boisku mężczyźni stawali się coraz odważniejsi i mniej nieśmiali, przebiegali obok innych, wykonując długie, kołyszące kroki.
  Młody mężczyzna zastanowił się przez chwilę. "Rozumiem. Rozumiem. Wszyscy, którzy stali i patrzyli tak jak ja, gdy przechodziła grupa flecistów i perkusistów, czuli to samo co ja. Kryli się za maskami. Ich nogi też mrowiły, a w sercach rozbrzmiewał ten sam dziki, wojenny puls. Wymyśliłeś to, prawda? Tak chcesz zarządzać porodem?"
  Młody mężczyzna wpatrywał się z otwartymi ustami w pole i poruszającą się masę ludzi. Jego myśli nabrały oratorskiego charakteru. "Oto wielki człowiek" - mruknął. "Oto Napoleon, Cezar Pracy, przybywający do Chicago. Nie jest jak mali przywódcy. Jego umysł nie jest przyćmiony bladą powłoką myśli. Nie uważa, że wielkie, naturalne ludzkie impulsy są głupie i absurdalne. Ma coś, co zadziała. Świat powinien mieć na niego oko".
  Prawie tracąc panowanie nad sobą, chodził tam i z powrotem wzdłuż krawędzi boiska, cały drżąc.
  Z szeregów maszerujących wyłonił się robotnik. Z pola dobiegły słowa. Głos kapitana, wydającego rozkazy, był zabarwiony irytacją. Dziennikarz słuchał z niepokojem. "To wszystko zepsuje. Żołnierze się zniechęcą i odejdą" - pomyślał, pochylając się i czekając.
  "Pracowałem cały dzień i nie mogę tu chodzić tam i z powrotem całą noc" - skarżył się głos robotnika.
  Cień przemknął po ramieniu młodego mężczyzny. Przed jego oczami, na boisku, przed czekającymi rzędami mężczyzn, stał MacGregor. Jego pięść wystrzeliła i narzekający robotnik padł na ziemię.
  "To nie czas na słowa" - powiedział ostry głos. "Wracaj tam. To nie jest zabawa. To początek samorealizacji człowieka. Idź tam i nic nie mów. Jeśli nie możesz iść z nami, odejdź. Ruch, który zapoczątkowaliśmy, nie może sobie pozwolić na marudzenie".
  Wśród mężczyzn rozległ się wiwat. Pod murem fabryki podekscytowany dziennikarz tańczył w tę i z powrotem. Na komendę kapitana szereg maszerujących mężczyzn ponownie przetoczył się przez pole, a on patrzył na to ze łzami w oczach. "Zadziała" - krzyknął. "Zadziała na pewno. W końcu pojawił się człowiek, który poprowadzi robotników".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  JOHN VAN MOOR _ _ _ Pewnego dnia młody agent reklamowy z Chicago wszedł do biur Wheelright Bicycle Company. Fabryka i biura firmy znajdowały się daleko na zachodzie. Fabryka była ogromnym ceglanym budynkiem z szerokim, cementowym chodnikiem i wąskim, zielonym trawnikiem usianym rabatami kwiatowymi. Budynek biurowy był mniejszy i miał werandę z widokiem na ulicę. Wzdłuż ścian biurowca rosła winorośl.
  Podobnie jak reporter obserwujący Marsz Mężów na polu pod murem fabryki, John Van Moore był eleganckim młodym mężczyzną z wąsami. W wolnym czasie grał na klarnecie. "To daje człowiekowi coś, czego można się uchwycić" - wyjaśniał swoim przyjaciołom. "Człowiek widzi, jak życie przemija i czuje, że nie jest tylko dryfującym kłodą na fali. Chociaż jestem bezwartościowym muzykiem, to przynajmniej pozwala mi marzyć".
  Wśród pracowników agencji reklamowej, w której pracował, Van Moore uchodził za pewnego rodzaju głupca, którego odkupiła umiejętność łączenia słów w całość. Nosił ciężki, czarny, pleciony zegarek na łańcuszku i laskę, a jego żona, która po ślubie studiowała medycynę, mieszkała z nim osobno. Czasami w sobotnie wieczory spotykali się w restauracji i przesiadywali godzinami, pijąc i śmiejąc się. Po przejściu żony na emeryturę, dyrektor ds. reklamy kontynuował wesołe świętowanie, przenosząc się z salonu do salonu i wygłaszając długie przemówienia, w których przedstawiał swoją filozofię życia. "Jestem indywidualistą" - oznajmił, chodząc tam i z powrotem i wymachując laską. "Jestem dyletantem, eksperymentatorem, że tak powiem. Zanim umrę, marzę o odkryciu nowej jakości w istnieniu".
  Dla firmy rowerowej, reklamodawca otrzymał zadanie napisania broszury, która w romantyczny i przystępny sposób opowiadałaby o historii firmy. Po jej ukończeniu broszura miała być wysyłana do osób, które odpowiedziały na reklamy zamieszczone w czasopismach i gazetach. Firma posiadała proces produkcyjny specjalnie przeznaczony dla rowerów Wheelright, co należało podkreślić w broszurze.
  Proces produkcyjny, który John Van Moore miał tak elokwentnie opisać, zrodził się w umyśle robotnika i był odpowiedzialny za sukces firmy. Teraz robotnik zmarł, a prezes firmy postanowił, że pomysł będzie jego. Zastanowił się nad tym głęboko i doszedł do wniosku, że tak naprawdę pomysł musiał być czymś więcej niż jego własnym. "Musiał być" - powiedział sobie - "inaczej nie wyszłoby tak dobrze".
  W biurze firmy rowerowej prezes, szorstki, siwy mężczyzna o małych oczach, przechadzał się po długim, wyłożonym grubym dywanem pokoju. Odpowiadając na pytania dyrektora ds. reklamy, siedzącego przy biurku z notatnikiem przed sobą, stanął na palcach, wsunął kciuk za pachę kamizelki i opowiedział długą, rozwlekłą historię, w której był bohaterem.
  Historia dotyczyła młodego robotnika, który pierwsze lata życia spędził w straszliwej pracy. Wieczorami wybiegał z warsztatu i, nie zdejmując ubrania, harował przez długie godziny na małym strychu. Kiedy robotnik odkrył sekret sukcesu roweru Wheelwright, otworzył warsztat i zaczął zbierać owoce swoich wysiłków.
  "To byłem ja. To ja byłem tym facetem" - wykrzyknął grubas, który po czterdziestce kupił udziały w firmie rowerowej. Uderzył się w pierś i zamilkł, jakby przytłoczony emocjami. Łzy napłynęły mu do oczu. Młody robotnik stał się dla niego rzeczywistością. "Całymi dniami biegałem po warsztacie, krzycząc: "Jakość! Jakość!". Teraz to robię. Mam na to fetysz. Robię rowery nie dla pieniędzy, ale dlatego, że jestem robotnikiem dumnym ze swojej pracy. Można to zapisać w książce. Można mnie cytować. Moja duma z pracy powinna być szczególnie zauważona". Specjalista od reklamy skinął głową i zaczął coś notować w notesie. Prawie mógłby napisać tę historię bez wizyty w fabryce. Kiedy grubas nie patrzył, odwrócił się i słuchał uważnie. Z całego serca pragnął, żeby prezes odszedł i zostawił go w spokoju, by mógł wędrować po fabryce.
  Poprzedniego wieczoru John Van Moore przeżył przygodę. Wraz z przyjacielem, rysownikiem komiksów dla dzienników, poszedł do saloonu i spotkał innego dziennikarza.
  Trzej mężczyźni siedzieli w saloonie do późnej nocy, pijąc i rozmawiając. Drugi dziennikarz - ten sam elegancki facet, który obserwował demonstrantów pod murem fabryki - w kółko opowiadał historię MacGregora i jego towarzyszy. "Mówię wam, coś tu rośnie" - powiedział. "Widziałem tego MacGregora i wiem. Możecie mi wierzyć lub nie, ale faktem jest, że czegoś się nauczył. Jest w mężczyznach coś, czego wcześniej nie rozumiano - jest myśl ukryta w piersi narodzin, wielka, niewypowiedziana myśl - to część ludzkiego ciała, a także ich umysłu. Załóżmy, że ten facet to zrozumiał, i to zrozumiał, ach!"
  Pijąc dalej, dziennikarz, coraz bardziej podniecony, był na wpół szalony w swoich domysłach na temat tego, co miało się wydarzyć na świecie. Uderzając pięścią w przesiąknięty piwem stół, zwrócił się do reklamodawcy. "Są rzeczy, których zwierzęta nie rozumieją, a ludzie nie" - wykrzyknął. "Weźmy pszczoły. Myślałeś, że ludzie nie próbowali rozwinąć umysłu zbiorowego? Dlaczego ludzie nie próbowaliby go zrozumieć?"
  Głos gazeciarza stał się cichy i napięty. "Kiedy przyjdziesz do fabryki, chcę, żebyś miał oczy i uszy szeroko otwarte" - powiedział. "Wejdź do jednego z dużych pomieszczeń, w których pracuje wielu mężczyzn. Stój zupełnie nieruchomo. Nie próbuj myśleć. Poczekaj".
  Zdenerwowany mężczyzna zerwał się z krzesła i zaczął chodzić tam i z powrotem przed swoimi towarzyszami. Grupa mężczyzn stojących przed barem słuchała, unosząc kieliszki do ust.
  Mówię ci, że istnieje już pieśń robotnicza. Nie została jeszcze wyrażona ani zrozumiana, ale jest w każdym zakładzie, w każdym zawodzie, w którym pracują ludzie. Ludzie, którzy pracują, mgliście ją rozumieją, choć jeśli o niej wspomnisz, tylko się roześmieją. Pieśń jest niska, surowa, rytmiczna. Mówię ci, że pochodzi z samej duszy pracy. Jest podobna do tego, co rozumieją artyści i do tego, co nazywamy formą. Ten McGregor coś z tego rozumie. Jest pierwszym przywódcą robotniczym, który to zrozumiał. Świat o nim usłyszy. Pewnego dnia świat będzie dźwięczał jego imieniem.
  W fabryce rowerów John Van Moore spojrzał na notatnik przed sobą i pomyślał o słowach półpijanego mężczyzny w salonie wystawowym. Za nim rozległy warsztat rozbrzmiewał miarowym zgrzytem niezliczonych maszyn. Grubas, zahipnotyzowany własnymi słowami, wciąż krążył tam i z powrotem, opowiadając o trudach, które kiedyś dotknęły wyimaginowanego młodego robotnika, a które pokonał. "Wiele się słyszy o potędze pracy, ale popełniono błąd" - powiedział. "Ludzie tacy jak ja - to my jesteśmy siłą. Widzisz, pochodzimy z mas? Idziemy naprzód".
  Zatrzymując się przed reklamodawcą i patrząc w dół, grubas puścił oko. "Nie musisz tego pisać w książce. Nie ma potrzeby mnie cytować. Nasze rowery kupują pracownicy i byłoby głupotą ich obrażać, ale to, co mówię, jest mimo wszystko prawdą. Czyż to nie ludzie tacy jak ja, z naszymi bystrymi umysłami i siłą cierpliwości, tworzą te wspaniałe, nowoczesne organizacje?"
  Grubas machnął ręką w stronę warsztatów, skąd słychać było ryk maszyn. Sprzedawca reklamy skinął głową z roztargnieniem, próbując usłyszeć melodię pracy, o której mówił pijany mężczyzna. Czas było kończyć pracę, a po całej hali fabrycznej słychać było tupot wielu stóp. Ryk maszyn ucichł.
  I znów grubas krążył tam i z powrotem, opowiadając historię kariery robotnika, który awansował z szeregów klasy robotniczej. Z fabryki zaczęli wychodzić mężczyźni i wychodzić na ulicę. Na szerokim, cementowym chodniku, mijając rabaty kwiatowe, słychać było kroki.
  Nagle grubas się zatrzymał. Reklamodawca siedział z ołówkiem zawieszonym nad papierem. Z dołu dobiegały ostre komendy. I znowu z okien dobiegał odgłos ludzi.
  Prezes firmy rowerowej i specjalista od reklamy podbiegli do okna. Tam, na betonowym chodniku, stali żołnierze firmy, ustawieni w czteroosobowych kolumnach i podzieleni na kompanie. Na czele każdej kompanii stał kapitan. Kapitanowie odwracali ludzi. "Naprzód! Marsz!", krzyczeli.
  Grubas stał z otwartymi ustami, patrząc na mężczyzn. "Co tam się dzieje? Co masz na myśli? Przestańcie!" - krzyknął.
  Z okna dobiegł szyderczy śmiech.
  "Uwaga! Naprzód, kierunek w prawo!" krzyknął kapitan.
  Mężczyźni pospiesznie przemknęli szerokim, cementowym chodnikiem, mijając witrynę i reklamodawcę. Na ich twarzach malowało się coś zdecydowanego i ponurego. Bolesny uśmiech przemknął po twarzy siwowłosego mężczyzny, a potem zniknął. Reklamodawca, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co się dzieje, wyczuł strach starszego mężczyzny. Poczuł przerażenie na własnej twarzy. W głębi duszy cieszył się, że to widzi.
  Producent zaczął ożywioną rozmowę. "O co chodzi?" - zapytał. "Co się dzieje? Na jaki wulkan my, biznesmeni, wchodzimy? Czy nie mamy już dość kłopotów z porodem? Co oni teraz robią?". Ponownie minął biurko, przy którym siedział reklamodawca, patrząc na niego. "Zostawimy książkę" - powiedział. "Przyjdź jutro. Przyjdź kiedy chcesz. Chcę dojść do sedna sprawy. Chcę wiedzieć, co się dzieje".
  Opuszczając biuro firmy rowerowej, John Van Moore pobiegł ulicą, mijając sklepy i domy. Nie próbował podążać za maszerującym tłumem, lecz biegł na oślep przed siebie, przepełniony ekscytacją. Przypomniały mu się słowa dziennikarza o pieśni robotniczej i upojona była myślą o uchwyceniu jej rozmachu. Sto razy widział ludzi wybiegających z fabryk pod koniec dnia. Wcześniej zawsze byli tylko masą jednostek. Każdy zajmował się swoimi sprawami, każdy rozproszył się po swojej ulicy i zagubił w ciemnych zaułkach między wysokimi, brudnymi budynkami. Teraz wszystko się zmieniło. Mężczyźni nie szli już samotnie, lecz maszerowali ramię w ramię ulicą.
  Gula urosła temu człowiekowi w gardle i, niczym człowiek przy ścianie fabryki, zaczął wymawiać słowa: "Pieśń pracy już tu jest. Zaczęła śpiewać!" - wykrzyknął.
  John Van Moore był w szoku. Pamiętał bladą z przerażenia twarz grubasa. Na chodniku przed sklepem spożywczym zatrzymał się i krzyknął z radości. Potem zaczął dziko tańczyć, przerażając grupkę dzieci, które stały z palcami w ustach i wpatrywały się w niego z szeroko otwartymi oczami.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  LL _ PRZEZ TO W pierwszych miesiącach tego roku wśród chicagowskich przedsiębiorców krążyły pogłoski o nowym i niezrozumiałym ruchu robotniczym. W pewnym sensie robotnicy rozumieli ukryty strach, jaki wywołał ich zbiorowy marsz, i niczym człowiek reklamy tańczący na chodniku przed sklepem spożywczym, byli zadowoleni. W ich sercach zagościła ponura satysfakcja. Pamiętając dzieciństwo i narastający strach, który ogarnął domy ich ojców podczas Wielkiego Kryzysu, z radością siali strach w domach bogatych i zamożnych. Przez lata szli przez życie po omacku, starając się zapomnieć o starości i ubóstwie. Teraz czuli, że życie ma cel, że zmierzają do jakiegoś celu. Kiedy w przeszłości mówiono im, że tkwi w nich moc, nie wierzyli w to. "Nie można mu ufać" - pomyślał człowiek przy maszynie, patrząc na człowieka pracującego przy sąsiedniej maszynie. "Słyszałem, jak mówi, a w głębi duszy to głupiec".
  Teraz mężczyzna przy maszynie nie myślał o swoim bracie przy następnej maszynie. Tej nocy, we śnie, zaczęła go nawiedzać nowa wizja. Moc tchnęła w jego umysł swoje przesłanie. Nagle ujrzał siebie jako część olbrzyma kroczącego przez świat. "Jestem jak kropla krwi płynąca w żyłach narodzin" - wyszeptał do siebie. "Na swój sposób dodaję siły sercu i mózgowi porodu. Stałem się częścią tego, co zaczęło się poruszać. Nie będę mówił, ale będę czekał. Jeśli ten marsz ma sens, to pójdę. Nawet jeśli pod koniec dnia będę zmęczony, to mnie nie powstrzyma. Wielokrotnie byłem zmęczony i samotny. Teraz jestem częścią czegoś ogromnego. Wiem, że świadomość mocy wkradła się do mojego umysłu i chociaż będę prześladowany, nie oddam tego, co zdobyłem".
  W biurze zarządu pługów zwołano zebranie przedsiębiorców. Celem spotkania było omówienie niepokojów wśród pracowników, które wybuchły w zakładzie orki. Tego wieczoru mężczyźni nie maszerowali już w chaotycznym tłumie, lecz maszerowali grupami wzdłuż brukowanej ulicy, mijając bramy fabryki.
  Na spotkaniu David Ormsby, jak zawsze, był spokojny i opanowany. Emanowała z niego aura dobrych intencji, a kiedy bankier, jeden z dyrektorów firmy, skończył mówić, wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem, trzymając ręce w kieszeniach spodni. Bankier był tęgim mężczyzną o cienkich, brązowych włosach i szczupłych dłoniach. Mówiąc, trzymał w dłoniach parę żółtych rękawiczek i rzucił je na długi stół pośrodku sali. Cichy odgłos uderzeń rękawiczek o stół wzmocnił jego słowa. David gestem wskazał mu, żeby usiadł. "Pójdę sam do tego MacGregora" - powiedział, przechodząc przez salę i kładąc dłoń na ramieniu bankiera. "Być może, jak mówisz, czyha tu nowe i straszliwe niebezpieczeństwo, ale nie sądzę. Od tysięcy, a bez wątpienia milionów lat świat podąża własną drogą i nie sądzę, żeby teraz dało się go powstrzymać".
  "Mam szczęście, że poznałem i poznałem tego McGregora" - dodał David, uśmiechając się do reszty sali. "To mężczyzna, a nie Joshua, który sprawia, że słońce się zatrzymuje".
  W biurze przy Van Buren Street David, siwowłosy i pewny siebie, stał przed biurkiem, przy którym siedział McGregor. "Wyjdziemy stąd, jeśli pan pozwoli" - powiedział. "Chcę z panem porozmawiać i nie chcę, żeby mi przeszkadzano. Mam wrażenie, że rozmawiamy na ulicy".
  Dwóch mężczyzn pojechało tramwajem do Jackson Park i, zapominając o lunchu, spacerowało przez godzinę po alejkach wysadzanych drzewami. Wiatr znad jeziora ochłodził powietrze, a park opustoszał.
  Stanęli na molo z widokiem na jezioro. Na molo David próbował rozpocząć rozmowę, która była celem ich wspólnego życia, ale wiatr i woda uderzające o filary mola utrudniały mu to. Choć nie potrafił wyjaśnić dlaczego, poczuł ulgę z powodu konieczności opóźnienia. Wrócili do parku i znaleźli miejsce na ławce z widokiem na lagunę.
  W milczącej obecności MacGregora David nagle poczuł się niezręcznie i nieswojo. "Jakim prawem mam go przesłuchiwać?" - pytał sam siebie, nie mogąc znaleźć w głowie odpowiedzi. Kilka razy zaczynał mówić to, co miał do powiedzenia, ale potem przerywał, a jego mowa schodziła na błahostki. "Są na świecie mężczyźni, których nie bierzesz pod uwagę" - powiedział w końcu, zmuszając się do rozpoczęcia. Kontynuował ze śmiechem, odczuwając ulgę, że cisza została przerwana. "Widzisz, ty i pozostali przegapiliście najgłębszy sekret silnych mężczyzn".
  David Ormsby spojrzał uważnie na MacGregora. "Nie sądzę, żebyś uważał, że my, biznesmeni, gonimy tylko za pieniędzmi. Wierzę, że widzisz coś większego. Mamy cel i dążymy do niego cicho i wytrwale".
  Dawid ponownie spojrzał na milczącą postać siedzącą w przyćmionym świetle i znów jego myśli pobiegły, próbując przeniknąć ciszę. "Nie jestem głupcem i być może wiem, że ruch, który zapoczątkowałeś wśród robotników, jest czymś nowym. Jest w nim siła, jak we wszystkich wielkich ideach. Być może myślę, że jest w tobie siła. Po co innego miałbym tu być?"
  Dawid znów się zaśmiał, niepewnie. "W pewnym sensie ci współczuję" - powiedział. "Chociaż całe życie służyłem pieniądzom, to nie były moje. Nie możesz myśleć, że ludzie tacy jak ja przejmują się czymkolwiek innym niż pieniędzmi".
  Stary oracz spojrzał przez ramię MacGregora na liście drzew kołyszące się na wietrze znad jeziora. "Byli ludzie i wielcy przywódcy, którzy rozumieli cichych, kompetentnych sług bogactwa" - powiedział z irytacją. "Chcę, żebyś zrozumiał tych ludzi. Chciałbym, żebyś sam się do nich upodobnił - nie dla bogactwa, jakie to przyniesie, ale dlatego, że w końcu będziesz służył wszystkim ludziom. W ten sposób dotrzesz do prawdy. Moc, która w tobie tkwi, zostanie zachowana i będzie mądrzej wykorzystywana".
  "Oczywiście, historia poświęciła ludziom, o których mówię, niewiele uwagi, jeśli w ogóle. Przeszli przez życie niezauważeni, po cichu dokonując wielkich rzeczy".
  Oracz zamilkł. Chociaż McGregor nic nie powiedział, starszy mężczyzna wyczuł, że rozmowa nie przebiega tak, jak powinna. "Chciałbym wiedzieć, co pan ma na myśli, co ostatecznie chce pan osiągnąć dla siebie lub dla tych ludzi" - powiedział nieco ostro. "W końcu nie ma sensu owijać w bawełnę".
  MacGregor nic nie powiedział. Wstał z ławki i poszedł z Ormsbym ścieżką.
  "Naprawdę silni mężczyźni tego świata nie mają miejsca w historii" - oświadczył gorzko Ormsby. "Nie pytali. Byli w Rzymie i Niemczech za czasów Marcina Lutra, ale nic o nich nie wspomniano. Choć nie przeszkadza im milczenie historii, chcieliby, żeby inni silni mężczyźni to zrozumieli. Marsz światowy to coś więcej niż kurz wzbijany przez obcasy kilku robotników idących ulicami, a ci mężczyźni są za niego odpowiedzialni. Popełniacie błąd. Zapraszam was, byście zostali jednymi z nas. Jeśli planujecie coś zepsuć, możecie przejść do historii, ale w rzeczywistości nie będziecie mieli znaczenia. To, co próbujecie zrobić, nie zadziała. Skończycie źle".
  Gdy dwaj mężczyźni opuścili park, starszy mężczyzna ponownie poczuł, że wywiad zakończył się porażką. Było mu przykro. Ten wieczór, jak czuł, zakończył się porażką, a on nie był przyzwyczajony do porażek. "Tu jest mur, którego nie mogę przebić" - pomyślał.
  Szli w milczeniu wzdłuż parku pod gajem. MacGregor zdawał się nie zwracać uwagi na słowa skierowane do niego. Kiedy dotarli do długiego pasa pustych działek z widokiem na park, zatrzymał się i, opierając się o drzewo, spojrzał na park, pogrążony w myślach.
  David Ormsby również zamilkł. Myślał o swojej młodości w małej wiejskiej fabryce pługów, o próbach zaistnienia na świecie, o długich wieczorach spędzonych na czytaniu książek i próbach zrozumienia ludzkich ruchów.
  "Czy w naturze i młodości jest jakiś element, którego nie rozumiemy lub który ignorujemy?" - zapytał. "Czy cierpliwe wysiłki pracowników świata zawsze kończą się porażką? Czy jakiś nowy etap życia może nagle nadejść, rujnując wszystkie nasze plany? Czy naprawdę postrzegacie ludzi takich jak ja jako część ogromnej całości? Czy odmawiacie nam indywidualności, prawa do postępu, prawa do rozwiązywania problemów i kontroli?"
  Oracz spojrzał na ogromną postać stojącą przy drzewie. Znów się rozgniewał i znów zapalił cygara, które wyrzucił po dwóch czy trzech zaciągnięciach. W krzakach za ławką zaczęły śpiewać owady. Wiatr, teraz wiał łagodnymi podmuchami, powoli kołysał gałęziami drzew nad głowami.
  "Czy istnieje coś takiego jak wieczna młodość, stan, z którego ludzie wychodzą przez ignorancję, młodość, która na zawsze niszczy, burzy to, co zostało zbudowane?" - zapytał. "Czy dojrzałe życie silnych mężczyzn naprawdę znaczy tak mało? Czy cieszysz się pustymi polami wygrzewającymi się w letnim słońcu, prawem do milczenia w obecności ludzi, którzy mieli myśli i próbowali wcielić je w życie?"
  Wciąż milcząc, MacGregor wskazał na drogę prowadzącą do parku. Grupa mężczyzn skręciła za róg alejki i ruszyła w ich stronę. Gdy przechodzili pod latarnią uliczną kołyszącą się delikatnie na wietrze, ich twarze, migoczące i blednące w świetle, zdawały się drwić z Davida Ormsby'ego. Przez chwilę ogarnął go gniew, a potem coś - być może rytm poruszającej się masy - sprawiło, że poczuł się łagodniejszy. Mężczyźni skręcili za kolejny róg i zniknęli pod wiaduktem kolejowym.
  Ploughman odszedł od McGregora. Coś w tym wywiadzie, który zakończył się obecnością maszerujących postaci, sprawiło, że poczuł się bezsilny. "W końcu jest młodość i nadzieja młodości. To, co planuje, może się udać" - pomyślał, wsiadając do tramwaju.
  W samochodzie David wystawił głowę przez okno i spojrzał na długi rząd bloków mieszkalnych wzdłuż ulicy. Znów pomyślał o swojej młodości i wieczorach na wsi w Wisconsin, kiedy jako młody człowiek spacerował z innymi młodymi ludźmi, śpiewając i maszerując w blasku księżyca.
  Na pustym placu ponownie zobaczył grupę maszerujących ludzi, którzy przemieszczali się tam i z powrotem, szybko wykonując polecenia szczupłego młodego mężczyzny stojącego na chodniku pod latarnią i trzymającego w ręku laskę.
  W samochodzie siwowłosy biznesmen oparł głowę na oparciu przedniego siedzenia. Na wpół świadomy swoich myśli, zaczął koncentrować się na sylwetce córki. "Gdybym był Margaret, nie pozwoliłbym mu odejść. Bez względu na cenę, musiałem się go trzymać" - mruknął.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IV
  
  JESTEM TRUDNY Nie ma potrzeby wahać się przed zjawiskiem, które dziś nazywa się, i być może słusznie, "Szaleństwem Maszerujących Ludzi". W pewnym momencie powraca ono do świadomości jako coś niewysłowienie wielkiego i inspirującego. Każdy z nas biegnie w kieracie swojego życia, uwięziony i ograniczony, niczym małe zwierzęta w rozległej menażerii. My z kolei kochamy, żenimy się, rodzimy dzieci, doświadczamy chwil ślepej i daremnej namiętności, a potem coś się dzieje. Nieświadomie, podkrada się do nas zmiana. Młodość blaknie. Stajemy się spostrzegawczy, ostrożni, pogrążeni w błahostkach. Życie, sztuka, wielkie pasje, marzenia - wszystko przemija. Pod nocnym niebem, w blasku księżyca, stoi mieszkaniec przedmieść. Kopie rzodkiewki i martwi się, bo jeden z jego białych kołnierzyków rozdarł się w pralni. Kolej ma uruchomić dodatkowy poranny pociąg. Przypomina sobie fakt, który usłyszał w sklepie. Dla niego noc staje się piękniejsza. Może poświęcić kolejne dziesięć minut na pielęgnację rzodkiewek każdego ranka. Duża część ludzkiego życia zawarta jest w postaci mieszkańca przedmieść stojącego zamyślonego pośród rzodkiewek.
  I tak oto toczymy swoje życie, aż nagle powraca uczucie, które ogarnęło nas wszystkich w Roku Maszerujących Mężczyzn. W jednej chwili znów stajemy się częścią poruszającej się masy. Powraca dawne religijne uniesienie, dziwna emanacja MacGregora Człowieka. W naszej wyobraźni czujemy, jak ziemia drży pod stopami mężczyzn uczestniczących w marszu. Świadomym wysiłkiem umysłu staramy się uchwycić procesy myślowe przywódcy w tamtym roku, kiedy ludzie wyczuwali jego znaczenie, kiedy widzieli, jak on widział robotników - widzieli ich zgromadzonych i poruszających się po świecie.
  Mój własny umysł, ledwo próbujący podążyć za tym większym i prostszym umysłem, błądzi. Wyraźnie przypominam sobie słowa pisarza, który powiedział, że ludzie tworzą własnych bogów, i rozumiem, że sam byłem świadkiem czegoś w rodzaju narodzin takiego boga. Bo wtedy był bliski stania się bogiem - nasz MacGregor. To, co zrobił, wciąż grzmi w ludzkich umysłach. Jego długi cień będzie padł na ludzkie myśli przez wieki. Kusząca próba zrozumienia jego znaczenia zawsze będzie nas kusić do niekończącej się refleksji.
  Dopiero w zeszłym tygodniu poznałem pewnego mężczyznę - był stewardem w klubie i rozmawiał ze mną, patrząc na papierośnicę w pustej sali bilardowej - który nagle odwrócił się, żeby ukryć przede mną dwie wielkie łzy, które napłynęły mu do oczu, gdy usłyszał pewną czułość w moim głosie, gdy wspomniałem o maszerujących mężczyznach.
  Zapada inny nastrój. Może to właściwy nastrój. Idąc do biura, widzę wróble skaczące po zwyczajnej drodze. Na moich oczach maleńkie, uskrzydlone nasiona sfruwają z klonu. Obok przejeżdża chłopiec, siedzący w furgonetce z zakupami, wyprzedzając dość chudego konia. Po drodze wyprzedzam dwóch powłóczących nogami robotników. Przypominają mi tamtych robotników i powtarzam sobie, że ludzie zawsze tak posuwali się naprzód, że nigdy nie poszli w tym globalnym, rytmicznym marszu robotników.
  "Byłeś odurzony młodością i jakimś globalnym szaleństwem" - mówię ja, ruszając dalej i próbując to wszystko przemyśleć.
  Chicago wciąż tu jest - Chicago po McGregorze i Marszowych Ludziach. Pociągi nadziemne wciąż tupią w żaby, skręcając w Wabash Avenue; wagony naziemne wciąż biją dzwonami; tłumy ludzi wylewają się rano na pas startowy prowadzący do pociągów Illinois Central; życie toczy się dalej. A mężczyźni w swoich biurach siedzą na krzesłach i mówią, że to, co się stało, to porażka, burza mózgów, gwałtowny wybuch buntu, nieporządku i głodu w umysłach ludzi.
  Cóż za prorocze pytanie. W samym sercu Maszerującego Ludu tkwiło poczucie porządku. W tym tkwiło przesłanie, coś, czego świat jeszcze nie pojął. Ludzie nie pojęli, że musimy zrozumieć pragnienie porządku, wyryć je w naszej świadomości, zanim przejdziemy do innych rzeczy. Posiadamy to szaleństwo indywidualnej ekspresji. Dla każdego z nas, krótka chwila, by biec naprzód i podnieść nasze cienkie, dziecinne głosy pośród wielkiej ciszy. Nie nauczyliśmy się, że z nas wszystkich, maszerujących ramię w ramię, może wydobyć się głos większy, coś, co wprawi w drżenie nawet wody mórz.
  McGregor wiedział. Miał umysł, który nie był opętany drobiazgami. Kiedy miał świetny pomysł, wierzył, że wypali, i chciał mieć pewność, że wypali.
  Był dobrze wyposażony. Zobaczyłem mężczyznę rozmawiającego w korytarzu, jego ogromne ciało kołysało się w przód i w tył, z ogromnymi pięściami uniesionymi w górę, a jego głos był szorstki, natarczywy, natarczywy - niczym bęben - uderzający w odwrócone twarze mężczyzn stłoczonych w dusznych, małych przestrzeniach.
  Pamiętam, jak dziennikarze siedzieli w swoich małych norach i pisali o nim, mówiąc, że czas ukształtował MacGregora. Nic o tym nie wiem. Miasto zapłonęło ogniem od tego człowieka w momencie jego straszliwej przemowy na sali sądowej, kiedy Mary z Polk Street przestraszyła się i powiedziała prawdę. Stał tam, niedoświadczony, rudy górnik z kopalni i Tenderloin, twarzą w twarz z rozwścieczonym sądem i tłumem protestujących prawników, wygłaszając wstrząsającą miastem filipikę przeciwko zgniłej, starej Pierwszej Izbie i narastającemu tchórzostwu ludzi, które pozwala występkom i chorobom trwać i przenikać całe współczesne życie. W pewnym sensie było to kolejne "Oskarżam!" z ust kolejnego Zoli. Ludzie, którzy to słyszeli, mówili mi, że kiedy skończył, ani jedna osoba na całym sądzie się nie odezwała i ani jedna nie odważyła się poczuć niewinna. "W tym momencie coś - część, komórka, wytwór ludzkiego mózgu - otworzyło się - i w tej strasznej, oświecającej chwili zobaczyli siebie takimi, jakimi byli i jakimi warunkami pozwolili, by stało się życie".
  Zobaczyli coś innego, albo wydawało im się, że widzą coś innego; dostrzegli w McGregorze nową siłę, z którą Chicago będzie musiało się liczyć. Po procesie młody dziennikarz wrócił do swojego biura i biegając od biurka do biurka, krzyczał prosto w twarz swoim kolegom reporterom: "Piekło jest w samo południe. Mamy tu na Van Buren Street rosłego, rudowłosego szkockiego prawnika, który jest jakby nową plagą świata. Zobaczcie, jak Sekcja Pierwsza to robi".
  Ale MacGregor nigdy nie spojrzał na Pierwszą Izbę. Nie przeszkadzało mu to. Z sali sądowej przeszedł z mężczyznami przez nowe pole.
  Nastąpił czas oczekiwania i cierpliwej, spokojnej pracy. Wieczorami MacGregor zajmował się sprawami sądowymi w pokoju gościnnym na Van Buren Street. Ten dziwny ptaszek, Henry Hunt, wciąż mu towarzyszył, zbierając dziesięciny dla bandy i wracając nocą do swojego szanownego domu - osobliwy triumf dla człowieka, który uniknął języka MacGregora tamtego dnia w sądzie, kiedy tak wiele nazwisk zostało zrujnowanych. Był apelem całego świata - apelem ludzi, którzy byli jedynie kupcami, braćmi w nieczystym interesie, ludźmi, którzy powinni być panami miasta.
  A potem ruch Marszowego Ludu zaczął się ujawniać. Przeniknął do krwi mężczyzn. Ten przenikliwy, przypominający bęben dźwięk zaczął wstrząsać ich sercami i nogami.
  Ludzie wszędzie zaczęli widzieć i słyszeć o marszach. Pytanie krążyło z ust do ust: "Co się dzieje?"
  "Co się dzieje?" - krzyk rozbrzmiał w Chicago. Każdy dziennikarz w mieście miał za zadanie napisać tę historię. Gazety były nimi przeładowane każdego dnia. Pojawiali się w całym mieście, wszędzie - Marszowi Mężczyźni.
  Przywódców było mnóstwo! Wojna kubańska i milicja stanowa nauczyły zbyt wielu ludzi sztuki marszu, więc w każdej małej kompanii brakowało co najmniej dwóch lub trzech kompetentnych instruktorów musztry.
  A potem była pieśń marszowa, którą Rosjanin napisał dla McGregora. Kto mógłby ją zapomnieć? Jej wysoki, piskliwy kobiecy ton rozbrzmiewał w umyśle. Sposób, w jaki kołysała się i opadała na tym zawodzącym, zapraszającym, niekończącym się wysokim dźwięku. Wykonanie zawierało dziwne pauzy i interwały. Mężczyźni jej nie śpiewali. Skandowali ją. Było w niej coś dziwnego, urzekającego, coś, co Rosjanie potrafią włożyć w swoje pieśni i książki, które piszą. Nie chodzi o jakość gleby. Część naszej muzyki to ma. Ale w tej rosyjskiej pieśni było coś jeszcze, coś światowego i religijnego - dusza, duch. Być może to był po prostu duch unoszący się nad tą dziwną krainą i ludźmi. Było coś rosyjskiego w samym McGregorze.
  W każdym razie, marszowa pieśń była najbardziej przenikliwym dźwiękiem, jaki Amerykanie kiedykolwiek słyszeli. Rozbrzmiewała echem po ulicach, sklepach, biurach, zaułkach i w powietrzu - niczym jęk, niemal krzyk. Żaden dźwięk nie mógł jej zagłuszyć. Kołysała się, kołysała i szalała w powietrzu.
  I był facet, który nagrał muzykę dla MacGregora. Był prawdziwym twardzielem, a na jego nogach widniały ślady kajdan. Pamiętał ten marsz, słyszał, jak śpiewają go mężczyźni maszerujący przez stepy na Syberię, mężczyźni podnoszący się z nędzy w jeszcze większą nędzę. "Pojawiał się znikąd" - wyjaśniał. "Strażnicy biegli wzdłuż szeregu mężczyzn, krzycząc i smagając ich krótkimi batami. "Przestańcie!" - krzyczeli. A jednak trwał godzinami, wbrew wszelkim przeciwnościom, tam na zimnych, ponurych równinach".
  Przywiózł ją do Ameryki i skomponował do niej muzykę dla uczestników marszu MacGregor.
  Oczywiście policja próbowała powstrzymać maszerujących. Wybiegli na ulice, krzycząc: "Rozejść się!". Mężczyźni rozproszyli się tylko po to, by pojawić się ponownie na jakimś pustym placu, udoskonalając marsz. Pewnego dnia wzburzony oddział policji schwytał ich kompanię. Następnego wieczoru ci sami ludzie ustawili się ponownie w szeregu. Policja nie mogła aresztować stu tysięcy osób, ponieważ maszerowali ramię w ramię ulicami, śpiewając po drodze dziwną pieśń marszową.
  To nie był tylko początek nowych narodzin. To było coś innego niż wszystko, co świat kiedykolwiek widział. Były związki zawodowe, ale poza nimi byli Polacy, rosyjscy Żydzi, mięśniacy z rzeźni i hut południowego Chicago. Mieli swoich przywódców, mówiących ich własnymi językami. I jak oni w ogóle potrafili wyprostować nogi w marszu! Armie starego świata od lat przygotowywały ludzi na dziwną demonstrację, która wybuchła w Chicago.
  To było hipnotyzujące. To było wspaniałe. Pisanie o tym w tak górnolotnych słowach jest absurdalne, ale trzeba by cofnąć się do ówczesnych gazet, żeby zrozumieć, jak ludzka wyobraźnia została zawładnięta i utrzymana.
  Każdy pociąg przywoził pisarzy do Chicago. Wieczorem pięćdziesiąt osób zebrało się w tylnym pomieszczeniu restauracji Weingardnera, gdzie gromadzili się tacy ludzie.
  Następnie piosenka rozprzestrzeniła się na cały kraj: miasta zajmujące się przemysłem stalowym, takie jak Pittsburgh, Johnstown, Lorain i McKeesport, a także ludzie pracujący w małych, niezależnych fabrykach w miasteczkach w stanie Indiana zaczęli ćwiczyć i śpiewać tę pieśń marszową letnimi wieczorami na wiejskim boisku baseballowym.
  Jakże przestraszeni byli ludzie, zamożna, dobrze syta klasa średnia! Ogarnęło to kraj niczym odrodzenie religijne, niczym narastający strach.
  Dziennikarze szybko dotarli do McGregora, mózgu stojącego za tym wszystkim. Jego wpływ był wszędzie. Tego popołudnia setka dziennikarzy stała na schodach prowadzących do dużego, pustego biura na Van Buren Street. Siedział przy biurku, wysoki, czerwony i milczący. Wyglądał jak człowiek w półśnie. Przypuszczam, że to, co myśleli, miało coś wspólnego z tym, jak ludzie na niego patrzyli, ale tak czy inaczej, tłum w Winegardner's zgodził się, że było w tym człowieku coś równie budzącego podziw, jak sposób, w jaki się poruszał. Ruszył i przewodził.
  Teraz wydaje się to absurdalnie proste. Siedział przy biurku. Policja mogła przyjechać i go aresztować. Ale jeśli zaczniesz tak myśleć, wszystko staje się absurdalne. Co za różnica, czy ludzie maszerują z pracy do domu, kołysząc się ramię w ramię lub bez celu szurając nogami, i jaką szkodę może wyrządzić śpiewanie piosenki?
  Widzicie, MacGregor zrozumiał coś, na co nikt z nas się nie liczył. Wiedział, że każdy ma wyobraźnię. Toczył wojnę z ludzkimi umysłami. Rzucił wyzwanie czemuś w nas, o czym nawet nie wiedzieliśmy, że istnieje. Siedział tam latami, rozmyślając nad tym. Obserwował doktora Dowiego i panią Eddy. Wiedział, co robi.
  Pewnego wieczoru tłum dziennikarzy zebrał się, aby posłuchać przemówienia MacGregora na dużym spotkaniu plenerowym na North Side. Wśród nich był dr Cowell, wybitny brytyjski mąż stanu i pisarz, który później utonął na Titanicu. Ten potężny mężczyzna, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, przyjechał do Chicago, aby spotkać się z MacGregorem i spróbować zrozumieć, co robi.
  I McGregor to zrozumiał, jak wszyscy mężczyźni. Tam, pod gołym niebem, ludzie stali w milczeniu, głowa Cowella wystawała z morza twarzy, a McGregor przemówił. Reporterzy twierdzili, że nie może mówić. Mylili się. McGregor miał zwyczaj unoszenia rąk, napinania się i wykrzykiwania swoich propozycji, które przenikały ludzkie dusze.
  Był rodzajem surowego artysty, który malował obrazy w swojej głowie.
  Tego wieczoru, jak zawsze, mówił o pracy, pracy uosobionej, o rozległym, prymitywnym, starym Laboryzmie. Jak sprawił, że ludzie przed nim zobaczyli i poczuli ślepego olbrzyma, który żył na świecie od zarania dziejów i który wciąż chodzi na ślepo, potyka się, przeciera oczy i zasypia od wieków w pyle pól i fabryk.
  Mężczyzna wyłonił się z tłumu i wszedł na platformę obok MacGregora. Był to odważny ruch, a kolana tłumu zadrżały. Gdy mężczyzna wpełzł na platformę, rozległy się okrzyki. Przywodzi nam to na myśl obraz małego, energicznego mężczyzny wchodzącego do domu i pokoju na górze, gdzie Jezus i jego uczniowie jedli razem kolację, a następnie wchodzącego do środka, by pokłócić się o cenę wina.
  Mężczyzna, który stanął na podium z MacGregorem, był socjalistą. Chciał się kłócić.
  Ale McGregor nie protestował. Skoczył do przodu, zwinnym ruchem tygrysa, i obrócił socjalistę, zostawiając go stojącego przed tłumem, małego, mrugającego oczami i śmiesznego.
  Wtedy MacGregor zaczął mówić. Przemienił jąkającego się, kłótliwego małego socjalistę w postać uosobienia wszelkiej pracy, czyniąc go uosobieniem dawnej, znużonej walki świata. A socjalista, który przyszedł, by się spierać, stał tam ze łzami w oczach, dumny ze swojej pozycji w oczach ludu.
  McGregor w całym mieście opowiadał o dawnych laburzystach i o tym, jak ruch Marching People miał ich ożywić i postawić przed obliczem ludu. Jak bardzo chcieliśmy dotrzymać mu kroku i maszerować razem z nim.
  Z tłumu dobiegał odgłos zawodzącego marsza. Zawsze ktoś go zaczynał.
  Tej nocy na North Side dr Cowell złapał dziennikarza za ramię i poprowadził go do samochodu. On, który znał Bismarcka i zasiadał w naradach z królami, spacerował i rozmawiał pół nocy po pustych ulicach.
  Zabawne jest teraz myśleć o tym, co ludzie mówili pod wpływem McGregora. Jak stary dr Johnson i jego przyjaciel Savage, włóczyli się po ulicach na wpół pijani i przysięgali, że cokolwiek by się nie działo, będą trzymać się ruchu. Sam dr Cowell mówił równie absurdalne rzeczy.
  I w całym kraju ta idea dotarła do ludzi - do Marszujących Ludzi - starych ludzi Partii Pracy, maszerujących masowo na oczach ludu - starych ludzi Partii Pracy, którzy mieli sprawić, by świat zobaczył - zobaczył i odczuł wreszcie ich wielkość. Ludzie mieli położyć kres swoim zmaganiom - ludzie zjednoczeni - Marsz! Marsz! Marsz!
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ V
  
  WSZYSTKIE CZASY PRZYWÓDCÓW "MARCHING MEN" MacGregor miał tylko jedno dzieło. Jego nakład szedł w milionach egzemplarzy i był drukowany we wszystkich językach używanych w Ameryce. Kopia tego małego okólnika leży teraz przede mną.
  UCZESTNICY
  "Pytają nas, co mamy na myśli.
  No cóż, oto nasza odpowiedź.
  Zamierzamy kontynuować marsz.
  Chcielibyśmy iść rano i wieczorem, kiedy świeci słońce
  spada.
  W niedzielę mogły usiąść na ganku lub krzyczeć na grających mężczyzn.
  piłka na boisku
  Ale pójdziemy.
  Na twardych kocich łbach miejskich ulic i przez kurz
  Będziemy jechać drogami wiejskimi.
  Nasze nogi mogą być zmęczone, a gardło może być gorące i suche,
  Ale nadal będziemy iść ramię w ramię.
  Będziemy iść, aż ziemia się zatrzęsie i wysokie budynki zadrżą.
  Ramię w ramię pójdziemy - wszyscy razem -
  Na zawsze i na wieki.
  Nie będziemy ani rozmawiać, ani słuchać rozmów.
  Będziemy maszerować i uczyć naszych synów i córki
  marzec.
  Ich umysły są niespokojne. Nasze umysły są jasne.
  Nie myślimy i nie żartujemy słowami.
  Maszerujemy.
  Nasze twarze stały się szorstkie, a włosy i brody pokryte kurzem.
  Widzisz, wnętrza naszych dłoni są szorstkie.
  A jednak maszerujemy - my, robotnicy."
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VI
  
  KTO ZAWSZE zapomniał o tym Święcie Pracy w Chicago? Jak oni maszerowali! Tysiące, tysiące, tysiące! Wypełnili ulice. Samochody się zatrzymały. Ludzie drżeli z powodu wagi zbliżającej się godziny.
  Nadchodzą! Jak ziemia drży! Powtarzaj, powtarzaj tę piosenkę! Tak musiał się czuć Grant podczas wielkiego przeglądu weteranów w Waszyngtonie, gdy maszerowali obok niego przez cały dzień, weterani wojny secesyjnej, z białkami oczu widocznymi na opalonych twarzach. McGregor stał na kamiennym krawężniku nad torami w Grant Park. Gdy maszerowali ludzie, tłoczyli się wokół niego - tysiące robotników, hutników i ślusarzy, a także potężni, chuligańscy rzeźnicy i woźnice.
  A pieśń marszowa robotników rozbrzmiewała w powietrzu.
  Świat, który nie maszerował, stłoczył się w budynkach z widokiem na Michigan Boulevard i czekał. Margaret Ormsby była tam. Siedziała z ojcem w powozie niedaleko miejsca, gdzie ulica Van Buren kończyła się bulwarem. Gdy mężczyźni tłoczyli się wokół nich, nerwowo chwyciła rękaw płaszcza Davida Ormsby'ego. "On przemówi" - wyszeptała, wskazując. Jej napięty, pełen oczekiwania wyraz twarzy odzwierciedlał emocje tłumu. "Patrzcie, słuchajcie, on przemówi".
  Musiała być godzina piąta, kiedy marsz się zakończył. Zebrali się aż do stacji metra Illinois Central przy Dwunastej Ulicy. McGregor uniósł ręce. W ciszy jego szorstki głos niósł się daleko. "Jesteśmy na czele" - krzyknął i tłum ucichł. W tej ciszy każdy, kto stał w pobliżu, mógł usłyszeć cichy krzyk Margaret Ormsby. Słychać było cichy szept, taki, który zawsze dominuje tam, gdzie wiele osób stoi na baczność. Krzyk kobiety był ledwo słyszalny, ale nie ustawał, niczym szum fal na plaży pod koniec dnia.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA VII
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  Powszechny wśród mężczyzn pogląd, że kobieta, aby być piękną, musi być osłonięta i chroniona przed realiami życia, nie tylko stworzył rasę kobiet pozbawionych siły fizycznej. Pozbawił je również siły ducha. Po wieczorze, kiedy stanęła twarzą w twarz z Edith i kiedy nie zdołała sprostać wyzwaniu rzuconemu przez małą modystkę, Margaret Ormsby została zmuszona do konfrontacji ze swoją duszą i zabrakło jej sił na tę próbę. Jej umysł uparcie szukał usprawiedliwienia dla porażki. Kobieta z ludu w takiej sytuacji potrafiłaby przyjąć to ze spokojem. Zajęłaby się swoją pracą trzeźwo i wytrwale, a po kilku miesiącach pielenia pola, przycinania kapeluszy w sklepie lub nauczania dzieci w klasie byłaby gotowa, by znów wyruszyć w drogę, stawiając czoła kolejnemu wyzwaniu w życiu. Po doznaniu wielu porażek byłaby uzbrojona i przygotowana na klęskę. Podobnie jak małe zwierzątko w lesie pełnym innych, większych zwierząt, znała korzyści płynące z leżenia w bezruchu przez długi czas, czyniąc cierpliwość częścią swojego życiowego wyposażenia.
  Margaret zdecydowała, że nienawidzi McGregora. Po scenie w domu rzuciła pracę w internacie i długo pielęgnowała w sobie tę nienawiść. Idąc ulicą, jej myśli wciąż rzucały oskarżenia w jego stronę, a nocą, w swoim pokoju, siadała przy oknie, patrząc w gwiazdy i wypowiadając ostre słowa. "On jest zwierzęciem" - oświadczyła żarliwie - "po prostu zwierzęciem, nietkniętym przez kulturę wymagającą potulności. Jest coś bestialskiego i strasznego w mojej naturze, co sprawiło, że mi na nim zależy. Wyrwę to z siebie. W przyszłości postaram się zapomnieć o tym człowieku i całym tym okropnym półświatku, który reprezentuje".
  Przepełniona tą myślą, Margaret przechadzała się wśród swoich, próbując zainteresować się mężczyznami i kobietami, których spotykała na kolacjach i przyjęciach. Nie przynosiło to skutku, a kiedy po kilku wieczorach spędzonych w towarzystwie mężczyzn pochłoniętych pogonią za pieniędzmi odkryła, że są oni jedynie nudnymi istotami, których usta pełne są bezsensownych słów, jej irytacja narastała i winiła za to również MacGregora. "Nie miał prawa wejść do mojej świadomości, a potem z niej wyjść" - oświadczyła z goryczą. "Ten człowiek jest jeszcze brutalniejszy, niż myślałam. Niewątpliwie żeruje na wszystkich, tak jak żerował na mnie. Jest pozbawiony czułości, nie wie, co znaczy czułość. Bezbarwna istota, którą poślubił, będzie służyć jego ciału. Tego właśnie pragnie. Nie potrzebuje piękna. To tchórz, który nie śmie się oprzeć pięknu i boi się mnie".
  Kiedy ruch Marszowych Mężczyzn zaczął nabierać rozpędu w Chicago, Margaret udała się do Nowego Jorku. Spędziła miesiąc z dwójką przyjaciół w dużym hotelu nad morzem, po czym pospiesznie wróciła do domu. "Zobaczę tego człowieka i posłucham, jak mówi" - powiedziała sobie. "Nie uzdrowię się z jego wspomnień, uciekając. Może sama jestem tchórzem. Stanę w jego obecności. Kiedy usłyszę jego okrutne słowa i znów zobaczę ten twardy błysk, który czasami pojawia się w jego oczach, zostanę uzdrowiona".
  Margaret poszła posłuchać McGregora przemawiającego do zgromadzonych robotników w holu Westside i wróciła bardziej ożywiona niż kiedykolwiek. Siedziała w holu, ukryta w głębokim cieniu przy drzwiach, czekając z niepokojem.
  Mężczyźni tłoczyli się wokół niej ze wszystkich stron. Ich twarze były umyte, ale brud z warsztatów nie zdążył jeszcze całkowicie zmyć. Mężczyźni z hut stali o spalonych twarzach, które powstały w wyniku długotrwałego narażenia na intensywne, sztuczne ciepło, robotnicy budowlani o szerokich dłoniach, mężczyźni duzi i mali, brzydcy i wyprostowani robotnicy - wszyscy siedzieli na baczność, czekając.
  Margaret zauważyła, że podczas gdy MacGregor mówił, usta robotników poruszały się. Zaciskali pięści. Oklaski były szybkie i ostre jak strzały z pistoletu.
  W cieniu na samym końcu sali, czarne płaszcze pracowników tworzyły miejsce, z którego wyglądały napięte twarze, a na które migoczące gazowe dysze w centrum sali rzucały tańczące światła.
  Słowa mówcy były ostre. Jego zdania wydawały się chaotyczne i niespójne. Podczas gdy mówił, w umysłach słuchaczy pojawiały się gigantyczne obrazy. Mężczyźni czuli się ogromni i uniesieni. Mały hutnik siedzący obok Margaret, którą wcześniej wieczorem napadła żona, bo chciał przyjść na spotkanie zamiast pomagać w zmywaniu naczyń w domu, rozejrzał się wściekle. Pomyślał, że chciałby walczyć ręka w rękę z dzikim zwierzęciem w lesie.
  Stojąc na wąskiej scenie, McGregor wyglądał jak olbrzym pragnący wyrazić siebie. Jego usta poruszały się, pot spływał mu po czole, a on sam poruszał się niespokojnie w górę i w dół. Chwilami, z wyciągniętymi ramionami i pochylonym do przodu ciałem, przypominał zapaśnika szykującego się do walki z przeciwnikiem.
  Margaret była głęboko poruszona. Lata edukacji i ogłady zostały jej odebrane, a ona czuła się jak kobiety rewolucji francuskiej, chciała wyjść na ulice i maszerować, krzycząc i walcząc z kobiecą furią o to, co myślał ten mężczyzna.
  McGregor ledwo zaczął mówić. Jego osobowość, coś wielkiego i niecierpliwego w nim, zawładnęła i utrzymała tę publiczność, tak jak zawładnęła i utrzymała innych słuchaczy w innych salach, i miała ich zawładnąć noc po nocy przez miesiące.
  MacGregor był rozumiany przez ludzi, z którymi rozmawiał. Sam stawał się ekspresyjny i poruszał ich w sposób, jakiego nie dokonał żaden inny przywódca wcześniej. Jego brak ekstrawagancji, ta cecha w nim, która domagała się ekspresji, ale jej nie wyrażała, sprawiał, że wydawał się jednym z nich. Nie mącił im w głowach, lecz rysował im duże bazgroły i krzyczał: "Marsz!", a w zamian za ich marsz obiecywał im samorealizację.
  "Słyszałem, jak ludzie na uczelniach i mówcy na korytarzach mówią o braterstwie ludzkości" - wykrzyknął. "Oni nie chcą takiego braterstwa. Uciekną, zanim ono się pojawi. Ale naszym marszem stworzymy takie braterstwo, że będą drżeć i mówić do siebie: "Patrzcie, stary laburzysta się obudził". Znalazł w sobie siłę. Schowają się i połkną swoje słowa o braterstwie".
  "Słychać będzie hałas, wiele głosów, krzyczących: "Rozejść się! Zatrzymać marsz! Boję się!"
  "Ta gadka o braterstwie. Słowa nic nie znaczą. Człowiek nie może kochać człowieka. Nie wiemy, co oznacza taka miłość. Szkodzą nam i zaniżają nam płace. Czasami komuś z nas odrywa się rękę. Czy powinniśmy leżeć w łóżku, kochając człowieka, który wzbogacił się dzięki żelaznej maszynie, która oderwała mu rękę w barku?
  "Rodziliśmy nasze dzieci na kolanach i w ramionach. Widzimy je na ulicach - rozpieszczone dzieci naszego szaleństwa. Widzicie, pozwalamy im biegać i źle się zachowywać. Daliśmy im samochody i żony w miękkich, obcisłych sukienkach. Kiedy płakały, troszczyliśmy się o nie.
  A oni, będąc dziećmi, mają dziecinne umysły w chaosie. Hałas pracy ich niepokoi. Biegają, machają palcami i wydają polecenia. Mówią z litością o nas - Trudzie - ich ojcu.
  "A teraz pokażemy im ich ojca w całej jego potędze. Małe samochodziki, które mają w swoich fabrykach, to zabawki, które im daliśmy i które zostawiamy w ich rękach na jakiś czas. Nie myślimy o zabawkach ani o miękkich kobietach. Tworzymy z siebie potężną armię, maszerującą armię, maszerującą ramię w ramię. Może nam się to spodobać.
  "Kiedy nas zobaczą, setki tysięcy z nas, wkraczających w ich umysły i świadomość, wtedy się przestraszą. A w ich małych zgromadzeniach, kiedy trzy lub cztery osoby usiądą i porozmawiają, odważnie decydując, co powinniśmy dostać od życia, w ich umysłach pojawi się obraz. Przypieczętujemy to.
  "Zapomnieli o naszej sile. Obudźmy go. Patrz, potrząsam Starym Laborem za ramię. On się porusza. Siada. Zrywa swoją ogromną postać z miejsca, w którym spał w kurzu i dymie młynów. Patrzą na niego i boją się. Patrz, drżą i uciekają, rzucając się na siebie. Nie wiedzieli, że Stary Labor jest taki wielki.
  "Ale wy, robotnicy, nie boicie się. Jesteście rękami, stopami, ramionami i oczami Pracy. Uważaliście się za małych. Nie zlaliście się w jedną masę, abym mógł wami wstrząsnąć i was pobudzić.
  "Musicie tam dotrzeć. Musicie maszerować ramię w ramię. Musicie maszerować, abyście sami przekonali się, jakim jesteście olbrzymem. Jeśli ktokolwiek z was narzeka, narzeka lub stoi na pudle i rzuca słowami, zrzućcie je i idźcie dalej.
  "Kiedy maszerujesz i przekształcasz się w jedno gigantyczne ciało, stanie się cud. Gigant, którego stworzyłeś, wyhoduje sobie mózg.
  - Pójdziesz ze mną?
  Niczym salwa z baterii armat, z niecierpliwych, zwróconych ku górze twarzy tłumu wyrwała się ostra odpowiedź. "Będziemy! Maszerujmy!" - krzyczeli.
  Margaret Ormsby przeszła przez drzwi i wtopiła się w tłum na Madison Street. Przechodząc obok prasy, uniosła głowę z dumą, że człowiek o takiej inteligencji i prostej odwadze, by próbować wyrażać tak wspaniałe idee poprzez ludzi, kiedykolwiek okazał jej przychylność. Ogarnęła ją pokora i zaczęła winić się za drobiazgowe myśli, jakie miała o nim. "To nie ma znaczenia" - szepnęła do siebie. "Teraz wiem, że liczy się tylko jego sukces. Musi zrobić to, co zamierza. Nie można mu tego odmówić. Przelałabym krew z własnego ciała albo naraziłabym swoje ciało na wstyd, gdyby to mogło przynieść mu sukces".
  Małgorzata wstała w pokorze. Kiedy powóz odwiózł ją do domu, szybko pobiegła na górę do swojego pokoju i uklękła przy łóżku. Zaczęła się modlić, ale wkrótce przerwała i zerwała się na równe nogi. Podbiegła do okna i spojrzała na miasto. "Musi odnieść zwycięstwo" - zawołała ponownie. "Ja sama będę jedną z jego towarzyszek. Zrobię dla niego wszystko. On zdziera łuski z moich oczu, z oczu wszystkich ludzi. Jesteśmy dziećmi w rękach tego olbrzyma i nie wolno mu dać się pokonać z rąk dzieci".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  TEGO DNIA, pośród wielkiej demonstracji, gdy władza MacGregora nad umysłami i ciałami robotników zmusiła setki tysięcy do marszów i śpiewów na ulicach, był jeden człowiek, którego nie poruszył śpiew robotników, wyrażany tupaniem stóp. David Ormsby, ze swoim spokojnym usposobieniem, rozważał wszystko. Spodziewał się, że nowy impuls, jaki dał zjednoczeniu robotników, stworzy problemy dla niego i jemu podobnych, że ostatecznie doprowadzi do strajków i powszechnych niepokojów społecznych. Nie martwił się. Ostatecznie wierzył, że cicha, cierpliwa siła pieniądza przyniesie zwycięstwo jego ludziom. Tego dnia nie poszedł do biura, ale rano został w swoim pokoju, myśląc o MacGregorze i jego córce. Laura Ormsby była poza miastem, ale Margaret była w domu. David uważał, że trafnie ocenił władzę MacGregora nad jej umysłem, ale od czasu do czasu nachodziły go wątpliwości. "Cóż, czas się z nią rozprawić" - postanowił. Muszę zaznaczyć swoją dominację nad jej umysłem. To, co się tu dzieje, to prawdziwa bitwa na rozum. McGregor różni się od innych przywódców związkowych, tak jak ja różnię się od większości bogatych przywódców. On ma rozum. Bardzo dobrze. Spotkam się z nim na tym poziomie. A potem, kiedy sprawię, że Margaret zacznie myśleć tak jak ja, wróci do mnie.
  
  
  
  Gdy był jeszcze drobnym przedsiębiorcą w małym miasteczku w Wisconsin, David często wychodził wieczorami z córką. W chwilach namiętności poświęcał dziecku niemalże kochankowską uwagę, ale teraz, rozważając siły działające w jej wnętrzu, był przekonany, że wciąż jest dzieckiem. Wczesnym popołudniem kazał podwieźć powóz pod drzwi i pojechał z nią do miasta. "Będzie chciała zobaczyć tego mężczyznę u szczytu jego potęgi. Jeśli mam rację, zakładając, że wciąż jest pod wpływem jego osobowości, to zrodzi się w niej romantyczne pragnienie".
  "Dam jej szansę" - pomyślał z dumą. "W tej walce nie będę go prosił o litość i nie popełnię błędu, który rodzice często popełniają w takich przypadkach. Jest oczarowana postacią, którą sobie wykreował. Przystojni mężczyźni, którzy wyróżniają się z tłumu, mają taką moc. Wciąż jest pod jego wpływem. Czemuż inaczej jest tak ciągle rozproszona i obojętna na inne rzeczy? Teraz będę z nią, gdy mężczyzna jest najsilniejszy, gdy jest w najlepszej formie, i wtedy będę o nią walczył. Pokażę jej inną drogę, drogę, którą muszą nauczyć się podążać prawdziwi zwycięzcy w życiu".
  David, cichy i sprawny reprezentant bogactwa, i jego córka siedzieli razem w powozie w dniu triumfu MacGregora. Przez chwilę wydawało się, że dzieli ich nieprzebyta przepaść, a każde z nich intensywnie obserwowało tłumy zgromadzone wokół przywódcy związkowego. W tym momencie MacGregor zdawał się ogarniać wszystkich mężczyzn swoim ruchem. Biznesmeni zamykali biurka, praca szła pełną parą, pisarze i kontemplatorzy wędrowali, marząc o urzeczywistnieniu braterstwa ludzkości. W długim, wąskim, bezdrzewnym parku muzyka tworzona przez jednostajny, niekończący się tupot stóp przekształcała się w coś rozległego i rytmicznego. Była niczym potężny chór emanujący z serc ludzi. David był nieugięty. Od czasu do czasu przemawiał do koni i zerkał z twarzy ludzi zgromadzonych wokół niego na twarze córki. Wydawało mu się, że w surowych twarzach dostrzega jedynie prymitywne upojenie, wynik nowego rodzaju emocjonalności. "Nie przeżyje trzydziestu dni zwyczajnego życia w ich nędznym otoczeniu" - pomyślał ponuro. "To nie jest rodzaj zachwytu, jakiego zaznałaby Margaret. Mogę jej zaśpiewać piękniejszą piosenkę. Muszę się na to przygotować".
  Kiedy MacGregor wstał, by przemówić, Margaret ogarnęło wzruszenie. Padając na kolana w powozie, oparła głowę na ramieniu ojca. Od dni powtarzała sobie, że nie ma miejsca na porażkę w przyszłości mężczyzny, którego kochała. Teraz wyszeptała ponownie, że nie może odmówić tej potężnej, potężnej postaci jego przeznaczenia. Kiedy w ciszy, która zapadła po zgromadzeniu się wokół niego robotników, ostry, donośny głos zabrzmiał ponad głowami tłumu, jej ciało zadrżało, jakby z zimna. Ekstrawaganckie fantazje opanowały jej umysł i pragnęła mieć szansę na dokonanie czegoś heroicznego, czegoś, co pozwoliłoby jej na nowo ożyć w umyśle MacGregora. Pragnęła mu służyć, dać mu coś z siebie i szaleńczo wyobrażała sobie, że być może nadejdzie czas i sposób, w jaki piękno jej ciała będzie mogło zostać mu podarowane w darze. Półmityczna postać Marii, ukochanej Jezusa, przyszła jej na myśl i zapragnęła być taka jak ona. Trzęsąc się z emocji, pociągnęła ojca za rękaw płaszcza. "Słuchaj! Już nadchodzi" - mruknęła. "Mózg porodowy wyrazi marzenie o porodzie. Słodki i trwały impuls przyjdzie na świat".
  
  
  
  David Ormsby milczał. Kiedy MacGregor zaczął mówić, dotknął batem koni i powoli pojechał ulicą Van Buren, mijając milczących, skupionych ludzi. Gdy wyjechał na jedną z uliczek nad rzeką, rozległy się gromkie brawa. Miasto zdawało się drżeć, gdy konie stawały dęba i skakały naprzód po szorstkim bruku. David uspokajał je jedną ręką, a drugą ściskał dłoń córki. Przejechali przez most i wjechali na West Side, a gdy jechali, marszowa pieśń robotników, wydobywająca się z tysięcy gardeł, wypełniała ich uszy. Przez chwilę powietrze zdawało się nią pulsować, ale w miarę jak podążali na zachód, stawała się coraz mniej wyraźna. W końcu, gdy skręcili w ulicę otoczoną wysokimi fabrykami, pieśń ucichła całkowicie. "To koniec dla mnie i dla mnie" - pomyślał David i wrócił do swojego zadania.
  Ulica za ulicą, Dawid pozwalał koniom wędrować, ściskając córkę za rękę i zastanawiając się, co chce powiedzieć. Nie każda ulica była usiana fabrykami. Niektóre, najohydniejsze w wieczornym świetle, graniczyły z domami robotników. Domy robotników, stłoczone i czarne od brudu, tętniły życiem. Kobiety siedziały w bramach, a dzieci biegały wzdłuż drogi, krzycząc i wrzeszcząc. Psy szczekały i wyły. Brud i nieporządek panowały wszędzie - straszliwe świadectwo ludzkiej porażki w trudnej i delikatnej sztuce życia. Na jednej z ulic mała dziewczynka, siedząca na płocie, wyglądała groteskowo. Gdy Dawid i Margaret przejeżdżali obok, kopała obcasami w płot i krzyczała. Łzy spływały jej po policzkach, a jej rozczochrane włosy były czarne od brudu. "Chcę banana! Chcę banana!" "Wykrzyknęła, patrząc na puste ściany jednego z budynków. Margaret, wbrew sobie, była wzruszona i jej myśli porzuciły postać McGregora. Dziwnym zbiegiem okoliczności dziecko na słupie okazało się córką socjalistycznego mówcy, który pewnej nocy na North Side wszedł na podium, by skonfrontować McGregora z propagandą Partii Socjalistycznej.
  David skierował konie na szeroki bulwar, który biegł na południe przez zachodnią dzielnicę fabryczną. Gdy dotarli do bulwaru, zobaczyli pijaka siedzącego na chodniku przed saloonem z bębnem w ręku. Pijak bił w bęben i próbował zaśpiewać robotniczą pieśń marszową, ale udało mu się jedynie wydać dziwny, chrząkający dźwięk, jak wydawany przez skrzywdzone zwierzę. Ten widok wywołał uśmiech na ustach Davida. "Już zaczyna się rozpadać" - mruknął. "Zabrałem cię w tę część miasta celowo" - powiedział Margaret. "Chciałem, żebyś sama zobaczyła, jak bardzo świat potrzebuje tego, co on próbuje zrobić. Ten człowiek ma absolutną rację co do potrzeby dyscypliny i porządku. To wspaniały człowiek, który robi wielką rzecz i podziwiam jego odwagę. Byłby naprawdę wspaniałym człowiekiem, gdyby miał więcej odwagi".
  Na bulwarze, w który skręcili, panowała cisza. Letnie słońce zachodziło, a zachodnie światło rozświetlało dachy domów. Minęli fabrykę otoczoną małymi ogródkami działkowymi. Jakiś pracodawca bezskutecznie próbował upiększyć teren wokół swoich ludzi. Dawid wskazał na niego batem. "Życie jest skorupą" - powiedział - "a my, ludzie czynu, którzy traktujemy siebie tak poważnie, bo los był dla nas łaskawy, mamy dziwne, głupie małe fantazje. Spójrzcie, co ten człowiek robi, naprawia i stara się stworzyć piękno na powierzchni rzeczy. Widzicie, on jest jak McGregor. Zastanawiam się, czy ten człowiek uczynił się pięknym, czy on, albo McGregor, zadbali o to, by pod skorupą, którą nosi wokół siebie, było coś pięknego, coś, co nazywa swoim ciałem, czy dostrzegł w życiu ducha życia. Nie wierzę w naprawianie rzeczy i nie wierzę w burzenie ich struktury, jak odważył się to zrobić McGregor. Mam własne przekonania i należą one do mojej rodziny. Ten człowiek, twórca małych ogrodów, jest jak MacGregor. Lepiej by zrobił, pozwalając ludziom odnaleźć ich własne piękno. To moja droga. Lubię myśleć, że zachowałem się na słodsze i śmielsze przedsięwzięcia".
  David odwrócił się i wpatrzył w Margaret, która zaczynała odczuwać jego nastrój. Czekała, odwrócona plecami, patrząc w niebo nad dachami. David zaczął mówić o sobie w kontekście jej i jej matki, a w jego głosie słychać było nutę zniecierpliwienia.
  "Przebyłaś długą drogę, prawda?" - powiedział ostro. "Słuchaj. Nie mówię teraz do ciebie jako twój ojciec ani jako córka Laury. Powiedzmy sobie jasno: kocham cię i walczę o twoją miłość. Jestem rywalem McGregora. Akceptuję ojcostwo. Kocham cię. Widzisz, pozwoliłem, żeby coś we mnie wpłynęło na ciebie. McGregor tego nie zrobił. On odrzucił to, co oferowałeś, ale ja nie. Skupiłem swoje życie na tobie i zrobiłem to całkowicie świadomie i po długim namyśle. Uczucie, którego doświadczam, jest czymś wyjątkowym. Jestem indywidualistą, ale wierzę w jedność mężczyzny i kobiety. Odważyłbym się zaryzykować tylko jedno życie oprócz mojego własnego, i to życie kobiety. Postanowiłem cię poprosić, żebyś pozwolił mi wejść do swojego życia. Porozmawiamy o tym."
  Margaret odwróciła się i spojrzała na ojca. Później pomyślała, że w tym momencie musiało się wydarzyć coś dziwnego. Jakby spadła jej z oczu błona, a w Davidzie dostrzegła nie bystrego i wyrachowanego biznesmena, ale coś wspaniale młodzieńczego. Był nie tylko silny i krzepki, ale jego twarz w tamtej chwili odzwierciedlała głębokie bruzdy myśli i cierpienia, które widziała u MacGregora. "Dziwne" - pomyślała. "Są tak różni, a jednak obaj są piękni".
  "Poślubiłem twoją matkę, kiedy byłem dzieckiem, tak jak ty jesteś dzieckiem teraz" - kontynuował David. "Oczywiście, byłem nią zafascynowany, a ona mną. To uczucie przeminęło, ale dopóki trwało, było piękne. Nie miało głębi, znaczenia. Chcę ci powiedzieć dlaczego. Potem wyjaśnię ci McGregora, żebyś mógł docenić tego człowieka. Już do tego dochodzę. Muszę zacząć od początku.
  "Moja fabryka zaczęła się rozwijać, a ja, jako pracodawca, zacząłem interesować się życiem wielu ludzi".
  Jego głos znów stał się ostry. "Byłem wobec ciebie niecierpliwy" - powiedział. "Myślisz, że ten MacGregor jest jedynym mężczyzną, który dostrzegał i myślał o innych mężczyznach w tłumie? Ja tak myślałem i miałem pokusę. Mogłem też popaść w sentymentalizm i się zrujnować. Nie zrobiłem tego. Miłość do kobiety mnie uratowała. Laura zrobiła to dla mnie, choć gdy nadszedł prawdziwy test naszej miłości i zrozumienia, zawiodła. Niemniej jednak jestem jej wdzięczny, że kiedyś była obiektem mojej miłości. Wierzę w piękno tego".
  David znów przerwał i zaczął opowiadać swoją historię od nowa. Postać McGregora powróciła do świadomości Margaret, a jej ojciec poczuł, że całkowite pozbycie się go byłoby wielkim osiągnięciem. "Skoro ja mogę mu ją odebrać, to ja i inni mi podobni możemy mu odebrać cały świat" - pomyślał. "To będzie kolejne zwycięstwo arystokracji w jej niekończącej się walce z mafią".
  "Doszedłem do punktu zwrotnego" - powiedział na głos. "Wszyscy ludzie dochodzą do tego punktu. Oczywiście, ogromne masy dryfują dość niemądrze, ale nie mówimy teraz o ludziach w ogóle. Jesteśmy ty i ja, a potem jest to, kim McGregor mógłby być. Każdy z nas jest kimś wyjątkowym na swój sposób. My, ludzie tacy jak my, dochodzimy do miejsca, gdzie istnieją dwie drogi. Ja poszedłem jedną, a McGregor drugą. Wiem dlaczego i być może on wie dlaczego. Przyznaję, że wie, co zrobił. Ale teraz nadszedł czas, abyś zdecydował, którą drogą pójdziesz. Widziałeś tłumy podążające szeroką ścieżką, którą on wybrał, a teraz pójdziesz swoją własną. Chcę, żebyś obserwował moją ze mną."
  Zbliżyli się do mostu nad kanałem, a David zatrzymał konie. Przeszła grupa maszerujących MacGregorów, a puls Margaret znów przyspieszył. Jednak kiedy spojrzała na ojca, był obojętny, a ona poczuła się trochę zawstydzona swoimi emocjami. David odczekał chwilę, jakby szukał natchnienia, a kiedy konie znów ruszyły, zaczął mówić. "Do mojej fabryki przyszedł przywódca związkowy, drobny MacGregor o krzywym wyglądzie. Był łajdakiem, ale wszystko, co powiedział moim ludziom, było prawdą. Zarabiałem pieniądze dla moich inwestorów, większość z nich. Mogliby wygrać w walce. Pewnego wieczoru wyszedłem z miasta, żeby przejść się samotnie pod drzewami i wszystko przemyśleć.
  Głos Davida stał się szorstki, a Margaret pomyślała, że brzmi dziwnie jak głos MacGregora przemawiającego do robotników. "Przekupiłem tego człowieka" - powiedział David. "Użyłem okrutnej broni, której używają tacy jak ja. Dałem mu pieniądze i kazałem mu odejść i zostawić mnie w spokoju. Zrobiłem to, bo potrzebowałem zwycięstwa. Mężczyźni mojego pokroju zawsze muszą zwyciężać. Podczas tej samotnej wędrówki odnalazłem swoje marzenie, swoją wiarę. Teraz mam to samo marzenie. Znaczy dla mnie więcej niż dobro miliona ludzi. Za to zmiażdżę wszystko, co mi się sprzeciwia. Opowiem ci o tym marzeniu.
  "Szkoda, że muszę mówić. Gadanie zabija marzenia, a gadanie zabije też wszystkich takich jak McGregor. Teraz, kiedy zaczął mówić, pokonamy go. Nie martwię się o McGregora. Czas i gadanie doprowadzą do jego zguby".
  Myśli Davida obrały nowy kierunek. "Nie sądzę, żeby ludzkie życie miało duże znaczenie" - powiedział. "Nikt nie jest wystarczająco wielki, by ogarnąć całe życie. To głupia, dziecinna fantazja. Dorosły wie, że nie da się życia zobaczyć jednym tchem. Nie da się tego tak zrozumieć. Człowiek musi zdać sobie sprawę, że żyje w mozaice wielu żyć i wielu impulsów".
  Człowiek powinien być poruszony pięknem. To jest świadomość, która przychodzi z dojrzałością i właśnie na tym polega rola kobiety. McGregor nie był na tyle mądry, żeby to zrozumieć. On jest dzieckiem, które widzisz w krainie pobudliwych dzieci.
  Ton głosu Davida się zmienił. Przytulił córkę i przyciągnął jej twarz do swojej. Zapadła noc. Kobieta, zmęczona długimi refleksjami, zaczęła odczuwać wdzięczność za dotyk jego silnej dłoni na ramieniu. David osiągnął swój cel. Na chwilę sprawił, że córka zapomniała, że należy do niego. W spokojnej, silnej sile jego nastroju było coś hipnotyzującego.
  "Teraz przechodzę do kobiet po waszej stronie" - powiedział. "Porozmawiamy o czymś, co chcę, żebyście zrozumiały. Laura zawiodła jako kobieta. Nigdy nie widziała w tym sensu. Kiedy dorastałem, nie dorastała ze mną. Ponieważ nie rozmawiałem o miłości, nie rozumiała mnie jako kochanki, nie wiedziała, czego chcę, czego od niej wymagam.
  Chciałem wyrazić swoją miłość na jej figurze, tak jak zakłada się rękawiczkę na dłoń. Widzisz, byłem poszukiwaczem przygód, człowiekiem zdezorientowanym życiem i jego problemami. Walka o byt i pieniądze była nieunikniona. Musiałem znieść tę walkę. Ona nie. Dlaczego nie rozumiała, że nie chcę przychodzić do niej po odpoczynek ani mówić pustych słów? Chciałem, żeby pomogła mi stworzyć piękno. Musieliśmy być w tym partnerami. Razem musieliśmy podjąć najsubtelniejszą i najtrudniejszą ze wszystkich bitew - walkę o życie pięknem w naszych codziennych sprawach.
  Stary oracz ogarnęła gorycz i przemówił szorstko. "Sedno sprawy tkwi w tym, co teraz mówię. To był mój krzyk do tej kobiety. Wydobył się z mojej duszy. To był jedyny krzyk, jaki kiedykolwiek wykrzyknąłem do kogoś innego. Laura była małą głuptaską. Jej myśli zaprzątały błahostki. Nie wiem, kim chciała, żebym był, i teraz mnie to nie obchodzi. Może chciała, żebym był poetą, splatającym słowa, układającym przenikliwe pieśni o jej oczach i ustach. Teraz nie ma znaczenia, czego chciała.
  - Ale jesteś ważny.
  Głos Davida przebił się przez mgłę nowych myśli, które mąciły umysł córki, i poczuła, jak jego ciało napina się. Przeszedł ją dreszcz i zapomniała o McGregorze. Z całej siły duszy pochłonęło ją to, co mówił David. W wyzwaniu płynącym z ust ojca zaczęła czuć, że w jej życiu rodzi się cel.
  Kobiety pragną wyrwać się z życia, dzielić z mężczyznami bałagan i zgiełk błahostek. Cóż za pragnienie! Niech próbują, jeśli chcą. Zmęczą się próbami. Tracą coś większego, co mogłyby robić. Zapomniały o dawnych rzeczach, o Rut w zbożu i o Maryi z jej dzbankiem drogocennego olejku; zapomniały o pięknie, które miały pomagać ludziom tworzyć.
  "Niech dzielą się tylko ludzkimi wysiłkami w celu tworzenia piękna. To wielkie i delikatne zadanie, któremu muszą się poświęcić. Dlaczego zamiast tego próbują wykonać tańsze, mniej ważne zadanie? Są jak ten McGregor".
  Oracz zamilkł. Chwyciwszy bat, szybko popędził konie. Myślał, że osiągnął swój cel i był zadowolony, że pozwolił wyobraźni córki dokończyć dzieła. Skręcili z bulwaru i przecięli ulicę pełną małych sklepików. Przed saloonem tłum ulicznych urwisów, prowadzony przez pijanego mężczyznę bez kapelusza, urządził groteskową imitację MacGregor Marches przed tłumem roześmianych próżniaków. Z ciężkim sercem Margaret uświadomiła sobie, że nawet u szczytu jego potęgi działają siły, które ostatecznie zniszczą impulsy MacGregor Marches. Podczołgała się bliżej Davida. "Kocham cię" - powiedziała. "Może kiedyś będę miała kochanka, ale zawsze będę cię kochać. Postaram się być taka, jakiej ode mnie oczekujesz".
  Była już druga w nocy, gdy David wstał z krzesła, gdzie od kilku godzin spokojnie czytał. Z uśmiechem na twarzy podszedł do okna wychodzącego na północ, w stronę miasta. Cały wieczór grupki mężczyzn przechodziły obok domu. Niektórzy szli przed siebie, tworząc bezładny tłum, inni szli ramię w ramię, śpiewając robotniczą pieśń marszową, a kilku, pod wpływem alkoholu, zatrzymało się przed domem, by wykrzyczeć groźby. Teraz wszystko ucichło. David zapalił cygaro i stał długo, patrząc na miasto. Pomyślał o MacGregorze i zastanawiał się, jaki to podniecający sen o potędze zrodził się w głowie tego człowieka. Potem pomyślał o swojej córce i jej ucieczce. Delikatne światło uderzyło go w oczy. Był szczęśliwy, ale gdy częściowo się rozebrał, ogarnął go nowy nastrój, zgasił światło w pokoju i wrócił do okna. W pokoju na piętrze Margaret nie mogła zasnąć i również podkradła się do okna. Znów myślała o MacGregorze i wstydziła się swoich myśli. Przypadkowo ojciec i córka jednocześnie zaczęli wątpić w prawdziwość słów Dawida podczas spaceru bulwarem. Margaret nie potrafiła ubrać swoich wątpliwości w słowa, ale w jej oczach pojawiły się łzy.
  Dawid oparł dłoń na parapecie i przez chwilę jego ciało zadrżało, jakby ze starości i zmęczenia. "Zastanawiam się" - mruknął - "czy gdybym ja był młody, MacGregor wiedziałby, że poniesie porażkę, a jednak miałby odwagę, by ją ponieść. Na drzewa, czyżbym się mylił? A gdyby w końcu MacGregor i jego kobieta znali obie drogi? A gdyby, świadomie patrząc na drogę do sukcesu w życiu, wybrali drogę do porażki bez żalu? A gdyby MacGregor, a nie ja, znał drogę do piękna?"
  KONIEC
  OceanofPDF.com
  Biedny Biały
  
  Opublikowana w 1920 roku powieść "Biedny biały człowiek" stała się jak dotąd najpopularniejszym dziełem Andersona, po jego cieszącym się dużym powodzeniem zbiorze opowiadań "Winesburg, Ohio" (1919). Opowiada ona historię wynalazcy Hugh McVeigha, który wyrasta z ubóstwa nad brzegiem rzeki Missisipi. Powieść zgłębia wpływ industrializacji na wiejską Amerykę.
  OceanofPDF.com
  
  Pierwsze wydanie
  OceanofPDF.com
  TREŚĆ
  KSIĘGA PIERWSZA
  ROZDZIAŁ I
  ROZDZIAŁ II
  KSIĘGA DRUGA
  ROZDZIAŁ III
  ROZDZIAŁ IV
  ROZDZIAŁ V
  ROZDZIAŁ VI
  ROZDZIAŁ VII
  KSIĘGA TRZECIA
  ROZDZIAŁ VIII
  ROZDZIAŁ IX
  ROZDZIAŁ X
  ROZDZIAŁ XI
  KSIĘGA CZWARTA
  ROZDZIAŁ XII
  ROZDZIAŁ XIII
  ROZDZIAŁ XIV
  ROZDZIAŁ XV
  ROZDZIAŁ XVI
  ROZDZIAŁ XVII
  ROZDZIAŁ XVIII
  ROZDZIAŁ XIX
  ROZDZIAŁ XX
  KSIĘGA PIĄTA
  ROZDZIAŁ XXI
  ROZDZIAŁ XXII
  ROZDZIAŁ XXIII
  
  OceanofPDF.com
  
  Strona tytułowa pierwszego wydania
  OceanofPDF.com
  DO
  TENNESSEE MITCHELL ANDERSON
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA PIERWSZA
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  Hugh M. Ts. Wei urodził się w małej wiosce na błotnistym brzegu Missisipi w Missouri. Było to okropne miejsce narodzin. Poza wąskim pasem czarnego błota wzdłuż rzeki, ziemia dziesięć mil od miasta, którą żeglarze zwykli nazywać "Mudcat Landing", była niemal całkowicie bezużyteczna i nieurodzajna. Gleba, żółta, płytka i kamienista, była w czasach Hugha uprawiana przez plemię wysokich, szczupłych mężczyzn, którzy wydawali się równie wychudzonymi i bezużytecznymi jak ziemia, którą zamieszkiwali. Byli oni chronicznie zniechęceni, podobnie jak miejscowi kupcy i rzemieślnicy. Kupcy, którzy prowadzili swoje sklepy - biedne, rozpadające się przedsiębiorstwa - na kredyt, nie byli w stanie otrzymać zapłaty za towary, które sprzedawali w swoich punktach sprzedaży, podczas gdy rzemieślnicy, tacy jak szewcy, cieśle i rymarze, nie mogli otrzymać zapłaty za swoją pracę. W mieście prosperowały tylko dwa saloony. Właściciele saloonów sprzedawali swój towar za gotówkę, a ponieważ mieszkańcy miasta i odwiedzający ich farmerzy uważali, że życie bez alkoholu jest nie do zniesienia, zawsze znalazła się gotówka, żeby się upić.
  Ojciec Hugha McVeigha, John McVeigh, pracował w młodości na farmie, ale zanim Hugh się urodził, przeprowadził się do miasta, aby znaleźć pracę w garbarni. Garbarnia działała przez rok lub dwa, a potem zbankrutowała, ale John McVeigh pozostał w mieście. Stał się też pijakiem. Dla niego było to najłatwiejsze i najbardziej oczywiste wyjście. Pracując w garbarni, ożenił się i miał syna. Potem zmarła jego żona, a bezrobotny robotnik zabrał dziecko i zamieszkał w małej rybackiej chacie nad rzeką. Jak chłopiec spędził kolejne kilka lat, nikt nigdy nie wiedział. John McVeigh włóczył się po ulicach i brzegach rzeki, wybudzając się ze swojego zwykłego odrętwienia tylko wtedy, gdy głodny lub łaknący alkoholu szedł pracować przez dzień na polu rolnika w czasie żniw lub dołączał do tłumu innych próżniaków na pełną przygód wyprawę w dół rzeki na drewnianej tratwie. Dziecko zostawiano zamknięte w chacie nad rzeką lub noszono owinięte w brudny koc. Wkrótce po tym, jak dorosło i mogło chodzić, musiało znaleźć pracę, żeby się wyżywić. Dziesięciolatek włóczył się beztrosko po mieście, podążając za ojcem. Obaj znaleźli pracę, którą chłopiec wykonywał, podczas gdy ojciec spał w słońcu. Czyścili cysterny, zamiatali magazyny i bary, a nocą nosili taczkę i skrzynię, żeby wywozić zawartość zabudowań gospodarczych i wrzucać ją do rzeki. W wieku czternastu lat Hugh był tego samego wzrostu co ojciec i nie miał prawie żadnego wykształcenia. Umiał trochę czytać i pisać swoje imię - umiejętności te odziedziczył od innych chłopców, którzy przychodzili z nim łowić ryby nad rzekę, ale nigdy nie chodził do szkoły. Czasami całymi dniami leżał na wpół śpiąc w cieniu krzaka nad brzegiem rzeki. Ryby złowione w bardziej pracowitych czasach sprzedawał za kilka centów gospodyni domowej, zarabiając w ten sposób wystarczająco dużo pieniędzy, by wyżywić swoje duże, rosnące, leniwe ciało. Niczym zwierzę wkraczające w dorosłość, odwrócił się od ojca nie z powodu urazy za trudną młodość, ale dlatego, że uznał, że nadszedł czas, by wytyczył własną drogę.
  W wieku czternastu lat, gdy chłopiec był o krok od popadnięcia w ten sam zwierzęcy stan odrętwienia, w którym żył jego ojciec, coś się z nim stało. Linia kolejowa biegła wzdłuż rzeki do jego miasta, a on dostał pracę zawiadowcy stacji. Zamiatał stację, ładował walizki do pociągów, kosił trawę na dworcu i na setki innych sposobów pomagał człowiekowi, który łączył pracę konduktora, bagażowego i telegrafisty w małym, odległym miasteczku. O tak, miejsce.
  Hugh zaczynał odzyskiwać zmysły. Mieszkał ze swoim pracodawcą, Henrym Shepardem, i jego żoną, Sarah Shepard, i po raz pierwszy w życiu regularnie jadał. Jego życie, spędzone na wylegiwaniu się nad brzegiem rzeki w długie letnie dni lub na siedzeniu w łódce przez niekończące się godziny, zaszczepiło w nim marzycielskie, zdystansowane spojrzenie na świat. Trudno mu było być precyzyjnym i robić konkretne rzeczy, ale pomimo swojej głupoty chłopiec dysponował ogromnymi pokładami cierpliwości, być może odziedziczonymi po matce. Na nowym stanowisku żona zawiadowcy stacji, Sarah Shepard, kobieta o ostrym języku, dobroduszna, która nienawidziła miasta i ludzi, wśród których los ją postawił, łajała go całymi dniami. Traktowała go jak sześciolatka, mówiąc mu, jak siedzieć przy stole, jak trzymać widelec podczas jedzenia, jak zwracać się do ludzi, którzy przychodzili do domu lub na stację. Matkę poruszył bezradność Hugha i, nie mając własnych dzieci, zaczęła brać sobie do serca wysokiego, niezdarnego chłopca. Była drobną kobietą i stojąc w domu, besztając wielkiego, głupiego chłopca, który patrzył na nią małymi, zdezorientowanymi oczami, stworzyli obraz, który sprawiał nieskończoną radość jej mężowi, niskiemu, otyłemu, łysemu mężczyźnie ubranemu w niebieski kombinezon i niebieską bawełnianą koszulę. Zbliżając się do tylnych drzwi domu, oddalonych o dwa kroki od stacji, Henry Shepard stał z ręką na framudze, obserwując kobietę i chłopca. Ponad krzykiem kobiety rozbrzmiał jego własny głos. "Uważaj, Hugh" - krzyknął. "Skacz, chłopcze! Głowa do góry. Ugryzie cię, jeśli nie będziesz tam bardzo ostrożny".
  Hugh zarabiał niewiele za pracę na stacji kolejowej, ale po raz pierwszy w życiu wszystko szło dobrze. Henry Shepherd kupił chłopcu ubrania, a jego żona, Sarah, mistrzyni sztuki kulinarnej, zastawiła stół pysznym jedzeniem. Hugh jadł, aż mężczyzna i kobieta oznajmili, że pęknie, jeśli nie przestanie. Potem, gdy nie patrzyli , poszedł na stację i czołgając się pod krzakiem zasnął. Zawiadowca stacji przyszedł go szukać. Odciął gałąź z krzaka i zaczął bić chłopca po bosych stopach. Hugh obudził się zdezorientowany. Podniósł się na nogi i stał drżąc, na wpół bojąc się, że zostanie zabrany ze swojego nowego domu. Mężczyzna i zawstydzony, rumieniący się chłopiec starli się na chwilę, a potem mężczyzna przyjął metodę swojej żony i zaczął przeklinać. Zirytowało go to, co uważał za lenistwo chłopca, i znalazł dla niego sto drobnych zadań do wykonania. Poświęcił się szukaniu zadań dla Hugh, a kiedy nie mógł wymyślić nowych, sam je wymyślał. "Musimy powstrzymać tego wielkiego leniwca przed skakaniem. W tym tkwi sekret" - powiedział żonie.
  Chłopiec nauczył się utrzymywać swoje naturalnie leniwe ciało w ruchu i skupiać swój zamglony, senny umysł na konkretnych rzeczach. Godzinami wędrował prosto przed siebie, wykonując w kółko jakieś przydzielone zadanie. Zapominał o celu pracy, którą mu przydzielono, i robił to, bo to była praca i nie dawała mu zasnąć. Pewnego ranka kazano mu zamiatać peron, a ponieważ jego pracodawca wyszedł, nie zlecając mu żadnych dodatkowych zadań, a on bał się, że jeśli usiądzie, popadnie w dziwne, oderwane od rzeczywistości odrętwienie, w którym spędził tyle czasu, kontynuował zamiatanie przez dwie lub trzy godziny z rzędu przez większość swojego życia. Peron był zbudowany z surowych desek, a ręce Hugha były bardzo silne. Miotła, której używał, zaczęła się rozpadać. Kawałki odlatywały, a po godzinie pracy peron wyglądał jeszcze brudniej niż na początku. Sara Shepard podeszła do drzwi swojego domu i stanęła, obserwując. Miała właśnie zawołać go i znów zbesztać za głupotę, gdy nagle ogarnął ją nowy impuls. Zobaczyła poważny, zdecydowany wyraz długiej, wychudłej twarzy chłopca i błysk zrozumienia spłynął jej po policzkach. Łzy napłynęły jej do oczu, a ramiona bolały z pragnienia, by wziąć tego wielkiego chłopca i mocno przytulić do piersi. Z całej matczynej duszy pragnęła chronić Hugha przed światem, który, była pewna, zawsze będzie traktował go jak juczne zwierzę i ignorował to, co uważała za wady jego urodzenia. Jej poranna praca dobiegła końca i nie mówiąc nic Hughowi, który nadal przechadzał się po peronie, pilnie zamiatając, wyszła przez frontowe drzwi domu i skierowała się do jednego ze sklepów w mieście. Tam kupiła pół tuzina książek: podręcznik do geografii, arytmetyki, podręcznik do ortografii i dwa lub trzy czytniki e-booków. Postanowiła zostać nauczycielką Hugh McVeigha i z charakterystyczną dla siebie energią nie zwlekała, lecz zabrała się do tego natychmiast. Kiedy wróciła do domu i zobaczyła chłopca wciąż uparcie przechadzającego się tam i z powrotem po peronie, nie zbeształa go, lecz przemówiła do niego z nową czułością. "No cóż, chłopcze, możesz już schować miotłę i wejść do środka" - zasugerowała. "Postanowiłam wziąć cię za mojego chłopca i nie chcę się ciebie wstydzić. Jeśli chcesz ze mną mieszkać, nie pozwolę ci wyrosnąć na leniwego nicponia, takiego jak twój ojciec i inni mężczyźni w tej norze. Będziesz musiał się wiele nauczyć i przypuszczam, że będę musiała zostać twoją nauczycielką".
  "Wejdź natychmiast" - dodała ostro, machając szybko w stronę chłopca, który stał tam z miotłą w dłoni i patrzył na mnie pustym wzrokiem. "Kiedy praca jest do zrobienia, nie ma sensu jej odkładać. Niełatwo będzie zrobić z ciebie wykształconego człowieka, ale trzeba to zrobić. Równie dobrze możemy od razu zacząć odrabiać lekcje".
  
  
  
  Hugh McVeigh mieszkał z Henrym Shepardem i jego żoną, aż dojrzał. Po tym, jak Sara Shepard została jego nauczycielką, sytuacja się poprawiła. Nagana kobiety z Nowej Anglii, która tylko uwypuklała jego niezdarność i głupotę, dobiegła końca, a życie w domu dziecka stało się tak ciche i spokojne, że chłopiec myślał o sobie jak o człowieku w pewnego rodzaju raju. Przez jakiś czas dwie starsze osoby rozważały wysłanie go do szkoły w mieście, ale kobieta sprzeciwiła się. Zaczęła czuć tak bliską więź z Hughem, że wydawał się częścią jej własnej krwi i kości, a myśl o nim, tak wielkim i niezdarnym, siedzącym w klasie z dziećmi z miasta irytowała ją i drażniła. W wyobraźni widziała innych chłopców śmiejących się z niego i nie mogła znieść tej myśli. Nie lubiła mieszkańców miasta i nie chciała, żeby Hugh się z nimi zadawał.
  Sarah Shepard pochodziła z ludu i kraju o charakterze zupełnie innym niż te, w których teraz mieszkała. Jego mieszkańcy, oszczędni Nowoanglicy, przybyli na zachód rok po wojnie secesyjnej, aby zająć wykarczowane tereny leśne na południowym krańcu Michigan. Była już dorosłą dziewczyną, gdy jej ojciec i matka wyruszyli na zachód, a po przybyciu do nowego domu pracowali razem z ojcem w polu. Ziemia była pokryta ogromnymi pniami i trudna w uprawie, ale Nowoanglicy byli przyzwyczajeni do trudów i nie dawali się zniechęcić. Gleba była głęboka i żyzna, a ludzie, którzy ją osiedlili, byli biedni, ale pełni nadziei. Czuli, że każdy dzień ciężkiej pracy przy karczowaniu ziemi był jak gromadzenie skarbów na przyszłość. W Nowej Anglii walczyli z surowym klimatem i udawało im się z trudem utrzymać na skalistej, jałowej glebie. Wierzyli, że łagodniejszy klimat i żyzna, głęboka gleba Michigan dawały wielkie nadzieje. Ojciec Sary, podobnie jak większość jego sąsiadów, popadł w długi za ziemię i narzędzia używane do jej karczowania i uprawy, a każdego roku większość dochodów przeznaczał na spłatę odsetek od kredytu hipotecznego zaciągniętego u bankiera w sąsiednim mieście. Ale to nie pomagało. Nie zniechęcajcie go. Pogwizdywał podczas pracy i często mówił o przyszłości pełnej dobrobytu i dostatku. "Za kilka lat, kiedy ziemia będzie karczowana, zbijemy fortunę" - oznajmił.
  Gdy Sarah dorastała i zaczęła przebywać wśród młodych ludzi w nowym kraju, słyszała wiele o kredytach hipotecznych i trudnościach z wiązaniem końca z końcem, ale wszyscy mówili o tych trudnych okolicznościach jako o czymś tymczasowym. W każdym umyśle przyszłość jawiła się w jasnych barwach. W całym Midland, w Ohio, północnej Indianie, Illinois, Wisconsin i Iowa, duch nadziei zwyciężał. W każdym sercu nadzieja toczyła zwycięską walkę z ubóstwem i rozpaczą. Optymizm przenikał krew dzieci i później doprowadził do tego samego pełnego nadziei i odwagi rozwoju w całym kraju zachodnim. Synowie i córki tych odważnych ludzi niewątpliwie nadmiernie skupiali się na problemie spłacania kredytów hipotecznych i dążenia do sukcesu, ale mieli odwagę. Jeśli oni, wraz z oszczędnymi, a czasem skąpymi mieszkańcami Nowej Anglii, od których pochodzili, nadali współczesnemu życiu amerykańskiemu nadmiernie materialistyczny posmak, to przynajmniej stworzyli kraj, w którym ludzie mniej materialistycznie nastawieni mogą z kolei żyć wygodnie.
  Pośród małej, beznadziejnej społeczności pokonanych mężczyzn i żółtych, pokonanych kobiet nad brzegiem Missisipi, kobieta, która stała się drugą matką Hugh McVeigha i w której żyłach płynęła krew pionierów, czuła się niepokonana i niezwyciężona. Czuła, że ona i jej mąż pozostaną w miasteczku w Missouri przez jakiś czas, a potem przeniosą się do większego miasta i zdobędą lepszą pozycję życiową. Będą się przemieszczać i przemieszczać, aż mały grubasek zostanie prezesem kolei albo milionerem. I tak się to wszystko potoczyło. Nie miała wątpliwości co do przyszłości. "Rób wszystko dobrze" - powiedziała mężowi, który był całkiem zadowolony ze swojej pozycji i nie miał wygórowanych oczekiwań co do swojej przyszłości. Pamiętaj, aby raporty były przejrzyste i przejrzyste. Pokaż im, że potrafisz perfekcyjnie wykonać powierzone ci zadanie, a dostaniesz szansę na większe wyzwanie. Pewnego dnia, kiedy najmniej się tego spodziewasz, coś się wydarzy. Zostaniesz powołany na stanowisko kierownicze. Nie będziemy musieli tkwić w tej dziurze zbyt długo.
  Ambitna, energiczna kobieta, która wzięła sobie do serca syna leniwego parobka, nieustannie rozmawiała z nim o swoich ludziach. Codziennie, wykonując prace domowe, zabierała chłopca do salonu i spędzała z nim godziny na odrabianiu lekcji. Pracowała nad problemem wykorzenienia głupoty i nudy z jego umysłu, tak jak jej ojciec pracował nad problemem wyrywania pniaków z michigańskiej gleby. Po tym, jak lekcja z tego dnia była powtarzana w kółko, aż Hugh popadł w otępienie z powodu zmęczenia psychicznego, odłożyła książki i zaczęła z nim rozmawiać. Z żarliwym entuzjazmem namalowała mu obraz swojej młodości, ludzi i miejsc, w których mieszkała. Na fotografii przedstawiła Nowoanglików z rolniczej społeczności Michigan jako silną, boską rasę, zawsze uczciwą, zawsze oszczędną i zawsze idącą naprzód. Zdecydowanie potępiała swoich ludzi. Współczuła im z powodu krwi płynącej w ich żyłach. Wtedy, i przez całe życie, chłopiec zmagał się z pewnymi fizycznymi trudnościami, których nigdy nie mogła zrozumieć. Krew nie płynęła swobodnie przez jego długie ciało. Jego stopy i dłonie były zawsze zimne, a on sam, leżąc spokojnie na dziedzińcu dworca kolejowego i pozwalając, by palące słońce go oślepiało, doświadczał niemal zmysłowej satysfakcji.
  Sara Shepard uważała to, co nazywała lenistwem Hugh, za kwestię duchową. "Musisz się z tym uporać" - oznajmiła. "Spójrz na swoich ludzi - biedne białe śmiecie - jacy są leniwi i bezradni. Nie możesz być taki jak oni. To grzech być tak marzycielskim i bezwartościowym".
  Ujęty energicznym duchem kobiety, Hugh walczył z pokusą oddawania się mglistym fantazjom. Doszedł do przekonania, że jego własny lud jest naprawdę gorszy, że należy go odrzucić i zlekceważyć. W pierwszym roku po przeprowadzce do Shepardów od czasu do czasu ulegał pokusie powrotu do dawnego, leniwego życia z ojcem w chatce nad rzeką. Ludzie wysiadali z parowców w mieście i wsiadali do pociągów do innych miejscowości w głębi lądu. Zarabiał trochę pieniędzy, niosąc walizki z ubraniami lub podróżując pod górę od przystani parowca do stacji kolejowej z próbkami męskiej odzieży. Nawet w wieku czternastu lat siła jego długiego, szczupłego ciała była tak wielka, że mógł prześcignąć każdego mężczyznę w mieście, więc zarzucił jedną z walizek na ramię i szedł z nią powoli i flegmatycznie, jak koń gospodarski. wiejską drogą, na której grzbiecie siedział sześcioletni chłopiec.
  Hugh przez jakiś czas oddawał ojcu zarobione w ten sposób pieniądze, a gdy ojciec był oszołomiony alkoholem, ojciec wpadł w złość i zażądał, by chłopiec wrócił i z nim zamieszkał. Hugh nie miał serca odmówić, a czasami nawet nie chciał. Gdy ani zawiadowca stacji, ani jego żona nie byli obecni, wymknął się i poszedł z ojcem, by posiedzieć przez pół dnia, opierając się plecami o ścianę chaty rybaka, w spokoju. Siedział w słońcu i wyciągał długie nogi. Jego małe, senne oczy patrzyły na rzekę. Ogarnęło go rozkoszne uczucie i przez chwilę poczuł się całkowicie szczęśliwy i postanowił, że nigdy nie chce wracać na stację ani do kobiety, która tak bardzo postanowiła go podniecić i uczynić z niego mężczyznę swojego rodzaju.
  Hugh spojrzał na ojca, śpiącego i chrapiącego w wysokiej trawie nad brzegiem rzeki. Ogarnęło go dziwne poczucie zdrady, które sprawiło, że poczuł się nieswojo. Mężczyzna miał otwarte usta i chrapał. Zapach ryb unosił się z jego tłustych, znoszonych ubrań. Muchy gromadziły się rojami i osiadały mu na twarzy. Hugh poczuł odrazę. W jego oczach pojawił się migoczący, lecz wszechobecny blask. Z całą siłą budzącej się duszy walczył z pragnieniem, by położyć się obok mężczyzny i zasnąć. Słowa kobiety z Nowej Anglii, o której wiedział, że usiłuje wyprowadzić go z lenistwa i brzydoty ku jaśniejszemu, lepszemu życiu, rozbrzmiewały niewyraźnie w jego umyśle. Kiedy wstał i poszedł z powrotem ulicą do domu zawiadowcy stacji, a kobieta spojrzała na niego z wyrzutem i mruknęła coś o biednych białych śmieciach miasta, poczuł wstyd i wbił wzrok w podłogę.
  Hugh zaczął nienawidzić ojca i jego ludzi. Człowieka, który go wychował, kojarzył mu się z przerażającą skłonnością do lenistwa. Kiedy parobek przyszedł na stację i zażądał pieniędzy, które zarobił dźwigając walizki, odwrócił się i przeszedł przez zakurzoną drogę do domu Sheparda. Po roku lub dwóch przestał zwracać uwagę na lubieżnego parobka, który od czasu do czasu przychodził na stację, by go łajać i przeklinać; a kiedy zarobił trochę pieniędzy, dawał je kobiecie na przechowanie. "Cóż" - powiedział powoli, z niepewnym, przeciągłym akcentem, charakterystycznym dla jego ludu - "jeśli dasz mi czas, nauczę się. Chcę być tym, kim chcesz, żebym był. Jeśli zostaniesz ze mną, postaram się zrobić z siebie mężczyznę".
  
  
  
  Hugh McVeigh mieszkał w Missouri Township pod opieką Sarah Shepard do dziewiętnastego roku życia. Wtedy zawiadowca stacji rzucił pracę na kolei i wrócił do Michigan. Ojciec Sarah Shepard zmarł po wykarczowaniu 120 akrów wykarczowanego lasu, pozostawiając ją pod jej opieką. Marzenie, które od lat krążyło w umyśle małej kobiety, w którym widziała, jak łysy, dobroduszny Henry Shepard staje się siłą w świecie kolei, zaczęło blaknąć. W gazetach i czasopismach stale czytała o innych mężczyznach, którzy zaczynając od skromnych prac na kolei, szybko stali się bogaci i wpływowi, ale nic takiego nie działo się z jej mężem. Pod jej czujnym okiem wykonywał swoją pracę dobrze i skrupulatnie, ale nic z tego nie wyszło. Urzędnicy kolejowi czasami przejeżdżali przez miasto w prywatnych wagonach doczepionych do końca jednego z pociągów , ale pociągi się nie zatrzymywały, a urzędnicy nie wysiadali. Wezwali Henry'ego ze stacji, nagradzając jego lojalność klepnięciem w nadgarstek. Otrzymał nowe obowiązki, tak jak w takich przypadkach czynili to urzędnicy kolejowi w opowieściach, które czytała. Kiedy zmarł jej ojciec i dostrzegła szansę, by znów zwrócić się na wschód i żyć wśród swoich, nakazała mężowi rezygnację z miną człowieka akceptującego niezasłużoną porażkę. Zawiadowcy stacji udało się mianować Hugha na jego miejsce i pewnego szarego październikowego poranka odjechali, zostawiając wysokiego, niezdarnego młodzieńca na czele. Miał do prowadzenia księgi, listy przewozowe do złożenia, wiadomości do odebrania i dziesiątki konkretnych zadań do wykonania. Wczesnym rankiem, zanim pociąg, który miał ją zabrać, wjechał na stację, Sarah Shepard zawołała młodzieńca i powtórzyła instrukcje, które tak często dawała mężowi. "Rób wszystko ostrożnie i rozważnie" - powiedziała. "Udowodnij, że jesteś godny zaufania, którym cię obdarzono".
  Kobieta z Nowej Anglii pragnęła zapewnić chłopca, tak jak często zapewniała męża, że jeśli będzie pracował pilnie i sumiennie, awans będzie nieunikniony; lecz w obliczu faktu, że Henry Shepard przez lata wykonywał pracę, którą Hugh miał wykonywać bez krytyki, i nie spotkał się ani z pochwałą, ani z naganą ze strony przełożonych, nie była w stanie wypowiedzieć słów, które wyrwały się jej z ust. Kobieta i syn ludzi, wśród których żyła pięć lat i których tak często krytykowała, stali obok siebie w zakłopotanym milczeniu. Pozbawiona sensu życia i niezdolna do powtórzenia swojej utartej formułki, Sarah Shepard nie miała nic do powiedzenia. Wysoka postać Hugh, oparta o słup podtrzymujący dach małego domku, w którym dzień po dniu udzielała mu lekcji, wydała jej się nagle wiekowa, a jego długa, poważna twarz wyrażała mądrość starszego i dojrzalszego wieku niż jej własny. Ogarnął ją dziwny wstręt. Przez chwilę zaczęła wątpić w sens prób bycia mądrą i odniesienia sukcesu w życiu. Gdyby Hugh był trochę niższy, tak by jej umysł mógł pojąć fakt jego młodości i niedojrzałości, niewątpliwie objęłaby go i wypowiedziała się wbrew swoim wątpliwościom. Zamiast tego ona również zamilkła, a minuty mijały, gdy dwoje ludzi stało naprzeciw siebie, wpatrując się w podłogę werandy. Kiedy pociąg, którym miała jechać, zagwizdał ostrzegawczo, a Henry Shepard zawołał ją z peronu, położyła dłoń na klapie marynarki Hugha i, pochylając jego twarz, po raz pierwszy pocałowała go w policzek. Łzy napłynęły jej do oczu i do oczu młodego mężczyzny. Gdy przechodził przez werandę, by podnieść jej torbę, Hugh niezgrabnie potknął się o krzesło. "Cóż, robisz, co możesz" - powiedziała szybko Sara Shepard, po czym, z przyzwyczajenia i na wpół świadomie, powtórzyła swoją formułkę. "Rób dobrze małe rzeczy, a te wielkie przyjdą same" - oznajmiła, szybko idąc obok Hugh przez wąską drogę w stronę stacji i pociągu, który miał ją zabrać.
  Po odejściu Sarah i Henry'ego Shepardów Hugh nadal zmagał się ze swoją skłonnością do oddawania się marzeniom na jawie. Czuł, że musi wygrać walkę, by okazać szacunek i wdzięczność kobiecie, która spędziła z nim tyle długich godzin. Choć pod jej opieką otrzymał lepsze wykształcenie niż jakikolwiek inny młody mężczyzna w nadrzecznym miasteczku, nie stracił fizycznej potrzeby siedzenia na słońcu i nicnierobienia. Kiedy pracował, każde zadanie musiał wykonywać świadomie, minuta po minucie. Po odejściu kobiety bywały dni, gdy siedział na krześle w telegrafie, tocząc rozpaczliwą walkę z samym sobą. W jego małych szarych oczach płonął dziwny, zdecydowany błysk. Wstał z krzesła i zaczął chodzić tam i z powrotem po peronie. Za każdym razem, gdy unosił jedną ze swoich długich nóg i powoli ją opuszczał, musiał włożyć w to szczególny wysiłek. Samo poruszanie się było bolesnym zadaniem, czymś, czego nie chciał robić. Wszelka aktywność fizyczna była dla niego nudna, ale stanowiła niezbędny element przygotowań do mrocznej i chwalebnej przyszłości, która pewnego dnia miała go spotkać w jaśniejszej i piękniejszej krainie, leżącej w kierunku mgliście uważanym za Wschód. "Jeśli się nie ruszę i będę szedł dalej, stanę się jak mój ojciec, jak wszyscy tutejsi ludzie" - powiedział sobie Hugh. Myślał o mężczyźnie, który go wychował, którego od czasu do czasu widywał błąkającego się bez celu po Main Street albo śpiącego w pijackim odrętwieniu nad brzegiem rzeki. Nienawidził go i podzielał opinię żony zawiadowcy o mieszkańcach wioski w Missouri. "To nędzne, leniwe prostaki" - powtarzała tysiąc razy, a Hugh się z nią zgadzał, ale czasami zastanawiał się, czy i on w końcu nie stanie się leniwym prostakiem. Wiedział, że ma taką możliwość i dla dobra kobiety, jak i dla własnego, był zdecydowany do tego nie dopuścić.
  Prawda jest taka, że mieszkańcy Mudcat Landing zupełnie nie przypominali nikogo, kogo Sara Shepard kiedykolwiek znała, ani kogo Hugh znał w dorosłym życiu. Ktoś pochodzący z nudnej rasy musiał żyć wśród inteligentnych, energicznych mężczyzn i kobiet i być przez nich nazywany wielkim człowiekiem, nie rozumiejąc ani słowa z tego, co mówili.
  Prawie wszyscy mieszkańcy rodzinnego miasta Hugha pochodzili z Południa. Pierwotnie mieszkając w kraju, w którym całą pracę fizyczną wykonywali niewolnicy, rozwinęli w sobie głęboką awersję do pracy fizycznej. Na Południu ich ojcowie, nie mając pieniędzy na zakup własnych niewolników i nie chcąc konkurować z pracą niewolniczą, starali się żyć bez pracy. Mieszkali głównie w górach i na wzgórzach Kentucky i Tennessee, na ziemi zbyt ubogiej i nieurodzajnej, by ich bogaci sąsiedzi, właściciele niewolników w dolinach i na równinach, uznali ją za wartą uprawy. Ich pożywienie było skromne i monotonne, a ich ciała słabły. Ich dzieci rosły wysokie, wychudłe i żółte jak niedożywione rośliny. Ogarnął ich nieokreślony, nieuchwytny głód i oddali się marzeniom. Najbardziej energiczni spośród nich, mgliście wyczuwając niesprawiedliwość swojej sytuacji, stali się okrutni i niebezpieczni. Wybuchały między nimi waśnie, a oni zabijali się nawzajem, by wyrazić swoją nienawiść do życia. Kiedy w latach poprzedzających wojnę secesyjną część z nich przeniosła się na północ wzdłuż rzek i osiedliła się w południowej Indianie i Illinois, a także we wschodnim Missouri i Arkansas, wydawali się wyczerpani podróżą i szybko powrócili do swoich dawnych, leniwych zwyczajów. Pragnienie emigracji nie zaprowadziło ich daleko i niewielu dotarło do żyznych pól kukurydzy w centralnej Indianie, Illinois czy Iowa, ani do równie żyznych ziem za rzeką w Missouri lub Arkansas. W południowej Indianie i Illinois wtopili się w otaczający ich świat i wraz z napływem świeżej krwi, nieco odżyli. Złagodzili cechy mieszkańców tych regionów, czyniąc ich być może mniej energicznymi niż ich przodkowie-pionierzy. W wielu nadrzecznych miastach w Missouri i Arkansas sytuacja niewiele się zmieniła. Odwiedzający te miejsca może ich tam zobaczyć do dziś - długich, wychudzonych i leniwych, śpiących całe życie i budzących się z letargu dopiero po długich przerwach i na zew głodu.
  Jeśli chodzi o Hugha McVeigha, pozostał on w swoim rodzinnym mieście i wśród swoich ludzi przez rok po śmierci mężczyzny i kobiety, którzy byli jego ojcem i matką, a potem on również odszedł. Przez cały rok niestrudzenie pracował, aby wyleczyć się z przekleństwa lenistwa. Budząc się rano, nie śmiał ani na chwilę położyć się do łóżka, obawiając się, że ogarnie go lenistwo i nie będzie w stanie wstać. Wstał natychmiast, ubrał się i poszedł na dworzec kolejowy. W ciągu dnia niewiele było do zrobienia i spędzał godziny, chodząc tam i z powrotem po peronie. Siadając, natychmiast wziął książkę i zabrał się do pracy. Kiedy strony książki zaczęły mu się ciemnieć w oczach i poczuł ochotę na marzenia, wstał ponownie i zaczął przechadzać się po peronie. Zaakceptowawszy punkt widzenia kobiety z Nowej Anglii na swój lud i nie chcąc się z nim zadawać, jego życie stało się skrajnie samotne, a samotność również zmuszała go do pracy.
  Coś się z nim stało. Choć jego ciało nie było i nigdy nie było aktywne, jego umysł nagle zaczął pracować z gorączkowym zapałem. Niejasne myśli i uczucia, które zawsze były jego częścią, a zarazem rzeczy niejasne, nieokreślone, niczym chmury płynące daleko po mglistym niebie, zaczęły przybierać bardziej konkretne kształty. Tego wieczoru, po skończeniu pracy i zamknięciu stacji na noc, nie poszedł do gospody, gdzie wynajął pokój i zjadł, lecz wędrował po mieście i drogą prowadzącą na południe, wzdłuż wielkiej, tajemniczej rzeki. Setki nowych, wyraźnych pragnień i aspiracji obudziły się w nim. Pragnął rozmawiać z ludźmi, poznawać mężczyzn, a przede wszystkim kobiety, ale wstręt do towarzyszy z miasta, zrodzony w nim słowami Sary Shepard, a nade wszystko tym, co w jego naturze przypominało ich, zmusił go do odwrotu. Kiedy późną jesienią, po odejściu Shepardów, gdy mieszkał sam, jego ojciec zginął w bezsensownej kłótni z pijanym nadwornym przewoźnikiem o prawo własności psa, nagle i, jak mu się zdawało, w chwili, gdy powziął heroiczną decyzję. Wczesnym rankiem udał się do jednego z dwóch miejskich barmanów, człowieka, który był najbliższym przyjacielem i towarzyszem jego ojca, i dał mu pieniądze na pochowanie zmarłego. Następnie zatelegrafował do centrali kolei z prośbą o wysłanie zastępcy do Mudcat Landing. Po południu w dniu pogrzebu ojca kupił sakiewkę i spakował swój skromny dobytek. Następnie usiadł samotnie na schodach stacji i czekał na wieczorny pociąg, który miał przywieźć człowieka, który miał go zastąpić i zabrać ze sobą. Nie wiedział, dokąd jedzie, ale wiedział, że chce poznać nowy ląd i nowych ludzi. Myślał, że pojedzie na wschód i północ. Pamiętał długie letnie wieczory w nadrzecznym miasteczku, gdy zawiadowca spał, a jego żona rozmawiała. Chłopiec, który słuchał, również chciał spać, ale z powodu przenikliwego spojrzenia Sarah Shepard nie odważył się. Kobieta opowiadała o kraju usianym miasteczkami, gdzie wszystkie domy były pomalowane na jaskrawe kolory, gdzie młode dziewczęta w białych sukienkach przechadzały się wieczorami pod drzewami po brukowanych cegłą ulicach, gdzie nie było ani kurzu, ani brudu, gdzie sklepy były jasnymi i tętniącymi życiem miejscami, pełnymi pięknych towarów, na które ludzie mieli pieniądze, aby kupować je w obfitości, gdzie wszyscy byli żywi i robili wartościowe rzeczy, a nikt nie był leniwy ani bezczynny. Chłopiec, teraz już mężczyzna, chciał pojechać w takie miejsce. Praca na stacji kolejowej dała mu pewne zrozumienie geografii kraju i chociaż nie potrafił stwierdzić, czy kobieta, która mówiła tak uwodzicielsko, miała na myśli swoje dzieciństwo w Nowej Anglii, czy w Michigan, wiedział, że generalna droga do ziemi i ludzi, którzy wskażą mu najlepszą drogę do zbudowania własnego życia, prowadzi na wschód. Postanowił, że im dalej na wschód, tym piękniejsze będzie życie i że lepiej na początku nie zapuszczać się za daleko. "Pojadę do północnej Indiany albo Ohio" - powiedział sobie. "W tamtych stronach muszą być piękne miasta".
  Hugh miał chłopięcą ochotę ruszyć w drogę i natychmiast stać się częścią życia w nowym miejscu. Stopniowe przebudzenie umysłu dodało mu odwagi i czuł się uzbrojony i gotowy do interakcji z ludźmi. Pragnął poznawać i zaprzyjaźniać się z ludźmi, których życie było udane, a którzy sami byli piękni i wartościowi. Siedząc na schodach dworca kolejowego w biednym miasteczku w Missouri, z torbą u boku, myśląc o wszystkich rzeczach, które chciałby zrobić w życiu, jego umysł stał się tak energiczny i niespokojny, że część niepokoju udzieliła się również ciału. Być może po raz pierwszy w życiu wstał bez świadomego wysiłku i przechadzał się po peronie, przepełniony energią. Myślał, że nie może się doczekać przyjazdu pociągu i przywiezienia człowieka, który miał zająć jego miejsce. "Cóż, odchodzę, odchodzę, żeby być człowiekiem wśród ludzi" - powtarzał sobie w kółko. To stwierdzenie stało się rodzajem refrenu i powtarzał je nieświadomie. Gdy powtarzał te słowa, jego serce biło mocniej w oczekiwaniu na przyszłość, która, jak myślał, go czekała.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  Hugh opuścił Mudcat Landing na początku września 1886 roku. Miał dwadzieścia lat i 193 cm wzrostu. Cała górna część jego ciała była niezwykle silna, ale jego długie nogi były niezdarne i bezwładne. Uzyskał przepustkę od firmy kolejowej, która go zatrudniła, i podróżował nocnym pociągiem na północ wzdłuż rzeki, aż dotarł do dużego miasta o nazwie Burlington w stanie Iowa. Tam most przecinał rzekę, a tory kolejowe łączyły się z torami i biegły na wschód w kierunku Chicago; jednak Hugh nie kontynuował podróży tej nocy. Po wyjściu z pociągu udał się do pobliskiego hotelu i wynajął pokój na noc.
  Wieczór był chłodny i pogodny, a Hugh nie mógł usiedzieć w miejscu. Miasto Burlington, zamożne miasto pośród bogatej krainy rolniczej, przytłoczyło go hałasem i gwarem. Po raz pierwszy zobaczył brukowane uliczki i ulice oświetlone latarniami. Chociaż była już około dziesiątej, gdy dotarł na miejsce, ludzie wciąż przechadzali się po ulicach, a wiele sklepów było otwartych.
  Hotel, w którym zarezerwował pokój, wychodził na tory kolejowe i stał na rogu jasno oświetlonej ulicy. Po wejściu do pokoju Hugh siedział przez pół godziny przy otwartym oknie, po czym, nie mogąc zasnąć, postanowił pójść na spacer. Przechadzał się przez chwilę ulicami, gdzie ludzie stali przed sklepami, ale jego wysoka sylwetka przyciągała uwagę i wyczuł, że ktoś go obserwuje, więc wkrótce wyszedł na boczną uliczkę.
  W ciągu kilku minut całkowicie się zgubił. Przeszedł, jak mu się zdawało, kilometrami ulic obsadzonych domami z szkieletu i cegły, od czasu do czasu mijając ludzi, ale był zbyt nieśmiały i zażenowany, by zapytać o drogę. Ulica pięła się w górę, a po chwili wyszedł na otwartą przestrzeń i podążył drogą biegnącą wzdłuż klifu z widokiem na rzekę Missisipi. Noc była pogodna, niebo lśniło gwiazdami. Na otwartej przestrzeni, z dala od licznych domów, nie czuł się już niezręcznie i nieśmiało; szedł radośnie. Po chwili zatrzymał się i stanął twarzą do rzeki. Stojąc na wysokim klifie, z zagajnikiem drzew za sobą, miał wrażenie, że wszystkie gwiazdy zebrały się na wschodnim niebie. Pod nim rzeka odbijała gwiazdy. Wydawało się, że torują mu drogę na wschód.
  Wysoki mężczyzna z Missouri usiadł na kłodzie na skraju klifu i próbował dostrzec rzekę w dole. Nie było widać nic poza gwiazdami tańczącymi i migoczącymi w ciemności. Dotarł wysoko nad mostem kolejowym, ale wkrótce nad nim, z zachodu, przejechał pociąg pasażerski, a światła pociągu również stały się jak gwiazdy - gwiazdy, które poruszały się i przywoływały, zdając się lecieć niczym stada ptaków z zachodu na wschód.
  Przez kilka godzin Hugh siedział w ciemności na pniu drzewa. Uznał, że powrót do gospody jest beznadziejny i z zadowoleniem przyjął pretekst, by zostać na dworze. Po raz pierwszy w życiu poczuł się lekki i silny, a umysł gorączkowo czujny. Za nim drogą jechał powóz wiozący młodego mężczyznę i kobietę. Gdy głosy ucichły, zapadła cisza, przerywana jedynie od czasu do czasu, w godzinach, gdy rozmyślał o przyszłości, szczekaniem psa w jakimś odległym domu lub stukotem kół łopatkowych przepływającego statku rzecznego.
  Pierwsze lata życia Hugha McVeigha upłynęły w otoczeniu szumu rzeki Missisipi. Widział ją w upalne lata, gdy woda opadała, a muł zalegał zbrylony i spękany wzdłuż brzegu; wiosną, gdy szalały powodzie, a woda rwała, unosząc kłody drzew, a nawet fragmenty domów; zimą, gdy woda wydawała się śmiertelnie zimna, a lód niósł się po niej; i jesienią, gdy było cicho, spokojnie i pięknie, zdawało się czerpać niemal ludzkie ciepło z sekwoi rosnących wzdłuż jej brzegów. Hugh spędzał godziny i dnie siedząc lub leżąc w trawie nad brzegiem rzeki. Chatka rybacka, w której mieszkał z ojcem do czternastego roku życia, znajdowała się pół tuzina długich kroków od brzegu i chłopiec często zostawał tam sam na całe tygodnie. Kiedy jego ojciec był daleko, spływ tratwami, przewożąc drewno lub pracując przez kilka dni w wiejskiej farmie daleko od rzeki, chłopiec, często bez grosza przy duszy i z zaledwie kilkoma bochenkami chleba, łowił ryby, gdy był głodny, a kiedy go nie było, spędzał dni wylegując się na trawie nad brzegiem rzeki. Chłopcy z miasta przychodzili czasem, żeby spędzić z nim godzinę, ale w ich obecności czuł się zażenowany i nieco zirytowany. Pragnął zostać sam na sam ze swoimi marzeniami. Jeden z chłopców, chorowity, blady i niedorozwinięty dziesięciolatek, często zostawał z nim przez całe letnie dni. Był synem miejskiego kupca i szybko się męczył, próbując podążać za innymi chłopcami. Na brzegu rzeki leżał cicho obok Hugona. Wsiedli na łódź Hugona i poszli na ryby, a syn kupca ożywił się i zaczął mówić. Nauczył Hugona pisać swoje imię i czytać kilka słów. Nieśmiałość, która ich dzieliła, zaczęła zanikać, gdy syn kupca zachorował na jakąś chorobę wieku dziecięcego i zmarł.
  Tej nocy, w ciemności nad klifem w Burlington, Hugh przypomniał sobie rzeczy z dzieciństwa, o których nie myślał od lat. Te same myśli, które napływały do niego podczas tych długich dni lenistwa nad rzeką, powróciły z nową siłą.
  Po ukończeniu czternastu lat i podjęciu pracy na stacji kolejowej, Hugh trzymał się z dala od rzeki. Między pracą na stacji, w ogródku Sary Shepard i nauką po lunchu, miał niewiele wolnego czasu. Niedziele jednak były inne. Sara Shepard nie chodziła do kościoła od czasu przyjazdu do Mudcat Landing, ale nie pracowała w niedziele. W letnie niedzielne popołudnia, ona i jej mąż siadali na krzesłach pod drzewem w pobliżu domu i kładli się spać. Hugh nabrał zwyczaju samotnych wędrówek. On również chciał spać, ale nie odważył się. Szedł wzdłuż brzegu rzeki drogą na południe od miasta i po dwóch lub trzech milach skręcił w gaj drzew i położył się w cieniu.
  Długie letnie niedziele były dla Hugha cudownym czasem, tak cudownym, że w końcu z nich zrezygnował, obawiając się, że zmuszą go do powrotu do dawnych, sennych nawyków. Teraz, siedząc w ciemności nad tą samą rzeką, na którą patrzył w te długie niedziele, ogarnął go spazm czegoś na kształt samotności. Po raz pierwszy z głębokim żalem pomyślał o opuszczeniu krainy nadrzecznej i wyruszeniu do nowej krainy.
  W niedzielne popołudnia w lesie na południe od Mudcat Landing, Hugh godzinami leżał nieruchomo w trawie. Zapach zdechłych ryb, który zawsze unosił się w chacie, w której spędził dzieciństwo, zniknął, a roje much zniknęły. Nad nim wiatr igrał w gałęziach drzew, a owady śpiewały w trawie. Wszystko było czyste. Nad rzeką i lasem panowała piękna cisza. Leżał na brzuchu i patrzył w dół na rzekę, oczy miał ciężkie od snu, w mglistą dal. Półuformowane myśli przelatywały mu przez głowę niczym wizje. Śnił, ale jego sny były bezkształtne i mgliste. Przez kilka godzin ten półżywy, półmartwy stan, w którym zapadł, trwał. Nie spał, lecz leżał między snem a jawą. W jego umyśle pojawiały się obrazy. Chmury unoszące się nad rzeką przybierały dziwne, groteskowe kształty. Zaczęły się poruszać. Jedna z chmur oddzieliła się od pozostałych. Szybko wycofała się w mglistą dal, a potem wróciła. Stał się pół-człowiekiem i zdawał się kontrolować pozostałe chmury. Pod jego wpływem stały się niespokojne i zaczęły się niespokojnie poruszać. Długie, parujące rękawy wystawały z ciała najbardziej aktywnej chmury. Szarpały i szarpały pozostałe chmury, sprawiając, że one również stawały się niespokojne i niespokojne.
  Umysł Hugha, siedzącego tej nocy w ciemności na klifie nad rzeką w Burlington, był głęboko poruszony. Znów poczuł się jak chłopiec, leżąc w lesie nad rzeką, a wizje, które tam miał, powróciły z zaskakującą jasnością. Zszedł z pnia i leżąc na mokrej trawie, zamknął oczy. Jego ciało zrobiło się ciepłe.
  Hugh myślał, że jego umysł opuścił ciało i wzniósł się ku niebu, by połączyć się z chmurami i gwiazdami, by się nimi pobawić. Wydawało mu się, że patrzy z nieba na ziemię i widzi falujące pola, wzgórza i lasy. Nie brał udziału w życiu mężczyzn i kobiet na ziemi, lecz był od nich odcięty, pozostawiony samym sobie. Ze swego miejsca na niebie nad ziemią widział wielką rzekę płynącą majestatycznie. Przez chwilę niebo było ciche i zamyślone, jak niebo, gdy jako chłopiec leżał na brzuchu w lesie poniżej. Widział ludzi w łodziach przepływających obok i ledwo słyszał ich głosy. Zapadła wielka cisza, a on spojrzał poza rozległą przestrzeń rzeki i zobaczył pola i miasta. Wszystkie były ciche i nieruchome. Nad nimi unosił się nastrój oczekiwania. A potem rzeka została wprawiona w ruch przez jakąś dziwną, nieznaną siłę, coś, co przyszło z odległego miejsca, z miejsca, skąd chmura odeszła i skąd powróciła, by poruszyć i wzburzyć inne chmury.
  Rzeka ruszyła naprzód. Wylała z brzegów i przetoczyła się przez ląd, wyrywając drzewa, lasy i miasta. Białe twarze topielców i dzieci, porwane przez nurt, wpatrywały się w umysł Hugona, który w chwili wejścia w pewien świat walki i klęski pozwolił sobie na powrót do mglistych snów z dzieciństwa.
  Leżąc w mokrej trawie w ciemności na klifie, Hugh próbował odzyskać przytomność, lecz przez długi czas bezskutecznie. Tarzał się i wił, mamrocząc słowa z ust. To było bezcelowe. Jego umysł również został porwany. Chmury, których czuł się częścią, dryfowały po niebie. Zasłoniły słońce, a ciemność zstąpiła na ziemię, na niespokojne miasta, na zniszczone wzgórza, na zniszczone lasy, na ciszę i spokój wszechobecny. Ziemia rozciągająca się od rzeki, gdzie kiedyś panował spokój i cisza, pogrążyła się teraz w chaosie i niepokojach. Domy zostały zniszczone i natychmiast odbudowane. Ludzie gromadzili się w wściekłych tłumach.
  Śniący czuł się częścią czegoś doniosłego i strasznego, co dzieje się z ziemią i jej mieszkańcami. Z trudem się obudził, zmusił do powrotu do świadomości ze świata snów. Kiedy w końcu się obudził, świtało już, a on siedział na samym skraju klifu z widokiem na rzekę Missisipi, teraz szarą w słabym porannym świetle.
  
  
  
  Miasteczka, w których Hugh mieszkał przez pierwsze trzy lata po rozpoczęciu podróży na wschód, były małymi osadami liczącymi kilkaset osób, rozrzuconymi po Illinois, Indianie i zachodnim Ohio. Wszyscy, wśród których pracował i mieszkał w tym czasie, byli rolnikami i robotnikami. Wiosną swojego pierwszego roku podróży przejechał przez Chicago i spędził tam dwie godziny, wsiadając i wysiadając na tej samej stacji kolejowej.
  Nie kusiło go, by zostać mieszczuchem. Ogromne miasto handlowe u podnóża jeziora Michigan, dzięki dominującej pozycji w samym sercu rozległego imperium rolniczego, stało się już gigantyczne. Nigdy nie zapomniał dwóch godzin spędzonych na stacji kolejowej w sercu miasta i przechadzaniu się wzdłuż ulicy przylegającej do niej. Był wieczór, gdy dotarł do tego gwarnego, stukoczącego miejsca. Na długich, szerokich równinach na zachód od miasta widział rolników pracujących przy wiosennej orce, gdy pociąg pędził obok. Wkrótce farmy stały się małe, a preria usiana była miasteczkami. Pociąg nie zatrzymał się tam, lecz wjechał w zatłoczoną sieć ulic wypełnionych tłumami. Docierając do dużego, ciemnego dworca, Hugh zobaczył tysiące ludzi krzątających się jak spłoszone owady. Niezliczone tysiące ludzi opuszczały miasto pod koniec dnia pracy, a pociągi czekały, by zabrać ich do miasteczek na prerii. Przybywali tłumnie, spiesząc się jak rozwścieczone bydło przez most na stację. Tłumy ludzi wsiadających i wysiadających z pociągów z miast na wschodzie i zachodzie Europy wchodziły po schodach na ulicę, podczas gdy ci, którzy wysiadali, próbowali zejść tymi samymi schodami w tym samym czasie. Rezultatem była kipiąca masa ludzi. Wszyscy się przepychali i potrącali. Mężczyźni przeklinali, kobiety wpadały w złość, a dzieci płakały. Długi sznur taksówkarzy krzyczał i ryczał przy drzwiach prowadzących na ulicę.
  Hugh patrzył, jak ludzie przemykają obok niego, drżąc z niewypowiedzianego strachu przed tłumem, typowym dla wiejskich chłopaków w mieście. Kiedy fala ludzi nieco opadła, wyszedł ze stacji i, przechodząc przez wąską ulicę, zatrzymał się przed ceglanym sklepem. Wkrótce tłum znów się zebrał i znów mężczyźni, kobiety i chłopcy pospieszyli przez most i wbiegli przez drzwi prowadzące na stację. Nadchodzili falami, niczym woda zalewająca plażę podczas burzy. Hugh czuł, jakby gdyby przypadkiem znalazł się w tłumie, zostałby porwany w jakieś nieznane i straszne miejsce. Poczekawszy, aż przypływ nieco opadnie, przeszedł przez ulicę i podszedł do mostu, by spojrzeć na rzekę przepływającą obok stacji. Była wąska i pełna statków, a woda wyglądała na szarą i brudną. Chmura czarnego dymu przesłaniała niebo. Zewsząd, a nawet w powietrzu nad jego głową, słychać było głośny łoskot i ryk dzwonków i gwizdków.
  Z miną dziecka, które wyruszyło w głąb ciemnego lasu, Hugh przeszedł kawałek jedną z uliczek prowadzących na zachód od stacji. Zatrzymał się ponownie i stanął przed budynkiem. Nieopodal grupa młodych miejskich chuliganów paliła papierosy i rozmawiała przed saloonem. Z pobliskiego budynku wyszła młoda kobieta, podeszła i zagadnęła jednego z nich. Mężczyzna zaczął wściekle przeklinać. "Powiedz jej, że zaraz tu będę i rozwalę jej gębę" - powiedział i, ignorując dziewczynę, odwrócił się i wbił wzrok w Hugha. Wszyscy młodzi mężczyźni kręcący się przed saloonem odwrócili się i wpatrywali w swojego wysokiego rodaka. Zaczęli się śmiać, a jeden z nich szybko do niego podszedł.
  Hugh pobiegł ulicą na stację, słysząc okrzyki młodych chuliganów. Nie odważył się już wyjść z domu, a kiedy pociąg był gotowy, wsiadł do niego i radośnie opuścił rozległy, skomplikowany dom współczesnych Amerykanów.
  Hugh podróżował od miasta do miasta, ciągle kierując się na wschód, zawsze szukając miejsca, gdzie szczęście przyjdzie do niego i gdzie znajdzie towarzystwo mężczyzn i kobiet. Wycinał słupki ogrodzeniowe w lesie na dużej farmie w Indianie, pracował w polu, a w pewnym momencie był brygadzistą kolejowym.
  Na farmie w Indianie, około czterdziestu mil na wschód od Indianapolis, po raz pierwszy głęboko poruszyła go obecność kobiety. Była córką farmera Hugha, pełnej życia, pięknej dwudziestoczteroletniej kobiety, która pracowała jako nauczycielka, ale zrezygnowała z pracy, ponieważ wychodziła za mąż. Hugh uważał mężczyznę, który miał się z nią ożenić, za najszczęśliwszego człowieka na świecie. Mieszkał w Indianapolis i przyjeżdżał pociągiem, aby spędzić weekend na farmie. Kobieta przygotowywała się na jego przyjazd, ubierając białą sukienkę i różę we włosy. Dwoje ludzi spacerowało po ogrodzie obok domu lub jechało wiejskimi drogami. Młody mężczyzna, o którym Hughowi powiedziano, że pracuje w banku, miał na sobie sztywne białe kołnierzyki, czarny garnitur i czarny kapelusz typu melonik.
  Na farmie Hugh pracował w polu z farmerem i jadał przy rodzinnym stole, ale ich nie spotkał. W niedzielę, kiedy przybył młody mężczyzna, wziął dzień wolny i udał się do pobliskiego miasta. Zaloty stały się dla niego sprawą bardzo osobistą i przeżywał emocje cotygodniowych wizyt, jakby był jednym z dyrektorów. Córka farmera, wyczuwając, że milczącego parobka drażni jej obecność, zainteresowała się nim. Czasami wieczorem, gdy siedział na werandzie przed domem, podchodziła do niego i siadała, patrząc na niego z wyjątkowo obojętnym i zaciekawionym wyrazem twarzy. Próbowała się odezwać, ale Hugh odpowiadał na wszystkie jej zaloty tak krótko i z lekkim przerażeniem, że porzuciła próby. W sobotni wieczór, kiedy przybył jej ukochany, zabrała go na przejażdżkę rodzinnym powozem, podczas gdy Hugh ukrył się na strychu stodoły, czekając na ich powrót.
  Hugh nigdy nie widział ani nie słyszał, żeby mężczyzna w jakikolwiek sposób okazywał kobiecie uczucia. Wydawało mu się to niezwykle heroicznym czynem i miał nadzieję, ukryty w stodole, zobaczyć, jak to się dzieje. Była jasna, księżycowa noc i czekał prawie do jedenastej na powrót kochanków. Wysoko na strychu, pod okapem, znajdował się otwór. Dzięki swojemu wzrostowi mógł sięgnąć i podciągnąć się, a kiedy mu się to udało, znalazł oparcie na jednej z belek tworzących ramę stodoły. Zakochani stali na podwórzu poniżej, wyprzęgając konia. Kiedy mieszczanin wprowadził konia do stajni, pospiesznie wyszedł i poszedł z córką farmera ścieżką do domu. Dwoje ludzi śmiało się i szarpało jak dzieci. Zamilkli i zbliżając się do domu, zatrzymali się przy drzewie, by się objąć. Hugh patrzył, jak mężczyzna podnosi kobietę i mocno ją przytula. Był tak podekscytowany, że omal nie spadł z belki. Jego wyobraźnia rozpaliła się i próbował wyobrazić sobie siebie na miejscu młodego mieszkańca miasta. Jego palce zacisnęły się na deskach, których się kurczowo trzymał, a jego ciało zadrżało. Dwie postacie stojące w półmroku pod drzewem stały się jednością. Przez długą chwilę trzymały się kurczowo, a potem się rozdzieliły. Weszli do domu, a Hugh zszedł ze swojego miejsca na belce i położył się na sianie. Jego ciało drżało, jakby z zimna, i był na wpół chory z zazdrości, gniewu i przytłaczającego poczucia porażki. W tej chwili nie wydawało mu się opłacalne iść dalej na wschód ani szukać miejsca, gdzie mógłby swobodnie przebywać z mężczyznami i kobietami, ani gdzie mogłoby się wydarzyć coś tak cudownego, jak to, co przydarzyło się jemu - mężczyźnie na podwórzu poniżej.
  Hugh spędził noc na stodole, po czym wyczołgał się w świetle dziennym i udał się do sąsiedniego miasta. Wrócił na farmę późnym wieczorem w poniedziałek, gdy był pewien, że gospodarz już odszedł. Pomimo protestów farmera, natychmiast zebrał ubrania i oznajmił zamiar odejścia. Nie czekając na kolację, pospiesznie wyszedł z domu. Gdy dotarł do drogi i zaczął odchodzić, obejrzał się i zobaczył córkę gospodarza stojącą przy otwartych drzwiach i patrzącą na niego. Ogarnął go wstyd za to, co zrobił poprzedniej nocy. Przez chwilę patrzył na kobietę, która wpatrywała się w niego intensywnie, z zainteresowaniem, po czym, ze spuszczoną głową, pospiesznie odszedł. Kobieta patrzyła, jak znika z pola widzenia, a później, gdy jej ojciec krążył po domu, obwiniając Hugh za tak nagłe wyjście i twierdząc, że wysoki mężczyzna z Missouri to niewątpliwie pijak szukający alkoholu, nie miała nic do powiedzenia. W głębi serca wiedziała, co stało się z rolnikiem jej ojca i żałowała, że odszedł, zanim zdążyła sprawować nad nim pełną władzę.
  
  
  
  Żadne z miasteczek, które Hugh odwiedził podczas swojej trzyletniej wędrówki, nie zbliżyło się do życia, jakie opisała Sarah Shepard. Wszystkie były bardzo podobne. Była tam główna ulica z kilkunastoma sklepami po obu stronach, kuźnią i być może elewatorem zbożowym. Miasteczko było puste przez cały dzień, ale wieczorem mieszkańcy zbierali się na Main Street. Na chodnikach przed sklepami młodzi rolnicy i urzędnicy siedzieli na skrzynkach lub na krawężnikach. Nie zwracali uwagi na Hugha, który, gdy do nich podchodził, milczał i trzymał się z tyłu. Robotnicy rolni rozmawiali o swojej pracy i chwalili się liczbą buszli kukurydzy, jaką mogli zebrać w ciągu dnia, lub swoimi umiejętnościami orania. Urzędnicy byli zdeterminowani, by płatać figle, co wielce uradowało robotników rolnych. Podczas gdy jeden z nich głośno wychwalał jego kunszt, sklepikarz podkradł się do drzwi jednego ze sklepów i podszedł do niego. Trzymał w dłoni szpilkę i szturchnął nią głośnik w plecy. Tłum wiwatował i wiwatował. Jeśli ofiara się zdenerwowała, wybuchała bójka, ale nie zdarzało się to często. Do zabawy dołączyli inni mężczyźni i opowiedziano im dowcip. "Cóż, trzeba było widzieć jego minę. Myślałem, że umrę" - powiedział jeden ze świadków.
  Hugh znalazł pracę u cieśli, który specjalizował się w budowie stodół i został z nim do końca jesieni. Później został brygadzistą na kolei. Nic mu się nie stało. Był jak człowiek zmuszony iść przez życie z zawiązanymi oczami. Wokół niego, w miasteczkach i na farmach, płynął nurt życia, którego nie dotknął. Nawet w najmniejszych miasteczkach, zamieszkanych jedynie przez robotników rolnych, rozwijała się osobliwa, interesująca cywilizacja. Mężczyźni ciężko pracowali, ale często przebywali na świeżym powietrzu i mieli czas na rozmyślania. Ich umysły dążyły do rozwikłania tajemnicy istnienia. Nauczyciel i wiejski prawnik czytali "Wiek rozumu" Toma Paine"a i "Patrząc wstecz" Bellamy"ego. Rozmawiali o tych książkach z towarzyszami. Panowało tam poczucie, słabo wyrażone, że Ameryka ma coś prawdziwego i duchowego do zaoferowania reszcie świata. Robotnicy dzielili się najnowszymi tajnikami swojego rzemiosła, a po godzinach dyskusji o nowych metodach uprawy kukurydzy, lepienia podków czy budowania stodół, rozmawiali o Bogu i Jego zamierzeniach wobec ludzkości. Nastąpiły długie dyskusje na temat przekonań religijnych i politycznego losu Ameryki.
  Dyskusjom tym towarzyszyły opowieści o wydarzeniach rozgrywających się poza małym światem, w którym żyli mieszkańcy miast. Ludzie, którzy walczyli w wojnie secesyjnej, walczyli na wzgórzach i przeprawiali się przez szerokie rzeki w obawie przed porażką, opowiadali historie o swoich przygodach.
  Wieczorem, po dniu pracy w polu lub na kolei z policją, Hugh nie wiedział, co ze sobą zrobić. Powodem, dla którego nie kładł się spać od razu po kolacji, było to, że uważał swoją skłonność do snu i marzeń za wroga swojego rozwoju; a niezwykle uparta determinacja, by stworzyć coś żywego i wartościowego - owoc pięciu lat nieustannych rozmów na ten temat z kobietą z Nowej Anglii - wzięła nad nim górę. "Znajdę odpowiednie miejsce i odpowiednich ludzi, a potem zacznę" - powtarzał sobie nieustannie.
  A potem, wyczerpany zmęczeniem i samotnością, poszedł spać do jednego z małych hoteli lub pensjonatów, w których mieszkał przez te lata, a jego sny powróciły. Sen, który miał tej nocy, leżąc na klifie nad rzeką Missisipi w pobliżu Burlington, powracał raz po raz. Siedział wyprostowany na łóżku w ciemności swojego pokoju, otrząsając się z zamglonego, mglistego uczucia i bojąc się ponownie zasnąć. Nie chciał przeszkadzać mieszkańcom domu, więc wstawał, ubierał się i chodził po pokoju bez zakładania butów. Czasami pokój, który zajmował, miał niski sufit, zmuszając go do schylania się. Wyczołgiwał się z domu, niosąc buty w ręku i siadał na chodniku, aby je założyć. We wszystkich miastach, które odwiedzał, ludzie widywali go spacerującego samotnie po ulicach późno w nocy lub wcześnie rano. Krążyły o tym plotki. Historia jego ekscentryczności dotarła do ludzi, z którymi pracował, i nie mogli swobodnie i swobodnie rozmawiać w jego obecności. W południe, gdy mężczyźni jedli lunch przyniesiony do pracy, gdy szef wychodził, a robotnicy zwyczajowo rozmawiali o swoich sprawach, szli sami. Hugh szedł za nimi. Siadali pod drzewem, a gdy Hugh podchodził i stawał obok nich, milkli, albo najbardziej wulgarny i powierzchowny z nich zaczynał się przechwalać. Podczas gdy pracował z pół tuzinem innych robotników na kolei, zawsze dwóch mówiło. Za każdym razem, gdy szef wychodził, starzec, który miał reputację dowcipnisia, opowiadał historie o swoich romansach z kobietami. Młody mężczyzna o rudych włosach poszedł w jego ślady. Obaj mężczyźni rozmawiali głośno i wciąż patrzyli na Hugh. Młodszy z dwóch dowcipnisiów zwrócił się do drugiego robotnika, który miał słabą i nieśmiałą twarz. "No i co z tobą?" - krzyknął - "co z twoją starą? Co z nią? Kto jest ojcem twojego syna? Odważysz się powiedzieć?"
  Hugh przechadzał się wieczorami po miastach, próbując skupić się na konkretnych rzeczach. Czuł, jak ludzkość, z jakiegoś nieznanego powodu, odpływa od niego, a jego myśli wracały do Sary Shepard. Pamiętał, że ona nigdy nie próżnowała. Szorowała podłogę w kuchni i gotowała; prała, prasowała, wyrabiała ciasto na chleb i cerowała ubrania. Wieczorami, zmuszając chłopca do czytania jej ze szkolnych podręczników lub liczenia na tabliczce, robiła na drutach skarpetki dla niego lub dla męża. Z wyjątkiem sytuacji, gdy przytrafiało jej się coś, co sprawiało, że przeklinała, a jej twarz czerwieniała, zawsze była radosna. Kiedy chłopiec nie miał nic do roboty na stacji, a zawiadowca wysyłał go do pracy w domu, nabrania wody ze zbiornika do prania dla rodziny lub pielenia ogrodu, słyszał śpiewającą kobietę, gdy szła, wykonując niezliczone drobne czynności. Hugh postanowił, że powinien również wykonywać drobne czynności, skupiając uwagę na konkretnych rzeczach. W mieście, w którym pracował na budowie, niemal każdej nocy śnił mu się mglisty sen, w którym świat stawał się wirującym, niespokojnym centrum katastrofy. Nadeszła zima, a on przechadzał się nocą po ulicach w ciemności i głębokim śniegu. Był niemal zamarznięty; ale ponieważ dolna część jego ciała była zazwyczaj zimna, dodatkowy dyskomfort nie przeszkadzał mu zbytnio, a rezerwy sił w jego potężnej sylwetce były tak duże, że brak snu nie wpłynął na jego zdolność do bezproblemowej pracy przez cały dzień.
  Hugh wyszedł na jedną z osiedlowych ulic w mieście i policzył sztachety na płotach przed domami. Wrócił do hotelu i policzył sztachety na każdym płocie w mieście. Następnie wziął linijkę ze sklepu z narzędziami i starannie zmierzył sztachety. Próbował obliczyć liczbę palików, które można wyciąć z drzew o określonej wielkości, co dało mu kolejną okazję. Policzył liczbę drzew na każdej ulicy w mieście. Nauczył się szacować jednym rzutem oka i z względną dokładnością, ile drewna można wyciąć z drzewa. Budował wyimaginowane domy z drewna ściętego z drzew rosnących wzdłuż ulic. Próbował nawet wymyślić, jak wykorzystać małe gałązki ścięte z wierzchołków drzew i pewnej niedzieli poszedł do lasu za miastem i ściął dużą garść gałęzi, które zaniósł do swojego pokoju, a następnie, z wielką przyjemnością, przyniósł z powrotem do pokoju, wplecione w kosz.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA DRUGA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  BIDWELL w stanie Ohio było starym miastem, równie starożytnym, jak miasta Centralnego Zachodu, na długo przed tym, jak Hugh McVeigh, szukając miejsca, w którym mógłby przeniknąć przez mur oddzielający go od ludzkości, udał się tam, by zamieszkać i spróbować rozwiązać swój problem. Teraz jest to tętniące życiem miasto przemysłowe, liczące prawie sto tysięcy mieszkańców; ale jeszcze nie nadszedł czas, by opowiedzieć historię jego nagłego i zdumiewającego rozwoju.
  Od samego początku Bidwell było zamożnym miejscem. Miasto leży w dolinie głębokiej, wartko płynącej rzeki, która wylewa bezpośrednio nad miastem, na chwilę staje się szeroka i płytka, a następnie szybko, z szumem, spływa po skałach. Na południe od miasta rzeka nie tylko się rozszerza, ale wzgórza również się cofają. Na północy rozciąga się szeroka, płaska dolina. W czasach przed pojawieniem się fabryk, tereny wokół miasta były podzielone na małe gospodarstwa zajmujące się uprawą owoców i jagód, a za nimi rozciągały się większe działki, niezwykle produktywne, dające ogromne plony pszenicy, kukurydzy i innych roślin uprawnych.
  Kiedy Hugh był chłopcem, śpiącym ostatnie dni na trawie w pobliżu chaty rybackiej ojca nad brzegiem Missisipi, Bidwell zdążył już przezwyciężyć trudy pionierskich dni. Gospodarstwa w szerokiej dolinie na północy zostały wykarczowane z drzew, a ich pnie zostały wyrwane z ziemi przez minione pokolenie. Gleba była łatwa w uprawie i zachowała niewiele ze swojej pierwotnej żyzności. Przez miasto przebiegały dwie linie kolejowe, Lake Shore i Michigan Central (później część wielkiego systemu New York Central), a także mniej ważny szlak węglowy zwany Wheeling and Lake Erie. Bidwell liczyło wówczas 2500 mieszkańców, w większości potomków pionierów, którzy przybyli łodzią przez Wielkie Jeziora lub wozami przez góry z Nowego Jorku i Pensylwanii.
  Miasteczko leżało na łagodnym zboczu wznoszącym się nad rzeką, a stacja kolejowa Lake Shore and Michigan Central znajdowała się nad brzegiem rzeki, u podnóża Main Street. Stacja Wheeling znajdowała się milę na północ. Dojazd prowadził przez most i asfaltową drogą, która zaczynała już przypominać ulicę. Naprzeciwko Turner's Pike stało kilkanaście domów, a między nimi rozciągały się pola jagodowe i sporadyczne sady wiśniowe, brzoskwiniowe lub jabłoniowe. Wyboista ścieżka schodziła w dół do odległej, przydrożnej stacji, a wieczorem ta ścieżka, wijąca się pod gałęziami drzew owocowych, które przerastały ogrodzenia farmy, była ulubionym miejscem spacerów zakochanych.
  Małe farmy w pobliżu miasta Bidwell uprawiały jagody, które osiągały najwyższe ceny w dwóch miastach, Cleveland i Pittsburghu, do których prowadziły dwie linie kolejowe. Wszyscy mieszkańcy miasta, którzy nie pracowali w żadnym zawodzie - szewstwie, stolarstwie, podkuwaniu koni, malowaniu domów i tym podobnych - lub nie należeli do drobnych rzemieślników i klas zawodowych, latem pracowali na roli. W letnie poranki mężczyźni, kobiety i dzieci wychodzili na pola. Wczesną wiosną, gdy trwały prace sadownicze, a także przez cały koniec maja, czerwiec i początek lipca, gdy jagody i owoce zaczynały dojrzewać, wszyscy byli zajęci pracą, a ulice miasta pustoszały. Wszyscy wyszli na pola. O świcie z Main Street wyjeżdżały ogromne wozy z sianem, załadowane dziećmi, roześmianymi dziewczętami i statecznymi kobietami. Obok nich szli wysocy chłopcy, obrzucając dziewczęta zielonymi jabłkami i wiśniami z drzew wzdłuż drogi, a mężczyźni, którzy szli za nimi, palili poranne fajki i dyskutowali o aktualnych cenach produktów z ich pól. Po ich odejściu w mieście zapadła sobotnia cisza. Kupcy i urzędnicy kręcili się w cieniu markiz przed sklepami, a tylko ich żony i żony dwóch lub trzech bogatych mężczyzn z miasta przychodziły kupować i przerywać im rozmowy o wyścigach konnych, polityce i religii.
  Tego wieczoru, gdy wozy wracały do domów, Bidwell się obudził. Zmęczeni zbieracze jagód wracali z pól przez zakurzone drogi, wymachując wiadrami pełnymi lunchu. Wozy skrzypiały pod nogami, wypełnione po brzegi skrzynkami jagód gotowych do wysyłki. Po kolacji w sklepach gromadziły się tłumy. Starzy mężczyźni zapalali fajki i plotkowali na krawężniku Main Street; kobiety z koszami w ramionach zajmowały się handlem, by zdobyć jedzenie na następny dzień; młodzi mężczyźni zakładali sztywne białe kołnierzyki i odświętne ubrania, a dziewczyny, które spędziły dzień, czołgając się między rzędami jagód lub przedzierając się przez splątane masy malin, zakładały białe sukienki i szły przed mężczyznami. Przyjaźnie, które rozkwitły między chłopcami i dziewczętami na polach, przerodziły się w miłość. Pary przechadzały się po ulicach, domy pod drzewami, rozmawiając ściszonymi głosami. Stawali się cisi i nieśmiali. Najodważniejsi się całowali. Koniec sezonu zbiorów jagód każdego roku przynosił do miasteczka Bidwell nową falę małżeństw.
  W każdym miasteczku na amerykańskim Środkowym Zachodzie panował czas oczekiwania. Po oczyszczeniu terenu, wypędzeniu Indian do rozległego, odległego miejsca mgliście zwanego Zachodem, stoczeniu i wygraniu wojny secesyjnej, bez żadnych poważnych problemów narodowych, które mogłyby głęboko wpłynąć na ich życie, umysły ludzi zwróciły się ku sobie. O duszy i jej przeznaczeniu otwarcie dyskutowano na ulicach. Robert Ingersoll przyjechał do Bidwell, aby wygłosić przemówienie w Terry Hall, a po jego wyjeździe kwestia boskości Chrystusa zaprzątała umysły mieszkańców miasta przez miesiące. Pastorzy wygłaszali kazania na ten temat, a wieczorami temat ten był tematem rozmów w sklepach. Każdy miał coś do powiedzenia. Nawet Charlie Mook, który kopał rowy i jąkał się tak bardzo, że pół tuzina mieszkańców miasta nie mogło go zrozumieć, wyraził swoje zdanie.
  W całej wielkiej dolinie Missisipi każde miasteczko rozwijało swój własny charakter, a jego mieszkańcy traktowali się nawzajem jak członkowie wielkiej rodziny. Każdy członek wielkiej rodziny rozwijał swoją niepowtarzalną osobowość. Nad każdym miasteczkiem rozciągał się rodzaj niewidzialnego dachu, pod którym wszyscy żyli. Pod tym dachem chłopcy i dziewczęta rodzili się, dorastali, kłócili się, walczyli i zaprzyjaźniali się ze swoimi współmieszkańcami, poznawali sekrety miłości, zawierali małżeństwa i zostawali rodzicami, starzeli się, chorowali i umierali.
  W niewidzialnym kręgu i pod wielkim dachem wszyscy znali się i byli znani sąsiadom. Obcy nie pojawiali się i nie znikali szybko i tajemniczo, nie było ciągłego i dezorientującego hałasu maszyn i nowych projektów. W tamtym momencie wydawało się, że ludzkość potrzebuje czasu, aby spróbować zrozumieć samą siebie.
  W Bidwell mieszkał mężczyzna o imieniu Peter White. Był krawcem i ciężko pracował w swoim zawodzie, ale raz czy dwa razy w roku upijał się i bił żonę. Za każdym razem był aresztowany i zmuszany do zapłaty grzywny, ale panowało powszechne zrozumienie motywu, który doprowadził do pobicia. Większość kobiet, które znały jego żonę, sympatyzowała z Peterem. "Jest bardzo hałaśliwa, a jej szczęka nigdy nie stoi w miejscu" - powiedziała mężowi żona kupca Henry'ego Teetersa. "Jeśli się upije, to tylko po to, by zapomnieć, że jest jej mężem. Potem wraca do domu, żeby się przespać, a ona zaczyna mu dokuczać. Znosi to tak długo, jak może. Potrzeba pięści, żeby uciszyć tę kobietę. Jeśli ją uderzy, to jedyne, co może zrobić".
  Szalony Allie Mulberry był jedną z najbarwniejszych postaci miasta. Mieszkał z matką w zrujnowanym domu przy Medina Road, tuż za miastem. Poza tym, że był upośledzony umysłowo, miał problemy z nogami. Chwiały się i słabły, i ledwo mógł nimi ruszać. W letnie dni, gdy ulice były puste, kuśtykał po Main Street z opuszczoną szczęką. Nosił dużą pałkę, częściowo po to, by podeprzeć słabe nogi, a częściowo po to, by odstraszyć psy i psotnych chłopców. Lubił siedzieć w cieniu, opierając się plecami o budynek, strugając, a także lubił przebywać wśród ludzi i doceniać swój talent jako strugacza. Robił wachlarze z kawałków sosny, długie łańcuchy drewnianych koralików, a pewnego dnia osiągnął niezwykły triumf mechaniczny, który przyniósł mu powszechną sławę. Zbudował statek, który unosił się na wodzie w butelce po piwie, do połowy wypełnionej wodą i spoczywającej na boku. Statek miał żagle i trzech maleńkich, drewnianych marynarzy stojących na baczność, z rękami uniesionymi do czapek w geście pozdrowienia. Po wykonaniu i umieszczeniu butelki w butelce okazało się, że jest zbyt duża, by wyjąć ją przez szyjkę. Jak Ellie to osiągnął, nikt nigdy nie wiedział. Urzędnicy i kupcy, którzy zebrali się wokół, by obserwować jego pracę, dyskutowali o tym przez wiele dni. Dla nich był to niekończący się cud. Tego wieczoru opowiedzieli o tym zbieraczom jagód, którzy przyszli do sklepów, i w oczach mieszkańców Bidwell Ellie Mulberry stała się bohaterką. Butelka, napełniona do połowy wodą i solidnie zakorkowana, stała na poduszce w oknie sklepu jubilerskiego Hunter's Jewelry Store. Gdy unosiła się na oceanie, tłumy gromadziły się, by ją obserwować. Nad butelką, w widocznym miejscu, wisiała tabliczka z napisem "Wyrzeźbione przez Ally Mulberry z Bidwell". Pod tymi słowami znajdowało się wydrukowane pytanie. "Jak to się znalazło w butelce?" - brzmiało pytanie. Butelka stała na wystawie przez miesiące, a kupcy zabierali ze sobą odwiedzających ją turystów, by ją zobaczyć. Następnie odprowadzili gości do miejsca, gdzie Ally, oparty o ścianę budynku, z klubem u boku, pracował nad jakimś nowym dziełem sztuki rzeźbiarskiej. Podróżni byli pod wrażeniem i opowiedzieli tę historię za granicą. Sława Ally'ego rozprzestrzeniła się po innych miastach. "Ma bystry umysł" - powiedział mieszkaniec Bidwell, kręcąc głową. "Wydaje się, że niewiele wie, ale spójrzcie, co robi! Musi mieć mnóstwo pomysłów w głowie".
  Jane Orange, wdowa po prawniku i, z wyjątkiem Thomasa Butterwortha, farmerka, która posiadała ponad tysiąc akrów ziemi i mieszkała z córką na farmie milę na południe od miasta, była najbogatszą osobą w mieście. Wszyscy w Bidwell ją kochali, ale nie była popularna. Nazywano ją skąpą i mówiono, że ona i jej mąż oszukiwali wszystkich, z którymi mieli do czynienia, aby rozpocząć życie. Miasto pożądało przywileju, który nazywali "pokonywaniem ich". Mąż Jane był kiedyś radcą prawnym miasta Bidwell, a później odpowiadał za uregulowanie spadku po Edzie Lucasie, farmerze, który zmarł, pozostawiając dwieście akrów ziemi i dwie córki. Wszyscy mówili, że córki farmera "wyszły na tym źle", a John Orange zaczął się bogacić. Mówiono, że jego majątek był wart pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Pod koniec życia prawnik co tydzień podróżował służbowo do Cleveland, a kiedy był w domu, nawet w najgorętsze dni, nosił długi czarny płaszcz. Podczas zakupów artykułów gospodarstwa domowego Jane Orange była bacznie obserwowana przez sklepikarzy. Podejrzewano ją o kradzież drobnych przedmiotów, które można było umieścić w kieszeniach sukienki. Pewnego popołudnia w sklepie spożywczym Toddmore's Grocery, gdy myślała, że nikt jej nie widzi, wyjęła z koszyka pół tuzina jajek i po szybkim rozejrzeniu się, aby upewnić się, że nikt jej nie widzi, wsunęła je do kieszeni sukienki. Harry Toddmore, syn sklepikarza, który był świadkiem kradzieży, nic nie powiedział i niezauważony wyszedł tylnymi drzwiami. Zwerbował trzech lub czterech sprzedawców z innych sklepów, którzy czekali na Jane Orange na rogu. Kiedy podeszła, pospiesznie odeszli, a Harry Toddmore upadł na nią. Wyciągając rękę, uderzył ją szybkim, silnym ciosem w kieszeń z jajkami. Jane Orange odwróciła się i pospiesznie wróciła do domu, ale gdy była w połowie Main Street, ze sklepów wyszli sprzedawcy i sprzedawcy, a głos z gromadzącego się tłumu zwrócił uwagę na fakt, że zawartość skradzionych jajek wyciekła do środka. Strumień wody spływał z jej sukienki i pończoch na chodnik. Stado psów miejskich biegło za nią, podnieconych okrzykami tłumu, szczekając i wąchając żółtą strużkę kapiącą z jej butów.
  Do Bidwell przybył starzec z długą, białą brodą. Był zwyczajnym gubernatorem stanu Południa w czasach rekonstrukcji po wojnie secesyjnej i zarabiał krocie. Kupił dom przy Turner's Pike niedaleko rzeki i spędzał dni, pracując w małym ogrodzie. Wieczorem przechodził przez most na Main Street i wpadał do apteki Birdie Spink. Z wielką szczerością i otwartością opowiadał o swoim życiu na Południu w tym strasznym czasie, gdy kraj próbował podnieść się z mroku klęski, i dał mieszkańcom Bidwell nowe spojrzenie na ich starych wrogów, Rebeliantów.
  Starzec - w Bidwell nazywał się sędzia Horace Hanby - wierzył w męskość i uczciwość ludzi, którymi krótko rządził, a którzy toczyli długą, okrutną wojnę z Północą, mieszkańcami Nowej Anglii i synami mieszkańców Nowej Anglii z Zachodu i Północnego Zachodu. "Wszyscy są w porządku" - powiedział z uśmiechem. "Oszukałem ich i zarobiłem trochę pieniędzy, ale ich polubiłem. Pewnego razu tłum przyszedł do mojego domu i groził mi śmiercią, a ja powiedziałem im, że tak naprawdę ich nie winię, więc dali mi spokój". Sędzia, były polityk z Nowego Jorku, który był zamieszany w jakąś aferę, która utrudniła mu powrót do tego miasta, stał się proroczy i filozoficzny po zamieszkaniu w Bidwell. Pomimo wątpliwości, jakie wszyscy mieli co do jego przeszłości, był uczonym i czytelnikiem książek i zyskał szacunek za swoją oczywistą mądrość. "Cóż, będzie tu nowa wojna" - powiedział. "To nie będzie jak wojna secesyjna, gdzie będą po prostu strzelać i zabijać ludzi. Najpierw będzie to wojna między ludźmi o przynależność klasową; potem będzie to długa, cicha wojna między klasami, między tymi, którzy mają, a tymi, którzy nie mogą mieć. To będzie najgorsza wojna ze wszystkich".
  Rozmowa o sędzim Hanbym, która trwała niemal każdego wieczoru i była szczegółowo wyjaśniana milczącej i uważnej grupie w aptece, zaczęła oddziaływać na umysły młodych mężczyzn w Bidwell. Za jego namową kilku chłopaków z miasta - Cliff Bacon, Albert Small, Ed Prowl i dwóch lub trzech innych - zaczęło oszczędzać pieniądze, aby pójść na studia na wschodzie. To również za jego namową Tom Butterworth, bogaty farmer, wysłał swoją córkę do szkoły. Starzec wygłosił wiele proroctw na temat tego, co wydarzy się w Ameryce. "Mówię wam, kraj nie pozostanie taki, jaki jest" - powiedział szczerze. Zmiany w miastach Wschodu już zaszły. Budowane są fabryki i wszyscy będą w nich pracować. Tylko taki stary człowiek jak ja widzi, jak to zmienia ich życie. Niektórzy mężczyźni stoją przy tym samym stole i robią to samo nie godzinami, ale dniami i latami. Są tam znaki zakazujące im rozmawiać. Niektórzy z nich zarabiają więcej niż przed powstaniem fabryk, ale mówię wam, to jak w więzieniu. Co byście powiedzieli, gdybym wam powiedział, że cała Ameryka, wszyscy wy, którzy tyle mówicie o wolności, skończycie w więzieniu, co?
  "I jest jeszcze coś. W Nowym Jorku jest już tuzin ludzi wartych milion dolarów. Tak, proszę pana, mówię panu, to prawda, milion dolarów. Co pan o tym sądzi, co?"
  Sędzia Hanby był podekscytowany i, zainspirowany skupioną uwagą publiczności, opisał skalę wydarzeń. W Anglii, wyjaśnił, miasta stale się rozrastały, a prawie każdy pracował w fabryce lub posiadał w niej zapasy. "W Nowej Anglii wszystko dzieje się równie szybko" - wyjaśnił. "To samo stanie się tutaj. Rolnictwo będzie uprawiane za pomocą narzędzi. Prawie wszystko, co robi się ręcznie, będzie wykonywane przez maszyny. Niektórzy się wzbogacą, inni zbiednieją. Chodzi o to, żeby zdobyć wykształcenie, tak, o to właśnie chodzi, żeby przygotować się na to, co ma nadejść. To jedyny sposób. Młodsze pokolenie musi być mądrzejsze i bardziej spostrzegawcze".
  Słowa starca, który widział wiele miejsc, ludzi i miast, rozbrzmiewały echem na ulicach Bidwell. Kowal i kołodziej powtórzyli jego słowa, zatrzymując się przed pocztą, by wymienić się nowinami ze swoich spraw. Ben Peeler, cieśla, który oszczędzał, by kupić dom i małą farmę na emeryturę, gdy będzie już za stary, by wspinać się po konstrukcjach budynków, zamiast tego przeznaczył pieniądze na wysłanie syna do Cleveland do pracy w nowej szkole technicznej. Steve Hunter, syn Abrahama Huntera, jubilera z Bidwell, oświadczył, że zamierza iść z duchem czasu i kiedy pójdzie pracować w fabryce, pójdzie do biura, a nie do sklepu. Pojechał do Buffalo w stanie Nowy Jork, aby zapisać się do college'u biznesowego.
  W Bidwell powietrze zaczęło wirować od rozmów o nowych czasach. Ostre słowa o nadejściu nowego życia szybko poszły w zapomnienie. Młodość i optymistyczny duch kraju skłoniły go do chwycenia ręki giganta industrializacji i poprowadzenia go, śmiejąc się, w otchłań. Krzyk "żyjmy w pokoju", który w tamtym okresie rozniósł się po Ameryce i wciąż rozbrzmiewa w amerykańskich gazetach i czasopismach, rozbrzmiewał na ulicach Bidwell.
  Pewnego dnia interesy w warsztacie siodlarskim Josepha Wainswortha nabrały nowego tempa. Siodlarz był rzemieślnikiem starej daty i człowiekiem niezwykle niezależnym. Opanował swój fach po pięciu latach nauki jako praktykant, a kolejne pięć spędził, przemieszczając się z miejsca na miejsce, i czuł, że zna swój fach. Był również właścicielem własnego warsztatu i domu oraz miał tysiąc dwieście dolarów na koncie. Pewnego popołudnia, gdy był sam w warsztacie, wszedł Tom Butterworth i powiedział, że zamówił cztery komplety uprzęży rolniczej z fabryki w Filadelfii. "Przyszedłem zapytać, czy mógłbyś je naprawić, gdyby się zepsuły" - powiedział.
  Joe Wainsworth zaczął majstrować przy narzędziach na swoim stole warsztatowym. Potem odwrócił się, by spojrzeć rolnikowi w oczy i wykonać to, co później opisał swoim przyjaciołom jako "ustanawianie prawa". "Kiedy tanie rzeczy zaczynają się rozpadać, zanieś je gdzieś indziej, żeby je naprawili" - warknął. Był wściekły. "Zabierz te cholerne rzeczy z powrotem do Filadelfii, gdzie je kupiłeś" - krzyknął do rolnika, który odwrócił się, by wyjść ze sklepu.
  Joe Wainsworth był zdenerwowany i rozmyślał o tym incydencie przez cały dzień. Kiedy farmerzy przychodzili po jego produkty i stali tam, żeby porozmawiać o swoich interesach, nie miał nic do powiedzenia. Był gadatliwym człowiekiem, a jego uczeń, Will Sellinger, syn malarza pokojowego z Bidwell, był zdziwiony jego milczeniem.
  Kiedy chłopiec i mężczyzna byli sami w warsztacie, Joe Wainsworth opowiadał o swoich czasach jako praktykant, przemieszczając się z miejsca na miejsce i pracując w swoim fachu. Jeśli naszywano szynę lub wykonywano uzdę, opowiadał, jak to się robiło w warsztacie, w którym pracował, w Bostonie i w innym warsztacie w Providence w stanie Rhode Island. Biorąc kartkę papieru, rysował rysunki ilustrujące wykroje skóry wykonane w innych miejscach i metody szycia. Twierdził, że opracował własną metodę pracy i że jego jest lepsza niż wszystko, co widział w czasie wszystkich podróży. Do mężczyzn, którzy przychodzili do warsztatu w zimowe wieczory, uśmiechał się i opowiadał o ich pracy, o cenie kapusty w Cleveland czy o wpływie chłodu na pszenicę ozimą, ale kiedy był sam z chłopcem, rozmawiał tylko o produkcji uprzęży. "Nic o tym nie mówię. Co za pożytek z przechwalania się?". "Mogłem się jednak czegoś nauczyć od każdego uprzężarza, jakiego kiedykolwiek widziałem, a widziałem najlepszych" - stwierdził z naciskiem.
  Tego popołudnia, po usłyszeniu o czterech uprzężach fabrycznych, które trafiły do tego, co zawsze uważał za swój fach jako robotnik pierwszej klasy, Joe milczał przez dwie lub trzy godziny. Myślał o słowach starego sędziego Hanby'ego i ciągłych rozmowach o nowej erze. Nagle, zwracając się do swojego ucznia, który był zdumiony jego długim milczeniem i nieświadomy incydentu, który zaniepokoił jego mistrza, wybuchnął. Był buntowniczy i buntowniczy. "No to niech jadą do Filadelfii, niech jadą, gdzie chcą" - warknął, a potem, jakby jego własne słowa przywróciły mu szacunek do samego siebie, wyprostował ramiona i spojrzał na zmieszanego i zaniepokojonego chłopca. "Znam swój fach i nie muszę się nikomu kłaniać" - oświadczył. Wyraził wiarę starego kupca w swój fach i prawa, jakie dawał mistrzowi. "Ucz się swojego fachu. Nie słuchaj plotek" - powiedział poważnie. "Człowiek, który zna się na swoim fachu, to prawdziwy mężczyzna. Potrafi każdemu doradzić, żeby poszedł do diabła".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IV
  
  Miał dwadzieścia trzy lata, kiedy zamieszkał w Bidwell. Stanowisko telegrafisty na stacji Wheeling, milę na północ od miasta, zwolniło się, a przypadkowe spotkanie z byłym mieszkańcem sąsiedniego miasta zapewniło mu tę posadę.
  Mężczyzna z Missouri pracował zimą w tartaku niedaleko miasta w północnej Indianie. Wieczorami włóczył się po wiejskich drogach i ulicach miasta, ale z nikim nie rozmawiał. Jak wszędzie, miał reputację ekscentryka. Jego ubrania były znoszone i chociaż miał pieniądze w kieszeniach, nie kupił żadnych nowych. Wieczorem, spacerując ulicami miasta i widząc elegancko ubranych sprzedawców stojących przed sklepami, spojrzał na swoją obdartą twarz i zawstydził się wejść. Sara Shepard zawsze kupowała mu ubrania, gdy był dzieckiem, i postanowił pojechać do miejsca w Michigan, gdzie ona i jej mąż przeszli na emeryturę, i ją odwiedzić. Chciał, żeby Sara Shepard kupowała mu nowe ubrania, ale chciał też z nią porozmawiać.
  Po trzech latach przeprowadzek i pracy z innymi mężczyznami jako robotnik, Hugh nie rozwinął w sobie żadnego wielkiego impulsu, który - jak czuł - wskazałby kierunek jego życia; ale studiowanie zagadnień matematycznych, podjęte, by złagodzić samotność i wyleczyć skłonność do fantazjowania, zaczęło odbijać się na jego charakterze. Myślał, że jeśli znów zobaczy Sarah Shepard, będzie mógł z nią porozmawiać i za jej pośrednictwem zacząć komunikować się z innymi. W tartaku, w którym pracował, odpowiadał na przypadkowe uwagi współpracowników powolnym, niepewnym przeciąganiem; jego ciało wciąż było niezgrabne, a chód chwiejny, ale wykonywał swoją pracę szybciej i dokładniej. W obecności swojej przybranej matki i w nowym ubraniu wierzył, że teraz może z nią rozmawiać w sposób, który był niemożliwy w młodości. Zauważy zmianę w jego charakterze i będzie nią zainspirowana. Przeniosą się na nową bazę, a on poczuje się szanowany na innej.
  Hugh udał się na dworzec kolejowy, aby zapytać o bilet do Michigan, gdzie przeżył przygodę, która pokrzyżowała jego plany. Gdy stał przy okienku biletowym, kasjer, będący również telegrafistą, próbował nawiązać rozmowę. Po udzieleniu żądanych informacji, wyszedł za Hughem z budynku w mrok wiejskiego dworca kolejowego nocą. Obaj mężczyźni zatrzymali się i stanęli obok pustego wózka bagażowego. Kasjer mówił o samotności życia w mieście i powiedział, że chciałby wrócić do domu i znów być ze swoimi ludźmi. "Może nie jest lepiej w moim mieście, ale znam tam wszystkich" - powiedział. Był ciekaw Hugha, tak jak wszyscy inni mieszkańcy miasteczka w Indianie, i miał nadzieję, że uda mu się go namówić, aby dowiedział się, dlaczego chodzi samotnie nocą, dlaczego czasami spędza całe wieczory pracując nad książkami i figurkami w swoim pokoju w wiejskim hotelu i dlaczego tak mało ma do powiedzenia swoim towarzyszom. Mając nadzieję zrozumieć milczenie Hugha, obraził miasto, w którym oboje mieszkali. "Cóż" - zaczął - "chyba wiem, jak się czujesz. Chcesz się stąd wydostać". Wyjaśnił swoją trudną sytuację. "Jestem żonaty" - powiedział. "Mam troje dzieci. Mężczyzna może tu zarobić na kolei więcej niż w moim stanie, a koszty utrzymania są dość niskie. Właśnie dzisiaj dostałem ofertę pracy w ładnym miasteczku niedaleko mojego domu w Ohio, ale nie mogę jej przyjąć. Płacą tylko czterdzieści dolarów miesięcznie. To ładne miasteczko, jedno z najlepszych w północnej części stanu, ale praca, widzisz, jest do niczego. Boże, jak bardzo bym chciał tam pojechać. Chciałbym wrócić i mieszkać wśród ludzi takich jak ci, którzy mieszkają w tej części kraju".
  Robotnik kolejowy i Hugh szli ulicą prowadzącą ze stacji do głównej arterii. Chcąc docenić sukces swojego towarzysza, ale nie wiedząc, jak to zrobić, Hugh zastosował metodę, którą słyszał, jak stosowali między sobą jego koledzy. "No cóż" - powiedział powoli - "chodźmy na drinka".
  Dwaj mężczyźni weszli do saloonu i zatrzymali się przy barze. Hugh z trudem opanował zażenowanie. Pijąc z kolejarzem pieniste piwo, wyjaśnił, że on również kiedyś był kolejarzem i znał się na telegrafii, ale od kilku lat pracował w innym zawodzie. Jego towarzysz spojrzał na jego sfatygowane ubranie i skinął głową. Skinął głową, dając do zrozumienia, że chce, aby Hugh poszedł za nim w ciemność. "No, no!" - wykrzyknął, gdy ponownie wyszli na ulicę i ruszyli w kierunku stacji. "Teraz rozumiem. Wszyscy byli tobą zainteresowani i słyszałem dużo plotek. Nic nie powiem, ale coś dla ciebie zrobię".
  Hugh poszedł na stację ze swoim nowym przyjacielem i usiadł w oświetlonym biurze. Kolejarz wyjął kartkę papieru i zaczął pisać list. "Dam ci tę pracę" - powiedział. "Piszę teraz ten list i przyjedzie on nocnym pociągiem. Musisz się otrząsnąć. Sam byłem pijany, ale dałem sobie z tym spokój. Kufel piwa od czasu do czasu to dla mnie maksimum".
  Zaczął opowiadać o małym miasteczku w Ohio, gdzie zaproponował Hugh pracę, która pomogłaby mu wkroczyć w świat i zerwać z nałogiem alkoholowym, opisując je jako ziemski raj pełen inteligentnych, jasno myślących ludzi i pięknych kobiet. Hugh żywo wspominał rozmowę, którą usłyszał z Sarą Shepard, gdy w młodości spędzała długie wieczory, opowiadając mu o cudach swoich miasteczek i mieszkańców Michigan i Nowej Anglii, zestawiając życie, jakie tam prowadziła, z życiem, jakie prowadziła z mieszkańcami jego własnej miejscowości.
  Hugh postanowił nie próbować tłumaczyć się z błędu popełnionego przez nowego znajomego, lecz przyjąć ofertę pomocy w zdobyciu pracy telegrafisty.
  Dwaj mężczyźni wyszli ze stacji i znów zatrzymali się w ciemności. Robotnik kolejowy czuł się jak człowiek uprzywilejowany, by wyrwać duszę z mroku rozpaczy. Słowa płynęły z jego ust, a jego domniemanie znajomości charakteru Hugha było w tych okolicznościach całkowicie bezpodstawne. "No cóż" - wykrzyknął serdecznie - "widzisz, pożegnałem cię. Powiedziałem im, że jesteś dobrym człowiekiem i dobrym operatorem, ale przyjmiesz to stanowisko z niską pensją, ponieważ jesteś chory i nie możesz teraz dużo pracować". Pobudzony mężczyzna poszedł za Hughem ulicą. Było późno, a światła w warsztacie zgasły. Z jednego z dwóch barów w mieście, które ich dzieliły, dobiegał szmer głosów. Powróciło do niego dawne marzenie z dzieciństwa: znaleźć miejsce i ludzi, wśród których, siedząc nieruchomo i oddychając powietrzem, którym oddychają inni, mógłby nawiązać ciepłą, intymną więź z życiem. Zatrzymał się przed saloonem, żeby posłuchać głosów w środku, ale kolejarz pociągnął go za rękaw i zaprotestował. "No, no, przestaniesz, co?" zapytał z niepokojem, po czym szybko wyjaśnił swoje obawy. "Oczywiście, że wiem, co ci jest. Czyż nie mówiłem ci, że sam tam byłem? Starałeś się to obejść. Wiem dlaczego. Nie musisz mi mówić. Gdyby mu się coś nie stało, nikt, kto zna się na telegrafii, nie pracowałby w tartaku".
  "No cóż, nie ma sensu o tym rozmawiać" - dodał zamyślony. "Pożegnałem cię. Zamierzasz to zatrzymać, co?"
  Hugh próbował protestować i tłumaczyć, że nie ma uzależnienia od alkoholu, ale mieszkaniec Ohio nie chciał słuchać. "W porządku" - powtórzył, a potem dotarli do hotelu, w którym mieszkał Hugh. Zawrócił, żeby wrócić na stację i poczekać na nocny pociąg, który miał przewieźć list i który, jak czuł, miał również przewieźć jego żądanie, by człowiekowi, który zboczył z drogi nowoczesnej pracy i postępu, dano nową szansę. Czuł się wspaniałomyślny i zaskakująco uprzejmy. "W porządku, mój chłopcze" - powiedział serdecznie. "Nie ma sensu ze mną rozmawiać. Dziś wieczorem, kiedy przyszedłeś na stację, żeby zapytać o cenę biletu do tej dziury w Michigan, widziałem, że się wstydzisz. Co się dzieje z tym facetem?" - powiedziałem sobie. Zastanowiłem się. Potem przyjechałem z tobą do miasta, a ty od razu postawiłeś mi drinka. Nie pomyślałbym o tym, gdybym sam tam nie był. Wrócisz do formy. Bidwell w Ohio jest pełne porządnych ludzi. Dołączysz do nich, a oni ci pomogą i zostaną z tobą. Polubisz tych ludzi. Mają do tego dryg. Miejsce, w którym będziesz pracować, jest daleko na wsi. To około półtora kilometra od małej, wiejskiej miejscowości o nazwie Pickleville. Kiedyś był tam saloon i fabryka ogórków, ale teraz ich już nie ma. Nie będziesz miał ochoty się tu poślizgnąć. Będziesz miał szansę stanąć na nogi. Cieszę się, że wpadłem na pomysł, żeby cię tam wysłać.
  
  
  
  Rzeka Wheeling i jezioro Erie przepływały przez niewielką, zalesioną kotlinę, która przecinała rozległe tereny rolnicze na północ od miasta Bidwell. Transportowała węgiel z pagórkowatych terenów Wirginii Zachodniej i południowo-wschodniego Ohio do portów nad jeziorem Erie, nie zwracając uwagi na ruch pasażerski. Rano pociąg składający się z wagonu ekspresowego, wagonu bagażowego i dwóch wagonów pasażerskich odjeżdżał na północ i zachód w kierunku jeziora, a wieczorem ten sam pociąg wracał, kierując się na południowy wschód, w góry. Wydawał się dziwnie oderwany od miejskiego życia. Niewidzialny dach, pod którym toczyło się życie miasta i okolicznych terenów, nie przysłaniał go. Jak powiedział Hugh pracownik kolei z Indiany, sama stacja znajdowała się w miejscu znanym lokalnie jako Pickleville. Za stacją stał mały budynek magazynowy, a w pobliżu cztery lub pięć domów z widokiem na Turner's Pike. Fabryka ogórków, obecnie opuszczona i z wybitymi szybami, stała po drugiej stronie torów kolejowych od stacji, obok małego strumienia, który płynął pod mostem i przez gaj drzew do rzeki. W gorące letnie dni ze starej fabryki unosił się kwaśny, ostry zapach, a nocą jego obecność nadawała upiorny posmak temu małemu zakątkowi świata, w którym mieszkało może kilkanaście osób.
  Przez cały dzień i noc nad Pickleville wisiała napięta, uporczywa cisza, podczas gdy w Bidwell, milę dalej, zaczynało się nowe życie. Wieczorami i w deszczowe dni, gdy ludzie nie mogli pracować w polu, stary sędzia Hanby spacerował wzdłuż Turner's Pike, przez most dla wozów do Bidwell i siadał na krześle z tyłu apteki Birdie Spink. Mówił. Ludzie przychodzili słuchać i odchodzili. Nowa rozmowa przetoczyła się przez miasto. Nowa siła, która rodziła się w życiu Amerykanów i w życiu na całym świecie, żywiła się starym, umierającym indywidualizmem. Nowa siła poruszała i inspirowała ludzi. Zaspokajała powszechną potrzebę. Jej celem było zjednoczenie ludzi, zatarcie granic narodowych, przemierzanie mórz i latanie w przestworzach, zmiana oblicza świata, w którym żyli ludzie. Olbrzym, który miał zostać królem na miejsce dawnych królów, już wzywał swoje sługi i armie, by mu służyły. Stosował metody dawnych królów i obiecywał swoim zwolennikom łupy i zyski. Wszędzie, gdzie się udał, badając ziemię, wynosząc nową klasę ludzi na stanowiska przywódcze. Linie kolejowe były już budowane na równinach; odkrywano ogromne złoża węgla, z których trzeba było wydobywać żywność, by ogrzać krew w ciele olbrzyma; odkrywano złoża żelaza; ryk i oddech straszliwej nowości, na wpół odrażającej, na wpół pięknej w swoich możliwościach, która tak długo miała zagłuszać głosy i oszałamiać myśli ludzi, były słyszane nie tylko w miastach, ale nawet na samotnych farmach w domu, gdzie jego chętni słudzy, gazety i czasopisma zaczęły krążyć w coraz większej liczbie. W mieście Gibsonville, niedaleko Bidwell w stanie Ohio, oraz w Limie i Finley w stanie Ohio, odkrywano złoża ropy naftowej i gazu. W Cleveland w stanie Ohio, precyzyjny i zdecydowany człowiek o nazwisku Rockefeller kupował i sprzedawał ropę. Od samego początku dobrze służył nowej sprawie i wkrótce znalazł innych, którzy mogli służyć razem z nim. Morganowie, Frickowie, Gouldowie, Carnegie, Vanderbiltowie, słudzy nowego króla, książęta nowej wiary - wszyscy kupcy, nowy typ władcy - rzucili wyzwanie odwiecznemu prawu klasowemu, stawiającemu kupca poniżej rzemieślnika, i dodatkowo dezorientowali ludzi, udając twórców. Byli znanymi kupcami i handlowali gigantycznymi dobrami - w ludzkim życiu, w kopalniach, lasach, na polach naftowych i gazowych, fabrykach i kolejach.
  Wszędzie, w miasteczkach, gospodarstwach i rozwijających się miastach nowego kraju, ludzie się budzili i budzili. Myśl i poezja umarły lub zostały odziedziczone przez słabych, służalczych mężczyzn, którzy również stali się sługami nowego porządku. Poważni młodzi mężczyźni w Bidwell i innych amerykańskich miastach, których ojcowie spacerowali razem w księżycowe noce wzdłuż Turner"s Pike, by rozmawiać o Bogu, poszli do szkół technicznych. Ich ojcowie spacerowali i rozmawiali, a myśli w nich rosły. Ten impuls dotarł do ojców ich ojców na rozświetlonych księżycem drogach Anglii, Niemiec, Irlandii, Francji i Włoch, a dalej, do rozświetlonych księżycem wzgórz Judei, gdzie pasterze rozmawiali, a poważni młodzieńcy, Jan, Mateusz i Jezus, podchwytywali rozmowę i przekształcali ją w poezję; ale poważni synowie tych ludzi w nowym kraju byli oderwani od myślenia i marzeń. Zewsząd wołał do nich głos nowej ery, przeznaczonej do dokonania pewnych czynów. Z radością podjęli ten krzyk i pobiegli za nim. Miliony głosów podniosły się. Hałas stał się przerażający i zamącił umysły wszystkich ludzi. Torując drogę nowemu, szerszemu braterstwu, które pewnego dnia miało objąć całą ludzkość, rozszerzając niewidzialne dachy miast i miasteczek na cały świat, ludzie przebijali się przez ludzkie ciała.
  A podczas gdy głosy stawały się coraz głośniejsze i bardziej podniecone, a nowy olbrzym przechadzał się, wstępnie badając teren, Hugh spędzał dni na cichej, sennej stacji kolejowej w Pickleville, próbując oswoić się z faktem, że mieszkańcy nowego miejsca, do którego przybył, nie zaakceptują go jako rodaka. W ciągu dnia przesiadywał w maleńkim telegrafie albo, podjeżdżając pociągiem ekspresowym do otwartego okna obok swojego telegrafu, leżał na plecach z kartką papieru, podpierając kościste kolana i liczył. Rolnicy przejeżdżający przez Turner's Pike widzieli go tam i rozmawiali o nim w sklepach w mieście. "To dziwny, milczący człowiek" - mówili. "Co ty myślisz, że on knuje?"
  Hugh przechadzał się nocą ulicami Bidwell, tak jak przechadzał się ulicami miasteczek w Indianie i Illinois. Zbliżał się do grup mężczyzn kręcących się na rogach ulic, a następnie pospiesznie je mijał. Na cichych ulicach, mijając drzewa, widział kobiety siedzące w domach przy świetle lamp i zatęsknił za domem i własną kobietą. Pewnego popołudnia na dworzec przyszła nauczycielka, aby zapytać o cenę biletu do miasta w Zachodniej Wirginii. Ponieważ zawiadowcy stacji nie było w pobliżu, Hugh udzielił jej informacji, których szukała, a ona zatrzymała się na kilka minut, aby z nim porozmawiać. Odpowiadał na jej pytania monosylabami i wkrótce odeszła, ale on był w ekstazie i uważał to doświadczenie za przygodę. Tej nocy śniła mu się nauczycielka, a kiedy się obudził, wyobraził sobie, że jest z nim w jego sypialni. Wyciągnął rękę i dotknął poduszki. Była miękka i gładka, taka, jaką wyobrażał sobie kobiecy policzek. Nie znał imienia nauczycielki, ale wymyślił je dla niej. "Cicho bądź, Elizabeth. Nie pozwól, żebym zakłócił twój sen" - mruknął w ciemność. Pewnego wieczoru poszedł do domu nauczycielki i stał w cieniu drzewa, aż zobaczył, jak wychodzi i idzie w kierunku Main Street. Wtedy zrobił okrężną drogę i minął ją na chodniku przed oświetlonymi sklepami. Nie spojrzał na nią, ale kiedy przechodził, jej sukienka otarła się o jego ramię i był tak podekscytowany, że nie mógł zasnąć i spędził pół nocy, spacerując i rozmyślając o tym cudownym wydarzeniu, które go spotkało.
  Agent biletów, ekspresów i przewozów towarowych na linii kolejowej Wheeling and Lake Erie w Bidwell, mężczyzna o imieniu George Pike, mieszkał w domu w pobliżu stacji i oprócz obowiązków na kolei, posiadał i uprawiał małe gospodarstwo rolne. Był szczupłym, czujnym, milczącym mężczyzną z długim, opadającym wąsem. Zarówno on, jak i jego żona pracowali w sposób, w jaki Hugh nigdy wcześniej nie widział mężczyzny i kobiety pracujących razem. Ich podział pracy opierał się nie na polu, ale na wygodzie. Czasami pani Pike przychodziła na stację, aby sprzedawać bilety, ładować pudła i kufry ekspresowe do pociągów pasażerskich i dostarczać ciężkie skrzynie z ładunkiem kierowcom i rolnikom, podczas gdy jej mąż pracował w polu za domem lub gotował obiad. Czasami było odwrotnie i Hugh nie widywał pani Pike przez wiele dni.
  W ciągu dnia zawiadowca i jego żona mieli niewiele do roboty na stacji, więc zniknęli. George Pike układał przewody i koła pasowe łączące stację, a na dachu jego domu wisiał duży dzwon. Kiedy ktoś przyjeżdżał na stację, aby odebrać lub dostarczyć ładunek, Hugh pociągał za przewód, a dzwon zaczynał dzwonić. Kilka minut później George Pike lub jego żona wpadali z domu lub z pól, kończyli pracę i szybko odchodzili.
  Dzień po dniu Hugh przesiadywał na krześle przy biurku stacji lub wychodził na zewnątrz i przechadzał się po peronie. Przejeżdżały lokomotywy, ciągnąc długie składy wagonów z węglem. Hamulce machali, a pociąg zniknął w zagajniku drzew rosnących obok strumienia, którym biegły tory. Skrzypiący wóz farmera pojawił się na Turner's Pike, a potem zniknął w dół obsadzonej drzewami drogi do Bidwell. Farmer odwrócił się na swoim siedzeniu i spojrzał na Hugha, ale w przeciwieństwie do pracowników kolei, nie pomachał. Dzielni chłopcy wyłaniali się z drogi wyjazdowej z miasta i krzycząc i śmiejąc się, wspinali się na tory po krokwiach opuszczonej fabryki ogórków lub łowili ryby w strumieniu w cieniu murów fabrycznych. Ich piskliwe głosy potęgowały samotność tego miejsca. Hugh uważał to za niemal nie do zniesienia. Zrozpaczony, odwrócił się od raczej bezsensownych obliczeń i rozwiązywania problemów związanych z liczbą ogrodzeń, które można wyciąć z drewna, czy liczbą stalowych szyn czy podkładów potrzebnych do zbudowania mili linii kolejowej - niezliczonych drobnych problemów, które go zajmowały - i zwrócił się ku bardziej konkretnym, praktycznym zagadnieniom. Przypomniał sobie jesień, kiedy zbierał kukurydzę na farmie w Illinois i wchodząc na stację, machał długimi rękami, naśladując ruchy człowieka ścinającego kukurydzę. Zastanawiał się, czy dałoby się zbudować maszynę, która wykonałaby taką pracę, i próbował narysować części takiej maszyny. Czując się niezdolnym do opanowania tak złożonego zadania, sprowadził książki i zaczął studiować mechanikę. Zapisał się do szkoły korespondencyjnej założonej przez pewnego mężczyznę w Pensylwanii i spędził kilka dni pracując nad problemami, które ten człowiek mu zlecił. Zadawał pytania i powoli zaczął rozumieć tajemnicę zastosowania siły. Podobnie jak inni młodzi mężczyźni w Bidwell, zaczął wczuwać się w ducha czasów, ale w przeciwieństwie do nich, nie marzył o nagłym bogactwie. Podczas gdy on snuł nowe, daremne marzenia, on starał się wykorzenić swoją skłonność do marzeń.
  Hugh przybył do Bidwell wczesną wiosną, a w maju, czerwcu i lipcu cicha stacja w Pickleville budziła się na godzinę lub dwie każdego wieczoru. Pewien procent nagłego i niemal przytłaczającego wzrostu liczby ekspresowych przesyłek, który nastąpił wraz z dojrzewającymi zbiorami owoców i jagód, skoncentrował się w Wheeling, a każdego wieczoru kilkanaście wagonów ekspresowych, wyładowanych po brzegi skrzynkami z jagodami, czekało na pociąg jadący na południe. Gdy pociąg wjechał na stację, zebrał się niewielki tłumek. George Pike i jego pulchna żona pracowali gorączkowo, wrzucając skrzynki do drzwi wagonu ekspresowego. Stojący wokół próżniacy z ciekawością zaoferowali pomocną dłoń. Maszynista wysiadł z lokomotywy, wyciągnął nogi i, przechodząc przez wąską drogę, napił się z pompy na podwórku George'a Pike'a.
  Hugh podszedł do drzwi swojego biura telegraficznego i stojąc w cieniu, obserwował tętniącą życiem scenę. Chciał wziąć w tym udział, śmiać się i rozmawiać z mężczyznami stojącymi w pobliżu, podejść do maszynisty i zadać pytania o lokomotywę i jej konstrukcję, pomóc George'owi Pike'owi i jego żonie, a może nawet przerwać ich i swoje milczenie. Wystarczyło, żeby ich poznać. Myślał o tym wszystkim, ale pozostał w cieniu drzwi biura telegraficznego, aż na sygnał maszynisty, maszynista wsiadł do lokomotywy, a pociąg ruszył w wieczorną ciemność. Kiedy Hugh wyszedł ze swojego biura, peron znów był pusty. Świerszcze cykały w trawie za torami, w pobliżu upiornej starej fabryki. Tom Wilder, wynajęty maszynista z Bidwell, wyciągnął z pociągu podróżnego, a kurz pozostawiony przez jego załogę wciąż unosił się w powietrzu nad Turner's Pike. Z ciemności, która majaczyła nad drzewami wzdłuż strumienia za fabryką, dobiegało ochrypłe rechotanie żab. Na Turner's Pike, pół tuzina młodych mężczyzn z Bidwell, w towarzystwie takiej samej liczby dziewczyn z miasta, szło ścieżką wzdłuż drogi pod drzewami. Przyszli na stację, żeby gdzieś pójść, tworząc grupę, ale teraz na wpół świadomy cel ich wizyty stał się oczywisty. Grupa podzieliła się na pary, z których każda starała się oddalić od siebie jak najdalej. Jedna para wróciła ścieżką na stację i podeszła do dystrybutora na podwórku George'a Pike'a. Stali przy dystrybutorze, śmiejąc się i udając, że piją z blaszanego kubka, a kiedy wyszli ponownie na drogę, reszta zniknęła. Zamilkli. Hugh podszedł do końca peronu i obserwował, jak powoli idą. Poczuł wściekłą zazdrość o młodego mężczyznę, który objął towarzyszkę w talii, a potem, gdy odwrócił się i zobaczył, że Hugh na niego patrzy, odciągnął ją ponownie.
  Telegrafista szedł szybko wzdłuż peronu, aż zniknął z pola widzenia młodego mężczyzny. Kiedy uznał, że zapadający zmrok go okryje, wrócił i poczołgał się za nim ścieżką wzdłuż drogi. Missourian ponownie ogarnęło pragnienie wkroczenia w życie otaczających go ludzi. Bycie młodym mężczyzną w sztywnym białym kołnierzyku, schludnie skrojonym ubraniu i wieczorne spacery z młodymi dziewczynami wydawały się początkiem drogi do szczęścia. Chciał biec z krzykiem ścieżką wzdłuż drogi, aż dogoni chłopca i dziewczynę, błagając ich, by zabrali go ze sobą, by przyjęli go jak jednego z nich. Ale kiedy chwilowy impuls minął i wrócił do telegrafu i zapalił lampę, spojrzał na swoje długie, niezgrabne ciało i nie mógł sobie wyobrazić, że jak zawsze, przypadkiem stał się tym, kim chciał być. Ogarnął go smutek, a jego wychudzona twarz, już pocięta i pokryta głębokimi zmarszczkami, wydłużyła się i wyszczupliła. Stare dziecięce przekonanie, wszczepione mu przez słowa jego przybranej matki, Sary Shepard, że miasto i jego mieszkańcy mogą go zmienić i wymazać z jego ciała ślady tego, co uważał za swoje niższe pochodzenie, zaczęło blaknąć. Starał się zapomnieć o otaczających go ludziach i z nową energią oddał się studiowaniu zagadnień z książek, które teraz leżały w stosie na jego biurku. Jego skłonność do fantazjowania, złagodzona przez nieustanne koncentrowanie umysłu na konkretnych tematach, zaczęła się objawiać w nowej formie, a jego mózg nie bawił się już obrazami chmur i ludzi w podnieconym ruchu, lecz opanował stal, drewno i żelazo. Głupie masy materiałów wykopanych z ziemi i lasów były formowane przez jego umysł w fantastyczne kształty. Siedząc w dzień w urzędzie telegraficznym lub spacerując samotnie ulicami Bidwell nocą, widział w myślach tysiące nowych maszyn, stworzonych przez jego ręce i umysł, wykonujących pracę rąk ludzkich. Przybył do Bidwell nie tylko z nadzieją, że w końcu znajdzie tam towarzystwo, ale także dlatego, że jego umysł był naprawdę pobudzony i tęsknił za wolnym czasem, by móc zająć się czymś konkretnym. Kiedy mieszkańcy Bidwell odmówili mu włączenia się do miejskiego życia, pozostawiając go na uboczu, a maleńkie, męskie kwatery, zwane Pickleville, w których mieszkał, stały z dala od niewidzialnego dachu miasta, postanowił spróbować zapomnieć o mężczyznach i całkowicie poświęcić się pracy.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ V
  
  X UGH _ _ PIERWSZY WYNALAZCA Ta próba głęboko poruszyła miasteczko Bidwell. Gdy wieść o niej się rozeszła, ludzie, którzy słyszeli przemówienie sędziego Horace'a Hanby'ego i których myśli zwróciły się ku nadejściu nowego impulsu do postępu w amerykańskim życiu, myśleli, że widzą w Hugh narzędzie jego przybycia do Bidwell. Od dnia, w którym zamieszkał z nimi, w sklepach i domach panowała wielka ciekawość na temat wysokiego, szczupłego, wolno mówiącego nieznajomego w Pickleville. George Pike opowiedział aptekarzowi, Birdie Spinks, jak Hugh spędzał dni pracując nad książkami i jak robił rysunki części do tajemniczych maszyn i zostawiał je na swoim biurku w urzędzie telegraficznym. Birdie Spinks opowiedziała innym, a historia rozrosła się. Kiedy Hugh szedł samotnie ulicą wieczorem i myślał, że nikt nie zwraca uwagi na jego obecność, setki par ciekawskich oczu podążały za nim.
  Zaczęła się kształtować tradycja dotycząca telegrafisty. Tradycja ta uczyniła z Hugha postać wyniosłą, zawsze górującą nad innymi. W wyobraźni współobywateli z Ohio nieustannie snuł on doniosłe myśli, rozwiązując tajemnicze i zawiłe problemy związane z nową erą mechaniczną, którą sędzia Hanby opisywał gorliwym słuchaczom w aptece. Czujni, rozmowni ludzie widzieli w nim człowieka, który nie mógł mówić, którego długa twarz była z natury poważna, i nie mogli sobie wyobrazić go jako kogoś, kto musi codziennie zmagać się z tymi samymi drobnymi problemami, co oni sami.
  Młody Bidwell, który przybył na stację Wheeling z grupą innych młodych mężczyzn, widział wieczorny pociąg odjeżdżający na południe, spotkał na stacji jedną z dziewczyn z miasta i, aby ratować siebie i innych oraz być z nią sam na sam, zabrał ją do dystrybutora na podwórku George'a Pike'a pod pretekstem chęci napicia się i odszedł z nią w mrok letniego wieczoru, jego myśli skupiły się na Hughu. Młody mężczyzna nazywał się Ed Hall i był uczniem Bena Peelera, stolarza, który wysłał syna do Cleveland do szkoły technicznej. Chciał poślubić dziewczynę, którą poznał na stacji, i nie widział, jak mógłby to zrobić za pensję swojego czeladnika stolarza. Kiedy obejrzał się i zobaczył Hugh stojącego na peronie, szybko zdjął rękę z dziewczyny w talii i zaczął mówić. "Powiem ci" - powiedział poważnie - "jeśli sytuacja się tu wkrótce nie poprawi, to wyjadę". Pojadę do Gibsonburga i znajdę pracę na polu naftowym, to zrobię. Potrzebuję więcej pieniędzy". Westchnął ciężko i spojrzał ponad głową dziewczyny w ciemność. "Mówią, że ten telegrafista na stacji coś kombinuje" - odważył się rzucić. "To tylko plotki. Birdie Spinks mówi, że jest wynalazcą; mówi, że George Pike mu powiedział; mówi, że ciągle pracuje nad nowymi wynalazkami, żeby robić rzeczy z maszynami; że jego bycie telegrafistą to tylko blef. Niektórzy myślą, że może został tu wysłany, żeby rozwiązać kwestię otwarcia fabryki, żeby produkować jeden ze swoich wynalazków, wysłany przez bogaczy, może do Cleveland albo gdzieś indziej. Wszyscy mówią, że wkrótce w Bidwell powstaną fabryki. Gdybym tylko wiedział. Nie chcę wyjeżdżać, chyba że będę musiał, ale potrzebuję więcej pieniędzy. Ben Peeler nigdy nie da mi podwyżki, żebym mógł się ożenić albo nic. Chciałbym znać tego faceta z tyłu, żebym mógł go zapytać, co się dzieje. Mówią, że jest mądry. Chyba nic by mi nie powiedział. Chciałbym być na tyle mądry, żeby coś wynaleźć i może się wzbogacić. Chciałbym być takim facetem, za jakiego go uważają.
  Ed Hall ponownie objął dziewczynę w talii i wyszedł. Zapomniał o Hughu i pomyślał o sobie i o tym, jak bardzo pragnął poślubić dziewczynę, której młode ciało przylegało do jego - pragnął, by była całkowicie jego. Na kilka godzin wyrwał się z rosnącej strefy wpływu Hugha na zbiorowe myśli miasta i oddał się chwilowej przyjemności pocałunku.
  A kiedy wyzwolił się spod wpływu Hugha, pojawili się inni. Tego wieczoru na Main Street wszyscy spekulowali na temat celu przyjazdu człowieka z Missouri do Bidwell. Czterdzieści dolarów miesięcznie, jakie płaciła mu kolej Wheeling Railroad, nie mogło skusić takiego człowieka. Byli tego pewni. Steve Hunter, syn jubilera, wrócił do miasta po ukończeniu szkoły biznesu w Buffalo w stanie Nowy Jork, podsłuchał rozmowę i zainteresował się. Steve miał zadatki na prawdziwego biznesmena i postanowił to zbadać. Steve nie był jednak zwolennikiem działań bezpośrednich i był pod wrażeniem pomysłu, który wówczas przebywał w Bidwell, że Hugh został wysłany do miasta przez kogoś, być może grupę kapitalistów, którzy zamierzali tam otworzyć fabryki.
  Steve myślał, że będzie miał łatwo. W Buffalo, gdzie studiował w szkole biznesu, poznał dziewczynę, której ojciec, E. P. Horn, był właścicielem fabryki mydła; poznał ją w kościele i został przedstawiony jej ojcu. Mydlarz, asertywny i pozytywny mężczyzna, który produkował produkt o nazwie "Horn's Home Friend Soap", miał własne wyobrażenie o tym, jaki powinien być młody mężczyzna i jak powinien odnaleźć się w świecie, i lubił rozmawiać ze Stevem. Opowiedział Bidwellowi, synowi jubilera, jak założył własną fabrykę z niewielkimi pieniędzmi i odniósł sukces, i udzielił Steve'owi wielu praktycznych rad dotyczących zakładania firmy. Dużo mówił o czymś takim jak "kontrola". "Kiedy będziesz gotowy, by działać na własną rękę, pamiętaj o tym" - powiedział. "Możesz sprzedać akcje i pożyczyć pieniądze z banku, cokolwiek, co dostaniesz, ale nie oddawaj kontroli. Chwila. Właśnie tak odniosłem sukces. Zawsze miałem kontrolę".
  Steve chciał poślubić Ernestine Horne, ale czuł, że powinien udowodnić swoją wartość jako biznesmen, zanim spróbuje zinfiltrować tak bogatą i wpływową rodzinę. Kiedy wrócił do rodzinnego miasta i usłyszał o Hugh McVeigh i jego geniuszu wynalazczym, przypomniał sobie słowa mydlarza o kontroli i powtórzył je sobie w myślach. Pewnego wieczoru spacerował Turner's Pike i zatrzymał się w ciemności przed starą fabryką ogórków. Zobaczył Hugh pracującego pod lampą w urzędzie telegraficznym i był pod wrażeniem. "Przyczaję się i zobaczę, co wyprawia" - powiedział sobie. "Jeśli ma wynalazek, założę firmę. Zdobędę pieniądze i otworzę fabrykę. Ludzie tutaj będą się przepychać, żeby znaleźć się w takiej sytuacji. Nie wierzę, że ktoś go tu przysłał. Założę się, że to tylko wynalazca. Tacy ludzie zawsze są dziwni. Będę trzymał język za zębami i zaryzykuję. "Jeśli coś się zacznie, to zacznę i przejmę kontrolę, to właśnie zrobię, przejmę kontrolę".
  
  
  
  Na terenach wiejskich rozciągających się na północ, poza małymi plantacjami jagód położonymi tuż wokół miasta, znajdowały się inne, większe gospodarstwa. Ziemia, na której znajdowały się te większe gospodarstwa, była również żyzna i dawała obfite plony. Duże areały obsadzano kapustą, na którą budowano targi w Cleveland, Pittsburghu i Cincinnati. Mieszkańcy pobliskich miasteczek często szydzili z Bidwell, nazywając je Cabbageville (miastem kapusty). Jedna z największych plantacji kapusty, należąca do Ezry Frencha, znajdowała się przy Turner's Pike, dwie mile od miasta i milę od Wheeling Station.
  Wiosennymi wieczorami, gdy na stacji panował mrok i cisza, a powietrze było ciężkie od zapachu świeżej roślinności i świeżo zaoranej ziemi, Hugh wstawał z krzesła w biurze telegraficznym i szedł w miękkim mroku. Szedł ulicą Turner Pike do miasta, widział grupki mężczyzn stojących na chodnikach przed sklepami i młode dziewczyny idące pod rękę ulicą, po czym wracał na milczącą stację. Ciepło pożądania zaczęło wkradać się w jego długie, zwykle chłodne ciało. Rozpoczęły się wiosenne deszcze i od wzgórz na południu wiał łagodny wiatr. Pewnego księżycowego wieczoru okrążył starą fabrykę ogórków, gdzie strumyk szemrał pod pochylonymi wierzbami, i stojąc w gęstym cieniu pod murem fabryki, próbował wyobrazić sobie siebie jako człowieka nagle stąpającego pewnie, pełnego gracji i zwinności. Niedaleko fabryki, nad strumieniem, rósł krzak. Chwycił go potężnymi dłońmi i wyrwał z korzeniami. Przez chwilę siła jego barków i ramion przyniosła mu intensywną, męską satysfakcję. Pomyślał o tym, jak mocno mógłby przycisnąć do siebie ciało kobiety, a iskra wiosennego ognia, która go dotknęła, zamieniła się w płomień. Poczuł się odrodzony i spróbował lekko i z gracją przeskoczyć przez strumień, ale potknął się i wpadł do wody. Później, trzeźwy, wrócił na stację i ponownie spróbował zagłębić się w problemy, które odkrył w swoich książkach.
  Gospodarstwo Ezry Frencha znajdowało się w pobliżu Turner's Pike, milę na północ od Wheeling Station i obejmowało dwieście akrów, z których większość obsadzono kapustą. Uprawa tej rośliny była opłacalna i nie wymagała więcej troski niż kukurydza, ale jej sadzenie było zniechęcającym zadaniem. Tysiące roślin, wyhodowanych z nasion posadzonych na grządce za stodołą, należało mozolnie przesadzać. Rośliny były delikatne i należało się nimi obchodzić ostrożnie. Sadzarka czołgała się powoli i z trudem, wyglądając z drogi jak ranne zwierzę walczące o dotarcie do nory w odległym lesie. Czołgała się kawałek do przodu, po czym zatrzymała się i zgarbiła. Podnosząc roślinę upuszczoną na ziemię przez jeden z kroplowników, wykopała dołek w miękkiej ziemi małą trójkątną motyką i ubiła ziemię wokół korzeni rośliny rękami. Potem znowu ruszyła dalej.
  Ezra, plantator kapusty, przybył na zachód ze stanu Nowa Anglia i wzbogacił się, ale nie zatrudniał dodatkowych pracowników do pielęgnacji roślin; całą pracę wykonywali jego synowie i córki. Był niskim, brodatym mężczyzną, który w młodości złamał nogę, spadając ze strychu stodoły. Nie mogąc się odpowiednio podeprzeć, niewiele mógł zrobić i boleśnie kulał. Mieszkańcy Bidwell znali go jako dowcipnego człowieka, a zimą codziennie chodził do miasta, by stać w sklepach i opowiadać rabelaisowskie historie, z których słynął. Ale wiosną stawał się niespokojnie aktywny i stał się tyranem we własnym domu i na farmie. Podczas sadzenia kapusty poganiał swoich synów i córki jak niewolników. Wieczorem, gdy wschodził księżyc, zmuszał ich do powrotu na pola zaraz po obiedzie i pracy do północy. Szli w ponurym milczeniu: dziewczęta kuśtykały powoli, wyrzucając rośliny z koszy, które niosły, a chłopcy czołgali się za nimi, sadząc. W słabym świetle niewielka grupka ludzi powoli maszerowała wzdłuż długich pól. Ezra zaprzęgał konia do wozu i znosił rośliny z grządki za stodołą. Chodził tam i z powrotem, przeklinając i protestując za każde opóźnienie w pracy. Kiedy jego żona, zmęczona staruszka, kończyła wieczorne obowiązki, zmusił ją, by również poszła w pole. "No, no" - powiedział ostro - "potrzebujemy każdej pary rąk, jaką możemy dostać". Chociaż miał kilka tysięcy dolarów w Bidwell Bank i zaciągnął kredyty hipoteczne na dwa lub trzy sąsiednie gospodarstwa, Ezra bał się ubóstwa i, aby zapewnić rodzinie utrzymanie, udawał, że zaraz wszystko straci. "Teraz mamy szansę się uratować" - oznajmił. "Musimy mieć obfite plony". Jeśli teraz nie zaczniemy ciężko pracować, umrzemy z głodu". Kiedy jego synowie na polu stwierdzili, że nie mogą już czołgać się bez odpoczynku i wstali, żeby rozprostować zmęczone ciała, stanął przy płocie na skraju pola i zaklął. "No, patrzcie, ile gęb muszę wyżywić, leniuchy!" - krzyknął. "Pracujcie dalej. Nie próżnujcie. Za dwa tygodnie będzie za późno na sadzenie, wtedy będziemy mogli odpocząć. Każda roślina, którą teraz zasadzimy, pomoże nam ocalić się przed ruiną. Pracujcie dalej. Nie próżnujcie".
  Wiosną drugiego roku w Bidwell, Hugh często chodził wieczorami obserwować plantatorów pracujących w blasku księżyca na francuskiej farmie. Nie dawał znaku życia, lecz chował się w kącie płotu za krzakami i obserwował robotników. Kiedy zobaczył zgarbione, zdeformowane postacie powoli czołgające się naprzód i usłyszał słowa starca poganiającego je jak bydło, jego serce było głęboko poruszone i chciał zaprotestować. W słabym świetle pojawiły się powoli poruszające się postacie kobiet, a za nimi skuleni, czołgający się mężczyźni. Szli ku niemu długim szeregiem, wijąc się w polu widzenia, niczym groteskowo zdeformowane zwierzęta pędzone przez jakiegoś boga nocy do wykonania straszliwego zadania. Jego ręka się uniosła. Ponownie szybko upadł. Trójkątna motyka zagłębiła się w ziemię. Powolny rytm gąsienicy został przerwany. Sięgnął wolną ręką w stronę rośliny leżącej przed nim na ziemi i opuścił ją do dołu, który zrobił motyką. Uklepał palcami ziemię wokół korzeni rośliny i zaczął powoli czołgać się do przodu. Było tam czterech francuskich chłopców, z których dwaj starsi pracowali w milczeniu. Młodsi narzekali. Trzy dziewczynki i ich matka, które wykopywały rośliny, dotarły do końca rzędu i, odwróciwszy się, zniknęły w ciemności. "Wyrwę się z tej niewoli" - powiedział jeden z młodszych chłopców. "Znajdę pracę w mieście. Mam nadzieję, że to prawda, co mówią o nadchodzących fabrykach".
  Czterej młodzi mężczyźni podeszli do końca rzędu i, znikając z pola widzenia Ezry, zatrzymali się na chwilę przy płocie, niedaleko miejsca, gdzie ukrywał się Hugh. "Wolę być koniem albo krową, niż tym, kim jestem" - kontynuował żałosny głos. "Co mi po życiu, skoro trzeba tak pracować?"
  Przez chwilę, wsłuchując się w głosy narzekających robotników, Hugh zapragnął podejść do nich i prosić o możliwość udziału w ich pracy. Potem przyszła mu do głowy inna myśl. Pełzające postacie nagle pojawiły się w jego polu widzenia. Nie słyszał już głosu najmłodszego francuskiego chłopca, który zdawał się wyłonić z ziemi. Maszynowe kołysanie się ciał robotników niejasno zasugerowało mu możliwość zbudowania maszyny, która wykonałaby ich pracę. Jego umysł chciwie chwycił się tej idei i poczuł ulgę. Było coś w pełzających postaciach i świetle księżyca, z którego dobiegały głosy, co zaczęło budzić w jego umyśle ten drżący, senny stan, w którym spędził większość dzieciństwa. Myślenie o możliwości stworzenia maszyny do sadzenia roślin było bezpieczniejsze. Było to zgodne z tym, co Sara Shepard tak często mówiła mu o bezpiecznym życiu. Wracając przez ciemność na stację kolejową, rozmyślał o tym i doszedł do wniosku, że zostanie wynalazcą będzie najpewniejszą drogą, by w końcu wkroczyć na ścieżkę postępu, której pragnął.
  Hugh był pochłonięty ideą wynalezienia maszyny, która mogłaby wykonywać pracę, którą widział ludzi wykonywaną na polach. Myślał o tym całymi dniami. Pomysł, raz mocno zakorzeniony w jego umyśle, dał mu coś namacalnego do pracy. Jego studia mechaniki, podejmowane czysto amatorsko, nie były na tyle zaawansowane, by poczuć się zdolnym do faktycznego zbudowania takiej maszyny, ale wierzył, że trudności można pokonać cierpliwością i eksperymentowaniem z kombinacjami kół, przekładni i dźwigni wyrzeźbionych z kawałków drewna. Kupił tani zegarek w sklepie jubilerskim Huntera i spędził kilka dni na jego rozbieraniu i ponownym składaniu. Porzucił rozwiązywanie zadań matematycznych i poszedł kupić książki opisujące budowę maszyn. Powódź nowych wynalazków, które miały całkowicie zmienić metody uprawy roli w Ameryce, zaczęła już rozprzestrzeniać się po całym kraju, a wiele nowych i nietypowych typów narzędzi rolniczych dotarło do magazynu Bidwell należącego do Wheeling Railroad. Tam Hugh zobaczył kombajn zbożowy, kosiarkę do siana i dziwne, długie narzędzie przeznaczone do wyrywania ziemniaków, bardzo podobne do metody stosowanej przez energiczne świnie. Przyjrzał im się uważnie. Na chwilę jego umysł odwrócił się od pragnienia kontaktu z ludźmi, zadowalając się pozostaniem odizolowaną postacią, pochłoniętą pracą własnego, budzącego się umysłu.
  Stało się coś absurdalnego i zabawnego. Po tym, jak wpadł na pomysł wynalezienia maszyny do sadzenia roślin, co wieczór chował się w kącie ogrodzenia i obserwował pracę francuskiej rodziny. Pochłonięty obserwacją mechanicznych ruchów ludzi czołgających się po polach w świetle księżyca, zapomniał, że są ludźmi. Kiedy zobaczył, jak znikają mu z oczu, zawracają na końcu grządek, a potem znów oddalają się w mgliste światło, przypominając mu mroczne dal jego ojczystej ziemi nad Missisipi, ogarnęło go pragnienie, by wczołgać się za nimi i spróbować naśladować ich ruchy. Pomyślał, że niektóre ze złożonych problemów mechanicznych, z którymi już się zetknął w związku z proponowaną maszyną, można by lepiej zrozumieć, gdyby udało mu się nabyć niezbędne ruchy, by wdrożyć je we własnym ciele. Jego usta zaczęły mamrotać słowa i, wyłaniając się z rogu ogrodzenia, gdzie się ukrywał, ruszył przez pole za francuskimi chłopcami. "Ciąg w dół będzie wyglądał tak" - mruknął, unosząc rękę i machając nią nad głową. Jego pięść wylądowała na miękkiej ziemi. Zapomniał o rzędach świeżo wykiełkowanych roślin i przeczołgał się po nich, wciskając je w miękką ziemię. Przestał się czołgać i pomachał ręką. Próbował połączyć dłonie z mechanicznymi ramionami maszyny, która powstawała w jego umyśle. Trzymając jedną rękę mocno przed sobą, poruszał nią w górę i w dół. "Skok będzie krótszy. Maszyna musi być zbudowana blisko ziemi. Koła i konie będą poruszać się po ścieżkach między rzędami. Koła muszą być szerokie, aby zapewnić przyczepność. Przeniosę moc z kół, aby uzyskać moc do uruchomienia mechanizmu" - powiedział na głos.
  Hugh wstał i stanął w świetle księżyca na polu kapusty, wciąż wyginając ramiona w górę i w dół. Olbrzymia długość jego sylwetki i ramion podkreślała migoczące, niepewne światło. Robotnicy, wyczuwając nieznaną obecność, zerwali się na równe nogi i zatrzymali, nasłuchując i obserwując. Hugh ruszył ku nim, wciąż mamrocząc słowa i wymachując rękami. Robotników ogarnęła trwoga. Jedna z kobiet z kroplówką w żyłach krzyknęła i uciekła przez pole, a pozostali pobiegli za nią z płaczem. "Nie rób tego. Odejdź!" - krzyknął najstarszy z francuskich chłopców, a potem on i jego bracia pobiegli również.
  Słysząc głosy, Hugh zatrzymał się i rozejrzał. Pole było puste. Zanurzył się z powrotem w swoich mechanicznych obliczeniach. Wrócił drogą do Wheeling Station i urzędu telegraficznego, gdzie spędził pół nocy pracując nad prymitywnym rysunkiem, który próbował wykonać z części swojego urządzenia do sadzenia roślin, nieświadomy faktu, że tworzy mit, który rozprzestrzeni się po całej wsi. Francuscy chłopcy i ich siostry śmiało oświadczyli, że duch przybył na pola kapusty i zagroził im śmiercią, jeśli nie odejdą i nie przestaną pracować w nocy. Ich matka, drżącym głosem, potwierdziła ich twierdzenie. Ezra French, który nie widział ducha i nie wierzył w jego historię, wyczuł rewolucję. Zaklął. Zagroził całej rodzinie głodem. Oświadczył, że kłamstwo zostało wymyślone, aby go oszukać i zdradzić.
  Ale nocna praca na polach kapusty na francuskiej farmie dobiegła końca. Ta historia została opowiedziana w miasteczku Bidwell i, jak przysięgła cała francuska rodzina, z wyjątkiem Ezry, na jej prawdziwość, uwierzono w nią. Tom Foresby, starszy obywatel, który był spirytualistą, twierdził, że słyszał, jak jego ojciec mówił, że na Turner Pike kiedyś znajdował się cmentarz Indian.
  Pole kapusty na francuskiej farmie zyskało lokalną sławę. Rok później dwóch innych mężczyzn twierdziło, że widzieli postać gigantycznego Indianina tańczącego i śpiewającego pieśń żałobną w świetle księżyca. Chłopcy z farmy, którzy spędzili wieczór w mieście i wracali późno do samotnych domów, pozwolili koniom biec, gdy dotarli na farmę. Gdy był już daleko w tyle, odetchnęli z ulgą. Pomimo ciągłych przekleństw i gróźb, Ezra nigdy więcej nie mógł zabrać rodziny na pola nocą. W Bidwell twierdził, że historia o duchach, wymyślona przez jego leniwych synów i córki, pozbawiła go możliwości godnego zarobku na farmie.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VI
  
  Steve H UNTER postanowił, że nadszedł czas, by coś zrobić, by obudzić swoje rodzinne miasto. Zew wiosennego wiatru obudził coś w nim, tak jak w Hugh. Nadchodził z południa, przynosząc deszcz, a po nim ciepłe, pogodne dni. Rudziki galopowały po trawnikach przed domami na osiedlowych ulicach Bidwell, a powietrze znów wypełnił bogaty, słodki zapach świeżo zaoranej ziemi. Podobnie jak Hugh, Steve przechadzał się samotnie po ciemnych, słabo oświetlonych ulicach domu w wiosenne wieczory, ale nie próbował niezdarnie przeskakiwać strumieni w ciemności ani wyrywać krzaków z ziemi, ani nie marnował czasu na marzenia o tym, by stać się fizycznie młodym, czystym i przystojnym.
  Zanim Steve osiągnął wielkie sukcesy w przemyśle, nie cieszył się w rodzinnym mieście wysokim poważaniem. Był głośnym i chełpliwym młodzieńcem, rozpieszczanym przez ojca. Gdy miał dwanaście lat, po raz pierwszy pojawiły się tzw. rowery bezpieczeństwa i przez długi czas był jedynym w mieście. Wieczorami jeździł w tę i z powrotem po Main Street, płosząc konie i wzbudzając zazdrość chłopaków z miasteczka. Nauczył się jeździć bez trzymania kierownicy, a inni chłopcy zaczęli go nazywać "Mądrala". Później, ponieważ nosił sztywny biały kołnierzyk, który zaginał się na ramionach, nadano mu żeńskie imię. "Cześć, Susan" - krzyczeli - "nie przewróć się i nie pobrudź sobie ubrania".
  Wiosną, która zapoczątkowała jego wielką przemysłową przygodę, delikatny wiosenny wietrzyk sprawił, że Steve zaczął marzyć o własnych marzeniach. Spacerując ulicami, unikając innych młodych mężczyzn i kobiet, wspominał Ernestynę, córkę mydlarza z Buffalo, i długo i intensywnie rozmyślał o wspaniałości wielkiego kamiennego domu, w którym mieszkała z ojcem. Jego ciało bolało z jej powodu, ale czuł, że da sobie radę. Jak osiągnąć pozycję finansową, która pozwoliłaby mu poprosić o jej rękę, było trudniejszym problemem. Od powrotu z uczelni biznesowej i osiedlenia się w rodzinnym mieście, potajemnie, za cenę dwóch nowych sukienek za pięć dolarów, zawarł związek małżeński z dziewczyną o imieniu Louise Trucker, której ojciec był robotnikiem rolnym. Pozwolił umysłowi na inne rzeczy. Zamierzał zostać fabrykantem, pierwszym w Bidwell, aby stać się liderem nowego ruchu ogarniającego kraj. Przemyślał, co chce robić, i teraz musiał tylko znaleźć coś do produkcji, aby zrealizować swoje plany. Przede wszystkim starannie wybrał kilka osób, które zamierzał zaprosić, by mu towarzyszyły. Byli wśród nich John Clarke, bankier, jego ojciec, E. H. Hunter, miejski jubiler, Thomas Butterworth, bogaty rolnik, i młody Gordon Hart, który pracował jako pomocnik kasjera w banku. Od miesiąca dawał tym ludziom do zrozumienia, że wydarzy się coś tajemniczego i ważnego. Z wyjątkiem ojca, który bezgranicznie wierzył w inteligencję i zdolności syna, osoby, na których chciał zrobić wrażenie, były jedynie rozbawione. Pewnego dnia Thomas Butterworth wszedł do banku i omówił tę sprawę z Johnem Clarke"em. "Ten młody skąpiec zawsze był bystrym facetem i pyszałkiem" - powiedział. "Co on teraz robi? O czym tak szepcze i szturcha?"
  Spacerując główną ulicą Bidwell, Steve zaczął nabierać aury wyższości, która później sprawiła, że stał się obiektem szacunku i lęku. Pospiesznie ruszył naprzód z niezwykle intensywnym i zaabsorbowanym spojrzeniem. Widział swoich współmieszkańców jak przez mgłę, a czasami w ogóle ich nie widział. Po drodze wyciągał z kieszeni papiery, szybko je czytał, a potem szybko chował. Kiedy w końcu się odezwał - być może do kogoś, kto znał go od dzieciństwa - w jego zachowaniu było coś uprzejmego, graniczącego z protekcjonalnością. Pewnego marcowego poranka, na chodniku przed pocztą, spotkał Zebe'a Wilsona, miejskiego szewca. Steve zatrzymał się i uśmiechnął. "Dzień dobry, panie Wilson" - powiedział. "A jaka jest jakość skóry, którą teraz sprowadzacie z garbarni?"
  Wieść o tym dziwnym powitaniu rozeszła się wśród kupców i rzemieślników. "Co on teraz robi?" - pytali się nawzajem. "Panie Wilson, doprawdy! Co więc jest nie tak między tym młodym człowiekiem a Zebe Wilsonem?"
  Tego popołudnia czterech sprzedawców ze sklepów przy Main Street i uczeń stolarza Ed Hall, który miał połowę dnia wolnego z powodu deszczu, postanowili zbadać sprawę. Po kolei przeszli Hamilton Street do sklepu Zebe Wilsona i weszli do środka, aby powtórzyć powitanie Steve'a Huntera. "Dzień dobry, panie Wilson" - powiedzieli - "a jaka jest jakość skóry, którą ostatnio sprowadzacie z garbarni?". Ed Hall, ostatni z pięciu, który wszedł do sklepu, aby powtórzyć formalne i uprzejme pytanie, ledwo uszedł z życiem. Zebe Wilson rzucił w niego młotem szewskim, który przebił szybę w górnej części drzwi sklepu.
  Pewnego dnia, gdy Tom Butterworth i bankier John Clark rozmawiali o nowym, ważnym wyglądzie, który przybrał, i z oburzeniem zastanawiali się, co miał na myśli, szepcząc, że zaraz wydarzy się coś doniosłego, Steve szedł ulicą Main Street, mijając frontowe drzwi banku. John Clark zawołał go. Trzej mężczyźni wpadli na siebie, a syn jubilera wyczuł, że bankier i bogaty farmer są rozbawieni jego pretensjami. Natychmiast pokazał się jako ktoś, kogo później wszyscy w Bidwell rozpoznali: człowiek biegły w zarządzaniu ludźmi i sprawami. Nie mając wówczas żadnych dowodów na poparcie swoich twierdzeń, postanowił blefować. Machnięciem ręki i miną znającego się na rzeczy, poprowadził obu mężczyzn na zaplecze banku i zamknął drzwi prowadzące do dużego pomieszczenia, gdzie wpuszczano zwiedzających. "Można by pomyśleć, że to on jest właścicielem tego miejsca" - powiedział później John Clarke młodemu Gordonowi Hartowi z nutą podziwu w głosie, opisując, co się wydarzyło w zapleczu.
  Steve natychmiast pochłonęło go to, co chciał powiedzieć dwóm zamożnym mieszkańcom swojego miasta. "No, słuchajcie, wy dwaj" - zaczął poważnie. "Powiem wam coś, ale musicie być cicho". Podszedł do okna z widokiem na alejkę i rozejrzał się dookoła, jakby obawiając się, że ktoś go podsłucha, po czym usiadł na krześle, które John Clark zazwyczaj zajmował w tych rzadkich okazjach, gdy dyrektorzy Banku Bidwella odbywali zebrania. Steve spojrzał ponad głowami dwóch mężczyzn, którzy wbrew sobie zaczynali wyglądać na pod wrażeniem. "No cóż" - zaczął - "jest pewien facet w Pickleville. Mogliście słyszeć, jak ludzie o nim rozmawiają. Jest tam telegrafistą. Mogliście słyszeć, jak ciągle rysuje części do maszyn. Chyba wszyscy w mieście zastanawiają się, co on wyprawia".
  Steve spojrzał na dwóch mężczyzn, po czym nerwowo wstał z krzesła i zaczął chodzić po pokoju. "Ten facet to mój człowiek. To ja go tam umieściłem" - oznajmił. "Nie chciałem jeszcze nikomu mówić".
  Obaj mężczyźni skinęli głowami, a Steve zatracił się w idei, która pojawiła się w jego wyobraźni. Nie przyszło mu do głowy, że to, co właśnie powiedział, nie jest prawdą. Zaczął ich strofować. "Cóż, chyba jestem na złej drodze" - powiedział. "Mój człowiek stworzył wynalazek, który przyniesie miliony dolarów zysku każdemu, kto go zrozumie. Rozmawiam już z wielkimi bankierami w Cleveland i Buffalo. Wkrótce powstanie duża fabryka i sami zobaczcie, jak to jest - jestem tu u siebie. Wychowałem się tu jako chłopiec".
  Podekscytowany młodzieniec rozpoczął wykład o duchu nowych czasów. Nabierał śmiałości i beształ starszych mężczyzn. "Sami wiecie, że fabryki wyrastają wszędzie, w miastach w całym stanie" - powiedział. "Czy Bidwell się obudzi? Czy będziemy tu mieli fabryki? Doskonale wiecie, że nie, i wiem dlaczego. To dlatego, że człowiek taki jak ja, który tu dorastał, musi jechać do miasta po pieniądze, żeby zrealizować swoje plany. Gdybym z wami rozmawiał, śmialibyście się ze mnie. Może za kilka lat zarobię wam więcej pieniędzy, niż zarobiliście przez całe życie, ale po co rozmawiać? Jestem Steve Hunter; znaliście mnie, kiedy byłem dzieckiem. Śmialibyście się. Po co mam wam opowiadać o moich planach?"
  Steve odwrócił się, jakby chciał wyjść z pokoju, ale Tom Butterworth chwycił go za ramię i pociągnął z powrotem na krzesło. "A teraz powiedz nam, co robisz" - zażądał. On z kolei oburzył się. "Jeśli masz coś do zaoferowania, możesz tu liczyć na wsparcie, jak wszędzie indziej" - powiedział. Był przekonany, że syn jubilera mówi prawdę. Nie przyszło mu do głowy, że młody człowiek z Bidwell ośmieliłby się okłamać tak szanowanych ludzi jak John Clark i on sam. "Zostaw tych miejskich bankierów w spokoju" - powiedział stanowczo. "Opowiesz nam swoją historię. Co masz na myśli?"
  W cichym, małym pokoju trzej mężczyźni spojrzeli na siebie. Tom Butterworth i John Clark z kolei zaczęli marzyć. Przypomniały im się historie o ogromnych fortunach szybko zgromadzonych przez ludzi posiadających nowe i cenne wynalazki. Kraj był wówczas pełen takich opowieści. Rozsiewały je wszystkie wiatry. Szybko zdali sobie sprawę, że popełnili błąd w swoim podejściu do Steve'a i chcieli zyskać jego przychylność. Wezwali go do banku, aby go zastraszyć i ośmieszyć. Teraz tego żałowali. Co do Steve'a, pragnął tylko odejść - pobyć sam i pomyśleć. Na jego twarzy pojawił się grymas bólu. "Cóż" - powiedział - "pomyślałem, że dam Bidwellowi szansę. Jest tu trzech lub czterech mężczyzn. Rozmawiałem z wami wszystkimi i rzuciłem kilka aluzji, ale nie jestem jeszcze gotowy, by powiedzieć cokolwiek konkretnego".
  Widząc nowy wyraz szacunku w oczach obu mężczyzn, Steve nabrał śmiałości. "Zamierzałem zwołać zebranie, kiedy będę gotowy" - oznajmił pompatycznie. "Wy dwaj robicie to samo co ja. Trzymajcie język za zębami. Nie zbliżajcie się do tego telegrafisty i z nikim nie rozmawiajcie. Jeśli jesteście poważni, dam wam szansę zarobić kupę forsy, więcej, niż kiedykolwiek marzyliście, ale nie spieszcie się". Wyciągnął plik listów z wewnętrznej kieszeni płaszcza i postukał nimi o krawędź stołu na środku pokoju. Przyszła mu do głowy kolejna śmiała myśl.
  "Otrzymywałem listy z ofertami dużych sum pieniędzy za przeniesienie fabryki do Cleveland lub Buffalo" - oświadczył z naciskiem. "To nie jest trudne do zdobycia. Mogę wam to powiedzieć, panowie. Mężczyzna pragnie szacunku w swoim rodzinnym mieście. Nie chce być postrzegany jako głupiec, bo próbuje coś zrobić, żeby zaistnieć na świecie".
  
  
  
  Steve śmiało wyszedł z banku na Main Street. Kiedy uwolnił się od dwóch mężczyzn, przestraszył się. "No cóż, zrobiłem to. Zrobiłem z siebie głupca" - mruknął na głos. W banku powiedział, że telegrafista, Hugh McVeigh, jest jego człowiekiem i że to on przyprowadził go do Bidwella. Jakiż był z niego głupek! Starając się zaimponować dwóm starszym mężczyznom, opowiedział historię, której fałszywość mogła wyjść na jaw w ciągu kilku minut. Dlaczego nie zachował godności i nie poczekał? Nie było powodu, by być tak pewnym. Posunął się za daleko; dał się ponieść emocjom. Oczywiście, powiedział tym dwóm mężczyznom, żeby nie podchodzili do telegrafisty, ale to niewątpliwie tylko wzbudziłoby ich podejrzenia co do nieszczerości jego opowieści. Omówią sprawę i rozpoczną własne śledztwo. Wtedy dowiedzą się, że skłamał. Wyobrażał sobie, jak dwaj mężczyźni już szepczą o prawdopodobieństwie prawdziwości jego opowieści. Jak większość spostrzegawczych ludzi, miał wysublimowany pogląd na przenikliwość innych. Odszedł kawałek od brzegu, a potem odwrócił się, żeby spojrzeć za siebie. Przeszedł go dreszcz. Ogarnął go mdły strach, że telegrafista w Pickleville wcale nie jest wynalazcą. Miasto było pełne opowieści, a w banku wykorzystał ten fakt, żeby zaimponować; ale jaki miał dowód? Nikt nie widział żadnego z wynalazków rzekomo wymyślonych przez tajemniczego przybysza z Missouri. W końcu nie było nic poza szeptanymi podejrzeniami, babskimi opowieściami, bajkami wymyślonymi przez ludzi, którzy nie mieli nic lepszego do roboty niż przesiadywanie w aptekach i zmyślanie historii.
  Myśl, że Hugh McVeigh może nie być wynalazcą, przytłoczyła go i szybko ją odrzucił. Musiał wymyślić coś pilniejszego. Historia o blefie, którego właśnie rzucił w bank, wyszłaby na jaw i całe miasto by się z niego śmiało. Młodzież miasta go nie lubiła. Przekręcali tę historię na wszystkie strony. Starzy nieudacznicy, którzy nie mieli nic lepszego do roboty, chętnie podchwytywali tę historię i ją rozwijali. Faceci tacy jak hodowca kapusty Ezra French, który miał talent do mówienia, że kroi rzeczy, mogli się tym popisywać. Wymyślaliby wyimaginowane wynalazki, groteskowe, absurdalne. Potem zapraszaliby młodych mężczyzn do jego domu i oferowali im zatrudnienie, awans i uczynienie ich bogatymi. Mężczyźni żartowaliby z niego, gdy szedł główną ulicą. Jego godność zniknęłaby na zawsze. Nawet uczniowie zrobiliby z niego głupca, tak jak za młodu, kiedy kupił rower i jeździł nim wieczorami przed innymi chłopcami.
  Steve pospiesznie zszedł z Main Street i przeszedł przez most nad rzeką, kierując się na Turner's Pike. Nie wiedział, co robić, ale czuł, że stawka jest wysoka i że musi działać natychmiast. Dzień był ciepły i pochmurny, a droga prowadząca do Pickleville błotnista. Poprzedniej nocy padał deszcz i zapowiadano kolejne opady. Ścieżka wzdłuż drogi była śliska, a Steve był tak pochłonięty, że idąc naprzód, nogi mu się pod nim poślizgnęły i usiadł w małej kałuży wody. Przechodzący drogą rolnik odwrócił się i zaśmiał się z niego. "Idź do diabła!" - krzyknął Steve. "Zajmij się swoimi sprawami i idź do diabła!"
  Roztargniony młody człowiek próbował iść spokojnie ścieżką. Wysoka trawa wzdłuż ścieżki przemoczyła mu buty, a ręce miał mokre i brudne. Rolnicy odwrócili się na wozach i wpatrywali się w niego. Z jakiegoś niejasnego powodu, którego nie potrafił do końca pojąć, przerażała go perspektywa spotkania z Hugh McVeighem. W banku spotykał ludzi, którzy próbowali go przechytrzyć, oszukać i zabawić się jego kosztem. Wyczuwał to i nie znosił tego. Ta świadomość dodawała mu odwagi; pozwalała mu wymyślić historię o wynalazcy, który potajemnie pracował na własny rachunek, i miejskich bankierach, którzy chcieli zapewnić mu kapitał. Choć przerażała go myśl o tym, że zostanie zdemaskowany, poczuł lekki przypływ dumy na myśl o śmiałości, z jaką wyciągnął listy z kieszeni i rzucił wyzwanie tym dwóm mężczyznom, by sprawdzili jego blef.
  Steve jednak wyczuł coś wyjątkowego w tym człowieku z urzędu telegraficznego w Pickleville. Mieszkał w mieście od prawie dwóch lat i nikt nic o nim nie wiedział. Jego milczenie mogło oznaczać wszystko. Obawiał się, że wysoki, małomówny mieszkaniec Missouri postanowi nie mieć z nim nic wspólnego, i wyobraził sobie, jak zostaje brutalnie zbyty i pouczony, żeby zajął się swoimi sprawami.
  Steve instynktownie wiedział, jak postępować z ludźmi biznesu. Po prostu stworzyli ideę zarabiania pieniędzy bez wysiłku. Zrobił to samo z dwoma mężczyznami w banku i to zadziałało. W końcu udało mu się zdobyć ich szacunek. Opanował sytuację. Nie był w takich sprawach aż takim głupcem. Następna rzecz, z którą się zetknął, mogła być zupełnie inna. Być może Hugh McVeigh był jednak wielkim wynalazcą, człowiekiem o potężnym, kreatywnym umyśle. Być może został wysłany do Bidwell przez wielkiego biznesmena z jakiegoś miasta. Wielcy biznesmeni robili dziwne i tajemnicze rzeczy; rozprowadzali kable we wszystkich kierunkach, kontrolując tysiące małych ścieżek do tworzenia bogactwa.
  Zaczynając karierę biznesmena, Steve nabrał ogromnego szacunku dla tego, co uważał za subtelność biznesu. Jak wszyscy inni młodzi Amerykanie jego pokolenia, był oczarowany propagandą, która była i jest nadal używana, by stworzyć iluzję wielkości związaną z posiadaniem pieniędzy. Nie zdawał sobie z tego sprawy i pomimo własnego sukcesu oraz późniejszego stosowania technik iluzji, nigdy nie dowiedział się, że w świecie przemysłowym reputacja wielkości umysłu jest budowana w ten sam sposób, w jaki mógłby to zrobić producent samochodów z Detroit. Nie wiedział, że ludzie są zatrudniani do promowania nazwiska polityka, by mógł być nazywany mężem stanu, jak nowa marka płatków śniadaniowych, by się sprzedała; że większość dzisiejszych wielkich ludzi to jedynie iluzje, zrodzone z narodowego pragnienia wielkości. Pewnego dnia mądry człowiek, który nie przeczytał zbyt wielu książek, ale chodził wśród ludzi, odkryje i wyjaśni bardzo interesującą rzecz o Ameryce. Ziemia jest ogromna, a ludzie odczuwają narodowe pragnienie wielkości. Każdy chce mieć w Illinois człowieka wielkości Illinois, w Ohio człowieka wielkości Ohio i w Teksasie człowieka wielkości Teksasu.
  Oczywiście Steve Hunter nie miał o tym wszystkim pojęcia. Nigdy nie miał. Ludzie, których już zaczął uważać za wielkich i których próbował naśladować, byli jak te dziwne, gigantyczne wypustki, które czasami rosną na zboczach chorych drzew, ale on o tym nie wiedział. Nie wiedział, że nawet w tamtych wczesnych dniach w całym kraju budowano system tworzenia mitu wielkości. W siedzibie amerykańskiego rządu w Waszyngtonie tłumy całkiem inteligentnych i całkowicie niezdrowych młodych ludzi były już rekrutowane w tym celu. W bardziej spokojnych czasach wielu z tych młodych ludzi mogło zostać artystami, ale nie byli wystarczająco silni, by oprzeć się rosnącej potędze dolara. Zamiast tego zostawali korespondentami prasowymi i sekretarzami polityków. Całymi dniami, każdego dnia, wykorzystywali swój spryt i talent pisarski, by tworzyć fabuły i mity o ludziach, dla których pracowali. Byli jak tresowane owce, wykorzystywane w wielkich rzeźniach do prowadzenia innych owiec do zagród na rzeź. Zanieczyszczając swoje umysły dla samej pracy, zarabiali na życie zanieczyszczając umysły innych. Zrozumieli już, że praca, którą mieli wykonywać, nie wymagała wielkiej inteligencji. Wymagano ciągłego powtarzania. Wystarczyło, że powtarzali w kółko, że osoba, dla której pracowali, była wielka. Nie potrzebowali żadnych dowodów, aby uzasadnić swoje twierdzenia; ludzie, którzy w ten sposób stali się wielcy, nie musieli dokonywać wielkich czynów, tak jak producenci krakersów czy produktów śniadaniowych starają się je sprzedać. Wystarczyło głupie, długotrwałe i uporczywe powtarzanie.
  Tak jak politycy epoki przemysłowej stworzyli mit o sobie, tak samo uczynili to właściciele dolarów, wielcy bankierzy, operatorzy kolejowi i mecenasi przedsiębiorstw przemysłowych. Impuls do tego jest częściowo napędzany przez intuicję, ale przede wszystkim przez wewnętrzne pragnienie bycia świadomym jakiegoś realnego momentu w świecie. Wiedząc, że talent, który ich wzbogacił, jest jedynie talentem drugorzędnym, i czując się z tym nieco nieswojo, zatrudniają ludzi, aby go gloryfikowali. Zatrudniwszy kogoś w tym celu, sami są na tyle dziecinni, by uwierzyć w mit, za którego stworzenie zapłacili. Każdy bogaty człowiek w kraju podświadomie nienawidzi swojego rzecznika prasowego.
  Choć nigdy nie czytał książek, Steve regularnie czytał gazety i był pod głębokim wrażeniem historii, które czytał o bystrości i zdolnościach amerykańskich kapitanów przemysłu. Dla niego byli nadludźmi i uniżyłby się przed Gouldem lub Calem Price"em, wpływowymi postaciami ówczesnego świata bogaczy. Spacerując wzdłuż Turner"s Pike w dniu narodzin przemysłu w Bidwell, myślał o tych ludziach, a także o mniej zamożnych mieszkańcach Cleveland i Buffalo, i obawiał się, że zbliżając się do Hugha, może znaleźć się w sytuacji konkurencji z jednym z nich. Spiesząc się jednak pod szarym niebem, zdał sobie sprawę, że nadszedł czas działania i że musi natychmiast poddać plany, które uformował w swojej głowie, testowi wykonalności; że musi natychmiast spotkać się z Hughem McVeighem, dowiedzieć się, czy rzeczywiście posiada wynalazek, który można wyprodukować, i spróbować zabezpieczyć do niego prawa własności. "Jeśli nie zacznę działać teraz, albo Tom Butterworth, albo John Clarke mnie wyprzedzą" - pomyślał. Wiedział, że obaj są bystrymi i kompetentnymi ludźmi. Czyż nie wzbogacili się? Nawet podczas rozmowy w banku, kiedy jego słowa zdawały się robić na nich wrażenie, mogli knuć spisek, żeby go pokonać. Zamierzali działać, ale on musiał działać pierwszy.
  Steve'owi brakowało odwagi, by skłamać. Brakowało mu wyobraźni, by zrozumieć moc kłamstwa. Szedł szybko, aż dotarł do stacji Wheeling w Pickleville, a potem, nie mając odwagi, by od razu skonfrontować się z Hugh, minął stację i skradałem się za opuszczoną fabryką ogórków naprzeciwko torów. Wdrapał się przez wybite okno z tyłu i skradał się jak złodziej po klepisku, aż dotarł do okna z widokiem na stację. Powoli przejechał pociąg towarowy, a na stację wszedł farmer, by odebrać swój ładunek. George Pike wybiegł z domu, by zająć się potrzebami farmera. Wrócił do domu, a Steve został sam w obecności mężczyzny, od którego, jak czuł, zależała cała jego przyszłość. Był podekscytowany jak wiejska dziewczyna przed swoim kochankiem. Przez okna telegraficzne zobaczył Hugh siedzącego przy stole z książką przed sobą. Obecność książki go przeraziła. Doszedł do wniosku, że tajemniczy mężczyzna z Missouri musi być jakimś dziwnym intelektualnym gigantem. Był pewien, że ktokolwiek, kto potrafiłby siedzieć cicho i czytać godzinami w tak ustronnym, odosobnionym miejscu, nie mógł być ulepiony ze zwykłej gliny. Gdy stał w głębokim cieniu starego budynku, patrząc na mężczyznę, do którego próbował się zbliżyć, mieszkaniec Bidwell o nazwisku Dick Spearsman podszedł do stacji i wszedłszy do środka, rozmawiał z telegrafistą. Steve trząsł się z niepokoju. Mężczyzna, który przyszedł na stację, był agentem ubezpieczeniowym, a także właścicielem małej plantacji jagód na obrzeżach miasta. Miał syna, który przeprowadził się na zachód, aby założyć gospodarstwo w Kansas, a ojciec myślał o odwiedzeniu go. Przyszedł na stację, żeby dowiedzieć się o ceny biletów kolejowych, ale kiedy Steve zobaczył, jak rozmawia z Hugh, przyszło mu do głowy, że John Clark albo Thomas Butterworth mogli go wysłać na stację, żeby zbadał prawdę o tym, co się stało. "To by było w ich stylu" - mruknął do siebie. "Oni sami by nie przyszli. Przyślą kogoś, kogo, jak sądzą, nie będę podejrzewać. Cholera, będą ostrożni."
  Drżąc ze strachu, Steve krążył tam i z powrotem po pustej fabryce. Wisząca pajęczyna musnęła mu twarz, a on odskoczył do tyłu, jakby jakaś ręka wyciągnęła się z ciemności, by go dotknąć. Cienie czaiły się w kątach starego budynku, a do jego głowy zaczęły wkradać się zniekształcone myśli. Skręcił papierosa i zapalił go, po czym przypomniał sobie, że płomień zapałki prawdopodobnie widać ze stacji. Przeklął się za swoją nieostrożność. Rzuciwszy papierosa na klepisko, zgasił go obcasem. Kiedy Dick Spearsman w końcu zniknął w drodze do Bidwell, wyszedł ze starej fabryki i ponownie wszedł na Turner's Pike, nie był w stanie rozmawiać o interesach, ale musiał działać natychmiast. Przed fabryką zatrzymał się na drodze i próbował wytrzeć chusteczką brud z siedzenia spodni. Potem poszedł nad strumień i umył brudne ręce. Mokrymi dłońmi poprawił krawat i kołnierzyk płaszcza. Wyglądał jak mężczyzna, który zaraz poprosi kobietę o rękę. Starając się sprawiać wrażenie jak najbardziej ważnego i godnego, przeszedł przez peron stacji i wszedł do biura telegraficznego, aby spotkać się z Hughem i raz na zawsze dowiedzieć się, jaki los zgotowali mu bogowie.
  
  
  
  To niewątpliwie przyczyniło się do szczęścia Steve'a w życiu pozagrobowym, w czasach, gdy się bogacił, a później, gdy zdobywał publiczne zaszczyty, wspierał finansowo kampanie wyborcze, a nawet potajemnie marzył o zasiadaniu w Senacie Stanów Zjednoczonych lub zostaniu gubernatorem. Nigdy nie dowiedział się, jak bardzo przechytrzył samego siebie tamtego dnia w młodości, kiedy zawarł pierwszą umowę biznesową z Hughem na Wheeling Station w Pickleville. Później zainteresowanie Hugha przedsiębiorstwami przemysłowymi Stephena Huntera przejął człowiek równie bystry jak sam Steve. Tom Butterworth, który zarobił pieniądze i wiedział, jak je wytwarzać i nimi zarządzać, zarządzał takimi rzeczami dla wynalazcy, a szansa Steve'a przepadła na zawsze.
  Ale to część historii rozwoju Bidwella, historii, której Steve nigdy nie rozumiał. Kiedy tamtego dnia przesadził, nie zdawał sobie sprawy z tego, co zrobił. Zawarł układ z Hugh i z radością uniknął opresji, w którą, jak sądził, wpakował się, rozmawiając za dużo z dwoma mężczyznami w banku.
  Chociaż ojciec Steve'a zawsze darzył syna wielkim zaufaniem i w rozmowach z innymi mężczyznami przedstawiał go jako osobę niezwykle zdolną i niedocenianą, prywatnie nie dogadywali się. W domu Hunterów sprzeczali się i warczeli na siebie. Matka Steve'a zmarła, gdy był małym chłopcem, a jego jedyna siostra, starsza od niego o dwa lata, zawsze zostawała w domu i rzadko wychodziła. Była półinwalidką. Jakaś nieznana choroba nerwowa zniekształciła jej ciało, a jej twarz nieustannie drgała. Pewnego ranka w szopie za domem Hunterów, Steve, wówczas czternastoletni, oliwił swój rower, gdy pojawiła się jego siostra i zatrzymała się, obserwując go. Na ziemi leżał mały klucz francuski, a ona go podniosła. Nagle i bez ostrzeżenia zaczęła go uderzać w głowę. Musiał ją przewrócić, aby wyrwać jej klucz francuski z ręki. Po tym incydencie leżała w łóżku przez miesiąc.
  Elsie Hunter zawsze była źródłem nieszczęścia dla brata. W miarę jak dojrzewał, pasja Steve'a do szacunku rówieśników rosła. Stało się to czymś w rodzaju obsesji, a między innymi desperacko pragnął być postrzegany jako człowiek o dobrej krwi. Mężczyzna, którego zatrudnił, zbadał jego pochodzenie i, z wyjątkiem najbliższej rodziny, uznał je za całkiem satysfakcjonujące. Jego siostra, z jej powykręcaną sylwetką i uporczywie drgającą twarzą, zdawała się nieustannie z niego szydzić. Prawie bał się jej obecności. Po tym, jak zaczął gromadzić majątek, poślubił Ernestine, córkę mydlarza z Buffalo, a kiedy jej ojciec zmarł, ona również miała dużo pieniędzy. Zmarł jego własny ojciec i założył własną farmę. Działo się to w czasach, gdy na obrzeżach pól jagodowych i na wzgórzach na południe od Bidwell zaczęły pojawiać się duże domy. Po śmierci ojca Steve został opiekunem siostry. Jubilerowi pozostawiono niewielki majątek, który był całkowicie w jego rękach. Elsie mieszkała z jednym służącym w małym domu w mieście i była całkowicie zależna od hojności brata. W pewnym sensie można powiedzieć, że żyła nienawiścią do niego. Kiedy od czasu do czasu przychodził do niej, nie widziała go. Służący podchodził do drzwi i oznajmiał, że śpi. Prawie co miesiąc pisała list z żądaniem, by oddał jej część pieniędzy ojca, ale to nie przynosiło rezultatu. Steve czasami rozmawiał ze znajomym o swoich kłopotach z nią. "Żal mi tej kobiety bardziej, niż potrafię to wyrazić" - powiedział. "Uszczęśliwić biedną, cierpiącą duszę to marzenie mojego życia. Sam zobaczysz, że zapewniam jej wszelkie wygody. Jesteśmy starą rodziną. Od eksperta w tych sprawach dowiedziałem się, że jesteśmy potomkami niejakiego Huntera, dworzanina króla Edwarda II Anglii. "Nasza krew mogła trochę się rozrzedzić. Cała krew rodziny skupiła się we mnie." Moja siostra mnie nie rozumie i jest to dla mnie przyczyną wielu nieszczęść i cierpień, ale zawsze będę wypełniać swój obowiązek wobec niej.
  Późnym wieczorem wiosennego dnia, który był jednocześnie najbardziej burzliwym dniem w jego życiu, Steve szybko przeszedł peronem stacji Wheeling w kierunku telegrafu. Było to miejsce publiczne, ale zanim wszedł, zatrzymał się, poprawił krawat, otrzepał ubranie i zapukał do drzwi. Gdy nie było odpowiedzi, cicho otworzył drzwi i zajrzał do środka. Hugh siedział przy biurku, ale nie podniósł wzroku. Steve wszedł i zamknął drzwi. Przypadkowo, moment jego wejścia stał się również ważnym momentem w życiu człowieka, którego odwiedził. Umysł młodego wynalazcy, tak długo rozmarzony i niepewny, nagle stał się niezwykle jasny i swobodny. Doświadczył jednej z tych chwil inspiracji, które przychodzą do ludzi ciężko pracujących. Problem mechaniczny, który tak usilnie próbował rozwiązać, stał się jasny. To była jedna z tych chwil, w których Hugh później rozważał uzasadnienie swojego istnienia i w późniejszym życiu zaczął żyć dla takich chwil. Skinął głową Steve'owi, wstał i pospieszył w kierunku budynku, który Wheeling wykorzystywał jako magazyn towarowy. Syn jubilera podążał tuż za nim. Na podwyższeniu przed magazynem stał dziwnie wyglądający sprzęt rolniczy - koparka do ziemniaków, odebrana dzień wcześniej i oczekująca na dostawę do rolnika. Hugh uklęknął obok maszyny i przyjrzał jej się uważnie. Z jego ust wyrwały się nieartykułowane okrzyki. Po raz pierwszy w życiu czuł się swobodnie w obecności innej osoby. Dwaj mężczyźni, jeden wręcz groteskowo wysoki, drugi niski i już pulchny, wpatrywali się w siebie. "Co ty wygadujesz? Przyszedłem do ciebie z tą sprawą" - powiedział nieśmiało Steve.
  Hugh nie odpowiedział wprost na pytanie. Przeszedł przez wąską platformę do magazynu towarowego i zaczął szkicować na ścianie budynku. Następnie próbował wyjaśnić działanie swojej maszyny do regulacji roślin. Mówił o niej jako o czymś, co już osiągnął. Właśnie tak o niej myślał w tej chwili. "Nie pomyślałem o użyciu dużego koła z dźwigniami przymocowanymi w regularnych odstępach" - powiedział roztargnionym głosem. "Teraz muszę znaleźć pieniądze. To kolejny krok. Teraz muszę zbudować działający model maszyny. Muszę ustalić, jakie zmiany będę musiał wprowadzić w moich obliczeniach".
  Dwaj mężczyźni wrócili do urzędu telegraficznego i podczas gdy Hugh słuchał, Steve złożył ofertę. Nawet wtedy nie rozumiał, do czego ma służyć maszyna, którą musiał zbudować. Wystarczyło mu, że maszyna musi zostać zbudowana, i chciał natychmiast przejąć ją na własność. Gdy obaj mężczyźni wracali z dworca towarowego, przez myśl przemknęła mu uwaga Hugha o płaceniu. Znów poczuł strach. "Ktoś jest w tle" - pomyślał. "Teraz muszę mu złożyć ofertę nie do odrzucenia. Nie mogę odejść, dopóki się z nim nie dogadam".
  Coraz bardziej zaabsorbowany własnymi troskami, Steve zaproponował, że sfinansuje model samochodu z własnej kieszeni. "Wynajmiemy starą fabrykę ogórków po drugiej stronie ulicy" - powiedział, otwierając drzwi i wskazując drżącym palcem. "Mogę go tanio zdobyć. Wstawię okna i podłogę. Potem znajdę kogoś, kto narysuje model samochodu. Ellie Mulberry może to zrobić. Załatwię go dla ciebie. On może sprawić, że to wszystko zniknie, jeśli tylko pokażesz mu, czego chcesz. Jest na wpół szalony i nie chce zdradzić naszego sekretu. Kiedy model będzie gotowy, zostaw to mnie, po prostu zostaw to mnie".
  Zacierając ręce, Steve śmiało podszedł do biurka telegrafisty, wziął kartkę papieru i zaczął spisywać umowę. Stanowiła ona, że Hugh otrzyma tantiemy w wysokości dziesięciu procent ceny sprzedaży wynalezionej przez siebie maszyny, która miała zostać wyprodukowana przez firmę zorganizowaną przez Stephena Huntera. Umowa przewidywała również natychmiastowe utworzenie firmy promocyjnej i przeznaczenie funduszy na prace eksperymentalne, których Hugh jeszcze nie przeprowadził. Mieszkaniec Missouri miał natychmiast zacząć otrzymywać wynagrodzenie. Jak szczegółowo wyjaśnił Steve, nie miał ryzykować . Gdy będzie gotowy, należało zatrudnić i opłacić mechaników. Po spisaniu i odczytaniu umowy na głos, sporządzono jej kopię, a Hugh, znów niewypowiedzianie zażenowany, złożył swój podpis.
  Steve machnął ręką i położył na stole niewielki plik banknotów. "To na początek" - powiedział, marszcząc brwi i patrząc na George"a Pike"a, który w tej chwili podszedł do drzwi. Spedytor szybko wyszedł, a obaj mężczyźni zostali sami. Steve uścisnął dłoń swojemu nowemu partnerowi. Wyszedł, a potem wrócił. "Widzisz" - powiedział tajemniczo. "Pięćdziesiąt dolarów to twoja pierwsza miesięczna pensja. Byłem gotowy na ciebie. Przywiozłem to ze sobą. Zostaw to wszystko mnie, zostaw to mnie". Wyszedł ponownie, a Hugh został sam. Obserwował, jak młody mężczyzna przechodzi przez tory do starej fabryki i przechadza się tam i z powrotem przed nią. Kiedy farmer podszedł i krzyknął do niego, nie odpowiedział, tylko cofnął się na drogę i spojrzał na opuszczony, stary budynek niczym generał na pole bitwy. Potem szybko ruszył drogą w stronę miasta, a farmer odwrócił się na wozie i patrzył, jak odjeżdża.
  Hugh McVeigh również patrzył. Po wyjściu Steve'a poszedł na koniec peronu i wyjrzał na drogę prowadzącą do miasta. Wydawało się cudem, że w końcu rozmawia z mieszkańcem Bidwell. Dotarła część podpisanego przez niego kontraktu, wszedł na stację, odebrał swój egzemplarz i schował go do kieszeni. Potem znowu wyszedł. Kiedy przeczytał go ponownie i uświadomił sobie, że powinien otrzymywać godziwą pensję, mieć czas i otrzymać pomoc w rozwiązaniu problemu, który stał się teraz tak istotny dla jego szczęścia, miał wrażenie, jakby stał w obecności jakiegoś boga. Przypomniał sobie słowa Sary Shepard o pełnych życia i czujnych mieszkańcach miast wschodnich i uświadomił sobie, że jest w obecności takiej istoty, że w jakiś sposób połączył się z taką istotą w swojej nowej pracy. Uświadomienie to całkowicie go przytłoczyło. Całkowicie zapominając o obowiązkach telegrafisty, zamknął biuro i wybrał się na spacer po łąkach i niewielkich skrawka lasu, które wciąż pozostały na otwartej równinie na północ od Pickleville. Wrócił dopiero późnym wieczorem, a kiedy w końcu dotarł, wciąż nie rozwiązał zagadki tego, co się stało. Zyskał jedynie na tym, że maszyna, którą próbował stworzyć, miała ogromne i tajemnicze znaczenie dla cywilizacji, którą zamieszkiwał i której tak bardzo pragnął stać się częścią. Ten fakt wydawał mu się niemal święty. Ogarnęła go nowa determinacja, by ukończyć i udoskonalić swoją maszynę instalacyjną.
  
  
  
  Pewnego czerwcowego popołudnia w zapleczu banku Bidwell odbyło się spotkanie w celu zorganizowania kampanii reklamowej, która miała z kolei zapoczątkować powstanie pierwszego przedsiębiorstwa przemysłowego w mieście Bidwell. Sezon jagodowy właśnie się skończył, a ulice tętniły życiem. Do miasta przybył cyrk i o godzinie pierwszej rozpoczęła się parada. Zaprzęgi koni należących do przyjezdnych rolników ustawiły się wzdłuż sklepów w dwóch długich rzędach. Spotkanie w banku odbyło się dopiero o czwartej, kiedy bank już zakończył działalność. Dzień był gorący i parny, a burza groziła. Z jakiegoś powodu całe miasto wiedziało o spotkaniu tego dnia i pomimo podekscytowania wywołanego przybyciem cyrku, wszyscy o nim myśleli. Od samego początku swojej kariery Steve Hunter miał talent do nadawania wszystkiemu, co robił, aury tajemniczości i ważności. Wszyscy widzieli mechanizm, który stworzył jego mit, ale mimo to byli pod wrażeniem. Nawet mieszkańcy Bidwell, którzy nadal potrafili śmiać się ze Steve'a, nie potrafili śmiać się z tego, co robił.
  Dwa miesiące przed spotkaniem w mieście panowała nerwowa atmosfera. Wszyscy wiedzieli, że Hugh McVeigh nagle zrezygnował z pracy w telegrafie i zaangażował się w jakąś aferę ze Stevem Hunterem. "Widzę, że ten facet zdjął maskę" - powiedział Alban Foster, kurator szkół w Bidwell, wspominając o sprawie pastorowi Harveyowi Oxfordowi, pastorowi baptystycznemu.
  Steve zadbał o to, aby choć wszyscy byli ciekawi, ich ciekawość pozostała niezaspokojona. Nawet jego ojciec nie miał o tym pojęcia. Obaj mężczyźni wdali się w ostrą kłótnię, ale ponieważ Steve miał trzy tysiące dolarów w spadku po matce i miał ponad dwadzieścia jeden lat, ojciec nie mógł nic zrobić.
  W Pickleville okna i drzwi z tyłu opuszczonej fabryki zostały zamurowane, a nad oknami i drzwiami z przodu, gdzie położono podłogę, zainstalowano żelazne kraty, specjalnie wykonane przez Lewa Twininga, kowala z Bidwell. Kraty nad drzwiami zamykały pomieszczenie w nocy, tworząc w fabryce atmosferę więzienia. Każdej nocy przed snem Steve spacerował po Pickleville. Złowieszczy wygląd budynku w nocy dawał mu szczególną satysfakcję. "Dowiedzą się, co robię, kiedy zechcę" - powtarzał sobie. Ellie Mulberry pracowała w fabryce w ciągu dnia. Pod kierunkiem Hugha rzeźbił kawałki drewna w różne kształty, ale nie miał pojęcia, co robi. Do firmy telegrafisty nie przyjęto nikogo poza idiotą i Stevem Hunterem. Kiedy Ellie Mulberry wychodził nocą na Main Street, wszyscy go zatrzymywali i zadawali mu tysiące pytań, ale on tylko kręcił głową i głupio się uśmiechał. W niedzielne popołudnie tłumy mężczyzn i kobiet szły wzdłuż Turners Pike w Pickleville i patrzyły na pusty budynek, ale nikt nie próbował wejść. Kraty były na miejscu, a okna zabite deskami. Nad drzwiami od strony ulicy wisiał duży napis: "Nie wchodź. To oznacza ciebie" - głosił napis.
  Czterech mężczyzn, którzy spotkali Steve'a w banku, miało mgliste pojęcie o udoskonalaniu jakiegoś wynalazku, ale nie wiedzieli, co to jest. Rozmawiali o tym nieformalnie z przyjaciółmi, co jeszcze bardziej ich zaciekawiło. Wszyscy próbowali zgadnąć, co to jest. Gdy Steve'a nie było w pobliżu, John Clark i młody Gordon Hart udawali, że wiedzą wszystko, ale sprawiali wrażenie, jakby zobowiązali się do zachowania tajemnicy. Fakt, że Steve nic im nie powiedział, wydawał się obraźliwy. "To młody nowicjusz, jak sądzę, ale blefuje" - powiedział bankier swojemu przyjacielowi Tomowi Butterworthowi.
  Na Main Street starzy i młodzi mężczyźni stojący wieczorami przed sklepami starali się również ignorować syna jubilera i aurę powagi, jaką zawsze nadawał. O nim również mówiono jako o młodym parweniuszu i gadule, ale po rozpoczęciu jego związku z Hugh McVeigh przekonanie w ich głosach zniknęło. "Przeczytałem w gazecie, że pewien mężczyzna z Toledo zarobił trzydzieści tysięcy dolarów na swoim wynalazku. Dokonał tego w niecałe dwadzieścia cztery godziny. Po prostu o tym pomyślał. To nowy sposób zamykania puszek z owocami" - zauważył roztargniony mężczyzna w tłumie przed apteką Birdie Spink.
  W aptece sędzia Hanby, stojąc przy pustym piecu, uparcie mówił o czasach, gdy nadejdą fabryki. Dla słuchaczy wydawał się kimś w rodzaju Jana Chrzciciela, wołającego o nowy dzień. Pewnego majowego wieczoru tamtego roku, gdy zebrał się spory tłum, Steve Hunter wszedł i kupił cygaro. Wszyscy zamilkli. Birdie Spinks, z jakiegoś tajemniczego powodu, była nieco zdenerwowana. W aptece wydarzyło się coś, co, gdyby był tam ktoś, kto to zanotował, mogłoby później zostać zapamiętane jako moment, który zwiastował początek nowej ery w Bidwell. Aptekarz, wyciągając cygaro, spojrzał na młodego mężczyznę, którego nazwisko tak nagle pojawiło się na ustach wszystkich, którego znał od dzieciństwa, a następnie zwrócił się do niego tak, jak nigdy wcześniej nie zwracał się do młodego mężczyzny w jego wieku. Od starszego mężczyzny w mieście. "Dobry wieczór, panie Hunter" - powiedział z szacunkiem. - A jak się pan czuje dziś wieczorem?
  Ludziom, których spotkał w banku, Steve opisał maszynę do konfiguracji fabryki i pracę, jaką miała wykonywać. "To najdoskonalsza rzecz tego rodzaju, jaką kiedykolwiek widziałem" - powiedział z miną człowieka, który całe życie spędził jako ekspert w dziedzinie badań nad maszynami. Następnie, ku zdumieniu wszystkich, przedstawił arkusze z wyliczeniami kosztów produkcji maszyny. Obecnym wydawało się, że kwestia wykonalności maszyny została już rozstrzygnięta. Arkusze pokryte wyliczeniami stwarzały wrażenie, że faktyczne rozpoczęcie produkcji jest już bliskie. Bez podnoszenia głosu i jakby to była oczywistość, Steve zaproponował, aby obecni wykupili akcje reklamowe o wartości trzech tysięcy dolarów; pieniądze te miały zostać przeznaczone na ulepszenie maszyny i praktyczne wykorzystanie jej w terenie, podczas gdy organizowano większą firmę, która miała zbudować fabrykę. Za te trzy tysiące dolarów każdy z mężczyzn miał później otrzymać sześć tysięcy dolarów w akcjach większej firmy. Zrobiliby to w 100% z początkowej inwestycji. Sam był właścicielem wynalazku, i to bardzo cennego. Otrzymał już liczne oferty od innych mężczyzn z innych miejsc. Chciał pozostać w swoim mieście i wśród ludzi, którzy znali go od dzieciństwa. Zachowałby kontrolny pakiet akcji w większej firmie, co pozwoliłoby mu zatroszczyć się o przyjaciół. Zaproponował, że mianuje Johna Clarka skarbnikiem firmy promocyjnej. Wszyscy widzieli, że będzie odpowiednim człowiekiem. Gordon Hart miał zostać menedżerem. Tom Butterworth mógłby, jeśli znajdzie czas, pomóc mu w organizacji większej firmy. Nie zaproponował, aby zajmował się szczegółami. Większość akcji musiałaby zostać sprzedana rolnikom i mieszkańcom miasta, i nie widział powodu, dla którego nie miałaby być wypłacana określona prowizja za sprzedaż akcji.
  Czterech mężczyzn wyszło z zaplecza banku akurat w chwili, gdy na Main Street rozpętała się burza, która groziła im od całego dnia. Stali razem przy oknie i obserwowali ludzi przemykających obok sklepów, wracających z cyrku do domów. Rolnicy wskakiwali na wozy i popędzali konie do kłusa. Cała ulica była wypełniona krzyczącymi i biegnącymi ludźmi. Dla obserwatora stojącego w oknie banku, Bidwell w stanie Ohio mogło wydawać się nie tylko cichym miasteczkiem pełnym ludzi żyjących spokojnym życiem i pogrążonych w spokojnych myślach, ale maleńką częścią gigantycznego, nowoczesnego miasta. Niebo było niezwykle czarne, jakby od dymu z młyna. Spieszący się ludzie mogli być robotnikami uciekającymi z młyna pod koniec dnia. Ulicą niosły się tumany kurzu. Wyobraźnia Steve'a Huntera została rozbudzona. Z jakiegoś powodu czarne tumany kurzu i biegnący ludzie dali mu ogromne poczucie mocy. Wydawało się niemal, jakby wypełnił niebo chmurami i że coś ukrytego w nim przerażało ludzi. Pragnął uciec od ludzi, którzy dopiero co zgodzili się dołączyć do niego w jego pierwszej wielkiej przemysłowej przygodzie. Czuł, że ostatecznie byli jedynie marionetkami, stworzeniami, którymi mógł się posłużyć, ludźmi, których niósł ze sobą, tak jak ludzie biegający po ulicach niesieni przez burzę. On i burza byli, w pewnym sensie, do siebie podobni. Pragnął być sam na sam z burzą, kroczyć z godnością i uczciwie wobec niej, ponieważ czuł, że w przyszłości będzie kroczył z godnością i uczciwie wobec ludzi.
  Steve wyszedł z banku na ulicę. Ludzie w środku krzyczeli na niego, ostrzegając, że zmoknie, ale zignorował ich ostrzeżenie. Gdy wychodził, a jego ojciec pospiesznie przechodził przez ulicę do sklepu jubilerskiego, trzej mężczyźni, którzy pozostali w banku, spojrzeli na siebie i roześmiali się. Podobnie jak mężczyźni kręcący się przed drogerią Birdie Spinks, chcieli go poniżyć i mieli skłonność do wyzwisk; ale z jakiegoś powodu nie mogli. Coś im się stało. Spojrzeli na siebie pytająco, każdy czekając, aż ten się odezwie. "Cóż, cokolwiek się stanie, nie mamy nic do stracenia" - zauważył w końcu John Clark.
  A przez most na Turner's Pike wszedł Steve Hunter, początkujący potentat przemysłowy. Gwałtowny wiatr przetoczył się przez rozległe pola ciągnące się wzdłuż drogi, zrywając liście z drzew i niosąc ze sobą ogromne masy kurzu. Wydawało mu się, że pędzące czarne chmury na niebie przypominają kłęby dymu buchające z kominów jego fabryk. W wyobraźni widział też, jak jego miasteczko staje się miastem spowitym dymem jego fabryk. Patrząc na pola smagane burzą, uświadomił sobie, że droga, którą szedł, pewnego dnia stanie się ulicą miejską. "Wkrótce będę miał możliwość zakupu tej ziemi" - powiedział zamyślony. Ogarnęło go uczucie euforii i kiedy dotarł do Pickleville, nie poszedł do sklepu, w którym pracowali Hugh i Ellie Mulberry, lecz zawrócił i poszedł z powrotem do miasta, przez błoto i ulewny deszcz.
  To był czas, kiedy Steve pragnął samotności, poczucia się wielkim człowiekiem w społeczeństwie. Zamierzał pójść do starej fabryki ogórków i uciec przed deszczem, ale kiedy dotarł do torów kolejowych, zawrócił, bo nagle uświadomił sobie, że w obecności milczącego, skupionego wynalazcy nigdy nie poczuje się wspaniale. Chciał poczuć się wspaniale tego wieczoru, więc, ignorując deszcz i kapelusz, porwany przez wiatr i niesiony na pole, szedł opustoszałą drogą, pogrążony w wielkich myślach. Tam, gdzie nie było domów, zatrzymał się na chwilę i uniósł swoje maleńkie rączki ku niebu. "Jestem człowiekiem. Powiem ci, jestem człowiekiem. Cokolwiek ktoś powie, powiem ci: jestem człowiekiem" - krzyknął w pustkę.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VII
  
  WSPÓŁCZESNE CZASY - MĘŻCZYŹNI I KOBIETY mieszkający w miastach przemysłowych są jak myszy wychodzące z pól, by zamieszkać w domach, które do nich nie należą. Mieszkają w ciemnych ścianach domów, gdzie przenika jedynie słabe światło, a przybyło ich tak wiele, że chudną i wyczerpują się od nieustannego trudu zdobywania pożywienia i ciepła. Za murami kręcą się stada myszy, głośno piszcząc i ćwierkając. Co jakiś czas śmiała mysz staje na tylnych łapach i zwraca się do pozostałych. Oświadcza, że przebije się przez ściany i pokona bogów, którzy zbudowali dom. "Zabiję ich" - oznajmia. "Myszy będą rządzić. Będziecie żyć w świetle i cieple. Będzie pożywienie dla wszystkich i nikt nie będzie głodny".
  Myszy, zgromadzone w ciemności, poza zasięgiem wzroku, w dużych domach, piszczą z radości. Po chwili, gdy nic się nie dzieje, stają się smutne i przygnębione. Myślami wracają do czasów, gdy żyły na polach, ale nie opuszczają murów swoich domów, bo długie życie w tłumie sprawiło, że boją się ciszy długich nocy i pustki nieba. Olbrzymie dzieci wychowują się w domach. Kiedy dzieci kłócą się i krzyczą w domach i na ulicach, ciemne przestrzenie między ścianami drżą od dziwnych i przerażających dźwięków.
  Myszy panicznie się boją. Co jakiś czas pojedyncza mysz na chwilę wymyka się z powszechnego przerażenia. Taką osobę ogarnia jakieś uczucie, a w jej oczach pojawia się błysk. Gdy hałas rozchodzi się po domach, wymyślają o nim historie. "Konie słońca ciągną wozy przez wierzchołki drzew od dni" - mówią, szybko rozglądając się, czy coś słyszały. Kiedy dostrzegają samicę myszy patrzącą na nie, uciekają, machając ogonem, a samica podąża za nimi. Podczas gdy inne myszy powtarzają jego słowa i czerpią z tego odrobinę otuchy, znajdują ciepły, ciemny kąt i kładą się blisko siebie. To dzięki nim myszy, które żyją w ścianach domów, wciąż się rodzą.
  Kiedy pierwszy mały model maszyny do sadzenia roślin Hugh McVeigha został całkowicie zniszczony przez niedorozwiniętą Ellie Mulberry, zastąpił on słynny statek pływający w butelce, który przez dwa lub trzy lata leżał w gablocie jubilerskiego sklepu Huntera. Ellie była niezmiernie dumna ze swojego nowego dzieła. Pracując pod kierunkiem Hugha przy stole warsztatowym w kącie opuszczonej fabryki ogórków, przypominał dziwnego psa, który w końcu znalazł pana. Ignorował Steve'a Huntera, który z miną człowieka skrywającego jakąś gigantyczną tajemnicę, wchodził i wychodził dwadzieścia razy dziennie, ale nie spuszczał wzroku z milczącego Hugha, który siedział przy stole, szkicując na kartkach papieru. Ellie dzielnie starała się postępować zgodnie z instrukcjami i zrozumieć, co jego pan próbował stworzyć, a Hugh, niezrażony obecnością imbecyla, spędzał niekiedy godziny, wyjaśniając działanie jakiejś skomplikowanej części proponowanej maszyny. Hugh prymitywnie tworzył każdą część z dużych kawałków tektury, podczas gdy Ellie odtwarzała ją w miniaturze. Oczy człowieka, który całe życie spędził na rzeźbieniu bezsensownych drewnianych łańcuchów, koszy z pestek brzoskwiń i statków pływających w butelkach, zaczęły zdradzać inteligencję. Miłość i zrozumienie zaczęły stopniowo czynić dla niego to, czego nie potrafiły słowa. Pewnego dnia, gdy część, którą stworzył Hugh, nie działała, ten idiota sam stworzył model części, która działała idealnie. Kiedy Hugh podłączył ją do maszyny, był tak szczęśliwy, że nie mógł usiedzieć w miejscu i zaczął chodzić tam i z powrotem, gaworząc z zachwytu.
  Kiedy model maszyny pojawił się w witrynie jubilerskiej, ludzi ogarnęła gorączkowa ekscytacja. Wszyscy wypowiadali się za lub przeciw. Doszło do czegoś na kształt rewolucji. Powstały partie. Ludzie, którzy nie mieli żadnego interesu w sukcesie wynalazku i z natury rzeczy nie byli w stanie tego zrobić, byli gotowi walczyć z każdym, kto ośmielił się wątpić w jego sukces. Wśród rolników, którzy przybyli do miasta, aby zobaczyć nowy cud techniki, wielu twierdziło, że maszyna nie będzie działać. "To niepraktyczne" - mówili. Wychodząc jeden po drugim i formując się w grupy, szeptali ostrzeżenia. Setki sprzeciwów padały z ich ust. "Spójrz na te wszystkie koła i przekładnie tego urządzenia" - mówili. "Widzisz, to nie zadziała. Idziesz teraz przez pole, gdzie kamienie i korzenie starych drzew, być może wystające z ziemi. Zobaczysz. Głupcy kupią maszynę, tak. Wydadzą pieniądze. Zasadzą rośliny. Rośliny umrą". Pieniądze zostaną zmarnowane. Żniw nie będzie". Starzy mężczyźni, którzy całe życie spędzili na uprawie kapusty na wsi na północ od Bidwell, z ciałami wyniszczonymi przez ciężką pracę na polach kapusty, przykuśtykali do miasta, by obejrzeć model nowej maszyny. Ich opinii z niepokojem zasięgali kupcy, cieśla, rzemieślnicy, lekarze - wszyscy w mieście. Prawie bez wyjątku kręcili głowami z powątpiewaniem. Stojąc na chodniku przed witryną jubilera, patrzyli na maszynę, a potem, zwracając się do zgromadzonego wokół tłumu, kręcili głowami z powątpiewaniem. "Ach" - wykrzyknęli - "rzecz zrobiona z kół i przekładni, co? Cóż, młody Hunter spodziewa się, że to stworzenie zajmie miejsce człowieka. To głupiec. Zawsze mówiłem, że ten chłopak jest głupi. Kupcy i mieszkańcy miasta, nieco zirytowani niepochlebną decyzją tych, którzy znali się na rzeczy, rozeszli się. Zatrzymali się w aptece Birdie Spinks, ale zignorowali rozmowę sędziego Hanby'ego. "Jeśli maszyna zadziała, miasto się obudzi" - oznajmił ktoś. "To oznacza fabryki, napływ nowych ludzi, budowę domów i kupno towarów". Wizje nagłego bogactwa zaczęły pojawiać się w ich umysłach. Młody Ed Hall, uczeń cieśli Bena Peelera, wpadł w gniew. "Do cholery" - wykrzyknął - "po co słuchać tej przeklętej starej gadaniny? Obowiązkiem miasta jest wyjść i podłączyć tę maszynę. Musimy się tu obudzić. Musimy zapomnieć, co kiedyś myśleliśmy o Steve'ie Hunterze. W każdym razie, dostrzegł szansę, prawda? I ją wykorzystał. Chciałbym być nim. Chciałbym być nim . A co z tym facetem, którego uważaliśmy za zwykłego telegrafistę? Oszukał nas wszystkich, prawda? Mówię wam, że powinniśmy być dumni, że tacy ludzie jak on i Steve Hunter mieszkają w Bidwell. Tak powiedziałem. Mówię wam, że obowiązkiem miasta jest wyjść i podłączyć ich i tę maszynę. Jeśli tego nie zrobimy, wiem, co się stanie. Steve Hunter żyje. Myślałem, że może żyje. Zabierze ten wynalazek i tego swojego wynalazcę do jakiegoś innego miasta. Tak właśnie zrobi. Cholera, mówię wam, że musimy się stąd wydostać. tam i wspierać tych chłopaków. Tak powiedziałem.
  Mieszkańcy Bidwell w dużej mierze zgadzali się z młodym Hallem. Entuzjazm nie słabł, wręcz przeciwnie, narastał z każdym dniem. Steve Hunter zamówił u stolarza w warsztacie ojca długie, płytkie pudło w kształcie pola, w witrynie sklepowej od strony Main Street. Wypełnił je tłuczoną ziemią, a następnie, za pomocą lin i bloczków połączonych z mechanizmem zegarowym, maszyna została przeciągnięta przez pole. Kilkadziesiąt maleńkich roślin, nie większych niż szpilki, umieszczono w zbiorniku na maszynie. Gdy mechanizm zegarowy został nakręcony, a sznurki naciągnięte, symulując moc koni mechanicznych, maszyna powoli pełzła do przodu. Ramię opadło i zrobiło dziurę w ziemi. Roślina wpadła do dziury, a pojawiły się łyżki-dłonie, które ubijały glebę wokół korzeni rośliny. Na maszynie znajdował się zbiornik z wodą, a gdy roślina była już na miejscu, precyzyjnie odmierzona ilość wody płynęła rurą i osiadała na korzeniach rośliny.
  Noc po nocy maszyna przemierzała maleńkie pole, porządkując rośliny w idealnym porządku. Steve Hunter robił to; nic więcej; a plotki krążyły, że w Bidwell powstanie duża firma produkująca to urządzenie. Każdej nocy opowiadano nową historię. Steve wyjechał na cały dzień do Cleveland i krążyły plotki, że Bidwell przegapi swoją szansę, że wielkie pieniądze przekonały Steve'a do przeniesienia fabryki do miasta. Podsłuchując Eda Halla strofującego rolnika, który wątpił w praktyczność maszyny, Steve wziął go na stronę i przemówił do niego. "Będziemy potrzebować energicznych młodych mężczyzn, którzy wiedzą, jak radzić sobie z innymi mężczyznami na stanowiskach zarządców i tym podobnych" - powiedział. "Nic nie obiecuję. Chcę ci tylko powiedzieć, że lubię energicznych młodych mężczyzn, którzy potrafią dostrzec dziurę w koszyku. Lubię takich facetów. Lubię patrzeć, jak pną się w górę".
  Steve słyszał, jak rolnicy ciągle wyrażali sceptycyzm co do możliwości dojrzenia maszyn, więc zamówił u stolarza budowę kolejnego, maleńkiego pola w bocznej witrynie sklepu. Kazał przenieść maszynę i posadzić rośliny na nowym polu. Pozwolił im rosnąć. Kiedy niektóre rośliny zaczynały więdnąć, potajemnie przychodził w nocy i zastępował je silniejszymi pędami, dzięki czemu miniaturowe pole zawsze prezentowało się światu odważnie i energicznie.
  Bidwell doszedł do przekonania, że najcięższa forma pracy ludzkiej, jaką uprawiali jego mieszkańcy, dobiegła końca. Steve stworzył i powiesił w witrynie sklepowej dużą tabelę, pokazującą względne koszty zasadzenia akra kapusty maszynowo w porównaniu z ręcznym, co teraz nazywano "starą metodą". Następnie oficjalnie ogłosił, że w Bidwell powstanie spółka akcyjna i że każdy będzie miał szansę do niej dołączyć. Opublikował artykuł w tygodniku, wyjaśniając, że otrzymał wiele ofert wdrożenia swojego projektu w mieście lub innych, większych miastach. "Pan McVeigh, słynny wynalazca, i ja chcemy trzymać się swoich ludzi" - powiedział, mimo że Hugh nic nie wiedział o artykule i nigdy nie był zaangażowany w życie ludzi, do których przemawiał. Wyznaczono datę rozpoczęcia subskrypcji akcji, a Steve szeptał prywatnie o ogromnych zyskach, które go czekały. Sprawa była omawiana w każdym domu i planowano zebrać pieniądze na zakup akcji. John Clark zgodził się pożyczyć procent od wartości nieruchomości miejskiej, a Steve otrzymał długoterminową opcję na wszystkie grunty przylegające do Turner's Pike, aż do Pickleville. Kiedy miasto o tym usłyszało, ogarnęło je zdumienie. "Ojej!" - wykrzyknęli ci, którzy kręcili się przed sklepem - "stary Bidwell dorośnie. Spójrzcie tylko, dobrze? Domy będą aż do Pickleville". Hugh udał się do Cleveland, aby sprawdzić, czy jedna z jego nowych maszyn jest wykonana ze stali i drewna i ma rozmiar pozwalający na jej użycie w warunkach polowych. Powrócił jako bohater w oczach miasta. Jego milczenie pozwoliło ludziom, którzy nie mogli całkowicie zapomnieć o swojej wcześniejszej niewierze w Steve'a, zrozumieć, co uważali za prawdziwie bohaterskie.
  Tego wieczoru, po raz kolejny zatrzymawszy się, by spojrzeć na samochód w oknie jubilerskiego sklepu, tłumy młodych i starych wędrowały wzdłuż Turner's Pike w kierunku stacji Wheeling, gdzie Hugh został zastąpiony przez nowego mężczyznę. Ledwo zauważyli przyjazd wieczornego pociągu. Niczym wierni przed świątynią, patrzyli z pewnego rodzaju czcią na starą fabrykę ogórków. Kiedy Hugh przypadkiem znalazł się wśród nich, nieświadomy wrażenia, jakie wywołał, poczuli się zawstydzeni, tak jak on zawsze był zawstydzony ich obecnością. Każdy marzył o nagłym wzbogaceniu się dzięki potędze ludzkiego umysłu. Myśleli, że zawsze myśli o wielkich rzeczach. Jasne, Steve Hunter mógł być czymś więcej niż tylko blefem, ciosem i udawaniem, ale u Hugha nie było blefu ani ciosu. Nie tracił czasu na słowa. Myślał, a z jego myśli rodziły się niemal niewiarygodne cuda.
  Nowy impuls postępu był odczuwalny w każdym zakątku Bidwell. Starzy mężczyźni, przyzwyczajeni do swojego trybu życia i zaczynający spędzać dni w sennym poddaniu się idei stopniowego zanikania, budzili się i wieczorami spacerowali ulicą Main Street, by dyskutować ze sceptycznymi rolnikami. Oprócz Eda Halla, który stał się Demostenesem w kwestiach postępu i obowiązku miasta, by obudzić się i trzymać się Steve'a Huntera i maszyny, na rogach ulic przemawiało kilkunastu innych mężczyzn. Talent oratorski budził się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Plotki krążyły z ust do ust. Mówiono, że w ciągu roku w Bidwell powstanie cegielnia o powierzchni hektarów, że będą brukowane ulice i oświetlenie elektryczne.
  Co dziwne, najwytrwalszym krytykiem nowego ducha w Bidwell był człowiek, który, jeśli maszyna okaże się skuteczna, będzie mógł zyskać najwięcej na jej wykorzystaniu. Ezra French, człowiek niewtajemniczony, odmówił wiary. Pod naciskiem Eda Halla, dr. Robinsona i innych entuzjastów, odwołał się do słowa Boga, którego imię tak często było na jego ustach. Bluźnierca Boga stał się obrońcą Boga. "Widzicie, to nie może się udać. To nie jest w porządku. Stanie się coś strasznego. Nie będzie deszczu, a rośliny zwiędną i umrą. Będzie jak w Egipcie w czasach biblijnych" - oświadczył. Stary rolnik ze skręconą nogą stanął przed tłumem w aptece i głosił prawdę Słowa Bożego. "Czyż Biblia nie mówi, że ludzie muszą pracować i trudzić się w pocie czoła?" - zapytał ostro. "Czy taka maszyna może się pocić? Wiecie, że to niemożliwe". I on też nie może pracować. Nie, proszę pana. Mężczyźni muszą to zrobić. Tak było odkąd Kain zabił Abla w Ogrodzie Eden. Tak zamierzył Bóg i żaden telegrafista ani bystry młody człowiek jak Steve Hunter - chłopcy z takiego miasta - nie mogą stanąć przede mną i zmienić działania praw Bożych. To niemożliwe, a nawet gdyby dało się to zrobić, byłoby niegodziwością i bezbożnością próbować. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. To złe. Tak mówię, a wszystkie twoje mądre gadanie nie zmieni mojego zdania.
  W 1892 roku Steve Hunter założył pierwsze przedsiębiorstwo przemysłowe, które pojawiło się w Bidwell. Nazywało się Bidwell Plant-Setting Machine Company i ostatecznie upadło. Na brzegu rzeki, z widokiem na główną arterię New York Central, zbudowano dużą fabrykę. Obecnie mieści się w niej Hunter Bicycle Company, a w żargonie przemysłowym nazywa się ją prosperującym przedsiębiorstwem.
  Przez dwa lata Hugh pracował pilnie, próbując udoskonalić pierwszy ze swoich wynalazków. Po sprowadzeniu z Cleveland działających modeli regulatora, Bidwell zatrudnił dwóch wykwalifikowanych mechaników, którzy mieli z nim pracować. W starej trawiarni zainstalowano silnik, tokarki i inne maszyny do produkcji narzędzi. Przez długi czas Steve, John Clark, Tom Butterworth i inni entuzjastyczni zwolennicy przedsięwzięcia nie mieli wątpliwości co do końcowego rezultatu. Hugh pragnął udoskonalić maszynę; jego serce było oddane pracy, którą sobie wyznaczył. Ale dokonał tego wtedy i, co więcej, kontynuował to przez całe życie, nie zdając sobie sprawy z wpływu, jaki będzie to miało na życie otaczających go osób. Dzień po dniu, wraz z dwoma mechanikami z miasta i Ellie Mulberry, która powożąc zaprzęgiem koni dostarczonym przez Steve'a, wyjeżdżał na wynajęte pole na północ od fabryki. Złożony mechanizm miał słabe punkty i wyprodukowano nowe, mocniejsze części. Przez pewien czas maszyna działała idealnie. Potem pojawiły się inne usterki i trzeba było wzmocnić i wymienić inne części. Maszyna stała się zbyt ciężka dla pojedynczej załogi. Nie działała, gdy gleba była zbyt mokra lub zbyt sucha. Pracowała doskonale zarówno w mokrym, jak i suchym piasku, ale nic nie dawała w glinie. W drugim roku, gdy zakład był bliski ukończenia i zainstalowano wiele urządzeń, Hugh podszedł do Steve'a i opowiedział mu o ograniczeniach maszyny. Był przygnębiony swoją porażką, ale dzięki pracy z maszyną czuł, że udało mu się zdobyć wiedzę, czego nigdy nie udałoby mu się osiągnąć, studiując książki. Steve postanowił uruchomić fabrykę, zbudować kilka maszyn i je sprzedać. "Zostaw tych dwóch ludzi, których masz, i nie rozmawiajcie" - powiedział. "Maszyna może być lepsza, niż myślisz. Nigdy nic nie wiadomo". Upewniłem się, że zachowali spokój. Tego popołudnia, w dniu, w którym rozmawiał z Hughem, Steve wezwał cztery osoby, z którymi współpracował przy promocji przedsięwzięcia, na zaplecze banku i opowiedział im o sytuacji. "Mamy kłopoty" - powiedział. "Jeśli pozwolimy, by informacja o awarii tej maszyny rozeszła się, gdzie skończymy? To kwestia przetrwania najsilniejszych".
  Steve wyjaśnił swój plan mężczyznom w pokoju. W końcu, jak powiedział, żaden z nich nie miał powodu do zmartwień. Przyjął ich i zaproponował, że ich wyprowadzi. "Jestem właśnie takim facetem" - powiedział pompatycznie. W pewnym sensie, dodał, cieszył się, że sprawy potoczyły się tak, jak się potoczyły. Czterech mężczyzn zainwestowało niewiele prawdziwych pieniędzy. Wszyscy szczerze starali się zrobić coś dla miasta, a on dopilnował, żeby wszystko dobrze się skończyło. "Będziemy sprawiedliwi wobec wszystkich" - powiedział. "Wszystkie akcje firmy zostały sprzedane. Wyprodukujemy kilka maszyn i je sprzedamy. Jeśli okażą się nieudane, jak myśli ten wynalazca, to nie będzie nasza wina. Zakład, widzicie, będzie musiał zostać sprzedany tanio. Kiedy nadejdzie ten czas, nasza piątka będzie musiała ratować siebie i przyszłość miasta. Maszyny, które kupiliśmy, to, widzicie, maszyny do obróbki żelaza i drewna, najnowocześniejsze technologie. Można ich użyć do produkcji czegoś innego. Jeśli maszyna fabryczna się zepsuje, po prostu kupimy zakład po niskiej cenie i wyprodukujemy coś innego. Być może miasto byłoby w lepszej sytuacji, gdybyśmy mieli pełną kontrolę nad zapasami. Widzicie, my, garstka ludzi, musimy tu wszystkim zarządzać. Naszym zadaniem będzie zadbanie o to, aby siła robocza była dobrze wykorzystana. Mnóstwo drobnych akcjonariuszy to utrapienie. Poproszę każdego z was, abyście nie sprzedawali swoich akcji, ale jeśli ktoś do was przyjdzie i zapyta o ich wartość, oczekuję, że będziecie lojalni wobec naszego przedsiębiorstwa. Zacznę szukać czegoś, co zastąpi maszynę instalacyjną, a kiedy... Sklep się zamknie, zaczniemy od nowa. Nie codziennie ludzie mają okazję sprzedać sobie piękną fabrykę pełną nowego sprzętu, co możemy zrobić za około rok.
  Steve wyszedł z banku, zostawiając czterech mężczyzn patrzących na siebie. Potem jego ojciec wstał i wyszedł. Pozostali mężczyźni, wszyscy związani z bankiem, wstali i odeszli. "Cóż" - powiedział John Clark nieco ociężale - "to mądry człowiek. Chyba jednak będziemy musieli zostać z nim i z miastem. Mówi, że musimy korzystać z pracy. Nie rozumiem, jak cieśla czy rolnik może mieć mały zapas w fabryce. To tylko odciąga ich od pracy. Mają głupie marzenia o bogactwie i nie dbają o własne sprawy. Byłoby to prawdziwą korzyścią dla miasta, gdyby fabryka należała do kilku mężczyzn". Bankier zapalił cygaro i podszedł do okna, patrząc na główną ulicę Bidwell. Miasto już się zmieniło. Przy Main Street, na wprost okna banku, powstawały trzy nowe ceglane budynki. Robotnicy, którzy pracowali przy budowie fabryki, przyjechali do miasta, żeby zamieszkać, i wiele nowych domów było budowanych. Handel kwitł wszędzie. Akcje spółki były nadsubskrybowane i niemal każdego dnia ludzie przychodzili do banku, żeby rozmawiać o dokupieniu akcji. Zaledwie dzień wcześniej przyszedł farmer z dwoma tysiącami dolarów. Umysł bankiera zaczynał wydzielać truciznę jego wieku. "Ostatecznie to tacy ludzie jak Steve Hunter, Tom Butterworth, Gordon Hart i ja musimy się wszystkim zająć, a żeby być w stanie to zrobić, musimy sami o siebie zadbać" - wyszeptał. Spojrzał z powrotem na Main Street. Tom Butterworth wyszedł frontowymi drzwiami. Chciał zostać sam i pomyśleć o własnych sprawach. Gordon Hart wrócił do pustego pokoju na zapleczu i stojąc przy oknie, wyjrzał na alejkę. Jego myśli płynęły tym samym tonem, co myśli prezesa banku. Myślał również o ludziach, którzy chcieli kupić akcje firmy skazanej na porażkę. Zaczął wątpić w osąd Hugh McVeigha w razie porażki. "Tacy ludzie są zawsze pesymistyczni" - powiedział sobie. Z okna na tyłach banku widział ponad dachami rzędu małych stodół ulicę osiedlową, gdzie budowano dwa nowe przytułki. Jego myśli różniły się od myśli Johna Clarka tylko tym, że był młodszy. "Kilku młodszych mężczyzn, takich jak Steve i ja, będzie musiało wziąć sprawy w swoje ręce" - mruknął na głos. "Potrzebujemy pieniędzy, którymi możemy zarządzać. Będziemy musieli wziąć odpowiedzialność za posiadanie pieniędzy".
  John Clark zaciągał się cygarem przy wejściu do banku. Czuł się jak żołnierz ważący szanse bitwy. Mgliście wyobrażał sobie siebie jako generała, coś w rodzaju amerykańskiego grantu przemysłowego. Życie i szczęście wielu, powtarzał sobie, zależą od precyzyjnego funkcjonowania jego mózgu. "Cóż", pomyślał, "kiedy fabryki przybywają do miasta i zaczyna ono rosnąć tak, jak to miasto, nikt nie może tego powstrzymać. Człowiek, który myśli o jednostkach, o zwykłych ludziach z oszczędnościami, którzy mogą ucierpieć z powodu załamania przemysłowego, jest po prostu słabeuszem. Ludzie muszą stawić czoła odpowiedzialności, jaką niesie ze sobą życie. Ci nieliczni, którzy widzą jasno, muszą myśleć przede wszystkim o sobie. Muszą ratować siebie, aby ratować innych".
  
  
  
  Interesy w Bidwell kwitły, a Steve'owi Hunterowi sprzyjał przypadek. Hugh wynalazł urządzenie, które mogło podnieść załadowany wagon z węglem z torów kolejowych, unieść go wysoko w powietrze i zrzucić jego zawartość do zsypu. Dzięki niemu cały wagon węgla mógł zostać rozładowany z hukiem do ładowni statku lub maszynowni fabryki. Wykonano model nowego wynalazku i złożono wniosek patentowy. Steve Hunter zabrał go następnie do Nowego Jorku. Otrzymał za to dwieście tysięcy dolarów w gotówce, z czego połowę otrzymał Hugh. Wiara Steve'a w wynalazczy geniusz mieszkańców Missouri została odnowiona i wzmocniona. Z uczuciem bliskim satysfakcji oczekiwał momentu, gdy miasto będzie musiało przyznać się do awarii maszyny fabrycznej, a fabryka z nowymi maszynami zostanie wystawiona na sprzedaż. Wiedział, że jego wspólnicy, promujący przedsięwzięcie, potajemnie sprzedają swoje udziały. Pewnego dnia udał się do Cleveland i odbył długą rozmowę z bankierem. Hugh pracował przy kombajnie do zbioru kukurydzy i już wykupił na nim udziały. "Może kiedy przyjdzie czas na sprzedaż fabryki, znajdzie się więcej niż jeden oferent" - powiedział Ernestine, córce mydlarza, która wyszła za niego miesiąc po sprzedaży maszyny do rozładunku wozów. Był oburzony, gdy opowiedział jej o niewierności dwóch mężczyzn z banku i bogatego rolnika, Toma Butterwortha. "Sprzedają swoje akcje i pozwalają drobnym akcjonariuszom stracić pieniądze" - oświadczył. "Mówiłem im, żeby tego nie robili. Teraz, jeśli cokolwiek pokrzyżuje im plany, nie będą mieli do mnie pretensji".
  Prawie rok zajęło przekonywanie mieszkańców Bidwell do zostania inwestorami. Potem sprawy zaczęły nabierać tempa. Przygotowano grunt pod fabrykę. Nikt nie wiedział o trudnościach napotkanych podczas prób udoskonalenia maszyny, a plotki głosiły, że w rzeczywistych próbach polowych okazała się ona całkowicie praktyczna. Sceptyczni rolnicy, którzy przyjeżdżali do miasta w soboty, śmiali się z miejscowych entuzjastów. Pole, obsiane w jednym z krótkich okresów, gdy maszyna, znajdując idealne warunki glebowe, działała bez zarzutu, pozostawiono do wzrostu. Tak jak wtedy, gdy obsługiwał maleńki model w witrynie sklepowej, Steve nie chciał ryzykować. Polecił Edowi Hallowi wyjść w nocy i wymienić uschnięte rośliny. "To w porządku" - wyjaśnił Edowi. "Sto rzeczy może spowodować obumarcie roślin, ale jeśli umrą, to wina maszyny. Co stanie się z tym miastem, jeśli nie uwierzymy w to, co tu wyprodukujemy?"
  Tłumy ludzi, którzy wieczorami spacerowali wzdłuż Turner's Pike, by spojrzeć na pola z długimi rzędami dorodnej, młodej kapusty, poruszały się niespokojnie i rozmawiały o nowych dniach. Z pól szli wzdłuż torów kolejowych do fabryki. Ceglane mury zaczęły wznosić się ku niebu. Maszyny zaczęły przybywać, przechowywane pod tymczasowymi schronieniami, dopóki nie można ich było postawić. Do miasta przybyła grupa robotników, a tego wieczoru na Main Street pojawiły się nowe twarze. To, co działo się w Bidwell, działo się w miastach na całym Środkowym Zachodzie. Przemysł rozwijał się przez węglowe i żelazne regiony Pensylwanii, do Ohio i Indiany, a dalej na zachód, do stanów graniczących z rzeką Missisipi. W Ohio i Indianie odkryto gaz i ropę naftową. Z dnia na dzień wsie stały się miastami. Szaleństwo opanowało umysły ludzi. Wsie takie jak Lima i Findlay w Ohio oraz Muncie i Anderson w Indianie w ciągu kilku tygodni rozrosły się do małych miasteczek. Po niektórych z tych miejsc kursowały pociągi wycieczkowe, pragnące dotrzeć i zainwestować swoje pieniądze. Działki miejskie, które można było kupić za kilka dolarów zaledwie kilka tygodni przed odkryciem ropy naftowej lub gazu, sprzedawały się za tysiące. Bogactwo zdawało się płynąć z samej ziemi. Na farmach w Indianie i Ohio, gigantyczne odwierty gazowe wyrywały sprzęt wiertniczy z ziemi, wylewając paliwo tak niezbędne dla współczesnego rozwoju przemysłu na otwartą przestrzeń. Dowcipny mężczyzna, stojąc przed jednym z huczących odwiertów gazowych, wykrzyknął: "Tato, Ziemia ma niestrawność; ma gaz w żołądku. Jej twarz pokryje się pryszczami".
  Ponieważ przed pojawieniem się fabryk nie było rynku na gaz, rozpalano studnie, a nocą niebo rozświetlały ogromne, płonące pochodnie. Rury układano na powierzchni ziemi, a robotnik w ciągu jednego dnia pracy zarabiał wystarczająco dużo, by ogrzać dom przez całą zimę w tropikalnym upale. Rolnicy, którzy posiadali ziemie roponośne, kładli się spać biedni i zadłużeni w banku, a rano budzili się bogaci. Przenosili się do miast i inwestowali swoje pieniądze w fabryki, które powstawały wszędzie. W jednym hrabstwie w południowym Michigan w ciągu jednego roku wydano ponad pięćset patentów na ogrodzenia z plecionego drutu, a prawie każdy patent stał się magnesem, wokół którego powstawała firma ogrodzeniowa. Z ziemi zdawała się wydobywać potężna energia i zarażać ludzi. Tysiące najbardziej energicznych ludzi w środkowych stanach wyczerpało się, tworząc firmy, a kiedy te firmy upadały, natychmiast zakładali kolejne. W szybko rozwijających się miastach firmy organizacyjne, reprezentujące miliony dolarów, mieszkały w pospiesznie budowanych domach przez cieśli, którzy przed Wielkim Przebudzeniem budowali stodoły. Był to czas odrażającej architektury, czas, gdy myśl i nauka ustały. Bez muzyki, bez poezji, bez piękna w życiu i impulsach, cały naród, pełen rodzimej energii i witalności, żyjący w nowej krainie, rzucił się w chaosie w nową erę. Handlarz końmi z Ohio zarobił milion dolarów, sprzedając patenty, które kupił za cenę konia hodowlanego, zabrał żonę do Europy i kupił obraz w Paryżu za pięćdziesiąt tysięcy dolarów. W innym stanie Środkowego Zachodu mężczyzna, który sprzedawał leki patentowe w całym kraju, zajął się dzierżawą ropy naftowej, stał się bajecznie bogaty, kupił trzy dzienniki i przed ukończeniem trzydziestu pięciu lat udało mu się wybrać gubernatora swojego stanu. W hołdzie jego energii zapomniano o jego nieprzydatności jako męża stanu.
  W czasach przedindustrialnych, przed gorączkowym przebudzeniem, miasteczka Środkowego Zachodu były sennymi miejscami poświęconymi starym rzemiosłom, rolnictwu i handlowi. Rano mieszkańcy miast wyruszali do pracy w polu lub zajmowali się ciesielstwem, podkuwaniem koni, produkcją wozów, naprawą uprzęży, szewstwem i szyciem odzieży. Czytali książki i wierzyli w Boga zrodzonego w umysłach ludzi wyłaniających się z cywilizacji bardzo podobnej do ich własnej. Na farmach i w domach szeregowych mężczyźni i kobiety pracowali razem, aby osiągnąć te same cele życiowe. Mieszkali w małych, szkieletowych domach, ustawionych na płaskim terenie, przypominających pudełka, ale solidnie zbudowanych. Cieśla, który budował dom, odróżniał go od stodoły, umieszczając pod okapem coś, co nazywał ornamentyką wolumetryczną, i budując ganek z rzeźbionymi słupkami od frontu. Po wielu latach mieszkania w jednym z ubogich domów, po narodzinach dzieci i śmierci mężczyzn, po cierpieniach mężczyzn i kobiet i wspólnych chwilach radości w maleńkich pokojach pod niskimi dachami, nastąpiła subtelna zmiana. Domy stały się niemal piękne w swoim dawnym człowieczeństwie. Każdy dom zaczął niejasno odzwierciedlać osobowość ludzi, którzy w nim mieszkali.
  Życie w domach i domach wzdłuż wiejskich dróg budziło się wraz ze świtem. Za każdym domem znajdowała się stodoła dla koni i krów, a także obory dla świń i kur. W ciągu dnia ciszę przerywał chóralny rżenie, piski i okrzyki. Chłopcy i mężczyźni wychodzili ze swoich domów. Stali na otwartej przestrzeni przed stodołami, przeciągając się niczym śpiące zwierzęta. Ich ramiona wyciągały się w górę, jakby modlili się do bogów o dobre dni, a pogodne dni nadchodziły. Mężczyźni i chłopcy podchodzili do pompy obok domu i myli twarze i ręce zimną wodą. Zapach i odgłosy gotowania wypełniały kuchnię. Kobiety również były w ruchu. Mężczyźni wchodzili do stodół, aby nakarmić zwierzęta, a następnie spieszyli do domów, aby się najeść. Z obór, gdzie świnie jadły kukurydzę, dobiegało ciągłe chrząkanie, a w domach zapadała spokojna cisza.
  Po śniadaniu mężczyźni i zwierzęta wspólnie wychodzili na pola, by wykonywać swoje obowiązki, podczas gdy w domach kobiety cerowały ubrania, przechowywały owoce w słoikach na zimę i omawiały kobiece sprawy. W dni targowe prawnicy, lekarze, urzędnicy sądów okręgowych i kupcy przechadzali się ulicami miasta w długich rękawach. Malarz szedł z drabiną przerzuconą przez ramię. W ciszy słychać było stukot młotów ciesielskich, budujących nowy dom dla syna kupca, który ożenił się z córką kowala. W uśpionych umysłach budziło się poczucie spokojnego rozwoju. Był to czas rozkwitu sztuki i piękna na wsi.
  Zamiast tego, obudził się gigantyczny przemysł. Chłopcy, którzy czytali w szkole o Lincolnie przemierzającym kilometry przez lasy, by zdobyć swoją pierwszą książkę, i o Garfieldzie, chłopcu na szlaku, który został prezydentem, zaczęli czytać w gazetach i czasopismach o ludziach, którzy rozwijając swoje umiejętności zarabiania i oszczędzania pieniędzy, nagle stali się niewiarygodnie bogaci. Zatrudnieni pisarze nazywali tych ludzi wielkimi, ale ludziom brakowało dojrzałości umysłowej, by oprzeć się sile często powtarzanych oświadczeń. Niczym dzieci, ludzie wierzyli w to, co im mówiono.
  Podczas gdy nowa rafineria powstawała dzięki starannie zaoszczędzonym pieniądzom mieszkańców, młodzi mężczyźni z Bidwell wyjeżdżali do pracy gdzie indziej. Po odkryciu ropy naftowej i gazu w sąsiednich stanach, podróżowali do miast, które przeżywały rozkwit, i wracali do domu z niezwykłymi historiami. W miastach, które przeżywały rozkwit, mężczyźni zarabiali cztery, pięć, a nawet sześć dolarów dziennie. Potajemnie, gdy nie było nikogo starszego, opowiadali historie o przygodach, jakie przeżyli w nowych miejscach; o tym, jak kobiety z miast, zwabione napływem pieniędzy, przybywały do miasta; i o chwilach spędzonych z tymi kobietami. Młody Harley Parsons, którego ojciec był szewcem i uczył się kowalstwa, podjął pracę na jednym z nowych pól naftowych. Wracał do domu w modnej jedwabnej kamizelce i zadziwiał towarzyszy, kupując i paląc cygara za dziesięć centów. Miał kieszenie pełne pieniędzy. "Nie zabawię długo w tym mieście, możecie być pewni" - oznajmił pewnego wieczoru, stojąc w otoczeniu grupy wielbicieli przed Fanny Twist, sklepem z modowymi dodatkami na dolnej Main Street. "Byłem z Chinką, Włoszką i Południowoamerykanką". Zaciągnął się cygarem i splunął na chodnik. "Wyciągnę z życia wszystko, co się da" - oznajmił. "Wracam i nagram płytę. Zanim skończę, będę z każdą kobietą na świecie, to właśnie zamierzam zrobić".
  Joseph Wainsworth, uprzężnik, który jako pierwszy w Bidwell odczuł ciężar industrializacji, nie mógł otrząsnąć się po rozmowie z Butterworthem, rolnikiem, który poprosił go o naprawę uprzęży produkowanych maszynowo w fabryce. Zamilkł i zniechęcił się, mamrocząc coś pod nosem, wykonując swoją pracę w warsztacie. Kiedy Will Sellinger, jego uczeń, rzucił pracę i wyjechał do Cleveland, nie miał już innego syna i przez jakiś czas pracował sam w warsztacie. Zyskał opinię "złego człowieka" i rolnicy przestali przychodzić do niego w zimowe dni, żeby się poleniuchować. Joe, wrażliwy człowiek, czuł się jak Pigmejczyk, maleńkie stworzenie, które zawsze idzie obok olbrzyma, który może go w każdej chwili zniszczyć. Przez całe życie był nieco niegrzeczny dla swoich klientów. "Jeśli nie podoba im się moja praca, niech idą do diabła" - mawiał swoim uczniom. "Znam swój fach i nie muszę się tu nikomu kłaniać".
  Kiedy Steve Hunter założył firmę Bidwell Plant-Setting Machine Company, producent pasów bezpieczeństwa zainwestował swoje oszczędności w akcje firmy w wysokości 1200 dolarów. Pewnego dnia, gdy fabryka była w budowie, usłyszał, że Steve zapłacił 1200 dolarów za nową tokarkę, która właśnie dotarła z dostawą i była instalowana na podłodze niedokończonego budynku. Promotor powiedział rolnikowi, że tokarka może wykonać pracę stu ludzi, a rolnik przyszedł do warsztatu Joego i powtórzył to stwierdzenie. To utkwiło Joe'owi w pamięci i doszedł do wniosku, że 1200 dolarów, które zainwestował w akcje, zostało przeznaczone na zakup tokarki. Były to pieniądze, które zarobił latami pracy, a teraz mógłby za nie kupić maszynę zdolną wykonać pracę stu ludzi. Jego majątek pomnożył się już stukrotnie i zastanawiał się, dlaczego nie może być z tego zadowolony. Czasem był szczęśliwy, a czasem po tym szczęściu następował dziwny atak depresji. A co, gdyby maszyna do ustawiania roślin jednak przestała działać? Co więc można było zrobić z tokarką, maszyną kupioną za jego pieniądze?
  Pewnego wieczoru po zmroku, nie mówiąc żonie, poszedł ulicą Turner's Pike do starego młyna Pickleville, gdzie Hugh, tępa Ellie Mulberry i dwaj miejscy mechanicy próbowali naprawić maszynę do sadzenia roślin. Joe chciał rzucić okiem na wysokiego, szczupłego mężczyznę z Zachodu i wpadł mu do głowy pomysł, żeby spróbować nawiązać z nim rozmowę i zapytać o jego opinię na temat szans powodzenia nowej maszyny. Człowiek z krwi i kości chciał spacerować w obecności człowieka z nowej ery żelaza i stali. Kiedy dotarł do młyna, było ciemno, a dwóch robotników miejskich siedziało w ciężarówce ekspresowej przed stacją Wheeling, paląc wieczorne fajki. Joe minął ich i podszedł do drzwi stacji, a następnie wrócił wzdłuż peronu i ponownie wsiadł do Turner's Pike. Wędrował ścieżką wzdłuż drogi i wkrótce zobaczył Hugh McVeigha idącego w jego kierunku. Pewnego wieczoru Hugh, przytłoczony samotnością i zdziwiony faktem, że jego nowa rola w mieście nie przybliżyła go do ludzi, wybrał się na spacer ulicą Main Street, mając nadzieję, że ktoś przełamie jego zakłopotanie i nawiąże z nim rozmowę.
  Kiedy uprzążowiec zobaczył Hugha idącego ścieżką, podkradł się do rogu ogrodzenia i, kucając, obserwował go tak, jak Hugh obserwował francuskich chłopców pracujących na polach kapusty. Dziwne myśli przemknęły mu przez głowę. Niezwykle wysoka postać przed nim wydała mu się przerażająca. Poczuł dziecinny gniew i przez chwilę rozważał chwycenie kamienia w dłoń i rzucenie nim w człowieka, którego umysł tak bardzo zrujnował jego własne życie. Potem, gdy postać Hugha odeszła ścieżką, ogarnął go inny nastrój. "Całe życie pracowałem za tysiąc dwieście dolarów, wystarczająco dużo, żeby kupić jedną maszynę, o którą ten człowiek nie dba" - mruknął na głos. "Mogę na tym zarobić więcej, niż włożyłem: Steve Hunter mówi, że mogę. Jeśli maszyny zniszczą przemysł uprzęży, kogo to obchodzi? Ja dam sobie radę". Wystarczy, że wejdziesz w nowe czasy, obudzisz się - to jest to. Ze mną jest tak samo, jak ze wszystkimi innymi: kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje".
  Joe wyłonił się zza rogu ogrodzenia i skradał się drogą za Hughem. Ogarnęło go uczucie pilności i pomyślał, że chciałby podczołgać się bliżej i dotknąć palcem rąbka płaszcza Hugha. Obawiając się zrobienia czegoś tak śmiałego, jego myśli obrały nowy kierunek. Pobiegł w ciemności drogą w kierunku miasta, a po przekroczeniu mostu i dotarciu do New York Central Railroad skręcił na zachód i podążał wzdłuż torów, aż dotarł do nowej fabryki. W ciemności niedokończone mury wznosiły się ku niebu, a wokół leżały stosy materiałów budowlanych. Noc była ciemna i pochmurna, ale teraz księżyc zaczynał przebijać się przez nie. Joe przeczołgał się przez stertę cegieł i przez okno wszedł do budynku. Macał ściany, aż natknął się na stertę żelaza przykrytą gumowym kocem. Był pewien, że to tokarka, którą kupił za swoje pieniądze, maszyna, która wykona pracę stu ludzi i która uczyni go wygodnie bogatym na starość. Nikt nie wspominał o przywiezieniu na halę fabryczną kolejnej maszyny. Joe uklęknął i objął ramionami ciężkie, żelazne nogi maszyny. "Jakie to mocne! Nie złamie się tak łatwo" - pomyślał. Miał ochotę zrobić coś, o czym wiedział, że byłoby głupotą: pocałować żelazne nogi maszyny albo uklęknąć przed nią i odmówić modlitwę. Zamiast tego wstał i, znów wychodząc przez okno, poszedł do domu. Poczuł się odnowiony i pełen nowej odwagi dzięki nocnym doświadczeniom, ale kiedy dotarł do domu i stanął przed drzwiami, usłyszał swojego sąsiada, Davida Chapmana, kołodzieja pracującego w warsztacie wozowym Charliego Collinsa, modlącego się w swojej sypialni przed otwartym oknem. Joe słuchał przez chwilę i z jakiegoś powodu, którego nie mógł zrozumieć, jego nowo odkryta wiara została zachwiana przez to, co usłyszał. David Chapman, pobożny metodysta, modlił się za Hugh McVeigha i sukces jego wynalazku. Joe wiedział, że jego sąsiad również zainwestował swoje oszczędności w akcje nowej firmy. Myślał, że tylko on wątpi w powodzenie tego przedsięwzięcia, ale było jasne, że wątpliwości wkradły się również do umysłu kołodzieja. Błagalny głos modlącego się mężczyzny, przerywający ciszę nocy, przebił się i na chwilę całkowicie zburzył jego pewność siebie. "O Boże, pomóż temu człowiekowi, Hugh McVeighowi, usunąć wszystkie przeszkody stojące mu na drodze" - modlił się David Chapman. "Spraw, by maszyna do strojenia roślin odniosła sukces. Wnieś światło w ciemne miejsca. O Panie, pomóż Hugh McVeighowi, Twojemu słudze, pomyślnie zbudować maszynę do sadzenia".
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA TRZECIA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VIII
  
  Kiedy Clara Butterworth, córka Toma Butterwortha, skończyła osiemnaście lat, ukończyła miejscowe liceum. Do lata swoich siedemnastych urodzin była wysoką, silną, muskularną dziewczyną, nieśmiałą w obecności obcych i śmiałą w towarzystwie osób, które dobrze znała. Jej oczy były niezwykle łagodne.
  Dom Butterworthów przy Medina Road stał za sadem jabłkowym, a obok niego znajdował się kolejny sad. Medina Road biegła na południe od Bidwell i stopniowo wznosiła się w kierunku krajobrazu łagodnych wzgórz, oferując wspaniały widok z bocznego ganku domu Butterworthów. Sam dom, duży ceglany budynek z kopułą na szczycie, uchodził wówczas za najbardziej pretensjonalne miejsce w hrabstwie.
  Za domem znajdowało się kilka dużych stodół dla koni i bydła. Większość ziemi uprawnej Toma Butterwortha znajdowała się na północ od Bidwell, a niektóre z jego pól były oddalone o pięć mil od domu; ale ponieważ sam nie uprawiał ziemi, nie miało to znaczenia. Gospodarstwa były dzierżawione mężczyznom, którzy uprawiali je na zasadzie udziału. Oprócz rolnictwa Tom miał inne zainteresowania. Posiadał dwieście akrów ziemi na zboczu wzgórza w pobliżu domu i, z wyjątkiem kilku pól i pasma lasu, był on przeznaczony na wypas owiec i bydła. Mleko i śmietana były dostarczane mieszkańcom Bidwell każdego ranka dwoma wozami prowadzonymi przez jego pracowników. Pół mili na zachód od jego domu, przy bocznej drodze, na skraju pola, gdzie ubijano bydło na targ w Bidwell, znajdowała się rzeźnia. Tom był jej właścicielem i zatrudniał ludzi, którzy dokonywali uboju. Strumień, który spływał ze wzgórz przez jedno z pól za jego domem, był spiętrzony, a na południe od stawu znajdowała się lodownia. Zaopatrywał też miasto w lód. Pod drzewami w jego sadach stało ponad sto uli, a on co roku dostarczał miód do Cleveland. Sam rolnik zdawał się nic nie robić, ale jego bystry umysł zawsze pracował. W długie, senne letnie dni jeździł konno po hrabstwie, kupując owce i bydło, zatrzymując się, by wymienić konie z rolnikiem, targując się o nowe działki i był nieustannie zajęty. Miał jedną pasję. Uwielbiał szybkie konie, ale nie chciał się nimi zajmować. "Ta gra prowadzi tylko do kłopotów i długów" - powiedział swojemu przyjacielowi Johnowi Clarkowi, bankierowi. "Pozwól innym ludziom posiadać konie i rujnować się, ścigając się na nich. Ja pójdę na wyścigi". Każdej jesieni mogę pojechać do Cleveland na tor wyścigowy. Jeśli szaleję za jakimś koniem, zakładam się o dziesięć dolarów, że wygra. Jeśli nie, tracę dziesięć dolarów. Gdybym go posiadał, prawdopodobnie straciłbym setki na szkoleniu i tak dalej. Rolnik był wysokim mężczyzną z białą brodą, szerokimi ramionami i raczej małymi, szczupłymi, białymi dłońmi. Żuł tytoń, ale pomimo tego nałogu skrupulatnie dbał o czystość siebie i swojej białej brody. Jego żona zmarła, gdy był jeszcze w pełni sił życiowych, ale kobiety go nie interesowały. Jego umysł, jak kiedyś powiedział przyjacielowi, był zbyt zajęty własnymi sprawami i myślami o pięknych koniach, które widział, by oddawać się takim bzdurom.
  Przez wiele lat rolnik poświęcał niewiele uwagi swojej córce, Klarze, swojemu jedynemu dziecku. W dzieciństwie opiekowała się nią jedna z pięciu sióstr, z których wszystkie, z wyjątkiem tej, która mieszkała z nim i prowadziła jego dom, były w szczęśliwych związkach małżeńskich. Jego żona była raczej drobną kobietą, ale córka odziedziczyła po nim siłę fizyczną.
  Kiedy Clara miała siedemnaście lat, pokłóciła się z ojcem, co ostatecznie zniszczyło ich związek. Kłótnia zaczęła się pod koniec lipca. Lato na farmach było pracowite, ponad tuzin ludzi pracowało w stodołach, dostarczając lód i mleko do miasta i do rzeźni oddalonych o pół mili. Tego lata coś się stało z dziewczyną. Godzinami siedziała w swoim pokoju w domu, czytając książki, albo leżała w hamaku w ogrodzie, patrząc przez powiewające liście jabłoni na letnie niebo. Światło, dziwnie miękkie i zachęcające, czasami odbijało się w jej oczach. Jej sylwetka, wcześniej chłopięca i silna, zaczęła się zmieniać. Przechodząc przez dom, czasami uśmiechała się do niczego. Jej ciotka ledwo zauważała, co się z nią dzieje, ale jej ojciec, który przez całe życie zdawał się ledwo zdawać sobie sprawę z jej istnienia, zainteresował się. W jej obecności zaczął czuć się jak młody mężczyzna. Podobnie jak w czasach zalotów do jej matki, zanim zaborcza namiętność zniszczyła jego zdolność do miłości, zaczął mgliście przeczuwać, że życie wokół niego jest pełne sensu. Czasami po południu, gdy wyruszał w jedną ze swoich długich podróży samochodem przez kraj, prosił córkę, by mu towarzyszyła, i choć miał niewiele do powiedzenia, w jego stosunku do budzącej się dziewczyny pojawiała się pewna galanteria. Gdy była z nim w powozie, nie żuł tytoniu, a po kilku próbach oddania się temu nawykowi, nie pozwalając dymowi dmuchać jej w twarz, rzucił fajkę podczas jazdy.
  Aż do tego lata Clara zawsze spędzała miesiące poza szkołą w towarzystwie rolników. Jeździła wozami, odwiedzała stodoły, a kiedy znudziło ją towarzystwo starszych ludzi, szła do miasta, żeby spędzić dzień z jedną ze swoich koleżanek z miasta.
  Latem, mając siedemnaście lat, nie robiła nic z tych rzeczy. Jadła w milczeniu przy stole. Rodzina Butterworthów w tamtym czasie rządziła się staromodnymi, amerykańskimi prawami, a robotnicy rolni, mężczyźni prowadzący wozy z lodem i mlekiem, a nawet mężczyźni ubijający i rozbiorący bydło i owce, jedli przy tym samym stole z Tomem Butterworthem, jego siostrą, która pracowała jako gosposia, i jego córką. Trzy dziewczyny najemne pracowały w domu, a kiedy wszystko zostało podane, one również przychodziły i zajmowały miejsca przy stole. Starsi mężczyźni spośród pracowników farmera, z których wielu znało ją od dzieciństwa, mieli zwyczaj dokuczania swojej pani. Wygłaszali komentarze na temat chłopców z miasta, młodych mężczyzn, którzy pracowali jako urzędnicy w sklepach lub byli uczniami jakiegoś kupca, z których jeden mógł przyprowadzić dziewczynę późno w nocy ze szkolnej imprezy lub jednego z tak zwanych "przyjęć towarzyskich" organizowanych w kościołach miejskich. Po posiłku, z tą osobliwie cichą i skupioną miną wygłodniałych robotników, robotnicy rolni odchylili się na krzesłach i mrugnęli do siebie. Dwóch z nich rozpoczęło szczegółową rozmowę o jakimś incydencie z życia dziewczyny. Jeden ze starszych mężczyzn, który pracował na farmie od wielu lat i cieszył się wśród innych reputacją dowcipnego mężczyzny, zaśmiał się cicho. Zaczął mówić do nikogo konkretnego. Nazywał się Jim Priest i chociaż wojna secesyjna wybuchła na wsi, gdy miał czterdzieści lat, był żołnierzem. W Bidwell uważano go za oszusta, ale jego pracodawca bardzo go lubił. Obaj mężczyźni często spędzali godziny na dyskusjach o zaletach znanych koni kłusujących. Podczas wojny Jim był tak zwanym najemnikiem, a po mieście krążyły plotki, że jest również dezerterem i łowcą nagród. Nie chodził do miasta z innymi mężczyznami w sobotnie popołudnia i nigdy nie próbował wstąpić do biura G.A.R. w Bidwell. W soboty, podczas gdy inni robotnicy rolni myli się, golili i ubierali w niedzielne ubrania, przygotowując się do cotygodniowej jazdy do miasta, Jim zawołał jednego z nich do stodoły, wsunął mu do ręki ćwierćdolarówkę i powiedział: "Przynieś mi pół pinty i nie zapomnij". W niedzielne popołudnia właził na strych jednej ze stodół, wypijał swoją cotygodniową porcję whisky, upijał się i czasami nie pojawiał się aż do poniedziałkowego poranka, kiedy trzeba było iść do pracy. Tej jesieni Jim wziął swoje oszczędności i pojechał na tydzień na wielki wyścig wyścigowy w Cleveland, gdzie kupił drogi prezent dla córki swojego pracodawcy, a resztę pieniędzy postawił na wyścigi. Kiedy miał szczęście, zostawał w Cleveland, pijąc i hucznie hulając, aż cała wygrana się skończyła.
  To Jim Priest zawsze przewodził w żartach przy stole, a latem, gdy skończyła siedemnaście lat i nie miała już ochoty na takie żarty, to Jim położył im kres. Przy stole Jim odchylił się na krześle, pogłaskał swoją rudą, szczeciniastą brodę, która teraz szybko siwiała, spojrzał przez okno nad głową Clary i opowiedział historię o próbie samobójczej młodego mężczyzny zakochanego w Clarze. Powiedział, że młody mężczyzna, sprzedawca w sklepie w Bidwell, wziął spodnie z półki, przywiązał jedną nogawkę do szyi, a drugą do wspornika w ścianie. Potem zeskoczył z lady i ocalał przed śmiercią tylko dlatego, że przechodząca obok sklepu dziewczyna z miasta zobaczyła go, wbiegła do środka i dźgnęła go nożem. "Co o tym myślisz?" krzyknął. "Mówię ci, że był zakochany w naszej Clarze".
  Po opowiedzeniu historii Clara wstała od stołu i wybiegła z pokoju. Robotnicy rolni, do których dołączył jej ojciec, wybuchnęli serdecznym śmiechem. Jej ciotka pogroziła palcem Jimowi Priestowi, bohaterowi tej chwili. "Dlaczego jej nie zostawisz w spokoju?" - zapytała.
  "Nigdy nie wyjdzie za mąż, jeśli zostanie tutaj, gdzie wyśmiewacie każdego młodego mężczyznę, który zwraca na nią uwagę". Clara zatrzymała się w drzwiach i odwracając się, pokazała język Jimowi Priestowi. Rozległ się kolejny wybuch śmiechu. Krzesła zaskrzypiały o podłogę, a mężczyźni tłumnie wyszli z domu, by wrócić do pracy w stodołach i na farmie.
  Tego lata, kiedy nadeszła w niej zmiana, Clara siedziała przy stole i ignorowała opowieści Jima Priesta. Uważała, że robotnicy rolni, którzy jedli tak łapczywie, są wulgarni, czego nigdy wcześniej nie doświadczyła, i żałowała, że musi z nimi jeść. Pewnego popołudnia, leżąc w hamaku w ogrodzie, usłyszała kilku mężczyzn w pobliskiej stodole, rozmawiających o zmianie, jaka w niej zaszła. Jim Priest wyjaśnił, co się stało. "Nasza zabawa z Clarą się skończyła" - powiedział. "Teraz będziemy musieli traktować ją inaczej. Nie jest już dzieckiem. Będziemy musieli zostawić ją w spokoju, bo wkrótce przestanie z nami rozmawiać. Tak się dzieje, gdy dziewczyna zaczyna myśleć o byciu kobietą". Sok zaczął unosić się w górę drzewa.
  Zdziwiona dziewczyna leżała w hamaku, wpatrując się w niebo. Myślała o słowach Jima Priesta i próbowała zrozumieć, co miał na myśli. Ogarnął ją smutek, a w oczach pojawiły się łzy. Choć nie wiedziała, co starzec miał na myśli, mówiąc o żywicy i drewnie, to mimochodem, podświadomie, zrozumiała coś z ich znaczenia i była wdzięczna za troskliwość, która skłoniła go do powiedzenia pozostałym, żeby przestali się z nią drażnić przy stole. Stary, obdarty parobek z gęstą brodą i silnym, starym ciałem stał się dla niej postacią znaczącą. Z wdzięcznością przypomniała sobie, że pomimo wszystkich swoich dokuczań Jim Priest nigdy nie powiedział niczego, co mogłoby ją urazić. W nowym nastroju, który ją ogarnął, znaczyło to dla niej bardzo wiele. Ogarnęło ją jeszcze większe pragnienie zrozumienia, miłości i przyjaźni. Nie pomyślała o zwróceniu się do ojca ani ciotki, z którymi nigdy nie rozmawiała o niczym intymnym czy bliskim, lecz zwróciła się do szorstkiego starca. Setki drobiazgów w charakterze Jima Priesta, o których nigdy wcześniej nie myślała, nagle przyszły jej do głowy. Nigdy nie znęcał się nad zwierzętami w oborach, jak to czasem robili inni robotnicy rolni. Kiedy w niedzielę był pijany i zataczał się po oborach, nie bił koni ani nie przeklinał. Zastanawiała się, czy mogłaby porozmawiać z Jimem Priestem, zadać mu pytania o życie, ludzi i o to, co miał na myśli, mówiąc o soku i drewnie. Właściciel farmy był stary i nieżonaty. Zastanawiała się, czy kochał kiedyś kobietę w młodości. Zdecydowała, że tak. Jego słowa o soku, była pewna, w jakiś sposób wiązały się z ideą miłości. Jakie silne były jego ramiona. Były szorstkie i sękate, ale było w nich coś niesamowicie potężnego. Żałowała, że ten starzec nie był jej ojcem. W młodości, w ciemności nocy, albo gdy był sam z dziewczyną, może w cichym lesie późnym wieczorem, o zachodzie słońca, kładł jej ręce na ramionach. Przyciągał ją do siebie. Pocałował ją.
  Clara szybko wyskoczyła z hamaka i poszła pod drzewa w ogrodzie. Przypomniały jej się wspomnienia młodości Jima Priesta. Czuła się, jakby nagle weszła do pokoju, w którym kochali się mężczyzna i kobieta. Policzki płonęły jej ogniem, a dłonie drżały. Gdy powoli szła przez gęstwinę trawy i chwastów rosnących między drzewami, przez które prześwitywały promienie słońca, pszczoły, wracając do uli, obładowane miodem, krążyły tłumnie nad jej głową. Było coś upajającego i celowego w pieśni roboczej dochodzącej z uli. Przenikała ją do krwi, a jej krok przyspieszał. Słowa Jima Priesta, nieustannie rozbrzmiewające w jej umyśle, zdawały się być częścią tej samej pieśni, którą śpiewały pszczoły. "Sok zaczął płynąć w górę drzewa" - powtórzyła na głos. Jakże znaczące i dziwne wydawały się te słowa! Były to słowa, których kochanek mógłby użyć, zwracając się do ukochanej. Czytała wiele powieści, ale nikt nie wypowiadał takich słów. Tak było lepiej. Lepiej usłyszeć je z ludzkich ust. Znów pomyślała o młodości Jima Priesta i śmiało żałowała, że wciąż jest młody. Powiedziała sobie, że chciałaby go zobaczyć młodego i ożenionego z piękną młodą kobietą. Zatrzymała się przy płocie z widokiem na łąkę na zboczu wzgórza. Słońce wydawało się niezwykle jasne, trawa na łące bardziej zielona niż kiedykolwiek widziała. Dwa ptaki kochały się na pobliskim drzewie. Samica leciała jak szalona, a samiec ją gonił. W swojej gorliwości był tak skupiony, że przeleciał tuż przed twarzą dziewczyny, jego skrzydło niemal dotykało jej policzka. Wróciła przez ogród do stodół i przez jedną z nich do otwartych drzwi długiej szopy, w której przechowywano wozy i furmanki, jej myśli były zajęte myślą o znalezieniu Jima Priesta i być może staniu obok niego. Nie było go tam, ale na otwartej przestrzeni przed stodołą John May, młody dwudziestodwuletni mężczyzna, który właśnie przyszedł do pracy na farmie, oliwił koła wozu. Stał tyłem, a kiedy kierował ciężkimi kołami wozu, mięśnie napinały się pod cienką bawełnianą koszulą. "Tak musiał wyglądać Jim Priest w młodości" - pomyślała dziewczyna.
  Dziewczyna z farmy chciała podejść do młodego mężczyzny, porozmawiać z nim, zadać mu pytania o wiele dziwnych rzeczy w życiu, których nie rozumiała. Wiedziała, że nie może tego zrobić pod żadnym pozorem, że to tylko bezsensowny sen, ale sen był słodki. Nie chciała jednak rozmawiać z Johnem Mayem. W tej chwili odczuwała dziewczęcą odrazę do tego, co uważała za wulgarność pracujących tam mężczyzn. Przy stole jedli hałaśliwie i łapczywie, jak wygłodniałe zwierzęta. Tęskniła za młodością taką jak jej własna, może szorstką i niepewną, ale tęskniącą za nieznanym. Pragnęła być blisko czegoś młodego, silnego, delikatnego, wytrwałego, pięknego. Kiedy robotnik rolny podniósł wzrok i zobaczył ją stojącą i wpatrującą się w niego, poczuła się zażenowana. Przez chwilę dwa młode, tak różne od siebie, stały patrząc na siebie, a potem, aby złagodzić zażenowanie, Klara zaczęła grać w grę. Wśród mężczyzn pracujących na farmie, zawsze uważano ją za chłopczycę. Na polach siana i w stodołach mocowała się i żartobliwie bijatykami, zarówno ze starymi, jak i młodymi. Dla nich zawsze była uprzywilejowaną osobą. Lubili ją, a poza tym była córką szefa. Nikt nie miał prawa być dla niej niegrzeczny, ani mówić ani robić niczego niegrzecznego. Kosz kukurydzy stał tuż przy drzwiach stodoły, a biegnąc do niego, Klara podniosła kolbę żółtej kukurydzy i rzuciła nią w parobka. Trafiła w słup stodoły tuż nad jego głową. Śmiejąc się piskliwie, Klara wbiegła do stodoły między wozy, a parobek gonił ją.
  John May był bardzo zdeterminowanym mężczyzną. Był synem robotnika z Bidwell i pracował przez dwa lub trzy lata w stajni doktora. Coś zaszło między nim a żoną doktora i odszedł, bo czuł, że doktor nabiera podejrzeń. To doświadczenie nauczyło go, jak cenna jest śmiałość w kontaktach z kobietami. Odkąd zaczął pracować na farmie Butterworth, prześladowały go myśli o dziewczynie, która, jak przypuszczał, rzuciła mu wyzwanie. Był nieco zaskoczony jej śmiałością, ale nie mógł przestać się zastanawiać: otwarcie zapraszała go, by się za nią uganiał. To wystarczyło. Jego zwykła niezdarność i niezdarność zniknęły, a on z łatwością przeskakiwał przez rozciągnięte języki wozów i furmanek. Dogonił Clarę w ciemnym kącie stodoły. Bez słowa mocno ją objął i pocałował najpierw w szyję, a potem w usta. Leżała drżąca i słaba w jego ramionach, a on chwycił ją za kołnierz sukienki i rozdarł go. Jej brązowa szyja i jędrne, krągłe piersi były odsłonięte. Oczy Clary rozszerzyły się ze strachu. Siły wróciły jej do ciała. Ostrą, twardą pięścią uderzyła Johna Maya w twarz; a kiedy się wycofał, szybko wybiegła ze stodoły. John May nie rozumiał. Myślał, że kiedyś go szukała i wróci. "Jest trochę niedojrzała. Za szybko się pospieszyłem. Wystraszyłem ją. Następnym razem będę ostrożniejszy" - pomyślał.
  Clara przebiegła przez stodołę, po czym powoli zbliżyła się do domu i poszła na górę do swojego pokoju. Pies gospodarski wszedł za nią po schodach i zatrzymał się przy jej drzwiach, merdając ogonem. Zamknęła mu drzwi przed nosem. W tym momencie wszystko, co żyło i oddychało, wydawało się jej prymitywne i brzydkie. Jej policzki zbladły, zaciągnęła zasłony w oknie i usiadła na łóżku, ogarnięta dziwnym, nowym lękiem przed życiem. Nie chciała, żeby nawet promienie słońca padały na jej obecność. John May poszedł za nią przez stodołę i teraz stał na podwórzu, patrząc na dom. Zobaczyła go przez szpary w żaluzjach i pragnęła zabić go jednym ruchem ręki.
  Parobek, pełen męskiej pewności siebie, czekał, aż podejdzie do okna i spojrzy na niego z góry. Zastanawiał się, czy w domu jest ktoś jeszcze. Może go zawoła. Coś podobnego wydarzyło się między nim a żoną lekarza i właśnie to się stało. Kiedy nie zobaczył jej po pięciu, dziesięciu minutach, wrócił do smarowania kół wozu. "Tym razem będzie wolniej. To nieśmiała, niedoświadczona dziewczyna" - powiedział sobie.
  Pewnego wieczoru, tydzień później, Clara siedziała na bocznej werandzie domu z ojcem, gdy John May wszedł na podwórze. Była środa wieczór, a robotnicy rolni zazwyczaj nie wychodzili do miasta przed sobotą, ale on był ubrany w niedzielne ubranie, ogolony i naoliwiony. Na śluby i pogrzeby robotnicy naoliwiali włosy. To wskazywało, że za chwilę wydarzy się coś bardzo ważnego. Clara spojrzała na niego i pomimo uczucia obrzydzenia, które ją ogarnęło, jej oczy zabłysły. Od tamtego incydentu w stodole udawało jej się go unikać, ale się nie bała. Naprawdę czegoś ją nauczył. Była w niej siła, która mogła podbić mężczyzn. Wnikliwość ojca, która była częścią jej natury, przyszła jej z pomocą. Chciała się śmiać z głupich pretensji tego mężczyzny, zrobić z niego głupca. Jej policzki zarumieniły się z dumy, że opanowała sytuację.
  John May prawie dotarł do domu, po czym skręcił na ścieżkę prowadzącą do drogi. Wykonał gest ręką i przypadkiem Tom Butterworth, który patrzył przez otwartą przestrzeń w stronę Bidwella, odwrócił się i dostrzegł zarówno ruch, jak i uśmiechniętą, pewną siebie twarz farmera. Wstał i poszedł za Johnem Mayem drogą, czując w sobie sprzeczne emocje: zdumienie i gniew. Dwaj mężczyźni stali przez trzy minuty na drodze przed domem, rozmawiając, po czym wrócili. Parobek poszedł do stodoły, a następnie wrócił ścieżką do drogi, niosąc pod pachą worek ze zbożem, w którym znajdowały się jego ubrania robocze. Nie podniósł wzroku, gdy przechodził. Farmer wrócił na werandę.
  Nieporozumienie, które miało zniszczyć delikatną relację między ojcem a córką, zaczęło się tego samego wieczoru. Tom Butterworth był wściekły. "Mruczał, zaciskając pięści". Serce Clary waliło jak młotem. Z jakiegoś powodu czuła się winna, jakby została przyłapana na romansie z tym mężczyzną. Jej ojciec milczał przez dłuższą chwilę, a potem, niczym parobek, zaatakował ją z furią i okrucieństwem. "Gdzie byłaś z tym facetem? Co cię z nim łączyło?" - zapytał ostro.
  Przez chwilę Clara nie odpowiedziała na pytanie ojca. Chciała krzyczeć, uderzyć go w twarz, tak jak tego mężczyznę w stodole. Potem jej umysł z trudem przetworzył nową sytuację. Fakt, że ojciec oskarżył ją o szukanie informacji o tym, co się stało, sprawił, że nienawiść do Johna Maya zmalała. Miała kogoś innego, kogo mogła nienawidzić.
  Tego pierwszego wieczoru Clara nie przemyślała wszystkiego jasno, ale zaprzeczając, że kiedykolwiek była gdziekolwiek z Johnem Mayem, wybuchnęła płaczem i pobiegła do domu. W ciemnościach swojego pokoju zaczęła rozmyślać o słowach ojca. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu atak na jej ducha wydawał się bardziej przerażający i niewybaczalny niż atak na jej ciało ze strony parobka w stodole. Zaczęła mgliście pojmować, że młody mężczyzna był zdezorientowany jej obecnością w ten ciepły, słoneczny dzień, tak jak ona była zdezorientowana słowami Jima Priesta, śpiewem pszczół w ogrodzie, miłosnymi igraszkami ptaków i własnymi niejasnymi myślami. Był zdezorientowany, głupi i młody. Jego dezorientacja była uzasadniona. Była zrozumiała i możliwa do opanowania. Teraz nie miała wątpliwości, że poradzi sobie z Johnem Mayem. Co do jej ojca, mógł być podejrzliwy wobec parobka, ale dlaczego był podejrzliwy wobec niej?
  Zdezorientowana dziewczyna siedziała na skraju łóżka w ciemności, z twardym spojrzeniem w oczach. Chwilę później jej ojciec wszedł po schodach i zapukał do jej drzwi. Nie wszedł do środka, lecz stał na korytarzu, rozmawiając. Podczas gdy rozmawiali, dziewczyna zachowała spokój, co zbiło z tropu mężczyznę, który spodziewał się, że zastanie ją we łzach. Fakt, że nie wydawała mu się dowodem winy.
  Tom Butterworth, człowiek spostrzegawczy i spostrzegawczy pod wieloma względami, nigdy nie rozumiał cech swojej córki. Był bardzo zaborczy i pewnego dnia, zaraz po ślubie, podejrzewał, że coś jest nie tak między jego żoną a młodym mężczyzną, który pracował na farmie, gdzie wówczas mieszkał. Podejrzenie było bezpodstawne, ale pozwolił mężczyźnie odejść, a pewnego wieczoru, gdy jego żona poszła do miasta na zakupy i nie wróciła o zwykłej porze, poszedł za nią i widząc ją na ulicy, wszedł do sklepu, aby uniknąć spotkania. Miała kłopoty. Jej koń nagle okulał i musiała iść do domu pieszo. Nie pozwalając jej się zobaczyć, mąż poszedł za nią drogą. Było ciemno, a ona usłyszała kroki na drodze za sobą i, przestraszona, przebiegła ostatnie pół mili do jej domu. Poczekał, aż wejdzie, a następnie poszedł za nią, udając, że właśnie wyszedł ze stajni. Kiedy usłyszał jej opowieść o wypadku konia i jego przestraszeniu na drodze, poczuł się zawstydzony; ale ponieważ koń pozostawiony w stajni wydawał się być cały i zdrowy następnego dnia, kiedy poszedł go odebrać, znów zaczął coś podejrzewać.
  Stojąc przed drzwiami córki, rolnik czuł to samo, co tamtego wieczoru, idąc drogą po żonę. Kiedy nagle spojrzał w górę na werandę i zobaczył gest parobka, zerknął szybko na córkę. Wyglądała na zdezorientowaną i, jego zdaniem, winną. "Znowu to samo" - pomyślał z goryczą. "Jaka matka, taka córka - obie są takie same". Szybko wstał z krzesła, poszedł za młodym mężczyzną na drogę i odprawił go. "Wyjdź dziś wieczorem. Nie chcę cię tu więcej widzieć" - powiedział. W ciemności za drzwiami pokoju dziewczyny myślał o wielu gorzkich rzeczach, które chciał jej powiedzieć. Zapomniał, że to dziewczyna i rozmawiał z nią jak z dojrzałą, wyrafinowaną i winną kobietą. "Chodź" - powiedział - "chcę znać prawdę. Jeśli pracujesz z tym rolnikiem, to zaczynałeś w młodym wieku. Czy coś między wami zaszło?"
  Clara podeszła do drzwi i wpadła na ojca. Nienawiść do niego, zrodzona w tej chwili i nigdy jej nie opuszczająca, dodała jej sił. Nie wiedziała, o czym mówi, ale czuła boleśnie, że on, niczym ten głupi młodzieniec w stodole, próbuje naruszyć coś bardzo cennego w jej naturze. "Nie wiem, o czym mówisz" - powiedziała spokojnie - "ale wiem jedno. Nie jestem już dzieckiem. W ciągu ostatniego tygodnia stałam się kobietą. Jeśli nie chcesz mnie w swoim domu, jeśli już mnie nie lubisz, powiedz to, a odejdę".
  Dwie osoby stały w ciemności, próbując spojrzeć na siebie. Clara była poruszona własną siłą i słowami, które do niej dotarły. Te słowa coś wyjaśniły. Czuła, że gdyby tylko ojciec wziął ją w ramiona lub powiedział jakieś miłe, pełne zrozumienia słowo, wszystko mogłoby pójść w zapomnienie. Życie mogłoby zacząć się od nowa. W przyszłości zrozumiałaby wiele z tego, czego nie rozumiała. Mogłaby się z ojcem zbliżyć. Łzy napłynęły jej do oczu, a szloch zadrżał w gardle. Jednak gdy ojciec nie odpowiedział na jej słowa i odwrócił się, by po cichu wyjść, zatrzasnęła drzwi i leżała bezsennie całą noc, blada i wściekła z gniewu i rozczarowania.
  Tej jesieni Clara opuściła dom, aby pójść na studia, ale zanim to zrobiła, pokłóciła się z ojcem. W sierpniu do Bidwellów przyjechał młody mężczyzna, który miał uczyć w szkołach miejskich. Spotkała go na kolacji w piwnicy kościoła. Pojechał z nią do domu i wrócił w następną niedzielę po południu, żeby ją odwiedzić. Przedstawiła młodego mężczyznę, szczupłego mężczyznę o czarnych włosach, brązowych oczach i poważnej twarzy, ojcu, który skinął głową i odszedł. Poszli wiejską drogą do lasu. Był pięć lat starszy od niej i studiował, ale ona czuła się o wiele starsza i mądrzejsza. To, co spotyka wiele kobiet, przydarzyło się jej. Czuła się starsza i mądrzejsza niż jakikolwiek mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziała. Doszła do wniosku, jak większość kobiet, że na świecie są dwa rodzaje mężczyzn: mili, łagodni, dobrze nastawieni dzieci i ci, którzy, pozostając dziećmi, są opętani głupią męską próżnością i wyobrażają sobie, że są urodzonymi panami życia. Myśli Clary na ten temat nie były zbyt jasne. Była młoda, a jej myśli były niepewne. Jednak jej ukojenie życia wstrząsnęło nią, a była zbudowana z materiału, który potrafi znieść ciosy, jakie zadaje.
  W lesie, wraz z młodą nauczycielką, Klara rozpoczęła eksperyment. Zapadł wieczór i zrobiło się ciemno. Wiedziała, że jej ojciec będzie wściekły, jeśli nie wróci do domu, ale nie dbała o to. Zachęcała nauczycielkę do rozmowy o miłości i relacjach między mężczyzną a kobietą. Udawała niewinność, niewinność, która nie była jej. Uczennice wiedzą wiele rzeczy, których nie stosują do siebie, dopóki nie przytrafi im się coś takiego, jak to, co przydarzyło się Klarze. Córka farmera odzyskała przytomność. Wiedziała tysiąc rzeczy, których nie wiedziała miesiąc temu i zaczęła mścić się na mężczyznach za ich zdradę. W ciemności, gdy wracali razem do domu, uwiodła młodego mężczyznę, aby ją pocałował, a następnie leżała w jego ramionach przez dwie godziny, całkowicie pewna siebie, starając się dowiedzieć tego, co chciała wiedzieć, nie ryzykując życia.
  Tej nocy ponownie pokłóciła się z ojcem. Próbował ją zbesztać za to, że późno wychodzi z mężczyzną, ale zamknęła mu drzwi przed nosem. Innego wieczoru śmiało wyszła z domu z nauczycielem. Szli drogą do mostu nad małym strumieniem. John May, który wciąż wierzył, że córka farmera jest w nim zakochana, poszedł tego wieczoru za nauczycielem do domu Butterworthów i czekał na zewnątrz, zamierzając zastraszyć rywala pięściami. Na moście wydarzyło się coś, co odstraszyło nauczyciela. John May podszedł do dwóch mężczyzn i zaczął im grozić. Most został właśnie naprawiony, a w pobliżu leżał stos małych, ostrych kamieni. Clara podniosła jeden i podała go nauczycielowi. "Uderz go" - powiedziała. "Nie bój się. To zwykły tchórz. Uderz go kamieniem w głowę".
  Trójka ludzi stała w milczeniu, czekając na jakieś wydarzenie. John May był zdezorientowany słowami Clary. Myślał, że chce, żeby ją gonił. Podszedł do nauczyciela, który upuścił kamień, który mu włożyli w dłoń, i uciekł. Clara wróciła drogą do domu, a za nią szedł mamroczący parobek, który nie odważył się podejść po jej przemowie na moście. "Może blefowała. Może nie chciała, żeby ten młody człowiek domyślił się, co nas łączy" - mruknął, potykając się w ciemności.
  W domu Klara siedziała przez pół godziny przy stole w oświetlonym salonie obok ojca, udając, że czyta książkę. Miała niemal nadzieję, że powie coś, co pozwoli jej go zaatakować. Kiedy nic się nie wydarzyło, poszła na górę i położyła się spać, by spędzić kolejną bezsenną noc, blada ze złości na myśl o okrutnych i niewytłumaczalnych rzeczach, jakie życie zdawało się jej robić.
  We wrześniu Clara opuściła farmę, aby zapisać się na Uniwersytet Stanowy w Columbus. Została tam wysłana, ponieważ Tom Butterworth miał siostrę, która wyszła za mąż za producenta pługów i mieszkała w stolicy stanu. Po incydencie z parobkiem i wynikającym z tego nieporozumieniu między nim a córką, poczuł się nieswojo w jej obecności i cieszył się, że odchodzi. Nie chciał przestraszyć siostry tą historią i starał się pisać dyplomatycznie. "Clara spędzała zbyt dużo czasu wśród szorstkich mężczyzn, którzy pracują na moich farmach i stała się trochę szorstka" - napisał. "Weź ją w garść. Chcę, żeby stała się bardziej damą. Przedstaw ją odpowiednim ludziom". Potajemnie miał nadzieję, że pozna i poślubi młodego mężczyznę podczas swojej nieobecności. Jego dwie siostry poszły do szkoły i tak się stało.
  Miesiąc przed wyjazdem córki farmer starał się być wobec niej bardziej humanitarny i łagodny, ale nie był w stanie przezwyciężyć głęboko zakorzenionej wrogości. Przy stole opowiadał dowcipy, które wywoływały salwy śmiechu wśród robotników rolnych. Potem spojrzał na córkę, która zdawała się nie słuchać. Klara jadła szybko i pospiesznie wychodziła z pokoju. Nie odwiedzała przyjaciół w mieście, a młody nauczyciel już jej nie odwiedzał. W długie letnie dni przechadzała się po ogrodzie między ulami lub wspinała się na płot i szła do lasu, gdzie godzinami przesiadywała na powalonym pniu, wpatrując się w drzewa i niebo. Tom Butterworth również pospiesznie opuszczał dom. Udawał, że jest zajęty i codziennie podróżował po kraju. Czasami czuł się, jakby był okrutny i niegrzeczny w traktowaniu córki i postanowił z nią o tym porozmawiać i poprosić o wybaczenie. Potem jego podejrzenia powróciły. Smagnął konia batem i pędził wściekle opustoszałymi drogami. "Cóż, coś jest nie tak" - mruknął na głos. "Mężczyźni nie patrzą tylko na kobiety i nie podchodzą do nich śmiało, jak ten młodzieniec zrobił to z Klarą. Zrobił to na moich oczach. Dostał trochę otuchy". Odżyło w nim stare podejrzenie. "Coś było nie tak z jej matką i coś jest nie tak z nią. Będę szczęśliwy, kiedy nadejdzie czas, żeby wyszła za mąż i się ustatkowała, żebym mógł ją puścić" - pomyślał z goryczą.
  Tego wieczoru, gdy Clara opuściła farmę, by złapać pociąg, który miał ją zabrać, jej ojciec powiedział, że boli go głowa, na co nigdy wcześniej się nie skarżył, i poprosił Jima Priesta, żeby odwiózł ją na stację. Jim odwiózł dziewczynkę na stację, zajął się jej bagażem i czekał na pociąg. Potem śmiało pocałował ją w policzek. "Do widzenia, mała" - powiedział szorstko. Clara była tak wdzięczna, że nie mogła odpowiedzieć. Płakała cicho przez godzinę w pociągu. Szorstka łagodność starego farmera bardzo złagodziła narastającą gorycz w jej sercu. Czuła się gotowa, by zacząć nowe życie i żałowała, że nie opuściła farmy bez lepszego porozumienia z ojcem.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IX
  
  Woodburnowie z Columby byli zamożni jak na tamte czasy. Mieszkali w dużym domu, mieli dwa powozy i czworo służących, ale nie mieli dzieci. Henderson Woodburn był niskiego wzrostu, miał siwą brodę i słynął z schludnych i uporządkowanych manier. Był skarbnikiem kompanii płużnej, a także skarbnikiem kościoła, do którego uczęszczał z żoną. W młodości nazywano go "Kurczakiem" Woodburnem i dręczyli go więksi chłopcy, ale gdy dorósł, po tym, jak jego wytrwała przebiegłość i cierpliwość doprowadziły go do pewnego autorytetu w życiu biznesowym jego rodzinnego kraju, sam z kolei stał się swego rodzaju tyranem dla podwładnych w mieście. Uważał, że jego żona, Priscilla, pochodzi z lepszej rodziny niż jego własna i nieco się jej bał. Kiedy się w czymś nie zgadzali, ona wyrażała swoje zdanie łagodnie, ale stanowczo, a on protestował przez chwilę, po czym ustępował. Po nieporozumieniu jego żona objęła go za szyję i pocałowała w czubek łysej głowy. Wtedy sprawa poszła w zapomnienie.
  Życie w domu Woodburnów płynęło spokojnie. Po zgiełku i zamieszaniu na farmie, cisza domu przerażała Clarę przez długi czas. Nawet gdy była sama w swoim pokoju, chodziła na palcach. Henderson Woodburn był pochłonięty pracą i wracając wieczorem do domu, zjadł cichą kolację, a następnie wrócił do pracy. Przyniósł do domu księgi rachunkowe i papiery z biura i rozłożył je na stole w salonie. Jego żona, Priscilla, siedziała na dużym krześle pod lampą, dziergając dziecięce pończochy. Były one, jak powiedziała Clarze, przeznaczone dla dzieci biednych. W rzeczywistości pończochy nigdy nie opuszczały jej domu. W dużej skrzyni w jej pokoju na piętrze leżały setki par, dzierganych przez dwadzieścia pięć lat małżeństwa.
  Clara nie była do końca szczęśliwa w domu Woodburnów, ale też nie do końca nieszczęśliwa. Studiując na uniwersytecie, osiągała niezłe wyniki, a późnym popołudniem spacerowała z koleżanką z klasy, chodziła na popołudniowe przedstawienia teatralne albo czytała książkę. Wieczorami siadywała z ciotką i wujkiem, aż nie mogła już znieść ciszy, po czym wracała do swojego pokoju, gdzie uczyła się do pójścia spać. Czasami towarzyszyła dwóm starszym mężczyznom na spotkaniach towarzyskich w kościele, gdzie Henderson Woodburn pełnił funkcję skarbnika, lub na kolacjach w domach innych bogatych i szanowanych biznesmenów. Kilka wieczorów odwiedzali młodzi mężczyźni - synowie osób, z którymi Woodburnowie jadali obiady, lub studenci. Przy takich okazjach Clara i młody mężczyzna siadali w salonie i rozmawiali. Po pewnym czasie stali się cisi i nieśmiali w swojej obecności. Z sąsiedniego pokoju Clara słyszała szelest papierów zawierających kolumny liczb, gdy jej wujek pracował. Druty ciotki głośno stukały. Młody mężczyzna opowiadał historię o meczu piłkarskim albo, jeśli już wyruszył w świat, o swoich doświadczeniach jako podróżnik sprzedający towary wyprodukowane lub sprzedawane przez ojca. Wszystkie takie wizyty zaczynały się o tej samej godzinie, ósmej, a młody mężczyzna wychodził z domu punktualnie o dziesiątej. Klara wyczuła, że jest sprzedawana i że przyszli obejrzeć towar. Pewnego wieczoru jeden z mężczyzn, młody mężczyzna o roześmianych niebieskich oczach i kręconych, żółtych włosach, nieświadomie bardzo ją zdenerwował. Mówił tak, jak wszyscy inni przez cały wieczór, a potem wstał z krzesła, by wyjść o umówionej godzinie. Klara odprowadziła go do drzwi. Wyciągnęła rękę, którą serdecznie uścisnął. Potem spojrzał na nią, a jego oczy zabłysły. "Dobrze się bawiłem" - powiedział. Klara poczuła nagłą i niemal nieodpartą potrzebę, by go przytulić. Chciała zniszczyć jego pewność siebie, przestraszyć go, pocałować w usta albo mocno przytulić. Szybko zamknęła drzwi i wstała, z ręką na klamce, cała drżąc. Błahe skutki uboczne industrialnego szaleństwa jej wieku były widoczne w sąsiednim pokoju. Kartki papieru szeleściły, druty stukały. Clara pomyślała, że chciałaby przywołać młodego mężczyznę z powrotem do domu, zaprowadzić go do pokoju, gdzie trwała niekończąca się, bezsensowna aktywność, i zrobić tam coś, co zszokowałoby ich, i jego, jak nigdy wcześniej. Pobiegła szybko na górę. "Co się ze mną dzieje?" - zapytała z niepokojem.
  
  
  
  Pewnego majowego wieczoru, na trzecim roku studiów, Clara siedziała nad brzegiem małego strumienia, w pobliżu zagajnika, daleko na obrzeżach podmiejskiej wioski na północ od Columbus. Obok niej siedział młody mężczyzna o nazwisku Frank Metcalf, którego znała od roku i który kiedyś był jej studentem. Był synem prezesa firmy płużnej, gdzie jej wujek pełnił funkcję skarbnika. Gdy siedzieli razem nad strumieniem, światło dzienne zaczęło słabnąć i zapadła ciemność. Po drugiej stronie pola stała fabryka i Clara przypomniała sobie, że gwizdek dawno temu zabrzmiał i robotnicy poszli do domów. Zaniepokoiła się i zerwała na równe nogi. Młody Metcalf, który mówił bardzo poważnie, wstał i stanął obok niej. "Nie mogę wyjść za mąż przez dwa lata, ale możemy się zaręczyć i będzie tak samo, jeśli chodzi o to, co jest dobre, a co złe w tym, czego chcę i potrzebuję". "To nie moja wina, że nie mogę cię teraz poprosić o rękę" - oznajmił. "Za dwa lata odziedziczę jedenaście tysięcy dolarów. Ciotka mi je zostawiła, a ten stary głupiec poszedł i je tak urządził, że nie dostanę ich, jeśli ożenię się przed dwudziestym czwartym rokiem życia. Chcę tych pieniędzy. Muszę je mieć, ale ciebie też potrzebuję".
  Clara spojrzała w wieczorny mrok i czekała, aż skończy przemowę. Cały dzień wygłaszał praktycznie tę samą mowę, w kółko. "Cóż, nic na to nie poradzę, jestem mężczyzną" - powiedział uparcie. "Nic na to nie poradzę, pragnę cię. Nic na to nie poradzę, moja ciotka była starą wariatką". Zaczął tłumaczyć, że aby zdobyć jedenaście tysięcy dolarów, trzeba pozostać singlem. "Jeśli nie zdobędę tych pieniędzy, będę taki sam jak teraz" - oświadczył. "Będę do niczego". Rozgniewał się i z rękami w kieszeniach również spojrzał w ciemność przez pole. "Nic mnie nie zadowoli" - powiedział. "Nienawidzę robić interesów ojca i nienawidzę chodzić do szkoły. Za dwa lata dostanę pieniądze. Ojciec nie będzie mógł ich przede mną ukryć. Wezmę je i spłacę. Nie wiem, co zrobię. Może pojadę do Europy, tak właśnie zrobię". Mój ojciec chce, żebym tu została i pracowała w jego biurze. Do diabła z tym. Chcę podróżować. Zostanę żołnierzem albo kimś takim. Tak czy inaczej, wyjadę stąd, pójdę gdzieś i zrobię coś ekscytującego, coś żywego. Możesz iść ze mną. Będziemy rzeźbić razem. Nie masz jaj? Czemu nie zostaniesz moją kobietą?
  Młody Metcalfe złapał Clarę za ramię i próbował ją przytulić. Przez chwilę się szamotali, po czym odsunął się od niej z obrzydzeniem i znowu zaczął przeklinać.
  Clara przeszła przez dwie lub trzy puste działki i wyszła na ulicę, wzdłuż której stały domy robotnicze. Mężczyzna szedł tuż za nią. Zapadła noc, a ludzie na ulicy naprzeciwko fabryki skończyli już kolację. Dzieci i psy bawiły się na drodze, a powietrze było gęste od zapachu gotowanego jedzenia. Na zachodzie, przez pola przejeżdżał pociąg pasażerski, zmierzając do miasta. Jego światło rzucało migoczące żółte plamy na niebiesko-czarne niebo. Clara zastanawiała się, dlaczego przyjechała w to odległe miejsce z Frankiem Metcalfem. Nie lubiła go, ale był w nim niepokój, który odzwierciedlał jej własny. Nie chciał akceptować życia beznamiętnie, co czyniło go dla niej bratem. Choć miał zaledwie dwadzieścia dwa lata, zdążył już zasłużyć na złą sławę. Służąca w domu jego ojca urodziła mu dziecko i nakłonienie jej, by zabrała dziecko i odeszła bez wywoływania skandalu, kosztowało ją mnóstwo pieniędzy. Rok wcześniej został wydalony z uniwersytetu za zrzucenie innego młodego mężczyzny ze schodów, a wśród studentek krążyły plotki, że często pije. Przez rok próbował przypodobać się Clarze, pisząc do niej listy, wysyłając jej kwiaty do domu i spotykając ją na ulicy, zatrzymując się, by namówić ją do przyjęcia jego przyjaźni. Pewnego majowego dnia spotkała go na ulicy, a on błagał ją o szansę na rozmowę. Spotkali się na skrzyżowaniu, gdzie samochody przejeżdżały przez podmiejskie wioski otaczające miasto. "Chodź" - namawiał - "przejedźmy się tramwajem, wyjdźmy z tłumu, chcę z tobą porozmawiać". Złapał ją za rękę i niemal pociągnął w stronę samochodu. "Chodź i posłuchaj, co mam do powiedzenia" - namawiał - "a jeśli nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego, w porządku. Możesz tak mówić, a ja zostawię cię w spokoju". Po tym, jak towarzyszyli mu na przedmieściach robotniczych domów, gdzie spędzili dzień na polu, Clara odkryła, że nie ma jej nic do zarzucenia poza potrzebami swojego ciała. A jednak czuła, że chce powiedzieć coś, czego jeszcze nie powiedziano. Był niespokojny i niezadowolony ze swojego życia, a w głębi duszy ona czuła to samo. Przez ostatnie trzy lata często zastanawiała się, dlaczego poszła na studia i co zyska, ucząc się z książek. Mijały dni i miesiące, a ona poznawała raczej mało interesujące fakty, których wcześniej nie znała. Nie potrafiła pojąć, jak te fakty miały jej pomóc przetrwać. Nie miały nic wspólnego z jej relacjami z mężczyznami takimi jak John May, parobek, nauczyciel, który czegoś ją nauczył, trzymając ją w ramionach i całując, i ciemnowłosy, ponury młody mężczyzna, który teraz szedł obok niej i mówił o potrzebach swojego ciała. Clara czuła, że każdy kolejny rok spędzony na uniwersytecie tylko uwypukla jego niekompetencję. To samo dotyczyło książek, które czytała, oraz myśli i zachowań starszych ludzi wobec niej. Jej ciotka i wujek niewiele ze sobą rozmawiali, ale zdawali się uważać za pewnik, że chciała żyć inaczej niż oni. Przerażała ją wizja małżeństwa z oraczem lub innej nudnej potrzeby życiowej, a potem spędzania dni na szyciu pończoch dla nienarodzonych dzieci lub innego równie bezsensownego wyrazu swojego niezadowolenia. Z dreszczem uświadomiła sobie, że mężczyźni tacy jak jej wujek, którzy spędzali życie na dodawaniu liczb lub robieniu w kółko jakiejś niezwykle trywialnej rzeczy, nie mieli pojęcia o żadnych perspektywach dla swoich kobiet poza mieszkaniem w domu, fizycznym służeniem im, noszeniem być może wystarczająco dobrych ubrań, by pokazać im dobrobyt i sukces, a w końcu popadnięciem w głupią akceptację nudy - akceptację, z którą walczyła zarówno ona, jak i namiętny, zboczony mężczyzna u jej boku.
  Na trzecim roku studiów Clara poznała kobietę o imieniu Kate Chancellor, która przeprowadziła się do Columbus z bratem z miasteczka w Missouri. To właśnie ta kobieta skłoniła ją do refleksji, która naprawdę kazała jej rozważyć niedoskonałości swojego życia. Jej brat, pilny i cichy mężczyzna, pracował jako chemik w fabryce gdzieś na obrzeżach miasta. Był muzykiem i aspirował do zostania kompozytorem. Pewnego zimowego wieczoru jego siostra, Kate, przyprowadziła Clarę do wspólnego mieszkania i cała trójka się zaprzyjaźniła. Clara dowiedziała się tam czegoś, czego jeszcze nie rozumiała i co nigdy do końca nie przeniknęło do jej świadomości. Prawda była taka, że jej brat wyglądał jak kobieta, a Kate Chancellor, która nosiła spódnice i miała kobiece ciało, była z natury mężczyzną. Kate i Clara spędziły później wiele wieczorów razem i rozmawiały o wielu rzeczach, których studentki zazwyczaj unikają. Kate była odważną, energiczną myślicielką, chętną do zrozumienia własnych problemów życiowych i wielokrotnie, idąc ulicą lub siedząc razem wieczorem, zapominała o towarzyszu i mówiła o sobie i trudnościach związanych z jej pozycją życiową. "To absurdalne, jak to wszystko działa" - powiedziała. "Ponieważ moje ciało jest zbudowane w określony sposób, muszę zaakceptować pewne zasady życia. Zasady nie zostały stworzone dla mnie. Mężczyźni produkowali je tak, jak produkują otwieracze do puszek, hurtem". Spojrzała na Clarę i roześmiała się. "Wyobraź sobie mnie w koronkowym czepku, takim jak twoja ciotka nosi w domu, spędzającą dni na dzierganiu dziecięcych pończoch" - powiedziała.
  Obie kobiety spędziły godziny rozmawiając o swoim życiu i zastanawiając się nad różnicami w swoich naturach. To doświadczenie okazało się niezwykle pouczające dla Clary. Ponieważ Kate była socjalistką, a Columbus szybko przekształcał się w miasto przemysłowe, mówiła o znaczeniu kapitału i pracy, a także o wpływie zmieniających się warunków na życie mężczyzn i kobiet. Clara potrafiła rozmawiać z Kate jak z mężczyzną, ale antagonizm, który tak często istnieje między mężczyznami a kobietami, nie przeszkadzał ani nie psuł ich przyjacielskiej rozmowy. Tego wieczoru, gdy Clara udała się do domu Kate, jej ciotka wysłała powóz, aby odwiózł ją do domu o dziewiątej. Kate wróciła z nią. Dotarły do domu Woodburnów i weszły do środka. Kate była śmiała i swobodna w towarzystwie Woodburnów, tak jak w towarzystwie brata i Clary. "No cóż" - powiedziała ze śmiechem - "odłóżcie figurki i robótki". Porozmawiajmy". Siedziała po turecku na dużym krześle, rozmawiając z Hendersonem Woodburnem o sprawach firmy płużnej. Dyskutowali o względnych zaletach wolnego handlu i protekcjonizmu. Potem dwaj staruszkowie poszli spać, a Kate rozmawiała z Clarą. "Twój wujek to stary włóczęga" - powiedziała. "Nie wie nic o sensie tego, co robi w życiu". Idąc do domu przez miasto, Clara martwiła się o swoje bezpieczeństwo. "Musisz wezwać taksówkę albo pozwolić mi obudzić człowieka wujka; coś może się wydarzyć", powiedziała. Kate roześmiała się i odeszła, idąc ulicą jak mężczyzna. Czasami wkładała ręce do kieszeni spódnicy, jak do kieszeni męskich spodni, a Clarze trudno było pamiętać, że jest kobietą. W obecności Kate stała się odważniejsza niż kiedykolwiek w obecności kogokolwiek. Pewnego wieczoru opowiedziała historię o tym, co przydarzyło jej się tego dnia, na długo przed Na farmie, tego dnia, jej umysł płonął słowami Jima Priesta o soku rosnącym na drzewie i ciepłym, zmysłowym pięknie dnia, pragnęła nawiązać kontakt z kimś. Wyjaśniła Kate, jak okrutnie została pozbawiona wewnętrznego uczucia, które uważała za słuszne. "To było jak uderzenie w twarz przez Boga", powiedziała.
  Kate Chancellor była wzruszona, gdy Clara opowiadała tę historię, słuchając z płomiennym błyskiem w oczach. Coś w jej zachowaniu skłoniło Clarę do opowiedzenia o swoich eksperymentach z nauczycielką i po raz pierwszy poczuła poczucie sprawiedliwości wobec mężczyzn, rozmawiając z kobietą, która była w połowie mężczyzną. "Wiem, że to nie było sprawiedliwe" - powiedziała. "Wiem to teraz, kiedy z tobą rozmawiam, ale wtedy nie wiedziałam. Byłam tak samo niesprawiedliwa wobec nauczycielki, jak John May i mój ojciec wobec mnie. Dlaczego mężczyźni i kobiety muszą ze sobą walczyć? Dlaczego walka między nimi musi trwać?"
  Kate chodziła tam i z powrotem przed Clarą, przeklinając jak mężczyzna. "O cholera" - krzyknęła - "mężczyźni to tacy głupcy, i przypuszczam, że kobiety są równie głupie. Są aż za bardzo do siebie podobni. Jestem rozdarta między nimi. Ja też mam problem, ale nie będę o tym mówić. Wiem, co zrobię. Znajdę jakąś pracę i się tym zajmę". Zaczęła mówić o głupocie mężczyzn w ich podejściu do kobiet. "Mężczyźni nienawidzą kobiet takich jak ja" - powiedziała. "Myślą, że nas nie wykorzystają. Co za głupcy! Muszą nas obserwować i studiować. Wiele z nas spędza życie kochając inne kobiety, ale mamy umiejętności. Będąc półkobietami, wiemy, jak traktować kobiety. Nie popełniamy błędów i nie jesteśmy niegrzeczne. Mężczyźni czegoś od ciebie chcą. On jest delikatny i łatwo go zabić. Miłość to najczulsza rzecz na świecie. Jest jak orchidea. Mężczyźni próbują zbierać orchidee kilofami, głupcy".
  Podchodząc do Klary, która stała przy stole, i biorąc ją za ramię, poruszona kobieta stała tam przez dłuższą chwilę, patrząc na nią. Potem wzięła kapelusz, włożyła go na głowę i skinieniem ręki ruszyła do drzwi. "Możesz polegać na mojej przyjaźni" - powiedziała. "Nie zrobię nic, co mogłoby cię zmylić. Będziesz miała szczęście, jeśli zaznasz takiej miłości lub przyjaźni od mężczyzny".
  Clara wciąż rozmyślała o słowach Kate Chancellor tego wieczoru, spacerując ulicami podmiejskiej wioski z Frankiem Metcalfe'em, a później, gdy siedzieli w samochodzie, który wiózł ich z powrotem do miasta. Z wyjątkiem innego studenta, Phillipa Grimesa, który odwiedził ją kilkanaście razy podczas jej drugiego roku studiów, młody Metcalfe był jedynym z kilkunastu mężczyzn, których poznała od czasu opuszczenia farmy, który ją zainteresował. Phillip Grimes był szczupłym młodym mężczyzną o niebieskich oczach, jasnych włosach i rzadkim wąsiku. Pochodził z małego miasteczka na północy stanu, gdzie jego ojciec wydawał tygodnik. Wchodząc do Clary, usiadł na brzegu krzesła i zaczął szybko mówić. Zaintrygował go mężczyzna, którego zobaczył na ulicy. "Widziałem starszą kobietę w samochodzie" - zaczął. "Miała w ręku koszyk. Był pełen zakupów. Usiadła obok mnie i mówiła na głos do siebie". Gość Clary powtórzył słowa staruszki w samochodzie. Myślał o niej, zastanawiał się, jak wygląda jej życie. Po dziesięciu, piętnastu minutach rozmowy o staruszce porzucił temat i zaczął opowiadać o innym incydencie, tym razem z mężczyzną sprzedającym owoce na przejściu dla pieszych. Z Phillipem Grimesem nie dało się rozmawiać na osobności. Nic nie było osobiste, poza jego oczami. Czasami patrzył na Clarę w taki sposób, że czuła się, jakby zdzierano jej ubranie z ciała i zmuszano do stania nago w pokoju przed gościem. To doświadczenie, kiedy już nastąpiło, nie było całkowicie fizyczne. Było jedynie częściowe. Kiedy to nastąpiło, Clara zobaczyła całe swoje życie obnażone. "Nie patrz tak na mnie" - powiedziała pewnego dnia nieco ostro, gdy jego spojrzenie wprawiło ją w tak zakłopotanie, że nie mogła dłużej milczeć. Jej uwaga przeraziła Phillipa Grimesa. Natychmiast wstał, zarumienił się, mruknął coś o nowych zaręczynach i pospiesznie odszedł.
  Jadąc tramwajem do domu obok Franka Metcalfa, Clara myślała o Phillipie Grimesie i zastanawiała się, czy zniósłby próbę przemówienia Kate Chancellor o miłości i przyjaźni. Zawstydził ją, ale być może to była jej wina. W ogóle się nie upierał. Frank Metcalf nie zrobił nic innego. "Trzeba mężczyzny" - pomyślała - "żeby znaleźć gdzieś mężczyznę, który szanuje siebie i swoje pragnienia, ale rozumie też pragnienia i lęki kobiety". Tramwaj podskakiwał na przejazdach kolejowych i ulicach osiedlowych. Clara zerknęła na swojego towarzysza, który patrzył prosto przed siebie, a potem odwróciła się i wyjrzała przez okno. Okno było otwarte i widziała wnętrza domów robotniczych wzdłuż ulicy. Wieczorem, z zapalonymi lampami, wydawały się przytulne i komfortowe. Jej myśli powróciły do domu ojca i jego samotności. Przez dwa lata unikała powrotu do domu. Pod koniec pierwszego roku wykorzystała chorobę wuja jako pretekst, by spędzić lato w Columbus, a pod koniec drugiego roku znalazła kolejną wymówkę, by nie jechać. W tym roku czuła, że będzie musiała wrócić do domu. Będzie musiała siedzieć dzień w dzień przy stole z robotnikami rolnymi. Nic się nie wydarzy. Ojciec milczał w jej obecności. Znudzi ją niekończąca się paplanina miejskich dziewczyn. Gdyby któryś z miejskich chłopaków zwrócił na nią szczególną uwagę, ojciec nabrałby podejrzeń, a to zrodziłoby w niej urazę. Zrobiłaby coś, czego nie chciała. W domach wzdłuż ulic, przez które przejeżdżał samochód, widziała krzątające się kobiety. Dzieci płakały, a mężczyźni wychodzili z domów i stali rozmawiając na chodnikach. Nagle doszła do wniosku, że traktuje problem swojego życia zbyt poważnie. "Muszę się ożenić, a potem to wszystko uporządkować" - powiedziała sobie. Doszła do wniosku, że tajemniczy, uporczywy antagonizm między mężczyznami a kobietami można w całości wytłumaczyć faktem, że nie byli małżeństwem i nie mieli sposobu rozwiązywania problemów, o którym Frank Metcalfe mówił cały dzień. Żałowała, że nie może być z Kate Chancellor, aby omówić z nią ten nowy punkt widzenia. Kiedy wysiadła z samochodu z Frankiem Metcalfe, nie spieszyła się już do domu wuja. Wiedząc, że nie chce za niego wyjść, pomyślała, że ona też się odezwie, że spróbuje przekonać go do swojego punktu widzenia, tak jak on próbował przekonać ją do swojego przez cały dzień.
  Szli tak przez godzinę, a Klara rozmawiała. Zapomniała o upływającym czasie i o tym, że nie jadła obiadu. Nie chcąc rozmawiać o małżeństwie, mówiła o możliwości przyjaźni między mężczyzną a kobietą. W miarę jak mówiła, jej myśli zdawały się rozjaśniać. "To wszystko głupota, że tak się zachowujesz" - oznajmiła. "Wiem, jak bardzo jesteś czasami niezadowolony i nieszczęśliwy. Sama często tak się czuję. Czasami myślę, że pragnę małżeństwa. Naprawdę myślę, że pragnę być blisko kogoś. Wierzę, że każdy pragnie takiego doświadczenia. Wszyscy pragniemy czegoś, za co nie jesteśmy gotowi zapłacić. Chcemy to ukraść albo żeby nam to odebrano. Tak jest ze mną i tak jest z tobą".
  Zbliżyli się do domu Woodburnów i odwróciwszy się, stanęli w ciemności na ganku przy drzwiach wejściowych. Z tyłu domu Clara zobaczyła zapalone światło. Jej ciotka i wujek byli zajęci swoim nieustannym szyciem i robótkami na drutach. Szukali namiastki życia. To właśnie protestował Frank Metcalfe i to był prawdziwy powód jej własnego, nieustannego, skrytego protestu. Złapała go za klapę płaszcza, zamierzając błagać, zaszczepić w nim ideę przyjaźni, która coś dla nich obojga znaczy. W ciemności nie mogła dostrzec jego raczej ciężkiej, ponurej twarzy. Jej instynkt macierzyński stał się silniejszy i myślała o nim jako o krnąbrnym, niezadowolonym chłopcu, tęskniącym za miłością i zrozumieniem, tak jak ona pragnęła być kochana i rozumiana przez ojca, gdy życie, w chwili jej budzącej się kobiecości, wydawało się brzydkie i okrutne. Wolną ręką pogłaskała rękaw jego płaszcza. Jej gest został źle zrozumiany przez mężczyznę, który myślał nie o jej słowach, lecz o jej ciele i pragnieniu, by je posiąść. Podniósł ją i mocno przycisnął do piersi. Próbowała się wyrwać, ale choć była silna i muskularna, nie mogła się ruszyć. Trzymając ją, wujek, który słyszał dwie osoby wchodzące po schodach do drzwi, pchnął je. Zarówno on, jak i jego żona wielokrotnie ostrzegali Clarę, by nie miała nic wspólnego z młodym Metcalfem. Kiedyś, gdy przysłał kwiaty do domu, ciotka przekonała ją, by odmówiła. "To zły, rozwiązły, niegodziwy człowiek" - powiedziała. "Nie miej z nim nic wspólnego". Kiedy zobaczył swoją siostrzenicę w ramionach mężczyzny, który był przedmiotem tylu rozmów w jego własnym domu i we wszystkich szanowanych domach Columbus, Henderson Woodburn wpadł we wściekłość. Zapomniał, że młody Metcalf był synem prezesa firmy, w której pełnił funkcję skarbnika. Czuł się, jakby został osobiście obrażony przez zwykłego tyrana. "Wynoś się stąd!" - krzyknął. "Co masz na myśli, ty podły łotrze? Wynoś się stąd!"
  Frank Metcalfe, śmiejąc się wyzywająco, szedł ulicą, gdy Clara weszła do domu. Przesuwane drzwi do salonu były otwarte, a światło z wiszącej lampy padało na nią. Jej włosy były potargane, a kapelusz przechylony na bok. Mężczyzna i kobieta wpatrywali się w nią. Druty i kartka papieru, które trzymali w dłoniach, sugerowały, co robili, podczas gdy Clara uczyła się kolejnej życiowej lekcji. Ręce ciotki drżały, a druty stukały o siebie. Nic nie zostało powiedziane, a zdezorientowana i rozgniewana dziewczyna pobiegła po schodach do swojego pokoju. Zamknęła drzwi na klucz i uklękła na podłodze przy łóżku. Nie modliła się. Spotkanie z Kate Chancellor dało jej kolejne ujście dla emocji. Waląc pięściami w narzutę, zaklęła: "Głupcy, przeklęci głupcy, na świecie nie ma nic poza mnóstwem przeklętych głupców".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ X
  
  DO LARY BUTTERWORTH _ PO LEWEJ Bidwell w stanie Ohio, we wrześniu tego samego roku, w którym firma instalująca maszyny Steve'a Huntera została przejęta przez syndyka masy upadłościowej, a w styczniu następnego roku ten przedsiębiorczy młody człowiek wraz z Tomem Butterworthem kupił zakład. W marcu powstała nowa firma, która natychmiast rozpoczęła produkcję rozdrabniacza do kukurydzy Hugh, który od początku odnosił sukcesy. Upadek pierwszej firmy i sprzedaż zakładu wywołały poruszenie w mieście. Jednak zarówno Steve, jak i Tom Butterworth mogli wskazać na fakt, że trzymali swoje akcje i stracili pieniądze wraz z innymi. Tom sprzedał swoje akcje, ponieważ, jak wyjaśnił, potrzebował gotówki, ale dał dowód dobrej woli, kupując je ponownie na krótko przed krachem. "Myślicie, że zrobiłbym to, gdybym wiedział, co się stało?" - zapytał mężczyzn zgromadzonych w sklepach. "Idź i sprawdź księgi spółki. Przeprowadźmy dochodzenie. Przekonasz się, że Steve i ja trzymaliśmy się razem z innymi akcjonariuszami. Straciliśmy pieniądze razem z nimi. Jeśli ktoś był nieuczciwy i widząc zbliżającą się katastrofę, uciekł spod władzy kogoś innego, to nie byliśmy to Steve i ja. Księgi spółki pokażą, że byliśmy w to zamieszani. To nie była nasza wina, że instalacja sprzętu nie zadziałała.
  W zapleczu banku John Clark i młody Gordon Hart przeklinali Steve'a i Toma, którzy, jak twierdzili, ich sprzedali. Nie stracili żadnych pieniędzy z powodu tego incydentu, ale z drugiej strony, nic też nie zyskali. Czterej mężczyźni licytowali zakład, gdy wystawiono go na sprzedaż, ale nie spodziewając się konkurencji, nie zaoferowali wiele. Zakład trafił do kancelarii prawnej z Cleveland, która zaoferowała nieco więcej, a później został odsprzedany prywatnie Steve'owi i Tomowi. Wszczęto dochodzenie, w wyniku którego odkryto, że Steve i Tom posiadali znaczne pakiety akcji upadłej firmy, podczas gdy bankierzy nie posiadali praktycznie nic. Steve otwarcie przyznał, że od dawna wiedział o możliwości bankructwa, ostrzegł głównych akcjonariuszy i poprosił ich, aby nie sprzedawali swoich akcji. "Podczas gdy ja tak bardzo starałem się ratować firmę, co oni robili?" - zapytał ostro, a pytanie to odbiło się echem w sklepach i domach.
  Prawda, której miasto nigdy się nie dowiedziało, była taka, że Steve pierwotnie planował zdobyć roślinę dla siebie, ale ostatecznie uznał, że lepiej będzie zabrać kogoś ze sobą. Bał się Johna Clarka. Rozmyślał nad tą sprawą przez dwa lub trzy dni i doszedł do wniosku, że bankierowi nie można ufać. "Jest zbyt dobrym przyjacielem Toma Butterwortha" - powiedział sobie. "Jeśli powiem mu o moim planie, on powie Tomowi. Sam pójdę do Toma. To człowiek, który zarabia krocie i który wie, jak odróżnić rower od taczki, jeśli tylko włoży się mu ją do łóżka".
  Pewnego wrześniowego wieczoru Steve późnym wieczorem pojechał do domu Toma. Nie chciał jechać, ale był przekonany, że tak będzie najlepiej. "Nie chcę spalić za sobą wszystkich mostów" - powiedział sobie. "Muszę mieć w mieście przynajmniej jednego szanowanego przyjaciela. Będę musiał radzić sobie z tymi łajdakami, może do końca życia. Nie mogę się za bardzo zamknąć, przynajmniej na razie".
  Kiedy Steve dotarł na farmę, poprosił Toma, żeby wsiadł do bryczki i obaj mężczyźni ruszyli w długą podróż. Koń, siwy wałach z jednym ślepym okiem, wynajęty na tę okazję w stajni Neighbors Livery, powoli przemierzał pagórkowaty teren na południe od Bidwell. Wiózł setki młodych mężczyzn i ich ukochane. Idąc powoli, być może myśląc o własnej młodości i tyranii człowieka, który uczynił go wałachem, wiedział, że dopóki świeci księżyc, a napięta, milcząca cisza panuje nad dwojgiem ludzi w bryczce, bat nie wyrwie się ze stajni i nie należy oczekiwać od niego pośpiechu.
  Jednak tego wrześniowego wieczoru siwy wałach niósł ciężar, którego nigdy wcześniej nie dźwigał. Dwoje ludzi w bryczce tego wieczoru nie było głupimi, wędrownymi kochankami, myślącymi tylko o miłości i pozwalającymi, by piękno nocy, miękkość czarnych cieni na drodze i łagodne nocne wiatry, które wiły się wzdłuż grzbietów wzgórz, wpływały na ich nastroje. Byli to szanowani biznesmeni, mentorzy nowej ery, ludzie, którzy w przyszłości Ameryki, a może i całego świata, staną się twórcami rządów, kształtującymi opinię publiczną, właścicielami prasy, wydawcami książek, kupcami dzieł sztuki i, z dobroci serca, żywicielami od czasu do czasu głodujących lub nieostrożnych poetów zagubionych na innych drogach. W każdym razie dwaj mężczyźni siedzieli w bryczce, podczas gdy siwy wałach wędrował po wzgórzach. Na drodze leżały ogromne plamy księżycowego światła. Przypadkiem, właśnie tego wieczoru Clara Butterworth opuściła dom, aby zapisać się na Uniwersytet Stanowy. Wspominając dobroć i delikatność szorstkiego, starego parobka, Jima Priesta, który wiózł ją na stację, położyła się na pryczy w wagonie sypialnym i patrzyła, jak oświetlone księżycem drogi ulatniają się niczym duchy. Tej nocy pomyślała o ojcu i nieporozumieniu, które między nimi powstało. Przez chwilę czuła żal. "W końcu Jim Priest i mój ojciec muszą być bardzo podobni" - pomyślała. "Mieszkali na tej samej farmie, jedli to samo jedzenie; obaj kochają konie. Nie może być między nimi dużej różnicy". Myślała o tym całą noc. Ogarnęła ją obsesja na punkcie tego, że cały świat znajduje się w pędzącym pociągu, który pędząc, wciąga ludzi w jakiś dziwny labirynt nieporozumień. Była tak potężna, że dotknęła jej głęboko ukrytej podświadomości i przeraziła ją straszliwie. Czuła, jakby ściany wagonu sypialnego były jak ściany więzienia, odcinające ją od piękna życia. Ściany zdawały się zamykać wokół niej. Ściany, niczym samo życie, blokowały jej młodość i młodzieńcze pragnienie, by wyciągnąć rękę ku ukrytemu pięknu innych. Usiadła na koi i stłumiła chęć wybicia szyby w samochodzie i wyskoczenia z pędzącego pociągu w cichą, księżycową noc. Z dziewczęcą hojnością wzięła na siebie odpowiedzialność za nieporozumienie, które narodziło się między nią a ojcem. Później straciła impuls, który doprowadził ją do tej decyzji, ale tej nocy pozostał. Pomimo przerażenia wywołanego halucynacją ruchomych ścian koi, które zdawały się ją zmiażdżyć i powracały raz po raz, była to najpiękniejsza noc, jaką kiedykolwiek przeżyła, i pozostała wyryta w jej pamięci na całe życie. Właściwie, później zaczęła myśleć o tej nocy jako o chwili, w której szczególnie cudownie i słusznie będzie oddać się ukochanemu. Choć nie zdawała sobie z tego sprawy, pocałunek w jej policzek, który dały jej wąsate usta Jima Priesta, niewątpliwie miał coś wspólnego z tą myślą, gdy tylko jej przyszła do głowy.
  A podczas gdy dziewczyna zmagała się z dziwactwami życia i próbowała przebić się przez wyimaginowane mury, które pozbawiały ją możliwości życia, jej ojciec również jechał przez noc. Przenikliwym wzrokiem obserwował twarz Steve"a Huntera. Zaczynała już trochę gęstnieć, ale Tom nagle zdał sobie sprawę, że to twarz kompetentnego człowieka. Coś w szczękach sprawiło, że Tom, który miał do czynienia z bydłem, skojarzył się z twarzą świni. "Ten człowiek dostaje to, czego chce. Jest chciwy" - pomyślał farmer. "Teraz coś knuje. Żeby dostać to, czego chce, da mi szansę, żebym dostał to, czego chcę. Zamierza złożyć mi jakąś ofertę dotyczącą zakładu. Obmyślił plan, żeby zdystansować się od Gordona Harta i Johna Clarka, bo nie potrzebuje zbyt wielu wspólników. Dobrze, pójdę z nim. Każdy z nich zrobiłby to samo, gdyby miał szansę".
  Steve palił czarne cygaro i mówił. W miarę jak nabierał pewności siebie i przejmował się sprawami, które go pochłaniały, jego słowa stawały się coraz bardziej płynne i przekonujące. Przez jakiś czas mówił o konieczności przetrwania i stałego rozwoju niektórych ludzi w świecie przemysłowym. "To konieczne dla dobra społeczeństwa" - powiedział. "Kilku w miarę silnych mężczyzn to dobra rzecz dla miasta, ale jeśli jest ich mniej i są stosunkowo silniejsi, tym lepiej". Odwrócił się i spojrzał ostro na swojego towarzysza. "No cóż" - wykrzyknął - "rozmawialiśmy w banku o tym, co zrobimy, jeśli fabryka się zawali, ale w procederze było zbyt wielu ludzi. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale teraz rozumiem". Strzepnął popiół z cygara i roześmiał się. "Wiesz, co zrobili, prawda?" - zapytał. "Prosiłem was wszystkich, żebyście nie sprzedawali swoich akcji. Nie chciałem denerwować całego miasta. Nic by nie stracili". "Obiecałem, że ich dopilnuję, załatwię im roślinę po niskiej cenie, pomogę im zarobić prawdziwe pieniądze. Grali w tę grę w prowincjonalny sposób. Niektórzy potrafią myśleć w kategoriach tysięcy dolarów, inni muszą myśleć w kategoriach setek. Po prostu ich umysły są wystarczająco szerokie, żeby to pojąć. Chwytają małą przewagę, a tracą dużą. Tak właśnie zrobili ci ludzie".
  Długo jechali w milczeniu. Tom, który również sprzedał swoje udziały, zastanawiał się, czy Steve wie. Podjął już decyzję. "Postanowił jednak ze mną handlować. Potrzebuje kogoś i wybrał mnie" - pomyślał. Postanowił być odważny. W końcu Steve był młody. Jeszcze rok czy dwa lata temu był tylko młodym parweniuszem, a nawet dzieciaki na ulicy się z niego śmiały. Tom był nieco oburzony, ale zastanowił się, zanim się odezwał. "Może, mimo że jest młody i skromny, myśli szybciej i bardziej przenikliwie niż ktokolwiek z nas" - powiedział sobie.
  "Brzmisz jak facet z asem w rękawie" - powiedział ze śmiechem. "Jeśli musisz wiedzieć, sprzedałem swoje akcje, tak jak wszyscy inni. Nie zamierzałem ryzykować i być przegranym, gdybym mógł temu zapobiec. Może tak to już jest w małym miasteczku, ale wiesz coś, czego ja mogę nie wiedzieć. Nie możesz mnie winić za to, że dorastam do swoich standardów. Zawsze wierzyłem w przetrwanie najsilniejszych i miałem córkę, którą musiałem utrzymać i wysłać na studia. Chcę z niej zrobić damę. Ty jeszcze nie masz dzieci i jesteś młodszy. Może chcesz zaryzykować, a ja nie chcę. Skąd mam wiedzieć, co kombinujesz?"
  I znów jechali w milczeniu. Steve przygotowywał się na rozmowę. Wiedział, że istnieje ryzyko, że wynaleziona przez Hugha maszyna do zbierania kukurydzy okaże się niepraktyczna i że skończy z fabryką tylko dla siebie, bez niczego do produkcji. Jednak nie wahał się. I znów, jak tamtego dnia w banku, kiedy spotkał dwóch starszych mężczyzn, blefował. "Możecie wejść albo zostać, jak chcecie" - powiedział nieco ostro. "Przejmę tę fabrykę, jeśli mi się uda, i będę produkować maszyny do zbierania kukurydzy. Obiecałem już tyle zamówień, że starczy mi na rok. Nie mogę cię zabrać ze sobą i rozpowiadać wszystkim w mieście, że byłeś jednym z tych, którzy sprzedali drobnych inwestorów. Mam akcje spółki warte sto tysięcy dolarów. Możesz wziąć połowę z tego. Wezmę twój weksel na pięćdziesiąt tysięcy. Nigdy nie będziesz musiał go spłacać. Zyski z nowej fabryki cię opłacą. Będziesz jednak musiał przyznać się do wszystkiego". Oczywiście, jeśli chcecie, możecie pójść za Johnem Clarkiem i sami rozpocząć otwartą walkę o fabrykę. Mam prawa do zbieracza kukurydzy i zabiorę go gdzie indziej i zbuduję. Nie mam nic przeciwko temu, żeby wam powiedzieć, że jeśli się rozstaniemy, zrobię wielką reklamę temu, co wy trzej zrobiliście drobnym inwestorom, po tym, jak prosiłem was, żebyście tego nie robili. Możecie wszyscy zostać tutaj i być właścicielami swojej pustej fabryki, czerpiąc maksymalną satysfakcję z miłości i szacunku, jakie otrzymujecie od ludzi. Możecie robić, co chcecie. Nie obchodzi mnie to. Mam czyste ręce. Nie zrobiłem niczego, czego bym się wstydził, a jeśli chcecie pójść ze mną, razem zrobimy w tym mieście coś, czego żadne z nas nie będzie musiało się wstydzić.
  Dwaj mężczyźni wrócili do domu w Butterworth, a Tom wysiadł z bryczki. Miał zamiar powiedzieć Steve'owi, żeby poszedł do diabła, ale kiedy jechali drogą, zmienił zdanie. Młody nauczyciel z Bidwell, który kilkakrotnie odwiedzał swoją córkę Clarę, był tej nocy za granicą z inną młodą kobietą. Wsiadł do bryczki, objął ją w talii i powoli pojechał przez pagórki. Tom i Steve ich minęli, a farmer, widząc kobietę w ramionach mężczyzny w blasku księżyca, wyobraził sobie swoją córkę na jej miejscu. Ta myśl go rozwścieczyła. "Tracę szansę na zostanie ważną osobistością w tym mieście tylko po to, by grać bezpiecznie i mieć pewność, że Clara będzie miała pieniądze, a ona dba tylko o zabawę z jakąś młodą dziwką" - pomyślał z goryczą. Zaczął czuć się jak niedoceniony i pełen urazy ojciec. Wysiadając z bryczki, stanął na chwilę za kierownicą i uważnie przyjrzał się Steve'owi. "Jestem tak samo dobry w tym sporcie jak ty" - powiedział w końcu. "Przynieś swoje rzeczy, a dam ci ten weksel. To wszystko, rozumiesz: tylko mój weksel. Nie obiecuję żadnego zabezpieczenia i nie oczekuję, że wystawisz go na sprzedaż". Steve wychylił się z bryczki i wziął go za rękę. "Nie sprzedaję twojego weksla, Tom" - powiedział. "Schowam go. Potrzebuję partnera do pomocy. Zrobimy coś razem".
  Młody promotor odjechał, a Tom wszedł do domu i położył się spać. Podobnie jak jego córka, nie spał. Pomyślał o niej przez chwilę i oczami wyobraźni znów ujrzał ją w wózku, tuloną przez nauczycielkę. Ta myśl sprawiła, że poruszył się niespokojnie pod kołdrą. "W każdym razie, cholerne kobiety" - mruknął. Aby się oderwać, pomyślał o czymś innym. "Sporządzę akt własności i przekażę moje trzy nieruchomości Clarze" - postanowił sprytnie. "Jeśli coś pójdzie nie tak, nie będziemy kompletnie spłukani. Znam Charliego Jacobsa z sądu okręgowego. Jeśli trochę mu pomogę, zarejestruję akt własności bez wiedzy kogokolwiek".
  
  
  
  Ostatnie dwa tygodnie Clary w domu Woodburnów upłynęły na zażartej walce, jeszcze bardziej intensywnej przez panującą ciszę. Henderson Wood, Byrne i jego żona uważali, że Clara jest im winna wyjaśnienie sceny z Frankiem Metcalfem przy drzwiach wejściowych. Kiedy tego nie zrobiła, poczuli się urażeni. Kiedy otworzył drzwi na oścież i skonfrontował się z dwiema osobami, oracz odniósł wrażenie, że Clara próbuje wyrwać się z objęć Franka Metcalfa. Powiedział żonie, że nie obwinia jej za scenę na ganku. Nie będąc ojcem dziewczyny, mógł spojrzeć na sprawę chłodno. "To grzeczna dziewczyna" - oświadczył. "Ten brutal Frank Metcalf jest wszystkiemu winien. Śmiem twierdzić, że śledził ją do domu. Teraz jest zdenerwowana, ale rano opowie nam, co się stało".
  Mijały dni, a Clara milczała. Przez ostatni tydzień, który spędzili w domu, ona i dwaj starsi mężczyźni prawie się nie odzywali. Młoda kobieta czuła dziwną ulgę. Każdego wieczoru chodziła na kolację z Kate Chancellor, która, usłyszawszy historię z tamtego dnia na przedmieściach i incydent na ganku, wychodziła, nieświadoma tego, i rozmawiała z Hendersonem Woodburnem w jego biurze. Po ich rozmowie producent był zmieszany i trochę przestraszony zarówno Clarą, jak i jej przyjacielem. Próbował to wytłumaczyć żonie, ale nie było to zbyt jasne. "Nie rozumiem tego" - powiedział. "Ta Kate jest jedną z tych kobiet, których nie rozumiem. Mówi, że Clara nie była winna tego, co zaszło między nią a Frankiem Metcalfe"em, ale nie chce nam opowiedzieć tej historii, bo uważa, że młody Metcalfe też nie był winny". Chociaż słuchając Kate, był pełen szacunku i uprzejmości, rozgniewał się, próbując wyjaśnić żonie, co powiedziała. "Obawiam się, że to była po prostu pomyłka" - oświadczył. "Cieszę się, że nie mamy córki. Skoro żadna z nich nie była winna, to co takiego knuły? Co się dzieje z nowym pokoleniem kobiet? A tak w ogóle, co się stało z Kate Chancellor?"
  Oracz poradził żonie, żeby nic nie mówiła Klarze. "Umyjmy ręce" - zasugerował. "Za kilka dni wróci do domu i nie będziemy nic mówić o jej powrocie w przyszłym roku. Bądźmy uprzejmi, ale zachowujmy się tak, jakby nie istniała".
  Clara bez komentarza przyjęła nową postawę ciotki i wujka. Tego popołudnia nie wróciła z uniwersytetu, lecz poszła do mieszkania Kate. Jej brat wrócił do domu i po kolacji zagrał na pianinie. O dziesiątej Clara poszła do domu, a Kate jej towarzyszyła. Kobiety z trudem usadowiły się na ławce w parku. Rozmawiały o tysiącu ukrytych etapów życia, o których Clara wcześniej ledwo śmiała myśleć. Do końca życia uważała te ostatnie tygodnie w Columbus za najgłębszy czas, jakiego kiedykolwiek doświadczyła. Dom Woodburnów sprawiał, że czuła się nieswojo z powodu ciszy i zranionego, skrzywdzonego wyrazu twarzy ciotki, ale nie spędziła tam dużo czasu. Tego ranka, o siódmej, Henderson Woodburn zjadł śniadanie samotnie i, ściskając swoją wszechobecną teczkę z dokumentami, pojechał do tartaku. Clara i jej ciotka zjadły śniadanie w milczeniu o ósmej, a potem Clara również pospiesznie odeszła. "Pójdę na lunch, a potem na kolację do Kate" - powiedziała, żegnając się z ciotką, nie z miną proszącej o pozwolenie, jaką zazwyczaj miała wobec Franka Metcalfe"a, ale z poczuciem, że ma prawo sama zarządzać swoim czasem. Tylko raz ciotka zdołała przełamać chłodną, urażoną godność, którą przybrała. Pewnego ranka poszła za Clarą do drzwi wejściowych i patrząc, jak schodzi po schodach z ganku do alejki prowadzącej na ulicę, zawołała ją. Być może ogarnęło ją jakieś mgliste wspomnienie buntowniczego okresu jej własnej młodości. Łzy napłynęły jej do oczu. Dla niej świat był miejscem grozy, gdzie wilkopodobni mężczyźni włóczyli się w poszukiwaniu kobiet do pożarcia, i bała się, że coś strasznego może stać się jej siostrzenicy. "Jeśli nie chcesz mi powiedzieć, trudno" - powiedziała śmiało - "ale chciałabym, żebyś czuła, że możesz". Kiedy Clara odwróciła się, by na nią spojrzeć, pospieszyła z wyjaśnieniami. "Pan Woodburn powiedział, żebym ci nie przeszkadzała i nie będę" - dodała szybko. Nerwowo splatając ręce, odwróciła się i spojrzała na ulicę z miną przestraszonego dziecka zaglądającego do legowiska zwierząt. "Och, Klaro, bądź grzeczna" - powiedziała. "Wiem, że jesteś już dorosła, ale, och, Klaro, uważaj! Nie wpakuj się w kłopoty".
  Dom Woodburnów w Columbus, podobnie jak dom Butterworthów na wsi na południe od Bidwell, stał na wzgórzu. Ulica opadała ostro w kierunku centrum i linii tramwajowej. Tego ranka, gdy ciotka przemówiła do niej i próbowała słabymi rękami odsunąć kilka kamieni od muru, który był w budowie, Clara pospieszyła ulicą pod drzewami, czując, że i ona ma ochotę płakać. Nie widziała sposobu, by wytłumaczyć ciotce nowe myśli o życiu, które zaczynała mieć, i nie chciała jej zranić swoimi próbami. "Jak mam wytłumaczyć moje myśli, skoro są niejasne w mojej głowie, skoro po prostu bredzę na oślep?" - pytała siebie. "Ona chce, żebym była grzeczna" - pomyślała. "Co by sobie pomyślała, gdybym jej powiedziała, że doszłam do wniosku, że według jej standardów jestem za dobra? Jaki sens ma próba rozmowy z nią, skoro tylko ją zranię i pogorszyę sytuację?" Dotarła do skrzyżowania i obejrzała się. Jej ciotka wciąż stała w drzwiach domu, patrząc na nią. Było coś miękkiego, małego, okrągłego, upartego, straszliwie słabego i straszliwie silnego jednocześnie w tej idealnie kobiecej istocie, którą z siebie uczyniła, a raczej którą uczyniło z niej życie. Klara zadrżała. Nie symbolizowała postaci swojej ciotki, a jej umysł nie połączył życia ciotki z tym, kim się stała, tak jak uczyniłby to umysł Kate Chancellor. Widziała drobną, okrągłą, płaczącą kobietę jako dziecko, idącą po wysadzanych drzewami ulicach miasta, i nagle ujrzała bladą twarz i wyłupiaste oczy więźnia wpatrującego się w niego przez żelazne kraty miejskiego aresztu. Klara bała się, jak bałby się chłopiec, i jak chłopiec chciała uciec jak najszybciej. "Muszę myśleć o czymś innym i o innych kobietach, bo inaczej wszystko się strasznie wypaczy" - powiedziała sobie. "Jeśli pomyślę o niej i kobietach jej podobnych, zacznę bać się małżeństwa i zapragnę wyjść za mąż, gdy tylko znajdę odpowiedniego mężczyznę. To jedyne, co mogę zrobić. Co innego może zrobić kobieta?"
  Podczas wieczornego spaceru Clara i Kate nieustannie rozmawiały o nowej pozycji, jaką Kate, według niej, miały zająć kobiety na świecie. Kobieta, będąca w gruncie rzeczy mężczyzną, chciała rozmawiać o małżeństwie i je potępiać, ale nieustannie się z tym zmagała. Wiedziała, że jeśli się odpuści, powie wiele rzeczy, które - choć prawdziwe w stosunku do niej samej - niekoniecznie będą prawdziwe w stosunku do Clary. "To, że nie chcę mieszkać z mężczyzną ani być jego żoną, nie jest dobrym dowodem na to, że instytucja jest zła. Może chcę zatrzymać Clarę dla siebie. Myślę o niej częściej niż o kimkolwiek innym, kogo kiedykolwiek spotkałam. Jak mogę naprawdę myśleć o tym, że wyjdzie za mąż za jakiegoś mężczyznę i straci poczucie tego, co dla mnie najważniejsze?" - zadała sobie pytanie. Pewnego wieczoru, gdy kobiety szły z mieszkania Kate do domu Woodburnów, podeszło do nich dwóch mężczyzn i chcieli się przejść. W pobliżu był mały park i Kate zaprowadziła tam mężczyzn. "Chodź" - powiedziała - "ty i ja nie pójdziemy, ale możesz usiąść z nami na ławce". Mężczyźni usiedli obok nich, a starszy, mężczyzna z małym czarnym wąsikiem, skomentował przejrzystość nocy. Młody mężczyzna siedzący obok Clary spojrzał na nią i roześmiał się. Kate od razu przeszła do konkretów. "No cóż, chciałeś pójść z nami na spacer: dlaczego?" - zapytała ostro. Wyjaśniła, co robią. "Szliśmy i rozmawialiśmy o kobietach i o tym, co powinny robić w życiu" - wyjaśniła. "Widzisz, wyrażaliśmy opinie. Nie twierdzę, że któreś z nas powiedziało coś mądrego, ale dobrze się bawiliśmy i próbowaliśmy się czegoś od siebie nauczyć. Co możesz nam powiedzieć?" Przerwałeś naszą rozmowę i chciałeś iść z nami: dlaczego? Chciałeś być w naszym towarzystwie: teraz powiedz nam, jaki wkład możesz wnieść. Nie możesz po prostu przyjść i kręcić się z nami jak głupcy. Co możesz zaoferować, co Twoim zdaniem pozwoli nam przerwać nasze rozmowy i poświęcić czas na rozmowę z Tobą?
  Starszy mężczyzna z wąsami odwrócił się i spojrzał na Kate, po czym wstał z ławki. Odszedł trochę na bok, po czym odwrócił się i skinął na swoją towarzyszkę. "Chodź" - powiedział - "wynośmy się stąd. Marnujemy czas. To zimny trop. To para intelektualistów. Chodźmy, idziemy".
  Obie kobiety znów szły ulicą. Kate mimowolnie poczuła dumę z tego, jak potraktowała mężczyzn. Mówiła o tym, aż dotarły do drzwi Woodburnów, a idąc ulicą, Clara pomyślała, że jest nieco zbyt bezczelna. Stanęła przy drzwiach i obserwowała przyjaciółkę, aż zniknęła za rogiem. Przez myśl przemknął jej błysk wątpliwości co do nieomylności metod Kate wobec mężczyzn. Nagle przypomniała sobie łagodne brązowe oczy młodszego z dwóch mężczyzn w parku i zastanawiała się, co kryje się w ich głębi. Może w końcu, gdyby była z nim sama, miałby do powiedzenia coś równie trafnego, jak to, co on i Kate sobie powiedzieli. "Kate robiła z mężczyzn głupców, ale nie była do końca sprawiedliwa" - pomyślała, wchodząc do domu.
  
  
  
  Clara została w Bidwell przez miesiąc, zanim zdała sobie sprawę ze zmian, jakie zaszły w jej rodzinnym mieście. Na farmie interesy szły normalnie, z tym że jej ojciec bywał tam bardzo rzadko. On i Steve Hunter byli całkowicie pochłonięci projektem produkcji i sprzedaży maszyn do zbierania kukurydzy i zajmowali się większością sprzedaży w fabryce. Prawie co miesiąc jeździł do miast na Zachodzie. Nawet będąc w Bidwell, nabrał zwyczaju zatrzymywania się na noc w hotelu w mieście. "To za dużo zachodu, żeby ciągle biegać tam i z powrotem" - wyjaśnił Jimowi Priestowi, którego powołał na zarządcę farmy. Chwalił się staruszkowi, który przez wiele lat był praktycznie wspólnikiem w jego małych przedsięwzięciach biznesowych. "Cóż, nie chciałbym nic mówić, ale myślę, że warto mieć oko na to, co się dzieje" - oznajmił. "Steve ma się dobrze, ale interesy to interesy". My, on i ja, mamy do czynienia z wielkimi sprawami. Nie mówię, że będzie próbował mnie przechytrzyć; Mówię ci tylko, że w przyszłości będę musiał spędzać większość czasu w mieście i nie będę mógł tu o niczym myśleć. Ty zajmujesz się farmą. Nie zawracaj mi głowy szczegółami. Po prostu mów mi o tym, kiedy będziesz musiał coś kupić lub sprzedać.
  Clara przybyła do Bidwell późnym popołudniem ciepłego czerwcowego dnia. Łagodne wzgórza, przez które jej pociąg wjechał do miasta, rozkwitały letnim pięknem. Na niewielkich skrawkach płaskiego terenu między wzgórzami dojrzewało zboże. Na ulicach małych miasteczek i na zakurzonych wiejskich drogach chłopi w kombinezonach stali w wozach i przeklinali konie, stając dęba i podskakując, na wpół udając strach przed przejeżdżającym pociągiem. W lasach na zboczach wzgórz otwarte przestrzenie między drzewami były chłodne i zachęcające. Clara przycisnęła policzek do szyby samochodu i wyobraziła sobie, jak wędruje przez chłodny las ze swoim kochankiem. Zapomniała o słowach Kate Chancellor o niezależnej przyszłości kobiet. To, jak jej się mgliście wydawało, było czymś, o czym można pomyśleć dopiero po rozwiązaniu jakiegoś bardziej palącego problemu. Nie wiedziała dokładnie, na czym polegał problem, ale wiedziała, że chodzi o bliską, ciepłą więź z życiem, której jeszcze nie potrafiła nawiązać. Kiedy zamknęła oczy, silne, ciepłe dłonie zdawały się pojawiać znikąd i dotykać jej zarumienionych policzków. Palce były silne jak gałęzie drzew. Dotykały z twardością i miękkością gałęzi kołyszących się na letnim wietrze.
  Clara wyprostowała się na siedzeniu, a kiedy pociąg zatrzymał się w Bidwell, wysiadła i ruszyła z pewnym, rzeczowym wyrazem twarzy w stronę czekającego ojca. Wychodząc z krainy snów, nabrała czegoś z determinacji Kate Chancellor. Spojrzała na ojca, a zewnętrzny obserwator mógłby pomyśleć, że są dwojgiem nieznajomych, którzy spotykają się, by omówić jakieś interesy. Nad nimi wisiała aura podejrzliwości. Wsiedli do bryczki Toma, a ponieważ Main Street została rozebrana, by zrobić miejsce dla ceglanego chodnika i nowej kanalizacji, pojechali okrężną drogą przez ulice mieszkalne, aż dotarli do Medina Road. Clara spojrzała na ojca i nagle poczuła się bardzo nieufna. Poczuła się bardzo odległa od niedoświadczonej, niewinnej dziewczyny, która tak często przechadzała się ulicami Bidwell; że jej umysł i duch znacznie się rozwinęły podczas jej trzyletniej nieobecności; i zastanawiała się, czy ojciec zrozumie zachodzącą w niej zmianę. Czuła, że każda z dwóch jego reakcji mogłaby ją uszczęśliwić. Mógł się nagle odwrócić i biorąc ją za rękę, przyjąć do wspólnoty, albo mógł przyjąć ją jako kobietę i swoją córkę, całując ją.
  Nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Przejechali w milczeniu przez miasto, przejechali przez mały mostek i wjechali na drogę prowadzącą do farmy. Tom był ciekaw córki i czuł się trochę nieswojo. Od tamtego wieczoru na ganku domu, kiedy oskarżył ją o jakiś nieokreślony romans z Johnem Mayem, czuł się winny w jej obecności, ale udało mu się przekazać jej swoje poczucie winy. Kiedy była w szkole, czuł się komfortowo. Czasami nie myślał o niej przez miesiąc. Teraz napisała, że nie wróci. Nie prosiła go o radę, ale stanowczo powiedziała, że wraca do domu na stałe. Zastanawiał się, co się stało. Czy miała kolejny romans z mężczyzną? Chciał zapytać, miał zamiar zapytać, ale w jej obecności słowa, które zamierzał wypowiedzieć, wciąż cisnęły mu się na usta. Po długim milczeniu Clara zaczęła zadawać pytania o farmę, pracujących tam mężczyzn, zdrowie ciotki - zwykłe pytania o powrót do domu. Ojciec odpowiadał ogólnikowo. "Wszyscy są w porządku" - powiedział. "Wszyscy są cali i zdrowi".
  Droga zaczęła wyłaniać się z doliny, w której leżało miasteczko, a Tom zatrzymał konia i, wskazując batem, zaczął opowiadać o miasteczku. Ucieszył się, że cisza została przerwana i postanowił nie wspominać o liście ogłaszającym koniec jej szkolnego życia. "Widzisz" - powiedział, wskazując na mur nowej cegielni wznoszący się ponad drzewami nad rzeką. "Budujemy nową fabrykę. Będziemy tam produkować siekacze do kukurydzy. Stara fabryka jest za mała. Sprzedaliśmy ją nowej firmie, która będzie produkować rowery. Sprzedaliśmy ją ze Stevem Hunterem. Dostaliśmy dwa razy więcej niż za nią zapłaciliśmy. Kiedy fabryka rowerów zostanie otwarta, on i ja będziemy nią również zarządzać. Mówię ci, miasto rośnie w siłę".
  Tom przechwalał się swoją nową pozycją w mieście, a Clara odwróciła się i spiorunowała go wzrokiem, po czym szybko odwróciła wzrok. Zirytowało go to zachowanie, a na jego policzkach pojawił się rumieniec gniewu. Ujawniła się strona jego charakteru, której córka nigdy wcześniej nie widziała. Jako prosty rolnik był zbyt bystry, by udawać arystokratę wobec parobków, ale często, przechadzając się po stodołach lub jadąc wiejskimi drogami i widząc ludzi pracujących na swoich polach, czuł się jak książę w obecności swoich wasali. Teraz mówił jak książę. Właśnie to przerażało Clarę. Wokół niego unosiła się niewytłumaczalna aura królewskiego dobrobytu. Kiedy odwróciła się i spojrzała na niego, po raz pierwszy zauważyła, jak bardzo zmieniła się jego osobowość. Podobnie jak Steve Hunter, zaczął tyć. Chude, jędrne policzki zniknęły, szczęka stała się cięższa, nawet dłonie zmieniły kolor. Na lewej ręce nosił pierścionek z diamentem, lśniący w słońcu. "Wszystko się zmieniło" - oznajmił, wciąż wskazując na miasto. "Chcesz wiedzieć, kto to zmienił? Cóż, miałem z tym więcej wspólnego niż ktokolwiek inny. Steve myśli, że to on zrobił wszystko, ale nie zrobił. To ja zrobiłem najwięcej. Założył firmę tuningową, ale poniosła porażkę. Serio, wszystko znowu poszłoby źle, gdybym nie poszedł do Johna Clarka, nie porozmawiał z nim i nie przekonał go, żeby dał nam pieniądze, których chcieliśmy. Najbardziej martwiłem się też o znalezienie dużego rynku zbytu dla naszych siekaczek do kukurydzy. Steve mnie okłamał, mówiąc, że sprzedał je wszystkie w ciągu roku. A nie sprzedał niczego".
  Tom strzelił z bata i szybko ruszył drogą. Nawet gdy podjazd stał się trudny, nie puścił konia, tylko nadal smagał go batem po grzbiecie. "Jestem innym człowiekiem niż wtedy, kiedy odchodziłeś" - oznajmił. "Powinieneś wiedzieć, że jestem ważną osobistością w tym mieście. To praktycznie moje miasto, w skrócie. Zaopiekuję się każdym w Bidwell i dam każdemu szansę na zarobienie pieniędzy, ale moje miasto jest teraz tutaj i ty też pewnie o tym wiesz".
  Zawstydzony własnymi słowami, Tom odezwał się, by ukryć zażenowanie. To, co chciał powiedzieć, zostało już powiedziane. "Cieszę się, że poszłaś do szkoły i przygotowujesz się do bycia damą" - zaczął. "Chcę, żebyś wyszła za mąż jak najszybciej. Nie wiem, czy poznałaś kogoś w szkole, czy nie. Jeśli tak, i on jest w porządku, to ja też. Nie chcę, żebyś wyszła za mąż za zwykłego mężczyznę, ale za mądrego, wykształconego dżentelmena. My, Butterworthowie, będziemy tu coraz częściej. Jeśli wyjdziesz za mąż za dobrego, mądrego mężczyznę, zbuduję ci dom; nie byle jaki domek, ale duży dom, największy, jaki Bidwell kiedykolwiek widział". Dotarli na farmę, a Tom zatrzymał bryczkę na drodze. Zawołał mężczyznę na podwórzu, który przybiegł po jej bagaże. Kiedy wysiadła z wozu, natychmiast zawrócił konia i odjechał. Jej ciotka, duża, pulchna kobieta, powitała ją na schodach prowadzących do drzwi wejściowych i serdecznie uścisnęła. Słowa, które właśnie wypowiedział jej ojciec, przemknęły przez myśl Clarze. Uświadomiła sobie, że od roku myślała o małżeństwie, pragnąc, by mężczyzna podszedł do niej i o tym porozmawiał, ale nie myślała o tym tak, jak ujął to jej ojciec. Mężczyzna mówił o niej, jakby była jego własnością, którą można rozporządzać. Miał osobisty interes w jej małżeństwie. W pewnym sensie nie była to sprawa osobista, lecz rodzinna. Uświadomiła sobie, że to był pomysł jej ojca: musiała wyjść za mąż, aby umocnić to, co nazywał swoją pozycją w społeczeństwie, aby pomóc mu stać się jakąś nieokreśloną istotą, którą nazywał wielkim mężczyzną. Zastanawiała się, czy ma kogoś na myśli i nie mogła powstrzymać się od lekkiej ciekawości, kim ta osoba mogłaby być. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że jej małżeństwo może znaczyć dla ojca cokolwiek poza naturalnym pragnieniem rodzica, by ich dziecko było szczęśliwie w małżeństwie. Zaczęła się jeżyć na myśl o podejściu ojca do sprawy, ale wciąż była ciekawa, czy posunął się tak daleko, by wymyślić kogoś do roli męża, i pomyślała, że spróbuje zapytać ciotkę. Do domu wszedł obcy parobek z bagażami, a ona poszła za nim na górę, do pokoju, który zawsze był jej własny. Ciotka podeszła za nią, sapiąc. Parobek wyszedł, a ona zaczęła się rozpakowywać, podczas gdy starsza kobieta, z mocno czerwoną twarzą, usiadła na brzegu łóżka. "Nie zaręczyłaś się z mężczyzną tam, gdzie chodziłaś do szkoły, prawda, Klaro?" zapytała.
  Clara spojrzała na ciotkę i zarumieniła się; potem nagle i gwałtownie wpadła w gniew. Rzuciwszy otwartą torbę na podłogę, wybiegła z pokoju. W drzwiach zatrzymała się i odwróciła do zaskoczonej i przestraszonej kobiety. "Nie, nie zrobiłam tego" - oświadczyła z wściekłością. "Nikogo nie obchodzi, czy mam wykształcenie, czy nie. Poszłam do szkoły, żeby się wykształcić. Nie miałam zamiaru znaleźć mężczyzny. Skoro po to mnie pani wysłała, dlaczego mi pani nie powiedziała?"
  Clara pospiesznie wybiegła z domu na podwórze. Sprawdziła wszystkie stodoły, ale nie było tam mężczyzn. Zniknął nawet dziwny parobek, który wniósł jej torby do domu, a boksy w stajniach i stodołach były puste. Potem poszła do ogrodu i, przeskakując przez płot, przeszła przez łąkę i wbiegła do lasu, gdzie zawsze biegała, gdy jako dziewczynka na farmie była zmartwiona lub zła. Długo siedziała na kłodzie pod drzewem, próbując przemyśleć nową ideę małżeństwa, którą zaczerpnęła ze słów ojca. Wciąż była zła i powiedziała sobie, że opuści dom, wyjedzie do miasta i znajdzie pracę. Pomyślała o Kate Chancellor, która planowała zostać lekarką, i próbowała wyobrazić sobie, że próbuje czegoś podobnego. Potrzebowałaby pieniędzy na studia. Próbowała wyobrazić sobie, jak rozmawia o tym z ojcem, i ta myśl wywołała uśmiech na jej twarzy. Znów zastanawiała się, czy ma na myśli konkretnego mężczyznę na jej męża i kim mógłby być. Próbowała sprawdzić powiązania swojego ojca z młodymi ludźmi Bidwella. "Musi być tu ktoś nowy, ktoś powiązany z jedną z fabryk" - pomyślała.
  Po długim siedzeniu na pniu, Clara wstała i przeszła pod drzewami. Wyimaginowany mężczyzna, którego przywołały jej słowa ojca, stawał się coraz bardziej realny z każdą chwilą. Przed jej oczami tańczyły śmiejące się oczy młodego mężczyzny, który zatrzymał się przy niej na chwilę, gdy Kate Chancellor rozmawiała ze swoim towarzyszem wieczorem, gdy zostali wyzwani na ulicach Columbus. Pamiętała młodego nauczyciela, który trzymał ją w ramionach przez całe długie niedzielne popołudnie, i dzień, w którym, będąc jeszcze na jawie, słyszała Jima Priesta rozmawiającego z robotnikami w stodole o soku spływającym po drzewie. Dzień uciekał, a cienie drzew wydłużały się. W taki dzień, samotna w cichym lesie, nie mogła trwać w gniewnym nastroju, w którym opuściła dom. Nad farmą jej ojca panował gwałtowny początek lata. Przed nią, za drzewami, rozciągały się żółte pola pszenicy, dojrzałe do koszenia; Owady śpiewały i tańczyły w powietrzu nad jej głową; łagodny wietrzyk wiał i cicho śpiewał w koronach drzew; wiewiórka ćwierkała między drzewami za nią; a dwa cielęta nadeszły leśną ścieżką i stały przez długi czas, patrząc na nią swoimi dużymi, łagodnymi oczami. Wstała i wyszła z lasu, przeszła przez falującą łąkę i dotarła do płotu otaczającego pole kukurydzy. Jim Priest uprawiał kukurydzę i kiedy ją zobaczył, zostawił swoje konie i podszedł do niej. Wziął obie jej ręce w swoje i prowadził ją w górę i w dół. "Cóż, Panie Wszechmogący, cieszę się, że cię widzę", powiedział serdecznie. " Panie Wszechmogący, cieszę się, że cię widzę". Stary parobek wyrwał długie źdźbło trawy z ziemi pod płotem i, opierając się o jego szczyt, zaczął je żuć. Zadał Clarze to samo pytanie, co jej ciotka, ale jego pytanie jej nie rozgniewało. Zaśmiała się i pokręciła głową. "Nie, Jim" - powiedziała - "nie sądzę, żebym mogła pójść do szkoły. Nie udało mi się znaleźć faceta. Widzisz, nikt mnie o to nie zapytał.
  Zarówno kobieta, jak i starzec zamilkli. Spoza szczytów młodej kukurydzy widzieli zbocze wzgórza i odległe miasto. Clara zastanawiała się, czy mężczyzna, którego miała poślubić, jest tutaj. Może on również wpadł na pomysł, żeby się z nią ożenić. Jej ojciec, uznała, był do tego zdolny. Najwyraźniej był gotów zrobić wszystko, by zapewnić jej bezpieczny ślub. Zastanawiała się dlaczego. Kiedy Jim Priest zaczął mówić, próbując wyjaśnić swoje pytanie, jego słowa dziwnie pasowały do myśli, które miała o sobie. "A teraz, jeśli chodzi o ślub", zaczął, "widzisz, nigdy tego nie zrobiłem. Nigdy się nie ożeniłem. Nie wiem dlaczego. Chciałem i nie zrobiłem. Bałem się zapytać, może. Myślę, że jeśli to zrobisz, pożałujesz, a jeśli nie, pożałujesz".
  Jim wrócił do swojego zaprzęgu, a Clara stała przy płocie, patrząc, jak idzie przez długie pole i skręca, by wrócić inną ścieżką między rzędami kukurydzy. Gdy konie zbliżyły się do niej, zatrzymał się ponownie i spojrzał na nią. "Myślę, że wkrótce wyjdziesz za mąż" - powiedział. Konie znów ruszyły do przodu, a on, trzymając kultywator jedną ręką, spojrzał na nią przez ramię. "Jesteś typem mężczyzny, który się żeni" - zawołał. "Nie jesteś taki jak ja. Nie tylko myślisz o rzeczach. Ty je wykonujesz. Wkrótce wyjdziesz za mąż. Jesteś jednym z tych, którzy to robią".
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XI
  
  BYŁAM WIELOMA RZECZAMI. To, co stało się z Clarą Butterworth w ciągu trzech lat, odkąd John May tak brutalnie przerwał jej pierwszą, nieśmiałą, dziewczęcą próbę ucieczki od życia, spotkało również ludzi, których zostawiła w Bidwell. W tym krótkim czasie jej ojciec, jego wspólnik Steve Hunter, miejski cieśla Ben Peeler, siodlarz Joe Wainsworth - niemal każdy mężczyzna i każda kobieta w mieście - stali się kimś innym w swojej naturze niż mężczyzna lub kobieta noszący to samo imię, które znała jako dziecko.
  Ben Peeler miał czterdzieści lat, gdy Clara poszła do szkoły w Columbus. Był wysokim, szczupłym, zgarbionym mężczyzną, który ciężko pracował i cieszył się wielkim szacunkiem mieszkańców miasta. Niemal każdego dnia można go było zobaczyć idącego ulicą Main Street w fartuchu stolarza i z ołówkiem stolarskim schowanym pod czapką, balansującym na uchu. Zatrzymał się przy sklepie z narzędziami Olivera Halla i wyszedł z dużą paczką gwoździ pod pachą. Rolnik, który planował budowę nowej stodoły, zatrzymał go przed pocztą i obaj mężczyźni rozmawiali o projekcie przez pół godziny. Ben założył okulary, wyjął ołówek z czapki i napisał notatkę na odwrocie paczki gwoździ. "Pomyślę trochę, a potem omówię to z tobą" - powiedział. Wiosną, latem i jesienią Ben zawsze zatrudniał kolejnego stolarza i ucznia, ale kiedy Clara wróciła do miasta, zatrudnił cztery sześcioosobowe brygady i dwóch majstrów, którzy nadzorowali pracę i dbali o jej ciągłość. Jego syn, który w innej epoce byłby stolarzem, został sprzedawcą, nosił modne kamizelki i mieszkał w Chicago. Ben zarabiał i przez dwa lata nie wbijał gwoździ ani nie trzymał piły. Miał biuro w drewnianym budynku obok torów kolejowych New York Central, na południe od Main Street, i zatrudniał księgowego i stenografa. Oprócz stolarstwa zajął się również innym biznesem. Dzięki wsparciu Gordona Harta został handlarzem drewna, kupując i sprzedając je pod nazwą "Peeler & Hart". Niemal każdego dnia ciężarówki z drewnem rozładowywano i składowano pod szopami na podwórku za jego biurem. Niezadowolony już z dochodów z pracy, Ben, pod wpływem Gordona Harta, domagał się również niestabilnych zysków z materiałów budowlanych. Teraz jeździł po mieście pojazdem zwanym "tablicą", pędząc od pracy do pracy przez cały dzień. Nie miał już czasu, by zatrzymać się i pogawędzić przez pół godziny z przyszłym budowniczym stodoły, ani nie przychodził pod koniec dnia do apteki Birdie Spinks, by się poleniuchować. Wieczorem szedł do składu drewna, a Gordon Hart wracał z banku. Obaj mężczyźni mieli nadzieję zbudować miejsca pracy: rzędy domów robotniczych, stodoły obok jednej z nowych fabryk, duże domy szkieletowe dla kierowników i innych szanowanych ludzi z nowych firm w mieście. Ben wcześniej chętnie od czasu do czasu wyjeżdżał z miasta, by budować stodoły. Lubił wiejskie jedzenie, popołudniowe plotki z farmerem i jego ludźmi oraz dojazdy do miasta rano i wieczorem. Będąc na wsi, udało mu się załatwić zakup zimowych ziemniaków, siana dla konia i być może beczki cydru do picia w zimowe wieczory. Teraz nie miał czasu na takie rzeczy. Kiedy rolnik podszedł do niego, pokręcił głową. "Poproś kogoś innego o twoją pracę" - poradził. "Zaoszczędzisz pieniądze, zatrudniając cieśli do budowy stodół. Ja się tym nie przejmuję. Mam za dużo domów do zbudowania". Ben i Gordon czasami pracowali w tartaku do północy. W ciepłe, ciche noce słodki zapach świeżo ciętych desek wypełniał powietrze na podwórzu i sączył się przez otwarte okna, ale dwaj mężczyźni, skupieni na swoich sylwetkach, nie zwracali na to uwagi. Wczesnym wieczorem jedna lub dwie brygady wracały na podwórze, aby dokończyć transport drewna na miejsce pracy, gdzie mężczyźni mieli pracować następnego dnia. Ciszę przerywały głosy mężczyzn rozmawiających i śpiewających, gdy ładowali wozy. Potem, z cichym skrzypieniem, przetoczyły się wozy załadowane deskami. Kiedy mężczyźni zmęczyli się i chcieli spać, zamknęli biuro i przeszli przez podwórze na podjazd prowadzący do ulicy, przy której mieszkali. Ben był nerwowy i rozdrażniony. Pewnego wieczoru znaleźli trzech mężczyzn śpiących na stercie drewna na podwórku i wyrzucili ich. To skłoniło obu mężczyzn do refleksji. Gordon Hart wrócił do domu i przed pójściem spać postanowił, że nie pozwoli, by minął kolejny dzień bez lepszego ubezpieczenia drewna na podwórku. Ben nie prowadził interesu wystarczająco długo, by podjąć tak rozsądną decyzję. Przewracał się z boku na bok w łóżku całą noc. "Jakiś włóczęga z fajką podpali to miejsce" - pomyślał. "Stracę wszystkie zarobione pieniądze". Nie zastanawiał się długo nad prostym rozwiązaniem: zatrudnił stróża, który pilnowałby śpiących, bez grosza włóczęgów, i zażądał za drewno tyle, by pokryć dodatkowe wydatki. Wstał z łóżka i ubrał się, myśląc, że weźmie broń z szopy, wróci na podwórko i spędzi tam noc. Potem rozebrał się i wrócił do łóżka. "Nie mogę pracować cały dzień i spędzać tam nocy" - pomyślał z urazą. Kiedy w końcu zasnął, śniło mu się, że siedzi w ciemności w składzie drewna z bronią w ręku. Podszedł do niego mężczyzna, strzelił z pistoletu i zabił go. Wraz z niespójnością wpisaną w fizyczny aspekt snów, ciemność rozproszyła się i nastał dzień. Mężczyzna, którego uważał za zmarłego, nie był całkiem martwy. Chociaż cała strona jego głowy została oderwana, wciąż oddychał. Jego usta otwierały się i zamykały spazmatycznie. Straszliwa choroba opanowała cieślę. Miał starszego brata, który zmarł, gdy był chłopcem, ale twarz mężczyzny leżącego na ziemi należała do jego brata. Ben usiadł na łóżku i krzyknął. "Ratunku, na litość boską, ratunku! To mój brat. Nie widzisz, to Harry Peeler?" krzyknął. Jego żona obudziła się i potrząsnęła nim. "Co się stało, Ben?" zapytała zaniepokojona. "Co się stało?" "To był sen" - powiedział i ze zmęczeniem opuścił głowę na poduszkę. Jego żona znowu zasnęła, ale on nie spał przez resztę nocy. Kiedy następnego ranka Gordon Hart zaproponował mu ubezpieczenie, był zachwycony. "Oczywiście, to załatwia sprawę" - powiedział sobie. "Widzisz, to całkiem proste. To załatwia sprawę."
  Po rozpoczęciu boomu w Bidwell, Joe Wainsworth miał mnóstwo pracy w swoim warsztacie przy Main Street. Liczne ekipy były zajęte transportem materiałów budowlanych; ciężarówki przewoziły ładunki kostki brukowej do ich ostatecznych miejsc na Main Street; ekipy przewoziły ziemię z nowego wykopu kanału ściekowego przy Main Street i ze świeżo wykopanych piwnic . Nigdy wcześniej nie pracowało tu tak wiele ekip, ani nie było tak dużo prac naprawczych uprzęży. Uczeń Joe porzucił go, porwany przez napływ młodych mężczyzn do miejsc, gdzie wcześniej pojawił się boom. Joe pracował sam przez rok, a następnie zatrudnił siodlarza, który przyjeżdżał do miasta pijany i upijał się w każdą sobotę wieczorem. Nowy człowiek okazał się dziwną postacią. Miał zdolność zarabiania pieniędzy, ale zdawał się nie przejmować tym, żeby zarabiać je dla siebie. W ciągu tygodnia od przyjazdu znał wszystkich w Bidwell. Nazywał się Jim Gibson i ledwo zaczął pracować dla Joego, pojawiła się między nimi rywalizacja. Konkurs na to, kto będzie prowadził warsztat, dobiegł końca. Przez jakiś czas Joe upierał się przy swoim. Warczał na ludzi, którzy przywozili uprzęże do naprawy i odmawiał składania obietnic dotyczących terminu zakończenia prac. Kilka zleceń zostało odebranych i wysłanych do pobliskich miast. Wtedy Jim Gibson zyskał sławę. Kiedy jeden z woźniców, wjeżdżając do miasta ze strzałą, przybył z ciężką uprzężą roboczą przewieszoną przez ramię, wyszedł mu naprzeciw. Uprząż z brzękiem upadła na podłogę, a Jim przyjrzał jej się. "O cholera, to łatwa robota" - oznajmił. "Naprawimy to w mgnieniu oka. Jeśli chcesz, możesz ją mieć jutro po południu".
  Przez jakiś czas Jim nabrał zwyczaju przychodzenia do Joe i konsultowania z nim cen. Potem wracał do klienta i żądał więcej, niż Joe zaproponował. Po kilku tygodniach w ogóle odmówił konsultacji z Joe. "Do niczego się nie nadajesz" - wykrzyknął ze śmiechem. "Nie wiem, co robisz w biznesie". Stary rymarz spojrzał na niego przez chwilę, po czym podszedł do swojego warsztatu i zabrał się do pracy. "Biznes" - mruknął - "co ja wiem o biznesie? Jestem szewcem, tak".
  Po tym, jak Jim zaczął u niego pracować, Joe zarobił w ciągu roku prawie dwa razy więcej, niż stracił w wyniku upadku fabryki maszyn. Pieniądze nie były inwestowane w akcje żadnej fabryki, lecz leżały w banku. A jednak nie był szczęśliwy. Cały dzień Jim Gibson, któremu Joe nigdy nie odważył się opowiadać o swoich sukcesach jako robotnik i którym nie chwalił się tak, jak kiedyś przed swoimi uczniami, opowiadał o swojej zdolności do zdobywania klientów. Twierdził, że w ostatnim miejscu, w którym pracował przed przybyciem do Bidwell, udało mu się sprzedać sporo kompletów ręcznie robionych uprzęży, które faktycznie były wytwarzane w fabryce. "To już nie to samo co dawniej" - powiedział - "wszystko się zmienia. Kiedyś sprzedawaliśmy uprzęże tylko rolnikom lub woźnicom w naszych miastach, którzy mieli własne konie. Zawsze znaliśmy ludzi, z którymi robiliśmy interesy i zawsze będziemy. Teraz jest inaczej. Widzisz, ci ludzie, którzy przyjechali do tego miasta do pracy - cóż, za miesiąc lub rok będą gdzie indziej. Jedyne, co ich obchodzi, to ile pracy mogą dostać za dolara. Jasne, dużo gadają o uczciwości i tak dalej, ale to tylko gadanie. Myślą, że może to kupimy, a oni dostaną więcej za te same pieniądze. O to im chodzi.
  Jim z trudem przekonywał swojego pracodawcę, jak powinien wyglądać sklep. Codziennie spędzał godziny na rozmowach o tym. Próbował namówić Joego, żeby zaopatrywał się w sprzęt fabryczny, ale kiedy mu się nie udało, wpadł w złość. "O cholera!" - wykrzyknął. "Nie widzisz, z czym się mierzysz? Fabryki na pewno wygrają. Dlaczego? Słuchaj, nikt poza jakimś starym, zgrzybiałym człowiekiem, który całe życie pracował z końmi, nie potrafi odróżnić tego, co ręcznie robione, od tego, co maszynowe. Sprzęt robiony maszynowo sprzedaje się taniej. Wygląda dobrze, a fabryki potrafią produkować mnóstwo bibelotów. To właśnie przyciąga młodych ludzi. To dobry interes. Szybka sprzedaż i zyski - o to właśnie chodzi". Jim roześmiał się, a potem powiedział coś, co przyprawiło Joego o dreszcze. "Gdybym miał pieniądze i stabilizację, otworzyłbym sklep w tym mieście i oprowadziłbym cię po nim" - powiedział. "O mało cię nie wyrzuciłem. Problem ze mną jest taki, że nie założyłbym firmy, gdybym miał pieniądze. Raz spróbowałem i trochę zarobiłem; potem, kiedy trochę się rozwinąłem, zamknąłem interes i się upiłem. Przez miesiąc byłem nieszczęśliwy. Kiedy pracuję dla kogoś innego, czuję się dobrze. Upijam się w soboty i to mnie satysfakcjonuje. Uwielbiam pracować i kombinować, żeby zarobić, ale kiedy już coś dostanę, to mi to nie służy i nigdy nie będzie. Chcę, żebyś zamknął oczy i dał mi szansę. Tylko o to proszę. Po prostu zamknij oczy i daj mi szansę."
  Joe cały dzień siedział okrakiem na koniu swojego uprzężnika, a kiedy nie pracował, wyglądał przez brudne okno na alejkę i próbował zrozumieć, jak Jim postrzegał swoich klientów, skoro nastały nowe czasy. Czuł się bardzo staro. Choć Jim był w jego wieku, wydawał się bardzo młody. Zaczął się go trochę bać. Nie mógł pojąć, dlaczego pieniądze, prawie dwa i pół tysiąca dolarów, które wpłacił do banku w ciągu dwóch lat, odkąd Jim z nim pracował, wydawały mu się tak nieistotne, podczas gdy tysiąc dwieście dolarów, które powoli zarobił po dwudziestu latach pracy, wydawało się tak ważne. Ponieważ w warsztacie ciągle coś się działo, nie szedł na lunch do domu, lecz codziennie nosił w kieszeni kilka kanapek. W południe, kiedy Jim szedł do pensjonatu, był sam i jeśli nikt nie wchodził, był szczęśliwy. Wydawało mu się, że to najlepsza pora dnia. Co kilka minut podchodził do drzwi wejściowych, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Cicha główna ulica, przy której znajdował się jego sklep, odkąd jako młody człowiek wracał do domu ze swoich handlowych przygód, i która zawsze była sennym miejscem w letnie popołudnie, teraz przypominała pole bitwy, z którego wycofała się armia. W ulicy wyrwano ogromną dziurę, gdzie miała zostać zainstalowana nowa kanalizacja. Tłumy robotników, w większości obcych, przyszły na Main Street z fabryk wzdłuż torów. Stali w grupach na końcu Main Street, niedaleko sklepu z cygarami Wymera. Niektórzy z nich weszli do saloonu Bena Heada po kufel piwa i wytarli wąsy. Mężczyźni kopiący kanały, obcokrajowcy, Włosi, jak słyszał, siedzieli na brzegu suchej ziemi pośrodku ulicy. Trzymali wiaderka z lunchem między nogami i podczas jedzenia rozmawiali w dziwnym języku. Pamiętał dzień, w którym przybył do Bidwell ze swoją narzeczoną, dziewczyną, którą poznał na swojej handlowej drodze i która czekała na niego, aż opanuje swój fach i otworzy własny sklep. Pojechał za nią do stanu Nowy Jork i wrócił do Bidwell w południe, w podobny letni dzień. Nie było tam wielu ludzi, ale wszyscy go znali. Wszyscy byli jego przyjaciółmi tego dnia. Birdie Spinks wybiegła z drogerii i nalegała, żeby on i jego narzeczona poszli z nim do domu na kolację. Wszyscy chcieli, żeby wpadli do niego na kolację. To był szczęśliwy, radosny czas.
  Rymarz zawsze żałował, że żona nigdy nie urodziła mu dzieci. Milczał i zawsze udawał, że ich nie chce, ale teraz, w końcu, cieszył się, że się nie pojawiły. Wrócił na warsztat i zabrał się do pracy, mając nadzieję, że Jim spóźni się z lunchu. W warsztacie panowała cisza po zgiełku ulicy, który tak go dezorientował. To, pomyślał, jak samotność, prawie jak kościół, kiedy podchodzi się do drzwi i zagląda do środka w dzień powszedni. Zrobił to raz i wolał pusty, cichy kościół niż kościół z kaznodzieją i tłumem ludzi. Opowiedział o tym żonie. "To było jak pójście do sklepu wieczorem, kiedy skończyłem pracę, a chłopak poszedł do domu" - powiedział.
  Uprzężnik wyjrzał przez otwarte drzwi swojego warsztatu i zobaczył Toma Butterwortha i Steve'a Huntera idących główną ulicą, pogrążonych w rozmowie. Steve trzymał cygaro w kąciku ust, a Tom miał na sobie elegancki podkoszulek. Znów pomyślał o pieniądzach, które stracił w warsztacie, i wpadł we wściekłość. Popołudnie było zrujnowane i niemal się ucieszył, gdy Jim wrócił z obiadu.
  Pozycja, w jakiej się znalazł w sklepie, rozbawiła Jima Gibsona. Chichotał pod nosem, obsługując klientów i pracując przy stole. Pewnego dnia, wracając ulicą Main Street po lunchu, postanowił przeprowadzić eksperyment. "Jeśli stracę pracę, co za różnica?" - zapytał sam siebie. Zatrzymał się w saloonie i napił się whisky. Po dotarciu do sklepu zaczął przeklinać swojego pracodawcę, grożąc mu, jakby był jego praktykantem. Wszedł nagle, podszedł do Joe, który pracował, i bezceremonialnie poklepał go po plecach. "No, głowa do góry, stary dziadku" - powiedział. "Zamknij się. Mam już dość twojego mamrotania i warczenia o czymś".
  Pracownik cofnął się i spojrzał na swojego pracodawcę. Gdyby Joe kazał mu opuścić sklep, nie byłby zaskoczony, a jak później powiedział, opowiadając o incydencie barmanowi Bena Heada, nie przejąłby się tym. Fakt, że nie przejmował się tym, niewątpliwie go uratował. Joe się bał. Przez chwilę był tak wściekły, że nie mógł mówić, a potem przypomniał sobie, że jeśli Jim go zostawi, będzie musiał poczekać na aukcję i targować się z dziwnymi woźnicami o naprawę uprzęży roboczej. Pochylając się nad stołem, pracował w milczeniu przez godzinę. Potem, zamiast domagać się wyjaśnień z powodu niegrzecznej poufałości, z jaką Jim go potraktował, zaczął tłumaczyć. "Słuchaj, Jim" - błagał - "nie zwracaj na mnie uwagi. Rób tu, co chcesz. Nie zwracaj na mnie uwagi".
  Jim nic nie powiedział, ale triumfalny uśmiech rozświetlił jego twarz. Późnym wieczorem opuścił sklep. "Jeśli ktoś wejdzie, powiedz im, żeby zaczekali. Nie zostanę długo" - powiedział bezczelnie. Jim wszedł do saloonu Bena Heada i opowiedział barmanowi, jak zakończył się jego eksperyment. Później historia krążyła od sklepu do sklepu wzdłuż głównej ulicy Bidwell. "Wyglądał jak chłopak przyłapany na gorącym uczynku w słoiku z dżemem" - wyjaśnił Jim. "Nie mogę pojąć, co mu jest. Gdybym był na jego miejscu, wyrzuciłbym Jima Gibsona ze sklepu. Powiedział mi, żebym go ignorował i prowadził sklep, jak mi się podoba. Co o tym myślisz? Co myślisz o człowieku, który jest właścicielem własnego sklepu i ma pieniądze w banku? Mówię ci, nie wiem, o co chodzi, ale ja już nie pracuję dla Joego. On pracuje dla mnie". Pewnego dnia przyjdziesz do zwykłego sklepu, a ja będę go prowadził dla ciebie. Mówię ci, nie wiem jak to się stało, ale jestem szefem, cholera jasna.
  Cały Bidwell spojrzał na siebie i zadał sobie pytanie. Ed Hall, który wcześniej był uczniem stolarza i zarabiał zaledwie kilka dolarów tygodniowo u swojego pracodawcy, Bena Peelera, został teraz brygadzistą w młynie zbożowym i otrzymywał pensję w wysokości dwudziestu pięciu dolarów w każdą sobotnią noc. To było więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek marzył zarobić w tydzień. W weekendy ubierał się w niedzielne ubranie i golił się u fryzjera Joe Trottera. Potem szedł ulicą Main Street, tasując pieniądze, niemal bojąc się, że nagle się obudzi i odkryje, że to wszystko był sen. Zatrzymał się w sklepie cygar Wymera po cygaro, a stary Claude Wymer przyszedł go obsłużyć. W drugą sobotę wieczorem po objęciu nowej posady właściciel sklepu z cygarami, dość służalczy człowiek, nazwał go panem Hallem. To był pierwszy raz, kiedy coś takiego się wydarzyło i trochę go to zdenerwowało. Śmiał się i żartował na ten temat. "Nie bądź zarozumiały" - powiedział, mrugając do mężczyzn kręcących się po sklepie. Później o tym pomyślał i żałował, że nie przyjął nowego tytułu bez protestu. "Cóż, jestem brygadzistą, a wielu młodych chłopaków, których zawsze znałem i z którymi się zadawałem, będzie pracować pod moim kierownictwem" - powiedział sobie. "Nie mam ochoty się nimi zajmować".
  Ed szedł ulicą, boleśnie świadomy wagi swojej nowej pozycji w społeczeństwie. Inni młodzi mężczyźni w fabryce zarabiali 1,50 dolara dziennie. Pod koniec tygodnia dostawał 25 dolarów, prawie trzy razy więcej. Pieniądze były oznaką wyższości. Nie było co do tego wątpliwości. Od dziecka słyszał, jak starsi ludzie z szacunkiem wypowiadają się o tych, którzy mają pieniądze. "Wyjdźcie w świat" - mawiali do młodych mężczyzn, gdy ci rozmawiali poważnie. Między sobą nie udawali, że nie chcą pieniędzy. "Pieniądze dają klacz" - mawiali.
  Ed szedł ulicą Main Street w kierunku torów New York Central, po czym skręcił z ulicy i zniknął na stacji. Wieczorny pociąg już przejechał, a miejsce było puste. Wszedł do słabo oświetlonej poczekalni. Lampa naftowa, opuszczona i przymocowana do ściany za pomocą uchwytu, rzucała mały krąg światła w kącie. Pomieszczenie przypominało kościół wczesnym zimowym porankiem: zimne i ciche. Pospieszył w stronę światła i wyjmując z kieszeni plik banknotów, przeliczył je. Następnie wyszedł z pomieszczenia i przeszedł wzdłuż peronu niemal do ulicy Main Street, ale był niezadowolony. Impulsywnie wrócił ponownie do poczekalni i późnym wieczorem, w drodze do domu, zatrzymał się tam, aby po raz ostatni przeliczyć pieniądze przed pójściem spać.
  Peter Fry był kowalem, a jego syn pracował jako urzędnik w hotelu Bidwell. Był wysokim młodym mężczyzną o kręconych, żółtych włosach, wodnistych, niebieskich oczach i nałogu palenia papierosów - nałogu, który raził nozdrza jego czasów. Nazywał się Jacob, ale pogardliwie nazywano go Fizzy Fry. Matka młodego mężczyzny zmarła, więc jadał w hotelu, a w nocy spał na łóżku polowym w hotelowym biurze. Miał słabość do jaskrawych krawatów i kamizelek i nieustannie bezskutecznie próbował zwrócić na siebie uwagę miejscowych dziewczyn. Kiedy mijali się z ojcem na ulicy, nie odzywali się do siebie. Czasami ojciec zatrzymywał się i spoglądał na syna. "Jak to się stało, że zostałem ojcem czegoś takiego?" - mruknął na głos.
  Kowal był barczystym, potężnie zbudowanym mężczyzną z gęstą, czarną brodą i potężnym głosem. W młodości śpiewał w chórze metodystów, ale po śmierci żony przestał chodzić do kościoła i zaczął wykorzystywać swój głos do innych celów. Palił krótką, glinianą fajkę, poczerniałą ze starości i skrywaną nocą pod kręconą, czarną brodą. Dym buchał z jego ust i zdawał się unosić z brzucha. Przypominał górę wulkaniczną, a ludzie kręcący się wokół drogerii Birdie Spinks nazywali go Smoky Pete.
  Smoky Pete był niczym góra podatna na erupcje. Nie pił dużo, ale po śmierci żony nabrał nawyku wypijania dwóch lub trzech whisky każdej nocy. Whisky rozpalała jego umysł i chodził tam i z powrotem po Main Street, gotowy wszcząć bójkę z każdym, kto mu się nawinął. Zaczął przeklinać współmieszkańców i opowiadać im sprośne dowcipy. Wszyscy się go trochę bali, a on w jakiś sposób stał się strażnikiem moralności w mieście. Sandy Ferris, malarz pokojowy, popadł w alkoholizm i nie był w stanie utrzymać rodziny. Smoky Pete obrażał go na ulicach i przy wszystkich mężczyznach. "Jesteś kupą gówna, grzejesz sobie brzuch whisky, podczas gdy twoje dzieci marzną. Czemu nie spróbujesz być mężczyzną?" "Krzyknął na malarza, który zataczając się wyszedł w zaułek i zasnął pijany w stajni w stajni Clyde Neighbors. Kowal trzymał się malarza, aż całe miasto podchwyciło jego krzyk, a saloony zaczęły się wstydzić jego zwyczajów. Zmuszony był do zmiany.
  Kowal nie był jednak wybredny w wyborze ofiar. Brakowało mu ducha reformatora. Kupiec z Bidwell, który zawsze cieszył się wielkim szacunkiem i był starszym w swoim kościele, pewnego wieczoru udał się do ratusza i znalazł się w towarzystwie niesławnej kobiety znanej w całym hrabstwie jako Nell Hunter. Weszli do małego pokoju na tyłach saloonu i zostali zauważeni przez dwóch młodych mężczyzn z Bidwell, którzy wybrali się do ratusza na wieczór pełen przygód. Kiedy kupiec, Pen Beck, zdał sobie sprawę, że został zauważony, obawiał się, że historia jego nieostrożności rozniesie się po jego rodzinnym mieście i opuścił kobietę, aby dołączyć do młodych mężczyzn. Nie był pijakiem, ale natychmiast zaczął kupować alkohol dla swoich towarzyszy. Wszyscy trzej byli mocno pijani i późnym wieczorem wrócili do domu samochodem, który młodzi mężczyźni wynajęli na tę okazję od Clyde Neighbors. Po drodze kupiec wielokrotnie próbował tłumaczyć swoją obecność w towarzystwie kobiety. "Nic o tym nie mów" - nalegał. "To byłoby źle zrozumiane. Mam przyjaciela, którego syn został porwany przez kobietę. Próbowałem ją przekonać, żeby dała mu spokój.
  Dwaj młodzi mężczyźni byli zadowoleni, że zaskoczyli kupca. "Wszystko w porządku" - zapewnili go. "Bądź dobrym człowiekiem, a nie powiemy twojej żonie ani pastorowi". Kiedy mieli już cały alkohol, jaki mogli unieść, załadowali kupca do bryczki i zaczęli smagać konia. Jechali w połowie drogi do Bidwell i wszyscy spali jak pijani, gdy koń spłoszył coś na drodze i rzucił się do ucieczki. Bryczka przewróciła się, wyrzucając ich wszystkich na drogę. Jeden z młodych mężczyzn złamał rękę, a płaszcz Pena Becka był niemal rozdarty na pół. Zapłacił rachunek za lekarza młodego mężczyzny i zorganizował dla Clyde Neighbors odszkodowanie za uszkodzenie bryczki.
  Opowieść o przygodach kupca długo milczała, a kiedy w końcu się rozeszła, dowiedziało się o niej tylko kilku bliskich przyjaciół młodego człowieka. Potem dotarła do uszu Smokeya Pete'a. W dniu, w którym ją usłyszał, nie mógł się doczekać wieczoru. Pospieszył do saloonu Bena Heada, wypił dwa kieliszki whisky, a następnie zatrzymał się w butach przed drogerią Birdie Spinks. O wpół do siódmej Penn Beck skręcił z Cherry Street, gdzie mieszkał, w Main Street. Gdy był już ponad trzy przecznice od tłumu mężczyzn przed drogerią, donośny głos Smokeya Pete'a zaczął go pytać: "No i co, Penny, chłopcze, zasnąłeś wśród dam?" krzyknął. "Wygłupiałeś się z moją dziewczyną, Nell Hunter, w siedzibie hrabstwa. Chciałbym wiedzieć, co masz na myśli. Musisz mi to wyjaśnić".
  Kupiec zatrzymał się i stanął na chodniku, nie mogąc się zdecydować, czy stawić czoła swojemu prześladowcy, czy uciekać. Było akurat cicho wieczorem, kiedy gospodynie domowe skończyły wieczorną pracę i zatrzymały się, by odpocząć przy drzwiach kuchni. Pen Beck miał wrażenie, że głos Smokeya Pete'a słychać z daleka. Postanowił stawić czoła kowalowi i, jeśli to konieczne, walczyć z nim. Gdy spieszył w stronę grupy przed drogerią, głos Smokeya Pete'a opowiadał historię szalonej nocy kupca. Wyłonił się z tłumu mężczyzn przed sklepem i zdawał się przemawiać do całej ulicy. Sprzedawcy, handlarze i klienci wybiegali ze swoich sklepów. "No cóż" - wykrzyknął - "a więc spędziłeś noc z moją dziewczyną, Nell Hunter. Kiedy siedziałeś z nią na zapleczu saloonu, nie wiedziałeś, że tam jestem. Byłem ukryty pod stołem. Gdybyś zrobił cokolwiek więcej niż ugryzł ją w szyję, wyszedłbym i zawołał cię w porę".
  Smokey Pete wybuchnął śmiechem i machał rękami do ludzi zgromadzonych na ulicy, zastanawiając się, co się dzieje. To było jedno z najbardziej ekscytujących miejsc, w jakich kiedykolwiek był. Próbował wyjaśnić ludziom, o czym mówi. "Był z Nell Hunter w tylnym pokoju saloonu w siedzibie władz hrabstwa" - krzyknął. "Edgar Duncan i Dave Oldham go tam widzieli. Wrócił z nimi do domu, a koń uciekł. Nie popełnił cudzołóstwa. Nie chcę, żebyście myśleli, że to się stało. Po prostu ugryzł moją najlepszą dziewczynę, Nell Hunter, w szyję. To mnie tak wkurza. Nie lubię, kiedy ją gryzie. To moja dziewczyna i należy do mnie".
  Kowal, prekursor współczesnego reportera gazety miejskiej, lubiący być w centrum uwagi, by nagłaśniać nieszczęścia współobywateli, nie dokończył swojej tyrady. Kupiec, blady z wściekłości, zerwał się na równe nogi i uderzył go w pierś małą, dość grubą pięścią. Kowal zepchnął go do rowu, a później, gdy został aresztowany, dumnie udał się do urzędu miasta i zapłacił grzywnę.
  Wrogowie Smokeya Pete'a twierdzili, że nie kąpał się od lat. Mieszkał sam w małym, drewnianym domu na obrzeżach miasta. Za jego domem rozciągało się duże pole. Sam dom był niewypowiedzianie brudny. Kiedy fabryki dotarły do miasta, Tom Butterworth i Steve Hunter kupili pole, zamierzając podzielić je na działki budowlane. Chcieli kupić dom kowala i ostatecznie go kupili, płacąc wysoką cenę. Zgodził się zamieszkać tam na rok, ale po zapłaceniu pieniędzy żałował i żałował, że sprzedał dom. Po mieście zaczęła krążyć plotka łącząca nazwisko Toma Butterwortha z Fanny Twist, miejską modystką. Mówiono, że bogatą farmerkę widziano, jak opuszczała swój warsztat późno w nocy. Kowal usłyszał również inną historię, która szeptano na ulicach. Louise Trucker, córka farmera, którą kiedyś widziano, jak spacerowała boczną uliczką w towarzystwie młodego Steve'a Huntera, wyjechała do Cleveland i podobno została właścicielką dobrze prosperującego domu o złej reputacji. Twierdzono, że pieniądze Steve'a zostały wykorzystane na rozkręcenie jej interesu. Te dwie historie dawały nieograniczone możliwości rozwoju kowalowi, ale gdy przygotowywał się do dokonania, jak to nazwał, zniszczenia dwóch mężczyzn na oczach całego miasta, wydarzyło się coś, co pokrzyżowało jego plany. Jego syn, Fizzy Frye, zrezygnował z posady hotelarza i poszedł do pracy w fabryce zbierającej kukurydzę. Pewnego dnia ojciec zobaczył go wracającego z fabryki w południe z kilkunastoma innymi robotnikami. Młody mężczyzna miał na sobie kombinezon i palił fajkę. Widząc ojca, zatrzymał się, a gdy pozostali ruszyli dalej, wyjaśnił swoją nagłą przemianę. "Jestem teraz w warsztacie, ale niedługo tam zabawię" - powiedział z dumą. "Wiesz, że Tom Butterworth mieszka w hotelu? No cóż, dał mi szansę. Musiałem zostać w sklepie przez jakiś czas, żeby się czegoś nauczyć. Potem będę miał szansę zostać dostawcą. Potem będę podróżnikiem w drodze". Spojrzał na ojca, a jego głos się załamał. "Nie miałeś o mnie najlepszego zdania, ale nie jestem taki zły" - powiedział. "Nie chcę być mięczakiem, ale nie jestem zbyt silny. Pracowałem w hotelu, bo nie potrafiłem robić niczego innego".
  Peter Fry wrócił do domu, ale nie mógł zjeść jedzenia, które sam sobie ugotował na maleńkim piecyku w kuchni. Wyszedł na zewnątrz i stał tam przez długi czas, patrząc na pastwisko dla krów, które kupili Tom Butterworth i Steve Hunter i które, jak wierzyli, miało stać się częścią dynamicznie rozwijającego się miasta. Sam nie brał udziału w nowych impulsach ogarniających miasto, poza tym, że wykorzystał niepowodzenie pierwszej w mieście próby przemysłowej, by obrzucać obelgami tych, którzy stracili pieniądze. Pewnego wieczoru on i Ed Hall pokłócili się o to na Main Street i kowal musiał zapłacić kolejną grzywnę. Teraz zastanawiał się, co się z nim stało. Najwyraźniej mylił się co do syna. Czy mylił się co do Toma Butterwortha i Steve'a Huntera?
  Zdziwiony mężczyzna wrócił do warsztatu i pracował w milczeniu przez cały dzień. Jego sercem było stworzenie dramatycznej sceny na Main Street poprzez otwarty atak na dwóch najwybitniejszych mężczyzn w mieście i wyobrażał sobie nawet, że prawdopodobnie zostanie wrzucony do miejskiego więzienia, gdzie będzie miał okazję krzyczeć przez żelazne kraty na zgromadzonych na ulicy obywateli. Przewidując takie wydarzenie, przygotowywał się do ataku na reputację innych. Nigdy nie napadł na kobietę, ale gdyby trafił do więzienia, zamierzał to zrobić. John May powiedział mu kiedyś, że córka Toma Butterwortha, która studiowała przez rok, została wysłana, ponieważ była utrapieniem dla rodziny. John May twierdził, że jest odpowiedzialny za jej stan. Według niego kilku parobków Toma było w bliskich z dziewczyną. Kowal powiedział sobie, że jeśli wpadnie w kłopoty za publiczny atak na ojca, będzie miał prawo ujawnić wszystko, co wie o jego córce.
  Tego wieczoru kowal nie pojawił się na Main Street. Wracając z pracy, zobaczył Toma Butterwortha stojącego ze Stevem Hunterem przed pocztą. Od kilku tygodni Tom spędzał większość czasu poza miastem, pojawiając się w nim tylko na kilka godzin i nigdy nie widywany na ulicach wieczorami. Kowal czekał, by złapać obu mężczyzn na ulicy w tym samym czasie. Teraz, gdy nadarzyła się okazja, zaczął się obawiać, że nie odważy się z niej skorzystać. "Jakie mam prawo zniweczyć szanse mojego syna?" - pytał sam siebie, maszerując ulicą w stronę domu.
  Tego wieczoru padał deszcz i po raz pierwszy od lat Smokey Pete nie wyszedł na Main Street. Powtarzał sobie, że deszcz zatrzymał go w domu, ale ta myśl go nie usatysfakcjonowała. Niespokojnie krążył przez cały wieczór i o wpół do dziewiątej położył się spać. Nie spał jednak; leżał w spodniach, paląc fajkę i próbując myśleć. Co kilka minut wyciągał fajkę, wypuszczał kłąb dymu i gniewnie przeklinał. O dziesiątej farmer, który był właścicielem pastwiska dla krów za domem i nadal tam hodował krowy, zobaczył swojego sąsiada błąkającego się po polu w deszczu, mówiącego to, co planował powiedzieć na Main Street, aby usłyszało to całe miasto.
  Rolnik też poszedł wcześnie spać, ale o dziesiątej postanowił, że skoro wciąż pada i robi się trochę chłodno, lepiej wstanie i zagoni krowy do obory. Nie ubrał się, narzucił koc na ramiona i wyszedł bez światła. Opuścił ogrodzenie oddzielające pole od obory, a potem zobaczył i usłyszał Smokeya Pete'a na polu. Kowal krążył tam i z powrotem w ciemności, a kiedy rolnik stanął przy ogrodzeniu, zaczął głośno mówić. "No cóż, Tomie Butterworth, wygłupiałeś się z Fanny Twist!" - zawołał w cichą, pustą noc. "Zakradałeś się do jej sklepu późno w nocy, prawda? Steve Hunter założył firmę Louise Trucker w domu w Cleveland. Czy ty i Fanny Twist zamierzacie tu otworzyć dom? Czy to kolejny zakład przemysłowy, który zbudujemy w tym mieście?"
  Zdumiony farmer stał w deszczu w ciemności, słuchając słów sąsiada. Krowy przeszły przez bramę i weszły do stodoły. Jego bose stopy były zimne, więc wciągał je pod koc, jedną po drugiej. Przez dziesięć minut Peter Fry przechadzał się po polu. Pewnego dnia podszedł bardzo blisko farmera, który kucał przy płocie i słuchał, pełen zdumienia i strachu. Mgliście widział wysokiego starca chodzącego tam i z powrotem i wymachującego rękami. Po wypowiedzeniu wielu gorzkich i pełnych nienawiści słów pod adresem dwóch najwybitniejszych mężczyzn w Bidwell, zaczął obrażać córkę Toma Butterwortha, nazywając ją suką i córką psa. Farmer czekał, aż Smokey Pete wróci do domu, a kiedy zobaczył światło w kuchni i pomyślał, że widzi również swojego sąsiada gotującego na kuchence, wrócił do domu. Sam nigdy nie pokłócił się ze Smokeyem Pete'em i cieszył się z tego. Cieszył się również, że pole za jego domem zostało sprzedane. Zamierzał sprzedać resztę farmy i przenieść się na zachód, do Illinois. "Ten człowiek jest szalony" - powiedział sobie. "Kto, jak nie szaleniec, gadałby tak po ciemku? Chyba powinienem go zgłosić i zamknąć, ale chyba zapomnę, co słyszałem. Człowiek, który tak mówi o dobrych, szanowanych ludziach, zrobiłby wszystko. Którejś nocy może podpalić mi dom albo coś. Chyba po prostu zapomnę, co słyszałem".
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA CZWARTA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XII
  
  PO TYM SUKCESIE Dzięki sieczkarni do kukurydzy i rozładunkowi wagonów z węglem, które przyniosły mu sto tysięcy dolarów w gotówce, Hugh nie mógł już dłużej pozostać odosobnioną postacią, jaką był przez pierwsze kilka lat życia w społeczności Ohio. Ręce mężczyzn wyciągały się do niego ze wszystkich stron: niejedna kobieta myślała, że zechce zostać jego żoną. Wszyscy ludzie żyją za murem nieporozumienia, który sami zbudowali, a większość umiera cicho i niezauważona za tym murem. Od czasu do czasu mężczyzna, odcięty od swoich bliźnich osobliwościami swojej natury, zanurza się w czymś bezosobowym, pożytecznym i pięknym. Wieść o jego działaniach rozprzestrzenia się przez mury. Jego imię jest krzyczane i unoszone przez wiatr do ciasnego ogrodzonego miejsca, w którym żyją inni ludzie, a w którym są oni w większości pochłonięci wykonywaniem jakiegoś drobnego zadania dla własnej wygody. Mężczyźni i kobiety przestają narzekać na niesprawiedliwość i nierówność życia i zaczynają zastanawiać się nad osobą, której imię usłyszeli.
  Nazwisko Hugh McVey'a było znane z Bidwell w stanie Ohio na farmach na całym Środkowym Zachodzie. Jego maszyna do ścinania kukurydzy nazywała się McVey Corn-Cutter. Nazwa była wydrukowana białymi literami na czerwonym tle z boku maszyny. Chłopcy z farm w Indianie, Illinois, Iowa, Kansas, Nebrasce i wszystkich wielkich stanach uprawiających kukurydzę widzieli ją i w chwilach wolnych zastanawiali się, kim był człowiek, który wynalazł maszynę, którą obsługiwali. Reporter z Cleveland przyjechał do Bidwell i pojechał do Pickleville, aby odwiedzić Hugh'a. Napisał artykuł opowiadający o wczesnym ubóstwie Hugh'a i jego dążeniu do zostania wynalazcą. Kiedy reporter rozmawiał z Hugh'em, stwierdził, że wynalazca jest tak nieśmiały i małomówny, że zrezygnował z prób zdobycia historii. Następnie udał się do Steve'a Huntera, który rozmawiał z nim przez godzinę. Historia ta uczyniła z Hugh'a uderzająco romantyczną postać. Mówiła, że jego ludzie pochodzili z gór Tennessee, ale nie byli biednymi białymi. Sugerowano, że pochodzili z najlepszego angielskiego gatunku. Była historia o tym, jak jako chłopiec Hugh wynalazł rodzaj maszyny, która transportowała wodę z doliny do górskiej osady; inna o tym, jak zobaczył zegar w sklepie w miasteczku w Missouri, a później zrobił drewniany zegar dla swoich rodziców; i historia o tym, jak poszedł do lasu z bronią ojca, zastrzelił dzika i wniósł go na ramię na zbocze góry, aby zdobyć pieniądze na podręczniki szkolne. Po opublikowaniu historii, kierownik ds. reklamy młyna kukurydzianego zaprosił pewnego dnia Hugha, aby poszedł z nim na farmę Toma Butterwortha. Wiele buszli kukurydzy zostało wyniesionych z rzędów, a na ziemi, na skraju pola, wyrósł ogromny kopiec kukurydzy. Za kopcem kukurydzy zaczynało właśnie kiełkować pole kukurydzy. Hughowi kazano wspiąć się na kopiec i tam usiąść. Następnie zrobiono mu zdjęcie. Zostało ono wysłane do gazet na całym Zachodzie wraz z kopiami jego biografii wyciętymi z gazety z Cleveland. Później zarówno zdjęcie, jak i biografia zostały wykorzystane w katalogu opisującym rozdrabniacz kukurydzy firmy McVeigh.
  Koszenie kukurydzy i umieszczanie jej w sitach podczas łuskania to ciężka praca. Niedawno okazało się, że znaczna część kukurydzy uprawianej na preriach Ameryki Środkowej nie jest ścinana. Kukurydza pozostaje na polach, a późną jesienią ludzie przemierzają je, zbierając żółte kłosy. Robotnicy zrzucają kukurydzę na ramiona w wozie prowadzonym przez chłopca, który podąża za nimi, gdy powoli się poruszają, a następnie jest ona przewożona do żłobów. Po zbiorze bydło jest zapędzane i spędza zimę, ogryzając suche łodygi kukurydzy i wdeptując je w ziemię. Przez cały dzień, na rozległych zachodnich preriach, gdy zbliżają się szare dni jesieni, można zobaczyć ludzi i konie powoli przemierzające pola. Niczym maleńkie owady, pełzają po rozległym terenie. Bydło podąża za nimi późną jesienią i zimą, gdy prerie pokryte są śniegiem. Przywożone są z Dalekiego Zachodu w bydlęcych wagonach, a po całym dniu ogryzania noży do kukurydzy, są przewożone do stodół i wypełniane kukurydzą. Kiedy są tłuste, trafiają do ogromnych rzeźni w Chicago, olbrzymim mieście na prerii. W ciche jesienne noce, stojąc na preriowych drogach lub na podwórku wiejskiego domu, słychać szelest suchych łodyg kukurydzy, a potem turkot ciężkich ciał zwierząt, gdy idą naprzód, żując i tratując.
  Metody zbioru kukurydzy były kiedyś inne. Była w tym poezja, tak jak i teraz, ale narzucono jej inny rytm. Kiedy kukurydza dojrzewała, mężczyźni wychodzili na pola z ciężkimi nożami do kukurydzy i ścinali łodygi kukurydzy tuż przy ziemi. Łodygi ścinano prawą ręką, wymachując nożem, i niesiono w lewym ramieniu. Cały dzień mężczyzna dźwigał ciężki ładunek łodyg, z których zwisały żółte kłosy. Kiedy ładunek stawał się nieznośnie ciężki, przekładano go na stos, a gdy całe kukurydza została ścięta w określonym miejscu, stos zabezpieczano, wiążąc go smołowaną liną lub twardą łodygą skręconą jak liną. Po zakończeniu ścinania, długie rzędy łodyg stały na polach jak strażnicy, a mężczyźni, całkowicie wyczerpani, czołgali się do domów, aby zasnąć.
  Maszyna Hugha przejęła na siebie cały ciężar. Ściął kukurydzę tuż przy ziemi i wiązał ją w snopki, które spadały na platformę. Za maszyną podążało dwóch mężczyzn: jeden poganiał konie, drugi przyczepiał wiązki łodyg do amortyzatorów i wiązał je ze sobą. Mężczyźni szli, paląc fajki i rozmawiając. Konie zatrzymywały się, a woźnica spoglądał na prerię. Ramiona nie bolały go ze zmęczenia i miał czas na rozmyślanie. Cudowność i tajemniczość otwartych przestrzeni stały się częścią jego życia. Wieczorem, gdy praca dobiegała końca, bydło najadało się i rozsiadało w oborach, nie szedł od razu spać, ale czasami wychodził na zewnątrz i stawał na chwilę pod gwiazdami.
  Oto, co mózg syna górala, biednego białego człowieka z nadrzecznego miasteczka, zrobił dla mieszkańców równin. Marzenia, które tak usilnie starał się odepchnąć, marzenia, które - jak mu wmawiała Sara Shepard, kobieta z Nowej Anglii - miały doprowadzić do jego zguby, spełniły się. Rozładowacz samochodów, sprzedany za dwieście tysięcy dolarów, dał Steve'owi Hunterowi pieniądze na zakup zakładu instalacji sprzętu i, wraz z Tomem Butterworthem, na rozpoczęcie produkcji rozdrabniaczy do kukurydzy. Dotknął on mniej istnień ludzkich, ale zaniósł nazwę Missouri do innych miejsc i stworzył nowy rodzaj poezji na stacjach kolejowych i wzdłuż rzek w głębi miast, gdzie ładowano statki. Nocą w mieście, leżąc w domu, można nagle usłyszeć długi, donośny ryk. To olbrzym odchrząkujący z wagonem węgla. Hugh McVeigh pomógł uwolnić olbrzyma. Nadal to robi. W Bidwell w stanie Ohio nadal to robi, wymyślając nowe wynalazki, zrywając więzy olbrzyma. To jedyny człowiek, którego nie rozpraszają wyzwania, jakie niesie życie.
  Ale prawie się udało. Po jego sukcesie tysiące cichych głosów zaczęło go wołać. Delikatne, kobiece dłonie wyciągały się z tłumu wokół niego, zarówno od starych, jak i nowych mieszkańców miasteczka, które rozrastało się wokół fabryk, gdzie jego maszyny były produkowane w coraz większej liczbie. Przy Turner's Pike stale budowano nowe domy, prowadzące do jego warsztatu w Pickleville. Oprócz Ellie Mulberry, w jego eksperymentalnym warsztacie pracowało teraz kilkunastu mechaników. Pomagali Hughowi w nowym wynalazku - urządzeniu do ładowania siana, nad którym pracował - a także wytwarzali specjalne narzędzia do użytku w fabryce kombajnów do kukurydzy i nowej fabryce rowerów. W samym Pickleville wybudowano kilkanaście nowych domów. Mieszkały w nich żony mechaników i od czasu do czasu jedna z nich odwiedzała męża w warsztacie. Hughowi coraz łatwiej było rozmawiać z ludźmi. Robotnicy, którzy sami niewiele mówili, nie uważali jego zwyczajowego milczenia za dziwne. Byli bardziej biegli w posługiwaniu się narzędziami niż Hugh i uważali za zbieg okoliczności, że zrobił to, czego oni nie zrobili. Ponieważ dorobił się po drodze fortuny, próbowali również swoich sił w wynalazczości. Jeden z nich stworzył opatentowany zawias do drzwi, który Steve sprzedał za dziesięć tysięcy dolarów, zatrzymując połowę zysku za swoje usługi, tak jak zrobił to z urządzeniem Hugha do rozładowywania wagonów. W południe mężczyźni spieszyli do domu, żeby coś zjeść, a potem wracali, żeby leniuchować przed fabryką, paląc popołudniowe fajki. Rozmawiali o zarobkach, cenach żywności, o celowości kupna domu na częściową spłatę. Czasami rozmawiali o kobietach i ich przygodach z kobietami. Hugh siedział sam przed drzwiami sklepu i słuchał. Wieczorem, kładąc się spać, rozmyślał o tym, co powiedzieli. Mieszkał w domu należącym do pani McCoy, wdowy po pracowniku kolei, który zginął w wypadku kolejowym i miał córkę. Jego córka, Rose McCoy, uczyła w wiejskiej szkole i przez większość roku była poza domem od poniedziałkowego rana do późnego piątkowego wieczora. Hugh leżał w łóżku, rozmyślając o tym, co jego pracownicy mówią o kobietach, i słyszał starą gospodynię kroczącą po schodach. Czasami wstawał z łóżka i siadał przy otwartym oknie. Ponieważ to ona była kobietą, której życie najbardziej go poruszyło, często myślał o nauczycielce. Dom McCoyów, mały, szkieletowy dom z płotem z desek oddzielającym go od Turner's Pike, stał tylnymi drzwiami od strony linii kolejowej Wheeling. Robotnicy kolejowi wspominali swojego byłego kolegę, Mike'a McCoya, i chcieli być dobrzy dla jego wdowy. Czasami rzucali na wpół zgniłe podkłady przez płot na pole ziemniaków za domem. W nocy, gdy przejeżdżały ciężko załadowane wagony z węglem, hamulcowi przerzucali przez płot duże kawałki węgla. Wdowa budziła się za każdym razem, gdy przejeżdżał pociąg. Kiedy jeden z hamulcowych rzucił bryłę węgla, krzyczał, a jego głos przebijał się przez turkot wagonów. "To za Mike'a" - krzyknął. Czasami jeden z kawałków zrzucał palik z płotu, a następnego dnia Hugh stawiał go z powrotem. Kiedy pociąg przejeżdżał, wdowa wstawała z łóżka i wnosiła węgiel do domu. "Nie chcę zdradzać chłopców, zostawiając ich leżących na słońcu" - wyjaśniła Hughowi. W niedzielne poranki Hugh brał piłę poprzeczną i przycinał podkłady kolejowe na długość odpowiednią do pieca kuchennego. Stopniowo jego miejsce w domu McCoyów się ugruntowało i kiedy otrzymał sto tysięcy dolarów i wszyscy, nawet matka i córka, oczekiwali, że się wyprowadzi, nie zrobił tego. Bezskutecznie próbował namówić wdowę, by wzięła więcej pieniędzy na swoje utrzymanie, a kiedy ta próba się nie powiodła, życie w domu McCoyów toczyło się dalej, tak jak wtedy, gdy był telegrafistą i zarabiał czterdzieści dolarów miesięcznie.
  Wiosną lub jesienią, siedząc nocą przy oknie, gdy wschodził księżyc, a kurz na Turner's Pike przybierał srebrzystobiały odcień, Hugh myślał o Rose McCoy śpiącej w jakimś wiejskim domu. Nie przyszło mu do głowy, że ona też może nie spać i myśleć. Wyobrażał ją sobie leżącą nieruchomo w łóżku. Córka robotnika z departamentu była szczupłą kobietą około trzydziestki, o zmęczonych niebieskich oczach i rudych włosach. W młodości miała mocno piegowatą skórę, a na nosie wciąż widniał ślad piega. Choć Hugh o tym nie wiedział, była kiedyś zakochana w George'u Pike'u, agentu Wheeling Station, i ustalono datę ślubu. Potem pojawiły się różnice religijne i George Pike poślubił inną kobietę. Wtedy została nauczycielką. Była małomówna i nigdy nie byli sami z Hugh, ale gdy Hugh siadał przy oknie jesiennymi wieczorami, leżała bezsennie w pokoju wiejskiego domu, w którym mieszkała w czasie roku szkolnego, myśląc o nim. Zastanawiała się, czy gdyby Hugh pozostał telegrafistą z pensją czterdziestu dolarów miesięcznie, coś mogłoby się między nimi wydarzyć. Potem nasunęły jej się inne myśli, a raczej doznania, mało związane z myślami. Pokój, w którym leżała, był bardzo cichy, a przez okno sączył się promyk księżyca. W stodole za domem słyszała, jak bydło się porusza. Świnia chrząknęła, a w ciszy, która zapadła, usłyszała farmera, leżącego w sąsiednim pokoju z żoną, cicho chrapiącego. Rose nie była zbyt silna, a jej ciało nie panowało nad temperamentem, ale czuła się bardzo samotna i pomyślała, że podobnie jak żona farmera, żałuje, że nie ma mężczyzny leżącego obok niej. Ciepło rozlało się po jej ciele, a usta wyschły, więc zwilżyła je językiem. Gdyby udało się wślizgnąć do pokoju niezauważonym, można by ją pomylić z kociakiem leżącym przy piecu. Zamknęła oczy i oddała się snom. W myślach marzyła o ślubie z kawalerem Hughem McVeighem, ale głęboko w środku tliło się inne marzenie, marzenie zakorzenione we wspomnieniu jej jedynego fizycznego kontaktu z mężczyzną. Kiedy byli zaręczeni, George często ją całował. Pewnego wiosennego wieczoru poszli usiąść razem na trawiastym brzegu strumienia w cieniu fabryki ogórków, potem opuścili się i milczeli, a ich pocałunek niemal się pogłębił. Dlaczego nic więcej się nie wydarzyło, Rose nie była pewna. Protestowała, ale jej protest był słaby i nie oddawał tego, co czuła. George Pike zrezygnował z prób wymuszenia na niej miłości, ponieważ mieli się pobrać i nie uważał za słuszne robić tego, co uważał za wykorzystywanie dziewczyny.
  W każdym razie powstrzymał się i długo potem, gdy leżała w domu na farmie, świadomie myśląc o kawalerskim pensjonacie swojej matki, jej myśli stawały się coraz mniej jasne, a kiedy zasnęła, George Pike wrócił do niej. Niespokojnie wierciła się w łóżku i mamrotała coś pod nosem. Szorstkie, lecz delikatne dłonie dotykały jej policzków i bawiły się włosami. Gdy zapadła noc i księżyc zmienił położenie, smuga księżycowego światła oświetliła jej twarz. Jedna z jej dłoni uniosła się i zdawała się muskać promienie księżyca. Znużenie zniknęło z jej twarzy. "Tak, George, kocham cię, należę do ciebie" - wyszeptała.
  Gdyby Hugh potrafił skradać się niczym promień księżyca w stronę śpiącej nauczycielki, niechybnie by się w niej zakochał. Mógł też zdać sobie sprawę, że najlepiej podchodzić do ludzi bezpośrednio i śmiało, tak jak on podchodził do mechanicznych problemów, które wypełniały jego dni. Zamiast tego, siedział przy oknie w księżycową noc i myślał o kobietach jako o istotach zupełnie odmiennych od niego. Słowa, które Sara Shepard wypowiedziała do budzącego się chłopca, unosiły się w jego pamięci. Uważał, że kobiety są przeznaczone dla innych mężczyzn, ale nie dla niego, i powtarzał sobie, że nie potrzebuje kobiety.
  I wtedy coś się wydarzyło na Turner's Pike. Chłopak ze wsi, który był w mieście, pchając bryczkę córki sąsiada, zatrzymał się przed domem. Długi pociąg towarowy, powoli przejeżdżający obok stacji, blokował drogę. Trzymał lejce w jednej ręce, drugą oplatał talię swojej towarzyszki. Ich głowy szukały się, a ich usta się spotkały. Przywarli do siebie. Ten sam księżyc, który oświetlał Rose McCoy w odległym domu, oświetlał otwartą przestrzeń, gdzie kochankowie siedzieli w bryczce na drodze. Hugh musiał zamknąć oczy i zwalczyć niemal przytłaczający fizyczny głód. Jego umysł wciąż protestował, że kobiety nie są dla niego. Kiedy jego wyobraźnia wyobrażała sobie Rose McCoy, nauczycielkę, śpiącą w łóżku, widział w niej jedynie niewinną białą istotę, którą należy czcić z daleka i do której nigdy nie wolno się zbliżać, przynajmniej nie samemu. Ponownie otworzył oczy i spojrzał na kochanków, których usta wciąż były złączone. Jego długie, zgarbione ciało napięło się, a on wyprostował się na krześle. Potem znowu zamknął oczy. Ciszę przerwał szorstki głos. "To za Mike"a" - krzyknął, a duża bryła węgla, rzucona z pociągu, przeleciała nad polem ziemniaków i uderzyła w tył domu. Na dole usłyszał starą panią McCoy wstającą z łóżka, by odebrać nagrodę. Pociąg przejechał, a kochankowie w bryczce rozstali się. W nocnej ciszy Hugh usłyszał miarowy stukot kopyt konia wiejskiego chłopaka, niosącego go i jego żonę w ciemność.
  Dwoje ludzi mieszkających w domu z niemal martwą staruszką i walczących o przetrwanie nigdy nie doszło do jednoznacznych wniosków na swój temat. Pewnego sobotniego wieczoru późną jesienią do Bidwell przybył gubernator stanu. Po paradzie miał się odbyć wiec polityczny, a gubernator, ubiegający się o reelekcję, miał przemówić do mieszkańców ze schodów ratusza. Znani obywatele mieli stanąć na schodach obok gubernatora. Steve i Tom mieli tam być i błagali Hugha, by poszedł z nim, ale odmówił. Poprosił Rose McCoy, by towarzyszyła mu na spotkaniu, i o ósmej wyszli z domu i poszli do miasta. Następnie stanęli w tłumie w cieniu budynku sklepowego i wysłuchali przemówienia. Ku zdumieniu Hugha, jego nazwisko zostało wymienione. Gubernator mówił o dobrobycie miasta, pośrednio sugerując, że jest on zasługą politycznej przenikliwości partii, którą reprezentował, a następnie wymienił kilka osób, które również były za to częściowo odpowiedzialne. "Cały kraj zmierza ku nowym triumfom pod naszym sztandarem" - oznajmił - "ale nie każda społeczność ma tyle szczęścia, co wy tutaj. Robotnicy są zatrudniani za dobre płace. Życie tutaj jest owocne i szczęśliwe. Macie szczęście, że wśród was są tacy biznesmeni jak Stephen Hunter i Thomas Butterworth; a w wynalazcy Hugh McVeighcie widzicie jeden z najwybitniejszych umysłów i najbardziej pożytecznych ludzi, którzy kiedykolwiek żyli, aby pomóc zdjąć ciężary z barków pracy. To, co jego umysł robi dla pracy, nasza partia robi inaczej. Cło ochronne jest prawdziwym ojcem współczesnego dobrobytu".
  Mówca zamilkł, a tłum wybuchnął brawami. Hugh chwycił nauczycielkę za rękę i pociągnął ją w alejkę. Szli do domu w milczeniu, ale gdy zbliżyli się do domu i mieli wejść, nauczycielka zawahała się. Chciała poprosić Hugh, żeby poszedł z nią w ciemności, ale brakowało jej odwagi, by spełnić jej prośbę. Stojąc w bramie, a wysoki mężczyzna o długiej, poważnej twarzy patrzył na nią z góry, przypomniała sobie słowa mówcy. "Jak on mógł się o mnie troszczyć? Jak człowiek taki jak on mógł się troszczyć o taką prostą nauczycielkę jak ja?" - pytała samą siebie. Na głos powiedziała coś zupełnie innego. Idąc wzdłuż Turner's Pike, postanowiła śmiało zaproponować spacer pod drzewami wzdłuż Turner's Pike za mostem i obiecała sobie, że później zaprowadzi go w miejsce nad strumieniem, w cieniu rzeki. Do starej fabryki ogórków, gdzie ona i George Pike stali się tak bliskimi kochankami. Zamiast tego zatrzymała się na chwilę przy bramie, po czym zaśmiała się niezręcznie i weszła. "Powinnaś być dumna. Ja byłabym dumna, gdyby ludzie mogli tak o mnie mówić. Nie rozumiem, dlaczego nadal tu mieszkasz, w takim tanim domu jak nasz" - powiedziała.
  W ciepły, wiosenny niedzielny wieczór, w roku, w którym Clara Butterworth wróciła do Bidwell, Hugh podjął desperacką próbę skontaktowania się z nauczycielem. Padał deszcz i Hugh spędził część dnia w domu. Wrócił ze sklepu w południe i poszedł do swojego pokoju. Podczas gdy ona była w domu, nauczyciel zajmował pokój obok. Jego matka, która rzadko wychodziła z domu, wyjechała tego dnia za miasto, żeby odwiedzić brata. Córka ugotowała obiad dla siebie i Hugha, a on próbował pomóc jej umyć naczynia. Talerz wypadł mu z rąk, a jego stłuczenie zdawało się przerywać milczący, zażenowany nastrój, który ich ogarnął. Przez kilka minut byli dziećmi i zachowywali się jak dzieci. Hugh podniósł kolejny talerz, a nauczyciel kazał mu go odłożyć. Odmówił. "Jesteś niezdarny jak szczeniak. Nie rozumiem, jak ci się udaje cokolwiek zrobić w tym twoim sklepie".
  Hugh próbował utrzymać talerz, który nauczycielka próbowała mu zabrać, i przez kilka minut głośno się śmiali. Jej policzki pokryły się rumieńcem, a Hugh pomyślał, że wygląda uroczo. Ogarnął go impuls, którego nigdy wcześniej nie miał. Chciał krzyczeć na cały głos, rzucić talerzem w sufit, zmieść wszystkie naczynia ze stołu i usłyszeć, jak spadają na podłogę, bawić się jak jakieś ogromne zwierzę zagubione w małym świecie. Spojrzał na Rose, a jego ręce zadrżały od siły tego dziwnego impulsu. Gdy tam stał i patrzył, wzięła talerz z jego rąk i poszła do kuchni. Nie wiedząc, co innego robić, włożył kapelusz i poszedł na spacer. Później poszedł do warsztatu i próbował pracować, ale jego ręka drżała, gdy próbował utrzymać narzędzie, a urządzenie do załadunku siana, nad którym pracował, nagle wydało mu się bardzo trywialne i nieistotne.
  O czwartej Hugh wrócił do domu i zastał go pozornie pustym, choć drzwi prowadzące na Turner's Pike były otwarte. Deszcz przestał padać, a słońce z trudem przebijało się przez chmury. Poszedł na górę do swojego pokoju i usiadł na brzegu łóżka. Nabrało przekonania, że córka gospodarza jest w swoim pokoju obok i choć ta myśl zburzyła wszystkie jego dotychczasowe wyobrażenia o kobietach, uznał, że poszła do swojego pokoju, żeby być blisko niego, gdy wejdzie. W jakiś sposób wiedział, że jeśli podejdzie do jej drzwi i zapuka, nie będzie zaskoczona ani nie odmówi mu wstępu. Zdjął buty i ostrożnie położył je na podłodze. Następnie wyszedł na palcach na mały korytarz. Sufit był tak niski, że musiał się schylić, żeby nie uderzyć w niego głową. Uniósł rękę, zamierzając zapukać, ale potem stracił odwagę. Kilka razy wychodził na korytarz z tym samym zamiarem i za każdym razem bezszelestnie wracał do swojego pokoju. Usiadł na krześle przy oknie i czekał. Minęła godzina. Usłyszał hałas, który wskazywał, że nauczycielka leży na łóżku. Potem usłyszał kroki na schodach i wkrótce zobaczył, jak wychodzi z domu i idzie wzdłuż Turner's Pike. Nie poszła do miasta, ale przez most, mijając jego sklep, na wieś. Hugh zniknął mu z oczu. Zastanawiał się, dokąd mogła pójść. "Drogi są błotniste. Dlaczego wychodzi? Czy się mnie boi?" - pytał sam siebie. Kiedy zobaczył, jak skręca na moście i odwraca się w stronę domu, jego ręce znów zadrżały. "Chce, żebym za nią poszedł. Chce, żebym poszedł z nią" - pomyślał.
  Hugh wkrótce wyszedł z domu i poszedł drogą, ale nie spotkał nauczycielki. Przeszła przez most i szła wzdłuż brzegu strumienia po drugiej stronie. Następnie ponownie przeszła przez powalony pień i zatrzymała się przy murze fabryki ogórków. Przy murze rósł krzak bzu, a ona zniknęła za nim. Kiedy zobaczyła Hugh na drodze, serce zabiło jej tak mocno, że miała trudności z oddychaniem. Szedł drogą i wkrótce zniknął jej z oczu, a ona ogarnęła wielka słabość. Chociaż trawa była mokra, usiadła na ziemi przy murze budynku i zamknęła oczy. Później zakryła twarz dłońmi i zaczęła płakać.
  Zdumiony wynalazca wrócił do pensjonatu dopiero późnym wieczorem, a kiedy w końcu wrócił, był niewymownie rad, że nie zapukał do drzwi Rose McCoy. Podczas spaceru doszedł do wniosku, że sama myśl, że go pragnie, zrodziła się w jego umyśle. "To miła kobieta" - powtarzał sobie w myślach, idąc, i pomyślał, że dochodząc do tego wniosku, odrzucił wszelką możliwość, że mogła w niej być cokolwiek innego. Był zmęczony, kiedy wrócił do domu i od razu położył się spać. Staruszka wróciła ze wsi, a jej brat siedział w powozie, wołając nauczycielkę , która wyszła ze swojego pokoju i zbiegła po schodach. Usłyszał, jak dwie kobiety wnoszą coś ciężkiego do domu i rzucają to na podłogę. Jego brat, rolnik, dał pani McCoy worek ziemniaków. Hugh pomyślał o matce i córce stojących razem na dole i był niewymownie rad, że nie uległ impulsowi śmiałości. "Powiedziałaby jej teraz". "Ona jest dobrą kobietą i powiedziałbym jej to teraz" - pomyślał.
  O drugiej po południu tego samego dnia Hugh wstał z łóżka. Pomimo przekonania, że kobiety nie są dla niego, nie mógł zasnąć. Coś, co błysnęło w oczach nauczycielki, gdy walczyła z nim o talerz, wciąż go wołało. Wstał i podszedł do okna. Chmury już się rozwiały, a noc była pogodna. Rose McCoy siedziała przy sąsiednim oknie. Była ubrana w koszulę nocną i patrzyła wzdłuż Turner's Pike w stronę miejsca, gdzie George Pike, zawiadowca stacji, mieszkał z żoną. Nie dając sobie czasu na namysł, Hugh uklęknął i wyciągnął długie ramię w przestrzeń między dwoma oknami. Jego palce niemal dotknęły jej tyłu głowy i już miał bawić się burzą rudych włosów opadających na ramiona, gdy ponownie ogarnęło go zażenowanie. Szybko cofnął rękę i usiadł prosto w pokoju. Uderzył głową o sufit i usłyszał, jak okno w sąsiednim pokoju cicho się opuszcza. Z wysiłkiem opanował się. "To dobra kobieta. Pamiętaj, to dobra kobieta" - wyszeptał do siebie i kładąc się z powrotem do łóżka, nie pozwolił sobie na rozmyślanie o nauczycielce, lecz zmusił je do skupienia się na nierozwiązanych problemach, z którymi wciąż musiał się zmierzyć, zanim ukończył budowę urządzenia do załadunku siana. "Zajmij się swoimi sprawami i nie wracaj do tego" - powiedział, jakby zwracał się do innej osoby. "Pamiętaj, to dobra kobieta i nie masz prawa tego robić. To wszystko, co musisz zrobić. Pamiętaj, nie masz prawa" - dodał z nutą rozkazu w głosie.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XIII
  
  X UGH PIERWSZE WIDZIAŁAM Clarę Butterworth, pewnego lipcowego dnia po miesiącu spędzonym w domu. Późnym wieczorem przyszła do jego warsztatu z ojcem i człowiekiem zatrudnionym do zarządzania nową fabryką rowerów. We trójkę wysiedli z bryczki Toma i poszli do warsztatu obejrzeć nowy wynalazek Hugha - urządzenie do załadunku siana. Tom i niejaki Alfred Buckley poszli na zaplecze warsztatu, a Hugh został sam z kobietą. Miała na sobie lekką letnią sukienkę, a jej policzki płonęły rumieńcem. Hugh stał na ławce przy otwartym oknie i słuchał, jak opowiada, jak bardzo miasto zmieniło się przez trzy lata jej nieobecności. "To twoja sprawa; wszyscy tak mówią" - oznajmiła.
  Clara nie mogła się doczekać rozmowy z Hughem. Zaczęła zadawać pytania o jego pracę i o to, co z niej wyniknie. "Skoro maszyny robią wszystko, co ma zrobić człowiek?" - zapytała. Zdawała się przyjmować za pewnik, że wynalazca głęboko zastanawiał się nad tematem rozwoju przemysłu, o którym Kate Chancellor często rozmawiała przez cały wieczór. Słysząc, jak Hugh jest opisywany jako człowiek o wielkim umyśle, chciała zobaczyć, jak ten umysł działa.
  Alfred Buckley często odwiedzał dom jej ojca i chciał poślubić Clarę. Tego wieczoru obaj mężczyźni siedzieli na ganku domu, rozmawiając o mieście i wielkich rzeczach, które ich czekały. Rozmawiali o Hugh, a Buckley, energiczny, rozmowny mężczyzna o długiej szczęce i niespokojnych szarych oczach, który przybył z Nowego Jorku, zaproponował plany jego wykorzystania. Clara zdała sobie sprawę, że istnieje plan przejęcia kontroli nad przyszłymi wynalazkami Hugh i tym samym uzyskania przewagi nad Stevem Hunterem.
  Wszystko to wprawiało Clarę w zakłopotanie. Alfred Buckley oświadczył się jej, ale odłożyła to na później. Oświadczyny były formalne, zupełnie nie takie, jakich oczekiwała od mężczyzny, z którym planowała zostać na całe życie, ale w tamtym momencie Clara bardzo poważnie traktowała małżeństwo. Mężczyzna z Nowego Jorku przyjeżdżał do domu jej ojca kilka wieczorów w tygodniu. Nigdy z nim nie wychodziła i nie byli sobie bliscy. Wydawał się zbyt zajęty pracą, by rozmawiać o sprawach osobistych, więc oświadczył się jej, pisząc list. Clara otrzymała list pocztą i tak ją to zdenerwowało, że przez jakiś czas nie mogła spotykać się z nikim znajomym. "Nie jestem ciebie godna, ale chcę, żebyś została moją żoną. Będę dla ciebie pracować. Jestem tu nowa i nie znasz mnie zbyt dobrze. Proszę tylko o przywilej udowodnienia swojej wartości. "Chcę, żebyś została moją żoną, ale zanim odważę się przyjść i poprosić cię o tak wielki zaszczyt, czuję, że muszę udowodnić, że jestem tego godna" - głosił list.
  W dniu, w którym otrzymała list, Clara pojechała sama do miasta, a następnie wsiadła do bryczki i pojechała na południe, mijając farmę Butterwortha, w stronę wzgórz. Zapomniała wrócić do domu na obiad lub kolację. Koń kłusował powoli, protestując i próbując zawrócić na każdym skrzyżowaniu, ale Clara jechała dalej i wróciła do domu dopiero o północy. Kiedy dotarła do domu, czekał na nią ojciec. Poszedł z nią na podwórze i pomógł wyprzęgnąć konia. Nic nie padło, a po chwili rozmowy, która nie miała nic wspólnego z tematem, który zajmował ich oboje, Clara poszła na górę i próbowała to wszystko przemyśleć. Nabrała przekonania, że jej ojciec miał coś wspólnego z oświadczynami, że wiedział o tym i czekał na jej powrót do domu, aby zobaczyć, jak to na nią wpłynie.
  Clara napisała odpowiedź równie wymijającą, co same oświadczyny. "Nie wiem, czy chcę się z tobą ożenić, czy nie. Muszę cię poznać. Dziękuję ci jednak za oświadczyny i kiedy uznasz, że nadszedł właściwy moment, porozmawiamy o tym" - napisała.
  Po wymianie listów Alfred Buckley odwiedzał dom jej ojca częściej niż wcześniej, ale nigdy nie poznali się bliżej. Rozmawiał nie z nią, a z jej ojcem. Choć nie wiedziała o tym, plotki o jej ślubie z nowojorczykiem już rozeszły się po mieście. Nie wiedziała, kto opowiedział tę historię: jej ojciec czy Buckley.
  Letnimi wieczorami na ganku domu obaj mężczyźni rozmawiali o postępie, mieście i roli, jaką chcieli i chcieliby odegrać w jego przyszłym rozwoju. Pewien Nowojorczyk zaproponował Tomowi plan. Miał on pójść do Hugh i zaproponować kontrakt, dając im obu możliwość wyboru wszystkich swoich przyszłych wynalazków. Po ich ukończeniu, wynalazki miałyby być finansowane w Nowym Jorku, a obaj mężczyźni zrezygnowaliby z produkcji i znacznie szybciej zarabialiby jako promotorzy. Wahali się, ponieważ bali się Steve'a Huntera, a Tom obawiał się, że Hugh nie poprze ich planu. "Nie zdziwiłbym się, gdyby Steve miał już taki kontrakt. Jeśli nie, to jest głupcem" - powiedział starszy mężczyzna.
  Noc po nocy dwaj mężczyźni rozmawiali, a Clara siedziała w głębokim cieniu za werandą i słuchała. Wrogość między nią a ojcem zdawała się być zapomniana. Mężczyzna, który się jej oświadczył, nie spojrzał na nią, ale jej ojciec tak. Buckley mówił głównie, nawiązując do nowojorskich biznesmenów, już znanych na Bliskim Zachodzie jako giganci finansowi, jakby byli jego przyjaciółmi od urodzenia. "Zrobią wszystko, o co ich poproszę" - oznajmił.
  Clara próbowała myśleć o Alfredzie Buckleyu jak o mężu. Podobnie jak Hugh McVeigh, był wysoki i szczupły, ale w przeciwieństwie do wynalazcy, którego widziała dwa czy trzy razy na ulicy, nie był niechlujnie ubrany. Było w nim coś eleganckiego, coś przypominającego grzecznego psa, może ogara. Kiedy mówił, pochylał się do przodu jak chart goniący królika. Miał starannie uczesane włosy, a ubranie przylegało do niego jak skóra zwierzęcia. Nosił diamentową szpilkę do szalika. Jego długa szczęka zdawała się nieustannie machać. W ciągu kilku dni od otrzymania jego listu zdecydowała, że nie chce go za męża i była przekonana, że on jej nie chce. Była pewna, że całe to małżeństwo zostało w jakiś sposób zasugerowane przez jej ojca. Kiedy doszła do tego wniosku, poczuła jednocześnie złość i dziwne wzruszenie. Nie interpretowała tego jako strachu przed jakąś niedyskrecją z jej strony, ale myślała, że ojciec chce, by wyszła za mąż, ponieważ chce jej szczęścia. Gdy siedziała w ciemności na ganku domu, głosy dwóch mężczyzn stały się niewyraźne. Jej umysł jakby opuścił ciało i niczym żywa istota przemierzała świat. Stanęli przed nią dziesiątki mężczyzn, których widziała i z którymi rozmawiała przypadkiem - młodzi mężczyźni uczęszczający do szkoły w Columbus i chłopcy z miasta, z którymi chodziła na imprezy i tańce jako mała dziewczynka. Widziała ich sylwetki wyraźnie, ale pamiętała ich z jakiegoś sprzyjającego momentu spotkania. W Columbus mieszkał młody mężczyzna z miasteczka na południowym krańcu stanu, jeden z tych, którzy zawsze kochają kobiety. W pierwszym roku w szkole zauważył Clarę i nie mógł się zdecydować, czy zwrócić uwagę na nią, czy na drobną, ciemnooką dziewczynę z miasta z ich klasy. Kilka razy schodził z uniwersyteckiego wzgórza i szedł ulicą z Clarą. Stali na skrzyżowaniu, gdzie zazwyczaj wsiadała do samochodu. Przejechało kilka samochodów, zaparkowanych razem w pobliżu krzaka rosnącego pod wysokim kamiennym murem. Rozmawiali o błahostkach, o szkolnym klubie komediowym, o szansach drużyny futbolowej na zwycięstwo. Młody mężczyzna był jednym z aktorów w sztuce wystawianej przez klub komediowy i opowiedział Clarze o swoich wrażeniach z prób. Kiedy mówił, jego oczy rozbłysły i miał wrażenie, że patrzy nie na jej twarz czy ciało, ale na coś w jej wnętrzu. Przez chwilę, może piętnaście minut, istniała możliwość, że ci dwoje się zakochają. Potem młody mężczyzna odszedł, a później Clara zobaczyła go przechadzającego się pod drzewami na terenie uczelni z drobną, ciemnooką dziewczyną z miasta.
  Letnimi wieczorami, siedząc w ciemności na werandzie, Clara rozmyślała o tym incydencie i dziesiątkach innych przelotnych spotkań z mężczyznami. Głosy dwóch mężczyzn rozmawiających o zarabianiu pieniędzy niosły się bez końca. Za każdym razem, gdy wynurzała się ze swojego introspektywnego świata myśli, Alfred Buckley poruszał długą szczęką. Zawsze był zajęty, uparcie, wytrwale próbując przekonać jej ojca do czegoś. Clarze trudno było wyobrazić sobie ojca jako królika, ale myśl, że Alfred Buckley przypomina psa, nie dawała spokoju. "Wilk i wilczarz" - pomyślała roztargniona.
  Clara miała dwadzieścia trzy lata i uważała się za dojrzałą. Nie miała zamiaru marnować czasu na chodzenie do szkoły i nie chciała być kobietą sukcesu jak Kate Chancellor. Było coś, czego pragnęła, i w jakiś sposób jakiś mężczyzna - nie wiedziała, kto to będzie - był tym zainteresowany. Pragnęła miłości, ale mogła ją zdobyć od innej kobiety. Kate Chancellor by ją polubiła. Nie zdawała sobie sprawy, że ich przyjaźń to coś więcej. Kate lubiła trzymać Clarę za rękę, chciała ją całować i pieścić. To pragnienie tłumiła sama Kate, toczyła w niej walkę, a Clara mgliście zdawała sobie z tego sprawę i szanowała Kate za to.
  Dlaczego? Clara zadawała sobie to pytanie kilkanaście razy w pierwszych tygodniach tego lata. Kate Chancellor nauczyła ją myśleć. Kiedy były razem, Kate myślała i mówiła, ale teraz umysł Clary miał szansę. Za jej pragnieniem mężczyzny kryło się coś ukrytego. Pragnęła czegoś więcej niż uczucia. Był w niej twórczy impuls, który nie mógł się objawić, dopóki mężczyzna się z nią nie pokochał. Mężczyzna, którego pragnęła, był jedynie narzędziem, którego szukała, by się zrealizować. Kilka razy podczas tych wieczorów, w obecności dwóch mężczyzn, którzy rozmawiali tylko o zarabianiu pieniędzy na produktach swoich umysłów, niemal tłumiła swój umysł specyficzną myślą o kobietach, a potem znów się zasłaniał.
  Zmęczona myśleniem Clara przysłuchiwała się rozmowie. Imię Hugh McVeigha rozbrzmiewało niczym refren w uporczywej rozmowie. Zapadło jej w pamięć. Wynalazca był kawalerem. Dzięki systemowi społecznemu, w którym żyła, to i to tylko umożliwiało mu realizację jej celów. Zaczęła myśleć o wynalazcy, a jej umysł, zmęczony zabawą z własną sylwetką, zaczął bawić się postacią wysokiego, poważnego mężczyzny, którego widziała na Main Street. Kiedy Alfred Buckley wyjeżdżał na noc do miasta, Clara szła na górę do swojego pokoju, ale nie kładła się spać. Zamiast tego gasiła światło i siadała przy otwartym oknie z widokiem na sad, skąd mogła widzieć krótki odcinek drogi biegnącej obok domu w kierunku miasta. Każdego wieczoru przed wyjazdem Alfreda Buckleya na ganku rozgrywała się mała scena. Kiedy gość wstawał, by wyjść, jej ojciec, pod jakimś pretekstem, wchodził do domu albo szedł za róg na podwórze. "Poproszę Jima Priesta, żeby zaprzęgał twojego konia" - powiedział i pospiesznie odszedł. Clara została w towarzystwie mężczyzny, który udawał, że chce się z nią ożenić, ale który, jak była przekonana, niczego takiego nie chciał. Nie czuła się zażenowana, ale wyczuwała jego zażenowanie i czerpała z tego przyjemność. Wygłaszał oficjalne przemówienia.
  "No cóż, noc jest cudowna" - powiedział. Clara z zadowoleniem przyjęła myśl o jego zakłopotaniu. "Wziął mnie za wiejską dziewczynę, zrobił na mnie wrażenie, bo pochodził z miasta i był dobrze ubrany" - pomyślała. Czasami ojca nie było przez pięć, dziesięć minut, a ona nie odzywała się ani słowem. Kiedy ojciec wrócił, Alfred Buckley uścisnął mu dłoń, a następnie zwrócił się do Clary, najwyraźniej już całkowicie rozluźniony. "Obawiam się, że cię nudzimy" - powiedział. Ujął jej dłoń i schylając się, uroczyście pocałował jej grzbiet. Ojciec się odwrócił. Clara poszła na górę i usiadła przy oknie. Słyszała, jak dwaj mężczyźni kontynuują rozmowę na drodze przed domem. Po chwili trzasnęły drzwi wejściowe, ojciec wszedł do domu, a gość odjechał. Wszędzie panowała cisza i przez długi czas słyszała szybki stukot kopyt konia Alfreda Buckleya na drodze prowadzącej do miasta.
  Clara pomyślała o Hugh McVeigh. Alfred Buckley opisał go jako wieśniaka obdarzonego pewnym geniuszem. Ciągle mówił o tym, jak on i Tom mogliby go wykorzystać do własnych celów, a ona zastanawiała się, czy obaj mężczyźni popełniają ten sam poważny błąd w stosunku do wynalazcy, co w stosunku do niej. Pewnej spokojnej letniej nocy, gdy ucichł stukot końskich kopyt, a jej ojciec przestał się kręcić wokół domu, usłyszała kolejny dźwięk. W fabryce zbieraczy kukurydzy panował duży ruch i pracowała na nocną zmianę. Gdy noc była cicha lub gdy lekki wiatr wiał od miasta na wzgórzu, słychać było niski pomruk licznych maszyn obrabiających drewno i stal, po którym w regularnych odstępach czasu następował jednostajny oddech maszyny parowej.
  Kobieta w oknie, podobnie jak wszyscy inni w jej miasteczku i wszystkich miasteczkach Środkowego Zachodu, była poruszona romantyzmem przemysłu. Marzenia chłopaka z Missouri, z którym się zmagał, zostały wypaczone siłą jego wytrwałości w nowe formy i wyrażone w konkretnych rzeczach: maszyny do zbioru kukurydzy, maszyny do rozładowywania węglarek i maszyny do zbierania siana z pól i ładowania go na wozy bez pomocy ludzkich rąk - wciąż były marzeniami i mogły inspirować marzenia innych. Rozbudzały marzenia w umyśle kobiety. Postacie innych mężczyzn, które kłębiły się w jej głowie, zbladły, pozostawiając tylko jedną postać. Jej umysł wymyślał historie o Hugh. Przeczytała absurdalną historię wydrukowaną w gazecie z Cleveland i porwała ona jej wyobraźnię. Jak każdy Amerykanin, wierzyła w bohaterów. W książkach i czasopismach czytała o bohaterskich mężczyznach, którzy wyszli z ubóstwa dzięki jakiejś dziwnej alchemii i połączyli wszystkie cnoty w swoich pełnych ciałach. Rozległa, bogata ziemia wymagała gigantycznych postaci, a umysły mężczyzn tworzyły te postacie. Lincoln, Grant, Garfield, Sherman i pół tuzina innych mężczyzn byli kimś więcej niż tylko ludźmi w umysłach pokolenia, które nastąpiło po czasach ich zdumiewających występów. Przemysł już tworzył nową grupę półmitycznych postaci. Fabryka pracująca nocami w miasteczku Bidwell stała się w umyśle kobiety siedzącej przy oknie domu nie fabryką, lecz potężnym zwierzęciem, potężnym stworzeniem przypominającym bestię, które Hugh oswoił i uczynił użytecznym dla swoich towarzyszy. Jej myśli pobiegły naprzód i zaakceptowały oswojenie bestii jako coś oczywistego. Głód jej pokolenia znalazł w niej swój głos. Jak wszyscy inni, pragnęła bohaterów, a bohaterem był Hugh, z którym nigdy nie rozmawiała i o którym nic nie wiedziała. Jej ojciec, Alfred Buckley, Steve Hunter i reszta byli przecież Pigmejami. Jej ojciec był intrygantem; planował nawet wydać ją za mąż, być może po to, by zrealizować własne plany. W rzeczywistości jego plany były tak nieskuteczne, że nie musiała się na niego gniewać. Wśród nich był tylko jeden mężczyzna, który nie był intrygantem. Hugh był tym, kim chciała być. Był siłą twórczą. W jego rękach martwe, nieożywione rzeczy stawały się siłą twórczą. Był tym, kim chciała być, nie dla siebie, ale być może dla swojego syna. Ta myśl, w końcu wypowiedziana na głos, przeraziła Clarę. Wstała z krzesła przy oknie i szykowała się do snu. Coś ją bolało, ale nie pozwoliła sobie na dalsze myślenie o tym, co ją prześladuje.
  Tego dnia, gdy poszła z ojcem i Alfredem Buckleyem do sklepu Hugh, Clara zdała sobie sprawę, że chce poślubić mężczyznę, którego tam zobaczyła. Myśl ta nie zrodziła się w jej umyśle, lecz drzemała w niej jak ziarno zasiane w żyznej glebie. Zorganizowała podwózkę do fabryki i udało jej się zostawić ją z Hughem, podczas gdy obaj mężczyźni poszli obejrzeć niedokończoną ładowarkę do siana na zapleczu sklepu.
  Zaczęła rozmawiać z Hughem, gdy cała czwórka stała na trawniku przed sklepem. Weszli do środka, a jej ojciec i Buckley weszli tylnymi drzwiami. Zatrzymała się przy ławce i gdy kontynuowała rozmowę, Hugh był zmuszony zatrzymać się i stanąć obok niej. Zadawała mu pytania, prawiła mu niejasne komplementy, a podczas gdy on usiłował nawiązać rozmowę, ona mu się przyglądała. Aby ukryć zmieszanie, odwrócił się i wyjrzał przez okno na Turner's Pike. Jego oczy, zdecydowała, były piękne. Były trochę małe, ale było w nich coś szarego i mętnego, a ta szarość dodawała jej pewności siebie do mężczyzny za nimi. Czuła, że może mu zaufać. Było w jego oczach coś, co było najbardziej wdzięczne jej własnej naturze: niebo widziane nad otwartym krajem lub nad rzeką płynącą prosto w dal. Włosy Hugha były szorstkie, jak grzywa końska, a jego nos był jak koński nos. On, zdecydowała, był bardzo podobny do konia; Uczciwy, silny koń, koń uczłowieczony przez tajemniczą, głodną istotę, która wyrażała się w jego oczach. "Jeśli mam żyć ze zwierzęciem; jeśli, jak powiedziała kiedyś Kate Chancellor, my, kobiety, musimy zdecydować, z jakim innym zwierzęciem będziemy żyć, zanim staniemy się ludźmi, to wolałabym mieszkać z silnym, łagodnym koniem niż z wilkiem czy wilczarzem" - pomyślała.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XIV
  
  Hugh nie podejrzewał, że Clara rozważa jego kandydaturę na męża. Nic o niej nie wiedział, ale po jej odejściu zaczął się zastanawiać. Była kobietą, przyjemną dla oka i natychmiast zajęła w jego umyśle miejsce Rose McCoy. Wszyscy niekochani mężczyźni, a także wielu ukochanych, podświadomie igrają z postaciami wielu kobiet, tak jak świadomość kobiety igra z postaciami mężczyzn, widząc je w wielu sytuacjach, niejasno je pieszcząc, marząc o bliższych kontaktach. Pociąg Hugha do kobiet rozwinął się późno, ale z każdym dniem narastał. Kiedy rozmawiał z Clarą i gdy pozostawała w jego obecności, czuł się bardziej zażenowany niż kiedykolwiek wcześniej, ponieważ był jej świadomy bardziej niż jakiejkolwiek innej kobiety. W głębi duszy nie był tak skromnym człowiekiem, za jakiego się uważał. Sukces jego zbieracza kukurydzy i rozładunku ciężarówek, a także szacunek, graniczący z uwielbieniem, jakim niekiedy cieszył się ze strony mieszkańców swojego miasta w Ohio, podsycały jego próżność. To był czas, gdy cała Ameryka była opętana jedną ideą, a dla mieszkańców Bidwell nic nie było ważniejsze, konieczne ani niezbędne do postępu niż to, co osiągnął Hugh. Nie chodził ani nie mówił jak inni mieszkańcy miasta; jego ciało było zbyt duże i luźno zbudowane, ale potajemnie nie chciał być inny, nawet fizycznie. Od czasu do czasu nadarzyła się okazja, by sprawdzić swoją siłę fizyczną: musiał podnieść żelazny pręt lub zamachnąć częścią jakiejś ciężkiej maszyny w warsztacie. Podczas takiego testu odkrył, że może podnieść prawie dwa razy więcej niż inny człowiek. Dwóch mężczyzn stękało i napinało się, próbując podnieść ciężką sztangę z podłogi i położyć ją na ławce. Przybył i wykonał zadanie sam, bez widocznego wysiłku.
  W swoim pokoju nocą, późnym popołudniem lub letnim wieczorem, spacerując po wiejskich drogach, odczuwał niekiedy dojmującą potrzebę uznania ze strony towarzyszy, a nie mając nikogo, kto by go pochwalił, chwalił samego siebie. Kiedy gubernator stanu chwalił go przed tłumem, a on zmusił Rose McCoy do wyjścia, bo uważał za nieprzyzwoite zostać i słuchać takich słów, nie mógł zasnąć. Po dwóch lub trzech godzinach w łóżku wstał i cicho wymknął się z domu. Przypominał człowieka o niemelodyjnym głosie, śpiewającego do siebie w wannie, a woda głośno pluskała. Tej nocy Hugh pragnął zostać mówcą. Wędrując w ciemnościach wzdłuż Turner's Pike, wyobrażał sobie siebie jako gubernatora stanu przemawiającego do tłumu. Milę na północ od Pickleville, przy drodze rosły zarośla, a Hugh zatrzymał się i przemówił do młodych drzew i krzewów. W ciemności gąszcz krzewów przypominał tłum stojący na baczność i słuchający. Wiatr wiał i przedzierał się przez gęstą, suchą roślinność, a mnóstwo głosów szeptało słowa otuchy. Hugh wygadywał mnóstwo głupot. Przychodziły mu do głowy i powtarzały się na ustach wyrażenia, które słyszał z ust Steve'a Huntera i Toma Butterwortha. Mówił o szybkim rozwoju Bidwell, jakby to było prawdziwe błogosławieństwo, o fabrykach, domach szczęśliwych, zadowolonych ludzi, o nadejściu rozwoju przemysłowego niczym o zesłaniu niebios. Sięgając szczytu egoizmu, krzyknął: "Zrobiłem to. Zrobiłem to!".
  Hugh usłyszał zbliżający się powóz i wbiegł w zarośla. Rolnik, który pojechał do miasta na wieczór i został po spotkaniu politycznym, aby porozmawiać z innymi rolnikami w saloonie Bena Heada, wrócił do domu śpiąc w swoim powozie. Jego głowa kiwała się w górę i w dół, ciężka od pary unoszącej się znad wielu kufli piwa. Hugh wyłonił się z zarośli z lekkim wstydem. Następnego dnia napisał list do Sarah Shepard, opisując jej swoje postępy. "Jeśli ty lub Henry potrzebujecie pieniędzy, mogę wam zapewnić wszystko, czego zapragniecie" - napisał, nie mogąc się powstrzymać od opowiedzenia jej o tym, co gubernator powiedział o jego pracy i myślach. "W każdym razie, muszą uważać, że jestem coś wart, niezależnie od tego, czy to robię, czy nie" - powiedział zamyślony.
  Zdając sobie sprawę ze swojej roli w życiu otaczających go ludzi, Hugh zapragnął bezpośredniego, ludzkiego uznania. Po nieudanej próbie przełamania muru wstydu i rezerwy, którą on i Rose podjęli, wiedział bez cienia wątpliwości, że pragnie kobiety, a myśl ta, raz zakorzeniona w jego umyśle, urosła do gigantycznych rozmiarów. Wszystkie kobiety stawały się interesujące, a on patrzył głodnym wzrokiem na żony robotników, które czasem podchodziły do drzwi sklepów, by zamienić słowo z mężami, na młode dziewczyny z farmy, które letnie popołudnia przejeżdżały wzdłuż Turner's Pike, i na dziewczyny z miasta, które wpadały wieczorem na Bidwell Street, na jasnowłose i ciemnowłose kobiety. Im bardziej świadomie i zdecydowanie pragnął kobiety, tym bardziej bał się pojedynczych kobiet. Jego sukces i kontakty z pracownikami sklepu sprawiły, że stał się mniej nieśmiały w obecności mężczyzn, ale kobiety były inne. W ich obecności czuł wstyd z powodu swoich sekretnych myśli na ich temat.
  Tego dnia, gdy był sam z Clarą, Tom Butterworth i Alfred Buckley zatrzymali się na zapleczu sklepu na prawie dwadzieścia minut. Był upalny dzień i na twarzy Hugha perliły się krople potu. Rękawy miał podwinięte do łokci, a owłosione ramiona pokryte były brudem z warsztatu. Uniósł dłoń, by otrzeć pot z czoła, zostawiając długi, czarny ślad. Wtedy zauważył, że podczas gdy ona mówiła, kobieta patrzyła na niego z natarczywym, niemal wyrachowanym wyrazem twarzy. Jakby on był koniem, a ona klientem, który sprawdza jego zdrowie i dobre usposobienie. Gdy stała obok niego, jej oczy błyszczały, a policzki płonęły rumieńcem. Rozbudzająca się, pewna siebie męskość w nim szeptała, że rumieniec na jej policzkach i błysk w oczach coś mu mówiły. Nauczył się tego z krótkiego i całkowicie niezadowalającego doświadczenia z nauczycielką w szkole z internatem.
  Clara wyszła ze sklepu z ojcem i Alfredem Buckleyem. Tom prowadził, a Alfred Buckley pochylił się i przemówił: "Musisz dowiedzieć się, czy Steve"owi przyda się to nowe narzędzie. Głupotą byłoby pytać wprost i zdradzać się. Ten wynalazca jest głupi i próżny. Tacy faceci zawsze tacy są. Wydają się cisi i wnikliwi, ale zawsze wypuszczają kota z worka. Musimy mu jakoś schlebiać. Kobieta mogłaby dowiedzieć się wszystkiego, co on wie, w dziesięć minut". Odwrócił się do Clary i uśmiechnął. W jego nieruchomym, zwierzęcym spojrzeniu było coś nieskończenie bezczelnego. "Włączamy cię do naszych planów, twojego ojca i mnie, tak?" powiedział. "Musisz uważać, żeby nas nie zdradzić, rozmawiając z tym wynalazcą".
  Z witryny sklepowej Hugh patrzył na tyły trzech głów. Powóz Toma Butterwortha miał opuszczony dach, a gdy mówił, Alfred Buckley pochylił się do przodu, a jego głowa zniknęła. Hugh pomyślał, że Clara musi wyglądać jak typ kobiety, o której mężczyźni myślą, mówiąc o damie. Córka farmera miała talent do ubioru, a w umyśle Hugha zrodziła się myśl o arystokracji poprzez ubiór. Uważał, że sukienka, którą miała na sobie, była najbardziej stylową rzeczą, jaką kiedykolwiek widział. Przyjaciółka Clary, Kate Chancellor, choć męska w swoim ubiorze, miała talent do stylu i udzieliła Clarze kilku cennych lekcji. "Każda kobieta może się dobrze ubrać, jeśli wie jak", oświadczyła Kate. Nauczyła Clarę odkrywać i podkreślać swoje ciało ubraniami. Obok Clary Rose McCoy wyglądała niechlujnie i zwyczajnie.
  Hugh poszedł na zaplecze swojego warsztatu, gdzie znajdował się kran, i umył ręce. Następnie podszedł do ławki i próbował wrócić do pracy. Pięć minut później wrócił, żeby umyć ręce. Wyszedł ze warsztatu i zatrzymał się przy małym strumieniu, który płynął pod krzakami wierzb i znikał pod mostem poniżej Turner's Pike, po czym wrócił po płaszcz i zostawił pracę na ten dzień. Instynkt podpowiadał mu, żeby jeszcze raz minąć strumień, uklęknąć na trawie przy brzegu i ponownie umyć ręce.
  Rosnąca próżność Hugha była podsycana myślą, że Clara jest nim zainteresowana, ale nie była jeszcze na tyle silna, by ją utwierdzić. Wybrał się na długi spacer, dwie lub trzy mile na północ od sklepu wzdłuż Turner's Pike, a następnie wzdłuż skrzyżowania pól kukurydzy i kapusty, gdzie mógł przejść przez łąkę i wejść do lasu. Przez godzinę siedział na kłodzie na skraju lasu i patrzył na południe. W oddali, ponad dachami miasta, dostrzegł białą plamkę na tle zieleni - dom w Butterworth. Niemal natychmiast zdecydował, że to, co zobaczył w oczach Clary, co było bliźniaczą kropką tego, co zobaczył w oczach Rose McCoy, nie miało z nim nic wspólnego. Płaszcz próżności, który nosił, opadł, pozostawiając go nagim i smutnym. "Czego ona ode mnie chce?" - zapytał siebie, wstając zza kłody, by krytycznie spojrzeć na jego długie, kościste ciało. Po raz pierwszy od dwóch, trzech lat przypomniały mu się słowa, które Sara Shepard tak często powtarzała w jego obecności w ciągu pierwszych kilku miesięcy po tym, jak opuścił chatę ojca nad brzegiem Missisipi, by pracować na stacji kolejowej. Nazywała jego ludzi leniwymi prostakami i biednymi białymi śmieciami, krytykując jego skłonność do fantazjowania. Dzięki zmaganiom i mozolnemu wysiłkowi pokonał swoje marzenia, ale nie był w stanie pokonać swojego pochodzenia ani zmienić faktu, że w głębi duszy był biednym białym śmieciem. Z dreszczem obrzydzenia ujrzał siebie ponownie jako chłopca w podartych ubraniach, które cuchnęły rybą, leżącego bezmyślnie i na wpół śpiącego w trawie nad brzegiem Missisipi. Zapomniał o wielkości snów, które go czasami nawiedzały, i pamiętał jedynie roje much, które zwabione brudem jego ubrań, krążyły wokół niego i jego pijanego ojca, śpiącego obok niego.
  Poczuł gulę w gardle i na moment ogarnęło go użalanie się nad sobą. Potem wyłonił się z lasu, przeszedł przez pole i swoim osobliwym, długim, powłóczącym krokiem, który pozwalał mu poruszać się z zaskakującą szybkością po ziemi, wrócił na drogę. Gdyby w pobliżu płynął strumień, kusiłoby go, żeby zerwać ubranie i wskoczyć do wody. Myśl, że mógłby stać się mężczyzną, który w jakikolwiek sposób byłby atrakcyjny dla kobiety takiej jak Clara Butterworth, wydawała się największą głupotą na świecie. "Ona jest damą. Czego ona ode mnie chce? Nie jestem dla niej odpowiedni. Nie jestem dla niej odpowiedni" - powiedział na głos, nieświadomie przechodząc na ojcowski dialekt.
  Hugh spacerował cały dzień, a wieczorem wracał do warsztatu i pracował do północy. Pracował tak energicznie, że udało mu się rozwiązać szereg złożonych problemów konstrukcyjnych urządzenia do załadunku siana.
  Drugiego wieczoru po spotkaniu z Clarą Hugh wybrał się na spacer ulicami Bidwell. Myślał o pracy, którą wykonywał przez cały dzień, a potem o kobiecie, z którą postanowił, że nigdy nie uda mu się wygrać. Gdy zapadł zmrok, wyruszył z miasta i wrócił o dziewiątej wzdłuż torów kolejowych, mijając młyn zbożowy. Młyn pracował dniem i nocą, a nowy młyn, również położony tuż przy torach i niedaleko niego, był prawie ukończony. Za nowym młynem rozciągało się pole, które Tom Butterworth i Steve Hunter kupili i rozplanowali na ulicach, budując domy robotnicze. Domy były tandetnie zbudowane i brzydkie, a wszędzie panował wielki nieład; ale Hugh nie dostrzegał nieładu i brzydoty budynków. Widok przed nim utwierdzał go w gasnącej próżności. Coś w jego swobodnym, powłóczącym nogami chodzie zawiodło i wyprostował ramiona. "To, co tu zrobiłem, coś znaczy. Nic mi nie jest" - pomyślał i już prawie dotarł do starego młyna zbożowego, gdy z bocznych drzwi wyszło kilka osób i stanąwszy na torach, szło przed nim.
  W młynie zbożowym wydarzyło się coś, co podnieciło mężczyzn. Ed Hall, kierownik, robił żarty swoim kolegom. Włożył kombinezon i zabrał się do pracy przy stole warsztatowym w długim pomieszczeniu z około pięćdziesięcioma innymi mężczyznami. "Pochwalę się tobą" - powiedział ze śmiechem. "Patrzysz na mnie. Spóźniamy się z robotą i zaproszę cię do środka".
  Duma pracowników została urażona i przez dwa tygodnie harowali jak szaleni, próbując prześcignąć szefa. Wieczorem, podczas zliczania obciążenia pracą, Ed był wyśmiewany. Potem dowiedzieli się, że w zakładzie zostanie wprowadzony system akordowy i obawiali się, że będą opłacani według stawki obliczonej na podstawie ilości pracy wykonanej w ciągu dwóch tygodni gorączkowej pracy.
  Robotnik potykający się o tory przeklinał Eda Halla i ludzi, dla których pracował. "Straciłem sześćset dolarów przez zepsutą maszynę do ustawiania i to wszystko, bo gra mnie taki młody nędznik jak Ed Hall" - mruknął głos. Inny głos podjął refren. W słabym świetle Hugh zobaczył mówiącego, zgarbionego mężczyznę, który dorastał na polach kapusty i przybył do miasta w poszukiwaniu pracy. Chociaż go nie rozpoznał, słyszał ten głos już wcześniej. Należał do syna plantatora kapusty, Ezry Frencha, i był to ten sam głos, który kiedyś słyszał narzekający nocą, gdy francuscy chłopcy czołgali się po polach kapusty w świetle księżyca. Teraz mężczyzna powiedział coś, co zaskoczyło Hugha. "No cóż" - oznajmił - "żart jest ze mnie. Zostawiłem tatę i zrobiłem mu krzywdę; teraz już mnie nie przyjmie z powrotem. Mówi, że jestem leniem i do niczego się nie nadaję. Myślałem, że przyjadę do miasta, żeby pracować w fabryce i że tu będzie mi łatwiej. Teraz jestem żonaty i muszę trzymać się swojej pracy, bez względu na to, co robią. Na wsi harowałem jak wół przez kilka tygodni w roku, ale tutaj pewnie będę musiał harować jak wół cały czas. Tak to już jest. Uważałem to za bardzo zabawne - te wszystkie opowieści o tym, że praca w fabryce jest taka łatwa. Chciałbym, żeby wróciły dawne czasy. Nie rozumiem, jak ten wynalazca i jego wynalazki kiedykolwiek pomogły nam, robotnikom. Tata miał rację. Powiedział, że wynalazca nic nie zrobi dla robotników. Powiedział, że telegrafista lepiej by się czuł wytarzany w smole i pierzu. Chyba tata miał rację".
  Pewność siebie Hugha osłabła. Zatrzymał się, by pozwolić mężczyznom przejść wzdłuż torów, poza zasięgiem wzroku i słuchu. Gdy przeszli krótki dystans, wybuchła kłótnia. Każdy z mężczyzn uważał, że inni powinni ponieść część odpowiedzialności za jego zdradę w sporze z Edem Hallem, a oskarżenia krążyły między nimi. Jeden z mężczyzn rzucił ciężkim kamieniem, który potoczył się po torach i wpadł do rowu porośniętego suchymi chwastami. Rozległ się głośny huk. Hugh usłyszał ciężkie kroki. Obawiając się, że mężczyźni zaraz go zaatakują, wspiął się na płot, przeszedł przez podwórze i wyszedł na pustą ulicę. Próbując zrozumieć, co się stało i dlaczego mężczyźni byli wściekli, natknął się na Clarę Butterworth, która stała, najwyraźniej czekając na niego, pod latarnią uliczną.
  
  
  
  Hugh szedł obok Clary, zbyt oszołomiony, by próbować zrozumieć nowe impulsy wypełniające jego umysł. Wyjaśniła swoją obecność na ulicy, mówiąc, że przyjechała do miasta wysłać list i zamierzała wrócić do domu boczną ulicą. "Możesz iść ze mną, jeśli chcesz się po prostu przespacerować" - powiedziała. Szli w milczeniu. Myśli Hugha, nieprzyzwyczajonego do zataczania szerokich kręgów, skupiły się na jego towarzyszce. Wydawało się, że życie nagle sprowadziło go na obce ścieżki. W ciągu dwóch dni doświadczył więcej nowych emocji i odczuł je głębiej, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. Godzina, którą właśnie przeżył, była niezwykła. Opuścił pensjonat smutny i przygnębiony. Potem dotarł do fabryki i przepełniła go duma z tego, co, jak wierzył, osiągnął. Teraz było oczywiste, że pracownicy fabryk byli niezadowoleni; coś było nie tak. Zastanawiał się, czy Clara dowie się, co się stało i czy mu powie, jeśli zapyta. Chciał zadać wiele pytań. "Właśnie do tego potrzebuję kobiety. Chcę kogoś u boku, kto rozumie rzeczy i będzie mi o nich opowiadał" - pomyślał. Clara milczała, a Hugh uznał, że go nie lubi, tak jak narzekający robotnik potykający się na torach. Mężczyzna powiedział, że żałuje, że Hugh przyjechał do miasta. Być może wszyscy w Bidwell potajemnie czuli to samo.
  Hugh nie czuł już dumy z siebie ani ze swoich osiągnięć. Ogarnęło go zdumienie. Wyjeżdżając z Clarą z miasta na wiejską drogę, zaczął myśleć o Sarze Shepard, która była dla niego przyjazna i życzliwa, gdy był chłopcem, i żałował, że nie ma jej przy nim, a jeszcze lepiej, że Clara nie przyjęłaby tego samego. Wpadła na pomysł, by przysiąc, tak jak Sara Shepard, że on poczułby ulgę.
  Zamiast tego Clara szła w milczeniu, zajmując się swoimi sprawami i planując wykorzystać Hugha do własnych celów. To był dla niej trudny dzień. Późnym wieczorem doszło do kłótni między nią a ojcem. Wyszła z domu i przyjechała do miasta, bo nie mogła już znieść jego obecności. Widząc zbliżającego się Hugha, zatrzymała się pod latarnią, żeby na niego zaczekać. "Mogłabym wszystko załatwić, gdyby mnie poprosił o rękę" - pomyślała.
  Nowe trudności, które pojawiły się między Clarą a jej ojcem, nie były jej winą. Tom, który uważał się za przebiegłego i przebiegłego, został zatrudniony przez miejscowego Alfreda Buckleya. Tego popołudnia do miasta przybył funkcjonariusz federalny, aby aresztować Buckleya. Mężczyzna okazał się znanym oszustem, poszukiwanym w kilku miastach. W Nowym Jorku należał do szajki fałszerzy, a w innych stanach był poszukiwany za oszukanie kobiet, z których dwie poślubił nielegalnie.
  Aresztowanie było jak strzał oddany w stronę Toma przez członka jego własnej rodziny. Zaczął niemal myśleć o Alfredzie Buckleyu jak o członku swojej rodziny i jadąc szybko do domu, odczuwał głęboki smutek z powodu córki i zamierzał prosić ją o wybaczenie za zdradę jej fałszywego stanowiska. Fakt, że nie uczestniczył otwarcie w żadnym z planów Buckleya, nie podpisał żadnych dokumentów ani nie napisał żadnych listów, które zdradziłyby spisek, w jaki wdał się przeciwko Steve'owi, napełnił go radością. Zamierzał być hojny, a nawet, jeśli to konieczne, wyznać Clarze swoją niedyskrecję, mówiąc o ewentualnym małżeństwie, ale kiedy dotarł do domu, wprowadził Clarę do salonu i zamknął drzwi, zmienił zdanie. Opowiedział jej o aresztowaniu Buckleya, a potem zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. Jej opanowanie go rozwścieczyło. "Nie siedź tu jak małż!" krzyknął. "Nie wiesz, co się stało? Nie wiesz, że zostałaś zhańbiona, że zhańbiłaś moje imię?"
  Rozwścieczony ojciec wyjaśnił, że połowa miasta wiedziała o jej zaręczynach z Alfredem Buckleyem, a kiedy Clara oświadczyła, że nie są zaręczeni i że nigdy nie zamierzała wyjść za mąż za tego mężczyznę, jego gniew nie opadł. Sam szepnął oświadczyny mieszkańcom miasta, powiedział Steve'owi Hunterowi, Gordonowi Hartowi i dwóm lub trzem innym osobom, że Alfred Buckley i jego córka niewątpliwie zrobią to, co on nazywa "pojednaniem", a oni, oczywiście, powiedzieli o tym swoim żonom. Fakt, że zdradził córkę w tak haniebnej sytuacji, dręczył go. "Przypuszczam, że ten łajdak sam tak powiedział" - odparł w odpowiedzi na jej słowa i znów dał upust gniewowi. Spojrzał na córkę i zapragnął, żeby była jego synem, żeby móc ją uderzyć pięściami. Jego głos wzrósł do krzyku, który słychać było na podwórzu, gdzie pracowali Jim Priest i młody rolnik. Przerwali pracę i nasłuchiwali. "Ona coś knuje". "Myślisz, że jakiś mężczyzna wpędził ją w kłopoty?" - zapytał młody rolnik.
  W domu Tom dał upust starym żalom do córki. "Czemu nie wyszłaś za mąż i nie ustatkowałaś się jak porządna kobieta?" - krzyknął. "Powiedz mi co. Czemu nie wyszłaś za mąż i nie ustatkowałaś się? Czemu ciągle pakujesz się w kłopoty? Czemu nie wyszłaś za mąż i nie ustatkowałaś się?"
  
  
  
  Clara szła drogą obok Hugha, myśląc, że wszystkie jej kłopoty skończą się, jeśli poprosi ją o rękę. Potem zawstydziła się swoich myśli. Gdy mijali ostatnią latarnię i przygotowywali się do zejścia na ciemną drogę, odwróciła się i spojrzała na długą, poważną twarz Hugha. Tradycja, która odróżniała go od innych mężczyzn w oczach mieszkańców Bidwell, zaczynała na nią oddziaływać. Odkąd wróciła do domu, słyszała, jak ludzie mówią o nim z czymś w rodzaju podziwu w głosie. Wiedziała, że poślubienie bohatera miasta podniesie ją w oczach ludzi. Będzie to dla niej triumf i przywróci jej pozycję nie tylko w oczach ojca, ale i wszystkich innych. Wszyscy wydawali się uważać, że powinna wyjść za mąż; nawet Jim Priest tak mówił. Powiedział, że jest typem mężatki. Oto jej szansa. Zastanawiała się, dlaczego nie chce jej wykorzystać.
  Clara napisała list do swojej przyjaciółki Kate Chancellor, ogłaszając zamiar opuszczenia domu i pójścia do pracy, i poszła do miasta, żeby go wysłać. Na Main Street, przedzierając się przez tłum mężczyzn, którzy poprzedniego dnia wyszli przed sklepy, po raz pierwszy uderzyła ją siła słów ojca o związku jej nazwiska z nazwiskiem oszusta Buckleya. Mężczyźni zebrali się w grupki, rozmawiając ożywionym tonie. Bez wątpienia omawiali aresztowanie Buckleya. Niewątpliwie dyskutowano o jej własnym nazwisku. Policzki płonęły jej ogniem, a ogarnęła ją ostra nienawiść do ludzkości. Teraz nienawiść do innych obudziła w niej niemal nabożny stosunek do Hugh. Zanim minęły pięć minut, wszelkie myśli o wykorzystaniu go do własnych celów wyparowały. "On nie jest jak ojciec, Henderson Woodburn ani Alfred Buckley" - powiedziała sobie. "Nie kombinuje ani nie przekręca spraw, żeby kogoś pokonać. Pracuje i dzięki jego wysiłkom wszystko się udaje". Przypomniał jej się obraz farmera Jima Priesta pracującego na polu kukurydzy. "Rolnik pracuje" - pomyślała - "a kukurydza rośnie. Ten człowiek wykonuje swoją pracę w swoim sklepie i pomaga miastu się rozwijać".
  W obecności ojca Clara przez cały dzień zachowywała spokój i pozornie nie przejmowała się jego tyradą. W mieście, w obecności mężczyzn, co do których była pewna, że atakują jej bohaterkę, ogarnęła ją złość i chęć walki. Teraz miała ochotę położyć głowę na ramieniu Hugh i płakać.
  Dotarli do mostu niedaleko miejsca, gdzie droga skręcała w stronę domu jej ojca. Był to ten sam most, do którego dotarła z nauczycielką i ten, którym podążał John May, szukając zaczepki. Clara się zatrzymała. Nie chciała, żeby ktokolwiek w domu wiedział, że Hugh wrócił z nią. "Ojciec tak bardzo chce, żebym wyszła za mąż , że jutro do niego pojedzie" - pomyślała. Oparła dłonie o poręcz mostu i pochyliła się, chowając twarz w ich ramionach. Hugh stał za nią, kręcąc głową na boki i pocierając dłonie o nogawki spodni, czując zażenowanie. Obok drogi, niedaleko mostu, rozciągało się płaskie, bagniste pole, a po chwili ciszy rozległy się krzyki wielu żab. Hugh poczuł się bardzo smutny. Myśl, że jest wielkim mężczyzną i zasługuje na kobietę, z którą mógłby żyć i rozumieć go, całkowicie zniknęła. Na razie chciał być chłopcem i oprzeć głowę na ramieniu kobiety. Nie patrzył na Clarę, lecz na siebie. W słabym świetle, w jego nerwowo niezdarnych dłoniach, w jego długim, luźno zbudowanym ciele, wszystko, co wiązało się z jego osobowością, wydawało się brzydkie i zupełnie nieatrakcyjne. Widział drobne, jędrne dłonie kobiety spoczywające na poręczy mostu. Były, pomyślał, jak wszystko, co wiązało się z jej osobowością, smukłe i piękne, tak jak wszystko, co wiązało się z jego własną osobowością, było brzydkie i nieatrakcyjne.
  Clara otrząsnęła się z zamyślenia i, ściskając dłoń Hugha i wyjaśniając, że nie chce, żeby szedł dalej, odeszła. Właśnie gdy myślał, że odeszła, wróciła. "Dowiesz się, że byłam zaręczona z tym Alfredem Buckleyem, który wpadł w kłopoty i został aresztowany" - powiedziała. Hugh nie odpowiedział, a jej głos stał się ostry i nieco buntowniczy. "Dowiesz się, że mieliśmy się pobrać. Nie wiem, co usłyszysz. To kłamstwo" - powiedziała, odwracając się i pospiesznie odchodząc.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XV
  
  Hugh i Lara pobrali się niecały tydzień po swoim pierwszym wspólnym spacerze. Splot okoliczności, które wpłynęły na ich życie, doprowadził ich do małżeństwa, a szansa na intymność z kobietą, której tak bardzo pragnął Hugh, pojawiła się w nim z szybkością, która przyprawiła go o zawrót głowy.
  Był środowy, pochmurny wieczór. Po cichej kolacji z kochanką, Hugh ruszył wzdłuż Turner's Pike w kierunku Bidwell, ale gdy był już prawie w mieście, zawrócił. Wyszedł z domu, zamierzając przejść przez miasto do Medina Road i kobiety, która teraz tak bardzo zaprzątała jego myśli, ale zabrakło mu odwagi. Każdego wieczoru przez prawie tydzień wychodził na spacer i każdego wieczoru wracał niemal w to samo miejsce. Zniesmaczony i zły na siebie, szedł do swojego sklepu, idąc środkiem drogi i wzbijając tumany kurzu. Ludzie przechodzili ścieżką pod drzewami przy drodze i odwracali się, żeby na niego spojrzeć. Robotnik z grubą żoną, która sapała, idąc obok niego, odwrócił się i zaczął przeklinać. "Powiem ci, staruszko, nigdy nie powinienem był się ożenić i mieć dzieci" - mruknął . "Spójrz na mnie, a potem na tego faceta. Idzie tam, mając wspaniałe myśli, które uczynią go coraz bogatszym. Muszę pracować za dwa dolary dziennie, a wkrótce będę stary i wyrzucony. Mógłbym być tak bogatym wynalazcą jak on, gdybym dał sobie szansę".
  Robotnik szedł dalej, narzekając na żonę, która ignorowała jego słowa. Potrzebowała oddechu, żeby iść, a co do jej małżeństwa, to już było załatwione. Nie widziała powodu, żeby tracić czas na tę sprawę. Hugh wszedł do sklepu i stanął oparty o framugę drzwi. Dwóch lub trzech robotników krzątało się przy tylnych drzwiach, zapalając lampy gazowe wiszące nad stołami warsztatowymi. Nie widzieli Hugha, a ich głosy niosły się po pustym budynku. Jeden z nich, starzec z łysiną, zabawiał swoich towarzyszy, udając Steve'a Huntera. Zapalił cygaro i włożywszy kapelusz, lekko przechylił go na bok. Wypinając pierś, chodził tam i z powrotem, rozmawiając o pieniądzach. "Oto cygaro za dziesięć dolarów" - powiedział, wręczając długie cygaro jednemu z robotników. "Kupuję je tysiącami, żeby je rozdawać. Zależy mi na poprawie życia robotników w moim rodzinnym mieście. To właśnie pochłania całą moją uwagę".
  Inni robotnicy się śmiali, a mały człowieczek nadal podskakiwał i rozmawiał, ale Hugh go nie słyszał. Posępnie wpatrywał się w ludzi idących drogą do miasta. Zapadał zmrok, ale wciąż widział niewyraźne postacie kroczące naprzód. Za odlewnią zbieracza kukurydzy kończyła się nocna zmiana i nagłe jasne światło zalśniło w ciężkiej chmurze dymu wiszącej nad miastem. Dzwony kościelne zaczęły dzwonić, wzywając ludzi na środowe wieczorne spotkania modlitewne. Przedsiębiorczy obywatel zaczął budować domy robotnicze na polu za sklepem Hugha, a zajęli je włoscy robotnicy. Ich tłum przechodził obok. To, co pewnego dnia miało stać się osiedlem mieszkaniowym, wyrosło na polu obok grządki kapusty należącej do Ezry Frencha, który powiedział, że Bóg nie pozwoli ludziom zmieniać pola swojej pracy.
  Włoch przeszedł pod latarnią w pobliżu stacji Wheeling. Miał na sobie jaskrawoczerwoną chusteczkę zawiązaną na szyi i jaskrawą koszulę. Podobnie jak inni mieszkańcy Bidwell, Hugh nie lubił widoku obcokrajowców. Nie rozumiał ich, a widok ich grupowo kroczących ulicami nieco go przerażał. Obowiązkiem mężczyzny, myślał, było jak najbardziej upodobnić się do bliźnich, wtopić się w tłum, ale ci ludzie byli inni niż pozostali. Uwielbiali kolory i szybko gestykulowali, mówiąc. Włoch szedł drogą z kobietą swojej rasy i w zapadającym mroku położył jej dłoń na ramieniu. Serce Hugha zaczęło bić szybciej i zapomniał o swoich amerykańskich uprzedzeniach. Żałował, że nie jest robotnikiem, a Clara córką robotnika. Wtedy, pomyślał, może znajdzie w sobie odwagę, by do niej pójść. Jego wyobraźnia, rozpalona pożądaniem i ukierunkowana na nowe tory, pozwoliła mu w tej chwili wyobrazić sobie siebie na miejscu młodego Włocha idącego drogą z Clarą. Miała na sobie bawełnianą sukienkę, a jej łagodne brązowe oczy patrzyły na niego pełne miłości i zrozumienia.
  Trzej pracownicy skończyli pracę, do której wrócili po kolacji, zgasili światło i poszli na front sklepu. Hugh odsunął się od drzwi i ukrył w gęstych cieniach pod ścianą. Jego myśli o Clarze były tak żywe, że nie chciał, żeby ktokolwiek im przeszkadzał.
  Robotnicy wyszli z warsztatu i zaczęli rozmawiać. Łysy mężczyzna opowiadał historię, której reszta z zapartym tchem słuchała. "W całym mieście o tym trąbią" - powiedział. "Z tego, co słyszałem od wszystkich, to nie pierwszy raz, kiedy wpadła w takie tarapaty. Stary Tom Butterworth twierdził, że wysłał ją do szkoły trzy lata temu, ale teraz mówią, że to nieprawda. Mówią, że jechała do jednego z farmerów swojego ojca i musiała opuścić miasto". Mężczyzna się roześmiał. "Boże, gdyby Clara Butterworth była moją córką, byłaby w cudownej sytuacji, prawda?" - powiedział ze śmiechem. "Tak jak jest, jest w porządku. Teraz odeszła i związała się z tym oszustem Buckleyem, ale pieniądze jej ojca wszystko załatwią. Czy będzie miała dziecko, nikt się nie dowie. Może już je miała. Mówią, że jest zwyczajna wśród mężczyzn.
  Podczas gdy mężczyzna mówił, Hugh podszedł do drzwi i stanął w ciemności, nasłuchując. Przez chwilę słowa nie docierały do jego świadomości, a potem przypomniał sobie, co powiedziała Clara. Powiedziała coś o Alfredzie Buckleyu i że powstanie historia łącząca jej imię z jego. Była wściekła i rozgniewana, i oświadczyła, że ta historia to kłamstwo. Hugh nie wiedział, co to takiego, ale było oczywiste, że za granicą krąży jakaś historia, skandaliczna historia, dotycząca jej i Alfreda Buckleya. Ogarnął go gorący, bezosobowy gniew. "Ma kłopoty - oto moja szansa" - pomyślał. Wyprostował się, a gdy przekroczył próg sklepu, uderzył głową o framugę, ale nie poczuł siły, która w innym momencie mogłaby go powalić. Nigdy w życiu nikogo nie uderzył i nigdy nie czuł takiej potrzeby, ale teraz całkowicie opętała go chęć uderzenia, a nawet zabicia. Z wściekłym okrzykiem zamachnął się pięścią i starzec, wciąż nieprzytomny, upadł w zarośla rosnące przy drzwiach. Hugh obrócił się i uderzył drugiego mężczyznę, który wpadł przez otwarte drzwi do sklepu. Trzeci mężczyzna uciekł w ciemność wzdłuż Turner's Pike.
  Hugh szybko wszedł do miasta i ruszył ulicą Main Street. Zobaczył Toma Butterwortha idącego ulicą ze Stevem Hunterem, ale skręcił za róg, żeby ich ominąć. "Moja szansa nadeszła" - powtarzał sobie, spiesząc Medina Road. "Clara ma kłopoty. Moja szansa nadeszła".
  Zanim dotarł do drzwi Butterworthów, Hugha opuściła już niemal cała nowo odwaga, ale zanim zdążyła, uniósł rękę i zapukał. Szczęśliwym trafem do drzwi stanęła Clara. Hugh zdjął kapelusz i niezgrabnie obracał go w dłoniach. "Przyszedłem tu, żeby cię poprosić o rękę" - powiedział. "Chcę, żebyś została moją żoną. Zrobisz to?"
  Clara wyszła z domu i zamknęła drzwi. Przez głowę przetoczyła jej się wir myśli. Przez chwilę miała ochotę się roześmiać, ale potem coś, co było przeczuciem jej ojca, przyszło jej z pomocą. "Czemu nie miałabym tego zrobić?" - pomyślała. "Mam szansę. Ten mężczyzna jest teraz zmartwiony i zdenerwowany, ale mogę go uszanować. To najlepsze małżeństwo, jakie kiedykolwiek będę miała. Nie kocham go, ale może będę. Może tak właśnie powstają małżeństwa".
  Clara wyciągnęła rękę i położyła ją na ramieniu Hugh. "No cóż" - powiedziała niepewnie - "poczekaj tu chwilę".
  Weszła do domu i zostawiła Hugh stojącego w ciemności. Był przerażony. Wydawało się, że wszystkie skryte pragnienia jego życia nagle i otwarcie się ujawniły. Czuł się nagi i zawstydzony. "Jeśli ona wyjdzie i powie, że mnie poślubi, co zrobię? Co wtedy zrobię?" - pytał sam siebie.
  Kiedy wyszła, Clara miała na sobie kapelusz i długi płaszcz. "Chodź" - powiedziała, prowadząc go wokół domu i przez podwórze do jednej z szop. Weszła do ciemnego boksu, wyprowadziła konia i z pomocą Hugha wyprowadziła wóz ze stodoły na podwórze. "Skoro mamy to zrobić, nie ma sensu tego odkładać" - powiedziała drżącym głosem. "Równie dobrze możemy pójść do urzędu powiatowego i zrobić to od razu".
  Zaprzęgnięto konia i Clara wsiadła do bryczki. Hugh wsiadł i usiadł obok niej. Miała właśnie wyjechać z podwórza, gdy nagle z ciemności wyłonił się Jim Priest i złapał konia za głowę. Clara wzięła bat do ręki i uniosła go, by uderzyć konia. Ogarnęło ją rozpaczliwe postanowienie, by nie ingerować w małżeństwo z Hughem. "Jeśli będzie trzeba, załatwię tego mężczyznę" - pomyślała. Jim podszedł i zatrzymał się obok bryczki. Spojrzał ponad Clarą na Hugha. "Myślałem, że to może ten Buckley" - powiedział. Położył rękę na desce rozdzielczej bryczki, a drugą na ramieniu Clary. "Jesteś teraz kobietą, Claro, i myślę, że wiesz, co robisz. Myślę, że wiesz, że jestem twoim przyjacielem" - powiedział powoli. "Miałaś kłopoty, wiem. Nie mogłem nie usłyszeć, co twój ojciec powiedział ci o Buckleyu; mówił tak głośno". Clara, nie chcę, żebyś miała kłopoty.
  Parobek odszedł od wozu, po czym wrócił i ponownie położył rękę na ramieniu Klary. Cisza panująca na podwórzu trwała tak długo, aż kobieta poczuła, że może mówić bez wahania.
  "Nie pójdę daleko, Jim" - powiedziała, śmiejąc się nerwowo. "To pan Hugh McVeigh i jedziemy do siedziby hrabstwa, żeby się pobrać. Wrócimy do domu przed północą. Zapal dla nas świeczkę w oknie".
  Mocno kopiąc konia, Clara szybko minęła dom i wjechała na drogę. Skręciła na południe, w pagórkowate tereny, przez które biegła droga do siedziby hrabstwa. Gdy koń kłusował energicznie, głos Jima Priesta dobiegał do niej z ciemności podwórza, ale się nie zatrzymała. Dzień i wieczór były pochmurne, noc ciemna. Cieszyła się z tego. Gdy koń ruszył kłusem naprzód, odwróciła się i spojrzała na Hugh, który siedział bardzo sztywno na siedzeniu powozu, wpatrując się prosto przed siebie. Długa, końska twarz Missourian, z ogromnym nosem i głębokimi zmarszczkami, uszlachetniona była łagodnym mrokiem, a ogarnęło ją uczucie czułości. Kiedy się jej oświadczył, Clara rzuciła się jak dzikie zwierzę w poszukiwaniu ofiary, a fakt, że przypominała ojca - stanowczą, bystrą i bystrą - sprawił, że postanowiła dotrwać do końca. Kiedyś. Teraz czuła wstyd, a jej czuły nastrój pozbawił ją twardości i wnikliwości. "Ten mężczyzna i ja mamy sobie tysiąc rzeczy do powiedzenia, zanim pospieszymy się do ślubu" - pomyślała i już miała zawrócić konia. Zastanawiała się, czy Hugh również słyszał historie łączące jej nazwisko z nazwiskiem Buckley, historie, które - była pewna - krążyły teraz z ust do ust po ulicach Bidwell, i jaka wersja wydarzeń do niego dotarła. "Może przyjechał, żeby mi się oświadczyć, żeby mnie chronić" - pomyślała i doszła do wniosku, że jeśli taki był jego cel, to ona wykorzystuje nieuczciwą przewagę. "To właśnie Kate Chancellor nazwałaby "robieniem mężczyźnie podłego i nikczemnego figla"" - powiedziała sobie; ale ledwo ta myśl jej przyszła do głowy, pochyliła się do przodu i, dotykając konia batem, popędziła go jeszcze szybciej drogą.
  Milę na południe od farmy Butterworthów droga do siedziby hrabstwa przecinała szczyt wzgórza, najwyższego punktu w hrabstwie, oferującego wspaniały widok na okolicę na południu. Niebo zaczęło się przejaśniać, a gdy dotarli do punktu znanego jako Lookout Hill, księżyc przebił się przez kłębowisko chmur. Clara zatrzymała konia i odwróciła się, by spojrzeć w górę zbocza. W dole widać było światła farmy jej ojca, gdzie przybył jako młody człowiek i gdzie dawno temu przyprowadził swoją narzeczoną. Daleko w dole, skupisko świateł oświetlało szybko rozwijające się miasto. Determinacja, która do tej pory podtrzymywała Clarę, znów osłabła, a w jej gardle urosła gula.
  Hugh odwrócił się, by spojrzeć, ale nie dostrzegł mrocznego piękna krainy, ozdobionej klejnotami nocnych świateł. Kobieta, której tak namiętnie pragnął i której tak się obawiał, odwróciła się od niego, a on odważył się na nią spojrzeć. Zobaczył ostre linie jej piersi, a w przyćmionym świetle jej policzki zdawały się promieniować pięknem. Dziwna myśl przyszła mu do głowy. W niepewnym świetle jej twarz zdawała się poruszać niezależnie od ciała. Zbliżała się do niego, a potem cofała. W pewnym momencie zdawało mu się, że ledwo widoczny biały policzek dotknie jego własnego. Czekał, wstrzymując oddech. Przeszył go płomień pożądania.
  Myśli Hugha powędrowały wstecz, do jego dzieciństwa i młodości. W nadrzecznym miasteczku, w którym dorastał, flisacy i bywalcy saloonów, którzy czasami przyjeżdżali spędzić dzień nad brzegiem rzeki z jego ojcem, Johnem McVeighem, często rozmawiali o kobietach i małżeństwie. Leżąc na spalonej trawie w ciepłym słońcu, rozmawiali, a półprzytomny chłopiec słuchał. Głosy zdawały się dochodzić z chmur albo z leniwych wód wielkiej rzeki, a rozmowy kobiet budziły w nim dziecinne pożądanie. Jeden z mężczyzn, wysoki młodzieniec z wąsami i cieniami pod oczami, opowiedział leniwym, przeciągłym głosem historię o przygodzie, która spotkała kobietę pewnej nocy, gdy tratwa, nad którą pracował, zacumowała w pobliżu St. Louis, a Hugh słuchał z zazdrością. Opowiadając tę historię, młody mężczyzna otrząsnął się lekko z odrętwienia, a kiedy się roześmiał, inni mężczyźni leżący wokół niego śmiali się razem z nim. "W końcu ją pokonałem" - pochwalił się. "Kiedy było już po wszystkim, poszliśmy do małego pokoju na tyłach saloonu. Zaryzykowałem i kiedy zasnęła na krześle, wyciągnąłem osiem dolarów z jej pończochy".
  Tej nocy, siedząc w powozie obok Clary, Hugh wyobrażał sobie siebie leżącego nad brzegiem rzeki w letnie dni. Nawiedzały go tam sny, niekiedy gigantyczne; ale także brzydkie myśli i pragnienia. W pobliżu chaty ojca stale unosił się ostry, zjełczały zapach gnijących ryb, a w powietrzu unosiły się roje much. Tam, w czystym Ohio, na wzgórzach na południe od Bidwell, zdawało mu się, że zapach gnijących ryb powrócił, że jest w jego ubraniach, że w jakiś sposób przeniknął jego naturę. Uniósł dłoń i przesunął nią po twarzy, nieświadomie powracając do nieustannego ruchu odganiania much z twarzy, gdy leżał na wpół śpiąc nad rzeką.
  Hugh wciąż miał drobne, pożądliwe myśli, które sprawiały, że czuł się zawstydzony. Poruszył się niespokojnie na siedzeniu powozu, czując gulę w gardle. Ponownie spojrzał na Clarę. "Jestem biednym białym człowiekiem" - pomyślał. "Nie godzi mi się poślubić tę kobietę".
  Ze wzniesienia przy drodze Klara spoglądała w dół na dom ojca, a w dół na światła miasta, które rozprzestrzeniło się już tak daleko na wieś, a potem w górę, przez wzgórza, na farmę, gdzie spędziła dzieciństwo i gdzie, jak powiedział Jim Priest, "soki zaczęły spływać w górę drzewa". Zakochała się w mężczyźnie, który miał zostać jej mężem, ale jak marzyciele o miastach, widziała w nim coś lekko nieludzkiego, mężczyznę niemal gigantycznego wzrostu. Przypomniało jej się wiele z tego, co Kate Chancellor powiedziała, gdy dwie dorastające kobiety spacerowały i rozmawiały ulicami Columbus. Gdy znów ruszyły w drogę, nieustannie szarpała konia, uderzając go batem. Podobnie jak Kate, Klara pragnęła być uczciwa i sprawiedliwa. "Kobieta powinna być uczciwa i sprawiedliwa, nawet wobec mężczyzny" - powiedziała Kate. "Mężczyzna, którego wezmę za męża, jest prosty i uczciwy" - pomyślała. "Jeśli w tym mieście jest coś niesprawiedliwego lub niesprawiedliwego, on nie ma z tym nic wspólnego". Rozumiejąc na chwilę, że Hugh ma problem z wyrażeniem tego, co musi czuć, chciała mu pomóc, ale kiedy się odwróciła i zobaczyła, że nie patrzy na nią, lecz wpatruje się w ciemność, duma ją uciszyła. "Muszę poczekać, aż będzie gotowy. Wzięłam już zbyt wiele we własne ręce. Dam radę znieść to małżeństwo, ale jeśli chodzi o cokolwiek innego, to on będzie musiał zacząć" - powiedziała sobie, ściskając się w gardle i łzami napływającymi do oczu.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XVI
  
  I wraz z nim stał. Sam na podwórzu, podekscytowany myślą o przygodzie, w którą mieli się udać Clara i Hugh, Jim Priest wspominał Toma Butterwortha. Przez ponad trzydzieści lat Jim pracował dla Toma i łączyła ich silna więź - wspólna miłość do pięknych koni. Niejednokrotnie obaj mężczyźni spędzili razem dzień na trybunie podczas Jesiennego Spotkania w Cleveland. Późnym popołudniem takiego dnia Tom zastawał Jima wędrującego od boksu do boksu, obserwującego, jak konie są woskowane i przygotowywane do wyścigów. W dobrym humorze kupił lunch swojemu pracownikowi i posadził go na trybunie. Przez cały dzień obaj mężczyźni oglądali wyścigi, palili i sprzeczali się. Tom twierdził, że Bud Doble, wesoły, dramatyczny i przystojny, był najwspanialszym ze wszystkich koni wyścigowych, podczas gdy Jim Priest gardził Budem Doblem. Ze wszystkich powożących był tylko jeden człowiek, którego naprawdę podziwiał: Pop Gears, ten przebiegły i cichy. "Ten twój Gears w ogóle nie jeździ. Tylko siedzi jak patyk" - mruknął Tom. "Jeśli koń może wygrać, to będzie szedł za nim. Lubię oglądać powożącego. A teraz spójrz na tego Doble"a. Zobacz, jak prowadzi konia na prostej.
  Jim spojrzał na swojego pracodawcę z czymś w rodzaju litości w oczach. "Ha" - wykrzyknął. "Jak się nie ma oczu, to się nie widzi".
  Rolnik miał dwie wielkie miłości w swoim życiu: córkę swojego pracodawcy i konia wyścigowego, Gearsa. "Gears" - mawiał - "był człowiekiem urodzonym starym i mądrym". Często widywał Gearsa na torze rano przed ważnym wyścigiem. Woźnica siedział na przewróconym pudle w słońcu przed jedną ze stajni. Wokół niego słychać było przekomarzania jeźdźców i stajennych. Obstawiano zakłady i wyznaczano cele. Konie, które nie ścigały się tego dnia, trenowały na pobliskich torach. Stukot ich kopyt brzmiał jak muzyka, przyprawiając Jima o dreszcze. Czarne konie śmiały się, a konie wystawiały głowy z drzwi boksów. Ogiery głośno rżały, a kopyta niecierpliwego konia dudniły o ściany boksów.
  Wszyscy w kabinach rozmawiali o wydarzeniach dnia, a Jim, oparty o jedną z nich, słuchał przepełniony szczęściem. Żałował, że los nie obdarzył go wyścigami. Potem spojrzał na Popa Gearsa, milczącego, który godzinami siedział otępiały i małomówny przy korycie, lekko uderzając batem o ziemię i żując słomkę. Wyobraźnia Jima się rozbudziła. Widział kiedyś innego milczącego Amerykanina, generała Granta, i był dla niego pełen podziwu.
  To był wspaniały dzień w życiu Jima, dzień, w którym zobaczył Granta gotowego przyjąć kapitulację Lee pod Appomattox. Doszło do bitwy z żołnierzami Unii ścigającymi uciekających Rebeliantów z Richmond, a Jim, uzbrojony w butelkę whisky i chroniczną niechęć do walki, zdołał doczołgać się do lasu. Usłyszał krzyki w oddali i wkrótce zobaczył kilku mężczyzn jadących wściekle drogą. To był Grant i jego pomocnicy, zmierzający w stronę, gdzie czekał Lee. Podjechali do miejsca, gdzie Jim siedział oparty plecami o drzewo, z butelką między nogami; wtedy się zatrzymał. Grant postanowił nie brać udziału w ceremonii. Jego ubranie było pokryte błotem, a broda zmierzwiona. Znał Lee i wiedział, że będzie ubrany na tę okazję. Był właśnie takim człowiekiem; człowiekiem odpowiednim do historycznych obrazów i wydarzeń. Grant nie. Kazał swoim pomocnikom udać się do miejsca, gdzie czekał Lee, powiedział im, co mają zrobić, po czym przeskoczył konia przez rów i pojechał ścieżką pod drzewami do miejsca, gdzie leżał Jim.
  To było wydarzenie, którego Jim nigdy nie zapomniał. Był urzeczony myślą o tym, co ten dzień znaczył dla Granta, i jego pozorną obojętnością. Siedział w milczeniu pod drzewem, a kiedy Grant zsiadł z konia i podszedł bliżej, idąc ścieżką, gdzie światło słoneczne przesączało się przez drzewa, zamknął oczy. Grant podszedł do miejsca, w którym siedział, i zatrzymał się, najwyraźniej myśląc, że nie żyje. Sięgnął ręką w dół i podniósł butelkę whisky. Przez chwilę coś między nimi, Grantem i Jimem, przeszło. Obaj rozpoznali butelkę whisky. Jim pomyślał, że Grant zaraz się napije i lekko otworzył oczy. Potem je zamknął. Korek wypadł z butelki, a Grant ścisnął go mocno w dłoni. Z oddali dobiegł ogłuszający krzyk, podniesiony i niesiony przez odległe głosy. Drzewo zdawało się kołysać razem z nim. "To już koniec. Wojna skończona" - pomyślał Jim. Wtedy Grant wyciągnął rękę i roztrzaskał butelkę o pień drzewa nad głową Jima. Odłamek szkła rozciął mu policzek, raniąc go krwią. Otworzył oczy i spojrzał prosto w Granta. Obaj mężczyźni patrzyli na siebie przez chwilę, a potem po okolicy rozległ się głośny krzyk. Grant pospieszył ścieżką do miejsca, gdzie zostawił konia, wsiadł na niego i odjechał.
  Stojąc na torze i patrząc na Gearsa, Jim pomyślał o Grancie. Potem jego myśli powędrowały ku innemu bohaterowi. "Co za facet!" - pomyślał. "Oto on, jedzie z miasta do miasta i z toru na tor przez całą wiosnę, lato i jesień, i nigdy nie traci głowy, nigdy się nie ekscytuje. Wygrywanie wyścigów jest tym samym, co wygrywanie bitew. Kiedy ja w letnie dni orzę kukurydzę w domu, ten Gears gdzieś na jakimś torze, a wokół niego gromadzą się ludzie, czekają. Dla mnie to jak ciągłe bycie pijanym, ale on nie jest pijany. Whisky mogłaby go ogłupić. Nie mogłaby go odurzyć. Siedzi tam, zgarbiony jak śpiący pies. Wygląda, jakby nic go nie obchodziło i będzie tak siedział przez trzy czwarte najtrudniejszego wyścigu, czekając, wykorzystując każdy skrawek twardego, twardego gruntu na torze, ratując konia, obserwując, obserwując. Jego koń też czeka. Co za facet! Prowadzi konia na czwarte miejsce, na trzecie, na drugie. Tłum na trybunach, faceci tacy jak Tom Butterworth, nie widzieli, co robi. Siedzi nieruchomo. Na Boga, co za Człowieku! Czeka. Wygląda na półprzytomnego. Jeśli nie musi, nie wkłada w to żadnego wysiłku. Jeśli koń jest w stanie wygrać bez pomocy, siedzi nieruchomo. Ludzie krzyczą i zrywają się z miejsc na trybunach, a jeśli ten Bud Doble ma konia w wyścigu, pochyla się do przodu, dąsa się, krzyczy na konia i robi z siebie wielkie widowisko.
  "Ha, ten Gears! Czeka. Nie myśli o ludziach, ale o koniu, na którym jedzie. Kiedy nadejdzie właściwy moment, właściwy moment, Gears da znać koniowi. W tym momencie są jednością, jak Grant i ja przy butelce whisky. Coś się między nimi dzieje. Coś w środku człowieka mówi: "Teraz" i wiadomość zostaje przekazana przez lejce do mózgu konia. Unosi się do stóp. Jest przypływ energii. Głowa konia przesunęła się o kilka centymetrów do przodu - nie za szybko, nic zbędnego. Ha, ten Gears! Bud Dobble, ha!"
  W noc ślubu Clary, po tym, jak ona i Hugh zniknęli na drodze powiatowej, Jim pospieszył do stajni, wyprowadził konia i wskoczył mu na grzbiet. Miał sześćdziesiąt trzy lata, ale potrafił dosiadać konia jak młodzieniec. Jadąc wściekle w stronę Bidwell, myślał nie o Clarze i jej przygodach, ale o jej ojcu. Dla obu mężczyzn właściwe małżeństwo oznaczało sukces kobiety w życiu. Nic innego nie miałoby większego znaczenia, gdyby to się udało. Myślał o Tomie Butterworthie, który, jak sobie powtarzał, rozpieszczał Clarę tak, jak Bud Dobble często rozpieszczał konia na wyścigach. On sam był jak Pop Gears. Przez cały ten czas znał i rozumiał klacz Clarę. Teraz była skończona; wygrała wyścig życia.
  "Ha, ten stary głupiec!" - szepnął do siebie Jim, szybko jadąc ciemną drogą. Gdy jego koń z hukiem przejechał przez mały drewniany mostek i zbliżył się do pierwszego domu w mieście, poczuł się, jakby przybył ogłosić zwycięstwo. Spodziewał się głośnego okrzyku dochodzącego z ciemności, tak jak w chwili zwycięstwa Granta nad Lee.
  Jim nie mógł znaleźć swojego pracodawcy ani w hotelu, ani na Main Street, ale pamiętał historię, którą szeptano mu do ucha. Fanny Twist, modystka, mieszkała w małym domu z bali przy Garfield Street, daleko na wschód od miasta, i pojechał tam. Zapukał śmiało do drzwi i pojawiła się kobieta. "Muszę się zobaczyć z Tomem Butterworthem" - powiedział. "To ważne. Chodzi o jego córkę. Coś jej się stało".
  Drzwi się zamknęły i wkrótce Tom wyłonił się zza rogu domu. Był wściekły. Koń Jima stał na drodze, a on podszedł prosto do niego i chwycił lejce. "Co masz na myśli, mówiąc: chodź tutaj?" - zapytał ostro. "Kto ci powiedział, że tu jestem? Po co tu przyszedłeś i się obnażyłeś? Co ci jest? Jesteś pijany czy szalony?"
  Jim zsiadł z konia i przekazał Tomowi nowinę. Stali tak przez chwilę, patrząc na siebie. "Hugh McVeigh... Hugh McVeigh, cholera jasna, Jim?" wykrzyknął Tom. "Żadnych niewypałów, co? Naprawdę to zrobiła? Hugh McVeigh, co? Cholera jasna!"
  "Już jadą do ratusza" - powiedział cicho Jim. "Niewypał! Nie w tym życiu". Jego głos stracił chłodny, spokojny ton, który tak często pragnął zachować w nagłych wypadkach. "Myślę, że wrócą o dwunastej lub pierwszej" - powiedział niecierpliwie. "Musimy ich wysadzić, Tom. Musimy sprawić tej dziewczynie i jej mężowi największą eksplozję, jaką kiedykolwiek widziało to hrabstwo, a mamy tylko około trzech godzin, żeby się do niej przygotować".
  "Zsiądź z konia i popchnij mnie" - rozkazał Tom. Z pomrukiem satysfakcji wskoczył na grzbiet konia. Spóźniony impuls do rozpusty, który godzinę wcześniej gnał go czołganiem przez zaułki i boczne uliczki do drzwi Fanny Twist, zniknął całkowicie, a na jego miejscu pojawił się duch biznesmena, człowieka, który, jak często się chwalił, wprawiał rzeczy w ruch i utrzymywał je w ruchu. "Słuchaj, Jim" - powiedział ostro - "w tym mieście są trzy stajnie. Przydziel im na noc wszystkie konie. Przypnij konie do dowolnego sprzętu, jaki znajdziesz: bryczek, koni, wozów resorowych, czegokolwiek. Niech wyczyszczą woźniców z ulic, gdziekolwiek. Potem każ je wszystkie przywieźć do domu Bidwellów i trzymać dla mnie. Kiedy to zrobisz, udaj się do domu Henry'ego Hellera. Myślę, że go znajdziesz". Znalazłeś ten dom, gdzie byłem wystarczająco szybki. Mieszka na Campus Street, tuż za nowym kościołem baptystów. Jeśli zasnął, obudź go. Powiedz mu, żeby zebrał zespół i poprosił o przywiezienie całej muzyki na żywo, jaką ma. Powiedz mu, żeby jak najszybciej przyprowadził swoich ludzi do Bidwell House.
  Tom jechał ulicą, a Jim Priest deptał mu po piętach. Po krótkim marszu zatrzymał się. "Nie pozwól nikomu dziś wieczorem kręcić się wokół cen, Jim" - krzyknął. "Powiedz wszystkim, że to dla mnie. Powiedz im, że Tom Butterworth zapłaci, ile zapragną. Dziś nie ma limitu, Jim. To jest to słowo - bez limitu".
  Dla starszych mieszkańców Bidwell, tych, którzy mieszkali tam, gdy interesy wszystkich były interesami miasta, ten wieczór na długo pozostanie w pamięci. Nowi ludzie - Włosi, Grecy, Polacy, Rumuni i wielu innych dziwnie brzmiących czarnoskórych, którzy przybyli wraz z fabrykami - tego wieczoru, jak co dzień, zajmowali się swoimi sprawami. Pracowali na nocnej zmianie w fabryce ścinania kukurydzy, odlewni, fabryce rowerów lub dużej, nowej narzędziowni, która właśnie przeniosła się do Bidwell z Cleveland. Ci, którzy nie pracowali, wałęsali się po ulicach lub bez celu włóczyli się po barach. Ich żony i dzieci mieszkały w setkach nowych domów szkieletowych przy ulicach, które teraz rozciągały się we wszystkich kierunkach. W tamtych czasach nowe domy w Bidwell zdawały się wyrastać z ziemi niczym grzyby po deszczu. Rankiem, na Turner Pike lub którejkolwiek z kilkunastu dróg wylotowych z miasta, było pole lub sad. Zielone jabłka wisiały na drzewach w sadzie, gotowe do dojrzewania. Koniki polne śpiewały w wysokiej trawie pod drzewami.
  Potem pojawił się Ben Peeler z tłumem ludzi. Drzewa zostały ścięte, a śpiew konika polnego ucichł pod stosami desek. Rozległ się głośny krzyk i odgłos młotów. Cała ulica identycznych, równie brzydkich domów dołączyła do ogromnej liczby nowych domów już wybudowanych przez energicznego cieślę i jego wspólnika, Gordona Harta.
  Dla mieszkańców tych domów entuzjazm Toma Butterwortha i Jima Priesta nie miał żadnego znaczenia. Pracowali żmudnie, starając się zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, by wrócić do domu. W nowym domu nie zostali przyjęci jak bracia, jak mieli nadzieję. Małżeństwo lub śmierć nie miały dla nich żadnego znaczenia.
  Ale dla starszych mieszkańców miasta, tych, którzy pamiętali Toma jako prostego farmera, a Steve'a Huntera jako chełpliwą młodą dziwkę, noc była pełna emocji. Mężczyźni biegali po ulicach. Woźnice smagali konie batem po drogach. Tom był wszędzie. Był niczym generał dowodzący obroną oblężonego miasta. Kucharzy ze wszystkich trzech hoteli odesłano do kuchni, kelnerów odnaleziono i pospieszono do domu Butterworthów, a orkiestrze Henry'ego Hellera natychmiast wydano rozkaz grania najżywszej muzyki.
  Tom zaprosił na wesele wszystkich mężczyzn i kobiety, jakich tylko mógł zobaczyć. Zaproszono karczmarza, jego żonę i córkę, a także dwóch lub trzech sklepikarzy, którzy przyjechali do karczmy po zaopatrzenie, i poproszono ich, by przyszli. Byli też robotnicy fabryczni, urzędnicy i kierownicy, nowi ludzie, którzy nigdy nie widzieli Clary. Oni również zostali zaproszeni, podobnie jak miejscy bankierzy i inni szanowani ludzie z pieniędzmi w bankach, którzy inwestowali w przedsięwzięcia Toma. "Załóżcie najlepsze ubrania na świecie i niech wasze kobiety zrobią to samo" - powiedział ze śmiechem. "A potem spieszcie się do mnie jak najszybciej. Jeśli nie dacie rady tam dotrzeć, przyjdźcie do Bidwell House. Wyciągnę was stamtąd".
  Tom nie zapomniał, że aby jego wesele przebiegło zgodnie z jego oczekiwaniami, będzie musiał podać drinki. Jim Priest wędrował od baru do baru. "Jakie wino macie? Dobre wino? Ile macie?" - pytał w każdym miejscu. Steve Hunter trzymał sześć skrzynek szampana w piwnicy swojego domu, na wypadek gdyby do miasta przyjechał jakiś ważny gość, gubernator stanu lub kongresmen. Czuł, że to od niego zależy, czy miasto, jak to ujął, "będzie z siebie dumne". Kiedy usłyszał, co się dzieje, pobiegł do Bidwell House i zaproponował, że prześle cały swój zapas szampana do domu Toma, a jego oferta została przyjęta.
  
  
  
  Jim Priest wpadł na pomysł. Kiedy wszyscy goście już przybyli, a kuchnia na farmie zapełniła się kucharzami i kelnerami, którzy potykali się o siebie, podzielił się swoim pomysłem z Tomem. Wyjaśnił, że jest skrót przez pola i drogi do drogi powiatowej, trzy mile od domu. "Pójdę tam i się schowam" - powiedział. "Kiedy przyjadą, niczego niepodejrzewając, pojadę konno i będę tu pół godziny przed nimi. Każ wszystkim w domu się schować i milczeć, kiedy będą wchodzić na podwórze. Zgasimy wszystkie światła. Sprawimy tej parze niespodziankę życia".
  Jim schował litrową butelkę wina w kieszeni i podczas jazdy na zlecenie zatrzymywał się co jakiś czas, żeby się napić. Gdy jego koń kłusował przez drogi i pola, koń wiozący Clarę i Hugha do domu po ich przygodzie nastawił uszu i przypomniał sobie wygodny boks wypełniony sianem w stodole Butterworthów. Koń kłusował energicznie, a Hugh, w powozie obok Clary, pogrążył się w tej samej gęstej ciszy, która wisiała nad nim niczym płaszcz przez cały wieczór. Czuł się nieco urażony i czuł, że czas mija zbyt szybko. Godziny i mijające wydarzenia były jak wody wezbranej rzeki, a on był jak człowiek w łodzi bez wioseł, bezradnie niesiony naprzód. Czasami zdawało mu się, że nabiera odwagi, odwracał się w stronę Clary i otwierał usta, mając nadzieję, że słowa wyjdą mu z rąk, ale cisza, która go ogarnęła, była jak choroba, której uścisku nie sposób było przełamać. Zamknął usta i oblizał wargi. Clara widziała, jak to robił kilka razy. Zaczął jej się wydawać bestialski i brzydki. "To nieprawda, że myślałem o niej i poprosiłem ją o rękę tylko dlatego, że chciałem kobiety" - uspokajał się Hugh. "Byłem sam, całe życie byłem sam. Chcę znaleźć drogę do czyjegoś serca, a ona jest tą jedyną".
  Clara również milczała. Była zła. "Skoro nie chciał się ze mną ożenić, to dlaczego mnie poprosił? Po co przyszedł?" - pytała samą siebie. "Cóż, jestem mężatką. Zrobiłam to, co my, kobiety, zawsze myślimy" - powiedziała sobie, a jej myśli potoczyły się w innym kierunku. Ta myśl ją przeraziła i dreszcz strachu przeszedł przez nią. Potem jej myśli zwróciły się ku obronie Hugh. "To nie jego wina. Nie powinnam była tak się spieszyć. Może w ogóle nie nadaję się do małżeństwa" - pomyślała.
  Podróż do domu ciągnęła się w nieskończoność. Chmury się rozstąpiły, wzeszedł księżyc, a gwiazdy spoglądały na dwoje oszołomionych ludzi. Aby złagodzić napięcie, które ogarnęło jej umysł, Clara uciekła się do sztuczki. Jej wzrok szukał drzewa lub świateł domu daleko przed nią i próbowała liczyć uderzenia kopyt konia, aż w końcu do nich dotarła. Pragnęła wrócić do domu, ale jednocześnie przerażała ją perspektywa spędzenia nocy sam na sam z Hughem w ciemnym domu. Ani razu podczas podróży do domu nie wyjęła bata z uchwytu ani nie przemówiła do konia.
  Kiedy koń w końcu dotarł na szczyt wzgórza, z którego roztaczał się wspaniały widok na okolicę, ani Clara, ani Hugh nie obejrzeli się za siebie. Jechali z pochylonymi głowami, każdy z nich próbując znaleźć w sobie odwagę, by stawić czoła nocnym możliwościom.
  
  
  
  W domu Tom i jego goście czekali w napięciu w rozświetlonej winem atmosferze, aż Jim Priest w końcu wyjechał z zaułka, krzycząc, w stronę drzwi. "Idą, idą!" - krzyknął, a dziesięć minut później, po tym jak Tom dwukrotnie stracił panowanie nad sobą i przeklął chichoczące kelnerki z miejskich hoteli, w domu zapadła cisza i ciemność. I podwórze. Kiedy wszystko ucichło, Jim Priest wślizgnął się do kuchni i potykając się o stopy gości, podszedł do okna i postawił zapaloną świecę. Następnie wyszedł z domu i położył się na plecach pod krzakiem na podwórzu. W środku nabył drugą butelkę wina, a gdy Clara i jej mąż skręcili za bramę i wjechali na podwórze, jedynym dźwiękiem przerywającym napiętą ciszę był cichy bulgot wina spływającego mu po gardle.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XVII
  
  A S B MOST W starych amerykańskich domach kuchnia z tyłu farmy Butterworthów była duża i wygodna. Rodzina spędzała tam większość życia. Clara siedziała przy głębokim oknie z widokiem na mały wąwóz, gdzie wiosną płynął strumyk wzdłuż krawędzi podwórza. Była wtedy cichym dzieckiem i uwielbiała siedzieć godzinami niezauważona i niezakłócona. Za nią była kuchnia z ciepłymi, bogatymi zapachami i miękkimi, szybkimi, natarczywymi krokami matki. Zamknęła oczy i zasnęła. Potem się obudziła. Przed nią rozciągał się świat, w który mogła wniknąć jej wyobraźnia. Mały drewniany mostek przecinał strumień na jej oczach, a po nim wiosną konie szły na pola lub do stodół, gdzie zaprzęgano je do wozów załadowanych mlekiem lub lodem. Odgłos kopyt koni uderzających o most brzmiał jak grzmot, uprzęże grzechotały, głosy wołały. Za mostkiem ścieżka prowadziła w lewo, wzdłuż której stały trzy małe domy, w których wędzono szynkę. Mężczyźni wyłaniali się ze stodół z mięsem na ramionach i wchodzili do domów. Rozpalano ogniska, a dym leniwie unosił się po dachach. Mężczyzna przyszedł zaorać pole za wędzarniami. Dziecko, zwinięte w kłębek na parapecie, było szczęśliwe. Kiedy zamknęła oczy, wyobraziła sobie stada białych owiec wybiegające z zielonego lasu. Choć później stała się chłopczycą, biegając po farmie i stodołach, i choć całe życie kochała ziemię i uczucie, że wszystko rośnie i przygotowuje jedzenie dla głodnych, już jako dziecko zawsze odczuwała pragnienie życia duchowego. W snach kobiety w pięknych sukniach i z pierścionkami na dłoniach przychodziły do niej, by odgarnąć mokre, splątane włosy z czoła. Na jej oczach cudowni mężczyźni, kobiety i dzieci przechodzili przez mały drewniany mostek. Dzieci biegły naprzód, krzycząc na nią. Myślała o nich jak o braciach i siostrach, którzy wprowadzą się do domu i sprawią, że stary dom będzie rozbrzmiewał śmiechem. Dzieci biegły ku niej z wyciągniętymi rękami, ale nigdy nie dotarły do domu. Mostek się poszerzył. Rozciągał się pod ich stopami tak, że mogli biec przez most w nieskończoność.
  A za dziećmi szli mężczyźni i kobiety, czasem razem, czasem samotnie. Nie wyglądali jak dzieci należące do niej. Jak kobiety, które podeszły, by dotknąć jej ciepłego czoła, byli pięknie ubrani i kroczyli z majestatyczną godnością.
  Dziecko wyskoczyło przez okno na podłogę w kuchni. Matka spieszyła się. Była gorączkowo aktywna i często nie słyszała, co dziecko mówi. "Chcę wiedzieć o moich braciach i siostrach: gdzie oni są, dlaczego tu nie przychodzą?" - pytała, ale matka nie słyszała, a nawet jeśli słyszała, nie miała nic do powiedzenia. Od czasu do czasu zatrzymywała się, by pocałować dziecko, a w jej oczach zbierały się łzy. Potem coś gotującego się na kuchence domagało się uwagi. "Wybiegnij na zewnątrz" - powiedziała pospiesznie i wróciła do pracy.
  
  
  
  Z krzesła, na którym Clara siedziała na uczcie weselnej, napędzana energią ojca i entuzjazmem Jima Priesta, mogła spoglądać przez ramię ojca do kuchni w wiejskim domu. Jak w dzieciństwie, zamknęła oczy i marzyła o kolejnej uczcie. Z narastającym poczuciem goryczy uświadomiła sobie, że całe swoje życie, całe dziewczęcość i młodość, czekała na tę noc poślubną, i że teraz, gdy nadeszło, wydarzenie, na które tak długo i z takim podekscytowaniem czekała, o którym tak często marzyła, stało się okazją do brzydoty i wulgarności. Jej ojciec, jedyna osoba w sali, która miała z nią cokolwiek wspólnego, siedział na drugim końcu długiego stołu. Ciotka wyjechała w odwiedziny, a w zatłoczonym, hałaśliwym pomieszczeniu nie było kobiety, do której mogłaby się zwrócić po zrozumienie. Spojrzała przez ramię ojca prosto na szerokie okno, gdzie spędziła tyle godzin swojego dzieciństwa. Znów tęskniła za braćmi i siostrami. "Piękni mężczyźni i kobiety ze snów mieli się pojawić o tej porze, o tym właśnie były te sny; ale jak nienarodzone dzieci biegnące z wyciągniętymi rękami, nie zdołają przejść przez most do domu" - pomyślała niejasno. "Chciałabym, żeby mama żyła albo żeby Kate Chancellor tu była" - wyszeptała do siebie, patrząc na ojca.
  Clara czuła się jak zwierzę, osaczone i otoczone przez wrogów. Jej ojciec siedział na bankiecie między dwiema kobietami, panią Steve Hunter, kobietą skłonną do pulchności, i szczupłą kobietą o imieniu Bowles, żoną grabarza z Bidwell. Szeptały bez przerwy, uśmiechały się i kiwały głowami. Hugh siedział po przeciwnej stronie tego samego stołu i kiedy podniósł wzrok znad talerza z jedzeniem przed sobą, mógł zobaczyć poza głową dużej, męsko wyglądającej kobiety, do salonu, gdzie stał kolejny stół, również pełen gości. Clara odwróciła się od ojca i spojrzała na męża. Był niczym więcej niż wysokim mężczyzną o długiej twarzy, który nie mógł podnieść wzroku. Jego długa szyja wystawała spod sztywnego białego kołnierzyka. Dla Clary w tym momencie był istotą bez osobowości, mężczyzną pochłoniętym przez tłum przy stole, który również pilnie pochłaniał jedzenie i wino. Kiedy na niego spojrzała, wydawało się, że mocno wypił. Jego kieliszek był nieustannie napełniany i opróżniany. Na sugestię kobiety siedzącej obok niego, opróżnił go bez podnoszenia wzroku, a Steve Hunter, siedzący po drugiej stronie stołu, pochylił się i napełnił go ponownie. Steve, niczym jej ojciec, szepnął i puścił oko. "W noc poślubną byłem podekscytowany jak kapelusznik. To dobrze. To dodaje mężczyźnie odwagi" - wyjaśnił męsko wyglądającej kobiecie, której z wielką dbałością o szczegóły opowiadał historię swojej nocy poślubnej.
  Clara nie patrzyła już na Hugh. To, co zrobił, wydawało się nieistotne. Bowles, przedsiębiorca pogrzebowy z Bidwell, uległ wpływowi wina, które lało się strumieniami od przybycia gości, a teraz wstał i zaczął mówić. Żona pociągnęła go za płaszcz i próbowała zmusić do powrotu na miejsce, ale Tom Butterworth wyrwał jej rękę. "Och, zostaw go w spokoju. Ma historię do opowiedzenia" - powiedział do kobiety, która zarumieniła się i zakryła twarz chusteczką. "No cóż, to fakt, tak właśnie było" - oznajmił głośno przedsiębiorca pogrzebowy. "Widzisz, rękawy jej koszuli nocnej były mocno zawiązane przez jej łobuzerskich braci. Kiedy próbowałem je rozwiązać zębami, zrobiłem w nich wielkie dziury".
  Clara chwyciła się poręczy krzesła. "Jeśli uda mi się przetrwać noc, nie okazując tym ludziom, jak bardzo ich nienawidzę, to mi się uda" - pomyślała ponuro. Spojrzała na talerze pełne jedzenia, mając ochotę rozbić je jeden po drugim o głowy gości ojca. Z ulgą spojrzała ponownie ponad głową ojca i przez drzwi do kuchni.
  W dużym pomieszczeniu trzech lub czterech kucharzy krzątało się przy przygotowywaniu jedzenia, a kelnerki nieustannie przynosiły parujące dania i stawiały je na stołach. Pomyślała o życiu swojej matki, o życiu, które wiodła w tym pomieszczeniu, będąc żoną mężczyzny, który był jej ojcem i który, bez wątpienia, gdyby okoliczności nie uczyniły go bogatym, byłby zadowolony, widząc, jak jego córka wiedzie tak odmienne życie.
  "Kate miała rację co do mężczyzn. Oni czegoś chcą od kobiet, ale co ich obchodzi, jakie życie będziemy prowadzić, kiedy już to dostaną?" - pomyślała ponuro.
  Aby jeszcze bardziej odizolować się od biesiadującego, śmiejącego się tłumu, Clara próbowała przemyśleć szczegóły życia matki. "To było życie bestii" - pomyślała. Podobnie jak ona, jej matka przyszła do domu z mężem w noc swojego ślubu. To była kolejna taka uroczystość. Kraj był wtedy młody, a ludzie w większości rozpaczliwie biedni. Alkohol wciąż istniał. Słyszała, jak jej ojciec i Jim Priest rozmawiali o pijackich libacjach z młodości. Przybyli mężczyźni, tak jak teraz, a wraz z nimi kobiety, kobiety zahartowane stylem życia. Świnie były zabijane, a zwierzyna sprowadzana z lasu. Mężczyźni pili, krzyczeli, bili się i płatali figle. Clara zastanawiała się, czy któryś z mężczyzn i kobiet w pokoju odważy się pójść na górę do jej sypialni i zawiązać węzeł w jej koszuli nocnej. Zrobili to, gdy jej matka weszła do domu jako panna młoda. Potem wszyscy wyszli, a jej ojciec zaprowadził pannę młodą na górę. Był pijany, a jej własny mąż, Hugh, był teraz pijakiem. Jej matka uległa. Jej życie było historią uległości. Kate Chancellor powiedziała, że tak właśnie żyją mężatki, a życie jej matki dowiodło prawdziwości tego stwierdzenia. W kuchni w domu na farmie, gdzie harowało teraz trzech lub czterech kucharzy, spędziła całe życie samotnie. Z kuchni szła prosto na górę i spała z mężem. Raz w tygodniu, w soboty, po obiedzie, szła do miasta i zostawała tam na tyle długo, żeby kupić jedzenie na kolejny tydzień gotowania. "Musieli ją utrzymywać, aż padła trupem" - pomyślała Clara, a jej myśli znów powędrowały w tamtym kierunku, dodając: "I wielu innych, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, musiało być zmuszonych przez okoliczności do służenia mojemu ojcu w ten sam ślepy sposób. Wszystko to po to, żeby mógł się rozwijać i mieć pieniądze na popełnianie wulgarnych czynów".
  Matka Clary urodziła tylko jedno dziecko. Zastanawiała się dlaczego. Potem zastanawiała się, czy kiedykolwiek będzie miała dziecko. Jej dłonie nie zaciskały się już na poręczach krzesła, lecz leżały przed nią na stole. Spojrzała na nie, a były silne. Ona sama była silną kobietą. Po zakończeniu uczty i wyjściu gości, Hugh, podniesiony na duchu trunkiem, który nadal pił, wszedł do niej na górę. Jakiś zakręt umysłu kazał jej zapomnieć o mężu i w wyobraźni czuła, że za chwilę zostanie zaatakowana przez nieznajomego na ciemnej drodze na skraju lasu. Mężczyzna próbował ją objąć i pocałować, ale udało jej się chwycić go za gardło. Jej dłonie, leżące na stole, drgały konwulsyjnie.
  Uczta weselna trwała w dużej jadalni i salonie domu, gdzie zasiadł drugi stół gości. Później, myśląc o tym, Clara zawsze wspominała swoje wesele jako imprezę jeździecką. Coś w osobowościach Toma Butterwortha i Jima Priesta, pomyślała, ujawniło się tego wieczoru. Żarty, które rozbrzmiewały wokół stołu, miały koński charakter, a Clarze wydawało się, że kobiety siedzące przy stołach były ciężkie i przypominały klacze.
  Jim nie podszedł do stołu, żeby usiąść z innymi; nie został nawet zaproszony, ale przez cały wieczór wpadał i wychodził, wyglądając jak mistrz ceremonii. Wchodząc do jadalni, zatrzymał się w drzwiach i podrapał się po głowie. Potem wyszedł. Jakby powiedział sobie: "No cóż, wszystko w porządku, wszystko idzie dobrze, wszystko żyje, rozumiesz". Jim pił whisky przez całe życie i znał swoje ograniczenia. Jego system picia zawsze był dość prosty. W sobotnie popołudnia, po skończonych pracach w stodole i wyjściu pozostałych pracowników, siadał na schodkach spichlerza z butelką w ręku. Zimą siadał przy kuchennym ogniu w małym domku pod sadem jabłkowym, gdzie spał z innymi pracownikami. Pociągał długi łyk z butelki, a potem, trzymając ją w dłoni, siedział przez chwilę, rozmyślając o wydarzeniach ze swojego życia. Whisky napawała go sentymentalizmem. Po długim drinku przypomniał sobie swoją młodość w małym miasteczku w Pensylwanii. Był jednym z sześciorga dzieci, samych chłopców, a jego matka zmarła w młodym wieku. Jim pomyślał o niej, a potem o ojcu. Kiedy przybył na zachód do Ohio, a potem jako żołnierz wojny secesyjnej, gardził ojcem i czcił pamięć matki. Podczas wojny fizycznie nie był w stanie stawić czoła wrogowi w bitwie. Kiedy ryknęły działa, a reszta jego kompanii ponuro ustawiła się w szyku i ruszyła naprzód, coś poszło nie tak z jego nogami i zapragnął uciekać. Pragnienie było tak silne, że w jego umyśle zrodził się spryt. Wykorzystując okazję, udawał, że został postrzelony i upadł na ziemię, a gdy pozostali odeszli, odczołgał się i ukrył. Odkrył, że całkiem możliwe jest całkowite zniknięcie i pojawienie się gdzie indziej. Pobór do wojska wszedł w życie i wielu mężczyzn, którym nie podobała się idea wojny, było gotowych zapłacić duże sumy pieniędzy tym, którzy poszliby w ich miejsce. Jim zajął się rekrutacją i dezercją. Wszyscy wokół niego mówili o ratowaniu kraju, a on przez cztery lata myślał tylko o ratowaniu własnej skóry. Potem nagle wojna się skończyła i został parobkiem. Pracując całymi tygodniami w polu, a czasem wieczorami, leżąc w łóżku o wschodzie księżyca, myślał o swojej matce, o szlachetności i poświęceniu jej życia. Chciał być taki jak ona. Po dwóch lub trzech łykach z butelki podziwiał ojca, który w swoim pensylwańskim miasteczku miał opinię kłamcy i łobuza. Po śmierci matki ojcu udało się poślubić wdowę, która miała farmę. "Staruszek był sprytnym człowiekiem" - powiedział na głos, odchylając butelkę i biorąc kolejny długi łyk. "Gdybym został w domu, dopóki nie zrozumiałbym więcej, staruszek i ja moglibyśmy coś razem zdziałać". Dopijał butelkę i kładł się spać na sianie, a zimą rzucał się na jedną z prycz w koszarach. Marzył o tym, by zostać kimś, kto będzie szedł przez życie wymuszając od ludzi pieniądze, żyjąc dzięki własnej inteligencji i wydobywając od innych to, co najlepsze.
  Jim nigdy nie próbował wina przed ślubem Clary, a ponieważ nie usypiało go, uważał, że nie robi na nim wrażenia. "To jak woda z cukrem" - powiedział, wchodząc w mrok podwórza i wlewając sobie do gardła kolejną butelkę. "To nie ma żadnego wpływu. Picie go jest jak picie słodkiego cydru".
  Jim poczuł się radosny i przeszedł przez zatłoczoną kuchnię do jadalni, gdzie zebrali się goście. W tym momencie dość hałaśliwy śmiech i opowiadanie historii ucichły, a wszystko ucichło. Był zaniepokojony. "Nie idzie dobrze. Przyjęcie Klary robi się mroźne" - pomyślał z urazą. Zaczął tańczyć niezdarnego jig na małej otwartej przestrzeni przy drzwiach kuchennych, a goście przestali rozmawiać, żeby popatrzeć. Krzyczeli i klaskali. Rozległy się gromkie brawa. Goście siedzący w salonie, którzy nie widzieli występu, wstali i stłoczyli się w drzwiach łączących oba pomieszczenia. Jim nabrał niezwykłej śmiałości i kiedy jedna z młodych kobiet, które Tom zatrudnił w tym momencie jako kelnerki, przeszła obok z dużym talerzem jedzenia, szybko się odwrócił i ją podniósł. Talerz poleciał po podłodze i uderzył o nogę stołu, a młoda kobieta wrzasnęła. Pies, który wkradł się do kuchni, wpadł do pokoju i głośno zaszczekał. Orkiestra Henry'ego Hellera, ukryta pod schodami prowadzącymi na górę domu, zaczęła grać jak szalona. Jima ogarnął dziwny, zwierzęcy zapał. Jego nogi trzepotały szybko, a ciężkie stopy uderzały o podłogę. Młoda kobieta w jego ramionach krzyczała i śmiała się. Jim zamknął oczy i krzyczał. Czuł, że ślub do tej pory był porażką, a on przekuł go w sukces. Zrywając się na równe nogi, mężczyźni krzyczeli, klaskali w dłonie i walili pięściami w stół. Kiedy orkiestra dobiegła końca tańca, Jim stanął przed gośćmi, zarumieniony i triumfujący, trzymając kobietę w ramionach. Pomimo jej oporu, przycisnął ją mocno do piersi i pocałował w oczy, policzki i usta. Potem, puszczając ją, mrugnął i gestem nakazał ciszę. "W noc poślubną ktoś musi mieć odwagę, by się kochać" - powiedział, patrząc znacząco na Hugha, który siedział z opuszczoną głową i wpatrywał się w kieliszek wina stojący przy jego łokciu.
  
  
  
  Była już druga po południu, gdy uczta dobiegła końca. Gdy goście zaczęli wychodzić, Klara na chwilę stanęła sama i próbowała się uspokoić. Coś w niej było zimne i stare. Jeśli często myślała, że potrzebuje mężczyzny i że małżeństwo zakończy jej problemy, to w tej chwili tak nie myślała. "Przede wszystkim pragnę kobiety" - pomyślała. Przez cały wieczór jej umysł próbował uchwycić i zatrzymać na chwilę niemal zapomnianą postać matki, ale była zbyt mglista i widmowa. Nigdy nie spacerowała ani nie rozmawiała z matką późną nocą po ulicach miasta, gdy świat spał, a w niej rodziły się myśli. "Przecież" - pomyślała - "matka mogła być częścią tego wszystkiego". Spojrzała na ludzi przygotowujących się do wyjścia. Kilku mężczyzn zebrało się w grupie przy drzwiach. Jeden z nich opowiedział historię, która rozbawiła pozostałych do łez. Kobiety stojące wokół miały rumieńce i, jak pomyślała Klara, surowe twarze. "Wyszli za mąż jak bydło" - powiedziała sobie. Jej myśli, uciekając z pokoju, zaczęły pieścić wspomnienie jej jedynej przyjaciółki, Kate Chancellor. Często, późnymi wiosennymi wieczorami, gdy szły razem, dochodziło między nimi do czegoś bardzo przypominającego seks. Szły cicho, a zapadał wieczór. Nagle zatrzymały się na ulicy, a Kate objęła Klarę ramieniem. Przez chwilę stały tak blisko siebie, a w oczach Kate pojawiło się dziwne, czułe, a zarazem głodne spojrzenie. Trwało to tylko chwilę, a kiedy to nastąpiło, obie kobiety poczuły się nieco zażenowane. Kate roześmiała się i, biorąc Klarę za rękę, pociągnęła ją po chodniku. "Chodźmy jak szaleni" - powiedziała. "Chodź, przyspieszmy".
  Clara przycisnęła dłonie do oczu, jakby próbowała odciąć się od tego, co działo się w pokoju. "Gdybym mogła być dziś wieczorem z Kat, mogłabym spotkać mężczyznę, który wierzy w słodycz małżeństwa" - pomyślała.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XVIII
  
  JIM PRIEST BYŁ bardzo pijany, ale uparł się, żeby załadować powóz do powozu Butterwortha i pojechać nim, obładowanym gośćmi, do miasta. Wszyscy się z niego śmiali, ale podjechał pod drzwi domu i głośno oświadczył, że wie, co robi. Trzech mężczyzn wsiadło do powozu i brutalnie pobiło konie, po czym Jim kazał im galopować.
  Gdy nadarzyła się okazja, Clara cicho wyszła z rozgrzanej jadalni i przez drzwi wyszła na werandę z tyłu domu. Drzwi do kuchni były otwarte, a kelnerki i kucharki z miasteczka szykowały się do wyjścia. Jedna z dziewcząt wyszła w ciemność w towarzystwie mężczyzny, najwyraźniej jednego z gości. Obie napiły się i stały przez chwilę w ciemności, tuląc się do siebie. "Chciałabym, żeby to była nasza noc poślubna" - wyszeptał głos mężczyzny, a kobieta się roześmiała. Po długim pocałunku wróciły do kuchni.
  Pies gospodarski pojawił się i podszedłszy do Clary, polizał ją po ręce. Obeszła dom i zatrzymała się w ciemnościach przy krzaku, gdzie ładowano powozy. Jej ojciec, Steve Hunter, z żoną, przybyli i wsiedli do powozu. Tom był w wylewnym i hojnym nastroju. "Wiesz, Steve, powiedziałem tobie i kilku innym, że moja Clara jest zaręczona z Alfredem Buckleyem" - powiedział. "Cóż, myliłem się. To było kłamstwo. Prawdę mówiąc, sam się zepsułem, nie rozmawiając z Clarą. Widziałem ich razem, a Buckley przychodził tu od czasu do czasu wieczorami, choć przychodził tylko wtedy, gdy ja tu byłem. Powiedział mi, że Clara obiecała mu wyjść za mąż, a ja jak idiota uwierzyłem mu na słowo. Nawet nie zapytałem. Takim idiotą byłem, a jeszcze większym idiotą, opowiadając tę historię". Przez cały ten czas Clara i Hugh byli zaręczeni, czego nawet nie podejrzewałem. Powiedzieli mi o tym dziś wieczorem.
  Clara stała przy krzaku, aż wydawało się, że ostatni goście wyszli. Kłamstwo ojca wydawało się tylko częścią banalności wieczoru. Przy drzwiach kuchni kelnerki, kucharze i muzycy ładowali się do autobusu, który odjeżdżał od Bidwell House. Weszła do jadalni. Smutek zastąpił jej gniew, ale kiedy zobaczyła Hugha, powrócił. Stosy talerzy pełnych jedzenia leżały w całym pomieszczeniu, a powietrze było gęste od zapachów gotowania. Hugh stał przy oknie, patrząc na ciemny dziedziniec. Trzymał kapelusz w dłoni. "Możesz schować kapelusz" - powiedziała ostro. "Zapomniałaś, że jesteś moją żoną i że teraz mieszkasz w tym domu?" Zaśmiała się nerwowo i podeszła do drzwi kuchni.
  Jej myśli wciąż krążyły wokół przeszłości, czasów, gdy była dzieckiem i spędzała tyle godzin w wielkiej, cichej kuchni. Miało się wydarzyć coś, co odbierze jej przeszłość, zniszczy ją, a ta myśl ją przerażała. "Nie byłam zbyt szczęśliwa w tym domu, ale były pewne chwile, pewne uczucia, które przeżywałam" - pomyślała. Przekroczywszy próg, stanęła na chwilę w kuchni, oparta plecami o ścianę i z zamkniętymi oczami. Przez jej umysł przemknął tłum postaci: pulchna, zdecydowana postać Kate Chancellor, która umiała kochać w milczeniu; niepewna, spiesząca się postać jej matki; jej ojciec w młodości, wracający po długiej podróży, by ogrzać ręce przy kuchennym ogniu; silna, surowa kobieta z miasta, która kiedyś pracowała jako kucharka Toma i podobno była matką dwójki nieślubnych dzieci; i postacie z jej dzieciństwa, wyobrażające sobie, jak idą w jej stronę przez most, ubrane w piękne ubrania.
  Za tymi postaciami stały inne, dawno zapomniane, ale teraz wyraźnie pamiętane: wiejskie dziewczyny, które przychodziły do pracy po południu; włóczędzy karmieni przy drzwiach kuchni; młodzi robotnicy rolni, którzy nagle zniknęli z rutyny wiejskiego życia i nigdy więcej ich nie widziano; młody mężczyzna z czerwoną chusteczką na szyi, który ją pocałował, gdy stała z twarzą przyciśniętą do okna.
  Pewnej nocy do Klary przyjechała uczennica z miasta. Po kolacji obie dziewczyny poszły do kuchni i stanęły przy oknie, wyglądając na zewnątrz. Coś się w nich wydarzyło. Powodowane wspólnym impulsem, wyszły na zewnątrz i długo spacerowały pod gwiazdami po cichych, wiejskich drogach. Dotarły do pola, gdzie ludzie palili gałęzie. Tam, gdzie kiedyś był las, został tylko pień i sylwetki ludzi niosących naręcza suchych gałęzi, wrzucających je do ognia. Ogień rozbłysnął żywymi kolorami w gęstniejącym mroku, a z jakiegoś nieznanego powodu obie dziewczyny były głęboko poruszone widokami, dźwiękami i zapachami nocy. Postacie mężczyzn zdawały się tańczyć w tę i z powrotem w świetle. Klara instynktownie uniosła twarz i spojrzała na gwiazdy. Stała się ich świadoma, ich piękna i bezgranicznego piękna nocy jak nigdy dotąd. Wiatr zaczął śpiewać w drzewach odległego lasu, ledwo widocznego daleko poza polami. Dźwięk był miękki i natarczywy, przenikający jej duszę. W trawie u jej stóp owady śpiewały w rytm cichej, odległej muzyki.
  Jakże wyraźnie Clara pamiętała teraz tamtą noc! Wróciła gwałtownie, gdy stała z zamkniętymi oczami w wiejskiej kuchni, czekając na koniec przygody, w którą się wdała. Wraz z nią pojawiły się inne wspomnienia. "Ile ulotnych snów i półwizji piękna miałam!" - pomyślała.
  Wszystko w życiu, co jej zdaniem mogło w jakiś sposób prowadzić do piękna, teraz Clarze wydawało się prowadzić do brzydoty. "Ileż mnie ominęło" - mruknęła i otwierając oczy, wróciła do jadalni i przemówiła do Hugh, który wciąż stał i wpatrywał się w ciemność.
  "Chodź" - powiedziała ostro i weszła po schodach. Weszli po schodach w milczeniu, zostawiając jasne światło w pokojach poniżej. Zbliżyli się do drzwi prowadzących do sypialni, a Clara je otworzyła. "Czas, żeby mężczyzna i jego żona poszli spać" - powiedziała cichym, ochrypłym głosem. Hugh poszedł za nią do pokoju. Podszedł do krzesła przy oknie, usiadł, zdjął buty i siedział, trzymając je w dłoni. Patrzył nie na Clarę, ale na ciemność za oknem. Clara rozpuściła włosy i zaczęła rozpinać sukienkę. Zdjęła bluzkę i rzuciła ją na krzesło. Potem podeszła do szuflady i wyciągając ją, szukała swojej koszuli nocnej. Wpadła w złość i rzuciła kilka rzeczy na podłogę. "Cholera!" - krzyknęła wybuchowo i wyszła z pokoju.
  Hugh zerwał się na równe nogi. Wino, które wypił, nie podziałało i Steve Hunter musiał wrócić do domu rozczarowany. Cały wieczór ogarnęło go coś silniejszego niż wino. Teraz wiedział, co to było. Cały wieczór myśli i pragnienia kłębiły się w jego głowie. Teraz wszystkie zniknęły. "Nie pozwolę jej na to" - mruknął i szybko pobiegł do drzwi, cicho je zamykając. Wciąż trzymając buty w ręku, wspiął się przez okno. Miał zamiar skoczyć w ciemność, ale przypadkiem jego stopy w skarpetkach wylądowały na dachu kuchni, która wychodziła na tył domu. Szybko zbiegł z dachu i skoczył, lądując w gąszczu krzaków, które zostawiły długie zadrapania na jego policzkach.
  Hugh biegł pięć minut w kierunku miasteczka Bidwell, po czym odwrócił się i, przeskakując przez płot, przeszedł przez pole. Buty wciąż kurczowo ściskał w dłoni, a pole było kamieniste, ale nie zauważył ani nie zauważył bólu posiniaczonych stóp ani rozdartych policzków. Stojąc na polu, usłyszał Jima Priesta jadącego do domu drogą.
  "Moje piękno leży nad oceanem,
  Moje piękno leży nad morzem,
  Moje piękno leży nad oceanem,
  "Och, oddaj mi moje piękno."
  
  śpiewał robotnik rolny.
  Hugh przeszedł przez kilka pól i doszedłszy do niewielkiego strumienia, usiadł na brzegu i włożył buty. "Miałem swoją szansę i ją zmarnowałem" - pomyślał z goryczą. Powtórzył te słowa kilka razy. "Miałem swoją szansę, ale ją zmarnowałem" - powtórzył, zatrzymując się przy płocie oddzielającym pola, przez które szedł. Na te słowa zatrzymał się i przycisnął dłoń do gardła. Z jego gardła wyrwał się stłumiony szloch. "Miałem swoją szansę, ale ją zmarnowałem" - powtórzył.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XIX
  
  TEGO DNIA, po uczcie Toma i Jima, to właśnie Tom sprowadził Hugha z powrotem do swojej żony. Następnego ranka starszy mężczyzna przybył do domu z trzema kobietami z miasteczka, które, jak wyjaśnił Clarze, miały posprzątać bałagan po gościach. Clara była głęboko poruszona zachowaniem Hugha i w tamtym momencie głęboko go kochała, ale nie chciała wyznać ojcu swoich uczuć. "Przypuszczam, że to ty i twoi znajomi go upiliście" - powiedziała. "W każdym razie, go tu nie ma".
  Tom nic nie powiedział, ale kiedy Clara opowiedziała historię zniknięcia Hugh, szybko odjechał. "Przyjdzie do sklepu" - pomyślał i poszedł tam, zostawiając konia przywiązanego do pala przed sobą. O drugiej po południu jego szwagier powoli przejechał przez most Turner's Pike i zbliżył się do sklepu. Był bez kapelusza, jego ubranie i włosy były pokryte kurzem, a w oczach miał spojrzenie upolowanego zwierzęcia. Tom powitał go z uśmiechem i nie zadawał pytań. "Chodź" - powiedział i biorąc Hugh za rękę, poprowadził go do bryczki. Odwiązawszy konia, zatrzymał się, by zapalić cygaro. "Jadę do jednej z moich dolnych farm. Clara pomyślała, że może zechcesz ze mną pójść" - powiedział uprzejmie.
  Tom podjechał pod dom McCoyów i zatrzymał się.
  "Lepiej się trochę ogarnij" - powiedział, nie patrząc na Hugh. "Wejdź, ogol się i przebierz. Jadę do miasta. Muszę iść na zakupy".
  Po przejechaniu krótkiego dystansu Tom zatrzymał się i krzyknął: "Możesz spakować swoje rzeczy i zabrać je ze sobą!" - krzyknął. "Będziecie ich potrzebować. Nie wrócimy tu dzisiaj".
  Obaj mężczyźni spędzili razem cały dzień, a wieczorem Tom zabrał Hugh na farmę i został na kolację. "Był trochę pijany" - wyjaśnił Clarze. "Nie bądź dla niego surowa. Był trochę pijany".
  Dla Clary i Hugh ten wieczór był najtrudniejszym w ich życiu. Po wyjściu służby Clara usiadła pod lampą w jadalni i udawała, że czyta książkę, podczas gdy Hugh, zrozpaczony, również próbował czytać.
  Ponownie nadszedł czas, by wejść na górę do sypialni i ponownie Clara poprowadziła. Podeszła do drzwi pokoju, z którego uciekł Hugh, otworzyła je i odsunęła się na bok. Potem wyciągnęła rękę. "Dobranoc" - powiedziała, przeszła korytarzem, weszła do kolejnego pokoju i zamknęła drzwi.
  Doświadczenie Hugha z nauczycielką powtórzyło się drugiej nocy w domu. Zdjął buty i przygotował się do snu. Następnie wślizgnął się do przedpokoju i cicho podszedł do drzwi Clary. Kilkakrotnie przeszedł przez wyłożony dywanem korytarz, a raz jego ręka spoczęła na klamce, ale za każdym razem tracił zapał i wracał do swojego pokoju. Choć nie zdawał sobie z tego sprawy, Clara, podobnie jak Rose McCoy tym razem, spodziewała się, że sam do niej przyjdzie, i klęczała tuż przy drzwiach, czekając, mając nadzieję i obawiając się jego przybycia.
  W przeciwieństwie do nauczycielki, Klara chciała pomóc Hugh. Małżeństwo mogło dać jej ten impuls, ale nie zrobiła tego, a kiedy Hugh w końcu, zszokowany i zawstydzony, przestał walczyć z samym sobą, wstała i poszła do łóżka, gdzie rzuciła się na ziemię i płakała, tak jak Hugh płakał poprzedniego wieczoru, stojąc w ciemnościach pól.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XX
  
  BYŁEM Był upalny, zakurzony dzień, tydzień po ślubie Hugh z Clarą, a Hugh pracował w swoim warsztacie w Bidwell. Ile dni, tygodni i miesięcy już tam harował, myśląc żelazem - skręcany, skręcany, torturowany, by podążać za zakrętami i zwrotami swojego umysłu - stojąc cały dzień przy stole warsztatowym obok innych robotników - przed nim zawsze małe stosy kół, paski surowego żelaza i stali, klocki drewna, przyrządy rzemiosła wynalazcy. Wokół niego, teraz, gdy pieniądze do niego dotarły, było coraz więcej robotników, ludzi, którzy niczego nie wynaleźli, którzy byli niewidzialni w życiu publicznym, którzy nie poślubili córki bogacza.
  Rano inni robotnicy, wykwalifikowani chłopcy, którzy znali swój fach tak dobrze, jak Hugh nigdy nie znał, wchodzili przez drzwi warsztatu i spotykali się z nim. Czuli się nieco niezręcznie w jego obecności. W ich umysłach rozbrzmiewała wielkość jego imienia.
  Wielu pracowników to mężowie, ojcowie rodzin. Z radością wychodzili rano z domów, ale z pewną niechęcią wchodzili do sklepu. Szli ulicą, mijając inne domy, paląc poranne fajki. Utworzyli grupy. Wiele stóp przechadzało się ulicą. Przy drzwiach sklepu każdy mężczyzna się zatrzymał. Rozległ się ostry łomot. Fajki uderzyły o próg. Przed wejściem do sklepu każdy mężczyzna rozejrzał się po otwartej przestrzeni rozciągającej się na północ.
  Od tygodnia Hugh był żonaty z kobietą, która jeszcze nie była jego żoną. Należała i nadal należy do świata, który uważał za poza jego zasięgiem. Czyż nie była młoda, silna i szczupła? Czyż nie nosiła niewiarygodnie pięknych ubrań? Ubrania, które nosiła, były jej symbolem. Dla niego była nieosiągalna.
  A jednak zgodziła się zostać jego żoną, stanęła u jego boku przed mężczyzną, który wypowiedział słowa honoru i posłuszeństwa.
  Potem nadeszły dwa straszne wieczory: noc, kiedy wrócił z nią do domu, gdzie zastał ucztę weselną zorganizowaną na ich cześć, i noc, kiedy stary Tom przyprowadził go z powrotem do domu jako pokonanego, przestraszonego mężczyznę, który miał nadzieję, że kobieta wyciągnęła do niego rękę, by go pocieszyć.
  Hugh był pewien, że zmarnował w życiu wielką szansę. Ożenił się, ale to małżeństwo nie było małżeństwem. Wpakował się w sytuację, z której nie było ucieczki. "Jestem tchórzem" - pomyślał, patrząc na innych pracowników w warsztacie. Podobnie jak on, byli żonaci i mieszkali w domu z kobietą. Tej nocy odważnie wyszli na spotkanie z kobietą. Nie zrobił tego, gdy nadarzyła się okazja, a Clara nie mogła do niego przyjść. Rozumiał to. Jego ręce zbudowały mur, a mijające dni stały się niczym ogromne kamienie położone na jego szczycie. To, czego nie zrobił, stawało się z każdym dniem coraz bardziej niemożliwe.
  Tom, odwieziwszy Hugha z powrotem do Clary, wciąż był zaniepokojony wynikiem ich przygody. Przychodził do sklepu codziennie, a wieczorem odwiedzał ich w domu. Krążył wokół jak matka, której młode przedwcześnie wypędzono z gniazda. Każdego ranka przychodził do sklepu, żeby porozmawiać z Hughem. Żartował o życiu rodzinnym. Puszczając oko do stojącego nieopodal mężczyzny, położył znajomą dłoń na ramieniu Hugha. "No i jak tam życie rodzinne? Chyba trochę blado wyglądasz" - powiedział ze śmiechem.
  Tego wieczoru przyszedł na farmę i usiadł, omawiając swoje sprawy, rozwój miasta i swoją w nim rolę. Niezauważeni, Clara i Hugh siedzieli w milczeniu, udając, że słuchają, zachwyceni jego obecnością.
  Hugh przyjechał do sklepu o ósmej. W inne dni, przez cały ten długi tydzień oczekiwania, Clara wiozła go do pracy i oboje jechali w milczeniu wzdłuż Medina Road i zatłoczonymi ulicami miasta; ale tego ranka pojechał.
  Na Medina Road, niedaleko mostu, gdzie kiedyś stał z Clarą i gdzie widział ją wściekłą, wydarzyło się coś błahego. Samiec gonił samicę przez krzaki przy drodze. Dwa upierzone, żywe stworzenia, jaskrawo kolorowe i pełne życia, kołysały się i nurkowały w powietrzu. Wyglądały jak poruszające się kule światła, wtapiające się w ciemnozielone listowie. Było w nich szaleństwo, istna feeria życia.
  Hugh został podstępem nakłoniony do zatrzymania się na poboczu drogi. Gmatwanina rzeczy, która wypełniała jego umysł - koła, przekładnie, dźwignie, wszystkie skomplikowane części maszyny do ładowania siana - rzeczy, które żyły w jego głowie, dopóki jego ręka nie przemieniła ich w fakty - rozsypała się niczym kurz. Przez chwilę obserwował żywe, rozbrykane stworzenia, a potem, jakby ściągnięty z powrotem na ścieżkę, po której wędrowały jego stopy, pospieszył w kierunku sklepu, obserwując, jak schodzi nie w gałęzie drzew, lecz na zakurzoną drogę.
  W sklepie Hugh spędził cały ranek, próbując uporządkować myśli, odzyskać rzeczy, które tak niedbale porwał wiatr. O dziesiątej wszedł Tom, chwilę pogawędził, a potem odleciał. "Wciąż tu jesteś. Moja córka wciąż cię ma. Nie uciekłeś znowu" - zdawał się mówić do siebie.
  Dzień był cieplejszy, a niebo widoczne przez okno wystawowe obok ławki, przy której Hugh próbował pracować, było zachmurzone.
  W południe robotnicy wyszli, ale Clara, która w inne dni przychodziła zabierać Hugh na farmę na lunch, nie pojawiła się. Kiedy w warsztacie zrobiło się spokojniej, przestał pracować, umył ręce i włożył płaszcz.
  Podszedł do drzwi warsztatu, a potem wrócił do stołu warsztatowego. Przed nim leżało żelazne koło, nad którym pracował. Miało ono napędzać jakąś skomplikowaną część maszyny do ładowania siana. Hugh podniósł je i zaniósł na tył warsztatu, gdzie stało kowadło. Nieprzytomny i ledwo zdając sobie sprawę z tego, co zrobił, położył je na kowadle i, biorąc w dłoń ogromne sanie, przerzucił je nad głowę.
  Zadany cios był druzgocący. Hugh skierował cały swój protest przeciwko groteskowej sytuacji, w jakiej postawiło go małżeństwo z Clarą.
  Uderzenie nie przyniosło żadnych efektów. Sanie zatonęły, a stosunkowo delikatne metalowe koło wygięło się i odkształciło. Wyrwało się spod głowicy sanek, przeleciało obok głowy Hugh i wyleciało przez okno, rozbijając szybę. Odłamki stłuczonego szkła z głośnym brzękiem spadły na stertę poskręcanych kawałków żelaza i stali leżących obok kowadła...
  Hugh nie jadł obiadu tego dnia, nie poszedł na farmę i nie wrócił do pracy w sklepie. Szedł, ale tym razem nie po wiejskich drogach, gdzie ptaki, samce i samice, przemykały się między krzakami. Ogarnęło go silne pragnienie dowiedzenia się czegoś intymnego i osobistego o mężczyznach i kobietach oraz życiu, jakie prowadzili w swoich domach. Spacerował w świetle dziennym po ulicach Bidwell.
  Po prawej stronie, za mostem nad Turners Road, główna ulica Bidwell biegła wzdłuż brzegu rzeki. W tym kierunku wzgórza południowej wsi schodziły ku brzegowi rzeki, a za nimi wznosiło się wysokie urwisko. Na nim i za nim, na łagodnym zboczu wzgórza, wybudowano wiele najbardziej pretensjonalnych nowych domów zamożnych mieszkańców Bidwell. Zwrócone w stronę rzeki stały największe domy, ich działki obsadzone drzewami i krzewami, podczas gdy na ulicach wzdłuż wzgórza, im dalej od rzeki, tym mniej pretensjonalne, tym więcej domów budowano - długie rzędy domów, długie ulice zabudowane domami, domy z cegły, kamienia i drewna.
  Hugh odszedł od rzeki z powrotem w ten labirynt ulic i domów. Jakiś instynkt go tam zaprowadził. To właśnie tu mężczyźni i kobiety z Bidwell, ci, którzy dorobili się majątku i zawarli małżeństwa, przyjeżdżali, by mieszkać i budować domy. Jego teść zaproponował mu, że kupi mu dom nad brzegiem rzeki, i samo to wiele znaczyło dla Bidwella.
  Chciał zobaczyć kobiety takie jak Clara, które miały mężów, i zobaczyć, jakie one są. "Widziałem już dość mężczyzn" - pomyślał, na wpół obrażony, idąc dalej.
  Cały dzień przechadzał się po ulicach, mijając domy, w których kobiety mieszkały z mężami. Ogarnął go obojętny nastrój. Stał przez godzinę pod drzewem, bezczynnie obserwując robotników budujących kolejny dom. Kiedy jeden z robotników odezwał się do niego, wyszedł na ulicę, gdzie ludzie układali betonową nawierzchnię przed nowo wybudowanym domem.
  Kontynuował potajemne poszukiwania kobiet, pragnąc zobaczyć ich twarze. "Co one knują? Chciałbym się dowiedzieć" - zdawał się mówić jego umysł.
  Kobiety wychodziły z drzwi i mijały go, gdy szedł powoli. Inne kobiety przejeżdżały ulicami w powozach. Były elegancko ubrane i sprawiały wrażenie pewnych siebie. "Wszystko w porządku. Wszystko jest dla mnie ustalone i poukładane" - zdawały się mówić. Każda ulica, którą szedł, zdawała się opowiadać historię rzeczy ustalonych i poukładanych. Domy mówiły to samo. "Jestem domem. Nie zostanę stworzony, dopóki wszystko nie będzie ustalone i poukładane. Dokładnie to mam na myśli" - mówiły.
  Hugh był bardzo zmęczony. Późnym wieczorem zatrzymała go drobna kobieta o bystrych oczach - bez wątpienia jedna z gości na jego weselu. "Planuje pan kupić czy wybudować, panie McVeigh?" - zapytała. Pokręcił głową. "Tylko się rozglądam" - powiedział i pospiesznie odszedł.
  Gniew zastąpił jego zmieszanie. Kobiety, które widział na ulicach i w bramach, były kobietami takimi jak jego żona, Clara. Wyszły za mąż za mężczyzn - "nie lepszych ode mnie" - powiedział sobie ośmielony.
  Wyszły za mąż za mężczyzn i coś im się stało. Wszystko się ułożyło. Mogły żyć na ulicy i w domach. Ich małżeństwa były prawdziwymi małżeństwami, a on miał prawo do prawdziwego małżeństwa. Nie było wiele do oczekiwania od życia.
  "Klara też ma do tego prawo" - pomyślał, a jego umysł zaczął idealizować małżeństwa między mężczyzną a kobietą. "Widzę je wszędzie - schludne, dobrze ubrane, piękne kobiety takie jak Klara. Jakież one są szczęśliwe!"
  "Ich pióra są zmierzwione" - pomyślał ze złością. "Z nimi było tak samo, jak z tym ptakiem, którego widziałem goniącego po drzewach. Był pościg i wstępna próba ucieczki. Był wysiłek, który właściwie nie był wysiłkiem, ale tutaj pióra były zmierzwione".
  Z na wpół zdesperowanymi myślami Hugh opuścił ulice jasnych, brzydkich, nowo wybudowanych, świeżo pomalowanych i umeblowanych domów i ruszył do miasta. Pod koniec dnia pracy odebrał telefon od kilku mężczyzn wracających do domów. "Mam nadzieję, że rozważasz zakup lub budowę po naszemu" - powiedzieli serdecznie.
  
  
  
  Zaczął padać deszcz i zapadł zmrok, ale Hugh nie wrócił do domu, do Clary. Nie czuł się na siłach, by spędzić z nią kolejną noc w domu, leżąc bezsennie, wsłuchując się w ciche nocne odgłosy, czekając - na odwagę. Nie mógł siedzieć pod lampą przez kolejny wieczór, udając, że czyta. Nie mógł wejść po schodach z Clarą tylko po to, by zostawić ją na szczycie schodów z zimnym "Dobranoc".
  Hugh szedł Medina Road niemal do domu, po czym cofnął się i wyszedł na pole. Było tam niskie, bagniste miejsce, gdzie woda sięgała mu do butów, a po jego przekroczeniu znalazł się na polu porośniętym splątanymi winoroślami. Noc stała się tak ciemna, że nic nie widział, a ciemność panowała w jego duszy. Godzinami szedł na oślep, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, że podczas gdy czekał, nienawidząc tego, Clara również czekała; że dla niej również był to czas próby i niepewności. Wyobrażał sobie jej drogę jako prostą i łatwą. Była białą i czystą istotą, czekającą - na co? - na odwagę, by przyszła do niego, by naruszyć jej biel i czystość.
  To była jedyna odpowiedź, jaką Hugh mógł znaleźć w sobie. Niszczenie tego, co białe i czyste, było niezbędną częścią życia. To było to, co ludzie musieli robić, aby życie mogło trwać. Kobiety musiały być białe i czyste - i czekać.
  
  
  
  Przepełniony wewnętrznym żalem, Hugh w końcu wyruszył na farmę. Przemoczony i powłóczący nogami, skręcił z Medina Road i zastał dom ciemny i pozornie pusty.
  Wtedy pojawiła się nowa, tajemnicza sytuacja. Kiedy przekroczył próg i wszedł do domu, zdał sobie sprawę, że Klara tam jest.
  Tego dnia nie odwiozła go rano do pracy ani nie odebrała w południe, bo nie chciała patrzeć na niego w świetle dnia, nie chciała znowu widzieć w jego oczach tego zdziwienia i przerażenia. Chciała, żeby został sam w ciemności, czekając na to. Teraz w domu panowała ciemność, a ona na niego czekała.
  Jakież to było proste! Hugh wszedł do salonu, ruszył w ciemność i znalazł wieszak na kapelusze przy ścianie, niedaleko schodów prowadzących do sypialni na piętrze. Ponownie porzucił to, co niewątpliwie nazwałby swoją męskością, mając nadzieję jedynie na ucieczkę od obecności, którą czuł w pokoju, na podkradnięcie się do łóżka, leżenie bezsennie, nasłuchując hałasu i tęsknie wyczekując kolejnego dnia. Ale gdy położył mokry kapelusz na jednym z kołków wieszaka i znalazł najniższy stopień, zanurzając stopę w ciemności, usłyszał głos.
  "Chodź tu, Hugh" - powiedziała Clara cicho i stanowczo, a on, niczym przyłapany na gorącym uczynku chłopiec, podszedł do niej. "Byliśmy bardzo niemądrzy, Hugh" - usłyszał jej cichy głos.
  
  
  
  Hugh podszedł do Clary, która siedziała na krześle przy oknie. Nie protestował, nie próbował unikać miłosnych igraszek, które nastąpiły. Stał przez chwilę w milczeniu, widząc jej białą postać pod sobą na krześle. Wyglądała jak coś wciąż odległego, a jednak szybko lecącego ku niemu, niczym ptak, w górę, ku niemu. Jej dłoń uniosła się i spoczęła w jego dłoni. Wydawała się niemożliwie duża. Nie była miękka, lecz twarda i jędrna. Kiedy jej dłoń spoczęła na chwilę w jego dłoni, wstała i stanęła obok niego. Potem jej dłoń oderwała się od jego dłoni i dotknęła, pogłaskała jego mokre futro, mokre włosy, policzki. "Moje ciało musi być białe i zimne" - pomyślał i zamilkł.
  Przepełniała go radość, radość, która wzbierała w nim, gdy podeszła do niego z krzesła. Od dni, tygodni myślał o swoim problemie jako o problemie mężczyzny, o swojej porażce jako o porażce mężczyzny.
  Teraz nie było porażki, problemu, zwycięstwa. Nie istniał sam z siebie. Narodziło się w nim coś nowego albo coś, co zawsze z nim żyło, ożyło. Nie było niezręczne. Nie było przestraszone. Było szybkie i pewne jak lot ptaka przez gałęzie drzewa i ścigało coś lekkiego i zwinnego w jej wnętrzu, coś, co potrafiło przelatywać przez światło i ciemność, nie pędząc zbyt szybko, coś, czego nie musiał się bać, coś, co rozumiał bez potrzeby rozumienia, tak jak rozumie się potrzebę oddychania w ciasnej przestrzeni.
  Z cichym i pewnym siebie śmiechem, Hugh wziął Clarę w ramiona. Kilka minut później weszli po schodach, a Hugh potknął się na nich dwa razy. Nie miało to znaczenia. Jego długie, niezgrabne ciało było czymś zewnętrznym. Mógł się potknąć i upaść wiele razy, ale to, co odkrył, to, co było w nim, zareagowało na fakt, że skorupa, którą była jego żona, Clara, nie potknęła się. Poleciał jak ptak, z ciemności w światło. W tamtej chwili pomyślał, że szybki lot życia, który się rozpoczął, będzie trwał wiecznie.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA PIĄTA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XXI
  
  BYŁA letnia noc w Ohio, a pszenica na długich, płaskich polach rozciągających się na północ od miasta Bidwell dojrzewała do koszenia. Pomiędzy polami pszenicy rozciągały się pola kukurydzy i kapusty. Na polach kukurydzy zielone łodygi wznosiły się niczym młode drzewa. Naprzeciwko pól rozciągały się białe drogi, niegdyś ciche, ciche i puste nocą, a często przez wiele godzin w ciągu dnia, ciszę nocy przerywał tylko od czasu do czasu stukot kopyt koni zmierzających do domu i cisza dni, skrzypienie wozów. Letniego wieczoru młody robotnik rolny jechał drogą w swoim wozie, na którego zakup wydał letnią pensję, długie lato spoconej pracy na rozgrzanych polach. Kopyta jego konia cicho stukały o drogę. Jego ukochana siedziała obok niego, a on się nie spieszył. Cały dzień pracował przy żniwach, a jutro miał pracować ponownie. To nie miało znaczenia. Dla niego noc trwała, dopóki koguty na odludnych farmach nie powitały świtu. Zapomniał o koniu i było mu obojętne, w którą stronę się obróci. Dla niego wszystkie drogi prowadziły do szczęścia.
  Wzdłuż długich dróg ciągnął się niekończący się pas pól, co jakiś czas przerywany pasem lasu, gdzie cienie drzew padały na drogi, tworząc kałuże atramentowej czerni. W wysokiej, suchej trawie na rogach ogrodzenia śpiewały owady; króliki przemykały przez młode pola kapusty, odlatując niczym cienie w świetle księżyca. Pola kapusty również były piękne.
  Kto pisał lub śpiewał o pięknie pól kukurydzy w Illinois, Indianie, Iowa, czy rozległych polach kapusty w Ohio? Na polach kapusty szerokie, zewnętrzne liście opadają, tworząc tło dla zmieniających się, delikatnych barw gleby. Same liście emanują feerią barw. W miarę upływu sezonu zmieniają kolor z jasnozielonego na ciemnozielony, pojawiając się i blaknąc w tysiącach odcieni fioletu, błękitu i czerwieni.
  Pola kapusty wzdłuż dróg Ohio spały w ciszy. Samochody jeszcze nie pędziły po drogach, ich migające światła - równie piękne w letnią noc - uczyniły z dróg przedłużenie miast. Akron, to okropne miasto, nie zaczęło jeszcze rozwijać swoich niezliczonych milionów gumowych obręczy, każda wypełniona własną porcją boskiego sprężonego powietrza i ostatecznie uwięziona, jak farmerzy, którzy uciekli do miast. Detroit i Toledo nie zaczęły jeszcze wysyłać setek tysięcy samochodów, by huczały i huczały całą noc po wiejskich drogach. Willis wciąż pracował jako mechanik w Indianie, a Ford wciąż pracował w warsztacie rowerowym w Detroit.
  Była letnia noc w Ohio i świecił księżyc. Koń wiejskiego lekarza pędził drogami. Piesi poruszali się cicho i w długich odstępach. Parobek, którego koń kulał, szedł w stronę miasta. Mechanik od parasoli, zagubiony na drodze, spieszył w stronę świateł odległego miasta. W Bidwell, miejscu, które w inne letnie noce było sennym miasteczkiem pełnym plotkujących zbieraczy jagód, wszystko tętniło życiem.
  Zmiana i to, co ludzie nazywają wzrostem, wisiały w powietrzu. Być może wisiała w powietrzu jakaś rewolucja, cicha, prawdziwa rewolucja, która rosła wraz z rozwojem miast. Tej spokojnej letniej nocy w tętniącym życiem miasteczku Bidwell wydarzyło się coś, co zdumiało ludzi. Coś się wydarzyło, a potem, kilka minut później, wydarzyło się ponownie. Kręcono głowami, drukowano specjalne wydania dzienników, poruszył się ogromny ludzki ul, pod niewidzialnym dachem miasta, które tak nagle stało się miastem, nasiona samoświadomości zostały zasiane w nowej glebie, w amerykańskiej glebie.
  Ale zanim to wszystko się zaczęło, wydarzyło się coś jeszcze. Pierwszy samochód przetoczył się przez ulice Bidwell i wyjechał na rozświetlone księżycem drogi. Za kierownicą siedział Tom Butterworth, wioząc córkę Clarę i jej męża, Hugha McVeigha. Tom przywiózł samochód z Cleveland tydzień wcześniej, a mechanik, który jechał z nim, nauczył go sztuki prowadzenia. Teraz jechał sam i śmiało. Wczesnym wieczorem wybiegł na farmę, żeby zabrać córkę i zięcia na pierwszą przejażdżkę. Hugh wsiadł obok niego, a gdy wyjeżdżali z miasta, Tom odwrócił się do niego. "Teraz patrz, jak jej depczę po piętach" - powiedział z dumą, po raz pierwszy używając motoryzacyjnego slangu, którego nauczył się od mechanika z Cleveland.
  Gdy Tom prowadził samochód drogą, Clara siedziała sama na tylnym siedzeniu, niewzruszona nowym nabytkiem ojca. Była mężatką od trzech lat i czuła, że jeszcze nie zna mężczyzny, którego poślubi. Historia była zawsze ta sama: chwile światła, a potem znowu mrok. Nowy samochód, poruszający się po drogach z zadziwiająco zwiększoną prędkością, mógł zmienić cały świat, jak twierdził jej ojciec, ale nie zmienił pewnych faktów z jej życia. "Czy jestem nieudaną żoną, czy Hugh niemożliwym mężem?" - pytała siebie, prawdopodobnie po raz tysięczny, gdy samochód, skręcając na długi odcinek czystej, prostej drogi, zdawał się podskakiwać i szybować w powietrzu jak ptak. "W każdym razie, wyszłam za mąż, a jednak nie mam męża; byłam w ramionach mężczyzny, ale nie mam kochanka; wzięłam życie w swoje ręce, ale życie wymknęło mi się z rąk".
  Podobnie jak jej ojciec, Hugh wydawał się Clarze zajęty wyłącznie sprawami poza sobą, zewnętrzną powłoką życia. Był jak jej ojciec, a jednak niepodobny do niego. Była nim zdumiona. Było coś w tym mężczyźnie, za którym tęskniła, ale którego nie mogła odnaleźć. "To pewnie moja wina" - powiedziała sobie. "On ma się dobrze, ale co ze mną?"
  Po nocy, gdy uciekł z jej łoża małżeńskiego, Clara często myślała, że stał się cud. Czasami tak było. Tej nocy, kiedy wyszedł z deszczu i wyszedł, stało się. Stał tam mur, który mógł zburzyć cios, i uniosła rękę, by uderzyć. Mur został zburzony, a potem odbudowany. Nawet gdy nocą leżała w ramionach męża, mur wznosił się w ciemności sypialni.
  W takie noce nad domem zalegała gęsta cisza, a ona i Hugh, z przyzwyczajenia, milczeli. W ciemności uniosła dłoń i dotknęła jego twarzy i włosów. Leżał nieruchomo, a ona czuła, jakby jakaś potężna siła go trzymała, trzymała ją. W pokoju panował ostry, ciężki od niej szmer walki. Powietrze było od niej ciężkie.
  Kiedy te słowa padły, nie przerwały ciszy. Ściana pozostała.
  Słowa, które padły, były puste, pozbawione znaczenia. Hugh nagle przemówił. Opisał swoją pracę w warsztacie i postępy w rozwiązywaniu jakiegoś skomplikowanego problemu mechanicznego. Gdyby wydarzyło się to wieczorem, kiedy oboje wyszli z oświetlonego domu, w którym siedzieli razem, każde wrażenie ciemności zachęciłoby ich obu do próby zburzenia muru. Szli drogą, mijając stodoły i przez mały drewniany mostek nad strumieniem przepływającym przez podwórze. Hugh nie chciał rozmawiać o pracy w warsztacie, ale nie mógł znaleźć słów na nic innego. Zbliżyli się do płotu, gdzie droga skręcała, skąd widać było zbocze wzgórza i miasto. Nie patrzył na Clarę, lecz patrzył w dół zbocza, a słowa o mechanicznych trudnościach, które zajmowały go przez cały dzień, płynęły i płynęły. Kiedy później wrócili do domu, poczuł lekką ulgę. "Wypowiedziałem słowa. Coś zostało osiągnięte" - pomyślał.
  
  
  
  I tak, po trzech latach małżeństwa, Clara wsiadła do samochodu z ojcem i mężem i pędziła przez letnią noc. Samochód podążał pagórkowatą drogą od farmy Butterworth, przez kilkanaście uliczek w mieście, a następnie długimi, prostymi drogami bogatego, płaskiego kraju na północy. Okrążał miasto, niczym głodny wilk, który mógłby bezszelestnie i szybko otoczyć rozświetlony ogniem obóz myśliwego. Clarze samochód wydawał się wilkiem - śmiałym, przebiegłym, a jednocześnie przestraszonym. Jego ogromny nos przebijał niespokojne powietrze cichych dróg, płosząc konie, przerywając ciszę uporczywym mruczeniem, zagłuszając śpiew owadów. Reflektory również zakłócały jej sen. Wdzierały się do podwórek, gdzie ptaki spały w niższych gałęziach drzew, bawiły się na ścianach stodół, przepędzały bydło przez pola i galopowały w ciemność, i przerażały dzikie zwierzęta, rude wiewiórki i burunduki, zamieszkujące przydrożne ogrodzenia w hrabstwie Ohio. Clara nienawidziła samochodu i zaczęła nienawidzić wszystkich maszyn. Myślenie o maszynach i ich konstrukcji, jak doszła do wniosku, było powodem, dla którego jej mąż nie mógł się z nią porozumieć. Zaczął ją ogarniać bunt przeciwko całemu mechanicznemu impulsowi jej pokolenia.
  A gdy jechała, w miasteczku Bidwell wybuchł kolejny, jeszcze straszniejszy bunt przeciwko maszynie. W rzeczywistości wybuchł jeszcze zanim Tom opuścił farmę Butterworth swoim nowym samochodem, jeszcze zanim wzeszedł letni księżyc, jeszcze zanim szary płaszcz nocy zakrył wzgórza na południe od farmy.
  Jim Gibson, praktykant pracujący w sklepie Joe Wainswortha, był tego wieczoru w siódmym niebie. Właśnie odniósł wielkie zwycięstwo nad swoim pracodawcą i chciał to uczcić. Od kilku dni opowiadał historię o swoim oczekiwanym zwycięstwie w saloonach i sklepie, a teraz się to stało. Po obiedzie w pensjonacie poszedł do saloonu i napił się. Potem chodził do innych saloonów i pił kolejne drinki, po czym dumnie ruszył ulicami do drzwi sklepu. Chociaż z natury był duchowym chuliganem, Jimowi nie brakowało energii, a sklep jego pracodawcy był pełen pracy, która wymagała jego uwagi. Przez tydzień on i Joe wracali każdego wieczoru do swoich stanowisk pracy. Jim chciał przyjść, ponieważ jakiś wewnętrzny wpływ kazał mu pokochać ideę pracy w ciągłym ruchu, a Joe, ponieważ Jim go do tego zmusił.
  Tego wieczoru w tętniącym życiem mieście wiele się działo. System kontroli pracy akordowej, wprowadzony przez nadzorcę Eda Halla w zakładzie zbierania kukurydzy, doprowadził do pierwszego strajku w Bidwell. Niezadowoleni pracownicy byli niezorganizowani, a strajk skazany na porażkę, ale głęboko poruszył miasto. Pewnego dnia, tydzień wcześniej, niespodziewanie około pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu mężczyzn postanowiło strajkować. "Nie będziemy pracować dla kogoś takiego jak Ed Hall" - oświadczyli. "On ustala cennik, a potem, kiedy zapracujemy na godziwą dniówkę, obniża go". Po wyjściu ze sklepu mężczyźni wyszli na Main Street, a dwóch lub trzech z nich, nagle elokwentnych, zaczęło wygłaszać przemówienia na rogach ulic. Strajk rozprzestrzenił się następnego dnia i sklep był zamknięty przez kilka dni. Następnie przybył działacz związkowy z Cleveland i w dniu jego przyjazdu ulicami rozeszła się wieść o sprowadzeniu łamistrajków.
  Tego wieczoru pełnego przygód, do i tak już burzliwego życia społeczności wprowadzono kolejny element. Na rogu ulic Main i McKinley, tuż za miejscem, gdzie trzy stare budynki rozbierano pod budowę nowego hotelu, pojawił się mężczyzna, wdrapał się na skrzynkę i zaatakował nie ceny akordowe w fabryce zbieraczy kukurydzy, ale cały system budowy i utrzymania fabryk, gdzie płace robotników mogły być ustalane według kaprysu lub potrzeb jednego człowieka lub grupy. Gdy mężczyzna na skrzynce przemówił, robotnicy w tłumie, wszyscy Amerykanie z urodzenia, zaczęli kręcić głowami. Odsunęli się i, gromadząc się w grupki, omawiali słowa nieznajomego. "Powiem ci co" - powiedział niski staruszek, nerwowo szarpiąc siwiejący wąs - "strajkuję i jestem tu, żeby wytrzymać, dopóki Steve Hunter i Tom Butterworth nie zwolnią Eda Halla, ale nie lubię takich rozmów". "Powiem wam, co ten człowiek wyprawia. Atakuje nasz rząd, oto, co robi". Robotnicy rozeszli się do domów, narzekając. Rząd był dla nich świętością i nie chcieli, by ich żądania lepszych płac zostały zniweczone przez gadanie anarchistów i socjalistów. Wielu robotników Bidwella było synami i wnukami pionierów, którzy otworzyli krainę, gdzie rozległe miasta rozrastały się w metropolie. Oni lub ich ojcowie walczyli w wielkiej wojnie secesyjnej. Jako dzieci oddychali szacunkiem dla rządu z samego powietrza miast. Wszyscy wielcy ludzie wymienieni w podręcznikach byli związani z rządem. Ohio miało Garfielda, Shermana, walczącego McPhersona i innych. Lincoln i Grant pochodzili z Illinois. Przez pewien czas wydawało się, że sama gleba tego środkowoamerykańskiego kraju zieje wielkimi ludźmi, tak jak teraz zieje gazem i ropą naftową. Rząd usprawiedliwiał się ludźmi, których wydał na świat.
  A teraz byli wśród nich ludzie, którzy nie mieli szacunku dla rządu. To, co mówca pierwszy odważył się powiedzieć otwarcie na ulicach Bidwell, było już omawiane w warsztatach. Nowi ludzie, cudzoziemcy z wielu krajów, przynieśli ze sobą dziwne doktryny. Zaczęli zawierać znajomości wśród amerykańskich robotników. "Cóż", mówili, "mieliście tu wielkich ludzi; bez wątpienia; ale teraz macie nowy rodzaj wielkich ludzi. Ci nowi ludzie nie rodzą się z ludzi. Rodzą się z kapitału. Kim jest wielki człowiek? To ten, który ma władzę. Czyż to nie fakt? Cóż, chłopcy, musicie zrozumieć, że w dzisiejszych czasach władza idzie w parze z posiadaniem pieniędzy. Kim są wielcy ludzie w tym mieście? Nie jakiś prawnik czy polityk, który potrafi wygłosić dobrą mowę, ale ludzie, którzy są właścicielami fabryk, w których musicie pracować. Wasz Steve Hunter i Tom Butterworth są wielkimi ludźmi tego miasta".
  Socjalista, który przybył, by przemawiać na ulicach Bidwell, był Szwedem, a jego żona przyszła z nim. Podczas gdy przemawiał, żona rysowała cyfry na tablicy. Stara historia o oszustwie mieszkańców miasta w firmie samochodowej odżyła i powtarzała się w kółko. Szwed, rosły mężczyzna o potężnych pięściach, nazwał prominentnych mieszkańców miasta złodziejami, którzy okradli współobywateli, oszukując ich. Gdy stał na kanapie obok żony, z uniesionymi pięściami, krzycząc ostre potępienia pod adresem klasy kapitalistycznej, mężczyźni, którzy odeszli w gniewie, wrócili, by słuchać. Mówca ogłosił się robotnikiem, tak jak oni, i w przeciwieństwie do religijnych zbawicieli, którzy od czasu do czasu przemawiali na ulicach, nie prosił o pieniądze. "Jestem robotnikiem, tak jak wy" - krzyknął. "Zarówno ja, jak i moja żona, będziemy pracować, dopóki nie zaoszczędzimy trochę pieniędzy. Potem przyjedziemy do jakiegoś małego miasteczka i będziemy walczyć z kapitałem, aż nas aresztują. Walczymy od lat i będziemy walczyć, dopóki żyjemy".
  Gdy mówca wykrzykiwał swoje propozycje, uniósł pięść, jakby miał zamiar uderzyć. Wyglądał niczym jeden ze swoich przodków, Skandynawów, którzy w starożytności żeglowali po niezbadanych morzach w poszukiwaniu swoich ulubionych bitew. Mieszkańcy Bidwell zaczęli go szanować. "W końcu to, co mówi, brzmi jak zdrowy rozsądek" - mówili, kręcąc głowami. "Może Ed Hall jest tak samo dobry, jak ktokolwiek inny. Musimy złamać system. To fakt. Któregoś dnia będziemy musieli złamać system".
  
  
  
  Jim Gibson podszedł do drzwi sklepu Joego o wpół do siódmej. Kilku mężczyzn stało na chodniku, a on zatrzymał się i stanął przed nimi, zamierzając raz jeszcze opowiedzieć historię swojego triumfu nad pracodawcą. W środku Joe już pracował przy biurku. Mężczyźni, z których dwóch to strajkujący robotnicy z zakładu zbierania kukurydzy, gorzko narzekali na trudności w utrzymaniu rodzin, a trzeci mężczyzna, facet z bujnymi czarnymi wąsami, palący fajkę, zaczął recytować jakieś aksjomaty socjalistycznego mówcy o industrializacji i walce klas. Jim słuchał przez chwilę, a potem odwrócił się, położył kciuk na pośladkach i poruszył palcami. "O cholera" - zachichotał. "O czym wy, głupcy, gadacie? Zamierzacie założyć związek zawodowy albo wstąpić do partii socjalistycznej. O czym wy gadacie? Związek zawodowy ani partia nie pomogą człowiekowi, który nie potrafi o siebie zadbać".
  Wściekły i na wpół pijany rymarz stał w otwartych drzwiach sklepu, po raz kolejny opowiadając historię swojego triumfu nad szefem. Nagle przyszła mu do głowy inna myśl i zaczął mówić o tysiącu dolarów, które Joe stracił na zapasach sprzętu. "Stracił pieniądze, a wy przegracie tę walkę" - oznajmił. "Wszyscy się mylicie, mówiąc o związkach zawodowych czy wstąpieniu do Partii Socjalistycznej. Liczy się to, co człowiek potrafi zrobić sam dla siebie. Liczy się charakter. Tak, proszę pana, charakter czyni człowieka tym, kim jest".
  Jim poklepał go po piersi i rozejrzał się.
  "Spójrz na mnie" - powiedział. "Byłem pijakiem i pijakiem, kiedy przyjechałem do tego miasta; pijakiem, tym właśnie byłem i tym jestem. Przyjechałem, żeby pracować w tym sklepie, a teraz, jeśli chcesz wiedzieć, zapytaj każdego, kto w mieście prowadzi ten sklep. Socjalista mówi, że pieniądze to władza. Cóż, jest tu człowiek, który ma pieniądze, ale założę się, że ja mam władzę.
  Jim klepnął się po kolanach i roześmiał się serdecznie. Tydzień temu do sklepu przyszedł podróżnik, żeby sprzedać maszynowo wykonaną uprząż. Joe kazał mu wyjść, a Jim go zawołał. Złożył zamówienie na osiemnaście kompletów uprzęży i poprosił Joe o potwierdzenie odbioru. Uprząż dotarła tego popołudnia i wisiała już w sklepie. "Wisi już w sklepie" - zawołał Jim. "Przyjdź i zobacz sam".
  Jim kroczył triumfalnie tam i z powrotem przed mężczyznami na chodniku, a jego głos niósł się echem po sklepie, gdzie Joe siedział na swoim koniu w uprzęży pod huśtającą się lampą, ciężko pracując. "Mówię wam, liczy się charakter" - krzyczał ryczący głos. "Widzicie, jestem robotnikiem, tak jak wy, ale nie zapisuję się do związku zawodowego ani Partii Socjalistycznej. Staję po swojemu. Mój szef Joe to sentymentalny stary głupiec, oto kim jest. Całe życie szyje uprzęże ręcznie i myśli, że to jedyna droga. Twierdzi, że jest dumny ze swojej pracy, oto co twierdzi".
  Jim znów się roześmiał. "Wiesz, co zrobił ostatnio, kiedy ten podróżnik wyszedł ze sklepu, po tym, jak kazałem mu podpisać zamówienie?" - zapytał. "Płakał, o to właśnie chodziło. Na Boga, zrobił to - siedział tam i płakał".
  Jim znów się roześmiał, ale robotnicy na chodniku nie przyłączyli się do niego. Podchodząc do jednego z nich, tego, który ogłosił zamiar wstąpienia do związku, Jim zaczął go besztać. "Myślisz, że możesz całować Eda Halla, Steve"a Huntera i Toma Butterwortha za jego plecami, co?" zapytał ostro. "Cóż, powiem ci co: nie możesz. Wszystkie związki zawodowe na świecie ci nie pomogą. Będą cię całować - za co?"
  "Dlaczego? Bo Ed Hall jest taki jak ja, dlatego. Ma charakter, właśnie to ma."
  Zmęczony przechwałkami i milczeniem publiczności, Jim miał właśnie przejść przez drzwi, ale kiedy jeden z pracowników, blady mężczyzna około pięćdziesiątki z siwiejącym wąsem, przemówił, odwrócił się i zaczął słuchać. "Jesteś łajdakiem, łajdakiem, oto kim jesteś" - powiedział blady mężczyzna głosem drżącym z namiętności.
  Jim przebił się przez tłum mężczyzn i jednym ciosem powalił mówcę na chodnik. Pozostali dwaj robotnicy wydawali się gotowi wstawić się za poległego brata, ale kiedy Jim, pomimo gróźb, stanął na swoim miejscu, zawahali się. Poszli pomóc blademu robotnikowi wstać, a Jim wszedł do warsztatu i zamknął drzwi. Dosiadł konia i ruszył do pracy, podczas gdy mężczyźni szli chodnikiem, wciąż grożąc, że zrobią to, czego nie zrobili, gdy nadarzyła się okazja.
  Joe pracował w milczeniu obok swojego współpracownika, a noc zaczęła zapadać nad wzburzonym miastem. Ponad zgiełkiem głosów na zewnątrz słychać było donośny głos socjalistycznego mówcy, zajmującego wieczorne miejsce na pobliskim rogu. Kiedy na zewnątrz zapadła całkowita ciemność, stary rymarz zsiadł z konia i podszedłszy do drzwi wejściowych, cicho je otworzył i wyjrzał na ulicę. Potem zamknął je z powrotem i poszedł na zaplecze sklepu. W dłoni trzymał nóż w kształcie półksiężyca, używany do uprzęży, z niezwykle ostrym, okrągłym ostrzem. Żona rymarza zmarła rok wcześniej i od tamtej pory źle spał w nocy. Często przez tydzień nie spał wcale, tylko leżał całą noc z szeroko otwartymi oczami, snując dziwne, nowe myśli. W ciągu dnia, gdy Jima nie było, spędzał niekiedy godziny na ostrzeniu noża w kształcie półksiężyca na kawałku skóry; a dzień po incydencie z uprzężą szytą na zamówienie, zatrzymał się w sklepie z narzędziami i kupił tani rewolwer. Ostrzyła nóż, podczas gdy Jim rozmawiał z robotnikami na zewnątrz. Kiedy Jim zaczął opowiadać historię swojego upokorzenia, przestał zszywać zerwaną uprząż w imadle i stojąc, wyciągnął nóż z ukrycia spod sterty skóry na stole, aby kilka razy chwycić jego ostrze, głaszcząc je palcami.
  Z nożem w dłoni Joe powlókł się w stronę Jima, pochłoniętego pracą. Zamyślona cisza zdawała się zapadać w warsztacie, a nawet na zewnątrz, na ulicy, wszelki hałas nagle ucichł. Chód Starego Joe zmienił się. Gdy mijał konia Jima, życie wstąpiło w jego ciało i szedł miękkim, kocim krokiem. Radość błyszczała w jego oczach. Jakby ostrzeżony o zbliżającym się niebezpieczeństwie, Jim odwrócił się i otworzył usta, by warknąć na swojego pracodawcę, ale słowa nie opuściły jego ust. Staruszek zrobił dziwny półkrok, półskok obok konia, a nóż śmignął w powietrzu. Jednym ciosem niemal odciął głowę Jima Gibsona od ciała.
  W warsztacie panowała cisza. Joe rzucił nóż w kąt i szybko przebiegł obok konia, na którym siedziało ciało Jima Gibsona. Ciało upadło na podłogę, a o drewnianą podłogę słychać było stukot obcasów. Staruszek zamknął drzwi wejściowe na klucz i niecierpliwie nasłuchiwał. Kiedy znów zapadła cisza, poszedł szukać porzuconego noża, ale go nie znalazł. Zabrał nóż Jima z ławki pod wiszącą lampą, przeskoczył nad ciałem i wsiadł na konia, żeby zgasić światło.
  Joe pozostał w warsztacie ze zmarłym przez całą godzinę. Osiemnaście kompletów uprzęży, wysłanych z fabryki w Cleveland, zostało odebranych tego ranka, a Jim nalegał, aby je rozpakować i powiesić na hakach na ścianach warsztatu. Zmusił Joego do pomocy przy wieszaniu pasów bezpieczeństwa, a teraz Joe zdejmował je sam. Jeden po drugim kładziono je na podłodze, a starzec nożem Jima pociął każdy pas na drobne kawałki, tworząc na podłodze stertę gruzu sięgającą mu do pasa. To zrobiwszy, wrócił na zaplecze warsztatu, ponownie niemal nieumyślnie nadepnąwszy na zmarłego, i wyjął rewolwer z kieszeni płaszcza, który wisiał przy drzwiach.
  Joe wyszedł ze sklepu tylnymi drzwiami i starannie je zamykając, przekradł się przez alejkę na oświetloną ulicę, gdzie ludzie chodzili tam i z powrotem. Następnym miejscem za nim był zakład fryzjerski i gdy spieszył chodnikiem, wyszli z niego dwaj młodzi mężczyźni i zawołali do niego. "Hej" - krzyknęli - "wierzysz teraz w fabryczne pasy bezpieczeństwa, Joe Wainsworth? Hej, co ty na to? Sprzedajesz fabryczne uprzęże?"
  Joe nie odpowiedział, tylko zszedł z chodnika i ruszył ulicą. Minęła go grupa włoskich robotników, szybko rozmawiających i gestykulujących. W miarę jak wchodził głębiej w serce rozrastającego się miasta, mijając socjalistycznego mówcę i działacza związkowego przemawiających do tłumu mężczyzn na rogu, jego chód stał się koci, zupełnie jak wtedy, gdy nóż błysnął przy gardle Jima Gibsona. Tłumy go przerażały. Wyobraził sobie, że zostaje zaatakowany przez tłum i powieszony na latarni. Głos związkowego mówcy przebił się przez zgiełk na ulicy. "Musimy wziąć władzę w swoje ręce. Musimy kontynuować naszą własną walkę o władzę" - oznajmił głos.
  Krawiec skręcił za róg i znalazł się na cichej ulicy, delikatnie głaszcząc rewolwer w kieszeni płaszcza. Zamierzał popełnić samobójstwo, ale nie chciał umierać w tym samym pokoju co Jim Gibson. Na swój sposób zawsze był bardzo wrażliwym człowiekiem i jego jedynym strachem był atak ze strony szorstkich rąk, zanim skończy wieczorną pracę. Był absolutnie pewien, że gdyby jego żona żyła, zrozumiałaby, co się stało. Zawsze rozumiała wszystko, co robił i mówił. Wspominał swoje zaloty. Jego żona była wiejską dziewczyną i w niedziele po ślubie wychodzili razem, żeby spędzić dzień w lesie. Po tym, jak Joe przywiózł żonę do Bidwell, kontynuowali praktykę. Jeden z jego klientów, zamożny farmer, mieszkał pięć mil na północ od miasta, a na jego farmie rosły buki. Przez kilka lat prawie w każdą niedzielę brał konia ze stajni i woził tam żonę. Po obiedzie w domu, on i farmer rozmawiali przez godzinę, podczas gdy kobiety zmywały naczynia, po czym zabrał żonę i poszedł do lasu bukowego. Pod rozłożystymi gałęziami drzew nie było zarośli, a gdy dwaj mężczyźni milczeli przez chwilę, setki wiewiórek i burunduków przychodziły, by pogawędzić i się bawić. Joe miał orzechy w kieszeni i rozrzucał je. Drżące małe stworzonka zbliżały się, a potem uciekały, machając ogonami. Pewnego dnia chłopiec z sąsiedniej farmy przyszedł do lasu i zastrzelił jedną z wiewiórek. Stało się to akurat wtedy, gdy Joe i jego żona wyszli z domu i zobaczyli ranną wiewiórkę wiszącą na gałęzi drzewa, a potem spadającą. Leżała u jego stóp, a jego chora żona opierała się o niego, by się podeprzeć. Nic nie powiedział, tylko wpatrywał się w drżące stworzenie na ziemi. Gdy leżało nieruchomo, chłopiec podszedł i je podniósł. Joe nadal milczał. Wziąwszy żonę pod ramię, podszedł do miejsca, gdzie zazwyczaj siadali, i sięgnął do kieszeni, by rozsypać orzechy na ziemi. Wieśniak, wyczuwając wyrzut w oczach mężczyzny i kobiety, wyszedł z lasu. Nagle Joe zaczął płakać. Było mu wstyd i nie chciał, żeby żona to widziała, a ona udawała, że nie widzi.
  W noc, kiedy zabił Jima, Joe postanowił pójść na farmę i do lasu bukowego i tam popełnić samobójstwo. Pospiesznie minął długi rząd ciemnych sklepów i magazynów w nowo wybudowanej części miasta i wyszedł na ulicę, przy której stał jego dom. Zobaczył mężczyznę idącego w jego kierunku i wszedł do sklepu. Mężczyzna zatrzymał się pod latarnią, żeby zapalić cygaro, a uprzężnik go rozpoznał. To był Steve Hunter, człowiek, który namówił go do zainwestowania tysiąca dwustu dolarów w akcje firmy maszynowej, człowiek, który przyniósł Bidwellowi nowe czasy, człowiek, który był u źródeł wszelkich innowacji, takich jak uprzęże, które sam wytwarzał. Joe zabił swojego pracownika, Jima Gibsona, w lodowatym gniewie, ale teraz ogarnął go nowy rodzaj wściekłości. Coś zatańczyło mu przed oczami, a jego ręce drżały tak bardzo, że bał się, że pistolet, który wyciągnął z kieszeni, spadnie na chodnik. Zadrżał, gdy go uniósł i wystrzelił, ale przypadek przyszedł mu z pomocą. Steve Hunter pochylił się w stronę chodnika.
  Nie zatrzymując się, by podnieść rewolwer, który wypadł mu z ręki, Joe wbiegł po schodach i wbiegł do ciemnego, pustego holu. Wyczuł ścianę i wkrótce dotarł do kolejnych schodów prowadzących w dół. Zaprowadziły go one do alejki, a idąc nią, znalazł się w pobliżu mostu nad rzeką, na to, co kiedyś było Turner's Pike, drogą, którą szedł z żoną na farmę i do lasu bukowego.
  Ale jedna rzecz teraz zastanawiała Joe Wainswortha. Zgubił rewolwer i nie wiedział, jak poradzić sobie z własną śmiercią. "Muszę to jakoś zrobić" - pomyślał, gdy w końcu, po prawie trzech godzinach mozolnego marszu i chowania się po polach, by uniknąć zaprzęgów jadących drogą, dotarł do bukowego lasu. Usiadł pod drzewem niedaleko miejsca, gdzie tak często przesiadywał w ciche niedzielne popołudnia obok żony. "Odpocznę trochę, a potem pomyślę, jak to zrobić" - pomyślał ze zmęczeniem, trzymając głowę w dłoniach. "Nie mogę zasnąć. Jeśli mnie znajdą, zrobią mi krzywdę. Zrobią mi krzywdę, zanim zdążę się zabić. Zrobią mi krzywdę, zanim zdążę się zabić" - powtarzał w kółko, trzymając głowę w dłoniach i delikatnie kołysząc się w przód i w tył.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XXII
  
  KIEROWCA SAMOCHODEM Tom Butterworth zatrzymał się w jakimś miasteczku, a Tom wysiadł, by napełnić kieszenie cygarami i przy okazji nacieszyć się zaskoczeniem i podziwem mieszkańców. Był w doskonałym humorze, a słowa płynęły z niego strumieniami. Gdy silnik warczał pod maską, mózg mruczał i wyrzucał z siebie słowa spod jego siwiejącej, starej głowy. Rozmawiał z próżniakami przed drogeriami w miasteczkach, a gdy samochód znów ruszył i znaleźli się na otwartej przestrzeni, jego głos, wystarczająco wysoki, by przebić się przez warkot silnika, stał się piskliwy. Z piskliwym, new age'owym tonem, głos ciągnął się i ciągnął.
  Ale głos i pędzący samochód nie przeszkadzały Clarze. Starała się ignorować głosy i, wpatrując się w łagodny krajobraz płynący pod księżycem, próbowała myśleć o innych czasach i miejscach. Myślała o nocach, kiedy spacerowała ulicami Columbus z Kate Chancellor, i o spokojnej przejażdżce z Hughem wieczorem, kiedy się pobrali. Myślami wróciła do dzieciństwa i przypomniała sobie długie dni spędzone na przejażdżkach z ojcem przez tę samą dolinę, jeżdżąc od farmy do farmy, targując się o cielęta i świnie. Ojciec wtedy się nie odzywał, ale czasami, gdy podróżowali daleko i wracali do domu w gasnącym świetle wieczoru, słowa przychodziły mu do głowy. Pamiętała jeden letni wieczór po śmierci matki, kiedy ojciec często zabierał ją na wycieczki. Zatrzymali się na kolację w wiejskim domu, a kiedy wyruszyli, księżyc już wzeszedł. Coś w duchu nocy poruszyło Toma i opowiedział o swoim dzieciństwie w nowym kraju, o swoich ojcach i braciach. "Pracowaliśmy ciężko, Claro" - powiedział. "Cały kraj był nowy i każdy akr, który obsialiśmy, trzeba było oczyścić". Wspomnienia zamożnego farmera popłynęły w jego stronę, a on sam opowiedział o szczegółach swojego życia jako chłopiec i młody mężczyzna; o dniach samotnego rąbania drewna w cichym, białym lesie, o nadchodzącej zimie i czasie zbierania drewna na opał i bali na nowe budynki gospodarcze, o stosach bali, do których przychodzili sąsiedzi, o wielkich stosach bali, które układano i podpalano, by zrobić miejsce pod zasiewy. Zimą chłopiec chodził do szkoły w wiosce Bidwell, a ponieważ już wtedy był energicznym, stanowczym młodzieńcem, zdecydowanym na odnalezienie się w świecie, zastawiał pułapki w lasach i na brzegach strumieni i spacerował między nimi. Stał w kolejce w drodze do i ze szkoły. Wiosną wysyłał swoje skóry do rozwijającego się miasta Cleveland, gdzie je sprzedawał. Opowiadał o pieniądzach, które otrzymał i o tym, jak w końcu zaoszczędził wystarczająco dużo, by kupić własnego konia.
  Tego wieczoru Tom opowiadał o wielu innych rzeczach: konkursach ortograficznych w szkole miejskiej, sprzątaniu stodoły i tańcach, o wieczorze, kiedy jeździł na łyżwach po rzece i po raz pierwszy poznał swoją żonę. "Od razu się polubiliśmy" - powiedział cicho. "Nad rzeką paliło się ognisko i po tym, jak pojeździłem z nią na łyżwach, usiedliśmy, żeby się ogrzać.
  "Chcieliśmy się pobrać od razu" - powiedział Clarze. "Odprowadziłem ją do domu, kiedy znudziło nam się jeżdżenie na łyżwach, i od tamtej pory myślałem tylko o tym, żeby mieć własną farmę i własny dom".
  Podczas gdy córka siedziała w lokomotywie, słuchając przenikliwego głosu ojca, który mówił teraz tylko o budowaniu maszyn i pieniądzach, inny mężczyzna, mówiący cicho w blasku księżyca, gdy koń powoli kłusował ciemną drogą, wydawał się bardzo odległy. Wszyscy tacy ludzie wydawali się bardzo odlegli. "Wszystko, co wartościowe, jest bardzo daleko" - pomyślała z goryczą. "Maszyny, które ludzie tak usilnie tworzą, znacznie różnią się od starych, uroczych rzeczy".
  Gdy lokomotywa mknęła po drogach, Tom pomyślał o swoim od dawna żywionym pragnieniu posiadania i dosiadania szybkich koni wyścigowych. "Kiedyś szalałem za szybkimi końmi" - krzyknął do zięcia. "Nie robiłem tego, bo posiadanie szybkich koni było stratą pieniędzy, ale wciąż o tym myślałem. Chciałem jechać szybko: szybciej niż ktokolwiek inny". W swego rodzaju ekstazie dodał gazu i zwiększył prędkość do osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Gorące letnie powietrze, przemienione w silny wiatr, gwizdało nad głowami. "Gdzie będą teraz te cholerne konie wyścigowe" - krzyknął - "gdzie będzie twoja Maud S. albo twój J.I.C., próbując mnie dogonić w tym samochodzie?"
  Żółte pola pszenicy i pola młodej kukurydzy, już wysokie i szeleszczące w blasku księżyca, przemykały obok niczym pola na szachownicy, zaprojektowane ku uciesze dziecka jakiegoś olbrzyma. Samochód mknął przez kilometry pozbawionego ziemi kraju, przez główne ulice, gdzie ludzie wybiegali ze sklepów, by stanąć na chodnikach i podziwiać ten nowy cud, przez uśpione skrawki lasu - pozostałości po wielkich lasach, w których Tom pracował jako chłopiec - i przez drewniane mostki nad małymi strumieniami, wzdłuż których plątały się masy bzu czarnego, teraz żółtego i pachnącego kwiatami.
  O jedenastej, przejechawszy już jakieś dziewięćdziesiąt mil, Tom zawrócił. Jego chód stał się spokojniejszy i znów zaczął opowiadać o mechanicznych triumfach epoki, w której żył. "Przywiozłem was ze sobą, ciebie i Clarę" - powiedział dumnie. "Powiem ci, Hugh, Steve Hunter i ja szybko pomogliśmy ci na wiele sposobów. Steve'owi trzeba oddać honor za to, że coś w tobie dostrzegł, a mnie za to, że wlałem w twoje mózgi moje pieniądze. Nie chcę brać odpowiedzialności za Steve'a. Jest wystarczająco dużo honoru dla wszystkich. Mogę tylko powiedzieć od siebie, że widziałem dziurę w pączku. Tak, proszę pana, nie byłem aż tak ślepy. Widziałem dziurę w pączku.
  Tom zatrzymał się, żeby zapalić cygaro, po czym odjechał. "Powiem ci, Hugh" - powiedział. "Nie powiedziałbym nikomu poza rodziną, ale prawda jest taka, że to ja zarządzam tymi wielkimi sprawami w Bidwell. To miasto będzie teraz miastem, potężnym miastem. Miasta w tym stanie, takie jak Columbus, Toledo i Dayton, powinny same o siebie zadbać. To ja zawsze dbałem o to, żeby Steve Hunter jechał prosto i z głową, bo ten samochód jedzie, gdy trzymam rękę na kierownicy".
  "Nic o tym nie wiesz i nie chcę, żebyś to mówił, ale w Bidwell dzieją się nowe rzeczy" - dodał. "Kiedy byłem w Chicago w zeszłym miesiącu, poznałem człowieka, który produkował gumowe wózki i opony rowerowe. Jadę z nim i otworzymy fabrykę opon właśnie tutaj, w Bidwell. Branża oponiarska z pewnością stanie się jedną z największych na świecie i to nie powód, dla którego Bidwell nie miałoby stać się największym centrum oponiarskim, jakie świat kiedykolwiek widział". Chociaż maszyna pracowała teraz cicho, głos Toma znów stał się piskliwy. "Setki tysięcy tych samochodów będą z rykiem przemierzać każdą drogę w Ameryce" - oznajmił. "Tak, proszę pana, tak będzie; i jeśli dobrze liczę, Bidwell będzie największym miastem oponiarskim na świecie".
  Tom długo prowadził w milczeniu, a kiedy znów się odezwał, był w nowym nastroju. Opowiedział historię o życiu w Bidwell, która głęboko poruszyła Hugh i Clarę. Był zły i gdyby Clara nie była w samochodzie, zakląłby wściekle.
  "Chciałbym powiesić ludzi, którzy powodują zamieszanie w sklepach tego miasta" - wybuchnął. "Wiesz, o kim mówię, o robotnikach, którzy próbują narobić kłopotów Steve"owi Hunterowi i mnie. Socjaliści gadają na ulicach każdej nocy. Mówię ci, Hugh, prawa tego kraju są złe". Mówił przez około dziesięć minut o trudnościach pracowniczych w sklepach.
  "Powinni być ostrożni" - oznajmił, a jego gniew był tak silny, że jego głos przypominał stłumiony krzyk. "W dzisiejszych czasach wynajdujemy nowe maszyny w zawrotnym tempie" - wykrzyknął. "Wkrótce całą pracę wykonamy maszynami. Co wtedy zrobimy? Zwolnimy wszystkich pracowników i pozwolimy im strajkować, aż się rozchorują, i tak właśnie zrobimy. Mogą sobie gadać, co chcą, o swoim głupim socjalizmie, ale my im pokażemy, głupcy".
  Jego gniew minął, a gdy samochód skręcił na ostatni, piętnastomilowy odcinek drogi prowadzący do Bidwell, opowiedział historię, która tak głęboko poruszyła jego pasażerów. Cicho chichocząc, opowiedział o walce Joe Wainswortha, producenta uprzęży z Bidwell, o powstrzymanie sprzedaży uprzęży produkowanych maszynowo w okolicy, a także o swoich doświadczeniach z jego pracownikiem, Jimem Gibsonem. Tom usłyszał tę historię w barze w Bidwell House i wywarła ona na nim głębokie wrażenie. "Powiem ci" - oznajmił - "Skontaktuję się z Jimem Gibsonem. To właśnie taki człowiek, jeśli chodzi o swoich pracowników. Dowiedziałem się o nim dopiero dziś wieczorem, ale spotkam się z nim jutro".
  Tom odchylił się na krześle i zaśmiał się serdecznie, opowiadając historię podróżnika, który odwiedził sklep Joe Wainswortha i złożył zamówienie na fabryczne uprzęże. W jakiś sposób poczuł, że kiedy Jim Gibson położył zamówienie na uprzęże na stole warsztatowym i siłą swojej osobowości zmusił Joe Wainswortha do podpisania go, zrehabilitował wszystkich takich ludzi jak on sam. W wyobraźni przeżywał tę chwilę z Jimem i, podobnie jak Jim, incydent ten obudził w nim skłonność do przechwalania się. "Przecież niejeden tani koń roboczy nie przejechałby człowieka takiego jak ja, tak samo jak Joe Wainsworth nie przejechałby tego Jima Gibsona" - oznajmił. "Nie mają jaj, rozumiesz, o to właśnie chodzi, nie mają jaj". Tom dotknął czegoś podłączonego do silnika samochodu i samochód nagle szarpnął do przodu. "Załóżmy, że jeden z tych związkowych przywódców stoi tam na drodze" - wykrzyknął. Hugh instynktownie pochylił się do przodu i wpatrzył w ciemność, przez którą światła samochodu przecinały niczym olbrzymia kosa. Na tylnym siedzeniu Clara podniosła się z miejsca. Tom krzyknął z zachwytem, a gdy samochód ruszył drogą, jego głos stał się triumfalny. "Cholerni głupcy!" - wykrzyknął. "Myślą, że mogą powstrzymać maszyny. Niech próbują. Chcą kontynuować swoją starą, sztuczną drogę. Niech się przyglądają. Niech pilnują takich ludzi jak Jim Gibson i ja".
  Gdy zjeżdżali z niewielkiego wzniesienia na drodze, samochód gwałtownie wyskoczył i wykonał szeroki zakręt, a wtedy podskakujące, tańczące światła, pędzące daleko przed nimi, ujawniły spektakl, który sprawił, że Tom wyciągnął nogę i gwałtownie zahamował.
  Trzech mężczyzn walczyło na drodze i w samym środku kręgu światła, jakby odgrywali scenę na scenie. Kiedy samochód zatrzymał się tak nagle, że Clara i Hugh zostali wyrzuceni z siedzeń, walka dobiegła końca. Jedna z walczących postaci, niski mężczyzna bez płaszcza i kapelusza, odskoczył od pozostałych i pobiegł w kierunku ogrodzenia na poboczu drogi, oddzielającego go od zagajnika. Duży, barczysty mężczyzna skoczył naprzód i chwytając uciekającego mężczyznę za połę płaszcza, wciągnął go z powrotem w krąg światła. Jego pięść wystrzeliła i uderzyła niskiego mężczyznę prosto w usta. Upadł twarzą do ziemi, martwy w pył drogi.
  Tom powoli ruszył samochodem do przodu, jego reflektory wciąż świeciły nad trzema postaciami. Z małej kieszeni z boku fotela kierowcy wyciągnął rewolwer. Szybko podjechał samochodem w pobliże grupy na drodze i zatrzymał się.
  "Jak się masz?" zapytał ostro.
  Ed Hall, kierownik fabryki i mężczyzna, który uderzył małego człowieczka, wystąpił naprzód i opowiedział tragiczne wydarzenia z wieczoru w mieście. Kierownik fabryki wspominał, że jako chłopiec pracował kiedyś przez kilka tygodni na farmie, której częścią był las przy drodze, i że w niedzielne popołudnia rymarz z żoną przychodzili na farmę, a dwie inne osoby szły na spacer dokładnie w miejsce, gdzie go właśnie znaleziono. "Czułem, że tu będzie" - chwalił się. "Rozumiem. Tłumy wybiegały z miasta we wszystkich kierunkach, ale ja zdołałem wydostać się sam. Potem przypadkiem zobaczyłem tego faceta i zabrałem go ze sobą, żeby dotrzymać mu towarzystwa". Uniósł rękę i patrząc na Toma, stuknął go w czoło. "Złamany" - powiedział - "zawsze taki był. Mój przyjaciel widział go kiedyś w tym lesie" - powiedział, wskazując na niego. "Ktoś zastrzelił wiewiórkę, a on odebrał to tak, jakby stracił dziecko. Wtedy powiedziałem mu, że zwariował, a on z pewnością udowodnił, że miałem rację".
  Na rozkaz ojca Clara usiadła na przednim siedzeniu na kolanach Hugha. Jej ciało drżało, a ona sama była przerażona. Kiedy ojciec opowiedział jej historię triumfu Jima Gibsona nad Joe Wainsworthem, pragnęła zabić tego dzikusa. Teraz stało się. W jej umyśle rymarz stał się symbolem wszystkich mężczyzn i kobiet na świecie, którzy potajemnie buntowali się przeciwko pochłonięciu przez maszyny i ich produkty w tym stuleciu. Stał się postacią protestu przeciwko temu, kim stał się jej ojciec i kim, jej zdaniem, stał się jej mąż. Chciała zabić Jima Gibsona i zrobiła to. Jako dziecko często chodziła do sklepu Wainswortha z ojcem lub innym rolnikiem i teraz wyraźnie pamiętała spokój i ciszę tego miejsca. Na myśl o tym samym miejscu, teraz będącym miejscem brutalnego morderstwa, jej ciało drżało tak bardzo, że chwyciła się ramion Hugha, próbując utrzymać się na nogach.
  Ed Hall podniósł bezwładną postać starca leżącą na drodze i niemal wrzucił go na tylne siedzenie samochodu. Dla Clary było to tak, jakby jego szorstkie, nierozumiejące dłonie dotknęły jej własnego ciała. Samochód szybko potoczył się drogą, a Ed opowiedział historię wydarzeń tej nocy. "Mówię ci, pan Hunter jest w bardzo złym stanie; może umrzeć" - powiedział. Clara odwróciła się, by spojrzeć na męża i pomyślała, że wydaje się zupełnie niewzruszony tym, co się stało. Jego twarz była spokojna, jak twarz jej ojca. Głos kierownika fabryki nadal wyjaśniał swoją rolę w wieczornych przygodach. Ignorując bladego robotnika zagubionego w cieniu w kącie tylnego siedzenia, mówił tak, jakby w pojedynkę podjął się i przeprowadził schwytanie zabójcy. Jak później wyjaśnił żonie, Ed czuł się głupio, że nie przyjechał sam. "Wiedziałem, że sobie z nim poradzę" - wyjaśnił. "Nie bałem się, ale zdałem sobie sprawę, że jest szalony. To sprawiło, że poczułem się niepewnie. Kiedy zbierali się na polowanie, powiedziałem sobie: pójdę sam. Powiedziałem sobie: Założę się, że poszedł do lasu w Wrigley Farm, gdzie on i jego żona chodzili w niedziele. Zacząłem, a potem zobaczyłem innego mężczyznę stojącego na rogu i zmusiłem go, żeby poszedł ze mną. Nie chciał iść, a ja żałowałem, że nie poszedłem sam. Dałbym sobie z nim radę, a cała chwała byłaby po mojej stronie".
  W samochodzie Ed opowiedział historię nocy spędzonej na ulicach Bidwell. Ktoś widział Steve'a Huntera postrzelonego na ulicy i twierdził, że to sprawka producenta uprzęży, po czym uciekł. Tłum przybył do warsztatu uprzęży i znalazł ciało Jima Gibsona. Uprzęże fabryczne leżały pocięte na podłodze warsztatu. "Musiał tam pracować godzinę lub dwie, siedząc z mężczyzną, którego zabił. To najdziwniejsza rzecz, jaką ktokolwiek kiedykolwiek zrobił".
  Zaprzęg, leżący na podłodze wagonu, dokąd Ed go rzucił, poruszył się i usiadł. Clara odwróciła się, żeby na niego spojrzeć i skrzywiła się. Jego koszula była podarta, tak że chuda, stara szyja i ramiona były wyraźnie widoczne w słabym świetle, a twarz pokryta zaschniętą krwią, teraz czarną od kurzu. Ed Hall kontynuował opowieść o swoim triumfie. "Znalazłem go tam, gdzie powiedziałem, że go znajdę. Tak, proszę pana, znalazłem go tam, gdzie powiedziałem, że go znajdę.
  Samochód podjechał do pierwszego z domów w miasteczku - długich rzędów tanich, szkieletowych domów stojących na terenie ogrodu warzywnego Ezry Frencha, gdzie Hugh czołgał się po ziemi w świetle księżyca, rozwiązując problemy mechaniczne przy budowie swojej maszyny fabrycznej. Nagle, zrozpaczony i przestraszony, mężczyzna skulił się na podłodze samochodu, uniósł się na rękach i rzucił do przodu, próbując przeskoczyć przez burtę. Ed Hall chwycił go za ramię i szarpnął do tyłu. Szarpnął ręką, by uderzyć ponownie, ale powstrzymał go zimny i pełen pasji głos Clary. "Jeśli go tkniesz, zabiję cię" - powiedziała. "Cokolwiek zrobi, nie waż się go więcej uderzyć".
  Tom powoli jechał ulicami Bidwell w kierunku komisariatu policji. Wieść o powrocie zabójcy rozeszła się i zebrał się tłum. Chociaż była już druga w nocy, w sklepach i barach wciąż paliły się światła, a tłumy tłoczyły się na każdym rogu. Z pomocą policjanta, Ed Hall, nie spuszczając oka z przedniego siedzenia, na którym siedziała Clara, zaczął wyprowadzać Joe Wainswortha. "Chodź, nie zrobimy ci krzywdy" - powiedział kojąco i wyciągnął swojego mężczyznę z samochodu, gdy ten zaczął się szarpać. Wracając na tylne siedzenie, szaleniec odwrócił się i spojrzał na tłum. Z jego ust wyrwał się szloch. Przez chwilę stał drżąc ze strachu, a potem, odwracając się, po raz pierwszy zobaczył Hugha, człowieka, którego ślady kiedyś wytropił w ciemnościach na Turner's Pike, człowieka, który wynalazł maszynę, która zabrała życie. "To nie ja. Ty to zrobiłeś. Zabiłeś Jima Gibsona" - krzyknął, skacząc do przodu i wbijając palce i zęby w szyję Hugh.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XXIII
  
  JEDEN DZIEŃ W październiku, cztery lata po swojej pierwszej podróży samochodem z Clarą i Tomem, Hugh pojechał w podróż służbową do Pittsburgha. Wyjechał z Bidwell rano i dotarł do miasta stali w południe. O trzeciej po południu załatwił sprawę i był gotowy do powrotu.
  Choć jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, kariera Hugha jako odnoszącego sukcesy wynalazcy została wystawiona na poważną próbę. Jego zdolność do przechodzenia od razu do sedna i pełnego zanurzenia się w tym, co działo się przed nim, została utracona. Udał się do Pittsburgha, aby odlać nowe części do ładowarki siana, ale to, co robił w Pittsburghu, nie miało żadnego znaczenia dla ludzi, którzy mieli produkować i sprzedawać to wartościowe i ekonomiczne narzędzie. Choć nie zdawał sobie z tego sprawy, młody mężczyzna z Cleveland, zatrudniony przez Toma i Steve'a, dokonał już tego, do czego Hugh dążył z oporami. Maszyna została ukończona i była gotowa do sprzedaży w październiku trzy lata temu, a po wielokrotnych testach prawnik formalnie złożył wniosek patentowy. Okazało się wówczas, że mieszkaniec Iowa złożył już wniosek i otrzymał patent na podobne urządzenie.
  Kiedy Tom wszedł do sklepu i opowiedział mu, co się stało, Hugh był już prawie gotowy zrezygnować z całej sprawy, ale Tom o tym nie myślał. "Do diabła!" - powiedział. "Myślisz, że zmarnujemy tyle pieniędzy i wysiłku?"
  Plany maszyny mężczyzny z Iowa zostały odebrane, a Tom zlecił Hughowi, jak to nazwał, "obejście" patentów drugiego mężczyzny. "Zrób, co możesz, a my zajmiemy się tym" - powiedział. "Widzisz, mamy pieniądze, a to oznacza władzę. Wprowadź wszystkie możliwe zmiany, a potem zajmiemy się naszymi planami produkcyjnymi. Pozwiemy tego faceta do sądu. Będziemy z nim walczyć, aż się zmęczy, a potem tanio go wykupimy. Znalazłem tego faceta, jest spłukany i pijany. No dalej. Naprawimy go".
  Hugh dzielnie próbował podążać ścieżką, którą wyznaczył mu teść, porzucając inne plany renowacji maszyny, którą uważał za skończoną i niesprawną. Dorobił nowe części, wymienił inne, przestudiował plany maszyny mężczyzny z Iowa i zrobił wszystko, co w jego mocy, aby zrealizować swoje zadanie.
  Nic się nie stało. Jego świadoma decyzja, by nie naruszać stanowiska Iowan, stanęła mu na drodze.
  Nagle coś się wydarzyło. Pewnego wieczoru, siedząc samotnie w swoim warsztacie po długim studiowaniu planów cudzej maszyny, odłożył je na bok i wpatrywał się w ciemność poza kręgiem światła rzucanym przez lampę. Zapomniał o maszynie i pomyślał o nieznanym wynalazcy, człowieku daleko stąd, za lasami, jeziorami i rzekami, który od miesięcy pracował nad tym samym problemem, który zaprzątał jego myśli. Tom powiedział, że mężczyzna jest bez grosza i pijany. Można go pokonać, kupując go tanio. On sam pracował nad bronią, która pokona tego człowieka.
  Hugh wyszedł ze sklepu i poszedł na spacer, a problem przekształcenia żelaznych i stalowych części ładowarki do siana pozostał nierozwiązany. Mężczyzna z Iowa stał się dla Hugha odrębną, niemal zrozumiałą osobowością. Tom powiedział, że wypił drinka i się upił. Jego własny ojciec był pijakiem. Dawno, dawno temu, ten sam człowiek, który sam przyczynił się do jego przybycia do Bidwell, uważał za oczywiste, że jest pijakiem. Zastanawiał się, czy jakiś zwrot w jego życiu go do tego nie doprowadził.
  Myśląc o mężczyźnie z Iowa, Hugh zaczął myśleć o innych mężczyznach. Myślał o swoim ojcu i o sobie. Kiedy pragnął uciec od brudu, much, ubóstwa, rybiego zapachu, złudnych marzeń o życiu nad rzeką, ojciec często próbował go do tego życia nakłonić. W wyobraźni widział przed sobą zdeprawowanego człowieka, który go wychował. W letnie dni, w nadrzecznym miasteczku, gdy Henry'ego Sheparda nie było, jego ojciec czasami przychodził na stację, gdzie pracował. Zaczął trochę zarabiać i ojciec chciał, żeby postawili mu drinki. Dlaczego?
  W głowie Hugha zrodził się problem, problem, którego nie dało się rozwiązać drewnem i stalą. Chodził i myślał o nim, kiedy powinien był robić nowe części do stogu siana. Niewiele żył w świecie wyobraźni, bał się nim żyć; ostrzegano go przed nim i ostrzegano raz po raz. Widmowa postać nieznanego wynalazcy z Iowa, jego brata, pracującego nad tymi samymi problemami i dochodzącego do tych samych wniosków, zniknęła, a za nią podążyła niemal równie widmowa postać jego ojca. Hugh próbował myśleć o sobie i swoim życiu.
  Przez jakiś czas wydawało się to prostym i łatwym sposobem na przezwyciężenie nowego, skomplikowanego zadania, które postawił sobie przed oczami. Jego własne życie było już historią. Wiedział o sobie. Po przejściu daleko za miasto, zawrócił i wrócił do swojego sklepu. Jego ścieżka wiodła przez nowe miasto, które rozrosło się odkąd przybył do Bidwell. Turner's Pike, niegdyś wiejska droga, którą zakochani przechadzali się letnimi wieczorami do Wheeling Station i Pickleville, była teraz ulicą. Cała ta część nowego miasta została przeznaczona pod domy robotnicze, z kilkoma sklepami tu i ówdzie. Dom wdowy McCoy zniknął, a na jego miejscu stał magazyn, czarny i cichy pod nocnym niebem. Jak ponura jest ulica późną nocą! Zbieracze jagód, którzy kiedyś spacerowali tą drogą wieczorami, zniknęli na zawsze. Niczym synowie Ezry Frencha, mogli zostać robotnikami fabrycznymi. Wzdłuż drogi rosły kiedyś jabłonie i wiśnie. Zrzucały kwiaty na głowy wędrujących kochanków. One również zniknęły. Pewnego dnia Hugh skradał się drogą za Edem Hallem, który szedł, obejmując dziewczynkę w talii. Słyszał, jak Ed lamentuje nad swoim losem i woła o nowe czasy. To Ed Hall wprowadził akordowe płace w zakładach w Bidwell i sprowokował strajk, który zabił trzy osoby i zasiał niezadowolenie wśród setek milczących pracowników. Tom i Steve wygrali ten strajk, a później wygrali kolejne, większe i poważniejsze strajki. Ed Hall stał teraz na czele nowego zakładu budowanego wzdłuż torów kolejowych Wheeling. Rosło mu w siłę i prosperował.
  Kiedy Hugh wrócił do pracowni, zapalił lampę i ponownie wyjął rysunki, które przestudiował z domu. Leżały niezauważone na stole. Spojrzał na zegarek. Była druga w nocy. "Clara może już nie spać. Powinienem iść do domu" - pomyślał niejasno. Miał już własny samochód, zaparkowany na drodze przed sklepem. Wsiadłszy do samochodu, przejechał przez most w ciemności, z Turner's Pike, ulicą wzdłuż której stały fabryki i bocznice kolejowe. Niektóre fabryki pracowały i były oświetlone. Przez oświetlone okna widział ludzi stojących na ławkach i pochylających się nad ogromnymi żelaznymi maszynami. Tego wieczoru przyjechał z domu, aby studiować pracę nieznanego mężczyzny z dalekiej Iowy, aby spróbować go prześcignąć. Potem poszedł na spacer i pomyślał o sobie i swoim życiu. "Wieczór był stracony. "Nic nie zrobiłem" - pomyślał ponuro, gdy jego samochód wspiął się na długą ulicę, wzdłuż której stały domy zamożniejszych mieszkańców miasta, i skręcił na krótki odcinek Medina Road, który wciąż pozostawał między miastem a farmą Butterwortha.
  
  
  
  W dniu wyjazdu do Pittsburgha Hugh dotarł na stację, skąd miał wsiąść do pociągu do domu o trzeciej, ale pociąg odjechał dopiero o czwartej. Wszedł do dużej poczekalni i usiadł na ławce w kącie. Po chwili wstał i podszedł do kiosku, kupił gazetę, ale jej nie przeczytał. Leżała nieotwarta na ławce obok niego. Stacja była pełna mężczyzn, kobiet i dzieci, poruszających się niespokojnie. Przyjechał pociąg, a tłum odjechał, uniesiony w odległe zakątki kraju, podczas gdy nowi ludzie przybywali na stację z sąsiedniej ulicy. Spojrzał na tych, którzy wychodzili z dworca. "Może niektórzy z nich jadą do tego miasta w Iowa, gdzie mieszka ten facet" - pomyślał. Dziwne, jak myśli o nieznanym mężczyźnie z Iowa go dręczyły.
  Pewnego dnia tego samego lata, zaledwie kilka miesięcy wcześniej, Hugh pojechał do Sandusky w Ohio z tą samą misją, która sprowadziła go do Pittsburgha. Ileż części do ładowacza do siana zostało odlanych, a potem wyrzuconych! Zrobili swoje, ale zawsze czuł się, jakby majstrował przy czyjejś maszynie. Kiedy tak się stało, nie skonsultował się z Tomem. Coś w nim ostrzegało go przed tym. Zniszczył część. "Nie tego chciałem" - powiedział Tomowi, który był rozczarowany swoim zięciem, ale nie wyraził otwarcie swojego niezadowolenia. "Cóż, cóż, stracił ducha; małżeństwo odebrało mu życie. Będziemy musieli znaleźć kogoś innego do tej roboty" - powiedział Steve'owi, który całkowicie wyzdrowiał po ranie zadanej mu przez Joe Wainswortha.
  W dniu wyjazdu do Sandusky, Hugh musiał czekać kilka godzin na pociąg do domu, więc wybrał się na spacer wzdłuż zatoki. Kilka jaskrawo kolorowych kamieni przykuło jego uwagę, podniósł je i schował do kieszeni. Na dworcu kolejowym w Pittsburghu wyjął je i trzymał w dłoni. Światło sączyło się przez okno, długie, ukośne światło, które igrało na kamieniach. Jego błądzący, niespokojny umysł został schwytany i zatrzymany. Przetaczał kamienie tam i z powrotem. Kolory mieszały się, a potem znów rozdzielały. Kiedy podniósł wzrok, kobieta i dziecko siedzące na pobliskiej ławce, również przyciągnięte jaskrawym kawałkiem koloru, który trzymał w dłoni niczym płomień, wpatrywały się w niego.
  Zdezorientowany wyszedł ze stacji na ulicę. "Jakiż głupi się stałem, bawiąc się kolorowymi kamyczkami jak dziecko" - pomyślał, ale jednocześnie ostrożnie schował je do kieszeni.
  Od nocy, kiedy został zaatakowany w swoim samochodzie, Hugh odczuwał niewytłumaczalną wewnętrzną walkę, która trwała nadal, zarówno tego dnia na dworcu kolejowym w Pittsburghu, jak i tamtej nocy w sklepie, kiedy nie był w stanie skupić się na odciskach palców na samochodzie mężczyzny z Iowa. Nieświadomie i zupełnie bez intencji wszedł na nowy poziom myślenia i działania. Był nieświadomym pracownikiem, wykonawcą, a teraz stawał się kimś innym. Czas stosunkowo prostej walki z pewnymi rzeczami, z żelazem i stalą, dobiegł końca. Walczył o akceptację siebie, o zrozumienie siebie, o połączenie się z otaczającym go życiem. Biedny biały człowiek, syn pokonanego marzyciela znad rzeki, który prześcignął swoich towarzyszy w rozwoju mechanicznym, wciąż wyprzedzał swoich braci w rozwijających się miastach Ohio. Walka, którą toczył, była walką, którą będzie musiał stoczyć każdy z jego braci z następnego pokolenia.
  Hugh wsiadł do pociągu powrotnego o czwartej i wsiadł do zadymionego wagonu. Nieco zniekształcony i pokręcony fragment myśli, który krążył mu po głowie przez cały dzień, pozostał w nim. "Co za różnica, czy nowe części, które zamówiłem do maszyny, będą musiały zostać wyrzucone?" - pomyślał. "Jeśli nigdy nie skończę maszyny, nic się nie stanie. Ta, którą zrobił ten człowiek z Iowa, działa".
  Długo zmagał się z tą myślą. Tom, Steve i wszyscy ludzie z Bidwell, z którymi się spotykał, wyznawali filozofię, która nie pasowała do tej idei. "Kiedy już przyłożysz rękę do pługa, nie oglądaj się za siebie" - mawiali. Ich język był pełen takich powiedzeń. Próbować czegoś i ponieść porażkę było największą zbrodnią, grzechem przeciwko Duchowi Świętemu. Postawa Hugha wobec dokończenia dzieła, które miało pomóc Tomowi i jego partnerom biznesowym "wyprzedzić" patent mężczyzny z Iowa, była nieświadomym wyzwaniem dla całej cywilizacji.
  Pociąg z Pittsburgha przejeżdżał przez północne Ohio do węzła, gdzie Hugh miał złapać kolejny pociąg do Bidwell. Po drodze leżały duże, zamożne miasta Youngstown, Akron, Canton i Massillon - wszystkie o charakterze przemysłowym. Hugh siedział w wędzarni, znów bawiąc się kolorowymi kamieniami w dłoni. Kamienie dawały ukojenie jego umysłowi. Światło nieustannie igrało wokół nich, a ich barwy zmieniały się i zmieniały. Mógł patrzeć na kamienie i odpoczywać. Podniósł wzrok i wyjrzał przez okno samochodu. Pociąg przejeżdżał przez Youngstown. Jego wzrok sunął po brudnych ulicach z domami robotników, skupionymi wokół ogromnych młynów. To samo światło, które igrało na kamieniach w jego dłoni, zaczęło igrać w jego umyśle i na chwilę stał się nie wynalazcą, lecz poetą. Rewolucja w nim naprawdę się rozpoczęła. Nowa deklaracja niepodległości została w nim zapisana. "Bogowie rozrzucili miasta jak kamienie na równinie, ale kamienie nie mają koloru. Nie płoną ani nie zmieniają się w świetle" - pomyślał.
  Dwóch mężczyzn siedzących na siedzeniach w pociągu jadącym na zachód zaczęło rozmawiać, a Hugh słuchał. Jeden z nich miał syna na studiach. "Chcę, żeby został inżynierem mechanikiem" - powiedział. "Jeśli nie, pomogę mu założyć firmę. Żyjemy w erze mechaniki i biznesu. Chcę, żeby odniósł sukces. Chcę, żeby podążał z duchem czasu".
  Pociąg Hugh miał przyjechać do Bidwell o dziesiątej, ale dotarł dopiero o wpół do jedenastej. Jechał ze stacji przez miasto do farmy Butterwortha.
  Pod koniec pierwszego roku małżeństwa Clara urodziła córkę, a krótko przed jego wyjazdem do Pittsburgha powiedziała mu, że znowu jest w ciąży. "Może siedzi. Powinienem iść do domu" - pomyślał, ale kiedy dotarł do mostu w pobliżu domu, tego samego mostu, na którym stał obok Clary, gdy byli razem po raz pierwszy, zszedł z drogi i usiadł na powalonym pniu na skraju gaju.
  "Jaka cicha i spokojna jest noc!" - pomyślał, pochylając się do przodu i zakrywając dłońmi długą, zatroskaną twarz. Zastanawiał się, dlaczego spokój i cisza do niego nie napływają, dlaczego życie nie daje mu spokoju. "Przecież żyłem prostym życiem i czyniłem dobro" - pomyślał. "Niektóre z rzeczy, które o mnie mówiono, są prawdziwe. Wynalazłem maszyny, które oszczędzają bezużytecznej pracy; ułatwiłem ludziom pracę".
  Hugh próbował zatrzymać tę myśl, ale nie chciała zagościć w jego umyśle. Wszystkie myśli, które dawały mu spokój i ciszę, odleciały niczym ptaki widziane wieczorami na odległym horyzoncie. Tak było od nocy, kiedy szaleniec z maszynowni nagle i niespodziewanie go zaatakował. Wcześniej jego umysł często był niespokojny, ale wiedział, czego chce. Pragnął mężczyzn i kobiet, bliskiego towarzystwa obu płci. Często jego problem był jeszcze prostszy. Potrzebował kobiety, która by go kochała i leżała przy nim w nocy. Pragnął szacunku swoich towarzyszy w mieście, do którego przybył, by spędzić życie. Chciał odnieść sukces w konkretnym zadaniu, którego się podjął.
  Atak szalonego uprzężnika na niego początkowo zdawał się rozwiązać wszystkie jego problemy. W chwili, gdy przestraszony i zdesperowany mężczyzna zatopił zęby i palce w szyi Hugha, coś się stało z Clarą. To Clara, z zadziwiającą siłą i szybkością, porwała szaleńca. Przez cały wieczór nienawidziła męża i ojca, a potem nagle pokochała Hugha. Zalążki dziecka już żyły w niej, a gdy ciało jej mężczyzny zostało poddane wściekłemu atakowi, on również stał się jej dzieckiem. Szybko, niczym cień na powierzchni rzeki w wietrzny dzień, nastąpiła zmiana w jej stosunku do męża. Przez cały wieczór nienawidziła nowej ery, która jej zdaniem tak doskonale ucieleśniała się w dwóch mężczyznach rozmawiających o tworzeniu maszyn, podczas gdy piękno nocy zostało uniesione w ciemność wraz z chmurą kurzu uniesioną w powietrze. Latający silnik. Nienawidziła Hugha i współczuła mu z powodu jego martwej przeszłości, którą on i jemu podobni niszczyli, przeszłości, którą symbolizowała postać starego siodlarza, który chciał wykonywać swoją pracę ręcznie, w dawny sposób; człowieka, który zasłużył na pogardę i drwiny jej ojca.
  A potem przeszłość podniosła się, by uderzyć. Uderzyła pazurami i zębami, a pazury i zęby wbiły się w ciało Hugh, w ciało mężczyzny, którego nasienie już w niej żyło.
  W tym momencie kobieta, która była myślicielką, przestała myśleć. Zrodziła się w niej matka, dzika, niezłomna, silna jak korzenie drzewa. Dla niej wtedy i na zawsze, Hugh nie był bohaterem przeobrażającym świat, lecz zagubionym chłopcem, skrzywdzonym przez życie. Nigdy nie opuścił dzieciństwa w jej umyśle. Z siłą tygrysicy wyrwała szaleńca z rąk Hugha i z nieco powierzchownym okrucieństwem innego Eda Halla rzuciła go na podłogę samochodu. Kiedy Ed i policjant, wspomagani przez kilku przypadkowych przechodniów, pobiegli naprzód, czekała niemal obojętnie, gdy przepychali krzyczącego i kopiącego mężczyznę przez tłum do drzwi komisariatu.
  Dla Clary, pomyślała, stało się to, za czym tak tęskniła. Szybkim, ostrym tonem kazała ojcu zawieźć samochód do domu lekarza, a potem stała obok, gdy bandażowali rozdartą i posiniaczoną skórę na policzku i szyi Hugh. To, co reprezentował Joe Wainsworth, to, co uważała za tak cenne, zniknęło z jej umysłu, a jeśli przez kolejne tygodnie czuła się nerwowo i na wpół chora, to nie z powodu myśli o losie starego uprzężnika.
  Nagły atak z przeszłości miasta sprowadził Hugha do Clary, czyniąc z niego źródło dochodu, choć niezbyt satysfakcjonującego towarzysza dla niej, ale dla Hugha przyniósł coś zupełnie innego. Zęby mężczyzny były nadgryzione, a rozdarcia na policzkach pozostawione przez nadwyrężone palce zagoiły się, pozostawiając jedynie niewielką bliznę; ale wirus wniknął w jego żyły. Choroba myśli skaziła umysł uprzężnika, a zarodek zakażenia dostał się do krwiobiegu Hugha. Dotarł do jego oczu i uszu. Słowa, które ludzie wypowiadali bezmyślnie, słowa, które w przeszłości przelatywały obok niego niczym plewy zdmuchnięte z pszenicy podczas żniw, teraz pozostały, rozbrzmiewając w jego umyśle. W przeszłości widział, jak rosną miasta i fabryki, i bezkrytycznie akceptował słowa ludzi, że rozwój zawsze jest czymś dobrym. Teraz jego oczy spojrzały na miasta: Bidwell, Akron, Youngstown i wszystkie nowe, wspaniałe miasta rozsiane po amerykańskim Środkowym Zachodzie, tak jak w pociągu i na dworcu w Pittsburghu patrzył na kolorowe kamyki w swojej dłoni. Patrzył na miasta i pragnął, by światło i barwy grały na nich tak, jak grały na kamieniach, a kiedy to się nie działo, jego umysł, przepełniony dziwnymi, nowymi pragnieniami zrodzonymi z choroby myśli, tworzył słowa, nad którymi igrały światła. "Bogowie rozrzucili miasta po równinach" - powiedział mu umysł, siedząc w dymiącym wagonie, a fraza ta powróciła do niego później, gdy siedział w ciemności na kłodzie, z głową uniesioną w dłoniach. To była dobra fraza, a światła mogły na niej grać tak, jak grały na kolorowych kamieniach, ale w żaden sposób nie rozwiązywała problemu, jak "obejść" patent mieszkańca Iowa na urządzenie do załadunku siana.
  Hugh dotarł na farmę Butterworth dopiero o drugiej w nocy, ale kiedy tam dotarł, jego żona już nie spała i czekała na niego. Usłyszała jego ciężkie, wlokące się kroki, gdy skręcił za róg przy bramie farmy, szybko wstał z łóżka, zarzucił płaszcz na ramiona i wyszedł na werandę z widokiem na stodoły. Wzeszedł późny księżyc i podwórze skąpane było w jego blasku. Ze stodół dobiegały ciche, słodkie odgłosy zadowolonych zwierząt pasących się w żłobach przed nimi, z rzędu stodół za jedną z szop dobiegało ciche beczenie owiec, a na odległym polu cielę głośno zaryczało, a jego matka odpowiedziała.
  Gdy Hugh wyłonił się w blasku księżyca zza rogu domu, Clara zbiegła po schodach, by go powitać, wzięła go za rękę i poprowadziła obok stodół i przez most, gdzie jako dziecko wyobrażała sobie zbliżające się do niego postacie. Jej. Wyczuwając jego niepokój, obudził się w niej duch macierzyński. Był niezadowolony z życia, jakie wiódł. Rozumiała to. Tak samo było z nią. Szli alejką do ogrodzenia, gdzie między farmą a miastem daleko w dole rozciągały się tylko otwarte pola. Wyczuwając jego niepokój, Clara nie myślała ani o podróży Hugha do Pittsburgha, ani o wyzwaniach związanych z ukończeniem maszyny do budowy stogu siana. Być może, podobnie jak jej ojciec, odrzuciła wszelkie myśli o nim jako o człowieku, który będzie nadal pomagał rozwiązywać problemy mechaniczne swoich czasów. Myśli o jego przyszłych sukcesach nigdy nie znaczyły dla niej wiele, ale tego wieczoru coś się Clarze przydarzyło i chciała mu o tym opowiedzieć, by go uszczęśliwić. Ich pierwsze dziecko było dziewczynką i była pewna, że następne urodzi chłopca. "Czułam go dziś wieczorem" - powiedziała, gdy dotarli do miejsca przy płocie i zobaczyli w dole światła miasta. "Czułam go dziś wieczorem" - powtórzyła - "i och, jaki był silny! Kopał na wszystkie strony. Jestem pewna, że tym razem to chłopiec".
  Przez około dziesięć minut Clara i Hugh stali przy płocie. Choroba psychiczna, która uczyniła Hugha niezdolnym do pracy w jego wieku, zmyła wiele z jego dawnego ja i nie krępowała go obecność kobiety. Kiedy opowiedziała mu o zmaganiach osoby z innego pokolenia, pragnącej się narodzić, objął ją i przycisnął do swojego długiego ciała. Stali przez chwilę w milczeniu, po czym wrócili do domu i zasnęli. Mijając stodoły i baraki, w których spało już kilka osób, usłyszeli, jakby z przeszłości, głośne chrapanie szybko starzejącego się farmera Jima Priesta. Potem, ponad tym dźwiękiem i gwarem zwierząt w stodołach, rozległ się inny dźwięk, przenikliwy i intensywny, być może powitanie nienarodzonego Hugh McVeigha. Z jakiegoś powodu, być może ogłaszając zmianę załogi, młyny w Bidwell, zajęte nocną pracą, głośno gwizdnęły i krzyknęły. Dźwięk poniósł się pod górę i zadzwonił w uszach Hugh, gdy objął Clarę ramieniem i wszedł po schodach, a następnie przez drzwi domu.
  OceanofPDF.com
  Wiele małżeństw
  
  Po raz pierwszy opublikowana w 1923 r. i zebrała generalnie pozytywne recenzje (F. Scott Fitzgerald nazwał ją później najlepszą powieścią Andersona), powieść Wiele małżeństw przyciągnęła niepożądaną uwagę jako rozwiązły wzór niemoralności ze względu na sposób, w jaki przedstawiono nową wolność seksualną - atak ten doprowadził do niskiej sprzedaży i nadszarpnął reputację Andersona.
  Pomimo tytułu, powieść koncentruje się na jednym małżeństwie, które - jak można się domyślić - podziela wiele problemów i dylematów, z jakimi boryka się "wiele małżeństw". Narracja rozgrywa się w ciągu jednej nocy, ukazując psychologiczny wpływ decyzji jednego mężczyzny o ucieczce z małego miasteczka oraz wiążące się z nią równie restrykcyjne obyczaje społeczne i seksualne.
  OceanofPDF.com
  
  Okładka pierwszego wydania
  OceanofPDF.com
  TREŚĆ
  WYJAŚNIENIE
  PRZEDMOWA
  KSIĘGA PIERWSZA
  I
  II
  III
  IV
  W
  KSIĘGA DRUGA
  I
  II
  III
  IV
  KSIĘGA TRZECIA
  I
  II
  III
  IV
  W
  VI
  VII
  VIII
  IX
  KSIĘGA CZWARTA
  I
  II
  III
  IV
  W
  
  OceanofPDF.com
  
  Tennessee Claflin Mitchell, druga z czterech żon Andersona, z którą rozwiódł się w 1924 roku.
  OceanofPDF.com
  DO
  PAUL ROSENFELD
  OceanofPDF.com
  WYJAŚNIENIE
  
  CHCIAŁBYM udzielić czytelnikom Dial pewnego wyjaśnienia - a może nawet przeprosin.
  Chciałbym wyrazić swoją wdzięczność czasopismu za zgodę na opublikowanie tej książki.
  Muszę wyjaśnić czytelnikom Dial, że ta historia znacznie się rozwinęła od czasu, gdy ukazała się po raz pierwszy w formie odcinka. Pokusa poszerzenia mojej interpretacji tematu była nieodparta. Jeśli udało mi się w ten sposób oddać się tej pasji bez uszczerbku dla mojej historii, będę przeszczęśliwy.
  SHERWOOD ANDERSON.
  OceanofPDF.com
  PRZEDMOWA
  
  Jestem TYM JEDYNYM, który szuka miłości i udaje się do niej bezpośrednio lub tak bezpośrednio, jak to możliwe, pośród trudności współczesnego życia, człowiek może być szalony.
  Czy nie znasz tego momentu, gdy coś, co kiedyś i w nieco innych okolicznościach wydawałoby się błahostką, nagle staje się gigantycznym przedsięwzięciem?
  Jesteś w korytarzu domu. Przed tobą są zamknięte drzwi, a za nimi, na krześle przy oknie, siedzi mężczyzna lub kobieta.
  Jest późny wieczór letniego dnia, a twoim celem jest podejść do drzwi, otworzyć je i powiedzieć: "Nie będę dłużej mieszkać w tym domu. Moja walizka jest spakowana, a osoba, z którą rozmawiałem, będzie tu za godzinę. Przyszedłem tylko po to, żeby ci powiedzieć, że nie mogę już z tobą mieszkać".
  Stoisz na korytarzu, gotowa wejść do pokoju i wypowiedzieć te kilka słów. W domu panuje cisza, a ty stoisz tam długo, przestraszony, niepewny, milczący. Niejasno zdajesz sobie sprawę, że schodząc na korytarz, chodziłeś na palcach.
  Dla ciebie i osoby po drugiej stronie drzwi może być lepiej, żebyście nie mieszkali dalej w tym domu. Zgodziłbyś się z tym, gdybyście mogli rozsądnie omówić tę sprawę. Dlaczego nie możecie rozmawiać normalnie?
  Dlaczego tak trudno ci zrobić trzy kroki do drzwi? Nie masz żadnych problemów z nogami. Dlaczego twoje nogi są takie ciężkie?
  Jesteś młodym mężczyzną. Dlaczego twoje ręce trzęsą się jak u starca?
  Zawsze uważałeś się za osobę odważną. Dlaczego nagle zabrakło ci odwagi?
  Czy to zabawne lub tragiczne, że wiesz, że nie będziesz w stanie podejść do drzwi, otworzyć ich i będąc w środku, wypowiedzieć kilku słów bez obawy, że twój głos zadrży?
  Jesteś zdrowy na umyśle czy szalony? Skąd bierze się ten wir myśli w twojej głowie, wir myśli, który, gdy stoisz w miejscu, niezdecydowany, zdaje się wciągać cię coraz głębiej w otchłań bez dna?
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA PIERWSZA
  OceanofPDF.com
  I
  
  BYŁ PEWIEN MĘŻCZYZNA o nazwisku Webster, mieszkał w dwudziestopięciotysięcznym miasteczku w stanie Wisconsin. Miał żonę Mary i córkę Jane, a sam był całkiem dobrze prosperującym producentem pralek. Kiedy wydarzyło się to, o czym zamierzam napisać, miał trzydzieści siedem lub osiem lat, a jego jedyne dziecko, córka, siedemnaście. O szczegółach jego życia przed tą chwilą jakiejś rewolucji nie ma sensu mówić. Był jednak raczej cichym człowiekiem, oddanym marzeniom, które starał się stłumić, aby pracować jako producent pralek; i niewątpliwie w dziwnych momentach, gdy podróżował gdzieś pociągiem, a może w niedzielne popołudnia latem, gdy szedł sam do opustoszałego biura fabrycznego i siedział przez kilka godzin, patrząc przez okno i wzdłuż torów kolejowych, oddawał się tym marzeniom.
  Jednak przez wiele lat po cichu podążał własną drogą, wykonując swoją pracę jak każdy inny drobny producent. Czasami miewał lata prosperity, gdy pieniędzy było pod dostatkiem, a potem lata chude, gdy lokalne banki groziły zamknięciem firmy. Ale jako przemysłowiec zdołał przetrwać.
  I oto ten Webster, który niedługo miał skończyć czterdziestkę, a jego córka właśnie ukończyła tutejsze liceum. Była wczesna jesień, a on zdawał się prowadzić normalne życie, aż nagle to się stało.
  Coś w jego ciele zaczęło go trapić, jak choroba. Trudno opisać uczucie, którego doświadczył. To było tak, jakby coś się narodziło. Gdyby był kobietą, mógłby podejrzewać, że nagle zajdzie w ciążę. Siedział wtedy w swoim biurze w pracy lub spacerował ulicami swojego miasta i miał najbardziej zdumiewające wrażenie, że nie jest sobą, ale czymś nowym i zupełnie obcym. Czasami uczucie wywłaszczenia stawało się w nim tak silne, że nagle zatrzymywał się na ulicy i stawał, patrząc i nasłuchując. Na przykład stawał przed małym sklepikiem w bocznej uliczce. Dalej była pusta działka z rosnącym na niej drzewem, a pod drzewem stał stary koń roboczy.
  Gdyby koń podszedł do ogrodzenia i przemówił do niego, gdyby drzewo uniosło jedną ze swoich ciężkich, dolnych gałęzi i pocałowało go, albo gdyby szyld wiszący nad sklepem nagle zawołał: "Johnie Websterze, idź i przygotuj się na dzień przyjścia Boga" - jego życie w tamtej chwili nie wydawałoby się dziwniejsze, niż się wydawało. Nic, co mogłoby się wydarzyć w świecie zewnętrznym, w świecie tak twardych faktów, jak chodniki pod jego stopami, ubranie, które miał na sobie, lokomotywy ciągnące pociągi po torach w pobliżu jego fabryki i tramwaje dudniące po ulicach, przed którymi stał - nic z tego nie mogłoby uczynić niczego bardziej zdumiewającego niż to, co działo się w nim w tej chwili.
  Widzisz, był to mężczyzna średniego wzrostu, z lekko siwiejącymi czarnymi włosami, szerokimi ramionami, dużymi dłońmi i pełną, nieco smutną i być może zmysłową twarzą. Bardzo lubił palić papierosy. W tamtym czasie, o którym mówię, bardzo trudno mu było usiedzieć w miejscu i wykonywać swoją pracę, więc był ciągle w ruchu. Szybko wstał z krzesła w biurze fabrycznym i udał się do warsztatu. Aby to zrobić, musiał przejść przez obszerny przedsionek, w którym mieścił się dział księgowości, biurko kierownika fabryki i kolejne biurka dla trzech dziewcząt, które również wykonywały pewne prace biurowe, wysyłając broszury dotyczące pralek potencjalnym nabywcom i zwracając uwagę na inne szczegóły.
  W jego biurze siedziała sekretarka, kobieta o szerokiej twarzy, około dwudziestu czterech lat. Miała silną, dobrze zbudowaną sylwetkę, ale nie była szczególnie piękna. Natura obdarzyła ją szeroką, płaską twarzą i grubymi ustami, ale jej cera była bardzo jasna, a oczy bardzo czyste i piękne.
  Od czasu, gdy John Webster został producentem, tysiąc razy szedł ze swojego biura do siedziby fabryki, przez drzwi i promenadą do samej fabryki, ale nie tak, jak szedł teraz.
  Cóż, nagle odkrył, że wkracza w nowy świat; to był fakt niezaprzeczalny. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. "Może z jakiegoś powodu trochę wariuję" - pomyślał. Ta myśl go nie zaniepokoiła. Była wręcz przyjemna. "Lubię siebie takiego, jaki jestem teraz" - podsumował.
  Miał właśnie opuścić swój mały wewnętrzny gabinet i udać się do większego, a potem do fabryki, ale zatrzymał się w drzwiach. Kobieta, która pracowała z nim w pokoju, nazywała się Natalie Schwartz. Była córką niemieckiego właściciela salonu, który poślubił Irlandkę, a następnie zmarł nie zostawiając majątku. Pamiętał, jak słyszał o niej i jej życiu. Mieli dwie córki, a matka miała odrażającą osobowość i była wciągnięta w alkoholizm. Starsza córka została nauczycielką w szkole miejskiej, a Natalie nauczyła się stenografii i poszła do pracy w biurze fabrycznym. Mieszkali w małym drewnianym domu na obrzeżach miasta, a czasami stara matka upijała się i znęcała nad dwiema córkami. Były grzeczne i ciężko pracowały, ale stara matka oskarżała je o wszelkiego rodzaju niemoralność w filiżankach z herbatą. Wszyscy sąsiedzi żałowali ich.
  John Webster stał przy drzwiach, trzymając klamkę w dłoni. Wpatrywał się w Natalie, ale o dziwo, nie czuł ani krzty zażenowania, ona też nie. Porządkowała jakieś papiery, ale przerwała pracę i spojrzała mu prosto w oczy. To było dziwne uczucie - móc spojrzeć komuś prosto w oczy. Jakby Natalie była domem, a on patrzył przez okno. Sama Natalie mieszkała w domu, który był jej ciałem. Jaką cichą, silną, słodką osobą była i jakie to dziwne, że mógł siedzieć obok niej codziennie przez dwa, trzy lata, ani razu nie myśląc o tym, żeby zajrzeć do jej domu. "Ile jeszcze domów do mnie nie zajrzało?" - pomyślał.
  Dziwny, gwałtowny krąg myśli wirował w jego głowie, gdy stał tam, bezwstydny, patrząc Natalie w oczy. Jak schludnie prowadziła dom. Stara irlandzka matka mogła krzyczeć i wściekać się w filiżankach, nazywając córkę dziwką, jak to czasami robiła, ale jej słowa nie docierały do domu Natalie. Drobne myśli Johna Webstera przeradzały się w słowa, nie wypowiadane na głos, lecz w słowa, które brzmiały jak ciche łkanie w jego wnętrzu. "Ona jest moją ukochaną" - powiedział jeden głos. "Pójdziesz do domu Natalie" - dodał drugi. Twarz Natalie powoli pokrył rumieniec, a ona się uśmiechnęła. "Ostatnio nie czujesz się dobrze. Martwisz się czymś?" - zapytała. Nigdy wcześniej tak do niego nie mówiła. Była w tym nuta intymności. W rzeczywistości biznes pralek kwitł w tamtym czasie. Zamówienia napływały szybko, a fabryka szła pełną parą. Na koncie nie było żadnych rachunków do zapłacenia. "Ale jestem teraz bardzo zdrowy" - powiedział - "bardzo szczęśliwy i bardzo zdrowy".
  Wszedł do recepcji, a trzy pracujące tam kobiety wraz z księgowym przerwały pracę, żeby na niego spojrzeć. Ich spojrzenie zza biurek było jedynie gestem. Nie miały nic złego na myśli. Księgowy wszedł i zadał pytanie o jakiś rachunek. "Chciałbym, żebyś podzielił się ze mną swoją opinią na ten temat" - powiedział John Webster. Miał mgliste pojęcie, że pytanie dotyczyło czyjejś zdolności kredytowej. Ktoś z dalekiego miejsca zamówił dwadzieścia cztery pralki. Sprzedał je w sklepie. Pytanie brzmiało: czy zapłaci producentowi, kiedy nadejdzie czas?
  Cała struktura firmy, ta, która dotyczyła każdego mężczyzny i kobiety w Ameryce, łącznie z nim samym, była dziwna. Nie zastanawiał się nad tym zbyt wiele. Jego ojciec był właścicielem tej fabryki i zmarł. Nie chciał być producentem. Kim chciał zostać? Jego ojciec miał pewne rzeczy zwane patentami. Potem jego syn, czyli on sam, dorósł i przejął fabrykę. Ożenił się, a po pewnym czasie zmarła jego matka. Potem fabryka była jego. Wytwarzał pralki przeznaczone do usuwania brudu z ubrań i zatrudniał ludzi do ich produkcji, a także innych ludzi do ich sprzedaży. Stał w recepcji i po raz pierwszy zobaczył całe współczesne życie jako coś dziwnego, zagmatwanego.
  "To wymaga zrozumienia i mnóstwa namysłu" - powiedział na głos. Księgowy odwrócił się, by wrócić do biurka, ale zatrzymał się i obejrzał, myśląc, że ktoś do niego przemówił. Niedaleko miejsca, w którym stał John Webster, kobieta doręczała notatki. Spojrzała w górę i nagle się uśmiechnęła, a on polubił ten uśmiech. "Jest sposób - coś się dzieje - ludzie nagle i niespodziewanie zbliżają się do siebie" - pomyślał i wyszedł przez drzwi, idąc wzdłuż tablicy w kierunku fabryki.
  Fabrykę wypełniały dźwięki śpiewu i słodki zapach. Wszędzie leżały ogromne stosy pociętego drewna, a do tego dochodziły śpiewne dźwięki pił tnących drewno na wymagane długości i kształty, potrzebne do produkcji podzespołów do pralek. Przed bramami fabryki stały trzy ciężarówki załadowane drewnem, a robotnicy rozładowywali je i transportowali po czymś w rodzaju pasa startowego do budynku.
  John Webster czuł się bardzo żywy. Drewno niewątpliwie przybywało do jego tartaku z daleka. To był dziwny i interesujący fakt. Za czasów jego ojca Wisconsin tętniło lasami, ale teraz lasy zostały w dużej mierze wykarczowane, a drewno sprowadzano z Południa. Gdzieś, skąd pochodziło drewno wyładowywane teraz pod bramami jego fabryki, były lasy i rzeki, a ludzie szli do lasów i wycinali drzewa.
  Od lat nie czuł się tak żywy, jak w tamtej chwili, stojąc w drzwiach fabryki i obserwując robotników ciągnących deski z maszyny po pasie startowym do budynku. Cóż za spokojna, cicha scena! Świeciło słońce, a deski były jasnożółte. Emanował z nich osobliwy aromat. Jego własny umysł również był cudowny. W tej chwili widział nie tylko maszyny i rozładowujących je ludzi, ale także ziemię, z której deski pochodziły. Daleko na południu znajdowało się miejsce, gdzie wody niskiej, bagnistej rzeki wezbrały do tego stopnia, że rzeka osiągnęła szerokość dwóch lub trzech mil. Była wiosna i była powódź. W każdym razie w wyimaginowanej scenie wiele drzew było zanurzonych, a czarnoskórzy mężczyźni w łodziach wynosili kłody z zalanego lasu do szerokiego, leniwego nurtu. Mężczyźni byli bardzo silni i pracując, śpiewali pieśń o Janie, uczniu i bliskim towarzyszu Jezusa. Mężczyźni nosili wysokie buty i długie kije. Ci w łodziach na rzece łowili kłody, które były wypychane zza drzew, i zbierali je, tworząc dużą tratwę. Dwóch mężczyzn wyskoczyło ze swoich łodzi i pobiegło po unoszących się kłodach, zabezpieczając je młodymi drzewami. Pozostali mężczyźni, gdzieś w lesie, kontynuowali śpiew, a ludzie na tratwie odpowiadali. Pieśń opowiadała o Janie i jego wyprawie na połów ryb w jeziorze. Chrystus przyszedł, aby wezwać go i jego braci z łodzi, aby przeszli przez gorącą i zakurzoną krainę Galilei, "podążając śladami Pana". Wkrótce śpiew ucichł i zapanowała cisza.
  Jak silne i rytmiczne były ciała robotników! Ich ciała kołysały się w przód i w tył podczas pracy. W ich ciałach panował rodzaj tańca.
  Teraz, w dziwnym świecie Johna Webstera, wydarzyły się dwie rzeczy. Kobieta, złocistobrązowa, płynęła rzeką w łodzi, a wszyscy robotnicy przerwali pracę i stali, patrząc na nią. Miała gołą głowę i gdy pchała łódź naprzód przez leniwą wodę, jej młode ciało kołysało się na boki, tak jak robotnicy trzymali kłody. Gorące słońce prażyło ciemnoskórą dziewczynę, odsłaniając jej szyję i ramiona. Jeden z mężczyzn na tratwie zawołał do niej: "Witaj, Elizabeth!" - krzyknął. Przestała wiosłować i pozwoliła łodzi na chwilę dryfować.
  "Witaj, chiński chłopcze" - odpowiedziała ze śmiechem.
  Znów zaczęła energicznie wiosłować. Zza drzew na brzegu rzeki, zanurzonych w żółtej wodzie, wyłonił się pień drzewa, a na nim stał młody Murzyn. Z kijem w ręku energicznie odepchnął jedno z drzew, a pień szybko potoczył się w kierunku tratwy, gdzie czekało dwóch innych mężczyzn.
  Słońce oświetlało szyję i ramiona ciemnoskórej dziewczyny w łódce. Ruchy jej dłoni odbijały tańczące światła na jej skórze. Jej skóra była brązowa, złocisto-miedziano-brązowa. Jej łódź zniknęła za zakrętem rzeki. Przez chwilę panowała cisza, a potem głos z drzew zaczął grać nową pieśń, do której dołączyli inni czarnoskórzy:
  
  "Niewierny Tomaszu, niewierny Tomaszu,
  Jeżeli wątpisz w Tomasza, nie wątp już dłużej.
  A zanim zostanę niewolnikiem,
  Chciałbym zostać pochowany w grobie,
  I wróć do domu, do mojego ojca i bądź zbawiony."
  
  John Webster stał, mrużąc oczy, obserwując mężczyzn rozładowujących drewno przed drzwiami jego fabryki. Ciche głosy w jego wnętrzu przekazywały dziwne, radosne myśli. Nie można było być po prostu producentem pralek w miasteczku w Wisconsin. Wbrew sobie, w pewnych momentach człowiek stawał się kimś innym. Człowiek stawał się częścią czegoś tak ogromnego jak ziemia, na której żył. Przeszedł samotnie przez sklepik małego miasteczka. Sklep znajdował się w ciemnym miejscu, obok torów kolejowych i płytkiego strumienia, ale jednocześnie był częścią czegoś ogromnego, czego nikt jeszcze nie zaczął rozumieć. On sam był mężczyzną stojącym wysoko, ubranym w zwyczajne ubrania, ale pod ubraniem, pod ciałem, było coś - cóż, może nie ogromne samo w sobie, ale niejasno, nieskończenie połączone z czymś ogromnym. Dziwne, że nigdy wcześniej o tym nie pomyślał. Czy w ogóle o tym pomyślał? Przed nim stali mężczyźni rozładowujący kłody. Dotykali ich dłońmi. Między nimi a czarnymi mężczyznami, którzy ścinali kłody i spławiali je rzeką do tartaku gdzieś na dalekim południu, nawiązał się swego rodzaju sojusz. Chodzili całymi dniami, każdego dnia dotykając rzeczy, których dotykali inni. Było w tym coś upragnionego - świadomość tego, czego dotknięto. Świadomość znaczenia rzeczy i ludzi.
  
  "A zanim zostanę niewolnikiem,
  Chciałbym zostać pochowany w grobie,
  I wróć do domu, do mojego ojca i bądź zbawiony."
  
  Wszedł przez drzwi do swojego warsztatu. Nieopodal mężczyzna piłował deski na maszynie. Części dobrane do jego pralki z pewnością nie zawsze były najlepsze. Niektóre szybko się psuły. Umieszczano je w części pralki, gdzie nie miało to znaczenia, gdzie nie były widoczne. Maszyny musiały być sprzedawane po niskiej cenie. Poczuł się trochę zawstydzony, a potem się roześmiał. Łatwo było dać się wciągnąć w błahostki, kiedy powinno się myśleć o wielkich, bogatych rzeczach. Był dzieckiem i musiał nauczyć się chodzić. Czego musiał się nauczyć? Chodzić, wąchać, smakować, może nawet dotykać. Najpierw musiał dowiedzieć się, kto jeszcze istnieje na świecie oprócz niego samego. Musiał się trochę rozejrzeć. Łatwo było myśleć, że pralki powinny być wypełnione lepszymi deskami, które kupowały biedne kobiety, ale łatwo można było ulec zepsuciu, oddając się takim myślom. Istniało niebezpieczeństwo pewnego rodzaju samozadowolenia, jakie wiązało się z myślą o wkładaniu do pralek tylko dobrych desek. Znał takie osoby i zawsze czuł do nich pewną pogardę.
  Przeszedł przez fabrykę, mijając rzędy mężczyzn i chłopców stojących przy pracujących maszynach, montujących różne części pralek, składających je z powrotem, malujących i pakujących do wysyłki. Górna część budynku służyła jako magazyn materiałów. Przeszedł przez stosy pociętego drewna do okna z widokiem na płytki, teraz na wpół wyschnięty strumień, na którego brzegu stała fabryka. W całej fabryce wisiały znaki zakazu palenia, ale zapomniał o tym, więc wyciągnął z kieszeni papierosa i zapalił.
  W jego wnętrzu panował rytm myśli, w jakiś sposób powiązany z rytmem ciał czarnoskórych ludzi pracujących w lesie jego wyobraźni. Stał przed drzwiami swojej fabryki w małym miasteczku w Wisconsin, ale jednocześnie znajdował się na Południu, gdzie kilku czarnoskórych pracowało na rzece, a jednocześnie z kilkoma rybakami na brzegu morza. Był na Galileo, gdy jakiś mężczyzna wyszedł na brzeg i zaczął mówić dziwne słowa. "Muszę być więcej niż jeden ze mnie" - pomyślał niejasno, a gdy jego umysł sformułował tę myśl, poczuł się, jakby coś się w nim wydarzyło. Kilka minut wcześniej, stojąc w biurze w obecności Natalie Schwartz, myślał o jej ciele jako o domu, w którym mieszkała. To również była pouczająca myśl. Dlaczego w takim domu nie mogło mieszkać więcej niż jedna osoba?
  Gdyby ta idea rozprzestrzeniła się za granicę, wiele stałoby się jaśniejsze. Niewątpliwie wielu innych miało ten sam pomysł, ale być może nie wyrazili go wystarczająco jasno. Sam uczęszczał do szkoły w swoim rodzinnym mieście, a następnie studiował na Uniwersytecie Madison. Z czasem przeczytał sporo książek. Przez pewien czas myślał o zostaniu pisarzem.
  I bez wątpienia wielu autorów tych książek miało myśli podobne do jego. Na kartach niektórych z nich można było znaleźć rodzaj azylu od zgiełku i pośpiechu codziennego życia. Być może, pisząc, czuli, tak jak on teraz, inspirację i entuzjazm.
  Zaciągnął się papierosem i spojrzał na rzekę. Jego fabryka znajdowała się na obrzeżach miasta, a za rzeką rozciągały się pola. Wszyscy, tak jak on, stali na wspólnym gruncie. W całej Ameryce, a właściwie na całym świecie, mężczyźni i kobiety zachowywali się na zewnątrz tak jak on. Jedli, spali, pracowali, kochali się.
  Zmęczył się trochę myśleniem i potarł czoło dłonią. Papieros się wypalił, więc rzucił go na podłogę i zapalił kolejnego. Mężczyźni i kobiety próbowali penetrować swoje ciała, momentami wręcz szaleńczo pragnąc tego. To się nazywało kochaniem. Zastanawiał się, czy nadejdzie czas, kiedy mężczyźni i kobiety będą to robić całkowicie swobodnie. Trudno było mu uporządkować tak splątaną sieć myśli.
  Jedno było pewne: nigdy wcześniej nie był w takim stanie. Cóż, to nieprawda. Był taki czas. To było, kiedy się ożenił. Czuł się wtedy tak samo jak teraz, ale coś się wydarzyło.
  Zaczął myśleć o Natalie Schwartz. Było w niej coś czystego i niewinnego. Być może, nie zdając sobie z tego sprawy, zakochał się w niej, córce karczmarza i pijanej staruszce Irlandce. Gdyby tak się stało, wiele by to wyjaśniło.
  Zauważył mężczyznę stojącego obok niego i odwrócił się. Kilka kroków dalej stał robotnik w kombinezonie. Uśmiechnął się. "Chyba o czymś zapomniałeś" - powiedział. John Webster też się uśmiechnął. "No tak" - odparł - "o wielu rzeczach. Mam prawie czterdzieści lat i chyba zapomniałem, jak żyć. A ty?"
  Robotnik znów się uśmiechnął. "Mam na myśli papierosy" - powiedział, wskazując na tlący się, dymiący koniec papierosa leżącego na podłodze. John Webster postawił na nim stopę, a potem, upuszczając kolejnego papierosa na podłogę, nadepnął na niego. On i robotnik stali, patrząc na siebie, tak jak ostatnio patrzył na Natalie Schwartz. "Ciekawe, czy ja też mogę wejść do jego domu" - pomyślał. "No cóż, dziękuję. Zapomniałem. Myślami byłem gdzie indziej" - powiedział na głos. Robotnik skinął głową. "Sam też czasami tak mam" - wyjaśnił.
  Zdziwiony właściciel fabryki opuścił pokój na piętrze i poszedł bocznicą kolejową prowadzącą do jego sklepu, do głównych torów, którymi podążał w kierunku bardziej zaludnionej części miasta. "Musi być prawie południe" - pomyślał. Zwykle jadał lunch gdzieś w pobliżu fabryki, a pracownicy przynosili mu lunch w torbach i blaszanych wiaderkach. Pomyślał, że teraz pójdzie do domu. Nikt się go nie spodziewał, ale pomyślał, że chciałby zobaczyć żonę i córkę. Po torach pędził pociąg pasażerski i choć gwizd zabrzmiał szaleńczo, nie zwrócił na to uwagi. Nagle, gdy miał go dogonić, młody Murzyn, być może włóczęga, a przynajmniej Murzyn w łachmanach, który również szedł wzdłuż torów, podbiegł do niego i chwytając go za płaszcz, gwałtownie szarpnął na bok. Pociąg przejechał, a on stał i patrzył. On i młody Murzyn również spojrzeli sobie w oczy. Włożył rękę do kieszeni, instynktownie czując, że powinien zapłacić temu człowiekowi za przysługę, jaką mu wyświadczył.
  A potem dreszcz przebiegł mu przez ciało. Był bardzo zmęczony. "Myślami byłem gdzie indziej" - powiedział. "Tak, szefie. Sam czasami tak mam" - odparł młody czarnoskóry mężczyzna, uśmiechając się i odchodząc wzdłuż torów.
  OceanofPDF.com
  II
  
  JOHN WEBSTER jechał do domu tramwajem. Było wpół do dwunastej, kiedy dotarł na miejsce i, jak się spodziewał, nikt się go nie spodziewał. Za jego domem, dość zwyczajnie wyglądającą konstrukcją szkieletową, znajdował się mały ogródek z dwiema jabłoniami. Obszedł dom dookoła i zobaczył swoją córkę, Jane Webster, leżącą w hamaku zawieszonym między drzewami. Pod jednym z drzew, obok hamaka, stał stary bujany fotel, a on podszedł i usiadł w nim. Córka była zaskoczona, że wpadł na nią w ten sposób po południu, kiedy tak rzadko go widywano. "No, cześć, tato" - powiedziała ospale, siadając i rzucając książkę, którą czytała, na trawę u jego stóp. "Coś się stało?" - zapytała. Pokręcił głową.
  Podniósł książkę i zaczął czytać, a jej głowa opadła na poduszkę w hamaku. Była to współczesna powieść z tamtego okresu, której akcja rozgrywała się w starym Nowym Orleanie. Przeczytał kilka stron. Z pewnością poruszała duszę, pozwalała oderwać się od szarości życia. Młody mężczyzna w płaszczu narzuconym na ramiona szedł w ciemności ulicą. Księżyc świecił nad głową. Kwitnące magnolie wypełniały powietrze swoim zapachem. Młody mężczyzna był bardzo przystojny. Akcja powieści rozgrywała się przed wojną secesyjną, a on sam posiadał wielu niewolników.
  John Webster zamknął książkę. Nie musiał jej czytać. Kiedy był jeszcze młody, sam czytywał takie książki. Drażniły go, sprawiając, że szarość codziennego życia stawała się mniej przerażająca.
  Dziwna myśl: codzienność powinna być nudna. Jasne, ostatnie dwadzieścia lat jego życia było nudne, ale tego poranka życie było inne. Czuł, że nigdy wcześniej nie doświadczył takiego poranka.
  W hamaku znajdowała się jeszcze jedna książka, wziął ją i przeczytał kilka linijek:
  
  "Widzisz" - powiedział spokojnie Wilberforce - "wkrótce wracam do RPA. Nie planuję nawet wiązać swojego losu z Wirginią".
  W proteście wybuchła niechęć, a Malloy podszedł i położył dłoń na ramieniu Johna. Potem Malloy spojrzał na córkę. Tak jak się obawiał, jej wzrok spoczął na Charlesie Wilberforce'ie. Kiedy przywiózł ją tego wieczoru do Richmond, pomyślał, że wygląda cudownie i radośnie. I tak było, bo czekała ją perspektywa ponownego spotkania z Charlesem za sześć tygodni. Teraz była martwa i blada jak świeca, której płomień rozpalił się.
  
  John Webster spojrzał na swoją córkę. Siedząc, mógł spojrzeć jej prosto w twarz.
  "Blada jak świeca, której nigdy nie zapalono, co? Cóż za osobliwe określenie". Cóż, jego własna córka Jane nie była blada. Była krzepkim młodym mężczyzną. "Świeca, której nigdy nie zapalono" - pomyślał.
  To był dziwny i przerażający fakt, ale prawda była taka, że nigdy tak naprawdę nie myślał o swojej córce, a jednak była, praktycznie kobietą. Nie było wątpliwości, że już miała kobiece ciało. Funkcje kobiecości wciąż w niej drzemały. Siedział, patrząc jej prosto w oczy. Jeszcze przed chwilą był bardzo zmęczony; teraz to znużenie całkowicie zniknęło. "Może już urodziła dziecko" - pomyślał. Jej ciało było przygotowane do porodu, urosło i rozwinęło się do tego momentu. Jak niedojrzała była jej twarz. Jej usta były piękne, ale było w nich coś pustego. "Jej twarz jest jak pusta kartka papieru, na której nic nie zostało zapisane".
  Jej błądzące oczy spotkały się z jego. To było dziwne. Ogarnęło je coś w rodzaju strachu. Szybko usiadła. "Co się stało, tato?" zapytała ostro. Uśmiechnął się. "W porządku" - powiedział, odwracając wzrok. "Myślałem, że wracam do domu na lunch. Czy coś w tym złego?"
  
  Jego żona, Mary Webster, podeszła do tylnych drzwi domu i zawołała córkę. Na widok męża uniosła brwi. "To zaskakujące. Co cię sprowadza o tej porze?" - zapytała.
  Weszli do domu i przeszli korytarzem do jadalni, ale nie było tam dla niego miejsca. Miał wrażenie, że oboje uważają, że jego obecność w domu o tej porze dnia jest czymś niestosownym, wręcz niemoralnym. To było nieoczekiwane, a nieoczekiwanie miało wątpliwe konotacje. Doszedł do wniosku, że lepiej będzie, jeśli to wyjaśni. "Boli mnie głowa i pomyślałem, że wrócę do domu i położę się na godzinkę" - powiedział. Poczuł, jak odetchnęli z ulgą, jakby zdjął im ciężar z duszy, i uśmiechnął się na tę myśl. "Czy mogę dostać filiżankę herbaty? Czy to będzie zbyt duży kłopot?" - zapytał.
  Podczas gdy przynoszono herbatę, udawał, że patrzy przez okno, ale ukradkiem przyglądał się twarzy żony. Była jak jej córka. Jej twarz była pozbawiona wyrazu. Jej ciało robiło się coraz cięższe.
  Kiedy się z nią ożenił, była wysoką, szczupłą dziewczyną o żółtych włosach. Teraz sprawiała wrażenie kogoś, kto urósł bez celu, "jak tuczone bydło na rzeź" - pomyślał. Nikt nie czuł kości i mięśni jej ciała. Jej żółte włosy, które w młodości dziwnie lśniły w słońcu, teraz były zupełnie bezbarwne. Wyglądały na martwe u nasady, a jej twarz była niczym fałdy zupełnie bezsensownego ciała, między którymi wiły się strużki zmarszczek.
  "Jej twarz jest pusta, nietknięta palcem życia" - pomyślał. "Jest wysoką wieżą bez fundamentów, która wkrótce się zawali". W stanie, w jakim się teraz znajdował, było coś bardzo przyjemnego, a jednocześnie przerażającego. W słowach, które wypowiadał lub myślał, tkwiła poetycka moc. W jego umyśle uformował się zbiór słów, a słowa te miały moc i znaczenie. Usiadł i bawił się uchem filiżanki. Nagle ogarnęło go przemożne pragnienie zobaczenia własnego ciała. Wstał i, przepraszając, wyszedł z pokoju i wszedł po schodach. Żona zawołała go: "Jane i ja wyjeżdżamy z miasta. Czy mogę coś dla ciebie zrobić, zanim odejdziemy?"
  Zatrzymał się na schodach, ale nie odpowiedział od razu. Jej głos był jak jej twarz, trochę mięsisty i ciężki. Jakże dziwne było dla niego, zwykłego producenta pralek z małego miasteczka w Wisconsin, myśleć w ten sposób, zauważać wszystkie drobne szczegóły życia. Uciekł się do podstępu, chcąc usłyszeć głos córki. "Wzywałaś mnie, Jane?" zapytał. Córka odebrała, wyjaśniając, że to jej matka mówiła i powtarzała to, co powiedziała. Powiedział, że nie potrzebuje niczego więcej, jak tylko położyć się na godzinę i poszedł na górę do swojego pokoju. Głos jego córki, podobnie jak matki, zdawał się dokładnie ją reprezentować. Był młody i czysty, ale nie miał żadnego rezonansu. Zamknął drzwi do swojego pokoju i przekręcił klucz. Potem zaczął się rozbierać.
  Teraz nie był ani trochę zmęczony. "Na pewno trochę zwariowałem. Osoba przy zdrowych zmysłach nie zauważyłaby każdej drobnostki, tak jak ja to dzisiaj zrobiłem" - pomyślał. Śpiewał cicho, pragnąc usłyszeć własny głos, porównać go z głosami żony i córki. Nucił słowa mrocznej pieśni, która krążyła mu po głowie od samego rana:
  "A zanim zostanę niewolnikiem,
  Chciałbym zostać pochowany w grobie,
  I wróć do domu, do mojego ojca i bądź zbawiony."
  
  Uważał, że jego głos jest w porządku. Słowa płynęły z jego gardła wyraźnie i one również miały pewien rezonans. "Gdybym spróbował śpiewać wczoraj, nie brzmiałoby to tak" - podsumował. Głosy w jego umyśle grały. Było w nim coś rozbawionego. Powróciła myśl, która przyszła mu do głowy tego ranka, gdy spojrzał w oczy Natalie Schwartz. Jego własne ciało, teraz nagie, było domem. Podszedł, stanął przed lustrem i przyjrzał się sobie. Na zewnątrz jego ciało było wciąż szczupłe i zdrowe. "Chyba wiem, przez co przechodzę" - podsumował. "To takie porządki. Mój dom stoi pusty od dwudziestu lat. Na ścianach i meblach osiadł kurz. Teraz, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, drzwi i okna się otworzyły. Muszę umyć ściany i podłogi, dopilnować, żeby wszystko było ładne i czyste, jak w domu Natalie. Potem zaproszę gości". Przesunął dłońmi po swoim nagim ciele, klatce piersiowej, ramionach i nogach. Coś w nim się zaśmiało.
  Poszedł i rzucił się nago na łóżko. Na najwyższym piętrze domu były cztery sypialnie. Jego własna znajdowała się w kącie, a drzwi prowadziły do pokojów żony i córki. Kiedy po raz pierwszy ożenił się z żoną, spali razem, ale po narodzinach dziecka zrezygnowali i nigdy więcej tego nie zrobili. Od czasu do czasu chodził do żony w nocy. Pragnęła go, dała mu jasno do zrozumienia, po kobiecemu, że go pragnie, a on odszedł, nie z radością ani niecierpliwie, ale dlatego, że był mężczyzną, a ona kobietą, i tak się stało. Ta myśl trochę go zmęczyła. "Cóż, to się nie zdarzyło od kilku tygodni". Nie chciał o tym myśleć.
  Miał konia i powóz, trzymane w stajniach, i właśnie podjeżdżały pod drzwi jego domu. Usłyszał zamykanie drzwi wejściowych. Żona i córka wyjeżdżały na wieś. Okno jego pokoju było otwarte, a wiatr owiewał jego ciało. Sąsiad miał ogród i uprawiał kwiaty. Powietrze, które wpadało, było pachnące. Wszystkie dźwięki były ciche i delikatne. Wróble ćwierkały. Duży, uskrzydlony owad podleciał do siatki zasłaniającej okno i powoli pełzł w górę. Gdzieś w oddali zadzwonił dzwonek lokomotywy. Być może na torach w pobliżu jego fabryki, gdzie Natalie siedziała teraz przy biurku. Odwrócił się i spojrzał na uskrzydlonego stwora, powoli pełznącego. Ciche głosy, które wypełniały ludzkie ciało, nie zawsze były poważne. Czasami bawiły się jak dzieci. Jeden z głosów oznajmił, że oczy owada patrzyły na niego z aprobatą. Teraz owad przemówił. "Jesteś cholernym człowiekiem, skoro spałeś tak długo" - powiedział. Odgłos lokomotywy wciąż był słyszalny, dochodził cicho z daleka. "Powiem Natalie, co powiedział ten skrzydlaty" - pomyślał, uśmiechając się do sufitu. Policzki miał zarumienione, a on spał spokojnie, z rękami za głową, jak dziecko.
  OceanofPDF.com
  III
  
  Kiedy obudził się godzinę później, początkowo był przestraszony. Rozejrzał się po pokoju, zastanawiając się, czy jest chory.
  Potem jego oczy zaczęły ogarniać meble w pokoju. Nic mu się tam nie podobało. Czy spędził dwadzieścia lat swojego życia pośród takich rzeczy? Z pewnością były w porządku. Niewiele wiedział o takich rzeczach. Niewielu mężczyzn wiedziało. Przyszła mu do głowy pewna myśl. Jak niewielu mężczyzn w Ameryce kiedykolwiek naprawdę myślało o domach, w których mieszkali, ubraniach, które nosili. Mężczyźni byli gotowi żyć długo, nie wkładając żadnego wysiłku w ozdabianie swoich ciał, w uczynienie domów, w których mieszkali, pięknymi i pełnymi znaczenia. Jego własne ubrania wisiały na krześle, na które je rzucił, wchodząc do pokoju. Za chwilę wstanie i je założy. Tysiące razy odkąd stał się dorosły, bezmyślnie ubierał swoje ciało. Ubrania zostały kupione na chybił trafił w jakimś sklepie. Kto je uszył? Co poszło w ich zrobieniu i noszeniu? Spojrzał na swoje ciało leżące na łóżku. Ubrania go otuliły, otuliły.
  W jego głowie pojawiła się myśl, która rozbrzmiewała w przestrzeniach umysłu niczym dźwięk dzwonka rozbrzmiewającego nad polami: "Nic żywego ani nieożywionego nie może być piękne, jeśli nie jest kochane".
  Wstał z łóżka, szybko się ubrał i pospiesznie opuścił pokój, zbiegając po schodach na piętro niżej. Na dole zatrzymał się. Nagle poczuł się stary i zmęczony i pomyślał, że może lepiej nie wracać do fabryki tego popołudnia. Jego obecność tam była niepotrzebna. Wszystko szło dobrze. Natalie śledziła wszystko, co się działo.
  "To świetna sprawa, jeśli ja, szanowany biznesmen z żoną i dorosłą córką, wdaję się w romans z Natalie Schwartz, córką mężczyzny, który za życia był właścicielem taniego baru, i tą okropną starą Irlandką, która jest skandalem w całym mieście i która, gdy jest pijana, gada i krzyczy tak głośno, że sąsiedzi grożą jej aresztowaniem, a są powstrzymywani są tylko dlatego, że sympatyzują z córkami.
  "Rzecz w tym, że człowiek może pracować i pracować, żeby zbudować sobie przyzwoite miejsce, a potem jeden głupi czyn może wszystko zrujnować. Muszę trochę o siebie zadbać. Pracuję zbyt ciężko. Może powinienem wziąć urlop. Nie chcę mieć kłopotów" - pomyślał. Jakże się cieszył, że pomimo tego, że był w takim stanie przez cały dzień, nie powiedział nikomu nic, co zdradziłoby jego stan.
  Stał z ręką na poręczy schodów. I tak dużo myślał przez ostatnie dwie, trzy godziny. "Nie traciłem czasu".
  Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Po ślubie i odkryciu, że jego żona jest przerażona i wiedziona namiętnością, a seks z nią sprawia jej niewielką przyjemność, nabrał zwyczaju wyruszania na sekretne wyprawy. Wyjazd był dość łatwy. Powiedział żonie, że jedzie w podróż służbową. Potem gdzieś jechał, zazwyczaj do Chicago. Nie jechał do jednego z wielkich hoteli, ale do jakiegoś zapomnianego miejsca w bocznej uliczce.
  Zapadła noc i wyruszył na poszukiwanie kobiety. Zawsze robił to samo, co zwykle, idiotycznie. Nie pił, ale teraz wypił kilka kieliszków. Mógł od razu pójść do jakiegoś domu, gdzie powinny być kobiety, ale tak naprawdę chciał czegoś innego. Godzinami włóczył się po ulicach.
  Był sen. Na próżno mieli nadzieję, że podczas wędrówki gdzieś znajdą kobietę, która jakimś cudem obdarzy ich miłością bezinteresowną i bezinteresowną. Zazwyczaj wędrowali ulicami w ciemnych, słabo oświetlonych miejscach, gdzie stały fabryki, magazyny i nędzne domy. Ktoś chciał, żeby z brudu miejsca, przez które przeszli, wyłoniła się złota kobieta. To było szaleństwo i głupota, a mężczyzna wiedział o tym, ale upierał się jak szalony. Wyobrażano sobie niesamowite rozmowy. Kobieta miała wyłonić się z cienia jednego z ciemnych budynków. Ona również była samotna, "głodna, pokonana". Jeden z nich śmiało do niej podszedł i natychmiast rozpoczął rozmowę pełną dziwnych i pięknych słów. Miłość zalała ich ciała.
  Cóż, może to była lekka przesada. Z pewnością nikt nigdy nie był na tyle głupi, by oczekiwać czegoś tak cudownego. W każdym razie mężczyzna włóczył się godzinami po ciemnych ulicach i w końcu spotykał jakąś prostytutkę. Oboje po cichu spieszyli do małego pokoju. Hmm. Zawsze pojawiało się uczucie: "Może byli tu z nią dziś wieczorem inni mężczyźni". Próbowano nawiązać rozmowę. Czy będą w stanie się rozpoznać, ta kobieta i ten mężczyzna? Kobieta miała rzeczowy wyraz twarzy. Noc jeszcze się nie skończyła, a jej praca została wykonana w nocy. Nie można było marnować zbyt wiele czasu. Z jej punktu widzenia i tak trzeba by było zmarnować dużo czasu. Często chodzili pół nocy, nie zarabiając ani grosza.
  Po tej przygodzie John Webster wrócił do domu następnego dnia, czując się bardzo rozgniewany i brudny. Mimo to, pracował lepiej w biurze i spał lepiej w nocy przez długi czas. Po pierwsze, był skupiony na pracy i nie ulegał marzeniom ani mglistym myślom. To, że ktoś inny zarządzał fabryką, było zaletą.
  Teraz stał u stóp schodów, zastanawiając się, czy może znów wyruszyć na taką przygodę. Gdyby został w domu i siedział cały dzień, każdego dnia, w obecności Natalie Schwartz, kto wie, co by się stało. Równie dobrze mógł stawić czoła faktom. Po doświadczeniu tamtego poranka, po spojrzeniu jej w oczy, tak jak on to zrobił, życie dwojga ludzi w biurze uległo zmianie. Coś nowego unosiło się w powietrzu, którym razem oddychali. Lepiej byłoby, gdyby nie wracał do biura, ale natychmiast wyszedł i wsiadł w pociąg do Chicago lub Milwaukee. Co do żony, przyszła mu do głowy myśl o czymś w rodzaju śmierci ciała. Zamknął oczy i oparł się o poręcz. W głowie miał pustkę.
  Drzwi prowadzące do jadalni otworzyły się i stanęła przed nimi kobieta. Była jedyną służącą Webstera i mieszkała w tym domu od wielu lat. Miała już ponad pięćdziesiąt lat i kiedy stanęła przed Johnem Websterem, spojrzał na nią tak, jak nie patrzył na nią od dawna. Mnóstwo myśli przemknęło mu przez głowę niczym garść kul rzuconych przez szybę.
  Kobieta stojąca przed nim była wysoka i szczupła, z twarzą pokrytą głębokimi zmarszczkami. To właśnie takie męskie wyobrażenia o kobiecym pięknie przychodziły mu na myśl. Być może Natalie Schwartz, mając pięćdziesiąt lat, wyglądałaby bardzo podobnie do tej kobiety.
  Miała na imię Catherine, a jej przybycie do Websterów dawno temu wywołało kłótnię między Johnem Websterem a jego żoną. W pobliżu fabryki Websterów doszło do wypadku kolejowego, a kobieta jechała w wagonie dziennym rozbitego pociągu ze znacznie młodszym mężczyzną, który zginął. Młody mężczyzna, pracownik banku z Indianapolis, uciekł z kobietą, która była służącą w domu jego ojca, a po jego zniknięciu z banku zniknęła duża suma pieniędzy. Zginął w wypadku, siedząc obok kobiety, a wszelki ślad po nim zaginął, dopóki ktoś z Indianapolis, zupełnie przypadkiem, nie zobaczył i nie rozpoznał Catherine na ulicach jej przybranego miasta. Pytanie brzmiało, co stało się z pieniędzmi, a Catherine została oskarżona o to, że wiedziała o tym i to zataiła.
  Pani Webster chciała ją natychmiast zwolnić i wybuchła kłótnia, z której ostatecznie zwycięsko wyszedł jej mąż. Z jakiegoś powodu włożył w to całą swoją energię i pewnej nocy, stojąc w sypialni, którą dzielili z żoną, wypowiedział tak ostre słowa, że sam był zaskoczony, jakie słowa wyszły mu z ust. "Jeśli ta kobieta opuści ten dom wbrew swojej woli, to ja też" - powiedział.
  John Webster stał teraz w korytarzu swojego domu, patrząc na kobietę, która od dawna była przyczyną ich kłótni. Widział ją, jak w milczeniu przechadzała się po domu niemal każdego dnia przez lata, odkąd to się stało, ale nie patrzył na nią tak, jak teraz. Kiedy dorośnie, Natalie Schwartz mogłaby wyglądać jak ta kobieta. Gdyby był na tyle głupi, żeby uciec z Natalie, tak jak zrobił to kiedyś ten młody mężczyzna z Indianapolis z tą kobietą, i gdyby okazało się, że katastrofa nigdy nie miała miejsca, mógłby kiedyś zamieszkać z kobietą, która teraz wyglądałaby trochę jak Catherine.
  Ta myśl go nie niepokoiła. Ogólnie rzecz biorąc, była to raczej przyjemna myśl. "Żyła, grzeszyła i cierpiała" - pomyślał. W osobowości kobiety emanowała silna, cicha godność, która odbijała się w jej ciele. Niewątpliwie, w jego własnych myślach też było trochę godności. Myśl o wyjeździe do Chicago czy Milwaukee, o przemierzaniu brudnych ulic, z tęsknotą za złotą kobietą, która wyłoni się z brudu życia, całkowicie zniknęła.
  Kobieta, Catherine, uśmiechnęła się do niego. "Nie jadłam obiadu, bo nie byłam głodna, ale teraz jestem głodna. Czy jest coś do jedzenia w domu, coś, co mogłabyś dla mnie bez większego problemu zdobyć?" - zapytał.
  Skłamała radośnie. Właśnie ugotowała sobie obiad w kuchni, ale teraz mu go zaproponowała.
  Siedział przy stole, jedząc jedzenie przygotowane przez Catherine. Słońce świeciło za domem. Było trochę po drugiej, a dzień i wieczór leżały przed nim. Dziwne było, jak Biblia, starożytne Testamenty, wciąż narzucały się jego umysłowi. Nigdy nie był wielkim czytelnikiem Biblii. Być może w prozie tej księgi była jakaś ogromna wspaniałość, która teraz odpowiadała jego własnym myślom. W czasach, gdy ludzie żyli na wzgórzach i równinach ze swoimi stadami, życie w ciele mężczyzny lub kobiety trwało długo. Mówili o ludziach, którzy żyli kilkaset lat. Być może istniało kilka sposobów obliczania długości życia. W jego przypadku, gdyby mógł przeżyć każdy dzień tak pełnią, jak przeżył ten dzień, życie dla niego byłoby wydłużone w nieskończoność.
  Catherine weszła do pokoju z większą ilością jedzenia i dzbankiem herbaty, a on podniósł wzrok i uśmiechnął się do niej. Przyszła mu do głowy kolejna myśl. "Byłoby cudownie, gdyby wszyscy, każdy żyjący mężczyzna, kobieta i dziecko, nagle, z jednomyślną chęcią, wyszli ze swoich domów, fabryk, sklepów i wyszli, powiedzmy, na wielką równinę, gdzie każdy mógłby widzieć każdego, a jeśli by to zrobili, to właśnie tam, wszyscy, w świetle dnia, gdzie każdy na świecie wiedziałby w pełni, co każdy inny na świecie robi, gdyby wszyscy popełnili, kierując się jednym wspólnym impulsem, najbardziej niewybaczalny grzech, którego byli świadomi, i jakiż to byłby wspaniały czas oczyszczenia".
  Jego umysł ogarnęła gorączka obrazów, a on jadł jedzenie, które postawiła przed nim Catherine, nie myśląc o samym akcie jedzenia. Catherine zaczęła wychodzić z pokoju, a potem, zauważając, że nie zauważył jej obecności, zatrzymała się w drzwiach kuchni i stanęła tam, patrząc na niego. Nigdy nie podejrzewał, że wie o walce, jaką dla niej stoczył tyle lat temu. Gdyby nie podjął tej walki, nie zostałaby w domu. Wieczorem oświadczył, że jeśli zostanie zmuszona do wyjścia, on też to zrobi. Drzwi do sypialni na piętrze były lekko uchylone, a ona znalazła się na korytarzu poniżej. Zebrała swoje skromne rzeczy, zwinęła je w tobołek i zamierzała gdzieś się wymknąć. Nie było sensu zostawać. Mężczyzna, którego kochała, nie żył, a teraz gazety ją ścigały i groziło jej, że jeśli nie ujawni, gdzie ukryto pieniądze, trafi do więzienia. Co do pieniędzy, nie wierzyła, że zamordowany mężczyzna wiedział o nich więcej niż ona. Niewątpliwie pieniądze zostały skradzione, a potem, ponieważ uciekł z nią, za zbrodnię obwiniono jej kochanka. Sprawa była prosta. Młody mężczyzna pracował w banku i był zaręczony z kobietą z tej samej klasy. Pewnego wieczoru, gdy on i Catherine byli sami w domu ojca, coś między nimi zaszło.
  Stojąc i patrząc, jak jej pracodawca zajada się przygotowanym przez nią posiłkiem, Catherine z dumą wspominała dawny wieczór, kiedy lekkomyślnie stała się kochanką innego mężczyzny. Przypomniała sobie walkę, jaką kiedyś zgotował jej John Webster, i z pogardą pomyślała o kobiecie, która była żoną jej pracodawcy.
  "Że taki mężczyzna ma taką kobietę" - pomyślała, przypominając sobie długą, ciężką postać pani Webster.
  Jakby wyczuwając jej myśli, mężczyzna odwrócił się ponownie i uśmiechnął do niej. "Jem jedzenie, które sama sobie przygotowała" - powiedział do siebie i szybko wstał od stołu. Wyszedł na korytarz, wziął kapelusz z wieszaka i zapalił papierosa. Potem wrócił do drzwi jadalni. Kobieta stała przy stole, patrząc na niego, a on z kolei patrzył na nią. Nie było w tym żadnego skrępowania. "Gdybym wyszedł z Natalie, a ona stałaby się taka jak Catherine, byłoby wspaniale" - pomyślał. "No, no, do widzenia" - powiedział z wahaniem i odwróciwszy się, szybko wyszedł z domu.
  Gdy John Webster szedł ulicą, świeciło słońce i wiał lekki wietrzyk, a z klonów rosnących wzdłuż ulic spadało kilka liści. Wkrótce nadejdzie mróz, a drzewa rozbłysną kolorami. Gdyby tylko można było to sobie uświadomić, czekały go wspaniałe dni. Nawet w Wisconsin można było spędzić wspaniałe dni. Lekkie ukłucie głodu, nowy rodzaj głodu, narastało w nim, gdy zatrzymał się i spojrzał na ulicę, którą szedł. Dwie godziny wcześniej, leżąc nago na łóżku we własnym domu, nawiedziły go myśli o ubraniach i domach. Była to urocza myśl, ale jednocześnie przyniosła smutek. Dlaczego tak wiele domów wzdłuż ulicy było brzydkich? Czy ludzie byli nieświadomi? Czy ktokolwiek mógł być całkowicie nieświadomy? Czy można nosić brzydkie, pospolite ubrania, żyć wiecznie w brzydkim lub pospolitym domu na pospolitej ulicy w pospolitym mieście i zawsze pozostać w ignorancji?
  Teraz myślał o rzeczach, które jego zdaniem biznesmen powinien trzymać z dala od swoich myśli. Jednak tego dnia oddał się rozważaniu każdej myśli, jaka mu przyszła do głowy. Jutro będzie inaczej. Wróci do tego, kim zawsze był (poza kilkoma chwilami słabości, kiedy był mniej więcej taki sam jak teraz): cichego, uporządkowanego człowieka, dbającego o swoje sprawy i nieskłonnego do głupoty. Będzie prowadził firmę produkującą pralki i starał się na tym skupić. Wieczorami czytał gazety i był na bieżąco z wydarzeniami dnia.
  "Nie mam okazji często grać w baseball. Zasługuję na trochę wakacji" - pomyślał ze smutkiem.
  Mężczyzna szedł ulicą przed nim, prawie dwie przecznice dalej. John Webster spotkał go kiedyś. Był profesorem na uniwersytecie w małym miasteczku i pewnego dnia, dwa lub trzy lata temu, rektor uczelni próbował zebrać pieniądze wśród lokalnych przedsiębiorców, aby pomóc uczelni przetrwać kryzys finansowy. Odbyła się kolacja, w której uczestniczyło kilku profesorów uniwersyteckich i przedstawiciele organizacji zwanej Izbą Handlową, do której należał John Webster. Mężczyzna, który teraz szedł przed nim, był na kolacji, a on i producent pralek siedzieli razem. Zastanawiał się, czy będzie mógł sobie teraz pozwolić na tę krótką znajomość - na rozmowę z tym człowiekiem. Przyszły mu do głowy dość nietypowe myśli i być może, gdyby mógł porozmawiać z kimś innym, a zwłaszcza z osobą, której życiową misją jest posiadanie i rozumienie myśli, coś by się udało.
  Między chodnikiem a jezdnią biegł wąski pas trawy, przez który John Webster. Po prostu chwycił kapelusz i przebiegł z gołą głową jakieś dwieście jardów, po czym zatrzymał się i spokojnie rozejrzał po ulicy.
  Ostatecznie wszystko było w porządku. Najwyraźniej nikt nie widział jego dziwnego występu. Na gankach domów wzdłuż ulicy nie siedział nikt. Dziękował Bogu za to.
  Przed nim profesor uniwersytecki kroczył poważnie z książką pod pachą, nieświadomy, że jest obserwowany. Widząc, że jego absurdalny występ pozostał niezauważony, John Webster roześmiał się. "Cóż, sam kiedyś studiowałem. Słyszałem wystarczająco dużo profesorów uniwersyteckich. Nie wiem, dlaczego miałbym oczekiwać czegokolwiek od kogoś takiego.
  Być może potrzebowałby jakiegoś nowego języka, żeby móc opowiedzieć o tym, co go tamtego dnia dręczyło.
  Istniał pogląd, że Natalie to dom, czysty i przyjemny w życiu, dom, do którego można wejść z radością i szczęściem. Czy on, producent pralek z Wisconsin, mógłby zatrzymać profesora uniwersyteckiego na ulicy i powiedzieć: "Chciałbym wiedzieć, panie profesorze, czy pański dom jest czysty i przyjemny w życiu, żeby ludzie mogli do niego wchodzić. A jeśli tak, to proszę mi powiedzieć, jak pan to zrobił, żeby posprzątać swój dom?"
  Pomysł był absurdalny. Sama myśl o czymś takim rozśmieszała ludzi. Potrzebne były nowe środki stylistyczne, nowy sposób patrzenia na rzeczy. Po pierwsze, ludzie musieliby być bardziej świadomi siebie niż kiedykolwiek wcześniej.
  Prawie w centrum miasta, przed kamiennym budynkiem mieszczącym jakąś instytucję publiczną, znajdował się mały park z ławkami. John Webster zatrzymał się za profesorem uniwersyteckim, podszedł i usiadł na jednej z nich. Z jego pozycji widział dwie główne ulice handlowe.
  Odnoszący sukcesy producenci pralek nie robili tego, siedząc na ławkach w parku w środku dnia, ale w tej chwili nie przejmował się tym zbytnio. Prawdę mówiąc, miejsce dla człowieka takiego jak on, właściciela fabryki zatrudniającej wielu ludzi, było przy biurku w jego własnym biurze. Wieczorem mógł pospacerować, poczytać gazety albo pójść do teatru, ale teraz, o tej porze, najważniejsze było załatwienie spraw, bycie w pracy.
  Uśmiechnął się na myśl o sobie wylegującym się na parkowej ławce niczym towarzyski włóczęga albo włóczęga. Na innych ławkach w tym małym parku siedzieli inni mężczyźni i właśnie tacy byli. Cóż, byli to faceci, którzy nigdzie się nie odnajdują, którzy nie mają pracy. Widać to było po nich. Było w nich coś ospałego i chociaż dwaj mężczyźni na sąsiedniej ławce rozmawiali ze sobą, robili to w znudzony, apatyczny sposób, który wskazywał, że tak naprawdę nie interesują ich ich słowa. Czy mężczyźni, kiedy rozmawiali, naprawdę interesowali się tym, co do siebie mówią?
  John Webster uniósł ręce nad głowę i przeciągnął się. Był bardziej świadomy siebie i swojego ciała niż od lat. "Coś się dzieje, jakby koniec długiej, surowej zimy. Wiosna nadchodzi we mnie" - pomyślał i ta myśl sprawiła mu przyjemność, niczym pieszczota dłoni ukochanej osoby.
  Przez cały dzień dręczyły go chwile znużenia, a teraz nadeszła kolejna. Był jak pociąg jadący przez górzysty teren, od czasu do czasu przejeżdżający przez tunele. W jednej chwili świat wokół niego tętnił życiem, a w następnej był po prostu nudnym, ponurym miejscem, które go przerażało. Myśl, która mu przyszła do głowy, brzmiała mniej więcej tak: "No cóż, jestem tu. Nie ma sensu zaprzeczać; przydarzyło mi się coś niezwykłego. Wczoraj byłem kimś innym. Teraz jestem kimś innym. Wokół mnie są ludzie, których zawsze znałem, tutaj, w tym mieście. Na rogu ulicy przede mną, w tym kamiennym budynku, stoi bank, w którym prowadzę działalność bankową dla mojej fabryki. Czasami nie jestem im nic winien w tej chwili, a za rok mogę być głęboko zadłużony u tej instytucji". W latach, gdy żyłem i pracowałem jako przemysłowiec, zdarzały się chwile, gdy byłem całkowicie zdany na łaskę i niełaskę ludzi, którzy teraz siedzą przy biurkach za tymi kamiennymi murami. Dlaczego mnie nie zamknęli i nie odebrali mi firmy, nie wiem. Może uznali to za niepraktyczne, a potem może uznali, że jeśli mnie tam zatrzymają, nadal będę dla nich pracował. W każdym razie, teraz nie wydaje się to mieć większego znaczenia, co zdecyduje się zrobić taka instytucja jak bank.
  "Nie da się wiedzieć, co myślą inni mężczyźni. Być może w ogóle nie myślą.
  "Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Być może całe życie tutaj, w tym mieście i wszędzie indziej, to po prostu jakieś przypadkowe zdarzenie. Różne rzeczy się dzieją. Ludzie są zafascynowani, prawda? Tak właśnie powinno być."
  Było to dla niego niezrozumiałe i wkrótce jego umysł zmęczył się dalszym rozmyślaniem na ten temat.
  Wróciliśmy do tematu ludzi i domów. Może moglibyśmy porozmawiać o tym z Natalie. Było w niej coś prostego i jasnego. "Pracuje dla mnie od trzech lat i dziwne, że wcześniej nie miałam o niej dobrego zdania. Potrafi jasno i bezpośrednio tłumaczyć. Wszystko się poprawiło, odkąd jest ze mną".
  Byłoby nad czym się zastanawiać, gdyby Natalie rozumiała, odkąd z nim była, rzeczy, które dopiero teraz zaczynały do niego docierać. Załóżmy, że od samego początku była gotowa pozwolić mu się zamknąć w sobie. Można by do tego podejść całkiem romantycznie, gdyby się nad tym zastanowić.
  Oto ona, widzicie, ta Natalie. Rano wstała z łóżka i w swoim pokoju, w małym, drewnianym domu na obrzeżach miasta, odmówiła krótką modlitwę. Potem chodziła ulicami i wzdłuż torów kolejowych do pracy i cały dzień siedziała w obecności mężczyzny.
  To była ciekawa myśl, gdyby tylko ktoś założył, powiedzmy, dla zabawy, że ona, ta Natalie, była czysta i niewinna.
  W tym przypadku nie będzie miała o sobie zbyt dobrego zdania. Kochała, to znaczy, otwierała sobie drzwi.
  W jednym z nich znajdowało się zdjęcie, na którym stała z otwartymi drzwiami. Coś nieustannie z niej wypływało i przenikało do mężczyzny, w obecności którego spędziła dzień. Nie zdawał sobie z tego sprawy i był zbyt pochłonięty swoimi błahymi sprawami, by to zauważyć.
  Ona również zaczęła się angażować w jego sprawy, uwalniając jego umysł od ciężaru drobnych i nieistotnych szczegółów, tak aby on z kolei zdał sobie sprawę z jej obecności, stojącej tam, z otwartymi drzwiami swojego ciała. W jakimż czystym, słodkim i pachnącym domu żyła! Zanim weszła do takiego domu, również musiała się oczyścić. To było oczywiste. Natalie czyniła to z modlitwą i oddaniem, z pełnym poświęceniem dla dobra drugiej osoby. Czy można w ten sposób oczyścić własny dom? Czy można być w takim samym stopniu mężczyzną, jak Natalie była kobietą? To był test.
  A co do domów, gdyby człowiek myślał o swoim ciele w ten sposób, gdzie by się to wszystko skończyło? Można pójść dalej i wyobrazić sobie swoje ciało jako miasto, miasteczko, świat.
  To również była droga do szaleństwa. Można by sobie wyobrazić ludzi nieustannie wchodzących i wychodzących. Nie byłoby już tajemnic na całym świecie. Coś jak silny wiatr przetoczyłoby się przez świat.
  "Ludzie upojeni życiem. Ludzie pijani i radośni życiem".
  Te zdania rozbrzmiewały w głowie Johna Webstera niczym dźwięk ogromnych dzwonów. Siedział tuż obok, na ławce w parku. Czy apatyczni chłopcy siedzący wokół niego na innych ławkach usłyszeli te słowa? Przez chwilę wydawało mu się, że te słowa, niczym żywe istoty, mogłyby przelecieć przez ulice jego miasta, zatrzymując ludzi w miejscu, zmuszając ich do oderwania wzroku od pracy w biurach i fabrykach.
  "Lepiej jest zwolnić tempo i nie stracić kontroli" - powiedział sobie.
  Zaczął myśleć inaczej. Za małym skrawkiem trawy i jezdnią przed nim znajdował się sklep z tacami z owocami - pomarańczami, jabłkami, grejpfrutami i gruszkami - ułożonymi na chodniku. Teraz przed drzwiami sklepu zatrzymał się wózek i wyładowywał kolejne towary. Długo i intensywnie wpatrywał się w wózek i witrynę sklepu.
  Jego myśli powędrowały w zupełnie innym kierunku. Oto on, John Webster, siedzący na ławce w parku w sercu miasteczka w Wisconsin. Była jesień i zbliżał się mróz, ale w trawie wciąż migotało nowe życie. Jakże zielona była trawa w tym małym parku! Drzewa również tętniły życiem. Wkrótce rozbłysną feerią barw, a potem na chwilę zapadną w sen. Płomienie wieczoru ogarną cały ten żywy, zielony świat, a potem nastanie zimowa noc.
  Owoce ziemi spadną przed światem zwierząt. Z ziemi, z drzew i krzewów, z mórz, jezior i rzek wyłoniły się stworzenia, które miały podtrzymywać życie zwierząt w okresie, gdy świat roślin zapadł w słodki zimowy sen.
  To też dawało do myślenia. Wszędzie wokół niego, wszyscy wokół, musieli być mężczyźni i kobiety, którzy żyli zupełnie nieświadomi takich rzeczy. Szczerze mówiąc, on sam nigdy niczego nie podejrzewał przez całe życie. Po prostu jadł , wpychał sobie jedzenie do ust. Nie czuł radości. Właściwie, niczego nie czuł ani nie smakował, ani nie wąchał. Jakże pełne wonnych, kuszących zapachów potrafi być życie!
  Musiało się zdarzyć, że gdy mężczyźni i kobiety opuszczali pola i wzgórza, by zamieszkać w miastach, gdy rozwijały się fabryki, a koleje i statki parowe zaczęły przewozić tam i z powrotem plony ziemi, w ludziach musiała narastać jakaś straszliwa ignorancja. Bez dotykania rzeczy rękami, tracili sens. To wszystko, jak sądzę.
  John Webster wspominał, że gdy był chłopcem, takie sprawy załatwiano inaczej. Mieszkał w mieście i niewiele wiedział o życiu na wsi, ale wtedy miasto i wieś były ze sobą ściślej powiązane.
  Jesienią, mniej więcej o tej porze roku, rolnicy przyjeżdżali do miasta i dostarczali zapasy do domu jego ojca. W tamtych czasach każdy miał pod domem duże piwnice, a w nich pojemniki, które trzeba było wypełnić ziemniakami, jabłkami i rzepą. Mężczyzna nauczył się pewnej sztuczki. Słomę przywożono z okolicznych pól, a dynie, kabaczki, kapustę i inne twarde warzywa owijano słomą i przechowywano w chłodnej części piwnicy. Pamiętał, jak jego matka owijała gruszki w kawałki papieru, dzięki czemu zachowały świeżość i świeżość przez wiele miesięcy.
  Co do niego samego, choć nie mieszkał na wsi, zdał sobie sprawę, że dzieje się coś doniosłego. Wozy dotarły do domu jego ojca. W soboty do drzwi wejściowych pukała kobieta z farmy, powożąca starym, siwym koniem. Przynosiła Websterom cotygodniowy zapas masła i jajek, a często i kurczaka na niedzielny obiad. Matka Johna Webstera wyszła do drzwi, by ją powitać, a dziecko podbiegło, kurczowo trzymając się spódnicy matki.
  Kobieta z farmy weszła do domu i wyprostowała się na krześle w salonie, podczas gdy opróżniano jej kosz i nabierano oliwę z kamiennego dzbana. Chłopiec stał oparty plecami o ścianę w kącie, przyglądając się jej. Nic nie zostało powiedziane. Jakież dziwne miała dłonie, tak różne od dłoni jego matki, miękkie i białe. Dłonie kobiety z farmy były brązowe, a jej kostki przypominały pokryte korą szyszki sosnowe, które czasami rosły na pniach drzew. To były dłonie, które potrafiły trzymać rzeczy, mocno je trzymać.
  Po przybyciu mieszkańców wsi i włożeniu rzeczy do pojemników w piwnicy, można było tam zejść po południu, gdy ktoś wracał ze szkoły. Na zewnątrz liście spadały z drzew, a wszystko wyglądało pusto. Chwilami robiło się trochę smutno, a nawet strasznie, ale wizyta w piwnicy działała uspokajająco. Bogaty zapach, aromatyczne, silne wonie! Ktoś wyjął jabłko z jednej ze skrzynek i zaczął je jeść. W odległym kącie stały ciemne pojemniki z dyniami i tykwami zakopanymi w słomie, a wzdłuż ścian stały szklane słoiki z owocami, które zostawiła tam jego matka. Ile tego było, jaka obfitość wszystkiego. Można było jeść bez końca i wciąż mieć dużo.
  Czasami w nocy, kiedy idziesz na górę i kładziesz się spać, myślisz o piwnicy, żonie farmera i jego ludziach. Na zewnątrz domu było ciemno i wietrznie. Wkrótce miała nadejść zima, śnieg i łyżwy. Żona farmera, dziwnymi, silnymi dłońmi, poganiała siwego konia ulicą, przy której stał dom Websterów, i za róg. Jeden stał przy oknie poniżej i patrzył, jak znika z pola widzenia. Udała się do jakiegoś tajemniczego miejsca zwanego wsią. Jak duża była ta wieś i jak daleko się znajdowała? Czy już tam dotarła? Była teraz noc i bardzo ciemno. Wiał wiatr. Czy naprawdę mogła wciąż poganiać siwego konia, trzymając lejce w swoich silnych, brązowych dłoniach?
  Chłopiec położył się na łóżku i naciągnął kołdrę. Matka weszła do pokoju, pocałowała go i wyszła, zabierając ze sobą lampę. Był bezpieczny w domu. Obok niego, w innym pokoju, spali jego ojciec i matka. Tylko wieśniaczka o silnych ramionach została sama w nocy. Poganiała siwego konia coraz dalej w ciemność, w stronę tego dziwnego miejsca, z którego wydobywały się wszystkie te dobre, przepyszne rzeczy, teraz przechowywane w piwnicy pod domem.
  OceanofPDF.com
  IV
  
  "WITAMY, panie Webster. To cudowne miejsce do marzeń. Stoję tu i patrzę na pana już od kilku minut, a pan nawet mnie nie zauważył."
  John Webster zerwał się na równe nogi. Dzień minął, a drzewa i trawę w małym parku pokryła szarość. Wieczorne słońce oświetlało sylwetkę mężczyzny stojącego przed nim i choć mężczyzna był niski i chudy, jego cień na kamiennej ścieżce był groteskowo długi. Mężczyznę najwyraźniej rozbawiła myśl o zamożnym fabrykancie śniącym tu, w parku, i zaśmiał się cicho, kołysząc lekko ciałem w przód i w tył. Cień również się kołysał. Był jak coś zawieszonego na wahadle, kołyszącego się w przód i w tył, i nawet gdy John Webster zerwał się na równe nogi, przez jego umysł przemknęło zdanie. "On bierze życie długim, powolnym, łatwym zamachem. Jak to się dzieje? On bierze życie długim, powolnym, łatwym zamachem" - powiedział jego umysł. Wydawało się to fragmentem myśli, wyrwanym znikąd, fragmentaryczną, tańczącą małą myślą.
  Mężczyzna stojący przed nim był właścicielem małego antykwariatu w bocznej uliczce, gdzie John Webster przechadzał się w drodze do swojej fabryki. Letnimi wieczorami siadał na krześle przed sklepem, komentując pogodę i wydarzenia, które miały miejsce wśród ludzi przechadzających się tam i z powrotem chodnikiem . Pewnego dnia, gdy John Webster był ze swoim bankierem, siwowłosym, dostojnym mężczyzną, poczuł się nieco zażenowany, gdy księgarz zawołał go po imieniu. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie zrobił czegoś takiego. Zażenowany producent wyjaśnił sytuację bankierowi. "Naprawdę nie znam tego człowieka" - powiedział. "Nigdy nie byłem w jego sklepie".
  W parku John Webster stanął przed małym człowieczkiem, głęboko zawstydzony. Zdradził niewinne kłamstwo. "Cały dzień bolała mnie głowa, więc po prostu usiadłem tu na chwilę" - powiedział nieśmiało. Zirytowało go, że chciał przeprosić. Mały człowieczek uśmiechnął się znacząco. "Powinieneś coś na to przynieść. To może wpędzić człowieka takiego jak ty w niezłe tarapaty" - powiedział i odszedł, a jego długi cień tańczył za nim.
  John Webster wzruszył ramionami i szybko ruszył ruchliwą ulicą handlową. Był teraz absolutnie pewien, że wie, czego chce. Nie ociągał się ani nie pozwalał, by rozproszyły go niejasne myśli, lecz ruszył szybkim krokiem. "Zajmę się swoimi myślami" - postanowił. "Pomyślę o swoim biznesie i o tym, jak go rozwijać". W zeszłym tygodniu do jego biura przyszedł reklamodawca z Chicago i powiedział mu o możliwości zareklamowania swojej pralki w najważniejszych czasopismach o zasięgu krajowym. Kosztowałoby to dużo pieniędzy, ale reklamodawca zapewnił, że mógłby podnieść cenę sprzedaży i sprzedać o wiele więcej urządzeń. Wydawało się to możliwe. To uczyniłoby firmę wielką, instytucją o zasięgu krajowym, a on sam ważną postacią w świecie przemysłu. Inni mężczyźni zdobyli podobne stanowiska dzięki sile reklamy. Dlaczego on nie miałby zrobić czegoś podobnego?
  Próbował o tym myśleć, ale jego umysł nie pracował zbyt dobrze. Miał pustkę. Chodził z wyprostowanymi ramionami, czując się dziecinnie ważny z byle powodu. Musiał uważać, bo inaczej zacznie się śmiać z samego siebie. Krył się w nim ukryty strach, że za kilka minut zacznie się śmiać z postaci Johna Webstera jako człowieka o znaczeniu narodowym w świecie przemysłu, i ten strach sprawił, że spieszył się jeszcze szybciej. Kiedy dotarł do torów kolejowych prowadzących do jego fabryki, praktycznie biegł. To było niesamowite. Ten chicagowski specjalista od reklamy potrafił używać wielkich słów, najwyraźniej bez ryzyka nagłego wybuchu śmiechu. Kiedy John Webster był młodym człowiekiem, świeżo po studiach, przeczytał mnóstwo książek i czasami myślał, że chciałby zostać pisarzem; w tamtym czasie często myślał, że nie ma do tego predyspozycji, ani nawet do bycia biznesmenem. Być może miał rację. Człowiek, który nie ma w sobie nic więcej zdrowego rozsądku niż śmiać się z samego siebie, lepiej niech nie próbuje zostać postacią o znaczeniu narodowym w świecie przemysłu, to pewne. Chciała, aby takie stanowiska z powodzeniem piastowali poważni ludzie.
  No cóż, teraz zaczął się trochę nad sobą użalać, że nie nadaje się na ważną postać w świecie przemysłu. Jakiż był dziecinny! Zaczął się strofować: "Czy ja nigdy nie dorosnę?"
  Pędząc wzdłuż torów kolejowych, próbując myśleć, starając się nie myśleć, utkwił wzrok w ziemi i coś przykuło jego uwagę. Na zachodzie, ponad odległymi wierzchołkami drzew i za płytką rzeką, na której brzegu stała jego fabryka, słońce już zachodziło, a jego promienie nagle padły na coś przypominającego kawałek szkła leżący wśród kamieni na torach kolejowych.
  Zatrzymał się biegnąc wzdłuż torów i schylił się, żeby go podnieść. To było coś, może kamień szlachetny, a może po prostu tania zabawka, którą zgubiło jakieś dziecko. Kamień miał rozmiar i kształt małej fasolki i był ciemnozielony. Kiedy słońce padło na niego, gdy trzymał go w dłoni, kolor się zmienił. W końcu mógł być cenny. "Może jakaś kobieta, jadąc pociągiem przez miasto, zgubiła go z pierścionka albo broszki, którą nosi na szyi" - pomyślał, a w jego umyśle na chwilę pojawił się obraz. Obraz przedstawiał wysoką, silną blondynkę stojącą nie w pociągu, ale na wzgórzu nad rzeką. Rzeka była szeroka i, ponieważ była zima, pokryta lodem. Kobieta uniosła rękę i wskazała palcem. Na jej palcu wisiał pierścionek z małym zielonym kamieniem. Widział wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Kobieta stała na wzgórzu, oświetlona słońcem, a kamień w pierścionku był raz blady, raz ciemny, jak woda morska. Obok kobiety stał mężczyzna, dość ociężały, siwowłosy, w którym kobieta była zakochana. Kobieta mówiła coś mężczyźnie o kamieniu osadzonym w pierścionku, a John Webster słyszał te słowa bardzo wyraźnie. Jakież to dziwne słowa wypowiedziała. "Mój ojciec mi go dał i kazał nosić go z całych sił. Nazywał go "perłą życia"" - powiedziała.
  Słysząc w oddali dudnienie pociągu, John Webster zszedł z torów. W tym miejscu nad rzeką znajdował się wysoki nasyp, który pozwalał mu iść. "Nie dam się zabić pociągowi, tak jak dziś rano, kiedy uratował mnie ten młody czarnoskóry mężczyzna" - pomyślał. Spojrzał na zachód, w zachodzące słońce, a potem w dół koryta rzeki. Poziom wody w rzece był teraz niski i tylko wąski nurt płynął przez szerokie brzegi zlepionego mułu. Włożył mały zielony kamyk do kieszeni kamizelki.
  "Wiem, co zrobię" - powiedział sobie stanowczo. W głowie szybko uformował się plan. Poszedł do biura i pospiesznie przejrzał wszystkie przychodzące listy. Potem, nie patrząc na Natalie Schwartz, wstał i wyszedł. Pociąg do Chicago odjeżdżał o ósmej, a on powiedział żonie, że ma w mieście interesy i że się nimi zajmie. W życiu mężczyzna musi stawić czoła faktom, a potem działać. Pojedzie do Chicago i znajdzie sobie kobietę. Kiedy prawda wyjdzie na jaw, będzie musiał znosić zwykłe bicie. Znajdzie sobie kobietę, upije się i, jeśli będzie miał na to ochotę, będzie pijany przez kilka dni.
  Bywały chwile, kiedy trzeba było zachować się jak prawdziwy drań. On też by to zrobił. Będąc w Chicago z kobietą, którą znalazł, pisał list do swojego księgowego w fabryce i prosił go o zwolnienie Natalie Schwartz. Potem pisał do Natalie list i wysyłał jej duży czek. Wysyłał jej sześciomiesięczną pensję. Wszystko to mogło go sporo kosztować, ale i tak było lepsze niż to, co spotykało jego, zwykłego wariata.
  Jeśli chodzi o kobietę w Chicago, on ją znajdzie. Kilka drinków doda ci odwagi, a kiedy masz pieniądze, zawsze możesz znaleźć kobietę.
  Szkoda, że tak było, ale prawda była taka, że potrzeby kobiet były częścią tożsamości mężczyzny i ten fakt również można było uznać. "W końcu jestem biznesmenem, a to jest miejsce biznesmena w tym systemie rzeczy - stawić czoła faktom" - zdecydował i nagle poczuł się bardzo zdeterminowany i silny.
  Jeśli chodzi o Natalie, szczerze mówiąc, było w niej coś, czemu trudno mu było się oprzeć. "Gdyby to była tylko moja żona, wszystko byłoby inaczej, ale jest moja córka Jane. To czyste, młode, niewinne stworzenie i trzeba ją chronić. Nie mogę jej tu wpuścić z powodu tego bałaganu" - powiedział sobie, śmiało krocząc wąskim odcinkiem torów prowadzących do bram jego fabryki.
  OceanofPDF.com
  W
  
  Kiedy otworzył drzwi do małego pokoju, w którym przez trzy lata siedział i pracował obok Natalie, szybko je zamknął za sobą i stanął tyłem do drzwi, z ręką na klamce, jakby szukając oparcia. Biurko Natalie stało przy oknie w rogu pokoju, za jego własnym biurkiem, a przez okno widać było pustą przestrzeń obok bocznicy kolejowej, należącą do firmy kolejowej, ale w której on miał przywilej pracować. Układali zapas drewna. Kłody były ułożone tak, że w łagodnym wieczornym świetle żółte deski tworzyły jakby tło dla postaci Natalie.
  Słońce padało na stos drewna na opał, ostatnie, łagodne promienie zachodzącego słońca. Nad stosem drewna na opał rozpościerała się czysta, jasna plama, a Natalie wsunęła w nią głowę.
  Stało się coś zdumiewającego i pięknego. Gdy to do niego dotarło, coś w Johnie Websterze pękło. Jakże prostego, a zarazem głębokiego czynu dokonała Natalie. Stał tam, ściskając klamkę, ściskając ją, i coś, czego starał się uniknąć, stało się w nim.
  Łzy napłynęły mu do oczu. Przez całe życie nie zapomniał o tym momencie. W jednej chwili wszystko w jego wnętrzu zasnuło się mgłą i brudem, na myśl o zbliżającej się podróży do Chicago, a potem cały brud i kurz zniknęły, zmiecione niczym za sprawą nagłego cudu.
  "W każdym innym momencie to, co zrobiła Natalie, mogłoby pozostać niezauważone" - powiedział sobie później, ale fakt ten w żaden sposób nie umniejszał jego znaczenia. Wszystkie kobiety pracujące w jego biurze, a także księgowy i mężczyźni w fabryce, mieli w zwyczaju nosić ze sobą lunch, a Natalie, jak zawsze, przyniosła swój lunch tego ranka. Pamiętał, jak widział, jak weszła z nim zawiniętym w papierową torbę.
  Jej dom znajdował się daleko, na obrzeżach miasta. Żaden z jej pracowników nie przyjechał z tak daleka.
  A tego popołudnia nie jadła obiadu. Był gotowy, zapakowany, leżał na półce za jej głową.
  Oto co się wydarzyło: w południe wybiegła z biura i pobiegła do domu matki. Nie było tam wanny, ale nabrała wody ze studni i wylała ją do wspólnego koryta w szopie za domem. Potem wskoczyła do wody i umyła się od stóp do głów.
  Uczyniwszy to, poszła na górę i włożyła specjalną sukienkę, najlepszą, jaką miała, tę, którą zawsze trzymała na niedzielne wieczory i specjalne okazje. Podczas gdy się ubierała, jej stara matka, która wszędzie za nią chodziła, łajała ją i żądała wyjaśnień, stała u stóp schodów prowadzących do jej pokoju i wyzywała ją od ohydnych wyzwisk. "Ty mała dziwko, idziesz dziś wieczorem na randkę z jakimś facetem, więc szykujesz się tak, jakbyś miała wyjść za mąż. Wielka szansa dla mnie; dwie córki mają kiedyś wyjść za mąż. Jeśli masz jakieś pieniądze w kieszeni, daj mi je. Nie obchodziłoby mnie, gdybyś się tu kręciła, gdybyś kiedykolwiek miała jakieś pieniądze" - oznajmiła głośno. Poprzedniego wieczoru dostała pieniądze od jednej z córek, a rano zaopatrzyła się w butelkę whisky. Teraz dobrze się bawiła.
  Natalie ją zignorowała. Ubrana, zbiegła po schodach, przepychając się obok staruszki, i biegiem wróciła do fabryki. Pozostałe kobiety tam pracujące roześmiały się na jej widok. "Co robi Natalie?" - pytały się nawzajem.
  John Webster stał i patrzył na nią, zamyślony. Wiedział wszystko o tym, co zrobiła i dlaczego, choć nic nie widział. Teraz nie patrzyła na niego, lecz z lekko odwróconą głową wpatrywała się w stosy drewna.
  No cóż, wiedziała cały dzień, co się w nim dzieje. Rozumiała jego nagłą potrzebę zanurzenia się, więc pobiegła do domu, żeby się wykąpać i ubrać. "To byłoby jak mycie parapetów w jej domu i wieszanie świeżo upranych zasłon" - pomyślał zirytowany.
  "Zmieniłaś sukienkę, Natalie" - powiedział na głos. Po raz pierwszy nazwał ją tym imieniem. Łzy napłynęły mu do oczu, a kolana nagle zmiękły. Przeszedł, nieco chwiejnie, przez pokój i uklęknął obok niej. Potem położył głowę na jej kolanach i poczuł jej szeroką, silną dłoń we włosach i na policzku.
  Długo klęczał, oddychając głęboko. Powróciły myśli poranka. W końcu, choć o tym nie myślał. To, co działo się w jego wnętrzu, nie było tak wyraźne jak myśli. Jeśli jego ciało było domem, to teraz nadszedł czas, by go oczyścić. Tysiące małych stworzeń biegało po domu, szybko wchodząc i schodząc po schodach, otwierając okna, śmiejąc się i płacząc do siebie. Pokoje jego domu wypełniły się nowymi dźwiękami, radosnymi dźwiękami. Jego ciało drżało. Teraz, po tym, co się stało, zacznie się dla niego nowe życie. Jego ciało będzie bardziej żywe. Widział rzeczy, czuł zapachy, smakował rzeczy, jak nigdy dotąd.
  Spojrzał Natalie w twarz. Ile ona o tym wszystkim wiedziała? Cóż, z pewnością nie potrafiła tego ubrać w słowa, ale w jakiś sposób to rozumiała. Pobiegła do domu, żeby się wykąpać i ubrać. Stąd wiedział, że wie. "Jak długo byłaś na to gotowa?" - zapytał.
  "Przez rok" - powiedziała. Lekko zbladła. W pokoju zaczęło robić się ciemno.
  Wstała, ostrożnie odepchnęła go na bok, podeszła do drzwi prowadzących do recepcji i odciągnęła zasuwę, która uniemożliwiała otwarcie drzwi.
  Teraz stała tyłem do drzwi, z ręką na klamce, tak jak on stał przed chwilą. Wstał, podszedł do biurka przy oknie z widokiem na tory kolejowe i usiadł na fotelu. Pochylił się do przodu i zakrył twarz obiema dłońmi. Drżenie w jego wnętrzu nie ustawało. A jednak rozbrzmiewały ciche, radosne głosiki. Wewnętrzne oczyszczenie trwało i trwało.
  Natalie rozmawiała o sprawach biurowych. "Było kilka listów, ale odpisałam na nie i nawet odważyłam się podpisać. Nie chciałam, żeby ci dziś przeszkadzano.
  Podeszła do miejsca, w którym siedział, pochylając się do przodu nad stołem, drżąc, i uklękła obok niego. Po chwili położył dłoń na jej ramieniu.
  Hałasy z zewnątrz w biurze nie ustawały. Ktoś pisał w recepcji. W głębi biura panowała już całkowita ciemność, ale nad torami kolejowymi, jakieś dwieście lub trzysta metrów dalej, wisiała lampa. Kiedy ją zapalono, słabe światło przeniknęło do ciemnego pomieszczenia i padło na dwie zgarbione postacie. Wkrótce rozległ się gwizdek i pracownicy fabryki odeszli. W recepcji cztery osoby szykowały się do powrotu do domu.
  Kilka minut później wyszli, zamykając za sobą drzwi i również skierowali się do wyjścia. W przeciwieństwie do pracowników fabryki, wiedzieli, że te dwie kobiety nadal przebywają w wewnętrznym biurze i byli ciekawi. Jedna z trzech kobiet śmiało podeszła do okna i zajrzała do środka.
  Wróciła do pozostałych, a oni stali przez kilka minut, tworząc małą, napiętą grupę w półmroku. Potem powoli odeszli.
  Gdy grupa się rozeszła, na nasypie nad rzeką księgowy, mężczyzna po trzydziestce i najstarsza z trzech kobiet poszli w prawo wzdłuż torów, a pozostałe dwie w lewo. Księgowy i kobieta, z którą był, nie zgłosili tego, co widzieli. Przeszli razem kilkaset metrów, a potem rozdzielili się, skręcając z torów na oddzielne ulice. Kiedy księgowy został sam, zaczął się martwić o przyszłość. "Zobaczysz. Za kilka miesięcy będę musiał poszukać nowego lokum. Kiedy dzieją się takie rzeczy, interesy padają". Martwił się, że z żoną, dwójką dzieci i skromną pensją nie ma żadnych oszczędności. "Cholera, Natalie Schwartz. Założę się, że to dziwka, o to jestem gotów się założyć" - mruknął, idąc.
  Jeśli chodzi o dwie pozostałe kobiety, jedna chciała rozmawiać o dwójce ludzi klęczących w zaciemnionym biurze, a druga nie. Starsza z nich kilkakrotnie bezskutecznie próbowała nawiązać rozmowę, ale w końcu i one się rozstały. Najmłodsza z trójki, ta, która uśmiechnęła się do Johna Webstera tego ranka, gdy ten właśnie odszedł od Natalie i gdy po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że drzwi jej istoty stoją przed nim otworem, szła ulicą mijając drzwi księgarni i w górę wznoszącej się ulicy, w stronę oświetlonej dzielnicy biznesowej miasta. Nadal się uśmiechała, idąc, i to z powodu czegoś, czego nie rozumiała.
  To dlatego, że to ona była tą, która wydawała te ciche głosy, a teraz były zajęte. Jakiś zwrot, być może wzięty z Biblii, gdy była małą dziewczynką i chodziła do szkółki niedzielnej, albo z jakiejś książki, wciąż powtarzał się w jej głowie. Cóż za urocze połączenie prostych słów w codziennym użyciu. Powtarzała je w myślach i po n razach, gdy dotarła do miejsca na ulicy, gdzie nikogo nie było, wypowiadała je na głos. "I jak się okazało, w naszym domu odbył się ślub" - powiedziała.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA DRUGA
  OceanofPDF.com
  I
  
  A z tobą wolność. Pamiętaj, pokój, w którym spał John Webster, znajdował się w rogu domu, na piętrze. Jedno z jego dwóch okien wychodziło na ogród Niemca, który miał sklep w swoim mieście, ale którego prawdziwym zainteresowaniem w życiu był ogród. Pracował nad nim cały rok i gdyby John Webster był bardziej aktywny, mógłby czerpać wielką przyjemność przez lata, które spędził w tym pokoju, patrząc z góry na pracującego sąsiada. Wczesnym rankiem i późnym wieczorem zawsze można było zobaczyć Niemca palącego fajkę i kopiącego, a przez okno pokoju na piętrze wpadały rozmaite zapachy: kwaśny, lekko kwaskowaty zapach gnijących warzyw, bogaty, odurzający zapach nawozu, a potem, przez całe lato i późną jesień, wonny aromat róż i maszerujący pochód sezonowych kwiatów.
  John Webster mieszkał w swoim pokoju przez wiele lat, nigdy tak naprawdę nie zastanawiając się nad tym, jak może wyglądać pokój, pokój, w którym mieszkał człowiek, którego ściany otulały go niczym szata, gdy spał. Był to kwadratowy pokój, z jednym oknem wychodzącym na ogród Niemca, a drugim na puste ściany jego domu. Było tam troje drzwi: jedne prowadziły do korytarza, drugie do pokoju, w którym spała jego żona, a trzecie do pokoju córki.
  Mężczyzna przychodził tu nocą, zamykał drzwi i szykował się do snu. Za dwiema ścianami znajdowały się dwie kolejne osoby, również szykujące się do snu, a za ścianami domu Niemca niewątpliwie działo się to samo. Niemiec miał dwie córki i syna. Szykowali się do snu lub już poszli spać. Na końcu ulicy znajdowało się coś w rodzaju małej wioski, gdzie ludzie szykowali się do snu lub już spali.
  Przez wiele lat John Webster i jego żona nie byli sobie bliscy. Dawno temu, kiedy się z nią ożenił, odkrył również, że ma ona własną teorię życia, zaczerpniętą skądś, być może od rodziców, być może po prostu wchłoniętą z ogólnej atmosfery strachu, w której żyje i oddycha tak wiele współczesnych kobiet, jakby kurcząc się i używając jej jako broni przed zbyt bliskim kontaktem z drugą osobą. Uważała, a raczej wierzyła, że uważa, że nawet w małżeństwie mężczyzna i kobieta nie powinni być kochankami, chyba że w celu spłodzenia dzieci. To przekonanie tworzyło rodzaj ciężkiej atmosfery odpowiedzialności w stosunkach miłosnych. Człowiek nie może swobodnie wchodzić i wychodzić z ciała innej osoby, gdy wejście i wyjście wiąże się z tak wielką odpowiedzialnością. Drzwi przyczepy rdzewieją i skrzypią. "Widzisz", wyjaśniał później John Webster, "człowiek całkiem poważnie angażuje się w sprowadzenie na świat innej osoby. Oto purytanin w pełnym rozkwicie. Nadeszła noc. Z ogrodów za domami mężczyzn unosi się zapach kwiatów. Rozbrzmiewają subtelne, stłumione dźwięki, po których zapada cisza. Kwiaty w ich ogrodach zaznały ekstazy, nieskrępowane żadnym poczuciem odpowiedzialności, ale człowiek to coś innego. Przez wieki traktował siebie z niezwykłą powagą. Widzisz, rasa musi trwać. Musi się doskonalić. W tym przedsięwzięciu jest coś w rodzaju oddania Bogu i bliźnim. Nawet gdy po długich przygotowaniach, rozmowach, modlitwach i zdobyciu pewnej mądrości osiąga się rodzaj zapomnienia o sobie, jak w opanowaniu nowego języka, wciąż osiąga się coś zupełnie obcego kwiatom, drzewom i roślinom. "Życie i kontynuacja życia wśród tak zwanych niższych zwierząt".
  Jeśli chodzi o szczerych, bogobojnych ludzi, wśród których żyli wówczas John Webster i jego żona i do których zaliczali się przez tyle lat, prawdopodobieństwo osiągnięcia ekstazy jest nikłe. Zamiast tego panuje rodzaj zimnej zmysłowości, łagodzonej przez dręczące sumienie. To, że życie w ogóle może trwać w takiej atmosferze, jest jednym z cudów świata i dowodzi, jak nic innego, zimnej determinacji natury, by nie dać się ujarzmić.
  I tak przez wiele lat ten człowiek miał zwyczaj przychodzić nocą do swojej sypialni, zdejmować ubrania i wieszać je na krześle lub w szafie, a następnie wpełzać do łóżka i spać twardo. Sen był istotną częścią życia i jeśli w ogóle myślał przed pójściem spać, to o swojej pralce. Następnego dnia miał zostać opłacony rachunek w banku, a on nie miał pieniędzy, żeby go zapłacić. Myślał o tym i o tym, co mógłby powiedzieć bankierowi, żeby zachęcić go do przedłużenia rachunku. Potem pomyślał o problemach, jakie miał z brygadzistą w swojej fabryce. Mężczyzna chciał wyższej pensji i zastanawiał się, czy brygadzista odejdzie, jeśli mu jej nie da i zmusi go do znalezienia innego brygadzisty.
  Kiedy spał, spał niespokojnie, a żadne fantazje nie nawiedzały jego snów. To, co miało być słodkim czasem odnowy, przerodziło się w trudny czas, pełen zniekształconych snów.
  A potem, gdy drzwi ciała Natalie otworzyły się przed nim, zdał sobie sprawę. Po tym wieczorze spędzonym na klęczeniu razem w ciemności, trudno mu było wrócić do domu i usiąść przy stole z żoną i córką. "Cóż, nie mogę tego zrobić" - powiedział sobie i zjadł kolację w restauracji w centrum miasta. Trzymał się blisko, przechadzając się opustoszałymi ulicami, rozmawiając lub milcząc obok Natalie, a potem poszedł z nią do jej domu, daleko na obrzeżach miasta. Ludzie widzieli ich tak idących razem, a ponieważ nie było żadnego wysiłku, by się ukryć, miasto wybuchło ożywioną rozmową.
  Kiedy John Webster wrócił do domu, jego żona i córka położyły się już spać. "Jestem bardzo zajęty w sklepie. Nie spodziewaj się, że będę się często widywał przez jakiś czas" - powiedział żonie rano po tym, jak wyznał Natalie swoją miłość. Nie miał zamiaru kontynuować działalności związanej z pralką ani zakładać rodziny. Nie był pewien, co zrobi. Po pierwsze, chciał zamieszkać z Natalie. Nadszedł na to czas.
  Opowiedział o tym Natalie pierwszego wieczoru ich intymnej znajomości. Tego wieczoru, po tym jak wszyscy się rozeszli, poszli razem na spacer. Idąc ulicami, ludzie w domach zasiadali do kolacji, ale mężczyzna i kobieta nie myśleli o jedzeniu.
  Język Johna Webstera się rozwiązał i mówił dużo, podczas gdy Natalie słuchała w milczeniu. Wszyscy nieznani mu ludzie w miasteczku stali się romantycznymi postaciami w jego świadomej świadomości. Jego wyobraźnia chciała się nimi bawić i pozwolił sobie na to. Szli ulicą mieszkalną w stronę otwartej przestrzeni, a on kontynuował opowieść o ludziach w domach. "A teraz, Natalie, moja kobieto, widzisz wszystkie te domy tutaj" - powiedział, machając rękami na lewo i prawo. "No i co ty i ja wiemy o tym, co dzieje się za tymi murami?". Idąc, nadal oddychał głęboko, tak jak wtedy w biurze, kiedy przebiegł przez pokój, by uklęknąć u stóp Natalie. Ciche głosy w jego wnętrzu wciąż mówiły. Coś takiego zdarzało mu się czasami jako dziecku, ale nikt nigdy nie rozumiał dzikiej gry jego wyobraźni i z czasem doszedł do wniosku, że puszczanie jej wodzy fantazji to głupota. Potem, gdy był młody i żonaty, nastąpił nowy, gwałtowny przypływ ekstrawaganckiego życia, ale wtedy zostało ono w nim zamrożone przez strach i wulgarność zrodzoną ze strachu. Teraz grał szaleńczo. "Widzisz, Natalie" - krzyknął, zatrzymując się na chodniku, by chwycić ją za obie ręce i machać nimi dziko w przód i w tył - "widzisz, tak to właśnie wygląda. Te domy tutaj wyglądają jak zwykłe domy, takie jak te, w których mieszkamy, ale wcale takie nie są. Widzisz, zewnętrzne ściany to po prostu wystające obiekty, jak scenografia na scenie. Podmuch może zniszczyć ściany, a błysk ognia może pochłonąć je wszystkie w godzinę. Założę się, że... założę się, że myślisz, że ludzie za ścianami tych domów to zwykli ludzie. Wcale nimi nie są. Tu się mylisz, Natalie, moja kochana. Kobiety w pokojach za tymi ścianami są piękne, urocze i powinnaś po prostu wejść do tych pokoi. Są obwieszone pięknymi obrazami i gobelinami, a kobiety mają klejnoty na rękach i we włosach.
  "I tak mężczyźni i kobiety mieszkają razem w swoich domach, i nie ma dobrych ludzi, tylko piękni, i rodzą się dzieci, a ich fantazje mogą wszędzie szaleć, i nikt nie traktuje siebie zbyt poważnie ani nie myśli o wszystkim. Los życia człowieka zależy od niego samego, a ludzie wychodzą z tych domów do pracy rano i wracają wieczorem, i skąd biorą wszystkie te bogate wygody życia, jakie mają, nie pojmuję. Dzieje się tak, ponieważ gdzieś na świecie naprawdę jest taka obfitość wszystkiego i oni to odkryli, jak sądzę.
  Podczas ich pierwszego wspólnego wieczoru, on i Natalie wyszli z miasta na wiejską drogę. Przeszli około półtora kilometra, a potem skręcili w małą boczną drogę. Przy drodze rosło duże drzewo, podeszli do niego, oparli się o nie i stanęli obok siebie w milczeniu.
  Dopiero po pocałunku opowiedział Natalie o swoich planach. "W banku są trzy lub cztery tysiące dolarów, a fabryka kosztuje kolejne trzydzieści lub czterdzieści tysięcy. Nie wiem, ile to jest warte, może nic.
  "W każdym razie wezmę tysiąc dolarów i pójdę z tobą. Chyba zostawię tu jakieś akty własności mojej żonie i córce. Chyba tak będzie najlepiej."
  "Wtedy będę musiała porozmawiać z córką, sprawić, by zrozumiała, co robię i dlaczego. Cóż, nie wiem, czy ją zrozumie, ale będę musiała spróbować. Będę musiała spróbować powiedzieć coś, co utkwi jej w pamięci, aby ona z kolei nauczyła się żyć, a nie zamykać i blokować drzwi swojego bytu, tak jak ja zamknęłam swoje. Widzisz, może minąć dwa, trzy tygodnie, zanim pomyślę o tym, co chcę powiedzieć i jak to powiedzieć. Moja córka Jane nic nie wie. Jest Amerykanką z klasy średniej, a ja pomogłam jej się nią stać. Jest dziewicą i obawiam się, Natalie, że tego nie rozumiesz. Bogowie odebrali ci dziewictwo, a może to twoja stara matka, która jest pijana i cię wyzywa, co? Może to by ci pomogło. Tak bardzo pragnęłaś, żeby coś słodkiego i czystego ci się przydarzyło, coś głęboko w tobie, że chodziłaś z otwartymi drzwiami swojego bytu, co? Nie musiały być. Otworzyły się na siłę. Dziewictwo i szacunek nie trzymały ich razem zasuwkami i zamkami. Twoja matka musiała całkowicie zniszczyć wszelkie pojęcie szacunku w twojej rodzinie, co, Natalie? To najwspanialsza rzecz na świecie - kochać cię i wiedzieć, że jest w tobie coś, co sprawia, że twój kochanek nie może uznać cię za tandetną i drugorzędną. Och, moja Natalie, jesteś silną kobietą, godną miłości.
  Natalie nie odpowiedziała, być może nie rozumiejąc potoku jego słów, a John Webster zamilkł i odsunął się, aż stanął z nią twarzą w twarz. Byli mniej więcej tego samego wzrostu i gdy się zbliżył, spojrzeli sobie prosto w oczy. Położył dłonie tak, że spoczęły na jej policzkach i przez długi czas stali tam bez słowa, wpatrując się w siebie, jakby żadne z nich nie mogło się nasycić twarzą drugiego. Wkrótce wzeszedł późny księżyc, a oni instynktownie wyszli z cienia drzewa i weszli na pole. Nadal powoli posuwali się naprzód, zatrzymując się co chwila i stojąc tam, z dłońmi na jej policzkach. Jej ciało zaczęło drżeć, a z oczu popłynęły łzy. Potem położył ją na trawie. To było doświadczenie z nową kobietą w jego życiu. Po ich pierwszym zbliżeniu, gdy ich namiętność wygasła, wydała mu się jeszcze piękniejsza niż wcześniej.
  Stał w drzwiach swojego domu, była już późna noc. Powietrze w tych murach nie było szczególnie przyjemne. Kusiło go, żeby przemknąć się przez dom niezauważonym i z wdzięcznością dotarł do swojego pokoju, rozebrał się i położył spać, nie mówiąc ani słowa.
  Leżał w łóżku z otwartymi oczami, nasłuchując nocnych odgłosów dochodzących z zewnątrz. Nie były one takie proste. Zapomniał otworzyć okno. Kiedy to zrobił, rozległ się cichy szum. Pierwszy przymrozek jeszcze nie nadszedł, a noc była ciepła. W ogrodzie Niemca, w trawie na podwórku, w gałęziach drzew wzdłuż ulic i w odległej wiosce życie tętniło w obfitości.
  Może Natalie urodzi dziecko. To nie miało znaczenia. Wyjadą razem, zamieszkają razem w jakimś odległym miejscu. Teraz Natalie będzie w domu, w domu swojej matki, i ona też będzie leżeć bezsennie. Będzie głęboko oddychać nocnym powietrzem. On sam to zrobił.
  Mógł myśleć o niej, a także o ludziach w pobliżu. Obok mieszkał Niemiec. Odwracając głowę, widział niewyraźnie ściany domu Niemca. Jego sąsiad miał żonę, syna i dwie córki. Być może wszyscy teraz spali. W wyobraźni wszedł do domu sąsiada, cicho przemieszczając się z pokoju do pokoju. Obok żony spał starzec, a w innym pokoju jego syn, z nogami podkurczonymi tak, że leżał jak kłębek. Był bladym, szczupłym młodzieńcem. "Może ma niestrawność" - szepnęła wyobraźnia Johna Webstera. W innym pokoju dwie córki leżały na dwóch łóżkach ustawionych blisko siebie. Jedna z nich mogła swobodnie przechodzić między nimi. Przed snem szeptały do siebie, być może o kochanku, którego miały nadzieję kiedyś spotkać. Stał tak blisko nich, że mógł dotknąć ich policzków wyciągniętymi palcami. Zastanawiał się, dlaczego to on został kochankiem Natalie, a nie jedną z tych innych dziewcząt. "To mogło się zdarzyć. Mogłabym się zakochać w każdym z nich, gdyby otworzyli sobie drzwi, tak jak zrobiła to Natalie".
  Miłość do Natalie nie wykluczała możliwości kochania innych, być może wielu innych. "Bogaty człowiek może mieć wiele małżeństw" - pomyślał. Było jasne, że potencjał relacji międzyludzkich nie został jeszcze w pełni wykorzystany. Coś stało na przeszkodzie dostatecznie szerokiej akceptacji życia. Zanim pokochasz, musisz zaakceptować siebie i innych.
  On sam musiał teraz zaakceptować żonę i córkę, nawiązać z nimi więź na jakiś czas, zanim odejdzie z Natalie. Trudno mu było o tym myśleć. Leżał z szeroko otwartymi oczami na łóżku, próbując skierować wyobraźnię do pokoju żony. Nie mógł. Jego wyobraźnia mogła przeniknąć do pokoju córki i ujrzeć ją śpiącą w swoim łóżku, ale z żoną było inaczej. Coś w nim się cofnęło. "Nie teraz. Nie próbuj tego. To niedozwolone. Jeśli teraz znajdzie sobie kochanka, to będzie to musiał być ktoś inny" - powiedział głos w jego wnętrzu.
  "Czy ona zrobiła coś, żeby zmarnować tę szansę, czy ja?" - zapytał sam siebie, siadając na łóżku. Nie było wątpliwości, że relacje międzyludzkie zostały nadszarpnięte, zrujnowane. "To niedozwolone. Nie wolno robić bałaganu na posadzce świątyni" - powiedział surowo głos w jego wnętrzu.
  Johnowi Websterowi wydawało się, że głosy w pokoju rozmawiały tak głośno, że gdy położył się ponownie i spróbował zasnąć, był trochę zaskoczony, że nie obudziły reszty domowników.
  OceanofPDF.com
  II
  
  NIE JESTEM _ POWIETRZEM. Nowy element wniknął do powietrza domu Websterów, a także biura i fabryki Johna Webstera. Czuł w sobie wewnętrzne napięcie ze wszystkich stron. Kiedy nie był sam ani w towarzystwie Natalie, nie mógł już swobodnie oddychać. "Zrobiłeś nam traumę. Robisz nam krzywdę" - zdawali się mówić wszyscy.
  Zastanawiał się nad tym, próbował o tym myśleć. Obecność Natalie dawała mu wytchnienie każdego dnia. Kiedy siedział obok niej w biurze, oddychał swobodnie, a napięcie w nim ustępowało. Bo była prosta i bezpośrednia. Mówiła niewiele, ale jej oczy często mówiły. "W porządku. Kocham cię. Nie boję się cię kochać" - mówiły jej oczy.
  Ale on ciągle myślał o innych. Księgowy unikał patrzenia mu w oczy i odzywania się z nową, wyrafinowaną uprzejmością. Wyrobił sobie już nawyk omawiania romansu Johna Webstera i Natalie z jego żoną każdego wieczoru. Czuł się teraz niezręcznie w obecności swojej szefowej, podobnie jak dwie starsze kobiety w biurze. Gdy przechodził przez biuro, najmłodsza z trójki wciąż od czasu do czasu podnosiła wzrok i uśmiechała się do niego.
  Oczywiście, we współczesnym świecie ludzi nikt nie może niczego zdziałać w samotności. Czasami, gdy John Webster wracał późno w nocy do domu po spędzeniu kilku godzin z Natalie, zatrzymywał się i rozglądał. Ulica była pusta, w wielu domach zgasły światła. Uniósł obie ręce i spojrzał na nie. Niedawno mocno obejmowali kobietę, a ta kobieta nie była tą, z którą żył przez tyle lat, lecz nową kobietą, którą odnalazł. Jego ramiona mocno ją obejmowały, a jej ramiona obejmowały jego. Była w tym radość. Radość przepełniała ich ciała podczas długiego uścisku. Westchnęli głęboko. Czy oddech, który uleciał im z płuc, zatruł powietrze, którym inni powinni oddychać? Co do kobiety, którą nazywali jego żoną, nie chciała takiego uścisku, a nawet gdyby chciała, nie potrafiła ani przyjąć, ani dać. Przyszła mu do głowy pewna myśl. "Jeśli kochasz w świecie, w którym nie ma miłości, wystawiasz innych na grzech braku miłości" - pomyślał.
  Ulice, wzdłuż których stały domy, były ciemne. Było już po jedenastej, ale nie było potrzeby spieszyć się do domu. Kiedy położył się spać, nie mógł zasnąć. "Lepiej będzie iść jeszcze godzinę" - postanowił i kiedy dotarł do rogu prowadzącego do jego własnej ulicy, nie zawrócił, lecz szedł dalej, kierując się daleko na skraj miasta i z powrotem. Jego stopy głośno stukały o kamienne chodniki. Od czasu do czasu spotykał mężczyznę wracającego do domu, a gdy przechodzili, mężczyzna patrzył na niego ze zdziwieniem i czymś w rodzaju nieufności w oczach. Przechodził obok, a potem odwracał się, żeby spojrzeć za siebie. "Co robisz za granicą? Czemu nie jesteś w domu i nie leżysz w łóżku z żoną?" - zdawał się pytać mężczyzna.
  O czym tak naprawdę myślał ten człowiek? Czy w ciemnych domach wzdłuż ulicy kłębiło się wiele myśli, czy też ludzie wchodzili do nich po prostu, żeby jeść i spać, jak on zawsze robił to we własnym domu? W wyobraźni szybko ujrzał tłum ludzi leżących na łóżkach uniesionych wysoko w powietrze. Ściany domów oddalały się od nich.
  Rok wcześniej dom na jego ulicy stanął w płomieniach, a ściana frontowa się zawaliła. Kiedy pożar ugaszono, ktoś przeszedł ulicą, odsłaniając dwa pokoje na piętrze, w których ludzie mieszkali przez wiele lat. Wszystko było lekko zwęglone i spalone, ale poza tym nienaruszone. W każdym pokoju znajdowało się łóżko, jedno lub dwa krzesła, kwadratowy mebel z szufladami do przechowywania koszul lub sukienek oraz szafa z boku na inne ubrania.
  Dom poniżej spłonął doszczętnie, a klatka schodowa została zniszczona. Kiedy wybuchł pożar, ludzie musieli uciekać z pokoi niczym przestraszone i zaniepokojone owady. W jednym pokoju mieszkali mężczyzna i kobieta. Na podłodze leżała sukienka, na oparciu krzesła wisiały na wpół spalone spodnie, a w drugim pokoju, najwyraźniej zajmowanym przez kobietę, nie było śladu męskiego stroju. Ta scena skłoniła Johna Webstera do refleksji nad jego życiem rodzinnym. "Mogłoby tak być, gdybyśmy z żoną nie przestali sypiać razem. To mógłby być nasz pokój, a obok pokój naszej córki Jane" - pomyślał rankiem po pożarze, przechodząc obok i zatrzymując się z innymi ciekawskimi włóczęgami, by obserwować scenę na górze.
  A teraz, gdy samotnie szedł uśpionymi ulicami swojego miasta, jego wyobraźnia zdołała odrzucić każdą ścianę z każdego domu i szedł jak przez jakieś dziwne miasto umarłych. To, że jego wyobraźnia potrafiła tak rozbłysnąć, przebiegając całe ulice domów i zacierając ściany, niczym wiatr kołyszący gałęziami drzew, było dla niego nowym, żywym cudem. "Otrzymałem życiodajny dar. Przez wiele lat byłem martwy, a teraz żyję" - pomyślał. Aby dać upust wyobraźni, zszedł z chodnika i ruszył środkiem ulicy. Domy leżały przed nim w całkowitej ciszy, a późny księżyc pojawił się, tworząc czarne kałuże pod drzewami. Domy, pozbawione ścian, stały po obu jego stronach.
  W domach ludzie spali w swoich łóżkach. Wiele ciał leżało i spało blisko siebie, niemowlęta spały w kołyskach, chłopcy czasami spali po dwóch lub trzech w jednym łóżku, młode kobiety spały z rozpuszczonymi włosami.
  Podczas snu śnili. O czym śnili? Miał głębokie pragnienie, aby to, co przydarzyło się jemu i Natalie, przydarzyło się im wszystkim. W końcu, kochanie się na polu było jedynie symbolem czegoś głębszego niż prosty akt objęcia dwóch ciał i przeniesienia z jednego do drugiego ziaren życia.
  W jego sercu zapłonęła wielka nadzieja. "Nadejdzie czas, gdy miłość niczym płomień przetoczy się przez miasta i miasteczka. Zburzy mury. Zburzy brzydkie domy. Zdarje brzydkie szaty z ciał mężczyzn i kobiet. Będą odbudowywać i budować pięknie" - oznajmił na głos. Idąc i mówiąc w ten sposób, poczuł się nagle jak młody prorok, który przybył z dalekiej, obcej, czystej krainy, by odwiedzić ludzi na ulicach z błogosławieństwem swojej obecności. Zatrzymał się i, zakrywając głowę dłońmi, wybuchnął głośnym śmiechem na myśl o obrazie, który sobie wyobraził. "Pomyślałbyś, że jestem kolejnym Janem Chrzcicielem, żyjącym na pustyni, żywiącym się szarańczą i dzikim miodem, a nie producentem pralek w Wisconsin" - pomyślał. Okno jednego z domów było otwarte i usłyszał ciche głosy. "Lepiej pójdę do domu, zanim mnie zamkną za szaleństwo" - pomyślał, opuszczając drogę i skręcając na najbliższym rogu.
  W ciągu dnia w biurze nie było takich chwil wesołości. Tylko Natalie zdawała się panować nad sytuacją. "Ma silne nogi i mocne stopy. Wie, jak się bronić" - pomyślał John Webster, siedząc przy biurku i patrząc na nią.
  Nie była obojętna na to, co się z nią działo. Czasami, gdy nagle na nią spojrzał, a ona nie zdawała sobie sprawy, że patrzy, zobaczył coś, co przekonało go, że jej samotne godziny nie były już zbyt radosne. Jego oczy się zwęziły. Bez wątpienia będzie musiała stawić czoła swojemu własnemu małemu piekłu.
  Mimo to codziennie chodziła do pracy, pozornie niewzruszona. "Ta stara Irlandka, z jej temperamentem, piciem i zamiłowaniem do głośnych, malowniczych bluźnierstw, zdołała wepchnąć córkę pod ziemię" - uznał. Dobrze, że Natalie była taka zrównoważona. "Bóg jeden wie, że możemy potrzebować całej jej opanowania, zanim zakończymy nasze życie" - uznał. Kobiety miały w sobie siłę, którą mało kto rozumiał. Potrafiły znieść potknięcia. Teraz Natalie zajmowała się jego pracą i swoją własną. Kiedy przychodził list, odpisywała na niego, a kiedy trzeba było podjąć decyzję, podejmowała ją. Czasami patrzyła na niego, jakby chciała powiedzieć: "Twoja praca, sprzątanie, które i tak będziesz musiał zrobić we własnym domu, będzie trudniejsze niż cokolwiek, z czym ja będę musiała się zmierzyć. Pozwoliłeś mi teraz zająć się tymi drobnymi szczegółami naszego życia. To sprawi, że czekanie będzie łatwiejsze".
  Nigdy nie powiedziała niczego takiego, bo nie była osobą zbyt towarzyską, ale w jej oczach zawsze było coś, co pozwalało mu domyślić się, co chciała powiedzieć.
  Po tym pierwszym miłosnym zbliżeniu na polu, nie byli już kochankami, dopóki pozostali w miasteczku w Wisconsin, choć co wieczór chodzili razem na spacery. Po kolacji w domu matki, gdzie musiała przejść pod pytającym spojrzeniem siostry, nauczycielki, również milczącej kobiety, i znieść gwałtowny wybuch gniewu matki, która podeszła do drzwi i zasypała ją pytaniami, gdy szła ulicą, Natalie wróciła wzdłuż torów kolejowych i zastała Johna Webstera czekającego na nią w ciemnościach przy drzwiach biura. Potem śmiało przemaszerowali ulicami i wyszli z miasta, a gdy już znaleźli się na wiejskiej drodze, szli trzymając się za ręce, przeważnie w milczeniu.
  Z dnia na dzień, w biurze i w domu Websterów, poczucie napięcia stawało się coraz bardziej widoczne.
  Kiedy wrócił późno w nocy do domu i wślizgnął się do swojego pokoju, miał wrażenie, że zarówno żona, jak i córka leżą bezsennie, myśląc o nim, zastanawiając się nad nim, zastanawiając się, co dziwnego się stało, że nagle stał się nowym człowiekiem. Z tego, co widział w ich oczach w ciągu dnia, zdał sobie sprawę, że obie nagle go zauważyły. Nie był już tylko żywicielem rodziny, człowiekiem, który wchodził i wychodził z domu jak koń pociągowy ze stajni. Teraz, gdy leżał w łóżku, za dwiema ścianami pokoju i dwojgiem zamkniętych drzwi, obudziły się w nich głosy, ciche, przestraszone głosy. Jego umysł był przyzwyczajony do myślenia o ścianach i drzwiach. "Pewnej nocy ściany się zawalą i dwoje drzwi się otworzą. Muszę być gotowy na czas, kiedy to nastąpi" - pomyślał.
  Jego żona należała do tych osób, które w chwilach złości, bólu czy gniewu pogrążały się w otchłani ciszy. Być może całe miasto wiedziało o jego wieczornym spacerze z Natalie Schwartz. Gdyby wiadomość o tym dotarła do żony, nie powiedziałaby o tym córce. W domu panowała gęsta cisza, a córka czuła, że coś jest nie tak. Zdarzały się już takie chwile. Córka na pewno by się bała, być może po prostu bała się zmiany, czegoś, co miało się wydarzyć i zakłócić miarowy i regularny bieg dni.
  Pewnego popołudnia, dwa tygodnie po tym, jak kochał się z Natalie, poszedł w stronę centrum miasta, zamierzając wstąpić na lunch do restauracji, ale zamiast tego przeszedł prosto wzdłuż torów przez prawie milę. Potem, niepewny impulsu, który go tam przyprowadził, wrócił do biura. Natalie i wszyscy inni, z wyjątkiem najmłodszej z trzech kobiet, wyszli. Być może atmosfera w biurze stała się tak ciężka od niewypowiedzianych myśli i uczuć, że żadna z nich nie chciała tam zostać, gdy nie pracowała. Dzień był jasny i ciepły, złocistoczerwony dzień w Wisconsin na początku października.
  Wszedł do gabinetu, stał tam przez chwilę, rozglądając się niepewnie, a potem wyszedł. Młoda kobieta siedząca tam wstała. Czy zamierzała mu powiedzieć coś o swoim romansie z Natalie? On również zatrzymał się i spojrzał na nią. Była drobną kobietą o słodkich, kobiecych ustach, szarych oczach i pewnym zmęczeniu widocznym w całej jej istocie. Czego ona chciała? Czy chciała, żeby kontynuował romans z Natalie, o którym niewątpliwie wiedziała, czy też chciała, żeby przestał? "Byłoby strasznie, gdyby spróbowała o tym wspomnieć" - pomyślał i nagle, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, zdał sobie sprawę, że tego nie zrobi.
  Stali tam przez chwilę, patrząc sobie w oczy, a to spojrzenie również było jak uprawianie miłości. To było bardzo dziwne i ta chwila dała mu wiele do myślenia. W przyszłości jego życie niewątpliwie będzie wypełnione wieloma myślami. Przed nim stała kobieta, której w ogóle nie znał, i na swój sposób byli kochankami. Gdyby to nie wydarzyło się między nim a Natalie tak niedawno, gdyby nie był tym już przepełniony, coś podobnego z łatwością mogłoby się wydarzyć między nim a tą kobietą.
  W rzeczywistości oboje stali tam, patrząc na siebie, tylko przez chwilę. Potem ona usiadła, lekko zdezorientowana, a on szybko wyszedł.
  Teraz czuł w sobie jakąś radość. "Na świecie jest mnóstwo miłości. Może wyrażać się na wiele sposobów. Kobieta tam na świecie pragnie miłości i jest w niej coś pięknego i hojnego. Wie, że Natalie i ja jesteśmy zakochani, i w jakiś dziwny sposób, którego jeszcze nie rozumiem, oddała się jej, aż stała się ona dla niej niemal fizycznym doświadczeniem. W życiu jest tysiąc rzeczy, których nikt tak naprawdę nie rozumie. Miłość ma tyle gałęzi, co drzewo".
  Szedł główną ulicą miasta i skręcił w dzielnicę, której nie znał zbyt dobrze. Minął mały sklepik w pobliżu kościoła katolickiego, taki, do którego uczęszczali pobożni katolicy, w którym sprzedawano figurki Chrystusa na krzyżu: Chrystusa leżącego u stóp krzyża z krwawiącymi ranami, Matkę Boską stojącą ze skrzyżowanymi ramionami, skromnie patrzącą w dół, gromnice, świeczniki i tym podobne. Przez chwilę stał przed witryną sklepową, oglądając wystawione figurki, po czym wszedł do środka i kupił mały, oprawiony obraz Matki Boskiej, zapas żółtych świec i dwa szklane świeczniki w kształcie krzyży, z małymi złoconymi figurkami Chrystusa na krzyżu.
  Szczerze mówiąc, postać Matki Boskiej niewiele różniła się od Natalie. Czuło się w niej jakąś cichą siłę. Stała, trzymając lilię w prawej dłoni, a kciuk i palec wskazujący lewej dłoni delikatnie dotykały ogromnego serca przybitego sztyletem do jej piersi. Na sercu wisiał wieniec z pięciu czerwonych róż.
  John Webster stał przez chwilę, patrząc Dziewicy w oczy, po czym kupił swoje rzeczy i pospiesznie wyszedł ze sklepu. Następnie wsiadł do tramwaju i pojechał do domu. Żona i córka wyszły, więc poszedł na górę do swojego pokoju i schował paczki do szafy. Kiedy zszedł na dół, czekała na niego jego pokojówka, Catherine. "Czy mogę ci dziś przynieść coś do jedzenia?" - zapytała z uśmiechem.
  Nie został na kolację, ale nie przeszkadzało mu to, jeśli został poproszony. Przynajmniej pamiętała tamten dzień, kiedy stała obok niego, kiedy jadł. Cieszył się, że mógł być z nią sam na sam tego dnia. Być może ona czuła to samo i cieszyła się, że jest z nim.
  Wyszedł prosto z miasta, skręcił w wiejską drogę i wkrótce skręcił w mały las. Przez dwie godziny siedział na pniu drzewa, wpatrując się w płonące barwami drzewa. Słońce świeciło jasno i po chwili wiewiórki i ptaki przestały zwracać uwagę na jego obecność, a życie zwierząt i ptaków, które ucichło wraz z jego przybyciem, powróciło.
  To był dzień po nocy, kiedy spacerował ulicami między rzędami domów, których ściany zburzyła jego wyobraźnia. "Dziś wieczorem opowiem Natalie o tym, a także o tym, co planuję robić w domu, w swoim pokoju. Powiem jej, a ona nic nie powie. Jest dziwna. Kiedy nie rozumie, wierzy. Jest w niej coś, co akceptuje życie, jak te drzewa" - pomyślał.
  OceanofPDF.com
  III
  
  DZIWNY WIDOK - Wieczorna ceremonia rozpoczęła się w narożnym pokoju Johna Webstera na drugim piętrze jego domu. Po wejściu do domu, cicho wszedł na górę i do swojego pokoju. Następnie zdjął wszystkie ubrania i powiesił je w szafie. Gdy był już całkowicie nagi, wyjął mały obrazek Matki Boskiej i położył go na czymś w rodzaju komody stojącej w rogu między dwoma oknami. Na komodzie umieścił również dwa świeczniki z wizerunkami Chrystusa na krzyżu. Włożył do nich dwie żółte świece i je zapalił.
  Rozbierając się w ciemności, nie widział ani pokoju, ani siebie, dopóki nie zobaczył ich w blasku świecy. Wtedy zaczął chodzić tam i z powrotem, rozmyślając o tym, co mu przyszło do głowy.
  "Nie wątpię, że jestem szalony" - powiedział sobie - "ale póki jestem, to może być celowe szaleństwo. Nie podoba mi się ani ten pokój, ani ubrania, które mam na sobie. Teraz, gdy zdjąłem ubranie, może uda mi się jakoś trochę posprzątać pokój. Co do mojego włóczenia się po ulicach i pozwalania mojej fantazji bawić się z wieloma ludźmi w ich domach, to z kolei również będzie dobre, ale teraz moim problemem jest ten dom. Wiele lat głupiego życia minęło w tym domu i w tym pokoju. Teraz będę kontynuował tę ceremonię; rozbiorę się do naga i będę chodził tu i z powrotem przed Matką Boską, aż ani moja żona, ani moja córka nie będą mogły milczeć. Pewnej nocy wpadną tu zupełnie niespodziewanie, a wtedy powiem to, co muszę powiedzieć, zanim wyjdę z Natalie.
  "Co do ciebie, moja Dziewico, ośmielę się powiedzieć, że cię nie urażę" - powiedział na głos, odwracając się i kłaniając kobiecie w jej ramie. Wpatrywała się w niego, tak jak mogłaby wpatrywać się w Natalie, a on nadal się do niej uśmiechał. Teraz wydawało mu się zupełnie jasne, jaka będzie jego droga życiowa. Powoli wszystko rozważał. W pewnym sensie nie potrzebował wtedy dużo snu. Samo odpuszczenie, tak jak to robił, było dla niego rodzajem odpoczynku.
  Tymczasem przechadzał się po pokoju nago i boso, próbując zaplanować swoje przyszłe życie. "Przyznaję, że obecnie jestem szalony i mam nadzieję, że tak pozostanie" - powiedział sobie. W końcu było zupełnie jasne, że zdrowi na umyśle ludzie wokół niego nie cieszą się życiem tak jak on. Chodziło o to, że przyniósł mu nagą Matkę Boską i umieścił ją pod świecami. Przede wszystkim świece rzucały miękkie, promienne światło na cały pokój. Ubrania, które nosił na co dzień, a których nauczył się nie lubić, bo zostały uszyte nie dla niego, ale dla jakiejś bezosobowej istoty w jakiejś fabryce odzieżowej, wisiały teraz, poza zasięgiem wzroku, w szafie. "Bogowie byli dla mnie łaskawi. Nie jestem już bardzo młody, ale jakimś cudem nie pozwoliłem, by moje ciało utyło i nabrało szorstkości" - pomyślał, wchodząc w krąg świec i długo i poważnie wpatrując się w siebie.
  W przyszłości, po nocach, kiedy jego chodzenie przyciągało uwagę żony i córki, aż musiały się włamać, zabierał Natalie ze sobą i odchodził. Zaoszczędził trochę pieniędzy, wystarczająco, żeby starczyło im na kilka miesięcy. Resztę przeznaczał dla żony i córki. Po opuszczeniu miasta z Natalie, mieli gdzieś pojechać, może na Zachód. Potem mieli się gdzieś osiedlić i zarabiać na życie.
  On sam, bardziej niż czegokolwiek, pragnął dać upust swoim wewnętrznym impulsom. "Musiało być tak, że kiedy byłem chłopcem i moja wyobraźnia szalała z całym życiem wokół mnie, byłem przeznaczony, by być kimś innym niż tępym cielskiem, którym byłem przez wszystkie te lata. W obecności Natalie, jak w obecności drzewa lub pola, mogę być sobą. Śmiem twierdzić, że czasami będę musiał być trochę ostrożny, ponieważ nie chcę, żeby uznano mnie za szalonego i zamknięto gdzieś, ale Natalie mi w tym pomoże. W pewnym sensie, uwolnienie się od siebie będzie wyrazem dla nas obojga. Na swój sposób, ona również była zamknięta w więzieniu. Wokół niej również wzniesiono mury.
  "Być może, widzisz, mam w sobie coś z poety, a Natalie powinna mieć poetę za kochanka.
  Prawda jest taka, że w jakiś sposób wniosę do swojego życia łaskę i sens. W końcu na tym właśnie polega życie.
  "Nie byłoby tak źle, gdybym nie osiągnął niczego ważnego w ciągu tych kilku lat życia, które mi pozostały. W gruncie rzeczy osiągnięcia nie są najważniejsze w życiu.
  "W obecnej sytuacji, w tym mieście i w każdym innym, w którym kiedykolwiek byłem, panuje ogromny chaos. Wszędzie życie toczy się bez celu. Mężczyźni i kobiety albo spędzają całe życie, wchodząc i wychodząc z domów i fabryk, albo posiadają domy i fabryki, żyją swoim życiem, a w końcu stają w obliczu śmierci i końca życia, nie żyjąc wcale".
  Uśmiechał się do siebie i swoich myśli, krążąc po pokoju, od czasu do czasu zatrzymując się, by z gracją ukłonić się Matce Boskiej. "Mam nadzieję, że jesteś prawdziwą dziewicą" - powiedział. "Wprowadziłem cię do tego pokoju i do mojego nagiego ciała, bo myślałem, że taka będziesz. Widzisz, bycie dziewicą oznacza, że nie możesz mieć niczego poza czystymi myślami".
  OceanofPDF.com
  IV
  
  Dość często, w ciągu dnia i po rozpoczęciu wieczornej ceremonii w jego pokoju, John Webster miewał chwile strachu. "Załóżmy", pomyślał, "że moja żona i córka zajrzą pewnej nocy przez dziurkę od klucza do mojego pokoju i postanowią mnie zamknąć, zamiast przyjść tutaj i dać mi szansę, żeby z nimi porozmawiać. W takiej sytuacji nie byłbym w stanie zrealizować swoich planów, gdybym nie mógł ich obu wprowadzić do pokoju bez ich zapraszania".
  Zdawał sobie doskonale sprawę, że to, co wydarzy się w jego pokoju, będzie straszne dla jego żony. Być może nie będzie w stanie tego znieść. Ogarnęło go okrucieństwo. Rzadko już wchodził do gabinetu w ciągu dnia, a jeśli już, to zostawał tam tylko na kilka minut. Codziennie odbywał długie spacery po okolicy, siadał pod drzewami, przechadzał się leśnymi ścieżkami, a wieczorem spacerował w milczeniu z Natalie, również poza miastem. Dni mijały w cichej okazałości jesieni. Pojawił się przyjemny nowy obowiązek - po prostu pozostać przy życiu, kiedy czuło się tak żywe.
  Pewnego dnia wspiął się na niewielkie wzgórze, z którego szczytu widział kominy fabryczne swojego miasta, wyłaniające się zza pól. Nad lasami i polami unosiła się delikatna mgiełka. Głosy w jego wnętrzu przestały szaleć, lecz cicho rozmawiały.
  Jeśli chodzi o córkę, musiał, jeśli to możliwe, uświadomić jej realia życia. "Jestem jej coś winien" - pomyślał. "Chociaż to, co się zaraz wydarzy, będzie strasznie trudne dla jej matki, może przywrócić Jane do życia. W końcu umarli muszą ustąpić miejsca żywym. Kiedy dawno temu położyłem się do łóżka z tą kobietą, matką mojej Jane, wziąłem na siebie pewną odpowiedzialność. Jak się okazuje, jej pójście do łóżka może nie było najwspanialszą rzeczą na świecie, ale stało się, a rezultatem jest to dziecko, które nie jest już dzieckiem, lecz stało się kobietą w swoim fizycznym życiu. Pomagając jej dać to fizyczne życie, muszę teraz spróbować dać jej przynajmniej to drugie życie, to życie wewnętrzne".
  Spojrzał w dół, przez pola, w stronę miasta. Kiedy praca, którą miał jeszcze do wykonania, dobiegnie końca, odejdzie i spędzi resztę życia, przebywając wśród ludzi, patrząc na nich, myśląc o nich i ich życiu. Może zostanie pisarzem. Tak właśnie się to skończy.
  Wstał z miejsca na trawie na szczycie wzgórza i poszedł drogą prowadzącą z powrotem do miasta, na wieczorny spacer z Natalie. Wkrótce miał zapaść wieczór. "W każdym razie, nigdy nikomu nie będę prawił kazań. Jeśli przypadkiem zostanę pisarzem, postaram się opowiadać ludziom tylko to, co widziałem i słyszałem w życiu, a poza tym będę spędzał czas, chodząc tam i z powrotem, patrząc i słuchając" - pomyślał.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA TRZECIA
  OceanofPDF.com
  I
  
  I TEGO SAMEGO wieczoru, gdy siedział na wzgórzu i rozmyślał o swoim życiu i o tym, co zrobi z tym, co mu pozostało, a także po zwyczajowym wieczornym spacerze z Natalie, drzwi jego pokoju się otworzyły i weszły jego żona i córka.
  Było około wpół do dwunastej i od godziny cicho przechadzał się tam i z powrotem przed wizerunkiem Matki Boskiej. Świece były zapalone. Jego stopy wydawały cichy, koci odgłos na podłodze. Było coś dziwnego i przerażającego w słyszeniu tego dźwięku w cichym domu.
  Drzwi do pokoju jego żony otworzyły się, a ona zatrzymała się, patrząc na niego. Jej wysoka postać wypełniła framugę drzwi, dłonie zacisnęły się na bokach. Była bardzo blada, a jej oczy były skupione i skupione. "John" - powiedziała ochryple, po czym powtórzyła to słowo. Wydawało się, że chciała powiedzieć coś więcej, ale nie mogła. Czuła, że toczy bezowocną walkę.
  Stając tam, wyraźnie nie była zbyt piękna. "Życie płaci ludziom. Odwróć się od życia, a ono będzie ci równe. Kiedy ludzie nie żyją, umierają, a kiedy są martwi, wyglądają na martwych" - pomyślał. Uśmiechnął się do niej, po czym odwrócił się i stał, nasłuchując.
  Nadeszło - dźwięk, na który czekał. W pokoju córki zapanował zamęt. Miał taką nadzieję, że wszystko ułoży się po jego myśli, przeczuwał nawet, że stanie się to tej nocy. Wydawało mu się, że rozumie, co się stało. Przez ponad tydzień ta burza szalała nad oceanem milczenia jego żony. To była ta sama przedłużająca się, bolesna cisza, która zapadła po ich pierwszej próbie kochania się i po tym, jak powiedział jej kilka ostrych, bolesnych słów. Stopniowo cisza zanikała, ale to coś nowego było czymś innym. Nie mógł tak zniknąć. To, o co się modlił, stało się. Była zmuszona spotkać się z nim tutaj, w miejscu, które przygotował.
  A teraz jego córka, która również leżała bezsennie noc w noc, słysząc dziwne odgłosy w pokoju ojca, będzie zmuszona do przyjazdu. Czuł się niemal jak w raju. Tego wieczoru powiedział Natalie, że jego zmagania mogą osiągnąć punkt krytyczny tej nocy i poprosił ją, żeby była na niego przygotowana. Pociąg miał odjechać z miasta o czwartej rano. "Może uda nam się przez to przebrnąć" - powiedział.
  "Będę na ciebie czekać" - rzekła Natalie, a tam stała jego żona, blada i drżąca, jakby miała zaraz upaść, patrząc to na Matkę Boską między świecami, to na jego nagie ciało. Wtem usłyszał, że ktoś porusza się w pokoju jego córki.
  A potem jej drzwi uchyliły się cicho na cal, a on natychmiast podszedł i otworzył je szeroko. "Proszę wejść" - powiedział. "Proszę wejść. Usiądźcie razem na łóżku. Mam wam coś do powiedzenia". Jego głos brzmiał władczo.
  Nie było wątpliwości, że obie kobiety, przynajmniej na chwilę, były kompletnie przerażone i przerażone. Jakże blade były obie. Córka zakryła twarz dłońmi i przebiegła przez pokój, by usiąść prosto, trzymając się poręczy u stóp łóżka, wciąż zasłaniając oczy jedną ręką. Podczas gdy jego żona podeszła i upadła twarzą na łóżko. Przez chwilę wydawała z siebie nieprzerwaną serię cichych jęków, po czym schowała twarz w pościeli i ucichła. Najwyraźniej obie kobiety uważały go za kompletnie szalonego.
  John Webster zaczął chodzić tam i z powrotem przed nimi. "Co za pomysł" - pomyślał, patrząc na swoje bose stopy. Uśmiechnął się, patrząc na przestraszoną twarz córki. "Hito, tito" - szepnął do siebie. "Nie trać głowy. Dasz sobie radę. Trzymaj głowę na karku, mój chłopcze". Jakiś dziwny kaprys sprawił, że uniósł obie ręce, jakby udzielał im jakiegoś błogosławieństwa. "Zwariowałem, wyjdę z siebie, ale nie obchodzi mnie to" - zamyślił się.
  Zwrócił się do córki. "Cóż, Jane" - zaczął, mówiąc z wielką powagą i czystym, cichym głosem - "widzę, że jesteś przestraszona i zdenerwowana tym, co się tu dzieje, i nie winię cię za to.
  Prawda jest taka, że to wszystko było zaplanowane. Od tygodnia leżysz bezsennie w łóżku w sąsiednim pokoju, słyszysz, jak chodzę, a twoja matka leży w tamtym pokoju. Chciałem ci coś powiedzieć, ale jak wiesz, rozmowy nigdy nie były w tym domu nawykiem.
  "Prawdę mówiąc, chciałem cię nastraszyć i myślę, że mi się udało".
  Przeszedł przez pokój i usiadł na łóżku między córką a ciężkim, bezwładnym ciałem żony. Oboje byli ubrani w koszule nocne, a włosy córki opadały jej na ramiona. Wyglądały jak włosy jego żony, kiedy się z nią żenił. Jej włosy były wtedy dokładnie takie same, złocistożółte, a gdy padało na nie słońce, czasami pojawiały się w nich miedziane i brązowe refleksy.
  "Wychodzę z tego domu dziś wieczorem. Nie będę już mieszkał z twoją matką" - powiedział, pochylając się i patrząc na podłogę.
  Wyprostował się i długo przyglądał ciału córki. Była młoda i szczupła. Nie była wyjątkowo wysoka jak jej matka, ale na pewno średniego wzrostu. Uważnie przyglądał się jej ciału. Kiedyś, gdy Jane miała sześć lat, chorowała prawie od roku i teraz przypomniał sobie, jak bardzo była mu droga przez cały ten czas. To był rok, w którym interesy szły źle i myślał, że lada moment zbankrutuje, ale udało mu się utrzymać w domu wykwalifikowaną pielęgniarkę przez cały ten czas, aż do powrotu z fabryki w południe i udania się do pokoju córki.
  Nie było gorączki. Co się stało? Zrzucił koc z ciała dziecka i przyjrzał mu się. Była wtedy bardzo chuda, a jej kości były wyraźnie widoczne. Była tylko maleńka struktura kostna, na którą naciągała się jasna, biała skóra.
  Lekarze stwierdzili, że przyczyną jest niedożywienie, że podawana dziecku żywność nie zaspokajała jego głodu i nie mogli znaleźć odpowiedniego pożywienia. Matka nie mogła nakarmić dziecka. Czasami w tym czasie stał przez długi czas, patrząc na dziecko, którego zmęczone, ospałe oczy patrzyły na niego. Z jego oczu płynęły łzy.
  To było bardzo dziwne. Od tamtej pory, kiedy nagle zaczęła wracać do zdrowia i nabierać sił, jakoś stracił kontakt z córką. Gdzie on był przez cały ten czas i gdzie ona była? Byli dwojgiem ludzi i przez te wszystkie lata mieszkali w tym samym domu. Co ich od siebie oddzielało? Przyjrzał się uważnie ciału córki, teraz wyraźnie zarysowanemu pod cienką koszulą nocną. Jej biodra były dość szerokie, jak u kobiety, a ramiona wąskie. Jak bardzo drżało jej ciało. Jak bardzo się bała. "Jestem dla niej obcy i nic dziwnego" - pomyślał. Pochylił się i spojrzał na jej bose stopy. Były małe i zgrabne. Pewnego dnia kochanek przyjdzie je pocałować. Pewnego dnia mężczyzna będzie traktował jej ciało tak samo, jak teraz traktował silne, jędrne ciało Natalie Schwartz.
  Jego milczenie zdawało się budzić żonę, która odwróciła się i spojrzała na niego. Potem usiadła na łóżku, a on zerwał się na równe nogi i stanął przed nią. "John" - powtórzyła ochrypłym szeptem, jakby przywoływała go z jakiegoś mrocznego, tajemniczego miejsca. Jej usta otworzyły się i zamknęły dwa lub trzy razy, jak ryba wyjęta z wody. Odwrócił się, nie zwracając już na nią uwagi, a ona znów wtuliła twarz w pościel.
  "Dawno temu, kiedy Jane była małą dziewczynką, chciałem tylko, żeby życie w nią wstąpiło i właśnie tego chcę teraz. Tylko tego chcę. Tego mi teraz potrzeba" - pomyślał John Webster.
  Znów zaczął chodzić po pokoju, doświadczając poczucia cudownej swobody. Nic się nie wydarzy. Teraz jego żona znów pogrążyła się w oceanie ciszy. Leżała na łóżku, nic nie mówiąc, nic nie robiąc, dopóki nie dokończył tego, co chciał powiedzieć i nie wyszedł. Jego córka była teraz ślepa i niema ze strachu, ale może uda mu się ją od tego uwolnić. "Muszę podejść do tej sprawy powoli, bez pośpiechu i powiedzieć jej wszystko" - pomyślał. Przerażona dziewczyna oderwała dłoń od oczu i spojrzała na niego. Jej usta zadrżały, a potem wykrztusiła z siebie słowo. "Ojcze" - powiedziała zapraszająco.
  Uśmiechnął się do niej zachęcająco i wskazał na Matkę Boską, która siedziała uroczyście między dwiema świecami. "Spójrz tam na chwilę, kiedy do ciebie przemówię" - powiedział.
  Natychmiast zaczął wyjaśniać swoją sytuację.
  "Coś jest zepsute" - powiedział. "To nawyk życia w tym domu. Teraz tego nie zrozumiesz, ale kiedyś zrozumiesz".
  Przez wiele lat nie kochałem tej kobiety, która była twoją matką i moją żoną, a teraz zakochałem się w innej. Ma na imię Natalie i dziś wieczorem, po naszej rozmowie, zamieszkamy razem.
  Impulsywnie podszedł i uklęknął na podłodze u stóp córki, po czym szybko zerwał się na równe nogi. "Nie, to źle. Nie będę jej prosił o wybaczenie; mam jej coś do powiedzenia" - pomyślał.
  "Cóż" - zaczął ponownie - "pomyślisz, że zwariowałem, i być może tak jest. Nie wiem. W każdym razie, kiedy będę tu, w tym pokoju, z Dziewicą i bez ubrania, niezwykłość tego wszystkiego sprawi, że pomyślisz, że zwariowałem. Twój umysł będzie się kurczowo trzymał tej myśli. Będzie chciał się jej kurczowo chwycić" - powiedział na głos. "Przez chwilę, może tak".
  Wydawał się zdezorientowany, jak powiedzieć wszystko, co chciał powiedzieć. Cała ta sprawa, scena w pokoju, rozmowa z córką, którą tak starannie zaplanował, okaże się trudniejsza, niż się spodziewał. Myślał, że w jego nagości, w obecności Matki Boskiej i jej świec, znajdzie się jakieś ostateczne znaczenie. Czy naprawdę odwrócił scenę? Zastanawiał się, wciąż wpatrując się zaniepokojonym wzrokiem w twarz córki. Nic dla niego nie znaczyła. Była po prostu przerażona i kurczowo trzymała się poręczy u stóp łóżka, tak jak człowiek nagle wrzucony do morza mógłby kurczowo trzymać się unoszącego się na wodzie kawałka drewna. Ciało jego żony, leżące na łóżku, miało dziwny, zamarznięty wygląd. Cóż, od lat w ciele kobiety było coś twardego i zimnego. Może umarła. To musiało się stać. To było coś, czego się nie spodziewał. Dziwne, że teraz, gdy stał przed problemem, obecność jego żony miała tak mało wspólnego z omawianą sprawą.
  Przestał patrzeć na córkę i zaczął chodzić tam i z powrotem, rozmawiając po drodze. Spokojnym, choć nieco napiętym głosem, próbował wyjaśnić przede wszystkim obecność Matki Boskiej i świec w pokoju. Teraz rozmawiał z kimś, nie z córką, ale z osobą podobną do siebie. Natychmiast poczuł ulgę. "No, teraz. To jest to. Tak właśnie powinno być" - pomyślał. Mówił długo i chodził tam i z powrotem. Lepiej było za dużo nie myśleć. Musiał trzymać się wiary, że to, co tak niedawno odnalazł w sobie i w Natalie, żyło również w niej. Do tego poranka, kiedy zaczęła się cała ta historia między nim a Natalie, jego życie było jak plaża, zaśmiecona śmieciami i pogrążona w ciemności. Plaża była usiana starymi, martwymi, zatopionymi drzewami i pniami. Poskręcane korzenie starych drzew wystawały w ciemność. Przed nim rozciągało się ciężkie, powolne, bezwładne morze życia.
  A potem rozpętała się burza i plaża była teraz czysta. Czy mógł ją utrzymać w czystości? Czy mógł ją utrzymać w czystości, żeby lśniła w porannym świetle?
  Próbował opowiedzieć swojej córce Jane coś o życiu, jakie z nią wiódł w tym domu, i dlaczego zanim zdążył z nią porozmawiać, zmuszony był zrobić coś niezwykłego, na przykład przynieść Matkę Boską do swojego pokoju i zdjąć własne ubrania, ubrania, które, gdy je nosił, sprawiały, że wydawał się jej po prostu kimś, kto wchodzi i wychodzi z domu, żywicielem chleba i ubrania, co zawsze wiedziała.
  Mówiąc bardzo wyraźnie i powoli, jakby bał się, że straci orientację, opowiedział jej coś o swoim życiu biznesmena i o tym, jak mało interesowały go sprawy, którymi zajmował się w ciągu dnia.
  Zapomniał o Matce Boskiej i przez chwilę mówił tylko o sobie. Podszedł ponownie, usiadł obok niej i mówiąc, śmiało położył dłoń na jej nodze. Jej ciało było zimne pod cienką koszulą nocną.
  "Byłem tak młody jak ty teraz, Jane, kiedy poznałem kobietę, która została twoją matką, a moją żoną" - wyjaśnił. "Musisz spróbować pogodzić się z myślą, że zarówno twoja matka, jak i ja byliśmy kiedyś młodymi ludźmi, tak jak ty.
  Wyobrażam sobie, że twoja matka miała mniej więcej tyle samo lat, co ty teraz, w twoim wieku. Oczywiście byłaby trochę wyższa. Pamiętam, że wtedy miała bardzo długie i szczupłe ciało. Uważałem to wtedy za bardzo urocze.
  "Mam powód, by pamiętać ciało twojej matki. Poznałyśmy się poprzez nasze ciała. Na początku nie było nic innego, tylko nasze nagie ciała. Miałyśmy je i zaprzeczałyśmy temu. Być może wszystko można było na tym zbudować, ale byłyśmy zbyt nieświadome albo zbyt tchórzliwe. To z powodu tego, co wydarzyło się między mną a twoją matką, przyprowadziłam cię do siebie nagą i przyniosłam tu wizerunek Matki Boskiej. Pragnę w jakiś sposób uczynić ciało dla ciebie świętym".
  Jego głos stał się miękki i przypominający wspomnienia. Odsunął dłoń od nogi córki i dotknął jej policzków, a potem włosów. Kochał się z nią teraz otwarcie, a ona była tym nieco poruszona. Pochylił się i, biorąc jedną z jej dłoni, ścisnął ją mocno.
  Widzisz, spotkaliśmy się z twoją matką u koleżanki. Chociaż nie myślałem o tym spotkaniu od lat, aż do kilku tygodni temu, kiedy nagle zakochałem się w innej kobiecie, w tej chwili jest to dla mnie tak oczywiste, jakby wydarzyło się to tutaj, w tym domu, dziś wieczorem.
  Cała ta sprawa, którą teraz chcę wam szczegółowo opowiedzieć, miała miejsce właśnie tutaj, w tym mieście, w domu mężczyzny, który był wówczas moim przyjacielem. Już nie żyje, ale wtedy zawsze byliśmy razem. Miał siostrę, o rok młodszą od siebie, którą kochałam, ale chociaż często razem wychodziliśmy, nie byliśmy zakochani. Później wyszła za mąż i wyjechała z miasta.
  "Była jeszcze jedna młoda kobieta, ta sama, która jest teraz twoją matką, która przyjechała do tego domu, żeby odwiedzić siostrę mojej przyjaciółki. Ponieważ mieszkali po drugiej stronie miasta, a moi rodzice byli poza miastem z wizytą, poproszono mnie, żebym i ja tam poszła. Miała to być jakaś szczególna okazja. Zbliżały się ferie świąteczne i miało być mnóstwo przyjęć i tańców.
  "Coś się ze mną i twoją matką stało, co w gruncie rzeczy niczym się nie różniło od tego, co przydarzyło się nam tu dziś wieczorem" - powiedział ostro. Znów poczuł się trochę poruszony i pomyślał, że lepiej wstanie i pójdzie. Puszczając rękę córki, zerwał się na równe nogi i nerwowo przechadzał się przez kilka minut. To wszystko, lęk przed nim, który wciąż pojawiał się w oczach córki, i bezwładna, milcząca obecność żony, sprawiały, że to, co chciał zrobić, było trudniejsze, niż sobie wyobrażał. Spojrzał na ciało żony, leżące cicho i nieruchomo na łóżku. Ile razy widział to samo ciało leżące w ten sposób? Dawno temu poddała się jemu i od tamtej pory poddaje się życiu w nim. Obraz, który wykreował jego umysł - "ocean ciszy" - bardzo jej odpowiadał. Zawsze milczała. W najlepszym razie wszystko, czego nauczyło ją życie, to na wpół urażony nawyk uległości. Nawet kiedy do niego mówiła, tak naprawdę nic nie mówiła. Rzeczywiście dziwne było to, że Natalie, mimo swego milczenia, potrafiła mu powiedzieć tak wiele rzeczy, podczas gdy on i ta kobieta przez wszystkie lata wspólnego życia nie powiedzieli sobie niczego, co naprawdę dotyczyłoby ich życia.
  Spojrzał z nieruchomego ciała staruszki na córkę i uśmiechnął się. "Mogę w nią wejść" - pomyślał triumfalnie. "Ona nie może mnie zamknąć, nie zamknie mnie". Coś w twarzy córki powiedziało mu, co dzieje się w jej umyśle. Młoda kobieta siedziała teraz, wpatrując się w postać Matki Boskiej, i było jasne, że niemy strach, który tak całkowicie ją ogarnął, gdy została nagle wprowadzona do pokoju i obecność nagiego mężczyzny, zaczął ustępować. Chwyt. Wbrew sobie, pomyślała. Po pokoju chodził mężczyzna, jej własny ojciec, nagi jak drzewo zimą, zatrzymując się co jakiś czas, by spojrzeć na nią, na przyćmione światło, Matkę Boską z płonącymi świecami poniżej i postać jej matki leżącej na łóżku. Ojciec próbował opowiedzieć jej jakąś historię, którą chciała usłyszeć. W jakiś sposób dotyczyła ona sama, jakiejś istotnej części jej samej. Nie było wątpliwości, że opowiadanie tej historii i słuchanie jej było złe, strasznie złe, ale ona chciała ją usłyszeć teraz.
  "W końcu miałem rację" - pomyślał John Webster. "To, co się tu wydarzyło, może zadecydować o losie kobiety w wieku Jane, ale tak czy inaczej, wszystko dobrze się ułoży. Ma w sobie też nutę okrucieństwa. Teraz w jej oczach widać jakieś zdrowie. Chce wiedzieć. Po tym doświadczeniu może już nie bać się zmarłych. To umarli zawsze przerażają żywych".
  Kontynuował wątek swojej opowieści, chodząc tam i z powrotem w półmroku.
  Coś się stało z twoją mamą i ze mną. Poszedłem do domu mojego przyjaciela wcześnie rano, a twoja mama miała przyjechać pociągiem późnym popołudniem. Były dwa pociągi: jeden w południe, drugi około piątej, a ponieważ musiała wstać w środku nocy, żeby zdążyć na pierwszy, wszyscy zakładaliśmy, że przyjedzie później. Mój przyjaciel i ja planowaliśmy spędzić dzień na polowaniu na króliki na polach za miastem i wróciliśmy do jego domu około czwartej.
  Będziemy mieli mnóstwo czasu na kąpiel i ubranie się, zanim przyjedzie gość. Kiedy wróciliśmy do domu, matka i siostra mojej przyjaciółki już wyszły i myśleliśmy, że dom jest pusty, poza służbą. W rzeczywistości gość, widzicie, przyjechał pociągiem w południe, ale o tym nie wiedzieliśmy, a służąca nam nie powiedziała. Pobiegliśmy na górę, żeby się rozebrać, a potem zeszliśmy na dół i do stodoły, żeby się wykąpać. Ludzie nie mieli wtedy w domach łazienek, więc służąca napełniła dwie wanienki wodą i postawiła je w stodole. Po napełnieniu wanienek zniknęła, znikając.
  Biegaliśmy nago po domu, tak jak ja teraz. Wyszedłem nago z szopy na dole i wszedłem po schodach na górę, kierując się do swojego pokoju. Dzień się ocieplił i było już prawie ciemno.
  I znów przyszedł John Webster, usiadł z córką na łóżku i wziął ją za rękę.
  "Wszedłem po schodach, zszedłem na korytarz, otworzyłem drzwi i przeszedłem przez pokój do miejsca, które uważałem za swoje łóżko. Tam położyłem ubrania, które przyniosłem rano w torbie.
  "Widzisz, stało się tak: twoja matka wstała z łóżka w swoim mieście o północy poprzedniej nocy i kiedy dotarła do domu mojego przyjaciela, jego matka i siostra nalegały, żeby się rozebrała i położyła do łóżka. Nie rozpakowała torby, ale zrzuciła ubranie i wpełzła pod prześcieradło, tak samo naga jak ja, kiedy wszedłem do jej pokoju. W miarę jak dzień robił się cieplejszy, przypuszczam, że stała się nieco niespokojna i w swoim zamieszaniu odrzuciła pościel.
  "Ona leżała, widzisz, zupełnie naga na łóżku, w słabym świetle, a ponieważ nie miałem na nogach butów, nie wydałem żadnego dźwięku, kiedy do niej wszedłem.
  To był dla mnie niesamowity moment. Podszedłem prosto do łóżka, a ona była zaledwie kilka centymetrów od moich ramion, wisząca obok mnie. To była najpiękniejsza chwila, jaką twoja matka kiedykolwiek ze mną przeżyła. Jak już wspomniałem, była wtedy bardzo szczupła, a jej długie ciało było białe jak prześcieradło na łóżku. W tamtym czasie nigdy nie byłem blisko nagiej kobiety. Właśnie wyszedłem z kąpieli. Widzisz, to było jak ślub.
  "Nie wiem, jak długo tam stałem, patrząc na nią, ale tak czy inaczej, wiedziała, że tam jestem. Jej oczy uniosły się ku mnie we śnie, niczym pływak wynurzający się z morza. Być może, być może, śniła o mnie albo o jakimś innym mężczyźnie.
  "Przynajmniej przez chwilę nie była ani trochę przestraszona. Widzisz, to był naprawdę nasz ślubny moment.
  "Och, gdybyśmy tylko wiedzieli, jak przeżyć tę chwilę! Stałem i patrzyłem na nią, a ona siedziała na łóżku i patrzyła na mnie. W naszych oczach musiało być coś żywego. Wtedy nie wiedziałem, co czuję, ale dużo później, czasami spacerując po wsi albo jadąc pociągiem, myślałem. No cóż, co myślałem? Widzisz, był wieczór. To znaczy, później, czasami, kiedy byłem sam, kiedy zapadał wieczór i byłem sam, patrzyłem w dal za wzgórzami albo widziałem rzekę zostawiającą za sobą białą smugę, kiedy stałem na klifie. To znaczy, spędziłem wszystkie te lata, próbując odzyskać tę chwilę, a teraz ona umarła."
  John Webster z obrzydzeniem uniósł ręce i szybko wstał z łóżka. Ciało jego żony zaczęło się poruszać i teraz ona też wstała. Przez chwilę jej dość ogromna postać wiła się na łóżku, wyglądając jak jakieś ogromne zwierzę, na czworakach, chora i próbująca wstać i chodzić.
  A potem wstała, mocno postawiła stopy na podłodze i powoli wyszła z pokoju, nie patrząc na nich dwoje. Jej mąż stał oparty plecami o ścianę i patrzył, jak odchodzi. "No cóż, to jej koniec" - pomyślał ponuro. Drzwi prowadzące do jej pokoju powoli się do niego zbliżały. Były już zamknięte. "Niektóre drzwi też muszą pozostać zamknięte na zawsze" - powiedział sobie.
  Nadal był blisko córki, a ona się go nie bała. Podszedł do szafy, wyjął ubranie i zaczął się ubierać. Uświadomił sobie, że to był straszny moment. Cóż, zagrał kartami, które trzymał w ręku, do granic możliwości. Był nagi. Teraz musiał się ubrać, ubrania, które uważał za bezsensowne i zupełnie nieatrakcyjne, ponieważ nieznane ręce, które je stworzyły, były obojętne na pragnienie tworzenia piękna. Przyszła mu do głowy absurdalna myśl. "Czy moja córka ma wyczucie chwili? Czy teraz mi pomoże?" - zapytał sam siebie.
  A potem serce mu podskoczyło. Jego córka Jane zrobiła cudowną rzecz. Kiedy się pospiesznie ubierał, odwróciła się i rzuciła twarzą w dół na łóżko, w tej samej pozycji, w jakiej przed chwilą była jej matka.
  "Wyszedłem z jej pokoju na korytarz" - wyjaśnił. "Mój przyjaciel wszedł na górę i stał na korytarzu, zapalając lampę przymocowaną do uchwytu na ścianie. Pewnie sobie wyobrażasz, co mi przeszło przez głowę. Mój przyjaciel spojrzał na mnie, wciąż nieświadomy. Widzisz, nie wiedział jeszcze, że ta kobieta jest w domu, ale widział, jak wychodzę z pokoju. Właśnie zapalił lampę, kiedy wyszedłem i zamknąłem za sobą drzwi, a światło padło na moją twarz. Coś musiało go przestraszyć. Nigdy więcej o tym nie rozmawialiśmy. Jak się okazało, wszyscy byli zdezorientowani i oszołomieni tym, co się wydarzyło i tym, co miało się dopiero wydarzyć.
  "Musiałem wyjść z pokoju jak człowiek we śnie. Co mi chodziło po głowie? Co mi chodziło po głowie, kiedy stałem obok jej nagiego ciała, a nawet wcześniej? To była sytuacja, która mogła się już nigdy nie powtórzyć. Właśnie widziałeś swoją matkę wychodzącą z tego pokoju. Śmiem twierdzić, że zastanawiasz się, co jej chodziło po głowie. Mogę ci powiedzieć. W jej głowie nie ma nic. Zamieniła swój umysł w pustkę, do której nic ważnego nie może się dostać. Poświęciła temu całe swoje życie, jak, śmiem twierdzić, większość ludzi.
  "Jeśli chodzi o ten wieczór, kiedy stałem na korytarzu i oświetliło mnie światło lampy, a mój przyjaciel patrzył i zastanawiał się, co się dzieje - to właśnie o tym muszę w końcu spróbować ci opowiedzieć".
  Od czasu do czasu był częściowo ubrany, a Jane znów siadała na łóżku. Podszedł i usiadł obok niej w koszuli bez rękawów. Znacznie później przypomniała sobie, jak niezwykle młodo wyglądał w tamtej chwili. Wyglądało na to, że postanowił w pełni uświadomić jej wszystko, co się wydarzyło. "Widzisz" - powiedział powoli - "że chociaż widziała już wcześniej mojego przyjaciela i jego siostrę, mnie nigdy nie widziała. Jednocześnie wiedziała, że mam pozostać w domu podczas jej wizyty. Niewątpliwie myślała o tym dziwnym młodym mężczyźnie, którego miała spotkać, i to prawda, że ja też o niej myślałem".
  Nawet w tej chwili, kiedy wszedłem do niej nagi, była żywą istotą w moim umyśle. A kiedy podeszła do mnie, widzisz, budząc się, zanim zdążyła pomyśleć, byłem dla niej wtedy żywą istotą. Jakimi żywymi istotami byliśmy dla siebie, odważyliśmy się pojąć tylko przez chwilę. Wiem to teraz, ale przez wiele lat po tym, jak to się stało, nie wiedziałem i byłem tylko zdezorientowany.
  "Byłem też zdezorientowany, kiedy wyszedłem na korytarz i stanąłem twarzą w twarz z moją przyjaciółką. Rozumiesz, że on jeszcze nie wiedział, że ona jest w domu.
  Musiałam mu coś powiedzieć, a było to tak, jakbym publicznie wyjawiła mu sekret tego, co dzieje się między dwojgiem ludzi w chwili miłości.
  "To niemożliwe, rozumiesz" - i tak stałem tam, jąkając się, a z każdą minutą było coraz gorzej. Na mojej twarzy musiał pojawić się wyraz winy i od razu poczułem się winny, chociaż kiedy byłem w tym pokoju, stojąc przy łóżku, jak wyjaśniłem, wcale nie czułem się winny, wręcz przeciwnie.
  "Wszedłem do tego pokoju nago, stanąłem obok łóżka, a ta kobieta była tam teraz, zupełnie naga".
  Powiedziałem.-'
  Mój przyjaciel był oczywiście zdumiony. "Jaka kobieta?" zapytał.
  "Próbowałem wyjaśnić. "Przyjaciółka twojej siostry. Jest tam, naga, na łóżku, a ja wszedłem i stanąłem obok niej. Przyjechała pociągiem w południe", powiedziałem.
  "Widzisz, wydawało mi się, że wiem wszystko o wszystkim. Czułam się winna. Właśnie to było ze mną nie tak. Chyba się jąkałam i udawałam zażenowaną. "Teraz nigdy nie uwierzy, że to był wypadek. Pomyśli, że knułam coś dziwnego" - pomyślałam natychmiast. Czy kiedykolwiek miał wszystkie, czy którekolwiek z myśli, które przyszły mi do głowy w tamtej chwili i za które zdawałam się go winić, nigdy nie wiedziałam. Po tamtej chwili zawsze byłam w tym domu obca. Widzisz, żeby to, co zrobiłam, było całkowicie jasne, wymagałoby wielu szeptanych wyjaśnień, których nigdy nie udzielałam, i nawet po ślubie z twoją matką, między mną a moją przyjaciółką nigdy nie było tak samo.
  "I tak stałam tam, jąkając się, a on patrzył na mnie zmieszanym i przestraszonym wyrazem twarzy. W domu panowała cisza i pamiętam, jak światło lampy wiszącej na ścianie padało na nasze dwa nagie ciała. Mój przyjaciel, człowiek, który był świadkiem tej kluczowej chwili mojego życia, nie żyje. Zmarł około ośmiu lat temu, a twoja matka i ja ubraliśmy się w najlepsze ubrania i pojechaliśmy powozem na jego pogrzeb, a potem na cmentarz, żeby zobaczyć, jak chowają jego ciało, ale w tamtej chwili był bardzo żywy. I zawsze będę o nim myśleć takim, jakim był wtedy. Wędrowaliśmy po polach cały dzień, a on, tak jak ja, pamiętasz, właśnie wyszedł z łaźni. Jego młode ciało było bardzo smukłe i silne, i tworzyło świetlistą białą plamę na ciemnej ścianie korytarza, gdzie stał.
  "Może oboje oczekiwaliśmy, że wydarzy się coś więcej, spodziewaliśmy się, że wydarzy się coś więcej? Przestaliśmy rozmawiać i staliśmy w milczeniu. Może po prostu uderzyło go moje oświadczenie o tym, co właśnie zrobiłem, i coś nieco dziwnego w sposobie, w jaki mu to powiedziałem. Normalnie po takim incydencie wybuchłoby jakieś komiczne zamieszanie, uznano by to za jakiś sekretny i pyszny żart, ale ja, swoim wyglądem i zachowaniem, kiedy mu się zwierzyłem, pozbawiłem go możliwości, by zostało to odebrane w ten sposób. Przypuszczam, że jednocześnie byłem zbyt mało świadomy wagi tego, co zrobiłem.
  "Staliśmy tam w milczeniu, patrząc na siebie, aż nagle drzwi na dole, prowadzące na ulicę, się otworzyły i weszły jego matka i siostra. Wykorzystały porę snu gościa, żeby pójść na zakupy do dzielnicy biznesowej.
  "Jeśli chodzi o mnie, najtrudniej jest mi wytłumaczyć, co działo się we mnie w tamtej chwili. Ciężko mi było się pozbierać, możesz być tego pewien. Myślę teraz, w tej chwili, że wtedy, dawno temu, kiedy stałem nagi na korytarzu obok mojego przyjaciela, coś mnie opuściło, czego nie mogłem od razu cofnąć.
  "Być może, kiedy dorośniesz, zrozumiesz to, czego teraz nie możesz zrozumieć".
  John Webster długo i uważnie wpatrywał się w córkę, która odwzajemniła jego spojrzenie. Dla nich obojga historia, którą opowiadał, stała się raczej bezosobowa. Kobieta, która była im tak bliska jako żona i matka, całkowicie zniknęła z historii, tak jak przed chwilą wytoczyła się z pokoju.
  "Widzisz" - powiedział powoli - "czego wtedy nie rozumiałem, czego nie dało się wtedy zrozumieć, to to, że tak naprawdę straciłem panowanie nad sobą, kochając kobietę leżącą w łóżku w pokoju. Nikt nie rozumie, że coś takiego może się zdarzyć, to tylko myśl przelatująca przez umysł. Zaczynam teraz wierzyć - i chciałbym to utrwalić w twojej pamięci, młoda kobieto - że takie chwile zdarzają się w każdym życiu, ale spośród milionów ludzi, którzy się rodzą i żyją długo lub krótko, tylko nieliczni naprawdę poznają, czym jest życie. Widzisz, to rodzaj wiecznego zaprzeczenia życiu".
  "Byłem oszołomiony, gdy wiele lat temu stałem na korytarzu przed pokojem tej kobiety. W tamtej chwili, którą ci opisałem, coś zaiskrzyło między mną a tą kobietą, kiedy podeszła do mnie we śnie. Coś głęboko w nas zostało dotknięte i nie mogłem szybko otrząsnąć się z tego. Było małżeństwo, coś bardzo prywatnego dla nas obojga, i szczęśliwym zbiegiem okoliczności stało się to swego rodzaju sprawą publiczną. Przypuszczam, że wszystko potoczyłoby się tak samo, gdybyśmy zostali w domu. Byliśmy bardzo młodzi. Czasami wydaje mi się, że wszyscy ludzie na świecie są bardzo młodzi. Nie mogą nieść ognia życia, gdy rozpala się w ich dłoniach.
  "A w pokoju, za zamkniętymi drzwiami, kobieta musiała w tym momencie doświadczać czegoś podobnego do mnie. Usiadła i teraz siedziała na skraju łóżka. Wsłuchiwała się w nagłą ciszę domu, podczas gdy ja i moja przyjaciółka słuchaliśmy. Może to brzmieć absurdalnie, ale prawdą jest, że matka i siostra mojej przyjaciółki, które właśnie weszły do domu, obie, w jakiś nieświadomy sposób, również były poruszone, stojąc na dole w płaszczach i również słuchając.
  "Właśnie wtedy, w tym momencie, w ciemnym pokoju, kobieta zaczęła szlochać jak złamane dziecko. Ogarnęło ją coś absolutnie przytłaczającego i nie mogła tego powstrzymać. Oczywiście, bezpośrednią przyczyną jej łez i sposobem, w jaki tłumaczyła swój smutek, był wstyd. Wierzyła, że to właśnie ją spotkało: została postawiona w haniebnej, absurdalnej sytuacji. Była młodą dziewczyną. Śmiem twierdzić, że myśli o tym, co pomyślą wszyscy inni, już przeszły jej przez myśl. W każdym razie wiem, że w tamtej chwili i później byłam czystsza od niej.
  "Odgłos jej szlochów rozniósł się po domu, a na dole matka i siostra mojej przyjaciółki, które stały i słuchały, gdy mówiłam, pobiegły teraz do podnóża schodów prowadzących na górę.
  "Co do mnie, zrobiłem coś, co dla wszystkich innych musiało wydawać się absurdalne, wręcz przestępcze. Pobiegłem do drzwi sypialni, otworzyłem je na oścież i wbiegłem do środka, trzaskając za sobą. W pokoju panowała już prawie całkowita ciemność, ale bez namysłu podbiegłem do niej. Siedziała na skraju łóżka, kołysząc się w przód i w tył, szlochając. W tej chwili była jak smukłe, młode drzewo stojące na otwartym polu, bez żadnych innych drzew, które mogłyby je chronić. Była wstrząśnięta, jak wielka burza, o to mi chodzi.
  "No więc, widzisz, podbiegłem do niej i przytuliłem ją.
  To, co nam się przydarzyło wcześniej, powtórzyło się, po raz ostatni w naszym życiu. Oddała mi się, to właśnie próbuję powiedzieć. Był kolejny ślub. Przez chwilę milczała zupełnie, a w niejasnym świetle jej twarz była zwrócona w moją stronę. Z jej oczu emanowało to samo spojrzenie, jakby zbliżało się do mnie z głębokiego grobu, z morza czy czegoś w tym rodzaju. Zawsze myślałem o miejscu, z którego pochodziła, jako o morzu.
  "Śmiem twierdzić, że gdyby ktokolwiek inny niż ty usłyszał, jak to mówię, i gdybym powiedział ci to w mniej dziwacznych okolicznościach, pomyślałbyś, że jestem po prostu romantycznym głupcem. "Była zauroczona", powiesz, i ja śmiem twierdzić, że tak było. Ale było też coś jeszcze. Choć w pokoju było ciemno, czułem, jak coś głęboko w niej płonie, a potem unosi się prosto ku mnie. Ta chwila była nieopisanie piękna. Trwała zaledwie ułamek sekundy, jak pstryknięcie migawki aparatu, a potem zniknęła.
  Wciąż mocno ją trzymałem, gdy drzwi się otworzyły i stanęli tam mój przyjaciel, jego matka i siostra. Zdjął lampę z uchwytu ściennego i trzymał ją w dłoni. Siedziała zupełnie naga na łóżku, a ja stałem obok niej, z jednym kolanem na krawędzi łóżka, obejmując ją ramionami.
  OceanofPDF.com
  II
  
  Minęło DZIESIĘĆ LUB PIĘTNAŚCIE minut, a w tym czasie John Webster zakończył przygotowania do opuszczenia domu i wyruszenia z Natalie na nową przygodę życia. Wkrótce miał być z nią, a wszelkie więzy łączące go ze starym życiem zostały zerwane. Było jasne, że bez względu na to, co się stanie, nigdy więcej nie zobaczy swojej żony, a być może i kobiety, która teraz była z nim w pokoju, która była jego córką. Skoro drzwi życia mogły się otworzyć, mogły się też zamknąć. Z pewnego etapu życia można było wyjść, jak z pokoju. Jego ślady mogły pozostać, ale jego już tam nie było.
  Założył kołnierz i płaszcz i spokojnie wszystko ułożył. Spakował też małą torbę z dodatkowymi koszulkami, piżamami, kosmetykami i tak dalej.
  Przez cały ten czas jego córka siedziała u stóp łóżka, z twarzą schowaną w zgięciu ramienia, przewieszonego przez poręcz. Czy myślała? Czy słyszała w sobie jakieś głosy? O czym myślała?
  W tym czasie, kiedy opowieść mojego ojca o jego życiu w domu dobiegła końca i kiedy wykonywał niezbędne drobne czynności przed wyruszeniem na nową drogę życia, nadszedł ten pełen znaczenia moment ciszy.
  Nie było wątpliwości, że nawet jeśli oszalał, to szaleństwo w nim zakorzeniało się coraz bardziej, stając się coraz bardziej nawykiem jego istnienia. Nowe spojrzenie na życie zakorzeniało się w nim coraz głębiej, a raczej - jeśli trochę pofantazjować i mówić o tym w bardziej współczesnym duchu, jak sam później będzie to robił ze śmiechem - można by rzec, że był na zawsze urzeczony i pochłonięty nowym rytmem życia.
  W każdym razie prawdą jest, że znacznie później, gdy ten człowiek niekiedy opowiadał o doświadczeniach tamtych czasów, sam twierdził, że człowiek, dzięki własnym wysiłkom i jeśli tylko odważy się odpuścić, może niemal z własnej woli wchodzić i wychodzić z różnych płaszczyzn życia. Mówiąc o takich rzeczach później, niekiedy sprawiał wrażenie, jakby całkiem spokojnie wierzył, że człowiek, który nabył do tego talent i odwagę, może nawet posunąć się tak daleko, by przejść się w powietrzu ulicą na drugie piętro budynku i obserwować ludzi zajmujących się swoimi prywatnymi sprawami w górnych pokojach, tak jak pewna historyczna postać ze Wschodu miała kiedyś chodzić po powierzchni morza. Wszystko to było częścią wizji, która kiełkowała w jego umyśle - wizji burzenia murów i uwalniania ludzi z więzień.
  W każdym razie był w swoim pokoju, poprawiając, powiedzmy, spinkę do krawata. Wyciągnął małą torebkę, do której, myśląc o nich, włożył rzeczy, które mogły mu się przydać. W sąsiednim pokoju jego żona, kobieta, która z biegiem życia urosła, stała się ciężka i bezwładna, leżała cicho na łóżku, tak jak leżała tam jeszcze niedawno w jego obecności. I jego córka.
  Jakie mroczne i straszne myśli krążyły jej po głowie? A może jej umysł był pusty, jak czasem myślał John Webster?
  Za nim, w tym samym pokoju, stała jego córka, ubrana w cienką koszulę nocną, z włosami rozpuszczonymi wokół twarzy i ramion. Jej ciało - widział jego odbicie w lustrze, poprawiając krawat - było obwisłe i bezwładne. Doświadczenia tamtego wieczoru niewątpliwie wyssały z niej coś, być może na zawsze. Rozmyślał nad tym, a jego wzrok, błądząc po pokoju, raz jeszcze odnalazł Matkę Boską z płonącymi świecami obok niej, spokojnie wpatrującą się w tę scenę. Być może to był spokój, który ludzie czcili w Matce Boskiej. Dziwny obrót spraw skłonił go do wprowadzenia jej, spokojnej, do pokoju, by uczynić ją częścią całej tej niezwykłej sprawy. Bez wątpienia to właśnie ów spokój dziewictwa posiadał w chwili, gdy odbierał córce; to uwolnienie tego pierwiastka z jej ciała sprawiło, że stała się tak bezwładna i pozornie bez życia. Nie było wątpliwości, że był odważny. Ręka, która poprawiała mu krawat, lekko drżała.
  Ogarnęła mnie wątpliwość. Jak wspomniałem, w tym momencie w domu panowała cisza. W sąsiednim pokoju jego żona, leżąca na łóżku, nie wydawała żadnego dźwięku. Unosiła się w morzu ciszy, tak jak od tamtej nocy, dawno temu, kiedy wstyd, w postaci nagiego i zrozpaczonego mężczyzny, pochłonął jej nagość w obecności tych innych.
  Czy on z kolei zrobił to samo swojej córce? Czy ją też wrzucił do tego morza? To była przerażająca i przerażająca myśl. Z pewnością ktoś zburzył świat, oszalał w normalnym świecie albo odzyskał rozum w szalonym świecie. Zupełnie niespodziewanie wszystko się zawaliło, wywróciło do góry nogami.
  A wtedy równie dobrze mogłoby być prawdą, że cała sprawa sprowadzała się po prostu do tego, że on, John Webster, był po prostu człowiekiem, który nagle zakochał się w swojej stenografce i chciał z nią zamieszkać, i że zabrakło mu odwagi, by zrobić tak prostą rzecz bez robienia wokół tego zamieszania, a właściwie bez starannego usprawiedliwiania się kosztem tych innych. Aby się usprawiedliwić, wymyślił tę dziwną aferę - obnażył się nago przed młodą dziewczyną, która była jego córką i która, właśnie będąc jego córką, zasługiwała na jego najpilniejszą uwagę. Nie było wątpliwości, że z pewnego punktu widzenia to, co zrobił, było absolutnie niewybaczalne. "W końcu nadal jestem tylko producentem pralek w małym miasteczku w Wisconsin" - powiedział sobie, szepcząc te słowa powoli i wyraźnie.
  Warto było o tym pamiętać. Teraz jego torba była spakowana, a on sam w pełni ubrany i gotowy do drogi. Kiedy umysł przestał się poruszać, czasami ciało zajmowało jego miejsce i sprawiało, że dokończenie rozpoczętej czynności było absolutnie nieuniknione.
  Przeszedł przez pokój i na chwilę przystanął, patrząc w spokojne oczy Matki Boskiej w ramce.
  Jego myśli znów przypominały dźwięk dzwonów na polach. "Jestem w pokoju w domu przy ulicy w miasteczku w Wisconsin. W tej chwili większość mieszkańców miasteczka, wśród których zawsze mieszkałem, leży w łóżkach i śpi, ale jutro rano, kiedy mnie już nie będzie, miasteczko będzie tu i będzie toczyć swoje życie, tak jak toczyło się odkąd jako młody człowiek ożeniłem się z kobietą i zacząłem żyć swoim obecnym życiem". Były to konkretne fakty egzystencji. Człowiek się ubierał, jadł, poruszał się wśród innych mężczyzn i kobiet. Niektóre etapy życia toczyły się w ciemnościach nocy, inne w świetle dnia. Rano trzy kobiety pracujące w jego biurze, a także księgowy, zdawali się zajmować swoimi zwykłymi sprawami. Kiedy po chwili ani on, ani Natalie Schwartz się nie pojawili, spojrzenia zaczęły wędrować od nich do siebie. Po chwili rozległy się szepty. Szepty, które rozeszły się po miasteczku, odwiedzając wszystkie domy, sklepy i zakłady. Mężczyźni i kobiety zatrzymywali się na ulicy, żeby porozmawiać, mężczyźni rozmawiali z innymi mężczyznami, kobiety z kobietami. Kobiety, które były jego żonami, były na niego trochę złe, a mężczyźni trochę zazdrośni, ale być może mężczyźni mówili o nim z większą goryczą niż kobiety. Oznaczałoby to maskowanie własnej chęci złagodzenia nudy własnego życia.
  Uśmiech rozlał się po twarzy Johna Webstera, po czym usiadł na podłodze u stóp córki i opowiedział jej resztę historii swojej rodziny. W końcu ta sytuacja dawała mu pewną złośliwą satysfakcję. Co do córki, to również był fakt: natura uczyniła ich więź absolutnie nieuniknioną. Mógł rzucić jej w ramiona nowy aspekt życia, który do niego trafił, a potem, jeśli ona postanowi go odrzucić, to będzie jej sprawa. Ludzie nie będą jej winić. "Biedactwo" - mawiali - "szkoda, że ma takiego ojca". Z drugiej strony, gdyby po wysłuchaniu wszystkiego, co powiedział, postanowiła biec przez życie trochę szybciej, otworzyć ramiona, że tak powiem, to, co zrobił, byłoby pomocne. Była Natalie, której stara matka wpakowała się w kłopoty, upijając się i krzycząc tak głośno, że wszyscy sąsiedzi mogli usłyszeć, nazywając jej ciężko pracujące córki dziwkami. Być może absurdem byłoby sądzić, że taka matka mogłaby dać swoim córkom lepsze szanse w życiu, niż mogłaby dać im zupełnie szanowana matka, a jednak w świecie, który stanął na głowie i stanął na głowie, mogłoby to być prawdą.
  W każdym razie Natalie emanowała cichą pewnością siebie, która nawet w chwilach zwątpienia niezwykle go uspokajała i uzdrawiała. "Kocham ją i akceptuję. Jeśli jej stara matka, puszczająca się i krzycząca na ulicach w pijackim blasku, w pijackim blasku, utorowała Natalie drogę, to chwała jej" - pomyślał, uśmiechając się na tę myśl.
  Siedział u stóp córki, rozmawiając cicho, a w miarę jak mówił, coś w niej cichło. Słuchała z rosnącym zainteresowaniem, od czasu do czasu zerkając na niego z góry. Siedział bardzo blisko niej, pochylając się lekko co jakiś czas, by oprzeć policzek o jej nogę. "Cholera! Było całkiem oczywiste, że on też się z nią kochał". Nie przyszło jej to do głowy. Subtelne poczucie pewności i pewności siebie przeszło od niego do niej. Znów zaczął mówić o swoim małżeństwie.
  Pewnego wieczoru w młodości, gdy jego przyjaciel, matka przyjaciela i siostra przyjaciela stanęli przed nim i kobietą, którą miał poślubić, nagle ogarnęło go to samo, co później pozostawiło na niej tak niezatarte piętno. Ogarnął go wstyd.
  Co miał zrobić? Jak wytłumaczyć to drugie wejście do tego pokoju i obecność nagiej kobiety? To było pytanie, którego nie dało się wyjaśnić. Ogarnęło go uczucie rozpaczy, przebiegł obok ludzi w drzwiach i korytarzem, tym razem docierając do pokoju, do którego został przydzielony.
  Zamknął za sobą drzwi na klucz, po czym ubrał się pospiesznie, gorączkowo. Ubrany, wyszedł z pokoju z torbą. W korytarzu panowała cisza, a lampa wróciła na swoje miejsce na ścianie. Co się stało? Niewątpliwie córka właściciela była z kobietą, próbując ją pocieszyć. Jego przyjaciel prawdopodobnie poszedł do swojego pokoju i właśnie się ubierał, zapewne też o czymś myślał. Niespokojne, pełne niepokoju myśli powinny panować w domu bez końca. Wszystko mogłoby być w porządku, gdyby nie wszedł do pokoju po raz drugi, ale jak miał wytłumaczyć, że to drugie wejście było równie niezamierzone jak pierwsze? Szybko zszedł na dół.
  Na dole spotkał matkę przyjaciela, kobietę po pięćdziesiątce. Stała w drzwiach prowadzących do jadalni. Służący nakrywał do stołu kolację. Przestrzegano zasad panujących w domu. Nadeszła pora obiadu, a za kilka minut mieszkańcy domu mieli zasiąść do stołu. "Święty Mojżeszu" - pomyślał - "ciekawe, czy będzie mogła tu teraz przyjść, usiąść przy stole ze mną i innymi i zjeść? Czy nawyki życiowe da się tak szybko przywrócić po tak głębokim szoku?"
  Postawił torbę na podłodze u swoich stóp i spojrzał na starszą kobietę. "Nie wiem" - zaczął, stojąc tam, patrząc na nią i jąkając się. Była zawstydzona, jak wszyscy w domu musieli być w tej chwili, ale było w niej coś bardzo miłego, co budziło współczucie, gdy nie mogło jej zrozumieć. Zaczęła mówić. "To był wypadek i nikt nie ucierpiał" - zaczęła, ale on jej nie słuchał. Zabrawszy torbę, wybiegł z domu.
  Co miał wtedy zrobić? Pospieszył przez miasto do domu, gdzie panowała ciemność i cisza. Jego ojciec i matka wyjechali. Jego babcia, matka jego matki, ciężko chorowała w innym mieście, a jego ojciec i matka tam pojechali. Mogli nie wrócić przez kilka dni. W domu pracowało dwóch służących, ale ponieważ nikt tam nie mieszkał, pozwolono im odejść. Nawet kominki były wygaszone. Nie mógł tam zostać; musiał udać się do gospody.
  "Wszedłem do domu i postawiłem torbę przy drzwiach wejściowych" - wyjaśnił, a dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy przypomniał sobie ponury wieczór tamtego dawno minionego dnia. Miała to być noc pełna zabawy. Czterech młodych mężczyzn planowało iść potańczyć, a w oczekiwaniu na figurę, którą wyrzeźbi z nową dziewczyną spoza miasta, doprowadził się do stanu półpodniecenia. Cholera! Spodziewał się znaleźć w niej coś - no cóż, co to było? - to, o czym młody mężczyzna zawsze marzy w jakiejś obcej kobiecie, która nagle zjawi się znikąd i przyniesie ze sobą nowe życie, które da mu dobrowolnie, o nic nie prosząc. "Widzisz, to marzenie jest oczywiście nierealne, ale istnieje w młodości" - wyjaśnił z uśmiechem. Uśmiechał się przez całą tę część swojej opowieści. Czy jego córka zrozumiała? Nie można było za bardzo wątpić w jej zrozumienie. "Kobieta powinna przychodzić w lśniących ubraniach i ze spokojnym uśmiechem na twarzy" - kontynuował, snując swój kapryśny obraz. "Z jaką królewską gracją się porusza, a jednak, rozumiesz, nie jest jakąś niemożliwą, zimną i odległą istotą. Wokół stoi wielu mężczyzn i wszyscy bez wątpienia są bardziej godni niż ty, ale to do ciebie przychodzi, krocząc powoli, cała żywa. Jest nieopisanie piękną Panną, ale jest w niej coś bardzo ziemskiego. Prawda jest taka , że potrafi być bardzo zimna, dumna i odległa, jeśli chodzi o kogokolwiek poza tobą, ale w twojej obecności cały ten chłód ją opuszcza.
  "Podchodzi do ciebie, a jej dłoń, trzymająca złotą tacę przed jej smukłym, młodym ciałem, lekko drży. Na tacy znajduje się małe, misternie wykonane pudełko, a w nim klejnot, talizman przeznaczony dla ciebie. Masz wyjąć z pudełka drogocenny kamień osadzony w złotej obrączce i umieścić go na palcu. Nic specjalnego. Ta dziwna i piękna kobieta przyniosła ci to po prostu jako znak, że leży u twoich stóp przed wszystkimi innymi, znak, że leży u twoich stóp. Gdy twoja ręka sięga i wyjmuje klejnot z pudełka, jej ciało zaczyna drżeć, a złota taca spada na podłogę z głośnym hukiem. Coś strasznego przytrafia się wszystkim innym, którzy są świadkami tej sceny. Nagle wszyscy obecni zdają sobie sprawę, że ty, którego zawsze uważali za prostą osobę, żeby nie rzec, równie godną jak oni sami, cóż, widzisz, zostali zmuszeni, całkowicie zmuszeni, do uświadomienia sobie swojego prawdziwego ja. Nagle pojawiasz się przed nimi w swojej prawdziwej postaci, w końcu w pełni ujawniony. Emanuje z ciebie promienny blask, jasny Rozświetlając pomieszczenie, w którym ty, kobieta, i wszyscy inni, mężczyźni i kobiety z twojego miasta, których zawsze znałaś i którzy zawsze myśleli, że cię znają, stoją, gapią się i z zachwytem łapią oddech.
  "To jest ten moment. Dzieje się coś najbardziej niesamowitego. Na ścianie wisi zegar, który tyka i tyka, odmierzając czas twojego życia i życia wszystkich innych. Za pokojem, w którym rozgrywa się ta cudowna scena, jest ulica, na której toczą się uliczne interesy. Mężczyźni i kobiety mogą się śpieszyć, pociągi przyjeżdżają i odjeżdżają z odległych stacji, a nawet z jeszcze dalszych, statki żeglują po wielu szerokich morzach, a silne wiatry wzburzają wody.
  "I nagle wszystko się zatrzymało. To fakt. Zegary na ścianach przestały tykać, jadące pociągi stały się martwe i pozbawione życia, ludzie na ulicach, którzy wcześniej ze sobą rozmawiali, teraz stoją z otwartymi ustami, wiatry przestały wieć na morzach.
  "Dla wszelkiego życia, wszędzie, istnieje ta chwila ciszy, a z niej wyłania się to, co jest w tobie pogrzebane. Z tej wielkiej ciszy wyłaniasz się i bierzesz kobietę w ramiona. Teraz, za chwilę, całe życie może zacząć się poruszać i znów istnieć, ale po tej chwili całe życie na zawsze będzie naznaczone tym twoim aktem, tym małżeństwem. To właśnie dla tego małżeństwa ty i ta kobieta zostaliście stworzeni.
  Wszystko to mogło osiągnąć granice fikcji, jak John Webster ostrożnie wyjaśnił Jane, a jednak oto był na piętrze w sypialni ze swoją córką, nagle odkrywając, że jest obok córki, której do tej pory nie znał, i próbuje rozmawiać z nią o swoich uczuciach w chwili, gdy w młodości odgrywał rolę wyniosłego i niewinnego głupca.
  "Ten dom był jak grób, Jane" - powiedział łamiącym się głosem.
  Było oczywiste, że stare dziecięce marzenie jeszcze nie umarło. Nawet teraz, w dojrzałym wieku, czuł słaby aromat tego zapachu, siedząc na podłodze u stóp córki. "Ogień w domu palił się cały dzień, a na zewnątrz robiło się coraz zimniej" - zaczął ponownie. "W całym domu panował ten wilgotny chłód, który zawsze przywodzi na myśl śmierć. Musisz pamiętać, że uważałem i nadal uważam to, co zrobiłem u mojego przyjaciela, za czyn szaleńca. No cóż, widzisz, nasz dom ogrzewały piece, a mój pokój na górze był mały. Poszedłem do kuchni, gdzie w szufladzie za piecem zawsze trzymano rozpałkę, pociętą i gotową do użycia, i zebrawszy jej naręcze, poszedłem na górę.
  "W korytarzu, w ciemności u podnóża schodów, uderzyłam stopą o krzesło i upuściłam na nie garść drewna. Stałam w ciemności, próbując myśleć i nie myśleć. "Chyba zwymiotuję" - pomyślałam. Nie miałam szacunku do siebie i może nie powinnam myśleć w takich chwilach.
  "W kuchni, nad piecem, gdzie zawsze stała moja matka albo nasza służąca, Adalina, gdy dom jeszcze żył, a nie był martwy jak teraz, dokładnie tam, gdzie było go widać nad głowami kobiet, stał mały zegar, a teraz ten zegar zaczął wydawać tak głośny dźwięk, jakby ktoś walił w żelazne blachy wielkimi młotami. W sąsiednim domu ktoś rozmawiał, a może czytał na głos. Żona Niemca, który mieszkał obok, leżała chora w łóżku od kilku miesięcy i być może próbował teraz zabawić ją jakąś historią. Słowa napływały jednostajnie, ale i przerywane. To znaczy, był to jednostajny, krótki ciąg dźwięków, potem urywany i zaczynany od nowa. Czasami głos lekko się podnosił, niewątpliwie dla podkreślenia, i brzmiał jak plusk, jak fale wzdłuż plaży, które długo spływają do tego samego miejsca, wyraźnie zaznaczonego na mokrym piasku, a potem nadchodzi fala, która przewyższa wszystkie inne i rozbija się o skałę.
  "Prawdopodobnie widzicie, w jakim byłem stanie. Dom był, jak już wspomniałem, bardzo zimny, a ja stałem tam przez długi czas, nie ruszając się wcale, myśląc, że już nigdy nie chcę się ruszyć. Głosy z daleka, z domu Niemca obok, brzmiały jak głosy dochodzące z jakiegoś tajemnego, głęboko ukrytego miejsca we mnie. Jeden głos mówił mi, że jestem głupcem i że po tym, co się stało, nigdy więcej nie będę w stanie utrzymać głowy w górze, a drugi głos mówił mi, że wcale nie jestem głupcem, ale przez chwilę ten pierwszy głos górował. Po prostu stałem tam na zimnie i starałem się pozwolić tym dwóm głosom walczyć, nie sięgając po wiosło, ale po chwili, być może dlatego, że było mi tak zimno, zacząłem płakać jak dziecko i tak się wstydziłem, że szybko poszedłem do drzwi wejściowych i wyszedłem z domu, zapominając założyć płaszcz.
  "Cóż, zostawiłem też czapkę w domu i stałem na zewnątrz na zimnie z odkrytą głową, a wkrótce, gdy szedłem, trzymając się jak najbliżej opustoszałych ulic, zaczął padać śnieg.
  "Dobrze" - powiedziałem sobie - "wiem, co zrobię. Pójdę do ich domu i poproszę ją o rękę".
  "Kiedy przybyłem, matki mojej przyjaciółki nigdzie nie było widać, a w salonie domu siedziało trzech młodych mężczyzn. Zajrzałem przez okno, a potem, bojąc się, że stracę odwagę, jeśli się zawaham, śmiało podszedłem i zapukałem do drzwi. W każdym razie ucieszyłem się, że uznali, że nie mogą iść na bal po tym, co się stało. Kiedy moja przyjaciółka podeszła i otworzyła drzwi, nic nie powiedziałem, tylko wszedłem prosto do pokoju, w którym siedziały dwie dziewczyny.
  Siedziała na sofie w kącie, słabo oświetlona lampą stojącą na stole pośrodku pokoju, a ja podszedłem prosto do niej. Mój przyjaciel poszedł za mną do pokoju, ale teraz odwróciłem się do niego i jego siostry i poprosiłem ich oboje, żeby wyszli. "Coś tu się dziś wieczorem wydarzyło, co trudno wytłumaczyć i będziemy musieli zostać sami przez kilka minut" - powiedziałem, wskazując na miejsce, gdzie siedziała na sofie.
  "Kiedy wyszli, poszedłem za drzwiami i zamknąłem je za nimi.
  "I tak oto znalazłem się w obecności kobiety, która później została moją żoną. Kiedy usiadła na sofie, poczułem dziwne uczucie obwisania całej jej sylwetki. Jej ciało, jak widać, zsunęło się z sofy, a teraz leżała, a nie siedziała. To znaczy, jej ciało leżało na sofie. Wyglądało jak niedbale rzucone ubranie. Tak było odkąd wszedłem do pokoju. Stałem przed nim przez chwilę, a potem ukląkłem. Jej twarz była bardzo blada, ale jej oczy patrzyły prosto w moje.
  "Dwa razy dziś wieczorem zrobiłem coś bardzo dziwnego" - powiedziałem, odwracając się i nie patrząc jej już w oczy. Przypuszczam, że jej oczy mnie przestraszyły i zdezorientowały. To chyba wszystko. Miałem do wygłoszenia pewną mowę i chciałem ją doprowadzić do końca. Miałem zamiar powiedzieć pewne słowa, ale teraz wiem, że w tej samej chwili w moim umyśle kłębiły się inne słowa i myśli, które nie miały nic wspólnego z tym, co mówiłem.
  "Przede wszystkim wiedziałem, że mój przyjaciel i jego siostra stoją w tej chwili w drzwiach pokoju, czekają i nasłuchują.
  "Co oni sobie myśleli? Cóż, nie ma to znaczenia.
  "O czym ja myślałem? Co myślała kobieta, której miałem się oświadczyć?
  "Wszedłem do domu z gołą głową, jak sobie wyobrażacie, i z pewnością wyglądałem na trochę dzikiego. Być może wszyscy w domu myśleli, że nagle oszalałem i być może tak było".
  W każdym razie czułem się bardzo spokojny i tamtego wieczoru, i przez wszystkie te lata, aż do momentu, gdy zakochałem się w Natalie, zawsze byłem bardzo spokojną osobą, a przynajmniej tak mi się zdawało. Podchodziłem do tego bardzo dramatycznie. Przypuszczam, że śmierć zawsze jest bardzo spokojnym wydarzeniem, a tamtego wieczoru musiałem w pewnym sensie popełnić samobójstwo.
  Kilka tygodni przed tym wydarzeniem w mieście wybuchł skandal, który dotarł do sądu i został ostrożnie opisany w naszym tygodniku. Chodziło o gwałt. Rolnik, który zatrudnił młodą dziewczynę do pracy w swoim domu, wysłał żonę do miasta po zapasy, a gdy jej nie było, zaciągnął dziewczynę na górę i zgwałcił, zdzierając z niej ubranie, a nawet bijąc, zanim zmusił ją do spełnienia jego żądań. Później został aresztowany i przewieziony do miasta, gdzie przebywał w więzieniu dokładnie w tym samym czasie, gdy klęczałem przed ciałem mojej przyszłej żony.
  Mówię to, ponieważ kiedy tam klęczałam, przypomniałam sobie, że w mojej głowie pojawiła się myśl, która połączyła mnie z tym mężczyzną. "Ja też dokonuję gwałtu" - podpowiedziało mi coś we mnie.
  "Do kobiety, która stała przede mną, tak zimnej i bladej, powiedziałem coś jeszcze.
  "Rozumiesz, że dziś wieczorem, kiedy pierwszy raz przyszedłem do ciebie nago, to był przypadek" - powiedziałem. "Chcę, żebyś to zrozumiał, ale chcę też, żebyś zrozumiał, że kiedy przyszedłem do ciebie drugi raz, to nie był przypadek. Chcę, żebyś wszystko w pełni zrozumiała, a potem chcę cię poprosić o rękę, o zgodę na zostanie moją żoną".
  "Właśnie to powiedziałem, a kiedy to powiedziałem, wziął ją za rękę i, nie patrząc na nią, uklęknął u jej stóp, czekając, aż się odezwie. Może gdyby wtedy przemówiła, nawet gdyby to oznaczało potępienie mnie, wszystko byłoby w porządku.
  "Nic nie powiedziała. Teraz rozumiem, dlaczego nie mogła, ale ja wtedy tego nie rozumiałem. Przyznaję, że zawsze byłem niecierpliwy. Czas mijał, a ja czekałem. Byłem jak ktoś, kto spadł z dużej wysokości do morza i czuje, że tonie coraz głębiej i głębiej. Rozumiesz, że człowiek w morzu jest pod ogromnym ciśnieniem i nie może oddychać. Przypuszczam, że w przypadku człowieka wpadającego do morza w ten sposób, siła jego upadku po pewnym czasie słabnie, a on zatrzymuje się w upadku, a potem nagle zaczyna się znowu unosić ku powierzchni morza.
  "I przydarzyło mi się coś podobnego. Po chwili klęczenia u jej stóp nagle zerwałem się na równe nogi. Podszedłem do drzwi, otworzyłem je i, jak się spodziewałem, stali tam mój przyjaciel i jego siostra. Musiałem im się wtedy wydawać niemal radosny; być może później uznali to za szaleństwo. Nie potrafię powiedzieć. Po tym wieczorze już nigdy nie wróciłem do ich domu, a mój były przyjaciel i ja zaczęliśmy unikać siebie nawzajem. Nie było niebezpieczeństwa, że komukolwiek powiedzą, co się stało - z szacunku dla gościa, rozumiesz. Jeśli chodzi o ich rozmowy, kobieta była bezpieczna.
  W każdym razie stanąłem przed nimi i uśmiechnąłem się. "Wasz gość i ja znaleźliśmy się w trudnej sytuacji z powodu serii absurdalnych wypadków, które może wcale na nie nie wyglądały, a teraz się oświadczyłem. Ona jeszcze się na to nie zdecydowała" - powiedziałem bardzo formalnie, odwracając się od nich i wychodząc do ojca, gdzie spokojnie wziąłem płaszcz, kapelusz i torebkę. "Będę musiał pojechać do hotelu i zostać tam do powrotu ojca i matki" - pomyślałem. W każdym razie wiedziałem, że wieczorne wydarzenia nie doprowadzą mnie, jak się spodziewałem wcześniej, do stanu chorobowego.
  OceanofPDF.com
  III
  
  "NIE... Chcę powiedzieć, że po tamtym wieczorze myślałem jaśniej, ale po tym dniu i jego przygodach minęły inne dni i tygodnie, a ponieważ nic szczególnego nie wydarzyło się w wyniku tego, co zrobiłem, nie mogłem pozostać w tym półuniesionym stanie, w jakim się wtedy znajdowałem".
  John Webster przetoczył się na podłodze u stóp córki i, obracając się tak, że leżał na brzuchu twarzą do niej, spojrzał jej w twarz. Łokcie oparł na podłodze, a brodę oparł na obu dłoniach. Było coś diabelnie dziwnego w tym, jak młodość powróciła do jego sylwetki i całkowicie osiągnął swój cel z córką. Widzicie, nie pragnął od niej niczego szczególnego i oddał się jej całym sercem. Na chwilę nawet Natalie została zapomniana, a co do jego żony, leżącej na łóżku w sąsiednim pokoju, być może na swój otępiały sposób cierpiącej tak, jak on nigdy nie cierpiał, dla niego w tej chwili po prostu nie istniała.
  Cóż, była przed nim kobieta, jego córka, i oddał się jej. Prawdopodobnie zupełnie zapomniał w tamtej chwili, że to jego córka. Myślał teraz o swojej młodości, kiedy był młodym mężczyzną głęboko zdezorientowanym życiem, i widział w niej młodą kobietę, która nieuchronnie i często w miarę upływu czasu czuła się równie zagubiona jak on. Próbował opisać jej swoje uczucia jako młodego mężczyzny, który oświadczył się kobiecie, która nie odpowiedziała, a jednak istniało w nim, być może romantycznie, poczucie, że w jakiś sposób, nieuchronnie i nieodwołalnie, przywiązał się do tej konkretnej kobiety.
  "Widzisz, Jane, to, co wtedy zrobiłem, to coś, co ty możesz kiedyś zrobić, coś, co każdy nieuchronnie zrobi". Wyciągnął rękę, chwycił bosą stopę córki, przyciągnął ją do siebie i pocałował. Potem szybko się wyprostował, obejmując kolana ramionami. Na twarzy córki pojawił się rumieniec, a potem zaczęła patrzeć na niego bardzo poważnymi, zdziwionymi oczami. Uśmiechnął się radośnie.
  "I tak, widzicie, mieszkałem właśnie tutaj, w tym mieście, a dziewczyna, której się oświadczyłem, wyjechała i nigdy więcej o niej nie słyszałem. Zatrzymała się u mojego przyjaciela zaledwie dzień lub dwa po tym, jak udało mi się tak zaskoczyć początek jej wizyty.
  Mój ojciec od dłuższego czasu ganił mnie za to, że nie interesuję się fabryką pralek. Oczekiwano, że po pracy zabiorę go na przebieżkę, więc postanowiłem, że lepiej będzie, jeśli zrobię coś, co nazwałbym "uspokojeniem się". Uznałem, że lepiej będzie, jeśli mniej będę ulegał marzeniom i niezręcznej młodości, która doprowadziła mnie jedynie do tak niewytłumaczalnych zachowań, jak drugie spotkanie z nagą kobietą.
  Prawda jest oczywiście taka, że mój ojciec, który w młodości dożył dnia, w którym podjął dokładnie tę samą decyzję co ja, mimo całej swojej stateczności i tego, że stał się pracowitym, rozsądnym człowiekiem, niewiele na tym zyskał; ale wtedy o tym nie myślałem. Cóż, nie był już tym wesołym staruszkiem, jakim go dziś pamiętam. Przypuszczam, że zawsze ciężko pracował i siedział przy biurku osiem, dziesięć godzin dziennie, a przez wszystkie lata, kiedy go znałem, miewał ataki niestrawności, podczas których wszyscy w domu musieli chodzić cicho, bojąc się, że głowa będzie go bolała bardziej niż wcześniej. Ataki zdarzały się mniej więcej raz w miesiącu, a on wracał do domu, a moja matka kładła go na kanapie w salonie, rozgrzewała żelazka, owijała je ręcznikami i kładła mu na brzuchu, i tak leżał cały dzień, pochrząkując i, jak można sobie wyobrazić, zamieniając życie w naszym domu w radosne, świąteczne wydarzenie.
  "A potem, kiedy znów czuł się lepiej i wyglądał już tylko trochę siwo i wychudzeniem, przychodził do stołu podczas posiłków z resztą z nas i opowiadał mi o swoim życiu jako o całkowicie udanym biznesie. I traktował to jak oczywistość, ja chciałam właśnie takiego innego życia.
  "Z jakiegoś głupiego powodu, którego teraz nie rozumiem, myślałem wtedy, że właśnie tego chcę. Chyba zawsze pragnąłem czegoś innego i przez to większość czasu spędzałem na mglistych marzeniach, i nie tylko mój ojciec, ale wszyscy starzy ludzie w naszym miasteczku, a prawdopodobnie także wszystkie inne miejscowości wzdłuż linii kolejowej na wschodzie i zachodzie, myśleli i rozmawiali ze swoimi synami dokładnie w ten sam sposób. Przypuszczam, że dałem się ponieść ogólnemu nurtowi myśli i po prostu wszedłem w to na oślep, ze spuszczoną głową, bez zastanowienia.
  Byłem więc młodym producentem pralek i nie miałem kobiety, a po tym incydencie w jego domu nie widziałem mojego byłego przyjaciela, z którym próbowałem rozmawiać o niejasnych, ale jednak ważniejszych, barwnych marzeniach z moich wolnych chwil. Kilka miesięcy później ojciec wysłał mnie w podróż, żebym spróbował sprzedać pralki dealerom w małych miasteczkach. Czasem mi się udawało, czasem sprzedawałem, a czasem nie.
  "Nocą w miastach chodziłem po ulicach i czasami spotykałem jakąś kobietę, kelnerkę z hotelu albo dziewczynę, którą poznałem na ulicy.
  "Spacerowaliśmy pod drzewami wzdłuż ulic osiedlowych miasta, a gdy miałem szczęście, czasem udało mi się namówić któregoś z nich, żeby poszedł ze mną do małego, taniego hotelu lub w mrok pól na obrzeżach miasta.
  "W takich momentach rozmawialiśmy o miłości i czasami byłem bardzo wzruszony, ale ostatecznie nie byłem zbyt wzruszony.
  "To wszystko sprawiło, że przypomniała mi się szczupła, naga dziewczyna, którą widziałem na łóżku, a także wyraz jej oczu, gdy się obudziła i nasze spojrzenia się spotkały.
  Znałem jej imię i nazwisko oraz adres, więc pewnego dnia zebrałem się na odwagę i napisałem do niej długi list. Musicie zrozumieć, że w tym czasie czułem się już całkowicie rozsądny, więc starałem się pisać racjonalnie.
  Pamiętam, jak siedziałem w pokoju do pisania w małym hotelu w Indianie, kiedy to robiłem. Biurko, przy którym siedziałem, znajdowało się przy oknie, tuż przy głównej ulicy miasta, a ponieważ był wieczór, ludzie szli ulicą do swoich domów, jak sądzę, zmierzając na kolację.
  "Nie przeczę, że stałem się dość romantyczny. Siedząc tam, czując się samotny i, jak sądzę, przepełniony użalaniem się nad sobą, spojrzałem w górę i zobaczyłem mały dramat rozgrywający się w korytarzu po drugiej stronie ulicy. Był to dość stary, podupadły budynek z bocznymi schodami prowadzącymi na ostatnie piętro, gdzie ewidentnie ktoś mieszkał, bo w oknie wisiały białe zasłony.
  "Siedziałem, patrząc na to miejsce, i chyba śniło mi się długie, smukłe ciało dziewczyny na łóżku na piętrze w drugim domu. Był wieczór i zapadał zmierzch, rozumiesz, i to właśnie takie światło padło na nas w chwili, gdy spojrzeliśmy sobie w oczy, w chwili, gdy nie było nikogo innego oprócz nas dwojga, zanim zdążyliśmy pomyśleć. I przypomnij sobie innych w tym domu, gdy ja budziłem się ze snu na jawie, a ona ze snu, w chwili, gdy zaakceptowaliśmy siebie nawzajem i pełną, natychmiastową urodę siebie nawzajem - no cóż, widzisz, to samo światło, w którym stałem, a ona leżała, jak można by leżeć na miękkich wodach jakiegoś południowego morza, to samo inne światło padało teraz na mały, pusty pokój biurowy w brudnym, małym hotelu w tym mieście, a po drugiej stronie drogi kobieta zeszła po schodach i stanęła w tym samym innym świetle.
  "Okazało się, że była też wysoka, jak twoja matka, ale nie widziałem, jakie miała na sobie ubrania ani w jakim kolorze. Było coś dziwnego w świetle; tworzyło iluzję. Do diabła! Chciałbym ci opowiedzieć, co mi się przydarzyło, bez tej wiecznej obawy, że wszystko, co mówię, będzie wydawać się trochę dziwne i nadprzyrodzone. Ktoś spaceruje wieczorem po lesie, powiedzmy, Jane, i ma dziwne, fascynujące iluzje. Światło, cienie drzew, przestrzenie między drzewami - wszystko to tworzy iluzje. Często drzewa zdają się kogoś wabić. Stare, silne drzewa wyglądają mądrze i myślisz, że zdradzą ci jakąś wielką tajemnicę, ale tak nie jest. Znajdujesz się w lesie młodych brzóz. Takie nagie, dziewczęce stworzenia, biegnące i biegnące, wolne, wolne. Kiedyś byłem w takim lesie z dziewczyną. Planowaliśmy coś. Cóż, nie zaszło to dalej niż to, że w tym momencie darzyliśmy się wielkim uczuciem. Całowaliśmy się i pamiętam, jak dwa razy zatrzymałem się w półmroku i dotknąłem jej twarzy moimi Palcami - delikatnie, delikatnie, wiesz. Była małą, głupią, nieśmiałą dziewczyną, którą poderwałem na ulicach małego miasteczka w Indianie, taką beztroską, amoralną dziewczyną, jaką czasem można spotkać w małych miasteczkach. Mam na myśli to, że swobodnie obcowała z mężczyznami w dziwny, nieśmiały sposób. Poderwałem ją na ulicy, a potem, kiedy wyszliśmy do lasu, oboje poczuliśmy dziwność rzeczy i dziwność bycia ze sobą.
  "Widzisz, byliśmy tam. Mieliśmy... Nie wiem dokładnie, co mieliśmy zrobić. Staliśmy tam i patrzyliśmy na siebie.
  "A potem nagle oboje spojrzeliśmy w górę i zobaczyliśmy bardzo dostojnego i przystojnego starca stojącego na drodze przed nami. Miał na sobie szatę luźno zarzuconą na ramiona i rozłożoną za nim na leśnej ściółce, między drzewami.
  "Jakiż to dostojny starzec! Doprawdy, jakiż to dostojny człowiek! Obaj go widzieliśmy, obaj patrzyliśmy na niego oczami pełnymi zachwytu, a on stał i patrzył na nas.
  Musiałam podejść i dotknąć tego czegoś rękami, zanim iluzja stworzona przez nasze umysły mogła się rozwiać. Królewski starzec był niczym więcej niż na wpół spróchniałym pniem, a ubrania, które nosił, były niczym więcej niż fioletowymi nocnymi cieniami padającymi na leśną ściółkę, ale widok tego stworzenia razem zmienił wszystko między mną a nieśmiałą dziewczynką z miasta. To, co obie zamierzałyśmy zrobić, nie mogło zostać zrealizowane w duchu, w jakim do tego podeszłyśmy. Nie powinnam ci teraz o tym opowiadać. Nie powinnam zbytnio zbaczać z drogi.
  "Po prostu myślę, że takie rzeczy się zdarzają. Widzisz, mówię o innym czasie i miejscu. Tego wieczoru, kiedy siedziałem w hotelowym pokoju do pisania, paliło się inne światło, a po drugiej stronie ulicy dziewczyna lub kobieta schodziła po schodach. Miałem wrażenie, że jest naga, jak młoda brzoza, i idzie w moim kierunku. Jej twarz była szarawym, drżącym cieniem na korytarzu i najwyraźniej czekała na kogoś, wysuwając głowę i rozglądając się po ulicy.
  "Znowu zgłupiałem. Oto cała historia, śmiem twierdzić. Gdy tak siedziałem i patrzyłem, pochylając się do przodu, próbując wpatrywać się coraz głębiej w wieczorne światło, jakiś mężczyzna pospiesznie schodził ulicą i zatrzymał się przy schodach. Był tak wysoki jak ona, a kiedy się zatrzymał, pamiętam, że zdjął kapelusz i wszedł w ciemność, trzymając go w dłoni. Najwyraźniej w romansie między tymi dwojgiem ludzi było coś ukrytego i ukrytego, bo mężczyzna również wychylił głowę ponad stopnie i długo i uważnie patrzył w górę i w dół ulicy, zanim wziął kobietę w ramiona. Być może była żoną jakiegoś innego mężczyzny. W każdym razie cofnęli się nieco w jeszcze większą ciemność i, jak mi się zdawało, całkowicie się wchłonęli. Ile zobaczyłem, a ile sobie wyobraziłem, nigdy się nie dowiem. W każdym razie dwie szarobiałe twarze zdawały się unosić, a potem zlewać w jedną szarobiałą plamę.
  Potężny dreszcz przebiegł mi przez ciało. Tam, zdawało mi się, kilkaset stóp od miejsca, w którym siedziałam, teraz w niemal całkowitej ciemności, miłość znajdowała swój wspaniały wyraz. Usta przyciśnięte do ust, dwa ciepłe ciała przyciśnięte do siebie, coś absolutnie wspaniałego i pięknego w życiu, coś, co ja, biegając wieczorami z biednymi miejskimi dziewczynami i próbując namówić je, by poszły ze mną na pola, by zaspokoić jedynie mój zwierzęcy głód - no cóż, widzicie, było coś do znalezienia w życiu, coś, czego nie znalazłam i czego w tamtej chwili, zdawało mi się, nie mogłam znaleźć, ponieważ w chwili wielkiego kryzysu nie znalazłam w sobie odwagi, by wytrwale za tym podążać.
  OceanofPDF.com
  IV
  
  "I WIDZISZ, zapaliłem lampę w gabinecie tego hotelu i zapomniałem o kolacji, i siedziałem tam, i pisałem strony i strony do tej kobiety, i ja też wpadłem w głupotę i przyznałem się do kłamstwa, że wstydzę się tego, co zaszło między nami kilka miesięcy temu, i że zrobiłem to tylko dlatego, że wpadłem do jej pokoju dopiero po raz drugi, że byłem głupcem, i wiele innych niewypowiedzianych bzdur."
  John Webster zerwał się na równe nogi i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju, ale teraz jego córka była kimś więcej niż tylko bierną słuchaczką jego opowieści. Podszedł do Matki Boskiej, stojącej między płonącymi świecami, i ruszył z powrotem w stronę drzwi prowadzących na korytarz i schodów, gdy Matka Boska zerwała się na równe nogi i biegnąc do niego, impulsywnie zarzuciła mu ręce na szyję. Zaczęła szlochać i ukryła twarz w jego ramieniu. "Kocham cię" - powiedziała. "Nieważne, co się stało, kocham cię".
  OceanofPDF.com
  W
  
  I tak oto John Webster zagościł w jego domu i udało mu się, przynajmniej na chwilę, zburzyć mur dzielący go od córki. Po jej wybuchu poszli i usiedli razem na łóżku, obejmując ją ramieniem, a jej głowę opierając na swoim ramieniu. Lata później, czasami, gdy był z przyjacielem i w odpowiednim nastroju, John Webster mówił o tej chwili jako o najważniejszej i najpiękniejszej w całym swoim życiu. W pewnym sensie jego córka oddawała mu się, tak jak on oddawał się jej. Zdawał sobie sprawę, że to rodzaj małżeństwa. "Byłem ojcem i kochankiem. Być może te dwie rzeczy są nierozróżnialne. Byłem ojcem, który nie bał się dostrzec piękna ciała swojej córki i napełnić zmysły jej zapachem" - powiedział.
  Jak się okazało, mógł tam siedzieć, rozmawiając z córką, jeszcze przez pół godziny, a potem wyjść z domu, by pójść z Natalie, bez żadnego dramatu, ale jego żona, leżąca na łóżku w sąsiednim pokoju, usłyszała płacz miłości córki i to musiało ją głęboko poruszyć. W milczeniu wstała z łóżka i podeszła do drzwi, cicho je otwierając. Potem stanęła, opierając się o framugę, i słuchała, co mówi jej mąż. W jej oczach malował się okrutny strach. Być może chciała zabić mężczyznę, który był jej mężem przez tak długi czas, i nie zrobiła tego tylko dlatego, że długie lata bezczynności i poddania się życiu odebrały jej zdolność do podniesienia ręki, by uderzyć.
  W każdym razie stała w milczeniu i można by pomyśleć, że zaraz upadnie na podłogę, ale tak się nie stało. Czekała, a John Webster kontynuował opowieść. Teraz, z diabelską dbałością o szczegóły, opowiadał córce całą historię ich małżeństwa.
  W wersji tego mężczyzny wydarzyło się tak, że po napisaniu jednego listu nie mógł przestać i tego samego wieczoru napisał kolejny, a następnego dnia kolejne dwa.
  Kontynuował pisanie listów i sam wierzył, że pisanie listów zrodziło w nim rodzaj szaleńczej pasji kłamstwa, takiej, której raz rozbudzonej nie sposób było powstrzymać. "Rozpocząłem to, co działo się we mnie przez te wszystkie lata" - wyjaśnił. "To sztuczka, którą ludzie stosują - okłamywanie samych siebie na swój temat". Było oczywiste, że jego córka nie poszła za nim, choć próbowała. Mówił teraz o czymś, czego nie doświadczyła, nie mogła doświadczyć - o hipnotycznej mocy słów. Czytała już książki i dawała się zwodzić słowom, ale nie miała świadomości tego, co jej już zrobiono. Była młodą dziewczyną, a ponieważ w jej życiu często brakowało czegoś ekscytującego czy interesującego, była wdzięczna za życie słów i książek. To prawda, że jedno z nich pozostawało całkowicie puste, znikało z jej umysłu bez śladu. Cóż, powstały z czegoś w rodzaju świata snów. Trzeba było wiele przeżyć i wiele doświadczyć w życiu, zanim uświadomić sobie, że pod powierzchnią zwyczajnego, codziennego życia zawsze rozgrywa się głęboki i wzruszający dramat. Tylko nieliczni potrafią docenić poezję rzeczywistości.
  Jej ojciec najwyraźniej doszedł do takiego wniosku. Teraz mówił. Otwierał przed nią drzwi. To było jak spacer po starym mieście, pozornie znajomym, z zaskakująco natchnionym przewodnikiem. Wchodziłaś i wychodziłaś ze starych domów, widząc rzeczy, jakich nigdy wcześniej nie widziałaś: wszystkie domowe przedmioty, obraz na ścianie, stare krzesło przy stole, sam stół, przy którym siedział mężczyzna, którego zawsze znałaś, paląc fajkę.
  W jakiś cudowny sposób wszystkie te rzeczy zyskały teraz nowe życie i znaczenie.
  Artysta van Gogh, który podobno popełnił samobójstwo w przypływie rozpaczy, ponieważ nie mógł uchwycić na płótnie całego cudu i blasku słońca świecącego na niebie, namalował kiedyś obraz przedstawiający stare krzesło w pustym pokoju. Kiedy Jane Webster dorosła i nabrała własnego zrozumienia życia, pewnego dnia zobaczyła ten obraz wiszący w nowojorskiej galerii. Dziwny cud życia można było dostrzec, patrząc na obraz przedstawiający zwyczajne, prymitywnie wykonane krzesło, być może należące do francuskiego chłopa, w którego domu artysta mógł spędzić godzinę w letni dzień.
  Musiał to być dzień, w którym był bardzo żywy i świadomy całego życia domu, w którym siedział, dlatego namalował krzesło i przelał na obraz wszystkie swoje emocjonalne reakcje na ludzi w tym konkretnym domu i w wielu innych domach, które odwiedził.
  Jane Webster była w pokoju z ojcem, a on ją trzymał i mówił o czymś, czego nie rozumiała, ale ona też rozumiała. Teraz znów był młodym mężczyzną i czuł samotność i niepewność młodzieńczej dojrzałości, tak jak ona czasami czuła samotność i niepewność swojej młodej kobiecości. Podobnie jak ojciec, musiała spróbować zrozumieć choć trochę z tego, co się działo. Był teraz uczciwym człowiekiem; mówił do niej szczerze. Już samo to było cudem.
  W młodości wędrował po miastach, spotykał dziewczyny i robił im rzeczy, o których szeptano. Czuł się przez to nieczysty. Nie odczuwał wystarczająco głęboko tego, co zrobił tym biednym dziewczynom. Jego ciało kochało się z kobietami, ale tego nie robił. Jej ojciec o tym wiedział, ale ona jeszcze nie. Było tak wiele, czego nie wiedziała.
  Jej ojciec, wówczas jeszcze młody, zaczął pisać listy do kobiety, którą kiedyś odwiedził zupełnie nago, tak jak ukazał się jej krótko wcześniej. Próbował wyjaśnić, jak jego umysł, wyczuwając otoczenie, ukształtował się w postać pewnej kobiety, ku której mógł skierować swoją miłość.
  Usiadł w swoim pokoju hotelowym i napisał czarnym atramentem słowo "miłość" na białej kartce papieru. Potem wyszedł na spacer po cichych nocnych ulicach miasta. Teraz widziała go doskonale wyraźnie. Dziwne, że był o wiele starszy od niej i jej ojcem, zniknęło. Był mężczyzną, a ona kobietą. Chciała uciszyć krzyki w jego wnętrzu, wypełnić pustkę. Przycisnęła swoje ciało jeszcze bliżej jego.
  Jego głos wciąż wyjaśniał wszystko. Była w nim pasja do wyjaśniania.
  Siedząc w hotelu, napisał kilka słów na kartce papieru, włożył ją do koperty i wysłał do kobiety mieszkającej w odległym miejscu. Potem chodził i chodził, wymyślając kolejne słowa, a wracając do hotelu, zapisał je na kolejnych kartkach papieru.
  Coś w nim zrodziło się, coś trudnego do wytłumaczenia, coś, czego sam nie rozumiał. Spacerowali pod gwiazdami i cichymi uliczkami miasta pod drzewami, a czasem, letnimi wieczorami, słyszeli głosy w ciemności. Ludzie, mężczyźni i kobiety, siedzieli w ciemności na gankach domów. Powstała iluzja. Gdzieś w ciemnościach wyczuwano głęboki, cichy blask życia i pędzono ku niemu. Był w tym jakiś rodzaj rozpaczliwego zapału. Na niebie gwiazdy lśniły jaśniej od myśli. Wiał lekki wietrzyk i zdawało się, jakby dłoń kochanka dotknęła jego policzków i bawiła się jego włosami. Było coś pięknego w życiu, co należało odnaleźć. Kiedy człowiek był młody, nie mógł ustać w miejscu; musiał do tego zmierzać. Pisanie listów było próbą zbliżenia się do celu. Próbą znalezienia wsparcia w ciemności na dziwnych, krętych drogach.
  Zatem swoim listem John Webster dopuścił się dziwnego i fałszywego czynu wobec siebie i kobiety, która później została jego żoną. Stworzył świat nierzeczywistości. Czy on i ta kobieta będą mogli żyć razem w tym świecie?
  OceanofPDF.com
  VI
  
  W CIEMNOŚCI. Z pokoju, podczas gdy mężczyzna rozmawiał z córką, próbując wytłumaczyć jej tę nieuchwytną rzecz, kobieta, która była jego żoną przez tyle lat, z której ciała wyłoniła się młoda kobieta siedząca teraz obok męża, również zaczęła próbować zrozumieć. Po chwili, nie mogąc już ustać na nogach, udało jej się, nie zwracając na siebie uwagi, zsunąć na podłogę. Oparła plecy o framugę drzwi, a nogi rozłożyły się pod ciężkim ciałem. Pozycja, w której się znalazła, była niewygodna; bolały ją kolana, ale jej to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, można było czerpać pewnego rodzaju satysfakcję z fizycznego dyskomfortu.
  Mężczyzna żył tyle lat w świecie, który teraz rozpadał się na jego oczach. Było coś złego i bezbożnego w zbyt surowym definiowaniu życia. O niektórych rzeczach nie powinno się mówić. Mężczyzna poruszał się niepewnie przez mroczny świat, nie zadając zbyt wielu pytań. Jeśli śmierć była milcząca, to mężczyzna zaakceptował śmierć. Co dobrego było w zaprzeczaniu? Ciało stało się stare i ciężkie. Kiedy siadał na podłodze, bolały go kolana. Było coś nie do zniesienia w fakcie, że człowiek, z którym żyli tyle lat, który był tak wyraźnie akceptowany jako część mechanizmu życia, nagle stał się kimś innym, stał się tym straszliwym pytającym, tym zgromadzeniem zapomnianych rzeczy.
  Jeśli ktoś żył za murem, wolał życie za murem. Za murem światło było przyćmione i niewidoczne. Wspomnienia były zamknięte. Dźwięki życia słabły i zanikały w oddali. Było coś barbarzyńskiego i brutalnego w tym całym burze murów, w tworzeniu pęknięć i wyłomów w murze życia.
  W kobiecie, Mary Webster, również szalała walka. W jej oczach pojawiało się i znikało dziwne, nowe życie. Gdyby w tym momencie do pokoju weszła czwarta osoba, być może byłaby bardziej świadoma jej obecności niż pozostali.
  Było coś przerażającego w sposobie, w jaki jej mąż, John Webster, przygotowywał grunt pod walkę, która miała się w niej rozegrać. W końcu ten człowiek był dramaturgiem. Zdobycie wizerunku Matki Boskiej i świec, budowa małej sceny, na której miał się rozegrać dramat - w tym wszystkim tkwił nieświadomy wyraz artystyczny.
  Choć na zewnątrz mógł nie mieć takich intencji, z jaką diabelską pewnością siebie działał. Kobieta siedziała teraz na podłodze w półmroku. Między nią a płonącymi świecami stało łóżko, na którym siedziały dwie inne osoby: jedna rozmawiała, druga słuchała. Cała podłoga w pokoju obok, w którym siedziała, była pokryta ciężkimi, czarnymi cieniami. Oparła się jedną ręką o framugę drzwi, żeby się podeprzeć.
  Świece na swoim wysokim miejscu migotały, płonąc. Światło padało tylko na jej ramiona, głowę i uniesione ramię.
  Była niemal zanurzona w morzu ciemności. Od czasu do czasu głowa opadała jej do przodu z czystego wyczerpania i czuła się, jakby była całkowicie zanurzona.
  Mimo to jej ręka pozostała uniesiona, a głowa wróciła na powierzchnię morza. Jej ciało lekko się zachwiało. Przypominała starą łódź, na wpół zanurzoną, leżącą na morzu. Drobne, drżące fale światła zdawały się igrać z jej ciężką, białą, zadartą do góry twarzą.
  Oddychanie było nieco utrudnione. Myślenie sprawiało mu pewną trudność. Mężczyzna żył latami, nie myśląc. Lepiej leżeć cicho w morzu ciszy. Świat miał absolutną rację, ekskomunikować tych, którzy zakłócali morze ciszy. Ciało Mary Webster lekko zadrżało. Mogła zabić, ale nie miała siły, nie wiedziała, jak zabijać. Zabijanie to biznes i trzeba się go nauczyć.
  To było nie do zniesienia, ale czasami musiałam o tym myśleć. Coś się stało. Kobieta wyszła za mąż za mężczyznę, a potem, zupełnie niespodziewanie, odkryła, że go nie poślubiła. Na świecie pojawiły się dziwne, niedopuszczalne idee na temat małżeństwa. Córkom nie powinno się mówić, co ich mężowie teraz mówią córkom. Czy umysł młodej, dziewiczej dziewczyny mógłby zostać zgwałcony przez własnego ojca i zmuszony do uświadomienia sobie niewypowiedzianych rzeczy w życiu? Gdyby na to przyzwalano, co stałoby się z wszelkim przyzwoitym i uporządkowanym życiem? Dziewice nie powinny uczyć się niczego o życiu, dopóki nie nadejdzie czas, by przeżyć to, co one, jako kobiety, muszą w końcu zaakceptować.
  W każdym ludzkim ciele kryje się ogromny rezerwuar milczących myśli. Pewne słowa wypowiadane są na zewnątrz, ale jednocześnie, w głębokich, ukrytych miejscach, wypowiadane są inne. Jest zasłona myśli, niewyrażonych emocji. Ileż rzeczy wrzuca się do głębokiej studni, skrywa w głębokiej studni!
  Otwór studni jest przykryty ciężką, żelazną pokrywą. Gdy pokrywa jest szczelnie zamknięta, wszystko jest w porządku. Człowiek wypowiada słowa, je, spotyka się z ludźmi, prowadzi interesy, oszczędza pieniądze, nosi ubrania - wiedzie uporządkowane życie.
  Czasem w nocy, gdy śpię, powieki mi się trzęsą, ale nikt o tym nie wie.
  Po co ktokolwiek miałby chcieć zrywać pokrywy studni i burzyć mury? Lepiej zostawić wszystko tak jak jest. Każdy, kto naruszy ciężkie, żelazne pokrywy, powinien zostać zabity.
  Ciężka, żelazna pokrywa głębokiej studni w ciele Mary Webster zadrżała gwałtownie. Zatańczyła w górę i w dół. Migoczący blask świecy przypominał drobne, figlarne fale na powierzchni spokojnego morza. W jej oczach dostrzegł inny rodzaj tańczącego światła.
  Na łóżku John Webster przemawiał swobodnie i naturalnie. Jeśli przygotował scenę, to jednocześnie wyznaczył sobie rolę mówcy w dramacie, który miał się na niej rozegrać. Sam wierzył, że wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru, było skierowane przeciwko jego córce. Odważył się nawet pomyśleć, że może odmienić jej życie. Jej młode życie było jak rzeka, wciąż mała i wydająca jedynie cichy pomruk, płynąc przez ciche pola. Nadal można było przekroczyć strumień, który był później, po tym, jak wchłonął inne strumienie, stając się rzeką. Można było zaryzykować przerzucenie kłody przez strumień, kierując ją w zupełnie innym kierunku. Wszystko to było śmiałym i całkowicie lekkomyślnym czynem, ale był to czyn, którego nie można było uniknąć.
  Teraz wyrzucił z głowy tę drugą kobietę, swoją byłą żonę Mary Webster. Pomyślał, że kiedy wyszła z sypialni, w końcu zniknęła ze sceny. To było satysfakcjonujące widzieć ją znikającą. Tak naprawdę nigdy nie miał z nią kontaktu przez całe ich wspólne życie. Kiedy pomyślał, że zniknęła ze sceny jego życia, poczuł ulgę. Mógł odetchnąć głębiej, mówić swobodniej.
  Myślał, że odeszła z miejsca zdarzenia, ale wróciła. Nadal musiał się z nią uporać.
  W umyśle Mary Webster budziły się wspomnienia. Jej mąż opowiadał historię ich małżeństwa, ale ona nie słyszała jego słów. W jej wnętrzu zaczęła rozwijać się historia, która zaczęła się dawno temu, gdy była jeszcze młodą kobietą.
  Usłyszała krzyk miłości do mężczyzny wyrywający się z gardła córki i ten krzyk poruszył coś tak głęboko w jej wnętrzu, że wróciła do pokoju, gdzie mąż i córka siedzieli razem na łóżku. Podobny krzyk słyszała kiedyś inna młoda kobieta, ale jakimś cudem nigdy nie wydobył się z jej ust. W tej chwili, gdy mógł wydobyć się z niej, w tej chwili dawno temu, gdy leżała naga na łóżku i patrzyła w oczy nagiego młodego mężczyzny, coś - to, co ludzie nazywali wstydem - stanęło między nią a przyjęciem tego radosnego krzyku.
  Teraz jej myśli ze zmęczeniem powróciły do szczegółów tej sceny. Stara podróż koleją się powtórzyła.
  Wszystko się pomieszało. Najpierw mieszkała w jednym miejscu, a potem, jakby trącona niewidzialną ręką, pojechała w odwiedziny gdzie indziej.
  Podróż tam odbywała się w środku nocy, a ponieważ w pociągu nie było wagonów sypialnych, musiała siedzieć przez kilka godzin w wagonie dziennym po ciemku.
  Za oknem pociągu panowała ciemność, przerywana od czasu do czasu, gdy pociąg zatrzymywał się na kilka minut w jakimś miasteczku w zachodnim Illinois lub południowym Wisconsin. Stał tam budynek dworca z latarnią przymocowaną do zewnętrznej ściany, a od czasu do czasu widniał tam samotny mężczyzna, opatulony w płaszcz, być może pchający po peronie ciężarówkę wypełnioną walizkami i pudłami. W niektórych miasteczkach ludzie wsiadali do pociągu, w innych wysiadali i szli w ciemność.
  Starsza kobieta z koszykiem, w którym znajdował się czarno-biały kot, usiadła obok niej na siedzeniu, a gdy wysiadła na jednej ze stacji, jej miejsce zajął starszy mężczyzna.
  Starzec nie patrzył na nią, tylko mamrotał słowa, których nie rozumiała. Miał postrzępiony, siwy wąs, który opadał na pomarszczone usta i nieustannie głaskał je kościstą, starą dłonią. Słowa, wypowiadane cicho, były mamrotane za jego dłonią.
  Młoda kobieta z tamtej dawnej podróży pociągiem po chwili zapadła w stan półprzytomności, półsnu. Pod koniec podróży jej umysł wyprzedził ciało. Dziewczyna, którą znała ze szkoły, zaprosiła ją do siebie i napisała do niej kilka listów. Przez cały czas w domu obecnych było dwóch młodych mężczyzn.
  Jeden z młodych mężczyzn, których już widziała. Był bratem jej przyjaciółki i pewnego dnia przyszedł do szkoły, w której uczyły się obie dziewczyny.
  Jaki byłby inny młody człowiek? Zastanawiała się, ile razy zadawała sobie to pytanie. Teraz w jej umyśle pojawiały się dziwne obrazy. Pociąg jechał przez niskie wzgórza. Zbliżał się świt. Zapowiadał się zimny, szary dzień z chmurami. Zapowiadał się śnieg. Z pociągu wysiadł mamroczący starzec z siwym wąsem i kościstą dłonią.
  Senne oczy wysokiej, szczupłej młodej kobiety wpatrywały się w niskie wzgórza i długie równiny. Pociąg przejeżdżał przez most nad rzeką. Zasnęła i znów zaskoczył ją ruch i zatrzymanie pociągu. Młody mężczyzna szedł przez odległe pole w szarym świetle poranka.
  Czy śnił jej się młody mężczyzna idący przez pole obok pociągu, czy też naprawdę go widziała? Jaki był jego związek z młodzieńcem, którego miała spotkać u kresu podróży?
  Trochę absurdalne było myśleć, że młody człowiek na polu może być z krwi i kości. Kroczył w tym samym tempie co pociąg, z łatwością przeskakując przez płoty, szybko przemierzając ulice miasta, przemykając niczym cień przez pasma ciemnego lasu.
  Kiedy pociąg się zatrzymał, on również się zatrzymał i stanął, patrząc na nią i uśmiechając się. Miał niemal wrażenie, że mógłby wejść w swoje ciało i wyjść z niego z tym samym uśmiechem. Ta myśl również była zaskakująco słodka. Szedł teraz długo wzdłuż powierzchni rzeki, wzdłuż której przejeżdżał pociąg.
  I przez cały czas patrzył jej w oczy, ponuro, gdy pociąg przejeżdżał przez las, a wnętrze pociemniało, uśmiechając się, gdy znów wyszli na otwartą przestrzeń. W jego oczach było coś, co ją zapraszało, wzywało. Jej ciało zrobiło się ciepłe, a ona niespokojnie poruszyła się w fotelu samochodowym.
  Załoga pociągu rozpaliła ogień w piecu na końcu wagonu, a wszystkie drzwi i okna były zamknięte. Wyglądało na to, że dzień jednak nie będzie taki zimny. W wagonie było nieznośnie gorąco.
  Wstała z siedzenia i trzymając się krawędzi pozostałych siedzeń, przeszła na tył wagonu, gdzie otworzyła drzwi i przystanęła na chwilę, patrząc na mijany krajobraz.
  Pociąg wjechał na stację, na której miała wysiąść, a tam, na peronie, stała jej przyjaciółka, która przyszła na stację, mając dziwne przeczucie, że przyjedzie tym pociągiem.
  Potem poszła z przyjaciółką do domu nieznajomej, a jej matka nalegała, żeby poszła spać i spała do wieczora. Obie kobiety pytały, jak znalazła się w tym pociągu, a ponieważ nie potrafiła wyjaśnić, czuła się trochę niezręcznie. Owszem, mogła pojechać innym, szybszym pociągiem i pokonać całą trasę w ciągu dnia.
  Poczuła gorączkową potrzebę opuszczenia rodzinnego miasta i domu matki. Nie potrafiła tego wytłumaczyć swoim bliskim. Nie mogła powiedzieć matce i ojcu, że po prostu chce wyjechać. W jej własnym domu narastał gąszcz pytań dotyczących całej tej sprawy. Cóż, została przyparta do muru i zadawano jej pytania bez odpowiedzi. Miała nadzieję, że przyjaciółka zrozumie i w nadziei na to powtarzała w kółko to, co mówiła w domu, raczej bezsensownie. "Po prostu chciałam to zrobić. Sama nie wiem, po prostu chciałam to zrobić".
  Położyła się spać w obcym domu, zadowolona, że pozbyła się irytującego pytania. Kiedy się obudzi, wszyscy o wszystkim zapomną. Jej przyjaciółka weszła z nią do pokoju, a ona chciała ją puścić i spędzić trochę czasu w samotności. "Nie będę teraz rozpakowywać walizki. Chyba po prostu się rozbiorę i wpełznę pod prześcieradło. I tak będzie ciepło" - wyjaśniła. To było absurdalne. Cóż, spodziewała się czegoś zupełnie innego po przyjeździe: śmiechu, młodych ludzi stojących dookoła i wyglądających na nieco zawstydzonych. Teraz czuła się po prostu nieswojo. Dlaczego ludzie ciągle pytają, dlaczego wstała o północy i wsiadła do wolnego pociągu, zamiast czekać do rana? Czasami po prostu chce się dobrze bawić, robić drobne rzeczy, bez konieczności tłumaczenia. Kiedy jej przyjaciółka wyszła z pokoju, zrzuciła z siebie wszystkie ubrania, szybko położyła się do łóżka i zamknęła oczy. Wpadła jej do głowy kolejna głupia myśl - pragnienie bycia nago. Gdyby nie wsiadła do powolnego, niewygodnego pociągu, myśl o młodym mężczyźnie idącym obok pociągu przez pola, ulice miasta, lasy nigdy by jej nie przyszła do głowy.
  Czasem dobrze było być nago. Czułam na skórze różne rzeczy. Gdybym tylko mogła częściej doświadczać tego radosnego uczucia. Czasami, gdy byłam zmęczona i senna, mogłam rzucić się na czyste łóżko i to było jak zanurzenie się w silnym, ciepłym uścisku kogoś, kto potrafił kochać i rozumieć moje głupie impulsy.
  Młoda kobieta spała na swoim łóżku, a we śnie znów została szybko uniesiona przez ciemność. Kobieta z kotem i mamroczący starzec już się nie pojawili, ale wielu innych ludzi pojawiło się i zniknęło z jej świata snów. Rozegrał się szybki, zagmatwany ciąg dziwnych zdarzeń. Szła naprzód, zawsze naprzód, ku temu, czego pragnęła. Teraz było bliżej. Ogarnął ją ogromny zapał.
  Dziwne, że była naga. Młody mężczyzna, który tak szybko szedł przez pola, znów się pojawił, ale ona wcześniej nie zauważyła, że on też był nagi.
  Świat pociemniał. Zapanowała ponura ciemność.
  A teraz młody mężczyzna zatrzymał się i, tak jak ona, zamilkł. Oboje zawisli w morzu ciszy. Stał i patrzył jej prosto w oczy. Mógł w nią wejść i odejść. Ta myśl była nieskończenie słodka.
  Leżała w miękkiej, ciepłej ciemności, a jej ciało było gorące, za gorące. "Ktoś głupio rozpalił ogień i zapomniał otworzyć drzwi i okna" - pomyślała niejasno.
  Młody mężczyzna, który był teraz tak blisko niej, który stał tak blisko w milczeniu i patrzył jej prosto w oczy, mógł wszystko naprawić. Jego dłonie były o centymetry od jej ciała. Za chwilę ich dotyk przyniesie chłodny spokój jej ciału i jej istocie.
  Słodki spokój można było znaleźć, patrząc prosto w oczy młodego mężczyzny. Świeciły w ciemności, niczym maleńkie kałuże, w których można się zanurzyć. Ostateczny i nieskończony spokój i radość można było znaleźć, skacząc do basenów.
  Czy można tak pozostać, leżąc spokojnie w miękkich, ciepłych, ciemnych kałużach? Człowiek znalazł się w sekretnym miejscu za wysokim murem. Dziwne głosy wołały: "Hańba! Hańba!". Kiedy słuchał głosów, kałuże stawały się odrażające i odpychające. Czy powinien słuchać głosów, czy zamknąć uszy, zamknąć oczy? Głosy za murem stawały się coraz głośniejsze: "Hańba! Zhańbienie!". Słuchanie głosów niosło śmierć. Czy zamykanie uszu na głosy również niosło śmierć?
  OceanofPDF.com
  VII
  
  JOHN WEBSTER opowiadał historię. Było coś, co sam chciał zrozumieć. Pragnienie zrozumienia wszystkiego było nową pasją, która go ogarnęła. W jakim świecie zawsze żył i jak mało chciał go zrozumieć. Dzieci rodziły się w miastach i na farmach. Dorastały, stając się mężczyznami i kobietami. Niektóre szły na studia, inne, po kilku latach nauki w miejskich lub wiejskich szkołach, ruszały w świat, być może żeniły się, znajdowały pracę w fabrykach lub sklepach, chodziły w niedziele do kościoła lub na mecze, zostawały rodzicami.
  Ludzie wszędzie opowiadali różne historie, rozmawiali o rzeczach, które ich interesowały, ale nikt nie mówił prawdy. Prawda była ignorowana w szkole. Cóż za plątanina innych, nieistotnych rzeczy. "Dwa plus dwa równa się cztery. Jeśli kupiec sprzeda człowiekowi trzy pomarańcze i dwa jabłka, a pomarańcze sprzedają się po dwadzieścia cztery centy za tuzin, a jabłka po szesnaście, ile ten człowiek jest winien kupcowi?"
  Naprawdę ważna sprawa. Dokąd idzie facet z trzema pomarańczami i dwoma jabłkami? To niski mężczyzna w brązowych butach, z czapką nasuniętą na skroń. Na jego ustach błąka się dziwny uśmiech. Rękaw płaszcza jest podarty. Co się stało? Kuss nuci sobie piosenkę. Posłuchaj:
  
  "Diddle-de-di-do,
  Diddle-de-di-do,
  Chinaberry rośnie na drzewie Chinaberry.
  Diddle-de-di-do.
  
  Co ma na myśli, mówiąc w imieniu brodatych mężczyzn, którzy przyszli do sypialni królowej, gdy narodził się rzymski król? Czym jest Chinaberry?
  John Webster rozmawiał ze swoją córką, siedząc z nią ramię w ramię i mówiąc, podczas gdy za nim, niewidoczna, jego żona zmagała się z ponownym założeniem żelaznej pokrywy, która zawsze powinna być szczelnie dociśnięta do otworu studni.
  Dawno temu, późnym popołudniem, przyszedł do niej nagi mężczyzna. Przyszedł i coś jej zrobił. Zgwałcił nieświadomą jaźń. Z czasem to zostało zapomniane lub wybaczone, ale teraz robił to ponownie. Teraz mówił. O czym mówił? Czy nie było rzeczy, o których nigdy się nie mówiło? Jaki był cel głębokiej studni w sobie, jeśli nie po to, by stać się miejscem, w którym można umieścić to, czego nie da się wypowiedzieć?
  Teraz John Webster próbował opowiedzieć całą historię o swojej próbie uprawiania miłości z kobietą, którą poślubił.
  Pisanie listów zawierających słowo "miłość" doprowadziło do czegoś. Po pewnym czasie, kiedy wysłał kilka takich listów, napisanych w hotelowych pokojach do pisania, i właśnie wtedy, gdy zaczynał myśleć, że nigdy nie otrzyma odpowiedzi na żaden z nich i może równie dobrze dać sobie spokój, nadeszła odpowiedź. Potem posypała się od niego lawina listów.
  Nawet wtedy wciąż podróżował z miasta do miasta, próbując sprzedać pralki kupcom, ale zajmowało mu to tylko część dnia. Pozostawały wieczory i poranki, kiedy wstawał wcześnie i czasami przed śniadaniem udawał się na spacer ulicami któregoś z miasteczek, długie wieczory i niedziele.
  Przez cały ten czas wypełniała go niewytłumaczalna energia. To musiało być spowodowane tym, że był zakochany. Jeśli ktoś nie jest zakochany, nie może czuć się tak żywy. Wczesnym rankiem i wieczorem, gdy spacerował, patrząc na domy i ludzi, wszyscy nagle wydawali mu się bliscy. Mężczyźni i kobiety wychodzili z domów i szli ulicami, rozbrzmiewały gwizdki fabryczne, mężczyźni i chłopcy wchodzili i wychodzili z fabryk.
  Pewnego wieczoru stał pod drzewem na obcej ulicy, w obcym mieście. W sąsiednim domu płakało dziecko, a kobiecy głos przemówił do niego cicho. Jego palce zacisnęły się na korze drzewa. Chciał wbiec do domu, gdzie płakało dziecko, wyrwać je z rąk matki i pocieszyć, a może nawet ją pocałować. A gdyby mógł tylko iść ulicą, ściskając dłonie mężczyzn i obejmując ramionami młode dziewczyny?
  Miał ekstrawaganckie fantazje. Może istniał świat, w którym powstaną nowe i wspaniałe miasta. Wyobrażał sobie takie miasta. Po pierwsze, drzwi wszystkich domów były szeroko otwarte. Wszystko było czyste i schludne. Parapety domów były umyte. Wszedł do jednego z domów. Ludzie już wyszli, ale na wypadek, gdyby ktoś taki jak on się tu zakradł, przygotowali małą ucztę na stole w jednym z pokoi na dole. Leżał tam bochenek białego chleba, obok nóż do krojenia, wędliny, ser w kostkach, karafka wina.
  Siedział sam przy stole i jadł, czując się bardzo szczęśliwy, a kiedy zaspokoił głód, starannie otrzepał okruchy i starannie wszystko przygotował. Ktoś inny mógł przyjść później i zajrzeć do tego samego domu.
  Sny młodego Webstera z tego okresu życia napełniały go radością. Czasami, podczas nocnych spacerów po ciemnych ulicach swojego domu, zatrzymywał się i stawał, patrząc w niebo i śmiejąc się.
  Znalazł się w świecie fantazji, miejscu ze snów. Jego myśli przeniosły go z powrotem do domu, który odwiedził w swoim świecie snów. Jakże był ciekaw ludzi, którzy tam mieszkali. Była noc, ale miejsce było oświetlone. Były tam małe lampki, które można było podnieść i nosić ze sobą. Było miasto, gdzie każdy dom był miejscem ucztowania, a ten był jednym z takich domów, a w jego słodkich głębinach można było nakarmić nie tylko żołądek.
  Przechadzał się po domu, karmiąc wszystkie zmysły. Ściany pomalowano na jaskrawe kolory, które z biegiem czasu wyblakły, stając się miękkie i delikatne. W Ameryce minęły już czasy, gdy ludzie nieustannie budowali nowe domy. Budowali solidne domy, a potem w nich mieszkali, powoli i pewnie je dekorując. To był dom, w którym prawdopodobnie chciałoby się przebywać w ciągu dnia, gdy właściciele byli w domu, ale miło było też być samemu w nocy.
  Lampa trzymana nad ich głowami rzucała tańczące cienie na ściany. Ktoś wszedł po schodach do sypialni, przemierzył korytarze, zszedł ponownie po schodach i, odłożywszy lampę, zemdlał przy otwartych drzwiach wejściowych.
  Jak przyjemnie było zatrzymać się na chwilę na werandzie, śniąc nowe sny. A co z ludźmi, którzy mieszkali w tym domu? Wyobraził sobie młodą kobietę śpiącą w jednej z sypialni na piętrze. Gdyby spała w łóżku, a on wszedłby do jej pokoju, co by się stało?
  Być może w świecie, no cóż, równie dobrze można by powiedzieć w jakimś wyimaginowanym świecie - być może stworzenie takiego świata zajęłoby realnym ludziom zbyt wiele czasu - ale czyż nie mógłby istnieć na świecie jakiś naród? Co o tym myślisz? Naród z prawdziwie rozwiniętymi zmysłami, ludzie, którzy naprawdę czują zapachy, widzą, smakują, dotykają rzeczy palcami, słyszą uszami? Można by pomarzyć o takim świecie. Był wczesny wieczór i nie było potrzeby wracać do małego, brudnego miejskiego hotelu przez kilka godzin.
  Być może pewnego dnia narodzi się świat zamieszkany przez żywych ludzi. Wtedy ustaną ciągłe rozmowy o śmierci. Ludzie uchwycili się życia mocno, niczym pełnego kielicha, i nieśli je, aż nadszedł czas, by przerzucić je przez ramię. Zrozumieją, że wino zostało stworzone do picia, jedzenie do odżywiania i pożywienia ciała, uszy do słyszenia wszelkich dźwięków, a oczy do widzenia.
  Jakież nieznane uczucia mogłyby rozwinąć się w ciałach takich ludzi? Cóż, całkiem możliwe, że młoda kobieta, taka, jaką John Webster próbował sobie wyobrazić, mogłaby w takie wieczory leżeć spokojnie na łóżku w pokoju na piętrze jednego z domów przy ciemnej ulicy. Wchodziło się przez otwarte drzwi domu i, biorąc lampę, podchodziło do niego. Sama lampa również mogła być wyobrażona jako coś pięknego. Miała mały pierścień, przez który można było wsunąć palec. Nosiło się lampę jak pierścień na palcu. Jej mały płomień był niczym drogocenny kamień, lśniący w ciemności.
  Jeden z nich wszedł po schodach i cicho wszedł do pokoju, gdzie kobieta leżała na łóżku. Drugi trzymał lampę nad głową. Jej światło padało zarówno na nią, jak i na kobietę w oczach. Minęła długa chwila, podczas której po prostu stali, patrząc na siebie.
  Zadano pytanie: "Czy jesteś dla mnie? Czy ja dla ciebie?". Ludzie rozwinęli nowy zmysł, wiele nowych zmysłów. Ludzie widzieli oczami, wąchali nozdrzami, słyszeli uszami. Rozwinęły się również głębsze, ukryte zmysły ciała. Teraz ludzie mogli akceptować lub odrzucać się nawzajem gestem. Nie było już powolnego głodowania mężczyzn i kobiet. Nie było już potrzeby długiego życia, podczas którego można było doświadczyć jedynie najsłabszych przebłysków kilku półzłotych chwil.
  Było coś w tych wszystkich fantazjach, tak ściśle związanych z jego małżeństwem i życiem po nim. Próbował to wytłumaczyć córce, ale było to trudne.
  W pewnej chwili wszedł do pokoju na piętrze i zobaczył leżącą przed sobą kobietę. W jego oczach pojawiło się nagłe i nieoczekiwane pytanie, a w jej oczach znalazł szybką i niecierpliwą odpowiedź.
  A potem - cholera, jak trudno było to naprawić! W pewnym sensie padło kłamstwo. Przez kogo? Chodziło o truciznę, którą on i kobieta wdychali razem. Kto wypuścił chmurę toksycznych oparów w powietrze sypialni na piętrze?
  Ta chwila wciąż powracała w umyśle młodego mężczyzny. Przemierzał ulice nieznanych miast, marząc o dotarciu do sypialni na piętrze, w której mieszkała kobieta nowego typu.
  Potem poszedł do hotelu i siedział godzinami, pisząc listy. Oczywiście, nie spisał swoich fantazji. Och, gdyby tylko miał odwagę to zrobić! Gdyby tylko wiedział, że tak jest!
  Pisał w kółko słowo "miłość", dość głupio. "Szedłem i myślałem o tobie, i tak bardzo cię kochałem. Zobaczyłem dom, który mi się podobał, i pomyślałem o tym, jak my dwoje w nim zamieszkamy jako mąż i żona. Przepraszam, że byłem taki głupi i nieuważny, kiedy cię wtedy zobaczyłem. Daj mi jeszcze jedną szansę, a udowodnię ci moją "miłość".
  Cóż za zdrada! W końcu to John Webster zatruł źródła prawdy, z których on i ta kobieta będą musieli czerpać, podążając drogą do szczęścia.
  W ogóle o niej nie myślał. Myślał o dziwnej, tajemniczej kobiecie leżącej w górnej sypialni jego wymarzonego miasta.
  Wszystko zaczęło się źle i potem już nic nie dało się naprawić. Pewnego dnia dostał od niej list, a potem, po napisaniu wielu kolejnych listów, pojechał do jej miasta, żeby ją odwiedzić.
  Nastąpił czas zamętu, a potem przeszłość zdawała się być zapomniana. Poszli razem na spacer pod drzewami w obcym mieście. Później napisał więcej listów i ponownie ją odwiedził. Pewnej nocy oświadczył się.
  Ten sam diabeł! Nawet jej nie przytulił, kiedy o to prosił. W tym wszystkim był pewien strach. "Wolałbym tego nie robić po tym, co się stało wcześniej. Poczekam do ślubu. Wtedy wszystko się zmieni". Jeden z nich wpadł na pewien pomysł. Chodziło o to, że po ślubie człowiek staje się zupełnie inny niż przedtem, a osoba, którą kochał, również staje się kimś zupełnie innym.
  Z tym pomysłem w głowie udało mu się wziąć ślub i wraz z kobietą wyruszył w podróż poślubną.
  John Webster przytulił ciało córki do siebie, lekko drżąc. "Miałem w głowie taką myśl, że lepiej będzie, jeśli zrobię to powoli" - powiedział. "Widzisz, już raz ją przestraszyłem. "Tu pójdziemy powoli" - powtarzałem sobie. "Cóż, ona niewiele wie o życiu; lepiej będzie, jeśli zrobię to wolniej"".
  Wspomnienie chwili ślubu głęboko poruszyło Johna Webstera.
  Panna młoda zeszła po schodach. Wokół niej stali obcy ludzie. Przez cały czas, w tych obcych ludziach, w ludziach na całym świecie, kłębiły się myśli, których nikt nie podejrzewał.
  "Spójrz na mnie, Jane. Jestem twoim ojcem. Byłem taki. Przez te wszystkie lata byłem twoim ojcem, po prostu taki byłem. Coś mi się stało. Gdzieś otworzyła się przede mną pokrywa. Teraz, widzisz, stoję jak na wysokim wzgórzu, patrząc w dół na dolinę, w której spędziłem całe moje dawne życie. Nagle, widzisz, rozpoznaję wszystkie myśli, które miałem przez całe życie.
  Usłyszysz to. Przeczytasz o tym w książkach i opowieściach, które ludzie piszą o śmierci. "W chwili śmierci obejrzał się i zobaczył całe swoje życie rozpostarte przed sobą". Właśnie to przeczytasz.
  "Ha! W porządku, ale co z życiem? Co z momentem, kiedy po śmierci człowiek wraca do życia?"
  John Webster znów się wzburzył. Zdjął rękę z ramienia córki i potarł dłonie. Lekkie drżenie przebiegło przez jego ciało i ciało córki. Nie rozumiała, co mówi, ale o dziwo, nie miało to znaczenia. W tej chwili byli głęboko zjednoczeni. Nagłe odrodzenie całej istoty po latach częściowej śmierci było ciężką próbą. Trzeba było znaleźć nową równowagę ciała i umysłu. Czuło się bardzo młode i silne, a potem nagle stare i zmęczone. Teraz niosło się życie naprzód, jak niesie się napełniony kubek zatłoczoną ulicą. Trzeba było cały czas pamiętać, pamiętać, że ciało potrzebuje pewnego relaksu. Trzeba było trochę ustąpić i dać się ponieść rzeczom. Trzeba było o tym zawsze pamiętać. Jeśli ktoś stał się sztywny i napięty w jakimkolwiek momencie, z wyjątkiem chwili, gdy rzucał się ciałem w ciało kochanka, stopa się potykała lub uderzała o coś, a napełniony kubek, który niosło się, opróżniał się niezręcznym gestem.
  Dziwne myśli wciąż napływały do głowy mężczyzny, gdy siedział na łóżku z córką, próbując się uspokoić. Z łatwością mógłby stać się jednym z tych ludzi, których wszędzie widuje się, jednym z tych ludzi, których puste ciała błąkają się po miastach, miasteczkach i farmach, "jednym z tych ludzi, których życie jest pustą miską" - pomyślał, a potem przyszła bardziej wzniosła myśl, która go uspokoiła. Było coś, o czym kiedyś słyszał lub czytał. Co to było? "Nie budź ani nie budź mojej miłości, dopóki ona sama tego nie zechce" - powiedział głos w jego wnętrzu.
  Zaczął ponownie opowiadać historię swojego małżeństwa.
  "W podróż poślubną pojechaliśmy na farmę w Kentucky, jadąc tam nocą wagonem sypialnym w pociągu. Ciągle myślałem o tym, żeby jechać z nią powoli, powtarzałem sobie, że lepiej jechać wolniej, więc tej nocy spała na dolnej pryczy, a ja wślizgnąłem się na górną. Mieliśmy odwiedzić farmę należącą do jej wujka, brata jej ojca, i dotarliśmy do miasteczka, w którym mieliśmy wysiąść z pociągu przed śniadaniem.
  "Jej wujek czekał na stacji z powozem, więc natychmiast pojechaliśmy do miejsca na wsi, które mieliśmy odwiedzić".
  John Webster z drobiazgową dbałością o szczegóły opowiedział historię przybycia dwóch mężczyzn do małego miasteczka. Tej nocy spał bardzo mało i był boleśnie świadomy wszystkiego, co się z nim działo. Od stacji ciągnął się rząd drewnianych magazynów, a po kilkuset metrach przechodził w ulicę mieszkalną, a potem w wiejską drogę. Mężczyzna w koszuli z krótkim rękawem szedł chodnikiem po jednej stronie ulicy. Palił fajkę, ale gdy przejeżdżał powóz, wyjął fajkę z ust i roześmiał się. Zawołał do innego mężczyzny, który stał przed otwartym sklepem po drugiej stronie ulicy. Jakie dziwne słowa wypowiedział. Co one znaczyły? "Zrób coś niezwykłego, Eddie!" - krzyknął.
  Powóz, wiozący trzy osoby, ruszył szybko. John Webster nie spał całą noc i czuł w sobie napięcie. Był żywy, pełen zapału. Jej wujek na przednim siedzeniu był rosłym mężczyzną, jak jej ojciec, ale jego skóra opaliła się od życia na świeżym powietrzu. Miał też siwe wąsy. Czy to możliwe, żeby go spotkać? Czy ktokolwiek będzie mógł mu powiedzieć coś intymnego i poufnego?
  A zresztą, czy ktokolwiek byłby w stanie powiedzieć tak intymne i poufne rzeczy kobiecie, którą poślubił? Prawda była taka, że jego ciało bolało całą noc z oczekiwania na zbliżające się miłosne igraszki. Jakież to dziwne, że nikt nie rozmawiał o takich rzeczach, kiedy żenili się z kobietami z szanowanych rodzin w szanowanych przemysłowych miastach Illinois. Wszyscy na weselu mieli o tym wiedzieć. Niewątpliwie właśnie z tego młodzi, że tak powiem, małżonkowie i małżonkowie uśmiechali się i śmiali za kulisami.
  Powóz ciągnęły dwa konie, które jechały spokojnie i pewnie. Kobieta, która miała zostać narzeczoną Johna Webstera, siedziała wyprostowana i wysoka, na siedzeniu obok niego, z rękami złożonymi na kolanach. Byli na obrzeżach miasta, gdy z frontowych drzwi domu wyszedł chłopiec i stanął na małym ganku, patrząc na nich pustymi, pytającymi oczami. Nieco dalej, pod wiśnią, obok innego domu, spał duży pies. Pozwolił powozie prawie przejechać, zanim ruszył. John Webster obserwował psa. "Czy mam wstać z tego wygodnego miejsca i robić zamieszanie wokół tego powozu, czy nie?" - zdawał się pytać sam siebie pies. Potem zerwał się na równe nogi i, szaleńczo pędząc drogą, zaczął szczekać na konie. Mężczyzna na przednim siedzeniu uderzył go batem. "Przypuszczam, że uznał, że musi to zrobić, że to właściwa rzecz" - powiedział John Webster. Jego narzeczona i jej wujek spojrzeli na niego pytająco. "Ej, co to było? Co powiedziałeś?" - zapytał wujek, ale nie otrzymał odpowiedzi. John Webster nagle poczuł się niezręcznie. "Mówiłem tylko o psie" - powiedział po chwili. Musiał to jakoś wyjaśnić. Reszta podróży minęła w milczeniu.
  Późnym wieczorem tego samego dnia sprawa, na którą czekał z tak wielką nadzieją i wątpliwościami, doszła do pewnego rodzaju finału.
  Dom jej wuja, duży, wygodny, biały, szkieletowy budynek, stał na brzegu rzeki, w wąskiej, zielonej dolinie, przed i za nią wznosiły się wzgórza. Tego popołudnia młody Webster i jego narzeczona minęli stodołę za domem i weszli na drogę biegnącą wzdłuż sadu. Następnie wspięli się na płot i, przechodząc przez pole, weszli do lasu, który ciągnął się w górę zbocza. Na szczycie znajdowała się kolejna łąka, a potem kolejny las, całkowicie pokrywający szczyt wzgórza.
  Dzień był ciepły i próbowali nawiązać rozmowę, ale bezskutecznie. Od czasu do czasu zerkała na niego nieśmiało, jakby chciała powiedzieć: "Droga, którą zamierzamy obrać w życiu, jest bardzo niebezpieczna. Czy jesteś pewien, że jesteś godnym zaufania przewodnikiem?".
  Cóż, wyczuł jej pytanie i zwątpił w odpowiedź. Z pewnością byłoby lepiej, gdyby pytanie zostało zadane i udzielona odpowiedź dawno temu. Kiedy dotarli do wąskiej ścieżki w lesie, puścił ją przodem, a potem mógł spojrzeć na nią z pewnością siebie. W nim też był strach. "Nasza nieśmiałość sprawi, że wszystko pomieszamy" - pomyślał. Trudno mu było sobie przypomnieć, czy naprawdę myślał wtedy o czymś tak konkretnym. Bał się. Jej plecy były bardzo proste, a raz, gdy pochyliła się, by przejść pod gałęzią zwisającego drzewa, jej długie, smukłe ciało, unosząc się i opadając, wykonało niezwykle wdzięczny gest. Poczuł gulę w gardle.
  Próbował skupić się na drobiazgach. Padał deszcz dzień lub dwa temu i w pobliżu ścieżki wyrosły małe grzyby. W jednym miejscu była ich cała armia, bardzo wdzięczne, z kapeluszami ozdobionymi delikatnymi, wielobarwnymi plamkami. Wybrał jednego. Jak dziwnie ostry w nozdrzach. Chciał go zjeść, ale ona się bała i zaprotestowała. "Nie rób tego" - powiedziała. "To może być trucizna". Przez chwilę wydawało się, że jednak mogą się poznać. Spojrzała mu prosto w oczy. To było dziwne. Jeszcze nie nazywali się pieszczotliwie. W ogóle nie zwracali się do siebie po imieniu. "Nie jedz tego" - powiedziała. "No dobrze, ale czyż to nie kuszące i cudowne?" - odpowiedział. Patrzyli na siebie przez chwilę, a potem ona się zarumieniła i znowu poszli ścieżką.
  Wspięli się na wzgórze z widokiem na dolinę, a ona usiadła, opierając plecy o drzewo. Wiosna minęła, ale gdy szli przez las, wszędzie wyczuwało się nową roślinność. Małe, zielone, bladozielone stworzonka wyłaniały się z martwych, brązowych liści i czarnej ziemi, a drzewa i krzewy również zdawały się wypuszczać nowe pędy. Czy pojawiały się nowe liście, czy też stare, odświeżone, stały się nieco bardziej proste i silniejsze? To również było coś do rozważenia, gdy człowiek był zdezorientowany i stawał przed pytaniem, które domagało się odpowiedzi, ale nie potrafił jej znaleźć.
  Teraz byli na wzgórzu, a leżąc u jej stóp, nie musiał na nią patrzeć, mógł jedynie spojrzeć w dół, na dolinę. Być może patrzyła na niego i myślała o tym samym, co on, ale to była jej własna sprawa. Człowiekowi powodziło się na tyle dobrze, że miał własne myśli, uporządkował swoje sprawy. Deszcz, odświeżywszy wszystko, przyniósł do lasu mnóstwo nowych zapachów. Jakież to szczęście, że nie było wiatru. Zapachy nie rozwiały się, lecz opadły nisko, niczym miękki koc okrywający wszystko. Ziemia miała swój własny aromat, zmieszany z wonią gnijących liści i zwierząt. Wzdłuż szczytu wzgórza biegła ścieżka, którą czasami przechadzały się owce. Na utwardzonej ścieżce za drzewem, przy którym siedziała, leżały sterty owczych odchodów. Nie odwrócił się, by spojrzeć, ale wiedział, że tam są. Owcze odchody były jak marmur. Przyjemnie było czuć, że w zasięgu jego miłości do zapachów mieści się całe życie, nawet odchody. Gdzieś w lesie rosło kwitnące drzewo. Nie mogło być daleko. Jego zapach mieszał się z innymi zapachami unoszącymi się nad zboczem wzgórza. Drzewa wzywały pszczoły i owady, które odpowiadały z szaleńczym zapałem. Latały szybko w powietrzu nad głowami Johna Webstera i jej. Człowiek odkłada na bok inne obowiązki, by bawić się myślami. Odyn leniwie podrzucał w powietrze drobne myśli, niczym bawiący się chłopcy, podrzucając je, a potem łapiąc z powrotem. Z czasem, gdy nadejdzie właściwy moment, w życiu Johna Webstera i kobiety, którą poślubił, nadejdzie kryzys, ale na razie można było bawić się myślami. Odyn podrzucał myśli w powietrze i łapał je z powrotem.
  Ludzie chodzili wszędzie, znając zapach kwiatów i innych rzeczy, przypraw i tym podobnych, które poeci określali jako wonne. Czy można budować mury w oparciu o zapachy? Czy nie było kiedyś Francuza, który napisał wiersz o zapachu kobiecych pach? Czy słyszał o tym od młodzieży w szkole, czy też był to po prostu głupi pomysł, który wpadł mu do głowy?
  Zadanie polegało na wyczuciu zapachu wszystkiego w umyśle: ziemi, roślin, ludzi, zwierząt, owadów. Złoty płaszcz mógł zostać utkany, aby rozproszyć ziemię i ludzi. Silne zapachy zwierząt w połączeniu z zapachem sosny i innymi ciężkimi woniami nadawały płaszczowi siłę i trwałość. Następnie, na fundamencie tej siły, można było dać upust wyobraźni. Nadszedł czas, aby zebrali się wszyscy mali poeci. Na solidnym fundamencie stworzonym przez wyobraźnię Johna Webstera mogli tkać wszelkiego rodzaju wzory, używając wszystkich zapachów, które śmiały wyczuć ich mniej odporne nozdrza: zapach fiołków rosnących na leśnych ścieżkach, małych delikatnych grzybów, zapach miodu kapiącego z worków pod ziemią, brzuchy owadów, włosy dziewcząt świeżo po kąpieli.
  W końcu John Webster, mężczyzna w średnim wieku, usiadł na łóżku z córką, opowiadając jej o wydarzeniach z młodości. Wbrew swojej woli nadał tej historii zaskakująco przewrotny wydźwięk. Niewątpliwie okłamywał córkę. Czy ten młody człowiek na zboczu wzgórza dawno temu doświadczył tych licznych i złożonych uczuć, które teraz mu przypisuje?
  Co jakiś czas przestawał mówić i kręcił głową, a na jego twarzy pojawiał się uśmiech.
  "Jak silna była teraz relacja między nim a córką. Nie było wątpliwości, że zdarzył się cud".
  Wydawało mu się nawet, że ona wie, iż kłamie, że narzuca jakąś romantyczną otoczkę na doświadczenia swojej młodości, ale zdawało mu się również, że wie, iż tylko kłamiąc do granic możliwości, może dotrzeć do prawdy.
  Mężczyzna znów znalazł się w swojej wyobraźni na zboczu wzgórza. Pomiędzy drzewami był prześwit, przez który mógł patrzeć na całą dolinę w dole. Gdzieś w dole rzeki znajdowało się duże miasto - nie to, w którym on i jego narzeczona wysiedli, ale znacznie większe, z fabrykami. Jacyś ludzie przypłynęli łodziami z miasta w górę rzeki i przygotowywali się do pikniku w gaju, w górę rzeki, po drugiej stronie rzeki, od domu jej wuja.
  Na przyjęciu byli zarówno mężczyźni, jak i kobiety, te ubrane w białe suknie. Uroczo było patrzeć, jak przechadzają się tam i z powrotem wśród zielonych drzew. Jeden z nich podszedł do brzegu rzeki i, stawiając jedną nogę w łódce zacumowanej przy brzegu, a drugą na samym brzegu, pochylił się, by napełnić dzban wodą. Kobieta i jej odbicie w wodzie były ledwo widoczne nawet z tej odległości. Było podobieństwo i jednocześnie różnica. Dwie białe postacie otwierały się i zamykały niczym misternie pomalowana muszla.
  Młody Webster, stojąc na wzgórzu, nie patrzył na swoją narzeczoną i oboje milczeli, ale był niemal szaleńczo podekscytowany. Czy myślała o tym samym co on? Czy jej natura się ujawniła, tak jak jego?
  Utrzymanie jasności umysłu stało się niemożliwe. O czym on myślał, a co ona myślała i czuła? Daleko w lesie, za rzeką, białe postacie kobiet przechadzały się między drzewami. Mężczyźni, którzy byli na pikniku, w ciemniejszych ubraniach, nie byli już rozpoznawalni. Nie byli już brani pod uwagę. Postacie kobiet w białych szatach wirowały wśród potężnych, sterczących pni drzew.
  Za nim na wzgórzu stała kobieta, jego narzeczona. Być może myślała podobnie jak on. To musiała być prawda. Była młoda i na pewno by się bała, ale nadszedł czas, kiedy strach należało odrzucić. Jednym z nich był mężczyzna, który w odpowiednim momencie podszedł do kobiety i ją pochwycił. W naturze kryło się okrucieństwo, które z czasem stało się częścią męskości.
  Zamknął oczy, przewrócił się na brzuch i stanął na czworakach.
  Gdybyś leżał spokojnie u jej stóp dłużej, to byłoby istne szaleństwo. Wewnątrz panowała już zbyt wielka anarchia. "W chwili śmierci całe życie przemija przed człowiekiem". Co za głupi pomysł. "A co z momentem pojawienia się życia?"
  Uklęknął jak zwierzę, patrząc w ziemię, ale jeszcze nie patrząc na nią. Z całych sił próbował przekazać córce wagę tej chwili w swoim życiu.
  Jak mam wyrazić to, co czułem? Może powinienem zostać artystą albo śpiewakiem. Miałem zamknięte oczy, a we mnie były wszystkie obrazy, dźwięki, zapachy i doznania świata doliny, w którą patrzyłem. W głębi siebie pojmowałem wszystko.
  Wszystko działo się w błyskach, w kolorach. Na początku były żółcie, złoto, lśniące żółcie, rzeczy jeszcze nienarodzone. Żółcie były małymi, lśniącymi smugami, ukrytymi pod ciemnymi błękitami i czerniami gleby. Żółcie to rzeczy jeszcze nienarodzone, jeszcze nieujawnione. Były żółte, bo jeszcze nie były zielone. Wkrótce żółcie zleją się z ciemnymi barwami ziemi i wyłonią się w świecie kwiatów.
  Byłoby morze kwiatów, falujące i rozpryskujące wszystko. Wiosna nadejdzie, w ziemi, we mnie też.
  Ptaki fruwały w powietrzu nad rzeką, a młody Webster, z zamkniętymi oczami i skłoniony przed kobietą, był ptakami w powietrzu, samym powietrzem i rybami w rzece poniżej. Teraz wydawało mu się, że gdyby otworzył oczy i spojrzał w dół, w dolinę, zobaczyłby, nawet z tak dużej odległości, ruch płetw ryb w rzece daleko w dole.
  Cóż, lepiej teraz nie otwierać oczu. Kiedyś spojrzał kobiecie w oczy, a ona podeszła do niego jak pływak wynurzający się z morza, ale potem wydarzyło się coś, co wszystko zrujnowało. Podkradł się do niej. Teraz zaczęła protestować. "Nie" - powiedziała. "Boję się. Nie ma sensu teraz się zatrzymywać. To jest moment, kiedy nie możesz przestać". Uniósł ręce i wziął ją, protestującą i płaczącą, w ramiona.
  OceanofPDF.com
  VIII
  
  "DLACZEGO WARTO dopuszczać się gwałtu, gwałtu na umyśle, gwałtu na podświadomości?"
  John Webster podskoczył obok córki i odwrócił się gwałtownie. Słowo wyrwało się z ust jego żony, siedzącej niezauważenie na podłodze za nim. "Nie" - powiedziała, a potem, otwierając i zamykając usta dwa razy, powtórzyła je bezskutecznie. "Nie, nie" - powtórzyła. Słowa zdawały się wylewać z jej ust. Jej ciało, leżące na podłodze, stało się dziwną, zdeformowaną bryłą mięsa i kości.
  Była blada, blada jak ściana.
  John Webster wyskoczył z łóżka niczym pies śpiący w kurzu drogi, który ucieka przed szybko jadącym samochodem.
  Do diabła! Jego myśli wróciły do teraźniejszości. Chwilę temu był z młodą kobietą na zboczu wzgórza nad szeroką, rozświetloną słońcem doliną, kochając się z nią. Seks nie był udany. Poszedł źle. Dawno, dawno temu żyła wysoka, szczupła dziewczyna, która oddała swoje ciało mężczyźnie, ale była straszliwie przerażona i dręczona poczuciem winy i wstydu. Potem płakała, nie z nadmiaru czułości, ale dlatego, że czuła się nieczysta. Później zeszli ze zbocza, a ona próbowała mu powiedzieć, co czuje. Wtedy on również zaczął czuć się podły i nieczysty. Łzy napłynęły mu do oczu. Pomyślał, że musi mieć rację. To, co powiedziała, powiedział prawie każdy. Przecież człowiek nie jest zwierzęciem. Człowiek jest świadomą istotą próbującą uciec od animalizmu. Próbował to wszystko przemyśleć tej samej nocy, kiedy po raz pierwszy leżał w łóżku obok żony, i doszedł do pewnych wniosków. Niewątpliwie miała rację, wierząc, że mężczyźni mają pewne impulsy, które najlepiej stłumić siłą woli. Jeśli mężczyzna po prostu się podda, staje się niczym więcej niż zwierzęciem.
  Bardzo starał się to jasno przemyśleć. Chciała, żeby między nimi nie było żadnego współżycia poza tym, żeby wychowywać dzieci. Jeśli ktoś był zajęty wydawaniem na świat dzieci, wychowywaniem nowych obywateli dla państwa i wszystkim innym, to współżycie mogło mieć pewną godność. Próbowała wytłumaczyć, jak upokorzona i nikczemna czuła się tamtego dnia, gdy stanął przed nią nagi. Rozmawiali o tym po raz pierwszy. Było to dziesięć razy gorsze, tysiąc razy gorsze, ponieważ przyszedł po raz drugi i inni go widzieli. Czysta chwila ich związku została zaprzeczona z całą stanowczością. Po tym, co się stało, nie mogła przebywać w towarzystwie przyjaciółki, a co do brata przyjaciółki - jak mogłaby mu jeszcze raz spojrzeć w twarz? Za każdym razem, gdy na nią patrzył, widział ją nie tak elegancko ubraną, jak powinna być, ale bezwstydnie nagą, leżącą na łóżku z nagim mężczyzną trzymającym ją w ramionach. Musiała opuścić dom, natychmiast wracać do domu i oczywiście, kiedy wróciła, wszyscy byli zdumieni, co się stało, że jej wizyta została tak nagle przerwana. Problem w tym, że kiedy matka ją o to zapytała, dzień po powrocie do domu, nagle wybuchnęła płaczem.
  Nie wiedziała, co sobie potem pomyślą. Prawdę mówiąc, zaczęła się bać myśli wszystkich. Kiedy wieczorem wchodziła do sypialni, wręcz wstydziła się spojrzeć na swoje ciało i zaczęła się rozbierać po ciemku. Jej matka ciągle ją komentowała: "Czy twój nagły powrót do domu ma związek z młodym mężczyzną w tym domu?"
  Po powrocie do domu i głębokim zażenowaniu w obecności innych, postanowiła wstąpić do kościoła. Decyzja ta spodobała się jej ojcu, pobożnemu członkowi Kościoła. Całe to zdarzenie zbliżyło ją do ojca. Być może dlatego, że w przeciwieństwie do matki, nigdy nie zadawał jej niewygodnych pytań.
  W każdym razie postanowiła, że jeśli kiedykolwiek wyjdzie za mąż, postara się, by było to małżeństwo czyste, oparte na przyjaźni. Czuła, że w końcu będzie musiała wyjść za mąż za Johna Webstera, jeśli kiedykolwiek powtórzy oświadczyny. Po tym, co się stało, było to jedyne słuszne rozwiązanie dla nich obojga, a teraz, gdy już byli małżeństwem, równie słuszne byłoby dla nich, by starali się naprawić przeszłość, prowadząc czyste i nieskalane życie i starając się nigdy nie ulegać zwierzęcym popędom, które szokowały i przerażały ludzi.
  John Webster stanął twarzą w twarz z żoną i córką, a jego myśli powróciły do pierwszej nocy spędzonej w jednym łóżku i do wielu innych, które spędzili razem. Tej pierwszej nocy, dawno temu, gdy leżała i rozmawiała z nim, światło księżyca sączyło się przez okno i padało na jej twarz. Była wtedy bardzo piękna. Teraz, gdy już do niej nie podchodził, płonąc namiętnością, lecz leżał spokojnie obok niej, lekko odchylając się do tyłu i obejmując ją ramieniem, nie bała się go i od czasu do czasu unosiła dłoń, by dotknąć jego twarzy.
  W istocie, przyszło mu do głowy, że posiadała ona jakąś duchową moc, całkowicie odrębną od ciała. Za domem, nad brzegiem rzeki, żaby wydawały gardłowe dźwięki, a pewnej nocy z powietrza dobiegł dziwny, osobliwy krzyk. Musiał to być jakiś nocny ptak, może nur. W rzeczywistości dźwięk ten nie był dzwonkiem. To był rodzaj dzikiego śmiechu. Z innej części domu, na tym samym piętrze, dobiegało chrapanie jej wuja.
  Żaden z mężczyzn nie spał zbyt długo. Było tak wiele do powiedzenia. Przecież ledwo się znali. Wtedy myślał, że jednak nie jest kobietą. Była dzieckiem. Dziecku przydarzyło się coś strasznego i to była jego wina, a teraz, gdy została jego żoną, zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby wszystko naprawić. Gdyby namiętność ją przerażała, stłumiłby swoją. Przyszła mu do głowy myśl, która krążyła mu po głowie od lat. Prawda była taka, że miłość duchowa jest silniejsza i czystsza niż miłość fizyczna, że to dwie różne rzeczy. Kiedy ta myśl przyszła mu do głowy, poczuł się wielce zainspirowany. Teraz, stojąc i patrząc na sylwetkę żony, zastanawiał się, co się stało, że myśl, niegdyś tak silna w nim, uniemożliwiła mu lub jej znalezienie wspólnego szczęścia. Ktoś wypowiedział te słowa, a potem, ostatecznie, nic nie znaczyły. Były to słowa z rodzaju tych przebiegłych, które zawsze zwodziły ludzi, prowadząc ich w fałszywe sytuacje. Nienawidził tych słów. "Teraz akceptuję przede wszystkim ciało, wszelkie ciało" - pomyślał niejasno, wciąż patrząc na nią z góry. Odwrócił się i przeszedł przez pokój, by spojrzeć w lustro. Blask świecy dawał wystarczająco dużo światła, by mógł zobaczyć się idealnie wyraźnie. To była dość zagadkowa myśl, ale prawda była taka, że za każdym razem, gdy w ciągu ostatnich kilku tygodni patrzył na swoją żonę, miał ochotę pobiec i spojrzeć na siebie w lustrze. Chciał się czegoś upewnić. Wysoka, szczupła dziewczyna, która kiedyś leżała obok niego w łóżku, oświetlona blaskiem księżyca, przeobraziła się w tę ciężką, bezwładną kobietę, która teraz była z nim w pokoju, kobietę, która w tej chwili kucała na podłodze w drzwiach, u stóp łóżka. Jak bardzo się do tego przyzwyczaił?
  Animalizmu nie da się tak łatwo uniknąć. Teraz kobieta na podłodze bardziej przypominała zwierzę niż on. Być może uratowały go te same grzechy, które popełnił - jego sporadyczne, haniebne ucieczki do innych kobiet w miastach. "To stwierdzenie można by rzucić w twarz dobrym, czystym ludziom, gdyby było prawdą" - pomyślał z nagłym, wewnętrznym dreszczem satysfakcji.
  Kobieta na podłodze przypominała ciężkie zwierzę, które nagle zachorowało. Cofnął się do łóżka i spojrzał na nią dziwnym, bezosobowym blaskiem w oczach. Z trudem utrzymywała głowę w górze. Światło świecy, odcięte od jej zanurzonego ciała przez samo łóżko, padało jasno na jej twarz i ramiona. Reszta jej ciała pogrążyła się w ciemności. Jego umysł pozostał równie czujny i czujny, jak odkąd znalazł Natalie. Teraz potrafił myśleć więcej w jednej chwili niż przez cały rok. Gdyby kiedykolwiek został pisarzem, a czasami myślał, że mógłby to zrobić po rozstaniu z Natalie, nigdy nie chciałby pisać o niczym, o czym warto by pisać. Gdyby człowiek zamknął w sobie pokrywę studni myśli, pozwolił jej się opróżnić, pozwolił umysłowi świadomie myśleć o wszystkich myślach, które do niego napływają, akceptował wszystkie myśli, wszystkie idee, tak jak ciało akceptuje ludzi, zwierzęta, ptaki, drzewa i rośliny, można by przeżyć sto, a nawet tysiąc żyć w jednym życiu. Oczywiście, absurdem byłoby nadmierne poszerzanie granic, ale można przynajmniej pobawić się ideą stania się kimś więcej niż tylko pojedynczym mężczyzną i kobietą żyjącymi w pojedynkę, ograniczonym, ograniczonym życiu. Można zburzyć wszystkie mury i ogrodzenia, wejść i wyjść z tłumu ludzi, stać się wieloma ludźmi. Można stać się całym miastem pełnym ludzi, miastem, narodem.
  Ale teraz, w tym momencie, trzeba pamiętać o kobiecie leżącej na podłodze, kobiecie, której głos przed chwilą znów wypowiedział słowa, które jej usta zawsze do niego wypowiadały.
  "Nie! Nie! Nie róbmy tego, John! Nie teraz, John! Jakież to uporczywe zaprzeczanie sobie, a może i sobie.
  To było absurdalnie okrutne, jak bezosobowo ją traktował. Chyba tylko nieliczni na świecie zdali sobie sprawę z głębi drzemiącego w nich okrucieństwa. Wszystkie myśli, które wypłynęły z jego studni, gdy uniósł pokrywę, niełatwo było zaakceptować jako część jego samego.
  Jeśli chodzi o kobietę leżącą na podłodze, to gdybyś puścił wodze fantazji, mógłbyś stanąć tak, jak teraz, patrząc prosto na kobietę i snuć najbardziej absurdalne, nieistotne myśli.
  Na początku można by pomyśleć, że ciemność, w której pogrążyło się jej ciało, ponieważ nie padało na nie światło świecy, to morze ciszy, w którym przebywała przez wszystkie te lata, zatapiając się coraz głębiej.
  A morze ciszy było po prostu inną, bardziej wymyślną nazwą czegoś innego, tej głębokiej studni wewnątrz wszystkich mężczyzn i kobiet, o której tak wiele myślał przez ostatnie kilka tygodni.
  Kobieta, która była jego żoną, a w istocie wszyscy ludzie, pogrążali się coraz głębiej w tym morzu przez całe życie. Gdyby fantazjować o tym coraz bardziej, oddać się pijackiej rozpuście fantazji, można by, pół żartem, pół serio, przeskoczyć jakąś niewidzialną granicę i powiedzieć, że morze ciszy, w którym ludzie tak chętnie się topią, jest w istocie śmiercią. Trwał wyścig między umysłem a ciałem ku śmierci, a umysł niemal zawsze był pierwszy.
  Rasa rozpoczęła się w dzieciństwie i nie kończyła się, dopóki ciało lub umysł nie wyczerpią się i nie przestaną funkcjonować. Każdy człowiek nieustannie nosi w sobie życie i śmierć. Dwóch bogów zasiadało na dwóch tronach. Można było czcić każdego z nich, ale ogólnie rzecz biorąc, ludzkość wolała klękać przed śmiercią.
  Bóg zaprzeczenia zatriumfował. Aby dotrzeć do jego sali tronowej, trzeba było pokonać długie korytarze uników. To była droga do jego sali tronowej, droga uników. Człowiek kręcił się i kręcił, szukając drogi w ciemności. Nie było żadnych nagłych, oślepiających błysków światła.
  John Webster miał wyobrażenie o swojej żonie. Było jasne, że ciężka, bezwładna kobieta, która teraz patrzyła na niego z ciemności podłogi, niezdolna do rozmowy, miała niewiele, jeśli nie nic, wspólnego z szczupłą dziewczyną, którą kiedyś poślubił. Po pierwsze, byli tak różni fizycznie. To była zupełnie inna kobieta. Widział to. Każdy, kto patrzył na te dwie kobiety, widział, że fizycznie nic ich nie łączy. Ale czy ona o tym wiedziała, czy kiedykolwiek o tym pomyślała, czy była choć trochę, jeśli nie powierzchownie, świadoma zmiany, jaka w niej zaszła? Uznał, że nie. Istniał pewien rodzaj ślepoty, powszechny u niemal wszystkich ludzi. To, czego mężczyźni szukali w kobietach, to to, co nazywali pięknem, a to, czego kobiety, choć rzadko o tym mówiły, również szukały u mężczyzn, już nie istniało. Jeśli w ogóle istniało, pojawiało się u ludzi jedynie w przebłyskach. Jedno przypadkiem znalazło się obok drugiego i nastąpił przebłysk. Jakież to było dezorientujące. Następowały dziwne rzeczy, jak małżeństwa. "Dopóki śmierć nas nie rozłączy". No cóż, to też było w porządku. Jeśli to możliwe, powinieneś spróbować wszystko naprawić. Kiedy jedno z was uchwyciło się tego, co nazywano pięknem w drugim, śmierć zawsze nadchodziła, podnosząc również głowę.
  Ileż małżeństw mają narody! Myśli Johna Webstera pędziły wszędzie. Stał i patrzył na kobietę, która, choć rozstali się dawno temu - kiedyś prawdziwie i nieodwołalnie na wzgórzu nad doliną w Kentucky - wciąż była z nim dziwnie związana, a w tym samym pokoju była inna kobieta, jego córka. Jego córka stała obok niego. Mógł wyciągnąć rękę i jej dotknąć. Nie patrzyła na siebie ani na matkę, lecz na podłogę. O czym ona myślała? Jakie myśli w niej obudził? Jak potoczą się dla niej wydarzenia tamtej nocy? Były rzeczy, na które nie potrafił odpowiedzieć, rzeczy, które musiał zostawić w rękach bogów.
  Jego myśli pędziły jak szalone. Zawsze widywał na tym świecie pewnych mężczyzn. Zazwyczaj należeli do klasy ludzi o wątpliwej reputacji. Co się z nimi stało? Byli to ludzie, którzy poruszali się przez życie z pewną naturalną gracją. W pewnym sensie byli poza dobrem i złem, stali poza wpływami, które kształtowały lub niszczyły innych. John Webster widział kilku takich ludzi i nigdy nie mógł ich zapomnieć. Teraz przemknęli mu przed oczami niczym procesja.
  Dawno, dawno temu żył sobie starzec z białą brodą, niosący ciężką laskę, a za nim biegł pies. Miał szerokie ramiona i chodził pewnym krokiem. John Webster spotkał go pewnego dnia, jadąc zakurzoną wiejską drogą. Kim był ten facet? Dokąd jechał? Było w nim coś szczególnego. "To idź do diabła" - zdawał się mówić jego sposób bycia. "To ja tu przychodzę. We mnie jest królestwo. Mówcie o demokracji i równości, jeśli chcecie, zamartwiajcie się życiem pozagrobowym, kłamcie sobie w ciemnościach, ale zejdźcie mi z drogi. Ja kroczę w świetle".
  Być może obecna myśl Johna Webstera o starcu, którego spotkał kiedyś na wiejskiej drodze, była po prostu głupia. Był pewien, że pamięta tę postać z niezwykłą wyrazistością. Zatrzymał konia, by przyjrzeć się starcowi, który nawet nie raczył się odwrócić, by na niego spojrzeć. Cóż, starzec szedł królewskim krokiem. Być może właśnie dlatego przykuł uwagę Johna Webstera.
  Teraz pomyślał o sobie i o kilku innych podobnych mężczyznach, których widział w życiu. Był jeden, marynarz, który przybył do doków w Filadelfii. John Webster był w mieście w interesach i pewnego popołudnia, nie mając nic lepszego do roboty, poszedł na miejsce załadunku i rozładunku statków. Przy nabrzeżu cumował żaglowiec, brygantyna, i mężczyzna, którego zobaczył, zszedł tam. Miał na ramieniu torbę, być może zawierającą ubrania marynarskie. Niewątpliwie był marynarzem, który miał właśnie wypłynąć na brygantynie przed masztem. Po prostu podszedł do burty statku, rzucił torbę za burtę i zawołał innego mężczyznę, który wystawił głowę przez drzwi kabiny i, odwracając się, odszedł.
  Ale kto go nauczył tak chodzić? Stary Harry! Większość mężczyzn, a także kobiet, przemykała się przez życie jak łasice. Co sprawiało, że czuli się tak posłuszni, tak jak psy? Czy nieustannie obarczali się oskarżeniami o winę, a jeśli tak, to co ich do tego skłaniało?
  Starszy mężczyzna na drodze, marynarz idący ulicą, czarnoskóry bokser, którego kiedyś widział za kierownicą samochodu, hazardzista na wyścigach w miasteczku na Południu, który szedł w jaskrawo kolorowej kamizelce w kratkę przed zatłoczoną widownią, aktorka, którą kiedyś widział na scenie teatru, być może ktokolwiek niegodziwy i kroczący królewskim krokiem.
  Co dawało takim mężczyznom i kobietom taki szacunek do siebie? Oczywiste było, że szacunek do siebie musiał być sednem sprawy. Być może nie mieli poczucia winy i wstydu, które przemieniły szczupłą dziewczynę, którą kiedyś poślubił, w tęgą, niewyraźną kobietę, która teraz tak groteskowo kucała na podłodze u jego stóp. Można by sobie wyobrazić kogoś takiego jak on, mówiącego do siebie: "No cóż, oto jestem, widzisz, na świecie. Mam długie albo krótkie ciało, brązowe albo żółte włosy. Moje oczy mają określony kolor. Jem, śpię w nocy. Będę musiał spędzić całe życie wśród ludzi w tym moim ciele. Czy mam się przed nimi czołgać, czy chodzić wyprostowany jak król? Czy będę nienawidził i bał się swojego ciała, tego domu, w którym mam mieszkać, czy powinienem je szanować i o nie dbać? Cóż, do cholery! Na to pytanie nie warto odpowiadać. Przyjmę życie takim, jakie jest. "Ptaki będą dla mnie śpiewać, wiosną zieleń rozprzestrzeni się po ziemi, wiśnia w ogrodzie zakwitnie dla mnie".
  John Webster miał w wyobraźni dziwną wizję mężczyzny wchodzącego do pokoju. Zamknął drzwi. Na kominku nad kominkiem stał rząd świec. Mężczyzna otworzył pudełko i wyjął srebrną koronę. Potem cicho się zaśmiał i włożył koronę na głowę. "Uważam się za mężczyznę" - powiedział.
  
  To było zdumiewające. Jeden z nich siedział w pokoju, patrząc na kobietę, która była jego żoną, a drugi miał właśnie wyjechać w podróż i nigdy jej już nie zobaczyć. Nagle zalała mnie fala oślepiających myśli. Fantazja grała wszędzie. Wydawało się, że mężczyzna stał w miejscu, rozmyślając godzinami, ale w rzeczywistości minęło zaledwie kilka sekund, odkąd głos jego żony, krzyczący "nie", przerwał jego własny głos, opowiadający historię zwyczajnego, nieudanego małżeństwa.
  Teraz musiał pamiętać o córce. Lepiej będzie, jeśli wyprowadzi ją z pokoju. Ruszyła w stronę drzwi swojego pokoju i po chwili zniknęła. Odwrócił się od bladej kobiety leżącej na podłodze i spojrzał na córkę. Teraz jego własne ciało znalazło się między ciałami dwóch kobiet. Nie mogły się widzieć.
  Istniała historia pewnego małżeństwa, której nie dokończył opowiadać i nigdy już nie dokończy, ale z czasem jego córka zrozumie, jak ta historia nieuchronnie musi się zakończyć.
  Teraz było o czym myśleć. Córka go opuszczała. Mógł jej już nigdy nie zobaczyć. Mężczyzna nieustannie dramatyzował życie, odgrywał je. To było nieuniknione. Każdy dzień w życiu człowieka składał się z serii małych dramatów, a każdy zawsze przypisywał sobie ważną rolę w tej sztuce. Szkoda było zapomnieć tekstu, nie wyjść na scenę, gdy ktoś go dawał. Neron grał na skrzypcach, gdy Rzym płonął. Zapomniał, jaką rolę sobie wyznaczył, i grał na skrzypcach, żeby się nie zdradzić. Być może zamierzał wygłosić mowę jak zwykły polityk o mieście odradzającym się z pożogi.
  Krew świętych! Czy jego córka będzie mogła spokojnie wyjść z pokoju, nie oglądając się za siebie? Co innego miał jej powiedzieć? Zaczynał się trochę denerwować i denerwować.
  Jego córka stała w drzwiach swojego pokoju, patrząc na niego, a wokół niej emanował napięty, na wpół szalony nastrój, ten sam, który nosił w sobie przez cały wieczór. Zaraził ją czymś swoim. W końcu stało się to, czego pragnął: prawdziwe małżeństwo. Po tym wieczorze młoda kobieta nigdy nie mogłaby stać się tym, kim mogłaby być, gdyby nie ten wieczór. Teraz wiedział, czego od niej chce. Ci mężczyźni, których obrazy właśnie przemknęły mu przez myśl - uczestnik wyścigów, starzec na drodze, marynarz na nabrzeżu - byli ich własnością i chciał, żeby ona również je posiadała.
  Teraz odchodził z Natalie, swoją kobietą, i nigdy więcej nie zobaczył córki. W rzeczywistości wciąż była młodą kobietą. Cała jej kobiecość leżała przed nią. "Cholera jasna. Jestem szalona, jak szaleniec" - pomyślał. Nagle poczuł absurdalną ochotę, by zacząć śpiewać głupi refren, który właśnie wpadł mu do głowy.
  
  Diddle-de-di-do,
  Diddle-de-di-do,
  Chinaberry rośnie na drzewie Chinaberry.
  Diddle-de-di-do.
  
  A potem jego palce, grzebiąc w kieszeniach, natrafiły na to, czego nieświadomie szukał. Chwycił to, na wpół konwulsyjnie, i podszedł do córki, trzymając je między kciukiem a palcem wskazującym.
  
  Popołudniem tego dnia, kiedy po raz pierwszy przekroczył próg domu Natalie i gdy już prawie oderwał się od długich rozmyślań, znalazł jasny kamyk na torach kolejowych w pobliżu swojej fabryki.
  Gdy ktoś próbował pokonać zbyt trudną ścieżkę, mógł się zgubić w każdej chwili. Szedł ciemną, samotną drogą, a potem, przestraszony, stawał się jednocześnie piskliwy i rozkojarzony. Trzeba było coś zrobić, ale nic nie dało się zrobić. Na przykład, w najważniejszym momencie życia można było wszystko zepsuć, zaczynając śpiewać głupią piosenkę. Inni wzruszali ramionami. "On jest szalony" - mówili, jakby takie stwierdzenie kiedykolwiek cokolwiek znaczyło.
  Cóż, kiedyś był taki sam jak teraz, w tej właśnie chwili. Zbyt wiele myśli go zdenerwowało. Drzwi do domu Natalie były otwarte, a on bał się wejść. Planował uciec od niej, pójść do miasta, upić się i napisać do niej list z prośbą, by udała się gdzieś, gdzie nigdy więcej nie będzie musiał jej widzieć. Pomyślał, że wolałby iść sam i w ciemności, podążać ścieżką ucieczki do sali tronowej Boga Śmierci.
  I właśnie wtedy, gdy to wszystko się działo, jego wzrok dostrzegł błysk małego zielonego kamyczka leżącego wśród szarych, nic nieznaczących kamieni na żwirowej warstwie torów kolejowych. Było późne popołudnie, a promienie słoneczne odbijały się od małego kamyczka.
  Podniósł go i ten prosty akt złamał jakąś absurdalną determinację w nim samym. Jego wyobraźnia, niezdolna w tej chwili do igrania z faktami jego życia, igrała z kamieniem. Wyobraźnia człowieka, twórczy pierwiastek w nim samym, miała w rzeczywistości uzdrawiać, uzupełniać i regenerować działanie umysłu. Ludzie czasami dopuszczali się tego, co nazywali "ślepotą" i w takich chwilach popełniali najmniej ślepe czyny w całym swoim życiu. Prawda była taka, że umysł, działając sam, był jedynie jednostronną, okaleczoną istotą.
  "Hito, Tito, nie ma sensu udawać filozofa". John Webster podszedł do córki, która czekała, aż powie lub zrobi coś, czego jeszcze nie zrobił. Teraz znów czuł się dobrze. Nastąpiła chwilowa wewnętrzna reorganizacja, jak to miało miejsce wielokrotnie w ciągu ostatnich kilku tygodni.
  Ogarnął go radosny nastrój. "W jeden wieczór udało mi się zanurzyć całkiem głęboko w morzu życia" - pomyślał.
  Stał się nieco próżny. Oto był, mężczyzna z klasy średniej, który całe życie spędził w przemysłowym miasteczku w Wisconsin. Ale kilka tygodni temu był po prostu bezbarwnym człowiekiem w niemal całkowicie bezbarwnym świecie. Przez lata tak właśnie zajmował się swoimi sprawami, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku, chodząc po ulicach, mijając ludzi na ulicach, unosząc i opuszczając stopy, stuk-stuk, jedząc, śpiąc, pożyczając pieniądze z banków, dyktując listy w urzędach, chodząc, stuk-stuk, nie śmiąc myśleć ani czuć czegokolwiek.
  Teraz mógł myśleć więcej, mieć więcej wyobraźni, robiąc trzy, cztery kroki przez pokój do córki, niż odważył się zrobić czasami przez cały rok swojego poprzedniego życia. Teraz w jego wyobraźni pojawił się obraz samego siebie, który mu się spodobał.
  W dziwacznym obrazie wspiął się na wysokie wzniesienie nad morzem i zrzucił z siebie ubranie. Następnie pobiegł na koniec klifu i skoczył w przestrzeń. Jego ciało, jego własne białe ciało, to samo ciało, w którym żył przez te wszystkie martwe lata, rysowało się teraz długim, wdzięcznym łukiem na tle błękitnego nieba.
  To również było całkiem przyjemne. Tworzyło obraz, który można było uchwycić w umyśle, i przyjemnie było myśleć o swoim ciele tworzącym ostre i uderzające obrazy.
  Zanurzył się głęboko w morzu życia, w czystym, ciepłym, spokojnym morzu życia Natalie, w ciężkim, słonym, martwym morzu życia swojej żony, w wartko płynącą, młodą rzekę życia, która była w jego córce Jane.
  "Potrafię zmieniać sformułowania, ale jednocześnie jestem świetnym pływakiem w morzu" - powiedział na głos do swojej córki.
  No cóż, on też powinien być trochę ostrożniejszy. W jej oczach znów pojawiło się zmieszanie. Długo potrwa, zanim ktoś, mieszkając z drugą osobą, przyzwyczai się do widoku rzeczy nagle wybuchających ze studni myśli w ich wnętrzu, a być może on i jego córka nigdy już nie zamieszkają razem.
  Spojrzał na mały kamyk, tak mocno ściskany między kciukiem a palcem wskazującym. Lepiej byłoby teraz skupić na nim myśli. To było maleńkie, maleńkie stworzenie, ale można by je sobie wyobrazić, jak wyłania się zza horyzontu na powierzchni spokojnego morza. Życie jego córki było jak rzeka płynąca ku morzu życia. Chciała się czegoś uchwycić, gdy wrzucą ją do morza. Co za absurdalny pomysł. Mały zielony kamyk nie chciał unosić się na wodzie. Utonąłby. Uśmiechnął się znacząco.
  Przed nim wyciągnięto mały kamień. Kiedyś podniósł go na torach kolejowych i oddał się fantazjom na jego temat, a te fantazje go uzdrowiły. Oddając się fantazjom na temat przedmiotów nieożywionych, człowiek w dziwny sposób je gloryfikuje. Na przykład, człowiek może zamieszkać w pokoju. Na ścianie wisiał oprawiony obraz, ściany pokoju, stare biurko, dwie świece pod Matką Boską, a ludzka fantazja uczyniła to miejsce świętym. Być może cała sztuka życia polega na tym, by pozwolić fantazji przyćmić i ubarwić fakty życia.
  Światło dwóch świec pod figurą Matki Boskiej padło na kamień, który trzymał przed sobą. Miał kształt i rozmiar małej fasolki, ciemnozielony kolor. W pewnych warunkach oświetleniowych jego barwa szybko się zmieniała. Rozbłysnął żółtozielony błysk, jak młode rośliny wyłaniające się z ziemi, a potem zgasł, pozostawiając kamień w kolorze głębokiej zieleni, niczym liście dębu pod koniec lata, jak można by sobie wyobrazić.
  Jakże wyraźnie John Webster teraz to wszystko pamiętał. Kamień, który znalazł na torach kolejowych, zgubiła kobieta podróżująca na zachód. Nosiła go, pośród innych kamieni, w broszce na szyi. Pamiętał, jak jego wyobraźnia wyczarowała ją w tamtej chwili.
  Czy był on osadzony w pierścionku i noszony na palcu?
  Wszystko było nieco niejasne. Widział teraz kobietę tak wyraźnie, jak sobie ją kiedyś wyobrażał, ale nie jechała pociągiem, lecz stała na wzgórzu. Była zima, wzgórze pokryte było cienką warstwą śniegu, a poniżej, w dolinie, płynęła szeroka rzeka, pokryta lśniącą warstwą lodu. Obok kobiety stał mężczyzna w średnim wieku, dość krępy, a ona wskazywała na coś w oddali. Kamień osadzony był w pierścieniu noszonym na wyciągniętym palcu.
  Teraz wszystko stało się dla Johna Webstera całkowicie jasne. Teraz wiedział, czego chce. Kobieta na wzgórzu była jedną z tych dziwnych osób, jak marynarz, który wsiadł na statek, starzec na drodze, aktorka, która wyszła z ganku teatru, jedna z tych osób, które ukoronowały się koroną życia.
  Podszedł do córki, wziął ją za rękę, otworzył ją i położył na jej dłoni kamyk. Następnie delikatnie ścisnął jej palce, aż zacisnęła dłoń w pięść.
  Uśmiechnął się znacząco i spojrzał jej w oczy. "Cóż, Jane, trudno mi ci powiedzieć, co myślę" - powiedział. "Widzisz, jest we mnie tyle myśli, których nie mogę z siebie wyrzucić, dopóki nie znajdę na to czasu, a teraz wychodzę. Chcę ci coś dać".
  Zawahał się. "Ten kamień" - zaczął ponownie - "to coś, czego być może mógłbyś się uczepić, tak, to wszystko. W chwilach zwątpienia, trzymaj się go. Kiedy jesteś prawie rozkojarzony i nie wiesz, co robić, trzymaj go w dłoni".
  Odwrócił głowę, a jego oczy zdawały się powoli i uważnie lustrować pokój, jakby nie chciał zapomnieć o niczym, co stanowiło część obrazu, którego centralnymi postaciami byli teraz on i jego córka.
  "Właściwie" - zaczął ponownie - "kobieta, piękna kobieta, widzicie, może trzymać w dłoni wiele klejnotów. Widzicie, może mieć wiele miłości, a klejnoty te mogą być klejnotami doświadczeń, prób życiowych, z którymi się zmierzyła, prawda?"
  John Webster zdawał się grać z córką w jakąś dziwną grę, ale nie była już tak przestraszona jak wtedy, gdy weszła do pokoju, ani tak zdezorientowana jak przed chwilą. Była pochłonięta tym, co mówił. Kobieta siedząca na podłodze za ojcem została zapomniana.
  "Zanim odejdę, muszę zrobić jedną rzecz. Muszę ci nadać nazwę temu małemu kamyczkowi" - powiedział, wciąż się uśmiechając. Ponownie puścił jej dłoń, wyjął go, podszedł i przez chwilę stał, trzymając go przed jedną ze świec. Potem wrócił do niej i ponownie włożył go w jej dłoń.
  "To od twojego ojca, ale daje ci to w chwili, gdy już nie jest twoim ojcem i zaczął cię kochać jako kobietę. Cóż, myślę, że lepiej się tego trzymaj, Jane. Będziesz tego potrzebować, Bóg jeden wie. Jeśli potrzebujesz nazwy, nazwij to "Klejnotem Życia"" - powiedział, a potem, jakby już zapomniał o incydencie, położył dłoń na jej ramieniu i delikatnie wepchnął ją do drzwi, zamykając je za nią.
  OceanofPDF.com
  IX
  
  John Webster miał jeszcze kilka rzeczy do zrobienia w pokoju. Kiedy córka odeszła, wziął torbę i wyszedł na korytarz, jakby chciał odejść, nie mówiąc ani słowa żonie, która wciąż siedziała na podłodze z pochyloną głową, jakby nieświadoma życia wokół.
  Wyszedł na korytarz, zamknął drzwi, odłożył torbę i wrócił. Stojąc w pokoju z długopisem w dłoni, usłyszał hałas dochodzący z piętra niżej. "To Catherine. Co ona robi o tej porze?" - pomyślał. Wyjął zegarek i podszedł bliżej do płonących świec. Była za kwadrans trzecia. "Dobrze, złapiemy poranny pociąg o czwartej" - pomyślał.
  Na podłodze, u stóp łóżka, leżała jego żona, a raczej kobieta, która była jego żoną przez tak długi czas. Teraz jej oczy patrzyły prosto na niego. Ale jej oczy nic nie mówiły. Nie błagały go nawet. Było w nich coś beznadziejnie zakłopotanego. Jeśli wydarzenia, które rozegrały się w pokoju tamtej nocy, zerwały pokrywę studni, którą nosiła w sobie, to udało jej się ją zamknąć. Teraz, być może, pokrywa nigdy już nie poruszy się ze swojego miejsca. John Webster czuł się tak, jak wyobrażał sobie, że mógłby czuć się przedsiębiorca pogrzebowy wezwany do zwłok w środku nocy.
  "Cholera! Tacy faceci chyba nie mają takich uczuć". Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, wyjął papierosa i zapalił. Czuł się dziwnie bezosobowy, jak podczas próby sztuki, którą się specjalnie nie interesuje. "Tak, pora umierać" - pomyślał. "Kobieta umiera. Nie wiem, czy jej ciało umiera, ale coś w niej już umarło". Zastanawiał się, czy ją zabił, ale nie czuł z tego powodu wyrzutów sumienia.
  Podszedł do stóp łóżka, oparł rękę o poręcz i pochylił się, żeby na nią spojrzeć.
  To był czas mroku. Dreszcz przebiegł mu przez ciało, a mroczne myśli, niczym stada kosów, przetoczyły się przez pole jego wyobraźni.
  "Do diabła! Tam też jest piekło! Jest coś takiego jak śmierć i jest coś takiego jak życie" - powiedział sobie. Jednak krył się za tym również zaskakujący i dość interesujący fakt. Kobieta leżąca przed nim na podłodze potrzebowała dużo czasu i mnóstwa ponurej determinacji, by znaleźć drogę do sali tronowej śmierci. "Być może nikt, dopóki jest w nim życie zdolne do podniesienia pokrywy, nigdy nie utonie całkowicie w bagnie rozkładającego się ciała" - pomyślał.
  W głowie Johna Webstera kłębiły się myśli, które nie przychodziły mu do głowy od lat. Jako młody człowiek na studiach, musiał być naprawdę bardziej żywy, niż mu się zdawało. Rzeczy, o których słyszał w rozmowach innych młodych mężczyzn, ludzi o literackich upodobaniach, i które czytał w książkach, które miał przeczytać, powracały do niego w ciągu ostatnich kilku tygodni. "Można by pomyśleć, że śledziłem takie rzeczy przez całe życie" - pomyślał.
  Poeta Dante, Milton i jego "Raj utracony", żydowscy poeci starożytnego Testamentu - wszyscy oni musieli w pewnym momencie swojego życia zobaczyć to, co on zobaczył w tamtej chwili.
  Kobieta leżała przed nim na podłodze, a jej oczy wpatrywały się prosto w niego. Coś walczyło w niej przez cały wieczór, coś, co chciało wyjść na wierzch jemu i jego córce. Teraz walka dobiegła końca. To była kapitulacja. Nadal patrzył na nią z góry dziwnym, intensywnym spojrzeniem swoich oczu.
  "Za późno. Nie zadziałało" - powiedział powoli. Nie wypowiedział tych słów na głos, lecz wyszeptał.
  Przyszła mu do głowy nowa myśl. Przez całe życie z tą kobietą kurczowo trzymał się jednej idei. Była ona niczym latarnia morska, która, jak teraz czuł, od samego początku zwodziła go na manowce. W pewnym sensie przejął tę ideę od innych. Była to typowo amerykańska idea, stale powtarzana w gazetach, czasopismach i książkach. Kryła się za nią szalona, nieprzekonująca filozofia życia. "Wszystko współdziała ku dobremu. Bóg jest w swoim niebie, wszystko jest w porządku na świecie. Wszyscy ludzie zostali stworzeni wolnymi i równymi".
  "Jakże bezbożna masa hałaśliwych, pozbawionych znaczenia stwierdzeń została wbita w uszy mężczyzn i kobiet próbujących żyć!"
  Ogarnęło go silne uczucie obrzydzenia. "Cóż, nie ma sensu, żebym tu dłużej zostawał. Moje życie w tym domu się skończyło" - pomyślał.
  Podszedł do drzwi, a kiedy je otworzył, odwróciła się. "Dobranoc i do widzenia" - powiedział tak radośnie, jakby właśnie wyszedł rano z domu, żeby spędzić dzień w fabryce.
  I nagle ciszę domu przerwał dźwięk zamykanych drzwi.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA CZWARTA
  OceanofPDF.com
  I
  
  DUCH Śmierci z pewnością czaił się w domu Websterów. Jane Webster czuła jego obecność. Nagle uświadomiła sobie możliwość odczuwania w sobie mnóstwa niewypowiedzianych, niezapowiedzianych rzeczy. Kiedy ojciec wziął ją za rękę i wepchnął z powrotem w ciemność za zamknięte drzwi jej pokoju, podeszła prosto do łóżka i rzuciła się na kołdrę. Teraz leżała, ściskając mały kamyk, który jej dał. Jakże była szczęśliwa, że ma coś do uchwycenia. Jej palce przycisnęły go tak, że wbił się już w skórę jej dłoni. Gdyby jej życie przed dzisiejszym wieczorem było cichą rzeką płynącą przez pola do morza życia, teraz by nią nie było. Teraz rzeka wpływała w mroczną, skalistą krainę. Teraz płynęła skalistymi korytarzami, między wysokimi, ciemnymi klifami. Co nie mogło się jej przydarzyć jutro, pojutrze? Jej ojciec wyjeżdżał z obcą kobietą. W mieście wybuchnie skandal. Wszyscy jej młodzi przyjaciele, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, patrzyli na nią pytającym wzrokiem. Może będą jej współczuć. Jej nastrój się poprawił, a sama myśl o tym sprawiła, że wiła się z gniewu. Dziwne, ale prawdziwe, nie czuła szczególnego współczucia dla matki. Ojcu udało się do niej zbliżyć. W jakiś sposób rozumiała, co zamierzał zrobić, dlaczego to robił. Wciąż widziała przed sobą nagą postać mężczyzny kroczącego tam i z powrotem. Odkąd pamiętała, zawsze ciekawiły ją męskie ciała.
  Raz czy dwa rozmawiała o tym z kilkoma młodymi dziewczynami, które dobrze znała - ostrożna, na wpół przestraszona rozmowa. "Ten mężczyzna był taki a taki. To, co się dzieje, gdy mężczyzna dorasta i się żeni, jest po prostu straszne". Jedna z dziewczyn coś widziała. Mężczyzna mieszkał ulicę dalej od niej i nie zawsze zawracał sobie głowę zasłanianiem zasłon w oknie swojej sypialni. Pewnego letniego dnia dziewczyna leżała na łóżku w swoim pokoju, gdy mężczyzna wszedł i zdjął z siebie wszystkie ubrania. Knuł coś głupiego. Było tam lustro, a on skakał przed nim w przód i w tył. Musiał udawać, że walczy z osobą, której odbicie widział w lustrze, ciągle się zbliżając i cofając, wykonując najzabawniejsze ruchy ciałem i ramionami. Rzucił się do przodu, zmarszczył brwi i uderzył pięścią, po czym odskoczył, jakby mężczyzna w lustrze go uderzył.
  Dziewczyna na łóżku widziała wszystko, całe ciało mężczyzny. Początkowo myślała, że wybiegnie z pokoju, ale potem postanowiła zostać. Cóż, nie chciała, żeby matka wiedziała, co widziała, więc cicho wstała i przekradła się przez podłogę, żeby zamknąć drzwi, żeby matka albo pokojówka nie mogły nagle wejść. Zawsze musiała się czegoś dowiedzieć i równie dobrze mogła skorzystać z tej okazji. To było przerażające i nie mogła spać przez dwie lub trzy noce po tym zdarzeniu, ale i tak cieszyła się, że to zobaczyła. Nie można być głupcem i nic nie wiedzieć.
  Leżąc na łóżku, przyciskając palce do kamienia, który dał jej ojciec, Jane Webster wydawała się bardzo młoda i niewinna, mówiąc o nagim mężczyźnie, którego widziała w sąsiednim domu. Czuła do niego pewną pogardę. Co do niej, rzeczywiście była w obecności nagiego mężczyzny, a ten mężczyzna siedział obok niej i ją obejmował. Jego dłonie niemal dotykały jej własnego ciała. W przyszłości, bez względu na to, co się stanie, mężczyźni nie będą dla niej tacy sami jak dawniej, ani jak byli dla młodych kobiet, z którymi się przyjaźniła. Teraz będzie poznawać mężczyzn w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie znała, i nie będzie się ich bać. Cieszyła się z tego. Jej ojciec wyjeżdżał z obcą kobietą, a skandal, który niewątpliwie wybuchnie w mieście, mógłby zniszczyć ciche poczucie bezpieczeństwa, w którym zawsze żyła, ale wiele osiągnęła. Teraz rzeka, która była jej życiem, płynęła przez ciemne korytarze. Mógł spaść z ostrych, wystających skał.
  Oczywiście, błędem byłoby przypisywanie tak konkretnych myśli Jane Webster, choć później, wspominając tamten wieczór, jej własny umysł zaczął budować wokół nich wieżę romantyzmu. Leżała na łóżku, ściskając kamyk, przestraszona, a zarazem dziwnie radosna.
  Coś zostało rozerwane, być może otworzyły się dla niej drzwi do życia. Dom Websterów wydawał się jej śmiercią, ale ona poczuła nowe poczucie życia i nową, radosną świadomość braku lęku przed życiem.
  
  Jej ojciec zszedł po schodach do ciemnego korytarza poniżej, niosąc torbę i również myśląc o śmierci.
  Rozwój myśli, który dokonał się w Johnie Websterze, nie miał końca. W przyszłości miał zostać tkaczem, tkając wzory z nici myśli. Śmierć była czymś, co, podobnie jak życie, przychodziło do ludzi nagle, migocząc w ich wnętrzu. Zawsze istniały dwie postacie, które przechadzały się po miastach i miasteczkach, wchodząc i wychodząc z domów, fabryk i sklepów, odwiedzając samotne domy wiejskie nocą, przechadzając się po wesołych ulicach miasta w świetle dziennym, wsiadając i wysiadając z pociągów, zawsze w ruchu, pojawiając się przed ludźmi w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Nauka wchodzenia i wychodzenia z innych ludzi mogła być dla człowieka nieco trudna, ale dla dwóch bogów, Życia i Śmierci, przychodziła bez wysiłku. W każdym mężczyźnie i każdej kobiecie była głęboka studnia, a kiedy Życie weszło przez drzwi domu - to znaczy w ciało - pochyliło się i zerwało ciężką żelazną pokrywę studni. Ciemne, ukryte rzeczy ropiejące w studni wyszły na światło dzienne i znalazły wyraz, a cudem było to, że raz wyrażone, często stawały się bardzo piękne. Kiedy wkroczył Bóg Życia, w domu mężczyzny lub kobiety nastąpiło oczyszczenie, dziwne odnowienie.
  Co do Śmierci i jej wyglądu, to już inna sprawa. Śmierć również płatała ludziom wiele dziwnych figli. Czasami pozwalała ich ciałom żyć długo, zadowalając się jedynie zamknięciem pokrywy studni w środku. To tak, jakby mówiła: "Cóż, nie ma potrzeby spieszyć się ze śmiercią fizyczną. Z czasem stanie się ona nieunikniona. Przeciwko mojemu przeciwnikowi, Życiu, mogę rozegrać o wiele bardziej ironiczną i subtelną grę. Wypełnię miasta wilgotnym, cuchnącym odorem śmierci, podczas gdy nawet umarli będą myśleć, że wciąż żyją. Ja zaś jestem przebiegły. Jestem jak wielki i przebiegły król: wszyscy służą, podczas gdy on mówi tylko o wolności i sprawia, że jego poddani myślą, że to on służy, a nie oni sami. Jestem jak wielki generał, który zawsze ma pod dowództwem ogromną armię, gotową chwycić za broń na najmniejszy znak".
  John Webster przeszedł ciemnym korytarzem w dół do drzwi prowadzących na zewnątrz i położył dłoń na klamce zewnętrznych drzwi. Zamiast wyjść prosto, zatrzymał się na chwilę i zastanowił. Był nieco próżny w swoich myślach. "Może jestem poetą. Może tylko poeta potrafi utrzymać wieko wewnętrznej studni i przetrwać do ostatniej chwili, kiedy jego ciało się zużyje i będzie musiał się wydostać" - pomyślał.
  Jego próżny nastrój opadł, odwrócił się i z ciekawością spojrzał w głąb korytarza. W tej chwili przypominał zwierzę poruszające się w ciemnym lesie - głuche, ale mimo to świadome, że życie tętni i być może czeka tuż obok. Może to była postać kobiety, którą widział siedzącą kilka kroków dalej? W korytarzu, przy drzwiach wejściowych, stał mały, staromodny wieszak na kapelusze, którego spód służył za rodzaj siedziska.
  Można by pomyśleć, że siedzi tam cicho kobieta. Miała też spakowaną torbę, która stała obok niej na podłodze.
  Stary Harry! John Webster był nieco zaskoczony. Czyżby jego wyobraźnia trochę wymknęła się spod kontroli? Nie było wątpliwości, że kilka stóp od niego siedziała kobieta z klamką w dłoni.
  Chciał wyciągnąć rękę i sprawdzić, czy może dotknąć twarzy kobiety. Pomyślał o dwóch bogach, Życiu i Śmierci. W jego umyśle niewątpliwie zrodziła się iluzja. Czuł głęboką obecność kogoś, kto siedział tam w milczeniu, u dołu wieszaka na kapelusze. Podszedł trochę bliżej i dreszcz przebiegł mu po plecach. Stała tam ciemna masa, z grubsza przedstawiająca zarys ludzkiego ciała, a gdy stał i patrzył, wydawało mu się, że twarz staje się coraz bardziej wyrazista. Twarz, jak twarze dwóch innych kobiet, które wynurzyły się przed nim w ważnych i nieoczekiwanych momentach jego życia - twarz młodej nagiej dziewczyny leżącej dawno temu na łóżku, twarz Natalie Schwartz, widzianej w ciemności nocnego pola, gdy leżał obok niej - te twarze zdawały się płynąć ku niemu, jakby wyłaniały się z głębin morza.
  Niewątpliwie pozwolił sobie na lekkie przemęczenie. Nikt nie kroczy ścieżką, którą podąża lekko. Odważył się wejść na ścieżkę życia i próbował pociągnąć za sobą innych. Niewątpliwie był bardziej podekscytowany i poruszony, niż sobie wyobrażał.
  Delikatnie wyciągnął rękę i dotknął twarzy, która zdawała się teraz wyłaniać z ciemności w jego stronę. Potem odskoczył, uderzając głową o przeciwległą ścianę korytarza. Jego palce wyczuły ciepło ciała. Ogarnęło go przerażenie, jakby coś wirowało mu w głowie. Czy naprawdę oszalał? Pocieszająca myśl przemknęła przez jego zamęt.
  "Catherine" - powiedział głośno. To było wyzwanie dla samego siebie.
  "Tak" - odpowiedział cicho kobiecy głos - "nie miałam zamiaru pozwolić ci odejść bez pożegnania".
  Kobieta, która przez tyle lat była jego służącą, wyjaśniła swoją obecność w ciemności. "Przepraszam, że cię wystraszyłam" - powiedziała. "Chciałam tylko porozmawiać. Wyjeżdżasz, ja też. Wszystko mam spakowane i gotowe. Przyszłam wieczorem na górę i usłyszałam, że wychodzisz, więc zeszłam na dół i sama spakowałam swoje rzeczy. Nie zajęło mi to dużo czasu. Nie miałam wiele do spakowania".
  John Webster otworzył drzwi wejściowe i zaprosił ją, by wyszła z nim na zewnątrz. Przez kilka minut rozmawiali na schodach prowadzących z ganku.
  Na zewnątrz domu poczuł się lepiej. Po strachu ogarnęło go omdlenie i przez chwilę siedział na schodach, podczas gdy ona stała i czekała. Potem omdlenie minęło, a on wstał. Noc była pogodna i ciemna. Wziął głęboki oddech i poczuł ogromną ulgę na myśl, że nigdy więcej nie wejdzie przez drzwi, którymi właśnie wyszedł. Czuł się bardzo młody i silny. Wkrótce na wschodnim niebie pojawi się smuga światła. Kiedy odbierze Natalie i wsiądą do pociągu, wsiądą do wagonu dziennego od strony wschodniej. Miło będzie zobaczyć świt nowego dnia. Jego wyobraźnia wyprzedziła ciało i zobaczył siebie i kobietę siedzących razem w pociągu. Weszli do oświetlonego wagonu z ciemności na zewnątrz, tuż przed świtem. W ciągu dnia ludzie w autobusie spali, skuleni na siedzeniach, wyglądający na nieswojo i zmęczonych. Powietrze będzie ciężkie od stęchłych oddechów stłoczonych ludzi. Ciężki, cierpki zapach ubrań, które dawno temu wchłonęły kwasy wydzielane przez ich ciała, zawisł ciężko na jego strachu. On i Natalie mieli pojechać pociągiem do Chicago i tam wysiąść. Może od razu wsiądą do innego pociągu. Może zostaną w Chicago na dzień lub dwa. Będą plany, może długie godziny rozmów. Teraz miało się zacząć nowe życie. Sam musiał zastanowić się, co chce robić w ciągu dnia. To było dziwne. On i Natalie nie mieli innych planów niż wsiąść do pociągu. Teraz, po raz pierwszy, jego wyobraźnia próbowała wyjść poza tę chwilę, przeniknąć przyszłość.
  Dobrze, że noc była bezchmurna. Nie chciałbym wychodzić i iść na stację w deszczu. Gwiazdy świeciły tak jasno o poranku. Teraz mówiła Catherine. Miło byłoby usłyszeć, co ma do powiedzenia.
  Powiedziała mu z brutalną szczerością, że nie lubi pani Webster, nigdy jej nie lubiła i że przez wszystkie te lata pozostawała w domu jako służąca wyłącznie ze względu na niego.
  Odwrócił się i spojrzał na nią, a jej oczy patrzyły prosto w jego. Stali bardzo blisko siebie, niemal tak blisko, jak tylko mogli stanąć kochankowie, a w niepewnym świetle jej oczy były dziwnie podobne do oczu Natalie. W ciemności zdawały się świecić, tak jak oczy Natalie świeciły tamtej nocy, gdy leżał z nią na polu.
  Czy to był tylko przypadek, że to nowe poczucie możliwości odświeżenia się i odnowienia poprzez kochanie innych, poprzez wchodzenie i wychodzenie z otwartych drzwi cudzych domów, przyszło do niego przez Natalie, a nie przez tę kobietę? Catherine? "Ha, to jest małżeństwo, wszyscy szukają małżeństwa, to właśnie robią, szukają małżeństwa" - powiedział sobie. Było coś spokojnego, pięknego i potężnego w Catherine, jak w Natalie. Być może gdyby w którymś momencie, podczas wszystkich tych martwych, nieświadomych lat mieszkania z nią w tym samym domu, znalazł się sam na sam z Catherine w pokoju i gdyby w tamtej chwili otworzyły się drzwi jego własnej istoty, coś mogłoby się wydarzyć między nim a tą kobietą, coś, co rozpoczęłoby się jako część rewolucji podobnej do tej, której sam doświadczył.
  "To też jest możliwe" - zdecydował. "Ludzie odnieśliby wielką korzyść, gdyby nauczyli się pamiętać tę myśl" - pomyślał. Jego wyobraźnia na chwilę pobawiła się tą myślą. Można by spacerować po miastach i miasteczkach, wchodzić i wychodzić z domów, przechodzić obok ludzi z nowym poczuciem szacunku, gdyby tylko raz zakorzeniło się w ludzkich umysłach przekonanie, że w każdej chwili i wszędzie mogą przyjść do Tego, który niesie przed sobą, jak na złotej tacy, dar życia i świadomość życia dla swojej ukochanej. Cóż, trzeba było zachować w pamięci obraz ziemi i ludzi, schludnie ubranych, ludzi niosących dary, ludzi, którzy poznali tajemnicę i piękno dawania nieproszonej miłości. Tacy ludzie nieuchronnie dbaliby o czystość i schludność. Byliby ludźmi pełnymi życia, z pewnym poczuciem przyzwoitości, pewną samoświadomością w stosunku do domów, w których mieszkali, i ulic, po których chodzili. Człowiek nie mógł kochać, dopóki nie oczyścił i nie upiększył swego ciała i umysłu, dopóki nie otworzył drzwi swego bytu i nie wpuścił słońca i powietrza, dopóki nie uwolnił swego umysłu i wyobraźni.
  John Webster zmagał się teraz z samym sobą, próbując zepchnąć myśli i fantazje na dalszy plan. Stał przed domem, w którym mieszkał przez te wszystkie lata, tak blisko kobiety o imieniu Catherine, a ona teraz rozmawiała z nim o swoich romansach. Nadszedł czas, by zwrócić na nią uwagę.
  Wyjaśniła, że od tygodnia, a może i dłużej, zdawała sobie sprawę, że w domu Websterów dzieje się coś niedobrego. Nie trzeba było być nadzwyczaj spostrzegawczym, żeby to wyczuć. Czuć było to w powietrzu, którym się oddychało. W domu było od tego ciężko. Co do niej, myślała, że John Webster zakochał się w jakiejś kobiecie, a nie w pani Webster. Sama kiedyś była zakochana, a mężczyzna, którego kochała, został zamordowany. Wiedziała, co to miłość.
  Tej nocy, słysząc głosy w pokoju na górze, weszła po schodach. Nie wyczuła, że ktoś podsłuchuje, ponieważ miało to na nią bezpośredni wpływ. Dawno temu, gdy miała kłopoty, usłyszała głosy na górze i wiedziała, że John Webster wspierał ją w potrzebie.
  Po tym, dawno temu, postanowiła, że dopóki on pozostanie w domu, ona zostanie. Musiała pracować i równie dobrze mogłaby pracować jako służąca, ale nigdy nie czuła się blisko pani Webster. Kiedy ktoś był służącym, czasami trudno było zachować szacunek do siebie, a jedynym sposobem, by to zrobić, była praca dla kogoś, kto również miał szacunek do siebie. Niewielu ludzi zdawało się to rozumieć. Myśleli, że ludzie pracują dla pieniędzy. W rzeczywistości nikt tak naprawdę nie pracował dla pieniędzy. Ludzie tylko tak myśleli, być może. To oznaczałoby zostanie niewolnikiem, a ona, Catherine, nie była niewolnicą. Miała zaoszczędzone pieniądze, a poza tym miała brata, który miał farmę w Minnesocie, który kilkakrotnie pisał do niej z prośbą, by się do niego wprowadziła i zamieszkała. Zamierzała się tam teraz przeprowadzić, ale nie chciała mieszkać w domu brata. Był żonaty, a ona nie zamierzała ingerować w jego sprawy domowe. Właściwie, prawdopodobnie weźmie zaoszczędzone pieniądze i kupi sobie własne małe gospodarstwo.
  "W każdym razie, wychodzisz dziś z tego domu. Słyszałam, że mówiłeś, że wychodzisz z inną kobietą i pomyślałam, że też pójdę" - powiedziała.
  Zamilkła i wstała, patrząc na Johna Webstera, który również patrzył na nią, pogrążony w kontemplacji. W przyćmionym świetle jej twarz zmieniła się w twarz młodej dziewczyny. Coś w jej twarzy w tym momencie przypomniało mu twarz jego córki, gdy patrzyła na niego w słabym blasku świecy w pokoju na piętrze. To prawda, a jednak była też podobna do twarzy Natalie, takiej, jaką wyglądała tamtego dnia w biurze, kiedy pierwszy raz się do siebie zbliżyli, i takiej, jaką wyglądała tamtej nocy w ciemnym polu.
  Tak łatwo się pogubić. "W porządku, jeśli odejdziesz, Catherine" - powiedział na głos. "Wiesz o tym, to znaczy, wiesz, co chcesz zrobić".
  Stał przez chwilę w milczeniu, zamyślony. "No cóż, Catherine" - zaczął ponownie. "Moja córka Jane jest na górze. Wyjeżdżam, ale nie mogę jej zabrać ze sobą, tak jak ty nie możesz mieszkać w domu swojego brata w Minnesocie. Myślę, że Jane będzie miała ciężko przez następne dwa, trzy dni, może nawet tygodnie.
  "Nie wiadomo, co się tu wydarzy". Wskazał gestem dom. "Wychodzę, ale chyba liczyłem, że zostaniesz tutaj, dopóki Jane trochę nie wyzdrowieje. Wiesz, o co mi chodzi, dopóki nie będzie mogła stanąć na własnych nogach".
  W łóżku na piętrze ciało Jane Webster stawało się coraz bardziej sztywne i napięte, gdy leżała, nasłuchując ukrytych dźwięków w domu. W sąsiednim pokoju rozległ się jakiś ruch. Klamka uderzyła o ścianę. Deski podłogowe zaskrzypiały. Jej matka siedziała na podłodze u stóp łóżka. Teraz stała. Oparła dłoń o poręcz łóżka, żeby się podnieść. Łóżko lekko się poruszyło. Poruszyło się na rolkach. Rozległ się cichy, dudniący dźwięk. Czy matka wejdzie do jej pokoju? Jane Webster nie chciała już żadnych słów, żadnych dalszych wyjaśnień na temat tego, co się wydarzyło, by zniszczyć małżeństwo jej rodziców. Chciała zostać sama, żeby mogła myśleć samodzielnie. Myśl o matce wchodzącej do jej sypialni przerażała ją. Co dziwne, miała teraz ostre i wyraźne poczucie obecności śmierci, w jakiś sposób powiązane z postacią matki. Gdyby staruszka weszła teraz do jej pokoju, nawet nie mówiąc ani słowa, byłoby to jak zobaczenie ducha. Ta myśl przyprawiła ją o dreszcze. Miała wrażenie, że małe, miękkie, włochate stworzenia biegają w górę i w dół po jej nogach, w górę i w dół po plecach. Niespokojnie wierciła się na łóżku.
  Jej ojciec zszedł na dół i poszedł korytarzem, ale nie słyszała, jak drzwi wejściowe się otwierają i zamykają. Leżała tam, nasłuchując dźwięku i czekając na niego.
  W domu panowała cisza, zbyt cisza. Gdzieś w oddali słyszała głośne tykanie zegara. Rok wcześniej, kiedy skończyła liceum w mieście, ojciec podarował jej mały zegarek. Teraz leżał na toaletce na drugim końcu pokoju. Jego szybkie tykanie przypominało małe stworzenie w stalowych butach, biegnące szybko, a buty stukały o siebie. Małe stworzenie biegło szybko bezkresnym korytarzem, biegnąc z szaleńczą, ostrą determinacją, ale nigdy się nie zbliżając ani nie cofając. W jej głowie pojawił się obraz małego, psotnego chłopca z szerokimi, uśmiechniętymi ustami i szpiczastymi uszami sterczącymi prosto nad głową jak uszy foksteriera. Być może ten pomysł zaczerpnęła ze zdjęcia Puka, które pamiętała z książki dla dzieci. Uświadomiła sobie, że dźwięk, który słyszała, pochodził z zegara na komodzie, ale obraz pozostał w jej umyśle. Demoniczna postać stała nieruchomo, z głową i ciałem nieruchomym, a jej nogi poruszały się zaciekle. Uśmiechnęło się do niej, jego małe, stalowe nogi stukały o siebie.
  Świadomie starała się rozluźnić ciało. Miała kilka godzin do spędzenia w łóżku, zanim nastanie nowy dzień i będzie musiała stawić czoła wyzwaniom nowego dnia. Będzie miała mnóstwo do zrobienia. Jej ojciec odejdzie z obcą kobietą. Ludzie będą się na nią gapić, gdy będzie szła ulicą. "To jego córka" - będą mówić. Być może, dopóki zostanie w mieście, nigdy więcej nie będzie mogła chodzić po ulicach, nie będąc obserwowaną, ale z drugiej strony, być może i nie. Myśl o wyjeździe w nieznane miejsca, może do jakiegoś dużego miasta, gdzie zawsze będzie chodzić wśród obcych, budziła dreszcz emocji.
  Doprowadzała się do punktu, w którym musiała się ogarnąć. Bywały chwile, choć była młoda, kiedy jej umysł i ciało zdawały się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Robili z ciałem różne rzeczy, kładli je spać, kazali mu wstawać i chodzić, zmuszali jego oczy do czytania stron książki, robili z ciałem najróżniejsze rzeczy, podczas gdy umysł nadal zajmował się swoimi sprawami, nieświadomy niczego. Myślał o różnych rzeczach, wymyślał mnóstwo absurdów, szedł własną drogą.
  W takich chwilach w przeszłości umysł Jane potrafił zmusić jej ciało do najbardziej absurdalnych i zdumiewających sytuacji, podczas gdy ono zachowywało się dziko i swobodnie, jak mu się zachciało. Leżała w swoim pokoju z zamkniętymi drzwiami, ale jej wyobraźnia niosła jej ciało na ulicę. Szła, świadoma, że każdy mijany mężczyzna się uśmiecha, i wciąż zastanawiała się, co się dzieje. Pospieszyła do domu i weszła do swojego pokoju, tylko po to, by odkryć, że jej sukienka jest rozpięta z tyłu. To było przerażające. Szła dalej ulicą, a białe pantalony, które nosiła pod spódnicą, jakoś same się rozpięły. Podchodził do niej młody mężczyzna. Był to nowy mężczyzna, który właśnie przybył do miasta i zaczął pracować w sklepie. Cóż, zamierzał z nią porozmawiać. Podniósł kapelusz i w tym momencie jej pantalony zaczęły zsuwać się z nóg. Jane Webster leżała w łóżku, uśmiechając się na wspomnienie lęków, które ją nawiedziły, gdy w przeszłości jej umysł uzależnił się od dzikiego, niekontrolowanego biegu. W przyszłości wszystko miało się zmienić. Przeżyła coś i być może wciąż miała przed sobą o wiele więcej do zniesienia. To, co kiedyś wydawało się tak przerażające, teraz mogło być jedynie zabawne. Czuła się nieskończenie starsza i bardziej wyrafinowana niż jeszcze kilka godzin temu.
  Jakież to dziwne, że w domu panowała taka cisza. Gdzieś z miasta dobiegał stukot kopyt końskich na twardej drodze i turkot wozu. Słabo wołał jakiś głos. Mieszkaniec miasta, woźnica, szykował się do wczesnego wyjazdu. Być może jechał do innego miasta, żeby odebrać ładunek i przywieźć go z powrotem. Musiał mieć przed sobą długą podróż, skoro wyruszał tak wcześnie.
  Wzruszyła niespokojnie ramionami. Co się z nią stało? Czy bała się w sypialni, w łóżku? Czego się bała?
  Usiadła nagle i gwałtownie na łóżku, a potem, chwilę później, opadła z powrotem na oparcie. Z gardła ojca wyrwał się przenikliwy krzyk, który rozbrzmiał w całym domu. "Catherine" - zawołał głos ojca. Było tylko jedno słowo. To było imię jedynej służącej Webstera. Czego jej ojciec chciał od Catherine? Co się stało? Czy w domu wydarzyło się coś strasznego? Czy coś stało się jej matce?
  Coś czaiło się w głębi umysłu Jane Webster, myśl, która nie chciała zostać wyrażona. Nie mogła jeszcze wydostać się z ukrytych zakamarków jej duszy do jej umysłu.
  To, czego się obawiała i czego oczekiwała, nie mogło się jeszcze wydarzyć. Jej matka była w sąsiednim pokoju. Właśnie słyszała, jak się tam krząta.
  Do domu dotarł nowy dźwięk. Jej matka ciężko poruszała się korytarzem tuż za drzwiami sypialni. Websterowie przekształcili małą sypialnię na końcu korytarza w łazienkę i matka szykowała się do wyjścia. Jej stopy powoli, równo, ciężko i rozważnie wylądowały na podłodze w korytarzu. W końcu jedynym powodem, dla którego jej stopy wydawały ten dziwny dźwięk, były miękkie kapcie.
  Teraz, na dole, jeśli uważnie się wsłuchała, usłyszała głosy mamroczące jakieś słowa. To musiał być jej ojciec rozmawiający ze służącą, Catherine. Czego mógł od niej chcieć? Drzwi wejściowe otworzyły się, a potem zamknęły. Bała się. Jej ciało drżało ze strachu. To okropne ze strony ojca, że odszedł i zostawił ją samą w domu. Czyżby zabrał ze sobą służącą, Catherine? Ta myśl była nie do zniesienia. Dlaczego tak bardzo bała się zostać sama w domu z matką?
  W jej wnętrzu, głęboko w niej, czaiła się myśl, której nie chciała wypowiedzieć. Teraz, za kilka minut, coś miało się stać jej matce. Nie chciała o tym myśleć. W łazience, na półkach małej, pudełkowatej szafki, stały pewne buteleczki. Były oznaczone etykietą "trucizna". Trudno było zrozumieć, dlaczego tam je trzymano, ale Jane widziała je wiele razy. Szczoteczkę do zębów trzymała w szklanej szklance w szafce. Można by przypuszczać, że buteleczki zawierały leki przeznaczone wyłącznie do użytku zewnętrznego. Ludzie rzadko myśleli o takich rzeczach; nie mieli w zwyczaju o nich myśleć.
  
  Teraz Jane znów siedziała wyprostowana w łóżku. Była sama w domu z matką. Nawet pokojówka, Catherine, zniknęła. Dom wydawał się kompletnie zimny i samotny, opustoszały. W przyszłości zawsze będzie czuła się nie na miejscu w tym domu, w którym zawsze mieszkała, a także, w jakiś dziwny sposób, będzie czuła się oddzielona od matki. Być może przebywanie teraz sam na sam z matką zawsze sprawiało, że czuła się trochę samotna.
  Czy to możliwe, że pokojówka Catherine była kobietą, z którą jej ojciec planował wyjechać? Niemożliwe. Catherine była dużą, krępą kobietą o obfitym biuście i ciemnych, siwiejących włosach. Nie sposób było sobie wyobrazić, żeby wychodziła z mężczyzną. Można by ją sobie wyobrazić, jak cicho przechadza się po domu, wykonując prace domowe. Jej ojciec wyjechałby z młodszą kobietą, niewiele starszą od niej.
  Człowiek powinien się pozbierać. Kiedy człowiek się martwi, zatraca, wyobraźnia płatała mu czasem dziwne i straszne figle. Jej matka była w łazience, stała obok małej, pudełkowatej szafki. Jej twarz była blada, blada jak ciasto. Musiała trzymać się ściany jedną ręką, żeby nie upaść. Jej oczy były szare i ciężkie. Nie było w nich życia. Ciężki, obłoczny welon spowijał jej oczy. Był jak ciężka, szara chmura na błękitnym niebie. Jej ciało również kołysało się w przód i w tył. W każdej chwili mógł spaść. Ale niedawno, nawet pomimo dziwnej przygody w sypialni jej ojca, wszystko nagle wydawało się idealnie jasne. Zrozumiała coś, czego nigdy wcześniej nie rozumiała. Teraz nic nie mogło być pojęte. Wir splątanych myśli i działań, w którym człowiek był pogrążony.
  Teraz jej własne ciało zaczęło kołysać się na łóżku. Palcami prawej ręki ściskała drobny kamyk, który dał jej ojciec, ale w tej chwili nie była świadoma małego, okrągłego, twardego przedmiotu spoczywającego w jej dłoni. Jej pięści nadal uderzały o jej własne ciało, jej własne nogi i kolana. Było coś, co chciała zrobić, coś, co było teraz właściwe i stosowne, i musiała to zrobić. Nadszedł czas, by krzyknąć, wyskoczyć z łóżka, pobiec korytarzem do łazienki i wyważyć drzwi łazienki. Jej matka miała zamiar zrobić coś, czego nie można było zrobić biernie i patrzeć. Musiała krzyczeć na cały głos, wołać o pomoc. To słowo musiało teraz być na jej ustach. "Nie, nie" - musiała teraz krzyczeć. Jej usta musiały teraz wymówić to słowo w całym domu. Musiała sprawić, by dom i ulica, na której stał, rozbrzmiewały echem tego słowa.
  I nie mogła nic powiedzieć. Jej usta były zaciśnięte. Jej ciało nie mogło się ruszyć z łóżka. Mógł tylko kołysać się na nim w przód i w tył.
  Jej wyobraźnia nadal malowała obrazy, szybkie, jasne, straszne obrazy.
  W szafce w łazience stała butelka z brązowym płynem. Jej matka sięgnęła po nią. Teraz uniosła ją do ust. Połknęła całą zawartość.
  Płyn w butelce był brązowy, czerwonawobrązowy. Zanim go połknęła, jej matka zapaliła lampę gazową. Znajdowała się ona bezpośrednio nad jej głową, gdy stała twarzą do szafki, a jej światło padło na jej twarz. Pod jej oczami znajdowały się małe, opuchnięte, czerwone worki, wyglądające dziwnie i niemal odpychająco na tle bladej bieli jej skóry. Jej usta były otwarte, a jej wargi również były szare. Czerwonawobrązowa plama spływała z kącika ust po brodzie. Kilka kropli płynu spadło na białą koszulę nocną jej matki. Konwulsyjne skurcze, jakby bolesne, przebiegły przez jej bladą, bladą twarz. Jej oczy pozostały zamknięte. Słychać było drżący, drżący ruch jej ramion.
  Ciało Jane nadal kołysało się w przód i w tył. Jej ciało zaczęło drżeć. Było sztywne. Jej pięści były mocno zaciśnięte. Nadal uderzały w jej nogi. Matce udało się uciec przez drzwi łazienki i wąskim korytarzem do swojego pokoju. Rzuciła się twarzą na łóżko w ciemności. Rzuciła się, czy upadła? Czy umierała teraz, czy umrze wkrótce, czy już nie żyła? W sąsiednim pokoju, tym samym, w którym Jane widziała swojego ojca chodzącego nago przed nią i jej matką, pod ikoną Matki Boskiej wciąż płonęły świece. Nie było wątpliwości, że staruszka umrze. Oczami wyobraźni Jane zobaczyła etykietę na butelce brązowego płynu. Napis głosił "Trucizna". Aptekarze malowali takie butelki z czaszką i piszczelami.
  I teraz ciało Jane przestało się kołysać. Może jej matka nie żyła. Teraz mogła spróbować myśleć o czymś innym. Poczuła, mgliście, a jednak niemal rozkosznie, nową atmosferę w sypialni.
  Ból pojawił się w prawej dłoni. Coś ją zraniło, a uczucie bólu było orzeźwiające. Przywróciło mu życie. Świadomość własnego ja była obecna w świadomości bólu cielesnego. Jego myśli mogły zacząć wracać drogą z jakiegoś mrocznego, odległego miejsca, do którego w szaleńczym tempie uciekł. W umyśle mógł utrzymać myśl o małym siniaku na miękkiej skórze dłoni. Było tam coś twardego i ostrego, wcinającego się w skórę dłoni, gdy naciskały na nią twarde, napięte palce.
  OceanofPDF.com
  II
  
  W DŁONI W dłoni Jane Webster leżał mały zielony kamień, który jej ojciec podniósł z torów kolejowych i dał jej, odchodząc. "Klejnot życia" - tak go nazwał w chwili, gdy zagubienie zmusiło go do poddania się pragnieniu gestu. Przyszła mu do głowy romantyczna myśl. Czyż ludzie nie zawsze posługiwali się symbolami, by pokonywać trudności życiowe? Była Matka Boska ze swoimi świecami. Czyż ona również nie była symbolem? W pewnym momencie, w chwili próżności, dochodząc do wniosku, że myśl jest ważniejsza od fantazji, ludzie porzucili ten symbol. Pojawił się protestancki typ człowieka, który wierzył w to, co nazywano "epoką rozumu". Panował tam straszliwy egoizm. Ludzie mogli ufać własnym umysłom. Jakby w ogóle wiedzieli cokolwiek o funkcjonowaniu swoich umysłów.
  Gestem i uśmiechem John Webster umieścił kamień w dłoni córki, a ona teraz mocno go kurczowo trzymała. Można było mocno nacisnąć palcem i poczuć ten rozkoszny, kojący ból w jej miękkiej dłoni.
  Jane Webster próbowała coś odtworzyć. W ciemności próbowała wyczuć ścianę. Małe, ostre punkty wystawały ze ściany, raniąc jej dłoń. Gdyby przeszła wzdłuż ściany wystarczająco daleko, dotarłaby do oświetlonego miejsca. Być może ściana była usiana klejnotami, umieszczonymi tam przez innych, którzy szukali w ciemności.
  Jej ojciec odszedł z kobietą, młodą kobietą bardzo do niej podobną. Teraz będzie mieszkał z tą kobietą. Może go już nigdy nie zobaczyć. Jej matka nie żyje. W przyszłości będzie sama. Będzie musiała zacząć żyć własnym życiem już teraz.
  Czy jej matka nie żyła, czy też był to po prostu jej koszmarny sen?
  Mężczyzna został nagle zrzucony z wysokiego, bezpiecznego miejsca do morza i musiał spróbować dopłynąć, aby się uratować. W głowie Jane zaczęła się bawić wizja jej unoszenia się na wodzie.
  Zeszłego lata wraz z kilkoma młodymi mężczyznami i kobietami wybrała się na wycieczkę do miasteczka nad brzegiem jeziora Michigan i pobliskiego kurortu. Mężczyzna skoczył do morza z wysokiej wieży wznoszącej się wysoko w niebo. Został zatrudniony, aby zabawiać tłum, ale nie wszystko poszło zgodnie z planem. Dzień powinien być pogodny i słoneczny na takie przedsięwzięcie, ale rano padał deszcz, a do południa zrobiło się zimno, a niebo, pokryte niskimi, ciężkimi chmurami, również było ciężkie i zimne.
  Zimne, szare chmury przetaczały się po niebie. Nurek spadł ze swojej grzędy do morza na oczach małego, milczącego tłumu, ale morze nie powitało go ciepło. Czekało na niego w zimnej, szarej ciszy. Widok jego upadku sprawił, że dreszcz przebiegł mu po plecach.
  Czym było to zimne, szare morze, w które tak szybko wpadło nagie ciało mężczyzny?
  W dniu, w którym zawodowy nurek zanurkował, serce Jane Webster przestało bić, dopóki nie zanurzył się w morzu i nie wynurzył głowy. Stała obok młodego mężczyzny, który towarzyszył jej przez cały dzień, niecierpliwie ściskając jego ramię i bark. Kiedy głowa nurka się wynurzyła, oparła ją na ramieniu młodego mężczyzny, a jej własne ramiona drżały od szlochu.
  To był niewątpliwie bardzo głupi występ i później się go wstydziła. Nurek był profesjonalistą. "On wie, co robi" - powiedział młody mężczyzna. Wszyscy obecni śmiali się z Jane, a ona była zła, bo jej opiekun też się śmiał. Gdyby miał na tyle zdrowego rozsądku, żeby zrozumieć, co ona w tym momencie czuje, pomyślała, że nie miałaby nic przeciwko śmiechowi innych.
  
  "Jestem świetnym małym pływakiem morskim."
  To było naprawdę zdumiewające, jak myśli, wyrażone słowami, przelatywały z głowy do głowy. "Jestem świetnym małym pływakiem morskim". Ale jej ojciec wypowiedział te słowa krótko wcześniej, gdy stała w drzwiach między dwiema sypialniami, i podszedł do niej. Chciał jej dać kamień, który trzymała teraz w dłoni, i chciał coś o nim powiedzieć, ale zamiast słów o kamieniu, z jego ust wyrwały się słowa o pływaniu w morzu. W jego zachowaniu w tej chwili było coś zaintrygowanego i zdezorientowanego. Był zdenerwowany, tak jak ona teraz. Ta chwila szybko odtworzyła się w umyśle córki. Ojciec znów podszedł do niej, trzymając kamień między kciukiem a palcem wskazującym, a w jego oczach znów zabłysło chwiejne, niepewne światło. Zupełnie wyraźnie, jakby znów był w jej obecności, Jane usłyszała ponownie słowa, które jeszcze niedawno wydawały się bezsensowne, bezsensowne słowa wydobywające się z ust mężczyzny chwilowo pijanego lub obłąkanego: "Jestem świetnym małym pływakiem morskim".
  Została wyrzucona z wysokiego, bezpiecznego miejsca w morze wątpliwości i strachu. Jeszcze wczoraj stała na twardym gruncie. Mogła pozwolić wyobraźni bawić się myślą o tym, co ją spotkało. Byłoby w tym jakieś pocieszenie.
  Stała na twardym gruncie, wysoko nad bezkresnym morzem zamętu, a potem, zupełnie niespodziewanie, została zepchnięta z twardego gruntu do morza.
  Teraz, w tej właśnie chwili, spadała do morza. Teraz miało się dla niej zacząć nowe życie. Jej ojciec odszedł z obcą kobietą, a matka zmarła.
  Spadała z wysokiej, bezpiecznej platformy do morza. Jej ojciec jakimś niezręcznym ruchem, niczym gestem ręki, zrzucił ją w dół. Miała na sobie białą koszulę nocną, a jej spadająca sylwetka rysowała się niczym biała smuga na tle zimnego, szarego nieba.
  Jej ojciec włożył jej do ręki nic nieznaczący kamyk i wyszedł, a wtedy jej matka poszła do łazienki i zrobiła ze sobą coś strasznego, nie do pomyślenia.
  A teraz ona, Jane Webster, wypłynęła daleko w morze, daleko, daleko stąd, w samotne, zimne, szare miejsce. Zstąpiła do miejsca, z którego wywodzi się wszelkie życie i do którego ostatecznie zmierza wszelkie życie.
  Poczuł ciężar, śmiertelny ciężar. Całe życie stało się szare, zimne i stare. Samotnie szedł w ciemności. Jego ciało upadło z cichym hukiem na szare, miękkie, niewzruszone ściany.
  Dom, w którym mieszkał, był pusty. To był pusty dom na pustej ulicy w pustym mieście. Wszyscy ludzie, których znała Jane Webster, młodzi mężczyźni i kobiety, z którymi mieszkała, ci, z którymi spacerowała w letnie wieczory, nie mogli być częścią tego, z czym teraz się mierzyła. Była teraz zupełnie sama. Jej ojciec odszedł, a matka popełniła samobójstwo. Nie było nikogo. Ktoś szedł samotnie w ciemności. Ciało mężczyzny uderzyło o miękkie, szare, niewzruszone ściany z cichym łoskotem.
  Mały kamień, który trzymał tak mocno w dłoni, powodował ból i cierpienie.
  Zanim ojciec jej ją dał, podszedł i przytrzymał ją przed płomieniem świecy. W odpowiednim świetle jej kolor się zmienił. Żółtozielone światełka pojawiały się i znikały. Żółtozielone światełka były barwą młodych roślin wyłaniających się z wilgotnej, zimnej, zamarzniętej ziemi wiosną.
  OceanofPDF.com
  III
  
  Jane Webster leżała na łóżku w ciemności swojego pokoju, płacząc. Jej ramiona trzęsły się od szlochu, ale nie wydawała żadnego dźwięku. Palec, tak mocno przyciśnięty do dłoni, rozluźnił się, ale na prawej dłoni pozostało miejsce, płonące ciepłym żarem. Jej umysł stał się bierny. Wyobraźnia uwolniła ją z uścisku. Przypominała marudne i głodne dziecko, nakarmione i leżące spokojnie, zwrócone twarzą do białej ściany.
  Jej szlochy nic już nie znaczyły. To było ukojenie. Czuła się trochę zawstydzona swoim brakiem panowania nad sobą i wciąż unosiła dłoń z kamieniem, najpierw ostrożnie ją zamykając, żeby go nie zgubić, i ocierając łzy pięścią. W tym momencie pragnęła nagle stać się silną i zdecydowaną kobietą, zdolną spokojnie i stanowczo poradzić sobie z sytuacją, która zaistniała w domu Websterów.
  OceanofPDF.com
  IV
  
  SŁUŻĄCA KATARA weszła po schodach. W końcu nie była tą samą kobietą, z którą ojciec Jane zostawił ją samą. Jak ciężkie i zdecydowane były kroki Katarzyny! Można było być zdeterminowanym i silnym, nawet nie wiedząc, co się dzieje w domu. Można było chodzić tak, jakby się wchodziło po schodach zwyczajnego domu, zwyczajną ulicą.
  Kiedy Catherine postawiła stopę na jednym ze stopni, dom zdawał się lekko drżeć. Cóż, nie można powiedzieć, że dom się trząsł. To byłoby naciągane. Chcieliśmy przekazać, że Catherine nie była zbyt wrażliwa. Była kimś, kto otwarcie i otwarcie atakował życie. Gdyby była bardzo wrażliwa, mogłaby dowiedzieć się czegoś o strasznych rzeczach dziejących się w domu, nawet nie czekając, aż ktoś jej o tym powie.
  Teraz umysł Jane znów spłatał jej okrutnego figla. Wpadła jej do głowy absurdalna fraza.
  "Poczekaj, aż zobaczysz białka ich oczu, a potem strzelaj."
  To było głupie, kompletnie głupie i absurdalne, myśli, które teraz pędziły jej przez głowę. Ojciec uwolnił w niej coś, co, czasami nieubłaganie, a często niewytłumaczalnie, reprezentowało nieokiełznaną fantazję. To było coś, co mogło ubarwiać i upiększać fakty życia, ale w niektórych przypadkach mogło nadal działać niezależnie od faktów życia. Jane wierzyła, że jest w domu ze zwłokami matki, która właśnie popełniła samobójstwo, a coś w jej wnętrzu mówiło jej, że powinna teraz poddać się żałobie. Płakała, ale jej płacz nie miał nic wspólnego ze śmiercią matki. Ignorował go. Ostatecznie nie była tak smutna, jak podekscytowana.
  Płacz, który wcześniej był cichy, teraz rozbrzmiewał w całym domu. Hałasowała jak głupie dziecko i było jej wstyd. Co pomyśli o niej Catherine?
  "Poczekaj, aż zobaczysz białka ich oczu, a potem strzelaj."
  Co za kompletnie idiotyczny bełkot słów. Skąd się wzięły? Dlaczego w tak ważnym momencie jej życia w jej głowie kłębiły się takie bezsensowne, głupie słowa? Zaczerpnęła je z jakiegoś szkolnego podręcznika, może z podręcznika do historii. Jakiś generał wykrzyczał te słowa do swoich ludzi, gdy stali w oczekiwaniu na nadciągającego wroga. I co to miało wspólnego z krokami Catherine na schodach? Za chwilę Catherine wejdzie do pokoju, w którym się znajdowała.
  Myślała, że dokładnie wie, co zrobi. Cicho wstała z łóżka, podeszła do drzwi i wpuściła służącą. Potem zapaliła światło.
  Wyobraziła sobie siebie stojącą przy toaletce w kącie pokoju, spokojnie i zdecydowanie zwracając się do służącej. Teraz musiała zacząć nowe życie. Wczoraj mogła być młodą kobietą bez doświadczenia, ale teraz stała się dojrzałą kobietą stawiającą czoła trudnym wyzwaniom. Będzie musiała stawić czoła nie tylko pokojówce Catherine, ale całemu miastu. Jutro znajdzie się w sytuacji generała, dowodzącego wojskami w obliczu ataku. Musi zachowywać się z godnością. Byli ludzie, którzy chcieli skarcić jej ojca, inni, którzy chcieli się nad sobą użalać. Być może ona również będzie musiała zająć się sprawami biznesowymi. Konieczne będą przygotowania do sprzedaży fabryki ojca i zebrania pieniędzy, aby mogła ruszyć dalej ze swoim życiem i snuć własne plany. W takiej chwili nie mogła być głupim dzieckiem, siedzącym i szlochającym na łóżku.
  A jednak w tak tragicznym momencie jej życia, gdy weszła służąca, nie mogła nagle wybuchnąć śmiechem. Dlaczego odgłos zdecydowanych kroków Katarzyny na schodach sprawiał, że jednocześnie chciała się śmiać i płakać? "Żołnierze śmiało posuwający się przez otwarte pole w stronę wroga. Poczekaj, aż zobaczysz białka ich oczu. Głupie pomysły. Głupie słowa tańczące w jej głowie. Nie chciała się śmiać ani płakać. Chciała zachowywać się z godnością.
  W głębi duszy Jane Webster toczyła się napięta walka, która utraciła już swoją godność i stała się jedynie walką o to, by powstrzymać się od głośnego płaczu, nie śmiać się i być gotową przyjąć służącą Catherine z pewną godnością.
  W miarę jak kroki się zbliżały, walka przybierała na sile. Teraz znowu siedziała wyprostowana na łóżku, kołysząc się w przód i w tył. Jej pięści, zaciśnięte mocno i z obu stron, ponownie uderzały ją w nogi.
  Jak wszyscy na świecie, Jane przez całe życie inscenizowała swoje podejście do życia. Niektórzy robili to jako dzieci, a potem jako małe dziewczynki w szkole. Matka nagle zmarła albo ktoś ciężko zachorował i stanął w obliczu śmierci. Wszyscy zebrali się przy łożu śmierci i byli poruszeni cichą godnością, z jaką można było poradzić sobie z tą sytuacją.
  Albo znowu, młody mężczyzna, który uśmiechnął się do kogoś na ulicy. Może miał odwagę pomyśleć o jednym z nich po prostu jak o dziecku. Bardzo dobrze. Niech obaj znajdą się w trudnej sytuacji, a wtedy zobaczymy, który z nich zachowa się z większą godnością.
  W całej tej sytuacji było coś przerażającego. W końcu Jane czuła, że jest w stanie wieść w miarę dostatnie życie. Była pewna, że żadna inna znana jej młoda kobieta nie znalazła się nigdy w takiej sytuacji jak ona. Nawet teraz, choć nic nie wiedzieli o tym, co się stało, oczy całego miasta były zwrócone na nią, a ona po prostu siedziała w ciemności na łóżku, szlochając jak dziecko.
  Zaczęła się śmiać szorstko, histerycznie, po czym śmiech ucichł, a głośne szlochy zaczęły się na nowo. Służąca Catherine podeszła do drzwi jej sypialni, ale zamiast zapukać i dać Jane szansę, by wstała i przyjęła ją z godnością, natychmiast weszła. Przebiegła przez pokój i uklękła przy łóżku Jane. Jej impulsywne działanie położyło kres pragnieniu Jane, by być wielką damą, przynajmniej na tę noc. Kobieta, Catherine, poprzez swoją gwałtowną impulsywność, stała się siostrą czegoś, co było również jej prawdziwą istotą. Były dwie kobiety, wstrząśnięte i pogrążone w rozpaczy, obie głęboko dręczone jakąś wewnętrzną burzą, tulące się do siebie w ciemności. Przez chwilę stały tak na łóżku, obejmując się.
  A zatem Catherine wcale nie była tak silną i zdeterminowaną osobą. Nie było powodu, by się jej bać. Ta myśl była dla Jane nieskończenie pocieszająca. Ona również płakała. Może gdyby Catherine zerwała się teraz i zaczęła iść, nie musiałaby się martwić, że jej mocne, zdecydowane kroki zatrzęsą domem. Gdyby była Jane Webster, być może i ona nie byłaby w stanie wstać z łóżka i spokojnie, z chłodną godnością opowiedzieć o wszystkim, co się wydarzyło. W końcu Catherine też mogłaby nie być w stanie powstrzymać się od płaczu i śmiechu jednocześnie. Cóż, w końcu nie była aż tak straszną osobą, a raczej silną, zdeterminowaną i przerażającą osobą.
  Młoda kobieta, siedząca teraz w ciemności, całym ciałem wtulona w krzepszą sylwetkę starszej kobiety, poczuła słodkie, nieuchwytne uczucie odżywienia i orzeźwienia, jakie dawało jej ciało tej drugiej kobiety. Uległa nawet pokusie, by sięgnąć i dotknąć policzka Catherine. Starsza kobieta miała ogromne piersi, do których mogła się przytulić. Jakże kojąca była jej obecność w tym cichym domu.
  Jane przestała płakać i nagle poczuła się zmęczona i trochę zimno. "Nie zostawajmy tutaj. Chodźmy do mojego pokoju" - powiedziała Catherine. Czy to możliwe, że wiedziała, co wydarzyło się w tamtej sypialni? Było oczywiste, że wiedziała. Wtedy to była prawda. Serce Jane przestało bić, a jej ciało zadrżało ze strachu. Stała w ciemności przy łóżku, opierając się ręką o ścianę, żeby się uspokoić. Powtarzała sobie, że jej matka zażyła truciznę i popełniła samobójstwo, ale było oczywiste, że jakaś część jej w to nie wierzyła, nie śmiała w to uwierzyć.
  Katherine znalazła płaszcz i narzuciła go Jane na ramiona. Dziwnie się czuła: tak zimno, podczas gdy noc była stosunkowo ciepła.
  Obie kobiety wyszły z pokoju i weszły na korytarz. W łazience na końcu korytarza paliło się światło gazowe, a drzwi do łazienki były otwarte.
  Jane zamknęła oczy i przytuliła się do Catherine. Myśl, że jej matka popełniła samobójstwo, była teraz pewna. Tak oczywista, że Catherine również to wiedziała. Dramat samobójstwa rozgrywał się przed oczami Jane w teatrze jej wyobraźni. Jej matka stała twarzą do małej szafki przylegającej do przejścia w łazience. Twarz miała zwróconą ku górze, a światło padało na nią z góry. Jedną ręką opierała się o ścianę pokoju, aby nie upaść, a w drugiej trzymała butelkę. Jej twarz, zwrócona w stronę światła, była biała, blada jak ściana. Była to twarz, która dzięki długiemu kontaktowi stała się Jane znajoma, a jednak dziwnie obca. Jej oczy były zamknięte, a pod nimi widać było małe czerwonawe worki. Usta miała luźno opadające, a z kącika ust schodziła jej czerwonawobrązowa smuga w dół brody. Kilka plam brązowego płynu spadło na jej białą koszulę nocną.
  Ciało Jane gwałtownie się trzęsło. "Jak zimno zrobiło się w domu, Catherine" - powiedziała, otwierając oczy. Dotarły na szczyt schodów i z miejsca, w którym stały, mogły zajrzeć prosto do łazienki. Na podłodze leżał szary dywanik łazienkowy, a na niego spadła mała brązowa butelka. Gdy wychodziła z pokoju, ciężka stopa kobiety, która połknęła zawartość butelki, nadepnęła na nią i rozbiła ją. Może skaleczyła stopę, ale nie przeszkadzało jej to. "Gdyby bolało, gdyby poczuła obolałe miejsce, byłoby to dla niej pocieszeniem" - pomyślała Jane. W dłoni wciąż trzymała kamień, który dał jej ojciec. Jaki absurd, że nazwał go "Klejnotem Życia". Plamka żółtozielonego światła odbijała się od brzegu rozbitej butelki na podłodze w łazience. Kiedy ojciec przyłożył kamień do świecy w sypialni i uniósł go do światła świecy, z niego również rozbłysło kolejne żółtozielone światło. "Gdyby mama jeszcze żyła, pewnie teraz by wydawała jakieś dźwięki. Będzie się zastanawiać, co my z Catherine robimy, włócząc się po domu, i wstanie, pójdzie do swojej sypialni, żeby się dowiedzieć" - pomyślała ponuro.
  Po tym, jak Catherine ułożyła Jane do snu w małym pokoju obok kuchni, poszła na górę, żeby coś przygotować. Nie usłyszała żadnych wyjaśnień. Zostawiła zapalone światło w kuchni, a sypialnia pokojówki była oświetlona odbitym światłem wpadającym przez otwarte drzwi.
  Catherine poszła do sypialni Mary Webster, otworzyła drzwi bez pukania i weszła. Paliła się lampa gazowa, a kobieta, nie chcąc już żyć, próbowała położyć się do łóżka i umrzeć z godnością pod prześcieradłem, ale nie mogła. Jej próby zakończyły się niepowodzeniem. Wysoka, szczupła dziewczyna, która kiedyś porzuciła miłość na zboczu wzgórza, została sparaliżowana przez śmierć, zanim zdążyła zaprotestować. Jej ciało, półleżące na łóżku, walczyło, wiło się i zsunęło na podłogę. Catherine podniosła je, położyła na łóżku i sięgnęła po wilgotną szmatkę, żeby przetrzeć oszpeconą i odbarwioną twarz.
  Nagle wpadł jej do głowy pewien pomysł i zdjęła tkaninę. Stała przez chwilę w pokoju, rozglądając się dookoła. Jej twarz pobladła i zrobiło jej się niedobrze. Zgasiła światło i wchodząc do sypialni Johna Webstera, zamknęła drzwi. Świece przy Matce Boskiej wciąż się paliły, a ona wzięła małą fotografię w ramce i umieściła ją wysoko na półce w szafie. Następnie zdmuchnęła jedną ze świec i zniosła ją, razem z zapaloną, po schodach do pokoju, gdzie czekała Jane.
  Służąca podeszła do szafy, wzięła dodatkowy koc i narzuciła go Jane na ramiona. "Nie sądzę, żebym miała się rozebrać" - powiedziała. "Posiedzę z tobą na łóżku, tak jak stoisz".
  "Już się domyśliłaś" - powiedziała rzeczowo, siadając i kładąc dłoń na ramieniu Jane. Obie kobiety były blade, ale ciało Jane już nie drżało.
  "Jeśli mama nie żyje, to przynajmniej nie jestem sama w domu ze zwłokami" - pomyślała z wdzięcznością. Catherine nie zdradziła jej szczegółów dotyczących tego, co znalazła na górze. "Nie żyje" - powiedziała, a po chwili milczenia zaczęła snuć myśl, która przyszła jej do głowy, gdy stała w obecności zmarłej kobiety w sypialni na piętrze. "Nie sądzę, żeby próbowali łączyć z tym twojego ojca, ale mogą" - powiedziała zamyślona. "Widziałam kiedyś coś takiego. Zmarł mężczyzna, a po jego śmierci niektórzy próbowali go przedstawić jako złodzieja. Myślę tak: lepiej posiedzimy tu razem do rana. Potem wezwę lekarza. Powiemy, że nic nie wiedzieliśmy o tym, co się stało, dopóki nie poszłam zawołać twojej matki na śniadanie. Do tego czasu, widzisz, twojego ojca już nie będzie".
  Dwie kobiety siedziały w milczeniu obok siebie, wpatrując się w białą ścianę sypialni. "Chyba lepiej, żebyśmy obie pamiętały, że słyszałyśmy, jak mama krząta się po domu po wyjściu ojca" - wyszeptała Jane chwilę później. Miło było uczestniczyć w planach Catherine, by chronić ojca. Jej oczy błyszczały, a w jej pragnieniu jasnego zrozumienia wszystkiego było coś gorączkowego, ale nadal przyciskała ciało do Catherine. Wciąż trzymała w dłoni kamień, który dał jej ojciec, i teraz, za każdym razem, gdy jej palec choćby lekko go dotknął, z delikatnego, posiniaczonego miejsca na dłoni wybuchał kojący, pulsujący ból.
  OceanofPDF.com
  W
  
  A GDY DWIE KOBIETY SIEDZIAŁY NA ŁÓŻKU, John Webster szedł przez ciche, opustoszałe ulice w stronę stacji kolejowej ze swoją nową kobietą, Natalie.
  "No, cholera" - pomyślał, idąc naprzód - "co to była za noc! Jeśli reszta mojego życia będzie tak zajęta, jak ostatnie dziesięć godzin, to dam radę utrzymać głowę nad wodą".
  Natalie szła w milczeniu, niosąc torbę. Domy wzdłuż ulicy były ciemne. Pomiędzy ceglanym chodnikiem a jezdnią biegł pas trawy, a John Webster przeszedł przez niego i ruszył wzdłuż niego. Podobała mu się myśl, że jego stopy nie będą wydawać żadnego dźwięku, gdy będzie uciekał z miasta. Jakże cudownie byłoby, gdyby on i Natalie byli skrzydlatymi stworzeniami, zdolnymi do niezauważonego odlatywania w ciemności.
  Teraz Natalie płakała. Cóż, to było normalne. Nie płakała na głos. John Webster tak naprawdę nie był pewien, czy płacze. A jednak wiedział. "Przynajmniej" - pomyślał - "kiedy płacze, wykonuje swoją pracę z godnością". Sam był w raczej bezosobowym nastroju. Nie ma sensu za dużo rozmyślać o tym, co zrobiłem. Co się stało, to się nie odstanie. Zacząłem nowe życie. Nie mógłbym się cofnąć, nawet gdybym chciał.
  Domy wzdłuż ulicy były ciemne i ciche. Całe miasto było ciemne i ciche. Ludzie spali w domach, śniąc najróżniejsze dziwne sny.
  Cóż, spodziewał się jakiejś kłótni w domu Natalie, ale nic takiego nie miało miejsca. Stara matka była po prostu cudowna. John Webster niemal żałował, że nigdy nie poznał jej osobiście. Było coś w tej okropnej staruszce, co przypominało go samego. Uśmiechnął się, idąc wzdłuż trawnika. "Może się zdarzyć, że skończę jak stary łobuz, prawdziwy tyran" - pomyślał niemal radośnie. W głowie krążyła mu ta myśl. Z pewnością dobrze zaczął. Oto był, mężczyzna grubo po średnim wieku, a była już północ, prawie ranek, i szedł opustoszałymi ulicami z kobietą, z którą zamierzał wieść tak zwane życie bękarta. "Zacząłem późno, ale skoro już zacząłem, to trochę wszystko komplikuję" - powiedział sobie.
  Szkoda, że Natalie nie zeszła z ceglanego chodnika i nie przeszła przez trawnik. Lepiej poruszać się szybko i cicho, wyruszając na nowe przygody. Niezliczone ryczące lwy przyzwoitości musiały spać w domach wzdłuż ulic. "Są tak samo miłe, jak ja, kiedy wracałem z fabryki pralek i spałem obok żony w czasach, gdy byliśmy świeżo po ślubie i wróciliśmy do tego miasta" - pomyślał sarkastycznie. Wyobraził sobie niezliczone osoby, mężczyzn i kobiety, kładące się spać nocą i czasami rozmawiające tak, jak on i jego żona często to robili. Zawsze coś ukrywali, rozmawiali zawzięcie, coś ukrywali. "Robimy dużo hałasu, mówiąc o czystości i słodyczy życia, prawda?" - szepnął do siebie.
  Tak, ludzie w domach spali, a on nie chciał ich budzić. Szkoda, że Natalie płakała. Nie można było jej wytrącić z żałoby. To byłoby niesprawiedliwe. Chciał z nią porozmawiać, poprosić, żeby zeszła z chodnika i przeszła cicho przez trawę wzdłuż drogi lub skraju trawnika.
  Jego myśli wróciły do tych kilku chwil spędzonych w domu Natalie. Cholera! Spodziewał się tam jakiejś sceny, ale nic takiego się nie wydarzyło. Kiedy podszedł do domu, Natalie już na niego czekała. Siedziała przy oknie w ciemnym pokoju na dole domku Schwartza, ze spakowaną torbą i stojącą obok. Podeszła do drzwi wejściowych i otworzyła je, zanim zdążył zapukać.
  A teraz była gotowa do wyjścia. Wyszła z torbą i nic nie powiedziała. Właściwie, jeszcze nic mu nie powiedziała. Właśnie wyszła z domu i szła obok niego do miejsca, gdzie musieli przejść przez bramę, żeby wyjść na ulicę, a potem wyszły jej matka i siostra i stanęły na małym ganku, żeby patrzeć, jak odchodzą.
  Ależ z tej starej matki była awanturnica. Nawet się z nich śmiała. "No, macie tupet. Wychodzicie wyglądając jak świetni ludzie, prawda?" krzyknęła. Potem znowu się roześmiała. "Wiesz, że rano będzie o to awantura w całym mieście?" zapytała. Natalie nie odpowiedziała. "No to powodzenia, ty wielka dziwko, uciekasz ze swoim cholernym łajdakiem!" krzyknęła jej matka, wciąż się śmiejąc.
  Dwaj mężczyźni skręcili za róg i zniknęli z pola widzenia domu Schwartza. Niewątpliwie inni ludzie czuwali w innych domach wzdłuż ulicy, nasłuchiwali i zastanawiali się. Dwa lub trzy razy jeden z sąsiadów chciał aresztować matkę Natalie za wulgarny język, ale inni odradzali im to z szacunku dla córek.
  Czy Natalie płakała teraz z powodu rozstania ze swoją starą matką, czy też z powodu siostry nauczyciela, której John Webster nigdy nie poznał?
  Naprawdę miał ochotę się z siebie pośmiać. Prawda była taka, że niewiele wiedział o Natalie ani o tym, co mogła myśleć lub czuć w takiej chwili. Czy naprawdę związał się z nią tylko dlatego, że była jakimś narzędziem, które miało mu pomóc uciec od żony i życia, którego nienawidził? Czy po prostu ją wykorzystywał? Czy naprawdę żywił do niej jakieś prawdziwe uczucia, jakiekolwiek zrozumienie?
  Zastanawiał się.
  Powstał wielki hałas, przyozdobił pokój świecami i obrazem Matki Boskiej, obnażył się nago przed kobietami i kupił sobie szklane świeczniki z brązowymi ukrzyżowanymi Chrystusami.
  Ktoś zrobił wielkie zamieszanie, udając, że denerwuje cały świat, robiąc coś, co prawdziwie odważny człowiek zrobiłby w prosty i bezpośredni sposób. Inny mógłby zrobić wszystko, co on zrobił, śmiejąc się i gestykulując.
  Co on w ogóle planował?
  Wyjeżdżał, celowo opuszczał rodzinne miasto, opuszczał miasto, w którym przez wiele lat, a nawet całe życie, był szanowanym obywatelem. Planował opuścić miasto z młodszą od siebie kobietą, która wpadła mu w oko.
  Wszystko to było zrozumiałe dla każdego, bez trudu, dla każdego, kogo można było spotkać na ulicy. A przynajmniej każdy byłby pewien, że rozumie. Unosili brwi, wzruszali ramionami. Mężczyźni stali w małych grupkach i rozmawiali, a kobiety biegały od domu do domu, gadając i gadając. Ach, te radosne wzruszenia ramion! Ach, te radosne gaduły! Skąd w tym wszystkim wziął się człowiek? Co on w końcu o sobie myślał?
  Natalie szła w półmroku. Westchnęła. Była kobietą z ciałem, z rękami i nogami. Jej ciało miało tułów, a na szyi miała głowę z mózgiem w środku. Myślała. Miała marzenia.
  Natalie szła ulicą w ciemnościach, a jej kroki były wyraźne i wyraźne, gdy szła chodnikiem.
  Co wiedział o Natalie?
  Całkiem możliwe, że gdyby on i Natalie lepiej się poznali, gdyby stanęli przed wyzwaniem wspólnego zamieszkania... Cóż, może w ogóle by to nie zadziałało.
  John Webster szedł ulicą w ciemności, wzdłuż pasa trawy, który w miastach Środkowego Zachodu rozciąga się między chodnikiem a jezdnią. Potknął się i omal nie upadł. Co mu się stało? Czy znowu był zmęczony?
  Czy jego wątpliwości zrodziły się z powodu zmęczenia? Całkiem możliwe, że wszystko, co mu się przydarzyło zeszłej nocy, było spowodowane chwilowym szaleństwem.
  Co się stanie, gdy szaleństwo minie, gdy odzyska zdrowy rozsądek, stanie się normalnym człowiekiem?
  Hito, Tito, po co myśleć o zawróceniu, skoro jest już za późno? Jeśli w końcu on i Natalie odkryją, że nie mogą żyć razem, wciąż pozostaje życie. Życie było życiem. Wciąż jest sposób na życie.
  John Webster zaczął nabierać odwagi. Spojrzał na ciemne domy wzdłuż ulicy i uśmiechnął się. Wyglądał jak dziecko bawiące się w grę z przyjaciółmi z Wisconsin. W grze był kimś w rodzaju osoby publicznej, otrzymującej oklaski od mieszkańców za jakiś odważny czyn. Wyobrażał sobie, że jedzie ulicą w powozie. Ludzie wystawiali głowy przez okna i krzyczeli, a on odwracał głowę na boki, kłaniając się i uśmiechając.
  Ponieważ Natalie nie patrzyła, przez chwilę cieszył się grą. Mijając ją, co chwila obracał głowę na boki i kłaniał się. Na jego ustach igrał dość absurdalny uśmiech.
  Stary Harry!
  
  "Chińska jagoda rośnie na chińskim drzewie!"
  
  Byłoby lepiej, gdyby Natalie nie robiła takiego hałasu stąpając po kamiennych i ceglanych chodnikach.
  Ktoś mógłby zostać odkryty. Być może, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, wszyscy ludzie, którzy teraz tak spokojnie śpią w ciemnych domach wzdłuż ulicy, usiedliby na łóżkach i zaczęliby się śmiać. Byłoby to straszne i to samo zrobiłby sam John Webster, gdyby on, porządny człowiek, leżał w łóżku ze swoją prawowitą żoną i zobaczył, jak jakiś inny mężczyzna popełnia tę samą głupotę, którą on teraz popełnia.
  To było irytujące. Noc była ciepła, ale John Webster czuł lekki chłód. Zadrżał. Niewątpliwie z powodu zmęczenia. Być może to myśl o szanowanych żonatych mężczyznach leżących w łóżkach w domach, przez które przejeżdżali z Natalie, przyprawiała go o dreszcze. Można się bardzo przeziębić, będąc szanowanym żonatym mężczyzną i leżąc w łóżku z szanowaną żoną. Myśl, która krążyła mu po głowie od dwóch tygodni, znów powróciła: "Może oszalałem i zaraziłem Natalie, a co za tym idzie, moją córkę Jane, swoim szaleństwem".
  Nie było sensu płakać nad rozlanym mlekiem. "Po co teraz o tym myśleć?"
  "Diddle dee doo!"
  "Chińska jagoda rośnie na chińskim drzewie!"
  On i Natalie opuścili robotniczą część miasta i mijali teraz domy zamieszkane przez kupców, drobnych fabrykantów, ludzi takich jak sam John Webster, prawników, lekarzy i tym podobnych. Teraz mijali dom, w którym mieszkał jego własny bankier. "Co za przekleństwo. Ma mnóstwo pieniędzy. Czemu nie zbuduje sobie większego, lepszego domu?"
  Na wschodzie, słabo widoczna przez drzewa i ponad ich wierzchołkami, widniała jasna plama rozciągająca się na niebie.
  Dotarli do miejsca, gdzie znajdowało się kilka pustych działek. Ktoś przekazał je miastu, a ruch pieszy rozpoczął zbiórkę pieniędzy na budowę biblioteki publicznej. Pewien mężczyzna podszedł do Johna Webstera i poprosił go o wsparcie funduszu na ten cel. Stało się to zaledwie kilka dni temu.
  Bardzo mu się to doświadczenie podobało i teraz na samą myśl o tym miał ochotę parsknąć śmiechem.
  Siedział, wyglądając, jak mu się zdawało, całkiem dostojnie przy biurku w biurze fabrycznym, gdy wszedł mężczyzna i opowiedział mu o planie. Ogarnęła go chęć wykonania ironicznego gestu.
  "Robię dość szczegółowe plany dotyczące tego funduszu i mojego wkładu, ale nie chcę zdradzać, co planuję zrobić w tej konkretnej chwili" - oświadczył. Co za kłamstwo! Nie był tym w najmniejszym stopniu zainteresowany. Po prostu cieszył się z zaskoczenia mężczyzny jego nieoczekiwanym zainteresowaniem i dobrze się bawił, robiąc przy tym nonszalancki gest.
  Mężczyzna, który go odwiedził, był kiedyś członkiem komitetu Izby Handlowej, komitetu powołanego w celu przyciągnięcia do miasta nowych przedsiębiorstw.
  "Nie wiedziałem, że interesujesz się szczególnie literaturą" - powiedział mężczyzna.
  W głowie Johna Webstera pojawiła się masa szyderczych myśli.
  "Och, zdziwisz się" - zapewnił mężczyznę. W tym momencie poczuł to samo, co wyobrażał sobie terier, który płoszy szczura. "Myślę, że amerykańscy pisarze zdziałali cuda, inspirując ludzi" - powiedział uroczyście. "Ale czy zdajesz sobie sprawę, że to nasi pisarze nieustannie przypominali nam o kodeksach moralnych i cnotach? Ludzie tacy jak ty i ja, którzy są właścicielami fabryk i w pewnym sensie odpowiadają za szczęście i dobrobyt mieszkańców naszej społeczności, nie mogą być zbyt wdzięczni naszym amerykańskim pisarzom. Powiem ci coś: to naprawdę silni, pełni pasji ludzie, zawsze broniący tego, co słuszne".
  John Webster roześmiał się, gdy przypomniał sobie swoją rozmowę z mężczyzną z Izby Handlowej i jego zdezorientowane spojrzenie, gdy odchodził.
  Teraz, gdy szedł z Natalie, przecinające się ulice prowadziły na wschód. Nie było wątpliwości, że nadejdzie nowy dzień. Zatrzymał się, żeby zapalić zapałkę i spojrzeć na zegarek. Zdążą akurat na pociąg. Wkrótce wkroczą do dzielnicy biznesowej miasta, gdzie oboje będą hałasować, idąc po kamiennych chodnikach, ale wtedy to nie będzie miało znaczenia. Ludzie nie nocują w dzielnicach biznesowych miast.
  Chciał porozmawiać z Natalie, poprosić ją, żeby chodziła po trawie i nie budziła śpiących w domach ludzi. "No cóż, zrobię to" - pomyślał. Dziwne, ile odwagi wymagała sama rozmowa z nią. Żadne z nich nie odezwało się, odkąd wyruszyli razem na tę przygodę. Zatrzymał się i na chwilę przystanął, a Natalie, zdając sobie sprawę, że już nie idzie obok niej, również się zatrzymała.
  "O co chodzi? Co się stało, John?" - zapytała. Po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu. To wszystko ułatwiało.
  A jednak gardło miał lekko ściśnięte. Niemożliwe, żeby i on chciał płakać. Co za bzdura.
  Nie było potrzeby przyznawania się do porażki przed Natalie, dopóki nie nadeszła. Jego osąd tego, co zrobił, miał dwie strony. Oczywiście istniała szansa, możliwość, że to on wywołał cały ten skandal, zrujnował całe swoje dotychczasowe życie, zrujnował żonę i córkę, a także Natalie, na próżno, po prostu dlatego, że chciał uciec od nudy swojego dawnego życia.
  Stał na skrawku trawy na skraju trawnika przed cichym, szanowanym domem, czyimś domem. Próbował wyraźnie dostrzec Natalie, próbował wyraźnie zobaczyć siebie. Jaką postać sobie wyobraził? Światło nie było zbyt wyraźne. Natalie była przed nim tylko ciemną masą. Jego własne myśli były przed nim tylko ciemną masą.
  "Czy jestem po prostu lubieżnym mężczyzną, który pragnie nowej kobiety?" - zapytał sam siebie.
  Załóżmy, że to prawda. Co to znaczy?
  "Jestem sobą. Staram się być sobą" - powiedział sobie stanowczo.
  Trzeba próbować żyć poza sobą, żyć w innych. Czy próbował zamieszkać w Natalie? Wszedł w Natalie. Czy naprawdę wszedł w nią, bo było w niej coś, czego pragnął i potrzebował, coś, co kochał?
  Było coś w Natalie, co rozpalało w nim ogień. To właśnie tej jej zdolności do rozpalania go pragnął i nadal pragnie.
  Zrobiła to dla niego i nadal to robi. Kiedy nie będzie już mógł jej odwzajemnić uczuć, być może znajdzie inną miłość. Ona też mogłaby to zrobić.
  Zaśmiał się cicho. Teraz była w nim jakaś radość. Przyniósł sobie i Natalie, jak to mówią, złą sławę. W jego wyobraźni znów pojawiła się grupa postaci, każda na swój sposób złą sławą. Był siwowłosy starzec, którego kiedyś widział, jak kroczy z dumą i radością w podróży, aktorka, którą widział wychodzącą na scenę w teatrze, marynarz, który wrzucił torbę na pokład statku i szedł ulicą z dumą i radością z życia, które w nim drzemało.
  Byli tacy ludzie na świecie.
  Dziwaczny obraz w głowie Johna Webstera zmienił się. Do pokoju wszedł mężczyzna. Zamknął drzwi. Na kominku nad kominkiem stał rząd świec. Mężczyzna grał w jakąś grę z samym sobą. Właściwie każdy grał w jakąś grę z samym sobą. Mężczyzna w jego wyobraźni wyjął srebrną koronę z pudełka. Włożył ją sobie na głowę. "Koronuję się koroną życia" - powiedział.
  Czy to był głupi występ? A jeśli tak, to jakie to miało znaczenie?
  Zrobił krok w stronę Natalie i znów się zatrzymał. "Chodź, kobieto, idź po trawie. Nie hałasuj tak, kiedy idziemy" - powiedział na głos.
  Teraz szedł z pewną swobodą w stronę Natalie, która stała w milczeniu na skraju chodnika, czekając na niego. Podszedł i stanął przed nią, patrząc jej w twarz. To prawda, że płakała. Nawet w półmroku na jej policzkach widać było delikatne łzy. "To był po prostu głupi pomysł. Nie chciałem nikogo niepokoić, kiedy będziemy wychodzić" - powiedział, znów się cicho śmiejąc. Położył jej rękę na ramieniu i przyciągnął ją do siebie. Szli dalej, teraz oboje stąpając cicho i ostrożnie po trawie między chodnikiem a jezdnią.
  OceanofPDF.com
  Ciemny śmiech
  
  B RUS DUDLEY STAŁ przy poplamionym farbą oknie, przez które ledwo widział najpierw stertę pustych pudeł, potem mniej lub bardziej zagracony dziedziniec fabryczny, opadający ku stromemu klifowi, a dalej brązowe wody rzeki Ohio. Wkrótce trzeba było otworzyć okna. Wiosna wkrótce nadejdzie. Obok Bruce'a, przy następnym oknie, stał Sponge Martin, chudy, żylasty staruszek z gęstym czarnym wąsem. Sponge żuł tytoń i miał żonę, która czasami upijała się z nim w dni wypłaty. Kilka razy w roku, w takie wieczory, nie jadali obiadu w domu, lecz szli do restauracji na zboczu wzgórza w centrum Old Harbor i tam z klasą jedli.
  Po lunchu wzięli kanapki i dwa litry whisky Kentucky "moon" i ruszyli na połów ryb w rzece. Robili to tylko wiosną, latem i jesienią, gdy noce były bezchmurne, a ryby brały.
  Rozpalili ognisko z drewna dryftowego i usiedli wokół niego, gasząc swoje przynęty na sumy. Cztery mile w górę rzeki znajdowało się miejsce, gdzie w porze powodziowej kiedyś znajdował się mały tartak i skład drewna, zaopatrujący w paliwo sfory rzeczne, i tam się udali. To był długi spacer i ani Sponge, ani jego żona nie byli bardzo młodzi, ale oboje byli silnymi, żylastymi, drobnymi mężczyznami, a po drodze mieli whisky kukurydzianą, która dodawała im energii. Whisky nie była barwiona tak, by przypominała whisky komercyjne, ale była klarowna jak woda, bardzo ostra i piekąca w gardle, a jej działanie było szybkie i długotrwałe.
  Po wyjściu na noc zebrali drewno na ognisko, żeby rozpalić je, gdy tylko dotarli do swojego ulubionego łowiska. Wszystko było wtedy w porządku. Sponge dziesiątki razy powtarzał Bruce'owi, że jego żonie to nie przeszkadza. "Jest twarda jak foksterier" - powiedział. Para miała już wcześniej dwójkę dzieci, a noga starszego chłopca została amputowana podczas skoku do pociągu. Sponge wydał dwieście osiemdziesiąt dolarów na lekarzy, ale równie dobrze mógł zaoszczędzić. Dziecko zmarło po sześciu tygodniach cierpienia.
  Kiedy wspomniał o drugim dziecku, dziewczynce żartobliwie nazwanej Bugs Martin, Sponge trochę się zdenerwował i zaczął żuć tytoń jeszcze mocniej niż zwykle. Od samego początku była prawdziwym koszmarem. Nie rób jej nic. Nie da się jej trzymać z dala od chłopców. Sponge próbował, jego żona też, ale co z tego?
  Pewnego październikowego dnia wypłaty, kiedy SpongeBob i jego żona byli w górze rzeki, na swoim ulubionym łowisku, wrócili do domu o piątej rano następnego dnia, oboje wciąż lekko poparzeni, i co się stało? Czy Bruce Dudley myśli, że odkryli, co się dzieje? Pamiętajmy, że Bugs miał wtedy zaledwie piętnaście lat. SpongeBob wszedł więc do domu przed żoną, a tam, na nowym dywaniku w korytarzu, spało dziecko, a obok niej młody mężczyzna.
  Co za bezczelność! Młody mężczyzna pracował w sklepie spożywczym Mausera. Nie mieszkał już w Old Harbor. Bóg jeden wie, co się z nim stało. Kiedy się obudził i zobaczył Sponge'a stojącego z ręką na klamce, szybko zerwał się na równe nogi i wybiegł, prawie przewracając Sponge'a, gdy ten rzucił się przez drzwi. Sponge go kopnął, ale chybił. Był całkiem dobrze oświetlony.
  Potem SpongeBob rzucił się na Bugsa. Potrząsnął nią, aż zęby jej zazgrzytały, ale czy Bruce myślał, że krzyczy? Nie! Cokolwiek myślałeś o Bugsie, była rozbrykanym dzieckiem.
  Miała piętnaście lat, kiedy Sponge ją pobił. Nieźle ją uderzył. "Jest teraz w domu w Cincinnati" - pomyślał Sponge. Od czasu do czasu pisała listy do matki i zawsze w nich kłamała. Mówiła, że pracuje w sklepie, ale to była prycza. Sponge wiedział, że to kłamstwo, ponieważ uzyskał informacje o niej od mężczyzny, który kiedyś mieszkał w Old Harbor, a teraz pracował w Cincinnati. Pewnej nocy wszedł do domu i zobaczył tam Bugsa, wszczynającego zamieszanie z grupą bogatych młodych sportowców z Cincinnati, ale ona go nie widziała. Starał się nie zwracać na siebie uwagi i później napisał o tym do Sponge. Powiedział, że Sponge powinna spróbować naprawić stosunki z Bugsem, ale po co robić zamieszanie? Była taka od dziecka, prawda?
  A skoro już o tym mowa, to dlaczego ten facet chciał się wtrącać? Co on robił w takim miejscu - i to na tak wysokim stanowisku? Lepiej, żeby nie wtrącał się w sprawy swojego podwórka. SpongeBob nawet nie pokazał listu swojej starej. Po co ją denerwować? Skoro chciała wierzyć w te bzdury o tym, że Bugs ma dobrą pracę w sklepie, to czemu jej nie pozwolić? Gdyby Bugs kiedykolwiek przyjechał z wizytą, o czym zawsze pisała mamie, może kiedyś przyjedzie; sam SpongeBob nigdy by jej o tym nie powiedział.
  Stara Gąbka była w porządku. Kiedy ona i Gąbka poszli tam po somie i oboje wypili pięć czy sześć porządnych, mocnych kieliszków "moon", zachowywała się jak dziecko. Sprawiła, że Gąbka poczuła się... O mój Boże!
  Leżeli na stercie na wpół spróchniałych, starych trocin przy ognisku, dokładnie tam, gdzie kiedyś stała drewutnia. Kiedy staruszka trochę się ożywiła i zaczęła zachowywać się jak dziecko, Sponge poczuł to samo. Łatwo było dostrzec, że staruszka jest wysportowana. Odkąd poślubił ją w wieku około dwudziestu dwóch lat, Sponge nigdy nie flirtował z żadną inną kobietą - może poza kilkoma razami, kiedy był poza domem i trochę pijany.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DRUGI
  
  BYŁO - I ten kapryśny pomysł, oczywiście, był tym samym, który doprowadził Bruce'a Dudleya do sytuacji, w której się teraz znalazł - pracy w fabryce w miasteczku Old Harbor w stanie Indiana, gdzie mieszkał jako dziecko i młody mężczyzna, a gdzie jest teraz. Podawał się za robotnika pod przybranym nazwiskiem. To nazwisko go bawiło. Myśl przemknęła mu przez głowę i John Stockton stał się Bruce'em Dudleyem. Czemu nie? W każdym razie, na razie pozwolił sobie być, kimkolwiek chciał. Otrzymał to nazwisko w miasteczku w Illinois, dokąd przybył z głębokiego południa, a dokładniej z Nowego Orleanu. To było, gdy wracał do Old Harbor, gdzie również wylądował przypadkiem. W tym miasteczku w Illinois musiał zmienić samochód. Właśnie szedł główną ulicą miasta i zobaczył dwa szyldy nad dwoma sklepami: "Bruce, Sprytni i Słabi - Sprzęt" i "Bracia Dudley - Spożywczy".
  To było jak bycie przestępcą. Być może był jakimś przestępcą i nagle się nim stał. Całkiem możliwe, że przestępca był po prostu kimś takim jak on, który nagle zboczył z utartej ścieżki, którą podążają wszyscy ludzie. Przestępcy odbierali życie innym lub kradli cudzą własność, a on odebrał... co? Siebie? Całkiem możliwe, że właśnie tak można to ująć.
  "Niewolniku, myślisz, że twoje życie jest twoje? Hokus, Pokus, raz to widzisz, raz nie. Czemu nie Bruce Dudley?"
  Poruszanie się po mieście Old Harbor jako John Stockton może być nieco skomplikowane. Mało kto tutaj pamięta nieśmiałego chłopca, jakim był John Stockton, ani nie rozpozna go w trzydziestoczteroletnim mężczyźnie, ale wiele osób może pamiętać ojca chłopca, nauczyciela Edwarda Stocktona. Mogli być nawet do siebie podobni. "Jaki ojciec, taki syn, co?". W imieniu Bruce Dudley było coś. Sugerowało powagę i szacunek, a Bruce bawił się przez godzinę, czekając na pociąg do Old Harbor, przechadzając się ulicami miasta w Illinois i próbując wymyślić innych możliwych Bruce'ów Dudleyów na świecie. "Kapitan Bruce Dudley, żołnierz Armii Stanów Zjednoczonych, Bruce Dudley, pastor Pierwszego Kościoła Prezbiteriańskiego w Hartford w stanie Connecticut. Ale dlaczego Hartford? No cóż, dlaczego nie Hartford? On, John Stockton, nigdy nie był w Hartford w stanie Connecticut. Dlaczego to miejsce przyszło mu na myśl? To coś znaczyło, prawda? Bardzo prawdopodobne, że Mark Twain mieszkał tam od dawna i istniał jakiś związek między nim a pastorem prezbiteriańskim, kongregacjonalistycznym lub baptystycznym w Hartford. Istniał również jakiś związek między Markiem Twainem a rzekami Missisipi i Ohio, a John Stockton wędrował w górę i w dół rzeki Missisipi przez sześć miesięcy od dnia, w którym wysiadł z pociągu w mieście w Illinois, zmierzając do Old Harbor. A czy Old Harbor nie leżało nad rzeką Ohio?"
  T'witchelti, T'vidleti, T'vadelti, T'vum,
  Поймайте негра за большой палец.
  "Duża, powolna rzeka wypływa z szerokiej, bogatej i żyznej doliny między odległymi górami. Po rzece płyną parowce. Towarzysze przeklinają i biją Murzynów pałkami po głowach. Murzyni śpiewają, Murzyni tańczą, Murzyni niosą ciężary na głowach, Murzynki rodzą - łatwo i swobodnie - wiele z nich jest półbiałych."
  Mężczyzna, który kiedyś był Johnem Stocktonem, a który nagle, pod wpływem kaprysu, stał się Bruce"em Dudleyem, przez sześć miesięcy dużo myślał o Marku Twainie, zanim przyjął nowe nazwisko. Przebywanie nad rzeką i w jej pobliżu skłaniało go do refleksji. Nic więc dziwnego, że pomyślał również o Hartford w stanie Connecticut. "Ten chłopak ma naprawdę zaskorupiałą skórę" - szeptał do siebie tego dnia, spacerując ulicami miasta w Illinois, które po raz pierwszy nosiło nazwisko Bruce Dudley.
  - Taki człowiek, tak, który widział, co ten człowiek ma, człowiek, który potrafił pisać, czuć i myśleć jak ten Huckleberry Finn, pojechał tam do Hartford i...
  T'witchelti, T'vidleti, T'vadelti, T'vum,
  Поймать негра за палец, а?
  "O mój Boże!
  "Jak przyjemnie jest myśleć, czuć, kroić winogrona, brać do ust kilka winogron życia i wypluwać pestki.
  "Mark Twain szkolił się na pilota na rzece Missisipi w początkach swojej kariery w dolinie. Co on musiał widzieć, czuć, słyszeć, myśleć! Kiedy pisał prawdziwą książkę, musiał odłożyć wszystko na bok; wszystko, czego się nauczył, co czuł i myślał jako człowiek, musiało powrócić do dzieciństwa. Zrobił to dobrze, skacząc, prawda?"
  "Ale załóżmy, że rzeczywiście próbował spisać w książkach wiele z tego, co słyszał, czuł, myślał i widział jako człowiek na rzece. Cóż za krzyk! Przecież nigdy tego nie zrobił, prawda? Kiedyś coś napisał. Zatytułował to "Rozmowy na dworze królowej Elżbiety", a on i jego przyjaciele puszczali to w obieg i śmiali się z tego.
  "Gdyby zszedł do doliny jak człowiek, powiedzmy, mógłby nam dać mnóstwo pamiątek, co? To musiało być bogate miejsce, pełne życia i dość zepsute".
  "Duża, powolna, głęboka rzeka płynąca między błotnistymi brzegami imperium. Na północy uprawia się kukurydzę. Żyzne ziemie Illinois, Iowa i Missouri wycinają wysokie drzewa, a następnie uprawiają kukurydzę. Dalej na południe, ciche lasy, wzgórza, czarne szczyty. Rzeka stopniowo staje się coraz większa. Miasta wzdłuż rzeki to surowe miasta.
  "A daleko w dole mech porastający brzegi rzeki, kraina bawełny i trzciny cukrowej. Więcej Murzynów.
  "Jeśli nigdy nie kochała cię osoba czarnoskóra, to znaczy, że nigdy nie byłeś kochany".
  "Po latach tego... co... Hartford, Connecticut! Inne rzeczy - "Innocents Abroad"
  "Roughing It" - stare dowcipy się piętrzą, wszyscy klaszczą.
  T'witchelti, T'vidleti, T'vadelti, T'vum,
  Złap swojego czarnucha za kciuk -
  "Zrób z niego niewolnika, co? Oswój chłopaka.
  Bruce nie wyglądał na robotnika fabrycznego. Zapuszczenie krótkiej, krzaczastej brody i wąsów zajęło mu ponad dwa miesiące, a podczas gdy rosły, twarz go nieustannie swędziała. Dlaczego chciał je zapuścić? Po opuszczeniu Chicago z żoną, udał się do miejscowości LaSalle w stanie Illinois i popłynął rzeką Illinois w otwartej łodzi. Później zgubił łódź i spędził prawie dwa miesiące zapuszczając brodę, płynąc w dół rzeki do Nowego Orleanu. To była mała sztuczka, którą zawsze chciał zrobić. Pamiętał ją od dzieciństwa, odkąd czytał "Przygody Huckleberry'ego Finna". Prawie każdy, kto mieszkał w Dolinie Missisipi od dawna, ma gdzieś ukryty ten obraz. Wielka rzeka, teraz samotna i pusta, w jakiś sposób przypominała rzekę zaginioną. Być może stała się symbolem zagubionej młodości Ameryki Środkowej. Śpiew, śmiech, przekleństwa, zapach towarów, tańczący czarni - życie wszędzie! Ogromne, jaskrawo kolorowe łodzie na rzece, drewniane tratwy spływające w dół, głosy w cichych nocach, pieśni, imperium wyładowujące swoje bogactwa na powierzchni rzeki! Kiedy wybuchła wojna secesyjna, Środkowy Zachód zbuntował się i walczył, niczym stary Harry, bo nie chciał, by odebrano mu rzekę. W młodości Środkowy Zachód oddychał oddechem rzeki.
  "Fabrykarze byli całkiem sprytni, prawda? Pierwszą rzeczą, jaką zrobili, gdy nadarzyła się okazja, było zbudowanie tamy na rzece i pozbawienie handlu romantyzmu. Być może nie mieli takiego zamiaru; romantyzm i handel były po prostu naturalnymi wrogami. Dzięki swoim kolejom uczynili rzekę martwą jak gwóźdź i tak jest do dziś".
  Duża rzeka, teraz cicha. Powoli przepływając obok błotnistych brzegów i żałosnych miasteczek, rzeka jest potężna jak zawsze, dziwna jak zawsze, ale teraz cicha, zapomniana, opuszczona. Kilka holowników holujących barki. Koniec z kolorowymi łodziami, przekleństwami, pieśniami, hazardzistami, ekscytacją i życiem.
  Podróżując w dół rzeki, Bruce Dudley pomyślał, że Mark Twain, gdy wrócił, by odwiedzić rzekę po tym, jak koleje stłumiły jej życie, mógłby napisać epopeję. Mógł napisać o utraconych piosenkach, utraconym śmiechu, ludziach wpędzonych w nową erę szybkości, fabrykach, szybkich, pędzących pociągach. Zamiast tego wypełnił książkę głównie statystykami i zamieścił przestarzałe dowcipy. No cóż! Nie zawsze można kogoś urazić, prawda, koledzy pisarze?
  OceanofPDF.com
  W ROZDZIALE TRZECIM
  
  GDY MÓGŁ Kiedy Bruce dotarł do Old Harbor, miejsca swojego dzieciństwa, nie spędzał wiele czasu na myśleniu o eposach. Nie taka była wtedy jego pozycja. Pracował nad czymś, pracował nad tym przez cały rok. Co to było, nie potrafiłby powiedzieć słowami. Zostawił żonę w Chicago, gdzie pracowała dla tej samej gazety, dla której on pracował, i nagle, mając mniej niż trzysta dolarów na koncie, wyruszył na przygodę. Był ku temu powód, pomyślał, ale był na tyle skłonny, by dać mu spokój, przynajmniej na razie. Nie zapuścił brody, ponieważ jego żona włożyła szczególny wysiłek, by go odnaleźć, gdy zaginął. To był kaprys. To było takie zabawne myśleć o sobie, że idzie przez życie w ten sposób, nieznany, tajemniczy. Gdyby powiedział żonie, co planuje, nie byłoby końca rozmowom, kłótniom, prawom kobiet i prawom mężczyzn.
  Byli dla siebie tacy dobrzy, on i Bernice - tak właśnie zaczęli razem i tak już zostało. Bruce nie uważał, że jego żona jest temu winna. "Pomogłem to wszystko źle zacząć - zachowując się, jakby była w jakiś sposób lepsza" - pomyślał z uśmiechem. Pamiętał, jak opowiadał jej o jej wyższości, inteligencji, talencie. Wydawali się wyrażać nadzieję, że z niej wyrośnie coś wdzięcznego i pięknego. Być może na początku mówił tak, bo chciał ją wielbić. Wydawała się w połowie tą wielką osobą, którą ją nazywał, bo czuł się taki bezwartościowy. Grał w tę grę, nie myśląc o tym, a ona się w niej zakochała, spodobała jej się, wzięła to, co mówił, na poważnie, a potem nie podobało mu się to, kim się stała, co pomógł stworzyć.
  Gdyby on i Bernice kiedykolwiek mieli dzieci, być może to, co zrobił, byłoby niemożliwe, ale nie mieli. Nie chciała ich. "Nie z takim mężczyzną jak ty. Jesteś zbyt lekkomyślny" - powiedziała wtedy.
  Ale Bruce był kapryśny. Wiedział o tym. Zafascynowany pracą w gazecie, dryfował przez dziesięć lat. Zawsze chciał coś robić - może pisać - ale za każdym razem, gdy próbował własnych słów i pomysłów, zapisując je, męczyło go to. Być może za bardzo zafascynowały go gazetowe klisze, żargon - żargon słów, idei, nastrojów. W miarę jak Bruce się rozwijał, coraz rzadziej przelewał słowa na papier. Był sposób, by zostać dziennikarzem, nie pisząc wcale. Dzwoniło się i pozwalało komuś innemu to napisać. Wokół było mnóstwo takich ludzi, którzy pisali swoje teksty - mistrzów słowa.
  Faceci mieszali słowa i pisali slangiem gazetowym. Z każdym rokiem było coraz gorzej.
  W głębi duszy Bruce mógł zawsze żywić czułość do słów, idei i nastrojów. Pragnął eksperymentować, powoli i ostrożnie, traktując słowa jak drogocenne kamienie i oprawiając je w precyzyjny sposób.
  To było coś, o czym się nie mówiło zbyt wiele. Zbyt wielu ludzi robi takie rzeczy w sposób ostentacyjny, zdobywając tanie uznanie - jak Bernice, jego żona.
  A potem wojna, "egzekucje na łóżkach" gorsze niż kiedykolwiek - rząd sam rozpoczyna "egzekucje na łóżkach" na masową skalę.
  Boże, co za czasy! Bruce'owi udawało się być zajętym lokalnymi sprawami - morderstwami, aresztowaniami przemytników, pożarami, skandalami pracowniczymi - ale za każdym razem nudził się coraz bardziej, miał już tego wszystkiego dość.
  Co do jego żony, Bernice, ona również uważała, że niczego nie osiągnął. Jednocześnie gardziła nim i, co dziwne, bała się go. Nazywała go "kapryśnym". Czy udało mu się wykształcić w sobie pogardę dla życia przez dziesięć lat?
  Fabryka w Old Harbor, w której teraz pracował, produkowała koła samochodowe, a on znalazł pracę w lakierni. Zbankrutowany, zmuszony był znaleźć sposób na utrzymanie się. Był długi pokój w dużym ceglanym domu nad brzegiem rzeki, z oknem wychodzącym na dziedziniec fabryki. Chłopiec przywiózł koła ciężarówką i ustawił je obok kołka, gdzie układał je po kolei do polakierowania.
  Miał szczęście, że udało mu się usiąść obok Sponge Martina. Często myślał o nim w kontekście mężczyzn, z którymi spotykał się odkąd dorósł - inteligentnych mężczyzn, reporterów, którzy chcieli pisać powieści, feministek, ilustratorów, którzy rysowali do gazet i reklam, ale lubili mieć coś, co nazywali pracownią, i móc usiąść i porozmawiać o sztuce i życiu.
  Obok Sponge'a Martina siedział ponury facet, który prawie się nie odzywał przez cały dzień. Sponge często mrugał i szeptał o nim do Bruce'a. "Powiem ci, o co chodzi. Myśli, że jego żona dobrze się bawi z innym mężczyzną w mieście, i ona też tak myśli, ale nie śmie bliżej przyjrzeć się sprawie. Może odkryć, że to, co podejrzewa, jest prawdą, i wtedy po prostu wpada w ponury nastrój" - powiedział Sponge.
  Sam Sponge pracował jako malarz powozów w miasteczku Old Harbor, zanim ktokolwiek pomyślał o zbudowaniu tam czegoś w rodzaju fabryki kół, zanim ktokolwiek w ogóle rozważał coś takiego jak samochód. Czasami wspominał nawet dawne czasy, kiedy miał własny warsztat. Była w nim pewna duma, kiedy poruszał ten temat, ale tylko pogarda dla jego obecnej pracy malowania kół. "Każdy by to potrafił" - powiedział. "Spójrz na siebie. Nie masz do tego rąk, ale gdybyś zebrał siły, mógłbyś obrócić prawie tyle kół co ja i zrobić je równie dobrze".
  Ale co innego mógł zrobić ten facet? Sponge mógłby zostać brygadzistą w fabrycznej wykańczalni, gdyby tylko zechciał wylizać parę butów. Musiał się uśmiechać i lekko kłaniać, gdy młody pan Gray przechodził obok, co robił mniej więcej raz w miesiącu.
  Problem ze Sponge'em polegał na tym, że znał Grayów zbyt długo. Być może młody Gray wbił sobie do głowy, że on, Sponge, jest zbyt pijany. Znał Grayów, gdy ten młody człowiek, teraz już taki wielki robak, był jeszcze dzieckiem. Pewnego dnia ukończył powóz dla starego Graya. Przyszedł do warsztatu Sponge'a Martina, zabierając ze sobą swoje dziecko.
  Powóz, który zbudował, był prawdopodobnie Darby. Zbudował go stary Sil Mooney, który miał warsztat powozowy tuż obok warsztatu wykończeniowego Sponge Martina.
  Opisanie powozu zbudowanego dla Graya, bankiera z Old Harbor, gdy sam Bruce był chłopcem, a Sponge miał własny warsztat, zajęło mu cały dzień. Stary rzemieślnik był tak zręczny i szybki w posługiwaniu się pędzlem, że potrafił skończyć koło, chwytając każdy kąt, nawet na nie nie patrząc. Większość mężczyzn w pokoju pracowała w milczeniu, ale Sponge ani na chwilę nie przestawał mówić. W pokoju za Brucem Dudleyem, przez ceglaną ścianę, nieustannie rozbrzmiewał niski pomruk maszyn, ale Sponge'owi udawało się sprawić, by jego głos wzniósł się ponad hałas jego łoskotu. Mówił precyzyjnym tonem, a każde słowo docierało do jego współpracownika wyraźnie i wyraźnie.
  Bruce obserwował dłonie Sponge'a, próbując naśladować jego ruchy. Pędzel był trzymany w ten sposób. Był to szybki, delikatny ruch. Sponge'owi udało się całkowicie napełnić pędzel, a jednocześnie nim operować, bez spływania lakieru i pozostawiania nieestetycznych, grubych plam na kółkach. Pociągnięcie pędzla było jak pieszczota.
  Sponge opowiadał o czasach, gdy prowadził własny sklep i opowiedział historię powozu zbudowanego dla starego bankiera Graya. Podczas gdy mówił, Bruce wpadł na pewien pomysł. Ciągle myślał o tym, jak łatwo zostawił żonę. Pokłócili się w milczeniu, jak to często bywa. Bernice pisała artykuły do niedzielnej gazety i napisała historię, która została przyjęta przez czasopismo. Potem dołączyła do Chicago Writers' Club. Wszystko to działo się bez prób Bruce'a zrobienia czegoś specjalnego ze swoją pracą. Robił dokładnie to, co musiał, nic więcej, i stopniowo Bernice szanowała go coraz mniej. Było oczywiste, że ma przed sobą karierę. Pisanie artykułów do niedzielnych gazet, zostanie odnoszącą sukcesy dziennikarką, prawda? Bruce długo z nią spacerował, chodził na spotkania klubów pisarzy, odwiedzał studia, gdzie mężczyźni i kobiety siedzieli i rozmawiali. W Chicago, niedaleko Czterdziestej Siódmej Ulicy, niedaleko parku, było miejsce, gdzie mieszkało wielu pisarzy i artystów - niski, niewielki budynek, który wzniesiono tam podczas Wystawy Światowej. Bernice chciała, żeby on tam zamieszkał. Chciała coraz częściej kontaktować się z ludźmi, którzy pisali, rysowali, czytali książki, rozmawiali o książkach i obrazach. Od czasu do czasu rozmawiała z Bruce'em w pewien sposób. Czyżby zaczynała traktować go protekcjonalnie, choć trochę?
  Uśmiechnął się na tę myśl, uśmiechnął się na myśl o sobie pracującym teraz w fabryce obok Sponge Martina. Pewnego dnia poszedł na targ mięsny z Bernice - kupowali kotlety na kolację - i zauważył, jak gruby stary rzeźnik obchodzi się ze swoimi narzędziami. Widok ten go zafascynował, a kiedy stał obok żony, czekając na swoją kolej, odezwała się do niego, ale on nie usłyszał. Pomyślał o starym rzeźniku, o zręcznych, szybkich dłoniach starego rzeźnika. Coś dla niego reprezentowały. Co? Dłonie mężczyzny trzymały ćwiartkę żebra pewnym, cichym ruchem, co być może reprezentowało dla Bruce"a sposób, w jaki chciał obchodzić się ze słowami. Cóż, może w ogóle nie chciał obchodzić się ze słowami. Trochę bał się słów. Były takie podstępne, nieuchwytne. Może nie wiedział, co chce obchodzić. Może to było w nim takie. Czemu nie pójść i się przekonać?
  Bruce wyszedł z domu z żoną i poszedł ulicą, a ona wciąż gadała. O czym ona mówiła? Bruce nagle zdał sobie sprawę, że nie wie i nic go to nie obchodzi. Kiedy dotarli do mieszkania, ona poszła usmażyć kotlety, a on usiadł przy oknie, patrząc na ulicę. Budynek stał niedaleko rogu, gdzie mężczyźni jadący z centrum wysiadali z samochodów jadących na północ i południe, by wsiąść do samochodów jadących na wschód lub zachód, a zaczynały się wieczorne godziny szczytu. Bruce pracował dla popołudniowej gazety i miał wolne do wczesnego rana, ale gdy tylko on i Bernice zjedli kotlety, poszła do pokoju na zapleczu mieszkania i zaczęła pisać. Boże, ile ona pisała! Kiedy nie pracowała nad niedzielnymi wydaniami specjalnymi, pracowała nad historią. W tej chwili pracowała nad jedną z nich. Dotyczyła ona bardzo samotnego mężczyzny w mieście, który pewnego wieczoru, spacerując, zobaczył w witrynie sklepowej woskową replikę czegoś, co w ciemności wziął za bardzo piękną kobietę. Coś się stało z latarnią na rogu, gdzie stał sklep, i przez chwilę mężczyzna myślał, że kobieta w oknie żyje. Wstał i spojrzał na nią, a ona odwzajemniła jego spojrzenie. To było ekscytujące przeżycie.
  A potem, widzicie, mężczyzna z opowieści Bernice zdał sobie sprawę ze swojego głupiego błędu, ale był samotny jak zawsze i wracał do witryny sklepowej noc w noc. Czasem była tam kobieta, a czasem ją zabierano. Pojawiała się w jednej sukience, potem w drugiej. Była w drogich futrach i szła zimową ulicą. Teraz miała na sobie letnią sukienkę i stała nad brzegiem morza, albo w kostiumie kąpielowym i szykowała się do skoku.
  
  To był kapryśny pomysł i Bernice była nim zachwycona. Jak go zrealizować? Pewnej nocy, po tym, jak naprawiono latarnię na rogu, światło było tak jasne, że mężczyzna nie mógł nie zauważyć, że ukochana kobieta jest z wosku. Co by było, gdyby wziął kostkę brukową i roztrzaskał latarnię? Mógłby wtedy przycisnąć usta do zimnej szyby i uciec w zaułek, by nigdy więcej jej nie zobaczyć.
  
  T'vichelti, T'vidleti, T'vadelti, T'vum.
  
  Żona Bruce'a, Bernice, pewnego dnia miała zostać wielką pisarką, prawda? Czy on, Bruce, był zazdrosny? Kiedy razem chodzili do jednego z miejsc, gdzie gromadzili się inni dziennikarze, ilustratorzy, poeci i młodzi muzycy, ludzie zazwyczaj patrzyli na Bernice i kierowali swoje komentarze do niej, a nie do niego. Miała swój sposób na robienie czegoś dla ludzi. Młoda kobieta ukończyła studia i chciała zostać dziennikarką, albo młody muzyk chciał poznać kogoś wpływowego w branży muzycznej, a Bernice wszystko im zorganizowała. Stopniowo zdobywała grono odbiorców w Chicago i już planowała przeprowadzkę do Nowego Jorku. Nowojorska gazeta złożyła jej ofertę i rozważała ją. "Można tam znaleźć pracę równie dobrze jak tutaj" - powiedziała mężowi.
  Stojąc obok swojego stołu warsztatowego w fabryce Old Harbor, lakierując koło samochodowe, Bruce słuchał, jak Sponge Martin przechwalał się, jak kiedyś prowadził własny warsztat i kończył powóz dla starszego Graya. Opisywał użyte drewno, jego gładkość i delikatność słojów, precyzję dopasowania każdej części do pozostałych. W ciągu dnia starszy Gray czasami przychodził do warsztatu po zamknięciu banku, a czasami zabierał ze sobą syna. Spieszył się, żeby skończyć pracę. Otóż pewnego dnia w mieście miało miejsce wyjątkowe wydarzenie. Przyjeżdżał gubernator stanu, a bankier miał go zabawiać. Chciał, żeby nowy powóz odwiózł go ze stacji.
  Sponge gadał i gadał, delektując się własnymi słowami, a Bruce słuchał, słysząc każde słowo, a jednocześnie wciąż mając własne myśli. Ileż razy słyszał historię Sponge'a i jak przyjemnie było jej słuchać. Ta chwila była najważniejsza w życiu Sponge'a Martina. Powóz nie został ukończony tak, jak powinien, i nie był gotowy na przyjazd gubernatora. To wszystko. W czasach, gdy człowiek miał własny sklep, człowiek taki jak Stary Gray mógł bredzić i bredzić, ale co mu to dało? Silas Mooney wykonał dobrą robotę, budując powóz, i czy Stary Gray myślał, że Sponge odwróci się i wykona jakąś leniwą, pospieszną robotę? Udało im się raz, a syn Starego Graya, młody Fred Gray, który teraz był właścicielem warsztatu kołodziejskiego, gdzie Sponge pracował jako zwykły robotnik, stał i słuchał. Sponge pomyślał, że Młody Gray dostał tamtego dnia w twarz. Nie ma wątpliwości, że uważał swojego ojca za jakiegoś Wszechmogącego Boga, ponieważ był właścicielem banku i ponieważ odwiedzali go w domu tacy ludzie, jak gubernatorzy stanów, ale nawet gdyby tak było, to i tak wtedy otworzyłby oczy.
  Stary Gray rozgniewał się i zaczął przeklinać. "To mój powóz i jeśli powiem ci, żebyś założył kilka warstw mniej i nie kazał każdej warstwie schnąć zbyt długo, zanim ją wypierzesz i założysz kolejną, musisz zrobić, co mówię" - oznajmił, grożąc Gąbce pięścią.
  Aha! I czyż to nie był moment Sponge'a? Bruce chciał wiedzieć, co powiedział staremu Grayowi? Tak się złożyło, że tego dnia oddał ze cztery dobre strzały, a kiedy trochę się zdenerwował, Pan Wszechmogący nie mógł mu zabronić jakiejkolwiek pracy. Podszedł do starego Graya i zacisnął pięść. "Słuchaj" - powiedział - "nie jesteś już taki młody i trochę przytyłeś. Powinieneś pamiętać, że za długo siedziałeś w tym swoim banku. Załóżmy, że teraz się ze mną rozpuścisz i, bo musisz się spieszyć z powozem, przyjdziesz tu i spróbujesz mi odebrać pracę albo coś. Wiesz, co się z tobą stanie? Zwolnią cię, oto co się stanie. Rozwalę ci pięścią tę tłustą twarz, oto co się stanie , a jeśli zaczniesz oszukiwać i wyślesz tu kogoś innego, przyjdę do twojego banku i tam cię rozwalę, oto co zrobię.
  Sponge powiedział to bankierowi. Ani on, ani nikt inny nie zamierzał go poganiać do jakiejś miernej roboty. Powiedział to bankierowi, a potem, gdy bankier wyszedł ze sklepu bez słowa, poszedł do narożnego baru i kupił butelkę dobrej whisky. Tylko po to, żeby pokazać staremu Greyowi coś, co zamknął w sklepie i ukradł na cały dzień. "Niech jeździ swoim gubernatorem w liberii". Tak sobie powiedział. Wziął butelkę whisky i poszedł na ryby ze swoją starą. To była jedna z najlepszych imprez, na jakich kiedykolwiek byli. Opowiedział o tym staruszce, a ona była zachwycona tym, co zrobił. "Wszystko zrobiłeś dobrze" - powiedziała. Potem powiedziała Sponge'owi, że jest wart tuzina ludzi takich jak stary Grey. Może to lekka przesada, ale Sponge był zadowolony, słysząc to. Bruce powinien był zobaczyć swoją starą w tamtych czasach. Była wtedy młoda i wyglądała równie pięknie, jak wszyscy w stanie.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ CZWARTY
  
  SŁOWA SĄ PRZERAŻAJĄCE - PRZEZ umysł Bruce'a Dudleya, lakierującego koła w fabryce Gray Wheel Company w Old Harbor w stanie Indiana. Myśli pędziły mu przez głowę. Przepływające obrazy. Zaczynał odzyskiwać kontrolę nad palcami. Czy i on w końcu nauczy się myśleć? Czy myśli i obrazy mogą zostać utrwalone na papierze tak, jak Sponge Martin nakłada lakier - nie za grubo, nie za cienko, nie za grudkowato?
  Robotnik, Sponge, każe Staremu Grayowi iść do diabła, oferując wyrzucenie go ze sklepu. Gubernator stanu jeździ w liberii, ponieważ robotnik nie spieszy się do próżnowania. Bernice, jego żona, przy swojej maszynie do pisania w Chicago pisze specjalne artykuły do niedzielnych gazet, historię o woskowej figurze mężczyzny i kobiety w witrynie sklepowej. Sponge Martin i jego kobieta wychodzą świętować, ponieważ Sponge powiedział lokalnemu księciu, bankierowi, żeby poszedł do diabła. Zdjęcie mężczyzny i kobiety na stercie trocin, obok nich butelka. Ognisko na brzegu rzeki. Sum nie udaje się. Bruce pomyślał, że ta scena miała miejsce w łagodną letnią noc. W Dolinie Ohio były cudowne, łagodne letnie noce. W górę i w dół rzeki, powyżej i poniżej wzgórza, na którym stał Stary Port, ziemia była niska, a zimą nadchodziły powodzie i zalewały ziemię. Powodzie pozostawiały na ziemi miękki muł, a ziemia była bogata i bogata. Tam, gdzie ziemia nie była uprawiana, rosły chwasty, kwiaty i wysokie krzewy kwitnących jagód.
  Leżeli na stercie trocin, Sponge Martin i jego żona, przyćmieni światłem, ogień płonął między nimi a rzeką, sumy wyłaniały się z wody, powietrze wypełniały zapachy, delikatny rybi zapach rzeki, zapach kwiatów, zapach rosnących roślin. Może księżyc wisiał nad nimi.
  Słowa, które Bruce usłyszał od Sponge'a:
  "Kiedy jest trochę wesoła, zachowuje się jak dziecko, a ja też czuję się jak dziecko".
  Kochankowie leżą na starej stercie trocin w blasku letniego księżyca na brzegu rzeki Ohio.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA DRUGA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ PIĄTY
  
  TA HISTORIA BERNICE _ _ opisała mężczyznę, który zobaczył figurę woskową w oknie sklepowym i pomyślał, że to kobieta.
  Czy Bruce naprawdę zastanawiał się, jak do tego doszło, jakie zakończenie mu nadała? Szczerze mówiąc, nie. Było w tym coś podłego. Wydawało mu się to absurdalne i dziecinne, i cieszył się, że tak jest. Gdyby Bernice rzeczywiście osiągnęła swój cel - tak nonszalancko, tak bezceremonialnie - cały problem w ich związku wyglądałby zupełnie inaczej. "Wtedy musiałbym się martwić o poczucie własnej wartości" - pomyślał. Ten uśmiech nie pojawi się tak łatwo.
  Czasami Bernice rozmawiała - ona i jej przyjaciele rozmawiali dużo. Wszyscy, młodzi ilustratorzy i pisarze, którzy wieczorami zbierali się w pokojach, żeby porozmawiać - cóż, wszyscy pracowali w redakcjach gazet lub agencjach reklamowych, tak jak Bruce. Udawali, że gardzą tym, co robią, ale nie przestawali. "Musimy jeść" - mówili. Tyle mówiono o potrzebie jedzenia.
  Kiedy Bruce Dudley słuchał opowieści Sponge Martina o nieposłuszeństwie bankiera, w jego pamięci pojawiło się wspomnienie wieczoru, kiedy opuścił mieszkanie, które dzielił z Bernice, i opuścił Chicago. Siedział przy oknie od frontu, patrząc na ulicę, podczas gdy z tyłu Bernice smażyła steki. Chciała ziemniaków i sałatki. Przygotowanie wszystkiego i podanie na stół zajęłoby jej dwadzieścia minut. Potem oboje siadaliby do stołu, żeby zjeść. Tyle wieczorów siedzieliśmy w ten sposób - dwa, trzy metry od siebie, a jednak kilometry. Nie mieli dzieci, bo Bernice nigdy ich nie chciała. "Mam pracę" - powiedziała dwa lub trzy razy, gdy wspomniał o niej, leżąc razem w łóżku. Powiedziała to, ale miała na myśli coś innego. Nie chciała się z nim wiązać ani z mężczyzną, którego poślubiła. Kiedy opowiadała o nim innym, zawsze śmiała się dobrodusznie. "On jest w porządku, ale jest kapryśny i nie chce pracować. Nie jest zbyt ambitny" - mawiała czasami. Bernice i jej przyjaciele rozmawiali otwarcie o swojej miłości. Wymieniali się spostrzeżeniami. Być może wykorzystywali każdą, nawet najmniejszą emocję, jako materiał do opowieści.
  Na ulicy za oknem, gdzie Bruce siedział, czekając na kotlety i ziemniaki, tłum mężczyzn i kobiet wysiadał z tramwajów i czekał na inne samochody. Szare postacie na szarej ulicy. "Jeśli mężczyzna i kobieta są tacy a tacy razem - no cóż, to są tacy a tacy".
  W sklepie w Old Harbor, tak jak wtedy, gdy pracował jako dziennikarz w Chicago, zawsze działo się to samo. Bruce miał sposób na pójście naprzód, całkiem dobrze wykonując powierzone mu zadanie, podczas gdy jego umysł rozmyślał o przeszłości i teraźniejszości. Czas się dla niego zatrzymał. W sklepie, pracując obok Sponge'a, myślał o Bernice, swojej żonie, a teraz nagle zaczął myśleć o ojcu. Co się z nim stało? Pracował jako nauczyciel w wiejskiej szkole niedaleko Old Harbor w Indianie, a potem ożenił się z innym nauczycielem, który przeprowadził się tam z Indianapolis. Następnie podjął pracę w szkole miejskiej, a gdy Bruce był małym chłopcem, dostał pracę w gazecie w Indianapolis. Niewielka rodzina przeprowadziła się tam, a jego matka zmarła. Bruce zamieszkał wtedy z babcią, a jego ojciec wyjechał do Chicago. Nadal tam był. Teraz pracował w agencji reklamowej, miał drugą żonę i trójkę jej dzieci. W mieście Bruce widywał go około dwa razy w miesiącu, kiedy ojciec i syn jedli razem kolację w restauracji w centrum miasta. Jego ojciec ożenił się z młodą kobietą, która nie lubiła Bernice, a Bernice nie lubiła jej. Działali sobie na nerwy.
  Teraz Bruce rozmyślał o dawnych myślach. Jego myśli krążyły w kółko. Czy to dlatego, że chciał być człowiekiem panującym nad słowami, ideami, nastrojami - i nie udało mu się tego osiągnąć? Myśli, które nachodziły go podczas pracy w fabryce w Old Harbor, nawiedzały go już wcześniej. Były w jego głowie tego wieczoru, gdy kotlety skwierczały na patelni w kuchni z tyłu mieszkania, w którym od dawna mieszkał z Bernice. To nie było jego mieszkanie.
  Uporządkowując wszystko, Bernice dbała o siebie i swoje pragnienia, i tak właśnie powinno być. Tam pisała swoje niedzielne wydania specjalne i pracowała nad swoimi opowiadaniami. Bruce nie potrzebował miejsca do pisania, ponieważ pisał niewiele albo wcale. "Potrzebuję tylko miejsca do spania" - powiedział Bernice.
  "Samotny mężczyzna, który zakochał się w strachu na wróble w witrynie sklepowej, co? Ciekawe, jak jej się to uda. Czemu pewnej nocy nie wyjdzie przez witrynę ta śliczna młoda kobieta, która tam pracuje? To byłby początek romansu. Nie, będzie musiała zrobić to w bardziej współczesny sposób. To byłoby zbyt oczywiste".
  Ojciec Bruce'a był zabawnym facetem. W swoim długim życiu miał tyle pasji, a teraz, mimo że był stary i siwy, kiedy Bruce jadł z nim obiad, prawie zawsze miał nową. Kiedy ojciec i syn szli razem na obiad, unikali rozmów o swoich żonach. Bruce podejrzewał, że ponieważ poślubił drugą żonę, niemal tak młodą jak syn, ojciec zawsze czuł się trochę winny w jego obecności. Nigdy nie rozmawiali o swoich żonach. Kiedy spotkali się w jakiejś restauracji w dzielnicy Loop, Bruce zapytał: "Tato, jak się mają dzieci?". Wtedy ojciec opowiedział mu o swoim najnowszym hobby. Był autorem tekstów reklamowych i został wysłany, aby pisać reklamy mydła, maszynek do golenia i samochodów. "Mam nowe zlecenie na lokomotywę parową" - powiedział. "Lokomotywa to cudo. Przejedzie trzydzieści mil na galonie nafty. Nie trzeba zmieniać biegów. Płynnie i miękko jak rejs statkiem po spokojnym morzu. Boże, jaka moc!" Mają jeszcze trochę pracy do wykonania, ale zrobią to dobrze. Człowiek, który wynalazł tę maszynę, to cud. Największy geniusz mechaniki, jakiego kiedykolwiek widziałem. Powiem ci, synu: kiedy to się zepsuje, rynek benzyny się załamie. Poczekaj, a zobaczysz.
  Bruce nerwowo wiercił się na krześle w restauracji, podczas gdy jego ojciec mówił - Bruce nie mógł nic powiedzieć, przechadzając się z żoną po intelektualnym i artystycznym środowisku Chicago. Była tam pani Douglas, bogata kobieta, która miała dom na wsi i jeden w mieście, która pisała poezję i sztuki. Jej mąż był właścicielem dużej posiadłości i koneserem sztuki. Potem był tłum przed gazetą Bruce'a. Kiedy gazeta po południu się skończyła, usiedli i rozmawiali o Huysmansie, Joyce'ie, Ezrze Poundzie i Lawrence'ie. Była wielka duma ze słów. Taki a taki człowiek miał sposób na słowa. Małe grupy w mieście rozmawiały o ludziach słowa, inżynierach dźwięku, ludziach kolorowych, a żona Bruce'a, Bernice, znała ich wszystkich. Co było w tym wiecznym zamieszaniu wokół malarstwa, muzyki, pisania? Było w tym coś. Ludzie nie mogli pozwolić, aby ten temat odpoczął. Człowiek mógł stworzyć coś, po prostu wybijając rekwizyty spod nóg każdego artysty, o jakim Bruce kiedykolwiek słyszał - żaden problem, pomyślał - ale gdy już praca zostanie wykonana, to i tak niczego nie dowodzi.
  Z okna swojego mieszkania w Chicago, gdzie siedział tego wieczoru, widział mężczyzn i kobiety wsiadających i wysiadających z tramwajów na skrzyżowaniu, gdzie samochody przejeżdżające przez miasto spotykały się z wjeżdżającymi i wyjeżdżającymi z Loop. Boże, ilu ludzi w Chicago! W pracy sporo się kręcił po ulicach Chicago. Przeniósł większość swoich rzeczy, a jakiś facet w biurze zajął się papierkową robotą. W biurze pracował młody Żyd, który świetnie potrafił sprawić, by słowa tańczyły na papierze. Robił wiele rzeczy Bruce'a. W lokalnym pokoju podobało im się w Bruce'ie to, że musiał mieć głowę na karku. Miał pewną reputację. Jego żona nie uważała go za dobrego dziennikarza, a młody Żyd uważał go za nic niewartego, ale dostawał wiele ważnych zleceń, o które zabiegali inni. Miał do tego talent. Trafiał w sedno sprawy - coś w tym stylu. Bruce uśmiechnął się na myśl o pochwałach, jakie sobie składał w myślach. "Chyba wszyscy musimy sobie powtarzać, że jesteśmy dobrzy, bo inaczej wszyscy skoczymy do rzeki" - pomyślał.
  Ilu ludzi przenosi się z jednej maszyny do drugiej? Wszyscy pracowali w centrum, a teraz przeprowadzali się do mieszkań bardzo podobnych do tego, które dzielił z żoną. Jakie były relacje jego ojca z jego żoną, młodą żoną, którą miał po śmierci matki Bruce'a? Miał już z nią troje dzieci, a tylko jedno pozostało z matką Bruce'a - sam Bruce. Było mnóstwo czasu na więcej. Bruce miał dziesięć lat, gdy zmarła jego matka. Jego babcia, z którą mieszkał w Indianapolis, jeszcze żyła. Kiedy umrze, niewątpliwie zostawi Bruce'owi swój mały majątek. Musiała być warta co najmniej piętnaście tysięcy. Nie pisał do niej od ponad trzech miesięcy.
  Mężczyźni i kobiety na ulicach, ci sami mężczyźni i kobiety, którzy teraz wysiadali i wsiadali do samochodów na ulicy przed domem. Dlaczego wszyscy wyglądali na tak zmęczonych? Co się z nimi stało? To nie zmęczenie fizyczne zaprzątało jego myśli w tej chwili. W Chicago i innych miastach, które odwiedzał, ludzie mieli na twarzach ten zmęczony, znudzony wyraz, gdy byli zaskoczeni, idąc ulicą lub stojąc na rogu ulicy czekając na samochód, i Bruce obawiał się, że wygląda tak samo. Czasami nocą, gdy był sam, gdy Bernice szła na jakąś imprezę, której chciał uniknąć, widywał ludzi jedzących w kawiarni lub siedzących razem w parku i nie wyglądali na znudzonych. W ciągu dnia, w centrum, w dzielnicy Loop, ludzie spacerowali, zastanawiając się, jak przejść przez kolejne skrzyżowanie. Policjant przechodzący przez ulicę miał właśnie zagwizdać. Uciekali małymi stadkami, niczym stada przepiórek, większość z nich uciekała. Kiedy docierali do chodnika po drugiej stronie, wyglądali na triumfujących.
  Tom Wills, mężczyzna z działu miejskiego w biurze, lubił Bruce'a. Po południu, gdy gazeta się kończyła, on i Bruce często chodzili do niemieckiego baru i pili razem kufel whisky. Niemiec złożył specjalną ofertę na całkiem niezłe podróbki Toma Willsa, ponieważ Tom przyciągnął tam wielu ludzi.
  Tom i Bruce siedzieli w małym pokoju na zapleczu i po kilku łykach z butelki Tom zaczął mówić. Zawsze powtarzał to samo. Najpierw przeklinał wojnę i potępiał Amerykę za przystąpienie do niej, a potem przeklinał samego siebie. "Jestem do niczego" - powiedział. Tom był jak każdy dziennikarz, jakiego Bruce kiedykolwiek znał. Naprawdę chciał napisać powieść albo sztukę i lubił rozmawiać o tym z Brucem, ponieważ nie sądził, że Bruce ma takie ambicje. "Jesteś twardzielem, prawda?" - powiedział.
  Opowiedział Bruce'owi o swoim planie. "Chciałbym poruszyć pewną kwestię. Chodzi o impotencję. Czy zauważyłeś kiedyś, idąc ulicą, że wszyscy ludzie, których widzisz, są zmęczeni, bezsilni?" - zapytał. "Czym jest gazeta - najbardziej bezsilna rzecz na świecie. Czym jest teatr? Dużo ostatnio chodziłeś? Sprawiają, że jesteś tak zmęczony, że bolą cię plecy, a filmy, Boże, filmy są dziesięć razy gorsze, a jeśli ta wojna nie jest oznaką powszechnej impotencji, która ogarnia świat jak choroba, to niewiele wiem. Mój przyjaciel, Hargrave z Eagle, był tam, w miejscu zwanym Hollywood. Opowiedział mi o tym. Mówi, że wszyscy tam ludzie są jak ryby z odciętymi płetwami. Wiją się, próbując wykonywać sprawne ruchy, ale nie potrafią. Mówi, że wszyscy mają jakiś okropny kompleks niższości - zmęczeni dziennikarze, którzy przeszli na emeryturę na starość, żeby się wzbogacić i tak dalej". Kobiety wszystkie próbują być damami. No cóż, nie do końca próbuję być damami. Nie o to chodzi. Starają się wyglądać jak damy i dżentelmeni, mieszkać w domach, w których damy i dżentelmeni powinni mieszkać, chodzić i mówić jak damy i dżentelmeni. "To taki straszny bałagan" - mówi - "o jakim ci się nie śniło, i musisz pamiętać, że ludzie z filmu to ulubieńcy Ameryki". Hargrave mówi, że po jakimś czasie w Los Angeles, jeśli nie skoczysz do morza, zwariujesz. Mówi, że całe wybrzeże Pacyfiku jest bardzo podobne - mam na myśli dokładnie ten ton - bezsilność wołająca do Boga, że jest piękne, że jest wielkie, że jest skuteczne. Spójrzcie też na Chicago: "Będę" to nasze motto jako miasta. Wiecie o tym? Mieli też takie w San Francisco, mówi Hargrave: "San Francisco wie, jak to zrobić". Wie, jak zrobić co? Jak wypędzić zmęczone ryby z Iowa, Illinois i Indiany, co? Hargrave mówi, że tysiące ludzi chodzą po ulicach Los Angeles i nie mają dokąd pójść. Mówi, że wielu sprytnych facetów sprzedaje im mnóstwo miejsc na pustyni, bo są zbyt zmęczeni, żeby cokolwiek zrozumieć. Kupują je, a potem wracają do miasta i spacerują po ulicach. Mówi, że pies, który wyczuje zapach słupka ulicznego, sprawi, że 10 000 ludzi zatrzyma się i popatrzy, jakby to była najbardziej ekscytująca rzecz na świecie. Myślę, że trochę przesadza.
  "A tak w ogóle, to się nie chwalę. Jeśli chodzi o impotencję, to jeśli mnie pokonasz, jesteś głupcem. Co mam zrobić? Siedzę przy biurku i rozdaję karteczki. A ty co robisz? Bierzesz formularze, czytasz je i biegasz po mieście w poszukiwaniu drobiazgów do opublikowania w gazecie, i jesteś tak bezsilny, że nawet nie piszesz własnych tekstów. O co chodzi? Jednego dnia zabijają kogoś w tym mieście i wyciągają z tego sześć linijek, a następnego dnia, jeśli popełnią to samo morderstwo, są we wszystkich gazetach w mieście. Wszystko zależy od tego, co się między nami wydarzyło. Wiesz, jak to jest. I powinienem napisać własną powieść albo sztukę, jeśli kiedykolwiek będę to robił. Jeśli napiszę o jedynej rzeczy, na której się znam, myślisz, że ktokolwiek na świecie to przeczyta?" "Jedyne, o czym mógłbym napisać, to te same bzdury, które zawsze ci opowiadam - impotencja, ile jej jest. Myślisz, że ktoś potrzebuje takich rzeczy?"
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ SZÓSTY
  
  O TYM - Pewnego wieczoru w swoim mieszkaniu w Chicago Bruce siedział, rozmyślając o tym, uśmiechając się delikatnie do siebie. Z jakiegoś powodu zawsze bawiło go, jak Tom Wills krytykuje bezsilność amerykańskiego życia. Nie uważał Toma za bezsilnego. Uważał, że dowodem siły tego człowieka jest jedynie to, że w jego głosie słychać gniew. Żeby się na coś złościć, trzeba mieć w sobie coś. Do tego potrzebował odrobiny energii.
  Wstał od okna, by przejść przez długi pokój-studio do miejsca, gdzie jego żona, Bernice, wciąż uśmiechnięta, nakryła do stołu, i to właśnie ten uśmiech zmylił Bernice. Kiedy go nosił, nigdy się nie odzywał, bo żył poza sobą i ludźmi wokół siebie. Oni nie istnieli. Nic realnego nie istniało w tej chwili. Dziwne, że w takiej chwili, gdy nic na świecie nie było pewne, on sam mógł zrobić coś pewnego. W takiej chwili mógłby podpalić lont podłączony do budynku wypełnionego dynamitem i wysadzić w powietrze siebie, całe miasto Chicago, całą Amerykę, tak spokojnie, jak mógłby zapalić papierosa. Być może w takich chwilach on sam był budynkiem wypełnionym dynamitem.
  W takim stanie Bernice bała się go i wstydziła się tego, że się boi. Strach sprawiał, że czuła się mniej ważna. Czasami ponuro milczała, a czasami próbowała to zbagatelizować. W takich momentach, jak mówiła, Bruce wyglądał jak stary Chińczyk błąkający się po zaułku.
  Mieszkanie, w którym mieszkali Bruce i jego żona, było jednym z tych budowanych obecnie w amerykańskich miastach, aby pomieścić bezdzietne pary, takie jak on i Bernice. "Pary, które nie mają dzieci i nie zamierzają ich mieć, to ludzie, których aspiracje sięgają wyżej" - mawiał Tom Wills w swoim gniewnym nastroju. Takie miejsca były powszechne w Nowym Jorku i Chicago, a szybko stały się modne w mniejszych miastach, takich jak Detroit, Cleveland i Des Moines. Nazywano je kawalerkami.
  Ten, który Bernice znalazła i urządziła dla siebie, Bruce miał długi pokój z kominkiem, pianinem i kanapą, na której Bruce spał w nocy - kiedy nie odwiedzał Bernice, czego nie lubił - a dalej była sypialnia i maleńka kuchnia. Bernice spała w sypialni i pisała w pracowni, a łazienka znajdowała się między pracownią a sypialnią Bernice. Kiedy para jadła w domu, przynosili coś, zazwyczaj z delikatesów, na tę okazję, a Bernice podawała to na składanym stole, który później można było schować w szafie. W pomieszczeniu znanym jako sypialnia Bernice stała komoda, w której Bruce trzymał koszule i bieliznę, a jego ubrania musiały wisieć w szafie Bernice. "Powinieneś mnie zobaczyć, jak rano na zmianie wymykam się z baru" - powiedział kiedyś Tomowi Willsowi. "Szkoda, że Bernice nie jest ilustratorką". Mogłaby wyciągnąć ode mnie coś ciekawego o współczesnym życiu w mieście z mojego BVD. - Mąż pisarki przygotowuje się na dziś. Chłopaki zamieścili część tego w niedzielnych gazetach i zatytułowali to "Among Us, Mortals".
  "Życie, jakie znamy" - coś w tym stylu. Nie oglądam niedziel raz w miesiącu, ale wiesz, o co mi chodzi. Po co miałbym to oglądać? Nie czytam niczego w gazetach poza swoimi, a robię to tylko po to, żeby zobaczyć, co ten sprytny Żyd z tego wyciągnął. Gdybym miał jego mózg, sam bym coś napisał.
  Bruce powoli przeszedł przez pokój do stołu, przy którym siedziała już Bernice. Na ścianie za nią wisiał jej portret, namalowany przez młodego mężczyznę, który po zawieszeniu broni spędził w Niemczech rok lub dwa i powrócił pełen entuzjazmu dla odrodzenia niemieckiej sztuki. Narysował Bernice szerokimi, kolorowymi liniami i lekko wykrzywił jej usta na bok. Jedno ucho było dwa razy większe od drugiego. Miało to na celu zniekształcenie. Zniekształcenie często dawało efekty, których nie dało się uzyskać prostym rysunkiem. Pewnego wieczoru młody mężczyzna był na przyjęciu w mieszkaniu Bernice, kiedy Bruce tam był, i dużo rozmawiali. Kilka dni później, pewnego popołudnia, gdy Bruce wrócił z biura, młody mężczyzna siedział z Bernice. Bruce poczuł się, jakby wtargnął tam, gdzie nie był mile widziany, i był zażenowany. To była niezręczna sytuacja i Bruce chciał się wycofać po tym, jak wychylił głowę zza drzwi pracowni, ale nie wiedział, jak to zrobić, nie wprawiając ich w zakłopotanie.
  Musiał szybko pomyśleć. "Proszę mi wybaczyć" - powiedział - "muszę znowu iść. Mam zadanie, nad którym będę musiał pracować całą noc". Powiedział to, po czym pospiesznie przeszedł przez studio do sypialni Bernice, żeby zmienić koszulę. Czuł, że musi coś zmienić. Czy coś łączyło Bernice z młodym mężczyzną? Nie obchodziło go to zbytnio.
  Potem pomyślał o portrecie. Chciał zapytać o niego Bernice, ale nie odważył się. Chciał zapytać, dlaczego upierała się, żeby wyglądał tak, jak na portrecie.
  "Chyba chodzi o sztukę" - pomyślał, wciąż się uśmiechając tego wieczoru, siadając przy stole z Bernice. Myśli o rozmowie Toma Willsa, myśli o wyrazie twarzy Bernice i młodego artysty - nagle go wtedy nawiedziły, myśli o nim samym, o absurdalności jego umysłu i życia. Jak mógł stłumić uśmiech, skoro wiedział, że zawsze denerwuje Bernice? Jak mógł wytłumaczyć, że ten uśmiech nie miał nic wspólnego z jej absurdami, a z jego własnymi?
  "Dla sztuki" - pomyślał, kładąc kotlet na talerzu i podając go Bernice. Jego umysł uwielbiał bawić się takimi frazesami, po cichu i złośliwie kpiąc z niej i z siebie. Teraz była na niego zła za ten uśmiech i musieli jeść w milczeniu. Potem on siadał przy oknie, a Bernice wybiegała z mieszkania, żeby spędzić wieczór z którąś z przyjaciółek. Nie mogła mu kazać wyjść, więc siedział i się uśmiechał.
  Może wróci do sypialni i popracuje nad tą historią. Jak ją wyrzuci z siebie? Załóżmy, że policjant przyjdzie i zobaczy mężczyznę zakochanego w woskowej kobiecie w witrynie sklepowej i pomyśli, że oszalał, albo złodzieja planującego włamanie do sklepu - załóżmy, że policjant aresztuje tego mężczyznę. Bruce wciąż uśmiechał się do swoich myśli. Wyobraził sobie rozmowę policjanta z młodym mężczyzną, próbującego wytłumaczyć swoją samotność i miłość. W księgarni w centrum miasta był młody mężczyzna, którego Bruce kiedyś widział na wieczorze artystycznym, na którym kiedyś był z Bernice, i który teraz, z jakiegoś niezrozumiałego dla Bruce'a powodu, stał się bohaterem bajki, którą Bernice pisała. Mężczyzna w księgarni był niski, blady i chudy, z małym, schludnym czarnym wąsikiem, i właśnie tak uczyniła swojego bohatera. Miał też niezwykle grube usta i błyszczące czarne oczy, a Bruce pamiętał, jak słyszał, że pisał wiersze. Być może naprawdę zakochał się w strachu na wróble w witrynie sklepowej i opowiedział o tym Bernice. Bruce pomyślał, że być może właśnie taki jest poeta. Z pewnością tylko poeta mógł zakochać się w strachu na wróble w witrynie sklepowej.
  "Dla sztuki". Fraza ta rozbrzmiewała w jego głowie niczym refren. Nadal się uśmiechał, a teraz Bernice była wściekła. Przynajmniej udało mu się zepsuć jej kolację i wieczór. Przynajmniej nie miał takiego zamiaru. Poeta i woskowa kobieta pozostaną, jakby zawieszeni w powietrzu, nieświadomi.
  Bernice wstała i stanęła nad nim, patrząc na niego przez mały stolik. Jakaż była wściekła! Czy zamierzała go uderzyć? Jakiż dziwny, zdziwiony, zdezorientowany wyraz miała w oczach. Bruce spojrzał na nią bezosobowo, jakby patrzył przez okno na scenę za oknem. Nic nie powiedziała. Czy sprawy wyszły poza rozmowę? Gdyby tak było , to byłaby jego wina. Czy odważyłaby się go uderzyć? Cóż, wiedział, że nie. Dlaczego wciąż się uśmiechał? To właśnie wprawiało ją w taką furię. Lepiej przejść przez życie delikatnie - zostawiając ludzi w spokoju. Czy miał jakąś szczególną ochotę torturować Bernice, a jeśli tak, to dlaczego? Teraz chciała się z nim rozprawić, ugryźć, uderzyć, kopnąć, jak rozwścieczone małe zwierzątko, ale Bernice miała wadę: gdy była w pełni podniecona, nie mogła mówić. Po prostu zbladła, a w jej oczach pojawiło się to spojrzenie. Bruce wpadł na pomysł. Czy ona, jego żona Bernice, naprawdę nienawidziła i bała się wszystkich mężczyzn, i czy zrobiła z bohatera swojej historii takiego głupca, bo chciała, żeby wszyscy mężczyźni śpiewali? To z pewnością sprawiłoby, że ona, kobieta, wydawałaby się większa niż życie. Być może właśnie o to chodziło w całym ruchu feministycznym. Bernice napisała już kilka opowiadań i we wszystkich mężczyźni byli jak ten facet w księgarni. To było trochę dziwne. Teraz sama stała się trochę jak ten facet w księgarni.
  - Dla dobra sztuki, prawda?
  Bernice pospiesznie wyszła z pokoju. Gdyby została, miałby przynajmniej szansę ją zdobyć, jak to mężczyźni czasami robią. "Zejdź ze swojego miejsca, a ja zejdę ze swojego. Spokojnie. Zachowuj się jak kobieta, a pozwolę ci zachowywać się jak mężczyzna". Czy Bruce był na to gotowy? Myślał, że zawsze był - z Bernice czy z jakąkolwiek inną kobietą. Skoro nadszedł czas na test, dlaczego Bernice zawsze uciekała? Czy miała iść do sypialni i płakać? Cóż, nie. Bernice nie była typem płaczliwej osoby. Wymykała się z domu, dopóki on nie wyszedł, a potem - kiedy była sama - może pracowała nad tą historią - o łagodnym poecie i woskowej kobiecie w oknie, co? Bruce doskonale zdawał sobie sprawę, jak szkodliwe są jego własne myśli. Kiedyś przyszło mu do głowy, że Bernice chce, żeby ją pobił. Czy to możliwe? Jeśli tak, to dlaczego? Jeśli kobieta osiągnęła ten punkt w związku z mężczyzną, co jest tego przyczyną?
  Bruce, wciągnięty w głębokie wody przez myśli, usiadł ponownie przy oknie i wyjrzał na ulicę. Zarówno on, jak i Bernice zostawili nietknięte kotlety. Cokolwiek się teraz stanie, Bernice nie wróci do pokoju, żeby usiąść, gdy on tam będzie, przynajmniej nie tego wieczoru, a zimne kotlety będą leżeć tam, na stole. Para nie miała służby. Kobieta przychodziła każdego ranka na dwie godziny, żeby posprzątać. Tak działały takie lokale. A jeśli chciała wyjść z mieszkania, musiała przejść przez studio przed nim. Wymknięcie się tylnymi drzwiami, przez alejkę, byłoby poniżej jej godności jako kobiety. Byłoby to upokarzające dla płci żeńskiej, którą reprezentowała Bernice, i nigdy nie zatraciłaby poczucia potrzeby godności w seksie.
  "Dla sztuki". Dlaczego ta fraza utkwiła Bruce'owi w pamięci? To był głupi refren. Czy naprawdę uśmiechał się cały wieczór, doprowadzając Bernice do szału tym uśmiechem? Czym w ogóle była sztuka? Czy ludzie tacy jak on i Tom Wills naprawdę chcieli się z niej śmiać? Czy mieli skłonność uważać sztukę za głupi, sentymentalny ekshibicjonizm ze strony głupich ludzi, bo sprawiała, że wydawali się wzniośli i szlachetni - a przede wszystkim, taki nonsens - coś w tym rodzaju? Kiedyś, kiedy nie była zła, kiedy była trzeźwa i poważna, wkrótce po ich ślubie, Bernice powiedziała coś takiego. To było zanim Bruce zdołał coś w niej zniszczyć, być może jej poczucie własnej wartości. Czy wszyscy mężczyźni chcieli coś w kobietach zniszczyć, zrobić z nich niewolnice? Bernice tak powiedziała i przez długi czas jej wierzył. Wydawało się, że wtedy się dogadywali. Teraz sprawy zdecydowanie się potoczyły.
  W końcu stało się oczywiste, że Tom Wills, w głębi serca, troszczył się o sztukę bardziej niż ktokolwiek, kogo Bruce kiedykolwiek znał, a na pewno bardziej niż Bernice i którykolwiek z jej przyjaciół. Bruce nie sądził, że zna lub rozumie Bernice i jej przyjaciół zbyt dobrze, ale myślał, że zna Toma Willsa. Mężczyzna był perfekcjonistą. Dla niego sztuka była czymś wykraczającym poza rzeczywistość, zapachem dotykającym rzeczywistości rzeczy palcami pokornego człowieka, przepełnionym miłością - czymś w tym rodzaju - może trochę jak piękny kochanek, za którym mężczyzna, chłopiec w mężczyźnie, tęsknił, by ożywić wszystkie bogate i piękne rzeczy jego umysłu, jego wyobraźni. To, co musiał przynieść, wydawało się tak skromną ofiarą dla Toma Willsa, że sama myśl o próbie jej złożenia napawała go wstydem.
  Chociaż Bruce siedział przy oknie, udając, że patrzy, nie widział ludzi na ulicy. Czy czekał, aż Bernice przejdzie przez pokój, chcąc ją jeszcze bardziej ukarać? "Czy staję się sadystą?" - zadał sobie pytanie. Siedział ze skrzyżowanymi ramionami, uśmiechając się, paląc papierosa i wpatrując się w podłogę, a ostatnim uczuciem, jakiego doświadczył w obecności żony Bernice, było to, gdy przeszła przez pokój, a on nie podniósł wzroku.
  Postanowiła więc przejść przez pokój, ignorując go. Wszystko zaczęło się na targu mięsnym, gdzie bardziej interesowały go ręce rzeźnika krojącego mięso niż to, co mówiła. Czy mówiła o swoim najnowszym artykule, czy o pomyśle na specjalny artykuł do niedzielnej gazety? Nie słysząc, co powiedziała, nie mógł sobie przypomnieć. Przynajmniej jego umysł ją sprawdził.
  Słyszał jej kroki w pokoju, w którym siedział, wpatrując się w podłogę, ale w tej chwili nie myślał o niej, lecz o Tomie Willsie. Znów robił to, co ją najbardziej złościło, co zawsze ją złościło, gdy to się działo. Być może właśnie w tej chwili uśmiechał się tym szczególnie irytującym uśmiechem, który zawsze doprowadzał ją do szału. Jakie to fatalne, że go tak pamięta. Zawsze miała wrażenie, że się z niej śmieje - z jej aspiracji pisarskich, z jej pretensji do silnej woli. Jasne, miała takie pretensje, ale kto ich nie miał?
  Cóż, ona i Bernice z pewnością były w trudnej sytuacji. Ubrała się tego wieczoru i wyszła, nic nie mówiąc. Teraz spędzi wieczór z przyjaciółmi, może z tym facetem, który pracował w księgarni, albo z młodym artystą, który był w Niemczech i namalował jej portret.
  Брюс встал со стула и, зажег электрический свет, встал и посмотрел на портрет. Идея искажения, несомненно, что-то значила для европейских художников, начавших ее, но он сомневался, что молодой человек точно понимал, что она означает. Насколько он был выше! Неужели он хотел подставить себя - сразу решить, что знает то, чего не знал молодой человек? Он стоял так, глядя на портрет, и вдруг пальцы его, висящие сбоку, почувствовали что-то жирное и nieprzydatne. Это была холодная несъеденная отбивная на его собственной тарелке. Его пальцы коснулись его, пощупали, а затем, пожав плечами, он достал из заднего кармана носовой платок i вытер пальцы. - Т'витчелти, Т'видлети, Т'ваделти, Т'вум. Поймайте негра за большой палец. Prawdą jest, że pewien typ mężczyzny, niezbyt silny fizycznie, prawie zawsze zajmował się sztuką. Kiedy mężczyzna taki jak on wychodził z żoną w towarzystwie tak zwanych artystów lub wchodził do pomieszczenia pełnego artystów, często sprawiał wrażenie nie męskiej siły i męskości, ale czegoś wręcz kobiecego. Silni mężczyźni, tacy jak Tom Wills, starali się trzymać jak najdalej od rozmów o sztuce. Tom Wills nigdy nie rozmawiał na ten temat z nikim poza Brucem i zaczął to robić dopiero po kilku miesiącach znajomości. Było wielu innych mężczyzn. Bruce, jako reporter, miał wiele kontaktów z hazardzistami, miłośnikami torów wyścigowych, baseballistami, bokserami, złodziejami, przemytnikami alkoholu i wszelkiego rodzaju barwnymi ludźmi. Kiedy zaczynał pracę w gazecie, przez jakiś czas był dziennikarzem sportowym. Miał reputację na papierze. Nie potrafił wiele pisać - nigdy nie próbował. Tom Wills myślał, że potrafi wyczuwać rzeczy. Była to umiejętność, o której Bruce rzadko mówił. Niech wyśledzi morderstwo. Wszedł więc do pokoju, w którym zebrało się kilku mężczyzn, powiedzmy, do mieszkania przemytnika w zaułku. Byłby gotów założyć się, że gdyby ten facet był w pobliżu, rozpoznałby człowieka, który wykonał tę robotę. Udowodnienie tego to inna sprawa. Ale miał talent, "nosa do wiadomości", jak to nazywali dziennikarze. Inni też go mieli.
  O Boże! Skoro ją miał, skoro była tak wszechmocna, to dlaczego chciał poślubić Bernice? Wrócił na krzesło przy oknie, gasząc po drodze światło, ale na zewnątrz panowała już całkowita ciemność. Skoro miał taką moc, to dlaczego nie zadziałała, skoro było dla niego niezwykle ważne, żeby zadziałała?
  Uśmiechnął się ponownie w ciemności. A teraz załóżmy, tylko załóżmy, że jestem tak samo stuknięty jak Bernice albo którakolwiek z nich. Załóżmy, że jestem dziesięć razy gorszy. Załóżmy, że Tom Wills też jest dziesięć razy gorszy. Może byłem tylko dzieciakiem, kiedy poślubiłem Bernice, a teraz jestem trochę starszy. Ona myśli, że umarłem, że nie nadążam za programem, ale załóżmy teraz, że to ona zostaje w tyle. Ja też mógłbym tak myśleć. To dla mnie o wiele bardziej pochlebne niż po prostu myślenie, że jestem głupcem albo że byłem głupcem, kiedy ją poślubiłem.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA TRZECIA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ SIÓDMY
  
  BYŁO TAK DŁUGO... Myśląc o tym, John Stockton, który później stał się Bruce"em Dudleyem, opuścił żonę pewnego jesiennego wieczoru. Siedział w ciemności przez godzinę lub dwie, po czym wziął kapelusz i wyszedł z domu. Jego fizyczna więź z mieszkaniem, które dzielił z Bernice, była krucha: kilka na wpół znoszonych krawatów wisiało na wieszaku w szafie, trzy fajki, kilka koszul i kołnierzyków w szufladzie, dwa lub trzy garnitury, kurtka zimowa i płaszcz. Później, gdy pracował w fabryce w Old Harbor w stanie Indiana, u boku Sponge"a Martina, słuchając jego opowieści, słysząc coś o jego historii z "jego starą", nie żałował szczególnie sposobu, w jaki odszedł. "Kiedy odchodzisz, jedna droga jest lepsza od drugiej i im mniej się tym przejmujesz, tym lepiej" - powiedział sobie. Większość tego, co mówił Sponge, słyszał już wcześniej, ale miło było posłuchać dobrej rozmowy. Historia o tym, jak Sponge wyrzucił bankiera z jego warsztatu malowania powozów - niech Sponge opowie ją tysiąc razy, a miło będzie ją usłyszeć. Może to właśnie sztuka, uchwycenie prawdziwego, dramatycznego momentu życia, co? Wzruszył ramionami, myśląc. "Sponge, sterta trocin, pije. Sponge wraca pijana do domu wcześnie rano i zastaje Bugs śpiącą na nowym szmacianym dywanie, obejmując ramieniem ramiona młodego mężczyzny. Bugs, małe żywe stworzenie pełne namiętności, które później stało się brzydkie, teraz mieszka w domu w Cincinnati. Gąbka dla miasta, doliny rzeki Ohio, śpiąca na stercie starych trocin - jego stosunek do ziemi pod nim, gwiazd na niebie, pędzla w dłoni, gdy malował koła samochodów, pieszczoty w dłoni, która trzymała pędzel, przekleństwa, chamstwo - miłość starej kobiety - żywej jak foksterier".
  Jaką unoszącą się, rozbitą istotą czuł się Bruce. Był silnym fizycznie mężczyzną. Czemu nigdy nie trzymał życia w swoich rękach? Słowa są być może początkiem poezji. Poezji głodu nasion. "Jestem nasionem unoszącym się na wietrze. Czemu się nie zasiałem? Czemu nie znalazłem gleby, w której mógłbym zapuścić korzenie?"
  Wyobraź sobie, że pewnego wieczoru wracam do domu i, podchodząc do Bernice, uderzam ją. Przed zasianiem, rolnicy orzą ziemię, wyrywając stare korzenie, stare chwasty. Wyobraź sobie, że wyrzucam maszynę do pisania Bernice przez okno. "Do diabła, nie ma tu już głupich słów. Słowa to delikatne rzeczy, prowadzące do poezji lub kłamstw. Zostawcie rzemiosło mnie. Podejdę tam powoli, ostrożnie, pokornie. Jestem robotnikiem. Ustaw się w kolejce i zostań żoną robotnika. Zaoram cię jak pole. Będę cię dręczyć.
  Gdy Sponge Martin opowiadał tę historię, Bruce słyszał każde wypowiadane słowo, a jednocześnie cały czas miał własne myśli.
  Tej nocy po tym, jak opuścił Bernice - będzie o niej myślał mgliście do końca życia, jak o czymś słyszanym w oddali - słabe, zdecydowane kroki przecinały pokój, gdy siedział wpatrzony w podłogę, myśląc o Tomie Willsie i o tym, co myślisz... o Boże, słowa. Jeśli człowiek nie potrafi uśmiechać się do siebie, śmiać się z siebie podczas chodzenia, jaki jest sens życia? Załóżmy, że poszedł odwiedzić Toma Willsa tej nocy po opuszczeniu Bernice. Próbował wyobrazić sobie, jak jedzie na przedmieścia, gdzie mieszkał Tom i puka do drzwi. O ile wiedział, Tom miał żonę bardzo podobną do Bernice. Może nie pisała opowiadań, ale mogła być czymś obsesyjnie zajęta - powiedzmy, szacunkiem.
  Załóżmy, że w noc, kiedy opuścił Berniece, Bruce poszedł odwiedzić Toma Willsa. Żona Toma puka do drzwi. "Proszę". Potem wchodzi Tom w kapciach. Bruce jest widoczny w salonie. Bruce pamiętał, jak ktoś w redakcji gazety powiedział mu kiedyś: "Żona Toma Willsa jest metodystką".
  Wyobraź sobie Bruce'a w tym domu, siedzącego w salonie z Tomem i jego żoną. "Wiesz, myślałem o odejściu od żony. No cóż, ona interesuje się czymś innym niż bycie kobietą.
  Pomyślałem sobie, że wyjdę i wam o tym opowiem, bo dziś rano nie przyjdę do biura. Odchodzę. Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym, dokąd zmierzam. Wyruszam w małą podróż odkrywczą. Myślę, że jestem krainą, o której mało kto wie. Pomyślałem, że wybiorę się w małą podróż w głąb siebie, trochę się rozejrzę. Bóg jeden wie, co znajdę. Ta myśl mnie ekscytuje, i tyle. Mam trzydzieści cztery lata i z żoną nie mamy dzieci. Chyba jestem prymitywnym człowiekiem, podróżnikiem, co?
  Znowu odszedłeś, znowu odszedłeś, Finnegan.
  "Może zostanę poetą".
  Po opuszczeniu Chicago Bruce wędrował przez kilka miesięcy na południe, a później, gdy pracował w fabryce niedaleko Sponge Martin, pragnąc nauczyć się od Sponge czegoś o zręczności rąk robotnika, myśląc, że początek edukacji może leżeć w relacji człowieka z rękami, co może nimi zrobić, co może nimi poczuć, jaki przekaz mogą przekazać palcami do mózgu, o rzeczach, o stali, żelazie, ziemi, ogniu i wodzie - podczas gdy to wszystko się działo, bawił się, próbując wyobrazić sobie, jak bardzo posunąłby się do takich wysiłków, aby zakomunikować swój cel Tomowi Willsowi i jego żonie - komukolwiek, zresztą. Pomyślał, jak zabawnie byłoby próbować powiedzieć Tomowi i jego żonie metodystce wszystko, co mu leży na sercu.
  Oczywiście nigdy nie spotkał Toma ani jego żony i, szczerze mówiąc, to, co robił, było dla Bruce'a sprawą drugorzędną. Miał mgliste wrażenie, że on, jak prawie wszyscy Amerykanie, oderwał się od rzeczy - kamieni leżących na polach, samych pól, domów, drzew, rzek, murów fabryk, narzędzi, ciał kobiet, chodników, ludzi na chodnikach, mężczyzn w kombinezonach, mężczyzn i kobiet w samochodach. Cała wizyta u Toma Willsa była urojona, zabawnym pomysłem do zabawy podczas polerowania kół, a sam Tom Wills stał się czymś w rodzaju ducha. Zastąpił go Sponge Martin, mężczyzna, który faktycznie pracował u jego boku. "Chyba jestem miłośnikiem mężczyzn. Może dlatego nie mogłem już znieść obecności Bernice" - pomyślał, uśmiechając się do tej myśli.
  W banku znajdowała się pewna suma pieniędzy, około trzystu pięćdziesięciu dolarów, która była zdeponowana na jego nazwisko przez rok lub dwa i o której nigdy nie wspomniał Bernice. Być może od momentu ślubu rzeczywiście zamierzał coś z nią zrobić, co w końcu uczynił. Kiedy jako młody mężczyzna opuścił dom babci i przeprowadził się do Chicago, dała mu pięćset dolarów, a on zachował nietknięte trzysta pięćdziesiąt z tej kwoty. On również miał wielkie szczęście, pomyślał, spacerując ulicami Chicago tego wieczoru po cichej kłótni z kobietą. Wychodząc z mieszkania, poszedł na spacer do Jackson Park, a następnie poszedł do centrum do taniego hotelu i zapłacił dwa dolary za pokój na noc. Spał wystarczająco dobrze i rano, gdy dotarł do banku o dziesiątej, dowiedział się już, że pociąg do La Salle w Illinois odjeżdża o jedenastej. Dziwny i zabawny był pomysł, pomyślał, że mężczyzna pojedzie do miasteczka La Salle, kupi tam używaną łódź i zacznie wiosłować całkiem swobodnie w dół rzeki, zostawiając zdezorientowaną żonę gdzieś za łodzią. Dziwny i zabawny był również pomysł, że taki mężczyzna spędził poranek, rozważając wizytę u Toma Willsa i jego żony metodystki w ich domu na przedmieściach.
  "A czy jego żona nie obraziłaby się, czy nie zbeształaby biednego Toma za to, że przyjaźni się z przypadkowym facetem takim jak ja? Przecież życie to bardzo poważna sprawa, przynajmniej gdy wiąże się je z kimś innym" - pomyślał, siedząc w pociągu - rankiem, kiedy odjeżdżał.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ ÓSMY
  
  PIERWSZA RZECZ, a potem kolejna. Kłamca, uczciwy człowiek, złodziej, nagle wymknął się z dziennika amerykańskiego miasta. Gazety są niezbędnym elementem współczesnego życia. Splatają ze sobą wątki życia w pewien schemat. Wszyscy interesują się Leopoldem i Loebem, młodymi zabójcami. Wszyscy myślą podobnie. Leopold i Loeb stają się ulubieńcami narodu. Naród był przerażony tym, co zrobili Leopold i Loeb. Co teraz robi Harry Thaw, rozwód, który uciekł z córką biskupa? Życie taneczne! Obudź się i tańcz!
  Tajemniczy mężczyzna opuszcza Chicago pociągiem o jedenastej rano, nie mówiąc żonie o swoich planach. Mężatka tęskni za swoim mężczyzną. Rozwiązłe życie jest niebezpieczne dla kobiet. Raz ukształtowany nawyk trudno przełamać. Lepiej zatrzymać mężczyznę w domu. Przyda się. Poza tym Bernice miałaby problem z wytłumaczeniem niezapowiedzianego zniknięcia Bruce'a. Na początku skłamała. "Musiał wyjechać z miasta na kilka dni".
  Wszędzie mężczyźni próbują tłumaczyć działania swoich żon, kobiety próbują tłumaczyć działania swoich mężów. Ludzie nie musieli burzyć domów, żeby znaleźć się w sytuacji, w której musieli się tłumaczyć. Życie nie powinno być takie, jakie jest. Gdyby nie było tak skomplikowane, byłoby prostsze. Jestem pewien, że polubiłbyś takiego mężczyznę - gdybyś polubił takiego mężczyznę, co?
  Bernice prawdopodobnie pomyślałaby, że Bruce jest pijany. Po ślubie uczestniczył w dwóch lub trzech królewskich bankietach. Kiedyś on i Tom Wills spędzili trzy dni na piciu i obaj straciliby pracę, ale stało się to podczas wakacji Toma. Tom uratował reporterowi głowę. Ale mniejsza z tym. Bernice mogła pomyśleć, że gazeta wyrzuciła go z miasta.
  Tom Wills mógłby zadzwonić do drzwi mieszkania, trochę zły: "Czy John jest chory, czy co?"
  "Nie, był tu wczoraj wieczorem, kiedy wychodziłem."
  Duma Bernice jest urażona. Kobieta może pisać opowiadania, wykonywać niedzielne obowiązki i mieć pełną swobodę w kontaktach z mężczyznami (współczesne kobiety z odrobiną zdrowego rozsądku robią to często w dzisiejszych czasach - to nastrój dnia), "i tak dalej", jak mawiał Ring Lardner: "To nie ma znaczenia". Kobiety w dzisiejszych czasach trochę walczą o to, czego chcą, o to, czego i tak myślą, że chcą.
  Nie czyni ich to jednak mniej kobietami w głębi duszy - a może i nie.
  W takim razie kobieta to coś wyjątkowego. Musisz to zobaczyć. Obudź się, człowieku! Wszystko się zmieniło przez ostatnie dwadzieścia lat. Ty dupku! Jeśli możesz ją mieć, to możesz. Jeśli nie możesz, to nie możesz. Nie sądzisz, że świat w ogóle się rozwija? Oczywiście, że tak. Spójrz na nasze latające maszyny i radio. Czyż nie mieliśmy fajnej wojny? Czyż nie całowaliśmy Niemców?
  Mężczyźni chcą oszukiwać. Tu rodzi się wiele nieporozumień. A co z tymi trzema pięćdziesięcioma dolarami, które Bruce trzymał w tajemnicy przez ponad cztery lata? Kiedy jedziesz na wyścigi, a mityng trwa, powiedzmy, trzydzieści dni, i nie wziąłeś ani jednej lewy, a potem mityng się kończy, jak masz wyjechać z miasta, jeśli nie odłożyłeś ani grosza, po cichu? Będziesz musiał wyjechać albo sprzedać klacz, prawda? Lepiej ją schować w sianie.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
  
  Trzy lub cztery razy po ślubie Bruce'a z Bernice Jay oboje wzbijali się na wyżyny. Bernice musiała pożyczyć pieniądze, Bruce też. A jednak nic nie powiedział o tych trzech pięćdziesięciu. Coś z wiatrem, co? Czy naprawdę od początku zamierzał zrobić dokładnie to, co ostatecznie zrobił? Jeśli jesteś taką osobą, równie dobrze możesz się uśmiechnąć, pośmiać się z siebie, jeśli potrafisz. Wkrótce umrzesz, a wtedy może nie będzie już śmiechu. Nikt nigdy nie myślał, że nawet niebo jest tak radosnym miejscem. Życie taneczne! Złap rytm tańca, jeśli potrafisz.
  Bruce i Tom Wills rozmawiali od czasu do czasu. Obaj mieli te same pszczoły w kapeluszach, choć brzęczenie nigdy nie zostało wypowiedziane. Tylko ciche, odległe brzęczenie. Po kilku drinkach zaczęli niepewnie rozmawiać o jakimś facecie, wyimaginowanej postaci, który rzucił pracę, odszedł i wyruszył w wielką tajemnicę. Gdzie? Dlaczego? Kiedy dotarli do tego momentu rozmowy, obaj zawsze czuli się trochę zagubieni. "W Oregonie hodują dobre jabłka" - powiedział Tom. "Nie mam ochoty na jabłka" - odpowiedział Bruce.
  Tom miał wrażenie, że nie tylko mężczyźni uważają życie za przytłaczające i trudne przez większość czasu, ale także kobiety - przynajmniej wiele z nich. "Jeśli nie były religijne lub nie miały dzieci, miałyby za to wielki problem" - powiedział. Opowiedział o znanej sobie kobiecie. "Była dobrą, cichą żoną i dbała o dom, zapewniając mężowi wszelkie wygody, nie odzywając się ani słowem".
  "A potem coś się stało. Była naprawdę ładna i całkiem nieźle grała na pianinie, więc dostała pracę w kościele, a potem jakiś facet, właściciel kina, poszedł do kościoła w niedzielę, bo jego córeczka zmarła i poszła do nieba poprzedniego lata, i poczuł, że powinien zachować spokój, kiedy White Sox nie grają w domu.
  "I tak zaproponował jej najlepszą rolę w swoich filmach. Miała zmysł do kluczy i była schludną, śliczną dziewczynką - a przynajmniej tak uważało wielu mężczyzn". Tom Wills powiedział, że nie sądził, by w ogóle miała taki zamiar, ale zanim się obejrzał, zaczęła patrzeć z góry na męża. "Oto była, na górze" - powiedział Tom. "Pochyliła się i zaczęła patrzeć na męża. Kiedyś wydawał się wyjątkowy, ale teraz - to nie była jej wina. W końcu, młodzi czy starzy, bogaci czy biedni, mężczyźni byli dość łatwi do zdobycia - jeśli miało się odpowiedni instynkt. Nic nie mogła na to poradzić - będąc tak utalentowaną". Tom miał na myśli, że przeczucie ucieczki krążyło w głowie każdego.
  Tom nigdy nie powiedział: "Chciałbym sam to pokonać". Nigdy nie był taki silny. Ludzie w redakcji gazety mówili, że żona Toma ma coś przeciwko niemu. Młody Żyd, który tam pracował, powiedział kiedyś Bruce'owi, że Tom panicznie boi się swojej żony, a następnego dnia, kiedy Tom i Bruce jedli razem lunch, Tom opowiedział Bruce'owi tę samą historię o młodym Żydzie. Żyd i Tom nigdy się nie dogadywali. Kiedy Tom przychodził rano i nie był w najlepszym humorze, zawsze warczał na Żyda. Nigdy nie zrobił tego Bruce'owi. "Wstrętny mały gaduła" - powiedział. "Jest tak zadufany w sobie, że słowa stają mu na głowie". Pochylił się i szepnął do Bruce'a: "Prawda jest taka" - powiedział - "że to się zdarza w każdą sobotnią noc".
  Czy Tom był milszy dla Bruce'a? Czy dawał mu mnóstwo nieoczekiwanych zadań, bo myślał, że są w tej samej sytuacji?
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA CZWARTA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
  
  X JEST! Bruce Dudley _ _ właśnie zszedł rzeką.
  Czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień w Nowym Orleanie. Nie da się stworzyć miejsca, którym nie będzie. Podróże rzeczne były powolne. Łodzi było niewiele lub wcale . Często spędzałem całe dnie, leniuchując w nadrzecznych miasteczkach. Można było wsiąść w pociąg i pojechać, gdzie się chciało, ale po co ten pośpiech?
  Bruce, który właśnie rozstał się z Berniece i porzucił pracę w gazecie, miał coś na myśli, co można było streścić w zdaniu: "Po co się śpieszysz?". Siedział w cieniu drzew nad brzegiem rzeki, kiedyś pływał barką, jeździł w lokalnych workach, siedział przed sklepami w nadrzecznych miasteczkach, śpiąc, śniąc. Ludzie mówili powoli, przeciągając słowa, czarni motyką na bawełnę, inni czarni łowili sumy w rzece.
  Bruce miał wiele do oglądania i do przemyślenia. Tak wielu czarnoskórych mężczyzn powoli brązowiejących. Potem pojawiły się jasnobrązowe, aksamitnie brązowe, kaukaskie rysy. Brązowe kobiety biorące się do pracy, czyniąc wyścig coraz łatwiejszym. Łagodne południowe noce, ciepłe noce zmierzchu. Cienie sunące wzdłuż krawędzi pól bawełny, wzdłuż mrocznych dróg tartaków. Ciche głosy, śmiech, śmiech.
  
  O mój piesku banjo
  Ojej, mój pies to banjo.
  
  I nie dam ci ani jednego cukierka.
  Życie Amerykanów jest pełne takich rzeczy. Jeśli jesteś osobą myślącą - a Bruce nim był - nawiązujesz półznajomości, półprzyjaciół - Francuzów, Niemców, Włochów, Anglików - Żydów. Kręgi intelektualne Środkowego Zachodu, na obrzeżach których obracał się Bruce, obserwując, jak Bernice coraz śmielej się w nie zagłębia, były pełne ludzi, którzy wcale nie byli Amerykanami. Był młody polski rzeźbiarz, włoski rzeźbiarz, francuski dyletant. Czy w ogóle istniało coś takiego jak Amerykanin? Może sam Bruce właśnie nim był. Był lekkomyślny, nieśmiały, śmiały, nieśmiały.
  Jeśli jesteś płótnem, czy czasem drżysz, gdy artysta staje przed tobą? Wszyscy inni dodają swoje kolory. Kompozycja się tworzy. Sama kompozycja.
  Czy naprawdę mógłby poznać Żyda, Niemca, Francuza, Anglika?
  A teraz czarny człowiek.
  Świadomość brązowych mężczyzn i brązowych kobiet coraz bardziej wkracza w amerykańskie życie - a tym samym wkracza w samego siebie.
  Bardziej chętny, by przyjść, bardziej spragniony niż jakikolwiek Żyd, Niemiec, Polak czy Włoch. Stoję i śmieję się - wchodzę tylnymi drzwiami - przestępując z nogi na nogę, śmiech - taniec ciała.
  Ustalone fakty będą musiały zostać pewnego dnia uznane - przez jednostki - być może wtedy, gdy będą w szczytowej formie intelektualnej - tak jak Bruce wówczas.
  W Nowym Orleanie, kiedy Bruce przybył, długie doki wystawały nad rzekę. Na rzece, tuż przed nim, gdy wiosłował przez ostatnie dwadzieścia mil, znajdowała się mała łódź mieszkalna napędzana silnikiem spalinowym. Napisy na niej: "JEZUS ZBAWI". Jakiś wędrowny kaznodzieja z góry rzeki zmierzał na południe, by zbawić świat. "BĄDŹ WOLA TWOJA". Kaznodzieja, blady mężczyzna z brudną brodą i bosy, sterował małą łódką. Jego żona, również bosa, siedziała w bujanym fotelu. Jej zęby były czarnymi kikutami. Na wąskim pokładzie leżało dwoje bosych dzieci.
  Doki miasta wyginają się wokół dużego półksiężyca. Przypływają tu duże statki towarowe, przywożące kawę, banany, owoce i inne towary, a eksportowana jest bawełna, drewno, kukurydza i oleje.
  Czarni na dokach, czarni na ulicach miasta, czarni się śmieją. Powolny taniec trwa wiecznie. Niemieccy kapitanowie, Francuzi, Amerykanie, Szwedzi, Japończycy, Anglicy, Szkoci. Niemcy pływają teraz pod banderami innymi niż ich własna. "Szkot" wywiesza angielską banderę. Czyste statki, brudni włóczędzy, półnadzy Murzyni - taniec cieni.
  Ile kosztuje bycie dobrym, poważnym człowiekiem? Jeśli nie potrafimy wychować dobrych, poważnych ludzi, jak w ogóle zrobimy postępy? Nigdzie nie dojdziesz, jeśli nie będziesz świadomy, poważny. Ciemnoskóra kobieta z trzynaściorgiem dzieci - mężczyzna na każde dziecko - chodzi do kościoła, śpiewa, tańczy, szerokie ramiona, szerokie biodra, łagodne spojrzenie, łagodny, śmiejący się głos - odnajduje Boga w niedzielny wieczór - otrzymuje - co - w środowy wieczór?
  Mężczyźni, jeśli chcecie się rozwijać, musicie być gotowi do działania.
  William Allen White, Heywood Broun - Ocenianie sztuki - Dlaczego nie - Oh, My Dog Banjo - Van Wyck Brooks, Frank Crowninshield, Tululla Bankhead, Henry Mencken, Anita Loos, Stark Young, Ring Lardner, Eva Le Gallienne, Jack Johnson, Bill Heywood, H.G. Wells piszą dobre książki, nie sądzisz? Literary Digest, The Book of Modern Art, Garry Wills.
  Tańczą na południu - na świeżym powietrzu - białe w pawilonie na jednym polu, czarne, brązowe, ciemnobrązowe, aksamitnobrązowe w pawilonie na sąsiednim polu - z wyjątkiem jednej.
  W tym kraju potrzeba więcej poważnych ludzi.
  Pomiędzy nimi na polu rośnie trawa.
  O mój piesku banjo!
  Piosenka w powietrzu, wolny taniec. Rozgrzej się. Bruce nie miał wtedy dużo pieniędzy. Mógł znaleźć pracę, ale jaki w tym sens? Cóż, mógł pojechać do centrum i szukać pracy w New Orleans Picayune, albo w Subject, albo w Stats. Czemu nie pójść na spotkanie z Jackiem McClure, autorem ballad, w Picayune? Daj nam piosenkę, Jack, zatańcz, zażyj gumbo drift. Chodź, noc jest gorąca. Po co? Nadal miał trochę pieniędzy, które schował, kiedy opuścił Chicago. W Nowym Orleanie możesz wynająć loft i przenocować za pięć dolarów miesięcznie, jeśli jesteś mądry. Wiesz, jak to jest, kiedy nie chcesz pracować - kiedy chcesz oglądać i słuchać - kiedy chcesz, żeby twoje ciało było leniwe, a umysł pracował. Nowy Orlean to nie Chicago. To nie Cleveland ani Detroit. Dzięki Bogu za to!
  Czarne dziewczyny na ulicach, czarne kobiety, czarni mężczyźni. Brązowy kot chowa się w cieniu budynku. "Chodź, brązowa pizdo, weź swoją śmietankę". Mężczyźni pracujący w dokach w Nowym Orleanie mają smukłe boki jak biegnące konie, szerokie ramiona, opadające ciężkie wargi, czasami twarze jak stare małpy i ciała jak młodzi bogowie, czasami. W niedzielę, kiedy idą do kościoła lub są chrzczone w rzece, ciemnoskóre dziewczyny oczywiście odmawiają kwiatów - jaskrawe czarne kolory na czarnych kobietach rozświetlają ulice - ciemnofioletowe, czerwone, żółte, zielone, jak młode pędy kukurydzy. Odpowiednie. Pocą się. Kolor ich skóry jest brązowy, złocistożółty, rdzawy, fioletowobrązowy. Gdy pot spływa po ich wysokich brązowych plecach, kolory pojawiają się i tańczą przed oczami. Pamiętajcie o tym, wy głupi artyści, złapcie to w tańcu. Pieśń w słowach, muzyka w słowach, a także w kolorach. Głupi amerykańscy artyści! Gonią cień Gauguina aż do Mórz Południowych. Bruce napisał kilka wierszy. Bernice zaszła tak daleko w tak krótkim czasie. Dobrze, że o tym nie wiedziała. Dobrze, że nikt nie wie, jak mało ważny on jest. Potrzebujemy poważnych ludzi - musimy ich mieć. Kto będzie rządził, jeśli sami się tacy nie staniemy? Dla Bruce'a - w tamtym momencie - nie było żadnych zmysłowych doznań, które trzeba by było wyrażać poprzez ciało.
  Gorące dni. Kochana mamo!
  To zabawne, Bruce próbuje pisać wiersze. Kiedy pracował w gazecie, gdzie mężczyzna miał pisać, w ogóle nie chciał pisać.
  Biali autorzy piosenek z Południa to przede wszystkim Keats i Shelley.
  Wiele poranków rozdaję swój majątek.
  Nocą, gdy wody mórz szumią, ja też szumię.
  Oddałem się morzom, słońcem, dniom i kołyszącym się statkom.
  Moja krew jest gęsta od poddania się.
  Wydostanie się przez rany i zabarwi morza i lądy.
  Moja krew splami ziemię, do której morza przyjdą po nocny pocałunek, a morza staną się czerwone.
  Co to znaczy? Och, śmiejcie się trochę, panowie! Co za różnica, co to znaczy?
  Albo jeszcze raz -
  Daj mi słowo.
  Niech gardło moje i usta moje pieszczą słowa ust Twoich.
  Daj mi słowo.
  Daj mi trzy słowa, tuzin, sto, całą historię.
  Daj mi słowo.
  W mojej głowie pojawia się połamany żargon słów. W Starym Nowym Orleanie wąskie uliczki są usiane żelaznymi bramami, prowadzącymi obok wilgotnych, starych murów na chłodne dziedzińce. To bardzo piękne - stare cienie tańczą na pięknych, starych murach, ale pewnego dnia wszystkie mury zostaną zburzone, by zrobić miejsce dla fabryk.
  Bruce mieszkał przez pięć miesięcy w starym domu, gdzie czynsz był niski, a karaluchy biegały po ścianach. Czarne kobiety mieszkały w domu po drugiej stronie wąskiej ulicy.
  Leżysz nago na łóżku w gorący letni poranek, pozwalając powolnej, powolnej bryzie rzeki przyjść, jeśli zechce. Po drugiej stronie pokoju, o piątej, czarnoskóra kobieta po dwudziestce wstaje i przeciąga ręce. Bruce przewraca się na drugi bok i patrzy. Czasami śpi sama, ale czasami śpi z nią brązowy mężczyzna. Wtedy oboje się przeciągają. Chudy, brązowy mężczyzna. Czarnoskóra kobieta o smukłym, gibkim ciele. Wie, że Bruce patrzy. Co to znaczy? Patrzy tak, jak ty patrzysz na drzewa, na młode źrebięta bawiące się na pastwisku.
  
  
  Powolne tańce, muzyka, statki, bawełna, kukurydza, kawa. Powolny, leniwy śmiech Murzynów. Bruce przypomniał sobie wers napisany przez pewnego czarnoskórego mężczyznę, którego kiedyś widział: "Czy biały poeta kiedykolwiek zrozumie, dlaczego mój lud chodzi tak cicho i śmieje się o świcie?".
  Rozgrzej się. Słońce wschodzi na musztardowym niebie. Rozpoczęły się ulewne deszcze, zalewając pół tuzina miejskich przecznic i w ciągu dziesięciu minut nie ma śladu wilgoci. Jest zbyt dużo wilgotnego upału, by odrobina wilgotnego upału miała znaczenie. Słońce liże go, popijając. Tu można zyskać jasność. Jasność co do czego? No cóż, nie spiesz się. Nie spiesz się.
  Bruce leżał leniwie w łóżku. Ciało brązowej dziewczyny przypominało gruby, falujący liść młodego bananowca. Gdybyś był teraz artystą, może mógłbyś to narysować. Narysuj brązową Murzynkę jako szeroki, łopoczący liść i wyślij ją na północ. Czemu nie sprzedać jej jakiejś nowoorleańskiej damie z towarzystwa? Zdobądź trochę pieniędzy, żeby poleżeć trochę dłużej. Nie będzie wiedziała, nigdy nie zgadnie. Narysuj wąskie, gładkie boki brązowego robotnika na pniu drzewa. Wyślij go do Instytutu Sztuki w Chicago. Wyślij go do Galerii Anderson w Nowym Jorku. Francuski artysta pojechał na Morza Południowe. Freddie O'Brien upadł. Pamiętasz, jak brązowa kobieta próbowała go zniszczyć, a on opowiedział nam, jak udało mu się uciec? Gauguin włożył wiele inspiracji w swoją książkę, ale wycięli ją dla nas. Nikogo to tak naprawdę nie obchodziło, przynajmniej nie po śmierci Gauguina. Za pięć centów dostajesz filiżankę tej kawy i duży bochenek chleba. Bez popijania. W Chicago poranna kawa w tanich knajpach jest jak pomyje. Czarni kochają dobre rzeczy. Miłe, mocne, słodkie słowa, mięso, kukurydzę, trzcinę. Czarnuchy kochają wolność śpiewania. Jesteś Murzynem z Południa z domieszką białej krwi. Trochę więcej i trochę więcej. Mówią, że północni podróżnicy pomagają. O Boże! O mój piesku banjo! Pamiętasz noc, kiedy Gauguin wrócił do swojej chaty, a tam, na łóżku, czekała na niego szczupła, ciemnowłosa dziewczyna? Lepiej przeczytaj tę książkę. Nazywają ją "Noe-Noe". Brązowy mistycyzm na ścianach pokoju, we włosach Francuza, w oczach ciemnowłosej dziewczyny. Noe-Noe. Pamiętasz to uczucie obcości? Francuski artysta klęczy na podłodze w ciemności i czuje dziwność. Ciemnowłosa dziewczyna poczuła dziwny zapach. Miłość? Co tam! Dziwnie pachnie.
  Idź powoli. Nie spiesz się. O co chodzi z tym strzelaniem?
  Trochę bielsze, trochę bielsze, szarobiałe, mętnobiałe, grube usta - czasami pozostające. Nadchodzimy!
  Coś też zostaje utracone. Taniec ciał, powolny taniec.
  Bruce na łóżku w pokoju za pięć dolarów. Szerokie liście młodych bananowców łopoczą w oddali. "Czy wiesz, dlaczego mój lud śmieje się rano? Czy wiesz, dlaczego mój lud chodzi cicho?"
  Śpij jeszcze raz, biały człowieku. Nie spiesz się. Potem na ulicę po kawę i bułkę, pięć centów. Marynarze schodzą ze statków z zaspanymi oczami. Starzy czarni i białe kobiety idą na targ. Znają się, białe kobiety, czarne. Bądź delikatny. Nie spiesz się!
  Piosenka to powolny taniec. Biały mężczyzna leży nieruchomo na nabrzeżu, w łóżku za pięć dolarów miesięcznie. Rozgrzej się. Nie spiesz się. Kiedy pozbędziesz się tego przypływu energii, może twój umysł zacznie pracować. Może w tobie zabrzmi piosenka.
  Boże, byłoby wspaniale, gdyby Tom Wills tu był.
  Mam do niego napisać list? Nie, lepiej nie. Za chwilę, kiedy nadejdą chłodniejsze dni, znów ruszysz na północ. Wrócisz tu kiedyś. Zostaniesz tu kiedyś. Patrzysz i słuchasz.
  Piosenka-taniec-taniec wolny.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA PIĄTA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ JEDENASTY
  
  "SOBOTNI WIECZÓR - A obiad już na stole. Moja stara gotuje obiad - co?! Mam fajkę w ustach."
  
  Podnieś patelnię, opuść pokrywę,
  Mama upiecze mi wyrośnięty chleb.
  
  "Nie dam ci
  Już nie chcę żadnych roladek.
  
  "Nie dam ci
  Już nie chcę żadnych roladek.
  
  Sobotni wieczór w fabryce Old Harbor. Sponge Martin odkłada pędzle, a Bruce naśladuje każdy jego ruch. "Zostaw pędzle w ten sposób, a do poniedziałku rano będą w porządku".
  Sponge śpiewa, odkładając rzeczy na miejsce i rozjaśniając się. Mała, schludna klątwa - Sponge. Ma instynkt robotnika. Lubi takie rzeczy, swoje narzędzia w porządku.
  Mam dość brudnych facetów. Nienawidzę ich.
  Ponury mężczyzna pracujący obok Sponge'a spieszył się, żeby wyjść. Był gotowy do wyjścia od dziesięciu minut.
  Nie było mowy o sprzątaniu pędzli ani po sobie. Zerkał na zegarek co dwie minuty. Jego pośpiech bawił Sponge'a.
  "Chce wrócić do domu i sprawdzić, czy jego stara wciąż tam jest - sama. Chce wrócić do domu i nie chce wracać. Jeśli ją straci, boi się, że nigdy nie znajdzie innej. Kobiety są cholernie trudne do zdobycia. Prawie nic z nich nie zostało. Jest ich tylko około dziesięciu milionów na wolności, bez duszy, zwłaszcza w Nowej Anglii, z tego co słyszałem" - powiedział Sponge z mrugnięciem oka, gdy ponury robotnik pospiesznie odszedł, nie mówiąc dobranoc swoim dwóm towarzyszom.
  Bruce podejrzewał, że Sponge wymyślił historię o pracowniku i jego żonie, żeby się rozerwać, żeby zabawić Bruce'a.
  On i Sponge wyszli razem za drzwi. "Może wpadniesz na niedzielny obiad?" - zapytał Sponge. Zapraszał Bruce'a w każdą sobotę wieczorem, a Bruce już kilka razy się zgodził.
  Teraz szedł z Gąbką wznoszącą się ulicą w kierunku swojego hotelu, małego hotelu robotniczego, na ulicy w połowie wysokości Old Harbor Hill, wzgórza, które stromo wznosiło się niemal od brzegu rzeki. Na brzegu rzeki, na półce skalnej tuż nad linią powodziową, było miejsce tylko na tory kolejowe i rząd budynków fabrycznych między torami a brzegiem rzeki. Po drugiej stronie torów i wąskiej drogi w pobliżu bram fabrycznych ulice pięły się w górę zbocza, podczas gdy inne biegły równolegle do torów wokół wzgórza. Biznesowa część miasta znajdowała się prawie w połowie wysokości wzgórza.
  Długie, czerwone, ceglane budynki kompanii kołodziejów, dalej zakurzona droga, tory kolejowe, a potem skupiska ulic z domami robotniczymi, małe, szkieletowe domy ciasno obok siebie, potem dwie ulice sklepów i na końcu początek tego, co Sponge'owie nazywali "elegancką częścią miasta".
  Hotel, w którym mieszkał Bruce, znajdował się przy ulicy robotniczej, tuż nad ulicami handlowymi. "Mieszkańcy byli w połowie zamożni, w połowie biedni" - powiedział Gubka.
  Był taki czas - gdy Bruce, wówczas John Stockton, był chłopcem i krótko mieszkał w tym samym hotelu - że znajdował się on w "najbardziej ekskluzywnej" części miasta. Teren na wzgórzu był wówczas niemal wiejski, porośnięty drzewami. Przed pojawieniem się samochodów podejście było zbyt strome, a w Old Harbor nie było zbyt wielu fal. To było wtedy, gdy jego ojciec objął stanowisko dyrektora liceum Old Harbor, tuż przed przeprowadzką małej rodziny do Indianapolis.
  Bruce, wówczas w spodniach, mieszkał z ojcem i matką w dwóch sąsiadujących ze sobą pokojach - małych, na drugim piętrze trzypiętrowego, szkieletowego hotelu. Nawet wtedy nie był to najlepszy hotel w mieście, ani tym, czym jest teraz - półakademikiem dla robotników.
  Hotel nadal należał do tej samej kobiety, wdowy, która była jego właścicielką, gdy Bruce był chłopcem. Była młodą wdową z dwójką dzieci, chłopcem i dziewczynką - chłopcem starszym o dwa lub trzy lata. Zniknął ze sceny, gdy Bruce wrócił do domu, przeprowadzając się do Chicago, gdzie pracował jako copywriter w agencji reklamowej. Bruce uśmiechnął się, gdy o tym usłyszał. "Boże, co za koło życia. Zaczynasz gdzieś i wracasz tam, gdzie zaczynałeś. Tak naprawdę nie ma znaczenia, jakie masz intencje. Kręcisz się w kółko. Raz to widzisz, raz nie". Jego ojciec i to dziecko pracowali w Chicago na tych samych stanowiskach, spotykali się na swojej drodze i obaj traktowali swoją pracę poważnie. Kiedy usłyszał, co syn właściciela robi w Chicago, Bruce'owi przypomniała się historia, którą opowiedział mu jeden z chłopców z redakcji gazety. To była historia o pewnych ludziach: ludziach z Iowa, ludziach z Illinois, ludziach z Ohio. Dziennikarz z Chicago widział wielu ludzi, gdy wybierał się w podróż samochodem z przyjacielem. "Prowadzą firmę lub mają farmę i nagle czują, że nigdzie nie dotrą. Wtedy sprzedają małą farmę lub sklepik i kupują Forda. Zaczynają podróżować, mężczyźni, kobiety i dzieci. Jadą do Kalifornii i mają tego dość. Przeprowadzają się do Teksasu, a potem na Florydę. Samochód klekocze i stuka jak cysterna z mlekiem, ale jadą dalej. W końcu wracają tam, skąd zaczęli i zaczynają całą zabawę od nowa. Kraj wypełniają tysiące takich przyczep kempingowych. Kiedy takie przedsięwzięcie upada, osiedlają się gdziekolwiek, zostają parobkami lub robotnikami w fabryce. Jest ich wielu. Myślę, że to amerykańska żądza wędrówek, w pewnym sensie na etapie początkowym".
  Syn wdowy, właściciel hotelu, przeprowadził się do Chicago, dostał pracę i ożenił się, ale córka nie miała szczęścia. Nie znalazła mężczyzny. Teraz matka się starzała, a córka wymykała się, by zająć jej miejsce. Hotel zmienił się, bo zmieniło się miasto. Kiedy Bruce był dzieckiem, mieszkał tam w spodniach z matką i ojcem, a mieszkało tam kilka mało ważnych osób - na przykład jego ojciec, dyrektor liceum, młody, niezamężny lekarz i dwóch młodych prawników. Aby zaoszczędzić trochę pieniędzy, nie przenieśli się do droższego hotelu przy głównej ulicy handlowej, ale zadowolili się schludnym, małym miejscem na zboczu wzgórza wyżej. Wieczorami, kiedy Bruce był dzieckiem, ci mężczyźni siadali na krzesłach przed hotelem i rozmawiali, tłumacząc sobie nawzajem swoją obecność w tańszym miejscu. "Podoba mi się. Jest tu ciszej" - powiedział jeden z nich. Próbowali zarobić trochę pieniędzy na wydatkach swoich podróżnych i wydawali się tym zawstydzeni.
  Córka gospodarza była wtedy śliczną dziewczynką o długich, żółtych lokach. Wiosennymi i jesiennymi wieczorami zawsze bawiła się przed hotelem. Podróżni mężczyźni głaskali ją i pieścili, a ona to uwielbiała. Jeden po drugim sadzali ją na kolanach i dawali jej monety lub cukierki. "Jak długo to trwało?" - zastanawiał się Bruce. W jakim wieku ona, kobieta, stała się nieśmiała? Być może nieświadomie przeniosła się z jednego na drugie. Pewnego wieczoru siedziała na kolanach młodego mężczyzny i nagle coś ją tknęło. Nie wiedziała, co to było. Nie powinna już robić takich rzeczy. Zeskoczyła i odeszła z tak majestatyczną miną, że rozbawiła podróżnych i innych siedzących w pobliżu. Młody podróżnik próbował ją namówić, żeby wróciła i znowu usiadła mu na kolanach, ale ona odmówiła, po czym poszła do hotelu i poszła do swojego pokoju, czując - kto wie, co.
  Czy to się działo, gdy Bruce był tam dzieckiem? On, jego ojciec i matka czasami siadali na krzesłach przed drzwiami hotelu wiosennymi i jesiennymi wieczorami. Pozycja ojca w liceum dawała mu pewną godność w oczach innych.
  A co z matką Bruce'a, Marthą Stockton? Dziwne, jak odrębną, a zarazem nieuchwytną postacią była dla niego, odkąd stał się dorosły. Śnił o niej i myślał o niej. Czasami w jego wyobraźni była młoda i piękna, czasami stara i znużona światem. Czy stała się po prostu postacią, którą igrała jego fantazja? Matka po śmierci, albo po tym, jak nie mieszka się już blisko niej, to coś, czym fantazja mężczyzny może się igrać, o czym może marzyć, uczynić częścią ruchu groteskowego tańca życia. Idealizować ją. Czemu nie? Odeszła. Nie zbliży się, by przerwać nić snu. Sen jest tak prawdziwy jak rzeczywistość. Kto zna różnicę? Kto wie cokolwiek?
  
  Mamo, kochana mamo, przyjdź teraz do mojego domu
  Zegar na iglicy wybija godzinę dziesiątą.
  
  Srebrne nici pośród złota.
  
  Czasami Bruce zastanawiał się, czy z obrazem zmarłej kobiety, który miał jego ojciec, nie stało się to samo, co z jego własnym. Kiedy jedli z ojcem lunch w Chicago, czasami chciał zadać starszemu mężczyźnie pytania, ale nie odważył się. Może by to zrobił, gdyby nie napięcie między Bernice a nową żoną ojca. Dlaczego tak bardzo się nie lubili? Powinien był móc zapytać starszego mężczyznę: "A co powiesz na to, tato? Co wolisz mieć wokół siebie - żywe ciało młodej kobiety czy półrzeczywisty, półwyimaginowany sen o zmarłej kobiecie?". Postać jego matki, zawieszona w roztworze, w unoszącej się, zmieniającej kształt cieczy - fantazja.
  Bystry młody Żyd w redakcji gazety z pewnością mógłby udzielić doskonałej matczynej rady: "Matki ze złotymi gwiazdami wysyłają synów na wojnę - matka młodego mordercy w sądzie - w czerni - wstawiona tam przez adwokata syna - lis, ten porządny facet, dobry członek ławy przysięgłych". Kiedy Bruce był dzieckiem, mieszkał z matką i ojcem na tym samym piętrze hotelu w Old Harbor, gdzie później dostał pokój. Potem był pokój dla ojca i matki oraz mniejszy pokój dla niego. Łazienka znajdowała się na tym samym piętrze, kilka drzwi dalej. Miejsce mogło wyglądać tak samo jak teraz, ale Bruce'owi wydawało się bardzo obskurne. Pewnego dnia, gdy wrócił do Old Harbor i poszedł do hotelu, a kiedy pokazano mu jego pokój, zadrżał, myśląc, że kobieta, która zaprowadziła go na górę, zaprowadzi go do tego samego pokoju. Początkowo, gdy był sam w pokoju, pomyślał, że może to ten sam pokój, w którym mieszkał jako dziecko. W jego głowie huczało: "klik, klik", jak stary zegar w pustym domu. "O mój Boże! Zakręć się wokół różu, dobrze?". Powoli wszystko stawało się jasne. Zdecydował, że to nie ten pokój. Nie chciał, żeby tak było.
  Lepiej nie. Którejś nocy mogę się obudzić z płaczem za matką, pragnąc, by jej delikatne ramiona mnie przytuliły, a moja głowa spoczęła na jej delikatnej piersi. Kompleks matki - coś w tym stylu. Muszę spróbować uwolnić się od wspomnień. Jeśli mogę, tchnij nowy oddech w moje nozdrza. Taniec życia! Nie przestawaj. Nie wracaj. Zatańcz taniec do końca. Słuchaj, słyszysz muzykę?
  Kobieta, która wprowadziła go do pokoju, niewątpliwie była córką Kręconych Włosów. Poznał to po jej imieniu. Przytyła trochę, ale nosiła schludne ubrania. Jej włosy zdążyły już lekko posiwieć. Czy w głębi duszy wciąż była dzieckiem? Czy on chciał znów nim być? Czy to właśnie sprowadziło go z powrotem do Old Harbor? "Cóż, raczej nie" - powiedział sobie stanowczo. "Teraz leżę w innym łóżku".
  A co z tą kobietą, córką właściciela hotelu, która teraz sama pracuje jako właścicielka hotelu?
  Dlaczego nie znalazła mężczyzny? Może nie chciała. Może widziała zbyt wielu mężczyzn. On sam, jako dziecko, nigdy nie bawił się z dwójką dzieci z hotelu, bo dziewczynka go onieśmielała, gdy widział ją samą w holu, a poza tym, będąc dwa lub trzy lata starszy, sam też był nieśmiały.
  Rano, gdy był dzieckiem, nosił spodnie do kolan i mieszkał w hotelu z ojcem i matką, chodził do szkoły, zazwyczaj spacerując z ojcem, a po południu, gdy lekcje się kończyły, wracał sam. Ojciec zostawał w szkole do późna, poprawiając prace domowe lub robiąc coś w tym stylu.
  Późnym popołudniem, gdy pogoda dopisała, Bruce i jego matka poszli na spacer. Co robiła przez cały dzień? Nie było nic do gotowania. Zjedli obiad w hotelowej jadalni w towarzystwie podróżnych, rolników i mieszkańców miasta, którzy przyszli coś zjeść. Przyszło też kilku biznesmenów. Kolacja kosztowała wtedy dwadzieścia pięć centów. W wyobraźni chłopca nieustannie pojawiał się i znikał pochód dziwnych postaci. Było o czym fantazjować w tamtych czasach. Bruce był raczej milczącym chłopcem. Jego matka była tego samego typu. Ojciec Bruce'a przemawiał w imieniu rodziny.
  Co jego matka robiła całymi dniami? Dużo szyła. Robiła też koronki. Później, kiedy Bruce poślubił Bernice, jego babcia, z którą mieszkał po śmierci matki, przysłała jej mnóstwo koronek, które zrobiła jego matka. Były dość delikatne, trochę pożółkłe z upływem czasu. Bernice była zachwycona, gdy je dostała. Napisała do babci liścik, w którym wyraziła wdzięczność za ich przesłanie.
  Pewnego popołudnia, gdy chłopiec, mający wówczas trzydzieści cztery lata, wracał ze szkoły około czwartej, matka zabrała go na spacer. W tym czasie do Old Harbor regularnie przypływało kilka statków rzecznych, a kobieta z dzieckiem uwielbiała schodzić na tamę. Co za gwar! Ileż śpiewów, przekleństw i krzyków! Miasto, które spało cały dzień w parnej dolinie rzeki, nagle się obudziło. Wozy jechały chaotycznie po pagórkowatych ulicach, wzbijał się tuman kurzu, psy szczekały, chłopcy biegali i krzyczeli, wir energii przetoczył się przez miasto. Wydawało się, że to kwestia życia i śmierci, jeśli łódź nie zostanie zatrzymana na nabrzeżu w nieodpowiednim momencie. Łodzie rozładowywały towary, zabierały i wysadzały pasażerów w pobliżu ulicy pełnej małych sklepików i barów, które stały na terenie obecnie zajmowanym przez Fabrykę Szarych Kół. Sklepy wychodziły na rzekę, a za nimi biegła linia kolejowa, powoli, lecz nieubłaganie dusząc życie rzeki. Jakże nieromantyczne wydawały się kolej, widoczna rzeka i życie nad rzeką.
  Matka Bruce'a poprowadziła dziecko pochyłą ulicą do jednego z małych sklepików z widokiem na rzekę, gdzie zazwyczaj kupowała jakiś drobiazg: paczkę szpilek, igieł albo szpulkę nici. Potem ona i chłopiec usiedli na ławce przed sklepem, a do drzwi podszedł sklepikarz, żeby z nią porozmawiać. Był to schludny mężczyzna z siwym wąsem. "Chłopak lubi patrzeć na łodzie i rzekę, prawda, pani Stockton?" - powiedział. Mężczyzna i kobieta rozmawiali o upale późnego wrześniowego dnia i możliwości deszczu. Potem pojawił się klient, a mężczyzna zniknął w sklepie i już nie wyszedł. Chłopiec wiedział, że jego matka kupiła ten drobiazg w sklepie, ponieważ nie lubiła siedzieć na ławce przed sklepem bez wyświadczenia mu drobnej przysługi. Ta część miasta już się rozpadała. Życie handlowe miasta przeniosło się z dala od rzeki, odwróciło się od rzeki, gdzie kiedyś koncentrowało się całe miejskie życie.
  Kobieta i chłopiec siedzieli na ławce całą godzinę. Światło zaczęło słabnąć, a chłodny wieczorny wiatr wiał nad doliną rzeki. Jak rzadko ta kobieta się odzywała! Było oczywiste, że matka Bruce'a nie była zbyt towarzyska. Żona dyrektora szkoły mogła mieć mnóstwo znajomych w mieście, ale najwyraźniej ich nie potrzebowała. Dlaczego?
  Kiedy łódź przypływała lub odpływała, było bardzo ciekawie. Długi, szeroki, brukowany pomost opuszczano na pochyłą groblę, a czarni mężczyźni biegali lub truchtali wzdłuż łodzi z ciężarami na głowach i ramionach. Byli boso i często półnadzy. W upalne dni końca maja lub początku września, jakże ich czarne twarze, plecy i ramiona lśniły w świetle dnia! Była łódź, powoli płynące szare wody rzeki, zielone drzewa na brzegu Kentucky i kobieta siedząca obok chłopca - tak blisko, a jednocześnie tak daleko.
  Pewne rzeczy, wrażenia, obrazy i wspomnienia zakorzeniły się w umyśle chłopca. Pozostały tam po śmierci kobiety i jego dorosłości.
  Kobieta. Tajemnica. Miłość do kobiet. Pogarda dla kobiet. Jakie one są? Czy są jak drzewa? Do jakiego stopnia kobieta potrafi zgłębić tajemnicę życia, myśleć, czuć? Kochaj mężczyzn. Bierz kobiety. Dryfuj z upływem dni. To, że życie toczy się dalej, nie dotyczy ciebie. Dotyczy kobiet.
  Myśli mężczyzny niezadowolonego z życia, które widział, mieszały się z tym, co, jak sobie wyobrażał, musiał czuć chłopiec, siedząc nad rzeką z kobietą. Zanim dorósł na tyle, by rozpoznać w niej istotę podobną do siebie, umarła. Czy on, Bruce, w latach po jej śmierci, gdy dojrzewał do męskości, stworzył uczucie, którym ją żywił? Być może tak. Być może zrobił to, ponieważ Bernice nie wydawała się aż tak tajemnicza.
  Kochanek musi kochać. Taka jego natura. Czy ludzie tacy jak Sponge Martin, którzy byli robotnikami, żyli i czuli przez palce, postrzegali życie wyraźniej?
  Bruce wychodzi z fabryki z Gąbką w sobotni wieczór. Zima prawie się kończy, nadchodzi wiosna.
  Kobieta stoi za kierownicą samochodu przed bramą fabryki - żona Graya, właściciela fabryki. Inna kobieta siedzi na ławce obok syna, obserwując ruch koryta rzeki w wieczornym świetle. W umyśle człowieka kłębią się myśli, fantazje. Rzeczywistość życia jest w tej chwili zamglona. Głód zasiewu, głód ziemi. Grupa słów, splątana w pajęczynie umysłu, przeniknęła do jego świadomości, formując słowa na jego ustach. Podczas gdy Sponge mówił, Bruce i kobieta w samochodzie spojrzeli sobie w oczy na chwilę.
  Słowa, które w tamtej chwili krążyły w głowie Bruce'a, pochodziły z Biblii. "I Juda rzekł do Onana: "Idź do żony swego brata i dopełnij jej małżeństwa, a będziesz miał potomstwo dla swego brata"".
  Cóż za dziwny miszmasz słów i myśli. Bruce nie widział Bernice od miesięcy. Czy naprawdę szukał teraz innej kobiety? Dlaczego kobieta w samochodzie wyglądała na tak przestraszoną? Czy zawstydził ją, patrząc na nią? Ale ona patrzyła na niego. W jej oczach malował się wyraz, jakby miała z nim rozmawiać, robotnica w fabryce męża. Słuchał Sponge'a.
  Bruce szedł obok SpongeBoba, nie oglądając się za siebie. "Co za cudo z tej Biblii!" Była to jedna z niewielu książek, których Bruce nigdy nie miał dość. Kiedy był chłopcem, a potem zmarła jego matka, jego babcia zawsze miała książkę o czytaniu Nowego Testamentu, ale on czytał Stary Testament. Historie - mężczyźni i kobiety w relacji do siebie - pola, owce, uprawa zbóż, głód, który nawiedził kraj, nadchodzące lata obfitości. Józef, Dawid, Saul, Samson, siłacz - miód, pszczoły, stodoły, bydło - mężczyźni i kobiety idący do stodół, żeby położyć się na klepisku. "Kiedy ją zobaczył, pomyślał, że jest nierządnicą, bo zasłoniła twarz". I przybył do swoich strzygaczy owiec w Timorat, on i jego przyjaciel Adullamita Hirah.
  "I zwrócił się do niej na drodze i rzekł: "Chodź, pozwól mi wejść do ciebie"."
  I dlaczego ten młody Żyd w redakcji chicagowskiej gazety nie przeczytał książki swojego ojca? Wtedy nie byłoby takiego szumu.
  Gąbka na stercie trocin w dolinie rzeki Ohio obok swojej staruszki - staruszki, która była tak żywa jak foksterier.
  Kobieta w samochodzie patrzy na Bruce'a.
  Robotnik, niczym Gąbka, widział, dotykał i smakował rzeczy palcami. Choroba życia zrodziła się, ponieważ ludzie oddalali się od swoich rąk, a także od swoich ciał. Rzeczy są odczuwalne całym ciałem - rzeki - drzewa - niebo - wzrost trawy - uprawę zboża - statki - ruch nasion w ziemi - ulice miasta - kurz na ulicach miasta - stal - żelazo - drapacze chmur - twarze na ulicach miasta - ciała mężczyzn - ciała kobiet - szybkie, smukłe ciała dzieci.
  Ten młody Żyd z redakcji gazety w Chicago wygłasza błyskotliwą mowę - unosi łóżko. Bernice pisze historię o poecie i woskowej kobiecie, a Tom Wills beszta młodego Żyda. "Boi się swojej kobiety".
  Bruce opuszcza Chicago i spędza tygodnie na rzece i na nabrzeżach Nowego Orleanu.
  Myśli o matce - myśli chłopca o matce. Człowiek taki jak Bruce mógł mieć setki różnych myśli, idąc dziesięć kroków obok robotnika o imieniu Sponge Martin.
  Czy Sponge zauważył niewielką lukę między nim - Bruce"em - a kobietą w samochodzie? Wyczuł ją, być może przez palce.
  "Podobała ci się ta kobieta. Lepiej uważaj" - powiedział Sponge.
  Bruce się uśmiechnął.
  Więcej myśli o matce podczas spaceru z Sponge'em. Sponge'owi coś się śniło. Nie wspomniał o kobiecie w samochodzie. Może to była po prostu uprzedzenie robotnika. Robotnicy tacy byli; myśleli o kobietach tylko w jeden sposób. Było coś przerażająco prozaicznego w robotnikach. Najprawdopodobniej większość ich obserwacji to były kłamstwa. De dum dum dum! De dum dum dum!
  Bruce pamiętał, a raczej myślał, że pamięta, pewne rzeczy o swojej matce, a po powrocie do Old Harbor gromadziły się one w jego umyśle. Noce w hotelu. Po kolacji i w pogodne noce on i jego matka z ojcem siadali z nieznajomymi, podróżnikami i innymi osobami przed drzwiami hotelu, a potem Bruce kładł się spać. Czasami dyrektor szkoły wdawał się w dyskusję z mężczyzną. "Czy cło ochronne to dobra rzecz? Nie sądzisz, że za bardzo podniesie ceny? Każdy, kto znajdzie się pomiędzy, zostanie zmiażdżony między górnym a dolnym kamieniem młyńskim".
  Czym jest dolny kamień młyński?
  Ojciec i matka rozeszli się do swoich pokoi: mężczyzna czytał zeszyty, a kobieta książkę. Czasami szyła. Potem kobieta weszła do pokoju chłopca i pocałowała go w oba policzki. "A teraz idź spać" - powiedziała. Czasami, po tym jak poszedł spać, jego rodzice wychodzili na spacer. Dokąd poszli? Czy poszli usiąść na ławce pod drzewem przed sklepem, na ulicy z widokiem na rzekę?
  Rzeka, nieustannie płynąca, była ogromna. Nigdy nie wydawała się spieszyć. Po chwili połączyła się z inną rzeką, Missisipi, i popłynęła na południe. Płynęła coraz bardziej. Kiedy leżał w łóżku, rzeka zdawała się przelewać nad głową chłopca. Czasami wiosennymi nocami, gdy mężczyzna i kobieta byli poza domem, padał nagły deszcz, a on wstawał z łóżka i podchodził do otwartego okna. Niebo było ciemne i tajemnicze, ale patrząc w dół z pokoju na drugim piętrze, można było dostrzec radosny widok ludzi spieszących ulicą, ulicą w kierunku rzeki, kryjących się w drzwiach i wyjściach, by uciec przed deszczem.
  W inne noce w łóżku była tylko ciemna przestrzeń między oknem a niebem. Mężczyźni mijali się korytarzem za jego drzwiami - wędrowni mężczyźni, szykujący się do snu - większość z nich to ciężkonodzy, otyli mężczyźni.
  W jakiś sposób wyobrażenie Bruce'a o matce pomieszało się z jego uczuciami do rzeki. Doskonale zdawał sobie sprawę, że to wszystko było w jego głowie istnym chaosem. Matka Missisipi, Matka Ohio, prawda? Oczywiście, to wszystko było bzdurą. "Poeta w łóżeczku" - powiedziałby Tom Wills. To była symbolika: poza kontrolą, mówiąc jedno, a mając na myśli co innego. A jednak mogło w tym być coś - coś, co Mark Twain prawie zrozumiał, ale nie odważył się spróbować - początek jakiejś wielkiej kontynentalnej poezji, co? Ciepłe, duże, bogate rzeki płynące w dół - Matka Ohio, Matka Missisipi. Kiedy zaczniesz być mądry, będziesz musiał pilnować takiego łóżeczka. Uważaj, bracie, jeśli powiesz to na głos, jakiś przebiegły mieszczuch może cię wyśmiać. Tom Wills warczy: "Och, daj spokój!". Kiedy byłeś chłopcem, siedząc i patrząc na rzekę, coś się pojawiło, ciemna plama daleko w oddali. Widziałeś, jak powoli tonie, ale było tak daleko, że nie mogłeś dostrzec, co to jest. Nasączone wodą kłody co jakiś czas unosiły się, stercząc tylko jednym końcem, jak u pływającej osoby. Być może to był pływak, ale oczywiście to nie mogło być to. Mężczyźni nie pływają mil i mil w dół Ohio, ani mil i mil w dół Missisipi. Kiedy Bruce był dzieckiem, siedząc na ławce i obserwując, przymykał oczy, a jego matka, siedząca obok niego, robiła to samo. Później, gdy był dorosłym mężczyzną, okaże się, czy on i jego matka mieli te same myśli w tym samym czasie. Być może myśli, które Bruce później wyobrażał sobie jako dziecko, nigdy w ogóle mu nie przyszły do głowy. Fantazja była skomplikowaną rzeczą. Za pomocą wyobraźni człowiek próbował połączyć się z innymi w jakiś tajemniczy sposób.
  Patrzyłeś, jak kłoda kołysze się i podskakuje. Teraz była zwrócona w twoją stronę, niedaleko brzegu Kentucky, gdzie wiał powolny, silny prąd.
  A teraz zaczęło robić się coraz mniejsze i mniejsze. Jak długo można było utrzymać je w polu widzenia na szarym tle wody, małe, czarne stworzenie, które stawało się coraz mniejsze i mniejsze? Stało się to testem. Potrzeba była straszna. Czego potrzeba? Utkwić wzrok w dryfującej, unoszącej się czarnej plamie na poruszającej się żółto-szarej powierzchni, utrzymać wzrok nieruchomo tak długo, jak to możliwe.
  Co robili mężczyźni i kobiety, siedząc na ławce na zewnątrz w ponury wieczór, wpatrując się w ciemniejącą rzekę? Co widzieli? Dlaczego musieli robić razem tak absurdalną rzecz? Kiedy ojciec i matka dziecka spacerowali samotnie nocą, czy było w nich coś podobnego? Czy naprawdę zaspokajali jakąś potrzebę w tak dziecinny sposób? Kiedy wracali do domu i kładli się spać, czasami rozmawiali cicho, a czasami milczeli.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUNASTY
  
  Kolejne dziwne wspomnienie Bruce'a, spacer ze Sponge'em. Kiedy opuścił Old Harbor i udał się z ojcem i matką do Indianapolis, popłynęli statkiem do Louisville. Bruce miał wtedy dwanaście lat. Jego wspomnienie tego wydarzenia może być bardziej wiarygodne. Wstali wcześnie rano i poszli na nabrzeże do szopy. Było tam dwóch innych pasażerów, dwóch młodych mężczyzn, najwyraźniej niemieszkańców Old Harbor. Kim oni byli? Pewne postacie, widziane w pewnych okolicznościach, na zawsze pozostają wyryte w pamięci. Jednak traktowanie takich rzeczy zbyt poważnie to trudna sprawa. Mogłoby to prowadzić do mistycyzmu, a amerykański mistyk byłby czymś absurdalnym.
  Ta kobieta w samochodzie pod bramą fabryki, ten, który Bruce i Sponge właśnie minęli. Dziwne, że Sponge wiedział, że jest jakieś przejście między nią a Brucem. Nie szukał go.
  Dziwne byłoby również, gdyby matka Bruce'a zawsze nawiązywała takie kontakty, ukrywając o tym zarówno ich, jak i swojego mężczyznę - ojca Bruce'a.
  Ona sama mogła o tym nie wiedzieć, przynajmniej nie świadomie.
  Ten dzień z dzieciństwa, spędzony nad rzeką, był bez wątpienia bardzo żywym wspomnieniem Bruce'a.
  Oczywiście Bruce był wtedy dzieckiem, a dla dziecka przygoda związana z przeprowadzką do nowego miejsca jest czymś niesamowitym.
  Co będzie widoczne w nowym miejscu, jacy będą tam ludzie, jaki rodzaj życia będzie się tam odbywał?
  Dwóch młodych mężczyzn, którzy wsiedli na łódź tego ranka, kiedy on wraz z matką i ojcem opuścił Old Harbor, stało przy relingu na górnym pokładzie, rozmawiając, gdy łódź wypływała na rzekę. Jeden z nich był dość krępym, barczystym mężczyzną o czarnych włosach i dużych dłoniach. Palił fajkę. Drugi był szczupły i miał mały czarny wąsik, który nieustannie głaskał.
  Bruce siedział z ojcem i matką na ławce. Ranek minął. Pasażerowie wsiedli, a towary zostały rozładowane. Dwoje młodych pasażerów spacerowało dalej, śmiejąc się i rozmawiając szczerze, a dziecko miało wrażenie, że jedno z nich, szczupły mężczyzna, miało jakąś więź z matką. Jakby mężczyzna i kobieta znali się kiedyś, a teraz wstydzili się znaleźć w tej samej sytuacji. Kiedy mijali ławkę, na której siedzieli Stocktonowie, szczupły mężczyzna spojrzał nie na nich, ale na rzekę. Bruce poczuł nieśmiałą, chłopięcą potrzebę, by zawołać go. Był pochłonięty młodym mężczyzną i jego matką. Jak młodo wyglądała tego dnia - jak dziewczynka.
  Отец Брюса долго разговаривал с капитаном лодки, который хвастался своими впечатлениями, полученными в первые дни на реке. Он говорил о черных матросах: "Тогда мы владели imi, как и многими лошадьми, но нам приходилось заботиться о них, как о лошадях. Именно после войны мы начали получать от них максимальную выгоду. Понимаете, они все равно были нашей собственностью, но мы не могли их продать i всегда могли получить все, что хотели. Ниггеры любят реку. Вы не сможете удержать ниггера подальше от реки. Раньше мы получали их за пять или шесть долларов в месяц и не платили iм этого, если не хотели. Почему мы должны это делать? Если негр становился геем, мы сбрасывали его в реку. В те времена никто никогда не наводил справки о пропавшем ниггере.
  Kapitan i nauczyciel przeszli do innej części łodzi, a Bruce został sam z matką. W jego pamięci - po śmierci - pozostała szczupłą, raczej drobną kobietą o słodkiej, poważnej twarzy. Prawie zawsze była cicha i powściągliwa, ale czasami - rzadko - jak tamtego dnia na łodzi, stawała się dziwnie żywa i energiczna. Tego popołudnia, gdy chłopiec zmęczył się bieganiem po łodzi, poszedł znowu do niej usiąść. Zapadł wieczór. Za godzinę mieli zacumować w Louisville. Kapitan zaprowadził ojca Bruce'a do sterówki. Dwóch młodych mężczyzn stanęło obok Bruce'a i jego matki. Łódź zbliżyła się do nabrzeża, ostatniego przystanku przed dotarciem do miasta.
  Plaża była długa, łagodnie opadająca, z kamieniami ułożonymi w mule nabrzeża rzeki, a miasteczko, w którym się zatrzymali, było bardzo podobne do Old Harbor, tylko trochę mniejsze. Musieli rozładować wiele worków ze zbożem, a Murzyni biegali tam i z powrotem po nabrzeżu, śpiewając przy tym.
  Dziwne, niepokojące nuty wydobywały się z gardeł obdartych czarnych mężczyzn biegających tam i z powrotem po doku. Słowa były chwytane, miotane, zalegały w ich gardłach. Miłośnicy słów, miłośnicy dźwięków - czarni wydawali się zachowywać swój ton w jakimś ciepłym miejscu, być może pod swoimi czerwonymi językami. Ich grube wargi były ścianami, pod którymi krył się ton. Nieświadoma miłość do rzeczy nieożywionych utracona przez białych - niebo, rzekę, płynącą łódź - czarny mistycyzm - nigdy nie wyrażany inaczej niż w pieśni lub ruchach ciał. Ciała czarnych robotników należały do siebie nawzajem, jak niebo należy do rzeki. Daleko w dole rzeki, gdzie niebo było rozpryskane na czerwono, dotykało koryta rzeki. Dźwięki z gardeł czarnych robotników dotykały się, pieściły. Na pokładzie łodzi stał czerwonolicy marynarz, przeklinając, jakby do nieba i rzeki.
  Chłopiec nie rozumiał słów wydobywających się z gardeł czarnych robotników, ale były one potężne i piękne. Później, wspominając tę chwilę, Bruce zawsze przypominał sobie śpiewające głosy czarnych marynarzy jako kolory. Strumienie czerwieni, brązów i złotych żółci wystrzeliwały z czarnych gardeł. Poczuł w sobie dziwne podniecenie, a jego matka, siedząca obok niego, również była podekscytowana. "Och, moje maleństwo! Och, moje maleństwo!" Dźwięki zostały złapane i zawisły w czarnych gardłach. Nuty rozpadły się na ćwierćnuty. Słowa, jako znaczenie, są nieistotne. Być może słowa zawsze były nieważne. Były dziwne słowa o "piesie banjo". Czym jest "pies banjo"?
  "Och, mój piesku banjo! Och, och, och, och, och, och, mój piesku banjo!
  Brązowe ciała biegnące, czarne ciała biegnące. Ciała wszystkich mężczyzn biegnących w górę i w dół molo były jednym ciałem. Nie mógł ich odróżnić. Byli w sobie zagubieni.
  Czy ciała ludzi, których tak wiele stracił, mogły być w sobie? Matka Bruce'a wzięła chłopca za rękę i ścisnęła ją mocno i serdecznie. Obok niego stał szczupły młody mężczyzna, który wszedł do łodzi tego ranka. Czy wiedział, co matka i chłopiec czuli w tamtej chwili, i czy chciał być ich częścią? Z pewnością przez cały dzień, gdy łódź płynęła w górę rzeki, coś było między kobietą a mężczyzną, coś, czego oboje byli tylko w połowie świadomi. Nauczyciel nie wiedział, ale chłopiec i towarzysz szczupłego młodzieńca tak. Czasami, długo po tym wieczorze, myśli przychodzą do głowy mężczyźnie, który kiedyś był chłopcem na łodzi z matką. Przez cały dzień, gdy mężczyzna błąkał się po łodzi, rozmawiał ze swoim towarzyszem, ale w głębi duszy wołał kobietę z dzieckiem. Coś w nim ruszyło w stronę kobiety, gdy słońce chyliło się ku zachodniemu horyzontowi.
  Teraz wieczorne słońce zdawało się zachodzić za rzekę daleko na zachodzie, a niebo było różowoczerwone.
  Dłoń młodego mężczyzny spoczywała na ramieniu towarzysza, ale jego twarz była zwrócona w stronę kobiety i dziecka. Twarz kobiety była czerwona jak wieczorne niebo. Nie patrzyła na młodzieńca, lecz w bok, na drugą stronę rzeki. Wzrok chłopca przesunął się z twarzy młodzieńca na twarz matki. Dłoń matki mocno go zacisnęła.
  Bruce nigdy nie miał braci ani sióstr. Może jego matka chciała mieć więcej dzieci? Czasami, długo po tym, jak opuścił Bernice, gdy żeglował po Missisipi w otwartej łodzi, zanim pewnej nocy, gdy wyszedł na brzeg, stracił łódź w burzy, działy się dziwne rzeczy. Wyrzucił łódź gdzieś pod drzewo i położył się na trawie przy brzegu. Przed jego oczami rozciągała się pusta rzeka, pełna duchów. Był na wpół śpiący, na wpół rozbudzony. Fantazje wypełniały jego umysł. Zanim burza się rozpętała i porwała jego łódź, leżał długo w ciemności nad wodą, przeżywając na nowo kolejny wieczór nad rzeką. Dziwność i cudowność rzeczy w naturze, które znał jako chłopiec, a które później jakoś utracił, sens utracony w życiu w mieście i poślubieniu Bernice - czy kiedykolwiek je odzyska? Była dziwność i cudowność drzew, nieba, ulic miasta, czarno-białych ludzi - budynków, słów, dźwięków, myśli, fantazji. Być może fakt, że biali ludzie tak szybko odnieśli sukces w życiu, mając gazety, reklamy, wielkie miasta, inteligentne i bystre umysły, rządzące światem, kosztował ich więcej, niż zyskali. Niewiele osiągnęli.
  Młody mężczyzna, którego Bruce zobaczył kiedyś na statku płynącym rzeką Ohio, gdy jako chłopiec podróżował w górę rzeki z matką i ojcem - czy tamtego wieczoru był w jakikolwiek sposób podobny do mężczyzny, którym Bruce miał się później stać? Byłoby to dziwne odwrócenie umysłu, gdyby ten młody mężczyzna nigdy nie istniał, gdyby chłopiec go wymyślił. Załóżmy, że po prostu wymyślił go później - w jakiś sposób - by wytłumaczyć sobie swoją matkę, by zbliżyć się do kobiety, swojej matki. Wspomnienie mężczyzny o kobiecie, swojej matce, również może być fikcją. Umysł taki jak Bruce szukał wyjaśnień na wszystko.
  Na łodzi płynącej rzeką Ohio szybko zbliżał się wieczór. Na klifie wznosiło się miasteczko, z którego wysiadło trzech lub czterech mężczyzn. Murzyni nadal skandowali, biegali i tańczyli tam i z powrotem wzdłuż nabrzeża. Rozpadająca się chata, do której przywiązane były dwa schorowane konie, sunęła ulicą w kierunku miasteczka na klifie. Na brzegu stali dwaj biali mężczyźni. Jeden był niski i zwinny, trzymał księgę rachunkową. Sprawdzał worki ze zbożem, które wynoszono na brzeg. "Sto dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery".
  "Och, mój piesek banjo! Och, ho! Och, ho!
  Drugi biały mężczyzna na brzegu był wysoki i chudy, z dzikim spojrzeniem w oczach. Głos kapitana, zwracając się do ojca Bruce'a w sterówce lub na górnym pokładzie, był wyraźny w nieruchomym wieczornym powietrzu. "On jest szalony". Drugi biały mężczyzna na brzegu siedział na grobli, z kolanami podciągniętymi pod ramiona. Jego ciało kołysało się powoli w przód i w tył w rytm śpiewu Murzynów. Mężczyzna miał jakiś wypadek. Na jego długim, chudym policzku widniało rozcięcie, a krew spływała po brudnej brodzie i tam zasychała. Maleńka smuga czerwieni była ledwo widoczna na tle czerwonego nieba na zachodzie, niczym ognista smuga, którą chłopiec widział, patrząc w dół rzeki w stronę zachodzącego słońca. Ranny mężczyzna był ubrany w łachmany, z rozchylonymi, grubymi wargami, jak wargi Murzynów, gdy śpiewali. Jego ciało się kołysało. Ciało szczupłego młodego mężczyzny na łodzi, próbującego prowadzić rozmowę ze swoim towarzyszem, mężczyzną o szerokich ramionach, zachwiało się niemal niezauważalnie. Ciało kobiety, matki Bruce'a, zachwiało się.
  Wieczorem chłopcu w łódce wydawało się, że cały świat, niebo, łódź, brzeg cofający się w zapadającą ciemność drżą od głosów śpiewających czarnoskórych.
  Czy to wszystko mogło być tylko fantazją, kaprysem? Czy to możliwe, że jako chłopiec zasnął na łódce, trzymając się za rękę matki, i że mu się to wszystko przyśniło? Na wąskopokładowym statku rzecznym było gorąco przez cały dzień. Szara woda płynąca obok łódki ukołysała chłopca do snu.
  Co wydarzyło się między drobną kobietą siedzącą w milczeniu na pokładzie łodzi a młodym mężczyzną z malutkim wąsikiem, który spędził cały dzień rozmawiając z przyjacielem, ani razu nie zwracając się do kobiety? Co mogło się wydarzyć między ludźmi, o których nikt nic nie wiedział i o których oni sami wiedzieli niewiele?
  Kiedy Bruce szedł obok Sponge Martina i minął kobietę siedzącą w samochodzie, a coś - jakiś błysk - między nimi przemknęło - co to mogło oznaczać?
  Tego dnia, na statku rzecznym, matka Bruce'a odwróciła się do młodego mężczyzny, choć chłopiec obserwował ich oboje. Jakby nagle się na coś zgodziła - może na pocałunek.
  
  Nikt o tym nie wiedział, poza chłopcem i być może szalonym, dziwacznym pomysłem - szaleńcem siedzącym na nabrzeżu, wpatrującym się w łódź grubymi, opadniętymi wargami. "Jest w trzech czwartych biały, w jednej czwartej Murzyn i od dziesięciu lat jest szalony" - wyjaśnił głos kapitana nauczycielowi na pokładzie powyżej.
  Szaleniec siedział skulony na brzegu, na szczycie tamy, dopóki łódź nie odbiła od cum, po czym podniósł się na nogi i krzyknął. Kapitan później powiedział, że robił tak za każdym razem, gdy łódź cumowała w mieście. Według kapitana mężczyzna był nieszkodliwy. Szaleniec, ze smugą czerwonej krwi na policzku, podniósł się na nogi, wyprostował i przemówił. Jego ciało przypominało pień martwego drzewa rosnącego na szczycie tamy. Być może było tam martwe drzewo. Chłopiec mógł zasnąć i przyśniło mu się to wszystko. Czuł dziwne przyciąganie do szczupłego młodego mężczyzny. Mógł chcieć młodego mężczyzny blisko siebie i pozwolić swojej wyobraźni przyciągnąć go bliżej poprzez ciało kobiety, jego matki.
  Jakże podarte i brudne były ubrania szaleńca! Młoda kobieta na pokładzie i szczupły młody mężczyzna wymienili pocałunek. Szaleniec krzyknął coś. "Trzymajcie się na powierzchni! Trzymajcie się na powierzchni!", krzyknął, a wszyscy czarni na dole, na dolnym pokładzie łodzi, ucichli. Ciało wąsatego młodzieńca drżało. Ciało kobiety drżało. Ciało chłopca drżało.
  "Dobrze" - zawołał głos kapitana. "W porządku. Damy sobie radę".
  "On jest po prostu niegroźnym szaleńcem, przychodzi za każdym razem, gdy przypływa jakaś łódź i zawsze coś takiego krzyczy" - wyjaśnił kapitan ojcu Bruce"a, gdy łódź rzuciła się w nurt.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYNASTY
  
  Sobota wieczór - A obiad już na stole. Staruszka gotuje obiad - co!
  
  Podnieś patelnię, opuść pokrywę,
  Mama upiecze mi wyrośnięty chleb!
  
  I nie dam ci ani jednego cukierka.
  I nie dam ci ani jednego cukierka.
  
  Był sobotni wieczór wczesną wiosną w Old Harbor w stanie Indiana. W powietrzu unosiła się pierwsza słaba obietnica gorących, wilgotnych letnich dni. Na nizinach w górę i w dół rzeki od Old Harbor, wody powodziowe wciąż pokrywały głębokie, płaskie pola. Ciepła, żyzna ziemia, gdzie rosły drzewa, gdzie rosły lasy, gdzie rosła kukurydza. Całe imperium Ameryki Środkowej, smagane częstymi i pysznymi deszczami, wielkie lasy, prerie, gdzie wczesnowiosenne kwiaty rosły jak dywan, kraina wielu rzek płynących do brązowej, powolnej, silnej Matki Rzeki, kraina, gdzie można było żyć i kochać się. Taniec. Dawno, dawno temu Indianie tam tańczyli, tam ucztowali. Rozrzucali wiersze jak nasiona na wietrze. Nazwy rzek, nazwy miast. Ohio! Illinois! Keokuk! Chicago! Illinois! Michigan!
  W sobotni wieczór, gdy Sponge i Bruce odłożyli pędzle i opuścili fabrykę, Sponge nadal namawiał Bruce'a, żeby przyszedł do niego na niedzielny obiad. "Nie masz staruszki. Moja staruszka lubi, jak tu jesteś.
  W sobotni wieczór Sponge był w figlarnym nastroju. W niedzielę objadał się smażonym kurczakiem, puree ziemniaczanym, sosem drobiowym i ciastem. Potem wyciągał się na podłodze przy drzwiach wejściowych i zasypiał. Jeśli Bruce przychodził, jakimś cudem udawało mu się zdobyć butelkę whisky, a Sponge musiał ją kilka razy taszczyć. Po tym, jak Bruce brał kilka łyków, Sponge i jego staruszka kończyli jazdę. Potem staruszka siadała w bujanym fotelu, śmiejąc się i drażniąc Sponge'a. "Nie jest już taki dobry - nie dostaje soku. Pewnie poluje na młodszego mężczyznę - takiego jak ty, na przykład" - powiedziała, puszczając oko do Bruce'a. Sponge śmiał się i tarzał po podłodze, od czasu do czasu chrząkając jak tłusty, czysty stary świniak. "Dałam ci dwójkę dzieci. Co ci jest?"
  - Czas pomyśleć o łowieniu ryb - jakaś wypłata - niedługo, co, stara kobieto?
  Na stole stały nieumyte naczynia. Dwie starsze osoby spały. Gąbka przyciskała jej ciało do otwartych drzwi, staruszka w bujanym fotelu. Miała otwarte usta. Miała protezę na górnej szczęce. Muchy wlatywały przez otwarte drzwi i siadały na stole. Nakarm je, bo latają! Zostało dużo smażonego kurczaka, dużo sosu, dużo puree ziemniaczanego.
  Bruce domyślił się, że naczynia zostały nieumyte, bo Sponge chciał pomóc w sprzątaniu, ale ani on, ani staruszka nie chcieli, żeby inny mężczyzna zobaczył go pomagającego kobiecie. Bruce wyobrażał sobie ich rozmowę jeszcze przed przybyciem. "Słuchaj, staruszko, zostawiłaś ich samych z naczyniami. Poczekaj, aż on wyjdzie".
  Gubka był właścicielem starego, ceglanego domu, niegdyś stajni, niedaleko brzegu rzeki, gdzie strumień skręcał na północ. Linia kolejowa przebiegała obok drzwi jego kuchni, a przed domem, bliżej brzegu wody, znajdowała się polna droga. Podczas wiosennych powodzi droga czasami była zalewana i Gubka musiał przedzierać się przez wodę, żeby dotrzeć do torów.
  Droga gruntowa kiedyś była główną drogą prowadzącą do miasta, stała przy niej tawerna i dyliżans, ale mała, murowana stajnia, którą Sponge kupił za niską cenę i przerobił na dom - gdy był młodym mężczyzną, który właśnie się ożenił - była jedynym śladem dawnej świetności tego miejsca na drodze.
  Pięć lub sześć kur i kogut szły drogą pełną głębokich kolein. Niewiele samochodów przejeżdżało tą trasą, a podczas gdy inne spały, Bruce ostrożnie przestąpił ciało Sponge'a i wyszedł z miasta drogą. Po przejściu pół mili i opuszczeniu miasta, droga skręcała od rzeki w stronę wzgórz i właśnie w tym miejscu nurt gwałtownie spadał na brzeg. Droga mogła tam spaść do rzeki i w takich momentach Bruce lubił siadać na kłodzie na brzegu i patrzeć w dół. Spadek wynosił około dziesięciu stóp, a nurt wciąż podmywał brzegi. Kłody i konary, niesione przez nurt, prawie dotykały brzegu, zanim zostały zmyte z powrotem na środek rzeki.
  To było miejsce, gdzie można było usiąść, pomarzyć i pomyśleć. Kiedy zmęczył się rzeką, ruszył w góry, wracając do miasta wieczorem nową drogą, która prowadziła prosto przez wzgórza.
  Gąbka w sklepie tuż przed gwizdkiem w sobotnie popołudnie. Był człowiekiem, który pracował, jadł i spał całe życie. Kiedy Bruce pracował dla gazety w Chicago, pewnego popołudnia wychodził z redakcji z poczuciem niezadowolenia i pustki. Często on i Tom Wills szli siedzieć w jakiejś ciemnej uliczce. Po drugiej stronie rzeki, na North Side, było miejsce, gdzie można było kupić przemyt whisky i wino. Siedzieli i pili przez dwie lub trzy godziny w małym, ciemnym lokalu, podczas gdy Tom warczał.
  "Co to za życie dla dorosłego, który porzuca swoje łóżka i wysyła innych, żeby zbierali plotki o miejskich skandalach - Żyd ozdabia to barwnymi słowami".
  Choć był stary, Sponge nie wyglądał na zmęczonego po skończonej pracy, ale gdy tylko wrócił do domu i zjadł, chciał spać. Całą niedzielę, po niedzielnym obiedzie, w południe, spał. Czy człowiek ten był całkowicie zadowolony z życia? Czy praca, żona, dom, w którym mieszkał, łóżko, w którym spał, dawały mu satysfakcję? Czy nie miał snów, czy nie szukał niczego, czego nie mógł znaleźć? Kiedy obudził się pewnego letniego poranka po nocy spędzonej na stercie trocin nad rzeką ze swoją staruszką, jakie myśli przychodziły mu do głowy? Czy to możliwe, że dla Sponge'a jego staruszka była jak rzeka, jak niebo nad nią, jak drzewa na odległym brzegu rzeki? Czy była dla niego faktem natury, czymś, o co nie zadawało się pytań, jak narodziny i śmierć?
  Bruce uznał, że starzec niekoniecznie był z siebie zadowolony. Nie miało znaczenia, czy był zadowolony, czy nie. Miał w sobie coś z pokory, jak Tom Wills, i cenił kunszt własnych rąk. To dawało mu poczucie spokoju w życiu. Tom Wills polubiłby tego człowieka. "Ma coś dla ciebie i dla mnie" - powiedziałby Tom.
  Jeśli chodzi o jego staruszkę, zdążył się do niej przyzwyczaić. W przeciwieństwie do wielu żon robotników, nie wyglądała na wyczerpaną. Być może dlatego, że zawsze miała dwójkę dzieci, ale mogło to być również z innego powodu. Była praca do wykonania, a jej mężczyzna potrafił ją wykonać lepiej niż większość mężczyzn. On spoczywał w tym przekonaniu, a jego żona spoczywała w nim. Mężczyzna i kobieta pozostawali w granicach swoich sił, poruszając się swobodnie w małym, ale precyzyjnym kręgu życia. Staruszka była dobrą kucharką i lubiła od czasu do czasu spacerować z Gąbką - z godnością nazywali to "wyprawami na ryby". Była silną, żylastą istotą i nigdy nie miała dość życia - ze Gąbką, swoim mężem.
  Zadowolenie lub niezadowolenie z życia nie miało nic wspólnego z Sponge Martinem. W sobotnie popołudnie, gdy on i Bruce szykowali się do wyjścia, rozłożył ręce i oznajmił: "Sobotni wieczór i kolacja na stole. To najszczęśliwszy czas w życiu człowieka pracy". Czy Bruce pragnął czegoś bardzo podobnego do tego, co dostał Sponge Martin? Może zostawił Bernice tylko dlatego, że nie wiedziała, jak z nim współpracować. Nie chciała z nim współpracować. Czego chciała? No cóż, zignorować ją. Bruce myślał o niej cały dzień, o niej i swojej matce, o tym, co pamiętał o swojej matce.
  Całkiem możliwe, że ktoś taki jak Sponge nie chodził tak jak on, z wirującym umysłem, dryfującymi fantazjami, czując się uwięzionym i nigdy nieoswobodzonym. Większość ludzi musiała po pewnym czasie dotrzeć do miejsca, gdzie wszystko stanęło w miejscu. Drobne strzępki myśli krążyły im po głowach. Nic zorganizowanego. Myśli błądziły coraz dalej i dalej.
  Kiedyś, jako chłopiec, zobaczył kłodę kołyszącą się na brzegu rzeki. Cofała się coraz bardziej, aż stała się maleńką czarną plamką. Potem zniknęła w bezkresnej, płynnej szarości. Nie zniknęła nagle. Gdy wpatrywałeś się w nią uważnie, próbując sprawdzić, jak długo zdołasz ją utrzymać w zasięgu wzroku, wtedy...
  Czy to tam było? Było! Nie było! Było! Nie było!
  Psikus umysłu. Załóżmy, że większość ludzi nie żyła i nie zdawała sobie z tego sprawy. Za życia przez twój umysł przepływał strumień myśli i fantazji. Może gdybyś trochę uporządkował te myśli i fantazje, sprawił, że zadziałają poprzez twoje ciało, uczyniłbyś je częścią siebie...
  Wtedy można by ich użyć - być może tak, jak Sponge Martin używał pędzla. Można by je nałożyć na coś, tak jak Sponge Martin nakładałby lakier. Załóżmy, że mniej więcej jedna osoba na milion faktycznie posprzątała choć trochę. Co to by oznaczało? Jaki byłby taki człowiek?
  Czy byłby Napoleonem, Cezarem?
  Raczej nie. To byłoby zbyt kłopotliwe. Gdyby został Napoleonem lub Cezarem, musiałby cały czas myśleć o innych, próbować ich wykorzystywać, próbować ich obudzić. Cóż, nie, nie próbowałby ich obudzić. Gdyby się obudzili, byliby tacy jak on. "Nie podoba mi się, jaki chudy i głodny wygląda. Za dużo myśli". Coś w tym stylu, prawda? Napoleon lub Cezar musieliby dawać innym zabawki do zabawy, armie do podboju. Musiałby się wystawić na pokaz, mieć bogactwo, nosić piękne ubrania, wzbudzać zazdrość, sprawiać, że wszyscy chcieliby być tacy jak on.
  Bruce dużo myślał o Sponge'u, kiedy pracował obok niego w sklepie, kiedy szedł obok niego na ulicy, kiedy widział go śpiącego na podłodze jak świnia albo pies po obżarciu się jedzeniem, które przygotowała jego stara. Sponge stracił swój warsztat lakierniczy powozów nie z własnej winy. Było za mało powozów do malowania. Później mógł otworzyć warsztat lakierniczy samochodów, gdyby chciał, ale prawdopodobnie był na to za stary. Nadal malował koła, opowiadając o czasach, kiedy miał warsztat, jedzeniu, spaniu, upijaniu się. Kiedy on i jego stara byli trochę pijani, wydawała mu się dzieckiem i przez jakiś czas sam się tym dzieckiem stał. Jak często? Około cztery razy w tygodniu, powiedział kiedyś Sponge, śmiejąc się. Może się przechwalał. Bruce próbował wyobrazić sobie siebie jako Sponge'a w takiej chwili, Sponge'a leżącego na stercie trocin nad rzeką ze swoją starą. Nie mógł tego zrobić. Takie fantazje mieszały się z jego własnymi reakcjami na życie. Nie mógł być Sponge"em, starym robotnikiem, pozbawionym stanowiska brygadzisty, pijanym i próbującym zachowywać się jak dziecko wobec starej kobiety. Myśl ta przywołała mu na myśl pewne nieprzyjemne zdarzenia z jego własnego życia. Kiedyś przeczytał "Ziemię" Zoli, a później, krótko przed wyjazdem z Chicago, Tom Wills pokazał mu nową książkę Joyce"a, "Ulisses". Były tam pewne strony. Mężczyzna o imieniu Bloom stojący na plaży z kobietami. Kobieta, żona Blooma, w swojej sypialni w domu. Myśli kobiety - jej noc pełna animalizmu - wszystko rejestrowane minuta po minucie. Realizm w liście gwałtownie wzrósł do czegoś palącego i drażniącego, jak świeża rana. Inni przychodzą oglądać rany. Dla Bruce"a, próbującego wyobrazić sobie Sponge"a i jego żonę w chwili ich wzajemnej przyjemności, przyjemności znanej z młodości, była właśnie tym. Pozostawiła w nozdrzach słaby, nieprzyjemny zapach, niczym zgniłe jajka rzucone do lasu, za rzeką, daleko stąd.
  O mój Boże! Czy jego własna matka - na łodzi, kiedy zobaczyli tego szalonego, wąsatego faceta - była w tym momencie kimś w rodzaju Blooma?
  Bruce'owi nie podobał się ten pomysł. Postać Blooma wydawała mu się prawdziwa, pięknie prawdziwa, ale nie zrodziła się w jego umyśle. Europejczyk, człowiek kontynentu - ten Joyce. Ludzie tam mieszkali długo w jednym miejscu i wszędzie zostawiali cząstkę siebie. Wrażliwa osoba, która tam chodziła i żyła, wchłonęła to w swoją istotę. W Ameryce znaczna część ziemi była wciąż nowa, nieskalana. Trzymaj się słońca, wiatru i deszczu.
  
  KIEPSKI
  Do JJ
  W nocy, gdy nie ma światła, moje miasto jest człowiekiem, który wstaje z łóżka i patrzy w ciemność.
  Za dnia moje miasto jest synem marzyciela. Stało się towarzyszem złodziei i prostytutek. Porzuciło ojca.
  Moje miasto to chudy, mały staruszek mieszkający w melinie na brudnej ulicy. Nosi protezę, która jest rozchwiana i wydaje ostry, trzaskający dźwięk podczas jedzenia. Nie może znaleźć kobiety i oddaje się samoudręce. Wygrzebuje niedopałki papierosów z rynsztoka.
  Moje miasto mieszka w dachach domów, w okapach. Kobieta przyszła do mojego miasta i zrzuciło ją z okapu na stertę kamieni. Mieszkańcy mojego miasta mówią, że spadła.
  Jest wściekły mężczyzna, którego żona jest mu niewierna. On jest moim miastem. Moje miasto jest w jego włosach, w jego oddechu, w jego oczach. Kiedy oddycha, jego oddech jest oddechem mojego miasta.
  Wiele miast stoi w rzędach. Są miasta, które śpią, miasta stojące w błocie bagien.
  Moje miasto jest bardzo dziwne. Jest zmęczone i nerwowe. Moje miasto stało się kobietą, której kochanek jest chory. Skrada się po korytarzach domu i podsłuchuje pod drzwiami pokoju.
  Nie potrafię powiedzieć, jak wygląda moje miasto.
  Moje miasto jest pocałunkiem rozgorączkowanych ust wielu zmęczonych ludzi.
  Moje miasto to pomruk głosów dochodzących z dołu.
  Czy Bruce uciekł ze swojego rodzinnego miasta Chicago, mając nadzieję, że w cichych nocach nadrzecznego miasta znajdzie coś, co go uleczy?
  Co on knuł? Przypuśćmy, że było to coś takiego - przypuśćmy, że młody mężczyzna w łódce nagle powiedział do kobiety siedzącej tam z dzieckiem: "Wiem, że nie pożyjesz długo i że nigdy nie będziesz miała więcej dzieci. Wiem o tobie wszystko, czego ty nie możesz wiedzieć". Mogły zdarzać się chwile, gdy mężczyźni i mężczyźni, kobiety i kobiety, mężczyźni i kobiety mogliby się tak do siebie zbliżać. "Statki mijające się nocą". To były rzeczy, które sprawiały, że człowiek wydawał się głupi, myśląc o sobie, ale był pewien, że jest coś, co ludzie lubią - on sam, jego matka przed nim, ten młody mężczyzna na statku rzecznym, ludzie rozproszeni wszędzie, tu i tam, których ścigali.
  Bruce'owi wróciła świadomość. Odkąd opuścił Bernice, dużo myślał i czuł, czego nigdy wcześniej nie robił, i to właśnie coś osiągał. Może nie osiągnął niczego szczególnego, ale w pewnym sensie dobrze się bawił i nie nudził się jak wcześniej. Godziny spędzone na lakierowaniu felg w warsztacie nie przyniosły wielkich korzyści. Można było lakierować felgi i myśleć o wszystkim, a im bardziej zręczne stawały się ręce, tym bardziej swobodny był umysł i wyobraźnia. W mijających godzinach była pewna przyjemność. Sponge, dobroduszny chłopiec płci męskiej, bawił się, przechwalał, rozmawiał, pokazując Bruce'owi, jak starannie i pięknie lakierować felgi. Po raz pierwszy w życiu Bruce zrobił coś dobrze własnymi rękami.
  Gdyby człowiek mógł wykorzystać swoje myśli, uczucia i fantazje tak, jak gąbka może wykorzystać pędzel, co by było? Jaki byłby ten człowiek?
  Czy artysta byłby taki? Byłoby wspaniale, gdyby on, Bruce, uciekając od Bernice i jej otoczenia, od świadomych artystów, zrobił to tylko dlatego, że chciał być dokładnie tym, kim oni chcieli być. Mężczyźni i kobiety z towarzystwa Bernice zawsze mówili o sobie, że są artystami, mówili o sobie jako o artystach. Dlaczego mężczyźni tacy jak Tom Wills i on sam czuli do nich rodzaj pogardy? Czy on i Tom Wills skrycie pragnęli stać się innym rodzajem artysty? Czyż nie to robił on, Bruce, opuszczając Bernice i wracając do Old Harbor? Czy było w tym mieście coś, za czym tęsknił jako dziecko, coś, co chciał znaleźć, jakaś nuta, którą chciał uchwycić?
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ CZTERNASTY
  
  Sobota wieczór - Bruce wychodzi ze sklepu ze Sponge'em. Inny pracownik, ponury mężczyzna przy sąsiednim biurku, wybiegł tuż przed nimi i pospiesznie odszedł, nie mówiąc dobranoc. Sponge puścił oko do Bruce'a.
  "Chce szybko wrócić do domu i sprawdzić, czy jego stara wciąż tam jest, chce sprawdzić, czy poszła z tym innym facetem, z którym ciągle się kręci. Przychodzi do niej w ciągu dnia. Jego chęć zabrania jej ze sobą nie jest groźna. Wtedy będzie musiał ją wspierać. Pospieszyłaby się, gdyby ją poprosił, ale on nie. Znacznie lepiej pozwolić tej osobie wykonać całą pracę i zarobić na jej jedzenie i ubranie, co?"
  Dlaczego Bruce nazwał Sponge'a prostym? Bóg jeden wie, że był dość złośliwy. Miał coś takiego jak męskość, męskość i był z tego dumny, tak samo jak ze swojego kunsztu. Szybko i mocno zdobywał swoją kobietę, gardząc każdym mężczyzną, który nie potrafił tego samego. Jego pogarda niewątpliwie udzieliła się robotnikowi obok niego, czyniąc go jeszcze bardziej ponurym, niż gdyby Sponge traktował go tak, jak traktował Bruce'a.
  Kiedy Bruce wchodził rano do sklepu, zawsze rozmawiał z mężczyzną przy drugim kole i wydawało mu się, że mężczyzna czasami patrzył na niego z tęsknotą, jakby chciał powiedzieć: "Gdybym miał szansę ci powiedzieć, gdybym wiedział, jak ci powiedzieć, byłaby moja wersja wydarzeń. Taki właśnie jestem. Gdybym stracił jedną kobietę, nigdy nie wiedziałbym, jak zdobyć kolejną. Nie jestem osobą, która łatwo je zdobywa. Brakuje mi odwagi. Szczerze mówiąc, gdybyś tylko wiedział, jestem o wiele bardziej do ciebie podobny niż ten Sponge. On ma wszystko w swoich rękach. Dostaje wszystko od siebie rękami. Zabierz mu kobietę, a on zdobędzie inną rękami. Jestem taki jak ty. Jestem myślicielem, może marzycielem. Jestem osobą, która uprzykrza mu życie".
  O ileż łatwiej było Bruce'owi być ponurym i milczącym pracownikiem niż Sponge'em. A jednak lubił Sponge'a, do którego chciał być podobny. Naprawdę? W każdym razie chciał być choć trochę do niego podobny.
  Na ulicy niedaleko fabryki, w zapadającym zmroku wczesnowiosennego wieczoru, gdy dwaj mężczyźni przeszli przez tory kolejowe i szli wznoszącą się brukowaną ulicą w kierunku dzielnicy biznesowej Old Harbor, Sponge się uśmiechała. Był to ten sam odległy, na wpół złowieszczy uśmiech, który Bruce czasami nosił w obecności Bernice i który zawsze doprowadzał ją do szału. Nie był skierowany do Bruce'a. Sponge myślała o opryskliwym pracowniku, który stąpał dumnie jak kogut, bo był bardziej mężczyzną, bardziej mężczyzną. Czy Bruce planował jakiś podobny numer z Bernice? Bez wątpienia tak. Boże, powinna się cieszyć, że odszedł.
  Jego myśli wirowały dalej. Teraz skupiły się na ponurym robotniku. Jakiś czas temu, zaledwie kilka minut wcześniej, próbował wyobrazić sobie siebie jako Gąbkę, leżącą na stercie trocin pod gwiazdami, Gąbkę z bukłakiem pełnym whisky, a jego staruszka obok niego. Próbował wyobrazić sobie siebie w takich okolicznościach, z gwiazdami świecącymi, z cicho płynącą w pobliżu rzeką, próbował wyobrazić sobie siebie w takich okolicznościach, czując się jak dziecko i czując kobietę obok siebie jak dziecko. Nie zadziałało. Co by zrobił, co zrobiłby człowiek taki jak on sam w takich okolicznościach, wiedział aż za dobrze. Obudził się w zimnym porannym świetle z myślami, zbyt wieloma myślami. Udało mu się jedynie sprawić, że czuł się bardzo nieskuteczny w danej chwili. Odtworzył siebie w wyobraźni chwili, nie jako Gąbkę, skutecznego, bezpośredniego mężczyznę, który potrafił poświęcić się całkowicie, ale siebie w niektórych ze swoich najbardziej nieskutecznych momentów. Pamiętał chwile, dwa lub trzy, kiedy był z kobietami, ale bezskutecznie. Może był bezużyteczny dla Bernice. Czy on był bezużyteczny, czy ona?
  Znacznie łatwiej było przecież wyobrazić sobie siebie jako ponurego robotnika. Mógł to zrobić. Mógł wyobrazić sobie, jak bije go kobieta, bojąc się jej. Mógł wyobrazić sobie siebie jako faceta takiego jak Bloom w Ulissesie i było jasne, że Joyce, pisarz i marzyciel, był w tej samej sytuacji. On, oczywiście, uczynił swojego Blooma o wiele lepszym niż Stephena, uczynił go o wiele bardziej realnym - a Bruce, w swojej wyobraźni, potrafił uczynić ponurego robotnika bardziej realnym niż...
  Sponge mogła wniknąć w niego szybciej, lepiej go zrozumieć. Mógł być ponurym, nieefektywnym pracownikiem, mógł, w jej wyobraźni, być mężczyzną w łóżku z żoną, mógł leżeć tam przestraszony, zły, pełen nadziei, pełen udawania. Być może właśnie tak było z Bernice - przynajmniej częściowo. Dlaczego nie powiedział jej, kiedy pisała tę historię, dlaczego nie przysiągł jej, co to za bzdura, co to naprawdę znaczy? Zamiast tego przybrał ten uśmieszek, który tak ją intrygował i złościł. Wycofał się w głąb swojego umysłu, gdzie nie mogła za nim podążyć, i z tej perspektywy uśmiechnął się do niej z uśmieszkiem.
  Teraz szedł ulicą z Sponge'em, a Sponge uśmiechał się tym samym uśmiechem, który tak często pojawiał się w obecności Bernice. Siedzieli razem, może jedli lunch, gdy nagle wstała od stołu i powiedziała: "Muszę pisać". Wtedy pojawił się uśmiech. Często to wytrącało ją z równowagi na cały dzień. Nie potrafiła napisać ani słowa. Jakież to podłe!
  Gąbka jednak nie robiła tego jemu, Bruce'owi, ale ponuremu robotnikowi. Bruce był tego całkowicie pewien. Czuł się bezpiecznie.
  Dotarli do handlowej ulicy miasta i szli obok tłumu innych robotników, wszystkich zatrudnionych w fabryce kół. Samochód wiozący młodego Graya, właściciela fabryki, i jego żonę, wjechał na wzniesienie na drugim biegu, wydając ostry, wyjący dźwięk silnika, i minął ich. Kobieta za kierownicą odwróciła się. Sponge powiedział Bruce'owi, kto był w samochodzie.
  "Ostatnio przychodzi tam dość często. Przyprowadza go do domu. To ją gdzieś ukradł, kiedy był na wojnie. Nie sądzę, żeby ją w końcu złapał. Może czuje się samotna w obcym mieście, gdzie nie ma wielu takich jak ona, i lubi przychodzić do fabryki, zanim wyjadą, żeby je obejrzeć. Ostatnio dość regularnie cię obserwuje. Zauważyłem to."
  Sponge się uśmiechnął. Cóż, to nie był uśmiech. To był grymas. W tym momencie Bruce pomyślał, że wygląda jak mądry, stary Chińczyk - coś w tym stylu. Stał się skrępowany. Sponge prawdopodobnie naśmiewał się z niego, jak ponury robotnik przy sąsiednim biurku. Na zdjęciu, które Bruce zrobił swojemu koledze z pracy, które mu się podobało, Sponge z pewnością nie miał zbyt wielu bardzo subtelnych myśli. Byłoby nieco upokarzające dla Bruce'a myśleć, że robotnik jest bardzo wrażliwy na wrażenia. Jasne, wyskoczył z samochodu kobiety i zdarzyło się to już trzy razy. Myślenie o Sponge jako o osobie wysoce wrażliwej było jak myślenie o Bernice jako o lepszej niż on kiedykolwiek w tym, czym najbardziej chciał być. Bruce chciał być w czymś wybitny - być bardziej wrażliwym na wszystko, co się z nim dzieje, niż inni.
  Dotarli do rogu, gdzie Bruce skręcił pod górę, kierując się do swojego hotelu. Sponge wciąż się uśmiechał. Nadal namawiał Bruce'a, żeby przyszedł do niego na obiad w niedzielę. "Dobrze" - powiedział Bruce - "i uda mi się zdobyć butelkę. W hotelu jest młody lekarz. Zadzwonię do niego po receptę. Myślę, że nic mu nie będzie".
  Sponge nadal się uśmiechał, pogrążając się w myślach. "To byłoby dla niego wzmocnienie. Nie jesteś taki jak my wszyscy. Może przypomnisz jej o kimś, do kogo już się przywiązała. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby Gray dostał takiego kopniaka".
  Jakby nie chcąc, by Bruce skomentował to, co właśnie powiedział, stary robotnik szybko zmienił temat. "Chciałem ci coś powiedzieć. Lepiej się rozejrzyj. Czasami masz taki sam wyraz twarzy jak ten Smedley" - powiedział ze śmiechem. Smedley był zrzędliwym robotnikiem.
  Wciąż uśmiechnięty, Sponge szedł ulicą, a Bruce stał i patrzył, jak odchodzi. Jakby wyczuwając, że ktoś go obserwuje, lekko wyprostował stare ramiona, jakby chciał powiedzieć: "On chyba nie myśli, że wiem tyle, co ja". Ten widok wywołał uśmiech na twarzy Bruce'a.
  "Chyba wiem, co ma na myśli, ale szanse są nikłe. Nie zostawiłem Bernice, żeby znaleźć inną kobietę. Mam kolejną pszczołę w czepku, choć nawet nie wiem, co to jest" - pomyślał, wspinając się pod górę w stronę hotelu. Myśl o tym, że Sponge strzelił i chybił, wywołała w nim falę ulgi, a nawet radości. "To nie w porządku, żeby ten mały drań wiedział o mnie więcej, niż ja mógłbym wiedzieć" - pomyślał ponownie.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA SZÓSTA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
  
  Być może rozumiała to wszystko od samego początku i nie śmiała sobie tego powiedzieć. Zobaczyła go najpierw, idącego z niskim mężczyzną o gęstym wąsie brukowaną ulicą od fabryki jej męża, i tak głęboko odczuła swoje uczucia, że chciałaby go zatrzymać pewnego wieczoru, gdy wyjdzie z fabryki. To samo czuła w stosunku do paryżanina, którego widziała w mieszkaniu Rose Frank i który jej się wymknął. Nigdy nie udało jej się do niego zbliżyć, usłyszeć choćby jednego słowa z jego ust. Być może należał do Rose, a Rose udało się go stamtąd wyrwać. A jednak Rose na taką nie wyglądała. Wyglądała na kobietę, która podejmuje ryzyko. Być może zarówno ten mężczyzna, jak i ten w Paryżu, byli jej nieświadomi. Aline nie chciała zrobić niczego niegrzecznego. Uważała się za damę. I tak naprawdę nic by się w życiu nie wydarzyło, gdyby nie jakiś subtelny sposób na zdobycie czegoś. Wiele kobiet otwarcie zabiegało o mężczyzn, popychało ich prosto na nich, ale co z tego otrzymywały? Nie ma sensu zabiegać o mężczyznę tylko dla niego. Miała więc Freda, swojego męża, i, jak myślała, miał wszystko, co miał do zaoferowania.
  To niewiele - jakaś słodka, dziecinna wiara w nią, ledwie uzasadniona, pomyślała. Miał jasne wyobrażenie o tym, jaka powinna być kobieta, żona mężczyzny na jego pozycji, i traktował ją jak coś oczywistego, a była dokładnie taka, jak mu się wydawało. Fred zbyt wiele brał za pewnik.
  Na zewnątrz spełniała wszystkie jego oczekiwania. Nie o to jednak chodziło. Nie można było powstrzymać się od myślenia. Życie może polegać tylko na tym - na życiu - obserwowaniu mijających dni - byciu żoną, a teraz być może matką - marzeniach - utrzymywaniu porządku w sobie. Jeśli nie zawsze udawało się utrzymać porządku, to przynajmniej można było go ukryć. Chodziło się w określony sposób - nosiło się odpowiednie ubrania - umiało się rozmawiać - utrzymywało się jakąś więź ze sztuką, muzyką, malarstwem, nowymi nastrojami w domu - czytało się najnowsze powieści. Razem z mężem mieliście do utrzymania pewien status i robiliście swoją część. Oczekiwał od ciebie pewnych rzeczy, określonego stylu - określonego wyglądu. W mieście takim jak Old Harbor w Indianie nie było to takie trudne.
  A tak w ogóle, mężczyzna pracujący w fabryce był prawdopodobnie robotnikiem fabrycznym - niczym więcej. Nie dało się o nim myśleć. Jego podobieństwo do mężczyzny, którego widziała w mieszkaniu Rose, było niewątpliwie zbiegiem okoliczności. Obaj mężczyźni mieli ten sam wygląd, coś w rodzaju gotowości do dawania i nie proszenia o wiele. Sama myśl o takim mężczyźnie, który wszedł zupełnie przypadkiem, zafascynował się czymś, wypalił się, a potem porzucił - być może równie niedbale. Wypalił się czym? No, powiedzmy, jakąś pracą albo miłością do kobiety. Czy chciała być tak kochana przez takiego mężczyznę?
  "No cóż, ja tak robię! Każda kobieta tak robi. Ale my tego nie rozumiemy, a gdyby ktoś nam to zasugerował, większość z nas by się przestraszyła. W głębi duszy wszystkie jesteśmy dość praktyczne i uparte; wszystkie takie jesteśmy. Taka jest kobieta i tak dalej".
  "Zastanawiam się, dlaczego zawsze próbujemy stworzyć kolejną iluzję, jednocześnie żywiąc się nią?"
  Muszę pomyśleć. Mijają dni. Są zbyt podobne - dni. Wyobrażone doświadczenie nie jest tym samym, co prawdziwe, ale to coś. Kiedy kobieta wychodzi za mąż, wszystko się dla niej zmienia. Musi starać się podtrzymywać iluzję, że wszystko jest jak dawniej. To niemożliwe, oczywiście. Za dużo wiemy.
  Alina często przychodziła po Freda wieczorami, a gdy się trochę spóźniał, mężczyźni wylewali się z fabryki i mijali ją, gdy siadała za kierownicą samochodu. Co ona dla nich znaczyła? Co oni dla niej znaczyli? Ciemne postacie w kombinezonach, wysocy mężczyźni, niscy mężczyźni, starzy mężczyźni, młodzi mężczyźni. Jednego mężczyznę pamiętała doskonale. To był Bruce, gdy wychodził ze sklepu ze Sponge Martinem, niskim staruszkiem z czarnymi wąsami. Nie wiedziała, kim był Sponge Martin, nigdy o nim nie słyszała, ale on mówił, a mężczyzna obok niego słuchał. Czy słuchał? Przynajmniej zerknął na nią tylko raz czy dwa - przelotne, nieśmiałe spojrzenie.
  Tyle mężczyzn na świecie! Znalazła mężczyznę z pieniędzmi i statusem. Może to był szczęśliwy traf. Była już stara, kiedy Fred ją poprosił o rękę, i czasami zastanawiała się niejasno, czy by się zgodziła, gdyby małżeństwo nie wydawało się idealnym rozwiązaniem. Życie polega na podejmowaniu ryzyka, a to było dobre. Takie małżeństwo zapewniało dom, stanowisko, ubrania, samochód. Jeśli ktoś tkwił w małym miasteczku w Indianie przez jedenaście miesięcy w roku, przynajmniej był na szczycie. Cezar przejeżdżał przez to nędzne miasteczko w drodze do swojej armii i mawiał do towarzysza: "Lepiej być królem na kupie gnoju niż żebrakiem w Rzymie". Coś w tym stylu. Alina nie była zbyt precyzyjna w cytatach i prawdopodobnie nie pomyślała o słowie "kupa gnoju". To słowo nie było znane kobietom takim jak ona; nie istniało w ich słowniku.
  Dużo myślała o mężczyznach, rozmyślała o nich. W umyśle Freda wszystko było już ustalone, ale czy na pewno? Kiedy wszystko było ustalone, człowiek był skończony i równie dobrze mógł siedzieć, bujając się w fotelu, czekając na śmierć. Śmierć, zanim życie się zaczęło.
  Alina nie miała jeszcze dzieci. Zastanawiała się dlaczego. Czy Fred nie dotknął jej wystarczająco głęboko? Czy było w niej coś, co wciąż potrzebowało obudzenia, wyrwania z letargu?
  Jej myśli się zmieniły i stała się, jak sama by to nazwała, cyniczna. W końcu to było całkiem zabawne, jak udało jej się zaimponować ludziom w mieście Freda, jak udało jej się zaimponować jemu. Może dlatego, że mieszkała w Chicago i Nowym Jorku i była w Paryżu; że jej mąż, Fred, stał się najważniejszym mężczyzną w mieście po śmierci ojca; że miała talent do ubierania się i pewien rodzaj aury.
  Kiedy kobiety z miasteczka przychodziły ją odwiedzić - żona sędziego, żona Strykera, kasjerka banku, w którym Fred był największym udziałowcem, żona lekarza - kiedy przychodziły do jej domu, wpadały na ten pomysł. Rozmawiały o kulturze, książkach, muzyce i malarstwie. Wszyscy wiedzieli, że studiuje sztukę. To je zawstydzało i martwiło. Było zupełnie jasne, że nie była ulubienicą w miasteczku, ale kobiety nie śmiały płacić jej za zniewagę. Gdyby któraś z nich mogła ją zaatakować, mogłyby ją zmiażdżyć, ale jak mogły coś takiego zrobić? Sama myśl o tym była trochę wulgarna. Alina nie lubiła takich myśli.
  Nie było z tego żadnego pożytku i nigdy nie będzie.
  Alina, prowadząc drogi samochód, patrzyła, jak Bruce Dudley i Sponge Martin idą brukowaną ulicą pośród tłumu innych robotników. Ze wszystkich mężczyzn, których widziała wychodzących z fabryki, tylko oni wydawali się szczególnie zainteresowani sobą nawzajem, i cóż to był za dziwny widok. Młody mężczyzna nie wyglądał na robotnika. Ale jak wyglądał robotnik? Czym robotnik różnił się od innego mężczyzny, od mężczyzn, którzy byli przyjaciółmi Freda, od mężczyzn, których znała w domu ojca w Chicago jako mała dziewczynka? Można by pomyśleć, że robotnik z natury wygląda skromnie, ale było jasne, że nie było nic łagodnego w tym drobnym mężczyźnie o szerokich plecach, a co do Freda, jej własnego męża, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, nie było w nim nic, co sugerowałoby, że jest kimś wyjątkowym. Być może pociągali ją ci dwaj mężczyźni tylko dlatego, że wydawali się sobą zainteresowani. Staruszek był taki zuchwały. Kroczył brukowaną ulicą niczym kogut-bandyta. Gdyby Alina była bardziej podobna do Rose Frank i jej paryskiej bandy, pomyślałaby o Sponge Martinie jako o mężczyźnie, który zawsze lubił popisywać się przed kobietami, niczym kogut przed kurą, i taka myśl, wyrażona nieco innymi słowami, rzeczywiście przyszła jej do głowy. Uśmiechając się, pomyślała, że Sponge równie dobrze mógłby być Napoleonem Bonaparte, idącym w ten sposób i głaszczącym swoje czarne wąsy krótkimi palcami. Wąsy były zbyt czarne jak na takiego starca. Były błyszczące - czarne jak węgiel. Może je ufarbował, ten bezczelny starzec. Potrzebował jakiegoś zajęcia, potrzebował czegoś, o czym mógłby pomyśleć.
  Co powstrzymywało Freda? Odkąd zmarł jego ojciec i odziedziczył po nim majątek, Fred najwyraźniej traktował życie bardzo poważnie. Zdawał się czuć ciężar wszystkiego na swoich barkach, ciągle mówiąc, jakby fabryka miała się zawalić, gdyby nie był cały czas w pracy. Zastanawiała się, na ile prawdziwe były jego zapewnienia o wadze tego, co robił.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ SZESNASTY
  
  KOLEJKA brzmiała: Poznałam mojego męża, Freda, w paryskim mieszkaniu Rose Frank. Było to lato po zakończeniu tak zwanej II wojny światowej i ten wieczór zasługuje na to, by go zapamiętać. To też zabawne w tym globalnym biznesie. Anglosasi i Skandynawowie zawsze używali słów "najlepszy na świecie", "największy na świecie", "wojny światowe", "mistrzowie świata".
  Przechodzisz przez życie, niewiele myśląc, niewiele czując, niewiele wiedząc - o sobie i o innych - myśląc, że życie jest takie i takie, a potem - bum! Coś się dzieje. Wcale nie jesteś tym, za kogo się uważałeś. Wielu zdało sobie z tego sprawę podczas wojny.
  W pewnych okolicznościach myślałeś, że wiesz, co robisz, ale wszystkie twoje myśli były prawdopodobnie kłamstwami. W końcu być może nigdy tak naprawdę niczego nie wiedziałeś, dopóki nie dotknęło to twojego własnego życia, twojego ciała. Na polu rośnie drzewo. Czy to naprawdę drzewo? Czym jest drzewo? Śmiało, dotknij go palcami. Odsuń się o kilka kroków i przyciśnij do niego całe ciało. Jest niewzruszone jak skała. Jaka szorstka jest kora! Boli cię ramię. Krew spływa ci po policzku.
  Drzewo jest dla ciebie czymś ważnym, ale co oznacza dla kogoś innego?
  Wyobraź sobie, że musisz ściąć drzewo. Przykładasz siekierę do jego ciała, do jego mocnego pnia. Niektóre drzewa krwawią, gdy są ranne, inne płaczą gorzkimi łzami. Pewnego dnia, gdy Alyn Aldridge była dzieckiem, jej ojciec, który interesował się lasami terpentynowymi gdzieś na Południu, wrócił do domu z podróży i rozmawiał z innym mężczyzną w salonie Aldridge'ów. Opowiedział jej, jak ścinano i okaleczano drzewa, aby uzyskać sok do terpentyny. Alyn siedziała w pokoju na stołku u kolan ojca i słuchała wszystkiego - historii ogromnego lasu drzew, ściętych i okaleczonych. Po co? Aby uzyskać terpentynę. Czym była terpentyna? Czy to jakiś dziwny złoty eliksir życia?
  Co za bajka! Kiedy jej to opowiedzieli, Alina lekko zbladła, ale jej ojciec i jego przyjaciel tego nie zauważyli. Ojciec podawał techniczny opis procesu produkcji terpentyny. Mężczyźni nie myśleli o jej myślach, nie wyczuwali jej myśli. Później tej nocy, w łóżku, płakała. Po co im to było? Po co im ta cholerna stara terpentyna?
  Drzewa krzyczą - krwawią. Mężczyźni przechodzą obok, raniąc je, ścinając siekierami. Niektóre drzewa padają z jękiem, inne podnoszą się, krwawiąc, wołając dziecko w łóżku. Drzewa miały oczy, ręce, nogi i ciała. Las zranionych drzew, chwiejących się i krwawiących. Ziemia pod drzewami była czerwona od krwi.
  Kiedy wybuchła wojna światowa i Aline stała się kobietą, przypomniała sobie opowieść ojca o drzewach terpentynowych i sposobie ich pozyskiwania. Jej brat George, starszy od niej o trzy lata, zginął we Francji, a Teddy Copeland, młody mężczyzna, którego miała poślubić, zmarł na "grypę" w amerykańskim obozie; w jej umyśle nie pozostali martwi, lecz ranni i krwawiący, daleko stąd, w jakimś nieznanym miejscu. Ani jej brat, ani Ted Copeland nie wydawali się jej szczególnie bliscy, być może nie bliżej niż drzewa w lesie z opowieści. Nie dotykała ich blisko. Powiedziała, że wyjdzie za mąż za Copelanda, ponieważ wyrusza na wojnę, a on ją o to poprosił. Wydawało się to słuszne. Czy można powiedzieć "nie" młodemu mężczyźnie w takim momencie, być może idącemu na śmierć? To byłoby jak powiedzenie "nie" jednemu z drzew. Powiedzmy, że poproszono cię o opatrzenie ran drzewa i powiedziałeś "nie". Cóż, Teddy Copeland nie był właściwie drzewem. Był młodym i bardzo przystojnym mężczyzną. Gdyby wyszła za niego za mąż, ojciec i brat Aliny byliby zadowoleni.
  Po zakończeniu wojny Alina pojechała do Paryża z Esther Walker i jej mężem, Joe, artystą, który namalował portret jej zmarłego brata na podstawie fotografii. Namalował również portret Teddy'ego Copelanda dla swojego ojca, a następnie kolejny portret zmarłej matki Aliny, otrzymując za każdy z nich pięć tysięcy dolarów. To Alina opowiedziała ojcu o artyście. Widziała jego portret w Instytucie Sztuki, gdzie wówczas studiowała, i opowiedziała o nim ojcu. Potem poznała Esther Walker i zaprosiła ją i jej męża do domu Aldridge'ów. Esther i Joe byli na tyle uprzejmi, że powiedzieli jej kilka miłych słów o jej pracy, ale ona uznała to za zwykłą grzeczność. Chociaż miała talent do rysowania, nie traktowała go zbyt poważnie. Było coś w malarstwie, prawdziwym malarstwie, czego nie potrafiła zrozumieć, pojąć. Po wybuchu wojny, kiedy jej brat i Teddy odeszli, chciała coś robić, ale nie potrafiła zmusić się do pracy co minutę, żeby "pomóc wygrać wojnę", dziergając skarpetki czy sprzedając obligacje wolności. Prawda była taka, że wojna ją nudziła. Nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi. Gdyby to się nie stało, wyszłaby za Teda Copelanda i przynajmniej czegoś by się nauczyła.
  Młodzi mężczyźni idą na śmierć, tysiące, setki tysięcy. Ile kobiet czuło to samo, co ona? To pozbawiło kobiety czegoś, ich szans na coś. Załóżmy, że jesteś na polu, a jest wiosna. Rolnik idzie w twoją stronę z workiem pełnym nasion. Jest już prawie na polu, ale zamiast iść zasiać ziarno, zatrzymuje się przy drodze i je podpala. Kobiety nie mogą mieć takich myśli bezpośrednio. Nie mogą tego robić, jeśli są dobrymi kobietami.
  Lepiej zająć się sztuką, brać lekcje malarstwa - zwłaszcza jeśli dobrze władasz pędzlem. Jeśli nie potrafisz, zajmij się kulturą - czytaj najnowsze książki, chodź do teatru, słuchaj muzyki. Kiedy gra muzyka - jakaś muzyka - ale to nie ma znaczenia. To również coś, o czym dobra kobieta nie mówi ani nie myśli.
  Na pewno jest wiele rzeczy w życiu, o których warto zapomnieć.
  Przed przybyciem do Paryża Alina nie wiedziała, kim jest artysta Joe Walker ani kim jest Esther, ale na statku zaczęła podejrzewać, a kiedy w końcu ich rozgryzła, musiała się uśmiechnąć na myśl o tym, jak bardzo była gotowa pozwolić Esther decydować za siebie. Żona artysty tak szybko i sprytnie spłaciła dług Aliny.
  Wyświadczyłeś nam wielką przysługę - piętnaście tysięcy to nic wielkiego - teraz zrobimy to samo dla ciebie. Nigdy wcześniej nie było i nigdy nie będzie takiej nieuprzejmości jak mrugnięcie okiem czy wzruszenie ramion ze strony Esther. Ojciec Aliny był głęboko zraniony tragedią wojny, a jego żona zmarła, gdy Alina miała dziesięć lat. Kiedy była w Chicago, a Joe pracował nad portretami, pięć tysięcy było zbyt dużą kwotą do zebrania. Portrety za dolara są zbyt szybkie; każdy wymaga co najmniej dwóch, trzech tygodni. Podczas gdy Esther praktycznie mieszkała w domu Aldridge'ów, sprawiała, że starszy mężczyzna czuł się, jakby znów miał żonę, która się nim zaopiekuje.
  Z wielkim szacunkiem opowiadała o charakterze tego człowieka i niewątpliwych zdolnościach swojej córki.
  Ludzie tacy jak ty ponieśli tak wielkie poświęcenia. To cichy, kompetentny człowiek, który działa sam, pomagając utrzymać porządek społeczny w nienaruszonym stanie, stawiając czoła wszelkim nieprzewidzianym okolicznościom bez narzekania - to właśnie tacy ludzie - o tym nie można mówić otwarcie, ale w czasach takich jak te, gdy cały porządek społeczny jest zachwiany, gdy dawne standardy życia się chwieją, gdy młodzież traci wiarę...
  "My, starsze pokolenie, musimy teraz być ojcem i matką dla młodszego pokolenia".
  "Piękno przetrwa - rzeczy warte życia przetrwają".
  Biedna Alina, która straciła i przyszłego męża, i brata. I ona też ma ten talent. Jest taka jak ty, bardzo cicha, mało mówi. Rok za granicą może uchronić ją przed jakimś załamaniem nerwowym.
  Jak łatwo Esther wprowadziła w błąd ojca Aliny, bystrego i kompetentnego prawnika korporacyjnego. Mężczyźni naprawdę byli zbyt naiwni. Nie było wątpliwości, że Alina powinna była zostać w domu - w Chicago. Mężczyzna, jakikolwiek mężczyzna, kawaler i bogaty, nie powinien być pozostawiony bezczynnie z kobietami takimi jak Esther. Choć miała niewielkie doświadczenie, Alina nie była głupia. Esther o tym wiedziała. Kiedy Joe Walker przyjechał do domu Aldridge'ów w Chicago, aby namalować ich portrety, Alina miała dwadzieścia sześć lat. Kiedy tego wieczoru siadła za kierownicą samochodu męża przed fabryką Old Harbor, miała dwadzieścia dziewięć lat.
  Co za bałagan! Jak skomplikowane i niewytłumaczalne potrafi być życie!
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
  
  MAŁŻEŃSTWO! Czy ona zamierzała wyjść za mąż? Czy Fred naprawdę zamierzał wziąć ślub tamtej nocy w Paryżu, kiedy Rose Frank i Fred omal nie oszaleli, jeden po drugim? Jak ktokolwiek mógł się pobrać? Jak to się stało? Co ludzie myśleli, że oni knują, kiedy to robili? Co sprawiło, że mężczyzna, który poznał dziesiątki kobiet, nagle postanowił poślubić właśnie tę konkretną?
  Fred był młodym Amerykaninem, wykształconym w college'u na Wschodzie, jedynym synem bogatego ojca, wówczas żołnierzem, zamożnym człowiekiem, który dość uroczyście zaciągnął się jako szeregowy, by pomóc wygrać wojnę, potem w amerykańskim obozie szkoleniowym, potem we Francji. Kiedy pierwszy amerykański kontyngent przejeżdżał przez Anglię, Angielki - wygłodniałe wojną - Angielki -
  Kobiety amerykańskie także: "Pomóżcie wygrać wojnę!"
  Fred musiał wiedzieć wszystko, czego nigdy nie powiedział Aline.
  
  Tego wieczoru, gdy siedziała w samochodzie przed fabryką Old Harbor, Fred wyraźnie się nie spieszył. Powiedział jej, że z Chicago przyjeżdża agent reklamowy i może zdecydować się na przeprowadzenie, jak to nazwał, "ogólnokrajowej kampanii reklamowej".
  
  Fabryka zarabiała krocie i jeśli ktoś nie przeznaczył części tych pieniędzy na budowanie dobrej renomy na przyszłość, musiał zwrócić wszystko w podatkach. Reklama była atutem, uzasadnionym wydatkiem. Fred postanowił spróbować swoich sił w reklamie. Prawdopodobnie był teraz w swoim biurze i rozmawiał z reklamodawcą z Chicago.
  W cieniu fabryki robiło się ciemno, ale po co zapalać światło? Przyjemnie było siedzieć w półmroku za kierownicą i rozmyślać. Szczupła kobieta w dość eleganckiej sukience, w eleganckim kapeluszu, który przywiozła z Paryża, długie, smukłe palce spoczywające na kierownicy, mężczyźni w kombinezonach wyłaniający się z drzwi fabryki i przechodzący przez zakurzoną drogę, mijając tuż obok samochodu - wysocy mężczyźni - niscy mężczyźni - cichy pomruk męskich głosów.
  Jest pewna skromność w tym, że pracownicy przejeżdżają obok takiego samochodu i takiej kobiety.
  W niskim, barczystym starcu, głaszczącym swoje zbyt czarne wąsy krótkimi palcami, było niewiele pokory. Wydawało się, że chce się śmiać z Aliny. "Atakuję cię" - zdawał się chcieć krzyknąć - bezczelny staruszek. Jego towarzysz, któremu wydawał się oddany, naprawdę wyglądał jak mężczyzna z paryskiego mieszkania Rose tamtej nocy, tej najważniejszej nocy.
  Tej nocy w Paryżu, kiedy Alina pierwszy raz zobaczyła Freda! Poszła z Esther i Joe Walkerem do mieszkania Rose Frank, ponieważ Esther i Joe uważali, że będzie im tam lepiej. Do tego czasu Esther i Joe już rozbawili Alinę. Miała przeczucie, że jeśli zostaną w Ameryce wystarczająco długo i jeśli jej ojciec będzie ich częściej widywał, to on też to zrozumie - po jakimś czasie.
  W końcu postanowili postawić go w niekorzystnej sytuacji - aby rozmawiali o sztuce i pięknie - o takich rzeczach w odniesieniu do człowieka, który właśnie stracił syna na wojnie, syna, którego portret namalował Joe - i zyskali bardzo dobrą podobiznę.
  Nigdy wcześniej nie byli parą szukającą wielkiej szansy, nigdy wcześniej nie wychowali kobiety tak szybkiej i wnikliwej jak Alina. Dla takiej pary nie ma większego niebezpieczeństwa, jeśli zbyt długo zostają w jednym miejscu. Ich układ z Aliną był czymś wyjątkowym. Nie trzeba było o tym mówić. "Zajrzymy wam pod namiot na wystawie i nie podejmiecie żadnego ryzyka. Byliśmy małżeństwem. Jesteśmy zupełnie porządnymi ludźmi - zawsze znamy najlepszych ludzi, sami się przekonacie. To jest zaleta bycia artystą naszego pokroju. Widzicie wszystkie strony życia i nie podejmujecie żadnego ryzyka. Nowy Jork z roku na rok coraz bardziej przypomina Paryż. Ale Chicago..."
  Alina mieszkała w Nowym Jorku dwa lub trzy razy, za każdym razem przez kilka miesięcy, z ojcem, gdy ten miał tam ważne interesy. Zatrzymywali się w drogim hotelu, ale było jasne, że Walkerowie wiedzieli o współczesnym życiu w Nowym Jorku to, czego Alina nie wiedziała.
  Udało im się sprawić, że ojciec Aliny czuł się komfortowo w jej towarzystwie - i być może czuł się komfortowo bez niej - przynajmniej przez jakiś czas. Esther zdołała przekazać ten pomysł Alinie. To był dobry układ dla wszystkich zainteresowanych.
  I oczywiście, pomyślała, to pouczające dla Aliny. Tacy właśnie są ludzie, naprawdę! Jakież to dziwne, że jej ojciec, człowiek mądry na swój sposób, nie zauważył tego wcześniej.
  Pracowali jako zespół, zdobywając po pięć tysięcy dolarów dla osób takich jak jej ojciec. Joe i Esther, solidni i szanowani ludzie, pracowali pilnie nad nicią, a Joe, który w Ameryce nigdy nie ryzykował, gdy widziano ich w towarzystwie innym niż najlepsze, który rysował z wielką wprawą i przemawiał dość śmiało, ale nie za śmiało, również pomógł stworzyć bogatą, ciepłą atmosferę sztuki, gdy wykuwali nową perspektywę.
  Alina uśmiechnęła się w ciemności. Jaka ze mnie słodka, mała cyniczka. W wyobraźni mogłabyś przeżyć cały rok swojego życia, czekając, może trzy minuty, aż twój mąż wyjdzie z bramy fabryki, a potem mogłabyś wbiec pod górę i dogonić dwóch robotników, których widok tak bardzo pobudził twój umysł, mogłabyś ich dogonić, zanim przejdą trzy przecznice ulicą na zboczu wzgórza.
  Jeśli chodzi o Esther Walker, Elin uważała, że tego lata w Paryżu całkiem dobrze się dogadywały. Kiedy wyjechały razem do Europy, obie kobiety były gotowe wyłożyć karty na stół. Alina udawała głębokie zainteresowanie sztuką (być może nie było to tylko udawanie) i miała talent do tworzenia małych rysunków, podczas gdy Esther dużo mówiła o ukrytych zdolnościach, które należało odkryć. I tak dalej.
  "Ty jesteś na mnie, a ja na tobie. Chodźmy razem, bez słowa". Bez słowa Esther zdołała przekazać tę wiadomość młodej kobiecie, a Alina uległa swojemu nastrojowi. Cóż, to nie był nastrój. Tacy ludzie nie byli humorzaści. Po prostu grali w grę. Jeśli chciało się z nimi pobawić, potrafili być bardzo mili i sympatyczni.
  Alina otrzymała to wszystko, potwierdzenie tego, co myślała pewnej nocy na łodzi, i musiała szybko pomyśleć i zebrać myśli - może przez trzydzieści sekund - zanim podjęła decyzję. Co za obrzydliwe uczucie samotności! Musiała zacisnąć pięści i walczyć, żeby nie napłynęły jej łzy.
  Potem złapała przynętę - postanowiła zagrać w grę - z Esther. Joe się nie liczy. Szybko się czegoś nauczysz, jeśli sobie na to pozwolisz. Nie może mnie dotknąć, może w środku. Pójdę i będę miał oczy szeroko otwarte.
  Tak. Byli naprawdę podli, ci Walkerowie, ale w Esther było coś. Na zewnątrz była twarda, intrygantka, ale w środku było coś, czego próbowała się trzymać, coś, czego nigdy nie tknęła. Było jasne, że jej mąż, Joe Walker, nigdy nie będzie w stanie tego tknąć, a Esther była chyba zbyt ostrożna, by ryzykować z innym mężczyzną. Dzień później dała Aline wskazówkę. "Mężczyzna był młody, a ja właśnie wyszłam za mąż za Joego. To był rok przed wybuchem wojny. Przez jakąś godzinę myślałam, że to zrobię, ale potem zrezygnowałam. Dałoby to Joe przewagę, której nie odważyłam się mu dać. Nie jestem typem, który idzie na całość i się rujnuje. Młody chłopak był lekkomyślny - młody Amerykanin. Postanowiłam, że lepiej tego nie robić. Rozumiesz".
  Próbowała czegoś na Aline - tym razem na statku. Co właściwie próbowała Esther? Pewnego wieczoru, gdy Joe rozmawiał z kilkoma osobami, opowiadając im o malarstwie współczesnym, o Cézannie, Picassie i innych, uprzejmie i życzliwie opowiadając o buntownikach w sztuce, Esther i Aline poszły usiąść na krzesłach w innej części pokładu. Podeszło do nich dwóch młodych mężczyzn i próbowało do nich dołączyć, ale Esther wiedziała, jak zachować dystans, nie obrażając się. Najwyraźniej myślała, że Aline wie więcej niż ona, ale to nie Aline miała ją rozczarować.
  Jakiż to wewnętrzny instynkt każe nam coś zachować!
  Co Estera próbowała zrobić Alinie?
  Jest wiele rzeczy, których nie da się wyrazić słowami, nawet w myślach. Estera mówiła o miłości, która niczego nie wymaga, i jak cudownie to brzmiało! "To musi być między dwojgiem ludzi tej samej płci. Między tobą a mężczyzną to nie zadziała. Próbowałam" - powiedziała.
  Wzięła Alinę za rękę i długo siedzieli w milczeniu, czując dziwne, niepokojące uczucie głęboko w Alinie. Co za próba - grać w tę grę z taką kobietą - nie dać jej poznać, co robią z tobą twoje instynkty - w środku - nie pozwolić, by drżały ci ręce - nie okazać żadnych fizycznych oznak skurczu. Miękki, kobiecy głos, pełen pieszczot i pewnej szczerości. "Rozumieją się w bardziej subtelny sposób. To trwa dłużej. Dłużej trwa, zanim zrozumiesz, ale trwa dłużej. Sięgasz po coś białego i pięknego. Prawdopodobnie długo czekałam tylko na ciebie. Co do Joego, to z nim wszystko w porządku. Trochę trudno mi mówić. Jest tyle rzeczy, o których nie da się powiedzieć. W Chicago, kiedy cię tam zobaczyłam, pomyślałam: "W twoim wieku większość kobiet w twojej sytuacji jest zamężna". Przypuszczam, że kiedyś też będziesz musiał to zrobić, ale dla mnie liczy się to, że jeszcze tego nie zrobiłeś - że nie zrobiłeś tego, kiedy cię znalazłem. Zdarza się, że jeśli mężczyzna i drugi mężczyzna, albo dwie kobiety, są zbyt często widywani razem, wywiązuje się rozmowa. Ameryka staje się niemal tak wyrafinowana i mądra jak Europa. Właśnie w tym mężowie są bardzo pomocni. Pomagasz im, jak możesz, bez względu na to, co grają, ale najlepsze w sobie zachowujesz dla kogoś innego - dla kogoś, kto rozumie, do czego naprawdę dążysz.
  Alina niespokojnie wierciła się za sterem, myśląc o tamtym wieczorze na łodzi i o wszystkim, co oznaczał. Czy to był dla niej początek udoskonalenia? Życie nie jest zapisane w zeszytach. Ile odważysz się sobie uświadomić? Gra życia to gra śmierci. Tak łatwo popaść w romantyzm i przestraszyć się. Amerykanki z pewnością miały łatwo. Ich ludzie wiedzą tak mało - odważą się sobie uświadomić tak mało. Możesz o niczym nie decydować, jeśli chcesz, ale czy to zabawne nigdy nie wiedzieć, co się dzieje - od środka? Jeśli zajrzysz do życia, poznasz jego liczne zakamarki, czy potrafisz trzymać się z dala od siebie? "Nie tak bardzo" - powiedziałby bez wątpienia ojciec Aliny, a jej mąż, Fred, powiedziałby coś podobnego. Wtedy musisz żyć własnym życiem. Kiedy jej łódź opuściła amerykańskie brzegi, zostawiła za sobą więcej, niż Alina chciałaby myśleć. Mniej więcej w tym samym czasie prezydent Wilson odkrył coś podobnego. To go zabiło.
  W każdym razie był pewien, że rozmowa z Esther jeszcze bardziej utwierdziła Aline w postanowieniu, by poślubić Freda Graya, kiedy później do niego przyjdzie. Sprawiła też, że stała się mniej wymagająca, mniej pewna siebie, jak większość innych osób, które widziała tego lata w towarzystwie Joego i Esther. Fred był, był tak wspaniały jak, powiedzmy, grzeczny pies. Jeśli to, co miał, było amerykańskie, ona, jako kobieta, była wystarczająco szczęśliwa, by zaryzykować amerykańskie szanse, pomyślała wtedy.
  Mowa Esther była tak powolna i cicha. Alina potrafiła o tym wszystkim pomyśleć i zapamiętać wszystko tak wyraźnie w ciągu kilku sekund, ale Esther musiała potrzebować więcej czasu, żeby wypowiedzieć wszystkie zdania niezbędne do przekazania jej sensu.
  I znaczenie, które Aline musiała pojąć, nic nie wiedząc, pojąć instynktownie albo wcale. Esther zawsze będzie miała jasne alibi. Była bardzo inteligentną kobietą, nie było co do tego wątpliwości. Joe miał szczęście, że ją ma, będąc tym, kim był.
  Jeszcze nie zadziałało.
  Wznosisz się i upadasz. Dwudziestosześcioletnia kobieta, jeśli w ogóle cokolwiek ma, jest gotowa. A jeśli nic nie ma, to inna, jak Estera, w ogóle jej nie chce. Jeśli chcesz głupca, romantycznego głupca, to co powiesz na mężczyznę, dobrego amerykańskiego biznesmena? On wyzdrowieje, a ty pozostaniesz cała i zdrowa. Nic cię nie rusza. Przeżyłaś długie życie, a ty zawsze jesteś na haju, na sucho i bezpieczna. Czy tego chcesz?
  Właściwie, to było tak, jakby Estera zepchnęła Alinę ze statku do morza. A morze było bardzo piękne tego wieczoru, kiedy Estera do niej przemówiła. Być może to był jeden z powodów, dla których Alina wciąż czuła się bezpiecznie. Masz coś poza sobą, jak morze, i pomaga tylko dlatego, że jest piękne. Jest morze, małe fale rozbijające się, białe morze biegnące za statkiem, przelewające się przez burtę statku jak miękki jedwab, który się rozdziera, i gwiazdy powoli pojawiające się na niebie. Dlaczego, kiedy wytrącasz rzeczy z ich naturalnego porządku, kiedy stajesz się trochę wyrafinowany i chcesz więcej niż kiedykolwiek wcześniej, ryzyko staje się stosunkowo większe? Tak łatwo jest zgnić. Drzewo nigdy takie nie staje się, ponieważ jest drzewem.
  Jakiś głos, jakaś ręka dotykająca twojej w pewien sposób. Słowa rozpływają się. Po drugiej stronie łodzi Joe, mąż Esther, rozmawia o sztuce. Wokół Joego zebrało się kilka kobiet. Potem rozmawiały o niej, cytując jego słowa. "Jak powiedział mi mój przyjaciel Joseph Walker, słynny portrecista, wiesz: "Cézanne jest taki a taki. Picasso jest taki a taki"".
  Wyobraź sobie, że jesteś dwudziestosześcioletnią Amerykanką, wykształconą jak córka bogatego chicagowskiego prawnika, prostą, ale wnikliwą, o jędrnym i silnym ciele. Miałaś marzenie. Cóż, młody Copeland, za którego myślałaś, że wyjdziesz za mąż, nie do końca był tym marzeniem. Był całkiem miły. Nie do końca zorientowany - w dziwny sposób. Większość amerykańskich mężczyzn prawdopodobnie nigdy nie przekracza siedemnastego roku życia.
  Wyobraź sobie, że jesteś w takiej sytuacji i wyrzucono cię z łodzi do morza. Żona Joego, Esther, zrobiła dla ciebie tę małą rzecz. Co byś zrobił? Spróbował się uratować? Schodzisz w dół - w dół i w dół, przecinając powierzchnię morza wystarczająco szybko. O Boże, jest wiele miejsc w życiu, których umysł przeciętnego mężczyzny lub kobiety nigdy nie dotyka. Zastanawiam się, dlaczego nie? Wszystko - większość rzeczy - jest wystarczająco oczywiste. Być może nawet drzewo nie jest dla ciebie drzewem, dopóki go nie uderzysz. Dlaczego niektórym ludziom powieki się podnoszą, a inni pozostają cali i wodoszczelni? Te kobiety na pokładzie, słuchające Joego, gdy mówi, to gaduły. - Skarpeta z wyłupiastymi oczami artysty-kupca. Najwyraźniej ani on, ani Esther nie zapisywali imion i adresów w małej książeczce. Dobry pomysł, żeby krzyżowali się każdego lata. Również jesienią. Ludzie lubią spotykać artystów i pisarzy na łodzi. To spojrzenie z pierwszej ręki na to, co symbolizuje Europa. Wielu z nich to robi. I nie dajcie się nabrać, Amerykanie! Ryba bierze przynętę! Zarówno Esther, jak i Joe doświadczyli chwil strasznego zmęczenia.
  Kiedy jesteś odpychany, tak jak Alina przez Esther, to wstrzymujesz oddech i nie denerwujesz się ani nie denerwujesz. Nic się nie stanie, jeśli zaczniesz się denerwować. Jeśli myślisz, że Esther nie może uciec, nie może wyczyścić spódnicy, to niewiele wiesz.
  Kiedy już przebijesz się przez powierzchnię, myślisz tylko o tym, by znów się na nią wynurzyć, tak czysto i klarownie, jak wtedy, gdy zszedłeś. W dole wszystko jest zimne i wilgotne - śmierć, ta droga. Znasz poetów. Chodź i umrzyj ze mną. Nasze dłonie splecione w śmierci. Biała, odległa droga razem. Mężczyzna i mężczyzna, kobieta i kobieta. Taka miłość - z Esther. Jaki jest sens życia? Kogo obchodzi, że życie toczy się dalej - w nowych formach, stworzonych przez nas samych?
  Jeśli jesteś jednym z nich, to dla ciebie to martwa biała ryba i nic więcej. Musisz sam to rozgryźć, a jeśli jesteś jednym z tych, których nigdy nie zepchnięto z łodzi, nic takiego ci się nie przydarzy i będziesz bezpieczny. Być może nie jesteś wystarczająco interesujący, by kiedykolwiek narazić się na niebezpieczeństwo. Większość ludzi chodzi bezpiecznie i z głową - przez całe życie.
  Amerykanie, co? I tak coś byś zyskał, jadąc do Europy z kobietą taką jak Esther. Po tym Esther już nigdy nie próbowała. Przemyślała to wszystko. Gdyby Alina nie była tym, czego pragnęła, wciąż mogłaby ją wykorzystać. Rodzina Aldridge cieszyła się dobrą reputacją w Chicago i były dostępne inne portrety. Esther szybko zrozumiała, jak ludzie zazwyczaj postrzegają sztukę. Gdyby Aldridge senior zlecił Joe Walkerowi namalowanie dwóch portretów, a po ich ukończeniu wyglądałby tak, jak jego zdaniem wyglądali jego żona i syn, prawdopodobnie wsparłby chicagowską sztukę Walkera, a płacąc po pięć tysięcy za każdego, jeszcze bardziej doceniłby portrety właśnie z tego powodu. "Największy żyjący artysta. Myślę", Esther wyobrażała sobie, jak mówi do swoich chicagowskich przyjaciół.
  Córka Alina może zmądrzeć, ale raczej nie będzie się odzywać. Kiedy Esther podjęła decyzję dotyczącą Aliny, bardzo starannie zatarła ślady - zrobiła to wystarczająco dobrze tego wieczoru na statku i umocniła swoją pozycję tamtego wieczoru, po sześciu tygodniach w Paryżu, kiedy ona, Alina i Joe poszli razem na spacer do mieszkania Rose Frank. Tego wieczoru, kiedy Alina poznała życie Walkerów w Paryżu i kiedy Esther pomyślała, że wie o wiele więcej, nadal rozmawiała z Aliną cicho, podczas gdy Joe szedł dalej, nie słysząc, nie próbując usłyszeć. Był to bardzo przyjemny wieczór i spacerowali wzdłuż lewego brzegu Sekwany, odwracając się od rzeki w pobliżu Izby Deputowanych. Ludzie siedzieli w małych kawiarniach przy Rue Voltaire, a czyste, paryskie, wieczorne światło - światło artysty - unosiło się nad sceną. "Tutaj trzeba dbać i o kobiety, i o mężczyzn" - powiedziała Esther. Większość Europejczyków uważa, że my, Amerykanie, jesteśmy głupcami, po prostu dlatego, że są rzeczy, których nie chcemy wiedzieć. To dlatego, że pochodzimy z nowego kraju i jest w nas coś świeżego i zdrowego.
  Esther powiedziała Alinie wiele podobnych rzeczy. W rzeczywistości powiedziała coś zupełnie innego. Zaprzeczyła, jakoby miała cokolwiek na myśli tamtej nocy na statku. "Jeśli myślisz, że to zrobiłam, to dlatego, że sama nie jesteś zbyt miła". Coś w tym stylu, powiedziała. Alina puściła to mimo uszu. "Wygrała bitwę tamtej nocy na statku", pomyślała. Przez chwilę musiała walczyć, żeby nabrać powietrza do płuc, żeby powstrzymać drżenie rąk, gdy Esther je trzymała, żeby nie czuć się zbyt samotnie i smutno - zostawiając dzieciństwo - dzieciństwo - za sobą, tak - ale po tej chwili stała się bardzo cicha i milcząca, tak bardzo, że Esther trochę się jej bała - a właśnie tego chciała. Zawsze lepiej pozwolić wrogowi oczyścić po bitwie trupy - o to się nie martw.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
  
  F RED PRZYSZEDŁ, wysiadł z samochodu przed wejściem do placówki handlowej i poczuł się trochę zły na Aline - albo udawał - ponieważ siedziała w samochodzie w półmroku, nie mówiąc mu o tym. Specjalista od reklamy, z którym rozmawiał w środku, poszedł ulicą, a Fred nie zaproponował mu podwózki. To dlatego, że Aline tam była. Fred musiałby go przedstawić. To pozwoliłoby Fredowi i Aline nawiązać nową więź i nieco zmieniłoby relację między Fredem a tym mężczyzną. Fred zaproponował, że poprowadzi, ale Aline się z niego roześmiała. Podobało jej się prowadzenie samochodu, dość mocnego, gdy pędził po stromych ulicach. Fred zapalił cygaro i, zanim zatopił się w myślach, zaprotestował raz jeszcze, że siedzi w samochodzie w zapadającym mroku, czekając tam, nie mówiąc mu o tym. Właściwie, podobało mu się to, podobała mu się myśl o Aline, jego żonie, częściowo służącej, czekającej na niego, biznesmence. "Gdybym cię chciała, wystarczyło, że zatrąbię. Właściwie, widziałam cię przez okno, jak rozmawiasz z tym mężczyzną" - powiedziała Aline.
  Samochód jechał ulicą na drugim biegu, a na rogu pod latarnią stał mężczyzna, wciąż rozmawiając z niskim, barczystym mężczyzną. Musiał mieć twarz bardzo podobną do mężczyzny, Amerykanina, którego widziała w mieszkaniu Rose Frank tego samego wieczoru, kiedy poznała Freda. Dziwne, że pracował w fabryce jej męża, a jednak pamiętała tamten wieczór w Paryżu: Amerykanin z mieszkania Rose powiedział komuś, że kiedyś był robotnikiem w amerykańskiej fabryce. Było to podczas przerwy w rozmowie, przed wybuchem Rose Frank. Ale dlaczego ten był tak pochłonięty tym niskim mężczyzną, z którym był? Nie byli do siebie zbyt podobni, ci dwaj mężczyźni.
  Robotnicy, mężczyźni, wychodzili z bram fabryki, fabryki jej męża. Wysocy, niscy, szerocy, szczupli, kulawi, ślepi na jedno oko, jednoręcy, w spoconych ubraniach. Szli, powłócząc nogami - po bruku przed bramami fabryki, przekraczali tory kolejowe, znikali w mieście. Jej dom stał na szczycie wzgórza nad miastem, z widokiem na miasto, na rzekę Ohio, która szerokim łukiem okrążała miasto, nad wieloma milami nizin, gdzie dolina rzeki rozszerzała się nad i pod miastem. Zimą dolina była szara. Rzeka wylewała się na niziny, zamieniając się w ogromne, szare morze. Kiedy Fred był bankierem, ojciec - "Stary Siwy", jak go nazywali wszyscy w mieście - zdołał zdobyć większość ziemi w dolinie. Początkowo nie wiedzieli, jak ją dochodowo uprawiać, a ponieważ nie mogli tam budować domów i stodół, uważali ziemię za bezwartościową. W rzeczywistości była to najbogatsza ziemia w stanie. Rzeka co roku wylewała, pozostawiając na ziemi drobny szary muł, który wspaniale ją wzbogacał. Pierwsi rolnicy próbowali budować tamy, ale gdy pękały, domy i stodoły były zmyte przez powódź.
  Stary Gray czekał jak pająk. Rolnicy przyszli do banku i pożyczyli trochę pieniędzy na tanią ziemię, a potem pozwolili im odejść, pozwalając mu na przejęcie nieruchomości. Czy był mądry, czy to wszystko był przypadek? Później odkryto, że jeśli po prostu pozwolisz wodzie spłynąć i pokryć ziemię, wiosną znów odpłynie, pozostawiając ten drobny, bogaty muł, który sprawia, że kukurydza rośnie prawie jak drzewa. Późną wiosną wyruszałeś na pole z armią najemników, którzy mieszkali w namiotach i szałasach zbudowanych wysoko na palach. Orałeś i siałeś, a kukurydza rosła. Potem zbierałeś kukurydzę i układałeś ją w stodołach, również zbudowanych wysoko na palach, a kiedy powracała powódź, wysyłałeś barki przez zalany kraj, żeby przywieźć kukurydzę. Zarobiłeś pieniądze za pierwszym razem. Fred opowiedział o tym Aline. Fred uważał swojego ojca za jednego z najsprytniejszych ludzi na świecie. Czasami mówił o nim tak, jak Biblia mówi o ojcu Abrahamie. "Nestor z rodu Grayów", coś w tym stylu. Co Fred myślał o tym, że jego żona nie urodziła mu dzieci? Bez wątpienia miał wiele dziwnych myśli o niej, gdy był sam. Dlatego czasami udawał takiego przestraszonego, gdy na niego patrzyła. Może bał się, że zna jego myśli. Naprawdę?
  "Abraham zaś wyzionął ducha i umarł w sędziwym wieku, jako starzec i syt życia, i został przyłączony do przodków swoich.
  "A jego synowie, Izaak i Izmael, pochowali go w jaskini Machpela, na polu Efrona, syna Zochara Chetyty, które jest naprzeciw Manre.
  Pole, które Abraham kupił od synów Cheta; tam zostali pochowani Abraham i jego żona Sara.
  "I stało się po śmierci Abrahama, że Bóg błogosławił jego synowi Izaakowi. Izaak zamieszkał przy studni Lahaira."
  
  Trochę dziwne było to, że pomimo wszystkiego, co powiedział jej Fred, Aline nie potrafiła wymazać z pamięci obrazu Old Graya, bankiera. Zmarł natychmiast po ślubie Freda, w Paryżu, gdy Fred spieszył się do domu, zostawiając swoją nową żonę. Być może Fred nie chciał, żeby widywała się z ojcem, nie chciał, żeby ojciec widywał ją. Właśnie zbudował łódź wieczorem tego samego dnia, kiedy dowiedział się o chorobie jej ojca, a Aline wypłynęła w morze dopiero miesiąc później.
  Dla Aliny pozostawał wówczas mitem - "Starym Siwym". Fred powiedział, że podniósł sytuację, podniósł rangę miasta. Przed nim była to po prostu brudna wieś, powiedział Fred. "A teraz spójrz na to". Sprawił, że dolina produkowała, sprawił, że miasto produkowało. Fred był głupcem, że nie widział rzeczy jaśniej. Po zakończeniu wojny został w Paryżu, włóczył się po okolicy, a nawet rozważał zajęcie się sztuką na jakiś czas, coś w tym stylu. "W całej Francji nigdy nie było takiego człowieka jak mój ojciec" - powiedział kiedyś Fred swojej żonie Alinie. Był zbyt kategoryczny, gdy składał takie oświadczenia. Gdyby nie został w Paryżu, nigdy nie poznałby Aliny, nigdy by się z nią nie ożenił. Kiedy składał takie oświadczenia, Alina uśmiechała się łagodnie, rozumiejąco, a Fred lekko zmieniał ton.
  Był ten facet, z którym mieszkał na studiach. Ciągle gadał i dawał Fredowi książki do czytania, George'a Moore'a, Jamesa Joyce'a - "Artystę jako młodego człowieka". Wprawiał Freda w osłupienie, a nawet posunął się tak daleko, że prawie wyzwał ojca od powrotu do domu; a potem, kiedy zobaczył, że syn podjął już decyzję, Stary Gray zrobił to, co uważał za sprytny ruch. "Spędzisz rok w Paryżu, studiując sztukę, robiąc, co zechcesz, a potem wrócisz do domu i spędzisz rok tutaj ze mną" - napisał Stary Gray. Syn miał mieć tyle pieniędzy, ile zapragnie. Teraz Fred żałował, że spędził pierwszy rok w domu. "Mógłbym być dla niego pocieszeniem. Byłem powierzchowny i lekkomyślny. Mogłem cię spotkać, Aline, w Chicago albo Nowym Jorku" - powiedział Fred.
  To, co Fred wyniósł z roku spędzonego w Paryżu, to Aline. Czy było warto? Starszy mężczyzna mieszkający samotnie w domu, czekający. Nigdy nawet nie widział żony swojego syna, nigdy nawet o niej nie słyszał. Mężczyzna z jednym synem, i to synem w Paryżu, wygłupiającym się po wojnie, po tym, jak wykonał tam swoją część pracy. Fred miał talent do rysowania, podobnie jak Aline, ale co z tego? Nawet nie wiedział, czego chce. Czy Aline wiedziała, czego szuka? Byłoby wspaniale, gdyby mógł o tym wszystkim porozmawiać z Aline. Dlaczego nie mógłby? Była słodka i słodka, bardzo cicha przez większość czasu. Trzeba było uważać z taką kobietą.
  Samochód już piął się pod górę. Była jedna krótka, bardzo stroma i kręta ulica, gdzie trzeba było wrzucić niższy bieg.
  Mężczyźni, robotnicy, prawnicy od reklamy, biznesmeni. Przyjaciel Freda w Paryżu, facet, który namówił go, żeby sprzeciwił się ojcu i spróbował swoich sił jako artysta. Był człowiekiem, który mógł się okazać kimś takim jak Joe Walker. Pracował już z Fredem. Fred uważał, że on, Tom Burnside, jego kolega ze studiów, jest uosobieniem artysty. Umiał siedzieć w kawiarni, znał nazwy win, mówił po francusku z niemal idealnym paryskim akcentem. Wkrótce miał zacząć podróżować do Ameryki, żeby sprzedawać obrazy i malować portrety. Sprzedał już Fredowi obraz za osiemset dolarów. "To najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem, a jakiś facet tutaj chce go kupić za dwa tysiące, ale nie chcę go jeszcze wypuszczać z rąk. Wolę, żeby trafił w twoje ręce. Mój jedyny prawdziwy przyjaciel". Fred dał się nabrać. Kolejny Joe Walker. Gdyby tylko gdzieś znalazł Esther, wszystko byłoby w porządku. Nie ma nic lepszego niż zaprzyjaźnienie się z bogatym mężczyzną, gdy oboje jesteście młodzi. Kiedy Fred pokazał obraz swoim znajomym w miasteczku Old Harbor, Alina miała niejasne przeczucie, że nie znajduje się w obecności męża, lecz w domu, w obecności ojca - ojca pokazującego jakiemuś facetowi, prawnikowi lub klientowi portrety wykonane przez Joego Walkera.
  Jeśli jesteś kobietą, dlaczego nie mogłaś mieć mężczyzny, którego poślubiłaś jako dziecko i być z tego zadowolona? Czy to dlatego, że kobieta chciała mieć własne dzieci, nie chciała ich adoptować ani poślubić? Mężczyźni, robotnicy w fabryce męża, wysocy mężczyźni, niscy mężczyźni. Mężczyźni spacerujący nocą paryskim bulwarem. Francuzi o pewnym wyglądzie. Oni uganiali się za kobietami, Francuzi. Chodziło o to, by utrzymać się na szczycie, jeśli chodzi o kobiety, wykorzystać je, zmusić do służenia. Amerykanie byli sentymentalnymi głupcami, jeśli chodzi o kobiety. Chcieli, żeby zrobiły dla mężczyzny to, czego on sam nie miał siły zrobić dla siebie.
  Mężczyzna w mieszkaniu Rose Frank, wieczór, kiedy po raz pierwszy spotkała Freda. Dlaczego był tak dziwnie inny od pozostałych? Dlaczego przez te wszystkie miesiące pozostał tak żywo w pamięci Aliny? Tylko jedno spotkanie na ulicach tego miasteczka w Indianie z mężczyzną, który zrobił na niej takie wrażenie, poruszyło ją, zawstydzając jej umysł i wyobraźnię. Zdarzyło się to dwa lub trzy razy tego wieczoru, kiedy szła odebrać Freda.
  Być może tamtej nocy w Paryżu, gdy zdobyła Freda, pragnęła innego mężczyzny.
  On, drugi mężczyzna, którego zastała w mieszkaniu Rose, gdy przyszła tam z Esther i Joe, nie zwracał na nią żadnej uwagi, nawet do niej nie przemówił.
  Robotnik, którego właśnie widziała idącego ulicą na zboczu wzgórza z niskim, barczystym, zuchwałym mężczyzną, był do złudzenia podobny do tamtego. Jakież to absurdalne, że nie mogła z nim porozmawiać, dowiedzieć się o nim czegokolwiek. Zapytała Freda, kim jest ten niski mężczyzna, a on się roześmiał. "To Sponge Martin. To on jest wizytówką" - powiedział Fred. Mógł powiedzieć więcej, ale chciał się zastanowić nad tym, co powiedział mu ten chicagowski specjalista od reklamy. Był sprytny, ten specjalista od reklamy. No dobrze, jeśli chodzi o jej grę, ale jeśli dorównywała Fredowi, to co z tego?
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY
  
  DRZEWO FRANKA w mieszkaniu _ _ _ w Paryżu, tego wieczoru, po półwydarzeniu z Esther na łodzi i po kilku tygodniach spędzonych wśród znajomych Esther i Joe w Paryżu. Artysta i jego żona znali wielu zamożnych Amerykanów w Paryżu, którzy szukali ekscytującej rozrywki, a Esther radziła sobie z tym tak dobrze, że ona i Joe uczestniczyli w wielu przyjęciach, nie wydając przy tym fortuny. Dodawali artystycznego akcentu, a jednocześnie byli dyskretni - kiedy dyskrecja była wskazana.
  A po wieczorze spędzonym na łodzi Esther czuła się mniej więcej swobodnie w towarzystwie Aliny. Uważała, że Alinie lepiej rozumie życie niż ona.
  Dla Aliny było to osiągnięcie, a przynajmniej tak uważała. Zaczęła poruszać się swobodniej w kręgu swoich myśli i impulsów. Czasami myślała: "Życie to tylko dramat. Decydujesz o swojej roli w życiu, a potem próbujesz ją umiejętnie odegrać". Granie źle, nieudolnie było największym grzechem. Amerykanie w ogóle, młodzi mężczyźni i kobiety tacy jak ona, którzy mieli wystarczająco dużo pieniędzy i wystarczająco wysoką pozycję społeczną, by czuć się bezpiecznie, mogli robić, co chcieli, pod warunkiem, że starannie zacierali ślady. W domu, w Ameryce, w samym powietrzu, którym oddychała, było coś, co dawało poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie strasznie cię ograniczało. Dobro i zło były czymś pewnym, moralność i niemoralność były czymś pewnym. Poruszała się w jasno określonym kręgu myśli, idei i emocji. Bycie dobrą kobietą zyskiwało szacunek mężczyzn, jaki ich zdaniem powinna mieć dobra kobieta. Nawet jeśli miałeś pieniądze i szanowaną pozycję społeczną, musiałeś otwarcie zrobić coś, co jawnie sprzeciwiało się prawom społecznym, zanim wszedłeś do wolnego świata, a wolny świat, do którego wkraczałeś z takim działaniem, wcale nie był wolny. Był to strasznie ograniczony, a nawet brzydki świat, zamieszkany, powiedzmy, przez aktorki filmowe.
  W Paryżu, pomimo obecności Esther i Joe, Aline czuła coś we francuskim życiu, co ją urzekało. Drobne szczegóły, męskie stajnie na otwartych ulicach, ogiery zaprzężone do śmieciarek i trąbiące jak klacze, kochankowie otwarcie całujący się na ulicach późnym popołudniem - rodzaj prozaicznej akceptacji. Życie, którego Anglicy i Amerykanie zdawali się nie być w stanie osiągnąć, wręcz ją urzekło. Czasami chodziła z Esther i Joe na plac Vendôme i spędzała tam dzień z ich amerykańskimi przyjaciółmi, ale coraz częściej wyrabiała w sobie nawyk wychodzenia samotnie.
  Samotna kobieta w Paryżu zawsze musiała być przygotowana na kłopoty. Mężczyźni zagadywali do niej, sugestywnie gestykulowali dłońmi i ustami, a nawet podążali za nią ulicą. Ilekroć wychodziła sama, było to swego rodzaju atakiem na nią jako kobietę, jako istotę o kobiecym ciele, na jej skrywane kobiece pragnienia. Jeśli coś zyskiwano dzięki otwartości kontynentalnego życia, wiele też tracino.
  Poszła do Luwru. W domu brała lekcje rysunku i malarstwa w instytucie i ludzie nazywali ją mądrą. Joe Walker chwalił jej prace. Inni je chwalili. Wtedy pomyślała, że Joe musi być prawdziwym artystą. "Uległam amerykańskiemu trikowi myślenia, że to, co jest dobrze zrobione, oznacza, że jest dobre" - pomyślała, a ta myśl, pochodząca od niej samej, a nie narzucona jej przez kogoś innego, była objawieniem. Nagle ona, Amerykanka, zaczęła chodzić pośród męskiej twórczości, czując się bardzo skromna. Joe Walker, wszyscy mężczyźni jego pokroju, odnoszący sukcesy artyści, pisarze, muzycy, którzy byli amerykańskimi bohaterami, stawali się w jej oczach coraz mniejsi. Jej własna, skromna, kunsztowna sztuka naśladowcza wydawała się dziecinną zabawą w obliczu dzieł El Greca, Cézanne"a, Fra Angelico i innych Latynosów, podczas gdy Amerykanie, którzy zajmowali ważne miejsce w historii amerykańskich prób rozwoju życia kulturalnego...
  Był Mark Twain, który napisał "Niewinnych za granicą", książkę uwielbianą przez ojca Aliny. Kiedy była dzieckiem, zawsze ją czytał i śmiał się z niej, ale tak naprawdę była to jedynie raczej paskudna pogarda małego chłopca dla rzeczy, których nie rozumiał. Ojciec dla wulgarnych umysłów. Czy Alina naprawdę mogła uważać, że jej ojciec lub Mark Twain byli wulgarnymi mężczyznami? Cóż, nie mogła. Dla Aliny jej ojciec zawsze był słodki, miły i delikatny - może nawet zbyt delikatny.
  Pewnego ranka siedziała na ławce w Tuileries, a obok niej, na innej ławce, rozmawiało dwóch młodych mężczyzn. Byli Francuzami i, niezauważeni przez nią, wpadli w rozmowę. Przyjemnie było słuchać takich rozmów. Szczególna pasja do malarstwa. Która droga była tą właściwą? Jeden z nich ogłosił się zwolennikiem modernistów, Cézanne'a i Matisse'a, i nagle wybuchnął żarliwym uwielbieniem dla bohaterów. Ludzie, o których mówił, przez całe życie trzymali się dobrej ścieżki. Matisse nadal tak robił. Tacy ludzie posiadali oddanie, wielkość i majestatyczną postawę. Przed ich przybyciem ta wielkość była w dużej mierze utracona dla świata, ale teraz - po ich przybyciu i dzięki ich cudownemu oddaniu - miała szansę naprawdę się odrodzić.
  Alina pochyliła się na ławce, żeby słuchać. Słowa młodego Francuza, płynące szybko, były nieco trudne do uchwycenia. Jej własny francuski był raczej swobodny. Czekała na każde słowo, pochylając się do przodu. Gdyby taki mężczyzna - gdyby ktoś tak zafascynowany tym, co uważał za piękne w życiu - gdyby tylko udało się go do siebie zbliżyć...
  I wtedy, w tym momencie, młody mężczyzna, widząc ją, widząc wyraz jej twarzy, wstał i podszedł do niej. Coś ją ostrzegło. Będzie musiała biec i wezwać taksówkę. Ten mężczyzna był przecież kontynentalistą. Czuła w sobie Europę, Stary Świat, świat, w którym mężczyźni wiedzieli o kobietach zbyt wiele, a może i za mało. Mieli rację, czy nie? Niezdolność do myślenia lub odczuwania kobiet jako czegoś innego niż cielesność była jednocześnie przerażająca i, o dziwo, całkiem prawdziwa - dla Amerykanki, dla Angielki, być może zbyt zdumiewająca. Kiedy Alina spotykała takiego mężczyznę w towarzystwie Joego i Esther - co zdarzało jej się czasami - gdy jej pozycja była jasna i bezpieczna, wydawał się on, obok większości znanych jej Amerykanów, całkowicie dojrzały, pełen wdzięku w podejściu do życia, o wiele bardziej wartościowy, o wiele bardziej interesujący, z nieskończenie większym potencjałem do osiągania celów - prawdziwych osiągnięć.
  Idąc z Esther i Joe, Esther nerwowo szarpała Alinę. Jej umysł był pełen małych haczyków, które chciały zahaczyć się o Alinę. "Czy życie tutaj cię ekscytuje, czy porusza? Czy jesteś po prostu głupią, zadowoloną z siebie Amerykanką szukającą mężczyzny i myślącą, że to wszystko rozwiąże? Wchodzisz - szczupła, schludna kobieca figura, zgrabne kostki, drobna, ostra, interesująca twarz, dobra szyja - a do tego ciało, wdzięczne i czarujące. Co planujesz? Już niedługo - za trzy, cztery lata - twoje ciało zacznie wiotczeć. Ktoś zniszczy twoją urodę. Wolałabym to zrobić. Byłaby w tym satysfakcja, rodzaj radości. Myślisz, że uda ci się uciec? Czy to właśnie planujesz, ty mała amerykańska głuptasko?"
  Esther przechadzała się po paryskich ulicach, zamyślona. Joe, jej mąż, tęsknił za wszystkim i nic go to nie obchodziło. Palił papierosy i wymachiwał laską. Rose Frank, cel ich podróży, była korespondentką kilku amerykańskich gazet, które potrzebowały cotygodniowych plotek o Amerykanach w Paryżu, a Esther pomyślała, że dobrym pomysłem będzie zamieszkanie u niej. Skoro Rose należała do Esther i Joe, to jakie to miało znaczenie? To właśnie o nich amerykańskie gazety chciały plotkować.
  Był wieczór po Balu Artystycznym Quatz i gdy tylko dotarli do mieszkania, Alina zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak, choć Esther - wtedy jeszcze niezbyt czujna - tego nie wyczuła. Być może była zajęta Aliną, myślała o niej. Zebrało się już kilka osób, sami Amerykanie, a Alina, która od początku była bardzo wrażliwa na Rose i jej nastrój, natychmiast doszła do wniosku, że gdyby nie zaprosiła ich do siebie tego wieczoru, Rose byłaby szczęśliwa, będąc sama, a może prawie sama.
  Było to studio z dużym pokojem, pełne ludzi, a właścicielka, Rosa, przechadzała się między nimi, paląc papierosy i z dziwnym, pustym spojrzeniem. Widząc Esther i Joego, gestem ręki trzymającej papierosa wskazała: "O mój Boże, was też, czyżbym cię zapraszała?" - zdawał się mówić ten gest. Początkowo nawet nie spojrzała na Alinę; ale później, gdy weszło kilku kolejnych mężczyzn i kobiet, siedziała na sofie w kącie, wciąż paląc papierosy i patrząc na Alinę.
  "No, no, więc to ty jesteś? Też tu jesteś? Nie pamiętam, żebym cię kiedykolwiek poznał. Pracujesz w zespole Walkera i chyba jesteś dziennikarką. Panna Taka-a-Taka z Indianapolis. Coś w tym stylu. Walkerzy nie podejmują ryzyka. Kiedy kogoś za sobą ciągną, to oznacza pieniądze".
  Myśli Rose Frank. Uśmiechnęła się, patrząc na Alinę. "Natknęłam się na coś. Zostałam uderzona. Zamierzam mówić. Muszę. Nie ma dla mnie większego znaczenia, kto tu jest. Ludzie muszą podejmować ryzyko. Od czasu do czasu coś się komuś przytrafia - może się to przytrafić nawet bogatemu młodemu Amerykaninowi takiemu jak ty - coś, co zbyt mocno ciąży na umyśle. Kiedy to się stanie, będziesz musiała mówić. Musisz wybuchnąć. Uważaj! Coś ci się stanie, młoda damo, ale to nie moja wina. To twoja wina, że tu jesteś".
  Było oczywiste, że z amerykańskim dziennikarzem dzieje się coś niedobrego. Wszyscy w pokoju to wyczuwali. Wywiązała się pospieszna, dość nerwowa rozmowa, w której brali udział wszyscy oprócz Rose Frank, Aline i mężczyzny siedzącego w kącie pokoju, który nie zauważył Aline, Joe, Esther ani nikogo innego, gdy weszli. W pewnym momencie odezwał się do młodej kobiety siedzącej obok niego. "Tak" - powiedział - "byłem tam, mieszkałem tam przez rok. Pracowałem tam, malując koła rowerowe w fabryce. To jakieś osiemdziesiąt mil od Louisville, prawda?"
  Był to wieczór po Balu Sztuk Quatz w roku, w którym zakończyła się wojna, a Rose
  Frank, który przyszedł na bal z młodym mężczyzną, którego nie było na jej przyjęciu następnego wieczoru, chciał porozmawiać o czymś, co jej się przydarzyło.
  "Muszę o tym porozmawiać, bo jeśli tego nie zrobię, to wybuchnę" - powiedziała do siebie, siedząc w swoim mieszkaniu wśród gości i patrząc na Aline.
  Zaczęła. Jej głos był wysoki, pełen nerwowego podniecenia.
  Wszyscy inni w pokoju, wszyscy, którzy rozmawiali, nagle ucichli. Zapadła niezręczna cisza. Ludzie, mężczyźni i kobiety, zebrali się w małych grupkach, siedząc na zsuniętych krzesłach i na dużej sofie w kącie. Kilkoro młodych mężczyzn i kobiet siedziało w kręgu na podłodze. Aline, po pierwszym spojrzeniu Rose, instynktownie odsunęła się od Joego i Esther i usiadła sama na krześle przy oknie z widokiem na ulicę. Okno było otwarte, a ponieważ nie było moskitiery, widziała poruszających się ludzi. Mężczyźni i kobiety szli Rue Voltaire, by przejść przez jeden z mostów do Tuileries lub usiąść w kawiarni na bulwarze. Paryż! Paryż nocą! Milczący młody mężczyzna, który nie powiedział nic poza krótką sugestią o pracy w fabryce rowerów gdzieś w Ameryce, najwyraźniej w odpowiedzi na pytanie, zdawał się mieć jakiś mglisty związek z Rose Frank. Aline co chwila odwracała głowę, by spojrzeć na niego i na Rose. W pokoju miało się wydarzyć coś, co z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu bezpośrednio dotknęło milczącego mężczyznę, ją samą i młodego mężczyznę o imieniu Fred Gray, który siedział obok milczącego mężczyzny. "On pewnie jest taki sam jak ja, niewiele wie" - pomyślała Alina, zerkając na Freda Graya.
  Cztery osoby, w większości nieznajome, dziwnie odizolowane w pokoju pełnym ludzi. Miało się wydarzyć coś, co poruszy ich w sposób, w jaki nikt inny nie mógł. To już się działo. Czy milczący mężczyzna, siedzący samotnie i wpatrzony w podłogę, kochał Rose Frank? Czy w takim zgromadzeniu ludzi, wśród takich Amerykanów zgromadzonych w pokoju paryskiego mieszkania - dziennikarzy, młodych radykałów, studentów sztuki - może istnieć coś takiego jak miłość? Dziwna była myśl, że Esther i Joe tam byli. Nie pasowali do siebie i Esther to wyczuwała. Była trochę zdenerwowana, ale jej mąż, Joe... uznał to, co nastąpiło, za zachwycające.
  Cztery osoby, nieznajome, odizolowane w pokoju pełnym ludzi. Ludzie byli jak krople wody w płynącej rzece. Nagle rzeka rozgniewała się. Stała się wściekle energiczna, rozprzestrzeniając się po ziemi, wyrywając drzewa z korzeniami i zmiatając domy. Powstały małe wiry. Niektóre krople wody wirowały w kręgach, nieustannie dotykając się nawzajem, łącząc się ze sobą, wchłaniając się nawzajem. Nadszedł czas, gdy ludzie przestali być odizolowani. To, co czuł jeden, czuli i inni. Można powiedzieć, że w pewnych momentach osoba opuszczała własne ciało i całkowicie przechodziła w ciało innej. Miłość może być czymś takim. Kiedy Rose Frank mówiła, milczący mężczyzna w pokoju wydawał się być jej częścią. Jak dziwnie!
  A młody Amerykanin - Fred Gray - przytulił się do Aliny. "Jesteś kimś, kogo potrafię zrozumieć. Czuję się tu nieswojo".
  Młody irlandzko-amerykański dziennikarz, wysłany do Irlandii przez amerykańską gazetę, aby relacjonować rewolucję i przeprowadzić wywiad z przywódcą rewolucji, zaczął mówić, uporczywie przerywając Rose Frank. "Wiozli mnie taksówką z zawiązanymi oczami. Oczywiście nie miałem pojęcia, dokąd jadę. Musiałem zaufać temu człowiekowi i zaufałem. Rolety były zaciągnięte. Ciągle myślałem o przejażdżce pani Bovary ulicami Rouen. Taksówka turkotała na bruku w ciemności. Być może Irlandczycy lubią dramatyzm takich wydarzeń.
  "I tak oto byłem. Byłem z nim w tym samym pokoju - z V, tym, którego tak pilnie ścigali agenci brytyjskiego rządu - siedząc w tym samym pokoju, ciasno i przytulnie, jak dwa pluskwy w dywanie. Mam świetną historię. Dostanę awans".
  Była to próba uniemożliwienia Rose Frank mówienia.
  Czy wszyscy obecni w pokoju wyczuli, że z tą kobietą jest coś nie tak?
  Zaprosiła pozostałych do swojego mieszkania na wieczór, ale nie chciała, żeby tam byli. Naprawdę chciała Aline. Chciała milczącego mężczyznę siedzącego samotnie i młodego Amerykanina o imieniu Fred Gray.
  Alina nie potrafiła powiedzieć, po co jej akurat ta czwórka. Czuła to. Młody irlandzko-amerykański dziennikarz próbował opowiedzieć o swoich przeżyciach w Irlandii, aby rozładować napięcie w sali. "A teraz poczekaj! Ja się odezwę, a potem ktoś inny. Spędzimy miły i komfortowy wieczór. Coś się stało. Być może Rose pokłóciła się ze swoim kochankiem. Ten mężczyzna, który tam siedzi samotnie, może być jej kochankiem. Nigdy wcześniej go nie widziałam, ale jestem gotowa się założyć, że nim jest. Daj nam szansę, Rose, a pomożemy ci przetrwać ten trudny czas". Coś w tym stylu, opowiadając swoją historię, młody mężczyzna próbował przekazać Rose i pozostałym.
  To nie zadziała. Rose Frank roześmiała się dziwnym, wysokim, nerwowym śmiechem - mrocznym śmiechem. Była pulchną, silną, drobną Amerykanką około trzydziestki, uważaną za bardzo inteligentną i utalentowaną w swoim fachu.
  "No cóż, cholera, byłam tam. Byłam w tym wszystkim, widziałam to wszystko, czułam to wszystko" - powiedziała głośnym, ostrym głosem i choć nie powiedziała, gdzie jest, wszyscy w pokoju, nawet Alina i Fred Grey, wiedzieli, co ma na myśli.
  Wisiało w powietrzu od kilku dni - obietnica, groźba - tegoroczny Bal Sztuk Quatz, a odbył się poprzedniego wieczoru.
  Alina wyczuła jego zbliżającą się obecność w powietrzu, podobnie jak Joe i Esther. Joe potajemnie pragnął odejść, bardzo tego pragnął.
  Paryski Bal Sztuk Pięknych Quat'z to instytucja. Jest częścią życia studenckiego w stolicy sztuki. Odbywa się co roku, a tego wieczoru młodzi studenci sztuki z całego świata zachodniego - Ameryki, Anglii, Ameryki Południowej, Irlandii, Kanady i Hiszpanii - przyjeżdżają do Paryża, aby studiować jedną z czterech znakomitych sztuk pięknych. I szaleją.
  Wdzięk linii, delikatność linii, wrażliwość koloru - na ten wieczór - bach!
  Przyszły kobiety - zazwyczaj modelki ze studiów - wolne kobiety. Wszyscy dają z siebie wszystko. Tego się spodziewano. Przynajmniej tym razem!
  Zdarza się to co roku, ale rok po zakończeniu wojny... No cóż, to był rok, prawda?
  Już od dłuższego czasu coś wisiało w powietrzu.
  Za długo!
  Alina widziała coś podobnego do eksplozji w Chicago w pierwszy Dzień Rozejmu i poruszyło ją to dziwnie, tak jak każdego, kto to widział i czuł. Podobne historie wydarzyły się w Nowym Jorku, Cleveland, St. Louis, Nowym Orleanie - nawet w małych amerykańskich miasteczkach. Siwowłose kobiety całujące chłopców, młode kobiety całujące młodych mężczyzn - fabryki puste - zakaz zniesiony - biura puste - piosenka - taniec raz jeszcze w swoim życiu - ty, który nie byłeś na wojnie, w okopach, ty, który po prostu jesteś zmęczony krzyczeniem o wojnie, o nienawiści - radość - groteskowa radość. Kłamstwo, biorąc pod uwagę kłamstwo.
  Koniec kłamstw, koniec udawania, koniec takiej tandety - koniec wojny.
  Mężczyźni kłamią, kobiety kłamią, dzieci kłamią, uczą się kłamać.
  Kaznodzieje kłamią, księża kłamią, biskupi, papieże i kardynałowie kłamią.
  Królowie kłamią, rządy kłamią, pisarze kłamią, artyści malują fałszywe obrazy.
  Zepsucie kłamstw. Tak trzymać! Nieprzyjemny osad! Przeżyj kolejnego kłamcę! Spraw, żeby to zjadł! Morderstwo. Zabij więcej! Zabijaj dalej! Wolność! Miłość Boga! Miłość ludzi! Morderstwo! Morderstwo!
  Wydarzenia w Paryżu były starannie przemyślane i zaplanowane. Czyż młodzi artyści z całego świata, którzy przyjechali do Paryża, by studiować najwybitniejsze sztuki, nie poszli na łatwiznę - do Francji - drogiej Francji? Matki sztuki, prawda? Młodzi ludzie - artyści - najbardziej wrażliwi ludzie świata zachodniego -
  Pokaż im coś! Pokaż im coś! Walnij ich tym!
  Daj im limit!
  Mówią tak głośno - rób to tak, żeby im się podobało!
  No cóż, wszystko poszło na marne: pola są zrujnowane, drzewa owocowe wycięte, winorośl wyrwana z ziemi, sama stara Matka Ziemia dostała w twarz. Czy nasza cholerna, tania cywilizacja naprawdę ma żyć grzecznie, nigdy nie dostać w twarz? Co ty na to?
  Tak, tak? Niewinność! Dzieci! Słodka kobiecość! Czystość! Dom i ognisko domowe!
  Udusić dziecko w łóżeczku!
  Ej, to nieprawda! Pokażmy im!
  Uderzcie kobiety! Uderzcie je tam, gdzie mieszkają! Dajcie to gadułom! Dajcie im po łapach!
  W miejskich ogrodach, księżycowe światło pada na drzewa. Nigdy nie byłeś w okopach, prawda? Rok, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć?
  Co powie światło księżyca?
  Dajcie kobietom raz w twarz! Były w to uwikłane po uszy. Sentymentalizm! Ech! To właśnie się za tym kryje - przynajmniej w dużej mierze. Uwielbiały to wszystko - kobiety. Zróbcie im raz imprezę! Cherches la femme! Byliśmy wyprzedani, a one nam bardzo pomogły. I mnóstwo rzeczy o Dawidzie i Uriaszu. Mnóstwo Batszebie.
  Kobiety dużo mówiły o czułości - "nasi ukochani synowie" - pamiętasz? Francuzi krzyczą, Anglicy, Irlandczycy, Włosi. Dlaczego?
  Zanurzcie ich w smrodzie! Życie! Cywilizacja zachodnia!
  Smród okopów - w palcach, ubraniach, włosach - pozostaje tam - przenika krew - myśli z okopów, uczucia z okopów - miłość z okopów, co?
  Czyż to nie jest drogi Paryż, stolica naszej zachodniej cywilizacji?
  Co ty na to? Przyjrzyjmy im się chociaż raz! Czyż nie byliśmy tacy, jacy byliśmy? Czyż nie marzyliśmy? Czyż nie kochaliśmy trochę, co?
  Teraz nagość!
  Perwersja - i co z tego?
  Rzuć je na podłogę i tańcz na nich.
  Jak dobry jesteś? Ile ci jeszcze zostało?
  Jak to możliwe, że twoje oko jest wyłupiaste, a nos nie jest nudny?
  No dobrze. Jest tam ten mały, brązowy, pulchny stwór. Spójrz na mnie. Spójrz jeszcze raz na tego okopowego psa!
  Młodzi artyści świata zachodniego. Pokażmy im świat zachodni - chociaż raz!
  No cóż, limit jest jeden!
  Podoba ci się, co?
  Dlaczego?
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
  
  ROSE FRANK, amerykańska dziennikarka, była na Balu Sztuk Pięknych w Quatz dzień przed spotkaniem z Aliną. Przez kilka lat, w czasie wojny, zarabiała na życie, wysyłając dowcipne paryskie plotki do amerykańskich gazet, ale pragnęła też tego, co najlepsze. To właśnie wtedy pragnienie tego, co najlepsze, unosiło się w powietrzu.
  Tego wieczoru, w swoim mieszkaniu, musiała porozmawiać. Rozpaczliwie tego potrzebowała. Po spędzeniu całej nocy na rozpuście, nie spała cały dzień, krążąc po pokoju i paląc papierosy - być może czekając na okazję do rozmowy.
  Przeszła przez to wszystko. Prasa nie mogła się tam dostać, ale kobieta mogła - gdyby zaryzykowała.
  Rose poszła z młodym amerykańskim studentem sztuki, którego nazwiska nie ujawniła. Kiedy nalegała, młody Amerykanin roześmiał się.
  "W porządku. Głupcze! Zrobię to."
  Młody Amerykanin powiedział, że postara się nią zaopiekować.
  "Postaram się sobie poradzić. Oczywiście, wszyscy będziemy pijani.
  
  A kiedy już było po wszystkim, wczesnym rankiem oboje pojechali na przejażdżkę fiakrem do Bois. Ptaki cicho śpiewały. Spacerowali mężczyźni, kobiety i dzieci. Starszy, siwowłosy mężczyzna, całkiem przystojny, jechał konno po parku. Mógł być osobą publiczną - członkiem Izby Deputowanych albo kimś w tym rodzaju. Na trawie w parku chłopiec w wieku około dziesięciu lat bawił się z małym białym pieskiem, a kobieta stała nieopodal i przyglądała się. Na jej ustach igrał delikatny uśmiech. Chłopiec miał takie piękne oczy.
  
  O mój Boże!
  O, Kalamazoo!
  
  Trzeba być wysoką, chudą, ciemnoskórą dziewczyną, żeby kaznodzieja odłożył Biblię.
  
  Ale co to było za przeżycie! Rose czegoś się nauczyła. Czego? Ona nie wie.
  Żałowała i wstydziła się tego, ile kłopotów sprawiła młodemu Amerykaninowi. Po dotarciu na miejsce, gdzie to się działo, wszystko zaczęło wirować - poczuła zawroty głowy, straciła przytomność.
  A potem pragnienie - czarne, brzydkie, głodne pragnienie - jak pragnienie zabicia wszystkiego, co kiedykolwiek było piękne na świecie - w sobie i w innych - w każdym.
  Tańczyła z mężczyzną, który rozdarł jej sukienkę. Nie przejmowała się tym. Młody Amerykanin przybiegł i ją porwał. Zdarzyło się to trzy, cztery, pięć razy. "Jakiś rodzaj omdlenia, orgia, dzika, nieokiełznana bestia. Większość mężczyzn to byli młodzi mężczyźni, którzy walczyli w okopach za Francję, za Amerykę, za Anglię, no wiesz. Francja, żeby ją chronić, Anglia, żeby kontrolować morza, Ameryka, żeby mieć pamiątki. Dosyć szybko zdobyli swoje pamiątki. Stali się cyniczni - nie przejmowali się tym. Jeśli tu jesteś i jesteś kobietą, co tu robisz? Pokażę ci. Niech cię diabli wezmą. Jeśli chcesz walczyć, tym lepiej. Uderzę cię. Tak się kocha. Nie wiedziałaś?
  "Potem dzieciak zabrał mnie na przejażdżkę. Był wczesny ranek, w Bois drzewa były zielone, a ptaki śpiewały. Takie myśli chodziły mi po głowie, rzeczy, które widział mój dzieciak, rzeczy, które ja widziałem. Chłopak był ze mną w porządku, śmiał się. Był w okopach przez dwa lata. "Oczywiście, że my, dzieciaki, możemy przetrwać wojnę. Co ty na to? Musimy chronić ludzi przez całe życie, prawda?" Myślał o zieleni, wciąż wyłaniając się z riz-razu. "Dałaś sobie na to pozwolić. Mówiłem ci, Rose" - powiedział. Mógł mnie wziąć jak kanapkę, pożreć, to znaczy zjeść. To, co mi powiedział, było zdrowym rozsądkiem. "Nie próbuj dziś spać" - powiedział.
  "Widziałem to" - powiedział. "I co z tego? Niech jedzie. Nie irytuje mnie to bardziej niż irytowało mnie wcześniej, ale teraz nie sądzę, żeby było dla ciebie lepiej, żebyś mnie dzisiaj zobaczył. Możesz mnie znienawidzić. Na wojnie i w takich sytuacjach można nienawidzić wszystkich. Nieważne, że nic ci się nie stało, że ci się wymknęło. To nic nie znaczy. Nie pozwól, żeby cię to zawstydziło. Pomyśl o tym, że wyszłaś za mnie i dowiedziałaś się, że mnie nie chcesz, albo że ja nie chcę ciebie, coś w tym stylu".
  Rose zamilkła. Nerwowo chodziła po pokoju, rozmawiając i paląc papierosy. Kiedy słowa przestały jej uciekać, opadła na krzesło i usiadła, a łzy spływały jej po pulchnych policzkach. Podczas gdy kilka kobiet w pokoju podchodziło do niej i próbowało ją pocieszyć. Wydawało się, że chcą ją pocałować. Jedna po drugiej, kilka kobiet podchodziło do niej i schylając się, całowało ją we włosy, podczas gdy Esther i Alina siedziały na swoich miejscach, ściskając jej dłonie. Co to dla jednej znaczyło, dla drugiej nie miało znaczenia, ale obie były zdenerwowane. "Ta kobieta była głupia, że pozwoliła, by coś ją tak zdenerwowało i zdradziło" - powiedziałaby Esther.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA SIÓDMA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
  
  GRAYS, FRED _ _ i Alina, poszli pieszo pod górę do swojego domu w Old Harbor, i zjedli lunch. Czy Alina robiła z mężem Fredem tę samą sztuczkę, którą Bruce zwykł robić z żoną Bernice w ich mieszkaniu w Chicago? Fred Gray opowiedział im o swoim biznesie i o planie reklamowania kół produkowanych w jego fabryce w czasopismach o zasięgu ogólnopolskim.
  Fabryka kół stała się dla niego centrum życia. Przemieszczał się tam niczym mały król w świecie drobnych urzędników, urzędników i robotników. Fabryka i jego pozycja znaczyły dla niego jeszcze więcej, ponieważ służył jako szeregowy w wojsku podczas wojny. Coś w nim zdawało się rozwijać w fabryce. Była to przecież ogromna zabawka, świat oddzielony od miasta - otoczone murami miasto w mieście - którym władał. Jeśli ludzie chcieli wziąć dzień wolny z powodu święta narodowego - Dnia Rozejmu czy czegoś podobnego - odpowiadał "tak" lub "nie". Trzeba było uważać, żeby nie stać się nachalnym. Fred często mawiał do Harcourta, sekretarza firmy: "Przecież jestem tylko sługą". Przydatne było mówienie takich rzeczy od czasu do czasu, aby przypomnieć sobie o odpowiedzialności, jaką ponosi biznesmen - odpowiedzialności wobec majątku, wobec innych inwestorów, wobec pracowników, wobec ich rodzin. Fred miał bohatera - Theodore"a Roosevelta. Szkoda, że nie dowodził podczas I wojny światowej. Czyż Roosevelt nie miał nic do powiedzenia o bogatych ludziach, którzy nie brali odpowiedzialności za swoją sytuację? Gdyby Teddy był tam na początku I wojny światowej, wdarlibyśmy się tam szybciej i pokonalibyśmy ich.
  Fabryka była małym królestwem, ale co z domem Freda? Był trochę zdenerwowany swoją pozycją tam. Ten uśmiech, który czasami pojawiał się na twarzy jego żony, gdy mówił o swoim biznesie. Co miała na myśli?
  Fred uważał, że powinien porozmawiać.
  Mamy teraz rynek zbytu na wszystkie koła, jakie jesteśmy w stanie wyprodukować, ale to może się zmienić. Pytanie brzmi, czy przeciętny kierowca wie, skąd pochodzą te koła, i czy go to obchodzi? Warto się nad tym zastanowić. Reklama krajowa kosztuje dużo pieniędzy, ale jeśli tego nie zrobimy, będziemy musieli płacić o wiele więcej podatków - czyli przepłacać, rozumiesz. Rząd pozwala odliczyć kwotę wydaną na reklamę. To znaczy, pozwala uznać to za uzasadniony wydatek. Mówię ci, gazety i czasopisma mają ogromną władzę. Nie pozwoliliby rządowi zrobić tego zdjęcia. No cóż, chyba mógłbym.
  Alina siedziała i się uśmiechała. Fred zawsze uważał, że wygląda bardziej na Europejkę niż na Amerykankę. Kiedy tak się uśmiechała i nic nie mówiła, czy śmiała się z niego? Cholera, całe pytanie, czy firma produkująca koła będzie działać, czy nie, było dla niej tak samo ważne, jak dla niego. Zawsze była przyzwyczajona do ładnych rzeczy, jako dziecko i po ślubie. Na szczęście dla niej, mężczyzna, którego poślubiła, miał mnóstwo pieniędzy. Alina wydała trzydzieści dolarów na parę butów. Jej stopy były długie i wąskie, a znalezienie butów na zamówienie, które nie bolałyby jej stóp, było trudne, więc zamówiła je . W szafie w jej pokoju na górze musiało być ze dwadzieścia par, a każda para kosztowała ją trzydzieści lub czterdzieści dolarów. Dwa razy trzy to sześć. Sześćset dolarów za same buty. O rany!
  Być może nie miała na myśli niczego szczególnego tym uśmiechem. Fred podejrzewał, że jego sprawy, sprawy fabryki, trochę przerastały Alinę. Kobiety nie przejmowały się takimi rzeczami ani ich nie rozumiały. Potrzebny był ludzki mózg. Wszyscy myśleli, że on, Fred Gray, zrujnuje sprawy swojego ojca, gdy nagle zostanie zmuszony do przejęcia dowodzenia, ale tak się nie stało. Co do kobiet, nie potrzebował kobiety, która umie zarządzać sprawami, takiej, która próbuje cię nauczyć, jak zarządzać sprawami. Alina idealnie do niego pasowała. Zastanawiał się, dlaczego nie ma dzieci. Czy to jej wina, czy jego? Cóż, miała jeden ze swoich humorów. Kiedy była w takim stanie, można ją było zostawić w spokoju. Po jakimś czasie z tego wyszła.
  Po kolacji Grayowie skończyli, Fred, dość uporczywie kontynuując rozmowę o ogólnokrajowej reklamie opon samochodowych, poszedł do salonu, by usiąść w miękkim fotelu pod lampą i poczytać wieczorną gazetę, paląc cygaro. Alina zaś wymknęła się niezauważona. Dni stały się niezwykle ciepłe jak na tę porę roku, więc narzuciła płaszcz przeciwdeszczowy i wyszła do ogrodu. Nic jeszcze nie rosło. Drzewa były wciąż nagie. Usiadła na ławce i zapaliła papierosa. Fred, jej mąż, lubił, gdy paliła. Uważał, że dodawało jej to uroku - być może w każdym razie europejskiej klasy.
  W ogrodzie panowała miękka wilgoć późnej zimy lub wczesnej wiosny. Co to było? Pory roku były zrównoważone. Jakże cicho było w ogrodzie na szczycie wzgórza! Nie było wątpliwości, że Środkowy Zachód jest odizolowany od świata. W Paryżu, Londynie, Nowym Jorku - o tej porze - ludzie szykowali się do wyjścia do teatru. Wino, światła, tłumy, rozmowy. Człowiek był pochłonięty, porywany. Nie miał czasu na gubienie się w wirze własnych myśli - pędziły przez niego niczym krople deszczu gnane wiatrem.
  Za dużo myśli!
  Tej nocy, kiedy Rose przemówiła - jej intensywność, która porwała Freda i Aline, która igrała z nimi tak, jak wiatr igra z suchymi, martwymi liśćmi - wojna - jej brzydota - ludzie przesiąknięci brzydotą, jak deszcz - lata, które.
  Rozejm - wyzwolenie - próba nagiej radości.
  Rose Frank mówi - potok nagich słów - tańczy. W końcu większość kobiet na balu w Paryżu była kim? Dziwkami? Próbą odrzucenia pozorów, fałszu. Tyle kłamstw podczas wojny. Wojna o sprawiedliwość - o to, by świat stał się wolny. Młodzi ludzie mają tego dość. Ale śmiech - ponury śmiech. To mężczyźni przyjmują go na stojąco. Słowa Rose Frank, wypowiedziane o jej hańbie, o tym, że nie osiągnęła swojego limitu, były brzydkie. Dziwne, niespójne myśli, myśli kobiet. Chcesz mężczyzny, ale chcesz tego, co najlepsze - jeśli możesz go zdobyć.
  Pewnego wieczoru w Paryżu, po ślubie z Fredem, rozmawiał z Aline pewien młody Żyd. Przez godzinę był w tym samym nastroju, w jakim byli Rose i Fred - tylko raz - kiedy poprosił Aline o rękę. Uśmiechnęła się na tę myśl. Młody amerykański Żyd, znawca rycin i właściciel cennej kolekcji, uciekł do okopów. "Kopałem latryny - wydawało się, że to tysiące mil latryn. Kopałem, kopałem, kopałem w skalistej glebie - okopy - latryny. Mają zwyczaj zmuszać mnie do tego. Próbowałem pisać muzykę, kiedy wybuchła wojna; to znaczy, kiedy dostałem porządnego kopa. Pomyślałem: "Cóż, wrażliwa osoba, neurotyk", pomyślałem. Myślałem, że mnie przepuszczą. Każdy człowiek, nie głupi, ślepy głupek, tak myślał i miał taką nadzieję, niezależnie od tego, czy tak mówił, czy nie. Przynajmniej miał taką nadzieję. Po raz pierwszy dobrze było być kaleką, ślepym czy chorym na cukrzycę. Było tego tak dużo: wiercenie, brzydkie baraki, w których mieszkaliśmy, brak prywatności, zbyt szybkie uczenie się o innych. Latryny. Potem to wszystko się skończyło i już nie próbowałem pisać muzyki. Miałem trochę pieniędzy i zacząłem kupować ryciny. Chciałem czegoś delikatnego - delikatności linii i uczuć - czegoś poza sobą, czegoś więcej subtelna i wrażliwa, niż kiedykolwiek mogłabym być - po tym, co przeszłam".
  Rose Frank poszła na bal, na którym wszystko wybuchło.
  Nikt tak naprawdę nie rozmawiał o tym później w obecności Aliny. Rose była Amerykanką i udało jej się uciec. Uciekła od niego, tak daleko, jak tylko mogła, dzięki dziecku, które się nią opiekowało - amerykańskiemu dziecku.
  Czy Alina też się wymknęła? Czy Fred, jej mąż, pozostał nietknięty? Czy Fred był tym samym człowiekiem, którym byłby, gdyby wojna się nie wybuchła, myśląc tak samo, postrzegając życie w ten sam sposób?
  Tej nocy, po tym, jak wszyscy opuścili dom Rose Frank, Fred poczuł się przyciągnięty do Aline - niemal instynktownie. Opuścił to miejsce z Esther, Joe i nią. Być może Esther jednak zebrała go razem, z jakimś zamiarem. "Wszyscy są jak ziarno na młyn" - coś w tym stylu. Młody mężczyzna, który siedział obok Freda i mówił o pracy w fabryce w Ameryce, zanim Rose w ogóle zaczęła mówić, został, gdy pozostali wyszli. Przebywanie w mieszkaniu Rose tej nocy, dla wszystkich tam obecnych, było bardzo podobne do wejścia do sypialni, w której leżała naga kobieta. Wszyscy to czuli.
  Fred spacerował z Aliną, kiedy wychodzili z mieszkania. To, co się wydarzyło, przyciągnęło go do niej, a ją do niego. Nigdy nie było wątpliwości co do ich bliskości - przynajmniej tamtej nocy. Tego wieczoru był jak amerykański dzieciak, który poszedł na bal maturalny z Rose, tylko że nic takiego, co Rose opisała, nie wydarzyło się między nimi.
  Dlaczego nic się nie stało? Gdyby Fred tego chciał - tamtej nocy. Nie chciał. Po prostu spacerowali ulicami, Esther i Joe gdzieś przed nimi, i wkrótce stracili Esther i Joe. Jeśli Esther czuła jakąkolwiek odpowiedzialność za Aline, nie martwiła się. Wiedziała, kim był Fred, jeśli nie Aline. Zaufaj Esther, wiedziała o młodym mężczyźnie, który miał tyle samo pieniędzy co Fred. Była prawdziwym psem, który wypatrywał takich okazów. A Fred też wiedział, kim ona jest, że jest szanowaną córką, ach, taką szanowaną prawniczką z Chicago! Czy był ku temu jakiś powód? Ilu rzeczy można było wymagać od Fred, o które ona nigdy nie prosiła i nie mogła - teraz, gdy była jego żoną - w Old Harbor w Indianie.
  Fred i Aline byli zszokowani tym, co usłyszeli. Szli lewym brzegiem Sekwany i znaleźli małą kawiarnię, gdzie zatrzymali się na drinka. Kiedy skończyli, Fred spojrzał na Aline. Był blady. "Nie chcę wyjść na chciwego, ale poproszę o kilka mocnych drinków - brandy - jednego klarownego. Mogę je wziąć?" - zapytał. Następnie poszli wzdłuż Quai Voltaire i przekroczyli Sekwanę przy Pont Neuf. Wkrótce weszli do małego parku za katedrą Notre Dame. Fakt, że nigdy wcześniej nie widziała mężczyzny, z którym była, wydał się Aline tej nocy przyjemny i wciąż myślała: "Jeśli będzie czegoś potrzebował, mogę...". Był żołnierzem - szeregowcem, który służył w okopach przez dwa lata. Rose sprawiła, że Aline tak wyraźnie poczuła wstyd ucieczki, gdy świat pogrążył się w błocie. Fakt, że nigdy wcześniej nie widział kobiety, z którą był, wydał się Fredowi Grayowi tej nocy przyjemny. Miał o niej pewne pojęcie. Esther mu coś powiedziała. Alina jeszcze nie rozumiała, jaki był pomysł Freda.
  W małej, przypominającej park przestrzeni, do której weszli, siedzieli francuscy mieszkańcy okolicy: młodzi kochankowie, starzy mężczyźni z żonami, otyli mężczyźni i kobiety z klasy średniej z dziećmi. Niemowlęta leżały na trawie, kopiąc małymi, grubymi nóżkami, kobiety karmiły swoje pociechy, płaczące niemowlęta, a wokół rozbrzmiewała potok rozmów, francuskich konwersacji. Alina kiedyś usłyszała coś o Francuzach od pewnego mężczyzny, gdy była na imprezie z Esther i Joe. "Potrafią zabijać ludzi w bitwie, przywracać poległych z pola bitwy, kochać się - to nie ma znaczenia. Kiedy pora spać, śpią. Kiedy pora jeść, jedzą".
  To była rzeczywiście pierwsza noc Aliny w Paryżu. "Chcę zostać na mieście całą noc. Chcę myśleć i czuć. Może chcę się upić" - powiedziała Fredowi.
  Fred się roześmiał. Gdy tylko został sam na sam z Aliną, poczuł się silny i odważny, i pomyślał, że to przyjemne uczucie. Drżenie w jego wnętrzu zaczęło ustępować. Była Amerykanką, taką, z którą ożeni się po powrocie do Ameryki - i to wkrótce. Pozostanie w Paryżu było błędem. Zbyt wiele rzeczy przypominało o tym, jak wygląda życie, kiedy widziało się je na żywo.
  Od kobiety oczekuje się nie świadomego uczestnictwa w faktach życia, lecz w jego wulgarności. Wśród Amerykanów jest wiele takich kobiet - przynajmniej w Paryżu - wiele z nich to Rose Frank i inne jej podobne. Fred poszedł do mieszkania Rose Frank tylko dlatego, że zabrał go tam Tom Burnside. Tom pochodził z dobrej rodziny w Ameryce, ale uważał - skoro był w Paryżu i skoro był artystą - cóż, wolał trzymać się towarzystwa dzikusów - bohemy.
  Zadanie polegało na wyjaśnieniu tego Alinie, żeby zrozumiała. Co? Cóż, ci dobrzy ludzie - przynajmniej kobiety - nie wiedzieli nic o tym, o czym mówiła Rose.
  Trzy czy cztery kieliszki brandy Freda uspokoiły go. W półmroku małego parku za katedrą wciąż wpatrywał się w Aline - w jej ostre, delikatne, drobne rysy twarzy, w smukłe nogi w drogich butach, w smukłe dłonie spoczywające na kolanach. W Old Harbor, gdzie Grayowie mieli murowany dom w ogrodzie, położony na samym szczycie wzgórza nad rzeką, jakże przepiękna musiała być - niczym jedna z tych małych, staromodnych, białych, marmurowych figur, które ludzie stawiali na postumentach wśród zieleni swoich ogrodów.
  Najważniejsze było powiedzieć jej - Amerykance - czystej i pięknej - co? Jaki Amerykanin, Amerykanin taki jak on, który widział to, co on widział w Europie, czego pragnął taki człowiek. Przecież tej samej nocy, poprzedniej, kiedy siedział z Aliną, którą widział, Tom Burnside zabrał go w jakieś miejsce na Montmartre, żeby zobaczył paryskie życie. Co za kobiety! Brzydkie kobiety, brzydcy mężczyźni - upodobanie Amerykanów, Anglików.
  Ta Rose Frank! Jej wybuch - takie emocje z ust kobiety.
  "Muszę ci coś powiedzieć" - wykrztusił w końcu Fred.
  "Co?" zapytała Alina.
  Fred próbował wyjaśnić. Coś wyczuł. "Widziałem zbyt wiele rzeczy, takich jak eksplozja Rose" - powiedział. "Wyprzedziłem innych".
  Prawdziwym zamiarem Freda było powiedzieć coś o Ameryce i życiu w domu - przypomnieć jej. Czuł, że jest coś, co musi potwierdzić młodej kobiecie takiej jak Aline, i sobie samemu, coś, czego nie mógł zapomnieć. Brandy sprawiła, że stał się trochę gadatliwy. Przed oczami krążyły mu nazwiska - nazwiska osób, które miały znaczenie w amerykańskim życiu. Emerson, Benjamin Franklin, W.D. Howells - "Najlepsze części naszego amerykańskiego życia" - Roosevelt, poeta Longfellow.
  "Prawda, wolność to wolność człowieka. Ameryka, wielki eksperyment ludzkości w dziedzinie wolności".
  Czy Fred był pijany? Myślał o jednym, a mówił o czym innym. Ta idiotka, ta histeryczna kobieta, rozmawiała tam, w tym mieszkaniu.
  Myśli tańczą mu w głowie - horror. Pewnej nocy, podczas walk, patrolował ziemię niczyją i zobaczył innego mężczyznę potykającego się w ciemności, więc go zastrzelił. Mężczyzna padł martwy. To był jedyny raz, kiedy Fred celowo zabił człowieka. Na wojnie ludzie rzadko giną. Po prostu umierają. To, co zrobił, było dość histeryczne. On i towarzyszący mu ludzie mogli zmusić faceta do poddania się. Wszyscy byli zablokowani. Po tym zdarzeniu wszyscy uciekli razem.
  Mężczyzna zginął. Czasami gniją, leżąc w ten sposób w kraterach po pociskach. Wychodzisz, żeby je zebrać, a one się rozpadają.
  Pewnego dnia, podczas ofensywy, Fred wyczołgał się i wpadł do leja po pocisku. Leżał tam facet twarzą do dołu. Fred podczołgał się bliżej i poprosił go, żeby się trochę przesunął. Rusz się, do cholery! Facet był martwy, zgniły.
  Być może to był ten sam facet, którego zastrzelił tamtej nocy, kiedy wpadł w histerię. Jak mógł stwierdzić, czy facet był Niemcem, czy nie, w takiej ciemności? Wtedy też był histeryczny.
  W innych przypadkach, przed atakiem, mężczyźni modlą się, rozmawiając o Bogu.
  Potem wszystko się skończyło, a on i pozostali pozostali przy życiu. Inni, żyjący tak jak on, zgnili od życia.
  Dziwne pragnienie brudu - na języku. Wypowiadać słowa, które cuchną i cuchną, jak okopy - to szaleństwo - po takiej ucieczce - ucieczce z życiem - cennym życiem - życiem, w którym można być obrzydliwym, brzydkim. Przeklinać, złorzeczyć Bogu, iść do granic możliwości.
  Ameryka jest daleko. Coś słodkiego i pięknego. Musisz w to wierzyć - w mężczyzn i kobiety.
  Zaczekaj! Trzymaj to palcami, duszą! Słodycz i prawda! Musi być słodka i prawdziwa. Pola - miasta - ulice - domy - drzewa - kobiety.
  
  Zwłaszcza kobietom. Zabić każdego, kto powie cokolwiek przeciwko naszym kobietom, naszym polom, naszym miastom.
  Zwłaszcza kobiety. Nie wiedzą, co się z nimi dzieje.
  Jesteśmy zmęczeni - cholernie zmęczeni, strasznie zmęczeni.
  Fred Gray przemawia pewnego wieczoru w małym parku w Paryżu. Nocą, na dachu katedry Notre Dame, można zobaczyć anioły unoszące się ku niebu - kobiety w białych szatach - zbliżające się do Boga.
  Może Fred był pijany. Może słowa Rose Frank go upiły. Co się stało z Aliną? Płakała. Fred przytulił się do niej. Nie pocałował jej; nie chciał. "Chcę, żebyś się ze mną ożenił i zamieszkał ze mną w Ameryce". Spojrzał w górę i zobaczył kobiety z białego kamienia - anioły - wkraczające do nieba, na dach katedry.
  Alina pomyślała sobie: "Kobieta? Skoro on czegoś chce - jest zranionym, skrzywdzonym mężczyzną - dlaczego miałabym się kurczowo trzymać?"
  Słowa Rose Frank w umyśle Aliny, impuls, wstyd Rose Frank z powodu pozostania - to, co nazywa się czystością.
  Fred zaczął płakać, próbując rozmawiać z Aline, a ona go podniosła. Francuzi w małym parku nie mieli nic przeciwko. Widzieli już wiele - wstrząsy mózgu i tak dalej - współczesnej wojny. Było późno. Czas wracać do domu i spać. Francuska prostytucja w czasie wojny. "Nigdy nie zapominali prosić o pieniądze, prawda, Ruddy?"
  Fred trzymał się Aline, a Aline trzymał się Freda - tej nocy. "Jesteś miłą dziewczyną, zauważyłem cię. Ta kobieta, z którą byłaś, powiedziała mi, że Tom Burnside mnie jej przedstawił. W domu wszystko w porządku - mili ludzie. Potrzebuję cię. Musimy w coś wierzyć - zabić tych, którzy w to nie wierzą".
  Wczesnym rankiem następnego dnia pojechali taksówką - całą noc - do Bois, tak jak Rose Frank i jej amerykańskie dziecko. Potem małżeństwo wydawało się nieuniknione.
  To jak z pociągiem, kiedy jedziesz i nagle rusza. Musisz gdzieś jechać.
  Więcej gadania. - Gadaj, chłopcze, może to pomoże. Gadaj o trupie - w ciemności. Mam za dużo duchów, nie chcę już gadać. My, Amerykanie, byliśmy w porządku. Dogadywaliśmy się. Czemu zostałem tu, kiedy wojna się skończyła? Tom Burnside mnie do tego zmusił - może dla ciebie. Tom nigdy nie był w okopach - szczęściarz, nie mam do niego żalu.
  "Nie chcę już rozmawiać o Europie. Pragnę ciebie. Wyjdziesz za mnie. Musisz. Chcę tylko zapomnieć i wyjechać. Niech Europa zgnije".
  Alina jechała dorożką z Fredem całą noc. To były zaloty. Trzymał ją za rękę, ale nie pocałował ani nie powiedział nic czułego.
  Był jak dziecko, pragnące tego, co ona reprezentowała - dla niego - pragnące tego rozpaczliwie.
  Czemu nie dać siebie? Był młody i przystojny.
  Była gotowa dać...
  Wygląda na to, że tego nie chciał.
  Dostajesz to, co wyciągasz i bierzesz. Kobiety zawsze biorą, jeśli mają odwagę. Bierzesz mężczyznę, nastrój lub dziecko, które zostało zbyt mocno zranione. Esther była twarda jak skała, ale wiedziała to i owo. Pouczająca była dla Aliny podróż do Europy z nią. Nie było wątpliwości, że Esther uważała połączenie Freda i Aliny za triumf swojego systemu, swojego sposobu zarządzania sprawami. Wiedziała, kim był Fred. Byłoby to wielką zaletą dla ojca Aliny, gdyby zdał sobie sprawę z tego, co zrobiła. Gdyby miał wybrać męża dla swojej córki, wybrałby po prostu Freda. Niewielu takich jak on leży wokół. Z takim mężczyzną, kobietą - jaką Alina miała się stać, gdy była trochę mądrzejsza i starsza - cóż, mogła sobie ze wszystkim poradzić. Z czasem ona również byłaby wdzięczna Esther.
  Dlatego Esther zawarła związek małżeński następnego dnia, a raczej tego samego dnia. "Jeśli zamierzasz trzymać taką kobietę z dala od domu przez całą noc, młodzieńcze". Zarządzanie Fredem i Aliną nie było trudne. Alina wydawała się otępiała. Była otępiała. Całą noc, następny dzień i kolejne dni, była szalona. Jaka ona była? Może przez chwilę wyobrażała sobie siebie jako tę gazetową dziewczynkę, Rose Frank. Ta kobieta ją zdezorientowała, sprawiła, że całe jej życie wydawało się dziwne i wywrócone do góry nogami. Rose zadała jej wojnę, to uczucie - całe - jak cios.
  Ona - Rose - była winna czegoś i uciekła. Wstydziła się swojej ucieczki.
  Aline chciała być w czymś zaangażowana na całego, do granic możliwości, przynajmniej jeden dzień.
  Ona dostała się do...
  Małżeństwo z Fredem Grayem.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
  
  W OGRODZIE Alina wstała z ławki, na której siedziała od pół godziny, a może nawet godziny. Noc była pełna obietnicy wiosny. Za godzinę jej mąż będzie gotowy do snu. Być może miał ciężki dzień w fabryce. Wejdzie do domu. Bez wątpienia zaśnie w fotelu, a ona go obudzi. Będzie jakaś rozmowa. "Czy interesy idą dobrze w fabryce?"
  "Tak, kochanie. Jestem ostatnio bardzo zajęty. Próbuję teraz zdecydować się na reklamę. Czasami myślę, że się na to zdecyduję, a czasami nie".
  Alina zostawała sama w domu z mężczyzną, swoim mężem, a na zewnątrz nocą zdawał się nieprzytomny. Wraz z upływem kolejnych tygodni wiosny, delikatna zieleń wyrastała na całym zboczu wzgórza, na którym stał dom. Gleba była tam żyzna. Dziadek Freda, którego starsi miasta nadal nazywali Starym Washem Szarym, był dość płodnym handlarzem koni. Mówiono, że podczas wojny secesyjnej sprzedawał konie obu stronom i brał udział w kilku dużych najazdach konnych. Sprzedał konie armii Granta, doszło do najazdu rebeliantów, konie zniknęły, a wkrótce Stary Wash sprzedał je ponownie armii Granta. Całe zbocze wzgórza było kiedyś ogromną zagrodą dla koni.
  Miejsce, w którym wiosna jest porą zieleni: drzewa rozwijają liście, trawy kiełkują, pojawiają się wczesne kwiaty, a krzewy wszędzie kwitną.
  Po kilku wymianach zdań w domu zapadła cisza. Alina i jej mąż weszli po schodach. Zawsze, gdy docierali na szczyt, nadchodził moment, w którym musieli podjąć jakąś decyzję. "Mam wpaść do ciebie dziś wieczorem?"
  "Nie, kochanie; jestem trochę zmęczona". Coś wisiało między mężczyzną a kobietą, mur dzielący ich. Zawsze tam był - z wyjątkiem jednego razu, na godzinę, pewnej nocy w Paryżu. Czy Fred naprawdę chciał to zburzyć? Trzeba było czegoś. W rzeczywistości życie z kobietą to nie życie w pojedynkę. Życie nabiera nowego wymiaru. Pojawiają się nowe problemy. Trzeba czuć rzeczy, stawiać im czoła. Alina zastanawiała się, czy chciałaby, żeby ten mur został zburzony. Czasami podejmowała wysiłek. Na szczycie schodów odwróciła się i uśmiechnęła do męża. Potem wzięła go za głowę i pocałowała, a kiedy to zrobiła, szybko poszła do swojego pokoju, gdzie później, w ciemności, on do niej podszedł. Dziwne i zaskakujące, jak blisko ktoś mógł podejść, a jednocześnie pozostać daleko. Czy Alina, gdyby chciała, mogłaby zburzyć mur i naprawdę zbliżyć się do mężczyzny, którego poślubiła? Czy tego pragnęła?
  Jak dobrze było być samemu w taki wieczór jak ten, kiedy wkradliśmy się do myśli Aliny. W tarasowym ogrodzie na szczycie wzgórza, na którym stał dom, rosło kilka drzew z ławkami pod nimi i niski murek oddzielający ogród od ulicy, która biegła obok domu w górę i w dół. Latem, gdy drzewa były w liściach, a tarasy gęsto zarośnięte krzewami, inne domy na ulicy były niewidoczne, ale teraz wyraźnie się wyróżniały. W sąsiednim domu, gdzie mieszkali państwo Willmott, zbierali się goście na wieczór, a przed drzwiami stały dwa lub trzy motocykle. Ludzie siedzieli przy stołach w jasno oświetlonym pokoju, grając w karty. Śmiali się, rozmawiali i od czasu do czasu wstawali od jednego stołu, żeby przejść do drugiego. Alina została zaproszona, żeby pojechać z mężem, ale udało jej się odmówić, mówiąc, że boli ją głowa. Powoli, ale systematycznie, odkąd przyjechała do Old Harbor, ograniczała życie towarzyskie swoje i męża. Fred powiedział, że bardzo mu się to podobało i pochwalił ją za to, że sobie z tym radziła. Wieczorami po kolacji czytał gazetę albo książkę. Wolał kryminały, twierdząc, że sprawiały mu przyjemność i nie odrywały go od pracy, tak jak tzw. poważne książki. Czasami wybierali się z Aliną na wieczorną przejażdżkę, ale niezbyt często. Udało jej się też ograniczyć korzystanie z samochodu. Za bardzo odciągało ją to od Freda. Nie było o czym rozmawiać.
  Kiedy Alina wstała z ławki, powoli i cicho przechadzała się po ogrodzie. Ubrana na biało, bawiła się w dziecinną grę. Stawała pod drzewem i ze złożonymi dłońmi skromnie odwracała twarz do ziemi, albo zrywała gałązkę z krzaka i przyciskała ją do piersi, jakby była krzyżem. W starych europejskich ogrodach i niektórych dawnych amerykańskich miejscach, gdzie rosną drzewa i gęste krzewy, pewien efekt osiąga się, umieszczając małe białe figurki na kolumnach pośród gęstego listowia, a Alina w wyobraźni przemieniała się w taką białą, pełną gracji postać. Była to kamienna kobieta pochylająca się, by podnieść małe dziecko stojące z uniesionymi rękami, albo zakonnica w ogrodzie klasztornym, ściskająca krzyż do piersi. Będąc tak maleńką kamienną figurką, nie miała ani myśli, ani uczuć. Szukała jakiegoś przypadkowego piękna pośród mrocznego, nocnego listowia ogrodu. Stała się częścią piękna drzew i gęstych krzewów wyrastających z ziemi. Choć o tym nie wiedziała, jej mąż Fred kiedyś wyobrażał ją sobie właśnie taką - noc, kiedy się jej oświadczył. Latami, dniami i nocami, a może nawet przez całą wieczność, potrafiła stać z wyciągniętymi ramionami, gotowa trzymać dziecko, albo jak zakonnica, ściskając do ciała symbol krzyża, na którym umarł jej duchowy ukochany. Była to dramatyzacja, dziecinna, bezsensowna i pełna pewnego rodzaju kojącej satysfakcji dla kogoś, kto w rzeczywistości życia pozostaje niespełniony. Czasami, gdy tak stała w ogrodzie, podczas gdy jej mąż czytał gazetę w domu lub spał w fotelu, mijały chwile, w których nic nie myślała, nic nie czuła. Stała się częścią nieba, ziemi, przelotnych wiatrów. Kiedy padał deszcz, była deszczem. Kiedy grzmoty przetaczały się przez dolinę rzeki Ohio, jej ciało lekko drżało. Mała, piękna kamienna figura, osiągnęła nirwanę. Nadszedł czas, by jej ukochany wyskoczył z ziemi - skoczył z gałęzi drzew - wziął ją, śmiejąc się na samą myśl o pytaniu o zgodę. Taka postać jak Alina, wystawiona w muzeum, wydawałaby się absurdalna; ale w ogrodzie, wśród drzew i krzewów, pieszczona przez niskie barwy nocy, nabierała dziwnego piękna, a cała relacja Aliny z mężem sprawiała, że pragnęła przede wszystkim być dziwna i piękna we własnych oczach. Czy oszczędzała się dla czegoś, a jeśli tak, to dla czego?
  Po kilkukrotnym ustawieniu się w tej pozycji znudziła się tą dziecinną zabawą i zmuszona była uśmiechnąć się do własnej głupoty. Wróciła ścieżką do domu i wyglądając przez okno, zobaczyła męża śpiącego w fotelu. Gazeta wypadła mu z rąk, a jego ciało zapadło się w ogromną głębię fotela, tak że widoczna była tylko jego dość chłopięca głowa. Przyglądając mu się przez chwilę, Alina ponownie ruszyła ścieżką w kierunku bramy prowadzącej na ulicę. Tam, gdzie Szary Plac otwierał się na ulicę, nie było domów. Dwie drogi prowadzące z miasta w dole łączyły się w ulicę na rogu ogrodu, a na ulicy stało kilka domów, z których w jednym, patrząc w górę, widziała ludzi wciąż grających w karty.
  W pobliżu bramy rósł duży orzech włoski, a ona stała, przyciskając się do niego całym ciałem, patrząc na ulicę. Na rogu, gdzie spotykały się dwie drogi, paliła się latarnia, ale przy wejściu do Szarego Miejsca światło było słabe.
  Coś się wydarzyło.
  Z dołu drogą nadszedł mężczyzna, przeszedł pod latarnią i skręcił w stronę Szarej Bramy. To był Bruce Dudley, mężczyzna, którego widziała wychodzącego z fabryki z niskim, barczystym robotnikiem. Serce Aliny podskoczyło, a potem zdawało się, że zamiera. Jeśli mężczyzna w nim był zajęty myślami o niej, tak jak ona o nim, to znaczy, że już byli dla siebie kimś. Byli dla siebie kimś i teraz musieli to zaakceptować.
  Mężczyzna w Paryżu, ten sam, którego widziała w mieszkaniu Rose Frank tamtej nocy, kiedy znalazła Freda. Próbowała go na chwilę, ale bezskutecznie. Rose go złapała. Czy gdyby okazja się powtórzyła, byłaby odważniejsza? Jedno było pewne: gdyby tak się stało, jej mąż Fred zostałby zignorowany. "Kiedy coś się dzieje między kobietą a mężczyzną, to dzieje się między kobietą a mężczyzną. Nikt inny nawet o tym nie myśli" - pomyślała, uśmiechając się pomimo strachu, który ją ogarnął.
  Mężczyzna, którego teraz obserwowała, szedł ulicą prosto w jej kierunku i kiedy dotarł do bramy prowadzącej do Szarego Ogrodu, zatrzymał się. Alina poruszyła się lekko, ale krzak rosnący obok drzewa zasłonił jej ciało. Czy mężczyzna ją widział? Przyszedł jej do głowy pewien pomysł.
  
  Teraz, z jakimś celem, spróbuje stać się jedną z tych małych kamiennych figur, które ludzie stawiają w swoich ogrodach. Mężczyzna pracował w fabryce jej męża i całkiem możliwe, że przyjechał do Freda w interesach. Alina miała bardzo mgliste pojęcie o relacji między pracownikiem a pracodawcą w fabryce. Gdyby mężczyzna rzeczywiście szedł ścieżką do domu, przeszedłby wystarczająco blisko, by ją dotknąć, a sytuacja mogłaby łatwo stać się absurdalna. Lepiej byłoby dla Aliny, gdyby spokojnie przeszła ścieżką od bramy, gdzie teraz stał mężczyzna. Zdała sobie z tego sprawę, ale się nie poruszyła. Gdyby mężczyzna ją zobaczył i do niej przemówił, napięcie chwili by zniknęło. Zapytałby o coś jej męża, a ona by odpowiedziała. Cała dziecinna gra, w którą grała w sobie, dobiegłaby końca. Jak ptak skulony w trawie, gdy pies myśliwski biegnie przez pole, tak Alina skuliła się.
  Mężczyzna stał jakieś trzy metry od niej, patrząc najpierw na oświetlony dom nad nią, a potem spokojnie na nią. Czy ją widział? Czy wiedział, że jest świadoma? Kiedy pies myśliwski znajdzie ptaka, nie pędzi w jego kierunku, lecz stoi nieruchomo i czeka.
  Jakież to absurdalne, że Alina nie mogła porozmawiać z tym mężczyzną na drodze. Myślała o nim od kilku dni. Może on myślał o niej.
  Ona go chciała.
  Po co?
  Ona nie wie.
  Stał tam przez trzy, cztery minuty, a Alinie wydało się to jak jedna z tych dziwnych przerw w życiu, tak absurdalnie nieistotnych, a jednocześnie tak kluczowych. Czy miała odwagę wyjść zza osłony drzewa i krzaka i z nim porozmawiać? "Wtedy coś się zacznie. Wtedy coś się zacznie". Słowa tańczyły jej w głowie.
  Odwrócił się i niechętnie odszedł. Dwa razy zatrzymał się, żeby spojrzeć za siebie. Najpierw nogi, potem ciało, a w końcu głowa zniknęły w ciemności zbocza, poza kręgiem światła latarni ulicznej. Wydawało się, jakby zapadł się w ziemię, z której nagle wyłonił się zaledwie chwilę wcześniej.
  Ten mężczyzna był dla Aliny tak samo bliski, jak inny mężczyzna w Paryżu, mężczyzna, którego poznała wychodząc z mieszkania Rose, mężczyzna, któremu kiedyś próbowała, bez większego powodzenia, pokazać swój kobiecy urok.
  Przybycie nowej osoby było w tym sensie próbą.
  Czy ona to zaakceptuje?
  Z uśmiechem na ustach Alina szła ścieżką w kierunku domu, gdzie spotkała swego męża, który wciąż spał głęboko w fotelu, a wieczorna gazeta leżała obok niego na podłodze.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA ÓSMA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI
  
  ONA MU TO ZROBIŁA. W jego umyśle nie było już wątpliwości; ale ponieważ czerpał przyjemność z myślenia o sobie jako o oddanym, a o niej jako o obojętnej, nie powiedział sobie całej prawdy. A jednak tak się stało. Kiedy ujrzał to wszystko w pełni, uśmiechnął się i poczuł się bardzo szczęśliwy. "W każdym razie, sprawa załatwiona" - powiedział sobie. Pochlebiało mu, że mógł to zrobić, że mógł się tak poddać. Jedna z rzeczy, które Bruce sobie wtedy powtarzał, brzmiała mniej więcej tak: "Człowiek musi w pewnym momencie życia skupić całą siłę swojego bytu na jednej rzeczy, na jakiejś pracy, na całkowitym pochłonięciu się nią lub na jakiejś innej osobie, przynajmniej na jakiś czas". Przez całe życie Bruce był bardzo podobny. Kiedy czuł się najbliżej ludzi, wydawali się bardziej odlegli niż wtedy, gdy czuł się - co zdarzało się rzadko - samowystarczalny. Wtedy potrzebny był ogromny wysiłek, apel do kogoś.
  Jeśli chodzi o kreatywność, Bruce nie czuł się na tyle artystą, by myśleć, że znajdzie swoje miejsce w sztuce. Czasami, gdy był głęboko poruszony, pisał coś, co można by nazwać poezją, ale sama myśl o byciu poetą, o byciu znanym jako poeta, przerażała go. "To jak bycie znanym kochankiem, profesjonalnym kochankiem" - pomyślał.
  Zwykła praca: lakierowanie kół w fabryce, pisanie wiadomości do gazety i tak dalej. Przynajmniej niewiele okazji do wylewu emocji. Ludzie tacy jak Tom Wills i Sponge Martin go zastanawiali. Byli bystrzy, poruszali się swobodnie w pewnym ograniczonym kręgu życia. Być może nie chcieli ani nie potrzebowali tego, czego Bruce pragnął i myślał - okresów dość intensywnego wylewu emocji. Tom Wills przynajmniej zdawał sobie sprawę ze swojej daremności i niemocy. Czasami rozmawiał z Brucem o gazecie, dla której obaj pracowali. "Pomyśl tylko, człowieku" - powiedział. "Trzysta tysięcy czytelników. Pomyśl, co to znaczy. Trzysta tysięcy par oczu wpatrzonych w tę samą stronę o praktycznie tej samej godzinie każdego dnia, trzysta tysięcy umysłów musi pracować, chłonąc treść strony. A taka strona, takie rzeczy. Gdyby to naprawdę były umysły, co by się stało? Boże! Eksplozja, która wstrząsnęłaby światem, co?" Gdyby oczy mogły widzieć! Gdyby palce mogły czuć, gdyby uszy mogły słyszeć! Człowiek jest niemy, ślepy, głuchy. Czy Chicago lub Cleveland, Pittsburgh, Youngstown lub Akron - nowoczesna wojna, nowoczesna fabryka, nowoczesna uczelnia, Reno, Los Angeles, filmy, szkoły artystyczne, nauczyciele muzyki, radio, rząd - mogłyby to wszystko toczyć się pokojowo, gdyby wszystkie trzysta tysięcy, wszystkie trzysta tysięcy ludzi nie były intelektualnymi i emocjonalnymi idiotami?
  Jakby miało to znaczenie dla Bruce'a czy Sponge'a Martina. Wydawało się, że dla Toma miało to ogromne znaczenie. To go poruszyło.
  Gąbka była zagadką. Poszedł na ryby, pił księżycową whisky i odnalazł satysfakcję w tym odkryciu. On i jego żona byli foksterierami, nie do końca ludźmi.
  Aline miała Bruce'a. Mechanizm, dzięki któremu go zdobyła, jej ruch, był śmieszny i prymitywny, prawie jak ogłoszenie w gazecie matrymonialnej. Kiedy w pełni uświadomiła sobie, że pragnie go u swego boku, przynajmniej na chwilę, pragnie jego mężczyzny u swego boku, początkowo nie potrafiła wymyślić, jak to osiągnąć. Nie mogła wysłać wiadomości do jego hotelu. "Wyglądasz jak mężczyzna, którego kiedyś widziałam w Paryżu, wzbudzasz we mnie te same subtelne pragnienia. Tęskniłam za nim. Kobieta o imieniu Rose Frank wzięła nade mną górę, mając jedyną szansę. Czy mógłbyś podejść bliżej, żebym mogła zobaczyć, jaki jesteś?"
  W małym miasteczku nie da się tego zrobić. Jeśli jesteś Aliną, w ogóle nie dasz rady. Co możesz zrobić?
  Alina zaryzykowała. Czarnoskóry ogrodnik pracujący w dzielnicy Gray został zwolniony, więc zamieściła ogłoszenie w lokalnej gazecie. Zgłosiło się czterech mężczyzn i wszyscy uznali ich za niezadowalających, zanim udało jej się znaleźć Bruce'a, ale ostatecznie go znalazła.
  To był niezręczny moment, gdy podszedł do drzwi, a ona po raz pierwszy zobaczyła go z bliska i usłyszała jego głos.
  To był swego rodzaju test. Czy jej to ułatwi? Przynajmniej spróbował, uśmiechając się w duchu. Coś w nim tańczyło, jak odkąd zobaczył ogłoszenie. Zobaczył je, ponieważ dwaj pracownicy hotelu mu o nim powiedzieli. Wyobraź sobie, że bawisz się myślą, że toczy się gra między tobą a bardzo uroczą kobietą. Większość mężczyzn spędza życie grając właśnie w tę grę. Mówisz sobie mnóstwo małych kłamstewek, ale być może masz na to dość mądrości. Z pewnością masz jakieś złudzenia, prawda? To zabawne, jak pisanie powieści. Uczynisz uroczą kobietę jeszcze bardziej uroczą, jeśli pomoże ci w tym twoja wyobraźnia, zmuszając ją do robienia wszystkiego, czego chcesz, prowadząc z nią wyimaginowane rozmowy, a czasem, nocą, wyimaginowane spotkania miłosne. To nie jest w pełni satysfakcjonujące. Jednak takie ograniczenie nie zawsze istnieje. Czasami wygrywasz. Książka, którą piszesz, ożywa. Kobieta, którą kochasz, pragnie ciebie.
  W końcu Bruce nie wiedział. Nic nie wiedział. W każdym razie miał już dość malowania kół, a wiosna się zbliżała. Gdyby nie zobaczył reklamy, z miejsca by zrezygnował. Widząc ją, uśmiechnął się na myśl o Tomie Willsie i przeklął gazety. "Gazety są pożyteczne, tak czy inaczej" - pomyślał.
  Bruce wydał bardzo mało pieniędzy odkąd był w Old Harbor, więc miał srebro w kieszeni. Chciał ubiegać się o to stanowisko osobiście, więc zrezygnował dzień przed tym, jak ją zobaczył. List wszystko by zepsuł. Gdyby - ona - była taka, jaką myślał, jaką chciał o niej myśleć, napisanie listu załatwiłoby sprawę natychmiast. Nie zadałaby sobie trudu, żeby odpisać. Najbardziej zastanawiała go Sponge Martin, która uśmiechnęła się tylko znacząco, gdy Bruce oznajmił swój zamiar odejścia. Czy ten mały drań wiedział? Kiedy - Sponge Martin dowiedziała się, co robi - czy - dostał - to stanowisko - cóż, to była chwila ogromnej satysfakcji dla Sponge Martin. Zauważyłem to, uświadomiłem sobie to przed nim. Przyłapała go, prawda? No cóż, w porządku. Sam lubię jej styl.
  Dziwne, jak bardzo mężczyzna nienawidzi sprawiania innemu mężczyźnie takiej przyjemności.
  Z Aline Bruce był dość szczery, choć podczas pierwszej rozmowy nie mógł spojrzeć jej prosto w oczy. Zastanawiał się, czy patrzy na niego, a raczej myślał, że tak. W pewnym sensie czuł się jak kupiony koń albo niewolnik i podobało mu się to uczucie. "Pracowałem kiedyś w fabryce twojego męża, ale rzuciłem" - powiedział. "Widzisz, nadchodzi wiosna i chcę spróbować pracy na świeżym powietrzu. Co do bycia ogrodnikiem, to oczywiście absurd, ale chciałbym spróbować, jeśli nie masz nic przeciwko, żeby mi pomóc. Trochę nierozsądnie było z mojej strony, żeby tu przyjść i złożyć podanie. Wiosna zbliża się wielkimi krokami, a ja chcę pracować na świeżym powietrzu. Prawdę mówiąc, mam dość niezdarne ręce i jeśli mnie zatrudnisz, będziesz musiała mi wszystko powiedzieć".
  Jakże kiepsko Bruce rozegrał swoją grę. Jego biletem, przynajmniej przez jakiś czas, była praca robotnika. Słowa, które wypowiedział, nie brzmiały jak słowa, które wypowiedziałby każdy robotnik, którego znał. Jeśli masz zamiar dramatyzować, odgrywać rolę, powinieneś przynajmniej grać ją dobrze. Jego myśli krążyły, szukając czegoś bardziej niegrzecznego do powiedzenia.
  "Nie martw się o wypłatę, proszę pani" - powiedział, ledwo powstrzymując śmiech. Nadal patrzył w ziemię i uśmiechał się. Teraz było lepiej. To była wiadomość. Jakże fajnie byłoby zagrać z nią w tę grę, gdyby tylko chciała. Mogłaby trwać długo, bez żadnych rozczarowań. Może nawet dojdzie do konkursu. Kto pierwszy poniesie porażkę?
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY
  
  BYŁ SZCZĘŚLIWY jak nigdy dotąd, absurdalnie szczęśliwy. Czasami wieczorami, po skończeniu pracy, siedząc na ławce w małym budynku za domem dalej na wzgórzu, gdzie dano mu łóżko polowe, myślał, że celowo przesadził. Kilka niedziel odwiedzał Sponge'a i jego żonę, byli bardzo mili. Tylko trochę wewnętrznego śmiechu z jego strony. Nie przepadał za Grayami. Dawno, dawno temu, potwierdził swoją męskość staremu Grayowi, powiedział mu, gdzie ma się udać, a teraz Bruce, jego przyjaciel... Czasami w nocy, gdy Sponge leżał w łóżku obok żony, bawił się myślą, że byłby sobą na miejscu Bruce'a. Wyobrażał sobie, że coś już się wydarzyło, co mogło wcale nie nastąpić, testował swoją postać na miejscu Bruce'a. To nie zadziałało. W domu takim jak dom Grayów... Prawda była taka, że w sytuacji Bruce'a, tak jak ją sobie wyobrażał, sam dom, meble w domu, teren wokół niego, by go zawstydził. Postawił ojca Freda Graya w niekorzystnej sytuacji: znalazł się we własnym sklepie, na własnym gnojowisku. Właściwie żona Sponge'a najbardziej cieszyła się myślą o tym, co się działo. Wieczorem, gdy Sponge myślał o sobie, leżała obok niego i myślała o delikatnej bieliźnie, miękkich, kolorowych narzutach. Obecność Bruce'a w ich domu w niedzielę była jak przybycie bohatera z francuskiej powieści. Albo czegoś Laury Jean Libby - książek, które czytała, gdy była młodsza i miała lepszy wzrok. Jej myśli nie przerażały jej tak, jak myśli męża, a kiedy Bruce się pojawił, chciała go nakarmić delikatnym jedzeniem. Naprawdę chciała, żeby pozostał zdrowy, młody i przystojny, żeby mogła lepiej wykorzystać go w swoich nocnych myślach. To, że kiedyś pracował w sklepie obok Sponge Martin, wydawało jej się profanacją czegoś niemal świętego. To było tak, jakby książę Walii zrobił coś takiego, jakiś żart. Jak zdjęcia, które czasami widuje się w niedzielnych gazetach: prezydent Stanów Zjednoczonych rozrzucający siano na farmie w Vermont, książę Walii trzymający konia gotowego dla dżokeja, burmistrz Nowego Jorku rzucający pierwszy rzut baseballowy na początku sezonu baseballowego. Wielcy ludzie stają się zwyczajni, aby uszczęśliwić zwykłych ludzi. Bruce, w każdym razie, uczynił życie pani Sponge Martin szczęśliwszym, a kiedy poszedł ich odwiedzić i odszedł, spacerując mało uczęszczaną drogą nad rzeką, aby wspiąć się ścieżką przez krzaki na wzgórze do Gray Place, miał wszystko i był jednocześnie zaskoczony i zadowolony. Czuł się jak aktor ćwiczący rolę przed przyjaciółmi. Byli bezkrytyczni, mili. Dość łatwo było zagrać dla nich rolę. Czy on mógłby z powodzeniem zagrać ją dla Aliny?
  Jego własne myśli, gdy siedział na ławce w stodole, gdzie teraz sypiał w nocy, były skomplikowane.
  "Jestem zakochana. To właśnie powinien zrobić. Co do niej, może to nie ma znaczenia. Przynajmniej jest skłonna się tym pomysłem bawić.
  Ludzie próbowali unikać miłości tylko wtedy, gdy to nie była miłość. Bardzo zdolni ludzie, biegli w życiu, udają, że w ogóle w nią nie wierzą. Autorzy książek, którzy wierzą w miłość i czynią ją podstawą swoich książek, zawsze okazują się zaskakująco głupi. Niszczą wszystko, próbując o niej pisać. Żadna inteligentna osoba nie chce takiej miłości. Może wystarczyłaby staromodnym singielkom albo coś, co zmęczone stenografki mogłyby czytać w metrze lub w windzie, wracając wieczorem z biura do domu. To właśnie takie rzeczy powinny zmieścić się w tanich książkach. Jeśli spróbujesz tchnąć w nie życie - bum!
  W książce wypowiadasz proste stwierdzenie - "Kochali się" - a czytelnik musi w nie uwierzyć albo je odrzucić. Dość łatwo jest wygłosić stwierdzenia w rodzaju: "Jan stał odwrócony plecami, a Sylwester wyczołgał się zza drzewa. Uniósł rewolwer i strzelił. Jan padł martwy". Takie rzeczy się oczywiście zdarzają, ale nie przytrafiają się nikomu, kogo znasz. Zabicie kogoś słowami nabazgranymi na kartce papieru to zupełnie inna sprawa niż zabicie go za życia.
  Słowa, które czynią ludzi kochankami. Mówisz, że istnieją. Bruce nie tyle chciał być kochany. Chciał kochać. Kiedy pojawia się ciało, to coś innego. Nie miał tej próżności, która sprawia, że ludzie uważają go za atrakcyjnego.
  
  Bruce był niemal pewien, że jeszcze nie zaczął myśleć ani czuć Aliny jako ciała. Gdyby tak się stało, byłby to zupełnie inny problem niż ten, z którym się teraz zmagał. Bardziej niż czegokolwiek pragnął przekroczyć samego siebie, skupić swoje życie na czymś poza sobą. Próbował pracy fizycznej, ale żadna go nie urzekła, a widząc Alinę, zdał sobie sprawę, że Bernice nie dawała mu wystarczająco dużo okazji do odkrywania piękna w sobie - w swojej twarzy. Była kimś, kto odrzucił możliwość osobistego piękna i kobiecości. Prawdę mówiąc, była zbyt podobna do samego Bruce'a.
  I jakiż to absurdalny - doprawdy! Gdyby można było być piękną kobietą, gdyby można było osiągnąć piękno w sobie, czyż to nie wystarczyłoby, czyż nie byłoby wszystkim, czego można pragnąć? Przynajmniej tak pomyślał w tamtej chwili Bruce. Alinę uważał za piękną - tak uroczą, że wahał się, czy podejść do niej za blisko. Jeśli jego własna wyobraźnia pomogła uczynić ją piękniejszą - w jego własnych oczach - czyż to nie było osiągnięcie? "Delikatnie. Nie ruszaj się. Po prostu bądź" - chciał szepnąć do Aliny.
  Wiosna szybko zbliżała się do południowej Indiany. Była połowa kwietnia, a w połowie kwietnia w dolinie rzeki Ohio - przynajmniej w wielu porach roku - wiosna już zawitała do nas. Zimowe wody powodziowe opadły już z większości nizin doliny rzeki wokół i poniżej Old Haven, a podczas gdy Bruce pod okiem Aline zajmował się nową pracą w ogrodzie Grayów, przewożąc taczki ziemi i kopiąc, sadząc nasiona i przesadzając rośliny, od czasu do czasu prostował się i, stojąc na baczność, rozglądał się po okolicy.
  
  Chociaż woda powodziowa, która zimą pokryła wszystkie niziny tego kraju, dopiero co cofała się, pozostawiając wszędzie szerokie, płytkie kałuże - kałuże, które wkrótce zostałyby pochłonięte przez słońce południowej Indiany - chociaż cofająca się woda powodziowa pozostawiła wszędzie cienką warstwę szarego mułu rzecznego, szarość ta szybko ustępowała.
  Wszędzie zieleń zaczęła wyłaniać się z szarej ziemi. W miarę jak płytkie kałuże wysychały, zieleń się rozrastała. W niektóre ciepłe wiosenne dni niemal widział, jak zieleń pnie się naprzód, a teraz, gdy stał się ogrodnikiem, kopaczem ziemi, od czasu do czasu doświadczał ekscytującego uczucia bycia częścią tego wszystkiego. Był artystą, pracującym nad ogromnym płótnem, dzielonym z innymi. Gleba, w której kopał, wkrótce zakwitła czerwonymi, niebieskimi i żółtymi kwiatami. Mały skrawek rozległej połaci ziemi należał do Aliny i do niego. Był to niewypowiedziany kontrast. Jego własne dłonie, zawsze tak niezdarne i bezużyteczne, teraz kierowane jej umysłem, mogły stać się mniej bezużyteczne. Od czasu do czasu, gdy siadała obok niego na ławce lub przechadzała się po ogrodzie, nieśmiało zerkał na jej dłonie. Były bardzo wdzięczne i szybkie. Cóż, nie były silne, ale jego własne dłonie były wystarczająco silne. Silne, dość grube palce, szerokie dłonie. Kiedy pracował w warsztacie obok Gąbki, obserwował jej dłonie. Czuł w nich pieszczotę. Dłonie Aliny poczuły pieszczotę, gdy, jak to się czasem zdarzało, dotknęła jednej z roślin, które Bruce niezgrabnie trzymał. "Zrób to tak" - zdawały się mówić do jego palców szybkie, zręczne palce. "Trzymaj się z daleka. Niech reszta twojego człowieczeństwa śpi. Skup się teraz na palcach, które prowadzą jej palce" - wyszeptał Bruce do siebie.
  Wkrótce rolnicy, którzy posiadali płaskie ziemie w dolinie rzeki daleko poniżej wzgórza, na którym pracował Bruce, ale którzy również mieszkali wśród wzgórz, wyszli na równiny ze swoimi zaprzęgami i traktorami na wiosenną orkę. Niskie wzgórza, odległe od rzeki, przypominały psy myśliwskie skupione na brzegu. Jeden z psów podpełzł bliżej i wsadził język do wody. To było wzgórze, na którym stał Old Harbor. Na równinie poniżej Bruce widział już spacerujących ludzi. Wyglądali jak muchy przelatujące po odległej szybie. Ciemnoszarzy ludzie przechadzali się po rozległej, jasnej szarości, obserwując, czekając na porę wiosennej zieleni, czekając, by pomóc jej nadejść.
  Bruce widział to samo, gdy jako chłopiec wspinał się na wzgórze Old Harbor Hill ze swoją matką, a teraz widział to samo u Aline.
  Nie rozmawiali o tym. Do tej pory rozmawiali tylko o pracy, która czekała ich w ogrodzie. Kiedy Bruce był chłopcem i wspinał się z matką na wzgórze, staruszka nie mogła powiedzieć synowi, co czuje. Syn nie mógł powiedzieć matce, co czuje.
  Często miał ochotę krzyczeć do maleńkich, szarych postaci przelatujących w dole: "No dalej! No dalej! Zacznijcie orać! Orać! Orać!"
  On sam był szarym człowiekiem, jak te maleńkie szare ludziki poniżej. Był szaleńcem, jak szaleniec, którego kiedyś widział siedzącego na brzegu rzeki z zaschniętą krwią na policzku. "Trzymaj się na powierzchni!" - krzyknął szaleniec do parowca płynącego w górę rzeki.
  "Zaoraj! Zaoraj! Zacznij orać! Zerwij ziemię! Przewróć ją. Ziemia się nagrzewa! Zacznij orać! Zaoraj i sadź!" - to właśnie chciał teraz krzyknąć Bruce.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY
  
  BRUCE stawał się częścią życia rodziny Grayów na wzgórzu nad rzeką. Coś w nim narastało. Setki wyimaginowanych rozmów z Aline, które nigdy nie miały się odbyć, wirowały w jego głowie. Czasami, gdy wchodziła do ogrodu i opowiadała mu o jego pracy, czekał, jakby miała wznowić wyimaginowaną rozmowę, którą odbyli, leżąc na pryczy poprzedniej nocy. Gdyby Aline zanurzyła się w nim tak jak on w niej, przerwa byłaby nieunikniona, a po każdej przerwie cały ton życia w ogrodzie by się zmienił. Bruce pomyślał, że nagle odkrył starą mądrość. Słodkie chwile są rzadkie w życiu. Poeta ma chwilę ekstazy, a potem musi ją odłożyć. Pracuje w banku albo jest profesorem uniwersyteckim. Keats śpiewa do słowika, Shelley do skowronka albo do księżyca. Obaj mężczyźni wracają potem do domu, do swoich żon. Keats siedział przy stole z Fanny Brawne - trochę pulchniejszą, trochę bardziej szorstką - i wypowiadał słowa, które drażniły bębenki uszne. Shelley i jego teść. Boże, miej w opiece dobro, prawdę i piękno! Rozmawiali o sprawach domowych. Co zjemy dziś na obiad, moja droga? Nic dziwnego, że Tom Wills zawsze przeklinał życie. "Dzień dobry, Życie. Myślisz, że to piękny dzień? No cóż, widzisz, mam atak niestrawności. Nie powinienem był jeść krewetek. Prawie nigdy nie lubię owoców morza".
  Ponieważ chwile są trudne do znalezienia, ponieważ wszystko tak szybko znika, czy to powód, by stać się drugorzędnym, skąpym, cynicznym? Każdy sprytny dziennikarz może cię zmienić w cynika. Każdy może ci pokazać, jak zepsute jest życie, jak głupia jest miłość - to proste. Weź to i śmiej się. Potem zaakceptuj to, co przyjdzie później, tak radośnie, jak to możliwe. Być może Alina nie czuła tego, co Bruce, a to, co było wydarzeniem dla niego, być może ukoronowaniem życia, dla niej było jedynie ulotną fantazją. Być może z nudów życia, bycia żoną raczej zwyczajnego właściciela fabryki z małego miasteczka w Indianie. Być może samo pożądanie fizyczne jest nowym doświadczeniem w życiu. Bruce pomyślał, że dla niego mogłoby to być to, co zrobił, i był dumny i zadowolony z tego, co uważał za swoje wyrafinowanie.
  Nocą na jego pryczy nachodziły chwile głębokiego smutku. Nie mógł spać i wyczołgał się do ogrodu, żeby usiąść na ławce. Pewnej nocy padał deszcz, a zimny deszcz przemoczył go do suchej nitki, ale nie przejmował się tym. Przeżył już ponad trzydzieści lat i czuł, że jest w punkcie zwrotnym. Dziś jestem młody i głupi, ale jutro będę stary i mądry. Jeśli teraz nie pokocham całkowicie, nigdy nie pokocham. Starzy ludzie nie spacerują ani nie siedzą w zimnym deszczu w ogrodzie, patrząc na ciemny, zalany deszczem dom. Biorą moje obecne uczucia i przekuwają je w wiersze, które publikują, by zwiększyć swoją sławę. Mężczyzna zakochany w kobiecie, którego ciało jest w pełni pobudzone, to dość powszechny widok. Nadchodzi wiosna, a mężczyźni i kobiety spacerują po miejskich parkach lub wiejskich drogach. Siadają razem na trawie pod drzewem. Zrobią to następnej wiosny i wiosną 2010 roku. Zrobili to wieczorem tego dnia, kiedy Cezar przekroczył Rubikon. Czy to ma znaczenie? Osoby po trzydziestce i inteligentne rozumieją takie rzeczy. Niemiecki naukowiec potrafi to doskonale wyjaśnić. Jeśli czegoś nie rozumiesz na temat ludzkiego życia, sięgnij po prace dr. Freuda.
  Padał zimny deszcz, a w domu panował mrok. Czy Alina spała obok męża, którego odnalazła we Francji, mężczyzny, którego zastała sfrustrowanego, rozdartego, bo walczył, histeryzującego, bo widział ludzi sam, bo w przypływie histerii kiedyś kogoś zabił? Cóż, to nie byłaby dobra sytuacja dla Aliny. Obraz nie pasował do schematu. Gdybym był jej uznanym kochankiem, gdybym ją posiadał, musiałbym zaakceptować jej męża jako nieunikniony fakt. Później, kiedy stąd wyjadę, kiedy minie ta wiosna, zaakceptuję go, ale nie teraz. Bruce szedł cicho przez deszcz i dotknął palcami ściany domu, w którym spała Alina. Coś zostało postanowione za niego. Oboje z Aliną znajdowali się w cichym, nieruchomym miejscu, w środku wydarzeń. Wczoraj nic się nie wydarzyło. Jutro albo pojutrze, kiedy nastąpi przełom, nic się nie wydarzy. A przynajmniej. Będzie coś takiego jak wiedza o życiu. Dotykając ściany domu mokrymi palcami, wpełzł z powrotem na pryczę i położył się, ale po chwili wstał, żeby zapalić światło. Nie mógł się oprzeć chęci stłumienia niektórych chwilowych emocji, ich utrwalenia.
  Powoli buduję sobie dom - dom, w którym mogę mieszkać. Dzień po dniu cegły układane są w długich rzędach, tworząc ściany. Drzwi są wieszane, a dachówki cięte. W powietrzu unosi się zapach świeżo ściętych bali.
  Rano możesz zobaczyć mój dom - na ulicy, na rogu przy kamiennym kościele - w dolinie za twoim domem, gdzie droga schodzi w dół i przecina most.
  Jest już ranek i dom jest prawie gotowy.
  Jest wieczór, a mój dom leży w ruinie. W rozpadających się ścianach wyrosły chwasty i winorośle. Krokwie domu, który chciałem zbudować, są zakopane w wysokiej trawie. Zgniły. Żyją w nich robaki. Ruiny mojego domu znajdziesz na ulicy w swoim mieście, na wiejskiej drodze, na długiej ulicy spowitej kłębami dymu, w mieście.
  To już dzień, tydzień, miesiąc. Mój dom jeszcze nie jest zbudowany. Czy zechcesz wejść do mojego domu? Weź ten klucz. Proszę.
  Bruce pisał słowa na kartkach papieru, siedząc na skraju swojego łóżka, podczas gdy wiosenne deszcze lały się strumieniami ze wzgórza, na którym tymczasowo mieszkał niedaleko Aliny.
  Mój dom pachnie różą, która rośnie w jej ogrodzie, drzemie w oczach Murzyna pracującego w dokach Nowego Orleanu. Zbudowany jest na myśli, której nie jestem wystarczająco męski, by wyrazić. Nie jestem wystarczająco mądry, by zbudować swój dom. Żaden mężczyzna nie jest wystarczająco mądry, by zbudować swój dom.
  Może nie da się tego zbudować. Bruce wstał z łóżka i znów wyszedł na deszcz. W pokoju na piętrze domu Grayów paliło się słabe światło. Może ktoś był chory. Absurd! Kiedy budujesz, dlaczego nie budować? Kiedy śpiewasz piosenkę, śpiewaj ją. Znacznie lepiej powiedzieć sobie, że Alina nie spała. Dla mnie to kłamstwo, złote kłamstwo! Jutro albo pojutrze obudzę się, będę zmuszony się obudzić.
  Czy Alina wiedziała? Czy potajemnie podzielała ekscytację, która tak wstrząsnęła Brucem, sprawiając, że jego palce plątały się, gdy pracował w ogrodzie przez cały dzień, sprawiając, że tak trudno mu było spojrzeć na nią, gdy istniała choćby najmniejsza szansa, że ona patrzyła na nią? Na niego? "No, no, uspokój się. Nie martw się. Jeszcze nic nie zrobiłeś" - powiedział sobie. Przecież to wszystko, jego prośba o miejsce w ogrodzie, bycie z nią, było tylko przygodą, jedną z przygód życia, przygód, których mógł potajemnie szukać, opuszczając Chicago. Serią przygód - małych jasnych chwil, błysków w ciemności, a potem ciemności i śmierci. Powiedziano mu, że niektóre z jasnych owadów, które w cieplejsze dni atakowały ogród, żyły tylko jeden dzień. Jednak nie było dobrze umierać, zanim nadszedł ten moment, zabijać go nadmierną ilością myśli.
  Każdy dzień, w którym przychodziła do ogrodu, by nadzorować jego pracę, był nową przygodą. Teraz sukienki, które kupiła w Paryżu miesiąc po wyjeździe Freda, nadawały się do czegoś. Jeśli nie nadawały się na poranny strój do ogrodu, czy to miało znaczenie? Nie założyła ich, dopóki Fred nie wyszedł tego ranka. W domu były dwie służące, ale obie były czarnoskóre. Czarnoskóre kobiety mają instynktowne zrozumienie. Milczą, bo są mądre w sprawach kobiecych. Co mogą dostać, to biorą. To zrozumiałe.
  Fred wyszedł o ósmej, czasem prowadząc samochód, czasem idąc pieszo ze wzgórza. Nie odezwał się do Bruce'a ani na niego nie spojrzał. Najwyraźniej nie podobał mu się widok młodego białego mężczyzny pracującego w ogrodzie. Jego niechęć do tego pomysłu była widoczna w jego ramionach, w liniach pleców, gdy odchodził. Sprawiło to Bruce'owi rodzaj na wpół obrzydliwej satysfakcji. Dlaczego? Mężczyzna, jej mąż, powtarzał sobie, był nieistotny i nieistniejący - przynajmniej w świecie jego wyobraźni.
  Przygoda polegała na tym, że wychodziła z domu i zostawała u niego czasem na godzinę lub dwie rano i kolejną godzinę lub dwie po południu. Dzielił się z nią planami dotyczącymi ogrodu, skrupulatnie przestrzegając wszystkich jej instrukcji. Mówiła, a on słyszał jej głos. Kiedy myślał, że jest odwrócona plecami, albo kiedy, jak to czasem bywało w ciepłe poranki, siedziała na ławce w oddali i udawała, że czyta książkę, zerkał ukradkiem. Jak dobrze, że mąż mógł jej kupować drogie i proste sukienki, dobrze wykonane buty. Fakt, że duża firma produkująca koła przenosiła się w dół rzeki, a Sponge Martin lakierował koła samochodowe, zaczął nabierać sensu. Sam pracował w fabryce przez kilka miesięcy i polakierował pewną liczbę kół. Kilka pensów z zysku z własnej pracy prawdopodobnie szło na kupowanie jej różnych rzeczy: kawałka koronki na jej nadgarstkach, ćwierć jarda materiału, z którego uszyto jej sukienkę. Dobrze było patrzeć na nią i uśmiechać się do własnych myśli, bawić się własnymi myślami. Równie dobrze można było akceptować rzeczy takimi, jakie są. On sam nigdy nie mógłby zostać odnoszącym sukcesy producentem. A co do tego, że była żoną Freda Graya... Gdyby artysta namalował płótno i powiesił je, czy nadal byłoby ono jego płótnem? Gdyby mężczyzna napisał wiersz, czy nadal byłby jego wierszem? Co za absurd! A co do Freda Graya, powinien się cieszyć. Skoro ją kochał, jak miło myśleć, że ktoś inny też. Dobrze ci idzie, panie Gray. Zajmij się swoimi sprawami. Zarabiaj pieniądze. Kup jej mnóstwo ładnych rzeczy. Nie wiem, jak to zrobić. Jakby sytuacja była na odwrót. Cóż, widzi pan, to nieprawda. Nie może być. Po co się nad tym zastanawiać?
  W rzeczywistości sytuacja była tym lepsza, że Alina należała do kogoś innego, nie do Bruce'a. Gdyby należała do niego, musiałby z nią wchodzić do domu, siadać z nią przy stole, widywać ją zbyt często. Najgorsze było to, że widywała go zbyt często. Dowiadywałaby się o nim. Nie taki był cel jego przygód. Teraz, w obecnych okolicznościach, mogłaby, jeśli tylko zechce, myśleć o nim tak, jak on myślał o niej, a on nie robiłby nic, co mogłoby zakłócić jej myśli. "Życie stało się lepsze" - szepnął Bruce do siebie - "teraz, gdy mężczyźni i kobiety stali się na tyle cywilizowani, by nie chcieć widywać się zbyt często. Małżeństwo jest reliktem barbarzyństwa. To cywilizowany mężczyzna ubiera siebie i swoje kobiety, rozwijając przy tym zmysł dekoracyjny. Kiedyś mężczyźni nie ubierali nawet swoich ciał ani ciał swoich kobiet. Cuchnące skóry schły na podłodze jaskini. Później nauczyli się ubierać nie tylko ciało, ale każdy szczegół życia. Kanały stały się modne; damy dworu pierwszych królów Francji, a także damy Medyceuszy, musiały okropnie cuchnąć, zanim nauczyły się polewać perfumami.
  W dzisiejszych czasach buduje się domy, które pozwalają na pewien stopień odrębności, indywidualnego istnienia w obrębie murów domu. Byłoby lepiej, gdyby mężczyźni budowali swoje domy jeszcze rozsądniej, coraz bardziej się od siebie oddzielając.
  Wpuść kochanków. Sam staniesz się coraz bardziej podstępnym kochankiem. Co sprawia, że myślisz, że jesteś zbyt brzydki, żeby być kochankiem? Świat pragnął więcej kochanków, a mniej mężów i żon. Bruce tak naprawdę nie zastanawiał się zbytnio nad zdrowym rozsądkiem swoich myśli. Czy kwestionowałbyś zdrowy rozsądek Cézanne'a stojącego przed jego płótnem? Czy kwestionowałbyś zdrowy rozsądek Keatsa, kiedy śpiewał?
  Znacznie lepiej, że Alina, jego żona, należała do Freda Graya, właściciela fabryki z Old Harbor w Indianie. Po co fabryki w miastach takich jak Old Harbor, skoro z Aliny nic nie wyjdzie? Czy musimy na zawsze pozostać barbarzyńcami?
  W innym nastroju Bruce mógłby się zastanawiać, ile Fred Grey wiedział, ile był w stanie wiedzieć. Czy cokolwiek mogłoby się wydarzyć na świecie bez wiedzy wszystkich zainteresowanych?
  Jednak będą próbowali stłumić własną wiedzę. Jakież to naturalne i ludzkie. Ani na wojnie, ani w czasie pokoju nie zabijamy osoby, której nienawidzimy. Próbujemy zabić to, czego nienawidzimy w sobie.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY
  
  F RED GRAY Szedł rano drogą do bramy. Od czasu do czasu odwracał się i spoglądał na Bruce'a. Obaj mężczyźni nie rozmawiali ze sobą jak weterynarz.
  Żaden mężczyzna nie lubi myśli o innym mężczyźnie, białym mężczyźnie, całkiem miłym dla oka, siedzącym samotnie z żoną w ogrodzie całymi dniami - nikogo w pobliżu oprócz dwóch czarnoskórych kobiet. Czarnoskóre kobiety nie mają poczucia moralności. Zrobią wszystko. Mogą to lubić, ale nie udawaj, że tobie nie. Właśnie dlatego biali ludzie tak się na nie wściekają, kiedy o tym myślą. Co za palanty! Skoro w tym kraju nie ma dobrych, poważnych mężczyzn, to dokąd zmierzamy?
  Pewnego majowego dnia Bruce wybrał się do miasta, żeby kupić narzędzia ogrodnicze i wrócił na wzgórze, a Fred Gray szedł tuż przed nim. Fred był młodszy od niego, ale o pięć, może siedem centymetrów niższy.
  Teraz, gdy całymi dniami siedział przy biurku w biurze fabrycznym i żył dobrze, Fred miał skłonność do tycia. Wyrósł mu brzuch, a policzki miał opuchnięte. Pomyślał, że byłoby miło, przynajmniej przez jakiś czas, dojeżdżać do pracy. Gdyby tylko Old Harbor miało pole golfowe. Ktoś musiałby je promować. Problem w tym, że w mieście nie było wystarczająco dużo osób z jego klasy, żeby utrzymać klub wiejski.
  Dwóch mężczyzn wspięło się na wzgórze, a Fred wyczuł za sobą obecność Bruce'a. Jaka szkoda! Gdyby był z tyłu, a Bruce był przed nim, mógłby dostosować tempo i poświęcić czas na obserwowanie mężczyzny. Obejrzał się i zobaczył Bruce'a, ale nie obejrzał się. Czy Bruce wiedział, że odwrócił głowę, żeby spojrzeć? To było pytanie, jedno z tych drobnych irytujących pytań, które potrafią działać na nerwy.
  Kiedy Bruce przyszedł do pracy w ogrodzie Grayów, Fred natychmiast rozpoznał w nim mężczyznę pracującego w fabryce obok Sponge Martina i zapytał o niego Aline, ale ona tylko pokręciła głową. "Prawda, nic o nim nie wiem, ale wykonuje świetną robotę" - powiedziała wtedy. Jak można było do tego wrócić? Nie można. Sugerować, sugerować cokolwiek. Niemożliwe! Człowiek nie może być takim barbarzyńcą.
  Skoro Alina go nie kochała, dlaczego za niego wyszła? Gdyby poślubił biedną dziewczynę, mógłby mieć powody do podejrzeń, ale ojciec Aliny był szanowanym mężczyzną z dużą kancelarią prawniczą w Chicago. Dama to dama. To jedna z zalet małżeństwa z kobietą. Nie trzeba ciągle mieć wątpliwości.
  Co najlepiej zrobić, idąc pod górę do mężczyzny, który jest twoim ogrodnikiem? Za czasów dziadka Freda, a nawet za czasów jego ojca, wszyscy mężczyźni w małych miasteczkach Indiany byli do siebie bardzo podobni. A przynajmniej tak im się wydawało, ale czasy się zmieniły.
  Ulica, którą wspinał się Fred, była jedną z najbardziej prestiżowych w Old Harbor. Mieszkali tam lekarze, prawnicy i kasjer bankowy, najlepsi w mieście. Fred wolałby się na nich rzucić, ponieważ dom na samym szczycie wzgórza należał do jego rodziny od trzech pokoleń. Trzy pokolenia w Indianie, zwłaszcza jeśli ktoś miał pieniądze, coś znaczyły.
  Ogrodnik, którego zatrudniła Alina, zawsze był blisko Sponge'a Martina, gdy ten pracował w fabryce; Fred pamiętał Sponge'a. Kiedy był chłopcem, poszedł z ojcem do lakierni powozów Sponge'a i doszło do kłótni. Cóż, pomyślał Fred, czasy się zmieniły; zwolniłbym tego Sponge'a, tylko... Problem w tym, że Sponge mieszkał w mieście od dzieciństwa. Wszyscy go znali i wszyscy go lubili. Nie chcesz, żeby miasto cię zwaliło, jeśli musisz tam mieszkać. A poza tym Sponge był dobrym pracownikiem, bez wątpienia. Majster powiedział, że może wykonać więcej pracy niż ktokolwiek inny w swoim dziale i zrobić to z jedną ręką związaną za plecami. Mężczyzna musi rozumieć swoje obowiązki. To, że posiadasz lub kontrolujesz fabrykę, nie oznacza, że możesz traktować ludzi, jak chcesz. Istnieje obowiązek implicite w kontroli kapitału. Musisz to zrozumieć.
  Gdyby Fred poczekał na Bruce'a i poszedł obok niego pod górę, mijając rozsiane po niej domy, co by się stało? O czym rozmawialiby ci dwaj mężczyźni? "Niezbyt mi się podoba", powiedział sobie Fred. Zastanawiał się dlaczego.
  Właściciel fabryki taki jak on miał specyficzny ton w stosunku do ludzi, którzy dla niego pracowali. Oczywiście, kiedy jest się w wojsku, wszystko jest inne.
  Gdyby Fred prowadził tego wieczoru, bez trudu zatrzymałby się i zaproponował podwiezienie ogrodnikowi. To coś innego. To stawia sprawy na innym poziomie. Jeśli jedziesz dobrym samochodem, zatrzymujesz się i mówisz: "Wsiadaj". Ładnie. To demokratyczne, a jednocześnie w porządku. No cóż, widzisz, w końcu masz samochód. Zmieniasz bieg, wciskasz gaz. Jest o czym rozmawiać. Nie ma wątpliwości, czy ktoś podjeżdża pod górę trochę bardziej sapie niż ktoś inny. Nikt nie sapie. Mówisz o samochodzie, trochę na niego warczysz. "Tak, to całkiem niezły samochód, ale jego utrzymanie zajmuje za dużo czasu. Czasami myślę, że go sprzedam i kupię Forda". Chwalisz Forda, mówisz o Henrym Fordzie jako o wspaniałym człowieku. "To dokładnie taki człowiek, jakiego powinniśmy mieć na prezydenta. Potrzebujemy dobrej, rozważnej administracji biznesowej". Mówisz o Henrym Fordzie bez cienia zazdrości, pokazując, że jesteś człowiekiem o szerokich horyzontach. "Ten jego pomysł na pokojowy statek był dość szalony, nie sądzisz? Tak, ale prawdopodobnie zniszczył wszystko od tamtej pory".
  Ale pieszo! Na własnych nogach! Człowiek powinien rzucić palenie. Odkąd odszedł z wojska, Fred za dużo siedzi przy biurku.
  Czasami czytał artykuły w czasopismach lub gazetach. Jakiś wielki biznesmen starannie pilnował jego diety. Wieczorem przed snem wypijał szklankę mleka i jadł krakersa. Rano wstawał wcześnie i wybierał się na krótki spacer. Miał głowę pełną pomysłów na biznes. Do diabła! Kupujesz dobry samochód, a potem spacerujesz, żeby poprawić sobie oddech i utrzymać formę. Alina miała rację, mówiąc, że wieczorne przejażdżki samochodem nie są dla niej aż tak ważne. Lubiła pracować w ogrodzie. Alina miała dobrą figurę. Fred był dumny ze swojej żony. Wspaniała, mała kobietka.
  Fred miał historię ze swojej służby wojskowej, którą lubił opowiadać Harcourtowi albo jakiemuś podróżnikowi: "Nie da się przewidzieć, kim się staną ludzie, gdy zostaną wystawieni na próbę. W wojsku mieliśmy wielkich i małych. Pomyślałbyś, prawda, że wielcy najlepiej zniosą ciężką pracę? Cóż, dałbyś się nabrać. W naszej kompanii był facet, który ważył zaledwie sto osiemnaście funtów. W domu był dilerem narkotyków czy kimś takim. Ledwo jadał tyle, żeby utrzymać przy życiu wróbla, zawsze czuł, że umrze, ale był głupcem. Boże, jaki on był twardy. Po prostu szedł dalej".
  "Lepiej iść trochę szybciej, żeby uniknąć niezręcznej sytuacji" - pomyślał Fred. Przyspieszył kroku, ale nie za bardzo. Nie chciał, żeby facet za nim wiedział, że próbuje go ominąć. Głupiec mógłby pomyśleć, że się czegoś boi.
  Myśli ciągną się dalej. Fredowi nie podobały się te myśli. Czemu, do cholery, Aline nie była zadowolona z czarnego ogrodnika?
  Cóż, mężczyzna nie może powiedzieć żonie: "Nie podoba mi się, jak tu wygląda. Nie podoba mi się myśl, że młody biały mężczyzna zostaje z tobą sam na sam w ogrodzie przez cały dzień". Mężczyzna mógłby sugerować... cóż, fizyczne zagrożenie. Gdyby to zrobił, ona by się roześmiała.
  Powiedzieć za dużo to byłoby... No cóż, coś w rodzaju równości między nim a Brucem. W wojsku takie rzeczy były na porządku dziennym. Tam trzeba było to robić. Ale w cywilu - powiedzieć cokolwiek to było powiedzieć za dużo, za dużo sugerować.
  Przekleństwo!
  Lepiej działać szybciej. Pokaż mu, że nawet jeśli człowiek siedzi cały dzień za biurkiem, zapewniając pracę pracownikom takim jak on, dbając o ich wypłaty, karmiąc dzieci innych ludzi itd., to mimo wszystko ma nogi i oddech, i wszystko jest w porządku.
  Fred dotarł do furtki Grayów, ale wyprzedził Bruce'a o kilka kroków i natychmiast, nie oglądając się za siebie, wszedł do domu. Spacer był dla Bruce'a swego rodzaju objawieniem. Chodziło o to, by w swoim umyśle stworzyć sobie obraz człowieka, który niczego nie żąda - niczego poza przywilejem miłości.
  Miała dość nieprzyjemną skłonność do drażnienia męża, do wprawiania go w zakłopotanie. Kroki ogrodnika były coraz bliżej. Najpierw ostry stukot ciężkich butów na betonowym chodniku, potem na ceglanym. Bruce'owi dobrze szło. Nie przeszkadzała mu wspinaczka. Cóż, widział, jak Fred się rozgląda. Wiedział, co dzieje się w jego głowie.
  Fred, nasłuchując kroków: "Chciałbym, żeby niektórzy mężczyźni pracujący w mojej fabryce wykazywali się takim samym zapałem. Założę się, że kiedy on pracował w fabryce, nigdy nie spieszył się do pracy.
  Bruce - z uśmiechem na ustach - z raczej skromnym poczuciem wewnętrznej satysfakcji.
  "Boi się. Wtedy wie. Wie, ale boi się dowiedzieć".
  Zbliżając się do szczytu wzgórza, Fred poczuł chęć ucieczki, ale się powstrzymał. To była próba zachowania godności. Plecy mężczyzny powiedziały Bruce'owi wszystko, co musiał wiedzieć. Przypomniał sobie mężczyznę, Smedleya, którego Sponge tak bardzo lubił.
  My, mężczyźni, jesteśmy miłymi istotami. Mamy w sobie tyle dobrej woli.
  Doszedł już prawie do punktu, w którym przy szczególnym wysiłku mógł nastąpić Fredowi na pięty.
  Coś śpiewa w środku - wyzwanie. "Mógłbym, gdybym chciał. Mógłbym, gdybym chciał".
  Co może?
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA DZIEWIĄTA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY
  
  BYŁA - on był obok niej i wydawał się jej niemy, bojąc się mówić w swoim imieniu. Jak odważnym można być w wyobraźni i jak bardzo trudno być odważnym w rzeczywistości. Jego obecność tam, w ogrodzie przy pracy, gdzie mogła go widywać każdego dnia, uświadomiła jej, jak nigdy wcześniej, męskość mężczyzny, przynajmniej Amerykanina. Francuz byłby kolejnym problemem. Była nieskończenie ulżona, że nie jest Francuzem. Jakimi dziwnymi stworzeniami naprawdę są mężczyźni. Kiedy nie była w ogrodzie, mogła iść na górę do swojego pokoju, usiąść i go obserwować. Tak bardzo starał się być ogrodnikiem, ale przeważnie szło mu to kiepsko.
  I myśli, które musiały mu krążyć po głowie. Gdyby Fred i Bruce wiedzieli, jak ona czasami śmieje się z nich obu z okna na górze, mogliby się rozgniewać i opuścić to miejsce na zawsze. Kiedy Fred wyszedł o ósmej rano, pobiegła szybko na górę, żeby go zobaczyć. Szedł ścieżką do głównej bramy, starając się zachować godność, jakby chciał powiedzieć: "Nic nie wiem o tym, co się tu dzieje; właściwie jestem pewien, że nic się nie dzieje. To poniżej mojej godności sugerować, że cokolwiek się dzieje. Przyznanie się do tego byłoby zbyt wielkim upokorzeniem. Widzisz, jak to się dzieje. Uważaj na moje plecy, kiedy idę. Widzisz, prawda, jaki jestem niewzruszony? Jestem Fred Grey, prawda? A co do tych parweniuszy...!"
  U kobiet to normalne, ale nie powinny grać zbyt długo. U mężczyzn tak jest.
  Alina nie była już młoda, ale jej ciało wciąż zachowywało dość delikatną elastyczność. W swoim ciele wciąż mogła przechadzać się po ogrodzie, czując je - swoje ciało - tak jak odczuwa się idealnie skrojoną sukienkę. Kiedy człowiek się starzeje, przyjmuje męskie pojęcia o życiu, o moralności. Ludzkie piękno jest być może czymś w rodzaju gardła śpiewaka. Człowiek się z nim rodzi. Ma je albo nie. Jeśli jest mężczyzną, a jego kobieta jest nieatrakcyjna, jego zadaniem jest obdarzyć ją zapachem piękna. Będzie mu za to bardzo wdzięczna. Może właśnie do tego służy wyobraźnia. A przynajmniej, według kobiety, do tego służy męska fantazja. Do czego innego może się przydać?
  Tylko będąc młodą, jako kobieta, możesz być kobietą. Tylko będąc młodą, jako mężczyzna, możesz być poetą. Pospiesz się. Kiedy przekroczysz granicę, nie możesz się cofnąć. Wkradną się wątpliwości. Staniesz się moralna i surowa. Wtedy musisz zacząć myśleć o życiu po śmierci, znaleźć sobie, jeśli potrafisz, duchowego kochanka.
  Czarni śpiewają -
  I rzekł Pan...
  Szybciej, szybciej.
  Czasami śpiew czarnoskórych pomagał uchwycić ostateczną prawdę. Dwie czarnoskóre kobiety śpiewały w kuchni, podczas gdy Alina siedziała przy oknie na piętrze, patrząc, jak jej mąż idzie ścieżką i obserwuje mężczyznę o imieniu Bruce, kopiącego w ogrodzie. Bruce przestał kopać i spojrzał na Freda. Miał zdecydowaną przewagę. Spojrzał na plecy Freda. Fred nie odważył się odwrócić i spojrzeć na niego. Było coś, czego Fred musiał się chwycić. Trzymał się czegoś palcami, czepiając się czego? Siebie, oczywiście.
  Atmosfera w domu i ogrodzie na wzgórzu zrobiła się nieco napięta. Ileż wrodzonego okrucieństwa tkwi w kobietach! Dwie czarnoskóre kobiety w domu śpiewały, wykonywały swoje prace, obserwowały i słuchały. Sama Alina była wciąż całkiem spokojna. Nie angażowała się w nic.
  Siedząc przy oknie na piętrze lub spacerując po ogrodzie, nie trzeba było patrzeć na pracującego tam mężczyznę, nie trzeba było myśleć o innym mężczyźnie schodzącym ze wzgórza do fabryki.
  Można przyjrzeć się drzewom i rosnącym roślinom.
  Istniała prosta, naturalna, okrutna rzecz zwana naturą. Można było o niej myśleć, poczuć się jej częścią. Jedna roślina rosła szybko, dusząc tę rosnącą pod nią. Drzewo, które miało lepszy start, rzucało cień w dół, blokując światło słoneczne mniejszego drzewa. Jego korzenie szybciej rozrastały się w ziemi, wchłaniając życiodajną wilgoć. Drzewo było drzewem. Nikt tego nie kwestionował. Czy kobieta mogła być przez chwilę po prostu kobietą? Musiała taka być, żeby w ogóle być kobietą.
  Bruce przechadzał się po ogrodzie, wyrywając słabsze rośliny z ziemi. Nauczył się już sporo o ogrodnictwie. Nauka nie zajęła mu dużo czasu.
  Wiosenne dni Alinie udzieliły się poczucie życia. Teraz była sobą, kobietą, która dała jej szansę, być może jedyną, jaką kiedykolwiek dostanie.
  "Świat jest pełen hipokryzji, prawda, moja droga? Tak, ale lepiej udawać, że się zapisałeś".
  To był wspaniały moment dla kobiety, by być kobietą, dla poetki, by być poetką. Pewnego wieczoru w Paryżu, ona, Alina, coś przeczuła, ale inna kobieta, Rose Frank, wzięła nad nią górę.
  Próbowała słabo, będąc w wyobraźni Rose Frank, Esther Walker.
  Z okna na piętrze, a czasem siedząc w ogrodzie z książką, patrzyła pytająco na Bruce'a. Jakie głupie książki!
  Cóż, moja droga, potrzebujemy czegoś, co pomoże nam przetrwać nudne chwile. Tak, ale większość życia jest nudna, prawda, moja droga?
  Kiedy Alina siedziała w ogrodzie, patrząc na Bruce'a, on jeszcze nie odważył się na nią spojrzeć. Kiedy to zrobi, może nadejść czas próby.
  Była absolutnie pewna.
  Powiedziała sobie, że to on jest tym jedynym, który w pewnym momencie może oślepnąć, uwolnić się od wszelkich kajdan, oddać się naturze, z której pochodzi, być mężczyzną dla jej kobiety, przynajmniej na chwilę.
  Po tym, co się wydarzyło - ?
  Poczekałaby i zobaczyła, co się stanie, gdy już to się stanie. Prośba z wyprzedzeniem oznaczałaby stanie się mężczyzną, a ona nie była jeszcze na to gotowa.
  Alina się uśmiechnęła. Było coś, czego Fred nie potrafił, ale jeszcze nie nienawidziła go za tę nieudolność. Taka nienawiść mogłaby się pojawić później, gdyby nic się teraz nie wydarzyło, gdyby przegapiła swoją szansę.
  Od samego początku Fred zawsze pragnął zbudować wokół siebie solidny, silny mur. Chciał być bezpieczny za murem, czuć się bezpiecznie. Mężczyzna w murach domu, bezpieczny, z kobiecą dłonią ciepło trzymającą jego dłoń, czekającą na niego. Wszyscy inni byli uwięzieni w murach domu. Czy można się dziwić, że ludzie byli tak zajęci budowaniem murów, umacnianiem murów, walką, zabijaniem się nawzajem, konstruowaniem systemów filozoficznych, konstruowaniem systemów moralnych?
  "Ale, moja droga, poza murami spotykają się bez rywalizacji. Czy masz im to za złe? Widzisz, to ich jedyna szansa. My, kobiety, robimy to samo, kiedy ratujemy mężczyznę. Dobrze jest, gdy nie ma konkurencji, gdy jesteś pewna siebie, ale jak długo kobieta może pozostać pewna siebie? Bądź rozsądna, moja droga. To całkiem rozsądne, że w ogóle możemy żyć z mężczyznami".
  W rzeczywistości bardzo niewiele kobiet ma kochanków. Niewielu mężczyzn i kobiet w dzisiejszych czasach w ogóle wierzy w miłość. Spójrz na książki, które piszą, obrazy, które malują, muzykę, którą tworzą. Być może cywilizacja to nic więcej niż proces poszukiwania tego, czego nie możesz mieć. To, czego nie możesz mieć, wyśmiewasz. Jeśli możesz, umniejszasz. Sprawiasz, że jest nieprzyjemne i inne. Obrzucasz je błotem, wyśmiewasz - pragniesz tego Bóg jeden wie, jak bardzo, oczywiście, bez przerwy.
  Jest jedna rzecz, której mężczyźni nie akceptują. Są zbyt niegrzeczni. Są zbyt dziecinni. Są dumni, wymagający, pewni siebie i zadufani w sobie.
  Wszystko kręci się wokół życia, ale oni stawiają siebie ponad życie.
  Nie ośmielają się zaakceptować faktu, tajemnicy, samego życia.
  Ciało jest ciałem, drewno jest drewnem, trawa jest trawą. Ciało kobiety jest ciałem drzew, kwiatów i trawy.
  Bruce, w ogrodzie, dotykając palcami młodych drzew i roślin, dotknął ciała Aliny. Jej ciało zrobiło się ciepłe. Coś wirowało i wirowało w jej wnętrzu.
  Przez wiele dni w ogóle nie myślała. Spacerowała po ogrodzie, siadała na ławce z książką w rękach i czekała.
  Czym są książki, malarstwo, rzeźba, poezja? Mężczyźni piszą, rzeźbią, rysują. To sposób na ucieczkę od problemów. Lubią myśleć, że problemy nie istnieją. Spójrz, spójrz na mnie. Jestem centrum życia, twórcą - kiedy przestaję istnieć, nic nie istnieje.
  No cóż, czyż nie jest to prawdą, przynajmniej w moim przypadku?
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY
  
  KOLEJKA TRAFIŁA _ Do jej ogrodu, obserwując Bruce'a.
  Być może było dla niego bardziej oczywiste, że nie zaszłaby tak daleko, gdyby nie była gotowa pójść dalej w odpowiednim momencie.
  Naprawdę zamierzała wystawić jego odwagę na próbę.
  Są chwile, w których odwaga jest najważniejszą cechą w życiu.
  Mijały dni i tygodnie.
  Dwie czarnoskóre kobiety w domu obserwowały i czekały. Często zerkały na siebie i chichotały. Powietrze na szczycie wzgórza wypełniał śmiech - mroczny śmiech.
  "O mój Boże! O mój Boże! O mój Boże!" krzyknęła jedna z nich do drugiej. Zaśmiała się piskliwym, czarnym śmiechem.
  Fred Gray wiedział, ale bał się dowiedzieć. Obaj mężczyźni byliby zszokowani, gdyby wiedzieli, jak wnikliwa i odważna stała się Alina - niewinna i cicha z wyglądu - ale nigdy by się nie dowiedzieli. Dwie czarnoskóre kobiety mogły wiedzieć, ale to nie miało znaczenia. Czarnoskóre kobiety potrafią milczeć, jeśli chodzi o białych.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA DZIESIĄTA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY
  
  LINIA _ _ Do łóżka. Był późny wieczór na początku czerwca. Stało się, Bruce zniknął, Alina nie wiedziała gdzie. Pół godziny temu zszedł po schodach i wyszedł z domu. Słyszała, jak idzie żwirową ścieżką.
  
  Dzień był ciepły i przyjemny, a lekki wietrzyk wiał od wzgórza i przez okno.
  Gdyby Bruce był teraz mądry, po prostu by zniknął. Czy człowiek może posiadać taką mądrość? Alina uśmiechnęła się na tę myśl.
  Alina była absolutnie pewna jednej rzeczy i gdy tylko ta myśl pojawiła się w jej głowie, odczuła to tak, jakby chłodna dłoń lekko dotknęła gorącego, rozpalonego gorączką ciała.
  Teraz miała urodzić dziecko, być może syna. To był kolejny krok - kolejne wydarzenie. Nie sposób było być tak głęboko poruszoną, dopóki coś się nie wydarzy, ale co zrobi, gdy już się wydarzy? Czy pójdzie za tym spokojnie, pozwalając Fredowi myśleć, że to jego dziecko?
  Czemu nie? To wydarzenie uczyniłoby Freda tak dumnym i szczęśliwym. Z pewnością, odkąd go poślubiła, Fred często irytował i nudził Aline swoją dziecinnością, swoją głupotą. Ale teraz? Cóż, myślał, że fabryka ma znaczenie, że jego własna historia wojskowa ma znaczenie, że pozycja rodziny Grayów w społeczeństwie ma znaczenie najważniejsze; i wszystko to miało dla niego znaczenie, tak jak dla Aline, w sposób, który był całkowicie drugorzędny, jak teraz wiedziała. Ale dlaczego odmawiać mu tego, czego tak bardzo pragnął w życiu, czego przynajmniej myślał, że pragnie? Grayowie z Old Harbor w Indianie. Mieli ich już trzy pokolenia, a to było dawno temu w Ameryce, w Indianie. Po pierwsze, Gray, sprytny handlarz końmi, trochę szorstki w obejściu, żujący tytoń, lubiący obstawiać wyścigi, prawdziwy demokrata, dobry towarzysz, dobrze przyjmowany, stale oszczędzający pieniądze. Wówczas bankier Gray, wciąż bystry, ale teraz ostrożny - przyjaciel gubernatora stanu i sponsor kampanii republikanów - wypowiadał się o nim kiedyś łagodnie jako o kandydacie do Senatu Stanów Zjednoczonych. Mógł go zdobyć, gdyby nie był bankierem. Nie było dobrą polityką wystawiać bankiera na listę kandydatów w wątpliwym roku. Dwaj starsi Grayowie, a potem Fred, nie byli tak odważni, nie byli tak bystrzy. Nie było wątpliwości, że Fred, na swój sposób, był najlepszy z tej trójki. Pragnął poczucia jakości, dążył do świadomości jakości.
  Czwarty Gray, który wcale nie był Grayem. Jej Gray. Mogła go nazywać Dudleyem Grayem - albo Brucem Grayem. Czy starczyłoby jej odwagi? Może to byłoby zbyt ryzykowne.
  Co do Bruce'a - cóż, wybrała go - nieświadomie. Coś się stało. Była o wiele odważniejsza, niż planowała. W rzeczywistości zamierzała się nim tylko bawić, wykorzystać nad nim swoją władzę. Czekając - w ogrodzie na wzgórzu w Indianie - można się było bardzo zmęczyć i znudzić.
  Leżąc na łóżku w swoim pokoju w domu Grayów na wzgórzu, Aline mogła obrócić głowę na poduszce i zobaczyć na horyzoncie, ponad żywopłotami otaczającymi ogród, czubek postaci idącej jedyną ulicą na wzgórzu. Pani Willmott wyszła z domu i szła ulicą. I tak też została w domu tego dnia, kiedy wszyscy inni na wzgórzu poszli do miasta. Pani Willmott miała katar sienny tego lata. Za tydzień lub dwa miała wyjechać do północnego Michigan. Czy przyjedzie teraz odwiedzić Aline, czy zejdzie ze wzgórza do jakiegoś innego domu na popołudniową wizytę? Jeśli przyjedzie do domu Grayów, Aline będzie musiała leżeć cicho, udając, że śpi. Gdyby pani Willmott wiedziała o wydarzeniach, które miały miejsce w domu Grayów tego dnia! Cóż to była za radość dla niej, radość porównywalna do radości tysięcy z powodu artykułu na pierwszej stronie gazety. Aline lekko zadrżała. Podjęła takie ryzyko, takie ryzyko. Było w niej coś podobnego do satysfakcji, jaką odczuwają mężczyźni po bitwie, z której wyszli bez szwanku. Jej myśli były nieco wulgarnie ludzkie. Chciała napawać się panią Willmott, która zeszła ze wzgórza, żeby odwiedzić sąsiadkę, ale której mąż później ją zabrał, żeby nie musiała wracać do własnego domu. Z katarem siennym trzeba uważać. Gdyby tylko pani Willmott wiedziała. Nie wiedziała. Nie było powodu, żeby ktokolwiek teraz miał wiedzieć.
  
  Dzień rozpoczął się od włożenia przez Freda żołnierskiego munduru. Miasto Old Harbor, idąc w ślady Paryża, Londynu, Nowego Jorku i tysięcy mniejszych miast, miało wyrazić swój żal po poległych w Wielkiej Wojnie, wystawiając pomnik w małym parku nad brzegiem rzeki, niedaleko fabryki Freda. W Paryżu prezydent Francji, członkowie Izby Deputowanych, wielcy generałowie, sam Tygrys Francji. Cóż, Tygrys nigdy więcej nie będzie musiał kłócić się z Prexym Wilsonem, prawda? Teraz on i Lloyd George mogliby odpocząć i zrelaksować się w domu. Pomimo tego, że Francja była centrum zachodniej cywilizacji, odsłonięto tu pomnik, który wprawiłby artystę w zakłopotanie. W Londynie król, książę Walii, siostry Dolly - nie, nie.
  Do Old Harbor przyjeżdżają burmistrz, członkowie rady miejskiej i gubernator stanu, aby wygłosić przemówienie. Zjeżdżają się też wybitni obywatele.
  Fred, najbogatszy człowiek w mieście, maszerował z prostymi żołnierzami. Chciał, żeby Aline tam była, ale ona założyła, że zostanie w domu, a jemu trudno było protestować. Chociaż wielu mężczyzn, z którymi miał maszerować ramię w ramię - szeregowcy, tacy jak on - to robotnicy w jego fabryce, Fred czuł się z tym całkowicie swobodnie. To było inne niż maszerowanie pod górę z ogrodnikiem, robotnikiem - tak naprawdę, służącym. Człowiek staje się bezosobowy. Maszerujesz i jesteś częścią czegoś większego niż jakakolwiek jednostka; jesteś częścią swojego kraju, jego siły i potęgi. Żaden mężczyzna nie może rościć sobie prawa do równości z tobą, ponieważ maszerowałeś z nim do bitwy, ponieważ maszerowałeś z nim w paradzie upamiętniającej bitwy. Są pewne rzeczy wspólne wszystkim ludziom - na przykład narodziny i śmierć. Nie rościsz sobie prawa do równości z mężczyzną, ponieważ ty i on oboje jesteście urodzeni z kobiet, ponieważ kiedy nadejdzie twój czas, oboje umrzecie.
  Fred wyglądał absurdalnie chłopięco w swoim mundurze. Naprawdę, jeśli już się tak zachowujesz, nie powinieneś mieć brzuszka ani pulchnych policzków.
  Fred wjechał na wzgórze w południe, żeby założyć mundur. Gdzieś w centrum miasta grała orkiestra, której energiczne marszowe nuty niosły się na wietrze, wyraźnie słyszalne na wzgórzu, w domu i ogrodzie.
  Wszyscy maszerowali, cały świat maszerował. Fred miał taki żywy, rzeczowy wygląd. Chciał powiedzieć: "Zejdź, Aline", ale nie zrobił tego. Kiedy szedł ścieżką do samochodu, ogrodnika Bruce'a nigdzie nie było widać. To prawda, to nonsens, że nie dostał oficerskiego stopnia, kiedy poszedł na wojnę, ale co się stało, to się nie odstanie. W życiu miejskim byli ludzie o wiele niższej pozycji, którzy nosili miecze i szyte na miarę mundury.
  Po wyjściu Freda Aline spędziła dwie lub trzy godziny w swoim pokoju na górze. Dwie czarnoskóre kobiety również szykowały się do wyjścia. Wkrótce zeszły ścieżką do bramy. To była dla nich szczególna okazja. Miały na sobie kolorowe sukienki. Była tam wysoka czarnoskóra kobieta i starsza kobieta o ciemnobrązowej skórze i potężnych, szerokich plecach. "Szły razem do bramy, trochę tańcząc" - pomyślała Aline. Kiedy dotrą do miasta, gdzie maszerowali mężczyźni i grały orkiestry, będą jeszcze bardziej podskakiwać. Czarnoskóre kobiety podskakiwały za czarnoskórymi mężczyznami. "Chodź, kochanie!"
  "O mój Boże!"
  "O mój Boże!"
  - Czy byłeś na wojnie?
  "Tak, proszę pana. Wojna rządowa, batalion robotniczy, armia amerykańska. To ja, kochanie.
  Alina nie miała żadnych planów, żadnych zamiarów. Siedziała w swoim pokoju i udawała, że czyta "Bunt Silasa Laphama" Howellsa.
  Paziowie tańczyli. Na dole, w mieście, grała orkiestra. Mężczyźni maszerowali. Wojny już nie było. Umarli nie mogą powstać i maszerować. Tylko ci, którzy przeżyją, mogą maszerować.
  "Teraz! Teraz!"
  Coś w niej szeptało. Czy naprawdę miała taki zamiar? Dlaczego w końcu chciała mieć u boku Bruce'a? Czy każda kobieta, w głębi duszy, jest przede wszystkim dziwką? Co za bzdura!
  Odłożyła książkę i sięgnęła po inną. Rzeczywiście!
  Leżąc na łóżku, trzymała w dłoni książkę. Leżąc na łóżku i patrząc przez okno, widziała tylko niebo i wierzchołki drzew. Ptak przeleciał po niebie i oświetlił jedną z gałęzi pobliskiego drzewa. Ptak patrzył prosto na nią. Czy się z niej śmiali? Była tak mądra, że uważała się za lepszą od męża, Freda, a także od mężczyzny, Bruce'a. A co wiedziała o tym mężczyźnie, Bruce'ie?
  Wzięła inną książkę i otworzyła ją na chybił trafił.
  Nie powiem, że "to niewiele znaczy", bo wręcz przeciwnie, poznanie odpowiedzi było dla nas niezwykle ważne. Ale w międzyczasie, dopóki nie dowiemy się, czy kwiat usiłuje zachować i udoskonalić życie zaszczepione w nim przez naturę, czy też natura dąży do utrzymania i poprawy poziomu istnienia kwiatu, czy wreszcie, czy ostatecznie przypadek rządzi przypadkiem, mnogość pozorów każe nam wierzyć, że coś równego naszym najszczytniejszym myślom czasami emanuje ze wspólnego źródła.
  Myśli! "Problemy czasami biorą się ze wspólnego źródła". Co miał na myśli autor książki? O czym pisał? Mężczyźni piszą książki! Robisz to, czy nie? Czego chcesz?
  "Kochana, książki wypełniają luki w czasie." Alina wstała i zeszła do ogrodu z książką w ręku.
  Być może ten człowiek, z którym Bruce i reszta zabrali się do miasta. Cóż, to mało prawdopodobne. Nic o tym nie wspominał. Bruce nie należał do tych, którzy idą na wojnę, chyba że są do tego zmuszeni. Był tym, kim był: człowiekiem, który włóczył się wszędzie, szukając czegoś. Tacy mężczyźni za bardzo izolują się od zwykłych ludzi i czują się wtedy samotni. Zawsze szukają - czekają - na co?
  Bruce pracował w ogrodzie. Tego dnia włożył nowy niebieski uniform, taki jak noszą robotnicy, i teraz stał z wężem ogrodowym w ręku, podlewając rośliny. Niebieski uniform robotników był całkiem atrakcyjny. Szorstka tkanina była solidna i przyjemna w dotyku. Wyglądał też dziwnie jak chłopiec udający robotnika. Fred udawał zwykłego człowieka, szeregowego członka społeczeństwa.
  Dziwny świat udawania. Tak trzymaj. Tak trzymaj.
  "Utrzymaj się na powierzchni. Utrzymaj się na powierzchni."
  Jeśli poświęcimy chwilę na zastanowienie się - ?
  Alina siedziała na ławce pod drzewem na jednym z tarasów ogrodowych, podczas gdy Bruce stał z wężem ogrodowym na dolnym tarasie. Nie patrzył na nią. Ona nie patrzyła na niego. Naprawdę!
  Co ona o nim wiedziała?
  A co jeśli rzuci mu decydujące wyzwanie? Ale jak?
  Jakiż absurd udawać, że czyta się książkę. Orkiestra w mieście, milcząca przez chwilę, zaczęła grać ponownie. Ile czasu minęło, odkąd Fred odszedł? Ile czasu minęło, odkąd dwie czarnoskóre kobiety odeszły? Czy te dwie czarnoskóre kobiety wiedziały, idąc ścieżką - podskakując - czy wiedziały, że kiedy ich nie było - tego dnia -
  Ręce Aliny zaczęły się trząść. Wstała z ławki. Kiedy podniosła wzrok, Bruce patrzył prosto na nią. Lekko zbladła.
  Więc to on musiał rzucić wyzwanie? Nie wiedziała. Ta myśl przyprawiła ją o zawroty głowy. Teraz, kiedy nadszedł test, on nie wyglądał na przestraszonego, ale ona była przerażona.
  On? No cóż, nie. Może o sobie.
  Szła drżącymi nogami ścieżką do domu, słysząc jego kroki na żwirze za sobą. Brzmiały stanowczo i pewnie. Tego dnia, kiedy Fred wspiął się na wzgórze, ścigany tymi samymi krokami... Poczuła to, patrząc przez okno na górę i poczuła wstyd za Freda. Teraz poczuła wstyd za siebie.
  Gdy zbliżyła się do drzwi domu i weszła do środka, wyciągnęła rękę, jakby chciała je za sobą zamknąć. Gdyby to zrobiła, z pewnością by się nie upierał. Podszedłby do drzwi, a kiedy się zamkną, odwróciłby się i wyszedł. Nigdy więcej go nie zobaczy.
  Jej ręka dwa razy sięgnęła do klamki, ale nic nie znalazła. Odwróciła się i przeszła przez pokój do schodów prowadzących do jej pokoju.
  Nie zawahał się przy drzwiach. To, co miało się wydarzyć, miało się wydarzyć.
  Nie mogła nic na to poradzić. Cieszyła się z tego.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY
  
  LINIA BYŁA _ KŁAMCA na jej łóżku na górze w domu Grayów. Jej oczy były jak oczy śpiącego kota. Nie było sensu teraz myśleć o tym, co się stało. Chciała, żeby to się stało, i sprawiła, że się stało. Było oczywiste, że pani Willmott do niej nie przyjdzie. Może spała. Niebo było bardzo czyste i błękitne, ale nastrój już się pogłębiał. Wkrótce nadejdzie wieczór, czarne kobiety wrócą do domu, Fred wróci do domu... Będzie musiała spotkać się z Fredem. Co do czarnych kobiet, to nie miało znaczenia. Będą myśleć tak, jak każe im ich natura, i czuć tak, jak każe im ich natura. Nigdy nie można było powiedzieć, co myśli lub czuje czarna kobieta. Patrzyły na ciebie jak dzieci swoimi zaskakująco łagodnymi i niewinnymi oczami. Białe oczy, białe zęby na ciemnej twarzy - śmiech. To był śmiech, który nie bolał zbyt mocno.
  Pani Willmott zniknęła z oczu. Koniec ze złymi myślami. Spokój ducha i ciała.
  Jakiż on był delikatny i silny! Przynajmniej się nie myliła. Czy teraz odejdzie?
  Ta myśl przeraziła Alinę. Nie chciała o tym myśleć. Wolała myśleć o Fredzie.
  Przyszła jej do głowy kolejna myśl. Naprawdę kochała swojego męża, Freda. Kobiety mają więcej niż jeden sposób na miłość. Gdyby przyszedł do niej teraz, zdezorientowany, zdenerwowany...
  Prawdopodobnie wróci szczęśliwy. Gdyby Bruce zniknął z tego miejsca na zawsze, on też by się ucieszył.
  Jakie wygodne było łóżko. Dlaczego była taka pewna, że teraz urodzi dziecko? Wyobraziła sobie swojego męża, Freda, trzymającego dziecko w ramionach, i ta myśl ją ucieszyła. Po tym wszystkim będzie miała więcej dzieci. Nie było powodu, by zostawiać Freda w sytuacji, w której go umieściła. Gdyby miała spędzić resztę życia mieszkając z Fredem i mając jego dzieci, życie byłoby wspaniałe. Była dzieckiem, a teraz jest kobietą. Wszystko w naturze się zmieniło. Ten pisarz, mężczyzna, który napisał książkę, którą próbowała przeczytać, idąc do ogrodu. Nie była napisana zbyt dobrze. Suchy umysł, suche myślenie.
  "Mnogość podobieństw sprawia, że wierzymy, iż coś równego naszym najszczytniejszym myślom czasami pochodzi ze wspólnego źródła".
  Na dole słychać było jakiś dźwięk. Dwie czarnoskóre kobiety wróciły do domu po paradzie i ceremonii odsłonięcia pomnika. Jakie to szczęście, że Fred nie zginął na wojnie! Mógł wrócić do domu w każdej chwili, mógł pójść prosto na górę do swojego pokoju, a potem do jej, mógł do niej przyjść.
  Nie poruszyła się i wkrótce usłyszała jego kroki na schodach. Wspomnienia oddalających się kroków Bruce'a. Kroki Freda zbliżające się, być może zbliżające się do niej. Nie miała nic przeciwko. Gdyby przyszedł, byłaby bardzo szczęśliwa.
  Podszedł, nieśmiało otworzył drzwi i kiedy jej wzrok zaprosił ją do środka, podszedł i usiadł na brzegu łóżka.
  "Cóż" - powiedział.
  Mówił o konieczności przygotowania się do obiadu, a potem o paradzie. Wszystko poszło bardzo dobrze. Nie czuł się onieśmielony. Choć tego nie powiedział, zrozumiała, że był zadowolony ze swojego wyglądu, maszerując ramię w ramię z robotnikami, jako zwykły człowiek tamtych czasów. Nic nie wpłynęło na jego poczucie roli, jaką człowiek taki jak on powinien odgrywać w życiu miasta. Być może obecność Bruce'a nie będzie mu już przeszkadzać, ale jeszcze o tym nie wiedział.
  Człowiek jest dzieckiem, a potem staje się kobietą, być może matką. Być może to jest prawdziwa funkcja człowieka.
  Alina zaprosiła Freda wzrokiem, a on pochylił się i pocałował ją. Jej usta były ciepłe. Przeszedł go dreszcz. Co się stało? Cóż to był za dzień dla niego! Jeśli miał Alinę, to naprawdę ją zdobył! Zawsze czegoś od niej pragnął - uznania jego męskości.
  Gdyby tylko to zrozumiał - całkowicie, głęboko, jak nigdy dotąd...
  Podniósł ją i mocno przytulił do swojego ciała.
  Na dole czarnoskóre kobiety przygotowywały obiad. Podczas parady w centrum miasta wydarzyło się coś, co rozbawiło jedną z nich i opowiedziała o tym drugiej.
  Przenikliwy, czarny śmiech rozległ się po całym domu.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA JEDENASTA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY
  
  PÓŹNO W TYM Wczesnym jesiennym wieczorem Fred wspinał się na wzgórze Old Harbor Hill, właśnie podpisał kontrakt na kampanię reklamową "Grey Wheels" w ogólnokrajowym magazynie. Za kilka tygodni miała się rozpocząć. Amerykanie czytają reklamy. Nie było co do tego wątpliwości. Pewnego dnia Kipling napisał do redaktora amerykańskiego magazynu. Redaktor wysłał mu egzemplarz magazynu bez reklam. "Ale chcę zobaczyć reklamy. To jest najciekawsze w tym magazynie" - powiedział Kipling.
  W ciągu kilku tygodni nazwa Grey Wheel pojawiła się na łamach magazynów o zasięgu ogólnokrajowym. Mieszkańcy Kalifornii, Iowa, Nowego Jorku i małych miasteczek w Nowej Anglii czytali o Grey Wheels. "Gray Wheels są dla amatorów".
  "Droga Samsona"
  "Drogowe Mewy". Potrzebowaliśmy odpowiedniego sformułowania, czegoś, co przyciągnie wzrok czytelnika, sprawi, że pomyśli o Szarych Kołach, będzie chciał Szarych Kołach. Reklamodawcy z Chicago nie mieli jeszcze odpowiedniego sformułowania, ale na pewno je opracowali. Reklamodawcy byli całkiem sprytni. Niektórzy autorzy reklam zarabiali piętnaście, dwadzieścia, a nawet czterdzieści, a nawet pięćdziesiąt tysięcy dolarów rocznie. Spisywały slogany reklamowe. Powiem wam: to jest kraj. Fred musiał tylko "przekazać" to, co napisali reklamodawcy. Oni tworzyli projekty, pisali reklamy. On musiał tylko usiąść w swoim biurze i na nie patrzeć. Wtedy jego mózg decydował, co jest dobre, a co nie. Szkice wykonywali młodzi ludzie, którzy studiowali sztukę. Czasami zgłaszali się do nich znani artyści, tacy jak Tom Burnside z Paryża. Kiedy amerykańscy biznesmeni zaczynali coś osiągać, to to osiągali.
  Fred trzymał teraz swój samochód w garażu w mieście. Jeśli chciał wrócić do domu po wieczorze spędzonym w biurze, po prostu dzwonił, a mężczyzna przyjeżdżał po niego.
  To była jednak dobra noc na spacer. Mężczyzna musiał dbać o formę. Gdy szedł ulicami handlowymi Old Harbor, towarzyszył mu jeden z ważniaków z agencji reklamowej z Chicago. (Wysłali tu swoich najlepszych ludzi. Sprawa Gray Wheel była dla nich ważna). Podczas spaceru Fred rozglądał się po ulicach handlowych swojego miasta. On, bardziej niż ktokolwiek inny, pomógł już przekształcić małe miasteczko nad rzeką w połowę miasta, a teraz zrobi o wiele więcej. Spójrz, co stało się z Akron, gdy zaczęli produkować opony, spójrz, co stało się z Detroit z powodu Forda i kilku innych. Jak zauważył pewien mieszkaniec Chicago, każdy jeżdżący samochód musiał mieć cztery koła. Skoro Ford mógł to zrobić, to dlaczego ty nie możesz? Ford po prostu dostrzegł okazję i ją wykorzystał. Czyż nie był to po prostu test dobrego Amerykanina - jeśli w ogóle jakikolwiek?
  Fred zostawił reklamodawcę w hotelu. W rzeczywistości było ich czterech, ale pozostali trzej to scenarzyści. Szli sami, za Fredem i swoim szefem. "Oczywiście, ważniejsi ludzie, tacy jak ty i ja, naprawdę powinni im podsuwać nasze pomysły. Trzeba zachować zimną krew, żeby wiedzieć, co i kiedy robić, i unikać błędów. Pisarz zawsze jest trochę szalony w głębi duszy" - powiedział reklamodawca Fredowi ze śmiechem.
  Jednak gdy zbliżyli się do drzwi hotelu, Fred zatrzymał się i poczekał na pozostałych. Uścisnął wszystkim dłonie. Kiedy człowiek stojący na czele dużego przedsiębiorstwa staje się bezczelny i zaczyna mieć o sobie zbyt wysokie mniemanie...
  Fred samotnie wchodził na wzgórze. Była piękna noc i nie spieszył się. Kiedy tak się wspinałeś i zaczynałeś mieć zadyszkę, zatrzymywałeś się i stałeś przez chwilę, patrząc w dół na miasto. Tam na dole była fabryka. Potem rzeka Ohio płynęła i płynęła. Kiedy raz zacząłeś coś wielkiego, to się nie zatrzymało. Są w tym kraju fortuny, których nie da się zniszczyć. Załóżmy, że masz kilka słabych lat i tracisz dwieście lub trzysta tysięcy. I co z tego? Siedzisz i czekasz na swoją szansę. Kraj jest zbyt duży i bogaty, by kryzys mógł trwać długo. Dzieje się tak, że mali gracze zostają wyeliminowani. Najważniejsze to stać się jednym z wielkich i zdominować swoją dziedzinę. Wiele z tego, co człowiek z Chicago powiedział Fredowi, stało się już częścią jego własnego myślenia. W przeszłości był Fredem Grayem z Gray Wheel Company z Old Harbor w Indianie, ale teraz był przeznaczony, by zostać kimś na skalę ogólnokrajową.
  Jakże cudowna była ta noc! Na rogu ulicy, gdzie paliło się światło, spojrzał na zegarek. Jedenasta. Wszedł w ciemniejszą przestrzeń między światłami. Patrząc prosto przed siebie, w górę wzgórza, zobaczył granatowo-czarne niebo usiane jasnymi gwiazdami. Kiedy odwrócił się, by spojrzeć za siebie, choć nie mógł tego dostrzec, uświadomił sobie istnienie wielkiej rzeki w dole, rzeki, na której brzegach zawsze mieszkał. Byłoby to coś teraz, gdyby udało mu się sprawić, by rzeka znów ożyła, tak jak za czasów jego dziadka. Barki zbliżały się do doków Gray Wheel. Krzyki ludzi, kłęby szarego dymu z kominów fabrycznych spływające doliną rzeki.
  Fred poczuł się dziwnie, jak szczęśliwy pan młody, a szczęśliwy pan młody uwielbia noc.
  Noce w wojsku - Fred, szeregowy, maszerujący drogą we Francji. Ogarnia cię dziwne poczucie małości, nicości, kiedy jesteś na tyle głupi, by zaciągnąć się do wojska jako szeregowy. A jednak pewnego wiosennego dnia maszerował ulicami Old Harbor w swoim szeregowym mundurze. Jakże ludzie się radowali! Szkoda, że Alina tego nie słyszała. Musiał tego dnia wywołać poruszenie w mieście. Ktoś powiedział do niego: "Jeśli kiedykolwiek chcesz zostać burmistrzem, dostać się do Kongresu, a nawet do Senatu Stanów Zjednoczonych..."
  We Francji ludzie przemierzali drogi w ciemnościach - mężczyźni gotowi do ataku na wroga - w napiętych nocach czekali na śmierć. Młody mężczyzna musiał przyznać przed sobą, że śmierć w jednej z bitew, w których brał udział, miałaby dla miasta Old Harbor ogromne znaczenie.
  W inne noce, po ofensywie, straszliwe dzieło w końcu dobiega końca. Wielu głupców, którzy nigdy nie walczyli w bitwie, zawsze spieszyło się, żeby tam dotrzeć. Szkoda, że nie dano im szansy zobaczyć, jak to jest być głupcem.
  Noce po bitwach, noce pełne napięcia. Możesz położyć się na ziemi, próbując się zrelaksować, a każdy nerw drży. Boże, gdyby tylko człowiek wypił teraz dużo prawdziwego alkoholu! A może, powiedzmy, dwa litry dobrej, starej whisky Kentucky Bourbon? Nie sądzisz, że jest coś lepszego niż bourbon? Człowiek może wypić go dużo i nie zaszkodzi mu to później. Powinieneś zobaczyć, jak niektórzy staruszkowie w naszym mieście piją go od dzieciństwa, a niektórzy dożywają setki.
  Po bitwie, pomimo napięcia nerwowego i zmęczenia, ogarnęła mnie ogromna radość. Żyję! Żyję! Inni już nie żyją albo są rozszarpani na strzępy i leżą gdzieś w szpitalu, czekając na śmierć, ale ja żyję.
  Fred wspiął się na wzgórze Old Harbor Hill i zamyślił się. Przeszedł przecznicę lub dwie, po czym zatrzymał się, stanął przy drzewie i spojrzał na miasto. Na zboczu wzgórza wciąż było mnóstwo pustych działek. Pewnego dnia długo stał przy ogrodzeniu otaczającym pusty plac. W domach wzdłuż wznoszących się ulic prawie wszyscy poszli już spać.
  We Francji, po walce, mężczyźni stali i patrzyli na siebie. "Mój kumpel dostał swoje. Teraz muszę znaleźć sobie nowego kumpla.
  "Cześć, więc nadal żyjesz?"
  Myślałem głównie o sobie. "Moje ręce wciąż tu są, moje ramiona, moje oczy, moje nogi. Moje ciało wciąż jest całe. Chciałbym teraz być z kobietą". Siedzenie na ziemi było przyjemne. Dobrze było czuć ziemię pod policzkami.
  Fred pamiętał gwiaździstą noc, kiedy siedział przy drodze we Francji z innym mężczyzną, którego nigdy wcześniej nie widział. Mężczyzna był ewidentnie Żydem, rosłym mężczyzną z kręconymi włosami i dużym nosem. Skąd Fred wiedział, że mężczyzna jest Żydem, nie potrafił powiedzieć. Prawie zawsze można było to wyczuć. Dziwny pomysł, co? Żyd idący na wojnę i walczący za swoją ojczyznę? Chyba kazali mu odejść. Co by się stało, gdyby zaprotestował? "Ale ja jestem Żydem. Nie mam ojczyzny". Czy Biblia nie mówi, że Żyd musi być człowiekiem bez ojczyzny, czy coś w tym stylu? Co za okazja! Kiedy Fred był chłopcem, w Old Harbor była tylko jedna żydowska rodzina. Mężczyzna prowadził tani sklepik nad rzeką, a jego synowie chodzili do szkoły publicznej. Pewnego dnia Fred dołączył do kilku innych chłopców, którzy znęcali się nad jednym z żydowskich chłopców. Szli za nim ulicą, krzycząc: "Chrystusobójstwo! Chrystusobójstwo!".
  Dziwne, co czuje człowiek po bitwie. We Francji Fred siedział na poboczu drogi i powtarzał sobie te okrutne słowa: "Chrystusobójca, Chrystusobójca". Nie wypowiadał ich na głos, bo zraniłyby one obcego mężczyznę siedzącego obok niego. To dość zabawne wyobrazić sobie, jak można skrzywdzić takiego człowieka, jakiegokolwiek człowieka, myśląc myśli, które pieką i żądlą jak kule, nie wypowiadając ich na głos.
  Żyd, cichy i wrażliwy człowiek, siedział przy drodze we Francji z Fredem po bitwie, w której zginęło tak wielu ludzi. Martwi się nie liczyli. Liczyło się to, że żyje. To była noc podobna do tej, w którą wspiął się na wzgórze w Old Flarborough. Młody nieznajomy we Francji spojrzał na niego i uśmiechnął się boleśnie. Uniósł rękę ku granatowo-czarnemu niebu usianemu gwiazdami. "Chciałbym wyciągnąć rękę i wziąć garść. Chciałbym je zjeść, wyglądają tak pysznie" - powiedział. Mówiąc to, na jego twarzy pojawił się wyraz intensywnej pasji. Zacisnął palce. Wyglądał, jakby chciał zerwać gwiazdy z nieba, zjeść je albo wyrzucić z obrzydzeniem.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI
  
  READY RED _ THOUGHT uważał się za ojca dzieci. Ciągle myślał. Odkąd wyszedł z wojny, odnosił sukcesy. Gdyby plany reklamowe się nie powiodły, nie złamałoby go to. Facet musiał zaryzykować. Alina miała mieć dziecko, a teraz, gdy zaczęła zmierzać w tym kierunku, mogła mieć kilkoro. Nie chcesz wychowywać jednego dziecka samotnie. On (lub ona) potrzebuje kogoś do zabawy. Każde dziecko potrzebuje własnego startu w życiu. Być może nie wszystkie będą zarabiać. Nie da się przewidzieć, czy dziecko będzie utalentowane, czy nie.
  Na wzgórzu stał dom, w kierunku którego powoli się wspinał. Wyobraził sobie ogród wokół domu, pełen śmiechu dzieci, małych postaci ubranych na biało biegających wśród rabat kwiatowych i huśtawek zawieszonych na dolnych gałęziach wielkich drzew. Zbudowałby domek do zabawy dla dzieci na końcu ogrodu.
  Teraz, kiedy mężczyzna wraca do domu, nie musi już zastanawiać się, co powiedzieć żonie po powrocie. Jak bardzo Alina się zmieniła od czasu, gdy była w ciąży!
  Właściwie zmieniła się od tamtego letniego dnia, kiedy Fred jechał w paradzie. Wrócił do domu tego dnia i zastał ją właśnie budzącą się - i jakież to było przebudzenie! Kobiety są takie dziwne. Nikt nigdy nic o nich nie wie. Kobieta może być taka sama rano, a po południu położyć się na drzemkę i obudzić się jako coś zupełnie innego, coś nieskończenie lepszego, piękniejszego i słodszego - albo coś gorszego. Właśnie dlatego małżeństwo jest tak niepewne i ryzykowne.
  Tego letniego wieczoru, po tym, jak Fred był na paradzie, on i Aline zeszli na kolację dopiero prawie o ósmej i musieli ugotować obiad po raz drugi, ale co ich to obchodziło? Gdyby Aline widziała paradę i rolę Freda w niej, jej nowe nastawienie mogłoby być bardziej zrozumiałe.
  Opowiedział jej o tym wszystkim, ale dopiero po tym, jak wyczuł w niej zmianę. Jaka była czuła! Znów była taka sama jak tamtej nocy w Paryżu, kiedy się jej oświadczył. Wtedy, co prawda, właśnie wrócił z wojny i był zdenerwowany podsłuchiwaniem rozmów kobiet, okropności wojny nagle spadły na niego i na chwilę pozbawiły go dowodzenia, ale później, tamtego wieczoru, nic takiego się nie wydarzyło. Jego udział w paradzie był wielkim sukcesem. Spodziewał się, że będzie się czuł trochę niezręcznie, nie na miejscu, maszerując jako szeregowiec wśród tłumu robotników i sprzedawców, ale wszyscy traktowali go jak generała prowadzącego paradę. I dopiero gdy się pojawił, wybuchły prawdziwe brawa. Najbogatszy człowiek w mieście maszerujący pieszo jak szeregowiec. Zdecydowanie zadomowił się w mieście.
  A potem wrócił do domu, a Alina była taka, jakby nie widział jej od ślubu. Taka czułość! Jakby był chory, ranny, czy coś.
  Z jego ust płynęła rozmowa, strumień rozmów. Jakby on, Fred Gray, w końcu, po długim oczekiwaniu, znalazł żonę. Była taka delikatna i troskliwa, jak matka.
  A potem - dwa miesiące później - kiedy powiedziała mu, że będzie miała dziecko.
  Kiedy on i Alina pobrali się po raz pierwszy, tego dnia w pokoju hotelowym w Paryżu, gdy pakował się, by szybko wrócić do domu, ktoś wyszedł z pokoju i zostawił ich samych. Później, w Old Harbor, wieczorami, gdy wracał z fabryki. Nie chciała wychodzić do sąsiadów ani jechać na przejażdżkę, więc co miała zrobić? Tego wieczoru po kolacji spojrzał na nią, a ona na niego. Co miała powiedzieć? Nie było nic do powiedzenia. Często minuty ciągnęły się w nieskończoność. Zrozpaczony czytał gazetę, a ona wychodziła na spacer do ogrodu po ciemku. Prawie każdej nocy zasypiał w fotelu. Jak mogli rozmawiać? Nie było nic szczególnego do powiedzenia.
  Ale teraz!
  Teraz Fred mógł wrócić do domu i opowiedzieć Alinie o wszystkim. Opowiedział jej o swoich planach reklamowych, przyniósł reklamy do domu, żeby jej pokazać, i opowiedział o drobiazgach, które wydarzyły się w ciągu dnia. "Mamy trzy duże zamówienia z Detroit. Mamy nową prasę w warsztacie. Jest o połowę mniejsza od tej, którą mamy w domu. Powiem ci, jak to działa. Masz ołówek? Narysuję ci obrazek". Teraz, idąc pod górę, Fred często myślał tylko o tym, co jej powiedzieć. Opowiadał jej nawet historie, które podsłuchał od sprzedawców - o ile nie były zbyt wulgarne. Jeśli już, zmieniał je. Przyjemnie było żyć i mieć taką żonę.
  Słuchała, uśmiechała się i nigdy nie zdawała się mieć dość jego rozmów. W powietrzu domu czuć było coś szczególnego. A właściwie czułość. Często przychodziła i go przytulała.
  Fred wspinał się na wzgórze, zamyślony. Pojawiały się przebłyski szczęścia, po których co jakiś czas następowały małe wybuchy gniewu. Gniew był dziwny. Zawsze dotyczył mężczyzny, który najpierw był pracownikiem w jego fabryce, potem ogrodnikiem u Grayów, a który nagle zniknął. Dlaczego ten facet ciągle do niego wracał? Zniknął akurat wtedy, gdy Alina dostawała resztę, zniknął bez ostrzeżenia, nawet nie czekając na wypłatę. Tacy właśnie byli, nocni krętacze, nieodpowiedzialni, do niczego. Czarny mężczyzna, starzec, pracował teraz w ogrodzie. To było lepsze. Wszystko było teraz lepsze w domu Grayów.
  To właśnie wspinaczka na wzgórze sprawiła, że Fred pomyślał o tym facecie. Nie mógł się powstrzymać od wspomnienia innego wieczoru, kiedy wspinał się na wzgórze z Brucem tuż za sobą. Oczywiście, ktoś pracujący na zewnątrz, wykonujący normalną pracę, będzie miał lepszy wiatr niż ktoś pracujący w pomieszczeniu.
  Ale zastanawiałem się, co by się stało, gdyby nie było innych typów mężczyzn? Fred z satysfakcją wspominał słowa chicagowskiego speca od reklamy. Mężczyźni, którzy pisali reklamy, mężczyźni, którzy pisali dla gazet, wszyscy oni byli po prostu robotnikami, a kiedy zachodziła taka potrzeba, czy można było na nich polegać? Nie można było. Nie mieli rozsądku, dlatego. Żaden statek nigdy nie dopłynął bez pilota. Po prostu miotał się, dryfował i po pewnym czasie tonął. Tak działało społeczeństwo. Niektórzy mężczyźni zawsze musieli trzymać ręce na sterze, a Fred był jednym z nich. Od samego początku miał być właśnie taki.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI
  
  F RED NIE CHCIAŁ myśleć o Bruce'ie. Zawsze czuł się trochę nieswojo. Dlaczego? Są ludzie, którzy wchodzą ci do głowy i nigdy z niej nie wychodzą. Wdzierają się tam, gdzie ich nie chcą. Zajmujesz się swoimi sprawami, a oni tam są. Czasami spotykasz kogoś, kto w jakiś sposób pojawia się na twojej drodze, a potem znika. Postanawiasz o nim zapomnieć, ale tego nie robisz.
  Fred był w swoim biurze w fabryce, może dyktował listy albo przechadzał się po hali produkcyjnej. Nagle wszystko się zatrzymało. Wiecie, jak to jest. W pewne dni wszystko jest takie. Wydaje się, jakby cała natura się zatrzymała i stanęła w miejscu. W takie dni ludzie mówią półgłosem, ciszej zajmują się swoimi sprawami. Cała rzeczywistość zdaje się odpływać, a pojawia się rodzaj mistycznego połączenia ze światem poza realnym, w którym się poruszamy. W takie dni powracają postacie na wpół zapomnianych ludzi. Są ludzie, o których chcesz zapomnieć bardziej niż o czymkolwiek innym na świecie, ale nie możesz.
  Fred był w swoim biurze w fabryce, gdy ktoś podszedł do drzwi. Rozległo się pukanie. Zerwał się na równe nogi. Dlaczego, kiedy coś takiego się działo, zawsze zakładał, że to Bruce wrócił? Co go obchodził ten człowiek, czy ten, który mu towarzyszył? Czy zadanie zostało wyznaczone, ale jeszcze nie wykonane? Cholera! Kiedy zaczynasz mieć takie myśli, nigdy nie wiesz, co cię czeka. Lepiej zostawić takie myśli w spokoju.
  Bruce odszedł, zniknął dokładnie w dniu, w którym w Alinie zaszła jakaś zmiana. To był dzień, w którym Fred był na paradzie, a dwóch służących zeszło, żeby ją obejrzeć. Alina i Bruce spędzili cały dzień sami na wzgórzu. Później, kiedy Fred wrócił do domu, mężczyzna zniknął i Fred nigdy więcej go nie zobaczył. Kilkakrotnie pytał o to Alinę, ale wydawała się zirytowana i nie chciała o tym rozmawiać. "Nie wiem, gdzie on jest" - powiedziała. To wszystko. Gdyby mężczyzna pozwolił sobie na włóczęgę, mógłby pomyśleć. W końcu Alina poznała Freda, ponieważ był żołnierzem. Dziwne, że nie chciała zobaczyć parady. Gdyby mężczyzna porzucił swoje fantazje, mógłby pomyśleć.
  Fred zaczął się złościć, idąc pod górę w ciemności. Zawsze widywał starego robotnika, Sponge'a Martina, w warsztacie i za każdym razem, gdy go widział, myślał o Bruce'ie. "Chciałbym zwolnić tego starego drania" - pomyślał. Mężczyzna kiedyś okazał jawną bezczelność wobec ojca Freda. Dlaczego Fred go trzymał? Cóż, był dobrym robotnikiem. Głupotą było uważać kogoś za szefa tylko dlatego, że ma fabrykę. Fred próbował powtarzać sobie pewne rzeczy, pewne standardowe zwroty, które zawsze powtarzał na głos w obecności innych mężczyzn, zwroty o obowiązkach związanych z bogactwem. Załóżmy, że stanąłby twarzą w twarz z prawdą - że nie odważył się zwolnić starego robotnika, Sponge'a Martina, że nie odważył się zwolnić Bruce'a, gdy ten pracował w ogrodzie na wzgórzu, że nie odważył się zbytnio zbadać faktu morderstwa Bruce'a. A potem nagle zniknął.
  Fred pokonał wszystkie swoje wątpliwości, wszystkie swoje pytania. Gdyby ktoś rozpoczął tę podróż, dokąd by trafił? W końcu mógłby zacząć wątpić w pochodzenie swojego nienarodzonego dziecka.
  Ta myśl doprowadzała go do szału. "Co mi jest?" - zapytał Fred ostro. Był już prawie na szczycie wzgórza. Alina była tam, niewątpliwie spała. Próbował przemyśleć swoje plany reklamowania Grey Wheels w magazynach. Wszystko szło zgodnie z planem Freda. Żona go kochała, fabryka prosperowała, był ważną osobistością w swoim mieście. Teraz trzeba było pracować. Alina miała urodzić syna, a potem kolejnego i jeszcze jednego. Wyprostował ramiona i, ponieważ szedł powoli i bez tchu, przez chwilę szedł z głową uniesioną do góry i odchylonymi do tyłu ramionami, jak żołnierz.
  Fred był już prawie na szczycie wzgórza, gdy znów się zatrzymał. Na szczycie rosło duże drzewo, o które się opierał. Co za noc!
  Radość, radość życia, możliwości życia - wszystko to mieszało się w mojej głowie z dziwnymi lękami. To było jak powrót do wojny, coś jak noce przed bitwą. Nadzieje i lęki toczyły ze sobą walkę. Nie wierzę, że to się stanie. Nie uwierzę, że to się stanie.
  Jeśli Fred kiedykolwiek dostanie szansę na naprawienie sytuacji na dobre, wojna zakończy wojnę i w końcu zaprowadzi pokój.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY
  
  F RED PRZESZEDŁ krótki odcinek polnej drogi na szczycie wzgórza i dotarł do swojej furtki. Jego kroki nie wydawały żadnego dźwięku w kurzu drogi. W Szarym Ogrodzie Bruce Dudley i Alina siedzieli i rozmawiali. Bruce Dudley wrócił do domu Grayów o ósmej wieczorem, spodziewając się, że Fred tam będzie. Popadł w rodzaj rozpaczy. Czy Alina była jego kobietą, czy należała do Freda? Zobaczy Alinę i dowie się, czy będzie mógł. Śmiało wrócił do domu, podszedł do drzwi - sam nie był już służącym. W każdym razie, znowu zobaczy Alinę. Był moment, kiedy spojrzeliśmy sobie w oczy. Gdyby z nią było tak samo jak z nim przez te tygodnie, odkąd ją widział, tłuszcz by się spalił, coś by się rozstrzygnęło. W końcu mężczyźni są mężczyznami, a kobiety kobietami - życie jest życiem. Czy naprawdę musiał spędzić całe życie głodując, bo ktoś ucierpiałby? A była jeszcze Alina. Może pragnęła Bruce'a tylko na chwilę, tylko z ciała, kobiety znudzonej życiem, łaknącej chwilowej ekscytacji, a potem może poczuje to samo co on. Ciało z ciała, kość z kości. Nasze myśli zlewają się w ciszy nocy. Coś w tym stylu. Bruce błąkał się tygodniami, myśląc - od czasu do czasu podejmując pracę, myśląc, myśląc, myśląc - o Alinie. Nachodziły go niepokojące myśli. "Nie mam pieniędzy. Będzie musiała zamieszkać ze mną, tak jak staruszka Gąbki mieszka z Gąbką". Przypomniał sobie coś, co istniało między Gąbką a jego staruszką, dawną, słoną znajomość. Mężczyzna i kobieta na stercie trocin pod letnim księżycem. Wędki na wędkę. Łagodna noc, rzeka płynąca cicho w ciemności, przeminęła młodość, nadeszła starość, dwoje niemoralnych, niechrześcijańskich ludzi leżących na stercie trocin i cieszących się chwilą, cieszących się sobą nawzajem, będących częścią nocy, rozgwieżdżonego nieba, ziemi. Wielu mężczyzn i kobiet leży razem przez całe życie, głodni osobno. Bruce zrobił to samo z Bernice, a potem zakończył ich związek. Pozostanie tutaj oznaczałoby zdradę siebie i Bernice dzień po dniu. Czy Alina właśnie to zrobiła swojemu mężowi i czy zdawała sobie z tego sprawę? Czy byłaby tak samo szczęśliwa jak on, mogąc to zakończyć? Czy jej serce zabiłoby z radości, kiedy znów go zobaczy? Myślał, że dowie się, kiedy znów zapuka do jej drzwi.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIĄTY
  
  I TAKA SZCZOTKA _ _ nadeszła tego wieczoru i zastała Aline zszokowaną, przestraszoną i nieskończenie szczęśliwą. Zabrała go do domu, dotknęła palcami rękawa jego płaszcza, zaśmiała się, popłakała, opowiedziała mu o dziecku, jego dziecku, które miało się urodzić za kilka miesięcy. W kuchni domu dwie czarnoskóre kobiety wymieniły spojrzenia i roześmiały się. Kiedy czarnoskóra kobieta chce zamieszkać z innym mężczyzną, robi to. Czarni mężczyźni i kobiety "zawierają pokój" ze sobą. Często pozostają "zajęci" do końca życia. Białe kobiety zapewniają czarnoskórym kobietom niekończące się godziny rozrywki.
  Alina i Bruce wyszli do ogrodu. Stojąc w ciemności i nic nie mówiąc, dwie czarnoskóre kobiety - miały dzień wolny - szły ścieżką, śmiejąc się. Z czego się śmiały? Alina i Bruce wrócili do domu. Ogarnęło ich gorączkowe podniecenie. Alina roześmiała się i krzyknęła: "Myślałam, że to dla ciebie nic wielkiego. Myślałam, że to tylko przelotna sprawa. Bardzo mi przykro". Niewiele mówili. Fakt, że Alina pójdzie z Brucem, był w jakiś dziwny, bezgłośny sposób traktowany jako oczywistość. Bruce westchnął głęboko, a potem zaakceptował ten fakt. "O mój Boże, muszę teraz pracować. Muszę być pewien". Każda myśl Bruce'a również krążyła w głowie Aliny. Po półgodzinnej wizycie Bruce'a, Alina weszła do domu i pospiesznie spakowała dwie torby, które wyniosła z domu i zostawiła w ogrodzie. W jej umyśle, w umyśle Bruce'a, przez cały wieczór była jedna postać - Fred. Po prostu czekali na niego - na jego przybycie. Co się wtedy stanie? Nie rozmawiali o tym. Cokolwiek miało się stać, miało się stać. Próbowali snuć wstępne plany - jakieś wspólne życie. "Byłabym głupia, gdybym powiedziała, że nie potrzebuję pieniędzy. Strasznie ich potrzebuję, ale co mogę zrobić? Bardziej potrzebuję ciebie" - powiedziała Alina. Wydawało jej się, że w końcu i ona stanie się kimś konkretnym. "Właściwie stałam się drugą Esterą, mieszkając tu z Fredem. Pewnego dnia Ester stanęła przed próbą i nie odważyła się jej podjąć. Stała się tym, kim jest" - pomyślała Alina. Nie śmiała myśleć o Fredzie, o tym, co mu zrobiła i co zamierzała zrobić. Zaczeka, aż wejdzie na wzgórze, do domu.
  Fred dotarł do furtki ogrodowej, zanim usłyszał głosy: kobiecy, Aliny, a potem męski. Wspinając się na wzgórze, jego myśli były tak niepokojące, że już czuł się nieco zdezorientowany. Przez cały wieczór, pomimo poczucia triumfu i dobrego samopoczucia, jakie odczuwał po rozmowach z chicagowskimi reklamodawcami, coś mu zagrażało. Dla niego noc miała być początkiem i końcem. Człowiek odnajduje swoje miejsce w życiu, wszystko jest poukładane, wszystko idzie dobrze, nieprzyjemne rzeczy z przeszłości odchodzą w zapomnienie, przyszłość rysuje się w różowych barwach - a potem - człowiek pragnie być zostawiony w spokoju. Gdyby tylko życie płynęło prosto, jak rzeka.
  Powoli buduję sobie dom, dom, w którym będę mógł mieszkać.
  Wieczorem mój dom leży w ruinie, Chwasty i winorośl wyrosły w zniszczonych ścianach.
  Fred w milczeniu wszedł do ogrodu i zatrzymał się przy drzewie, gdzie innego wieczoru Alina stała w milczeniu i patrzyła na Bruce'a. To był pierwszy raz, kiedy Bruce wspiął się na wzgórze.
  Czy Bruce znów się pojawił? Tak. Fred wiedział, że w ciemnościach nic jeszcze nie widzi. Wiedział wszystko, wszystko. W głębi duszy wiedział to od zawsze. Przerażająca myśl przyszła mu do głowy. Od tamtego dnia we Francji, kiedy poślubił Alinę, czekał, aż przydarzy mu się coś strasznego, i oto miało się stać. Kiedy wieczorem w Paryżu poprosił Alinę o rękę, siedział z nią za katedrą Notre Dame. Anioły, białe, czyste kobiety, zstępujące z dachu katedry do nieba. Pochodziły właśnie od tej drugiej kobiety, tej histerycznej, kobiety, która przeklinała siebie za udawanie, za swoje oszustwa w życiu. I przez cały czas Fred chciał, żeby kobiety zdradzały, chciał, żeby jego żona, Alina, zdradzała, jeśli będzie trzeba. Liczy się nie to, co robisz. Robisz, co możesz. Liczy się to, co wydajesz się robić, co inni o tobie myślą - to wszystko. "Staram się być cywilizowanym człowiekiem.
  Pomóż mi, kobieto! My, mężczyźni, jesteśmy tym, kim jesteśmy, tym, kim powinniśmy być. Białe, czyste kobiety, zstępujące z dachu katedry do nieba. Pomóż nam w to uwierzyć. My, ludzie późniejszych czasów, nie jesteśmy ludźmi starożytności. Nie możemy zaakceptować Wenus. Zostaw nas, Panno. Musimy coś zyskać, bo inaczej zginiemy.
  Odkąd poślubił Alinę, Fred czekał na pewną godzinę, bojąc się jej nadejścia, odpychając od siebie myśli o jej odejściu. Teraz nadeszła. Załóżmy, że w zeszłym roku Alina zapytała go: "Czy mnie kochasz?". Załóżmy, że musiałby zadać Alinie to pytanie. Co za straszne pytanie! Co ono znaczyło? Czym jest miłość? W głębi duszy Fred był skromny. Jego wiara w siebie, w swoją zdolność do budzenia miłości, była słaba i chwiejna. Był Amerykaninem. Kobieta znaczyła dla niego jednocześnie zbyt wiele i zbyt mało. Teraz trząsł się ze strachu. Teraz wszystkie niejasne lęki, które żywił od tamtego dnia w Paryżu, kiedy udało mu się uciec z Paryża, zostawiając Alinę, miały się urzeczywistnić. Nie miał wątpliwości, kto jest z Aliną. Gdzieś niedaleko niego na ławce siedzieli mężczyzna i kobieta. Słyszał ich głosy wyraźnie. Czekali, aż przyjdzie i powie mu coś, coś strasznego.
  Tego dnia, kiedy zszedł ze wzgórza na plac apelowy, a służba poszła w jego ślady... Po tym dniu Aline zaszła zmiana, a on był na tyle głupi, by sądzić, że to dlatego, że zaczęła go kochać i podziwiać - swojego męża. "Byłem głupcem, głupcem". Myśli Freda sprawiły, że poczuł się źle. Tego dnia, kiedy poszedł na plac apelowy, kiedy całe miasto ogłosiło go najważniejszym mężczyzną w mieście, Aline została w domu. Tego dnia była zajęta zdobywaniem tego, czego pragnęła, czego zawsze pragnęła - kochanka. Przez chwilę Fred stawił czoła wszystkiemu: możliwości utraty Aline, co to dla niego znaczyło. Co za wstyd, Gray ze Starego Portu - jego żona uciekła z prostym robotnikiem - mężczyźni odwracali się, żeby na niego spojrzeć na ulicy, w biurze - Harcourt - bojąc się o tym mówić, bojąc się nie mówić o tym.
  Kobiety również na niego patrzą. Kobiety, odważniejsze, wyrażają współczucie.
  Fred stał oparty o drzewo. Za chwilę coś przejmie kontrolę nad jego ciałem. Czy to będzie gniew, czy strach? Skąd wiedział, że te straszne rzeczy, które sobie wmawiał, były prawdą? Cóż, wiedział. Wiedział wszystko. Alina nigdy go nie kochała, nie potrafił obudzić w niej miłości. Dlaczego? Czy nie był wystarczająco odważny? Byłby odważny. Może nie było za późno.
  Wpadł we wściekłość. Co za sztuczka! Bez wątpienia Bruce, o którym myślał, że zniknął z jego życia na zawsze, nigdy nie opuścił Old Harbor. Tego samego dnia, gdy był w mieście na paradzie, gdy wypełniał swój obowiązek obywatela i żołnierza, gdy zostali kochankami, zrodził się plan. Mężczyzna ukrył się, pozostał niewidoczny, a potem, gdy Fred zajmował się swoimi sprawami, gdy pracował w fabryce i zarabiał dla niej pieniądze, ten facet pełzał dookoła. Przez te wszystkie tygodnie, gdy był tak szczęśliwy i dumny, myśląc, że zdobył Alinę dla siebie, zmieniła swoje zachowanie wobec niego tylko dlatego, że potajemnie spotykała się z innym mężczyzną, swoim kochankiem. To samo dziecko, którego obiecane przyjście napełniło go dumą, nie było wtedy jego dzieckiem. Cała służba w jego domu była czarnoskóra. Tacy ludzie! Murzyn nie ma poczucia dumy ani moralności. "Nie można ufać czarnuchowi". Całkiem możliwe, że Alina trzymała się mężczyzny Bruce'a. Kobiety w Europie robiły takie rzeczy. Poślubili kogoś, pracowitego, uczciwego obywatela, takiego jak on, który wyczerpał się, przedwcześnie się zestarzał, zarabiając dla swojej kobiety pieniądze, kupując jej piękne ubrania, piękny dom, w którym mogłaby mieszkać, a potem? Co ona zrobiła? Ukryła innego mężczyznę, młodszego, silniejszego i przystojniejszego - swojego kochanka.
  Czy Fred nie znalazł Aliny we Francji? Cóż, była Amerykanką. Znalazł ją we Francji, w takim miejscu, w obecności takich ludzi... Wyraźnie pamiętał wieczór w paryskim apartamencie Rose Frank, kobietę rozmawiającą - takie rozmowy - napięcie w powietrzu - siedzących mężczyzn i kobiety - kobiety palące papierosy - słowa z ust kobiet - takie słowa. Inna kobieta - również Amerykanka - była na jakimś przedstawieniu o nazwie Quatz Arts Ball. Co to było? Miejsce, najwyraźniej, gdzie uwolniła się brzydka zmysłowość.
  A Brad pomyślał - Alina -
  W jednej chwili Fred poczuł zimną, wściekłą wściekłość, a w następnej poczuł się tak słabo, że myślał, iż nie będzie w stanie dłużej ustać prosto.
  Wróciło do niego ostre, bolesne wspomnienie. Innego wieczoru, kilka tygodni temu, Fred i Alina siedzieli w ogrodzie. Noc była bardzo ciemna, a on był szczęśliwy. Rozmawiał o czymś z Aliną, prawdopodobnie opowiadał jej o swoich planach dotyczących fabryki, a ona siedziała długo, jakby nie słuchała.
  A potem coś mu powiedziała. "Będę miała dziecko" - powiedziała spokojnie, spokojnie, tak po prostu. Czasami Alina potrafiła doprowadzić człowieka do szaleństwa.
  W chwili, gdy kobieta, którą poślubiłeś, mówi ci coś takiego - pierwsze dziecko...
  Chodzi o to, żeby ją wziąć na ręce i czule przytulić. Powinna trochę popłakać, być jednocześnie przestraszona i szczęśliwa. Kilka łez byłoby najnaturalniejszą rzeczą na świecie.
  Alina opowiedziała mu to tak spokojnie i cicho, że w tej chwili nie był w stanie nic powiedzieć. Po prostu siedział i patrzył na nią. Ogród był ciemny, a jej twarz była tylko białym owalem w ciemności. Wyglądała jak kamienna kobieta. A potem, w tej samej chwili, gdy na nią patrzył i gdy ogarnęło go dziwne uczucie niezdolności do mówienia, do ogrodu wszedł mężczyzna.
  Zarówno Alina, jak i Fred zerwali się na równe nogi. Stali razem przez chwilę, przestraszeni, przestraszeni - czego? Czy oboje myśleli o tym samym? Teraz Fred wiedział, że tak jest. Oboje myśleli, że Bruce przybył. To wszystko. Fred stał, drżąc. Alina stała, drżąc. Nic się nie stało. Mężczyzna z jednego z miejskich hoteli wyszedł na wieczorny spacer i, zgubiwszy drogę, zawędrował do ogrodu. Stał przez chwilę z Fredem i Aliną, rozmawiając o mieście, pięknie ogrodu i nocy. Oboje ochłonęli. Kiedy mężczyzna odszedł, minął czas na czułe słówka do Aliny. Wieść o rychłych narodzinach syna brzmiała jak komentarz na temat pogody.
  - pomyślał Fred, próbując stłumić myśli... Być może - w końcu myśli, które teraz miał, mogły być całkowicie błędne. Całkiem możliwe, że tego wieczoru, kiedy się bał, nie bał się niczego, nawet cienia. Na ławce obok niego, gdzieś w ogrodzie, mężczyzna i kobieta wciąż rozmawiali. Kilka cichych słów, a potem długa cisza. W powietrzu czuć było oczekiwanie - bez wątpienia na niego samego, na jego przybycie. Fred był pogrążony w zalewie myśli, przerażenia - pragnienie morderstwa dziwnie mieszało się z pragnieniem ucieczki, ucieczki.
  Zaczął ulegać pokusie. Skoro Alina pozwoliła kochankowi podejść do siebie tak śmiało, nie bała się zbytnio zdemaskować. Musiał być bardzo ostrożny. Nie chodziło o to, żeby ją poznać. Chciała rzucić mu wyzwanie. Gdyby śmiało podszedł do tych dwojga i odkrył to, czego tak bardzo się obawiał, wszyscy musieliby natychmiast wyjść. Byłby zmuszony zażądać wyjaśnień.
  Miał wrażenie, że domaga się wyjaśnień, stara się zachować spokój w głosie. To przyszło - od Aliny. "Czekałem tylko, żeby się upewnić. Dziecko, które myślałeś, że będzie twoje, nie jest twoje. Tego dnia, kiedy pojechałeś do miasta, żeby się popisać, znalazłem mojego ukochanego. Jest teraz ze mną".
  Gdyby coś takiego się wydarzyło, co zrobiłby Fred? Co robi człowiek w takich okolicznościach? Cóż, zabił człowieka. Ale to niczego nie rozwiązało. Wpakowałeś się w kłopoty i pogorszyłeś sprawę. Powinieneś był unikać robienia sceny. Może to wszystko był błąd. Fred bał się teraz bardziej Aline niż Bruce'a.
  Zaczął cicho skradać się żwirową ścieżką obsadzoną krzewami róż. Pochylając się do przodu i poruszając się bardzo ostrożnie, mógł dotrzeć do domu niezauważony i niesłyszalny. Co wtedy zrobi?
  Wkradł się na górę do swojego pokoju. Alina mogła zachować się głupio, ale nie mogła być kompletną idiotką. Miał pieniądze, status, mógł zapewnić jej wszystko, czego zapragnie - jej życie było bezpieczne. Gdyby była trochę lekkomyślna, wkrótce wszystko by sobie poukładała. Kiedy Fred był już prawie w domu, wpadł mu do głowy pewien plan, ale nie odważył się wrócić tą samą drogą. Jednak kiedy mężczyzna, który był teraz z Aliną, wyszedłby z domu i hałaśliwie wszedłby z powrotem. Pomyślałaby, że nic nie wie. Właściwie, nie wiedział nic pewnego. Kochając się z tym mężczyzną, Alina zapomniała o upływie czasu. Nigdy nie zamierzała być na tyle śmiała, by zostać odkrytą.
  Gdyby ją odkryto, gdyby wiedziała, że on wie, musiałoby być jakieś wytłumaczenie, skandal - The Old Harbor Grays - żona Freda Graya - Alina prawdopodobnie odchodząca z innym mężczyzną - zwykłym mężczyzną, prostym robotnikiem fabrycznym, ogrodnikiem.
  Fred nagle stał się bardzo wyrozumiały. Alina była po prostu głupim dzieckiem. Gdyby ją wepchnął w kąt, mogłoby to zrujnować jej życie. Jego czas w końcu nadejdzie.
  A teraz był wściekły na Bruce'a. "Złapię go!". W domowej bibliotece, w szufladzie biurka, leżał naładowany rewolwer. Kiedyś, będąc w wojsku, zastrzelił człowieka. "Poczekam. Mój czas nadejdzie".
  Freda przepełniła duma i wyprostował się na ścieżce. Nie zamierzał podkradać się do własnych drzwi jak złodziej. Wyprostowawszy się, zrobił dwa lub trzy kroki, kierując się w stronę domu, a nie w stronę źródła głosów. Pomimo śmiałości, ostrożnie stawiał stopy na żwirowej ścieżce. Naprawdę byłoby bardzo pocieszające, gdyby mógł rozkoszować się poczuciem odwagi, nie dając się wykryć.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SZÓSTY
  
  JEDNAK BYŁO TO BEZUŻYTECZNE. Stopa Freda uderzyła o okrągły kamień, potknął się i musiał zrobić szybki krok, żeby nie upaść. Rozległ się głos Aliny. "Fred" - powiedziała, a potem zapadła cisza, bardzo wymowna cisza, podczas gdy Fred drżąc stał na ścieżce. Mężczyzna i kobieta wstali z ławki i podeszli do niego, a Freda ogarnęło bolesne uczucie straty. Miał rację. Mężczyzną z Aliną był Bruce, ogrodnik. Gdy podeszli, cała trójka stała w milczeniu przez chwilę. Czy to gniew, czy strach ogarnął Freda? Bruce nie miał nic do powiedzenia. Kwestia, którą należało rozwiązać, dotyczyła Aliny i jej męża. Gdyby Fred zrobił coś okrutnego - na przykład strzelał - z konieczności stałby się bezpośrednim uczestnikiem sceny. Był aktorem stojącym z boku, podczas gdy pozostali dwaj aktorzy odgrywali swoje role. Cóż, to strach ogarnął Freda. Strasznie bał się nie mężczyzny Bruce"a, ale kobiety Aliny.
  Już prawie dotarł do domu, gdy go odkryto, ale Alina i Bruce, podeszli do niego górnym tarasem, stanęli teraz między nim a domem. Fred czuł się jak żołnierz szykujący się do bitwy.
  Ogarnęło cię to samo uczucie pustki, całkowitej samotności w jakimś dziwnie pustym miejscu. Gdy przygotowujesz się do bitwy, nagle tracisz wszelki kontakt z życiem. Jesteś pochłonięty śmiercią. Śmierć dotyczy tylko ciebie, a przeszłość jest blaknącym cieniem. Nie ma przyszłości. Jesteś niekochany. Nie kochasz nikogo. Niebo nad tobą, ziemia wciąż pod twoimi stopami, twoi towarzysze maszerują obok ciebie, wzdłuż drogi, którą idziesz z kilkoma setkami innych mężczyzn - wszyscy tacy sami jak ty, puste samochody - jak rzeczy - drzewa rosną, ale niebo, ziemia, drzewa nie mają z tobą nic wspólnego. Twoi towarzysze nie mają z tobą teraz nic wspólnego. Jesteś rozczłonkowanym stworzeniem unoszącym się w przestrzeni, które ma zostać zabite, ma spróbować uciec przed śmiercią i zabić innych. Fred dobrze znał uczucie, którego teraz doświadczał; A fakt, że przyjmie ją ponownie po zakończeniu wojny, po tych miesiącach spokojnego życia z Aliną, we własnym ogrodzie, u drzwi własnego domu, napełnił go tym samym przerażeniem. W bitwie się nie boisz. Odwaga czy tchórzostwo nie mają tu nic do rzeczy. Jesteś tam. Kule będą latać wokół ciebie. Zostaniesz trafiony albo uciekniesz.
  Alina nie należała już do Freda. Stała się wrogiem. Za chwilę zacznie mówić. Słowa były jak kule. Trafiały albo chybiały, a ty uciekałeś. Chociaż Fred tygodniami walczył z przekonaniem, że coś się wydarzyło między Aliną a Brucem, nie musiał już kontynuować tej walki. Teraz musiał poznać prawdę. Teraz, jak w bitwie, albo zostanie ranny, albo ucieknie. Cóż, brał już udział w bitwach. Miał szczęście, udało mu się ich uniknąć. Alina stała przed nim, dom ledwo widoczny nad jej ramieniem, niebo nad jego głową, ziemia pod jego stopami - nic z tego teraz do niego nie należało. Pamiętał coś - młodego nieznajomego przy drodze we Francji, młodego Żyda, który chciał zerwać gwiazdy z nieba i je zjeść. Fred wiedział, co młody mężczyzna miał na myśli. Miał na myśli, że chce znów stać się częścią rzeczy, że chce, aby rzeczy stały się częścią jego.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SIÓDMY
  
  LINIA MÓWIŁA. Słowa powoli i boleśnie wypływały z jej ust. Nie widział jej ust. Jej twarz była białym owalem w ciemności. Wyglądała jak kamienna kobieta stojąca przed nim. Odkryła, że kocha innego mężczyznę, a on po nią przyjechał. Kiedy ona i Fred byli we Francji, była dziewczyną i nic nie wiedziała. Myślała o małżeństwie właśnie jako o dwojgu ludzi żyjących razem. Chociaż zrobiła Fredowi coś zupełnie niewybaczalnego, nic takiego nie miało być jej zamiarem. Myślała, że nawet po tym, jak znalazła swojego mężczyznę i zostali kochankami, próbowała... Cóż, myślała, że nadal może kochać Freda, mieszkając z nim. Kobieta, tak jak mężczyzna, potrzebuje czasu, żeby dorosnąć. Tak mało wiemy o sobie. Okłamywała samą siebie, ale teraz mężczyzna, którego kochała, powrócił i nie mogła dłużej okłamywać jego ani Freda. Dalsze życie z Fredem byłoby kłamstwem. Niepójście z moim kochankiem byłoby kłamstwem.
  "Dziecko, którego się spodziewam, nie jest twoim dzieckiem, Fred."
  Fred milczał. Co miał do powiedzenia? Kiedy jesteś w bitwie, trafiony kulami albo uciekasz, żyjesz, cieszysz się życiem. Zapadła ciężka cisza. Sekundy ciągnęły się powoli i boleśnie. Bitwa, raz rozpoczęta, zdawała się nie mieć końca. Fred myślał, wierzył, że kiedy wróci do Ameryki, kiedy poślubi Alinę, wojna się skończy. "Wojna, która położy kres wojnie".
  Fred chciał paść na ścieżkę i zakryć twarz dłońmi. Chciał płakać. Kiedy cierpisz, to właśnie robisz. Krzyczysz. Chciał, żeby Alina się zamknęła i nic więcej nie mówiła. Jak straszne rzeczy potrafią być słowa. "Nie! Przestań! Ani słowa więcej" - chciał ją błagać.
  "Nic na to nie poradzę, Fred. Już się przygotowujemy. Czekaliśmy tylko, żeby ci powiedzieć" - powiedziała Alina.
  I teraz słowa dotarły do Freda. Jakie upokarzające! Błagał ją. "To wszystko jest nie tak. Nie odchodź, Alina! Zostań tutaj! Daj mi czas! Daj mi szansę! Nie odchodź!". Słowa Freda były jak strzelanie do wroga w bitwie. Strzelałeś z nadzieją, że ktoś zostanie ranny. To wszystko. Wróg próbował zrobić ci coś strasznego, a ty próbowałeś zrobić coś strasznego wrogowi.
  Fred powtarzał w kółko te same dwa, trzy słowa. To było jak strzelanie z karabinu w bitwie - strzał, a potem znowu strzał. "Nie rób tego! Nie możesz! Nie rób tego! Nie możesz!" Czuł jej ból. To było dobre. Czuł niemal radość na myśl o zranionej Alinie. Prawie nie zauważył mężczyzny, Bruce'a, który cofnął się nieco, pozostawiając męża i żonę twarzą do siebie. Alina położyła dłoń na ramieniu Freda. Całe jego ciało było napięte.
  A teraz oni dwoje, Alina i Bruce, odchodzili ścieżką, przy której stał. Alina objęła Freda za szyję i chciała go pocałować, ale on się lekko odsunął, jego ciało się napięło, a mężczyzna i kobieta przeszli obok niego, gdy tam stał. Puścił ją. Nic nie zrobił. Było oczywiste, że przygotowania już zostały poczynione. Mężczyzna, Bruce, niósł dwie ciężkie torby. Czy gdzieś czekał na nich samochód? Dokąd jadą? Dotarli do furtki i wychodzili z ogrodu na drogę, gdy ponownie krzyknął. "Nie rób tego! Nie możesz! Nie rób tego!" - wykrzyknął.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA DWUNASTA
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY ÓSMY
  
  LINIA I B RUS - odeszli. Na dobre i na złe, zaczęło się dla nich nowe życie. Eksperymentując z życiem i miłością, zostali złapani. Teraz miał się dla nich rozpocząć nowy rozdział. Musieli stawić czoła nowym wyzwaniom, nowemu sposobowi życia. Po tym, jak spróbowali życia z jedną kobietą i ponieśli porażkę, Bruce będzie musiał spróbować ponownie, Aline będzie musiała spróbować ponownie. Jakie osobliwe, eksperymentalne godziny ich czekały: Bruce może i był robotnikiem, a Aline nie miała pieniędzy, by swobodnie je wydawać, bez luksusów. Czy to, co zrobili, było tego warte? W każdym razie, zrobili to; zrobili krok, od którego nie mogli się cofnąć.
  Jak to zwykle bywa z mężczyznami i kobietami, Bruce był trochę przestraszony - na wpół przestraszony, na wpół czuły - a myśli Aline skierowały się ku praktycznym rozwiązaniom. W końcu była jedynaczką. Jej ojciec przez jakiś czas będzie wściekły, ale w końcu będzie musiał ustąpić. Dziecko, kiedy się urodzi, wzbudzi męski sentyment zarówno u Freda, jak i u jej ojca. Bernice, żona Bruce'a, może być trudniejsza w utrzymaniu. A potem była jeszcze kwestia pieniędzy. Nie było szans, że kiedykolwiek je odzyska. Wkrótce nastąpi nowy ślub.
  Nadal dotykała dłoni Bruce'a, a z powodu Freda, stojącego tam w ciemności, teraz samego, cicho płakała. Dziwne, że on, który tak bardzo jej pragnął, a teraz, gdy ją miał, niemal natychmiast zaczął myśleć o czymś innym. Chciał znaleźć odpowiednią kobietę, kobietę, którą mógłby poślubić, ale to była dopiero połowa sukcesu. Chciał też znaleźć odpowiednią pracę. Odejście Aliny od Freda było nieuniknione, podobnie jak jego odejście od Bernice. To był jej problem, ale on wciąż miał swój własny.
  Gdy przechodzili przez bramę, z ogrodu na ulicę, Fred stał przez chwilę nieruchomo, zastygły w bezruchu, po czym zbiegł po schodach, by patrzeć, jak odchodzą. Jego ciało wciąż zdawało się sparaliżowane strachem i przerażeniem. Przed czym? Przed wszystkim, co spadło na niego nagle, bez ostrzeżenia. Cóż, coś w środku próbowało go ostrzec. "Do diabła!" - powiedział mężczyzna z Chicago, którego właśnie zostawił przed drzwiami hotelu w centrum miasta. "Są ludzie, którzy potrafią zająć tak potężną pozycję, że nie można ich tknąć. Nic im się nie stanie". Miał oczywiście na myśli pieniądze. "Nic się nie stanie. Nic się nie stanie". Słowa te zabrzmiały Fredowi w uszach. Jakże nienawidził tego mężczyzny z Chicago. Za chwilę Aline, która szła obok swojego kochanka krótkim odcinkiem drogi na szczycie wzgórza, zawróci. Fred i Aline rozpoczną nowe życie razem. Tak to się stanie. Tak to miało się stać. Jego myśli wróciły do pieniędzy. Jeśli Alina wyjedzie z Brucem, nie będzie miała żadnych pieniędzy. Ha!
  Bruce i Alina nie pojechali jedną z dwóch dróg do miasta, lecz mało uczęszczaną ścieżką, która stromo schodziła w dół zbocza do drogi nad rzeką. To była ścieżka, którą Bruce zwykł chodzić w niedziele na lunch do Sponge Martina i jego żony. Ścieżka była stroma, zarośnięta chwastami i krzakami. Bruce szedł przodem, niosąc dwie torby, a Alina szła za nim, nie oglądając się za siebie. Płakała, ale Fred nie wiedział. Najpierw zniknęło jej ciało, potem ramiona, a w końcu głowa. Zdawała się zapadać w ziemię, pogrążając się w ciemności. Może nie śmiała się obejrzeć. Gdyby to zrobiła, mogłaby stracić odwagę. Żona Lota - słup soli. Fred chciał krzyczeć na cały głos...
  - Patrz, Alina! Patrz! - Nic nie powiedział.
  Z wybranej drogi korzystali tylko robotnicy i służba, którzy pracowali w domach na wzgórzu. Schodziła stromo w dół do starej drogi biegnącej wzdłuż rzeki, a Fred pamiętał, jak chodził nią z innymi chłopcami w dzieciństwie. Sponge Martin mieszkał tam, w starym ceglanym domu, który niegdyś był częścią stajni zajazdu, kiedy droga ta była jedyną prowadzącą do małego miasteczka nad rzeką.
  "To wszystko kłamstwo. Wróci. Wie, że będą plotki, jeśli nie będzie jej tu rano. Nie odważy się. Teraz wróci na stok. Zabiorę ją z powrotem, ale od teraz życie w naszym domu będzie trochę inne. Będę tu szefem. Będę jej mówił, co może, a czego nie. Koniec z bzdurami."
  Obaj mężczyźni zniknęli bez śladu. Jak cicha była noc! Fred ruszył ciężko w stronę domu i wszedł do środka. Nacisnął przycisk i dolna część domu rozświetliła się. Jak dziwnie wydawał się jego dom, pokój, w którym stał. Stał tam duży fotel, w którym zazwyczaj siadał wieczorami i czytał popołudniową gazetę, podczas gdy Alina przechadzała się po ogrodzie. W młodości Fred grał w baseball i nigdy nie stracił zainteresowania tym sportem. Letnimi wieczorami zawsze oglądał mecze różnych drużyn ligi. Czy Giants znowu zdobędą mistrzostwo? Zupełnie automatycznie podniósł wieczorną gazetę i rzucił ją.
  Fred usiadł na krześle, z głową w dłoniach, ale szybko wstał. Przypomniał sobie, że w szufladzie małego pokoju na pierwszym piętrze domu, zwanego biblioteką, leży naładowany rewolwer, więc poszedł go wyjąć i stojąc w oświetlonym pokoju, trzymał go w dłoni. W dłoniach. Wpatrywał się w niego tępo. Mijały minuty. Dom wydawał mu się nie do zniesienia, więc wyszedł ponownie do ogrodu i usiadł na ławce, na której siedział z Aliną, kiedy powiedziała mu o spodziewanym narodzinach dziecka - dziecka, które nie było jego.
  "Mężczyzna, który był żołnierzem, mężczyzna, który jest prawdziwym mężczyzną, mężczyzna, który zasługuje na szacunek swoich bliźnich, nie będzie siedział cicho i pozwalał, aby inny mężczyzna uchodził mu na sucho z jego kobietą".
  Fred wypowiedział te słowa do siebie, jakby mówił do dziecka, mówiąc mu, co ma robić. Potem wrócił do domu. Cóż, był człowiekiem czynu, człowiekiem czynu. Teraz nadszedł czas, żeby coś zrobić. Zaczynał się złościć, ale nie był pewien, czy na Bruce'a, na Aline, czy na siebie. Z czymś w rodzaju świadomego wysiłku skierował swój gniew na Bruce'a. Był mężczyzną. Fred próbował skupić swoje emocje. Jego gniew nie chciał się skupić. Był zły na agenta reklamowego z Chicago, z którym był godzinę temu, na służbę w swoim domu, na Sponge'a Martina, przyjaciela Bruce'a, Dudleya. "W ogóle nie zamierzam angażować się w tę aferę reklamową" - powiedział sobie. Przez chwilę marzył, żeby któryś z czarnoskórych służących w jego domu wszedł do pokoju. Uniósłby rewolwer i strzelił. Ktoś zginąłby. Jego męskość by się ujawniła. Czarni tacy są! "Oni nie mają poczucia moralności". Przez chwilę miał ochotę przyłożyć lufę rewolweru do głowy i strzelić, ale pokusa szybko minęła.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DZIEWIĄTY
  
  Idziemy cicho - I cicho opuszczając dom i zostawiając zapalone światło, Fred pospieszył ścieżką do furtki ogrodowej i na drogę. Teraz był zdeterminowany, aby znaleźć tego człowieka Bruce'a i go zabić. Jego ręka chwyciła rękojeść rewolweru, pobiegł drogą i zaczął pospiesznie schodzić stromą ścieżką do dolnej drogi. Od czasu do czasu upadał. Ścieżka była bardzo stroma i niepewna. Jak Aline i Bruce'owi udało się zejść na dół? Może byli gdzieś na dole. Strzeli do Bruce'a, a potem Aline wróci. Wszystko będzie tak, jak było, zanim pojawił się Bruce i zniszczył siebie i Aline. Gdyby tylko Fred, po zostaniu właścicielem fabryki Gray Wheels, zwolnił tego starego łajdaka, Sponge Martina.
  Wciąż kurczowo trzymał się myśli, że w każdej chwili może spotkać Alinę, walczącą na ścieżce. Od czasu do czasu zatrzymywał się, by nasłuchiwać. Schodząc do dolnej drogi, stał przez kilka minut. Niedaleko było miejsce, gdzie nurt zbliżał się do brzegu, a część starej drogi rzecznej została wyjeżdżona. Ktoś próbował powstrzymać głodną rzekę podgryzającą ziemię, zrzucając na nią wozy śmieci, brandy drzewną i kilka pni drzew. Co za głupi pomysł - że rzeka taka jak Ohio mogła zostać tak łatwo zmieniona z jej celu. Jednak ktoś mógł się ukrywać w stercie gałęzi. Fred podszedł do niego. Rzeka wydawała cichy szum w tym samym miejscu. Gdzieś daleko, w górze lub w dole rzeki, słychać było słaby dźwięk gwizdu parowca. Brzmiał jak kaszel w ciemnym domu w nocy.
  Fred postanowił zabić Bruce'a. To by teraz było istotne, prawda? Kiedy to zrobiono, nie trzeba było już nic mówić. Koniec z okropnymi słowami z ust Aliny. "Dziecko, którego się spodziewam, nie jest twoim dzieckiem". Co za pomysł! "Ona nie może... ona nie może być aż tak głupia".
  Pobiegł drogą nad rzeką w stronę miasta. Przyszła mu do głowy pewna myśl. Może Bruce i Alina poszli do domu Sponge Martina i tam ich znajdzie. Był jakiś spisek. Ten człowiek, Sponge Martin, zawsze nienawidził Szarych. Kiedy Fred był chłopcem, w sklepie Sponge Martina... Cóż, ojciec Freda był obrzucany obelgami. "Jeśli spróbujesz, to cię pokonam. To mój sklep. Ani ty, ani nikt inny nie będzie mnie poganiał do próżnowania". Taki był ten człowiek, skromny robotnik w miasteczku, gdzie ojciec Freda był dominującym obywatelem.
  Fred potykał się w biegu, ale mocno trzymał kolbę rewolweru. Dotarłszy do domu Martinów i zastał go w ciemności, śmiało podszedł i zaczął walić w drzwi kolbą swojego rewolweru Silence. Fred znów się rozgniewał i, wychodząc na drogę, strzelił z rewolweru, nie w dom, ale w cichą, ciemną rzekę. Cóż za pomysł! Po strzale wszystko ucichło. Odgłos strzału nikogo nie obudził. Rzeka płynęła w ciemności. Czekał. Gdzieś w oddali rozległ się krzyk.
  Wrócił drogą, teraz słaby i zmęczony. Chciał spać. Cóż, Alina była dla niego jak matka. Kiedy był rozczarowany lub zdenerwowany, mógł z nią porozmawiać. Ostatnio stawała się coraz bardziej jak matka. Czy matka mogłaby porzucić dziecko w ten sposób? Znów był pewien, że Alina wróci. Kiedy wróci do miejsca, gdzie ścieżka prowadziła na zbocze, będzie na niego czekać. Może to prawda, że kochała innego mężczyznę, ale miłość może być więcej niż jedna. Odpuść sobie. Chciał teraz spokoju. Może dostała od niego coś, czego Fred nie mógł dać, ale ostatecznie zniknęła tylko na chwilę. Mężczyzna właśnie opuścił kraj. Kiedy wyjeżdżał, miał dwie walizki. Alina po prostu zeszła ścieżką na zbocze, żeby się z nim pożegnać. Rozstanie kochanków, prawda? Mężatka musi wypełniać swoje obowiązki. Wszystkie staromodne kobiety takie są. Alina nie była nową kobietą. Pochodziła z dobrych ludzi. Jej ojciec był człowiekiem, którego należało szanować.
  Fred był już prawie radosny, ale kiedy dotarł do sterty gałęzi u podnóża szlaku i nikogo tam nie zastał, ponownie ogarnął go smutek. Usiadłszy w ciemności na pniu drzewa, rzucił rewolwer na ziemię u stóp i zakrył twarz dłońmi. Siedział tak długo i płakał, jak dziecko.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY
  
  NOC TRWAŁA CIĄG DALSZY Było bardzo ciemno i cicho. Fred wspiął się na strome wzgórze i znalazł się w swoim domu. Gdy już był na górze i wszedł do swojego pokoju, rozebrał się, całkowicie automatycznie, w ciemności. Potem położył się spać.
  Leżał wyczerpany w łóżku. Mijały minuty. W oddali usłyszał kroki, a potem głosy.
  Czy wrócili, Alina i jej mężczyzna, czy chcieli go znowu dręczyć?
  Gdyby tylko mogła teraz wrócić! Zobaczyłaby, kto rządzi w domu Grayów.
  Gdyby nie przyszła, musiałbym jej coś tłumaczyć.
  Mówił, że pojechała do Chicago.
  "Pojechała do Chicago." "Pojechała do Chicago." Wyszeptał te słowa na głos.
  Głosy dochodzące z drogi przed domem należały do dwóch czarnoskórych kobiet. Wróciły z wieczornego wypadu do miasta i przyprowadziły ze sobą dwóch czarnoskórych mężczyzn.
  "Pojechała do Chicago. - Pojechała do Chicago.
  W końcu ludzie będą musieli przestać zadawać pytania. Fred Gray był silnym mężczyzną w Old Harbor. Będzie nadal wdrażał swoje plany reklamowe, stając się coraz silniejszy.
  Te buty Bruce'a kosztują od dwudziestu do trzydziestu dolarów za parę. Ha!
  Fred chciał się roześmiać. Próbował, ale nie mógł. Te absurdalne słowa wciąż dźwięczały mu w uszach. "Pojechała do Chicago". Usłyszał siebie, jak mówi to do Harcourt i innych, uśmiechając się przy tym.
  Odważny człowiek. To, co robi mężczyzna, to się uśmiecha.
  Kiedy człowiek wychodzi z czegoś obronną ręką, odczuwa ulgę. Na wojnie, w bitwie, kiedy jest ranny - ulgę. Teraz Fred nie będzie już musiał odgrywać roli, być mężczyzną dla czyjejś kobiety. To będzie zależało od Bruce'a.
  Na wojnie, kiedy jesteś ranny, odczuwasz dziwną ulgę. "Stało się. Teraz wracaj do zdrowia".
  "Pojechała do Chicago". Ten Bruce! Buty za dwadzieścia do trzydziestu dolarów za parę. Robotnik, ogrodnik. Ho, ho! Czemu Fred nie mógł się śmiać? Próbował, ale mu się nie udało. Na drodze przed domem jedna z czarnoskórych kobiet zaczęła się śmiać. Słychać było szuranie. Starsza czarnoskóra kobieta próbowała uspokoić młodszą, czarnoskórą, ale ta nadal śmiała się piskliwym, czarnym śmiechem. "Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam od zawsze!" - krzyknęła, a piskliwy, piskliwy śmiech rozniósł się po ogrodzie i dotarł do pokoju, gdzie Fred siedział wyprostowany i nieruchomy w łóżku.
  KONIEC
  OceanofPDF.com
  Tar: Dzieciństwo na Środkowym Zachodzie
  
  Fikcyjne wspomnienia Tar (1926) zostały pierwotnie opublikowane przez Boni & Liveright i od tego czasu były wielokrotnie wznawiane, w tym w wydaniu krytycznym z 1969 roku. Książka składa się z epizodów z dzieciństwa Edgara Mooreheada (nazywanego Tar-heel lub Tar, ze względu na pochodzenie ojca z Karoliny Północnej). Fikcyjne tło powieści jest podobne do Camden w stanie Ohio, miejsca urodzenia Andersona, mimo że spędził tam tylko pierwszy rok. Jeden z epizodów z książki ukazał się później w zmienionej wersji jako opowiadanie "Śmierć w lesie" (1933).
  Według Raya Lewisa White'a, badacza twórczości Sherwooda Andersona, to właśnie w 1919 roku autor po raz pierwszy wspomniał w liście do swojego ówczesnego wydawcy, B.W. Huebscha, o zainteresowaniu skompilowaniem serii opowiadań opartych na "...życiu na wsi na obrzeżach małego miasteczka na Środkowym Zachodzie". Pomysł ten nie nabrał jednak rozpędu aż do lutego 1925 roku, kiedy popularny miesięcznik "The Woman's Home Companion" wyraził zainteresowanie publikacją takiej serii. W ciągu tego roku, wliczając w to lato, które Anderson spędził z rodziną w Troutdale w Wirginii, gdzie pisał w chacie z bali, powstał szkic książki "Small: A Midwestern Childhood". Chociaż latem prace nad książką postępowały wolniej niż oczekiwano, Anderson poinformował swojego agenta, Otto Liverighta, we wrześniu 1925 roku, że ukończył około dwie trzecie książki. To wystarczyło, aby fragmenty Woman's Home Companion rozesłano w lutym 1926 r. i opublikowano w odpowiednim czasie między czerwcem 1926 r. a styczniem 1927 r. Następnie Anderson ukończył resztę książki, która została opublikowana w listopadzie 1926 r.
  OceanofPDF.com
  
  Okładka pierwszego wydania
  OceanofPDF.com
  TREŚĆ
  PRZEDMOWA
  CZĘŚĆ I
  ROZDZIAŁ I
  ROZDZIAŁ II
  ROZDZIAŁ III
  ROZDZIAŁ IV
  ROZDZIAŁ V
  CZĘŚĆ II
  ROZDZIAŁ VI
  ROZDZIAŁ VII
  ROZDZIAŁ VIII
  ROZDZIAŁ IX
  ROZDZIAŁ X
  ROZDZIAŁ XI
  CZĘŚĆ III
  ROZDZIAŁ XII
  ROZDZIAŁ XIII
  CZĘŚĆ IV
  ROZDZIAŁ XIV
  ROZDZIAŁ XV
  CZĘŚĆ V
  ROZDZIAŁ XVI
  ROZDZIAŁ XVII
  ROZDZIAŁ XVIII
  ROZDZIAŁ XIX
  ROZDZIAŁ XX
  ROZDZIAŁ XXI
  ROZDZIAŁ XXII
  
  OceanofPDF.com
  
  Współczesny widok małego miasteczka Troutdale w stanie Wirginia, gdzie Anderson napisał część książki.
  OceanofPDF.com
  
  Anderson, tuż przed publikacją
  OceanofPDF.com
  DO
  ELŻBIETA ANDERSON
  OceanofPDF.com
  PRZEDMOWA
  
  MAM do złożenia wyznanie. Jestem gawędziarzem, zaczynam opowiadać historię i nie można oczekiwać, że powiem prawdę. Prawda jest dla mnie niemożliwa. Jest jak dobroć: coś, do czego należy dążyć, ale czego nigdy się nie osiąga. Rok lub dwa lata temu postanowiłem spróbować opowiedzieć historię mojego dzieciństwa. Świetnie, wziąłem się do pracy. Co za praca! Śmiało podjąłem się tego zadania, ale wkrótce utknąłem w martwym punkcie. Jak każdy mężczyzna i każda kobieta na świecie, zawsze myślałem, że historia mojego dzieciństwa będzie fascynująca [bardzo interesująca].
  Zacząłem pisać. Przez dzień czy dwa wszystko szło dobrze. Usiadłem przy stole i coś napisałem. Ja, Sherwood Anderson, Amerykanin, robiłem w młodości to i owo. No cóż, grałem w piłkę, kradłem jabłka z sadów, wkrótce, jako mężczyzna, zacząłem myśleć o kobietach, czasami bałem się w nocy, po ciemku. Co za bzdura o tym wszystkim mówić. Czułem wstyd.
  A jednak pragnąłem czegoś, czego nie musiałbym się wstydzić. Dzieciństwo to coś cudownego. Warto dążyć do męskości i wyrafinowania, ale niewinność jest nieco słodsza. Może mądrzej byłoby pozostać niewinnym, ale to niemożliwe. Chciałbym, żeby to było możliwe.
  W restauracji w Nowym Orleanie usłyszałem mężczyznę opowiadającego o losie krabów. "Są dwa dobre gatunki" - powiedział. "Kraby krabowe są tak młode, że aż słodkie. Kraby o miękkiej skorupie mają słodycz starości i słabości".
  Mam słabość do mówienia o młodości; może to oznaka starzenia się, ale wstydzę się. Jest powód tego wstydu. Każdy opis mnie jest egoistyczny. Jest jednak inny powód.
  Jestem człowiekiem z żyjącymi braćmi, a oni są silni i, ośmielę się to powiedzieć, bezwzględni. Załóżmy, że lubię mieć pewien typ ojca lub matki. To [jedyny] wielki przywilej pisarza - życie można nieustannie odtwarzać na polu fantazji. Ale moi bracia, szanowani ludzie, mogą mieć zupełnie inne poglądy na temat tego, jak ci zacni ludzie, moi rodzice i ich rodzice, powinni być przedstawiani światu. My, współcześni pisarze, mamy reputację odważnych, zbyt odważnych dla większości ludzi, ale nikt z nas nie lubi być powalony na ziemię lub zadźgany na ulicy przez byłych przyjaciół lub krewnych. Nie jesteśmy bokserami zawodowymi, ani [większość z nas zapaśnikami konnymi]. Dość biedny naród, prawdę mówiąc. Cezar miał rację, nienawidząc bazgrołów.
  Teraz okazuje się, że moi przyjaciele i rodzina w dużej mierze mnie opuścili. Ciągle piszę o sobie i wciągam ich w to, przerabiając to na swój gust, a oni są bardzo cierpliwi. To naprawdę okropne mieć pisarza w rodzinie. Unikaj tego, jeśli możesz. Jeśli masz syna, który ma do tego skłonności, szybko wciągnij go w świat przemysłu. Jeśli zostanie pisarzem, może cię zdradzić.
  Widzisz, gdybym miał pisać o swoim dzieciństwie, musiałbym zadać sobie pytanie, jak długo ci ludzie jeszcze wytrzymają. Bóg jeden wie, co mógłbym im zrobić, kiedy mnie już nie będzie.
  Ciągle pisałam i płakałam. Fuj! Moje postępy były tak żałośnie powolne. Nie mogłam stworzyć mnóstwa małych Lordów Fauntleroyów, dorastając w miasteczku na Środkowym Zachodzie. Jeśli będę zbyt dobra, wiedziałam, że to nie zadziała, a jeśli będę zbyt zła (a to było kuszące), nikt mi nie uwierzy. Źli ludzie, kiedy się do nich zbliżysz, okazują się takimi prostakami.
  "Gdzie jest Prawda?" - pytałem sam siebie. "Och, Prawdo, gdzie jesteś? Gdzie się schowałeś?". Zajrzałem pod stół, pod łóżko, wyszedłem i rozejrzałem się po drodze. Zawsze szukałem tego łajdaka, ale nigdy nie mogłem go znaleźć. Gdzie on się ukrywa?
  "Gdzie jest prawda?" Jakież to niedopuszczalne pytanie, które stale zadaje sobie opowiadacz historii.
  Pozwól, że wyjaśnię, jeśli potrafię.
  Narrator, jak wszyscy wiecie, żyje w swoim własnym świecie. Co innego widzieć go idącego ulicą, idącego do kościoła, do przyjaciela czy restauracji, a co innego, gdy siada do pisania. Podczas pisania nic się nie dzieje poza jego wyobraźnią, a wyobraźnia jest zawsze aktywna. Nigdy nie powinieneś ufać takiej osobie. Nie używaj go jako świadka w procesie o swoje życie - ani o pieniądze - i bądź bardzo ostrożny, aby nigdy nie wierzyć w nic, co mówi, pod żadnym pozorem.
  Weźmy mnie na przykład. Załóżmy, że idę wiejską drogą, a jakiś mężczyzna biegnie przez pobliskie pole. To się kiedyś zdarzyło i jaką historię o tym wymyśliłem.
  Widzę biegnącego mężczyznę. Nic więcej się nie dzieje. Biegnie przez pole i znika za wzgórzem, ale teraz miejcie na mnie oko. Później mogę opowiedzieć wam historię o tym człowieku. Zostawcie mnie, żebym wymyślił historię o tym, dlaczego ten człowiek uciekł, i uwierzył w moją własną historię, kiedy już ją spiszę.
  Mężczyzna mieszkał w domu tuż za wzgórzem. Oczywiście, że tam był dom. Stworzyłem go. Muszę wiedzieć. Mógłbym ci narysować dom, chociaż nigdy go nie widziałem. Mieszkał w domu za wzgórzem, a w domu właśnie wydarzyło się coś ekscytującego i ekscytującego.
  Opowiadam wam historię tego, co przydarzyło się najpoważniejszej osobie na świecie. Uwierzcie w tę historię, przynajmniej póki ją opowiadam.
  Widzisz, jak to się dzieje. Kiedy byłem dzieckiem, ta umiejętność mnie irytowała. Ciągle pakowałem się w kłopoty. Wszyscy uważali mnie za kłamcę i oczywiście nim byłem. Przeszedłem jakieś dziesięć metrów za domem i zatrzymałem się za jabłonią. Było tam łagodne wzniesienie, a na jego szczycie rosły krzaki. Z krzaków wyszła krowa, prawdopodobnie skubnęła trawę, a potem wróciła w krzaki. Nadszedł czas lotu i przypuszczam, że krzaki były dla niej pocieszeniem.
  Wymyśliłem historię o krowie. Stała się dla mnie niedźwiedziem. W sąsiednim mieście był cyrk i niedźwiedź uciekł. Słyszałem, jak mój ojciec mówił, że czytał relację z ucieczki w gazetach. Nadałem mojej historii trochę wiarygodności, a najdziwniejsze jest to, że po namyśle, naprawdę w nią uwierzyłem. Myślę, że wszystkie dzieci robią takie sztuczki. Poszło tak dobrze, że kazałem miejscowym mężczyznom z bronią przewieszoną przez ramię przeczesywać las przez dwa lub trzy dni, a wszystkie dzieci z sąsiedztwa podzielały mój strach i ekscytację.
  [Literacki triumf - a jestem taki młody.] Wszystkie bajki, ściśle rzecz biorąc, to tylko kłamstwa. Tego właśnie ludzie nie potrafią zrozumieć. Mówienie prawdy jest zbyt trudne. Dawno temu porzuciłem tę próbę.
  Ale kiedy przyszło do opowiadania historii mojego własnego dzieciństwa - cóż, tym razem, powiedziałem sobie, będę trzymał się linii. Starej dziury, w którą wielokrotnie wpadałem, zanim znów w nią wpadłem. Śmiało podjąłem się swojego zadania. Dążyłem do Prawdy w mojej pamięci, jak pies goniący królika przez gęste zarośla. Ileż trudu, ileż potu wylało się na kartki papieru przede mną. "Mówienie szczerze" - powiedziałem sobie - "oznacza bycie dobrym, a tym razem będę dobry. Udowodnię, jak nieskazitelny jest mój charakter. Ludzie, którzy znali mnie od zawsze i którzy być może mieli w przeszłości zbyt wiele powodów, by wątpić w moje słowa, będą teraz zaskoczeni i zachwyceni".
  Śniło mi się, że ludzie nadali mi nowe imię. Idąc ulicą, szeptali do siebie: "Nadchodzi Honest Sherwood". Może nalegaliby na wybór mnie do Kongresu albo wysłanie mnie jako ambasadora do jakiegoś obcego kraju. Jakże szczęśliwi byliby wszyscy moi krewni.
  "W końcu dał nam wszystkim dobry charakter. Uczynił z nas szanowanych ludzi.
  Mieszkańcy mojego rodzinnego miasta lub miasteczek również byliby zadowoleni. Telegramy będą odbierane, spotkania będą organizowane. Być może powstanie organizacja podnosząca standardy obywatelskie, której ja zostanę wybrany na przewodniczącego.
  Zawsze chciałem być prezydentem czegoś. Co za cudowne marzenie.
  Niestety, to nie zadziała. Napisałem jedno zdanie, dziesięć, sto stron. Trzeba je było podrzeć. Prawda zniknęła w gąszczu tak gęstym, że nie sposób było się przez niego przebić.
  Podobnie jak wszyscy inni na świecie, tak dokładnie odtworzyłem w wyobraźni swoje dzieciństwo, że Prawda zupełnie zaginęła.
  A teraz wyznanie. Uwielbiam wyznania. Nie pamiętam twarzy mojej [własnej matki, mojego] ojca. Moja żona jest w sąsiednim pokoju, kiedy siedzę i piszę, ale nie pamiętam, jak wygląda.
  Moja żona jest dla mnie ideą, moja matka, moi synowie, moi przyjaciele są ideą.
  Moja fantazja to mur między mną a Prawdą. Istnieje świat wyobraźni, w który nieustannie się zanurzam i z którego rzadko wyłaniam się całkowicie. Chcę, aby każdy dzień był ekscytująco interesujący i ekscytujący, a jeśli nie jest, staram się, aby taki był dzięki mojej fantazji. Jeśli ty, obcy, przyjdziesz do mnie, istnieje szansa, że przez chwilę zobaczę cię takim, jakim naprawdę jesteś, ale za chwilę będziesz zagubiony. Powiesz coś, co skłoni mnie do myślenia, i odejdę. Dziś w nocy może będę o tobie śnił. Będziemy mieli cudowne rozmowy. Moja fantazja wrzuci cię w dziwne, szlachetne, a może nawet nikczemne sytuacje. Teraz nie mam wątpliwości. Jesteś moim królikiem, a ja jestem psem goniącym cię. Nawet twoja fizyczna istota ulega przemianie pod naporem mojej fantazji.
  I tutaj pozwólcie, że powiem coś o odpowiedzialności pisarza za kreowane przez siebie postacie. My, pisarze, zawsze wymigujemy się od odpowiedzialności, zrzekając się jej. Odrzucamy odpowiedzialność za nasze sny. Jakież to absurdalne. Jak często, na przykład, śniło mi się, że uprawiam seks z kobietą, która tak naprawdę mnie nie chciała. Po co odrzucać odpowiedzialność za taki sen? Robię to, bo sprawia mi to przyjemność [ў - chociaż nie robię tego świadomie. Wygląda na to, że my, pisarze, również musimy wziąć odpowiedzialność za to, co nieświadome.]
  Czy to moja wina? Jestem tak zbudowany. Jestem jak wszyscy inni. Jesteś bardziej do mnie podobny, niż chciałbyś przyznać. W końcu to po części twoja wina. Dlaczego poruszyłeś moją wyobraźnię? Drogi Czytelniku, jestem pewien, że gdybyś do mnie przyszedł, moja wyobraźnia natychmiast by ożyła.
  Sędziowie i prawnicy, którzy musieli mieć do czynienia ze świadkami podczas rozpraw, wiedzą, jak powszechna jest moja choroba, wiedzą, jak mało kto może polegać na prawdzie.
  Jak zasugerowałem, pisząc o sobie, ja, narrator, nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie było żywych świadków, którzy mogliby mnie potwierdzić. Oczywiście, oni również zmieniliby rzeczywiste wydarzenia z naszego wspólnego życia, dopasowując je do własnych fantazji.
  Robię to.
  Ty to zrób.
  Każdy to robi.
  Znacznie lepszym sposobem poradzenia sobie z tą sytuacją jest to, co zrobiłem tutaj - stworzenie Tary Moorehead, która będzie potrafiła o siebie zawalczyć.
  Przynajmniej moi przyjaciele i rodzina są wolni. Przyznaję, że to taki pisarski trik.
  I tak naprawdę, dopiero gdy stworzyłem Tarę Moorehead, tchnąłem w niego życie w mojej własnej fantazji, mogłem usiąść przed prześcieradłem i poczuć się swobodnie. I dopiero wtedy skonfrontowałem się z samym sobą, zaakceptowałem siebie. "Skoro jesteś urodzonym kłamcą, człowiekiem fantazji, to czemu nie być sobą?" - powiedziałem sobie i po tych słowach natychmiast zacząłem pisać z nowym poczuciem komfortu.
  OceanofPDF.com
  CZĘŚĆ I
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ I
  
  BIEDNI LUDZIE MAJĄ dzieci bez większego poczucia uniesienia. Niestety, dzieci dopiero się rodzą. To kolejne dziecko, a dzieci rodzą się łatwo. W tym przypadku mężczyzna, z jakiegoś niejasnego powodu, czuje się trochę zawstydzony. Kobieta ucieka, ponieważ jest chora. Zobaczmy, teraz było dwóch chłopców i jedna dziewczynka. Na razie jest ich troje. Dobrze, że ten ostatni to kolejny chłopiec. Nie będzie wiele wart przez długi czas. Może nosić ubrania starszego brata, a potem, kiedy dorośnie i będzie wymagał swoich rzeczy, będzie mógł pracować. Praca jest powszechnym przeznaczeniem człowieka. To było zamierzone od początku. Kain zabił Abla maczugą. Stało się to na skraju pola. Zdjęcie tej sceny znajduje się w broszurze szkółki niedzielnej. Abel leży martwy na ziemi, a Kain stoi nad nim z maczugą w ręku.
  W tle jeden z aniołów Bożych wypowiada straszną sentencję: "W pocie czoła będziesz jadł chleb". Ta sentencja była powtarzana przez wieki, by wyłowić z niej małego chłopca z Ohio. Cóż, chłopcom łatwiej znaleźć pracę niż dziewczynkom. Zarabiają więcej.
  Chłopiec o imieniu Edgar Moorehead był nazywany Edgarem tylko w bardzo młodym wieku. Mieszkał w Ohio, ale jego ojciec pochodził z Karoliny Północnej, a mężczyźni z Karoliny Północnej są [pogardliwie] nazywani "Tar Heel" (pol. "smolistymi obcasami"). Sąsiad nazwał go kolejnym małym "Tar Heelem", a potem nazywano go najpierw "Tar Heel", a potem po prostu "Tar". Co za czarne, lepkie imię!
  Tar Moorhead urodził się w Camden w stanie Ohio, ale po opuszczeniu miasta trafił w ramiona matki. Jako człowiek sumienny, nigdy nie zobaczył miasta, nigdy nie spacerował jego ulicami, a później, jako dorosły, starał się nigdy do niego nie wracać.
  Będąc dzieckiem o bogatej wyobraźni i nie lubiącym rozczarowań, wolał mieć jedno miejsce tylko dla siebie, owoc swojej własnej fantazji.
  Tar Moorhead został pisarzem i pisał historie o ludziach z małych miasteczek, o tym, jak żyli, co myśleli, co im się przydarzyło, ale nigdy nie napisał o Camden. Nawiasem mówiąc, takie miejsce istnieje. Leży przy linii kolejowej. Turyści przejeżdżają tamtędy, zatrzymując się, żeby zatankować. Są tam sklepy z gumą do żucia, sprzętem elektrycznym, oponami oraz konserwami owocowo-warzywnymi.
  Tar odrzucał te wszystkie myśli na bok, myśląc o Camden. Uważał je za swoje własne miasto, wytwór własnej wyobraźni. Czasami leżało na skraju długiej równiny, a jego mieszkańcy mogli spoglądać z okien na rozległe przestrzenie lądu i nieba. Miejsce na wieczorny spacer po szerokiej, trawiastej równinie, miejsce, gdzie można było liczyć gwiazdy, czuć wieczorny wiatr na policzku i słyszeć ciche odgłosy nocy napływające z oddali.
  Jako mężczyzna Tar obudził się, powiedzmy, w miejskim hotelu. Całe życie starał się tchnąć życie w opowieści, które napisał, ale jego praca była trudna. Współczesne życie jest skomplikowane. Co o tym powiesz? Jak zamierzasz to naprawić?
  Weźmy na przykład kobietę. Jak ty, jako mężczyzna, zrozumiesz kobiety? Niektórzy pisarze udają, że rozwiązali problem. Piszą z taką pewnością siebie, że kiedy czytasz opublikowaną historię, kompletnie cię ona powala, ale potem, kiedy się nad nią zastanowisz, wszystko wydaje się fałszywe.
  Jak masz zrozumieć kobiety, skoro nie potrafisz zrozumieć siebie? Jak możesz w ogóle zrozumieć kogokolwiek lub cokolwiek?
  Jako mężczyzna, Tar czasami leżał w łóżku w mieście i myślał o Camden, mieście, w którym się urodził, mieście, którego nigdy nie widział i nigdy nie zamierzał zobaczyć, mieście pełnym ludzi, których rozumiał i którzy zawsze rozumieli jego. [Był powód jego miłości do tego miejsca.] Nikomu tam nie był winien pieniędzy, nigdy nikogo nie oszukał, nigdy nie kochał się z kobietą z Camden, czego - jak później się dowiedział - nie chciał.
  Camden stało się dla niego miejscem wśród wzgórz. Było to małe, białe miasteczko w dolinie, otoczone wysokimi wzgórzami z obu stron. Docierało się do niego dyliżansem z oddalonego o dwadzieścia mil miasta kolejowego. Realista w swoich pismach i myślach, Tar nie sprawiał, by domy w jego miasteczku były szczególnie wygodne, a ludzie wyjątkowo dobrzy czy w jakikolwiek sposób wyjątkowi.
  Byli tym, kim byli: prostymi ludźmi, wiodącymi dość ciężkie życie, ledwo wiążącymi koniec z końcem, uprawiając małe pola w dolinach i na zboczach wzgórz. Ponieważ ziemia była dość uboga, a pola strome, nie można było wprowadzić nowoczesnych narzędzi rolniczych, a ludziom brakowało pieniędzy na ich zakup.
  W miasteczku, w którym urodził się Tar, miejscu czysto wyimaginowanym, w niczym niepodobnym do prawdziwego Camden, nie było elektryczności, bieżącej wody i nikt nie posiadał samochodu. W ciągu dnia mężczyźni i kobiety wychodzili na pola, by siać kukurydzę ręcznie i zbierać pszenicę za pomocą kołysek. Nocą, po dziesiątej, ulice z ich rozproszonymi biednymi domami były nieoświetlone. Nawet domy były ciemne, z wyjątkiem nielicznych domów, w których ktoś chorował lub gdzie zbierało się towarzystwo. Krótko mówiąc, było to miejsce, jakie można było znaleźć w Judei w czasach Starego Testamentu. Chrystus, podczas swojej posługi, a za nim Jan, Mateusz, ten dziwny, neurotyczny Judasz i reszta, mogli z łatwością odwiedzić właśnie takie miejsce.
  Miejsce pełne tajemnic - dom romansu. Jak bardzo mieszkańcom prawdziwego Camden w Ohio może nie podobać się wizja ich miasta przedstawiona przez Thar?
  Prawdę mówiąc, Tar próbował osiągnąć w swoim mieście coś, co było niemal niemożliwe do osiągnięcia w realnym świecie. W realnym życiu ludzie nigdy nie stoją w miejscu. Nic w Ameryce nie stoi w miejscu na długo. Jesteś chłopakiem z miasta i wyjeżdżasz, by przeżyć tylko dwadzieścia lat. Pewnego dnia wracasz i spacerujesz ulicami swojego miasta. Wszystko jest nie tak, jak być powinno. Nieśmiała dziewczynka, która mieszkała na twojej ulicy i którą uważałeś za taką cudowną, jest teraz kobietą. Jej zęby się łamią, a włosy już przerzedzają. Jaka szkoda! Kiedy znałeś ją jako chłopca, wydawała ci się najwspanialszą rzeczą na świecie. Wracając ze szkoły, starałeś się jak mogłeś, by minąć jej dom. Była na podwórku, a kiedy cię zobaczyła, pobiegła do drzwi i stanęła tuż przy domu w półmroku. Zerknąłeś ukradkiem, a potem nie odważyłeś się spojrzeć ponownie, ale wyobraziłeś sobie, jaka była piękna.
  To dla ciebie okropny dzień, kiedy wracasz do prawdziwego miejsca swojego dzieciństwa. Lepiej pojechać do Chin albo na Morza Południowe. Usiąść na pokładzie statku i marzyć. Teraz mała dziewczynka jest mężatką i matką dwójki dzieci. Chłopiec, który grał na pozycji łącznika w drużynie baseballowej i któremu zazdrościłeś do bólu, został fryzjerem. Wszystko poszło nie tak. Znacznie lepiej zaakceptować plan Tar Moorheada, wyjechać z miasta wcześnie, tak wcześnie, że niczego nie będziesz pamiętać, i nigdy nie wrócić.
  Tar uważał Camden za coś wyjątkowego w swoim życiu. Nawet jako dorosły i odnoszący sukcesy, kurczowo trzymał się marzeń o tym miejscu. Spędził wieczór z kilkoma mężczyznami w dużym hotelu w mieście i wrócił do pokoju dopiero późnym wieczorem. Cóż, głowa była zmęczona, duch zmęczony. Odbyły się rozmowy, a może i nieporozumienia. Wdał się w kłótnię z grubym mężczyzną, który chciał, żeby zrobił coś, czego nie chciał.
  Następnie poszedł do swojego pokoju, zamknął oczy i natychmiast znalazł się w mieście swoich fantazji, miejscu swojego urodzenia, mieście, którego nigdy świadomie nie widział: Camden w stanie Ohio.
  Była noc, a on spacerował po wzgórzach nad miastem. Gwiazdy świeciły. Lekki wietrzyk poruszał szelestem liści.
  Kiedy wędrował po wzgórzach, aż się zmęczył, mógł przechodzić przez łąki, gdzie pasły się krowy, i mijać domy.
  Znał ludzi w każdym domu na ulicy, wiedział o nich wszystko. Byli dokładnie tacy, jakich sobie wymarzył jako mały chłopiec. Mężczyzna, którego uważał za odważnego i dobrego, rzeczywiście był odważny i dobry; mała dziewczynka, którą uważał za piękną, wyrosła na piękną kobietę.
  Zbliżanie się do ludzi boli. Odkrywamy, że ludzie są tacy sami jak my. Lepiej [jeśli chcesz spokoju] trzymać się z daleka i marzyć o ludziach. Mężczyźni, którzy całe swoje życie sprawiają wrażenie romantycznych, [być może] mają jednak rację. Rzeczywistość jest zbyt straszna. "W pocie czoła będziesz zarabiał na chleb".
  W tym oszustwa i wszelkiego rodzaju sztuczki.
  Cain utrudnił nam wszystkim życie, kiedy zabił Abla na polu zewnętrznym. Zrobił to kijem hokejowym. Jakim błędem musiało być noszenie kijów. Gdyby Cain nie nosił kija tamtego dnia, Camden, gdzie urodził się Tar Moorhead, mogłoby bardziej przypominać Camden jego marzeń.
  Ale z drugiej strony, być może wcale by tego nie chciał. Camden nie było postępowym miastem, jakie Tar sobie wyobrażał.
  Ile jeszcze miast po Camden? Ojciec Tara Mooreheada był włóczęgą, tak jak on. Są ludzie, którzy zatrzymują się w jednym miejscu, zostają tam i w końcu odciskają swoje piętno, ale Dick Moorehead, ojciec Tara, nie był taki. Jeśli w końcu się ustatkował, to dlatego, że był zbyt zmęczony i wyczerpany, by zrobić kolejny krok.
  Tar został gawędziarzem, ale jak zauważyłeś, opowieści opowiadają beztroscy włóczędzy. Niewielu gawędziarzy to dobrzy obywatele. Tylko udają.
  Dick Moorehead, ojciec Tara, pochodził z Południa, z Karoliny Północnej. Musiał właśnie zejść ze zbocza góry, rozglądając się i wąchając ziemię, tak jak dwaj mężczyźni, których Jozue, syn Nuna, wysłał z Szittim, by zobaczyli Jerycho. Przekroczył granicę dawnego stanu Wirginia, rzekę Ohio, i ostatecznie osiedlił się w mieście, w którym, jak wierzył, mógłby się rozwijać.
  Co robił po drodze, gdzie spędził noc, jakie kobiety spotkał, co myślał, że planuje - tego nikt nigdy się nie dowie.
  W młodości był całkiem przystojny i miał niewielki majątek w społeczności, w której pieniądze były rzadkością. Kiedy otworzył sklep z uprzężami w Ohio, ludzie zaczęli się do niego garnąć.
  Przez jakiś czas żeglowanie było łatwe. Drugi sklep w mieście należał do starego, zrzędliwego człowieka, który był całkiem porządnym rzemieślnikiem, ale niezbyt wesołym. W tamtych czasach w Ohio nie było teatrów, filmów, radia ani tętniących życiem, jasno oświetlonych ulic. Gazety były rzadkością. Czasopisma nie istniały.
  Cóż to był za fart, że pojawił się w mieście taki człowiek jak Dick Moorhead. Przybywając z daleka, z pewnością miał coś do powiedzenia, a ludzie chcieli go słuchać.
  I cóż to była za okazja dla niego. Mając niewiele pieniędzy i będąc mieszkańcem Południa, naturalnie zatrudnił mężczyznę do wykonywania większości jego pracy i był gotowy spędzać czas dla przyjemności, co bardziej odpowiadało jego pracy. Kupił sobie czarny garnitur i ciężki srebrny zegarek z ciężkim srebrnym łańcuszkiem. Jego syn Tar Moorhead zobaczył zegarek i łańcuszek znacznie później. Kiedy Dickowi zrobiło się ciężko, były to ostatnie rzeczy, z których się rozstał.
  Jako młody i zamożny człowiek, sprzedawca uprzęży był ulubieńcem tłumów. Ziemia była wciąż nowa, lasy wciąż były karczowane, a pola uprawne zasłane pniami. Wieczorami nie było co robić. W długie zimowe dni nie było nic do roboty.
  Dick był ulubieńcem samotnych kobiet, ale przez jakiś czas skupiał się na mężczyznach. Był w nim pewien chytrość. "Jeśli będziesz poświęcał zbyt dużo uwagi kobietom, najpierw się ożenisz, a potem zobaczysz, co z tego wyniknie".
  Dick, ciemnowłosy mężczyzna, zapuścił wąsy, co w połączeniu z gęstymi, czarnymi włosami nadawało mu nieco obcy wygląd. Widok go idącego ulicą przed sklepami w schludnym, czarnym garniturze, z ciężkim, srebrnym łańcuszkiem od zegarka zwisającym z jego wówczas szczupłej talii, robił wrażenie.
  Chodził tam i z powrotem. "No cóż, panie i panowie, spójrzcie na mnie. Oto jestem, zamieszkam wśród was". W tamtych czasach w zapadłych lasach Ohio mężczyzna, który w dni powszednie nosił garnitur szyty na miarę i golił się każdego ranka, musiał zrobić ogromne wrażenie. W małym zajeździe miał najlepsze miejsce przy stole i najlepszy pokój. Niezdarne wiejskie dziewczyny, które przyjechały do miasta, żeby pracować jako gospodynie, wchodziły do jego pokoju, drżąc z podniecenia, żeby pościelić mu łóżko i zmienić pościel. Marzyły o nich. W Ohio Dick był wtedy kimś w rodzaju króla.
  Pogłaskał wąsy, zwrócił się czule do gospodyni, kelnerek i pokojówek, ale jak dotąd nie zabiegał o względy żadnej kobiety. "Poczekajcie. Niech się do mnie zalecają. Jestem człowiekiem czynu. Muszę się zabrać do roboty.
  Rolnicy przychodzili do sklepu Dicka z uprzężami do naprawy lub chcieli kupić nowe. Przychodzili też mieszkańcy miasta. Był lekarz, dwóch lub trzech prawników i sędzia okręgowy. W mieście panował gwar. To był czas na ożywione rozmowy.
  Dick przybył do Ohio w 1858 roku, a historia jego przybycia różni się od historii Tara. Opowieść nawiązuje jednak, choć nieco mgliście, do jego dzieciństwa na Środkowym Zachodzie.
  W rzeczywistości tło przedstawia biedną, słabo oświetloną wioskę, około dwudziestu pięciu mil od rzeki Ohio w południowym Ohio. Pośród falistych wzgórz Ohio znajdowała się dość bogata dolina, a żył tam dokładnie taki rodzaj ludzi, jakich można spotkać dzisiaj na wzgórzach Karoliny Północnej, Wirginii i Tennessee. Przybyli na wieś i zajęli ziemię: bardziej zamożni w samej dolinie, mniej zamożni na zboczach wzgórz. Przez długi czas żyli głównie z polowań, a następnie ścinali drewno, ciągnęli je przez wzgórza do rzeki i spławiali na południe na sprzedaż. Zwierzyna stopniowo zanikała. Dobre grunty rolne zaczęły być coś warte, budowano linie kolejowe, na rzece pojawiły się kanały z łodziami i parowcami. Cincinnati i Pittsburgh były niedaleko. Zaczęły krążyć codzienne gazety, a wkrótce pojawiły się linie telegraficzne.
  W tej społeczności i na tle tego budzącego się krajobrazu, Dick Moorhead dumnie kroczył przez swoje kilka lat dobrobytu. Potem nadeszła wojna secesyjna i wszystko wywróciła do góry nogami. To były czasy, które zawsze pamiętał, a później wychwalał. Cóż, był zamożny, popularny i prowadził interesy.
  Zatrzymał się wtedy w hotelu miejskim prowadzonym przez niskiego, otyłego mężczyznę, który pozwalał żonie prowadzić hotel, podczas gdy on obsługiwał bar, [i] rozmawiał o koniach wyścigowych i polityce. To właśnie w barze Dick spędzał większość czasu. To był czas, kiedy kobiety pracowały. Doiły krowy, prały, gotowały, rodziły dzieci i szyły im ubrania. Po ślubie praktycznie zniknęły z pola widzenia.
  To było miasto, które w Illinois Abraham Lincoln, Douglas i Davis mogliby odwiedzić w dniach procesu. Mężczyźni zebrali się tego wieczoru w barze, warsztacie siodlarskim, biurze hotelowym i stajni. Rozpoczęła się rozmowa. Mężczyźni pili whisky, opowiadali historie, żuli tytoń i rozmawiali o koniach, religii i polityce, a Dick był wśród nich, sadzając ich przy barze, wyrażając swoje opinie, opowiadając historie, rzucając dowcipami. Tego wieczoru, gdy wybiła dziewiąta, a mieszkańcy miasta nie przyszli do jego warsztatu, zamknął sklep i skierował się do stajni, gdzie wiedział, że ich znajdzie. Cóż, nadszedł czas na rozmowę, a tematów było wiele.
  Przede wszystkim Dick był Południowcem z północnej społeczności. To go wyróżniało. Czy był lojalny? Założę się. Był Południowcem i wiedział, że Murzyni i Murzyni są teraz w centrum uwagi. Przyszła gazeta z Pittsburgha. Samuel Chase z Ohio wygłaszał przemówienie, Lincoln z Illinois debatował ze Stephenem Douglasem, Seward z Nowego Jorku mówił o wojnie. Dick trzymał się Douglasa. Całe to nonsensowne gadanie o Murzynach. No cóż! Co za pomysł! Południowcy w Kongresie, Davis, Stevens, Floyd, byli tacy poważni, Lincoln, Chase, Seward, Sumner i inni mieszkańcy północy byli tacy poważni. "Jeśli wybuchnie wojna, znajdziemy ją tutaj, w południowym Ohio. Przyjdą Kentucky, Tennessee i Wirginia. Miasto Cincinnati nie jest zbyt lojalne".
  Niektóre z pobliskich miasteczek miały południowy charakter, ale Dick znalazł się w gorącym, północnym miejscu. W dawnych czasach osiedlało się tu wielu alpinistów. To był czysty przypadek.
  Na początku milczał i słuchał. Potem ludzie zaczęli chcieć, żeby przemówił. I dobrze, tak właśnie by zrobił. Był południowcem, prosto z Południa. "Co możesz powiedzieć?" To było podchwytliwe pytanie.
  - Cóż mogę powiedzieć, co? Dick musiał szybko myśleć. "Nie będzie wojny o Murzynów". W domu, w Karolinie Północnej, ludzie Dicka mieli Murzynów, i to kilku. Nie uprawiali bawełny, ale mieszkali w innym górzystym regionie i uprawiali kukurydzę i tytoń. - No cóż, rozumiesz. Dick zawahał się, a potem schylił. Co go obchodziło niewolnictwo? Nic dla niego nie znaczyło. Kręciło się tam kilku Murzynów. Nie byli zbyt dobrymi pracownikami. Trzeba było mieć kilku w domu, żeby być szanowanym i nie być nazywanym "biednym białym człowiekiem".
  Choć wahał się i milczał, zanim podjął decydujący krok, jakim było zostanie zagorzałym abolicjonistą i mieszkańcem Północy, Dick dużo myślał.
  Jego ojciec był niegdyś zamożnym człowiekiem, dziedziczącym ziemię, ale był człowiekiem niedbałym i sprawy nie układały się dobrze, zanim Dick opuścił dom. Moorheadowie nie byli spłukani ani w opłakanym stanie, ale ich liczebność zmniejszyła się z dwóch tysięcy akrów do czterystu lub pięciuset.
  Coś się stało. Ojciec Dicka pojechał do sąsiedniego miasta i kupił dwóch czarnoskórych mężczyzn, obaj po sześćdziesiątce. Staruszka nie miała zębów, a jej stary czarnoskóry mężczyzna miał chorą nogę. Mógł ledwo chodzić.
  Dlaczego Ted Moorhead kupił tę parę? Cóż, ich właściciel był spłukany i chciał, żeby mieli dom. Ted Moorhead kupił ich, bo był Moorheadem. Kupił ich oboje za sto dolarów. Kupowanie takich Murzynów było po prostu w stylu Moorheada.
  Stary Murzyn był prawdziwym łajdakiem. Ani śladu tych małpich numerów z Chaty Wuja Toma. Posiadał nieruchomości w sześciu miejscach na Głębokim Południu i zawsze udawało mu się podtrzymać sympatię do jakiejś czarnoskórej kobiety, która dla niego kradła, rodziła mu dzieci i się nim opiekowała. Kiedyś, na Głębokim Południu, gdy był właścicielem plantacji trzciny cukrowej, zrobił sobie zestaw piszczałek i umiał na nich grać. To właśnie gra na piszczałkach przyciągnęła Teda Mooreheada.
  Слишком много таких негров.
  Kiedy ojciec Dicka przyprowadził starszą parę do domu, niewiele mogli zrobić. Kobieta pomagała w kuchni, a mężczyzna udawał, że pracuje z chłopakami z Moorhead w polu.
  Stary Murzyn opowiadał historie i grał na fujarce, a Ted Moorhead słuchał. Znalazłszy zacienione miejsce pod drzewem na skraju pola, stary czarny łobuz wyjął fujarkę i grał lub śpiewał piosenki. Jeden z chłopaków Moorheada nadzorował pracę w polu, a Moorhead to Moorhead. Praca poszła na marne. Wszyscy zebrali się wokół.
  Stary Murzyn mógł tak gadać całymi dniami i nocami. Opowiadał historie o dziwnych miejscach, o Głębokim Południu, plantacjach trzciny cukrowej, wielkich polach bawełny, o tym, jak właściciel wydzierżawił go jako pomocnika na statku na Missisipi. Po rozmowie włączaliśmy trąbki. Słodka, dziwna muzyka rozbrzmiewała w lesie na skraju pola, wspinając się na pobliskie zbocze. Czasami sprawiała, że ptaki przestawały śpiewać z zazdrości. Dziwne, że stary człowiek mógł być tak okrutny i wydawać tak słodkie, niebiańskie dźwięki. To sprawiało, że kwestionowałeś wartość dobra i tak dalej. Nic dziwnego jednak, że stara Murzynka polubiła swojego Murzynka i przywiązała się do niego. Problem polegał na tym, że cała rodzina Moorheadów słuchała, uniemożliwiając dalszy rozwój. Zawsze było zbyt wielu takich Murzynów. Dzięki Bogu, koń nie potrafi opowiadać historii, krowa nie potrafi grać na fujarce, kiedy należy jej dać mleko.
  Zapłacisz mniej za krowę lub dobrego konia, a krowa lub koń nie opowiedzą dziwnych historii o odległych miejscach, nie opowiedzą historii młodym ludziom, gdy muszą orać zboże lub rąbać tytoń, nie zagrają muzyki na piszczałkach, która sprawi, że zapomnisz o konieczności wykonywania jakiejkolwiek pracy.
  Kiedy Dick Moorhead postanowił założyć własny biznes, stary Ted po prostu sprzedał kilka akrów ziemi, żeby dać mu przewagę. Dick pracował przez kilka lat jako praktykant w warsztacie siodlarskim w pobliskim miasteczku, a potem stary człowiek zarobił krocie. "Myślę, że lepiej będzie, jeśli pojedziesz na północ; to bardziej przedsiębiorczy teren" - powiedział.
  Rzeczywiście przedsiębiorczy. Dick starał się być przedsiębiorczy. Na Północy, zwłaszcza skąd pochodzili abolicjoniści, nigdy nie tolerowaliby rozrzutnych Murzynów. Załóżmy, że stary Murzyn potrafi grać na flecie, aż cię to smuci, cieszy i sprawia, że jesteś obojętny na swoją pracę. Lepiej zostaw muzykę w spokoju. [Dziś to samo można dostać od gadającej maszyny.] [To diabelski interes.] Przedsiębiorczość to przedsiębiorczość.
  Dick był jednym z tych, którzy wierzyli w to, w co wierzyli ludzie wokół niego. W małym miasteczku w Ohio czytano "Chatę wuja Toma". Czasami myślał o czarnych domach i uśmiechał się ukradkiem.
  "Dotarłem do miejsca, gdzie ludzie są przeciwni rozwiązłości. Murzyni są za to odpowiedzialni". Teraz zaczął nienawidzić niewolnictwa. "To nowy wiek, nowe czasy. Południe jest zbyt uparte".
  Bycie przedsiębiorczym w biznesie, przynajmniej w handlu detalicznym, oznaczało po prostu przebywanie wśród ludzi. Trzeba było być tam, żeby ich zwabić do sklepu. Jeśli jesteś mieszkańcem Południa w społeczności północnej i przyjmujesz ich punkt widzenia, jesteś bardziej wiarygodny niż gdybyś urodził się w północnej społeczności. W niebie jest więcej radości z jednego grzesznika i tak dalej.
  Jak Dick mógł powiedzieć, że sam gra na flecie?
  Zadmij w trzcinową piszczałkę, poproś kobietę, aby zaopiekowała się twoimi dziećmi, a jeśli spotka cię jakieś nieszczęście, opowiedz historię, idź wraz z tłumem.
  Dick posunął się za daleko. Jego popularność w społeczności Ohio sięgnęła zenitu. Wszyscy chcieli postawić mu drinka w barze; tego wieczoru w jego sklepie było pełno mężczyzn. Teraz Jeff Davis, Stevenson z Georgii i inni wygłaszali płomienne przemówienia w Kongresie, grożąc mu. Abraham Lincoln z Illinois kandydował na prezydenta. Demokraci byli podzieleni, wystawiając trzy listy. Głupcy!
  Dick dołączył nawet do tłumu, który nocą uciekał przed czarnoskórymi. Skoro już coś robisz, to równie dobrze możesz to dokończyć, a zresztą ucieczka przed czarnoskórymi stanowiła połowę frajdy z tej gry. Z jednej strony, było to sprzeczne z prawem - sprzeczne z prawem i sprzeczne z zasadami wszystkich dobrych, przestrzegających prawa obywateli, nawet tych najlepszych.
  Żyli całkiem wygodnie, schlebiając swoim panom, schlebiając kobietom i dzieciom. "Sprytni i chytrzy ludzie, ci Murzyni z Południa" - pomyślał Dick.
  
  Dick niewiele się nad tym zastanawiał. Zbiegłych czarnoskórych zabierano do jakiegoś domu na farmie, zazwyczaj przy bocznej drodze, a po nakarmieniu ukrywano w stodole. Następnej nocy wysyłano ich w drogę do Zanesville w stanie Ohio, do odległego miejsca o nazwie Oberlin w stanie Ohio, gdzie abolicjoniści byli liczni. "W każdym razie, cholerny abolicjonisto". Zamierzali zrobić Dickowi piekło.
  Czasami bandy ścigające zbiegłych czarnoskórych były zmuszone ukrywać się w lasach. Sąsiednie miasto na zachód było równie silnie nastawione na Południe, jak miasto Dicka - abolicjonistyczne. Mieszkańcy obu miast nienawidzili się nawzajem, a sąsiednie miasto organizowało bandy, by łapać czarnoskórych zbiegów. Dick z pewnością znalazłby się wśród nich, gdyby miał szczęście się tam osiedlić. Dla nich to również była gra. Nikt z tłumu nie posiadał niewolników. Od czasu do czasu rozbrzmiewały strzały, ale w żadnym z miast nikt nie został ranny.
  Dla Dicka w tamtym czasie było to zabawne i ekscytujące. Awans na front w szeregach abolicjonistów uczynił go postacią zauważalną, prominentną. Nigdy nie pisał listów do domu, a jego ojciec, oczywiście, nic nie wiedział o tym, co robi. Jak wszyscy inni, nie wierzył, że wojna faktycznie wybuchnie, a nawet jeśli, to co z tego? Północ myślała, że pokona Południe w sześćdziesiąt dni. Południe myślało, że zajmie im trzydzieści dni, zanim zaatakują Północ. "Unia musi i będzie zachowana" - powiedział Lincoln, prezydent elekt. W każdym razie wydawało się to oczywiste. Ten Lincoln był chłopakiem ze wsi. Wtajemniczeni mówili, że jest wysoki i niezdarny, typowy wieśniak. Sprytne dzieciaki ze Wschodu poradzą sobie z nim bez problemu. Kiedy nadejdzie ostateczna konfrontacja, albo Południe, albo Północ się podda.
  Dick czasami szukał zbiegłych Murzynów ukrywających się nocą w stodołach. Pozostali biali mężczyźni byli w domu, a on sam z dwoma lub trzema czarnoskórymi. Stał nad nimi, patrząc w dół. Tak to jest na Południu. Padło kilka słów. Czarni wiedzieli, że jest z Południa, i to bez wątpienia. Coś w jego głosie im to mówiło. Pomyślał o tym, co usłyszał od ojca. "Dla zwykłych białych, prostych białych farmerów na Południu, byłoby lepiej, gdyby nigdy nie było niewolnictwa, gdyby nigdy nie było czarnoskórych". Kiedy się ich miało wokół siebie, coś się działo: myślało się, że nie trzeba pracować. Zanim zmarła jego żona, ojciec Dicka miał siedmiu silnych synów. W rzeczywistości byli bezradnymi ludźmi. Sam Dick był jedynym, który prowadził jakąkolwiek firmę i kiedykolwiek chciał odejść. Gdyby nigdy nie było czarnoskórych, on i wszyscy jego bracia mogliby nauczyć się pracować, dom Moorhead w Karolinie Północnej mógłby coś znaczyć.
  Uchylenie, co? Gdyby tylko uchylenie mogło uchylenie. Wojna nie zmieniłaby znacząco stosunku białych do czarnych. Każdy czarny mężczyzna czy kobieta skłamałby białemu mężczyźnie czy kobiecie. Kazał czarnym w stodole powiedzieć mu, dlaczego uciekli. Kłamali, oczywiście. Zaśmiał się i wrócił do domu. Gdyby wybuchła wojna, jego ojciec i bracia maszerowaliby po stronie Południa [tak swobodnie, jak on maszerował po stronie Północy]. Co ich obchodziło niewolnictwo? Naprawdę obchodziło ich, jak mówi Północ. Północ obchodziła, jak mówi Południe. Obie strony wysłały swoich rzeczników do Kongresu. To było naturalne. Sam Dick był gadułą, poszukiwaczem przygód.
  A potem wybuchła wojna i Dick Moorehead, ojciec Tara, do niej dołączył. Został kapitanem i nosił miecz. Czy mógł się oprzeć? Nie Dick.
  Udał się na południe do środkowego Tennessee, służąc w armii Rosecransa, a następnie Granta. Jego sklep z uprzężą został sprzedany. Zanim spłacił długi, prawie nic nie zostało. Zbyt często gościł ich w tawernie w tych ekscytujących dniach poboru.
  Co za frajda dostać powołanie, co za ekscytacja. Kobiety krzątające się, mężczyźni i chłopcy krzątający się dookoła. To były wspaniałe czasy dla Dicka. Był bohaterem miasta. Nie ma się wielu takich okazji w życiu, chyba że urodziłeś się bogaczem i możesz opłacić sobie wysokie stanowisko. W czasie pokoju po prostu opowiadasz historie, pijesz z innymi mężczyznami w barze, wydajesz pieniądze na elegancki garnitur i ciężki srebrny zegarek, zapuszczasz wąsy, głaszczesz je, rozmawiasz, kiedy inny mężczyzna ma na to ochotę. Gadaj tyle, co ty. A on może nawet będzie lepszym gawędziarzem.
  Czasem nocą, w ferworze podniecenia, Dick myślał o swoich braciach, którzy wyruszali do armii Południa, w podobnym duchu, w jakim on odszedł do armii Północy. Słuchali przemówień, kobiety z sąsiedztwa urządzały spotkania. Jak mogli się powstrzymać? Przychodzili tu, żeby trzymać na dystans takich leniwych Murzynów jak ten stary Murzyn, grający na piszczałce, śpiewający piosenki, kłamiący o swojej przeszłości, zabawiający białych, żeby nie musiał pracować. Dick i jego bracia mogliby kiedyś się pozabijać. Nie chciał o tym myśleć. Myśl ta nachodziła go tylko nocą. Awansował na kapitana i nosił miecz.
  Pewnego dnia nadarzyła się okazja, by się wyróżnić. Mieszkańcy Północy, wśród których żył, a teraz jego współplemieńcy, byli znakomitymi strzelcami. Nazywali siebie "Strzelcami do Wiewiórek z Ohio" i chwalili się, co by zrobili, gdyby wycelowali w Reba. W czasach, gdy powstawały kompanie, organizowano zawody strzeleckie.
  Wszystko było w porządku. Mężczyźni podeszli do skraju pola w pobliżu miasta i umieścili małą tarczę na drzewie. Stali w niewiarygodnej odległości i prawie wszyscy trafili w cel. Jeśli nie trafili w środek tarczy, to przynajmniej sprawili, że kule robiły to, co nazywali "gryzieniem papieru". Wszyscy łudzili się, że wojny wygrywają dobrzy strzelcy.
  Dick bardzo chciał strzelać, ale się nie odważył. Został wybrany na kapitana kompanii. "Uważaj" - powiedział sobie. Pewnego dnia, gdy wszyscy mężczyźni poszli na strzelnicę, wziął do ręki karabin. Polował na kilka jako dziecko, ale niezbyt często, i nigdy nie był dobrym strzelcem.
  Teraz stał z karabinem w dłoniach. Mały ptaszek leciał wysoko nad polem. Z całkowitą nonszalancją uniósł karabin, wycelował i strzelił, a ptak wylądował niemal u jego stóp. Kula trafiła prosto w głowę. Jeden z tych dziwnych incydentów, które trafiają do opowieści, ale nigdy nie zdarzają się naprawdę - kiedy tego chcesz.
  Dick opuścił boisko z pompatyczną miną i już nigdy nie wrócił. Sytuacja szła mu źle; był bohaterem jeszcze przed wojną.
  Wspaniały rzut, Kapitanie. Zabrał już ze sobą miecz, a na obcasach butów miał przypięte ostrogi. Gdy szedł ulicami miasta, młode kobiety zerkały na niego zza zasłoniętych okien. Niemal każdego wieczoru odbywało się przyjęcie, na którym był główną postacią.
  Skąd mógł wiedzieć, że po wojnie będzie musiał się ożenić i mieć gromadkę dzieci, że nigdy już nie zostanie bohaterem, że będzie musiał zbudować resztę swojego życia na tych dniach, wymyślając w wyobraźni tysiące przygód, które nigdy się nie wydarzyły.
  Gawędziarze są zawsze nieszczęśliwi, ale na szczęście nigdy nie zdają sobie sprawy, jak bardzo są nieszczęśliwi. Zawsze mają nadzieję, że gdzieś znajdą wierzących, którzy żyją tą nadzieją. To jest w ich krwi.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ II
  
  CZOŁO _ _ _ życie zaczęło się od procesji domów. Początkowo były bardzo niewyraźne w jego umyśle. Maszerowały. Nawet gdy stał się mężczyzną, domy migotały w jego wyobraźni jak żołnierze na zakurzonej drodze. Jak podczas marszu żołnierzy, niektóre z nich pamiętał bardzo wyraźnie.
  Domy były jak ludzie. Pusty dom był jak pusty mężczyzna lub kobieta. Niektóre domy budowano tanio, sklecono na siłę. Inne budowano z dbałością i dbano o nie, poświęcając im dużo uwagi i miłości.
  Wejście do pustego domu było czasem przerażającym doświadczeniem. Rozbrzmiewały głosy. Musiały to być głosy ludzi, którzy tam mieszkali. Pewnego razu, gdy Tar był chłopcem i wybrał się sam na zbieranie jagód na pola za miastem, zobaczył mały, pusty dom stojący na polu kukurydzy.
  Coś go skłoniło do wejścia. Drzwi były otwarte, a okna pełne szyb. Na podłodze leżał szary kurz.
  Mały ptaszek, jaskółka, wleciał do domu i nie mógł uciec. Przerażony, poleciał prosto na Tara, w drzwi, w okna. Jego ciało uderzyło w ramę okna, a przerażenie zaczęło wnikać w krew Tara. Przerażenie było w jakiś sposób związane z pustymi domami. Dlaczego domy miałyby być puste? Uciekł, obejrzał się na skraj pola i zobaczył uciekającą jaskółkę. Latała radośnie, radośnie, krążąc nad polem. Tar był poza sobą z pragnienia, by oderwać się od ziemi i wzbić się w powietrze.
  Dla umysłu takiego jak Tar - którego prawda zawsze przesiąknięta była barwami wyobraźni - niemożliwe było dokładne określenie domów, w których mieszkał jako dziecko. Był jeden dom (był tego pewien), w którym nigdy nie mieszkał, ale jeden pamiętał doskonale. Był niski i długi, a zamieszkiwał go kupiec z liczną rodziną. Za domem, którego dach niemal dotykał drzwi kuchennych, stała długa, niska stodoła. Rodzina Tar musiała mieszkać niedaleko, a on niewątpliwie pragnął zamieszkać pod jej dachem. Dziecko zawsze chce spróbować zamieszkać w innym domu niż swój własny.
  W domu kupca zawsze rozbrzmiewał śmiech. Wieczorami śpiewano piosenki. Jedna z córek kupca bębniła w pianino, a pozostałe tańczyły. Jedzenia też było pod dostatkiem. Czujny nos Tara wyczuwał aromat przygotowywanych i podawanych potraw. Czyż kupiec nie sprzedawał artykułów spożywczych? Dlaczego w takim domu nie było pod dostatkiem jedzenia? W nocy leżał w łóżku w domu i śniło mu się, że jest synem kupca. Kupc był silnym mężczyzną o rumianych policzkach i białej brodzie, a kiedy się śmiał, ściany jego domu zdawały się drżeć. Zrozpaczony Tar powtarzał sobie, że naprawdę mieszka w tym domu, że jest synem kupca. To, o czym marzył, stało się, przynajmniej w jego wyobraźni, faktem. Tak więc wszystkie dzieci kupca były córkami. Czemu nie zająć się rzemiosłem, które uszczęśliwiłoby wszystkich? Tar wybrał córkę kupca, aby zamieszkała w jego domu, i poszedł do niej jako syn. Była mała i raczej cicha. Może nie protestowałaby tak bardzo jak inne. Nie wyglądała na taką.
  Cóż za wspaniały sen! Ponieważ jedyny syn kupca, Thar, miał wybór, co znajdzie się na stole, jeździł na koniu kupca, śpiewał piosenki, tańczył i był traktowany jak książę. Czytał lub słyszał bajki, w których książę taki jak on pragnął zamieszkać w takim miejscu. Dom kupca był jego zamkiem. Tyle śmiechu, tyle śpiewu i jedzenia. Czego więcej może chcieć chłopiec?
  Tar był trzecim dzieckiem w siedmioosobowej rodzinie, w której było pięcioro chłopców. Od samego początku rodzina byłego żołnierza Dicka Mooreheada była w ciągłym ruchu i żadne dwoje dzieci nie urodziło się w tym samym domu.
  Czym nie byłby dom dziecka? Powinien mieć ogród z kwiatami, warzywami i drzewami. Powinna być też stodoła z boksami dla koni i pusty plac za stodołą, gdzie rosną wysokie chwasty. Dla starszych dzieci samochód w domu to z pewnością miły dodatek, ale dla małego dziecka nic nie zastąpi łagodnego, starego, karego lub siwego konia. Gdyby późniejszy, dorosły Tar Moorhead narodził się na nowo, prawdopodobnie wybrałby na rodzica sklepikarza z pulchną, pogodną żoną i nie chciałby, żeby miał samochód dostawczy. Chciałby, żeby dostarczał zakupy konno, a rano Tar chciałby, żeby starsi chłopcy przychodzili do domu i je zabierali.
  Potem Tar wybiegał z domu i dotykał nosa każdego konia. Chłopcy dawali mu prezenty, jabłka lub banany, rzeczy, które kupili w sklepie, a potem zjadał triumfalne śniadanie i wędrował przez pustą stodołę, by bawić się w wysokich chwastach. Chwasty rosły wysoko nad jego głową, a on mógł się w nich ukrywać. Tam mógł być bandytą, człowiekiem bez strachu przemierzającym ciemne lasy - kimkolwiek.
  Inne domy, poza tymi, w których rodzina Tary mieszkała w dzieciństwie, często przy tej samej ulicy, miały to wszystko, podczas gdy jego dom zawsze zdawał się stać na małej, pustej działce. W stodole za domem sąsiada stał koń, często dwa konie, i krowa.
  Rano z sąsiednich domów i stodół dochodziły dźwięki. Niektórzy sąsiedzi trzymali świnie i kury, które mieszkały w zagrodach na podwórku i żywiły się resztkami ze stołu.
  Rankiem świnie chrząkały, koguty piały, kury cicho gdakały, konie rżały, a krowy ryczały. Rodziły się cielęta - dziwne, urocze stworzenia o długich, niezgrabnych nogach, na których natychmiast, komicznie i niepewnie, zaczęły podążać za matką po stodole.
  Później Tar miał mgliste wspomnienie wczesnego poranka w łóżku, ze starszym bratem i siostrą przy oknie. W domu Moorheadów urodziło się już kolejne dziecko, prawdopodobnie dwoje od narodzin Tara. Niemowlęta nie wstawały i nie chodziły jak cielęta i źrebięta. Leżały na plecach w łóżku, śpiąc jak szczenięta lub kocięta, a potem budziły się i wydawały okropne dźwięki.
  Dzieci, które dopiero zaczynają rozumieć życie, tak jak Tar w tamtym czasie, nie interesują się młodszym rodzeństwem. Kocięta są ważne, ale szczenięta to zupełnie inna bajka. Leżą w koszyku za piecem. Miło jest dotknąć ciepłego gniazdka, w którym śpią, ale inne dzieci w domu są utrapieniem.
  O ileż lepszy pies czy kociak. Krowy i konie są dla bogatych, ale Moorheadowie mogliby mieć psa albo kota. Jak Tar z radością zamieniłby dziecko na psa, a co do konia, to dobrze, że oparł się pokusie. Gdyby koń był łagodny i pozwolił mu jechać na swoim grzbiecie, albo gdyby mógł sam siedzieć w wozie i trzymać lejce na jego grzbiecie, jak robił to starszy chłopak z sąsiedztwa w jednym z miasteczek, w których mieszkał, mógłby sprzedać całą rodzinę Moorheadów.
  W domu Moorheadów krążyło powiedzenie: "Dziecko złamało ci nos". Cóż za okropne powiedzenie! Noworodek płakał, a matka Tara poszła go podnieść. Między matką a dzieckiem istniała dziwna więź, którą Tar stracił już, gdy zaczął chodzić po podłodze.
  Miał cztery lata, jego starsza siostra siedem, a pierworodne dziecko w rodzinie dziewięć. Teraz, w jakiś dziwny i niezrozumiały sposób, należał do świata starszego rodzeństwa, świata dzieci sąsiadów, podwórek przed i za domem, gdzie inne dzieci przychodziły bawić się z jego bratem i siostrą, maleńkiego kawałka ogromnego świata, w którym teraz musiał próbować żyć, wcale nie dla matki. Jego matka była już mroczną, dziwną istotą, trochę odległą. Mógł jeszcze płakać, a ona go wołała, mógł biec i położyć głowę na jej kolanach, podczas gdy ona głaskała go po włosach, ale zawsze było to późniejsze dziecko, niemowlę, gdzieś tam, w jej ramionach. Jego nos naprawdę był nie tak. Co by to wszystko wyjaśniło?
  Płacz i zyskiwanie w ten sposób przychylności było już czynem haniebnym w oczach starszego rodzeństwa.
  Oczywiście, Tar nie chciał pozostać dzieckiem na zawsze. Czego chciał?
  Jakiż ogromny był świat. Jaki dziwny i straszny. Jego starszy brat i siostra, bawiący się na podwórku, byli niewiarygodnie starzy. Gdyby tylko stali w miejscu, przestali rosnąć, przestali się starzeć na dwa, trzy lata. Nie zrobiliby tego. Coś mu mówiło, że tak się nie stanie.
  A potem przestał płakać; zapomniał już, co go rozpłakało, jakby był jeszcze niemowlęciem. "A teraz biegnij i baw się z innymi" - powiedziała jego matka.
  Ale jakże trudno jest innym! Gdyby tylko chcieli się zatrzymać, aż on ich dogoni.
  Wiosenny poranek w domu przy ulicy w środkowoamerykańskim miasteczku. Rodzina Mooreheadów przemieszczała się z miasta do miasta niczym domy, zakładając je i zdejmując niczym koszulę nocną. Panowała między nimi pewna izolacja od reszty miasta. Były żołnierz Dick Moorehead nigdy nie zdołał się ustatkować po wojnie. Małżeństwo mogło go zasmucić. Nadszedł czas, by stać się porządnym obywatelem, a on nie był do tego stworzony. Miasta i lata uciekały razem. Pochód domów na pustych działkach bez stodół, ciąg ulic, a także miasta. Matka Tara była zawsze zajęta. Było tak wiele dzieci i tak szybko się pojawiały.
  Dick Moorehead nie ożenił się z bogatą kobietą, jak zapewne mógłby to zrobić. Poślubił córkę włoskiego robotnika, ale była piękna. Była to dziwna, mroczna piękność, taka, jaką można spotkać w miasteczku w Ohio, gdzie poznał ją po wojnie, i oczarowała go. Zawsze oczarowywała Dicka i jego dzieci.
  Ale teraz, gdy dzieci zbliżały się tak szybko, nikt nie miał czasu, by odetchnąć lub wyjrzeć. Czułość między ludźmi narastała powoli.
  Wiosenny poranek w domu przy ulicy w środkowoamerykańskim miasteczku. Tar, dorosły mężczyzna i pisarz, zatrzymał się u przyjaciela. Życie jego przyjaciela było zupełnie inne niż jego własne. Dom otaczał niski murek, a przyjaciel Tara urodził się w tym domu i mieszkał tam całe życie. Podobnie jak Tar, był pisarzem, ale jakże odmienne były te dwa życia. Przyjaciel Tara napisał wiele książek - wszystkie opowiadające historie ludzi żyjących w innej epoce - książki o wojownikach, wielkich generałach, politykach, odkrywcach.
  
  Całe życie tego człowieka upłynęło w książkach, natomiast życie Tary toczyło się w świecie ludzi.
  Teraz jego przyjaciel miał żonę, łagodną kobietę o łagodnym głosie, którą Tar słyszał, jak krążyła po pokoju na górze domu.
  Przyjaciel Tara czytał w swoim warsztacie. Zawsze czytał, ale Tar rzadko. Jego dzieci bawiły się w ogrodzie. Było dwóch chłopców i dziewczynka, a opiekowała się nimi starsza, czarnoskóra kobieta.
  Tar siedział w kącie ganku za domem, pod krzakami róż i rozmyślał.
  Dzień wcześniej rozmawiał z przyjacielem. Przyjaciel wspomniał o kilku książkach Tara, unosząc brwi. "Lubię cię" - powiedział - "ale niektórych ludzi, o których piszesz... nigdy ich nie spotkałem. Gdzie oni są? Takie myśli, tacy okropni ludzie".
  To, co przyjaciel Tara powiedział o jego książkach, mówili również inni. Myślał o latach spędzonych na czytaniu, o życiu, które jego przyjaciel spędził za murem ogrodu, podczas gdy Tar włóczył się wszędzie. Nawet wtedy, jako dorosły , nigdy nie miał domu. Był Amerykaninem, zawsze mieszkał w Ameryce, a Ameryka była ogromna, ale ani jeden metr kwadratowy nigdy do niego nie należał. Jego ojciec nigdy nie był właścicielem ani jednego metra kwadratowego.
  Cyganie, co? Bezużyteczni ludzie w epoce własności. Jeśli chcesz być kimś w tym świecie, miej ziemię, miej dobra.
  Kiedy pisał książki o ludziach, często spotykały się z krytyką, podobnie jak krytykował je jego przyjaciel, ponieważ ludzie w książkach byli zwyczajni, bo często naprawdę mieli na myśli zwyczajne rzeczy.
  "Ale ja jestem tylko zwykłym człowiekiem" - powiedział sobie Tar. "To prawda, że mój ojciec chciał być kimś niezwykłym, a także był gawędziarzem, ale historie, które opowiadał, nigdy nie wytrzymywały krytyki.
  "Opowiadania Dicka Mooreheada cieszyły się popularnością wśród farmerów i parobków, którzy przychodzili do jego warsztatów siodlarskich, gdy był młody, ale wyobraźmy sobie, że był zmuszony je pisać dla ludzi - tak jak człowiek, w którego domu teraz jestem gościem" - pomyślał Tar.
  A potem jego myśli wróciły do dzieciństwa. "Może dzieciństwo zawsze jest inne" - powiedział sobie. "Dopiero dorastając, stajemy się coraz bardziej wulgarni. Czy kiedykolwiek istniało coś takiego jak wulgarne dziecko? Czy coś takiego w ogóle może istnieć?"
  Jako dorosły Tar dużo myślał o swoim dzieciństwie i domach. Siedział w jednym z małych wynajmowanych pokoi, w których, jako mężczyzna, zawsze mieszkał, a jego pióro sunęło po papierze. Była wczesna wiosna i myślał, że pokój jest całkiem przyjemny. Potem wybuchł pożar.
  Zaczął od nowa, jak to zwykle robił, od tematu domów, miejsc, w których mieszkają ludzie, dokąd przychodzą nocą i kiedy na zewnątrz jest zimno i burzowo - domów z pokojami, w których ludzie śpią, w których dzieci śpią i śnią.
  Później Tar nieco zrozumiał tę sprawę. Pokój, w którym siedział, powiedział sobie, mieścił w sobie jego ciało, ale także myśli. Myśli były równie ważne jak ciała. Iluż ludzi próbowało nadać swoim myślom barwę pokojom, w których spali lub jedli, iluż próbowało uczynić pokoje częścią siebie. W nocy, gdy Tar leżał w łóżku, a księżyc świecił, cienie igrały na ścianach, a jego fantazje odgrywały swoje role. "Nie zagracaj domu, w którym powinno mieszkać dziecko, i pamiętaj, że ty też jesteś dzieckiem, zawsze dzieckiem" - szepnął do siebie.
  Na Wschodzie, gdy gość wchodził do domu, obmywano mu stopy. "Zanim zaproszę czytelnika do domu mojej fantazji, muszę upewnić się, że podłogi są umyte, a parapety wyszorowane".
  Domy przypominały ludzi stojących w milczeniu i na baczność na ulicy.
  "Jeśli mnie szanujesz i czcisz i wchodzisz do mojego domu, chodź cicho. Pomyśl przez chwilę o życzliwości i zostaw kłótnie i brzydotę swojego życia poza moim domem".
  Jest dom, a dla dziecka jest świat na zewnątrz. Jaki jest ten świat? Jacy są ludzie? Starsi, sąsiedzi, mężczyźni i kobiety, którzy spacerowali po chodniku przed domem Moorheadów, gdy Tar był małym dzieckiem, wszyscy natychmiast zajęli się swoimi sprawami.
  Kobieta o imieniu pani Welliver zmierzała w kierunku tajemniczo urzekającego miejsca znanego jako "centrum miasta" z koszykiem na zakupy w ręku. Tar, dziecko, nigdy nie zapuszczało się dalej niż za róg.
  Nadszedł ten dzień. Cóż za wydarzenie! Sąsiadka, która musiała być bogata, skoro miała dwa konie w stodole za domem, przyjechała, żeby zabrać Tara i jego siostrę - ["o trzy] lata starszą" - na przejażdżkę bryczką. Mieli pojechać na wieś.
  Mieli właśnie zapuścić się daleko w dziwny świat, przez Main Street. Wczesnym rankiem powiedziano im, że starszy brat Tara, który nie miał iść, był zły, podczas gdy Tar cieszył się z nieszczęścia brata. Starszy brat miał już tyle rzeczy. Nosił spodnie, a Tar nadal nosił spódnice. W tamtych czasach można było coś osiągnąć, będąc małym i bezradnym. Jak Tar tęsknił za spodniami. Myślał, że z radością zamieniłby wyjazd z miasta na pięć kolejnych lat i spodnie swojego brata, ale dlaczego brat miałby oczekiwać wszystkich dobrych rzeczy w tym życiu? Starszy brat chciał płakać, ponieważ nie miał zamiaru iść, ale ile razy Tar chciał płakać, ponieważ jego brat miał coś, czego Tar nie mógł mieć.
  Ruszyli w drogę, a Tar był podekscytowany i szczęśliwy. Jakiż to rozległy, dziwny świat! Małe miasteczko w Ohio wydawało się Tarowi ogromnym miastem. Dotarli do Main Street i zobaczyli lokomotywę doczepioną do pociągu, przerażający widok. Koń przebiegł przez pół torów przed lokomotywą i rozległ się dźwięk dzwonka. Tar słyszał ten dźwięk już wcześniej - poprzedniej nocy, w pokoju, w którym spał - dźwięk dzwonka lokomotywy w oddali, pisk gwizdka, turkot pociągu pędzącego przez miasto, w ciemności i ciszy, na zewnątrz domu, za oknami i ścianą pokoju, w którym leżał.
  Czym ten dźwięk różnił się od dźwięków koni, krów, owiec, świń i kur? Ciepłe, przyjazne dźwięki były dźwiękami pozostałych. Sam Tar płakał; krzyczał, gdy był zły. Krowy, konie i świnie również wydawały dźwięki. Odgłosy zwierząt należały do świata ciepła i intymności, podczas gdy drugi dźwięk był dziwny, romantyczny i straszny. Kiedy Tar słyszał w nocy silnik, podkradał się bliżej do siostry i nic nie mówił. Jeśli się obudziła, jeśli obudził się jego starszy brat, śmiali się z niego. "To tylko pociąg" - mówili, a ich głosy były pełne pogardy. Tar czuł, jakby coś [olbrzymiego] i strasznego miało zaraz wtargnąć przez ściany do pokoju.
  W dniu swojej pierwszej wielkiej podróży w świat, gdy koń, istota z krwi i kości taka jak on sam, przerażony oddechem ogromnego żelaznego konia, niósł pędzący powóz, odwrócił się i spojrzał. Z długiego, zadartym nosem lokomotywy buchał dym, a w uszach rozbrzmiewał mu przeraźliwy metaliczny dźwięk dzwonka. Jakiś mężczyzna wystawił głowę przez okno taksówki i pomachał. Rozmawiał z innym mężczyzną stojącym na ziemi obok lokomotywy.
  Sąsiad wyciągał grzywny i próbował uspokoić rozdrażnionego konia, który zaraził Tarę swoim strachem, a jego siostra, wzbogacona o trzy lata wiedzy o świecie i nieco pogardliwa w stosunku do niego, objęła go za ramiona.
  I tak koń kłusował spokojnie, a wszyscy odwrócili się, by spojrzeć za siebie. Lokomotywa ruszyła powoli, majestatycznie ciągnąc za sobą szereg wagonów. Jakież to szczęście, że nie zdecydowała się pójść tą samą drogą. Przecięła drogę i odeszła, mijając rząd małych domków w stronę odległych pól. Strach Tara minął. W przyszłości, gdy hałas przejeżdżającego pociągu budził go w nocy, nie bałby się. Gdy jego brat, młodszy o dwa lata, dorósł o rok lub dwa i zaczął się bać w nocy, mógł mówić do niego z pogardą w głosie. "To tylko pociąg" - mógł powiedzieć, lekceważąc dziecinność młodszego brata.
  Jechali dalej, przez wzgórze i most. Na szczycie wzgórza zatrzymali się, a siostra Tara wskazała na pociąg jadący doliną poniżej. Tam, w oddali, odjeżdżający pociąg wyglądał pięknie, a Thar klaskał w dłonie z zachwytu.
  Podobnie jak z dzieckiem, tak i z mężczyzną. Pociągi przemierzające odległe doliny, rzeki samochodów płynące ulicami nowoczesnych miast, eskadry samolotów na niebie - wszystkie cuda nowoczesnej ery mechanicznej, widziane z daleka, napełniały późniejszego Tara zdumieniem i podziwem, ale gdy się do nich zbliżył, ogarnął go strach. Moc ukryta głęboko w brzuchu lokomotywy przyprawiała go o drżenie. Skąd się to wzięło? Słowa "ogień"...
  "woda,"
  "Olej" był starym słowem oznaczającym coś starego, ale zjednoczenie tych rzeczy w żelaznych murach, z których moc wyłaniała się za naciśnięciem przycisku lub dźwigni, wydawało się dziełem diabła - albo boga. Nie udawał, że rozumie diabły i bogów. Było to wystarczająco trudne dla mężczyzn i kobiet.
  Czy był starcem w nowym świecie? Słowa i kolory mogły się łączyć. W otaczającym go świecie jego wyobraźnia potrafiła czasami przeniknąć kolor niebieski, który w połączeniu z czerwienią tworzył coś dziwnego. Słowa mogły łączyć się w zdania, a zdania miały nadprzyrodzoną moc. Zdanie mogło zniszczyć przyjaźń, zdobyć kobietę, wywołać wojnę. Późny Tar stąpał nieustraszenie wśród słów, ale to, co działo się za wąskimi, stalowymi ścianami, nigdy nie było dla niego jasne.
  Ale teraz był jeszcze dzieckiem, rzuconym w rozległy świat, a już trochę przestraszonym i tęskniącym za domem. Jego matka, którą już dawno rozdzieliło od niego inne [a później dziecko w jej ramionach], była jednak skałą, na której próbował zbudować dom swojego życia. Teraz znalazł się na grząskim piasku. Sąsiadka wyglądała dziwnie i odpychająco. Była zajęta prowadzeniem konia. Domy wzdłuż drogi stały daleko od siebie. Były tam rozległe przestrzenie, pola, duże czerwone stodoły, sady. Cóż za [ogromny] świat!
  Kobieta, która zabrała Tara i jego siostrę na przejażdżkę, musiała być bardzo bogata. Miała dom w mieście z dwoma końmi w stodole i farmę na wsi z domem, dwiema dużymi stodołami i niezliczoną ilością koni, owiec, krów i świń. Skręcili na podjazd z sadem jabłkowym po jednej stronie i polem kukurydzy po drugiej i wjechali na podwórze. Dom wydawał się Tarowi oddalony o tysiące mil. Czy rozpozna matkę, kiedy wróci? Czy kiedykolwiek znajdą drogę powrotną? Jego siostra roześmiała się i klasnęła w dłonie. Na trawniku przed domem do liny przywiązano cielę o chwiejnych nogach, a ona wskazała na nie. "Patrz, Tar!" zawołała, a on spojrzał na nią poważnym, zamyślonym wzrokiem. Zaczynał dostrzegać skrajną lekkomyślność kobiet.
  Byli na podwórzu stodoły, naprzeciwko dużej, czerwonej stodoły. Kobieta wyszła z tylnych drzwi domu, a dwóch mężczyzn wyszło ze stodoły. Kobieta z farmy była podobna do matki Tara. Była wysoka, miała długie i zrogowaciałe od ciężkiej pracy palce, tak jak jego matka. Dwoje dzieci kurczowo trzymało się jej spódnicy, gdy stała przy drzwiach.
  Rozmowa trwała. Kobiety zawsze gadały. Jaką gadułą była jego siostra. Jeden z mężczyzn ze stodoły, niewątpliwie mąż farmera i ojciec tych dziwnych dzieci, wystąpił naprzód, ale niewiele miał do powiedzenia. Mieszkańcy miasta wysiedli z powozu, a mężczyzna, mamrocząc kilka słów, wycofał się do stodoły w towarzystwie jednego z dwójki dzieci. Podczas gdy kobiety kontynuowały rozmowę, z drzwi stodoły wyłoniło się dziecko - chłopiec podobny do Thar, ale dwa lub trzy lata starszy, jadący na ogromnym koniu farmera, prowadzony przez ojca.
  Tar pozostał z kobietami, swoją siostrą i jeszcze jednym dzieckiem z farmy, również dziewczynką.
  Co za upadek! Dwie kobiety poszły do domu, a on został z dwiema córkami. W tym nowym świecie czuł się jak w domu, na swoim podwórku. W domu ojciec był cały dzień w sklepie, a starszy brat nie potrzebował go prawie wcale. Starszy brat myślał o nim jak o dziecku, ale Tar już nim nie był. Czy jego matka nie miała drugiego dziecka w ramionach? Opiekowała się nim siostra. Kobiety rządziły. "Zabierz go i dziewczynkę, żeby się z tobą pobawili" - powiedziała żona farmera do córki, wskazując na Tara. Kobieta dotknęła jego włosów palcami, a [obie kobiety] się uśmiechnęły. Jakże odległe to wszystko się wydawało. W drzwiach jedna z kobiet zatrzymała się, by udzielić mu kolejnych wskazówek. "Pamiętaj, to tylko dziecko. Nie pozwól mu zrobić sobie krzywdy". Cóż za pomysł!
  Chłopiec z farmy siedział okrakiem na koniu, a drugi mężczyzna, niewątpliwie najemnik, wyszedł z drzwi stodoły, prowadząc kolejnego konia, ale nie zaproponował, by zabrać Tarę na pokład. Mężczyźni i chłopiec z farmy poszli ścieżką obok stodoły w stronę odległych pól. Chłopiec na koniu obejrzał się, nie na Tarę, ale na dwie dziewczyny.
  Dziewczyny, u których mieszkał Tar, wymieniły spojrzenia i roześmiały się. Potem skierowały się do stodoły. Cóż, siostra Tara panowała nad sytuacją. Czy on jej nie znał? Chciała trzymać go za rękę, udawać, że jest jego matką, ale jej nie pozwolił. Tak właśnie robiły dziewczyny. Udawały, że się o ciebie troszczą, ale w rzeczywistości po prostu się popisywały. Tar szedł zdecydowanie naprzód, chcąc płakać, bo nagle został porzucony w [ogromnym] obcym miejscu, ale nie chciał dawać swojej siostrze, która była od niego o trzy lata starsza, satysfakcji z popisywania się przed obcą dziewczyną poprzez troskę o niego. Gdyby kobiety dbały o macierzyństwo w tajemnicy, o ileż byłoby lepiej.
  Tar był teraz zupełnie sam pośród tak rozległej, dziwnie pięknej, a zarazem [straszliwej] okolicy. Jak ciepło świeciło słońce. Przez długi, długi czas potem, och [ileż] razy potem, miał śnić o tej scenie, używać jej jako tła dla baśni, używać jej przez całe życie jako tła dla jakiegoś wielkiego marzenia, o którym zawsze marzył, że pewnego dnia będzie miał własną farmę, miejsce ogromnych stodół z niepomalowanymi, poszarzałymi od upływu czasu drewnianymi belkami, bogaty zapach siana i zwierząt, oświetlone słońcem i ośnieżone wzgórza i pola oraz dym unoszący się z komina domu w zimowe niebo.
  Dla Tara to sny z innego, znacznie późniejszego czasu. Dziecko idące w stronę wielkich [ziewających] wrót stodoły, z siostrą uczepioną ręki, która dołączyła do potoku rozmowy, którą on i dziewczyna z farmy musieli podtrzymywać, aż doprowadzili Tara do szaleństwa z samotności, nie miało takich myśli. Nie było w nim świadomości stodół i ich zapachów, wysokiej kukurydzy rosnącej na polach, kłosów pszenicy stojących niczym strażnicy na odległych wzgórzach. Było tylko małe, bosonogie, beznogie stworzenie w krótkiej spódniczce, syn rymarza z wiejskiej wioski w Ohio, który czuł się opuszczony i samotny na świecie.
  Dwie dziewczynki weszły do stodoły przez szerokie, wahadłowe drzwi, a siostra Tara wskazała na pudełko stojące obok drzwi. Było małe i wpadł jej do głowy pewien pomysł. Pozbędzie się go [na jakiś czas]. Wskazując na pudełko i starając się jak najlepiej przyswoić ton matki, wydając polecenie, siostra kazała mu usiąść. "Zostań tu, dopóki nie wrócę, i nie waż się iść" - powiedziała, grożąc mu palcem. Hm! Doprawdy! Sama uważała się za drobną kobietkę! Miała czarne loki, nosiła kapcie, a matka Tara pozwoliła jej włożyć odświętną sukienkę, podczas gdy żona farmera i Tara były boso. Teraz była wielką damą. Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo Tara nie znosiła jej tonu. Gdyby był trochę starszy, mógłby jej powiedzieć, ale gdyby spróbował przemówić w tamtej chwili, z pewnością wybuchnąłby płaczem.
  Dwie dziewczyny zaczęły wspinać się po drabinie na strych na siano, żona farmera prowadziła. Siostra Tara była przerażona i drżała, wspinając się, chciała być dziewczyną z miasta i była nieśmiała, ale przyjąwszy rolę dorosłej kobiety ["z dzieckiem"], musiała to przetrwać. Zniknęły w ciemnej dziurze na górze i przez chwilę turlały się i tarzały w sianie na strychu, śmiejąc się i krzycząc, jak to dziewczyny w takich chwilach. Potem zapadła cisza w stodole. Teraz dziewczyny schowały się na strychu, bez wątpienia rozmawiając o kobiecych sprawach. O czym rozmawiają kobiety, gdy są same? Thar zawsze chciał wiedzieć. Dorosłe kobiety w domu rozmawiały, dziewczyny na strychu rozmawiały. Czasami słyszał ich śmiech. Dlaczego wszystkie się śmiały i rozmawiały?
  Kobiety zawsze podchodziły do drzwi kamienicy, żeby porozmawiać z jego matką. Pozostawiona sama, mogła zachować roztropne milczenie, ale nigdy jej nie zostawiały. Kobiety nie potrafiły zostawić siebie w spokoju tak jak mężczyźni. Nie były tak mądre ani odważne. Gdyby kobiety i dzieci trzymały się z daleka od jego matki, Tar mógłby zyskać od niej więcej.
  Usiadł na skrzynce przy drzwiach stodoły. Czy cieszył się, że jest sam? Jedna z tych dziwnych rzeczy, które zawsze zdarzały się później w życiu, kiedy dorastał. Konkretna scena, wiejska droga wiodąca pod górę, widok z mostu na miasto nocą z przejazdu kolejowego, trawiasta droga prowadząca do lasu, ogród opuszczonego, zrujnowanego domu - jakaś scena, która, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie miała większego znaczenia niż tysiąc innych scen, które przemknęły mu przed oczami, być może tego samego dnia, wyryte w najdrobniejszych szczegółach na ścianach jego świadomości. Dom jego umysłu miał wiele pokoi, a każdy pokój był nastrojem. Na ścianach wisiały obrazy. Powiesił je tam. Dlaczego? Być może działał w tym jakiś wewnętrzny zmysł selekcji.
  Otwarte drzwi stodoły stanowiły ramę dla jego obrazu. Za nim, przy wejściu do stodoły przypominającym stodołę, z jednej strony widoczna była pusta ściana stodoły z drabiną prowadzącą na strych, po którym wspinały się dziewczęta. Na ścianie wisiały drewniane kołki, na których wisiały uprzęże, chomąta, rząd żelaznych podków i siodło. Na przeciwległych ścianach znajdowały się otwory, przez które konie mogły wystawiać głowy, stojąc w boksach.
  Szczur wyłonił się znikąd, szybko przebiegł po ziemnej podłodze i zniknął pod wozem gospodarczym z tyłu stodoły, w tym samym czasie stary, siwy koń wystawił głowę z jednego z otworów i spojrzał na Thar smutnymi, obojętnymi oczami.
  I tak po raz pierwszy pojawił się na świecie sam. Jakże osamotniony się czuł! Jego siostra, pomimo całej swojej dojrzałej, matczynej postawy, zrezygnowała z pracy. Kazano jej pamiętać, że jest niemowlęciem, ale tego nie robiła.
  Cóż, nie był już niemowlęciem, więc postanowił nie płakać. Siedział stoicko, patrząc przez otwarte drzwi stodoły na scenę przed sobą.
  Cóż za dziwna scena. Tak właśnie musiał się czuć późniejszy bohater Thar, Robinson Crusoe, samotny na swojej wyspie. W jakiż rozległy świat wkroczył! Tyle drzew, wzgórz, pól. Wyobraź sobie, że wyskoczył ze swojego pudła i zaczął iść. W kącie otworu, przez który patrzył, widział małą część białego domu, do którego weszły kobiety. Thar nie słyszał ich głosów. Teraz nie słyszał głosów dwóch dziewcząt na strychu. Zniknęły w ciemnej dziurze nad jego głową. Co jakiś czas słyszał brzęczący szept, a potem dziewczęcy śmiech. To było naprawdę zabawne. Być może wszyscy na świecie weszli do jakiejś dziwnej ciemnej dziury, zostawiając go siedzącego pośrodku ogromnej, pustej przestrzeni. Zaczął go ogarniać strach. W oddali, gdy patrzył przez wrota stodoły, widział wzgórza, a gdy tak siedział wpatrzony, na niebie pojawiła się maleńka czarna kropka. Kropka powoli rosła i rosła. Po tym, co wydawało się długim czasem, kropka zamieniła się w ogromnego ptaka, jastrzębia, który krążył i krążył po rozległym niebie nad jego głową.
  Tar siedział i obserwował jastrzębia, powoli zataczającego wielkie kręgi na niebie. W stodole za nim głowa starego konia znikała i pojawiała się ponownie. Koń napełnił pysk sianem i jadł. Szczur, który wślizgnął się do ciemnej dziury pod wozem z tyłu stodoły, wynurzył się i zaczął pełzać w jego kierunku. Jakie jaskrawe oczy! Tar miał ochotę wrzasnąć, ale szczur znalazł to, czego szukał. Na podłodze stodoły leżała kolba kukurydzy, a on zaczął ją gryźć. Jego ostre, małe zęby wydawały cichy, zgrzytliwy dźwięk.
  Czas płynął powoli, ach, jak wolno. Co za żart spłatała mu siostra Tara? Czemu ona i wieśniaczka o imieniu Elsa były teraz takie ciche? Czyżby odeszły? W innej części stodoły, gdzieś w ciemności za koniem, coś zaczęło się poruszać, szeleszcząc słomą na podłodze. W starej stodole roiło się od szczurów.
  Tar zszedł ze swojej klatki i cicho przeszedł przez drzwi stodoły w ciepłe słońce domu. Owce pasły się na łące niedaleko domu, a jedna z nich podniosła głowę, żeby na niego spojrzeć.
  Teraz wszystkie owce obserwowały i obserwowały. W ogrodzie za stodołami i domem mieszkała ruda krowa, która również podniosła głowę i spojrzała. Jakie dziwne, bezosobowe oczy.
  Tar pospieszył przez podwórze do drzwi, przez które wyszły dwie kobiety, ale były zamknięte na klucz. W domu również panowała cisza. Został sam na jakieś pięć minut. Wydawało się, że to godziny.
  Walił pięściami w tylne drzwi, ale nikt nie odpowiadał. Kobiety właśnie podeszły do domu, ale wydawało mu się, że musiały gdzieś wyjechać - że jego siostra i dziewczyna ze wsi też gdzieś wyjechały.
  Wszystko oddaliło się. Spoglądając w niebo, zobaczył jastrzębia krążącego wysoko nad jego głową. Kręgi stawały się coraz większe i większe, aż nagle jastrząb poleciał prosto w błękit. Kiedy Tar zobaczył go po raz pierwszy, był maleńką kropką, nie większą niż mucha, a teraz znów się taka stawała. Na jego oczach czarna kropka stawała się coraz mniejsza. Zadrżała i zatańczyła przed jego oczami, a potem zniknęła.
  Był sam na podwórzu. Owce i krowa nie patrzyły już na niego, lecz żywiły się trawą. Podszedł do płotu i zatrzymał się, patrząc na owce. Wydawały się takie zadowolone i szczęśliwe. Trawa, którą jadły, musiała być pyszna. Na każdą owcę przypadało wiele innych owiec; na każdą krowę przypadała ciepła stodoła w nocy i towarzystwo innych krów. Dwie kobiety w domu miały siebie nawzajem: jego siostra Margaret miała wiejską dziewczynę Elsę; chłopak ze wsi miał swojego ojca, najemnika, konie robocze i psa, którego widział biegającego za końmi.
  Tylko Tar był sam na świecie. Czemu nie urodził się owcą, żeby móc żyć z innymi owcami i jeść trawę? Teraz się nie bał, tylko był samotny i smutny.
  Szedł powoli przez podwórze stodoły, a za nim podążali mężczyźni, chłopcy i konie zieloną ścieżką. Szedł cicho. Trawa w alejce była miękka i chłodna pod jego bosymi stopami, a w oddali widział błękitne wzgórza, a za nimi bezchmurne, błękitne niebo.
  Ulica, która tego dnia wydawała mu się tak długa, okazała się bardzo krótka. Był tam niewielki skrawek lasu, przez który wyszedł na pola - pola leżące w długiej, płaskiej dolinie, przez którą płynął strumień - a w lesie drzewa rzucały niebieskie cienie na trawiastą drogę.
  Jak chłodno i cicho było w lesie. Namiętność, która lgnęła do Tary przez całe jego życie, prawdopodobnie zaczęła się właśnie tego dnia. Zatrzymał się w lesie i siedział przez, jak mu się zdawało, długi czas na ziemi pod drzewem. Mrówki przemykały się tu i tam, a potem znikały w norach, ptaki fruwały między gałęziami drzew, a dwa pająki, które ukryły się na jego widok, wynurzyły się i zaczęły snuć swoje sieci.
  Jeśli Tar płakał, wchodząc do lasu, to teraz się zatrzymał. Jego matka była daleko, daleko stąd. Mógł jej już nigdy nie odnaleźć, ale jeśli nie, to będzie jej wina. Wyrwała go ze swoich ramion, by zaopiekować się innym, młodszym członkiem rodziny. Sąsiadka, kim ona była? Wepchnęła go w ramiona siostry, która, absurdalnym rozkazem, by usiadła na koźle, natychmiast o nim zapomniała. Był świat chłopców, ale w tej chwili chłopcy oznaczali jego starszego brata, Johna, który wielokrotnie okazywał pogardę dla towarzystwa Tara, i ludzi takich jak chłopak ze wsi, który odjechał konno, nie zadając sobie trudu, by z nim porozmawiać, a nawet rzucić mu pożegnalne spojrzenie.
  "Cóż" - pomyślał Tar, pełen gorzkiej urazy - "jeśli zostanę usunięty z jednego świata, pojawi się inny".
  Mrówki u jego stóp były całkiem szczęśliwe. W jakim fascynującym świecie żyły. Mrówki wybiegały z nor w stronę światła i budowały kopiec z piasku. Inne mrówki wyruszały w podróż dookoła świata i wracały obładowane ciężarami. Mrówka ciągnęła martwą muchę po ziemi. Na drodze stał jej patyk, a teraz skrzydła muchy zaczepiły się o patyk, uniemożliwiając jej poruszanie się. Biegła jak szalona, szarpiąc najpierw patyk, a potem muchę. Ptak sfrunął z pobliskiego drzewa i rzucając światło na powalony pień, spojrzał na Tar, a daleko w lesie, przez szczelinę między drzewami, wiewiórka zeszła z pnia drzewa i zaczęła biec po ziemi.
  Ptak spojrzał na Thar, wiewiórka zatrzymała się i wyprostowała, by spojrzeć, a mrówka, która nie mogła poruszyć muchy, zaczęła gorączkowo wysyłać sygnały swoimi maleńkimi, włoskowatymi czułkami.
  Czy Tar został przyjęty do świata przyrody? W jego umyśle zaczęły kiełkować ambitne plany. Zauważył, że owce na pastwisku w pobliżu domu z zapałem skubały trawę. Dlaczego on nie mógł jeść trawy? Mrówki żyły w cieple i przytulności w norze w ziemi. Jedna rodzina składała się z wielu mrówek, najwyraźniej w tym samym wieku i rozmiarze, a kiedy Tar znalazł swoją norę i zjadł tyle trawy, że stał się wielkości owcy - a nawet konia czy krowy - znalazł sobie potomstwo.
  Nie miał wątpliwości, że istnieje język owiec, wiewiórek i mrówek. Wiewiórka zaczęła ćwierkać, ptak na pniu zawołał, a inny ptak gdzieś w lesie odpowiedział.
  Ptak odleciał. Wiewiórka zniknęła. Poszli dołączyć do swoich towarzyszy. Tylko Thar była bez towarzysza.
  Pochylił się i podniósł patyk, aby jego mały mrówczy brat mógł dokończyć swoje zadanie, a następnie, stając na czworakach, przyłożył ucho do mrowiska, aby sprawdzić, czy usłyszy rozmowę.
  Nic nie słyszał. No cóż, był za duży. W przeciwieństwie do innych jemu podobnych, wydawał się wielki i silny. Poszedł ścieżką, czołgając się teraz na czworakach jak owca, i dotarł do kłody, na której przed chwilą siedział ptak.
  
  Kłoda była pusta z jednej strony i było oczywiste, że z odrobiną wysiłku mógłby się do niej wdrapać. Miałby dokąd pójść w nocy. Nagle poczuł się, jakby wszedł do świata, w którym mógł się swobodnie poruszać, w którym mógł żyć swobodnie i szczęśliwie.
  Postanowił, że nadszedł czas, by pójść i zjeść trochę trawy. Idąc leśną drogą, dotarł do ścieżki prowadzącej w dolinę. Na odległym polu dwóch mężczyzn, pędzących dwa konie, każdy przywiązany do kultywatora, orało kukurydzę. Kukurydza sięgała koniom do kolan. Na jednym z koni jechał chłopak ze wsi. Pies kłusował za drugim koniem. Z daleka Taru miał wrażenie, że konie nie były większe od owiec, które widział na polu w pobliżu domu.
  Stał przy płocie, patrząc na ludzi i konie na polu, i na chłopca na koniu. Cóż, chłopak z farmy dorósł - przeniósł się do świata mężczyzn, a Tar pozostał pod opieką kobiet. Ale on wyrzekł się świata kobiet; natychmiast przeniósł się do ciepłego, przytulnego świata - świata zwierząt.
  Znów opadł na czworaki i przeczołgał się przez miękką trawę rosnącą przy płocie przy alejce. Wśród trawy rosła biała koniczyna, a jego pierwszym ruchem było ugryzienie jednego z kwiatów koniczyny. Nie smakował tak źle, a on jadł coraz więcej. Ile będzie musiał zjeść, ile trawy będzie musiał zjeść, zanim urośnie do rozmiarów konia, a może nawet owcy? Kontynuował pełzanie, wgryzając się w trawę, ale ostrza były ostre i raniły mu wargi. Kiedy żuł kępkę trawy, smakowała dziwnie i gorzko.
  Upierał się, ale coś w jego wnętrzu wciąż ostrzegało go, że to, co robi, jest śmieszne i że jeśli jego siostra lub brat John się dowiedzą, będą się z niego śmiać. Dlatego co jakiś czas wstawał i oglądał się za siebie, wzdłuż leśnej ścieżki, upewniając się, że nikt nie idzie. Potem, z powrotem na czworakach, zaczął się czołgać przez trawę. Ponieważ trudno mu było rozrywać trawę zębami, używał rąk. Musiał żuć trawę, aż zmiękła, zanim mógł ją przełknąć, i jakże obrzydliwie smakowała.
  Jak trudno jest dorosnąć! Marzenie Tara o nagłym urosnięciu dzięki jedzeniu trawy prysło i zamknął oczy. Z zamkniętymi oczami mógł wykonać sztuczkę, którą czasami wykonywał w łóżku w nocy. Mógł odtworzyć w wyobraźni swoje ciało, wydłużając nogi i ramiona, poszerzając barki. Z zamkniętymi oczami mógł być kimkolwiek: koniem kłusującym ulicami, wysokim mężczyzną idącym drogą. Mógł być niedźwiedziem w gęstym lesie, księciem mieszkającym w zamku z niewolnikami, którzy przynosili mu jedzenie, mógł być synem kupca i panować nad domem kobiet.
  Siedział na trawie z zamkniętymi oczami, skubiąc trawę i próbując ją zjeść. Zielony sok z trawy barwił mu usta i brodę. Prawdopodobnie rósł. Zjadł już dwa, trzy, pół tuzina kęsów trawy. Za dwa, trzy kolejne otworzy oczy i zobaczy, co osiągnął. Może będzie miał już końskie nogi. Ta myśl go trochę przeraziła, ale wyciągnął rękę, zerwał trochę trawy i włożył ją sobie do pyska.
  Stało się coś strasznego. Tar zerwał się na równe nogi, przebiegł dwa, trzy kroki i usiadł gwałtownie. Sięgając po ostatnią garść trawy, złapał pszczołę wysysającą miód z jednego z kwiatów koniczyny i uniósł ją do ust. Pszczoła użądliła go w wargę, a potem, w nagłym drgawkach, jego dłoń niemal zmiażdżyła owada, który został odrzucony na bok. Zobaczył go leżącego na trawie, próbującego się podnieść i odlecieć. Jego połamane skrzydła trzepotały szaleńczo w powietrzu, wydając głośny, brzęczący dźwięk.
  Tar poczuł najgorszy ból. Uniósł dłoń do ust, przewrócił się na plecy, zamknął oczy i krzyknął. W miarę jak ból się nasilał, jego krzyki stawały się coraz głośniejsze.
  Dlaczego opuścił matkę? Niebo, w które teraz wpatrywał się, gdy odważył się otworzyć oczy, było puste, a on wycofał się z wszelkiej ludzkości w pusty świat. Świat pełzających i latających stworzeń, świat czworonożnych zwierząt, który uważał za tak ciepły i bezpieczny, stał się teraz mroczny i groźny. Mała, szamocząca się, uskrzydlona bestia na trawie w pobliżu była tylko jednym z ogromnej armii skrzydlatych stworzeń otaczających go ze wszystkich stron. Chciał wstać i pobiec z powrotem przez las do kobiet w domu, ale nie odważył się ruszyć.
  Nie pozostało mu nic innego, jak tylko wydać z siebie ten upokarzający krzyk. Leżąc na plecach w zaułku z zamkniętymi oczami, Tar krzyczał przez wiele godzin. Teraz jego warga piekła i robiła się coraz większa. Czuł, jak pulsuje i drży pod palcami. Dorastanie w tamtych czasach było pełne grozy i bólu. W jakim okropnym świecie się urodził.
  Tar nie chciał urosnąć, jak koń czy człowiek. Chciał, żeby ktoś przyszedł. Świat dorastania był zbyt pusty i samotny. Teraz jego płacz przerywały szlochy. Czy nikt nigdy nie przyjdzie?
  Z alejki dobiegł odgłos biegnących stóp. Z pola nadeszli dwaj mężczyźni w towarzystwie psa i chłopca, kobiety z domu i dziewczęta ze stodoły. Wszyscy pobiegli i wołać Tarę, ale on nie odważył się spojrzeć. Kiedy kobieta z farmy podeszła do niego i go podniosła, wciąż miał zamknięte oczy i wkrótce przestał krzyczeć, choć jego szlochy stały się głośniejsze niż kiedykolwiek.
  Rozpoczęła się pospieszna narada, wiele głosów mówiło jednocześnie, po czym jeden z mężczyzn wystąpił naprzód i podniósł głowę z ramienia kobiety, odsuwając dłoń Tara od swojej twarzy.
  "Słuchaj" - powiedział - "królik jadł trawę i użądliła go pszczoła".
  Rolnik się śmiał, najemnik i chłopak ze wsi się śmiali, a siostra Tara i wiejska dziewczyna piszczały z zachwytu.
  Tar trzymał oczy zamknięte i miał wrażenie, że szlochy wstrząsające jego ciałem narastają coraz bardziej. Było miejsce, głęboko w środku, gdzie szloch się zaczynał i bolało bardziej niż spuchnięta warga. Gdyby zioło, które tak boleśnie połknął, teraz powodowało, że coś w nim rosło i paliło, tak jak rosła mu warga, jakże straszne by to było.
  Wtulił twarz w ramię farmera i nie chciał patrzeć na świat. Syn farmera znalazł ranną pszczołę i pokazał ją dziewczynkom. "Próbował ją zjeść. Jadł trawę" - wyszeptał, a dziewczyny znów pisnęły.
  Te okropne kobiety!
  Teraz jego siostra wróci do miasta i powie Johnowi. Opowie o tym dzieciom sąsiadów, które przyszły bawić się na podwórku Moorheada. Miejsce w Thar bolało bardziej niż kiedykolwiek.
  Niewielka grupa podążała ścieżką przez las w kierunku domu. Sama wielka podróż, która miała całkowicie oddzielić Tara od ludzkości, od świata poza wszelkim zrozumieniem, dobiegła końca w ciągu zaledwie kilku minut. Dwaj rolnicy i chłopiec wrócili na pole, a koń, który przywiózł Tara z miasta, został zaprzęgnięty do wozu i przywiązany do słupa z boku domu.
  Tara umyje twarz, wsadzą go do bryczki i odwiozą z powrotem do miasta. Rolnicy i chłopiec, którego już nigdy nie zobaczy. Kobieta z farmy, która trzymała go w ramionach, sprawiła, że jego siostra i dziewczyna przestały się śmiać, ale czy jego siostra przestanie, gdy wróci do miasta, żeby odwiedzić brata?
  Niestety, była kobietą, a Tar w to nie wierzył. Gdyby tylko kobiety mogły być bardziej jak mężczyźni. Kobieta z farmy zabrała go do domu, zmyła plamy trawy z jego twarzy i nałożyła kojący balsam na spuchniętą wargę, ale coś w jego wnętrzu nadal puchło.
  W wyobraźni słyszał siostrę, brata i dzieci sąsiadów szepczące i chichoczące na podwórku. Odcięty od matki obecnością najmłodszego dziecka na rękach i gniewnymi głosami na podwórku, powtarzającymi w kółko: "Królik próbował jeść trawę; pszczoła go użądliła", gdzie mógł się zwrócić?
  Tar nie wiedział i nie mógł myśleć. Wtulił twarz w pierś farmera i dalej gorzko szlochał.
  Dorastanie, w jakikolwiek sposób, jaki mógł sobie wyobrazić w tamtym momencie, wydawało mu się zadaniem straszliwym, jeśli nie niemożliwym. Na razie zadowalał się byciem niemowlęciem w ramionach obcej kobiety, w miejscu, gdzie nie było innego dziecka [czekającego, żeby go odepchnąć].
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ III
  
  MĘŻCZYŹNI ŻYJĄ W JEDNYM ŚWIECIE, KOBIETY W INNYM. Kiedy Tar był mały, ludzie zawsze podchodzili do drzwi kuchennych, żeby porozmawiać z Mary Moorehead. Był tam stary cieśla, który doznał urazu kręgosłupa po upadku z budynku i czasami był trochę pijany. Nie wchodził do domu, ale siadał na schodach przy kuchennych drzwiach i rozmawiał z kobietą, która pracowała przy desce do prasowania. Przychodził też lekarz. Był wysokim, chudym mężczyzną o dziwnych dłoniach. Jego dłonie przypominały stare winorośle, czepiające się pni drzew. Dłonie ludzi, pokoje w domach, twarze na polach - dziecko pamiętało to wszystko. Stary cieśla miał krótkie, grube palce. Jego paznokcie były czarne i połamane. Palce lekarza były jak u jego matki, dość długie. Tar później wykorzystywał postać lekarza w kilku swoich drukowanych opowiadaniach. Kiedy chłopiec dorósł, nie mógł sobie dokładnie przypomnieć, jak wyglądał stary lekarz, ale jego wyobraźnia już wtedy wyczarowała postać, która mogła zająć jego miejsce. Od lekarza, starego cieśli i kilku kobiet, które go odwiedzały, wyczuł delikatność. Wszyscy oni byli ludźmi pokonanymi przez życie. Coś poszło nie tak z nimi, tak jak coś poszło nie tak z matką Tary.
  Czy to mogło być jej małżeństwo? Zadał sobie to pytanie dopiero znacznie później. Jako dorosły Tar odnalazł w starej skrzyni pamiętnik, który jego ojciec prowadził w czasie wojny i tuż po niej. Wpisy były krótkie. Przez kilka dni nic nie pisał, a potem żołnierz pisał strona za stroną. Miał też zamiłowanie do pisania.
  Przez całą wojnę coś dręczyło sumienie żołnierza. Wiedząc, że jego bracia zaciągną się do Południa, prześladowała go myśl, że pewnego dnia spotka jednego z nich w bitwie. Potem, jeśli nic gorszego się nie wydarzy, zostanie zdemaskowany. Jak mógł to wytłumaczyć? "No cóż, kobiety biły brawo, flagi powiewały, orkiestry grały". Kiedy oddawał strzał w bitwie, kula, przelatując przez przestrzeń między Północą a Południem, mogła utkwić w piersi jego brata, a nawet ojca. Być może jego ojciec również zaciągnął się do Południa. On sam poszedł na wojnę bez kryminalnej przeszłości, niemal przypadkiem, ponieważ ludzie wokół niego nosili mundur kapitana i miecz, który mogli nosić u boku. Jeśli ktoś dużo myślał o wojnie, z pewnością nie poszedłby . Co do czarnoskórych - byli wolnymi ludźmi albo niewolnikami... Nadal uważał się za Południowca. Gdybyś, idąc ulicą z Dickiem Mooreheadem, zobaczył czarną kobietę, piękną na swój sposób, kroczącą lekkim, swobodnym krokiem, o pięknej złocistobrązowej skórze, i wspomniałbyś o jej urodzie, Dick Moorehead spojrzałby na ciebie ze zdumieniem w oczach. "Piękna! Mówię! Mój drogi przyjacielu! To Murzynka". Patrząc na Murzynów, Dick nic nie dostrzegł. Jeśli Murzyn spełniał swoje zadanie, jeśli był zabawny - bardzo dobrze. "Jestem białym człowiekiem i z Południa. Należę do rasy rządzącej. Mieliśmy w domu starego Murzyna. Powinieneś był usłyszeć, jak gra na fujarce. Murzyni są, jacy są. Tylko my, z Południa, ich rozumiemy".
  Księga, którą żołnierz prowadził w czasie wojny i później, była pełna wpisów o kobietach. Czasami Dick Moorehead był człowiekiem religijnym i regularnie uczęszczał do kościoła, a czasami nie. W jednym z miast, w którym mieszkał bezpośrednio po wojnie, był dyrektorem szkoły niedzielnej, a w innym prowadził zajęcia biblijne.
  Jako dorosły Tar patrzył na notatnik z zachwytem. Zupełnie zapomniał, jak naiwny, tak uroczo ludzki i wyrozumiały był jego ojciec. "Byłem w kościele baptystów i udało mi się odwieźć Gertrudę do domu. Przeszliśmy spory kawałek drogi obok mostu i zatrzymaliśmy się na prawie godzinę. Próbowałem ją pocałować, ale początkowo mi nie pozwoliła, ale w końcu się zgodziła. Teraz jestem w niej zakochany".
  W środę wieczorem Mabel mijała sklep. Natychmiast zamknąłem sklep i poszedłem za nią do końca Main Street. Harry Thompson gonił ją i pod jakimś pretekstem przekonał swojego szefa, żeby go puścił. Oboje poszliśmy ulicą, ale ja byłem pierwszy. Poszedłem z nią do domu, ale jej rodzice jeszcze nie spali. Nie spali, dopóki nie musiałem iść, więc nic nie usłyszałem. Jej ojciec jest nieśmiałym gadułą. Ma nowego konia wierzchowego i gadał o nim i chwalił się nim cały wieczór. To był dla mnie katastrofalny wieczór.
  Wpis za wpisem tego rodzaju wypełnia dziennik młodego żołnierza, który prowadził po powrocie z wojny i rozpoczęciu niespokojnego marszu od miasta do miasta. W końcu w jednym z miast znalazł kobietę, Marię, i ożenił się z nią. Życie nabrało dla niego nowego smaku. Mając żonę i dzieci, szukał teraz towarzystwa mężczyzn.
  W niektórych miastach, do których Dick przeprowadził się po wojnie, życie było całkiem dobre, ale w innych był nieszczęśliwy. Po pierwsze, choć przystąpił do wojny po stronie Północy, nigdy nie zapomniał, że jest Południowcem, a zatem Demokratą. W jednym z miasteczek mieszkał na wpół szalony mężczyzna, dokuczany przez chłopców. Oto on, Dick Moorhead, młody kupiec, były oficer armii, który, niezależnie od swoich wewnętrznych uczuć, walczył o zachowanie Unii, która pomogła utrzymać spójność Stanów Zjednoczonych, i oto, na tej samej ulicy, siedział szaleniec. Szaleniec chodził z otwartymi ustami i dziwnym, pustym spojrzeniem. Zimą i latem nie nosił płaszcza, tylko koszulę z rękawami. Mieszkał z siostrą w małym domku na obrzeżach miasta i zazwyczaj był całkiem nieszkodliwy, ale gdy mali chłopcy, kryjący się za drzewami lub w drzwiach sklepów, krzyczeli na niego, nazywając go "demokratą", wpadał w szał. Wybiegając na ulicę, zbierał kamienie i ciskał nimi bez opamiętania. Pewnego dnia rozbił witrynę sklepową i jego siostra musiała za to zapłacić.
  Czy to nie była obraza dla Dicka? Prawdziwy Demokrata! Ręka mu drżała, gdy zapisywał to w notesie. Jako jedyny prawdziwy Demokrata w mieście, krzyki małych chłopców sprawiały, że miał ochotę biec i ich pobić. Zachował godność, nie zdradził się, ale jak tylko mógł, sprzedał swój sklep i ruszył dalej.
  Cóż, szaleniec w koszuli z krótkim rękawem nie był tak naprawdę demokratą; nie przypominał Dicka, urodzonego mieszkańca Południa. Słowo, podchwytywane przez chłopaków i powtarzane w kółko, jedynie wyzwoliło jego na wpół skrywane szaleństwo, ale dla Dicka efekt był wyjątkowy. Sprawiło, że poczuł, że choć stoczył długą i zaciętą wojnę, walczył na próżno. "To właśnie tacy ludzie" - mruknął do siebie, pospiesznie odchodząc. Po sprzedaży sklepu był zmuszony kupić mniejszy w sąsiednim mieście. Po wojnie i ślubie majątek Dicka systematycznie podupadał.
  Dla dziecka gospodarz domu, ojciec, to jedno, ale matka to zupełnie co innego. Matka to coś ciepłego i bezpiecznego, do czego dziecko może przyjść, podczas gdy ojciec to ten, który wychodzi w świat. Teraz zaczął stopniowo rozumieć dom, w którym mieszkał Tar. Nawet jeśli mieszka się w wielu domach w wielu miastach, dom to dom. Są ściany i pokoje. Przechodzi się przez drzwi na podwórko. Jest ulica z innymi domami i innymi dziećmi. Widać długą ścieżkę wzdłuż ulicy. Czasami w sobotnie wieczory sąsiad zatrudniony w tym celu przychodził, żeby zaopiekować się dziećmi, a Tar mógł iść do centrum z matką.
  Tar miał teraz pięć lat, a jego starszy brat John dziesięć. Był Robert, teraz trzyletni, i noworodek, zawsze w swoim łóżeczku. Chociaż dziecko nie mogło powstrzymać się od płaczu, miało już imię. Nazywał się Will i kiedy była w domu, zawsze był w ramionach matki. Co za mały szkodnik! I mieć imię, imię chłopca! Na zewnątrz był inny Will, wysoki chłopiec o piegowatej twarzy, który czasami przychodził do domu, żeby pobawić się z Johnem. Nazywał Johna "Jack", a John nazywał go "Bill". Potrafił rzucać piłką jak pięścią. John powiesił trapez na drzewie, na którym chłopiec o imieniu Will mógł wisieć za palce u stóp. Poszedł do szkoły, tak jak John i Margaret, i pobił się z chłopcem o dwa lata starszym od siebie. Tar usłyszał, jak John o tym mówi. Kiedy Johna nie było w pobliżu, sam opowiedział o tym Robertowi, udając, że widzi walkę. No cóż, Bill uderzył chłopca, powalił go. Rozwalił mu nos. - Powinieneś to był zobaczyć.
  Wszystko było w porządku, kiedy taka osoba nazywała się Will i Bill, ale on był niemowlęciem w kołysce, małą dziewczynką, zawsze w ramionach matki. Co za nonsens!
  Czasami w sobotnie wieczory Tara mogła wyjść z matką do miasta. Nie mogły zacząć pracy, dopóki nie zapaliło się światło. Najpierw musiały pozmywać naczynia, pomóc Margaret, a potem położyć dziecko spać.
  Co za zamieszanie zrobił, ten mały łobuz. Teraz, gdy mógł łatwo przypodobać się bratu [Tarowi], będąc rozsądnym, płakał i płakał. Najpierw Margaret musiała go trzymać, a potem matka Tara musiała wziąć swoją kolej. Margaret dobrze się bawiła. Mogła udawać kobietę i takie dziewczyny. Kiedy nie ma dzieci w pobliżu, są zrobione ze łachmanów. Gadają, przeklinają, gruchają i trzymają rzeczy w rękach. Tar był już ubrany, jak jego matka. Najlepszą częścią wycieczki do miasta było uczucie bycia z nią sam na sam. To rzadko się zdarza w dzisiejszych czasach. Dziecko wszystko psuło. Już wkrótce będzie za późno, żeby wyjść, sklepy będą zamknięte. Tar niespokojnie krążył po podwórku, chcąc płakać. Jeśli to zrobi, będzie musiał [zostać w domu]. Musiał wyglądać swobodnie i nic nie mówić.
  Przyszedł sąsiad i dziecko położyło się spać. Teraz jego matka zatrzymała się, żeby porozmawiać z kobietą. Rozmawiali i rozmawiali. Tar trzymał matkę za rękę i nadal ciągnął, ale ona go ignorowała. W końcu jednak wyszli na ulicę i pogrążyli się w ciemności.
  Tar szedł, trzymając matkę za rękę, dziesięć kroków, dwadzieścia, sto. On i jego matka przeszli przez furtkę i szli chodnikiem. Minęli dom Musgrave'ów, dom Welliversów. Kiedy dotrą do domu Rogersów i skręcą za róg, będą bezpieczni. Wtedy, gdyby dziecko płakało, matka Tara nie mogłaby go usłyszeć.
  Zaczął czuć się swobodnie. Co za czas dla niego. Teraz wyruszał w świat nie ze swoją siostrą, która miała własne zasady i za dużo myślała o sobie i swoich pragnieniach, ani z sąsiadką w powozie, kobietą, która nic nie rozumiała, ale z matką. Mary Moorehead włożyła czarną odświętną sukienkę. Była piękna. Kiedy nosiła czarną sukienkę, nosiła również kawałek białej koronki na szyi i inne detale na nadgarstkach. Czarna sukienka nadawała jej młody i szczupły wygląd. Koronka była cienka i biała. Była jak pajęczyna. Tar chciał dotknąć jej palcami, ale nie odważył się. Mógłby ją rozerwać.
  Minęli jedną latarnię, potem drugą. Burze jeszcze się nie zaczęły, a ulice miasta w Ohio oświetlały lampy naftowe zamontowane na słupach. Były one rozmieszczone w dużych odstępach, głównie na rogach ulic, a między nimi panowała ciemność.
  Jak cudownie było spacerować po ciemku, czując się bezpiecznie. Wyjście gdziekolwiek z matką było jak bycie w domu i na wyjeździe jednocześnie.
  Kiedy on i jego matka opuścili swoją ulicę, rozpoczęła się przygoda. W tamtych czasach Moorheadowie mieszkali w małych domach na obrzeżach miasta, ale kiedy wychodzili na Main Street, szli ulicami otoczonymi wysokimi budynkami. Domy stały w oddali na trawnikach, a chodniki zdobiły ogromne drzewa. Stał tam duży biały dom, a na szerokim ganku siedziały kobiety i dzieci. Gdy Tar i jego matka przejeżdżali obok, na podjazd wjechał powóz z czarnym woźnicą. Kobieta z dzieckiem musieli zejść im z drogi, żeby go przepuścić.
  Cóż za królewskie miejsce. Biały dom miał co najmniej dziesięć pokoi, a z sufitu ganku zwisały własne lampy. Była tam dziewczyna mniej więcej w wieku Margaret, ubrana cała na biało. Powóz - Tar zobaczył czarnego mężczyznę prowadzącego - mógł wjechać prosto do domu. Był tam porte-cochère. Matka mu o nim opowiedziała. Jak wspaniale!
  [W jakim świecie Tar się znalazł.] Mooreheadowie byli biedni i z roku na rok stawali się coraz biedniejsi, ale Tar o tym nie wiedział. Nie zastanawiał się, dlaczego jego matka, która wydawała mu się taka piękna, nosiła tylko jedną elegancką sukienkę i chodziła pieszo, podczas gdy inna kobieta jechała powozem, dlaczego Mooreheadowie mieszkali w małym domu, przez szpary, przez które zimą przedostawał się śnieg, podczas gdy inni mieszkali w ciepłych, jasno oświetlonych domach.
  Świat był światem, a on go widział, trzymając matkę za rękę. Minęli kolejne latarnie, kilka ciemnych miejsc, a teraz skręcili za róg i zobaczyli Main Street.
  Teraz życie naprawdę się zaczęło. Tyle świateł, tyle ludzi! W sobotni wieczór tłumy mieszkańców wsi zjechały do miasta, a ulice zapełniły się końmi, wozami i bryczkami. [Było tyle do oglądania.]
  Młodzi mężczyźni o czerwonych twarzach, którzy przez cały tydzień pracowali na polach kukurydzy, przyjechali do miasta w swoich najlepszych ubraniach i białych kołnierzykach. Niektórzy jechali sami, inni, bardziej szczęśliwi, mieli ze sobą dziewczyny. Przywiązywali konie do słupów wzdłuż ulicy i szli chodnikiem. Dorośli mężczyźni pędzili ulicą na koniach, podczas gdy kobiety stały i rozmawiały przy drzwiach sklepów.
  Rodzina Moorheadów mieszkała teraz w dość dużym mieście. Było ono stolicą hrabstwa i miało plac oraz budynek sądu, za którym biegła główna ulica. Sklepy znajdowały się również w bocznych uliczkach.
  Sprzedawca leków patentowych przyjechał do miasta i rozstawił swoje stoisko na rogu. Krzyczał głośno, zachęcając ludzi do zatrzymania się i posłuchania, i przez kilka minut Mary Moorehead i Tar stali na skraju tłumu. Na końcu drążka płonęła pochodnia, a dwóch czarnoskórych mężczyzn śpiewało piosenki. Tar przypomniał sobie jeden z wierszy. Co on oznaczał?
  
  Biały człowiek, mieszka w dużym ceglanym domu,
  Żółty człowiek chce zrobić to samo,
  W więzieniu okręgowym mieszka starszy czarnoskóry mężczyzna,
  Ale jego dom nadal jest murowany.
  
  Kiedy czarni mężczyźni zaczęli śpiewać zwrotki, tłum krzyczał z radości, a Tar też się śmiał. Cóż, śmiał się, bo był tak podekscytowany. Jego oczy błyszczały z podniecenia [teraz]. Dorastając, zaczął spędzać cały czas wśród tłumów. Szedł z matką ulicą, a dziecko trzymało się ręki kobiety. Nie śmiał mrugnąć, bojąc się, że coś przegapi. [Znów] dom Mooreheadów wydawał się daleki, w innym świecie. Teraz nawet dziecko nie mogło stanąć między nim a matką. Mały łobuz mógł płakać [i płakać], ale [nie powinien się tym przejmować], John Moorehead, jego brat, był prawie [dorosły]. W sobotnie wieczory sprzedawał gazety na Main Street. Sprzedawał gazetę o nazwie Cincinnati Enquirer i inną o nazwie Chicago Blade. W Blade były jaskrawe ilustracje i sprzedawano je za pięć centów.
  Pewien mężczyzna pochylał się nad plikiem pieniędzy leżących na stole, podczas gdy inny groźnie wyglądający mężczyzna podkradał się do niego z otwartym nożem w ręku.
  Dziko wyglądająca kobieta chciała zrzucić dziecko z wysokiego mostu na skały znajdujące się daleko w dole, ale chłopiec rzucił się naprzód i uratował dziecko.
  Pociąg pędził teraz przez zakręt w górach, a czterech mężczyzn na koniach z bronią w ręku czekało. Ułożyli kamienie i drzewa na torach.
  No cóż, zamierzali zatrzymać pociąg, a potem go obrabować. To był Jesse James i jego banda. Tar usłyszał, jak jego brat John opowiada o obrazkach chłopcu o imieniu Bill. Później, gdy nikogo nie było w pobliżu, wpatrywał się w nie przez długi czas. Patrzenie na te obrazki dręczyło go nocami, ale w ciągu dnia były cudownie ekscytujące.
  Fajnie było wyobrazić sobie, że jestem częścią przygód życia, w męskim świecie, za dnia. Ludzie, którzy kupowali gazety Johna, pewnie mieli dużo za pięć centów. W końcu można wziąć taką scenę i zmienić wszystko.
  Siedziałeś na ganku swojego domu i zamknąłeś oczy. John i Margaret poszli do szkoły, a dziecko i Robert spali. Dziecko spało wystarczająco dobrze, kiedy Tar nie chciał nigdzie iść z matką.
  Siedziałeś na ganku domu i zamknąłeś oczy. Twoja matka prasowała. Wilgotne, czyste ubrania, które były prasowane, pachniały przyjemnie. Ten stary, niepełnosprawny cieśla, który nie mógł już pracować, który był żołnierzem i otrzymywał tak zwaną "emeryturę", rozmawiał na tylnym ganku domu. Opowiadał matce [Tary] o budynkach, przy których pracował w młodości.
  Opowiadał o tym, jak budowano drewniane chaty w lasach, gdy kraj był jeszcze młody, i o tym, jak mężczyźni wyruszali na polowanie na dzikie indyki i jelenie.
  Już samo słuchanie opowieści starego cieśli było świetną zabawą, ale jeszcze większą frajdę sprawiało wymyślanie własnych opowieści, budowanie własnego świata.
  Kolorowe zdjęcia w gazetach, które John sprzedawał w soboty, naprawdę ożyły. W jego wyobraźni Tar wyrósł na mężczyznę, i to odważnego. Uczestniczył w każdej rozpaczliwej scenie, zmieniał ją, rzucał się w sam środek wiru i zgiełku życia.
  Świat dorosłych, którzy się kręcili, a Tar Moorhead pośród nich. Gdzieś w tłumie na ulicy John biegł teraz, sprzedając swoje gazety. Trzymał je pod nosem ludzi, pokazując im kolorowe obrazki. Jak dorosły mężczyzna, John chodził do saloonów, do sklepów, do sądu.
  Wkrótce Tar dorośnie sam. To nie mogło zająć dużo czasu. Jakże długie wydawały się czasami dni.
  On i jego matka przeciskali się przez tłum. Mężczyźni i kobiety rozmawiali z jego matką. Wysoki mężczyzna nie zauważył Tara i zapukał do jego drzwi. Potem inny, bardzo wysoki mężczyzna z fajką w ustach, znowu go wydymał.
  Mężczyzna nie był zbyt miły. Przeprosił i dał Tarowi pięciocentówkę, ale to nic nie dało. Sposób, w jaki to zrobił, bolał bardziej niż eksplozja. Niektórzy mężczyźni uważają, że dziecko to po prostu dziecko.
  Skręcili więc z Main Street i znaleźli się na tej, gdzie mieścił się sklep Dicka. Była sobota wieczorem i było mnóstwo ludzi. Po drugiej stronie ulicy stał dwupiętrowy budynek, w którym odbywała się potańcówka. To była potańcówka w kwadrat, i słychać było męski głos: "Rób to, rób to, rób to. Panowie, wszyscy prowadzą w prawo. Wszystko wyważcie". Jęczące głosy skrzypiec, śmiech, mnóstwo głosów.
  [Weszli do warsztatu.] Dick Moorehead wciąż mógł się elegancko ubierać. Nadal nosił zegarek na grubym srebrnym łańcuszku, a przed sobotnim wieczorem ogolił i wydepilował wąsy. Milczący starzec, bardzo podobny do cieśli, który przyjechał odwiedzić matkę Tara, pracował w warsztacie i teraz siedział tam na swoim drewnianym koniu. Szył pasek.
  Tar uważał życie swojego ojca za wspaniałe. Kiedy do sklepu weszła kobieta z dzieckiem, Dick natychmiast podbiegł do szuflady, wyciągnął garść pieniędzy i podał je żonie. Być może to były wszystkie pieniądze, jakie miał, ale Tar o tym nie wiedział. Pieniądze to coś, za co się kupuje. Albo się je ma, albo nie.
  Co do Tara, miał własne pieniądze. Miał pięciocentówkę, którą dał mu jakiś mężczyzna na ulicy. Kiedy mężczyzna go uderzył i dał mu pięciocentówkę, jego matka zapytała ostro: "Edgar, co ty na to?", a on odpowiedział, patrząc na mężczyznę i mówiąc szorstko: "Daj mi więcej". To rozbawiło mężczyznę, ale Tar nie widział w tym sensu. Mężczyzna był niegrzeczny, i on też był niegrzeczny. Jego matka została zraniona. Zranić matkę było [bardzo] łatwo.
  W sklepie Tar usiadł na krześle z tyłu, a jego matka na drugim krześle. Przyjęła tylko kilka monet, które zaoferował Dick.
  Rozmowa rozpoczęła się od nowa. Dorośli zawsze oddają się rozmowie. W sklepie było pół tuzina rolników, a kiedy Dick zaproponował żonie pieniądze, zrobił to z rozmachem. Dick robił wszystko z rozmachem. Taka była jego natura. Powiedział coś o wartości kobiet i dzieci. Był niegrzeczny jak człowiek na ulicy, ale niegrzeczność Dicka nigdy nie miała znaczenia. Nie miał na myśli tego, co powiedział.
  [I] w każdym razie Dick był biznesmenem.
  Jak on się krzątał. Mężczyźni ciągle wchodzili do sklepu, przynosząc pasy bezpieczeństwa i rzucając je na podłogę z hukiem. Mężczyźni rozmawiali, i Dick [też] rozmawiał. Mówił więcej niż ktokolwiek inny. Z tyłu sklepu byli tylko Tar, jego matka i starszy mężczyzna na koniu szyjący pas. Ten mężczyzna wyglądał jak cieśla i lekarz, którzy przychodzili do domu, gdy Tar był w domu. Był mały, nieśmiały i mówił nieśmiało, pytając Mary Moorehead o inne dzieci i niemowlę. Wkrótce wstał z ławki i, podchodząc do Tara, dał mu kolejną pięciocentówkę. Jak bogaty stał się Tar. Tym razem nie czekał, aż zapyta matka, ale od razu powiedział to, co wiedział, że powinien powiedzieć.
  Matka Tara zostawiła go w warsztacie. Mężczyźni przychodzili i odchodzili. Rozmawiali. Dick wyszedł na zewnątrz z kilkoma mężczyznami. Biznesmen, który przyjął zamówienie na nową uprząż, miał ją dopasować. Za każdym razem, gdy wracał z takiej wyprawy, oczy Dicka błyszczały, a wąsy się prostowały. Podszedł i pogłaskał Tara po włosach.
  "To mądry człowiek" - powiedział. Cóż, Dick znowu się przechwalał.
  Było lepiej, gdy rozmawiał z innymi. Opowiadał dowcipy, a mężczyźni się śmiali. Kiedy mężczyźni zgięli się wpół ze śmiechu, Tar i stara uprząż na koniu spojrzeli na siebie i też się roześmiali. To było tak, jakby starzec powiedział: "Wyszliśmy z tego, chłopcze. Jesteś za młody, a ja za stary". W rzeczywistości starzec nic nie powiedział. Wszystko było zmyślone. Najlepsze rzeczy dla chłopca zawsze są wyobrażone. Siedzisz na krześle z tyłu sklepu ojca w sobotni wieczór, podczas gdy twoja matka jest na zakupach, i masz takie myśli. Słychać dźwięk skrzypiec w sali tanecznej na zewnątrz i przyjemny męski głos w oddali. Przed sklepem wisi lampa, a na ścianach wiszą uprzęże. Wszystko jest schludne i uporządkowane. Uprzęże mają srebrne klamry, a są też mosiężne klamry. Salomon miał świątynię, a w świątyni były tarcze z brązu. Były tam naczynia ze srebra i złota. Salomon był najmądrzejszym człowiekiem na świecie.
  W sobotni wieczór w warsztacie siodlarskim lampy naftowe kołyszą się delikatnie pod sufitem. Wszędzie pełno jest mosiądzu i srebra. Gdy lampy się kołyszą, pojawiają się i znikają maleńkie płomyki. Światła tańczą, słychać męskie głosy, śmiech i dźwięki skrzypiec. Ludzie chodzą tam i z powrotem po ulicy.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IV
  
  DLA CHŁOPCA _ _ Jeśli chodzi o mężczyzn, istnieje świat wyobraźni i świat faktów. Czasami świat faktów jest bardzo ponury.
  Solomon miał srebrne naczynia, miał złote naczynia, ale ojciec Tara Mooreheada nie był Salomonem. Rok po sobotnim wieczorze, kiedy Tar siedział w sklepie ojca i ujrzał jasny blask klamer w migoczących światłach, sklep został sprzedany, by spłacić długi Dicka, a Mooreheadowie zamieszkali w innym mieście.
  Całe lato Dick pracował jako malarz, ale nadeszły mrozy i znalazł pracę. Teraz był tylko robotnikiem w warsztacie siodlarskim, siedzącym na uprzężach dla koni i szyjącym paski. Srebrny zegarek i łańcuszek zniknęły.
  Moorheadowie mieszkali w obskurnym domu, a Tar chorował całą jesień. Wraz z nadejściem jesieni rozpoczął się okres bardzo zimnych dni, po których nastąpił okres łagodnych [ciepłych] dni.
  Tar siedział na ganku, owinięty w koc. Kukurydza na odległych polach była w szoku, a resztki plonów zostały wywiezione. Na pobliskim małym polu, gdzie zbiory kukurydzy były marne, rolnik wyszedł, aby ją zebrać, a następnie popędził krowy na pole, aby skubały łodygi. W lesie gwałtownie opadały czerwone i żółte liście. Z każdym podmuchem wiatru przelatywały niczym jaskrawe ptaki w polu widzenia Tara. Na polu kom krowy, przedzierając się przez suche łodygi kukurydzy, wydawały cichy pomruk.
  Dick Moorehead miał nazwiska, których Tar nigdy wcześniej nie słyszał. Pewnego dnia, gdy siedział na ganku swojego domu, mężczyzna niosący deskę przeszedł obok domu i widząc Dicka Mooreheada wychodzącego przez frontowe drzwi, zatrzymał się i zagadnął do niego. Nazwał Dicka Mooreheada "Majorem".
  "Dzień dobry, majorze!" krzyknął.
  Mężczyzna miał kapelusz na głowie, a on palił fajkę. Gdy odszedł z Dickiem ulicą, Tar wstał z krzesła. To był jeden z tych dni, kiedy czuł się na siłach. Słońce świeciło.
  Chodząc wokół domu, znalazł deskę, która spadła z płotu i próbował ją nieść, tak jak zrobił to mężczyzna na drodze, niosąc ją na ramieniu, gdy szedł tam i z powrotem ścieżką na podwórku, ale deska spadła, a jej koniec uderzył go w głowę, powodując duży guz.
  Tar wrócił i usiadł sam na ganku. Noworodek miał się urodzić. Słyszał, jak jego rodzice rozmawiali o tym tamtej nocy. Z trójką młodszych od siebie dzieci w domu nadszedł czas, żeby dorósł.
  Jego ojciec miał na imię "Kapitan" i "Major". Jego matka, Tara, czasami nazywała męża "Richard". Jak cudownie jest być mężczyzną i mieć tyle imion.
  Tar zaczął się zastanawiać, czy kiedykolwiek stanie się mężczyzną. Jak długo będzie czekać! Jak frustrujące byłoby być chorym i nie móc chodzić do szkoły.
  Dzisiaj, zaraz po posiłku, Dick Moorehead pospiesznie wyszedł z domu. Nie wrócił do domu tego wieczoru, dopóki wszyscy nie poszli spać. W swoim nowym mieście dołączył do orkiestry dętej i należał do kilku lóż. Kiedy nie pracował w sklepie wieczorami, zawsze mógł odwiedzić lożę. Chociaż jego ubranie było sfatygowane, Dick nosił dwie lub trzy jaskrawo kolorowe odznaki na klapach płaszcza, a na specjalne okazje - kolorowe wstążki.
  Pewnego sobotniego wieczoru, gdy Dick wracał ze sklepu, coś się wydarzyło.
  Cały dom to odczuł. Na zewnątrz było ciemno, a obiad dawno powinien był się skończyć. Kiedy dzieci w końcu usłyszały kroki ojca na chodniku prowadzącym od furtki do drzwi wejściowych, wszyscy ucichli.
  Jakież to dziwne. Kroki rozbrzmiały echem na twardym podjeździe i zatrzymały się przed domem. Brama wjazdowa się otworzyła, a Dick okrążył dom i przeszedł do drzwi kuchennych, gdzie czekała reszta rodziny Moorehead. To był jeden z tych dni, kiedy Tar poczuł się silny i podszedł do stołu. Podczas gdy kroki wciąż rozbrzmiewały echem na podjeździe, jego matka stała w milczeniu na środku pokoju, ale gdy przechodzili przez dom, pospieszyła do pieca. Kiedy Dick dotarł do drzwi kuchennych, nie spojrzała na niego i przez cały posiłek, pochłonięta dziwną, nową ciszą, nie odezwała się do męża ani dzieci.
  Dick pił. Wielokrotnie, kiedy wracał do domu tej jesieni, był pijany, ale dzieci nigdy nie widziały go naprawdę nieprzytomnego. Gdy szedł drogą i ścieżką wokół domu, wszystkie dzieci rozpoznawały jego kroki, które jednocześnie nie były jego. Coś było nie tak. Wszyscy w domu to wyczuwali. Każdy krok był niepewny. Ten mężczyzna, być może całkiem świadomie, oddał część siebie jakiejś zewnętrznej sile. Zrzekł się kontroli nad swoimi władzami, umysłem, wyobraźnią, językiem, mięśniami ciała. W tym czasie był całkowicie bezradny w rękach czegoś, czego jego dzieci nie mogły zrozumieć. To był rodzaj ataku na ducha domu. Przy drzwiach kuchennych stracił trochę panowanie nad sobą i musiał szybko się opanować, opierając dłoń o framugę.
  Wszedł do pokoju i odłożył kapelusz, po czym natychmiast podszedł do miejsca, gdzie siedział Tar. "No, no, jak się masz, mała małpko?" - wykrzyknął, stając przed krzesłem Tara i śmiejąc się trochę głupio. Niewątpliwie czuł na sobie wzrok wszystkich, wyczuwał panującą w pomieszczeniu przerażoną ciszę.
  Aby to przekazać, podniósł Tarę i próbował podejść do swojego miejsca na czele stołu i usiąść. O mało nie upadł. "Jaka ty urosłaś" - powiedział do Tary. Nie patrzył na żonę.
  Przebywanie w ramionach ojca było jak na szczycie smaganego wiatrem drzewa. Kiedy Dick odzyskał równowagę, podszedł do krzesła i usiadł, opierając policzek o policzek Tara. Nie golił się od kilku dni, a jego zarośnięta broda wrzynała się Tarowi w twarz, podczas gdy długie wąsy ojca były mokre. Jego oddech pachniał dziwnie i gryząco. Zapach ten sprawił, że Tar poczuł się trochę niedobrze, ale nie płakał. Był zbyt przerażony, by płakać.
  Strach dziecka, strach wszystkich dzieci w pokoju, był czymś wyjątkowym. Poczucie przygnębienia, które przenikało dom od miesięcy, osiągnęło punkt kulminacyjny. Picie Dicka było swego rodzaju potwierdzeniem. "Cóż, życie było zbyt ciężkie. Odpuszczę to. Jest we mnie mężczyzna, ale jest też coś jeszcze. Próbowałem być mężczyzną, ale mi się nie udało. Spójrz na mnie. Teraz stałem się tym, kim jestem. Jak ci się to podoba?"
  Widząc swoją szansę, Tar wyczołgał się z objęć ojca i usiadł obok matki. Wszystkie dzieci w domu instynktownie przysunęły krzesła bliżej podłogi, zostawiając ojca zupełnie samego, z szerokimi, otwartymi przestrzeniami po obu stronach. Tar czuł się gorączkowo potężny. W jego umyśle pojawiały się dziwne obrazy, jeden po drugim.
  Ciągle myślał o drzewach. Teraz jego ojciec był jak drzewo pośrodku rozległej łąki, drzewo miotane wiatrem, wiatrem, którego nikt inny stojący na skraju łąki nie czuł.
  Dziwny mężczyzna, który nagle wszedł do domu, był ojcem Tara, ale nie jego ojcem. Dłonie mężczyzny poruszały się niepewnie. Podawał pieczone ziemniaki na obiad i próbował podać je dzieciom, wbijając widelec w ziemniaka, ale chybił, a widelec uderzył w brzeg talerza. Wydał ostry, metaliczny dźwięk. Próbował dwa lub trzy razy, po czym Mary Moorehead, wstając z krzesła, obeszła stół i wzięła talerz. Gdy wszyscy zostali obsłużeni, jedli w milczeniu.
  Cisza była dla Dicka nie do zniesienia. To było swego rodzaju oskarżenie. Całe jego życie, teraz, gdy był żonaty i miał dzieci, było swego rodzaju oskarżeniem. "Za dużo oskarżeń. Mężczyzna jest, jaki jest. Oczekuje się, że dorośniesz i będziesz mężczyzną, ale co, jeśli nie zostałeś nim stworzony?"
  To prawda, że Dick pił i nie oszczędzał pieniędzy, ale inni mężczyźni robili to samo. "W tym samym mieście jest prawnik, który upija się dwa lub trzy razy w tygodniu, ale spójrzcie na niego. Odnosi sukcesy. Zarabia pieniądze i dobrze się ubiera. Ja jestem kompletnie pomieszany. Szczerze mówiąc, popełniłem błąd, zostając żołnierzem i sprzeciwiając się ojcu i braciom. Zawsze popełniałem błędy. Bycie mężczyzną nie jest takie łatwe, jak się wydaje.
  "Popełniłem błąd, żeniąc się. Kocham moją żonę, ale nic dla niej nie mogę zrobić. Teraz zobaczy mnie takim, jakim jestem. Moje dzieci zobaczą mnie takim, jakim jestem. Co ja z tego będę miał?"
  Dick wpadł w szał. Zaczął mówić, zwracając się nie do żony i dzieci, ale do pieca w kącie pokoju. Dzieci jadły w milczeniu. Wszyscy zbladli.
  Tar odwrócił się i spojrzał na piec. Jakież to dziwne, pomyślał, że dorosły mężczyzna rozmawia z piecem. To było coś, co dziecko takie jak on mogłoby robić, samo w pokoju, ale mężczyzna to mężczyzna. Kiedy ojciec mówił, wyraźnie widział twarze pojawiające się i znikające w ciemności za piecem. Twarze, ożywione głosem ojca, wyłaniały się wyraźnie z ciemności za piecem, a potem równie szybko znikały. Tańczyły w powietrzu, raz większe, raz mniejsze.
  Dick Moorehead przemawiał, jakby wygłaszał mowę. Byli ludzie, którzy, gdy mieszkał w innym mieście i prowadził sklep z uprzężami, gdy był człowiekiem czynu, a nie prostym robotnikiem, jakim był teraz, nie płacili za uprzęże kupowane w jego sklepie. "Jak mam żyć, skoro nie płacą?" - zapytał głośno. Teraz trzymał małego pieczonego ziemniaka na końcu widelca i zaczął nim wymachiwać. Matka Tara spojrzała na talerz, ale jego brat John, siostra Margaret i młodszy brat Robert wpatrywali się w ojca szeroko otwartymi oczami. Co do Matki Tary, gdy działo się coś, czego nie [rozumiała lub czego nie pochwalała], chodziła po domu z dziwnym, zagubionym spojrzeniem w oczach. Oczy były przestraszone. Przerażały Dicka Mooreheada i dzieci. Wszyscy stali się nieśmiali, przestraszeni. Była jakby uderzona, a patrząc na nią, od razu czuło się, że cios został zadany z własnej ręki.
  Pokój, w którym teraz siedzieli Mooreheadowie, oświetlała jedynie mała lampa naftowa na stole i światło z pieca. Ponieważ było już późno, zapadł zmrok. W piecu kuchennym było wiele szczelin, przez które od czasu do czasu wpadał popiół i kawałki rozżarzonego węgla. Piec był podłączony drutami. Mooreheadowie rzeczywiście byli wtedy w bardzo trudnej sytuacji. Dotarli do najniższego punktu we wszystkich wspomnieniach Tary z jego dzieciństwa.
  Dick Moorehead stwierdził, że jego sytuacja życiowa jest tragiczna. W domu, przy stole, wpatrywał się w ciemność kuchennego pieca i myślał o mężczyznach, którzy byli mu winni pieniądze. "Spójrzcie na mnie. Jestem w pewnej sytuacji. No cóż, mam żonę i dzieci. Muszę wyżywić dzieci, a ci mężczyźni są mi winni pieniądze, ale nie chcą mi zapłacić. Jestem zdesperowany, a oni się ze mnie śmieją. Chcę zrobić swoją część jak mężczyzna, ale jak to zrobić?"
  Pijany mężczyzna zaczął wykrzykiwać długą listę nazwisk osób, które, jak twierdził, były mu winne pieniądze, a Tar słuchał ze zdumieniem. Dziwne, że kiedy dorósł i został gawędziarzem, Tar pamiętał wiele nazwisk, które jego ojciec wypowiedział tamtego wieczoru. Wiele z nich później przypisano postaciom z jego opowieści.
  Jego ojciec wymieniał nazwiska i potępiał ludzi, którzy nie zapłacili za uprzęże kupione, gdy był zamożny i miał własny sklep, ale Tar później nie skojarzył tych nazwisk ze swoim ojcem ani z jakąkolwiek niesprawiedliwością, jaka mu się wyrządziła.
  Coś się stało [Tarowi]. [Tar] siedział na krześle obok swojej matki, zwrócony twarzą do pieca w kącie.
  Światło migotało na ścianie. Mówiąc, Dick trzymał na widelcu małego pieczonego ziemniaka.
  Pieczony ziemniak rzucał tańczące cienie na ścianę.
  Zaczęły pojawiać się kontury twarzy. Gdy Dick Moorehead przemówił, w cieniach zaczął się ruch.
  Wymieniano nazwiska jedno po drugim, a potem pojawiały się twarze. Gdzie Tar widział te twarze wcześniej? To były twarze ludzi przejeżdżających obok domu w Moorhead, twarze widziane w pociągach, twarze widziane z siedzenia bryczki, kiedy Tar wyjechał z miasta.
  Był tam mężczyzna ze złotym zębem i starzec w kapeluszu nasuniętym na oczy, a za nimi podążali inni. Mężczyzna, który trzymał deskę na ramieniu i zwracał się do ojca Tara "majorem", wyszedł z cienia i stanął, patrząc na Tara. Choroba, na którą Tar cierpiał i z której zaczął wracać do zdrowia, właśnie powracała. Pęknięcia w piecu tworzyły tańczące płomienie na podłodze.
  Twarze, które Tar widział, pojawiały się nagle w ciemności, a potem znikały tak szybko, że nie mógł nawiązać kontaktu z ojcem. Każda twarz zdawała się żyć własnym życiem.
  Ojciec mówił dalej ochrypłym, gniewnym głosem, a twarze pojawiały się i znikały. Posiłek trwał nadal, ale Tar nie jadł. Twarze, które widział w cieniach, nie przerażały go; napełniały dziecko zdumieniem.
  Siedział przy stole, zerkając od czasu do czasu na rozgniewanego ojca, a potem na mężczyzn, którzy tajemniczo weszli do pokoju. Jakże się cieszył, że jego matka była obecna. Czy inni widzieli to samo, co on?
  Twarze tańczące na ścianach pokoju były twarzami mężczyzn. Pewnego dnia on sam miał stać się mężczyzną. Obserwował i czekał, ale gdy ojciec mówił, nie skojarzył twarzy ze słowami potępienia, które płynęły z jego ust.
  Jim Gibson, Curtis Brown, Andrew Hartnett, Jacob Wills - mężczyźni z wiejskiego Ohio, którzy kupili uprzęże od małego producenta, a potem nie zapłacili. Same nazwy były przedmiotem refleksji. Nazwy były jak domy, jak obrazy, które ludzie wieszają na ścianach swoich pokoi. Kiedy widzisz obraz, nie widzisz tego, co widziała osoba, która go namalowała. Kiedy wchodzisz do domu, nie czujesz tego, co czują ludzie w nim mieszkający.
  Wymienione imiona tworzą pewne wrażenie. Dźwięki również tworzą obrazy. Zbyt wiele zdjęć. Kiedy jest się dzieckiem i jest się chorym, obrazy nawarstwiają się zbyt szybko.
  Teraz, gdy był chory, Tar spędzał zbyt dużo czasu w samotności. W deszczowe dni siadał przy oknie, a w pogodne - na krześle na ganku.
  Choroba zmusiła go do nawykowego milczenia. Podczas jego choroby starszy brat Tary, John, i jego siostra Margaret byli dla niego życzliwi. John, zajęty pracami na podwórku i w trasie, często odwiedzany przez innych chłopców, przyszedł przynieść mu kulki, a Margaret przyszła, żeby z nim posiedzieć i opowiedzieć mu o wydarzeniach w szkole.
  Tar siedział, rozglądając się i nic nie mówiąc. Jak mógł komukolwiek powiedzieć, co się dzieje w jego wnętrzu? Zbyt wiele się działo. Nie mógł nic zrobić swoim słabym ciałem, ale w jego wnętrzu szalała intensywna aktywność.
  W środku było coś dziwnego, coś, co ciągle się rozpadało i znów składało. Tar tego nie rozumiał i nigdy nie zrozumie.
  Najpierw wszystko wydawało się odległe. Na poboczu drogi przed domem Moorheadów drzewo co chwila wyskakiwało z ziemi i unosiło się w powietrze. Mama Tary przychodziła, żeby posiedzieć z nim w pokoju. Zawsze była w pracy. Kiedy nie pochylała się nad pralką czy deską do prasowania, szyła. Ona, krzesło, na którym siedziała, nawet ściany pokoju zdawały się unosić w powietrzu. Coś w Tarze nieustannie walczyło, żeby wszystko odłożyć na swoje miejsce. Gdyby tylko wszystko pozostało na swoim miejscu, jakie spokojne i przyjemne byłoby życie.
  Tar nic nie wiedział o śmierci, ale się bał. To, co powinno być małe, stało się duże, to, co powinno pozostać duże, stało się małe. Często dłonie Tara, białe i drobne, zdawały się oddzielać od jego własnych i odpływać. Unosiły się nad wierzchołkami drzew widocznymi przez okno, niemal znikając w niebie.
  Zadaniem Tara było pilnowanie, żeby nic nie zniknęło. To był problem, którego nie potrafił nikomu wyjaśnić i który całkowicie go pochłaniał. Często drzewo wyłaniające się z ziemi i odpływające w dal stawało się czarną kropką na niebie, ale jego zadaniem było utrzymanie go w zasięgu wzroku. Jeśli straciłeś drzewo z oczu, straciłeś wszystko z oczu. Tar nie wiedział, dlaczego tak było, ale tak było. Zachowywał ponurą minę.
  Gdyby trzymał się drzewa, wszystko wróciłoby do normy. Pewnego dnia znów by się zaadaptował.
  Jeśli Tar wytrzyma, wszystko w końcu się ułoży. Był tego absolutnie pewien.
  Twarze na ulicy przed domami, w których mieszkali Mooreheadowie, czasami pojawiały się w wyobraźni chorego chłopca, tak samo jak teraz te twarze unosiły się na ścianie za kuchenką w kuchni Mooreheadów.
  Ojciec Tara wciąż wymieniał nowe nazwiska, a nowe twarze wciąż się pojawiały. Tar zrobił się bardzo blady.
  Twarze na ścianie pojawiały się i znikały szybciej niż kiedykolwiek. Małe, białe dłonie Thara zacisnęły się na krawędziach krzesła.
  Gdyby miał poddać próbie śledzenie wzrokiem wszystkich twarzy, czy powinien podążać za nimi tak, jak podążał za drzewami, które zdawały się unosić w powietrzu?
  Twarze stały się wirującą masą. Głos ojca wydawał się odległy.
  Coś się wyślizgnęło. Dłonie Tara, mocno zaciśnięte na krawędziach krzesła, rozluźniły uścisk i z cichym westchnieniem zsunął się z krzesła na podłogę, w ciemność.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ V
  
  W MIESZKANIU Dzielnice amerykańskich miast, wśród biedoty w małych miasteczkach - dziwne rzeczy dla chłopca. Większość domów w małych miasteczkach Środkowego Zachodu nie ma godności. Są tandetnie zbudowane, sklecone na siłę. Ściany są cienkie. Wszystko robione w pośpiechu. To, co dzieje się w jednym pokoju, jest znane dziecku, które jest chore w sąsiednim pokoju. Cóż, on nic nie wie. Inną rzeczą jest to, co czuje. Nie potrafi powiedzieć, co czuje.
  Czasami Tar miał żal do ojca, a także do faktu, że miał młodsze dzieci. Chociaż wciąż był osłabiony chorobą, w tym czasie, po epizodzie alkoholowym, jego matka była w ciąży. Nie znał tego słowa, nie był pewien, czy urodzi się kolejne dziecko. A jednak wiedział.
  Czasami w ciepłe, pogodne dni siadał w bujanym fotelu na werandzie. W nocy leżał na łóżku polowym w pokoju obok pokoju rodziców, na dole. John, Margaret i Robert spali na górze. Niemowlę leżało w łóżku z rodzicami. Było jeszcze jedno dziecko, jeszcze się nie narodziło.
  Tar już wiele widział i słyszał.
  Zanim zachorował, jego matka była wysoka i szczupła. Podczas gdy pracowała w kuchni, dziecko leżało na krześle wśród poduszek. Przez chwilę karmiono je piersią. Potem zaczęło się karmić butelką.
  Co za mała świnka! Oczy dziecka były lekko zmrużone. Płakał jeszcze zanim wziął butelkę, ale gdy tylko włożył ją do buzi, przestał. Jego maleńka twarz poczerwieniała. Kiedy butelka była pusta, dziecko zasnęło.
  Kiedy w domu jest dziecko, zawsze czuć nieprzyjemne zapachy. Kobietom i dziewczynkom to nie przeszkadza.
  Kiedy twoja matka nagle staje się okrągła jak beczka, musi być ku temu powód. John i Margaret wiedzieli. To już się zdarzało. Niektóre dzieci nie odnoszą do własnego życia tego, co widzą i słyszą wokół siebie. Inne tak. Trójka starszych dzieci nie rozmawiała ze sobą o tym, co dzieje się w powietrzu. Robert był za mały, żeby to wiedzieć.
  Kiedy jesteś dzieckiem i chorym, tak jak Tar wtedy, w twoim umyśle wszystko, co ludzkie, miesza się ze zwierzęcym. Koty wrzeszczały nocą, krowy ryczały w oborach, psy biegały stadami po drodze przed domem. Coś zawsze się porusza - w ludziach, zwierzętach, drzewach, kwiatach, trawach. Jak masz odróżnić, co jest obrzydliwe, a co dobre? Na świat przychodziły kocięta, cielęta, źrebięta. Sąsiadki rodziły dzieci. Kobieta, która mieszkała w pobliżu Moorheads, urodziła bliźnięta. Sądząc po tym, co mówili ludzie, mało prawdopodobne, by mogło wydarzyć się coś bardziej tragicznego.
  Chłopcy w małych miasteczkach, po szkole, piszą na płotach kredą skradzioną z klasy. Rysują na ścianach stodół i na chodnikach.
  Jeszcze zanim poszedł do szkoły, Tar [coś wiedział]. [Skąd wiedział?] Być może choroba go [uświadomiła]. Czuł w sobie dziwne uczucie - narastał w nim strach. Jego matka, jego własna krewna, wysoka kobieta, która chodziła po domu Moorhead i zajmowała się obowiązkami domowymi, była w jakiś sposób w to zamieszana.
  Choroba Tara komplikowała sytuację. Nie mógł biegać po podwórku, grać w piłkę ani wyruszać na pełne przygód wycieczki na pobliskie pola. Kiedy dziecko napiło się z butelki i zasnęło, matka przyniosła mu robótkę i usiadła obok. W domu panował spokój. Gdyby tylko wszystko mogło tak pozostać. Od czasu do czasu jej dłoń głaskała go po włosach, a kiedy przestawała, chciał ją prosić, żeby robiła to zawsze, ale nie potrafił wykrztusić z siebie ani słowa.
  Dwóch chłopców z miasta, w wieku Johna, pewnego dnia wybrało się w miejsce, gdzie mały strumień przecinał ulicę. Był tam drewniany mostek z przerwami między deskami, a chłopcy przeczołgali się pod nim i długo leżeli cicho. Chcieli coś zobaczyć. Później dotarli na podwórze Moorheadów i rozmawiali z Johnem. Ich pobyt pod mostem miał coś wspólnego z kobietami przechodzącymi przez most. Kiedy dotarli do domu Moorheadów, Tar siedział wśród poduszek w słońcu na ganku, a kiedy zaczęli rozmawiać, udawał, że śpi. Chłopiec, który opowiedział Johnowi o przygodzie, szeptał, gdy dotarł do najważniejszej części, ale dla Tara, leżącego na poduszkach z zamkniętymi oczami, sam dźwięk szeptu chłopca był jak rozdzieranie tkaniny. To było jak rozdzieranie zasłony, a ty stawałeś twarzą w twarz z czymś? [Może nagość. Potrzeba czasu i dojrzałości, aby nabrać sił do konfrontacji z nagością. Niektórzy nigdy tego nie rozumieją. Dlaczego mieliby? Marzenie może być ważniejsze niż rzeczywistość. Zależy czego chcesz.
  Innego dnia Tar siedział na tym samym krześle na ganku, podczas gdy Robert bawił się na zewnątrz. Poszedł drogą w kierunku boiska i wkrótce wrócił biegiem. Na boisku zobaczył coś, co chciał Tarowi pokazać. Nie potrafił powiedzieć, co to było, ale jego oczy były duże i okrągłe, a on sam szeptał jedno słowo w kółko. "Chodź, chodź" - szepnął, a Tar wstał z krzesła i poszedł za nim.
  Tar był wtedy tak słaby, że spiesząc za Robertem, musiał kilka razy zatrzymywać się, żeby usiąść przy drodze. Robert niespokojnie tańczył w kurzu na środku drogi. "Co to jest?" - pytał Tar, ale jego młodszy brat nie potrafił odpowiedzieć. Gdyby Mary Moorehead nie była tak zajęta dzieckiem, które już się urodziło, i tym, które miało się urodzić, mogłaby zostawić Tara w domu. Przy takiej liczbie dzieci, jedno się gubi.
  Dwoje dzieci podeszło do skraju pola otoczonego płotem. Pomiędzy płotem a drogą rosły krzewy bzu i jagód, które teraz kwitły. Tar i jego brat wdrapali się na krzaki i wyjrzeli przez płot, między sztachety.
  To, co zobaczyli, było dość zdumiewające. Nic dziwnego, że Robert był podekscytowany. Maciora właśnie urodziła prosięta. Musiało się to stać, gdy Robert biegł do domu [po Tarę].
  Świnka stała twarzą do drogi i dwójki swoich dzieci [z szeroko otwartymi oczami]. Tar mógł spojrzeć jej prosto w oczy. Dla niej to wszystko było częścią codziennej pracy, częścią życia świni. Działo się to dokładnie wtedy, gdy wiosną drzewa zieleniły się, gdy krzewy jagodowe kwitły, a później owocowały.
  Tylko drzewa, trawa i krzewy jagodowe zasłaniały wszystko. Drzewa i krzewy nie miały oczu, po których przemykały cienie bólu.
  Matka Świnka stała przez chwilę, a potem się położyła. Wciąż zdawała się patrzeć prosto na Tar. Obok niej na trawie było coś - wijąca się masa życia. Tajemne, wewnętrzne życie świń zostało objawione dzieciom. Matka Świnka miała szorstkie, białe włosy rosnące z nosa, a jej oczy były ciężkie ze zmęczenia. Oczy matki Tar często wyglądały tak. Dzieci były tak blisko Matki Świnki, że Tar mógł wyciągnąć rękę i dotknąć jej włochatego pyska. Po tym poranku zawsze pamiętał spojrzenie w jej oczach, wijące się stworzenia obok niej. Kiedy dorósł i sam był zmęczony lub chory, spacerował ulicami miasta i widział wielu ludzi z tym spojrzeniem w oczach. Ludzie tłoczący się na ulicach miasta, w miejskich blokach mieszkalnych, przypominali wijące się stworzenia na trawie na skraju pola w Ohio. Kiedy zwrócił wzrok na chodnik lub zamknął go na chwilę, ponownie widział świnię próbującą podnieść się na drżących nogach, kładącą się na trawie, a potem wstającą zmęczoną.
  Przez chwilę Tar obserwował rozgrywającą się przed nim scenę, a potem, leżąc na trawie pod starszymi, zamknął oczy. Jego brat Robert zniknął. Wpełzł w gęstsze zarośla, już w poszukiwaniu nowych przygód.
  Mijał czas. Kwiaty bzu czarnego przy płocie pachniały obficie, a pszczoły przylatywały rojami. Wydawały cichy, głuchy dźwięk w powietrzu nad głową Thara. Czuł się bardzo słaby i chory i zastanawiał się, czy uda mu się wrócić [do domu]. Gdy tak leżał, przeszedł mężczyzna i, jakby wyczuwając obecność chłopca pod krzakami, zatrzymał się i spojrzał na niego.
  Był szaleńcem, który mieszkał kilka domów dalej od Moorheads, na tej samej ulicy. Miał trzydzieści lat, ale umysł czterolatka. Każde miasteczko na Środkowym Zachodzie ma takie dzieciaki. Są łagodne przez całe życie, albo któreś z nich nagle staje się agresywne. W małych miasteczkach mieszkają z krewnymi, zazwyczaj pracującymi, i wszyscy ich zaniedbują. Ludzie dają im stare ubrania, za duże lub za małe na ich ciała.
  [Cóż, są bezużyteczne. Nic nie zarabiają. Trzeba je karmić i zapewnić im miejsce do spania, dopóki nie umrą.]
  Szaleniec nie widział Tary. Być może słyszał, jak matka siana przechadza się po polu za krzakami. Teraz stała, a prosięta - pięć sztuk - myły się i przygotowywały do życia. Były już zajęte szukaniem pożywienia. Podczas karmienia prosięta wydają dźwięki podobne do dziecięcych. Mrużą też oczy. Ich pyszczki robią się czerwone, a po jedzeniu zasypiają.
  Czy karmienie prosiąt ma sens? Rosną szybko i można je sprzedać za pieniądze.
  Półgłówek wstał i spojrzał na pole. Życie potrafi być komedią, zrozumiałą tylko dla ludzi o ograniczonych umysłach. Mężczyzna otworzył usta i cicho się zaśmiał. W pamięci Tary ta scena i ta chwila pozostały wyjątkowe. Później zdawało mu się, że w tamtej chwili śmiały się niebo nad nim, kwitnące krzewy, pszczoły brzęczące w powietrzu, a nawet ziemia, na której leżał.
  [A potem] urodziło się nowe dziecko [Moorheadów]. Stało się to w nocy. Takie rzeczy zazwyczaj się zdarzają. Tar był w salonie domu [Moorheadów], całkowicie przytomny, ale udało mu się sprawić wrażenie, że śpi.
  Tej nocy, kiedy to się zaczęło, rozległ się jęk. Nie brzmiał jak głos matki Tara. Nigdy nie jęczała. Potem na łóżku w sąsiednim pokoju coś się niespokojnie poruszyło. Dick Moorehead [obudził się]. "Może lepiej wstać?" odpowiedział cichy głos i rozległo się kolejne jęknięcie. Dick pospiesznie się ubrał. Wszedł do salonu z lampą w dłoniach i zatrzymał się przy łóżku Tara. "Śpi [tutaj]. Może lepiej go obudzić i zanieść na górę?" Kolejne szepty zostały przechwycone przez [kolejne] jęki. Lampa w sypialni rzucała słabe światło przez otwarte drzwi do pokoju.
  Postanowili pozwolić mu zostać. Dick włożył płaszcz i wyszedł tylnymi drzwiami kuchennymi. Włożył płaszcz, ponieważ padał deszcz. Deszcz uderzał jednostajnie o ścianę domu. Tar słyszał jego kroki na deskach prowadzących wokół domu do frontowej bramy. Deski po prostu porzucono, niektóre z nich były stare i wypaczone. Trzeba było uważać, stąpając po nich. W ciemności Dick nie miał szczęścia. Wymamrotał przekleństwo pod nosem. Stał [tam] w deszczu, pocierając goleń. Tar usłyszał jego kroki na chodniku na zewnątrz, a potem dźwięk ucichł. Zginął w jednostajnym stukocie deszczu o boczne ściany domu.
  [ўTar leżał], nasłuchując uważnie. Był jak młoda przepiórka chowając się pod liśćmi, podczas gdy pies grasuje po polu. W jego ciele nie drgnął ani jeden mięsień. W domu takim jak Moorheadowie dziecko nie biegnie instynktownie do matki. Miłość, ciepło, naturalne przejawy [czucia] - wszystkie te [impulsy] zostały pogrzebane. Tar musiał żyć swoim życiem, leżeć cicho i czekać. Większość rodzin na Środkowym Zachodzie [w dawnych czasach] tak właśnie wyglądała.
  Tar leżał [w łóżku] i słuchał [długo]. Jego matka cicho jęknęła. Poruszyła się na łóżku. Co się dzieje?
  Tar wiedział, bo widział świnie urodzone na polu, [on] wiedział, bo to, co działo się w domu Moorheadów, zawsze zdarzało się w jakimś domu na końcu ulicy, gdzie mieszkali Moorheadowie. Przytrafiało się to sąsiadom, koniom, psom i krowom. Z jaj wykluwały się kury, indyki i ptaki. Było o wiele lepiej. Matka ptak nie jęczała z bólu [podczas tego zdarzenia].
  Byłoby lepiej, pomyślał Tar, gdyby nie zobaczył tego stworzenia na polu, gdyby nie zobaczył bólu w oczach świni. Jego własna choroba była czymś wyjątkowym. Jego ciało czasami słabło, ale nie odczuwał bólu. To były sny, zniekształcone sny, które nigdy się nie kończyły. W trudnych chwilach zawsze musiał się czegoś trzymać, żeby nie popaść w zapomnienie, w jakieś czarne, zimne, ponure miejsce.
  Gdyby Tar nie widział matki siejącej na polu, gdyby starsi chłopcy nie przyszli na podwórze i nie porozmawiali [z Johnem]...
  Matka świnia, stojąca na polu, odczuwała ból w oczach i wydawała dźwięk przypominający jęk.
  Miała długie, brudnobiałe włosy na nosie.
  Dźwięk dochodzący z sąsiedniego pokoju zdawał się nie pochodzić od matki Tara. Była dla niego czymś pięknym. [Narodziny były okropne i szokujące. To nie mogła być ona.] [Trzymał się tej myśli. To, co się działo, było szokujące. To nie mogło się jej przydarzyć.] To była pocieszająca myśl [kiedy się pojawiła]. Trzymał się [tej myśli]. Choroba nauczyła go pewnej sztuczki. Kiedy [czuł, że zaraz spadnie w ciemność, w nicość, po prostu się trzymał. Było w nim coś, co mu pomagało.
  Pewnej nocy, w trakcie oczekiwania, Tar wyczołgał się z łóżka. Był absolutnie pewien, że matki nie ma w sąsiednim pokoju, że to nie jej jęki tam słychać, ale chciał mieć absolutną pewność. Podkradł się do drzwi i zajrzał. Kiedy opuścił stopy na podłogę i wyprostował się, jęki w pokoju ucichły. "Widzisz", powiedział sobie, "to, co słyszałem, to była tylko fantazja". Po cichu wrócił do łóżka, a jęki znów się rozległy.
  Jego ojciec przyjechał z lekarzem. Nigdy wcześniej nie był w tym domu. Takie rzeczy dzieją się niespodziewanie. Lekarz, do którego miałeś się udać, opuścił miasto. Pojechał odwiedzić pacjenta na wsi. Starasz się, jak możesz.
  Lekarz [który przybył] był rosłym mężczyzną o donośnym głosie. Wszedł do domu z donośnym głosem, a wraz z nim przyszła sąsiadka. Ojciec Tara podszedł i zamknął drzwi prowadzące do sypialni.
  Znów wstał z łóżka, ale nie podszedł do drzwi sypialni. Ukląkł przy łóżeczku i macał, aż w końcu chwycił poduszkę, po czym zakrył twarz. Przycisnął poduszkę do policzków. W ten sposób mógł zablokować wszelkie dźwięki.
  To, co Tar osiągnął [przyciskając miękką poduszkę do ucha, chowając twarz w zużytej poduszce], to poczucie bliskości z matką. Nie mogła stać w sąsiednim pokoju i jęczeć. Gdzie ona była? Poród był sprawą świata świń, krów i koni [i innych kobiet]. To, co działo się w sąsiednim pokoju, nie działo się z nią. Jego własny oddech po tym, jak twarz była na chwilę zagrzebana w poduszce, sprawiał, że było tam ciepło. Głuchy odgłos deszczu za domem, donośny głos lekarza, dziwny, przepraszający głos ojca, głos sąsiada - wszystkie dźwięki były stłumione. Jego matka gdzieś odeszła, ale on mógł zachować myśli o niej. To była sztuczka, której nauczyła go choroba.
  Raz czy dwa, odkąd był już wystarczająco duży, by rozumieć takie rzeczy, a zwłaszcza po chorobie, matka wzięła go w ramiona i przycisnęła jego twarz [a więc w dół] do swojego ciała. Działo się to w czasie, gdy najmłodsze dziecko w domu spało. Gdyby nie było dzieci, zdarzałoby się to częściej.
  Zakopując twarz w poduszce i ściskając ją dłońmi, osiągnął iluzję.
  [Cóż, on] nie chciał, żeby jego matka miała kolejne dziecko. Nie chciał, żeby leżała w łóżku i jęczała. Chciał, żeby była z nim w ciemnym pokoju [przednim].
  Wyobrażając sobie, mógłby ją tam [zaprowadzić]. Jeśli masz iluzję, trzymaj się jej.
  Tar nadal był ponury. Czas mijał. Kiedy w końcu uniósł twarz znad poduszki, w domu panowała cisza. Ta cisza trochę go przerażała. Teraz uważał się za całkowicie przekonanego, że nic się nie stało.
  Podszedł cicho do drzwi sypialni i cicho je otworzył.
  Na stole stała lampa, a jego matka leżała na łóżku z zamkniętymi oczami. Była bardzo blada. Dick Moorehead siedział w kuchni na krześle przy piecu. Był przemoczony, bo wyszedł na deszcz, żeby wysuszyć ubrania.
  Sąsiadka miała wodę w garnku i coś myła.
  Tar stał przy drzwiach, aż noworodek zaczął płakać. Teraz trzeba go było ubrać. Teraz miał zacząć nosić ubrania. Nie był jak prosiaczek, szczeniak czy kociak. Ubrania na nim nie rosły. Trzeba było się nim opiekować, ubierać i myć. Po pewnym czasie zaczął się sam ubierać i myć. Tar już to zrobił.
  Teraz mógł zaakceptować fakt narodzin dziecka. To kwestia narodzin była dla niego nie do zniesienia. Teraz stało się. [Nie dało się już nic z tym zrobić.]
  Stał przy drzwiach, drżąc, a kiedy dziecko zaczęło płakać, matka otworzyła oczy. Płakało już wcześniej, ale Tar, przyciskając poduszkę do uszu, nie słyszał. Ojciec, siedzący w kuchni, nie poruszył się [ani nie podniósł wzroku]. Siedział i wpatrywał się w rozpalony piec [postać o zniechęconym wyglądzie]. Z jego [mokrych] ubrań unosiła się para.
  Nic się nie poruszyło, oprócz oczu matki Tary, i nie wiedział, czy widziała go stojącego, czy nie. Oczy zdawały się patrzeć na niego z wyrzutem, a on cicho wycofał się z pokoju w ciemność [przedniego pokoju].
  Rano Tar poszedł do sypialni z Johnem, Robertem i Margaret. Margaret natychmiast podeszła do noworodka. Pocałowała go. Tar nie spojrzał. On, John i Robert stali u stóp łóżka i nic nie mówili. Coś poruszyło się pod kocem obok matki. Powiedziano im, że to chłopiec.
  Wyszli na zewnątrz. Po nocnym deszczu poranek był jasny i pogodny. Na szczęście dla Johna, na ulicy pojawił się chłopiec w jego wieku, zawołał go i pospiesznie odszedł.
  Robert wszedł do drewutni za domem. Pracował tam przy drewnie.
  No cóż, był cały i zdrowy, podobnie jak Tar [teraz]. Najgorsze już za nim. Dick Moorehead spacerował po centrum i wpadał do saloonu. Miał ciężką noc i chciał się napić. Pijąc, opowiadał barmanowi nowiny, a barman się uśmiechał. John opowiadał o nich chłopakowi z sąsiedztwa. Może już wiedział. Takie wieści szybko się rozchodzą w małym miasteczku. [Przez kilka dni] chłopcy i ich ojciec byli [pół] zawstydzeni, [z] jakimś dziwnym, skrywanym wstydem, a potem to mijało.
  Z czasem [wszyscy] zaakceptują noworodka jako swoje własne.
  Tar był osłabiony po nocnej przygodzie, podobnie jak jego matka. John i Robert czuli to samo. [To była dziwna, trudna noc w domu, a teraz, kiedy już minęła, Tar poczuł ulgę.] Nie będzie musiał o tym [ponownie myśleć]. Dziecko to tylko dziecko, ale [dla chłopca] nienarodzone dziecko w domu to coś [cieszy się, że przychodzi na świat].
  OceanofPDF.com
  CZĘŚĆ II
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VI
  
  HENRY FULTON był chłopcem o szerokich ramionach i grubej głowie, znacznie większym od Tara. Mieszkali w tej samej części miasta w Ohio i kiedy Tar szedł do szkoły, musiał mijać dom Fultona. Na brzegu strumienia, niedaleko mostu, stał mały, szkieletowy dom, a za nim, w małej dolinie utworzonej przez strumień, rozciągało się pole kukurydzy i zarośla nieużytków. Matka Henry'ego była pulchną, rumianą kobietą, która chodziła boso po podwórku. Jej mąż jeździł wozem. Tar mógł chodzić do szkoły inną drogą. Mógł spacerować wzdłuż nasypu kolejowego lub okrążać staw wodociągowy, położony prawie pół mili od drogi.
  Było fajnie na nasypie kolejowym. Było pewne ryzyko. Taru musiał przejść przez most kolejowy zbudowany wysoko nad strumieniem i kiedy znalazł się na środku, spojrzał w dół. Potem nerwowo rozejrzał się po torach i przeszedł go dreszcz. Co jeśli za chwilę nadjedzie pociąg? Zaplanował, co zrobi. Położył się płasko na torach, pozwalając pociągowi przejechać po sobie. Chłopak w szkole opowiedział mu o innym chłopaku, który to zrobił. Powiem wam, że to wymagało odwagi. Trzeba leżeć płasko jak na naleśniku i nie ruszać ani jednym mięśniem.
  A potem nadjeżdża pociąg. Maszynista cię widzi, ale nie może go zatrzymać. Pędzi dalej. Jeśli teraz zachowasz spokój, będziesz miał co opowiadać. Niewielu chłopców zostało potrąconych przez pociąg i wyszło z tego bez szwanku. Czasami, gdy Tar szedł do szkoły nasypem kolejowym, prawie marzył o pociągu. Musiał to być ekspres pasażerski, jadący sto kilometrów na godzinę. Jest coś takiego jak "ssanie", na co trzeba uważać. Tar i jego szkolny kolega rozmawiali o tym. "Pewnego dnia chłopiec stał przy torach, gdy przejechał pociąg. Podszedł za blisko. Ssanie wciągnęło go prosto pod pociąg. To ssanie cię ciągnie. Nie ma ramion, ale lepiej uważaj."
  Dlaczego Henry Fulton zaatakował Tara? John Moorehead przeszedł obok jego domu bez namysłu. Nawet mały Robert Moorehead, teraz w swojej bawialni w szkole podstawowej, przeszedł tamtędy bez namysłu. Pytanie brzmi, czy Henry naprawdę chciał uderzyć Tara? Skąd Tar mógł wiedzieć? Kiedy Henry zobaczył Tara, krzyknął i rzucił się na niego. Henry miał dziwne, małe, szare oczy. Jego rude włosy sterczały na głowie, a kiedy rzucił się na Tara, wybuchnął śmiechem, a Tar zatrząsł się ze śmiechu, jakby szedł po moście kolejowym.
  A teraz o ssaniu - kiedy złapią cię podczas przechodzenia przez most kolejowy. Kiedy nadjeżdża pociąg, musisz włożyć koszulę w spodnie. Jeśli koniec koszuli wystaje, zaczepia się o coś obracającego się pod pociągiem i jesteś ciągnięty w górę. To dopiero kiełbasa!
  Najlepsza część jest wtedy, gdy pociąg już przejechał. W końcu maszynista wyłącza silnik. Pasażerowie wysiadają. Oczywiście wszyscy są bladzi. Tar leżał przez chwilę nieruchomo, bo już się nie bał. Trochę ich oszukiwał, ot tak, dla zabawy. Kiedy dotarli do niego, biali, zaniepokojeni mężczyźni, zrywał się i odchodził spokojny jak ogórek. Ta historia rozeszła się po całym mieście. Po tym zdarzeniu, gdyby chłopak taki jak Henry Fulton poszedł za nim, zawsze znalazłby się jakiś duży chłopak, który mógłby przejąć rolę Tara. "Cóż, ma odwagę moralną, to wszystko. To właśnie mają generałowie w bitwie. Oni nie walczą. Czasami to są mali ludzie. Można by niemal włożyć Napoleona Bonaparte do szyjki butelki".
  Tar wiedział co nieco o "odwadze moralnej", ponieważ jego ojciec często o niej mówił. To było jak ssanie. Nie dało się tego opisać ani zobaczyć, ale był silny jak koń.
  I tak Tar mógł poprosić Johna Mooreheada, żeby wypowiedział się przeciwko Henry'emu [Fultonowi], ale ostatecznie nie mógł. Nie można mówić starszemu bratu o takich rzeczach.
  Gdyby potrącił go pociąg, mógłby zrobić jeszcze jedną rzecz, gdyby starczyło mu odwagi. Mógłby poczekać, aż pociąg się do niego zbliży. Wtedy mógłby wpaść między dwa podkłady i zawisnąć na rękach jak nietoperz. Może to byłoby najlepsze rozwiązanie.
  Dom, w którym mieszkali teraz Mooreheadowie, był większy niż jakikolwiek, jaki mieli za czasów Tara. Wszystko się zmieniło. Matka Tara głaskała swoje dzieci częściej niż wcześniej, więcej mówiła, a Dick Moorehead spędzał więcej czasu w domu. Teraz zawsze zabierał jedno z dzieci ze sobą, kiedy wracał do domu lub kiedy malował szyldy w soboty. Pił trochę, ale nie tak dużo, jak pił, tylko tyle, żeby móc mówić wyraźnie. Nie trwało to długo.
  Co do Tara, to teraz czuł się dobrze. Był w trzeciej sali szkoły. Robert był w podstawówce. Miała dwoje noworodków: małą Fern, która zmarła miesiąc po jej narodzinach, Willa, który był jeszcze prawie niemowlęciem, i Joe. Chociaż Tar o tym nie wiedział, Fern miała być ostatnim dzieckiem w rodzinie. Z jakiegoś powodu, choć zawsze żywił urazę do Roberta, Will i mały Joe byli świetną zabawą. Tar lubił nawet opiekować się Joe, nie za często, ale od czasu do czasu. Można było go łaskotać w palce, a on wydawał najzabawniejsze dźwięki. Zabawne było pomyśleć, że kiedyś było się w takiej sytuacji: nie można było mówić, nie można było chodzić i trzeba było kogoś karmić.
  Przez większość czasu chłopiec nie rozumiał starszych ludzi i nie było sensu próbować. Rodzice Tary czasami byli tacy, a czasami inni. Gdyby był zależny od matki, nic by się nie stało. Miała dzieci i musiała o nich myśleć po ich narodzinach. Dziecko jest bezużyteczne przez pierwsze dwa, trzy lata, ale koń, niezależnie od wielkości, potrafi pracować i to wszystko w wieku trzech lat.
  Czasami ojciec Tara był w porządku, a czasami się mylił. Kiedy Tar i Robert jechali z nim, malując w soboty tabliczki na płotach, i kiedy nie było w pobliżu starszych ludzi, zostawał sam. K. Czasami opowiadał o bitwie pod Vicksburgiem. Wygrał bitwę. Cóż, przynajmniej powiedział generałowi Grantowi, co ma robić, i ten to zrobił, ale generał Grant nigdy później nie oddał Dickowi zasług. Rzecz w tym, że po zdobyciu miasta generał Grant zostawił ojca Tara na zachodzie z armią okupacyjną, a on zabrał ze sobą na wschód generałów Shermana, Sheridana i wielu innych oficerów, dając im szansę, której Dick nigdy nie miał. Dick nigdy nawet nie awansował. Był kapitanem przed bitwą pod Vicksburgiem i kapitanem po niej. Byłoby lepiej, gdyby nigdy nie powiedział generałowi Grantowi, jak wygrać bitwę. Gdyby Grant zabrał Dicka na wschód, ten nie spędziłby tyle czasu, schlebiając generałowi Lee. Dick wymyśliłby plan. Wymyślił go, ale nikomu o nim nie powiedział.
  Powiem ci co. Jeśli powiesz innemu mężczyźnie, jak coś zrobić, a on to zrobi i zadziała, to później nie będzie cię lubił. Chce całej chwały dla siebie. Jakby nie było jej wystarczająco dużo dla wszystkich. Tacy właśnie są mężczyźni.
  Dick Moorehead radził sobie dobrze, kiedy nie było innych mężczyzn w pobliżu, ale wpuścił kolejnego i co potem? Gadali i gadali, głównie o niczym. Nigdy nie malowałeś prawie żadnych znaków.
  Najlepiej, pomyślał Tar, byłoby mieć przyjaciela, który byłby o prawie dziesięć lat starszy. Tar był mądry. Opuścił już całą klasę w szkole i mógłby ominąć kolejną, gdyby chciał. Może by chciał. Najlepiej byłoby mieć przyjaciela silnego jak wół, ale głupiego. Tar będzie mu dawał lekcje, a on będzie walczył o Tara. No cóż, rano pójdzie do Tara, żeby iść z nim do szkoły. On i Tar minęli dom Henry'ego Fultona. Henry lepiej będzie się trzymał w ukryciu.
  Starzy ludzie miewają dziwne pomysły. Kiedy Tar był w pierwszej klasie szkoły podstawowej (został tam tylko dwa lub trzy tygodnie, bo matka nauczyła go pisać i czytać, gdy był chory), skłamał. Powiedział, że nie rzucił kamieniem, który wybił okno w budynku szkoły, mimo że wszyscy wiedzieli, że to zrobił.
  Tar powiedział, że tego nie zrobił i uparcie trzymał się kłamstwa. Ależ było zamieszania. Nauczyciel przyszedł do domu Moorheadów, żeby porozmawiać z matką Tara. Wszyscy mówili, że gdyby się przyznał, przyznałby się, poczułby się lepiej.
  Tar znosił to już od dawna. Nie pozwolono mu iść do szkoły przez trzy dni. Jakże dziwna była jego matka, tak nierozsądna. Nie spodziewał się tego po niej. Wrócił do domu cały podekscytowany, żeby sprawdzić, czy zapomniała całą tę bezsensowną historię, ale nigdy nie zapomniała. Umówiła się z nauczycielką, że jeśli się przyzna, wszystko będzie dobrze. Nawet Margaret mogłaby to powiedzieć. John miał więcej zdrowego rozsądku. Trzymał się na uboczu, nie powiedział ani słowa.
  I to wszystko była bzdura. Tar w końcu się przyznał. Prawda była taka, że do tego czasu zrobiło się takie zamieszanie, że nie pamiętał, czy rzucił kamieniem, czy nie. Ale co, jeśli rzucił? I co z tego? W oknie była już kolejna szyba. To był tylko mały kamyk. Tar nim nie rzucił. O to właśnie chodziło.
  Gdyby się do czegoś takiego przyznał, zdobyłby uznanie za coś, czego nigdy nie zamierzał zrobić.
  Tar w końcu się przyznał. Oczywiście, czuł się źle od trzech dni. Nikt nie wiedział, jak się czuje. W takich chwilach trzeba mieć odwagę moralną, a tego ludzie nie potrafią zrozumieć. Kiedy wszyscy są przeciwko tobie, co możesz zrobić? Czasami, przez trzy dni, płakał, kiedy nikt nie patrzył.
  To jego matka zmusiła go do przyznania się. Usiadł z nią na werandzie, a ona ponownie powiedziała mu, że jeśli się przyzna, poczuje się lepiej. Skąd wiedziała, że źle się czuje?
  Przyznał się nagle, bez zastanowienia.
  Potem jego matka była zadowolona, nauczyciel był zadowolony, wszyscy byli zadowoleni. Po tym, jak powiedział im to, co uważali za prawdę, poszedł do stodoły. Matka go przytuliła, ale jej ramiona nie czuły się tym razem najlepiej. Lepiej było mu tego nie mówić, kiedy wszyscy będą robić tyle zamieszania [o to], [ale] jak mu się to powie... Przynajmniej przez trzy dni; każdy coś wiedział. Tar mógł się czegoś trzymać, jeśli podjął decyzję.
  Najpiękniejszą rzeczą w miejscu, gdzie mieszkali teraz Moorheadowie, była stodoła. Oczywiście nie było tam ani konia, ani krowy, ale stodoła to stodoła.
  Po tym, jak Tar tym razem się przyznał, poszedł do stodoły i wszedł na pusty strych. Jakież to uczucie pustki w środku - kłamstwo zniknęło. Kiedy się powstrzymał, nawet Margaret, która musiała głosić kazania, poczuła dla niego rodzaj podziwu. Gdyby Tar, kiedy dorośnie, został kiedyś wielkim banitą jak Jesse James albo ktoś inny i zostałby złapany, nigdy więcej nie dodaliby od niego zeznań. Tak postanowił. Zlekceważyłby ich wszystkich. "No to śmiało, powieś mnie". Stojąc na szubienicy, uśmiechnął się i pomachał. Gdyby mu pozwolili, włożyłby odświętne ubranie - całe białe. "Panie i panowie, ja, niesławny Jesse James, zaraz umrę. Mam coś do powiedzenia. Myślicie, że możecie mnie z tego wyciągnąć? No to spróbujcie".
  "Wszyscy możecie iść do diabła, tam możecie pójść."
  Oto jak zrobić coś podobnego. Dorośli mają takie skomplikowane pomysły. Jest tyle rzeczy, których nigdy nie rozumieją.
  Kiedy masz faceta dziesięć lat starszego, pulchnego, ale głupiego, wszystko jest w porządku. Dawno, dawno temu żył sobie chłopiec o imieniu Elmer Cowley. Tar pomyślał, że nadaje się do tej pracy, ale był za głupi. Poza tym, nigdy nie zwracał na Tara uwagi. Chciał być przyjacielem Johna, ale John go nie chciał. "Och, on jest idiotą" - powiedział John. Gdyby tylko nie był taki głupi i nie powiedział Tarowi, co myśli, może to by było właśnie to.
  Problem z takim chłopcem, który był zbyt głupi, polegał na tym, że nigdy nie rozumiał, o co chodzi. Niech Henry Fulton nęka Tarę, gdy rano szykowali się do szkoły, a Elmer prawdopodobnie tylko by się roześmiał. Gdyby Henry zaczął bić Tarę, mógłby się wtrącić, ale nie o to chodziło. Najgorsze nie było to, że ktoś go uderzy. Najgorsze było to, że spodziewał się uderzenia. Jeśli chłopak nie był na tyle mądry, żeby to wiedzieć, to co z niego za pożytek?
  Problem z ominięciem mostu kolejowego czy stawu wodociągowego polegał na tym, że Tar zachowywał się tchórzliwie wobec samego siebie. A co, jeśli nikt nie wiedział? Co za różnica?
  Henry Fulton miał dar, za który Tar oddałby wszystko. Prawdopodobnie chciał go tylko nastraszyć, bo Tar dogonił go w szkole. Henry był prawie dwa lata starszy, ale obaj dzielili pokój i, niestety, obaj mieszkali po tej samej stronie miasta.
  O szczególnym darze Henry'ego. Był naturalnym "olejem". Niektórzy ludzie rodzą się z takim darem. Tar żałował, że go tam nie ma. Henry mógł pochylić głowę i biec przed siebie, i wcale nie bolała go głowa.
  Na szkolnym podwórku wisiał wysoki drewniany płot, a Henry mógł się cofnąć i biec, uderzając w niego z całej siły, a potem po prostu się uśmiechnąć. Słychać było skrzypienie desek. Kiedyś, w domu, w stodole, Tar spróbował tego. Nie pobiegł z pełną prędkością i później cieszył się, że tego nie zrobił. Już bolała go głowa. Jeśli nie masz talentu, to go nie masz. Równie dobrze możesz sobie odpuścić.
  Jedynym darem Tara była jego inteligencja. Nic nie kosztuje, żeby dostać takie lekcje, jakie dostaje się w szkole. W twojej klasie zawsze jest pełno głupków i cała klasa musi na nich czekać. Jeśli masz odrobinę zdrowego rozsądku, nie będziesz musiał się wysilać. Chociaż bycie mądrym to nic przyjemnego. Jaki z tego pożytek?
  Chłopiec taki jak Henry Fulton był zabawniejszy niż tuzin bystrych chłopców. Na przerwie wszyscy inni chłopcy gromadzili się wokół niego. Tar trzymał się w cieniu tylko dlatego, że Henry wpadł na pomysł, by pójść w jego ślady.
  Na podwórku szkolnym znajdowało się wysokie ogrodzenie. Podczas przerw dziewczynki bawiły się po jednej stronie ogrodzenia, a chłopcy po drugiej. Margaret była tam, po drugiej stronie, z dziewczynkami. Chłopcy rysowali na ogrodzeniu. Rzucali przez nie kamieniami, a zimą śnieżkami.
  Henry Fulton strącił głową jedną z desek. Kilku starszych chłopców go do tego namawiało. Henry był naprawdę głupi. Mógł zostać najlepszym przyjacielem Tara, najlepszym w szkole, biorąc pod uwagę jego talent, ale tak się nie stało.
  Henry pobiegł z pełną prędkością w stronę ogrodzenia, a potem znowu pobiegł. Deska zaczęła lekko uginać się pod ciężarem. Zaczęła skrzypieć. Dziewczyny po ich stronie wiedziały, co się dzieje, a wszyscy chłopcy zebrali się wokół. Tar był tak zazdrosny o Henry'ego, że aż go bolało.
  Huk, głowa Henry'ego uderzyła w płot, potem szarpnął się do tyłu, bum, i cios nastąpił ponownie. Powiedział, że w ogóle nie bolało. Może kłamał, ale głowa musiała być silna. Reszta chłopców podeszła, żeby to sprawdzić. Nie było ani jednego guza.
  A potem deska się załamała. Była szeroka i Henry wybił ją prosto z płotu. Można by podczołgać się do dziewczynek.
  Potem, gdy wszyscy wrócili do pokoju, nadzorca podszedł do drzwi pokoju, w którym siedzieli Tar i Henry. On, nadzorca, był rosłym mężczyzną z czarną brodą i podziwiał Tara. Wszyscy starsi Mooreheadowie - John, Margaret i Tar - wyróżniali się inteligencją, a to właśnie "podziwia" człowiek taki jak nadzorca.
  "Kolejne dziecko Mary Moorehead. A ty przeskoczyłeś klasę. No cóż, jesteście mądrzy.
  Cała klasa słyszała, jak to mówił. To postawiło chłopca w złym świetle. Dlaczego mężczyzna nie milczał?
  On, nadzorca, zawsze pożyczał książki Johnowi i Margaret. Kazał całej trójce starszych dzieci z Moorhead przychodzić do niego w dowolnym momencie i pożyczać dowolną książkę.
  Tak, czytanie książek było fajne. Rob Roy, Robinson Crusoe, Robinson Szwajcarski. Margaret przeczytała książki Elsie, ale nie dostała ich od dyrektora. Ciemnoskóra kobieta pracująca na poczcie zaczęła jej je pożyczać. Doprowadziły ją do płaczu, ale jej się to podobało. Dziewczynom nic nie sprawia większej przyjemności niż płacz. W książkach Elsie była dziewczynka w wieku Margaret siedząca przy pianinie. Jej matka umarła i bała się, że jej tata poślubi inną kobietę, poszukiwaczkę przygód, która siedziała w tym samym pokoju. Ona, poszukiwaczka przygód, była typem kobiety, która robiła zamieszanie wokół małej dziewczynki, całowała ją i głaskała, gdy jej tata był w pobliżu, a potem może uderzała ją po głowie spinaczem, gdy jej tata nie patrzył, to znaczy po tym, jak wyszła za mąż za swojego tatę.
  Margaret przeczytała Tarę ten fragment jednej z książek Elsie. Po prostu musiała to komuś przeczytać. "Było tak pełne emocji" - powiedziała. Płakała, kiedy to czytała.
  Książki są świetne, ale lepiej nie dawać innym chłopcom znać, że się je lubi. Bycie mądrym jest w porządku, ale kiedy dyrektor szkoły cię zdradza przy wszystkich, co w tym takiego interesującego?
  W dniu, w którym Henry Fulton podczas przerwy wytrącił deskę z płotu, do drzwi sali podszedł dyrektor z batem w ręku i zawołał Henry'ego Fultona do środka. W sali panowała grobowa cisza.
  Henry miał zostać pokonany i Tar był z tego zadowolony. Ale jednocześnie wcale się z tego nie cieszył.
  W rezultacie Henry natychmiast odejdzie i przyjmie to tak chłodno, jak tylko zechcesz.
  Dostanie mnóstwo pochwał, na które nie zasługuje. Gdyby Tar miał taką głowę, też mógłby wybić deskę z płotu. Gdyby go wychłostali za bystrość, za to, że bierze lekcje, żeby móc od razu je opuścić, dostałby tyle samo batów, co każdy inny chłopak w szkole.
  Nauczyciel milczał w klasie, wszystkie dzieci milczały, a Henry wstał i podszedł do drzwi, głośno tupiąc nogami.
  Tar nie mógł powstrzymać się od nienawiści do niego za jego odwagę. Chciał nachylić się do chłopaka siedzącego obok i zapytać: "Myślisz, że...?"
  To, o co Tar chciał zapytać chłopca, było dość trudne do ujęcia w słowa. Pojawiło się hipotetyczne pytanie. "Gdybyś urodził się z grubą głową i talentem do wybijania desek z płotów, a nadzorca cię rozpoznał (prawdopodobnie dlatego, że jakaś dziewczyna ci powiedziała), i miałbyś dostać chłostę, a ty zostałbyś sam na korytarzu z nadzorcą, czy ta sama bezczelność, która kazała ci powstrzymać innych chłopców przed uderzeniem głową w płot, byłaby tą samą bezczelnością, którą miałeś wtedy, która kazała ci uderzyć nadzorcę?"
  Samo wstanie i lizanie bez płaczu nic nie znaczy. Może nawet Tar by to potrafił.
  Teraz Tar wszedł w okres refleksji, jeden ze swoich nastrojów pełnych pytań. Jednym z powodów, dla których czytanie książek było przyjemne, było to, że podczas czytania, jeśli książka była choć trochę dobra i zawierała jakieś interesujące fragmenty, nie zastanawiałeś się nad nią ani nie kwestionowałeś jej w trakcie czytania. W innych momentach - cóż.
  Tar przeżywał właśnie jeden z najgorszych okresów w swoim życiu. W takich chwilach zmuszał się do robienia rzeczy w swojej wyobraźni, których mógłby nigdy nie zrobić, gdyby miał ku temu okazję. Czasami dawał się nabrać i opowiadał innym o tym, co sobie wyobraził. To też było w porządku, ale prawie za każdym razem ktoś go przyłapywał. Ojciec Tara zawsze tak robił, ale jego matka nigdy. Dlatego prawie wszyscy tak szanowali matkę, podczas gdy kochali ojca, a jego ledwo szanowali. Nawet Tar dostrzegał różnicę.
  Tar chciał być jak matka, ale w głębi duszy obawiał się, że staje się coraz bardziej podobny do ojca. Czasami nienawidził tej myśli, ale pozostał taki sam.
  Właśnie to robił. Zamiast Henry'ego Fultona, on, Tar Moorhead, właśnie wyszedł z pokoju. Nie urodził się, by być masłem; jakkolwiek by się nie starał, nigdy nie zdołał wybić głową deski z płotu, a tu udawał, że potrafi.
  Wydawało mu się, że właśnie wyprowadzono go z klasy i pozostawiono samego z dyrektorem na korytarzu, gdzie dzieci wieszały czapki i płaszcze.
  Były tam schody prowadzące w dół. Pokój Tary znajdował się na drugim piętrze.
  Nadinspektor był tak spokojny, jak tylko można sobie życzyć. To była część dnia pracy z nim. Przyłapywałeś chłopaka na czymś i dawałeś mu klapsy. Jeśli płakał, w porządku. Jeśli nie płakał, jeśli był upartym dzieciakiem, który nie płakał, po prostu dawałeś mu kilka dodatkowych spinek na szczęście i puszczałeś go wolno. Co innego można było zrobić?
  Na samym szczycie schodów była pusta przestrzeń. To tam szef wymierzał klapsy.
  Dobrze dla Henry'ego Fultona, ale co z Tarą?
  Kiedy on, Tar, był tam, w swojej wyobraźni, jaką to robiło różnicę? Po prostu szedł, jak Henry, ale myślał i planował. Tu właśnie pojawia się pomysłowość. Jeśli masz grubą głowę, która wybija deski z płotów, masz dobre oceny, ale nie potrafisz myśleć.
  Tar pomyślał o tym, jak nadzorca podszedł i pokazał całej sali swoją inteligencję w stylu Mooreheada. Teraz nadszedł czas zemsty.
  Nadinspektor w ogóle niczego nie oczekiwał od Moorehead. Myślałby, że to dlatego, że są inteligentne, takie z nich kobiety. Cóż, to nieprawda. Margaret może i była jedną z nich, ale John nie. Szkoda, że nie widziałeś, jak uderzył Elmera Cowleya w brodę.
  To, że nie potrafisz stawiać czoła płotom, nie oznacza, że nie potrafisz stawiać czoła ludziom. Ludzie są dość miękcy, aż do szpiku kości. Dick powiedział, że Napoleon Bonaparte był tak wielkim człowiekiem, ponieważ zawsze robił to, czego nikt się po nim nie spodziewał.
  W myślach Tara szedł przed menedżerem, aż do szczytu schodów. Przesunął się trochę do przodu, na tyle, żeby dać mu szansę na oderwanie się, a potem się odwrócił. Zastosował tę samą technikę, którą Henry zastosował przy płotach. Cóż, obserwował to wystarczająco często. Wiedział, jak to zrobić.
  Ruszył z impetem i wycelował prosto w czuły punkt nadzorcy w środku i również tam trafił.
  Zrzucił kuratora ze schodów. Wywołało to zamieszanie. Ludzie zbiegli się ze wszystkich sal na korytarz, w tym nauczycielki i naukowcy. Cała się trzęsła. Ludzie z bogatą wyobraźnią, kiedy robią coś takiego, zawsze się potem trzęsą.
  Tar siedział drżąc w klasie, niczego nie osiągnąwszy. Kiedy o tym pomyślał, trząsł się tak bardzo, że nawet próbując pisać na tablicy, nie mógł. Ręka trzęsła mu się tak bardzo, że ledwo trzymał ołówek. Jeśli ktokolwiek chciał wiedzieć, dlaczego czuł się tak źle, kiedy Dick wrócił do domu pijany, to właśnie to. Jeśli masz być taki, to jesteś.
  Henry Fulton wrócił do pokoju tak spokojny, jak tylko można sobie życzyć. Oczywiście wszyscy na niego patrzyli.
  Co on zrobił? Polizał i nie płakał. Ludzie uważali go za odważnego.
  Czy zepchnął nadzorcę ze schodów, jak Tar? Czy użył rozumu? Jaki sens mieć umysł zdolny do łączenia desek ogrodzeniowych, jeśli nie wiesz wystarczająco dużo, żeby trafić we właściwą rzecz we właściwym momencie?
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VII
  
  CO BYŁO NAPRAWDĘ Najtrudniejsze i najbardziej gorzkie dla Tara było to, że człowiek taki jak on prawie nigdy nie wcielał w życie żadnego ze swoich wspaniałych planów. Tar zrobił to raz.
  Szedł do domu ze szkoły, a Robert był z nim. Była wiosna i była powódź. W pobliżu domu Fultonów strumień był pełen i rwący pod mostem, który stał tuż obok domu.
  Tar nie chciał wracać do domu tą drogą, ale Robert był z nim. Nie da się tego wytłumaczyć za każdym razem.
  Dwaj chłopcy szli ulicą przez małą dolinę, która prowadziła do części miasta, w której mieszkali. Tam, na moście, stali Henry Fulton z dwoma innymi chłopcami, Tar ich nie znał, i rzucali patyki do strumienia.
  Rzucili je w górę, a potem pobiegli przez most, żeby zobaczyć, jak strzelają. Być może Henry nie miał zamiaru gonić Thara i okazywać mu tym razem tchórza.
  Kto wie, co ktoś myśli, jakie ma intencje? Jak to stwierdzić?
  Tar szedł obok Roberta, jakby Henry nie istniał. Robert rozmawiał i gadał. Jeden z chłopców wrzucił duży patyk do strumienia, który przepłynął pod mostem. Nagle wszyscy trzej chłopcy odwrócili się i spojrzeli na Tara i Roberta. Robert był gotowy dołączyć do zabawy, podnieść kilka patyk i rzucić nimi.
  Tar znów popadł w tarapaty. Jeśli jesteś jedną z tych osób, które miewają takie chwile, zawsze myślisz: "Teraz ten a ten zrobi to a to". Może w ogóle się nie zdarzają. Skąd wiesz? Jeśli jesteś taką osobą, zakładasz, że ludzie będą postępować tak samo źle. Henry, widząc Tara samego, zawsze spuszczał głowę, mrużył oczy i szedł za nim. Tar biegł jak przestraszony kot, a potem Henry zatrzymał się i roześmiał. Wszyscy, którzy to widzieli, śmiali się. Nie mógł dogonić Tara biegnącego i wiedział, że nie da rady.
  Tar zatrzymał się na krawędzi mostu. Pozostali chłopcy nie patrzyli, a Robert nie zwracał na niego uwagi, ale Henry tak. Miał takie dziwne oczy. Oparł się o balustradę mostu.
  Dwaj chłopcy stali i patrzyli na siebie. Co za sytuacja! Tar był wtedy tym, kim był przez całe życie. Zostawcie go w spokoju, pozwólcie mu myśleć i fantazjować, a on obmyśli idealny plan na wszystko. To właśnie później pozwoliło mu opowiadać historie. Kiedy piszesz lub opowiadasz historie, wszystko może się dobrze skończyć. Jak myślicie, co zrobiłby Dick, gdyby musiał zostać tam, gdzie był generał Grant po wojnie secesyjnej? Mogłoby to w jakiś straszny sposób zrujnować jego styl.
  Pisarz może pisać, a gawędziarz może opowiadać historie, ale co, jeśli znajdzie się w sytuacji, w której będzie musiał działać? Taka osoba zawsze robi albo właściwą rzecz w niewłaściwym czasie, albo niewłaściwą rzecz we właściwym czasie.
  Być może Henry Fulton nie miał zamiaru pójść w ślady Tara i ośmieszyć go przed Robertem i dwoma obcymi chłopcami. Być może Henry nie miał innego pomysłu, jak tylko rzucać patyki do strumienia.
  Skąd Tar mógł wiedzieć? Pomyślał: "Teraz spuści głowę i uderzy mnie z główki. Jeśli wybiorę Roberta, reszta zacznie się śmiać. Robert prawdopodobnie wróci do domu i powie Johnowi. Robert był całkiem niezłym graczem jak na dzieciaka, ale nie można oczekiwać, że młody dzieciak będzie zachowywał się rozsądnie. Nie można oczekiwać, że będzie wiedział, kiedy trzymać język za zębami.
  Tar zrobił kilka kroków przez most w stronę Henry'ego. Uch, znowu się trząsł. Co mu się stało? Co miał zrobić?
  Wszystko to wydarzyło się, bo byłeś mądry i myślałeś, że coś zrobisz, chociaż wcale tak nie było. W szkole Tar myślał o tej słabości, o uderzeniu głową dyrektora ze schodów - o czymś, czego nigdy nie miałby odwagi spróbować - i teraz.
  Czy zamierzał uderzyć mistrza masłem? Co za głupi pomysł. Taru miał ochotę się z siebie śmiać. Oczywiście, Henry nie spodziewał się czegoś takiego. Musiałby być bardzo mądry, żeby oczekiwać, że jakiś chłopak go uderzy, a on nie był mądry. To nie jego styl.
  Kolejny krok, kolejny i kolejny. Tar był na środku mostu. Szybko rzucił się do przodu i - wielki Scott - zrobił to. Uderzył Henry'ego, trafiając go prosto w środek.
  Najgorszy moment nadszedł, gdy to się stało. Oto, co się stało: Henry, który niczego się nie spodziewał, został całkowicie zaskoczony. Zgiął się wpół i wpadł prosto przez balustradę mostu do rzeki. Był powyżej mostu, a jego ciało natychmiast zniknęło. Tar nie wiedział, czy umiał pływać, czy nie. Ponieważ była powódź, rzeka szalała.
  Jak się okazało, był to jeden z niewielu momentów w jego życiu, kiedy Tar zrobił coś, co faktycznie zadziałało. Na początku po prostu stał, trzęsąc się ze zdumienia. Pozostali chłopcy byli oniemiali ze zdumienia i nic nie robili. Henry zniknął. Minęła może sekunda, zanim się pojawił, ale Tar miał wrażenie, że minęły godziny. Pobiegł do balustrady mostu, jak wszyscy inni. Jeden z dziwnych chłopców pobiegł do domu Fultonów, żeby powiedzieć matce Henry'ego. Za minutę lub dwie ciało Henry'ego zostanie wyciągnięte na brzeg. Matka Henry'ego pochylała się nad nim i płakała.
  Co zrobiłby Tar? Oczywiście, że przyszedłby po niego marszałek miasta.
  W końcu mogłoby nie być tak źle - gdyby zachował spokój, nie uciekał, nie płakał. Prowadzono by go przez miasto, wszyscy by się gapili, wszyscy by go pokazywali palcami. "To Tar Moorhead, zabójca. Zabił Henry'ego Fultona, mistrza masła. Pobił go na śmierć".
  Nie byłoby tak źle, gdyby nie powieszenie na końcu.
  Henry sam wyszedł ze strumienia. Nie był tak głęboki, jak wyglądał, i potrafił pływać.
  Wszystko skończyłoby się dobrze dla Tara, gdyby nie trząsł się tak bardzo. Zamiast zostać tam, gdzie dwaj obcy chłopcy mogliby zobaczyć, jaki jest opanowany i opanowany, musiał [odejść].
  Nie chciał nawet być z Robertem, przynajmniej na razie. "Uciekaj do domu i trzymaj język za zębami" - zdołał powiedzieć. Miał nadzieję, że Robert nie zorientuje się, jak bardzo jest zdenerwowany, nie zauważy, jak drży mu głos.
  Tar podszedł do stawu nad strumieniem i usiadł pod drzewem. Czuł do siebie odrazę. Henry Fulton miał przerażony wyraz twarzy, gdy wyczołgiwał się ze strumienia, i Tar pomyślał, że może Henry będzie się go teraz bał cały czas. Przez sekundę Henry stał na brzegu strumienia, patrząc na Tara. [Tar] nie płakał [przynajmniej]. Oczy Henry'ego mówiły: "Jesteś szalony. Oczywiście, że się ciebie boję. Jesteś szalony. Człowiek nie wie, co zrobisz.
  "To było dobre i opłacalne" - pomyślał Tar. Odkąd poszedł do szkoły, coś planował i teraz udało mu się to zrealizować.
  Jeśli jesteś chłopcem i czytasz, czyż nie czytasz ciągle o takich rzeczach? W szkole jest łobuz i bystry chłopak, blady i niezbyt zdrowy. Pewnego dnia, ku zaskoczeniu wszystkich, liże szkolnego łobuza. Ma coś, co nazywa się "odwagą moralną". To jak "ssanie". To go napędza. Używa mózgu, uczy się boksować. Kiedy dwóch chłopców się spotyka, to jest to pojedynek sprytu i siły, a mózg wygrywa.
  "Wszystko w porządku" - pomyślał Tar. To było dokładnie to, co zawsze planował zrobić, ale nigdy tego nie zrobił.
  Wszystko sprowadzało się do tego: gdyby zaplanował z wyprzedzeniem pokonanie Henry'ego Fultona, gdyby ćwiczył na przykład z Robertem lub Elmerem Cowleyem, a potem, na oczach wszystkich w szkole podczas przerwy, podszedłby do Henry'ego i wyzwał go na pojedynek...
  Co by z tego wynikło? Tar został przy stawie z wodą, aż się uspokoił, po czym wrócił do domu. Był tam Robert, John, i Robert powiedział Johnowi.
  To było zupełnie normalne. W końcu Tar był bohaterem. Jon zrobił z niego wielką aferę i chciał, żeby o tym mówił, i tak też zrobił.
  Kiedy powiedział, że wszystko w porządku. No cóż, może dodałby kilka ozdobników. Myśli, które dręczyły go, gdy był sam, zniknęły. Potrafił sprawić, żeby brzmiało to całkiem nieźle.
  W końcu historia się rozniosła. Gdyby Henry Fulton uważał, że on, Tar, jest trochę szalony i zdesperowany, trzymałby się z daleka. Starsi chłopcy, nieświadomi tego, co Tar wie, pomyśleliby, że to on, Tar, zaplanował to wszystko i zrealizował z zimną krwią i determinacją. Starsi chłopcy chcieliby się z nim przyjaźnić. Takim właśnie był chłopcem.
  W końcu to bardzo dobrze, pomyślał Tar i zaczął się trochę wywyższać. Niewiele. Teraz musiał uważać. John był dość przebiegły. Jeśli posunie się za daleko, zostanie zdemaskowany.
  Robienie czegoś to jedno, a mówienie o tym to zupełnie co innego.
  Jednocześnie Tar myślał, że nie jest aż tak źle.
  W każdym razie, opowiadając tę historię, równie dobrze możesz użyć mózgu. Problem z Dickiem Moorheadem, jak Tar już zaczął podejrzewać, polegał na tym, że kiedy opowiadał swoje historie, wyolbrzymiał je. Lepiej pozwolić innym mówić za siebie. Jeśli inni wyolbrzymiają, tak jak Robert, wzrusz ramionami. Zaprzeczaj temu. Udawaj, że nie chcesz uznania. "Och, ja nic nie zrobiłem".
  To była ścieżka. Teraz Thar miał już grunt pod nogami. Historia tego, co wydarzyło się na moście, kiedy działał bezmyślnie, w jakiś szalony sposób, zaczęła nabierać kształtów w jego wyobraźni. Gdyby tylko udało mu się ukryć prawdę na chwilę, wszystko byłoby dobrze. Mógł to wszystko odtworzyć według własnego gustu.
  Jedynymi, którzy musieli się bać, byli John i jego matka. Gdyby matka usłyszała tę historię, być może uśmiechnęłaby się jednym ze swoich uśmiechów.
  Tar myślał, że wszystko będzie dobrze, gdyby tylko Robert zachował spokój. Gdyby Robert nie był tak zmartwiony i po prostu dlatego, że chwilowo uważał Tara za bohatera, nie powiedziałby za dużo.
  Jeśli chodzi o Johna, było w nim wiele macierzyństwa. To, że zdawał się chłonąć historię, którą opowiadał Robert, było dla Tary pocieszeniem.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ VIII
  
  KONIE KŁUSUJĄ - W niedzielny poranek wokół toru wyścigowego w Ohio City, latem wiewiórki biegają po szczycie rozpadającego się ogrodzenia, w sadach dojrzewają jabłka.
  Niektóre dzieci z Moorhead uczęszczały do szkółki niedzielnej w niedziele, inne nie. Kiedy Tar miał na sobie czyste ubranie odświętne, czasami tam chodził. Nauczyciel opowiedział historię o Dawidzie zabijającym Goliata i Jonaszu uciekającym przed Panem i ukrywającym się na statku płynącym do Tarszisz.
  Cóż to za dziwne miejsce musiało być, ten Tarszisz. Słowa [tworzyły] obrazy w umyśle Tarszisz. Nauczyciel niewiele mówił o Tarszisz. To był błąd. Myślenie o Tarszisz odciągało Tarszisz od reszty lekcji. Gdyby jego ojciec uczył w klasie, mógłby być daleko, rozproszony po mieście, kraju, czy gdziekolwiek indziej. Dlaczego Jonasz chciał jechać do Tarszisz? Właśnie wtedy pasja Tara do koni wyścigowych została przezwyciężona. Ujrzał oczami wyobraźni dzikie miejsce z żółtym piaskiem i krzakami - wiatr owiewał. Mężczyzn ścigających się konno wzdłuż brzegu morza. Być może zaczerpnął pomysł z książki z obrazkami.
  Większość miejsc do zabawy to złe miejsca. Jonasz uciekał przed Panem. Może Tarszisz to nazwa toru wyścigowego. To byłaby dobra nazwa.
  Rodzina Moorheadów nigdy nie posiadała koni ani krów, ale konie pasły się na polu w pobliżu domu Moorheadów.
  Koń miał zabawnie grube wargi. Kiedy Tar podniósł jabłko i wsunął rękę przez płot, wargi konia zamknęły się na jabłku tak delikatnie, że prawie nic nie poczuł.
  Tak, zrobił to. Zabawne, włochate, grube wargi konia łaskotały wewnętrzną stronę jego ramienia.
  Zwierzęta były zabawnymi stworzeniami, ale ludzie też. Tar rozmawiał ze swoim przyjacielem Jimem Moore'em o psach. "Obcy pies, jeśli przed nim uciekniesz i się przestraszysz, będzie cię gonił i udawał, że cię zje, ale jeśli staniesz nieruchomo i spojrzysz mu prosto w oczy, nic nie zrobi. Żadne zwierzę nie wytrzyma intensywnego, przenikliwego spojrzenia ludzkiego oka". Niektórzy ludzie mają bardziej przenikliwe spojrzenie niż inni. To dobrze.
  Chłopiec w szkole powiedział Thar, że gdy goni cię obcy, wściekły pies, najlepiej odwrócić się plecami, pochylić i spojrzeć na psa przez nogi. Thar nigdy tego nie próbował, ale jako dorosły przeczytał to samo w starej książce. W czasach starożytnych sag nordyckich chłopcy opowiadali innym chłopcom tę samą historię w drodze do szkoły. Thar zapytał Jima, czy kiedyś tego próbował. Obaj zgodzili się, że kiedyś spróbują. Jednak byłoby absurdem znaleźć się w takiej sytuacji, gdyby to nie zadziałało. Z pewnością pomogłoby to psu.
  "Najlepiej udawać, że się podnosi kamienie. Kiedy goni cię wściekły pies, raczej nie znajdziesz dobrych kamieni, ale psa łatwo oszukać. Lepiej udawać, że się podnosi kamień, niż go faktycznie podnosić. Jeśli rzucisz kamieniem i chybisz, gdzie będziesz?"
  Trzeba się przyzwyczaić do ludzi w miastach. Niektórzy idą w jedną stronę, inni w drugą. Starsi ludzie zachowują się dziwnie.
  Kiedy Tar zachorował, do domu przyszedł stary lekarz. Musiał ciężko pracować z Mooreheadami. Problemem Mary Moorehead było to, że była zbyt dobra.
  Jeśli jesteś zbyt miły, myślisz: "No cóż, będę cierpliwy i miły. Nie będę cię strofował, bez względu na wszystko". Czasami w salonach, kiedy Dick Moorehead wydawał pieniądze, które powinien był zabrać do domu, podsłuchiwał innych mężczyzn rozmawiających o swoich żonach. Większość mężczyzn boi się swoich żon.
  Mężczyźni mówili różne rzeczy. "Nie chcę, żeby stara baba siedziała mi na karku". To był tylko sposób na powiedzenie tego. Kobiety tak naprawdę nie siadają na męskich karkach. Pantera, goniąca jelenia, skacze kobiecie na kark i przyciska ją do ziemi, ale nie to miał na myśli mężczyzna w saloonie. Chodziło mu o to, że dostanie "Viva Columbia", kiedy wróci do domu, a Dick prawie nigdy nie dostawał "Viva Columbia". Dr Reefy powiedział, że powinien dostawać ją częściej. Może sam Dickowi ją dał. Mógł odbyć poważną rozmowę z Mary Moorehead. Tar nigdy o tym nie słyszał. Mógł powiedzieć: "Słuchaj, kobieto, twój mąż od czasu do czasu potrzebuje na nim wpadki".
  Wszystko w domu Moorheadów się zmieniło, poprawiło. Nie chodziło o to, że Dick stał się dobrym człowiekiem. Nikt się tego nie spodziewał.
  Dick zostawał w domu dłużej i przynosił więcej pieniędzy. Sąsiedzi częściej przychodzili. Dick mógł opowiadać swoje wojenne historie na ganku w obecności sąsiada, taksówkarza lub brygadzisty na Wheeling Railroad, a dzieci mogły siedzieć i słuchać.
  Matka Tara zawsze miała zwyczaj mydlić ludziom oczy, czasami drobnymi uwagami, ale coraz bardziej się powstrzymywała. Są ludzie, którzy, kiedy się uśmiechają, sprawiają, że cały świat się uśmiecha. Kiedy zastygają w bezruchu, wszyscy wokół nich też zastygają w bezruchu. Robert Moorehead, dorastając, bardzo przypominał swoją matkę. John i Will byli stoiccy. Najmłodszy z nich, mały Joe Moorehead, miał zostać rodzinnym artystą. Później stał się geniuszem i miał trudności z zarabianiem na życie.
  Po zakończeniu dzieciństwa i śmierci matki Tar uważał, że jego matka musiała być mądra. Kochał ją całe życie. Ten sposób wyobrażania sobie kogoś idealnego nie daje im wielkich szans. Dorastając, Tar zawsze zostawiał ojca w spokoju - takiego, jaki był. Lubił myśleć o nim jako o słodkim, beztroskim facecie. Mógł nawet później przypisać Dickowi mnóstwo grzechów, których ten nigdy nie popełnił.
  
  Dickowi by to nie przeszkadzało. "No cóż, zwracaj na mnie uwagę. Skoro nie widzisz, że jestem dobry, to myśl o mnie jako o złym. Cokolwiek robisz, poświęć mi trochę uwagi". Dick czułby coś podobnego. Tar zawsze był bardzo podobny do Dicka. Podobała mu się myśl o byciu zawsze w centrum uwagi, ale jednocześnie tego nienawidził.
  Być może bardziej prawdopodobne jest, że pokochasz kogoś, do kogo nie możesz być podobny. Po tym, jak dr Reefy zaczął przychodzić do domu Mooreheadów, Mary Moorehead zmieniła się, ale nieznacznie. Kiedy położyli się spać, poszła do pokoju dzieci i pocałowała je wszystkie. Zachowywała się jak mała dziewczynka i wydawała się niezdolna do pieszczot w świetle dziennym. Żadne z jej dzieci nigdy nie widziało, żeby całowała Dicka, a ten widok na pewno by je przestraszył, a nawet lekko zszokował.
  Jeśli masz matkę taką jak Mary Moorehead i jest ona rozkoszą dla oka (albo tak ci się wydaje, co na jedno wychodzi), a ona umrze, gdy będziesz młody, spędzisz całe życie, traktując ją jak przedmiot marzeń. To niesprawiedliwe wobec niej, ale tak właśnie robisz.
  Bardzo prawdopodobne, że sprawisz, że będzie słodsza niż była, milsza niż była, mądrzejsza niż była. Co w tym złego?
  Zawsze chcesz, żeby ktoś uważał cię za niemal idealnego, bo wiesz, że sam nie możesz taki być. Jeśli kiedykolwiek spróbujesz, po jakimś czasie się poddasz.
  Mała Fern Moorehead zmarła, gdy miała trzy tygodnie. Tar też wtedy leżał w łóżku. Po nocy, w której urodził się Joe, dostał gorączki. Nie czuł się dobrze przez kolejny rok. To właśnie sprowadziło do domu doktora Reefy'ego. Był jedyną osobą, którą Tar znał, która rozmawiała z jego matką. Doprowadzał ją do płaczu. Doktor miał duże, zabawne dłonie. Wyglądał jak portrety Abrahama Lincolna.
  Kiedy Fern zmarła, Tara nie miała nawet okazji pójść na pogrzeb, ale on nie miał nic przeciwko, wręcz to przyjął z zadowoleniem. "Jeśli musisz umrzeć, to wielka szkoda, ale zamieszanie, które robią ludzie, jest straszne. To sprawia, że wszystko staje się takie publiczne i straszne".
  Tar uniknął tego wszystkiego. To będzie czas, kiedy Dick będzie w najgorszym momencie, a Dick w najgorszym momencie będzie bardzo zły.
  Choroba Tara sprawiła, że tęsknił za wszystkim, a jego siostra Margaret musiała zostać z nim w domu i ona też za nim tęskniła. Chłopiec zawsze dostaje to, co najlepsze od dziewcząt i kobiet, kiedy jest chory. "To ich najlepszy czas" - pomyślał Tar. Czasami myślał o tym w łóżku. "Może dlatego mężczyźni i chłopcy zawsze chorują".
  Kiedy Tar chorował i miał gorączkę, na jakiś czas tracił rozum i jedyne, co wiedział o swojej siostrze Fern, to dźwięk, czasami w nocy, dochodzący z sąsiedniego pokoju - dźwięk przypominający ropuchę drzewną. Wkradał się do jego snów podczas gorączki i tam pozostawał. Później myślał, że Fern była dla niego bardziej realna niż ktokolwiek inny.
  Nawet jako mężczyzna Tar szedł ulicą, czasami o niej myśląc. Szedł i rozmawiał z innym mężczyzną, a ona była tuż przed nim. Widział ją w każdym pięknym geście innych kobiet. Jeśli będąc młodym mężczyzną, bardzo podatnym na kobiece wdzięki, powiedział do kobiety: "Przypominasz mi moją zmarłą siostrę Fern", był to najlepszy komplement, jaki mógł jej dać, ale kobieta najwyraźniej go nie doceniła. Piękne kobiety chcą stać na własnych nogach. Nie chcą ci nikogo przypominać.
  Kiedy w rodzinie umiera dziecko, a znałeś je żywe, zawsze myślisz o nim takim, jakie było w chwili śmierci. Dziecko umiera w drgawkach. To przerażające.
  Ale jeśli nigdy nie widziałeś dziecka.
  Tar mógł myśleć o Fern jako o czternastolatce, kiedy miał czternaście lat. Mógł myśleć o niej jako o czterdziestolatce, kiedy miał czterdzieści lat.
  Wyobraź sobie Tara jako dorosłego. Pokłócił się z żoną i wściekły wychodzi z domu. Teraz czas pomyśleć o Fern. To dorosła kobieta. Jest trochę zdezorientowany wizją zmarłej matki.
  Kiedy dorósł - około czterdziestki - Tar zawsze wyobrażał sobie Fern jako osiemnastolatkę. Starszym mężczyznom podoba się wizja osiemnastoletniej kobiety o czterdziestoletniej mądrości, urodzie i dziewczęcej delikatności. Lubią myśleć, że taka osoba jest z nimi związana żelaznymi pasami. Tacy właśnie są starsi mężczyźni.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ IX
  
  W OHIO [Wiosną lub latem] konie wyścigowe kłusują po torze, na polach rośnie kukurydza, w wąskich dolinach płyną małe strumyki, wiosną ludzie wychodzą orać, jesienią orzechy dojrzewają w lasach w pobliżu Ohio City. W Europie wszyscy zbierają plony. Jest tam wielu ludzi, a niewiele ziemi. Kiedy Tar stał się mężczyzną, zobaczył Europę i spodobała mu się, ale przez cały czas, gdy tam przebywał, panował w Ameryce głód, i nie był to głód z czasów "Gwiaździstego Sztandaru".
  Pragnął pustych działek i otwartych przestrzeni. Chciał widzieć rosnące chwasty, opuszczone stare ogrody, puste, nawiedzone domy.
  Stary płot z piołunu, gdzie dziko rosną dzikie jagody i bzy, marnuje mnóstwo ziemi, podczas gdy płot z drutu kolczastego ją ratuje, ale jest miły. To miejsce, gdzie chłopiec może się schować i na chwilę się schować. Mężczyzna, jeśli jest dobry, nigdy nie przestaje być chłopcem.
  Lasy wokół miasteczek Środkowego Zachodu w czasach Tara były światem pustych przestrzeni. Ze szczytu wzgórza, gdzie mieszkali Moorheadowie, po tym jak Tar wyzdrowiał i poszedł do szkoły, wystarczyło przejść przez pole kukurydzy i łąkę, gdzie pasterze trzymali krowę, by dotrzeć do lasu nad Squirrel Creek. John był zajęty sprzedażą gazet, więc prawdopodobnie nie mógł pójść, bo Robert był za młody.
  Jim Moore mieszkał niedaleko, w świeżo pomalowanym białym domu i prawie zawsze mógł swobodnie wychodzić. Inni chłopcy w szkole nazywali go "Pee-wee Moore", ale Tar nie. Jim był o rok starszy i dość silny, ale to nie był jedyny powód. Tar i Jim spacerowali po polach kukurydzy i łąkach.
  Jeśli Jim nie może pójść, to nie szkodzi.
  Gdy Tar szedł samotnie, wyobrażał sobie najróżniejsze rzeczy. Wyobraźnia go czasem przerażała, a czasem zachwycała.
  Kukurydza, gdy rosła wysoko, przypominała las, pod którym zawsze jarzyło się dziwne, delikatne światło. Pod kukurydzą było gorąco i Tar się pocił. Wieczorem matka zmuszała go do mycia stóp i rąk przed snem, żeby brudził się tak, jak chciał. Niczego nie ratowało dbanie o czystość.
  Czasami kładł się na ziemi i leżał tam przez długi czas, spocony, obserwując mrówki i chrząszcze na ziemi pod kukurydzą.
  Mrówki, koniki polne i chrząszcze miały swój własny świat, ptaki miały swój własny świat, dzikie i oswojone zwierzęta miały swój własny świat. Co myśli świnia? Oswojone kaczki na czyimś podwórku to najzabawniejsze stworzenia na świecie. Są rozproszone, jedna z nich daje znak i wszystkie ruszają do biegu. Tyłek kaczki podskakuje w górę i w dół podczas biegu. Ich płaskie łapy wydają tup, tup, najzabawniejszy dźwięk. A potem wszystkie zbierają się razem i nic szczególnego się nie dzieje. Stoją tam, patrząc na siebie. "No i po co dałeś znak? Po co nas zawołałeś, głupcze?"
  W lesie nad strumieniem, na odludnym, wiejskim terenie, leżą gnijące kłody. Najpierw jest polana, a potem obszar tak zarośnięty krzakami i jagodami, że nic nie widać. To dobre miejsce dla królików i węży.
  W takim lesie wszędzie są ścieżki, prowadzące donikąd. Siedzisz na pniu. Jeśli przed tobą w zaroślach jest królik, co myślisz, że sobie myśli? Widzi cię, ale ty jego nie. Jeśli jest mężczyzna i królik, co do siebie mówią? Myślisz, że królik kiedyś się trochę podekscytuje, wróci do domu i będzie tam siedział i przechwalał się sąsiadom, jak służył w wojsku i jak sąsiedzi byli tylko szeregowymi, gdy on był kapitanem? Jeśli człowiek-królik tak robi, to z pewnością mówi dość cicho. Nie słychać ani słowa z jego wypowiedzi.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ X
  
  TAB OTRZYMAŁ przyjaciela od dr. Reefy'ego, który odwiedzał go w domu, gdy był chory. Nazywał się Tom Whitehead, miał czterdzieści dwa lata, był otyły, posiadał konie wyścigowe i farmę, miał grubą żonę i nie miał dzieci.
  Był przyjacielem doktora Reefy'ego, który również nie miał dzieci. Doktor poślubił młodą dwudziestoletnią kobietę, gdy miał ponad czterdzieści lat, ale żyła tylko rok. Po śmierci żony, gdy nie był w pracy, doktor spotykał się z Tomem Whiteheadem, starym szkółkarzem Johnem Spaniardem, sędzią Blairem i nudnym młodzieńcem, który dużo pił, ale po pijanemu mówił zabawne i sarkastyczne rzeczy. Młody mężczyzna był synem zmarłego senatora Stanów Zjednoczonych i odziedziczył trochę pieniędzy; wszyscy mówili, że był tak szybki, jak tylko mógł.
  Wszyscy mężczyźni, którzy byli przyjaciółmi doktora, nagle polubili dzieci Mooreheadów, a koń wyścigowy najwyraźniej wybrał Tarę.
  Pozostali pomagali Johnowi zarabiać pieniądze i obdarowywali Margaret i Roberta prezentami. Doktor zajmował się wszystkim. Załatwił wszystko bez zbędnych ceregieli.
  Z Tarem było tak, że późnym popołudniem, w soboty, a czasem w niedziele, Tom Whitehead przejeżdżał drogą obok domu Mooreheadów i zatrzymywał się dla niego.
  Był w wózku, a Tar siedział mu na kolanach.
  Najpierw przeszli zakurzoną drogą obok stawu z wodociągami, a następnie wspięli się na niewielkie wzniesienie i weszli na teren targów. Tom Whitehead miał stajnię obok targów i dom obok, ale przyjemniej było pójść na sam tor wyścigowy.
  Niewielu chłopców miało takie szanse, pomyślał Tar. John nie, bo musiał ciężko pracować, ale Jim Moore nie. Jim mieszkał sam z matką, która była wdową i bardzo się nim opiekowała. Kiedy wychodził z Tarem, matka dawała mu mnóstwo wskazówek. "Jest wczesna wiosna i ziemia jest mokra. Nie siadaj na ziemi.
  "Nie, nie możecie pływać, jeszcze nie. Nie chcę, żebyście, dzieciaki, pływali, kiedy nie ma w pobliżu żadnych starszych ludzi. Możecie dostać skurczów. Nie chodźcie do lasu. W pobliżu ciągle kręcą się myśliwi strzelający z broni. W zeszłym tygodniu czytałem w gazecie, że zginął chłopiec.
  Lepiej umrzeć na miejscu, niż ciągle się awanturować. Jeśli masz taką matkę, kochającą i awanturującą się, będziesz musiał to znosić, ale to pech. Dobrze, że Mary Moorehead miała tyle dzieci. To ją zajmowało. Nie mogła wymyślić tylu rzeczy, których chłopak nie powinien robić.
  Jim i Tar rozmawiali o tym. Moore'owie nie mieli dużo pieniędzy. Pani Moore miała farmę. Pod pewnymi względami bycie jedynakiem było w porządku, ale ogólnie rzecz biorąc, stanowiło wadę. "To samo jest z kurami i pisklętami" - powiedział Tar do Jima, a Jim się zgodził. Jim nie wiedział, jak bolesne to może być - kiedy chcesz, żeby matka się tobą opiekowała, a jest tak zajęta jednym z pozostałych dzieci, że nie może ci poświęcić uwagi.
  Niewielu chłopców miało taką szansę, jaką miała Tara po tym, jak Tom Whitehead go przygarnął. Po tym, jak Tom odwiedził go kilka razy, nie czekał na zaproszenie; przychodził prawie codziennie. Ilekroć szedł do stajni, zawsze byli tam mężczyźni. Tom miał farmę na wsi, gdzie wychował kilka źrebiąt, a inne kupił jako roczniaki na wiosennej aukcji w Cleveland. Inni mężczyźni, którzy hodują źrebięta wyścigowe, przywożą je na aukcję, a następnie są sprzedawane na aukcji. Trzeba tam stać i licytować. Tu przydaje się dobre oko do koni.
  Kupujesz źrebaka, którego w ogóle nie trenowano, albo dwa, cztery, a może tuzin. Niektóre będą świetne, a niektóre będą duplikatami. Choć Tom Whitehead miał dobre oko i był znany jako jeździec w całym stanie, popełnił mnóstwo błędów. Kiedy źrebak okazał się niewypałem, powiedział do siedzących wokół mężczyzn: "Potykam się. Myślałem, że z tym ogierkiem wszystko w porządku. Ma dobrą krew, ale nigdy nie będzie szybko biegł. Nie ma w sobie niczego ekstra. To nie w nim. Chyba lepiej pójdę do okulisty i naprawię sobie wzrok. Może się starzeję i trochę ślepnę".
  W stajniach Whitehead było fajnie, ale jeszcze fajniej na torach wyścigowych, gdzie Tom trenował swoje źrebięta. Do stajni przyszedł dr Reefy i usiadł, przyszedł Will Truesdale, przystojny młody mężczyzna, który był miły dla Margaret i obdarowywał ją prezentami, i przyszedł sędzia Blair.
  Tłum mężczyzn siedział i rozmawiał - zawsze o koniach. Przed nimi stała ławka. Sąsiedzi mówili Mary Moorehead, że nie powinna pozwalać swojemu synowi przebywać w takim towarzystwie, ale ona poszła dalej. Tar wielokrotnie nie rozumiał rozmowy. Mężczyźni zawsze rzucali sobie sarkastyczne uwagi, tak jak jego matka czasami robiła to ludziom.
  Mężczyźni dyskutowali o religii i polityce, a także o tym, czy ludzie mają duszę, a konie nie. Niektórzy mieli takie zdanie, inni inne. Tar pomyślał, że najlepiej będzie wrócić do stajni.
  Była tam podłoga z desek i długi rząd boksów po obu stronach, a przed każdym boksem znajdował się otwór z żelaznymi kratami, przez który mógł patrzeć, ale koń w środku nie mógł się wydostać. To też dobrze. Tar szedł powoli, zaglądając do środka.
  "Irlandzka dziewczyna Fassiga; Stara setka; Tipton dziesiątka; Gotowy do pomocy; Saul pierwszy; Chłopiec-pasażer; Święta makrela."
  Nazwiska umieszczono na małych biletach przyczepionych z przodu stoisk.
  Chłopiec z pasażerem był czarny jak czarny kot i chodził jak kot, gdy jechał szybko. Jeden z stajennych, Henry Bardsher, powiedział, że gdyby miał okazję, mógłby strącić królowi koronę z głowy. "Zrzuciłby gwiazdy z flagi, strącił ci brodę z twarzy" - powiedział. "Kiedy skończy się ścigać, zrobię z niego swojego fryzjera".
  Na ławce przed stajnią, w letnie dni, gdy tor wyścigowy był pusty, mężczyźni rozmawiali - czasem o kobietach, czasem o tym, dlaczego Bóg dopuszcza pewne rzeczy, czasem o tym, dlaczego farmer zawsze warczy. Tar szybko znudził się tą rozmową. "Już za dużo gadania w jego głowie" - pomyślał.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XI
  
  A T_TRACKING rano, co to zmieniało? Konie teraz dowodziły. Pasażer Chłopiec, Stara Setka i Święta Makrela byli nieobecni. Tom był zajęty rozwijaniem Pasażera Chłopiec. On, wałach Święta Makrela i trzylatek, którego Tom uważał za najszybszego, jakiego kiedykolwiek miał, planowali przebiec razem milę po rozgrzewce.
  Chłopiec, pasażer, był stary, miał czternaście lat, ale nigdy byś tego nie zgadł. Miał zabawny, koci chód - płynny, niski i szybki, kiedy nie wydawał się szybki.
  Tar dotarł do miejsca, gdzie pośrodku ścieżki rosło kilka drzew. Czasami, gdy Tom po niego nie przychodził lub nie zwracał na niego uwagi, szedł sam i docierał tam wcześnie rano. Jeśli musiał iść bez śniadania, nic się nie stało. Czekasz na śniadanie, a co się dzieje? Twoja siostra Margaret mówi: "Znajdź trochę drewna na opał w Tar, przynieś trochę wody i pilnuj domu, a ja pójdę do sklepu".
  Stare konie, takie jak Pasażer, są jak niektórzy starzy mężczyźni, Tar zrozumiał znacznie później, kiedy stał się mężczyzną. Starzy ludzie wymagają sporo rozgrzewki - popychania ich - ale kiedy zaczną porządnie pracować - chłopcze, uważaj. Trzeba ich po prostu rozgrzać. Pewnego dnia w stajni Tar usłyszał młodego Billa Truesdale'a mówiącego, że wielu mężczyzn, których nazywał starcami, zachowywało się tak samo. "A teraz spójrz na króla Dawida. Mieli mnóstwo problemów, próbując rozgrzać go po raz ostatni. Ludzie i konie niewiele się zmieniają".
  Will Truesdale zawsze gadał o starożytności. Mówiono o nim, że jest urodzonym uczonym, ale był odurzony około trzy razy w tygodniu. Twierdził, że istnieje wiele precedensów na to. "Wielu najmądrzejszych ludzi, jakich świat znał, mogłoby mnie upchnąć pod stołem. Nie mam takiego żołądka, jaki mieli oni".
  Takie rozmowy, na wpół radosne, na wpół poważne, toczyły się w stajniach, gdzie siedzieli mężczyźni, podczas gdy na torze wyścigowym panowała przeważnie cisza. Gdy dobry koń szybko pędzi, nawet gadatliwa osoba niewiele może powiedzieć. W samym centrum, wewnątrz owalnego toru, rosło duże drzewo, dąb, a gdy się pod nim usiadło i powoli się przechadzało, można było widzieć konia na każdym kroku, na odcinku mili.
  Pewnego ranka Tar podszedł tam i usiadł. Była niedziela rano i pomyślał, że to dobry moment, żeby pójść. Gdyby został w domu, Margaret powiedziałaby: "Równie dobrze możesz iść do szkółki niedzielnej". Margaret chciała, żeby Tar nauczył się wszystkiego. Była ambitna, ale na stoku też można się wiele nauczyć.
  W niedzielę, kiedy się ubierasz, mama musi ci potem prać koszulę. Nie możesz się powstrzymać od jej zabrudzenia. Ona i tak ma wystarczająco dużo zajęć.
  Kiedy Tar wcześnie dotarł na tory, Tom, jego ludzie i konie już tam byli. Konie wyprowadzano jeden po drugim. Niektóre pracowały szybko, inne po prostu biegły kilometrami. Robiono to, aby wzmocnić ich nogi.
  Potem pojawił się Chłopiec Pasażer, początkowo nieco sztywny, ale po chwili potrząsania stopniowo przybrał ten lekki, koci chód. Święta Makrela uniosła się wysoko i dumnie. Problem z nim polegał na tym, że gdy biegł z taką prędkością, jeśli nie było się bardzo ostrożnym i naciskało za mocno, mógł się rozbić i wszystko zepsuć.
  Teraz Tar opanował wszystko perfekcyjnie: słowa związane z wyścigami, slang. Uwielbiał wymawiać końskie imiona, słowa związane z wyścigami, słowa związane z końmi.
  Siedząc tak, sam pod drzewem, kontynuował rozmowę z końmi cichym głosem. "Spokojnie, chłopcze, teraz... idź tam... cześć chłopcze... cześć chłopcze..." ["cześć, chłopcze... cześć, chłopcze"...] udając, że prowadzi.
  "Witaj, chłopcze" - to dźwięk, który wydawałeś, gdy chciałeś, aby koń wyprostował się w swoim kroku.
  Jeśli nie jesteś jeszcze mężczyzną i nie potrafisz robić tego, co robią mężczyźni, możesz się równie dobrze bawić udając, że to robisz... jeśli nikt nie patrzy ani nie słucha.
  Tar obserwował konie i marzył o tym, żeby kiedyś zostać jeźdźcem. W niedzielę, gdy wychodził na tor, coś się wydarzyło.
  Kiedy dotarł tam wczesnym rankiem, dzień zaczął się szaro, jak wiele niedziel, i zaczął padać lekki deszcz. Początkowo myślał, że deszcz popsuje mu zabawę, ale nie trwało to długo. Deszcz jedynie przysypał tor pyłem.
  Tar wyszedł z domu bez śniadania, ale ponieważ lato dobiegało końca i Tom wkrótce musiał wysłać część swoich koni na wyścigi, część jego ludzi zamieszkała na torach, trzymając tam swoje konie i spożywając posiłki.
  Gotowali na zewnątrz i rozpalili małe ognisko. Po deszczu dzień się wypogodził, tworząc delikatne światło.
  W niedzielny poranek Tom zobaczył Tara wchodzącego na teren targów i zawołał go, dając mu smażony boczek i chleb. Było pyszne, lepsze niż cokolwiek, co Tar mógł dostać w domu. Być może matka powiedziała Tomowi Whiteheadowi, że jest tak zafascynowany naturą, że często wychodzi z domu bez śniadania.
  Po tym, jak dał Tarowi bekon i chleb - Tar zamienił to w kanapkę - Tom przestał zwracać na niego uwagę. I dobrze. Tar nie chciał uwagi [nie tego dnia]. Są dni, kiedy, jeśli wszyscy dają ci spokój, to jest w porządku. Nie zdarzają się często w życiu. Dla niektórych najlepszym dniem jest dzień ślubu, dla innych dzień, w którym się bogacą, zostają im duże pieniądze, albo coś w tym stylu.
  W każdym razie są dni, kiedy wszystko wydaje się iść dobrze, jak Święty Makrela, kiedy nie złamie tempa na odcinku, albo jak stary Chłopiec Pasażer, kiedy w końcu wpada w swój miękki, koci chód. Takie dni są tak rzadkie, jak dojrzałe jabłka na drzewie zimą.
  Ukrywszy bekon i chleb, Tar podszedł do drzewa i spojrzał na drogę. Trawa była mokra, ale pod drzewem sucha.
  Cieszył się, że nie było tam Jima Moore'a, cieszył się, że nie było tam jego brata Johna i Roberta.
  Cóż, chciał być sam, i tyle.
  Wczesnym rankiem postanowił, że nie wróci do domu przez cały dzień, aż do wieczora.
  Leżał na ziemi pod dębem i obserwował pracę koni. Kiedy Holy Mackerel i Passenger Boy zabrali się do pracy, Tom Whitehead stał w pobliżu stanowiska sędziowskiego ze stoperem w ręku, pozwalając prowadzić lżejszemu mężczyźnie; to było z pewnością ekscytujące. Wielu ludzi uważa, że to wspaniale, gdy jeden koń gryzie drugiego tuż przy mecie, ale jeśli jesteś jeźdźcem, powinieneś dobrze wiedzieć, który koń najprawdopodobniej gryzie drugiego. Nie był ustawiony przy mecie, ale prawdopodobnie na prostej za linią końcową, gdzie nikt nie mógł go zobaczyć. Tar wiedział, że to prawda, ponieważ słyszał, jak Tom Whitehead to mówił. Szkoda, że Tom był taki gruby i ciężki. Byłby tak dobrym kierowcą jak Pop Gears czy Walter Cox, gdyby nie był taki gruby.
  Wyprost to moment, w którym koń zostaje uznany za faworyta, ponieważ jeden koń za drugim mówi: "Chodź, wielki kundlu, zobaczymy, co potrafisz". Wyścigi wygrywa się tym, co masz lub czego nie masz.
  Chodzi o to, że te szczypce zawsze lądują w gazetach i artykułach. Wiecie, dziennikarze lubią takie rzeczy: "Czujesz drut, wiatr szlocha w twoich potężnych płucach", wiecie. Dziennikarze to lubią, i publiczność na wyścigach też to lubi. [Niektórzy kierowcy i zawodnicy zawsze pracują na trybunach.] Czasami Tar myślał, że gdyby był kierowcą, jego ojciec byłby równie miły, a może i on sam, ale ta myśl go zawstydziła.
  A czasami ktoś taki jak Tom Whitehead powie jednemu ze swoich kierowców: "Pozwól Holy Mackerelowi stanąć na czele. Zabierz starego Pasażera trochę do tyłu, na początek kolejki. A potem pozwól mu wysiąść".
  Rozumiesz, o co chodzi. To nie znaczy, że Pasażer nie mógł wygrać. To znaczy, że nie mógł wygrać, biorąc pod uwagę jego stratę, gdyby został tak odepchnięty. To miało wyrobić w Świętym Macrelu nawyk lądowania na czele. Stary Pasażer prawdopodobnie się tym nie przejmował. Wiedział, że i tak zgarnie owies. Skoro byłeś z przodu wiele razy i słyszałeś oklaski i tak dalej, to co cię to obchodzi?
  Wiedza o wyścigach czy czymkolwiek innym może wiele kosztować, ale też coś daje. To nonsens, żeby cokolwiek wygrać, jeśli nie zrobi się tego dobrze. "W Ohio jest około trzech osób, które o tym wiedzą, a cztery z nich nie żyją" - Tar usłyszał kiedyś słowa Willa Truesdale"a. Tar nie do końca rozumiał, co to znaczy, a jednak w pewnym sensie rozumiał.
  Chodzi o to, że sposób poruszania się konia jest czymś wyjątkowym.
  Mimo wszystko, Holy Mackerel wygrał w niedzielny poranek, po tym jak Passenger Boy został odepchnięty na początku prostej, a Tar obserwował, jak go wyprzedzono, a następnie jak Passenger Boy zajął miejsce między nimi i niemal zmusił Holy Mackerela do przebicia się na mecie. To był krytyczny moment. Mógłby się przełamać, gdyby Charlie Friedley, jadący na Passenger Boyu, wydał z siebie odpowiedni okrzyk w odpowiednim momencie, tak jak zrobiłby to w wyścigu.
  Widział to i ruchy koni na całej ścieżce.
  Potem wytresowano jeszcze kilka koni, głównie źrebiąt, i nadeszło południe, a Tar się nie ruszył.
  Czuł się dobrze. To był po prostu dzień, w którym nie chciał nikogo widzieć.
  Po tym, jak jeźdźcy skończyli swoją pracę, nie wrócił do miejsca, gdzie przebywali ludzie. Niektórzy z nich już odeszli. Byli Irlandczykami i katolikami i prawdopodobnie przyszli na mszę.
  Tar leżał na plecach pod dębem. Każdy dobry człowiek na świecie miał taki dzień. Takie dni, kiedy nadchodzą, sprawiają, że człowiek zastanawia się, dlaczego jest ich tak mało.
  Być może to było po prostu uczucie spokoju. Tar leżał na plecach pod drzewem, patrząc w niebo. Nad nim przelatywały ptaki. Co jakiś czas jakiś ptak siadał na drzewie. Przez chwilę słyszał głosy ludzi pracujących przy koniach, ale nie mógł zrozumieć ani słowa.
  "Cóż, duże drzewo samo w sobie jest czymś wyjątkowym. Drzewo potrafi czasem się śmiać, czasem uśmiechać, czasem marszczyć brwi. Wyobraź sobie, że jesteś dużym drzewem i nadchodzi długa pora sucha. Duże drzewo musi potrzebować dużo wody. Nie ma gorszego uczucia niż pragnienie i świadomość, że nie ma się nic do picia.
  "Drzewo to jedno, a trawa to co innego. Są dni, kiedy w ogóle nie jesteś głodny. Postaw przed sobą jedzenie, a nawet byś go nie chciał. Jeśli twoja matka zobaczy, że po prostu siedzisz i nic nie mówisz, prawdopodobnie, jeśli nie ma innych dzieci, które mogłyby ją zająć, zacznie się wiercić. Prawdopodobnie nie o jedzeniu myśli jako pierwszej. "Lepiej coś zjedz". Matka Jima Moore"a też tak miała. Objadała go, aż był tak gruby, że ledwo mógł przeskoczyć przez płot.
  Tar pozostał pod drzewem przez długi czas, aż nagle w oddali usłyszał dźwięk - niskie brzęczenie, które z czasem stawało się głośniejsze, a potem znowu ucichło.
  Cóż za zabawny dźwięk na niedzielę!
  Tar pomyślał, że wie, co to jest, i wkrótce wstał i powoli przeszedł przez pole, wspiął się na płot, przekroczył tory kolejowe, a potem wspiął się na kolejny płot. Przechodząc przez tory, rozejrzał się w górę i w dół. Kiedy stał na torach, zawsze żałował, że nie jest koniem, młodym jak Święta Makrela, a pełnym mądrości, szybkości i złośliwości jak Chłopiec Pasażer.
  Tar już opuścił tor wyścigowy. Przeciął wąskie pole, przeskoczył przez druciane ogrodzenie i wjechał na drogę.
  Nie była to duża droga, lecz mała wiejska droga. Takie drogi mają głębokie koleiny i często wystające kamienie.
  A teraz był już poza miastem. Dźwięk, który słyszał, stawał się coraz głośniejszy. Minął zabudowania, przeszedł przez las i wspiął się na wzgórze.
  Wkrótce to zobaczył. To było to, o czym myślał. Jacyś mężczyźni młócili zboże na polu.
  "Co do cholery! W niedzielę!
  "To muszą być jacyś obcokrajowcy, Niemcy czy coś w tym stylu. Nie mogą być zbyt cywilizowani".
  Tar nigdy wcześniej tam nie był i nie znał żadnego z mężczyzn, ale przeskoczył płot i podszedł do nich.
  Stogi pszenicy stały na wzgórzu niedaleko lasu. Zbliżając się, szedł coraz wolniej.
  No cóż, wokół stało mnóstwo wiejskich chłopaków w jego wieku. Niektórzy ubrani jak na niedzielę, inni w luźne ubrania. Wszyscy wyglądali dziwnie. Mężczyźni byli dziwni. Tar przeszedł obok wagonu i lokomotywy i usiadł pod drzewem przy płocie. Siedział tam rosły starzec z siwą brodą i palił fajkę.
  Tar usiadł obok niego i patrzył na niego, patrzył na pracujących mężczyzn, patrzył na wiejskich chłopców w swoim wieku, którzy stali dookoła.
  Jakież to dziwne uczucie go ogarnęło. To uczucie. Idziesz ulicą, którą już byłeś tysiąc razy, i nagle wszystko staje się inne [i nowe]. Gdziekolwiek pójdziesz, ludzie coś robią. W niektóre dni wszystko, co robią, jest interesujące. Jeśli nie trenują źrebiąt na torze wyścigowym, młócą pszenicę.
  Będziesz zdumiony, jak pszenica wypływa z młocarni niczym rzeka. Pszenica jest mielona na mąkę i pieczona w chlebie. Pole, które nie jest zbyt duże i można po nim szybko przejść, przyniesie mnóstwo buszli pszenicy.
  Kiedy ludzie młócą pszenicę, zachowują się tak samo, jak podczas treningu ogierów do wyścigu. Wygłaszają zabawne komentarze. Przez jakiś czas harują jak wół, a potem odpoczywają, a może nawet walczą.
  Tar zobaczył młodego mężczyznę pracującego nad stertą pszenicy, który zepchnął drugą na ziemię. Potem wrócił na czworakach, a obaj odłożyli widły i zaczęli się mocować. Na podwyższeniu mężczyzna wsypujący pszenicę do wirówki zaczął tańczyć. Podniósł snop pszenicy, potrząsnął nim w powietrzu, wykonał ruch jak ptak próbujący latać, ale bezskutecznie, po czym znowu zaczął tańczyć.
  Dwaj mężczyźni w stogu siana walczyli z całych sił, cały czas się śmiejąc, a starszy mężczyzna przy płocie niedaleko Tary warczał na nich, ale było jasne, że nie miał na myśli tego, co mówił.
  Wszelkie prace młócące ustały. Wszyscy skupili się na obserwowaniu walki w stogu siana, aż jeden z nich powalił drugiego na ziemię.
  Kilka kobiet szło ścieżką z koszami, a wszyscy mężczyźni odeszli od wozu i usiedli przy płocie. Było południe, ale tak właśnie ludzie robią we wsi, kiedy nadchodzi pora młócenia. Jedzą i jedzą, o każdej porze. Tar słyszał, jak jego ojciec o tym opowiadał. Dick lubił malować wiejski dom, kiedy przyjeżdżały młocarnie. Wielu serwowało wtedy wino, niektórzy sami je robili. Dobry niemiecki rolnik był najlepszy. "Niemcy muszą jeść i pić" - mawiał często Dick. Zabawne, że Dick nie był tak gruby, jak mógł jeść, kiedy był poza domem, i mógł sobie na to pozwolić.
  
  Podczas gdy mieszkańcy farmy, odwiedzający młockarnie i sąsiedzi, którzy przyszli pomóc, siedzieli przy płocie, jedząc i pijąc, nadal częstowali Tara, ale on nie przyjął. Nie wiedział dlaczego. I nie dlatego, że była niedziela i dziwnie było widzieć ludzi przy pracy. Dla niego to był dziwny dzień, głupi dzień. Jeden z chłopaków z farmy, mniej więcej w jego wieku, podszedł i usiadł obok niego, trzymając dużą kanapkę. Tar nic nie jadł od śniadania na torze, a było wcześnie, około szóstej. Zawsze pracują z końmi tak wcześnie, jak to możliwe. Była już grubo po czwartej.
  Tar i dziwny chłopiec siedzieli przy starym pniu, który był pusty, a w nim pająk utkał sieć. Duża mrówka wpełzła po nodze farmera i kiedy ją strącił, wpadła w sieć. Szarpała się zaciekle. Jeśli przyjrzeć się sieci, można było zobaczyć starego, grubego pająka wystającego ze stożkowatego miejsca.
  Tar i dziwny chłopiec spojrzeli na pająka, na walczącą mrówkę i na siebie nawzajem. Dziwne, że są dni, kiedy nie można się odezwać, żeby się uratować. "Jest skończony" - powiedział chłopak ze wsi, wskazując na walczącą mrówkę. "Założę się" - powiedział Tar.
  Mężczyźni wrócili do pracy, a chłopiec zniknął. Staruszek, który siedział przy płocie i palił fajkę, poszedł do pracy. Zostawił zapałki na ziemi.
  Tar poszedł i je przyniósł. Zebrał słomkę i schował ją pod koszulę. Nie wiedział, po co mu zapałki i słomka. Czasami chłopak po prostu lubi dotykać rzeczy. Zbiera kamienie i nosi je ze sobą, kiedy tak naprawdę ich nie potrzebuje.
  "Są dni, kiedy wszystko ci się podoba, i dni, kiedy nie. Inni ludzie prawie nigdy nie wiedzą, co czujesz".
  Tar odsunął się od młocarni, przetoczył się wzdłuż płotu i wylądował na łące poniżej. Teraz widział dom. Kiedy młocarnie pracują, do domu przychodzi mnóstwo sąsiadów. Aż nadto. Dużo gotują, ale też dużo się wygłupiają. Lubią rozmawiać. Takiego gadania jeszcze nie słyszeliście.
  Chociaż zabawne było to, że robili to w niedzielę.
  Tar przeszedł przez łąkę, a potem przez strumień na leżącym pniu. Wiedział mniej więcej, w którą stronę jest miasto i dom w Moorhead. Co pomyślałaby jego matka, gdyby nie było go cały dzień? Załóżmy, że sprawy potoczą się tak jak z Ripem Van Winkle i nie będzie go przez lata. Zwykle, gdy wcześnie rano szedł sam na tor wyścigowy, wracał do domu o dziesiątej. Jeśli była sobota, zawsze było dużo do zrobienia. Sobota była dla Johna dniem papierkowej roboty i Tar z pewnością miał mnóstwo zajęć.
  Musiał rąbać i nosić drewno na opał, nabierać wody i chodzić do sklepu.
  Ostatecznie niedziela była o wiele lepsza. To był dla niego dziwny, wyjątkowy dzień. Kiedy nadchodzi wyjątkowy dzień, należy robić tylko to, co przychodzi do głowy. W przeciwnym razie wszystko pójdzie na marne. Jeśli chcesz jeść, jedz; jeśli nie chcesz jeść, nie jedz. Inni ludzie i ich pragnienia się nie liczą, nie tego dnia.
  Tar wspiął się na niewielkie wzniesienie i usiadł przy kolejnym płocie w lesie. Wychodząc z lasu, zobaczył płot otaczający wesołe miasteczko i zdał sobie sprawę, że za dziesięć, piętnaście minut będzie mógł wrócić do domu - gdyby chciał. Nie chciał.
  Czego chciał? Było już późno. Musiał być w lesie co najmniej od dwóch godzin. Jak ten czas leciał - czasami.
  Zszedł ze wzgórza i dotarł do strumienia prowadzącego do stawu z urządzeniami hydraulicznymi. Na stawie zbudowano tamę, która zatrzymywała wodę. Obok stawu znajdowała się maszynownia, która pracowała pełną parą podczas pożaru w mieście i zapewniała miastu oświetlenie elektryczne. W księżycową noc zostawiali światło zapalone. Dick Moorhead zawsze na to narzekał. Nie płacił podatków, a człowiek, który ich nie płaci, jest zawsze bardziej zrzędliwy. Dick zawsze powtarzał, że podatnicy powinni również płacić za podręczniki szkolne. "Żołnierz służy ojczyźnie, a to rekompensuje brak płacenia podatków" - powiedział Dick. Tar czasami zastanawiał się, co Dick by zrobił, gdyby nie miał szansy zostać żołnierzem. Dawało mu to tyle powodów do narzekań, przechwałek i rozmów. Lubił też być żołnierzem. "To było życie skrojone na miarę". "Gdybym był w West Point, zostałbym w wojsku. Jeśli nie jesteś żołnierzem West Point, wszyscy patrzą na ciebie z góry" - powiedział Dick.
  W maszynowni wodociągów znajdowała się maszyna z kołem dwa razy wyższym od głowy. Kręciła się i kręciła tak szybko, że ledwo było widać szprychy. Maszynista nic nie powiedział. Jeśli podszedłeś do drzwi i zatrzymałeś się, żeby zajrzeć do środka, nigdy na ciebie nie spojrzał. Nigdy nie widziałeś człowieka z taką ilością tłuszczu na jednej parze spodni.
  W górę strumienia, tam, gdzie właśnie pojawił się Tar, kiedyś stał dom, ale spłonął. Był tam stary sad jabłkowy, wszystkie drzewa powaliły się, z gałęzi wyrastało tyle małych pędów, że ledwo dało się po nich wspiąć. Sad znajdował się na zboczu wzgórza prowadzącego prosto do strumienia. Nieopodal rozciągało się pole kukurydzy.
  Tar siedział nad strumieniem, na skraju pola kukurydzy i ogrodu. Po chwili siedzenia, świstak na przeciwległym brzegu strumienia wyszedł ze swojej nory, stanął na tylnych łapach i spojrzał na Tara.
  Tar się nie poruszył. Dziwna to była myśl, nieść słomkę pod koszulą. To łaskotało.
  Wyjął go, a świstak zniknął w swojej norze. Robiło się już ciemno. Musiał wkrótce wracać do domu. Niedziela okazała się zabawna: jedni poszli do kościoła, inni zostali w domu.
  Ci, którzy zostali w domu, nadal się odświętnie ubrali.
  Tara usłyszała, że dziś jest dzień Pański. Zebrał kilka suchych liści wzdłuż ogrodzenia przy ogrodzie, a potem podszedł nieco dalej w kierunku kukurydzy. Kiedy kukurydza jest prawie dojrzała, zawsze są na niej jakieś zewnętrzne liście, które wyschły i zwiędły.
  "Jałowy kawałek chleba gorzknieje". Tar usłyszał pewnego dnia słowa Willa Truesdale'a, siedzącego z innymi mężczyznami na ławce przed stajnią Toma Whiteheada. Zastanawiał się, co to znaczy. To była poezja, którą Will cytował. Miło byłoby mieć takie wykształcenie jak Will, ale bez bycia saperem, i znać wszystkie słowa i ich znaczenie. Jeśli połączysz słowa w określony sposób, brzmią pięknie, nawet jeśli nie wiesz, co oznaczają. Dobrze do siebie pasują, tak jak niektórzy ludzie. Potem idziesz sam i wypowiadasz słowa w ciszy, delektując się ich dźwiękiem.
  Przyjemne odgłosy starego sadu i pola łączności nocą to chyba najpiękniejsze dźwięki, jakie można usłyszeć. Wydają je świerszcze, żaby i koniki polne.
  Tar rozpalił mały stosik liści, suszonych łusek kukurydzy i słomy. Następnie przyłożył kilka patyków. Liście nie były bardzo suche. Nie było dużego, gwałtownego ognia, tylko cichy, z białym dymem. Dym snuł się między gałęziami jednej ze starych jabłoni w sadzie, posadzonej przez człowieka, który myślał, że zbuduje tam dom nad strumieniem. "Zmęczył się albo rozczarował" - pomyślał Tar - "i po tym, jak jego dom spłonął, odszedł. Ludzie ciągle opuszczali jedno miejsce i przenosili się do innego".
  Dym leniwie unosił się w gałęzie drzew. Gdy powiał lekki wietrzyk, część dymu unosiła się w łanach kukurydzy.
  Ludzie rozmawiali o Bogu. W głowie Tary nie było niczego konkretnego. Często robisz coś - na przykład nosisz słomę z klepiska przez cały dzień w koszuli (łaskocze cię to) - i nie wiesz, dlaczego to robisz.
  Są rzeczy, o których trzeba myśleć, a o których nigdy nie będziesz w stanie myśleć. Jeśli porozmawiasz z chłopcem o Bogu, będzie kompletnie zdezorientowany. Pewnego razu dzieci rozmawiały o śmierci, a Jim Moore powiedział, że kiedy umrze, chce, żeby na jego pogrzebie zaśpiewały piosenkę "Going to the Fair in a Car" (Jadę samochodem na jarmark), a stojący obok duży chłopiec roześmiał się, gotów zabić.
  Nie miał na tyle zdrowego rozsądku, żeby zrozumieć, że Jim nie miał na myśli tego, co powiedział. Chodziło mu o to, że podobał mu się dźwięk. Może słyszał kogoś śpiewającego tę piosenkę, kogoś o przyjemnym głosie.
  Pastor, który pewnego dnia przyszedł do domu Mooreheadów i dużo mówił o Bogu i piekle, przestraszył Tara i rozgniewał Mary Moorehead. Po co się tak denerwować?
  Jeśli siedzisz na skraju pola kukurydzy i sadu, pali się małe ognisko, jest już prawie noc, jest pole kukurydzy, dym leniwie i powoli unosi się ku niebu, a ty patrzysz w górę...
  Tar poczekał, aż ogień się wypali i poszedł do domu.
  Było ciemno, kiedy tam dotarł. Jeśli twoja matka ma choć trochę zdrowego rozsądku, wie wystarczająco dużo, by wiedzieć, że pewne dni są pewne. Jeśli w któryś z tych dni zrobisz coś, czego się nie spodziewa, nigdy nie powie ani słowa.
  Matka Tary nic nie powiedziała. Kiedy wrócił do domu, jego ojciec już wyszedł, podobnie jak John. Obiad się skończył, ale matka mu go przyniosła. Margaret rozmawiała z sąsiadką na podwórku, a Robert po prostu siedział w pobliżu. Dziecko spało.
  Po obiedzie Tar po prostu siedział na ganku z matką. Siedziała obok niego, od czasu do czasu dotykając go palcami. [Czuł się, jakby przechodził jakąś ceremonię. Po prostu dlatego, że ogólnie wszystko było takie dobre i w porządku. W czasach biblijnych lubiano rozpalać ogień i patrzeć, jak dym unosi się w górę. To było dawno temu. Kiedy pali się taki ogień, samotnie, a dym leniwie unosi się przez gałęzie starych jabłoni i pośród kukurydzy, która wyrosła ci na głowę, a kiedy spojrzysz w górę, jest już późny wieczór, prawie ciemno, niebo, na którym są gwiazdy, jest trochę daleko, no dobra.]
  OceanofPDF.com
  CZĘŚĆ III
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XII
  
  BYŁ _ starą kobietą i mieszkał na farmie niedaleko miasta, w którym mieszkali Moorheadowie. Każdy w kraju i w mieście widział takie stare kobiety, ale niewielu o nich wie. Taka staruszka przyjeżdża do miasta na starym, zmęczonym koniu albo idzie pieszo z koszykiem. Może mieć kilka kur i jajek na sprzedaż. Przynosi je w koszyku i zanosi do sklepu spożywczego. Tam je sprzedaje. Kupuje trochę solonej wieprzowiny i fasoli. Potem bierze funt lub dwa cukru i trochę mąki.
  Potem idzie do rzeźnika i prosi o psie mięso. Może wydać dziesięć, piętnaście centów, ale kiedy już wyda, to prosi o coś. Za czasów Tara rzeźnicy dawali wątrobę każdemu, kto jej chciał. W rodzinie Moorheadów zawsze tak było. [Pewnego dnia] jeden z braci Tara wyciągnął całą krowią wątrobę z rzeźni niedaleko placu kibica. Zataczając się, wrócił z nią do domu, a potem Moorheadowie mieli ją, aż im się znudziła. Nigdy nie kosztowała ani centa. Tar nienawidził tej myśli do końca życia.
  Starsza kobieta z farmy przyniosła jej wątróbkę i kość na zupę. Nigdy nikogo nie odwiedzała i jak tylko dostała to, czego chciała, wracała do domu. Dla tak starego człowieka było to nie lada obciążenie. Nikt jej nie podwiózł. Ludzie jechali prosto drogą i nie zwracali uwagi na taką staruszkę.
  Latem i jesienią, gdy Tar chorował, staruszka przychodziła do miasta, mijając dom Mooreheadów. Później wracała do domu z ciężkim plecakiem na plecach. Za nią podążały dwa lub trzy duże, wychudzone psy.
  Cóż, nie było w niej nic szczególnego. Była kimś, kogo znało niewiele osób, ale przeniknęła do myśli Tara. Nazywała się Grimes i mieszkała z mężem i synem w małym, niepomalowanym domu nad brzegiem strumienia, cztery mile za miastem.
  Mąż i syn stanowili trudną parę. Chociaż syn miał zaledwie dwadzieścia jeden lat, odsiedział już wyrok w więzieniu. Krążyły plotki, że mąż kobiety kradł konie i wywoził je do innego hrabstwa. Od czasu do czasu, gdy koń znikał, mężczyzna również znikał. Nigdy go nie złapano.
  Dzień później, gdy Tar kręcił się przy stajni Toma Whiteheada, podszedł mężczyzna i usiadł na ławce przed domem. Sędzia Blair i dwóch lub trzech innych mężczyzn też tam byli, ale nikt się do niego nie odezwał. Siedział tam kilka minut, po czym wstał i wyszedł. Wychodząc, odwrócił się i spojrzał na mężczyzn. W jego oczach malował się bunt. "Cóż, starałem się być miły. Nie chcecie ze mną rozmawiać. Zawsze tak było, gdziekolwiek się pojawię w tym mieście. Jeśli któryś z waszych wspaniałych koni kiedykolwiek zaginie, co wtedy?"
  Właściwie nic nie powiedział. "Chciałbym ci złamać szczękę" - mówiły jego oczy. Tar wspominał później, jak to spojrzenie przyprawiło go o dreszcz.
  Mężczyzna pochodził z rodziny, która kiedyś była bogata. Jego ojciec, John Grimes, w młodości prowadził tartak i zarabiał na życie. Potem zaczął pić i uganiać się za kobietami. Kiedy umarł, niewiele z niego zostało.
  Jake Grimes wysadził resztę. Wkrótce drewno zniknęło, a jego ziemia zniknęła niemal całkowicie.
  Zabrał żonę od niemieckiego rolnika i pewnego czerwcowego dnia poszedł do pracy przy zbiorze pszenicy. Była wtedy młoda i śmiertelnie przerażona.
  Widzisz, farmer coś knuł z dziewczyną, którą nazywali "związaną dziewczyną", a jego żona miała podejrzenia. Wyżywała się na niej, gdy farmera nie było w pobliżu. Potem, gdy jego żona musiała pojechać do miasta po zapasy, farmer poszedł za nią. Powiedziała młodemu Jake'owi, że tak naprawdę nic się nie stało, ale nie był pewien, czy jej wierzyć, czy nie.
  Zdobył ją dość łatwo, gdy pierwszy raz się z nią spotkał. Cóż, nie ożeniłby się z nią, gdyby niemiecki farmer nie próbował mu pokazać, jak to się robi. Pewnego wieczoru Jake namówił ją, żeby pojechała z nim jego wozem, podczas gdy on młócił ziemię, a potem wrócił po nią w następną niedzielę wieczorem.
  Udało jej się wymknąć z domu, niezauważona przez pracodawcę, a potem, gdy wsiadała do bryczki, on się pojawił. Było już prawie ciemno i nagle pojawił się przy głowie konia. Złapał konia za uzdę, a Jake wyciągnął bat.
  Mieli to na wyciągnięcie ręki. Niemiec był twardzielem. Może nie przejmował się, czy żona się dowie. Jake uderzył go batem w twarz i ramiona, ale koń zaczął się szarpać i musiał uciekać.
  Potem dwaj mężczyźni rzucili się na nią. Dziewczyna tego nie widziała. Koń ruszył biegiem i przejechał prawie milę drogą, zanim dziewczyna go zatrzymała. Wtedy [udało jej się] przywiązać go do drzewa przy drodze. Tar dowiedział się o tym wszystkim później. Musiał to pamiętać z małomiasteczkowych opowieści, które słyszał kręcących się tam mężczyzn. Jake znalazł ją po tym, jak rozprawił się z Niemcem. Skulona w powoziku płakała, śmiertelnie przerażona. Opowiedziała Jake'owi wiele rzeczy: jak Niemiec próbował ją złapać, jak gonił ją kiedyś do stodoły, jak innym razem, gdy byli sami w domu, rozdarł jej sukienkę tuż przed drzwiami. Niemiec, powiedziała, mógłby ją wtedy złapać, gdyby nie usłyszał, jak jego stara wjeżdża przez bramę. Jego żona poszła do miasta po zapasy. Cóż, zostawiła konia w stodole. Niemcowi udało się wymknąć na pole niezauważony. Powiedział dziewczynie, że ją zabije, jeśli powie. Co mogła zrobić? Skłamała, że rozdarła sukienkę w stodole, karmiąc bydło. Była związana i nie wiedziała, kim są jej rodzice ani gdzie są. Być może nie miała ojca. Czytelnik zrozumie.
  Wyszła za mąż za Jake'a i miała syna i córkę, ale córka zmarła młodo.
  Potem kobieta zaczęła karmić bydło. To była jej praca. Gotowała dla Niemca i jego żony. Żona Niemca była silną kobietą o szerokich biodrach i większość czasu spędzała pracując w polu z mężem. [Dziewczyna] karmiła ich, karmiła krowy w oborze, karmiła świnie, konie i kurczaki. Jako dziecko, każdą chwilę każdego dnia spędzałam na karmieniu.
  Potem wyszła za mąż za Jake'a Grimesa i on potrzebował wsparcia. Była niska, a po trzech, czterech latach małżeństwa i urodzeniu dwójki dzieci jej szczupłe ramiona zaczęły się garbić.
  Jake zawsze miał mnóstwo dużych psów w domu, stojących w pobliżu opuszczonego, starego tartaku nad strumieniem. Zawsze sprzedawał konie, kiedy nic nie kradł, i miał wiele biednych, chudych koni. Trzymał też trzy lub cztery świnie i krowę. Wszystkie pasły się na kilku akrach ziemi, które pozostały po domu Grimesów, a Jake prawie nic nie robił.
  Zadłużył się na młocarnię i utrzymywał ją przez kilka lat, ale to się nie opłaciło. Ludzie mu nie ufali. Obawiali się, że ukradnie ziarno w nocy. Musiał podróżować daleko, aby znaleźć pracę, a podróż była zbyt kosztowna. Zimą polował i zbierał trochę drewna na opał, aby sprzedać je w pobliskim mieście. Kiedy jego syn dorósł, był taki sam jak jego ojciec. Upijali się razem. Jeśli w domu nie było nic do jedzenia, kiedy wracali do domu, starzec bił staruszkę spinaczem w głowę. Miała kilka własnych kurczaków i musiała zabić jednego z nich w pośpiechu. Kiedy wszystkie zostały zabite, nie miała jajek na sprzedaż, kiedy poszła do miasta, i co wtedy zrobiła?
  Musiała spędzić całe życie planując, jak karmić zwierzęta, karmiąc świnie, żeby urosły na tyle, by jesienią można je było ubić. Kiedy były ubijane, jej mąż zabierał większość mięsa do miasta i je sprzedawał. Jeśli on nie robił tego pierwszy, robił to syn. Czasami się kłócili, a kiedy tak się działo, staruszka stała z boku, drżąc.
  Miała już nawyk milczenia - to zostało skorygowane.
  Czasami, gdy zaczynała się starzeć - nie miała jeszcze czterdziestu lat - a jej mąż i syn byli poza domem, handlowali końmi, pili, polowali lub kradli, przechadzała się po domu i podwórzu stodoły, mamrocząc coś do siebie.
  Jak wyżywić wszystkich, to był jej problem. Psy wymagały nakarmienia. W stodole brakowało siana dla koni i krowy. Jeśli nie karmiła kur, jak miały znosić jajka? Bez jajek na sprzedaż, jak mogła kupić rzeczy niezbędne do funkcjonowania miasta? Na szczęście nie musiała karmić męża w określony sposób. To nie trwało długo po ich ślubie i narodzinach dzieci. Dokąd wyruszał w swoje długie podróże, nie wiedziała. Czasami znikał na całe tygodnie, a kiedy chłopiec dorósł, podróżowali razem.
  Zostawili jej wszystko w domu, a ona nie miała pieniędzy. Nikogo nie znała. Nikt nigdy z nią nie rozmawiał. Zimą musiała zbierać drewno na opał, starając się zapewnić bydłu bydło, mając bardzo mało zboża i siana.
  Bydło w stodole wołało do niej z zapałem, a psy podążały za nią. Kury znosiły mnóstwo jaj zimą. Gromadziły się w kątach stodoły, a ona nie przestawała ich obserwować. Jeśli kura zniesie jajko w stodole zimą, a ty go nie znajdziesz, zamarznie i się stłucze.
  Pewnego zimowego dnia starsza kobieta poszła do miasta z kilkoma jajkami, a za nią poszły jej psy. Zaczęła pracę dopiero o trzeciej nad ranem, a zaczął padać gęsty śnieg. Od kilku dni nie czuła się dobrze, więc szła, mamrocząc pod nosem, półnaga, zgarbiona. Miała ukryty na dnie stary worek na zboże, w którym nosiła jajka. Nie było ich wiele, ale zimą jajka drożeją. Dostawała trochę mięsa [w zamian za jajka], trochę solonej wieprzowiny, trochę cukru i może kawę. Może rzeźnik dałby jej kawałek wątróbki.
  Kiedy dotarła do miasta i sprzedała jajka, psy leżały przed drzwiami. Udało jej się, zdobyła wszystko, czego potrzebowała, nawet więcej, niż się spodziewała. Potem poszła do rzeźnika, a on dał jej wątróbkę i psie mięso.
  Po raz pierwszy od dawna ktoś odezwał się do niej przyjaźnie. Kiedy weszła, rzeźnik był sam w swoim sklepie, zirytowany myślą o wyjściu tak schorowanej staruszki w taki dzień. Było przenikliwie zimno, a śnieg, który opadł po południu, znów padał. Rzeźnik powiedział coś o jej mężu i synu, przeklinając ich, a staruszka spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem w oczach. Powiedział, że jeśli jej mąż lub syn weźmie wątrobę lub ciężkie kości z wiszącymi na nich kawałkami mięsa, które umieścił w worku ze zbożem, będzie pierwszym, który zobaczy [go] umierającego z głodu.
  Głodowali, co? No cóż, musieli się wyżywić. Ludzi trzeba było nakarmić, konie, które były kiepskie, ale może dałoby się je wymienić, i biedną, chudą krowę, która nie dawała mleka od trzech miesięcy.
  Konie, krowy, świnie, psy, ludzie.
  Staruszka musiała wrócić do domu przed zmrokiem, jeśli mogła. Psy podążały za nią tuż za nią, wąchając ciężki worek zboża, który miała przytroczony do pleców. Kiedy dotarła na obrzeża miasta, zatrzymała się przy płocie i przywiązała worek do pleców kawałkiem liny, którą nosiła w kieszeni sukienki w tym celu. To był łatwiejszy sposób noszenia go. Bolały ją ramiona. Miała trudności ze wspinaniem się przez płoty, a raz upadła i wylądowała w śniegu. Psy zaczęły brykać. Z trudem podniosła się na nogi, ale dała radę. Wspinaczka przez płot była po to, żeby mieć skrót przez wzgórze i las. Mogła obejść drogę dookoła, ale to było o milę dalej. Bała się, że nie będzie w stanie tego zrobić. A potem było karmienie bydła. Zostało trochę siana, trochę kukurydzy. Może jej mąż i syn przyniosą coś do domu, kiedy przyjadą. Wyjechali jedynym powozem, jaki miała rodzina Grimesów - rozklekotaną maszyną z rozklekotanym koniem przywiązanym do niej i dwoma innymi rozklekotanymi końmi ciągnącymi lejce. Chcieli wymienić konie i zarobić trochę pieniędzy, jeśli się uda. Mogli wrócić do domu pijani. Byłoby miło mieć coś w domu, kiedy wrócą.
  Syn miał romans z kobietą w stolicy hrabstwa, piętnaście mil stąd. Była złą kobietą, surową. Pewnego lata syn przyprowadził ją do domu. Oboje pili. Jake Grimes był poza domem, a syn i jego kobieta rozstawiali staruszkę jak służącą. Nie przeszkadzało jej to zbytnio; była do tego przyzwyczajona. Bez względu na to, co się działo, nigdy nic nie mówiła. To był jej sposób na dogadywanie się. Udawało jej się to, gdy była młodą dziewczyną z Niemcem i odkąd wyszła za mąż za Jake'a. Tym razem jej syn przyprowadził swoją kobietę do domu i zostali u niej całą noc, śpiąc razem jak w małżeństwie. To nie zszokowało staruszki zbytnio. Wcześnie przezwyciężyła szok.
  Z plecakiem na plecach z trudem przedzierała się przez otwarte pole, brnąc przez głęboki śnieg, aż dotarła do lasu. Musiała wspiąć się na niewielkie wzniesienie. W lesie nie było dużo śniegu.
  Droga była, ale trudno było się nią poruszać. Tuż za szczytem wzgórza, gdzie las był najgęstszy, znajdowała się mała polanka. Czy ktokolwiek kiedykolwiek pomyślał o zbudowaniu tam domu? Polanka była wielkości miejskiej działki budowlanej, wystarczająco duża, by postawić tam dom i ogród. Ścieżka biegła wzdłuż polanki, a kiedy do niej dotarła, staruszka usiadła, by odpocząć u stóp drzewa.
  To było głupie. Dobrze było się uspokoić, plecak oparty o pień drzewa, ale co z ponownym wstaniem? Martwiła się tym przez chwilę, a potem zamknęła oczy.
  Musiała trochę pospać. Kiedy jest tak zimno, nie robi się zimniej. Dzień trochę się ocieplił, a śnieg padał mocniej niż kiedykolwiek. Po chwili pogoda się poprawiła. Nawet wyszedł księżyc.
  Za panią Grimes do miasta podążały cztery psy Grimesa, wszystkie wysokie i chude. Mężczyźni tacy jak Jake Grimes i jego syn zawsze trzymają psy w ten sposób. Kopią je i obrażają, ale one zostają. Psy Grimesa musiały szukać pożywienia, żeby nie umrzeć z głodu, i robiły to, podczas gdy staruszka spała zwrócona plecami do drzewa na skraju polany . Gonili za królikami w lesie i okolicznych polach i złapali jeszcze trzy psy farmowe.
  Po chwili wszystkie psy wróciły na polanę. Coś je niepokoiło. Takie noce - zimne, czyste i księżycowe - działają na psy. Być może powrócił jakiś stary instynkt, odziedziczony z czasów, gdy były wilkami i włóczyły się po lesie watahami w zimowe noce.
  Psy na polanie złapały dwa lub trzy króliki przed staruszką, a ich natychmiastowy głód został zaspokojony. Zaczęły się bawić, biegając w kółko po polanie. Biegały w kółko, nos każdego psa dotykał ogona następnego. Na polanie, pod ośnieżonymi drzewami i w blasku zimowego księżyca, przedstawiały dziwny widok, biegnąc bezszelestnie po okręgu, który tworzyły biegi w miękkim śniegu. Psy nie wydawały żadnego dźwięku. Biegały i biegały w kółko.
  Być może staruszka widziała, jak to robili, zanim umarła. Być może obudziła się raz czy dwa i spojrzała na ten dziwny widok swoimi przyćmionymi, starczymi oczami.
  Teraz nie byłoby jej bardzo zimno, chciałaby tylko spać. Życie ciągnie się w nieskończoność. Może staruszka oszalała. Może śniło jej się dziewictwo z Niemcem, a wcześniej, w dzieciństwie, zanim matka ją porzuciła.
  Jej sny nie mogły być zbyt przyjemne. Niewiele przyjemnych rzeczy jej się przytrafiło. Co jakiś czas któryś z psów Grimesa opuszczał krąg do biegania i zatrzymywał się przed nią. Pies nachylał pysk w jej stronę. Wysuwał czerwony język.
  Bieganie z psami mogło być rodzajem ceremonii śmierci. Być może pierwotny, wilczy instynkt psów, obudzony nocą i biegiem, wzbudził w nich strach.
  "Nie jesteśmy już wilkami. Jesteśmy psami, sługami ludzi. Żyj, człowieku. Kiedy ludzie umierają, znów stajemy się wilkami".
  Kiedy jeden z psów podszedł do miejsca, gdzie siedziała staruszka, oparta plecami o drzewo, i przycisnął nos do jej twarzy, wydawał się usatysfakcjonowany i [poszedł] z powrotem, by pobiec ze stadem. Wszystkie psy Grimesa zrobiły to pewnego wieczoru przed jej śmiercią. Tar Moorhead dowiedział się o tym wszystkim później, gdy stał się mężczyzną, pewnej zimowej nocy w lesie zobaczył stado psów zachowujących się [dokładnie] w ten sam sposób. Psy czekały na jego śmierć, tak jak czekały na staruszkę tamtej nocy, gdy był dzieckiem, [ale] kiedy to go spotkało, był młodym mężczyzną i nie miał zamiaru umierać.
  Staruszka zmarła cicho i spokojnie. Kiedy umarła, a jeden z psów Grimesa podszedł do niej i znalazł ją martwą, wszystkie psy przestały biec.
  Zgromadzili się wokół niej.
  No cóż, teraz już nie żyła. Karmiła psy Grimesów, kiedy żyła, ale co teraz?
  Na plecach leżał plecak, worek zboża zawierający kawałek solonej wieprzowiny, wątróbkę, którą dał jej rzeźnik, psie mięso i kości do zupy. Miejski rzeźnik, nagle ogarnięty litością, ciężko naładował jej worek zboża. Dla staruszki był to ogromny ładunek.
  Teraz jest wielki haczyk dla psów.
  Jeden z psów Grimesa nagle wyskoczył z tłumu i zaczął szarpać stado na grzbiecie staruszki. Gdyby te psy rzeczywiście były wilkami, jeden z nich byłby przywódcą stada. To, co on zrobił, zrobiły wszystkie pozostałe.
  Wszyscy wbili zęby w worek ze zbożem, który staruszka przywiązała sobie do pleców linami.
  Ciało staruszki zostało zaciągnięte na otwartą polanę. Jej znoszona, stara sukienka szybko zerwała się z jej ramion. Kiedy odnaleziono ją dzień lub dwa później, sukienka była zerwana z jej ciała aż do bioder, ale psy jej nie tknęły. Wygrzebały trochę mięsa z worka ze zbożem i to wszystko. Kiedy ją znaleziono, jej ciało było zamarznięte na kość, ramiona tak wąskie, a ciało tak kruche, że po śmierci przypominało małą dziewczynkę.
  Podobne rzeczy działy się w miasteczkach Środkowego Zachodu, na farmach tuż za miastem, gdy Tar Moorhead był chłopcem. Łowca królików znalazł ciało staruszki i zostawił je w spokoju. Coś - owalna ścieżka przez małą, pokrytą śniegiem polanę, cisza tego miejsca, miejsce, gdzie psy nękały ciało, próbując wyciągnąć worek ze zbożem lub go rozerwać - coś przestraszyło mężczyznę i pospiesznie uciekł do miasta.
  Tar był na Main Street ze swoim bratem Johnem, który dostarczał gazety do sklepów. Zbliżała się noc.
  Myśliwy wszedł do sklepu spożywczego i opowiedział swoją historię. Następnie udał się do sklepu z narzędziami i apteki. Mężczyźni zaczęli gromadzić się na chodnikach. Następnie ruszyli drogą w stronę lasu.
  Oczywiście, John Moorehead powinien był kontynuować swoją działalność związaną z dystrybucją gazet, ale tego nie zrobił. Wszyscy zmierzali do lasu. Pojechali również przedsiębiorca pogrzebowy i marszałek miasta. Kilku mężczyzn wsiadło na wóz i pojechało do miejsca, gdzie szlak odchodził od drogi, ale konie nie były dobrze podkute i ślizgały się na śliskiej nawierzchni. Nie mieli lepszego czasu niż ci, którzy szli pieszo.
  Marszałek miasta był rosłym mężczyzną, którego noga została ranna podczas wojny secesyjnej. Niósł ciężką laskę i szybko kulał drogą. John i Tar Moorhead podążali tuż za nimi, a w miarę jak posuwali się naprzód, do tłumu dołączali inni chłopcy i mężczyźni.
  Zanim dotarli do miejsca, w którym staruszka skręciła z drogi, było już ciemno, ale wzeszedł księżyc. Marszałek podejrzewał morderstwo. Kontynuował przesłuchanie myśliwego. Myśliwy szedł z karabinem przewieszonym przez ramię, a pies szedł mu za nogą. Nieczęsto myśliwy ma okazję być tak widocznym. Wykorzystał to w pełni, prowadząc pochód z marszałkiem miasta. "Nie widziałem żadnych ran. To była młoda dziewczyna. Jej twarz była zasypana śniegiem. Nie, nie znałem jej". Myśliwy nie przyjrzał się dokładnie ciału. Był przestraszony. Mogła zostać zamordowana albo ktoś mógł wyskoczyć zza drzewa i go zabić. W lesie, późnym wieczorem, gdy drzewa są nagie, a ziemia pokryta białym śniegiem, gdy panuje cisza, coś upiornego pełza po ciele. Jeśli w sąsiednim więzieniu wydarzyło się coś dziwnego lub nadprzyrodzonego, człowiek myśli o tym, jak jak najszybciej stamtąd uciec.
  Grupa mężczyzn i chłopców dotarła do miejsca, w którym starsza kobieta przekroczyła pole, i podążyła za marszałkiem i myśliwym łagodnym zboczem do lasu.
  Tar i John Moorehead milczeli. John miał w torbie przewieszony przez ramię stos papierów. Po powrocie do miasta będzie musiał rozdawać gazety, zanim wróci do domu na obiad. Jeśli Tar pójdzie z nim, co John niewątpliwie już postanowił, oboje się spóźnią. Matka Tara albo jego siostra będą musiały podgrzać im obiad.
  No cóż, mieliby co opowiadać. Chłopiec nieczęsto miał taką okazję. Na szczęście akurat byli w sklepie spożywczym, kiedy wszedł myśliwy. Myśliwy był chłopakiem ze wsi. Żaden z chłopców nigdy wcześniej go nie widział.
  Tłum mężczyzn i chłopców dotarł już na polanę. W takie zimowe noce szybko zapada zmrok, ale pełnia księżyca rozjaśniła wszystko. Dwóch synów Mooreheada stało przy drzewie, pod którym zmarła staruszka.
  Nie wyglądała na starą, leżąc tam, zamarznięta, [nie] w tym świetle. Jeden z mężczyzn obrócił ją na śniegu i Tar zobaczył wszystko. Jego ciało drżało, zupełnie jak jego brata. Może to przez zimno.
  Żaden z nich nigdy wcześniej nie widział ciała kobiety. Być może śnieg przylegający do jej zamarzniętego ciała nadawał jej tak białą, marmurową fakturę. Z miasta nie przyjechała z nimi ani jedna kobieta, ale jeden z mężczyzn, miejski kowal, zdjął płaszcz i okrył go nią. Potem ją podniósł i ruszył w stronę miasta, a reszta podążała za nim w milczeniu. Nikt wtedy nie wiedział, kim ona jest.
  Tar widział wszystko, widział okrągły [ślad] na śniegu, jak miniaturowy hipodrom, gdzie psy miały obręcze, widział, jak zdezorientowani byli ludzie, widział białe nagie ramiona młodych, słyszał szeptane komentarze mężczyzn.
  Mężczyźni byli po prostu zdumieni. Zanieśli ciało do zakładu pogrzebowego, a kiedy kowal, myśliwy, marszałek i kilku innych weszło do środka, zamknęli drzwi. Gdyby Dick Moorehead tam był, mógłby wejść i wszystko zobaczyć i usłyszeć, ale [dwóch] chłopaków Mooreheadów nie dało rady.
  Tar poszedł ze swoim bratem Johnem rozdać [resztę] gazet, a gdy wrócili do domu, to John opowiedział całą historię.
  Tar milczał i poszedł wcześnie spać. Być może nie był zadowolony ze sposobu, w jaki John opowiedział tę historię.
  Później, w mieście, musiał usłyszeć inne fragmenty historii staruszki. Pamiętał, jak przechodziła obok domu Moorheadów, gdy chorował. Następnego dnia ją zidentyfikowano i wszczęto śledztwo. Jej mąż i syn zostali gdzieś odnalezieni i przywiezieni do miasta. Próbowano powiązać ich ze śmiercią kobiety, ale bezskutecznie. Mieli całkiem niezłe alibi.
  Ale miasto było przeciwko nim. Musieli uciekać. Tar nigdy nie usłyszał, dokąd poszli.
  Pamiętał tylko scenę tam, w lesie, stojących wokół mężczyzn, nagą dziewczynę leżącą twarzą w dół na śniegu, krąg utworzony przez biegnące psy i czyste, zimne zimowe niebo nad nimi. Białe strzępy chmur płynęły po niebie, pędząc przez małą otwartą przestrzeń między drzewami.
  Scena w lesie, nieświadoma Tary, stała się podstawą historii, której dziecko nie mogło zrozumieć i która domagała się zrozumienia. Przez długi czas fragmenty musiały być powoli składane w całość.
  Coś się wydarzyło. Kiedy Tar był młodym mężczyzną, poszedł do pracy na niemieckiej farmie. Zatrudniono tam dziewczynę, która bała się swojego pracodawcy. Żona farmera jej nienawidziła.
  Tar coś tu widział. Pewnej późniejszej zimowej nocy, w pogodną księżycową noc, przeżył w lesie na wpół mroczną, mistyczną przygodę z psami. Gdy był uczniem, pewnego letniego dnia, wraz z przyjacielem szedł wzdłuż strumienia kilka mil za miastem i dotarli do domu, w którym mieszkała starsza kobieta. Od jej śmierci dom stał pusty. Drzwi były wyrwane z zawiasów, wszystkie latarnie w oknach powybijane. Gdy chłopiec i Tar stali na drodze w pobliżu domu, zza rogu wybiegły dwa psy - bez wątpienia bezpańskie psy wiejskie. Były to wysokie, chude psy; podeszły do ogrodzenia i wpatrywały się uważnie w chłopców stojących na drodze.
  Cała ta historia, historia śmierci staruszki, była dla Tara niczym muzyka słyszana z oddali, gdy dorastał. Nuty należało wyłapywać powoli, po kolei. Trzeba było coś zrozumieć.
  Zmarła kobieta była jedną z tych, które karmiły [zwierzęta]. Od dzieciństwa karmiła zwierzęta: ludzi, krowy, kurczaki, świnie, konie, psy. Spędziła życie karmiąc wszelkiego rodzaju [zwierzęta]. Jej doświadczenie z mężem było czysto zwierzęcym doświadczeniem. Posiadanie dzieci było dla niej zwierzęcym doświadczeniem. Jej córka zmarła w dzieciństwie i najwyraźniej nie miała żadnej ludzkiej relacji ze swoim jedynym synem. Karmiła go tak, jak karmiła męża. Kiedy jej syn dorósł, przyprowadził do domu kobietę, a staruszka nakarmiła ich, nie mówiąc ani słowa. W noc swojej śmierci pospieszyła do domu, niosąc przy sobie jedzenie dla zwierząt.
  Zmarła na polanie w lesie i nawet po śmierci nadal karmiła zwierzęta - psy, które biegły z miasta za nią.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XIII
  
  Coś trapiło Tara od dawna. Latem, gdy miał trzynaście lat, sytuacja się pogorszyła. Jego matka od dawna nie czuła się dobrze, ale tego lata zdawała się poprawiać. [Tar sprzedawał teraz gazety, nie John], ale nie trwało to długo. Ponieważ jego matka nie czuła się najlepiej i miała młodsze dzieci, które się nie spieszyły, nie mogła poświęcać [Tarowi] zbyt wiele uwagi.
  Po obiedzie on i Jim Moore szli do lasu. Czasami po prostu leniuchowali, czasami łowili ryby albo pływali. Wzdłuż strumienia rolnicy pracowali na swoich polach. Kiedy szli popływać w miejscu zwanym "Mama Culver's Hole", przychodzili inni chłopcy z miasta. Młodzi ludzie czasami schodzili polami do strumienia. Był jeden młody mężczyzna, który miał ataki. Jego ojciec był miejskim kowalem [który wyniósł martwą kobietę z lasu]. Pływał jak wszyscy inni, ale ktoś musiał go pilnować [przez cały czas]. Pewnego dnia dostał ataku w wodzie i trzeba go było wyciągnąć, żeby nie utonął. Tar to zobaczył, zobaczył nagiego mężczyznę leżącego na brzegu strumienia, zobaczył dziwne spojrzenie w jego oczach, dziwne, szarpiące ruchy jego nóg, ramion i ciała.
  Mężczyzna wymamrotał słowa, których Tar nie rozumiał. To mogło być jak zły sen, który miewa się czasem w nocy. Spojrzał tylko na chwilę. Wkrótce mężczyzna wstał i się ubrał. Przeszedł powoli przez pole, ze spuszczoną głową, i usiadł, opierając plecy o drzewo. Jakiż był blady.
  Kiedy starsi chłopcy i młodzi mężczyźni przybyli do łaźni, Tar i Jim Moore wpadli we wściekłość. Starsi chłopcy w takich miejscach lubią wyładowywać swoją złość na młodszych. Oblewają błotem ciała małych chłopców, gdy wychodzą z łaźni częściowo ubrani. Kiedy cię złapie, musisz iść i ponownie się umyć. Czasami robią to dziesiątki razy.
  Potem chowają twoje ubrania albo moczą je w wodzie i zawiązują supełki w rękawie koszuli. Kiedy chcesz się ubrać i wyjść, nie możesz.
  [Czuła grupa - chłopcy z małego miasteczka - czasami.]
  Biorą rękaw koszuli i zanurzają go w wodzie. Następnie zawiązują ciasny węzeł i ciągną z całej siły, utrudniając chłopcu rozwiązanie. Jeśli musi próbować, starsi chłopcy w wodzie śmieją się i krzyczą. Jest o tym piosenka, pełna słów gorszych niż te, które można usłyszeć w jakiejkolwiek stajni. "Jedz wołowinę" - krzyczą starsi chłopcy. Potem wykrzykują piosenkę. Cała ta historia właśnie w tym brzmi. To nie jest jakiś wyszukany śpiew.
  To, co drażniło Tarę, drażniło również Jima Moore'a. Czasami, gdy byli sami w lesie, nad strumieniem za ich ulubionym kąpieliskiem, wchodzili do wody razem. Potem wychodzili i leżeli nago na trawie nad strumieniem w słońcu. To było przyjemne.
  [Potem] zaczęli rozmawiać o tym, co usłyszeli w szkole wśród młodzieży w łaźniach.
  "Załóżmy, że kiedyś będziesz miał okazję spotkać dziewczynę. Co wtedy?" Może małe dziewczynki wracające razem ze szkoły, bez chłopców, rozmawiają w ten sam sposób.
  "Och, nie będę miał takiej szansy. Pewnie bym się bał, prawda?
  "Myślę, że możesz pokonać swój strach. Chodźmy."
  Można rozmawiać i myśleć o wielu rzeczach, a potem, kiedy wracasz do domu, do matki i siostry, wydaje się, że to nie ma większego znaczenia. Gdybyś miał szansę i coś zrobił, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej.
  Czasami, gdy Tar i Jim leżeli tak na brzegu strumienia, jeden z nich dotykał ciała drugiego. To było dziwne uczucie. Wtedy obaj zrywali się i zaczęli biec. Wzdłuż brzegu strumienia w tamtym kierunku rosło kilka młodych drzew, więc wdrapywali się na nie. Drzewa były małe, gładkie i smukłe, a chłopcy udawali małpy lub inne dzikie zwierzęta. Kontynuowali to przez długi czas, zachowując się jak szaleńcy.
  Pewnego dnia, gdy to robili, podszedł do nich mężczyzna i musieli uciekać, by schować się w krzakach. Byli w ciasnej przestrzeni i musieli trzymać się blisko siebie. Po odejściu mężczyzny natychmiast poszli po ubrania, oboje czując się dziwnie.
  Dziwne w czym? No i co ty na to? Wszyscy chłopcy tak czasem mają.
  Jim i Tar znali chłopca, który miał czelność zrobić wszystko. Pewnego dnia był z dziewczyną i weszli do stodoły. Matka dziewczynki zobaczyła, jak wchodzą, i poszła za nią. Dziewczyna dostała lanie. Ani Tar, ani Jim nie sądzili, że coś się stało, ale chłopiec powiedział, że tak. Chwalił się tym. "To nie pierwszy raz".
  Cóż za gadanie. Tar i Jim myśleli, że chłopak kłamie. "Myślisz, że nie miałby odwagi?"
  Rozmawiali o tym więcej, niż chcieli. Nie mogli się powstrzymać. Kiedy mówili za dużo, oboje czuli się nieswojo. Jak więc można się czegokolwiek nauczyć? Kiedy mężczyźni rozmawiają, słucha się ich tak dużo, jak się da. Jeśli mężczyźni zobaczą, że się kręcisz, każą ci odejść.
  Tar widział różne rzeczy, dostarczając wieczorem gazety do domów. Mężczyzna przyjeżdżał wozem konnym i czekał w pewnym miejscu na ciemnej ulicy, a po chwili dołączała do niego kobieta. Kobieta była mężatką, mężczyzna również. Zanim kobieta przyjechała, mężczyzna zaciągnął zasłony w pojeździe. Odjechali razem.
  Tar wiedział, kim byli, i po chwili mężczyzna zdał sobie sprawę, że wie. Pewnego dnia spotkał Tara na ulicy. Mężczyzna zatrzymał się i kupił gazetę. Potem stanął i spojrzał na Tara, trzymając ręce w kieszeniach. Mężczyzna ten miał duże gospodarstwo rolne kilka mil za miastem, gdzie mieszkała jego żona i dzieci, ale prawie cały czas spędzał w mieście. Zajmował się skupem płodów rolnych i wysyłał je do pobliskich miejscowości. Kobieta, którą Tar widział wsiadającą do bryczki, była żoną kupca.
  Mężczyzna wcisnął Tarze w dłoń pięciodolarowy banknot. "Myślę, że wiesz wystarczająco dużo, żeby trzymać język za zębami" - powiedział. To wszystko.
  Powiedziawszy to, mężczyzna uspokoił się i odszedł. Tara nigdy nie miała tyle pieniędzy, nigdy nie miała pieniędzy, z których nie spodziewał się rozliczyć. To był łatwy sposób na ich zdobycie. Za każdym razem, gdy któreś z dzieci Mooreheadów zarobiło pieniądze, oddawało je matce. Nigdy o nic takiego nie prosiła. Wydawało się to naturalne.
  Tar kupił sobie ćwiartkę cukierków i paczkę papierosów Sweet Caporal. On i Jim Moore próbowali je zapalić, kiedy byli w lesie. Potem kupił sobie elegancki krawat za pięćdziesiąt centów.
  Wszystko było w porządku. Miał w kieszeni nieco ponad cztery dolary. Resztę otrzymywał w srebrnych dolarach. Ernest Wright, właściciel małego hotelu w mieście, zawsze stał przed swoim zajazdem z plikiem srebrnych dolarów w dłoni i grał nimi w karty. Na jesiennym jarmarku, kiedy przyjeżdżało wielu oszustów spoza miasta, rozstawiali stoiska z grami hazardowymi. Można było wygrać laskę, wsuwając na nią pierścionek, złoty zegarek albo rewolwer, wybierając odpowiednią cyfrę na kole. Takich miejsc było wiele. Pewnego dnia Dick Moorehead, bezrobotny, dostał pracę w jednym z nich.
  We wszystkich tych miejscach stosy srebrnych dolarów były ułożone w widocznych miejscach. Dick Moorhead powiedział, że rolnik lub najemnik miał mniej więcej tyle samo szans na wygranie pieniędzy, co śnieżka w piekle.
  Miło było jednak zobaczyć stos srebrnych dolarów, a także zobaczyć Ernesta Wrighta brzęczącego srebrnymi dolarami w dłoniach, gdy stał na chodniku przed swoim hotelem.
  Miło było, że Tar miał cztery duże srebrne dolary, z których nie czuł potrzeby rozliczania się. Po prostu wylądowały mu w dłoni, jakby z nieba. Słodycze mógł jeść, papierosy, które on i Jim Moore spróbują zapalić pewnego dnia wkrótce. Nowy krawat byłby trochę kłopotliwy. Gdzie powie innym w domu, że go dostał? Większość chłopców w jego wieku w mieście nigdy nie dostaje krawatów za pięćdziesiąt centów. Dick nigdy nie dostawał więcej niż dwa nowe rocznie - kiedy był zjazd GAR czy coś w tym stylu. Tar mógł powiedzieć, że go znalazł, i znalazł też cztery srebrne dolary. Potem mógł oddać pieniądze matce i zapomnieć o tym. Dobrze było mieć te ciężkie srebrne dolary w kieszeni, ale trafiły do niego w dziwny sposób. Srebro było o wiele przyjemniejsze niż banknoty. Czuł się, jakby było ich więcej.
  Kiedy mężczyzna jest żonaty, widzisz go z żoną i nic sobie z tego nie robisz, ale taki mężczyzna czeka w bryczce na bocznej uliczce, a potem nadjeżdża kobieta, udając, że idzie odwiedzić sąsiada - jest już wieczór, obiad się skończył, a jej mąż wrócił do sklepu. Kobieta rozgląda się i szybko wsiada do bryczki. Odjeżdżają, zasłaniając okna.
  Mnóstwo Madame Bovario w amerykańskich miastach - co!
  Tar chciał powiedzieć o tym Jimowi Moore'owi, ale ten się nie odważył. Między nim a mężczyzną, od którego zabrał pięć dolarów, istniało jakieś porozumienie.
  Kobieta wiedziała, że on wie równie dobrze, jak mężczyzna. Wyszedł z zaułka, boso, w milczeniu, ze stertą papierów pod pachą i pobiegł prosto w ich stronę.
  Być może zrobił to celowo.
  Mąż kobiety odebrał poranną gazetę w swoim sklepie, a popołudniową dostarczono mu do domu. Zabawnie było później wejść do sklepu i zobaczyć go tam, rozmawiającego z jakimś człowiekiem, który nic nie wiedział, Tarem, po prostu dzieciakiem, który wiedział tak wiele.
  Co więc wiedział?
  Problem w tym, że takie rzeczy dają chłopcu do myślenia. Chcesz zobaczyć dużo, a kiedy już to zrobisz, to cię to ekscytuje i prawie żałujesz, że tego nie widziałeś. Kobieta, kiedy Tar przyniósł gazetę do domu, nic nie pokazała. Była kompletnie przytłoczona.
  Dlaczego tak zniknęli? Chłopiec wie, ale nie wie. Gdyby Tar mógł o tym porozmawiać tylko z Johnem albo Jimem Moore'em, byłby ulgą. Nie możesz rozmawiać o takich rzeczach z nikim z rodziny. Musisz wyjść na zewnątrz.
  Tar widział też inne rzeczy. Win Connell, który pracował w aptece Carey, poślubił panią Gray po śmierci jej pierwszego męża.
  Była od niego wyższa. Wynajęli dom i umeblowali go meblami jej pierwszego męża. Pewnego wieczoru, gdy padał deszcz i było ciemno, około siódmej, Tar roznosił gazety za ich domem i zapomnieli zasłonić rolety w oknach. Nikt z nich nie miał na sobie nic, a on gonił ją wszędzie. Nigdy nie pomyślałbym, że dorośli mogą się tak zachowywać.
  Tar był w zaułku, tak samo jak wtedy, gdy widział ludzi w bryczce. Przejście przez zaułki oszczędza czas [na dostarczanie dokumentów], gdy pociąg się spóźnia. Stał, trzymając papiery pod płaszczem, żeby nie zmokły, a obok niego stało dwóch dorosłych, którzy zachowywali się w ten sam sposób.
  Był tam rodzaj salonu, do którego prowadziły schody, a na parterze znajdowało się jeszcze kilka pomieszczeń, w których w ogóle nie było światła.
  Pierwszą rzeczą, jaką Tar zobaczył, była kobieta biegnąca w ten sposób, naga, przez pokój, a jej mąż podążał za nią. To rozbawiło Tara. Wyglądali jak małpy. Kobieta pobiegła na górę, a on za nią. Potem zeszła z powrotem na dół. Schowali się w ciemnych pokojach i wyszli. Czasami ją łapał, ale musiała być śliska. Za każdym razem jej umykała. Robili to i robili. To było niesamowite. W pokoju, na który patrzył Tar, stała kanapa i gdy tylko usiadła, on był przed nią. Położył ręce na oparciu kanapy i zeskoczył. Nie pomyślałbyś, że [diler narkotyków] mógłby to zrobić.
  Potem gonił ją do jednego z ciemnych pomieszczeń. Tar czekał i czekał, ale nie wyszli.
  Ktoś taki jak Win Connell musiał po kolacji pracować w sklepie. Ubrał się i poszedł. Ludzie przychodzili po recepty, może po cygaro. Win stał za ladą i uśmiechał się. "Czy jest coś jeszcze? Oczywiście, jeśli coś jest niezadowalające, proszę to zwrócić. Staramy się zadowolić klienta".
  Tar zjeżdża z drogi, przychodzi na kolację później niż kiedykolwiek, żeby wstąpić do apteki Carey's i wpaść tam, żeby zobaczyć Win, jak każdy inny mężczyzna, robiący to, co on robił cały czas, każdego dnia. A niecałą godzinę temu...
  Win nie był jeszcze taki stary, ale już był łysy.
  Świat starszych stopniowo otwiera się przed chłopcem niosącym swoje papiery. Niektórzy staruszkowie wydawali się posiadać wielką godność. Inni nie. Chłopcy w wieku Tary mieli ukryte wady. Niektórzy chłopcy w łaźni robili i mówili różne rzeczy. Z wiekiem mężczyźni stają się sentymentalni wobec starej łaźni. Pamiętają tylko przyjemne rzeczy, które się wydarzyły. Istnieje pewien trik umysłu, który sprawia, że zapomina się [nieprzyjemnych] rzeczy. Tak jest najlepiej. Gdybyś potrafił spojrzeć na życie jasno i bezpośrednio, mógłbyś nie być w stanie żyć.
  Chłopiec błąka się po mieście, pełen ciekawości. Wie, gdzie są wściekłe psy, że ludzie mówią do niego życzliwie. Choroby są wszędzie. Nic od nich nie można wywnioskować. Jeśli gazeta spóźnia się o godzinę, warczą i awanturują się na ciebie. Co do cholery? Nie ty rządzisz koleją. Jeśli pociąg się spóźnia, to nie twoja wina.
  Ten Vin Connell to potrafi. Tar czasami śmiał się z tego nocą w łóżku. Ilu innych ludzi wygłupiało się za żaluzjami w swoich domach? W niektórych domach mężczyźni i kobiety bez przerwy się kłócili. Tar szedł ulicą i, otwierając bramę, wchodził na podwórze. Zamierzał włożyć gazetę pod tylne drzwi. Niektórzy chcieli, żeby tam była. Gdy chodził po domu, w środku słychać było odgłosy kłótni. "Ja też tego nie zrobiłem. Kłamiesz. Odstrzelę ci łeb. Spróbuj raz". Niski, warczący głos mężczyzny, ostry, przenikliwy głos wściekłej kobiety.
  Tar zapukał do tylnych drzwi. Być może była to noc jego zbiórki. Mężczyzna i kobieta podeszli do drzwi. Oboje myśleli, że to sąsiad i że zostali przyłapani na kłótni. ["No cóż, to tylko chłopiec".] Kiedy to zobaczyli, na twarzach [Smola] pojawił się jedynie wyraz ulgi. Mężczyzna zapłacił Tarowi warknięciem. "Spóźniłeś się już dwa razy w tym tygodniu. Chcę mieć tu gazetę, kiedy wrócę do domu".
  Drzwi trzasnęły, a Tar na chwilę przystanął. Czyżby mieli znowu zacząć się kłócić? Chyba tak. Może im się to podobało.
  Nocne ulice domów z zasłoniętymi żaluzjami. Mężczyźni wychodzą z frontowych drzwi, by udać się do centrum. Udawali się do salonów, drogerii, fryzjera albo sklepu tytoniowego. Siedzieli tam, czasem się przechwalając, a czasem po prostu milcząc. Dick Moorehead nie kłócił się z żoną, ale mimo to, co innego w domu, a co innego, gdy wychodził na wieczorny spacer wśród mężczyzn. Tar przemykał się przez grupki, gdy jego ojciec przemawiał. Wymykał się dość szybko. W domu Dick musiał śpiewać dość cicho. Tar zastanawiał się dlaczego. Nie dlatego, że Mary Moorehead go zbeształa.
  W prawie każdym domu, który odwiedzał, rządził mężczyzna lub kobieta. W centrum miasta, wśród innych mężczyzn, [mężczyzna] zawsze starał się sprawiać wrażenie, że jest szefem. "Powiedziałem mojej starej: "Słuchaj", powiedziałem: "Zrób to i tamto". Założę się, że to zrobiła".
  
  Zrobiłaś to? Większość domów, które Tar odwiedziła, była taka sama jak dom Mooreheadów - kobiety były silne. Czasem rządziły gorzkimi słowami, czasem łzami, a czasem milczeniem. Milczenie było nawykiem Mary Moorehead.
  OceanofPDF.com
  CZĘŚĆ IV
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XIV
  
  TU BYŁA _ Dziewczyna w tym samym wieku co Tara, przyszła odwiedzić dom pułkownika Farleya na Maumee Street. Ulica biegła za domem Farleya i kończyła się na cmentarzu miejskim. Farley Place był przedostatnim domem na tej ulicy, starym [rozklekotanym] domem, w którym mieszkali Thompsonowie.
  Dom Farleyów był duży i zwieńczony kopułą. Przed domem, od strony drogi, rósł niski żywopłot, a z boku rozciągał się sad jabłkowy. Za sadem stała duża, czerwona stodoła. Była to jedna z najbardziej luksusowych posiadłości w mieście.
  Farleyowie zawsze byli mili dla Tara po tym, jak zaczął sprzedawać gazety, ale nie widywał ich często. Pułkownik Farley służył w wojnie, tak jak ojciec Tara, i był żonaty, kiedy zaciągnął się do wojska. Miał dwóch synów, którzy obaj studiowali. Potem wyjechali do jakiegoś miasta i musieli się wzbogacić. Niektórzy mówili, że poślubili bogate kobiety. Wysyłali pułkownikowi i jego żonie pieniądze do domu, mnóstwo pieniędzy. Pułkownik był prawnikiem, ale nie miał wielkiej praktyki - po prostu się wygłupiał, zbierając emerytury dla starych żołnierzy i tym podobne. Czasami całymi dniami nie pojawiał się w biurze. Tar widział go siedzącego na ganku, czytającego książkę. Jego żona szyła. Była niska i gruba. Kiedy zbierał pieniądze na gazetę, pułkownik zawsze dawał Tarowi dodatkowe pięć centów. Tacy ludzie, myślał Tar, są w porządku.
  Mieszkała z nimi inna starsza para. Mężczyzna dbał o ich powóz i w pogodne dni woził pułkownika i jego żonę, a kobieta gotowała i zajmowała się domem. Tar pomyślał, że to całkiem wygodny dom.
  Nie mieli wiele wspólnego z Thompsonami, którzy mieszkali dalej, na ulicy tuż za bramą cmentarza.
  Thompsonowie byli zgranym zespołem. Mieli trzech dorosłych synów i córkę w wieku Tary. Tara prawie nigdy nie widywała starego Bossa Thompsona ani chłopaków. Każdego lata chodzili do cyrku lub na festyn. Pewnego razu mieli wypchanego wieloryba w wagonie towarowym.
  Otaczali go płótnem, chodzili po miastach i pobierali dziesięć centów za obejrzenie go.
  Kiedy byli w domu, Thompsonowie, ojciec i synowie, przesiadywali w saloonach i popisywali się. Stary Szef Thompson zawsze miał mnóstwo pieniędzy, ale kazał swoim kobietom żyć jak psy. Jego stara nigdy nie miała nowej sukienki i wyglądała na znoszoną, podczas gdy stary mężczyzna i jego chłopcy zawsze paradowali po Main Street. Tego roku stary Keith Thompson nosił kapelusz i zawsze miał elegancką kamizelkę. Lubił iść do saloonu lub sklepu i wyciągać duży rulon banknotów. Jeśli miał w kieszeni pięciocentówkę, gdy chciał piwa, nigdy jej nie pokazywał. Wyjmował banknot dziesięciodolarowy, oddzielał go od dużego rulonu i rzucał na bar. Niektórzy mężczyźni mówili, że większość rulonu składała się z jednodolarówek. Chłopcy byli tacy sami, ale nie mieli wystarczająco pieniędzy, żeby się paradować. Stary mężczyzna zachowywał wszystko dla siebie.
  Dziewczyna, która przyjechała odwiedzić Farleyów tego lata, była córką ich syna. Jej rodzice wyjechali do Europy, więc planowała zostać do ich powrotu. Tar słyszał o tym przed jej przyjazdem - takie rzeczy szybko rozchodzą się po mieście - i [tu był] na stacji, żeby odebrać plik papierów, kiedy weszła.
  Była w porządku. Cóż, miała niebieskie oczy i żółte włosy, a na sobie białą sukienkę i białe pończochy. Pułkownik, jego żona i starszy mężczyzna wożący powóz spotkali ją na stacji.
  Tar odebrał swoje papiery - bagażowy zawsze zostawiał je na peronie u jego stóp - i pospieszył, żeby sprawdzić, czy uda mu się je sprzedać ludziom wsiadającym i wysiadającym z pociągu. Kiedy dziewczyna wysiadła - została powierzona konduktorowi, który sam ją [przekazał] - pułkownik podszedł do Tara i poprosił o gazetę. "Równie dobrze mogę cię uratować, jeśli zejdziesz nam z drogi" - powiedział. Ujął dziewczynę za rękę. "To moja [wnuczka], panna Esther Farley" - powiedział. Tar zarumienił się. Po raz pierwszy ktoś przedstawił go kobiecie. Nie wiedział, co zrobić, więc zdjął czapkę, ale nic nie powiedział.
  Dziewczyna nawet się nie zarumieniła. Po prostu na niego spojrzała.
  "Jezu" - pomyślał Tar. Nie chciał czekać, aż ją zobaczy, aż będzie musiał zanieść gazetę do Farleya następnego dnia, więc poszedł tam tego popołudnia, ale nic nie zobaczył. Najgorsze było to, że mijając dom Farleya, musiał zrobić jedną z dwóch rzeczy. Ulica prowadziła donikąd, tylko do bramy cmentarnej, gdzie się kończyła, a on musiał wejść na cmentarz, przejść przez nią, przeskoczyć płot i wjechać na inną ulicę albo zawrócić za Farleya. No cóż, nie chciał, żeby pułkownik, jego żona czy dziewczyna pomyśleli, że się tu kręci.
  Dziewczyna natychmiast go obudziła. To był pierwszy raz, kiedy coś takiego się wydarzyło. Śniła mu się po nocach i nawet nie odważył się o niej wspomnieć Jimowi Moore'owi. Pewnego dnia Jim coś o niej powiedział. Tar się zarumienił. Musiał [szybko] zmienić temat. Nie mógł wymyślić niczego sensownego.
  [Tar] zaczął oddalać się na własną rękę. Przeszedł około mili od torów kolejowych - w kierunku miasteczka Greenville - a potem skręcił przez pola i dotarł do strumienia, który w ogóle nie płynął przez [jego] miasteczko.
  Gdyby chciał, mógłby przejść pieszo całą drogę do Greenville. Raz to zrobił. To było tylko pięć mil. Miło było być w miasteczku, w którym nie znał nikogo. Główna ulica była dwa razy dłuższa niż ta w jego rodzinnym mieście. W drzwiach sklepów stali ludzie, których nigdy wcześniej nie widział, obcy ludzie przechadzający się ulicami. Patrzyli na niego z ciekawością w oczach. Był teraz znaną postacią w swoim miasteczku, biegając z gazetami rano i wieczorem.
  Lubił wyjeżdżać samotnie tego lata, bo kiedy był sam, czuł się, jakby miał przy sobie nową dziewczynę. Czasami, gdy brał gazetę do ręki, widywał ją w domu Farleyów. Czasami nawet wychodziła po nią, robiąc to z dyskretnym uśmiechem na twarzy. Jeśli był zawstydzony w jej obecności, to nie.
  
  Powiedziała mu "dzień dobry", a on tylko mruknął coś, czego nie usłyszała. Często, gdy wychodził po południu z gazetami, widywał ją jadącą konno z dziadkami. Wszyscy do niego mówili, a on niezręcznie zdejmował czapkę.
  Przecież była tylko dziewczyną, podobnie jak jego siostra Margaret.
  Kiedy latem wychodził sam z miasta, wyobrażał sobie, że jest z nim. Trzymał ją za rękę, gdy szli. Wtedy się nie bał.
  Najlepszym miejscem jest las bukowy, oddalony o około pół mili od torów.
  Buki rosły w małym, trawiastym wąwozie, który prowadził do strumienia i wzgórza powyżej. Wczesną wiosną odnoga strumienia przepływała przez wąwóz, ale latem wysychała.
  "Nie ma lepszego lasu niż bukowy las" - pomyślał Tar. Ziemia pod drzewami była czysta, bez małych krzaków, a wśród wystających z niej korzeni znajdowały się miejsca, gdzie mógł położyć się jak w łóżku. Wiewiórki i burunduki biegały wszędzie. Gdy był jeszcze daleko, podeszły [całkiem] blisko. Tego lata Tar mógł upolować dowolną liczbę wiewiórek i być może gdyby to zrobił i zabrał je do domu, żeby je ugotować, byłoby to wielką pomocą dla Moorheadów, ale nigdy nie nosił broni.
  John miał jeden. Kupił go tanio, używany. Tar mógł go łatwo pożyczyć. Nie chciał.
  Chciał pójść do lasu bukowego, bo chciał pomarzyć o nowej dziewczynie w mieście, chciał udawać, że jest z nim. Gdy już tam dotarł, rozsiadł się wygodnie wśród korzeni i zamknął oczy.
  W jego wyobraźni była dziewczyna obok niego [oczywiście]. Mówił do niej niewiele. Co miał do powiedzenia? Ujął jej dłoń w swoją i przycisnął jej dłoń do swojego policzka. Jej palce były tak miękkie i drobne, że kiedy trzymał ją za rękę, jego własne wydawały się tak duże jak dłoń mężczyzny.
  Zamierzał poślubić dziewczynę Farley, gdy dorośnie. Tak postanowił. Nie wiedział, czym jest małżeństwo. Tak, wiedział. Powodem, dla którego czuł się tak zawstydzony i rumienił się, gdy do niej podchodził, było to, że zawsze miał takie myśli, gdy jej nie było w pobliżu. Po pierwsze, musiałby dorosnąć i pojechać do miasta. Musiałby stać się bogatym jak ona. Zajęłoby to trochę czasu, ale niewiele. Tar zarabiał cztery dolary tygodniowo sprzedając gazety. Był w miasteczku, gdzie nie było wielu ludzi. Gdyby miasteczko było dwa razy większe, zarabiałby dwa razy więcej; gdyby cztery razy większe, cztery razy więcej. Cztery razy cztery to szesnaście. W roku jest pięćdziesiąt dwa tygodnie. Cztery razy pięćdziesiąt dwa to dwieście osiem dolarów. Boże, to było dużo.
  I nie będzie tylko sprzedawał gazet. Może kupi mu sklep. A potem kupi mu powóz albo samochód. Podjeżdżał pod jej dom.
  Tar próbował sobie wyobrazić, jak wyglądała kamienica, w której mieszkała dziewczyna, gdy była w domu. Dom Farleyów przy Maumee Street był prawdopodobnie najbardziej okazałym miejscem w mieście, ale majątek pułkownika Farleya nie dorównywał bogactwu jego synów w mieście. Wszyscy w mieście tak mówili.
  W letnie dni w bukowym lesie Tar zamykał oczy i godzinami śnił swoje sny. Czasami zasypiał. Teraz nigdy nie spał w nocy. W lesie ledwo odróżniał sen od jawy. Przez całe lato nikt z rodziny zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Po prostu przychodził i odchodził do domu Moorheadów, przeważnie w milczeniu. Od czasu do czasu John lub Margaret odzywali się do niego. "Co się stało?"
  "Och, nic". Być może jego matka była nieco zdziwiona jego stanem. Nic jednak nie powiedziała. Tar był z tego zadowolony.
  W bukowym lesie położył się na plecach i zamknął oczy. Potem powoli je otworzył. Buki u podnóża wąwozu były potężne i potężne. Ich futro było nakrapiane kolorowymi plamami: biała kora przeplatała się z postrzępionymi brązowymi plamami. Kępa młodych buków rosła w jednym miejscu na zboczu wzgórza. Tar wyobrażał sobie las nad sobą, ciągnący się bez końca.
  W książkach wydarzenia zawsze rozgrywały się w lesie. Młoda dziewczyna zgubiła się w takim miejscu. Była bardzo piękna, niczym nowa dziewczyna w mieście. Cóż, była sama w lesie, a potem zapadła noc. Musiała spać w dziupli albo gdzieś wśród korzeni. Gdy tak leżała, a zapadła ciemność, coś zobaczyła. Kilku mężczyzn wjechało do lasu i zatrzymało się obok niej. Była bardzo cicha. Jeden z nich zsiadł z konia i powiedział dziwne słowa: "Sezamie, otwórz się" - i ziemia pod jego stopami się otworzyła. Były tam ogromne drzwi, tak misternie pokryte liśćmi, kamieniami i ziemią, że nikt by się nie domyślił, że tam są.
  Mężczyźni zeszli po schodach i pozostali tam przez długi czas. Kiedy wyszli, wsiedli na konie, a wódz - niezwykle przystojny mężczyzna - dokładnie taki, jakim wyobrażał sobie Tara, gdy dorośnie - wypowiedział jeszcze kilka dziwnych słów. "Zamknij się, Sezamie" - rzekł, a drzwi się zamknęły i wszystko wróciło do normy.
  Wtedy dziewczyna spróbowała. Podeszła do miejsca i wypowiedziała słowa, a drzwi się otworzyły. Nastąpiło wiele dziwnych przygód. Tar mgliście pamiętał je z książki, którą Dick Moorehead czytał dzieciom na głos w zimowe wieczory.
  Były też inne historie; w lesie zawsze działy się inne rzeczy. Czasami chłopcy lub dziewczynki zamieniali się w ptaki, drzewa lub zwierzęta. Młode buki rosnące na zboczu wąwozu miały ciała jak młode dziewczęta. Gdy wiał lekki wietrzyk, kołysały się łagodnie. Taru, gdy trzymał oczy zamknięte, drzewa zdawały się go wabić. Był jeden młody [buk] - nigdy nie rozumiał, dlaczego go wyróżnił - być może to była wnuczka pułkownika Farleya.
  Pewnego dnia Tar podszedł do miejsca, w którym stał, i dotknął go palcem. Odczucie, którego wówczas doświadczył, było tak realne, że zarumienił się, gdy to zrobił.
  Stał się obsesyjnie nastawiony na wyjście nocą do gaju bukowego i pewnej nocy to zrobił.
  Wybrał księżycową noc. No cóż, sąsiad był u Mooreheadów, a Dick rozmawiał na ganku. Mary Moorehead była tam, ale jak zwykle nic nie mówiła. Wszystkie gazety Tara zostały sprzedane. Gdyby go nie było przez jakiś czas, jego matka by się tym nie przejęła. Siedziała w milczeniu w bujanym fotelu. Wszyscy słuchali Dicka. Zazwyczaj udawało mu się ich do tego zmusić.
  Tar skręcił tylnymi drzwiami i pospiesznie pobiegł bocznymi uliczkami w stronę torów kolejowych. Gdy opuszczał miasto, nadjechał pociąg towarowy. Tłum włóczęgów siedział w pustym wagonie na węgiel. Tar widział ich jak na dłoni. Jeden z nich śpiewał.
  Dotarł do miejsca, w którym musiał skręcić z torów i bez trudu trafił do bukowego gaju.
  [Wszystko było inne niż za dnia.] [Wszystko było dziwne.] Wszystko było ciche i niesamowite. Znalazł miejsce, gdzie mógł się wygodnie położyć i zaczął czekać.
  [Po co?] Czego się spodziewał? Nie wiedział. Może myślał, że dziewczyna przyjdzie do niego, że się zgubiła i będzie gdzieś w lesie, kiedy tam dotrze. W ciemności nie będzie się tak wstydził, gdy będzie w pobliżu.
  Oczywiście, że jej tam nie było. [Naprawdę się tego nie spodziewał.] Nikogo tam nie było. Nie przyjechali konno żadni rabusie, nic się nie stało. Długo stał zupełnie nieruchomo i nie było słychać ani jednego dźwięku.
  Potem zaczęły się ciche dźwięki. Widział wszystko wyraźniej, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do słabego światła. Wiewiórka albo królik przemykał się dnem wąwozu. Zobaczył błysk czegoś białego. Zza pleców dobiegł go dźwięk, jeden z tych cichych dźwięków, jakie wydają małe zwierzątka, poruszając się nocą. Jego ciało zadrżało. Jakby coś biegało po nim, pod ubraniem.
  To mogła być mrówka. Zastanawiał się, czy mrówki wychodzą w nocy.
  Wiatr wiał coraz mocniej - nie wichura, tylko stały, porywisty wiatr, w górę wąwozu od strumienia. Słyszał szemranie strumienia. Nieopodal było miejsce, gdzie musiał przejechać po kamieniach.
  Tar zamknął oczy i trzymał je zamknięte przez długi czas. Potem zastanawiał się, czy spał. Jeśli tak, to nie mogło to trwać długo.
  Kiedy ponownie otworzył oczy, patrzył prosto na miejsce, gdzie rosły młode buki. Zobaczył pojedynczy buk, którego dotknął, przechodząc przez wąwóz, wyróżniający się spośród wszystkich innych.
  Podczas jego choroby wszystko - drzewa, domy i ludzie - nieustannie unosiło się nad ziemią i odpływało. Musiał się czegoś przytrzymać. Jeśli tego nie zrobi, może umrzeć. Nikt poza nim tego nie rozumiał.
  Teraz młody, biały buk zbliżał się do niego. Być może miało to coś wspólnego ze światłem, wiatrem i kołysaniem młodych buków.
  Nie wiedział. Jedno drzewo zdawało się po prostu porzucać pozostałe i zmierzać w jego stronę. Był tak samo przestraszony, jak wtedy, gdy wnuczka pułkownika Farleya odezwała się do niego, gdy przyniósł gazetę do ich domu, ale w inny sposób.
  Był tak przestraszony, że zerwał się na równe nogi i pobiegł, a biegnąc, stawał się jeszcze bardziej przerażony. Nigdy nie dowiedział się, jak udało mu się uciec z lasu i wrócić na tory kolejowe bez obrażeń. Biegł dalej, gdy dotarł do torów. Chodził boso, a żarzące się węgle bolały, a raz uderzył się w palec u nogi tak mocno, że krwawił, ale nie przestał biec i bać się, aż wrócił do miasta i do domu.
  Nie mógł go długo nie być. Kiedy wrócił, Dick wciąż pracował nad werandą, a reszta wciąż go słuchała. Tar stał długo przy drewutni, łapiąc oddech i czekając, aż serce przestanie bić. Potem musiał umyć stopy i otrzeć zaschniętą krew z rannego palca, zanim wślizgnął się na górę i położył się spać. Nie chciał, żeby prześcieradło się zakrwawiło.
  A kiedy poszedł na górę i położył się do łóżka, a sąsiedzi poszli do domu, a jego matka przyszła na górę, żeby sprawdzić, czy jemu i innym wszystko w porządku, nie mógł spać.
  Tego lata było wiele nocy, gdy Tar nie mógł spać długo.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XV
  
  KOLEJNA PRZYGODA - To była zupełnie inna historia pewnego popołudnia tego samego lata. Tar nie mógł oderwać się od Momi Street. Do dziewiątej rano skończył sprzedawać swoje gazety. Czasami miał pracę , kosząc komuś trawnik. Po takiej pracy było mnóstwo innych chłopaków. Nie tyli za bardzo.
  Nieładnie jest wygłupiać się w domu. Kiedy Tar był tego lata ze swoim przyjacielem Jimem Moore'em, prawdopodobnie milczał. Jimowi się to nie podobało, więc znalazł kogoś innego, kto poszedłby z nim do lasu albo nad jezioro.
  Tar udał się na teren targów i przyglądał się ludziom pracującym przy koniach wyścigowych, kręcącym się wokół stajni Whiteheada.
  W drewutni zawsze leżały stare, niesprzedane gazety. Tar wsunął kilka pod pachę i poszedł ulicą Momi, mijając dom Farleyów. Czasami widział dziewczynę, czasami nie. A kiedy już ją widział, gdy była na ganku z babcią, na podwórku czy w ogrodzie, nie śmiał spojrzeć.
  Dokumenty, które trzymał pod pachą, miały sprawiać wrażenie, że w ten sposób prowadził interesy.
  Był dość cienki. Kto mógł wyciągnąć ten papier w ten sposób? Nikt poza Thompsonami.
  Biorą kartkę papieru - aha!
  Stary Boss Thompson i chłopaki byli gdzieś w cyrku. Byłoby fajnie to zrobić, kiedy [Tar] dorośnie, ale cyrki, oczywiście, przyciągały wielu mężczyzn. Kiedy cyrk zawitał do miasteczka, w którym mieszkał Tar, wstał wcześnie, zszedł na dół i zobaczył wszystko od samego początku, widział rozbijanie namiotu, karmienie zwierząt, wszystko. Widział mężczyzn przygotowujących się do parady na Main Street. Mieli na sobie jaskrawoczerwone i fioletowe płaszcze nałożone na stare końskie ubrania, przesiąknięte gnojem. Mężczyźni nawet nie zawracali sobie głowy myciem rąk i twarzy. Na niektórych gapiono się, mimo że nigdy się nie myli.
  Kobiety w cyrku i dzieci występujące w cyrku zachowywały się podobnie. Wyglądały świetnie w paradzie, ale trzeba zobaczyć, jak żyją. Kobiety Thompsonów nigdy nie były w cyrku, który przyjeżdżał do miasta, ale właśnie takie były.
  Tar myślał, że wie co nieco o tym, jak wygląda prawdziwa szycha, odkąd Farley pojawiła się w mieście. Zawsze nosiła czyste ubrania, niezależnie od pory dnia, w której Tar ją widział. Założyłby się o wszystko, że codziennie myła się świeżą wodą. Może kąpała się wszędzie, codziennie. Farley miała wannę, jedną z niewielu w mieście.
  W Moorheads było dość czysto, zwłaszcza u Margaret, ale nie spodziewajcie się zbyt wiele. Ciągłe pranie zimą to prawdziwy problem.
  Ale miło jest widzieć, że ktoś inny to robi, zwłaszcza dziewczyna, w której jesteś zakochany.
  To cud, że Mayme Thompson, jedyna córka starego Bossa Thompsona, nie dołączyła do cyrku wraz z ojcem i braćmi. Być może nauczyła się jeździć konno na stojąco lub występować na trapezie. Niewiele młodych dziewcząt robiło takie rzeczy w cyrkach. Cóż, jeździły na koniu na stojąco. I co z tego? Zwykle był to stary, pewny koń, na którym każdy mógł jeździć. Hal Brown, którego ojciec był właścicielem sklepu spożywczego i trzymał krowy w oborze, musiał każdej nocy wychodzić na pole, aby zabrać krowy. Był przyjacielem Tara i czasami Tar chodził z nim, a później chodził z Tarem, roznosząc gazety. Hal potrafił jeździć konno na stojąco. Mógł w ten sposób jeździć na krowie. Robił to wiele razy.
  Tar zaczęła myśleć o Mame Thompson, mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczęła go zauważać. [On] był dla niej prawdopodobnie tym, kim była dla niego dziewczyna Farley - kimś, o kim można było myśleć. Thompsonowie, mimo że stary Boss Thompson wydawał pieniądze i się tym chwalił, nie mieli w mieście dobrej reputacji. Staruszka prawie nigdzie nie wychodziła. Siedziała w domu, jak matka Tara, ale nie z tego samego powodu. Mary Moorehead miała dużo do roboty, tyle dzieci, ale co miała robić stara pani Thompson? Przez całe lato w domu nie było nikogo oprócz małej dziewczynki Mame, a ona była wystarczająco duża, żeby pomagać w pracy. Stara pani Thompson wyglądała na wychudzoną. Zawsze chodziła w brudnych ubraniach, tak jak Mame, kiedy była w domu.
  Tar zaczął ją widywać często. Dwa lub trzy razy w tygodniu, a czasem codziennie, wymykał się w ten sposób i nie mógł się powstrzymać, żeby nie minąć Farley w drodze do ich domu.
  Mijając dom Farleyów, droga odsłoniła klif i mostek nad rowem, który był suchy przez całe lato. Potem dotarł do stodoły Thompsona. Stała tuż przy drodze, a dom znajdował się po przeciwnej stronie, nieco dalej, tuż przy bramie cmentarnej.
  Pochowali generała na swoim cmentarzu i postawili mu kamienny pomnik. Stał z jedną nogą na armacie, a palcem wskazywał prosto na [dom Thompsona].
  Można by pomyśleć, że miasto, oskarżone o dumę z powodu śmierci generała, przygotowałoby dla niego coś piękniejszego, na co mógłby wskazać.
  Dom był mały, niepomalowany, z wieloma brakującymi gontami na dachu. Wyglądał jak stary Harry. Kiedyś był tu ganek, ale większość podłogi spróchniała.
  Thompsonowie mieli stodołę, ale nie było w niej ani konia, ani nawet krowy. Na wierzchu leżało tylko stare, na wpół spróchniałe siano, a na dole biegały kury. Siano musiało leżeć w stodole od dawna. Część wystawała przez otwarte drzwi. Wszystko było czarne i spleśniałe.
  Mame Thompson była rok lub dwa starsza od Tara. Miała większe doświadczenie. Na początku, kiedy zaczął się tak zachowywać, Tar w ogóle o niej nie myślał, ale potem sobie przypomniał. Zaczęła go zauważać.
  Zaczęła się zastanawiać, co on knuje, ciągle się tak zdradzając. Nie winił jej, ale co miał zrobić? Mógł zawrócić na moście, ale gdyby poszedł ulicą, to nie miałoby sensu. Zawsze nosił przy sobie kilka papierów na blefowanie. Cóż, [myślał], że musi blefować, jeśli może.
  Mame miała taki zwyczaj: kiedy go widziała, przechodziła przez ulicę i stawała przy otwartych drzwiach stodoły. Tar prawie nigdy nie widział starej pani Thompson. Musiał przejść obok stodoły albo zawrócić. Mame stała przed drzwiami stodoły, udając, że go nie widzi, tak jak on zawsze udawał, że jej nie widzi.
  Było coraz gorzej.
  Mame nie była szczupła jak dziewczyna Farley. Była trochę pulchna i miała duże stopy. Prawie zawsze nosiła brudną sukienkę, a czasami jej twarz była brudna. Miała rude włosy i piegi na twarzy.
  Inny chłopak z miasta, Pete Welch, wszedł prosto do stodoły z dziewczyną. Opowiedział o tym Tarowi i Jimowi Moore'owi i pochwalił się.
  Wbrew sobie Tar zaczął myśleć o Mame Thompson. To było cudowne, ale co mógł z tym zrobić? Niektórzy chłopcy w szkole mieli dziewczyny. Dawały im różne rzeczy, a kiedy wracali ze szkoły, kilku odważnych nawet wybrało się na krótki spacer ze swoimi dziewczynami. Wymagało to odwagi. Kiedy któryś z chłopców tak robił, reszta szła za nim, krzycząc i szydząc.
  Tar mógłby zrobić to samo dziewczynie Farleya, gdyby miał szansę. Nigdy by tego nie zrobił. Po pierwsze, wyszłaby przed rozpoczęciem zajęć, a nawet gdyby została, mogłaby go nie potrzebować.
  Nie odważyłby się nic powiedzieć, nawet gdyby Mame Thompson była jego dziewczyną. Co za ideał. To byłoby czyste szaleństwo dla Pete'a Welcha, Hala Browna i Jima Moore'a. Nigdy by się nie poddali.
  O Boże. Tar zaczął teraz nocami myśleć o Mame Thompson, mieszała mu się z myślami o dziewczynie Farley, ale jego myśli o niej nie mieszały się z bukami, chmurami na niebie ani niczym w tym rodzaju.
  Czasami jego myśli stawały się zupełnie jasne. Czy kiedykolwiek starczy mu odwagi? O Boże. Cóż za pytanie, które sobie zadał. Oczywiście, że nie.
  W końcu nie była taka zła. Musiał na nią spojrzeć, kiedy przechodził. Czasami zakrywała twarz dłońmi i chichotała, a czasami udawała, że go nie widzi.
  Pewnego dnia to się stało. Cóż, wcale nie miał takiego zamiaru. Dotarł do stodoły i jej nie zobaczył [w ogóle]. Może jej nie było. Dom Thompsonów po drugiej stronie ulicy wyglądał jak zwykle: zamknięty i ciemny, na podwórku nie wisiało pranie, nie było kotów ani psów, z kuchennego komina nie unosił się dym. Można by pomyśleć, że gdy staruszka i chłopców nie było w domu, stara pani Thompson i jej matka nie jadły ani się nie myły.
  Tar nie widział Mame, idąc drogą i przez most. Ciągle stała w stodole, udając, że coś robi. Co ona robiła?
  Zatrzymał się przy drzwiach stodoły i zajrzał do środka. Potem, nic nie słysząc i nie widząc, wszedł do środka. Co go do tego skłoniło, nie wiedział. Dotarł do połowy stodoły, a kiedy odwrócił się, żeby wyjść [ponownie], ona tam była. Kryła się za drzwiami [albo za czymś innym].
  Nic nie powiedziała, Tar też nie. Stali i patrzyli na siebie, a potem podeszła do starych, chwiejnych schodów prowadzących na strych.
  Od Thar zależało, czy pójdzie za nim, czy nie. Właśnie to miała na myśli, dobrze, dobrze. Kiedy była już prawie na nogach, odwróciła się i spojrzała na niego, ale nic nie powiedziała. W jej oczach było coś. O Boże.
  Tar nigdy nie myślał, że może być tak odważny. Cóż, nie był odważny. Przeszedł chwiejnym krokiem przez stodołę do stóp drabiny. Wydawało się, że jego ręce i nogi nie miały siły, żeby się wspiąć. W takiej sytuacji chłopiec jest przerażony. Mogą być chłopcy, którzy są z natury odważni, jak powiedział Pete Welsh, i którym to nie przeszkadza. Potrzebują tylko szansy. Tar taki nie był.
  Czuł się, jakby był martwy. To nie mógł być on, Tar Moorhead, robiący to, co zrobił. To było zbyt śmiałe i przerażające - ale też piękne.
  Kiedy Tar wdrapał się na strych stodoły, Mame siedziała na małej stercie starego, czarnego siana przy drzwiach. Drzwi strychu były otwarte. Widać było kilometry. Tar widział prosto na podwórze Farley. Nogi miał tak słabe, że usiadł tuż obok dziewczyny, ale nie spojrzał na nią, nie odważył się. Zajrzał przez drzwi stodoły. Sprzedawca zakupów przyniósł rzeczy dla Farley. Obszedł dom dookoła, aż do tylnych drzwi z koszykiem w ręku. Kiedy wrócił dookoła domu, zawrócił konia i odjechał. To był Cal Sleschinger, który prowadził wóz dostawczy do sklepu Wagnera. Miał rude włosy.
  Mame też. Cóż, jej włosy nie były dokładnie rude. To było piaszczyste miejsce. Jej brwi też były piaszczyste.
  Tar nie pomyślał o tym, że jej sukienka jest brudna, że jej palce są brudne, że jej twarz jest brudna. Nie odważył się spojrzeć na nią [w twarz]. Myślał. O czym on myślał?
  Gdybyś mnie zobaczył na Main Street, założę się, że nie rozmawiałbyś ze mną. Jesteś zbyt przywiązany do swoich przyzwyczajeń.
  Mame chciała się uspokoić. Tar chciał odpowiedzieć, ale nie mógł. Był tak blisko niej, że mógłby wyciągnąć rękę i jej dotknąć.
  Powiedziała jedno czy dwa. "Czemu ciągle tak mówisz, skoro jesteś taki skupiony na sobie?" Jej głos był teraz trochę ostry.
  Było oczywiste, że nie wiedziała o dziewczynie Tary i Farleya, nie skojarzyła ich ze sobą. Myślała, że przyszedł tu, żeby się z nią zobaczyć.
  Tym razem Pete Welch wszedł do stodoły z dziewczynką, której matka była w odwiedzinach. Pete pobiegł, a dziewczyna dostała lanie. Tar zastanawiał się, czy poszli na strych. Zajrzał przez drzwi strychu, żeby sprawdzić, jak daleko będzie musiał skoczyć. Pete nic nie mówił o skakaniu. Po prostu się przechwalał. Jim Moore powtarzał: "Założę się, że nigdy tego nie zrobiłeś. Założę się, że nigdy tego nie zrobiłeś", a Pete odwarknął: "My też nie. Mówię ci, zrobiliśmy to".
  Tar mógłby, być może, gdyby miał odwagę. Jeśli raz miałeś odwagę, może następnym razem przyjdzie ci to naturalnie. Niektórzy chłopcy rodzą się nerwowi, a inni nie. Dla nich wszystko jest proste.
  [Teraz] Milczenie i strach Tary udzieliły się Mame. Siedziały i patrzyły przez drzwi stodoły.
  Coś [jeszcze] się wydarzyło. Staruszka Thompson weszła do stodoły i zawołała Mame. Czy widziała, jak Tar wszedł? Dwoje dzieci siedziało w milczeniu. Staruszka stała na dole. Thompsonowie trzymali kilka kur. Mame uspokoiła Tara. "Szuka jajek" - wyszeptała cicho. Tar ledwo słyszał jej głos [teraz].
  Obie znów zamilkły, a gdy staruszka wyszła ze stodoły, Mame wstała i zaczęła wspinać się po schodach.
  Być może zaczęła gardzić Tarem. Nie spojrzała na niego, kiedy schodziła na dół, ani kiedy wychodziła, i kiedy Tar usłyszał, jak wychodzi ze stodoły, siedział przez kilka minut i zaglądał przez drzwi na strych.
  Chciał płakać.
  Najgorsze było to, że dziewczyna Farleya wyszła z domu Farleya i patrzyła w dół drogi [w stronę stodoły]. Mogła [wyjrzeć] przez okno i zobaczyć, jak on i Mame wchodzą [do stodoły]. Gdyby Tara miała szansę, nigdy by do niej nie przemówił, nigdy nie odważyłby się być tam, gdzie ona.
  Nigdy nie zdobędzie dziewczyny. Tak to jest, jeśli nie masz jaj. Chciał się pobić, zrobić sobie jakąś krzywdę.
  Kiedy dziewczyna Farleya wróciła do domu, podszedł do drzwi na strych i zszedł najniżej, jak mógł, po czym upadł. W ramach blefu przyniósł ze sobą kilka starych gazet i zostawił je na strychu.
  O Boże. Nie było innego sposobu, żeby wydostać się z dołka, w którym się [teraz] znajdował, jak tylko przejść przez posesję. Wzdłuż małego, suchego rowu znajdowało się zagłębienie, w którym można było zapaść się prawie po kolana. Teraz to był jedyny sposób, żeby [on] mógł przejść, nie mijając ani Thompsonów, ani Farleyów.
  Tar szedł tam, zatapiając się w miękkim błocie. Potem musiał iść przez zarośla jagód, gdzie owoce dzikiej róży szarpały go za nogi.
  Był z tego powodu bardzo zadowolony. Bolące miejsca prawie zniknęły.
  O mój Boże! [Nikt nie wie, co czasami czuje chłopiec, gdy wstydzi się wszystkiego.] Gdyby tylko miał odwagę. [Gdyby tylko miał odwagę.]
  Tar nie mógł przestać się zastanawiać, jak by było, gdyby...
  O mój Boże!
  Potem wróć do domu i odwiedź Margaret, jego matkę i wszystkich innych. Kiedy był sam z Jimem Moore'em, mógł zadawać pytania, ale odpowiedzi, które otrzymał, prawdopodobnie nie były zbyt liczne. "Gdybyś miał okazję... Gdybyś był w stodole z dziewczyną taką jak Pete, to właśnie wtedy..."
  Po co zadawać pytania? Jim Moore tylko by się roześmiał. "Ach, nigdy nie będę miał takiej okazji. Założę się, że Pete tego nie zrobił. Założę się, że to po prostu kłamca.
  Najgorsze dla Tara było to, że nie było go w domu. Nikt nic nie wiedział. Może wiedziała obca dziewczyna w mieście, dziewczyna Farleya. Tar nie mógł powiedzieć. Może myślała o wielu rzeczach, które nie były prawdą. [Nic się nie stało.] Nigdy nie wiadomo, co pomyśli sobie taka grzeczna dziewczyna.
  Najgorszą rzeczą dla Tara byłby widok Farleyów jadących powozem ulicą Main Street, z dziewczyną siedzącą z nimi. Gdyby to była ulica Main Street, [mógłby] wejść do sklepu, [a] gdyby to była ulica osiedlowa, wszedłby prosto na czyjeś podwórko. [Wszedłby prosto na każde podwórko], z psem czy bez. "Lepiej zostać ugryzionym przez psa niż teraz stawić mu czoła" - pomyślał.
  Nie zaniósł gazety Farleyowi przed zapadnięciem zmroku i pozwolił pułkownikowi zapłacić mu, gdy spotkali się na Main Street.
  Cóż, pułkownik może narzekać. "Kiedyś byłeś taki szybki. Pociąg nie może się spóźniać codziennie.
  Tar nadal spóźniał się z gazetą i wymykał się w najmniej odpowiednich momentach, aż nadeszła jesień i do miasta wróciła dziwna dziewczyna. Wtedy wszystko będzie dobrze. [Uznał], że uda mu się uniknąć Mame Thompson. Nie przyjeżdżała często do miasta, a kiedy zaczynała się szkoła, była już w innej klasie.
  Wszystko byłoby w porządku, bo może ona też się wstydziła.
  Może czasami, kiedy się spotykali, kiedy oboje byli starsi, śmiała się z niego. To była dla Tara myśl niemal nie do zniesienia [ale odsunął ją od siebie. Mogła wracać w nocy - na jakiś czas] [ale nie zdarzało się to często. A jeśli już, to głównie w nocy, kiedy leżał w łóżku].
  [Być może uczucie wstydu nie trwało długo. Gdy zapadała noc, szybko zasypiał albo zaczynał myśleć o czymś innym.
  [Teraz myślał o tym, co by się stało, gdyby miał odwagę. Kiedy ta myśl nachodziła go w nocy, zasypianie zajmowało mu znacznie więcej czasu.]
  OceanofPDF.com
  CZĘŚĆ V
  
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XVI
  
  DNI _ _ ŚNIEG, a potem głęboki, błotnisty deszcz na gruntowych ulicach Tar w Ohio. Marzec zawsze przynosi kilka ciepłych dni. Tar, Jim Moore, Hal Brown i kilku innych udali się do kąpieliska. Woda była wysoka. Wierzby kwitły wzdłuż brzegu strumienia. Chłopcom wydawało się, że cała natura krzyczy: "Wiosna nadeszła, wiosna nadeszła". Jakże przyjemnie było zdejmować ciężkie płaszcze i ciężkie buty. Chłopcy z Moorehead musieli nosić tanie buty, które już w marcu były dziurawe. W chłodne dni śnieg przebijał się przez popękane podeszwy.
  Chłopcy stali na brzegu strumienia i patrzyli na siebie. Kilka owadów zniknęło. Pszczoła przeleciała obok twarzy Tary. "Boże! Spróbuj! Ty wejdź, a ja też wejdę".
  Chłopcy rozebrali się i wskoczyli do wody. Co za rozczarowanie! Jak lodowata była rwąca woda! Szybko wyszli i ubrali się, drżąc z zimna.
  Ale fajnie jest wędrować brzegami strumieni, przez bezlistne pasma lasu, w palącym, czystym słońcu. Świetny dzień na wagary. Wyobraź sobie, że jakiś chłopiec ukrywa się przed kuratorem. Jaka jest różnica?
  W chłodne zimowe miesiące ojciec Tara często przebywał poza domem. Szczupła kobieta, którą poślubił, była matką siedmiorga dzieci. Wiecie, co to robi z kobietą. Kiedy źle się czuje, wygląda jak diablica. Wychudzone policzki, zgarbione ramiona, ciągłe uściski dłoni.
  Ludzie tacy jak Ojciec Tara akceptują życie takim, jakie jest. Życie spływa po nich jak woda po gęsim grzbiecie. Jaki sens tkwić w miejscu, gdzie powietrze jest gęste od smutku, z problemami, których nie da się rozwiązać, po prostu będąc sobą?
  Dick Moorhead kochał ludzi, a oni kochali jego. Opowiadał historie i pił cydr na farmach. Tar przez całe życie wspominał później nieliczne wyjazdy poza miasto, które odbywał z Dickiem.
  W jednym domu zobaczył dwie dystyngowane Niemki: jedną mężatkę, drugą pannę mieszkającą z siostrą. Mąż Niemki również robił wrażenie. Mieli całą beczkę piwa z beczki i morze jedzenia na stole. Dick wydawał się tam czuć bardziej jak w domu niż w mieście, u Moorheadów. Tego wieczoru przyszli sąsiedzi i wszyscy tańczyli. Dick wyglądał jak dziecko kołyszące duże dziewczynki. Potrafił opowiadać dowcipy, które rozśmieszały wszystkich mężczyzn, a kobiety chichotały i rumieniły się. Tar nie rozumiał dowcipów. Usiadł w kącie i obserwował.
  Pewnego lata grupa mężczyzn rozbiła obóz w lesie nad brzegiem strumienia we wsi. Byli to byli żołnierze i spędzili tam noc.
  I znowu, gdy zapadła ciemność, nadeszły kobiety. Wtedy Dick zaczął świecić. Ludzie go lubili, bo sprawiał, że wszystko ożywało. Tej nocy przy ognisku, gdy wszyscy myśleli, że Tar śpi, zarówno mężczyźni, jak i kobiety lekko się rozświetlili. Dick odszedł z kobietą z powrotem w ciemność. Nie sposób było odróżnić kobiet od mężczyzn. Dick znał mnóstwo ludzi. Miał jedno życie w domu, w mieście, i drugie, gdy był za granicą. Dlaczego zabierał syna na takie wyprawy? Być może Mary Moorehead poprosiła go, żeby zabrał chłopca, a on nie wiedział, jak odmówić. Tar nie mógł długo zostać z dala. Musiał wrócić do miasta i nadrobić papierkową robotę. Za każdym razem opuszczali miasto wieczorem, a Dick przywiózł go następnego dnia. Potem Dick znowu zdrzemnął się, sam. Dwa życia prowadzone przez mężczyznę, który był ojcem Tara, dwa życia prowadzone przez wielu pozornie cichych mieszkańców miasta.
  Tar powoli wszystko rozumiał. Kiedy jesteś chłopcem, nie wychodzisz sprzedawać gazet z zamkniętymi oczami. Im więcej widzisz, tym bardziej ci się podoba.
  Być może później sam poprowadzisz kilka typów piątek. Dziś jesteś kimś innym, jutro kimś innym, zmieniasz się jak pogoda.
  Są ludzie szanowani i nie do końca szanowani. Generalnie, fajniej jest nie być zbyt szanowanym. Szanowani, dobrzy ludzie wiele tracą.
  Być może matka Tary wiedziała rzeczy, których nigdy nie okazywała. To, co wiedziała, lub czego nie wiedziała, sprawiło, że Tara rozmyślała i rozmyślała przez resztę życia. Nienawiść do ojca zagościła w niej, a potem, po długim czasie, [zaczęło świtać zrozumienie]. Wiele kobiet jest jak matki dla swoich mężów. I powinny. Niektórzy mężczyźni po prostu nie potrafią dorosnąć. Kobieta ma wiele dzieci i dostaje to i owo. To, czego chciała od mężczyzny, na początku już nie chce. Lepiej pozwolić mu odejść i robić swoje. Życie nie jest takie fajne dla żadnej z nas, nawet jeśli jesteśmy biedne. Nadchodzi czas, kiedy kobieta chce, żeby jej dzieci miały szansę i tylko o to prosi. Chciałaby żyć wystarczająco długo, żeby to się stało, a potem...
  Matka Tara musiała się cieszyć, że większość jej dzieci to chłopcy. Karty ułożone są sprzyjająco dla chłopców. Nie będę temu zaprzeczać.
  Dom Mooreheadów, gdzie Matka Tara była teraz ciągle chora i słabła, nie był miejscem dla mężczyzny takiego jak Dick. Teraz gospodyni domu żyła na krawędzi. Żyła, bo nie chciała umierać, jeszcze nie.
  Taka kobieta dorasta w duchu determinacji i milczenia. Jej mąż, bardziej niż dzieci, postrzega jej milczenie jako rodzaj wyrzutu. Boże, co człowiek może zrobić?
  Ciało Mary Moorehead trawiła jakaś nieznana choroba. Z pomocą Margaret zajmowała się domem i nadal prała, ale stopniowo bladła, a jej ręce drżały coraz bardziej. John pracował w fabryce codziennie. On również stał się nawykowo milczący. Być może praca była zbyt ciężka dla jego młodego ciała. Jako dziecko nikt nie rozmawiał z Tarą o prawie pracy dzieci.
  Cienkie, długie, zrogowaciałe palce matki Tara urzekały go. Pamiętał je wyraźnie znacznie później, kiedy jej postać zaczęła zanikać w jego pamięci. Być może to wspomnienie dłoni matki sprawiło, że tak wiele myślał o dłoniach innych. Dłoniach, którymi młodzi kochankowie czule się dotykali, którymi artyści przez długie lata ćwiczyli swoje dłonie, by podążać za nakazami wyobraźni, którymi mężczyźni w warsztatach chwytali narzędzia. Dłonie młode i silne, bezkostne, miękkie dłonie na końcach dłoni bezkostnych, miękkich mężczyzn, dłonie wojowników, którzy powalają innych mężczyzn, pewne, spokojne dłonie maszynistów na przepustnicach ogromnych lokomotyw, delikatne dłonie skradające się ku ciałom w nocy. Dłonie zaczynające się starzeć, drżeć - dłonie matki dotykającej dziecka, dłonie matki wyraźnie zapamiętane, dłonie zapomnianego ojca. Mój ojciec pamiętał na wpół zbuntowanego mężczyznę, opowiadającego bajki, śmiało chwytającego potężne Niemki, chwytającego wszystko, co wpadło mu w ręce, i idącego naprzód. No cóż, co właściwie ma zrobić mężczyzna?
  Zimą, po lecie spędzonym w łaźniach z Mame Thompson, Tar zaczął nienawidzić wielu rzeczy i ludzi, o których wcześniej nigdy tak naprawdę nie myślał.
  Czasami nienawidził swojego ojca, czasami mężczyzny o nazwisku Hawkins. Czasami był to wędrowiec, który mieszkał w mieście, ale wracał do domu tylko raz w miesiącu. Czasami był to mężczyzna o nazwisku Whaley, który był prawnikiem, ale zdaniem Tara to nie miało sensu.
  Nienawiść Tara była niemal całkowicie związana z pieniędzmi. Dręczyła go żądza pieniędzy, która dręczyła go dniem i nocą. To uczucie potęgowała choroba matki. Gdyby tylko Mooreheadowie mieli pieniądze, gdyby tylko mieli duży, ciepły dom, gdyby tylko jego matka miała ciepłe ubrania, mnóstwo ubrań, jak niektóre kobiety, które odwiedzał z gazetami...
  Cóż, ojciec Tary mógł być innym typem człowieka. Geje są dobrzy, kiedy nie potrzebujesz ich do niczego specjalnego, a po prostu chcesz się dobrze bawić. Potrafią cię rozśmieszyć.
  Załóżmy, że nie masz ochoty się śmiać.
  Tej zimy, po tym jak John poszedł do fabryki, wrócił do domu po zmroku. Tar roznosił gazety po ciemku. Margaret pospieszyła ze szkoły do domu i pomagała matce. Margaret była księdzem K.
  Tar dużo myślał o pieniądzach. Myślał o jedzeniu i ubraniu. Przybył mężczyzna z miasta i poszedł jeździć na łyżwach po stawie. Był ojcem dziewczyny, która przyjechała odwiedzić pułkownika Farleya. Tar był bardzo zdenerwowany, zastanawiając się, czy uda mu się zbliżyć do takiej dziewczyny z takiej rodziny. Pan Farley jeździł na łyżwach po stawie i poprosił Tara, żeby potrzymał mu płaszcz. Kiedy przyszedł po niego, dał Tarowi pięćdziesiąt centów. Nie wiedział, kim jest Tar, jakby był słupem, na którym powiesił płaszcz.
  Płaszcz, który Tar trzymał przez dwadzieścia minut, był podszyty futrem. Był wykonany z materiału, którego Tar nigdy wcześniej nie widział. Ten mężczyzna, choć w tym samym wieku co ojciec Tara, wyglądał jak chłopiec. Wszystko, co miał na sobie, było jednocześnie radosne i smutne. To był płaszcz, który mógłby nosić król. "Jeśli masz wystarczająco dużo pieniędzy, zachowujesz się jak król i nie masz się o co martwić" - pomyślał Tar.
  Gdyby tylko matka Tara miała taki płaszcz. Po co myśleć? Zaczynasz myśleć i jesteś coraz smutniejszy. Jaki z tego pożytek? Jeśli tak dalej pójdzie, może uda ci się zagrać dziecko. Podchodzi inne dziecko i pyta: "Co się stało, Tar?". Co powiesz?
  Tar spędzał godziny, próbując wymyślić nowe sposoby zarabiania pieniędzy. W mieście była praca, ale zbyt wielu chłopców na nią polowało. Widział mężczyzn podróżujących, wysiadających z pociągów w przyjemnych, ciepłych ubraniach i kobiety ubrane ciepło. Pewien podróżny, który mieszkał w mieście, wrócił do domu, aby odwiedzić żonę. Stał w barze Shootera, pijąc z dwoma innymi mężczyznami, a kiedy Tar złapał go za pieniądze, które był winien za gazetę, wyciągnął z kieszeni duży plik banknotów.
  - O cholera, stary, nie mam reszty. Zachowaj to na następny raz.
  Naprawdę, puśćcie ich! Tacy ludzie nie wiedzą, co to jest czterdzieści centów. To ci, którzy chodzą z cudzymi pieniędzmi w kieszeniach! Jeśli się wkurzysz i będziesz nalegać, przestaną wydawać gazetę. Nie możesz sobie pozwolić na utratę klientów.
  Pewnego wieczoru Tar czekał dwie godziny w kancelarii adwokata Whaleya, próbując zdobyć trochę pieniędzy. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Adwokat Whaley był mu winien pięćdziesiąt centów. Zobaczył mężczyznę wchodzącego po schodach do kancelarii i pomyślał, że może to jego klient. Musiał mieć oko na takich facetów jak [adwokat Whaley]. [On] był winien pieniądze całemu miastu. Taki facet, gdyby miał pieniądze, zgarnąłby je, ale nie zdarzały mu się często. Trzeba było tam być.
  Tego wieczoru, tydzień przed Bożym Narodzeniem, Tar zobaczył mężczyznę, rolnika, zbliżającego się do biura, a ponieważ jego pociąg z dokumentami się spóźniał, poszedł za nim. Było tam małe, ciemne biuro zewnętrzne i wewnętrzne z kominkiem, gdzie siedział prawnik.
  Gdybyś musiał czekać na zewnątrz, prawdopodobnie byś się przeziębił. Dwa albo trzy tanie krzesła, jakiś tandetny, tani stolik. Ani jednego czasopisma do przejrzenia. Nawet gdyby jakieś było, byłoby tak ciemno, że nic byś nie zobaczył.
  Tar siedział w swoim biurze i czekał, pełen pogardy. Myślał o innych prawnikach w mieście. Prawnik King miał duże, piękne i schludne biuro. Ludzie mówili, że flirtował z cudzymi żonami. Cóż, był inteligentnym człowiekiem, właścicielem praktycznie każdej dobrej kancelarii w mieście. Gdyby taki facet był ci winien pieniądze, nie martwiłbyś się. Wpadałbyś na niego raz na ulicy, a on płacił bez słowa, po prostu sam się domyślał i najwyraźniej nie dawał ci ani ćwiartki za dużo. W Boże Narodzenie taki facet był wart dolara. Gdyby minęły dwa tygodnie od Bożego Narodzenia, zanim o tym pomyślał, poddałby się, gdy tylko cię zobaczył.
  Taki mężczyzna mógł swobodnie sypiać z cudzymi żonami, mógł być gotowy na wyrafinowaną praktykę. Być może inni prawnicy twierdzili, że robił to tylko z zazdrości, a poza tym jego żona była dość niedbała. Czasami, gdy Tar chodził z gazetą, nawet nie czesała włosów. Trawa na podwórku nigdy nie była koszona, nic nie było utrzymywane, ale adwokat King rekompensował to sposobem, w jaki urządzał swoje biuro. Być może to właśnie jego zamiłowanie do przebywania w biurze, a nie w domu, uczyniło go tak dobrym prawnikiem.
  Tar długo siedział w biurze adwokata Whaleya. Słyszał głosy dochodzące z wnętrza. Kiedy rolnik w końcu zaczął wychodzić, obaj mężczyźni zatrzymali się na chwilę przy drzwiach wejściowych, po czym rolnik wyjął z kieszeni trochę pieniędzy i podał je prawnikowi. Wychodząc, omal nie wpadł na Tara, który pomyślał, że jeśli będzie miał jakąś sprawę prawną, zwróci się do adwokata Kinga, a nie do człowieka takiego jak Whaley.
  Wstał i wszedł do kancelarii prawnika Whaleya. "Nie ma szans, żeby kazał mi czekać do następnego dnia". Mężczyzna stał przy oknie, wciąż trzymając pieniądze.
  Wiedział, czego chce Tar. "Ile jestem ci winien?" zapytał. Pięćdziesiąt centów. Wyciągnął dwudolarowy banknot i Tar musiał szybko pomyśleć. Jeśli chłopak będzie miał szczęście i przyłapie go na spuszczaniu wody, mężczyzna może dać mu dolara na święta albo nie dać mu nic. Tar postanowił powiedzieć, że nie ma reszty. Mężczyzna mógł pomyśleć o zbliżających się świętach i dać mu dodatkowe pięćdziesiąt centów, albo mógł powiedzieć: "No to wróć za tydzień", a Tar musiałby czekać na próżno. Musiałby zrobić to samo od nowa.
  "Nie mam drobnych" - powiedział Tar. Tak czy inaczej, podjął ryzyko. Mężczyzna zawahał się na chwilę. W jego oczach pojawił się niepewny błysk. Kiedy chłopak taki jak Tar potrzebuje pieniędzy, uczy się patrzeć ludziom w oczy. W końcu adwokat Whaley miał troje lub czworo dzieci, a klienci nie pojawiali się zbyt często. Może myślał o świętach Bożego Narodzenia dla swoich dzieci.
  Kiedy taka osoba nie potrafi podjąć decyzji, prawdopodobnie zrobi coś głupiego. To właśnie czyni ją tym, kim jest. Tar stał tam z dwudolarowym banknotem w dłoni, czekając, nie proponując zwrotu, a mężczyzna nie wiedział, co zrobić. Najpierw wykonał drobny, niezbyt gwałtowny ruch ręką, a potem go zwiększył.
  Zaryzykował. Tar poczuł się trochę zawstydzony, ale i trochę dumny. Dobrze sobie poradził z tym człowiekiem. "Och, zatrzymaj resztę. To na Boże Narodzenie" - powiedział mężczyzna. Tar był tak zaskoczony, że dostał dodatkowe półtora dolara, że nie zdążył odpowiedzieć. Wychodząc na zewnątrz, zdał sobie sprawę, że nawet nie podziękował prawnikowi Whaleyowi. Chciał wrócić i położyć dodatkowy dolar na biurku prawnika. "Pięćdziesiąt centów wystarczy na Boże Narodzenie od takiego człowieka jak ty. Jest szansa, że kiedy nadejdą święta, nie będzie miał ani centa na prezenty dla dzieci". Prawnik miał na sobie czarny płaszcz, cały lśniący, i mały, czarny krawat, również lśniący. Tar nie chciał wracać i chciał zatrzymać pieniądze. Nie wiedział, co zrobić. Zagrał z mężczyzną w grę, mówiąc, że nie ma reszty, kiedy ma, i gra zadziałała aż za dobrze. Gdyby dostał chociaż pięćdziesiąt centów, jak zaplanował, wszystko byłoby w porządku.
  Zatrzymał półtora dolara dla siebie i zabrał do domu, aby pokazać je matce, ale przez kilka dni za każdym razem, gdy myślał o tym zdarzeniu, ogarniało go poczucie wstydu.
  Tak po prostu jest. Wymyślasz sprytny plan, żeby dostać coś za darmo, i dostajesz to, a potem, kiedy już to dostajesz, okazuje się, że to wcale nie jest tak dobre, jak się spodziewałeś.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XVII
  
  WSZYSCY JEDZĄ. [Tar Moorhead dużo myślał o jedzeniu.] Dick Moorhead, kiedy wyjechał z miasta, radził sobie całkiem nieźle. Wiele osób wypowiadało się pozytywnie o jedzeniu. Niektóre kobiety były z natury dobrymi kucharkami, inne nie. Sprzedawca sprzedawał jedzenie w swoim sklepie i mógł je przynosić do domu. John, pracujący w fabryce, potrzebował czegoś konkretnego. Był już dorosły i wyglądał prawie jak mężczyzna. Kiedy był w domu, w nocy i w niedziele, milczał, jak jego matka. Być może wynikało to z jego zmartwień, a może musiał za dużo pracować. Pracował tam, gdzie produkowano rowery, ale nie miał żadnego. Tar często mijał długą ceglaną fabrykę. Zimą wszystkie okna były zamknięte, a w oknach były żelazne kraty. Miało to zapobiec włamaniom w nocy, ale budynek wyglądał przez to jak miejskie więzienie, tylko znacznie większe. Za jakiś czas Tara [będzie musiała] tam pójść do pracy, a Robert zajmie się sprzedażą gazet. Czas prawie nadszedł.
  Tar przeraził się myśli o tym, jak zostanie robotnikiem w fabryce. Miewał dziwne sny. Załóżmy, że okaże się, że wcale nie jest Mooreheadem. Mógłby być synem bogatego człowieka wyjeżdżającego za granicę. Mężczyzna przyszedł do matki i powiedział: "Oto moje dziecko. Jego matka nie żyje i będę musiał wyjechać za granicę. Jeśli nie wrócę, możesz je zatrzymać dla siebie. Nigdy mu o tym nie mów. Pewnego dnia wrócę i wtedy zobaczymy, co zobaczymy".
  Kiedy miał ten sen, Tar uważnie przyjrzał się swojej matce. Przyjrzał się ojcu, Johnowi, Robertowi i Margaret. Cóż, próbował sobie wyobrazić, że jest inny niż pozostali. Sen sprawił, że poczuł się trochę niewierny. Dotknął palcami swojego nosa. Nie miał takiego samego kształtu jak nos Johna czy Margaret.
  Kiedy w końcu wyszło na jaw, że należy do innego rodu, nigdy nie wykorzystałby innych. Miałby pieniądze, mnóstwo pieniędzy, a wszyscy Mooreheadowie byliby traktowani jak równi sobie. Być może poszedłby do matki i powiedział: "Niech nikt się nie dowie. Sekret jest głęboko w mojej piersi. Pozostanie tam zamknięty na zawsze. John pójdzie na studia, Margaret będzie miała ładne ubrania, a Robert rower".
  Takie myśli sprawiły, że Tar poczuł wielką sympatię do wszystkich innych Mooreheadów. Jakież cudowne rzeczy kupiłby swojej matce! Uśmiechnął się na myśl o Dicku Mooreheadzie chodzącym po mieście i układającym pokosy. Mógłby mieć modne kamizelki, futro. Nie musiałby pracować; mógłby po prostu spędzać czas jako lider miejskiej orkiestry albo coś w tym stylu.
  Oczywiście, John i Margaret by się roześmiali, gdyby wiedzieli, co dzieje się w głowie Tara, ale nikt nie musiał tego wiedzieć. Oczywiście, to nie była prawda; to było coś, o czym mógł myśleć nocami po pójściu spać i gdy przechadzał się ciemnymi uliczkami zimowymi wieczorami z papierami.
  Czasami, gdy elegancko ubrany mężczyzna wysiadał z pociągu, Tar czuł się niemal tak, jakby jego marzenie miało się spełnić. Gdyby tylko mężczyzna podszedł do niego i powiedział: "Mój synu, mój synu. Jestem twoim ojcem. Podróżowałem za granicę i zgromadziłem ogromną fortunę. Teraz przybyłem, żeby cię wzbogacić. Będziesz miał wszystko, czego dusza zapragnie". Gdyby coś takiego się wydarzyło, Tar myślał, że nie byłby zbyt zaskoczony. I tak był na to przygotowany, pomyślał o wszystkim.
  Matka Tara i jego siostra Margaret zawsze musiały myśleć o jedzeniu. Trzy posiłki dziennie dla głodnych chłopców. Rzeczy do odłożenia. Czasami, gdy Dick wyjeżdżał na dłuższy czas, wracał do domu z dużą ilością wiejskiej kiełbasy lub wieprzowiny.
  W innych okresach, zwłaszcza zimą, poziom Moorheadów był bardzo niski. Jadali mięso tylko raz w tygodniu, bez masła, bez pasztecików, nawet w niedziele. Piekli placki z mąki kukurydzianej i zupę kapuścianą z pływającymi w niej kawałkami tłustej wieprzowiny. Można było nią moczyć chleb.
  Mary Moorehead wzięła kawałki solonej wieprzowiny i usmażyła na nich tłuszcz. Potem zrobiła sos. Był dobry z chlebem. Fasola jest ważna. Robisz gulasz z soloną wieprzowiną. Tak czy inaczej, nie jest taki zły i sycący.
  Hal Brown i Jim Moore czasami namawiali Tara, żeby poszedł z nimi na posiłek. Ludzie z małych miasteczek robią to non stop. Być może Tar pomagał Halowi w obowiązkach domowych, a Hal towarzyszył mu w roznoszeniu gazet. Od czasu do czasu można odwiedzać czyjś dom, ale jeśli robisz to często, powinieneś móc zaprosić gości do swojego. Zupa kukurydziana lub kapuśniak sprawdzą się w ostateczności, ale nie proś gościa, żeby do niej usiadł. Jeśli jesteś biedny i potrzebujący, nie chcesz, żeby całe miasto o tym wiedziało i o tym mówiło.
  Fasola albo gulasz z kapusty, może jedzone przy kuchennym stole przy piecu, ach! Czasami zimą Moorheadowie nie mogli sobie pozwolić na więcej niż jeden ogień. Musieli jeść, odrabiać lekcje, rozbierać się do snu i robić wszystko w kuchni. Podczas posiłku Matka Tara poprosiła Małgorzatę o przyniesienie jedzenia. Zrobiono to, żeby dzieci nie widziały, jak trzęsą jej się ręce po umyciu naczyń poprzedniego dnia.
  Kiedy Tar tam był, Brownowie mieli tyle dostatku. Nie pomyślałbyś, że na świecie jest tyle dostatku. Gdybyś wziął wszystko, co się dało, nikt by nie zauważył. Samo patrzenie na stół bolało.
  Mieli wielkie talerze puree ziemniaczanego, smażonego kurczaka z dobrym sosem - może z małymi kawałkami dobrego mięsa pływającymi w nim - ale też nie za cienkie - kilkanaście rodzajów dżemów i galaretek w szklankach - wyglądało to tak pięknie, tak pięknie, że nie dało się wziąć łyżki i zepsuć tego wyglądu - słodkie ziemniaki pieczone w brązowym cukrze - cukier się topił i tworzył na nich gęstą polewę - wielkie miski pełne jabłek, bananów i pomarańczy, fasola pieczona w dużym naczyniu - cała brązowa na wierzchu - czasami indyk, jeśli nie było Bożego Narodzenia, Święta Dziękczynienia czy czegoś podobnego, trzy lub cztery rodzaje ciast, ciasteczek z warstwami i brązowymi słodyczami pomiędzy - biały lukier na wierzchu, czasami z czerwonymi cukierkami w środku - knedle z jabłkami.
  Za każdym razem, gdy Tar wchodził, na stole pojawiało się mnóstwo różnych rzeczy - mnóstwo i zawsze dobre. Zaskakujące, że Hal Brown nie przytył. Był chudy jak Tar.
  Jeśli Mama Brown nie gotowała, robiła to jedna ze starszych sióstr Brown. Wszystkie były dobrymi kucharkami. Tar gotów był się założyć, że Margaret, gdyby miała szansę, umiałaby gotować równie dobrze. Trzeba mieć wszystko, co się da ugotować, i dużo tego.
  Nieważne jak zimno, po takim posiłku czujesz się całkowicie ciepło. Możesz iść ulicą z rozpiętym płaszczem. Praktycznie się pocisz, nawet na dworze przy mrozie.
  Hal Brown był w wieku Tara i mieszkał w tej samej rodzinie, w której dorastali wszyscy inni. Dziewczynki Brown - Kate, Sue, Sally, Jane i Mary - były duże i silne - było ich pięć - a starszy brat pracował w sklepie Brownów w centrum miasta. Nazywali go Shorty Brown, bo był taki wysoki i rosły. No cóż, miał 190 cm wzrostu. Styl jedzenia Brownów, owszem, mu pomagał. Potrafił złapać kołnierz płaszcza Hala jedną ręką, a Tara drugą i unieść je obie z podłogi przy najmniejszym wysiłku.
  Ma Brown nie była taka duża. Nie była tak wysoka jak matka Tara. Nigdy nie można było sobie wyobrazić, jak mogła mieć syna takiego jak Shorty i córki takie jak ona. Tar i Jim Moore czasami o tym rozmawiali. "Ojej, to wydaje się niemożliwe" - powiedział Jim.
  Shorty Brown miał barki jak koń. Może to przez jedzenie. Może Hal kiedyś też taki będzie. Mimo wszystko Moore'owie dobrze jedli, a Jim nie był tak wysoki jak Tar, choć trochę grubszy. Ma Brown jadła to samo, co wszyscy inni. Spójrzcie na nią.
  Pa Brown i dziewczynki były duże. Kiedy był w domu, Pa Brown - nazywali go Cal - rzadko się odzywał. Dziewczynki były najgłośniejsze w domu, razem z Shorty, Halem i ich matką. Matka ciągle je łajała, ale nie miała nic złego na myśli i nikt nie zwracał na nią uwagi. Dzieci śmiały się i żartowały, a czasami po obiedzie wszystkie dziewczynki rzucały się na Shorty'ego i próbowały go powalić na podłogę. Jeśli stłukli talerz czy dwa, Ma Brown je łajała, ale nikogo to nie obchodziło. Kiedy już to robiły, Hal próbował pomóc starszemu bratu, ale się nie liczył. To był widok warty zobaczenia. Jeśli sukienki dziewczynek się podarły, nie miało to znaczenia. Nikt się nie złościł.
  Cal Brown po obiedzie wszedł do salonu i usiadł, żeby poczytać książkę. Zawsze czytał takie książki jak "Ben Hur", "Romola" i "Dzieła Dickensa", a jeśli któraś z dziewcząt weszła i zaczęła walić w pianino, natychmiast kontynuował.
  Typ faceta, który zawsze ma książkę w ręku, kiedy jest w domu! Był właścicielem największego sklepu z odzieżą męską w mieście. Na długich stołach stało chyba z tysiąc garniturów. Można było dostać garnitur za pięć dolarów z góry i dolara tygodniowo. Tak Tar, John i Robert zdobyli swoje.
  Kiedy pewnego zimowego wieczoru po obiedzie w domu Brownów rozpętało się piekło, Ma Brown wciąż krzyczała i powtarzała: "Zachowuj się. Nie widzisz, że twój tatuś czyta?". Ale nikt nie zwracał na to uwagi. Cal Brown zdawał się tym nie przejmować. "Och, zostaw ich w spokoju" - mawiał za każdym razem, gdy cokolwiek mówił. Przeważnie nawet tego nie zauważał.
  Tar stał trochę z boku, próbując się ukryć. Miło było przychodzić do domu Brownów na posiłki, ale nie mógł tego robić zbyt często. Mieć ojca takiego jak Dick Moorehead i matkę taką jak Mary Moorehead, to zupełnie nie to samo, co być częścią rodziny Brownów.
  Nie mógł zaprosić Hala Browna ani Jima Moore"a do Moorheadów na zupę kapuścianą.
  Cóż, jedzenie to nie wszystko. Jimowi i Halowi mogłoby to nie przeszkadzać. Ale Mary Moorehead, starszy brat Tary, John, Margaret by się tym przejmowała. Mooreheadowie byli z tego dumni. W domu Tary wszystko było ukryte. Leżałeś w łóżku, a twój brat John leżał obok ciebie w tym samym łóżku. Margaret spała w sąsiednim pokoju. Potrzebowała własnego pokoju. Bo była dziewczyną.
  Leżysz w łóżku i myślisz. John może robić to samo, Margaret może robić to samo. Moorehead nie powiedział nic o tej porze.
  Ukryty w kącie dużej jadalni [u Brownów], Tar obserwował ojca Hala Browna. Mężczyzna postarzał się i posiwiał. Wokół oczu miał drobne zmarszczki. Kiedy czytał książkę, nosił okulary. Sprzedawca odzieży był synem zamożnego, dużego farmera. Poślubił córkę innego [zamożnego] farmera. Potem przyjechał do miasta i otworzył sklep. Po śmierci ojca odziedziczył farmę, a później również pieniądze.
  Ci ludzie zawsze mieszkali w jednym miejscu. Zawsze było mnóstwo jedzenia, ubrań i ciepłych domów. Nie wędrowali z miejsca na miejsce; mieszkali w małych, obskurnych domach i nagle wyjeżdżali, bo zbliżał się termin zapłaty czynszu, a nie byli w stanie go zapłacić.
  Nie byli dumni, nie musieli być dumni.
  W domu Brownów panuje ciepło i bezpieczeństwo. Silne, piękne dziewczyny mocują się na podłodze z wysokim bratem. Sukienki się rozdzierają.
  Dziewczyny z Brown potrafiły doić krowy, gotować, robić wszystko. Chodziły na tańce z młodymi mężczyznami. Czasami, w domu, w obecności Tara i młodszego brata, mówiły o mężczyznach, kobietach i zwierzętach takie rzeczy, że Tar się rumienił. Jeśli ich ojciec był w pobliżu, gdy dziewczyny tak się bawiły, nawet się nie odzywał.
  On i Tar byli jedynymi milczącymi osobami w domu Brownów.
  Czy to dlatego, że Tar nie chciał, aby ktokolwiek z Brownów dowiedział się, jak bardzo się cieszy, że jest w ich domu, że jest tak ciepło, że widzi całą tę zabawę i że jest tak dużo jedzenia?
  Przy stole, ilekroć ktoś prosił go o dokładkę, zawsze kręcił głową i słabo odpowiadał: "Nie", ale Cal Brown, który obsługiwał, nie zwracał na niego uwagi. "Podaj mu talerz" - powiedział do jednej z dziewcząt, a ona wróciła do Thar z pełnym talerzem. Więcej smażonego kurczaka, więcej sosu, kolejna ogromna góra puree ziemniaczanego, kolejny kawałek ciasta. Big Girls Brown i Shorty Brown spojrzały na siebie i uśmiechnęły się.
  Czasami któraś z dziewczyn Brown przytulała i całowała Tara na oczach pozostałych. Działo się to po tym, jak wszyscy odeszli od stołu, gdy Tar próbował się schować, skulony w kącie. Kiedy mu się to udawało, milczał i obserwował, widząc zmarszczki pod oczami Cala Browna, gdy ten czytał książkę. W oczach [kupca] zawsze było coś zabawnego, ale nigdy nie wybuchał śmiechem.
  Tar miał nadzieję, że między Shortym a dziewczynami wybuchnie walka zapaśnicza. Wtedy wszystkie się zaangażują i dadzą mu spokój.
  Nie mógł zbyt często chodzić do Brownów ani Jima Moore'a, bo nie chciał ich zapraszać do siebie i jeść choćby jednego dania ze stołu kuchennego, bo dziecko mogłoby płakać.
  Kiedy jedna z dziewczyn próbowała go pocałować, nie mógł powstrzymać rumieńca, co rozbawiło pozostałe. Ta duża dziewczyna, niemal kobieta, zrobiła to, żeby go podrażnić. Wszystkie dziewczyny Brown miały silne ramiona i ogromne, matczyne piersi. Ta, która go podrażniała, mocno go objęła, a potem uniosła jego twarz i pocałowała, podczas gdy on stawiał opór. Hal Brown wybuchnął śmiechem. Nigdy nie próbowali pocałować Hala, bo się nie rumienił. Tar żałował, że to zrobił. Nie mógł się powstrzymać.
  Dick Moorehead zawsze zimą krążył od farmy do farmy, udając, że szuka pracy, malując i wieszając tapety. Może i tak było. Gdyby duża dziewczyna z farmy, dziewczyna taka jak ta z Brown, próbowała go pocałować, nigdy by się nie zarumienił. Spodobałoby mu się to. Dick się tak nie rumienił. Tar widział wystarczająco dużo, żeby to wiedzieć.
  Dziewczyny Brown i Shorty Brown nie rumieniły się tak często, ale nie były też jak Dick.
  Dick, który wyjechał z miasta, zawsze miał mnóstwo jedzenia. Ludzie go lubili, bo był interesujący. Tara została zaproszona do Moores and Browns. John i Margaret mieli przyjaciół. Oni też zostali zaproszeni. Mary Moorehead została w domu.
  Kobieta ma najgorzej, gdy ma dzieci, a jej mężczyzna nie jest zbyt dobrym żywicielem rodziny, tak. Matka Tara była tak samo skłonna do rumienienia się jak Tar. Kiedy Tar dorośnie, może sobie z tym poradzi. Nigdy nie było kobiet takich jak jego matka.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XVIII
  
  BYŁ _ A tym człowiekiem w mieście był Hog Hawkins. Ludzie zwracali się do niego tym imieniem prosto w twarz. Narobił chłopakom z Moorhead sporo kłopotów.
  Poranne gazety w Cleveland kosztowały dwa centy za sztukę, ale jeśli ktoś zamawiał gazetę do domu lub sklepu, dostawał ją za dziesięć centów przez sześć dni. Niedzielne gazety były specjalne i sprzedawano je za pięć centów. Ludzie w domu zazwyczaj dostawali wieczorne gazety, ale sklepy, kilku prawników i inni chcieli porannej gazety. Poranny dziennik docierał o ósmej, idealnej porze, żeby pobiec z gazetami do szkoły. Wiele osób przychodziło do pociągu, żeby odebrać gazety [tam].
  Hog Hawkins zawsze tak robił. Potrzebował gazety, bo handlował świniami, kupując je od rolników i wysyłając na miejskie targi. Musiał znać ceny na miejskim rynku.
  Kiedy John sprzedawał gazety, Hog Hawkins był mu kiedyś winien czterdzieści centów, a on twierdził, że zapłacił, mimo że tego nie zrobił. Doszło do kłótni, w wyniku której napisał do lokalnej gazety i próbował przejąć agencję Johna. W liście stwierdził, że John jest nieuczciwy i bezczelny.
  To spowodowało sporo problemów. John musiał poprosić prawnika Kinga i trzech lub czterech kupców o napisanie, że odchodzi. K. To nieładnie tak prosić. John tego nienawidził.
  Potem John chciał się zemścić na Hogu Hawkinsie i tak się stało. Mężczyzna mógł zaoszczędzić dwa centy tygodniowo, gdyby dobrze mu się powodziło, a wszyscy wiedzieli, że dwa centy znaczą dla takiego człowieka wiele, ale John kazał mu płacić gotówką każdego dnia [po tym]. Gdyby zapłacił tydzień z góry, John spłaciłby stary dług. Hog Hawkins nigdy by mu nie powierzył swojego grosza. Wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek inny.
  Na początku Hog starał się w ogóle nie kupować papieru. Kupili go w zakładzie fryzjerskim i hotelu, a papier walał się wszędzie. Wchodził do jednego z tych dwóch miejsc i siedział, gapiąc się na niego przez kilka poranków, ale to nie mogło trwać wiecznie. Stary kupiec świń miał małą, brudną, białą bródkę, której nigdy nie przycinał, i był łysy.
  Taki człowiek nie ma pieniędzy na fryzjera. W salonie fryzjerskim zaczęli chować gazetę, gdy tylko go zobaczyli, a recepcjonista hotelowy zrobił to samo. Nikt go nie chciał. Czuł coś strasznego.
  Kiedy John Moorehead miał łupież, był niewzruszony jak ceglana ściana. Mówił niewiele, ale potrafił ustać w miejscu. Jeśli Hog Hawkins chciał gazetę, musiał biec na stację z dwoma centami w dłoni. Jeśli krzyczał po drugiej stronie ulicy, John nie zwracał na niego uwagi. Ludzie musieli się uśmiechać na jej widok. Staruszek zawsze sięgał po gazetę, zanim dał Johnowi dwa centy, ale John chował ją za plecami. Czasami po prostu stali, patrząc na siebie, a potem staruszek ustępował. Kiedy to się zdarzało na stacji, bagażowy, posłaniec i ekipa kolejowa śmiali się. Szeptali do Johna, gdy Hog był odwrócony plecami: "Nie ustępuj", mówili. Nie było na to wielkich szans.
  Wkrótce [prawie] wszyscy zakochali się w Hogu. Oszukiwał wielu ludzi i był tak skąpy, że ledwo wydawał centa. Mieszkał sam w małym ceglanym domu na ulicy za cmentarzem i prawie zawsze miał świnie biegające po podwórku. W upały czuć było zapach tego miejsca na pół mili. Ludzie próbowali go aresztować za utrzymywanie tego miejsca w tak brudnym stanie, ale jakoś mu się to udało. Gdyby uchwalili prawo, że nikt nie może trzymać świń w mieście, pozbawiłoby to wielu innych ludzi możliwości utrzymywania [w miarę czystych] świń, a tego nie chcieli. Świnię można utrzymać w czystości jak psa lub kota, ale taka osoba nigdy niczego nie utrzyma w czystości. W młodości ożenił się z córką farmera, ale ona nigdy nie miała dzieci i zmarła trzy lub cztery lata później. Niektórzy mówili, że kiedy jego żona żyła, nie był taki zły.
  Gdy Tar zaczął sprzedawać gazety, waśń między Hogiem Hawkinsem i Mooreheadami trwała nadal.
  Tar nie był tak przebiegły jak John. Pozwolił Hogowi wejść w niego za dziesięć centów, co sprawiło staruszkowi ogromną satysfakcję. To było zwycięstwo. John zawsze unikał słowa. Stał, trzymając gazetę za plecami i czekał. "Nie ma pieniędzy, nie ma papieru". To była jego metoda.
  Tar próbował zbesztać [Hoaga], próbując odzyskać swój grosz, co dało staruszkowi okazję do śmiechu. Za czasów Johna śmiech był po drugiej stronie barykady.
  [I] potem coś się wydarzyło. Nadeszła wiosna i nastąpiła długa, deszczowa aura. Pewnej nocy most na wschód od miasta został zalany i poranny pociąg nie przyjechał. Stacja odnotowała opóźnienie najpierw o trzy godziny, potem o pięć. Popołudniowy pociąg miał przyjechać o czwartej trzydzieści, a pod koniec marca w Ohio, przy deszczu i niskich chmurach, było już prawie ciemno o piątej.
  O szóstej Tar zszedł sprawdzić pociągi, a potem poszedł do domu na obiad. Poszedł jeszcze raz o siódmej i dziewiątej. Przez cały dzień nie było pociągów. Telegrafista powiedział mu, żeby lepiej poszedł do domu i o tym zapomniał, więc poszedł do domu, myśląc, że idzie spać, ale Margaret zaatakowała jej ucho.
  Tar nie wiedziała, co się z nią stało. Zwykle nie zachowywała się tak jak tamtej nocy. John wrócił z pracy zmęczony i położył się spać. Mary Moorehead, blada i chora, poszła wcześnie spać. Nie było szczególnie zimno, ale padał ulewny deszcz i na zewnątrz panowała całkowita ciemność. Być może kalendarz wskazywał, że noc miała być księżycowa. W całym mieście nie było prądu.
  Nie chodziło o to, że Margaret próbowała dyktować Tarze, co ma robić z jego pracą. Po prostu była zdenerwowana i zmartwiona bez wyraźnego powodu i powiedziała, że wie, że jeśli pójdzie spać, nie będzie mogła zasnąć. Dziewczyny czasami tak mają. Może to była wiosna. "Och, posiedźmy tu, aż przyjedzie pociąg, a potem dostarczymy gazety" - powtarzała. Byli w kuchni, a ich matka musiała pójść spać do swojego pokoju. Nie powiedziała ani słowa. Margaret założyła płaszcz przeciwdeszczowy i kalosze Johna. Tara miała na sobie ponczo. Mógł pod nim schować swoje gazety i nie zmoczyć ich.
  Tego wieczoru poszli na dworzec o dziesiątej i ponownie o jedenastej.
  Na Main Street nie było żywej duszy. Nawet stróż nocny się schował. [To była noc, kiedy nawet złodziej nie chciał wyjść z domu.] Telegrafista musiał zostać, ale narzekał. Po tym, jak Tar pytał go trzy czy cztery razy o pociąg, nie odpowiedział. Cóż, chciał być w domu, w łóżku. Wszyscy tak chcieli, oprócz Margaret. Zarażała Tara swoją nerwowością [i ekscytacją].
  Dotarli na stację o jedenastej i postanowili zostać. "Jeśli wrócimy do domu, prawdopodobnie obudzimy mamę" - powiedziała Margaret. Na stacji, na ławce siedziała gruba wiejska kobieta, śpiąc z otwartymi ustami. Zostawili zapalone światło, ale było dość słabo. Taka kobieta jechała odwiedzić córkę w innym mieście, córkę chorą, która miała urodzić dziecko, czy coś w tym stylu. Ludzie ze wsi nie podróżują dużo. Jak już podejmą decyzję, zniosą wszystko. Jeśli ich zaczniesz, nie da się ich zatrzymać. W mieście Tara była kobieta, która pojechała do Kansas odwiedzić córkę, zabrała ze sobą całe jej jedzenie i całą drogę siedziała w autobusie. Tara usłyszała, jak pewnego dnia opowiada tę historię w sklepie, kiedy wróciła do domu.
  Pociąg przyjechał o wpół do drugiej. Bagażowy i konduktor poszli do domu, a telegrafistka zrobiła swoją robotę. I tak musiał zostać. Uważał Tara i jego siostrę za wariatów. "Hej, wy, zwariowane dzieciaki. Co za różnica, czy dostaną dziś wieczorem gazetę, czy nie? Powinniście dostać klapsa i iść spać, oboje. Telegrafistka narzekała tego wieczoru [no cóż]".
  Margaret czuła się dobrze, Tar też. Teraz, gdy był w akcji, Tar cieszył się z zasypiania równie mocno, jak jego siostra. W taką noc chce się spać tak bardzo, że myśli się, że nie da się wytrzymać ani minuty dłużej, a potem nagle w ogóle nie chce się spać. To jak złapanie drugiego oddechu w wyścigu.
  Miasto nocą, grubo po północy i gdy pada deszcz, różni się od miasta w ciągu dnia lub wczesnym wieczorem, gdy jest ciemno, ale wszyscy nie śpią. Kiedy Tar wychodził z gazetami w zwykłe wieczory, zawsze miał mnóstwo skrótów. Wiedział, gdzie trzymają psy i jak oszczędzać dużo ziemi. Przechadzał się uliczkami, wspinał się na płoty. Większość ludzi się tym nie przejmowała. Kiedy chłopiec tam poszedł, zobaczył wiele rzeczy. Tar widział też inne rzeczy oprócz tego, jak Win Connell i jego nowa żona się skaleczyli.
  Tej nocy on i Margaret zastanawiali się, czy pójdzie swoją zwykłą trasą, czy zostanie na chodniku. Jakby wyczuwając, co dzieje się w jego głowie, Margaret chciała wybrać najkrótszą i najciemniejszą drogę.
  Zabawne było taplanie się w deszczu i ciemności, podchodzenie do ciemnych domów, wsuwanie papieru pod drzwi lub za żaluzje. Stara pani Stevens mieszkała sama i bała się chorób. Miała mało pieniędzy, a inna starsza kobieta pracowała dla niej. Zawsze bała się przeziębienia, a kiedy nadchodziła zima lub mróz, płaciła Tarowi dodatkowe pięć centów tygodniowo, a on brał gazetę z kuchni i trzymał ją nad piecem. Kiedy robiło się ciepło i sucho, starsza kobieta pracująca w kuchni wybiegała z nim do przedpokoju. Przy drzwiach wejściowych stało pudełko, w którym gazeta była sucha w wilgotną pogodę. Tar opowiedział o tym Margaret, a ona się roześmiała.
  Miasteczko było pełne najróżniejszych ludzi, najróżniejszych idei, a teraz wszyscy spali. Kiedy dotarli do domu, Margaret stała na zewnątrz, a Tar podkradł się i położył gazetę w najsuchszym miejscu, jakie udało mu się znaleźć. Wiedział, że większość psów [a w każdym razie] tej nocy te brzydkie były w domu, z dala od deszczu.
  Wszyscy schronili się przed deszczem, z wyjątkiem Tara i Margaret, którzy leżeli skuleni w swoich łóżkach. Jeśli pozwolisz sobie na chwilę rozejrzenia, możesz sobie wyobrazić, jak wyglądali. Kiedy Tar wędrował sam, często spędzał czas, wyobrażając sobie, co dzieje się w domach. Mógł udawać, że domy nie mają ścian. To był dobry sposób na spędzenie czasu.
  Ściany domów nie mogły ukryć przed nim niczego bardziej niż tak ciemna noc. Kiedy Tar wracał do domu z gazetą, a Margaret czekała na zewnątrz, nie mógł jej dostrzec. Czasami chowała się za drzewem. Wołał ją głośnym szeptem. Potem wyszła i oboje się śmiali.
  Dotarli do skrótu, którego Tar prawie nigdy nie używał nocą, chyba że było ciepło i bezchmurnie. Prowadził prosto przez cmentarz, nie od strony Farley Thompson, ale w przeciwnym kierunku.
  Przeskoczyłeś płot i przeszedłeś między grobami. Potem przeskoczyłeś kolejny płot, przez sad i znalazłeś się na innej ulicy.
  Tar opowiedział Margaret o skrótach na cmentarz tylko po to, żeby się z nią podroczyć. Była taka śmiała, gotowa na wszystko. Po prostu postanowił dać jej szansę i był zaskoczony i trochę zdenerwowany, kiedy go przyjęła.
  "No, chodź. Zróbmy to" - powiedziała. Po tym Tar nie mógł już nic zrobić.
  Znaleźli miejsce, przeszli przez płot i znaleźli się w samym środku grobów. Potykali się o kamienie, ale już się nie śmiali. Margaret pożałowała swojej śmiałości. Podkradła się do Tara i wzięła go za rękę. Robiło się coraz ciemniej. Nie widzieli nawet białych nagrobków.
  Tam to się stało. Mieszkał Hog Hawkins. Jego chlew przylegał do sadu, przez który musieli przejść, żeby opuścić cmentarz.
  Już prawie skończyli, a Tar szedł naprzód, trzymając Margaret za rękę i próbując znaleźć drogę, gdy niemal wpadli na Hoga klęczącego nad grobem.
  Na początku nie wiedzieli, kim jest. Gdy byli już prawie na górze, jęknął i zatrzymali się. Początkowo myśleli, że to duch. Nigdy nie dowiedzieli się, dlaczego nie rzucili się do ucieczki. Byli zbyt przestraszeni [być może].
  Oboje stali tam, drżąc, tuleni do siebie, aż nagle uderzył piorun i Tar zobaczył, kto to. To był jedyny piorun tej nocy, a po przejściu prawie nie było grzmotów, tylko ciche dudnienie.
  Gdzieś w ciemności rozległ się cichy pomruk i jęk mężczyzny klęczącego przy grobie, niemal u stóp Thar. Stary kupiec świń nie mógł spać tej nocy i przyszedł na cmentarz, na grób żony, żeby się pomodlić. Może robił to każdej nocy, kiedy nie mógł zasnąć. Może dlatego mieszkał w domu tak blisko cmentarza.
  Człowiek taki jak on, który nigdy nie kochał tylko jednej osoby, nigdy nie lubił tylko jednej osoby. Pobrali się, a potem ona umarła. Potem nic, tylko [samotność]. Doszło do tego, że nienawidził ludzi i chciał umrzeć. Cóż, był prawie pewien, że jego żona poszła do nieba. On też chciałby tam pójść, gdyby mógł. Gdyby była w niebie, mogłaby mu coś powiedzieć. Był prawie pewien, że tak zrobi.
  Załóżmy, że pewnej nocy umarł w swoim domu i nie było w nim ani jednej żywej istoty poza kilkoma świniami. W mieście wydarzyła się pewna historia. Wszyscy o niej mówili. Rolnik przyjechał do miasta w poszukiwaniu kupca na swoje świnie. Spotkał Charliego Darlama, naczelnika poczty, który wskazał mu dom. "Znajdziecie go tam. Rozpoznacie go po świniach, bo nosi kapelusz".
  Cmentarz stał się kościołem kupców świń, do którego chodził wieczorami. Przynależność do zwykłego kościoła oznaczała jakieś porozumienie z innymi. Od czasu do czasu musiał dawać pieniądze. Chodzenie na cmentarz nocą było bułką z masłem.
  Tar i Margaret cicho wyszli zza klęczącego mężczyzny. Pojedynczy błysk pioruna rozświetlił ciemność, ale Tarowi udało się dotrzeć do płotu i wyprowadzić Margaret do ogrodu. Wkrótce wyszli na inną ulicę, wstrząśnięci i przestraszeni. Z ulicy dobiegał jęczący głos kupca, dochodzący z ciemności.
  Pospiesznie przemierzyli resztę trasy Tara, trzymając się ulic i chodników. Margaret nie była już taka żwawa. Kiedy dotarli do domu Moorheadów, próbowała zgasić lampę w kuchni, ale ręce jej się trzęsły. Tar musiał wziąć zapałkę i się tym zająć. Margaret była blada. Tar mógł się z niej śmiać, ale sam nie był pewien, jak wygląda. Kiedy poszli na górę i położyli się spać, Tar długo leżał bezsennie. Miło było leżeć w łóżku z Johnem, który miał ciepłe łóżko i nigdy się nie budził.
  Tar miał coś na myśli, ale uznał, że lepiej nie mówić Johnowi. Bitwa, którą Moorheadowie toczyli z Hogiem Hawkinsem, była bitwą Johna, a nie jego. Brakowało mu dziesięciu centów, ale co to jest dziesięć centów?
  Nie chciał, żeby dowiedział się o tym bagażnik, nie chciał, żeby ekspres czy ktokolwiek z ludzi, którzy zazwyczaj kręcili się po stacji, gdy nadjeżdżał pociąg, dowiedzieli się, że się poddał.
  Postanowił porozmawiać z Hogiem Hawkinsem następnego dnia i tak zrobił. Zaczekał, aż nikt nie będzie patrzył, po czym podszedł do mężczyzny, który czekał.
  Tar wyciągnął gazetę, a Hog Hawkins ją chwycił. Blefował, szukając w kieszeniach drobnych, ale oczywiście nic nie znalazł. Nie zamierzał przepuścić takiej okazji. "No cóż, zapomniałem reszty. Będziecie musieli poczekać". Zaśmiał się, mówiąc to. Żałował, że nikt z personelu stacji nie widział, co się stało i jak zaskoczył jednego z chłopaków z Moorehead.
  Cóż, zwycięstwo to zwycięstwo.
  Szedł ulicą, ściskając gazetę i chichocząc. Tar stał i patrzył.
  Gdyby Tar tracił dwa centy dziennie, trzy lub cztery razy w tygodniu, to niewiele by to było. Co jakiś czas jakiś podróżny wysiadał z pociągu i wręczał mu pięciocentówkę, mówiąc: "Zatrzymaj resztę". Dwa centy dziennie to niewiele. Tar pomyślał, że da radę. Pomyślał o tym, jak Hog Hawkins czerpał chwilową satysfakcję z wyłudzania od niego dokumentów i postanowił mu na to pozwolić.
  [To znaczy] zrobi to, [tak myślał], gdy w pobliżu nie będzie zbyt wielu ludzi.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XIX
  
  [X OY JEST chłopcem, żeby to wszystko zrozumieć? Co się dzieje w mieście Tara, jak w całym mieście?] Teraz [Tar] stał się duży, wysoki i długonogi. Kiedy był dzieckiem, ludzie zwracali na niego mniej uwagi. Chodził na mecze, na przedstawienia do opery.
  Za granicami miasta życie kwitło. Pociąg wiozący papiery ze wschodu jechał dalej na zachód.
  Życie w mieście było proste. Nie było bogatych ludzi. Pewnego letniego wieczoru zobaczył pary spacerujące pod drzewami. Byli to młodzi mężczyźni i kobiety, prawie dorośli. Czasami się całowali. Kiedy Tar to zobaczył, był zachwycony.
  W mieście nie było złych kobiet, z wyjątkiem, być może...
  Na wschodzie leżą Cleveland, Pittsburgh, Boston i Nowy Jork. Na zachodzie leży Chicago.
  Czarnoskóry mężczyzna, syn jedynego czarnoskórego mężczyzny w mieście, przyszedł odwiedzić ojca. Rozmawiał w zakładzie fryzjerskim - w stajni. Była wiosna, a on całą zimę mieszkał w Springfield w stanie Ohio.
  Podczas wojny secesyjnej Springfield było jednym z przystanków Kolei Podziemnej - abolicjoniści łapali czarnoskórych. Ojciec Tary wiedział o tym wszystkim. Kolejnym przystankiem było Zanesville i Oberlin, niedaleko Cleveland.
  Wszędzie tam byli nadal czarni i było ich wielu.
  W Springfield istniało miejsce zwane "groblą". Przeważnie czarne prostytutki. Opowiedział mi o tym pewien czarnoskóry mężczyzna, który przyjechał do miasta odwiedzić ojca w stajni. Był to silny młody mężczyzna, noszący jaskrawe ubrania. Spędził całą zimę w Springfield, utrzymywany przez dwie czarnoskóre kobiety. Wychodziły na ulice, zarabiały pieniądze i przynosiły mu je z powrotem.
  "Byłoby dla nich lepiej. Nie toleruję żadnej głupoty.
  "Powal ich. Potraktuj ich brutalnie. To mój sposób."
  Ojciec młodego czarnoskórego mężczyzny był tak szanowanym staruszkiem. Nawet Dick Moorhead, który przez całe życie zachowywał południowe nastawienie do czarnoskórych, powiedział: "Stary Pete jest w porządku - dopóki jest czarnoskóry".
  Stary Murzyn ciężko pracował, podobnie jak jego drobna, zwiędła żona. Wszystkie ich dzieci wyjechały i pojechały tam, gdzie mieszkali inni czarnoskórzy. Rzadko odwiedzali staruszków, a jeśli już, to nie zostawali długo.
  Ekstrawagancki czarnoskóry facet też nie został długo. Powiedział tak. "W tym mieście nie ma nic dla takiego czarnoskórego faceta jak ja. To sport, taki właśnie jestem".
  To dziwna rzecz - taki rodzaj relacji między mężczyzną a kobietą - nawet w przypadku czarnoskórych mężczyzn - kobiety wspierają mężczyzn w ten sposób. Jeden z mężczyzn pracujących w stajni powiedział, że biali mężczyźni i kobiety czasami robią to samo. Mężczyźni w stajni, a także niektórzy w zakładzie fryzjerskim, zazdrościli. "Mężczyzna nie musi pracować. Pieniądze przychodzą".
  W miastach, z których pochodzą pociągi, oraz w miastach, do których odjeżdżają pociągi jadące na zachód, dzieją się najróżniejsze rzeczy.
  Stary Pete, ojciec młodych murzyńskich sportów, bielał ściany, pracował w ogrodach, a jego żona prała, zupełnie jak Mary Moorehead. Niemal każdego dnia można było zobaczyć staruszka spacerującego po Main Street z wiadrem po bielonej farbie i szczotkami. Nigdy nie przeklinał, nie pił ani nie kradł. Zawsze był pogodny, uśmiechnięty i uchylał kapelusza przed białymi. W niedzielę on i jego stara żona zakładali najlepsze ubrania i chodzili do kościoła metodystów. Oboje mieli białe, kręcone włosy. Od czasu do czasu, podczas modlitwy, słychać było głos staruszka. "O, Panie, ratuj mnie" - jęknął. "Tak, Panie, ratuj mnie" - powtórzyła jego żona.
  Zupełnie inaczej niż jego syn, ten stary Murzyn. Kiedy był wtedy w mieście [założę się], ten bystry młody Murzyn nigdy nie zbliżał się do kościoła.
  Jest niedzielny wieczór w kościele metodystów. Dziewczyny wychodzą, młodzi mężczyźni czekają, żeby zabrać je do domu.
  "Czy mogę spotkać się z panią dziś wieczorem w domu, panno Smith?" Staram się być bardzo uprzejmy - mówię cicho i łagodnie.
  Czasem młody mężczyzna zdobywał dziewczynę, której pragnął, a czasem nie. Kiedy mu się nie udawało, stojący obok chłopcy wołać do niego: "Yee! Yee! Ona ci nie pozwoliła! Yee! Yee!"
  Dzieci w wieku Johna i Margaret były gdzieś pomiędzy. Nie mogły się doczekać, żeby w ciemnościach pokrzyczeć na starszych chłopców, a jeszcze nie mogły stanąć przed wszystkimi i poprosić dziewczynę, żeby pozwoliła im odprowadzić się do domu, jeśli poprosi o to młody mężczyzna.
  Dla Margaret mogło to nastąpić wkrótce. Wkrótce John stanął w kolejce przed drzwiami kościoła wraz z innymi młodymi ludźmi.
  Lepiej być [dzieckiem] niż być pomiędzy.
  Czasami, gdy chłopiec krzyczał: "Yee! Yee!", zostawał złapany. Starszy chłopiec gonił go i złapał na ciemnej drodze - wszyscy się śmiali - i uderzył go w głowę. I co z tego? Najważniejsze było to zaakceptować bez płaczu.
  W takim razie poczekaj.
  Kiedy [starszy chłopiec] odszedł wystarczająco daleko - i byłeś prawie pewien, że nie będzie w stanie cię już złapać - zapłaciłeś mu. "Yee! Yee! Nie pozwoliła ci. Uciekł, prawda? Yee! Yee!"
  Tar nie chciał być "pomiędzy" i "pomiędzy". Kiedy dorósł, chciał nagle dorosnąć - położyć się spać jako chłopiec i obudzić się jako mężczyzna, duży i silny. Czasami o tym śnił.
  Mógłby być całkiem niezłym baseballistą, gdyby miał więcej czasu na treningi; mógłby grać na drugiej bazie. Problem w tym, że silna drużyna - w jego wieku - zawsze grała w soboty. W sobotnie popołudnia był zajęty sprzedażą niedzielnych gazet. Niedzielna gazeta kosztowała pięć centów. Zarabiało się wtedy więcej niż w inne dni.
  Bill McCarthy przyszedł do pracy w stajni McGoverna. Był zawodowym bokserem, przeciętnym, ale teraz jego kariera chyliła się ku upadkowi.
  Za dużo wina i kobiet. Sam to powiedział.
  No cóż, wiedział co nieco. Mógł nauczyć chłopców boksu, nauczyć ich współpracy na ringu. Kiedyś był sparingpartnerem Kida McAllistera - Niezrównanego. Nieczęsto zdarza się chłopcu przebywać w towarzystwie takiego mężczyzny - nie aż tak często w życiu.
  Bill pojawił się na lekcji. Pięć lekcji kosztowało trzy dolary i Tar wziął. Bill kazał wszystkim chłopcom zapłacić z góry. Pojawiło się dziesięciu chłopców. Miały to być prywatne lekcje, jeden chłopiec na raz, na górze w stodole.
  Wszyscy dostali to samo co Tar. To był podły numer. Bill kłócił się z każdym chłopakiem przez chwilę, a potem - udawał, że puszcza jego rękę - niechcący.
  Chłopiec dostał siniaka pod okiem albo coś w tym stylu na pierwszej lekcji. Nikt nie wrócił po więcej. Tar nie. Dla Billa to było łatwe wyjście. Uderzasz chłopca w głowę, rzucasz nim po podłodze stodoły i dostajesz trzy dolary - nie musisz się martwić o pozostałe [cztery] lekcje.
  Były zawodnik, który tego dokonał, oraz młody, wysportowany czarnoskóry mężczyzna, który w ten sposób zarabiał na życie przy tamie w Springfield, doszli do mniej więcej tych samych wniosków co Tar.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XX
  
  [WSZYSTKO MIESZAŁO SIĘ W UMYŚLE CHŁOPAKA. Czym jest grzech? Słyszysz, jak ludzie rozmawiają. Niektórzy z tych, którzy najwięcej mówią o Bogu, to najwięksi oszuści w sklepach i na targu.] [W Tar Town wielu] ludzi, jak prawnik King i sędzia Blair, nie chodziło do kościoła. Dr Reefy nigdy nie chodził. Byli na placu. Można im było zaufać.
  Za czasów Thar do miasta przybyła "zła" kobieta. Wszyscy mówili, że jest zła. Żadna dobra kobieta w mieście nie chciała mieć z nią nic wspólnego.
  Mieszkała z mężczyzną i nie była z nim zamężna. Może miał gdzieś inną żonę. Nikt nie wiedział.
  Przybyli do miasta w sobotę, a Tar sprzedawał gazety na dworcu kolejowym. Następnie udali się do hotelu, a następnie do stajni, gdzie wynajęli konia i powóz.
  Jeździli po mieście, a potem wynajęli dom Woodhouse'ów. Był to duży, stary dom, od dawna pusty. Wszyscy Woodhouse'owie umarli albo się wyprowadzili. Prawnik King był agentem. Oczywiście, oddał im go w posiadanie.
  Musieli kupić meble, sprzęt kuchenny i inne tego typu rzeczy.
  Tar nie miał pojęcia, skąd wszyscy wiedzieli, że ta kobieta jest zła. Po prostu to zrobili.
  Oczywiście, wszyscy kupcy sprzedawali im [szybkie] rzeczy, wystarczająco szybko. Mężczyzna roztrwonił pieniądze. Stara pani Crawley pracowała w ich kuchni. Nie przejmowała się tym. Kiedy kobieta jest tak stara i biedna, nie musi być [tak] wybredna.
  Tar też tego nie zrobił, a chłopak też nie. Słyszał rozmowy mężczyzn - na dworcu kolejowym, w stajni, w zakładzie fryzjerskim, w hotelu.
  Mężczyzna kupił kobiecie wszystko, czego chciała, a potem odszedł. Potem przychodził tylko w weekendy, mniej więcej dwa razy w miesiącu. Kupowali poranne i popołudniowe gazety, a także niedzielną.
  Co Taru to obchodziło? Był zmęczony sposobem, w jaki ludzie rozmawiali.
  Nawet dzieci, chłopcy i dziewczynki, wracając ze szkoły, uczyniły z tego miejsca rodzaj sanktuarium. Chodzili tam celowo i kiedy zbliżyli się do domu - otoczonego wysokim żywopłotem - nagle zamilkli.
  Wyglądało, jakby ktoś tam został zabity. Tar natychmiast wszedł z papierami.
  Ludzie mówili, że przyjechała do miasta, żeby urodzić dziecko. Nie była żoną starszego mężczyzny. Był mieszczuchem i bogatym człowiekiem. Wydawał pieniądze jak bogacz. Ona też.
  W domu - w miasteczku, w którym mieszkał - miał szanowaną żonę i dzieci. Wszyscy tak mówili. Mógł być członkiem Kościoła, ale co jakiś czas - w weekendy - wymykał się do miasteczka Tara. Utrzymywał kobietę.
  W każdym razie była ładna i samotna.
  Stara pani Crowley, która u niej pracowała, nie była zbyt wysoka. Jej mąż był taksówkarzem i zmarł. Była jedną z tych zrzędliwych i zrzędliwych staruszek, ale dobrze gotowała.
  Kobieta - ta "zła" kobieta - zaczęła zauważać Tara. Kiedy przyniósł gazetę, zaczęła z nim rozmawiać. Nie dlatego, że był kimś wyjątkowym. To była jej jedyna szansa.
  Zadawała mu pytania o matkę i ojca, o Johna, Roberta i dzieci. Czuła się samotna. Tar siedział na werandzie domu Woodhouse'ów i rozmawiał z nią. Mężczyzna o imieniu Smokey Pete pracował w ogrodzie. Zanim się pojawiła, nigdy nie miał stałej pracy, ciągle kręcił się po saloonach, czyścił spluwaczki - takie tam.
  Zapłaciła mu, jakby był porządny. Powiedzmy, że pod koniec tygodnia, kiedy będzie płacić Tarowi, będzie mu winna dwadzieścia pięć centów.
  Dała mu pół dolara. No cóż, dałaby mu dolara, ale bała się, że to za dużo. Bała się, że się zawstydzi albo że urażona zostanie jego duma, i nie przyjęła tego.
  Siedzieli na werandzie z tyłu domu i rozmawiali. Żadna kobieta z miasta nie przyszła jej odwiedzić. Wszyscy mówili, że przyjechała tu tylko po to, żeby urodzić dziecko mężczyźnie, z którym nie była w związku małżeńskim, ale chociaż on ją uważnie obserwował, Tar nie widział ich śladu.
  "Nie wierzę. To kobieta normalnych rozmiarów, szczupła, jeśli już o tym mowa" - powiedział Halowi Brownowi.
  Potem, po obiedzie, musiała wziąć konia i wóz z stajni i zabrać Tara ze sobą. "Myślisz, że twoja matka będzie zainteresowana?" - zapytała. Tar odpowiedział: "Nie".
  Pojechali do wioski i kupili kwiaty, całe morze kwiatów. Ona przeważnie siedziała w bryczce, podczas gdy Tar zbierał kwiaty, wspinając się po zboczach wzgórz i schodząc w wąwozy.
  Kiedy wrócili do domu, dała mu ćwierć dolara. Czasami pomagał jej wnosić kwiaty do domu. Pewnego dnia wszedł do jej sypialni. Takie sukienki, delikatne, delikatne rzeczy. Stał i patrzył, chcąc podejść i ich dotknąć, tak jak zawsze chciał dotknąć koronki, którą jego matka nosiła na swojej jednej dobrej, czarnej, niedzielnej sukience, kiedy był mały. Jego matka miała inną, równie dobrą sukienkę. Kobieta - ta zła - zobaczyła jego spojrzenie i wyjęła wszystkie sukienki z wielkiej ciężarówki, położyła je na łóżku. Musiało ich być ze dwadzieścia. Tar nigdy nie przypuszczał, że na świecie mogą być tak piękne [wspaniałe] rzeczy.
  W dniu, w którym Tar odszedł, kobieta go pocałowała. To był jedyny raz, kiedy to zrobiła.
  Zła kobieta opuściła Tarę tak nagle, jak się tu pojawiła. Nikt nie wiedział, dokąd poszła. Otrzymała telegram w ciągu dnia i odjechała nocnym pociągiem. Wszyscy chcieli wiedzieć, co jest w telegramie, ale telegrafista, Wash Williams, oczywiście nie chciał nic powiedzieć. Treść telegramu jest tajemnicą. Nie wolno zdradzać. Telegrafistowi nie wolno tego robić, ale Wash Williams nadal był niezadowolony. Mógł zdradzić trochę informacji, ale lubił, gdy wszyscy dawali wskazówki, a potem milczeli.
  Jeśli chodzi o Tar, otrzymał list od pewnej kobiety. Zostawił go u pani Crowley i zawierał pięć dolarów.
  Tar była bardzo zdenerwowana, kiedy odeszła w ten sposób. Wszystkie jej rzeczy miały zostać wysłane na adres w Cleveland. W liście było napisane: "Żegnaj, jesteś dobrym chłopcem" i nic więcej.
  Kilka tygodni później z miasta nadeszła paczka. Zawierała ubrania dla Margaret, Roberta i Willa, a także nowy sweter dla niego. Nic więcej. Ekspresowa przesyłka została opłacona z góry.
  [Miesiąc później, pewnego dnia, sąsiadka przyszła odwiedzić matkę Tara, gdy ten był w domu. Rozbrzmiały kolejne "złe" rozmowy kobiet, a Tar je podsłuchał. Był w sąsiednim pokoju. Sąsiadka skomentowała, jak zła jest ta obca kobieta i obwiniła Mary Moorehead za to, że pozwoliła Tarowi przebywać z nią. Powiedziała, że nigdy nie pozwoliłaby swojemu synowi zbliżać się do takiej osoby.
  [Mary Moorehead oczywiście nic nie powiedziała.
  [Takie rozmowy mogłyby trwać całe lato. Dwóch lub trzech mężczyzn próbowało przesłuchać Tarę. "Co ona ci mówi? O czym ty mówisz?"
  ["Nie twoja sprawa."
  [Kiedy go przesłuchano, nic nie powiedział i pospiesznie odszedł.
  [Jego matka po prostu zmieniła temat, skierowała rozmowę na inny tor. To by było jej podejście.
  [Tar słuchał przez chwilę, po czym na palcach wyszedł z domu.
  Cieszył się z czegoś, ale nie wiedział z czego. Może cieszył się, że miał okazję spotkać złą kobietę.
  [Być może po prostu cieszył się, że jego matka miała na tyle rozsądku, żeby zostawić go w spokoju.]
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XXI
  
  ŚMIERĆ matki Tary Moorehead nie była szczególnie dramatyczna. Zmarła w nocy, a w pokoju był z nią tylko dr Reefy. Nie było sceny konania; mąż i dzieci zebrali się wokół, kilka ostatnich odważnych słów, płacz dzieci, walka, a potem dusza odeszła. Dr Reefy od dawna spodziewał się jej śmierci i nie był zaskoczony. Kiedy wezwano go do domu, a dzieci wysłano na górę do łóżek, usiadł, aby porozmawiać z matką.
  Padały słowa, których Tar, leżąc bezsennie w pokoju na górze, nie mógł usłyszeć. Później, stając się pisarzem, często odtwarzał w myślach scenę rozgrywającą się w pokoju poniżej. Była taka scena z opowiadania Czechowa-Russkiego. Czytelnicy ją pamiętają - scena w rosyjskiej farmie, zaniepokojony wiejski lekarz, umierająca kobieta tęskniąca za miłością przed śmiercią. Cóż, zawsze istniała jakaś więź między doktorem Reefym a jego matką. Mężczyzna nigdy nie stał się jego własnym przyjacielem, nigdy nie odbył z nim szczerej rozmowy, jak później sędzia Blair, ale lubił myśleć, że ostatnia rozmowa mężczyzny i kobiety w małym domku szkieletowym w małym Ohio była dla nich obojga znacząca. Później Tar dowiedział się, że to w bliskich relacjach ludzie prosperują. Pragnął takiej relacji dla swojej matki. Za życia wydawała mu się postacią tak odizolowaną. Być może nie docenił ojca. Postać jego matki, taka, jaką później żyła w jego wyobraźni, wydawała się tak delikatnie zrównoważona, zdolna do gwałtownych wybuchów emocji. Jeśli nie nawiążesz szybkiej i bliskiej więzi z życiem rozwijającym się w innych ludziach, w ogóle nie żyjesz. To trudne zadanie i przynosi większość problemów życiowych, ale musisz próbować. To twoje zadanie i jeśli się go uchylasz, uchylasz się od życia [całkowicie].
  Później podobne myśli Tary, dotyczące jego samego, często przenosił na postać matki.
  Głosy w pokoju na parterze małego, szkieletowego domu. Dick Moorehead, mąż, był poza miastem, pracował jako malarz. O czym rozmawiają dwie dorosłe osoby w takiej chwili? Mężczyzna i kobieta w pokoju poniżej cicho się zaśmiali. Po chwili, gdy Doktor był tam już jakiś czas, Mary Moorehead zasnęła. Zmarła we śnie.
  Kiedy zmarła, lekarz nie obudził dzieci, lecz wyszedł z domu i poprosił sąsiada, żeby odebrał Dicka z miasta. Wrócił i usiadł. Było tam kilka książek. Kilkakrotnie, podczas długich zim, kiedy Dick był bez grosza, zostawał agentem książkowym - pozwalało mu to podróżować za granicę, odwiedzając domy w wioskach, gdzie mógł oferować gościnę, choć sprzedał tylko kilka książek. Oczywiście, książki, które próbował sprzedawać, dotyczyły głównie wojny secesyjnej.
  Byłaby książka o postaci o imieniu "kapral C. Clegg", który poszedł na wojnę jako młody chłopak ze wsi i został kapralem. C. był pełen naiwności wolnego ducha amerykańskiego chłopaka z farmy, który nigdy wcześniej nie wykonywał rozkazów. Okazał się jednak bardzo odważny. Dick był zachwycony książką i czytał ją na głos swoim dzieciom.
  Były też inne książki, bardziej techniczne, również o wojnie. Czy generał Grant był pijany pierwszego dnia bitwy pod Shiloh? Dlaczego generał Meade nie ścigał Lee po zwycięstwie pod Gettysburgiem? Czy McClellan naprawdę chciał, żeby Południe zostało pokonane? Wspomnienia Granta.
  Pisarz Mark Twain został wydawcą i opublikował "Wspomnienia Granta". Wszystkie książki Marka Twaina były sprzedawane przez agentów chodzących od drzwi do drzwi. Był tam specjalny egzemplarz dla agenta z pustymi, liniowanymi stronami na początku. Dick zapisywał tam nazwiska osób, które zgodziły się wziąć jedną z książek po jej wydaniu. Dick mógłby sprzedać więcej książek, gdyby nie poświęcał tyle czasu na każdą sprzedaż. Często zatrzymywał się na kilka dni w domu na farmie. Wieczorami zbierała się cała rodzina, a Dick czytał na głos. Mówił. Słuchanie go było zabawne, jeśli nie zależało się od niego.
  Doktor Reefy siedział w domu Mooreheadów, a w sąsiednim pokoju nieżyjąca kobieta czytała jedną z książek Dicka. Lekarze są naocznymi świadkami większości zgonów. Wiedzą, że wszyscy ludzie muszą umrzeć. Książka w jego ręku, oprawiona w prosty materiał, półmarokańską skórę i jeszcze więcej. W małym miasteczku nie dałoby się sprzedać wielu wyszukanych opraw. Pamiętniki Granta były najłatwiejsze do sprzedania. Każda rodzina na Północy wierzyła, że musi je mieć. Jak zawsze podkreślał Dick, to był moralny obowiązek.
  Doktor Reefy siedział i czytał jedną ze swoich książek, a sam był na wojnie. Podobnie jak Walt Whitman, był pielęgniarzem. Nigdy nikogo nie zastrzelił, nigdy nikogo nie zastrzelił. Co pomyślał doktor? Czy myślał o wojnie, o Dicku, o Mary Moorehead? Ożenił się z młodą dziewczyną, gdy był prawie starcem. Są ludzie, których poznajesz trochę w dzieciństwie, nad którymi łamie się głowę przez całe życie i nie potrafisz ich zrozumieć. Pisarze mają małą sztuczkę. Ludzie myślą, że pisarze biorą swoje postacie z życia. Nie myślą. Po prostu znajdują mężczyznę lub kobietę, którzy z jakiegoś niejasnego powodu wzbudzają ich zainteresowanie. Taki mężczyzna lub kobieta są nieocenieni dla pisarza. Bierze kilka faktów, które zna, i próbuje skonstruować całe życie. Ludzie stają się dla niego punktami wyjścia, a kiedy tam dociera, co zdarza się dość często, rezultaty mają niewiele lub nic wspólnego z osobą, od której zaczął.
  Mary Moorehead zmarła pewnej jesiennej nocy. Tar sprzedawał gazety, a John poszedł do fabryki. Kiedy Tar wrócił wcześnie wieczorem do domu, jego matki nie było przy stole, a Margaret powiedziała, że źle się czuje. Na zewnątrz padał deszcz. Dzieci jadły w milczeniu, a nad domem wisiała depresja, która zawsze towarzyszyła matce w trudnych chwilach. Depresja to coś, co karmi wyobraźnię. Po skończonym posiłku Tar pomógł Margaret umyć naczynia.
  Dzieci siedziały w kółku. Mama powiedziała, że nie chce nic jeść. John poszedł wcześnie spać, podobnie jak Robert, [Will i Joe]. John pracował w fabryce na akord. Jak się rozkręcisz i będziesz mógł zarabiać całkiem niezłe pieniądze, wszystko się w tobie zmienia. Zamiast czterdziestu centów za polerowanie ramy roweru, obniżają cenę do trzydziestu dwóch. Co planujesz robić? Musisz mieć pracę.
  Ani Tar, ani Margaret nie chcieli spać. Margaret kazała pozostałym iść cicho na górę, żeby nie budzić matki - jeśli spała. Dwoje dzieci poszło do szkoły, a potem Margaret czytała książkę. To był nowy prezent, który dała jej kobieta pracująca na poczcie. Kiedy tak siedzisz, najlepiej pomyśleć o czymś poza domem. Właśnie tego dnia Tar pokłócił się z Jimem Moore'em i innym chłopakiem o rzucanie piłką baseballową. [Jim] powiedział, że Ike Freer jest najlepszym miotaczem w mieście, bo ma największą szybkość i najlepszą krzywą, a Tar powiedział, że Harry Green jest najlepszy. Ci dwaj, będąc członkami drużyny miejskiej, oczywiście nie grali przeciwko sobie, więc nie można było tego stwierdzić na pewno. Trzeba było oceniać po tym, co się widziało i czuło. To prawda, że Harry nie miał takiej szybkości, ale kiedy rzucał, czułeś się w czymś pewniej. Cóż, miał rozum. Kiedy zdał sobie sprawę, że nie jest w tym zbyt dobry, powiedział to i wpuścił Ike'a, ale jeśli Ike nie był w tym zbyt dobry, stawał się uparty i jeśli go wypuszczano, robił sobie krzywdę.
  Tar wymyślił mnóstwo argumentów, które mógłby przedstawić Jimowi Moore'owi, gdy spotkał się z nim następnego dnia, po czym poszedł i wziął kostki domina.
  Domino bezszelestnie przesuwało się po blatach stołów. Margaret odłożyła książkę. Dwoje dzieci było w kuchni, która służyła również jako jadalnia, a na stole stała lampa naftowa.
  Można grać w domino przez długi czas, nie myśląc o niczym konkretnym.
  Kiedy Mary Moorehead przechodziła ciężkie chwile, była w ciągłym szoku. Jej sypialnia znajdowała się obok kuchni, a z przodu domu znajdował się salon, gdzie później odbywał się pogrzeb. Jeśli chciało się iść na górę do łóżka, trzeba było przejść prosto przez sypialnię matki, ale w ścianie była wnęka, z której, jeśli było się ostrożnym, można było wyjść niezauważonym. Złe chwile Mary Moorehead stawały się coraz częstsze. Dzieci prawie się do nich przyzwyczaiły. Kiedy Margaret wróciła ze szkoły, jej matka leżała w łóżku, blada i słaba. Margaret chciała wysłać Roberta po lekarza, ale matka powiedziała: "Jeszcze nie".
  Taki dorosły facet, a twoja matka... Kiedy powiedzą "nie", co zrobisz?
  Tar kontynuował przesuwanie kostek domina po stole, co jakiś czas zerkając na siostrę. Myśli wciąż napływały. "Harry Greene może nie ma takiej szybkości jak Ike Freer, ale ma głowę. W końcu głowa ci wszystko powie. Lubię faceta, który wie, co robi. Myślę, że w głównych ligach są zawodnicy, którzy są, owszem, tępakami, ale to nie ma znaczenia. Weź faceta, który potrafi wiele zdziałać tym, co ma. Lubię jednego.
  Dick był we wsi, malując wnętrze nowego domu zbudowanego przez Harry'ego Fitzsimmonsa. Podjął pracę kontraktową. Kiedy Dick podjął pracę kontraktową, prawie nigdy nie zarabiał.
  Niewiele mógł zrozumieć.
  W każdym razie, zajmowało mu to czas.
  W taki wieczór siedzisz w domu i grasz w domino z siostrą. Co za różnica, kto wygra?
  Od czasu do czasu Margaret lub Tar chodzili i dorzucali drewna do pieca. Na zewnątrz padał deszcz, a wiatr wpadał przez szparę pod drzwiami. Domy Moorheadów zawsze miały takie dziury. Można było wrzucić do nich kota. Zimą Mama, Tar i John chodzili dookoła, zatykając szpary listwami drewna i kawałkami materiału. To chroniło przed zimnem.
  Czas mijał, może godzinę. Wydawało się, że dłużej. Lęki, które Tar odczuwał od roku, podzielali John i Margaret. Ciągle myślisz, że tylko ty myślisz i czujesz, ale jeśli tak jest, jesteś głupcem. Inni myślą tak samo. W "Wspomnieniach" generała Granta czytamy, jak gdy pewien mężczyzna zapytał go, czy się boi przed bitwą, odpowiedział: "Tak, ale wiem, że tamten też się boi". Tar niewiele pamiętał o generale Grancie, ale zapamiętał to.
  Nagle, w noc śmierci Mary Moorehead, Margaret coś zrobiła. Kiedy siedziały grając w domino, usłyszały urywany oddech matki w sąsiednim pokoju. Dźwięk był cichy i przerywany. Margaret wstała w połowie gry i cicho podeszła do drzwi. Nasłuchiwała przez chwilę, ukryta przed wzrokiem matki, po czym wróciła do kuchni i dała znak Tarze.
  Była bardzo podekscytowana samym tym siedzeniem. To wszystko.
  Na zewnątrz padał deszcz, a jej płaszcz i kapelusz leżały na górze, ale nie próbowała ich podnieść. Tar chciał, żeby wzięła jego czapkę, ale odmówiła.
  Dwoje dzieci wyszło z domu, a Tar natychmiast zdał sobie sprawę, co się dzieje. Poszli ulicą do gabinetu doktora Rifiego, nie odzywając się do siebie.
  Doktora Rifiego nie było. Na drzwiach wisiała tabliczka z napisem: "Wróć o 10". Mógł tam być od dwóch lub trzech dni. Taki lekarz, z niewielką praktyką i ambicją, jest raczej niedbały.
  "Mógłby być z sędzią Blairem" - powiedział Tar i poszli tam.
  Kiedy boisz się, że coś się stanie, powinieneś przypomnieć sobie inne chwile, kiedy się bałeś i wszystko skończyło się dobrze. To najlepszy sposób.
  Idziesz więc do lekarza, a twoja matka umiera, choć jeszcze o tym nie wiesz. Inni ludzie, których spotykasz na ulicy, zachowują się tak samo jak zawsze. Nie możesz ich winić.
  Tar i Margaret podeszli do domu sędziego Blaira, oboje przemoczeni do suchej nitki, Margaret bez płaszcza i kapelusza. Jakiś mężczyzna kupował coś u Tiffany'ego. Inny mężczyzna szedł z łopatą na ramieniu. Co, jak myślicie, kopał w taką noc? Dwóch mężczyzn pokłóciło się na korytarzu ratusza. Wyszli na korytarz, żeby się nie zmoczyć. "Powiedziałem, że to się stało w Wielkanoc. On temu zaprzeczył. Nie czyta Biblii".
  O czym rozmawiali?
  "Powodem, dla którego Harry Greene jest lepszym miotaczem baseballowym niż Ike Freer, jest to, że jest bardziej męski. Niektórzy mężczyźni po prostu rodzą się silni. W głównych ligach byli świetni miotacze, którzy nie mieli też wielkiej szybkości ani krzywizny. Po prostu stali i jedli makaron, i tak to trwało długo. Wytrzymywali dwa razy dłużej niż ci, którzy mieli tylko siłę".
  Najlepsi autorzy [jakich można było znaleźć] w gazetach sprzedawanych przez Tar to ci, którzy pisali o baseballistach i sporcie. Mieli coś do powiedzenia. Jeśli czytało się ich codziennie, można było się czegoś nauczyć.
  Margaret była przemoczona do suchej nitki. Gdyby jej matka wiedziała, że wychodzi w takim stanie, bez płaszcza i kapelusza, zmartwiłaby się. Ludzie chodzili pod parasolami. Wydawało się, że minęło sporo czasu, odkąd Tar wrócił do domu po odebraniu papierów. Czasami masz takie uczucie. Niektóre dni mijają błyskawicznie. Czasami w ciągu dziesięciu minut dzieje się tak wiele, że wydają się godzinami. To jak dwa konie wyścigowe walczące na boisku, na meczu baseballowym, kiedy ktoś jest przy odbijającym, dwóch zawodników poza grą, dwóch zawodników może na bazach.
  Margaret i Tar dotarli do domu sędziego Blaira i rzeczywiście, lekarz był tam. W środku było ciepło i jasno, ale nie weszli do środka. Sędzia podszedł do drzwi, a Margaret powiedziała: "Proszę powiedzieć lekarzowi, że mama jest chora". Ledwo skończyła, gdy wyszedł lekarz. Szedł z dwójką dzieci, a gdy wychodzili z domu sędziego, sędzia podszedł i poklepał Tara po plecach. "Jesteś mokry" - powiedział. W ogóle nie odezwał się do Margaret.
  Dzieci zabrały lekarza do domu, a potem poszły na górę. Chciały udawać przed mamą, że lekarz przyszedł przypadkiem - żeby zadzwonić.
  Wspięli się po schodach tak cicho, jak to możliwe, a kiedy Tar wszedł do pokoju, w którym spał z Johnem i Robertem, rozebrał się i włożył suche ubrania. Włożył swój niedzielny garnitur. To był jedyny, który miał, który był suchy.
  Na dole słyszał rozmowę matki z lekarzem. Nie wiedział, że lekarz powiedział matce o deszczowej drodze. Oto, co się wydarzyło: Doktor Reefy podszedł do schodów i zawołał go na dół. Niewątpliwie zamierzał zawołać oboje dzieci. Cicho zagwizdał i Margaret wyszła ze swojego pokoju, ubrana w suche ubrania, tak jak Tar. Ona również musiała założyć swoje najlepsze ubranie. Żadne z pozostałych dzieci nie usłyszało wołania lekarza.
  Zeszli na dół i stanęli przy łóżku, a ich matka rozmawiała przez chwilę. "Nic mi nie będzie. Nic się nie stanie. Nie martw się" - powiedziała. Mówiła szczerze. Musiała myśleć, że wszystko jest w porządku do samego końca. Dobrą wiadomością było to, że jeśli musiała odejść, mogła to zrobić w ten sposób, po prostu wymknąć się, kiedy spała.
  Powiedziała, że nie umrze, ale umarła. Po tym, jak powiedziała kilka słów do dzieci, wróciły na górę, ale Tar długo nie spał. Margaret też nie. Tar nigdy jej o to nie pytał, ale wiedział, że tego nie zrobiła.
  Kiedy jesteś w takim stanie, nie możesz spać, co robisz? Niektórzy próbują jednego, inni drugiego. Tar słyszał o metodach liczenia owiec i czasami próbował tego, gdy był zbyt podekscytowany [lub zdenerwowany], żeby spać, ale nie mógł. Próbował wielu innych rzeczy.
  Możesz sobie wyobrazić, że dorastasz i stajesz się tym, kim chciałbyś być. Możesz sobie wyobrazić siebie jako baseballistę w lidze baseballowej, maszynistę kolejowego albo kierowcę wyścigowego. Jesteś maszynistą, jest ciemno i pada deszcz, a twoja lokomotywa kołysze się po torach. Najlepiej nie wyobrażać sobie siebie jako bohatera wypadku czy czegoś innego. Po prostu skup wzrok na torach przed sobą. Przebijasz się przez ścianę ciemności. Teraz jesteś wśród drzew, teraz na otwartej przestrzeni. Oczywiście, kiedy jesteś takim maszynistą, zawsze prowadzisz szybki pociąg pasażerski. Nie chcesz bawić się z ładunkiem.
  Pomyśl o tym i o wielu innych rzeczach. Tej nocy Tar słyszał, jak jego matka i lekarz rozmawiają od czasu do czasu. Czasami wydawało mu się, że się śmieją. Nie mógł tego stwierdzić. Może to tylko wiatr za oknem. Pewnego dnia był absolutnie pewien, że słyszy lekarza biegnącego po kuchennej podłodze. Potem zdawało mu się, że słyszy, jak drzwi cicho się otwierają i zamykają.
  Być może w ogóle nic nie słyszał.
  Najgorszy dla Tary, Margaret, Johna i całej reszty był następny dzień, i kolejny, i kolejny. Dom pełen ludzi, kazanie do wygłoszenia, mężczyzna niosący trumnę, wyprawa na cmentarz. Margaret wyszła z tego obronną ręką. Pracowała w domu. Nie mogli jej powstrzymać. Kobieta powiedziała: "Nie, pozwól mi to zrobić", ale Margaret nie odpowiedziała. Była blada i mocno zaciskała usta. Poszła i zrobiła to sama.
  Ludzie, całe światy ludzi przychodziły do domu, którego Tar nigdy wcześniej nie widział.
  OceanofPDF.com
  ROZDZIAŁ XXII
  
  NAJDZIWNIEJSZA RZECZ Co wydarzyło się dzień po pogrzebie. Tar szedł ulicą, wracając ze szkoły. Lekcja kończyła się o czwartej, a pociąg z papierami przyjechał dopiero o piątej. Szedł ulicą i minął pusty plac przy stodole Wildera, a tam, na parkingu, kilku chłopaków z miasta grało w piłkę. Był tam Clark Wilder, chłopak z Richmond, i wielu innych. Kiedy umiera twoja matka, nie grasz w piłkę przez długi czas. To nie jest okazywanie należytego szacunku. Tar o tym wiedział. Inni też wiedzieli.
  Tar zatrzymał się. Dziwne było to, że tego dnia grał w piłkę, jakby nic się nie stało. No, nie do końca. Nie miał zamiaru grać. To, co zrobił, zaskoczyło jego i pozostałych. Wszyscy wiedzieli o śmierci jego matki.
  Chłopcy grali w "Three Old Cats", a Bob Mann rzucał. Miał całkiem niezłą krzywą, dobry strzał i niesamowitą szybkość jak na dwunastolatka.
  Tar wspiął się na płot, przeszedł przez boisko, podszedł prosto do pałkarza i wyrwał mu kij z rąk. W każdym innym przypadku doszłoby do skandalu. Grając w Three Old Cats, najpierw trzeba rzucić, potem utrzymać bazę, potem rzucić i złapać piłkę, zanim się ją odbije.
  Tara nie przejmowała się tym. Wziął kij z rąk Clarka Wildera i stanął przy bazie. Zaczął drwić z Boba Manna. "Zobaczmy, jak to rozegrasz. Pokażmy, co potrafisz. No dalej. Wbijaj".
  Bob rzucił jeden, potem drugi, a Tar trafił drugiego. To był home run, a kiedy okrążył bazy, natychmiast podniósł kij i uderzył kolejnego, mimo że nie była jego kolej. Pozostali mu na to pozwolili. Nie odezwali się ani słowem.
  Tar krzyczał, drwił z pozostałych i zachowywał się jak szaleniec, ale nikt się tym nie przejął. Po około pięciu minutach wyszedł tak nagle, jak się pojawił.
  Po tym zdarzeniu, tego samego dnia po pogrzebie matki, udał się na dworzec kolejowy. Otóż pociągu nie było.
  Na stacji, niedaleko windy Sida Graya, zaparkowanych było kilka pustych wagonów towarowych. Tar wsiadł do jednego z nich.
  Na początku pomyślał, że chciałby wsiąść do jednej z tych maszyn i odlecieć, obojętnie dokąd. Potem pomyślał o czymś innym. Maszyny miały być ładowane zbożem. Były zaparkowane tuż obok elewatora i obok stodoły, gdzie stał stary, ślepy koń, krążący w kółko, by utrzymać maszyny w ruchu i podnoszący zboże na szczyt budynku.
  Ziarno unosiło się w górę, a następnie spadało rynną do maszyn. Maszyna napełniała się błyskawicznie. Wystarczyło pociągnąć za dźwignię, a ziarno spadało.
  Miło by było, pomyślał Tar, zostać w samochodzie i dać się zakopać pod zbożem. To nie to samo, co być zakopanym pod zimną ziemią. Zboże było dobrym materiałem, przyjemnym w dotyku. Było złocistożółtą substancją, spływającą jak deszcz, grzebiącą głęboko, gdzie nie dało się oddychać i umierało.
  Tar leżał na podłodze wagonu przez długi czas, rozmyślając nad taką śmiercią, aż nagle, przewracając się, zobaczył w stajni starego konia. Koń wpatrywał się w niego ślepymi oczami.
  Tar spojrzał na konia, a koń spojrzał na niego. Usłyszał zbliżający się pociąg wiozący jego papiery, ale się nie poruszył. Teraz płakał tak mocno, że prawie oślepł. "Dobrze" - pomyślał - "płakać tam, gdzie nie widzą go ani inne dzieci Mooreheadów, ani chłopcy z miasta". Wszystkie dzieci Mooreheadów czuły coś podobnego. W takiej chwili nie powinno się narażać.
  Tar leżał w wagonie, aż przyjechał i odjechał pociąg, po czym otarł oczy i wyszedł.
  Ludzie, którzy wyszli na spotkanie pociągu, odchodzili ulicą. Teraz, w domu Moorhead, Margaret wracała ze szkoły i zajmowała się obowiązkami domowymi. John był w fabryce. John nie był z tego powodu szczególnie zadowolony, ale i tak kontynuował swoją pracę. Biznes musiał się kręcić dalej.
  Czasami trzeba było po prostu iść dalej, nie wiedząc dlaczego, jak niewidomy koń wnoszący zboże do budynku.
  A co do ludzi spacerujących ulicą, być może niektórym z nich przyda się gazeta.
  Chłopak, jeśli był dobry, musiał dobrze wykonywać swoją pracę. Musiał wstać i się pospieszyć. Czekając na pogrzeb, Margaret nie chciała się narażać, więc zacisnęła usta i wzięła się do pracy. Dobrze, że Tar nie mógł leżeć i trząść się w pustym wagonie towarowym. Musiał tylko przynieść do domu tyle pieniędzy, ile się da. Bóg jeden wiedział, że będą ich potrzebować. Musiał wziąć się do roboty.
  Te myśli kołatały się po głowie Tara Mooreheada, gdy chwycił stos gazet i ocierając oczy grzbietem dłoni, pobiegł ulicą.
  Choć nie zdawał sobie z tego sprawy, Tar mógł właśnie w tym momencie oderwać się od dzieciństwa.
  KONIEC
  OceanofPDF.com
  Poza pożądaniem
  
  Opublikowana w 1932 roku powieść "Beyond Desire" zwraca uwagę na trudną sytuację robotników na amerykańskim Południu, przedstawiając trudne warunki pracy mężczyzn, kobiet i dzieci w fabrykach tekstylnych. Powieść porównywano do twórczości Henry"ego Rotha i Johna Steinbecka, którzy podobnie podkreślali nierówności społeczne i ekonomiczne, prowadzące do ogromnych trudności amerykańskiej klasy robotniczej, a także opowiadali się za komunizmem jako możliwym rozwiązaniem tych problemów, szczególnie w obliczu Wielkiego Kryzysu, który nastąpił po krachu giełdowym w 1929 roku.
  OceanofPDF.com
  
  Okładka pierwszego wydania
  OceanofPDF.com
  TREŚĆ
  KSIĘGA PIERWSZA. MŁODOŚĆ
  1
  2
  3
  KSIĘGA DRUGA. DZIEWCZYNY Z MŁYNA
  1
  2
  KSIĘGA TRZECIA. ETHEL
  1
  2
  3
  4
  5
  KSIĘGA CZWARTA. POZA POŻĄDANIEM
  1
  2
  3
  4
  5
  6
  7
  8
  9
  
  OceanofPDF.com
  
  Eleanor Gladys Copenhaver, którą Anderson poślubił w 1933 roku. Film Beyond Desire jest jej dedykowany.
  OceanofPDF.com
  DO
  ELENOR
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA PIERWSZA. MŁODOŚĆ
  OceanofPDF.com
  1
  
  N. EIL BRADLEY NAPISAŁ listy do swojego przyjaciela Reda Olivera. Neil powiedział, że zamierza poślubić kobietę z Kansas City. Była rewolucjonistką, a kiedy Neil ją poznał, nie wiedział, czy sam nią jest. Powiedział:
  Rzecz w tym, Red. Pamiętasz to uczucie pustki, które mieliśmy, kiedy chodziliśmy razem do szkoły. Chyba ci się to nie podobało, kiedy tu byłeś, ale mnie tak. Miałem je przez całe studia i po powrocie do domu. Nie mogę o tym za dużo rozmawiać z mamą i tatą. Nie zrozumieliby. To by ich zraniło.
  "Myślę" - powiedział Neil - "że wszyscy młodzi mężczyźni i kobiety, w których jest choć odrobina życia, teraz je mają".
  Neil wspomniał o Bogu w swoim liście. "To było trochę dziwne" - pomyślał Red, wypowiadając te słowa. Musiał to usłyszeć od swojej kobiety. "Nie słyszymy Jego głosu ani nie czujemy Go na ziemi" - powiedział. Pomyślał, że być może starzy mężczyźni i kobiety Ameryki mieli coś, czego jemu i Redowi brakowało. Mieli "Boga", cokolwiek to dla nich znaczyło. Pierwsi mieszkańcy Nowej Anglii, którzy byli tak intelektualnie dominujący i którzy tak mocno wpłynęli na sposób myślenia całego kraju, musieli wierzyć, że naprawdę mają Boga.
  Gdyby mieli to, co mieli, Neil i Red byliby w pewnym sensie znacznie osłabieni i wyprani. Neil tak uważał. Religia, powiedział, była teraz jak stare ubrania, przetarte i pozbawione kolorów. Ludzie nadal nosili stare sukienki, ale już nie dawały im ciepła. Ludzie potrzebowali ciepła, myślał Neil, potrzebowali romansu, a przede wszystkim romansu uczuć, myśli o próbie dotarcia do celu.
  Ludzie muszą słyszeć głosy dochodzące z zewnątrz - powiedział.
  Nauka również była przyczyną piekła, a tania popularna wiedza... albo to, co nazywano wiedzą... teraz powszechnie rozpowszechniona, wywołała jeszcze większe piekło.
  W jednym ze swoich listów napisał, że w życiu publicznym, w kościołach i w rządzie było za dużo pustki.
  Farma Bradleyów znajdowała się niedaleko Kansas City, a Neil często odwiedzał to miasto. Spotkał kobietę, z którą planował się ożenić. Próbował opisać ją Redowi, ale mu się nie udało. Opisał ją jako osobę pełną energii. Była nauczycielką i zaczęła czytać książki. Najpierw została socjalistką, potem komunistką. Miała pomysły.
  Po pierwsze, ona i Neil powinni przez jakiś czas mieszkać razem, zanim zdecydują się na ślub. Uważała, że powinni się przespać, przyzwyczaić do siebie. Neil, młody farmer mieszkający na farmie swojego ojca w Kansas, zaczął więc potajemnie z nią mieszkać. Była niska i ciemnowłosa, uświadomił sobie Red. "Czuję się trochę niesprawiedliwie, mówiąc o niej tobie, innemu mężczyźnie... może kiedyś ją spotkasz i przemyślisz, co powiedziałem" - napisał w jednym ze swoich listów. "Ale czuję, że muszę" - dodał. Neil był jednym z bardziej towarzyskich. Potrafił być bardziej otwarty i szczery w listach niż Red i nie był tak nieśmiały w dzieleniu się swoimi uczuciami.
  Rozmawiał o wszystkim. Kobieta, którą poznał, wprowadziła się do domu należącego do bardzo szanowanych, dość zamożnych ludzi w mieście. Mężczyzna był skarbnikiem w małej firmie produkcyjnej. Zatrudnili nauczycielkę. Została tam na lato, kiedy szkoła była zamknięta. Powiedziała: "Pierwsze dwa, trzy lata powinny dać o sobie znać". Chciała spędzić je z Neilem bez ślubu.
  "Oczywiście, nie możemy tam spać razem" - powiedział Neil, mając na myśli dom, w którym mieszkała. Kiedy dotarł do Kansas City - farma jego ojca była na tyle blisko, że mógł tam dojechać w godzinę - Neil udał się do domu skarbnika. W listach Neila opisujących takie wieczory było coś na kształt humoru.
  W tym domu mieszkała kobieta, niska i ciemnowłosa, prawdziwa rewolucjonistka. Przypominała Neila, syna farmera, który studiował na wschodzie, i Reda Olivera. Pochodziła z szanowanej, praktykującej rodziny z małego miasteczka w Kansas. Ukończyła liceum, a następnie uczęszczała do szkoły publicznej. "Większość młodych kobiet tego typu jest raczej nudna" - powiedział Neil, ale ta nie. Od samego początku czuła, że będzie musiała zmierzyć się nie tylko z problemem jednostki, ale także z problemem społecznym. Z listów Neila Red wywnioskował, że jest czujna i spięta. "Ma śliczne, drobne ciałko" - napisał w liście do Reda. "Przyznaję" - dodał - "że kiedy piszę takie słowa do drugiej osoby, nic one nie znaczą".
  Powiedział, że wierzy, iż ciało każdej kobiety staje się piękne dla mężczyzny, który ją kocha. Zaczął dotykać jej ciała, a ona mu na to pozwalała. Współczesne dziewczyny czasami posuwają się dość daleko z młodymi mężczyznami. To był sposób na edukację. Ręce na ich ciałach. To, że takie rzeczy się zdarzają, było niemal powszechnie akceptowane, nawet wśród starszych, bardziej bojaźliwych ojców i matek. Młody mężczyzna próbował tego z młodą kobietą, a potem być może ją porzucił, a ona prawdopodobnie też próbowała tego kilka razy.
  Neil udał się do domu, w którym mieszkał nauczyciel w Kansas City. Dom znajdował się na obrzeżach miasta, więc Neil, który odwiedzał żonę, nie musiał przejeżdżać przez miasto. Cała czwórka - on, nauczyciel, skarbnik i jego żona - siedziała chwilę na ganku.
  W deszczowe noce siadali, grając w karty albo rozmawiając - skarbnik nad swoimi sprawami, a Neil nad sprawami farmera. Skarbnik był dość intelektualnym człowiekiem... "starego typu" - powiedział Neil. Tacy ludzie potrafili być nawet liberalni, bardzo liberalni... w myślach, a nie w rzeczywistości. Gdyby tylko o tym wiedzieli, czasami po tym, jak położyli się spać... na ganku domu albo w środku, na sofie. "Siedzi na skraju niskiego ganku, a ja klęczę na trawie przy ganku... Jest jak rozkwitnięty kwiat".
  Powiedziała Neilowi: "Nie mogę zacząć żyć, myśleć, wiedzieć, czego chcę poza mężczyzną, dopóki nie będę miała własnego mężczyzny". Red zdał sobie sprawę, że drobna, ciemnowłosa nauczycielka, którą Neil odnalazł, należała do jakiegoś nowego świata, do którego on sam pragnął wejść. Listy Neila o niej... mimo że momentami były bardzo osobiste... Neil próbował nawet opisać uczucie w palcach, gdy dotykał jej ciała, ciepło jej ciała, jej słodycz. Sam Red pragnął z całego serca znaleźć taką kobietę, ale nigdy mu się to nie udało. Listy Neila sprawiły, że zatęsknił za jakimś rodzajem relacji z życiem, która byłaby zmysłowa i cielesna, ale wykraczałaby poza zwykłe ciało. Neil próbował to wyrazić w listach, które pisał do swojego przyjaciela.
  Red też miał przyjaciół. Mężczyźni przychodzili do niego, czasem nawet wcześniej, i zwierzali mu się. W końcu zdał sobie sprawę, że sam nigdy tak naprawdę nie miał kobiety.
  Niezależnie od tego, czy Neil był na farmie w Kansas, czy zmierzał wieczorem do miasta, by odwiedzić swoją kobietę, wydawał się pełen życia, bogaty w życie. Pracował na farmie swojego ojca. Ojciec się starzał. Wkrótce umrze lub przejdzie na emeryturę, a farma będzie należeć do Neila. Była to przyjemna farma w bogatym i przyjemnym kraju. Rolnicy, tacy jak ojciec Neila i tacy jak Neil by był, zarabiali niewiele, ale żyli dobrze. Jego ojcu udało się wysłać Neila Easta na studia, gdzie poznał Reda Olivera. Obaj grali w tej samej uniwersyteckiej drużynie baseballowej: Neil na drugiej bazie, a Red na pozycji łącznika. Oliver, Bradley i Smith. Głupek! Razem wykonali dobry podwójny zagranie.
  Red pojechał na farmę w Kansas i został tam przez kilka tygodni. To było zanim Neil poznał nauczycielkę w mieście.
  Neil był wtedy radykałem. Miał radykalne myśli. Pewnego dnia Red zapytał go: "Czy zostaniesz rolnikiem, tak jak twój ojciec?"
  "Tak."
  "Czy zrzekłbyś się tego prawa własności?" - zapytał Red. Tego dnia stali na skraju pola kukurydzy. Tak wspaniała była kukurydza uprawiana na tej farmie. Ojciec Neila hodował bydło. Jesienią sadził kukurydzę i układał ją w dużych spichlerzach. Potem pojechał na zachód i kupił woły, które przywiózł z powrotem na farmę, żeby je tuczyć przez zimę. Kukurydza nie była zabierana z farmy na sprzedaż, ale karmiona bydłem, a bogaty nawóz, który nagromadził się przez zimę, był następnie wywożony i rozrzucany po ziemi. "Czy zrzekłbyś się tego prawa własności?"
  "Tak, chyba tak" - powiedział Neil. Zaśmiał się. "To prawda, że mogą mi to odebrać" - dodał.
  Już wtedy Neilowi przychodziły do głowy pewne pomysły. Nie nazwałby się wtedy otwarcie komunistą, jak później zrobił to w listach, pod wpływem tej kobiety.
  Nie chodzi o to, że się bał.
  Ale tak, bał się. Nawet po tym, jak poznał nauczycielkę i napisał listy do Reda, bał się skrzywdzić rodziców. Red nie winił go za to. Pamiętał rodziców Neila jako dobrych, uczciwych i życzliwych ludzi. Neil miał starszą siostrę, która wyszła za mąż za młodego farmera z sąsiedztwa. Była dużą, silną i dobrą kobietą, jak jej matka, i bardzo kochała Neila i była z niego dumna. Kiedy Red był tego lata w Kansas, przyjechała do domu z mężem na weekend i rozmawiała z nim o Neilu. "Cieszę się, że poszedł na studia i zdobył wykształcenie" - powiedziała. Cieszyła się również, że jej brat, pomimo wykształcenia, chciał wrócić do domu i zostać prostym farmerem, tak jak reszta. Powiedziała, że uważa Neila za mądrzejszego od wszystkich i mającego szersze horyzonty.
  Neil, mówiąc o farmie, którą kiedyś odziedziczy, powiedział: "Tak, myślę, że bym się jej poddał w ten sposób" - powiedział. "Myślę, że byłbym dobrym rolnikiem. Lubię gospodarować". Powiedział, że czasami śnią mu się w nocy pola ojca. "Zawsze planuję i planuję" - powiedział. Powiedział, że planował, co zrobi z każdym polem z wieloletnim wyprzedzeniem. "Oddałbym ją, bo nie mogę jej oddać" - powiedział. "Ludzie nigdy nie mogą opuścić ziemi". Miał na myśli, że zamierza być bardzo zdolnym rolnikiem. "Co by to zmieniło dla ludzi takich jak ja, gdyby ziemia w końcu trafiła do rządu? Potrzebowaliby takich ludzi, jakich planuję im dać".
  W okolicy byli inni rolnicy, nie tak zdolni jak on. Co za różnica? "Wspaniale byłoby się rozwijać" - powiedział Neil. "Nie żądałbym żadnej zapłaty, gdyby mi na to pozwolili. Proszę tylko o życie".
  "Ale oni by ci na to nie pozwolili" - powiedział Red.
  "I pewnego dnia będziemy musieli ich zmusić, żeby nam na to pozwolili" - odpowiedział Neil. Neil prawdopodobnie był wtedy komunistą i nawet o tym nie wiedział.
  Najwyraźniej kobieta, którą znalazł, przekazała mu pewne informacje. Razem coś ustalili. Neil pisał listy o niej i swojej relacji, opisując, co robili. Czasami kobieta okłamywała skarbnika i jego żonę, z którymi mieszkała. Powiedziała Neilowi, że chce spędzić z nim noc.
  Potem wymyśliła historię o powrocie na noc do swojego miasta w Kansas. Spakowała torbę, spotkała się z Neilem w mieście, wsiadła do jego samochodu i pojechali do jakiegoś miasta. Zameldowali się w tym samym małym hotelu co małżeństwo. Neil powiedział, że nie byli jeszcze małżeństwem, bo oboje chcieli się upewnić. "Nie chcę, żebyś się z tym ustabilizował, i sama też nie chcę się ustabilizować" - powiedziała Neilowi. Obawiała się, że zadowoli się rolą umiarkowanie zamożnego farmera ze Środkowego Zachodu... niczym nie lepszego od kupca... niczym nie lepszego od bankiera czy kogokolwiek łaknącego pieniędzy, powiedziała. Powiedziała Neilowi, że próbowała z dwoma innymi mężczyznami, zanim do niego trafiła. "Do końca?" - zapytał. "Oczywiście" - odpowiedziała. "Jeśli" - dodała - "mężczyzna jest pochłonięty tylko szczęściem posiadania kobiety, którą kocha, albo jeśli jest oddana tylko jemu i ma dzieci..."
  Stała się prawdziwą Czerwoną. Wierzyła, że istnieje coś poza pożądaniem, ale najpierw to pragnienie musiało zostać zaspokojone, a jego cuda zrozumiane i docenione. Trzeba było sprawdzić, czy zdoła cię pokonać, sprawić, że zapomnisz o wszystkim innym.
  Ale najpierw musiałeś uznać to za słodkie i wiedzieć, że to jest słodkie. Jeśli nie byłeś w stanie znieść tej słodyczy i iść dalej, byłeś bezużyteczny.
  Musieli istnieć wyjątkowi ludzie. Kobieta ciągle to powtarzała Neilowi. Myślała, że nadeszły nowe czasy. Świat czekał na nowych ludzi, na nowy rodzaj ludzi. Nie chciała, żeby Neil i ona byli wielcy. Świat, powiedziała mu, teraz potrzebuje wielkich, małych ludzi, wielu. Tacy ludzie istnieli od zawsze, powiedziała, ale teraz muszą zacząć mówić otwarcie, bronić swojej pozycji.
  Oddała się Neilowi i obserwowała go, a Red zdał sobie sprawę, że robi coś podobnego z nią. Red dowiedział się o tym z listów Neila. Chodzili do hoteli, żeby leżeć w objęciach. Kiedy ich ciała się uspokoiły, rozmawiali. "Myślę, że się pobierzemy" - napisał Neil w liście do Reda Olivera. "Dlaczego nie?" - zapytał. Powiedział, że ludzie muszą zacząć się przygotowywać. Nadchodziła rewolucja. Kiedy nastąpi, będą potrzebni silni, spokojni ludzie gotowi do pracy, a nie tylko głośni, nieprzygotowani. Uważał, że każda kobieta powinna zacząć od znalezienia swojego mężczyzny za wszelką cenę, a każdy mężczyzna powinien zacząć od znalezienia swojej kobiety.
  "Trzeba było to zrobić w nowy sposób" - pomyślał Neil - "bardziej bez lęku niż dotychczas". Nowi mężczyźni i kobiety, którzy mieli się pojawić, aby świat kiedykolwiek znów stał się słodki, musieli nauczyć się przede wszystkim nieustraszoności, a nawet brawury. Musieli kochać życie, być gotowi wcielić je w życie.
  *
  Maszyny w przędzalni bawełny w Langdon w stanie Georgia cicho szumiały. Młody Red Oliver tam pracował. Dźwięk ten trwał przez cały tydzień, dniem i nocą. W nocy przędzalnia była jasno oświetlona. Nad niewielkim płaskowyżem, na którym stała przędzalnia, leżało miasteczko Langdon, dość nędzne miejsce. Nie było tak obskurne jak przed powstaniem przędzalni, gdy Red Oliver był małym chłopcem, ale chłopiec nie wie, kiedy miasto jest obskurne.
  Skąd mógł wiedzieć? Jeśli był chłopakiem z miasta, miasto było jego światem. Nie znał innego świata, nie porównywał. Red Oliver był raczej samotnym chłopcem. Jego ojciec był lekarzem w Langdon, a jego dziadek przed nim również był tam lekarzem, ale ojcu Reda nie powiodło się najlepiej. Zbladł, stał się dość czerstwy, nawet jako młody człowiek. Zostanie lekarzem nie było wtedy tak trudne, jak miało być później. Ojciec Reda ukończył studia i rozpoczął własną praktykę. Praktykował z ojcem i mieszkał z nim. Kiedy ojciec zmarł - lekarze też umierają - zamieszkał w odziedziczonym przez siebie starym domu lekarza, dość jasnym, starym domu szkieletowym z szerokim gankiem. Ganek wsparty był na wysokich drewnianych kolumnach, pierwotnie rzeźbionych tak, by wyglądały jak kamienne. Za czasów Reda nie wyglądały jak kamienne. W starym drewnie były duże pęknięcia, a dom od dawna nie był malowany. Przez dom przebiegał tzw. "wybieg dla psów", a stojąc na ulicy przed domem, latem, wiosną lub jesienią, można było patrzeć prosto przez dom i ponad gorącymi, nieruchomymi polami bawełny, by w oddali dostrzec wzgórza Georgia Hills.
  Stary lekarz miał mały, szkieletowy gabinet w rogu podwórza, tuż przy ulicy, ale młody lekarz zrezygnował z niego i zaczął z niego korzystać. Miał gabinet na piętrze, w jednym z budynków przy Main Street. Teraz stary gabinet był zarośnięty winoroślą i popadł w ruinę. Był nieużywany, a drzwi zostały zdemontowane. Stał tam stary fotel z wywróconym do góry dnem. Był widoczny z ulicy, gdy siedział tam, w słabym świetle za winoroślą.
  Red przyjechał do Langdona na lato ze szkoły, do której uczęszczał na Północy. W szkole znał młodego mężczyznę o imieniu Neil Bradley, który później pisał do niego listy. Tego lata pracował jako robotnik w młynie.
  Jego ojciec zmarł zimą, kiedy Red był studentem pierwszego roku w Northern College.
  Ojciec Reda był już w podeszłym wieku w chwili śmierci. Ożenił się dopiero w średnim wieku, a następnie poślubił pielęgniarkę. Po mieście krążyły plotki, szepty głosiły, że kobieta, którą poślubił lekarz, matka Reda, nie pochodziła z dobrej rodziny. Pochodziła z Atlanty i przyjechała do Langdon, gdzie spotkała się z doktorem Oliverem w ważnej sprawie. W tamtym czasie w Langdon nie było wykwalifikowanych pielęgniarek. Mężczyzna, prezes lokalnego banku, który później został prezesem Langdon Cotton Mill Company, młody wówczas mężczyzna, poważnie zachorował. Wezwano pielęgniarkę i jedna przyszła. Doktor Oliver zajmował się tą sprawą. To nie była jego sprawa, ale został wezwany na konsultację. W tamtym czasie w okolicy było tylko czterech lekarzy i wszyscy zostali wezwani.
  Doktor Oliver poznał pielęgniarkę i pobrali się. Mieszkańcy miasta unieśli brwi. "Czy to było konieczne?" - pytali. Najwyraźniej nie. Młody Red Oliver urodził się dopiero trzy lata później. Okazało się, że miał być jedynym dzieckiem z tego małżeństwa. Jednak po mieście krążyły plotki. "Musiała go przekonać, że to konieczne". Podobne historie szeptano na ulicach i w domach miasteczek Południa, a także miast na Wschodzie, Środkowym Zachodzie i Dalekim Zachodzie.
  Na ulicach i w domach miast Południa ciągle krążą różne plotki. Wiele zależy od rodziny. "Jaką rodziną jest ona lub on?". Jak wszyscy wiedzą, nigdy nie było zbyt wielu imigrantów do stanów Południa, dawnych amerykańskich stanów niewolniczych. Rodziny po prostu trwały i trwały.
  Wiele rodzin popadło w ruinę, rozpadło się. W zaskakująco wielu starych osadach Południa, gdzie nie rozwinął się żaden przemysł, jak to miało miejsce w Langdon i wielu innych miastach Południa w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu czy trzydziestu lat, nie ma już ani jednego mężczyzny. Jest bardzo prawdopodobne, że w takiej rodzinie zostanie tylko dwie lub trzy dziwne, kapryśne staruszki. Kilka lat temu bez przerwy opowiadałyby o czasach wojny secesyjnej, albo o czasach przed wojną secesyjną, o dobrych, starych czasach, kiedy Południe naprawdę było kimś. Opowiadałyby historie o generałach z Północy, którzy zabierali im srebrne łyżki i byli wobec nich okrutni i brutalni. Tego typu staruszki z Południa praktycznie wymarły. Te, które pozostały, mieszkają gdzieś w mieście lub na wsi, w starym domu. Kiedyś był to duży dom, a przynajmniej taki, który w dawnych czasach na Południu uchodziłby za okazały. Przed domem Olivera drewniane kolumny podtrzymują ganek. Mieszkają tam dwie lub trzy staruszki. Niewątpliwie po wojnie secesyjnej na Południu wydarzyło się to samo, co w Nowej Anglii. Bardziej energiczni młodzi ludzie wyjechali. Po wojnie secesyjnej ludzie u władzy na Północy, ci, którzy doszli do władzy po śmierci Lincolna i po odejściu Andrew Johnsona, bali się utraty władzy. Uchwalali prawa dające czarnoskórym prawo głosu, mając nadzieję na ich kontrolę. Przez pewien czas kontrolowali sytuację. Nastąpił tzw. okres odbudowy, który w rzeczywistości był czasem zniszczenia, bardziej gorzkim niż lata wojny.
  Ale teraz każdy, kto czytał historię Ameryki, wie o tym. Narody żyją jak jednostki. Być może lepiej nie zagłębiać się zbytnio w życie większości ludzi. Nawet Andrew Johnson cieszy się teraz uznaniem historyków. W Knoxville w stanie Tennessee, gdzie kiedyś był znienawidzony i wyśmiewany, jego imieniem nazwano duży hotel. Nie jest już postrzegany po prostu jako pijany zdrajca, przypadkowo wybrany i pełniący urząd prezydenta przez kilka lat, zanim został wybrany prawdziwy prezydent.
  Również na Południu, pomimo dość zabawnego wyobrażenia o kulturze greckiej, niewątpliwie przyjętej, ponieważ zarówno grecka, jak i południowa kultura opierały się na niewolnictwie - kulturze, która na Południu nigdy nie rozwinęła się w formę sztuki, jak w starożytnej Grecji, lecz pozostała jedynie pustą deklaracją na ustach kilku poważnych mieszkańców Południa w długich płaszczach, a pojęcie szczególnej rycerskości właściwej mieszkańcom Południa prawdopodobnie zrodziło się, jak kiedyś powiedział Mark Twain, z nadmiernej lektury sir Waltera Scotta... O tych rzeczach mówiono i nadal się mówi na Południu. Zadawane są drobne ciosy. Podobno jest to cywilizacja, która kładzie duży nacisk na rodzinę, a to jest czuły punkt. "W takiej a takiej rodzinie jest odrobina smoły". Kiwanie głowami.
  Skręcili w stronę młodego doktora Olivera, a potem w stronę doktora Olivera w średnim wieku, który nagle ożenił się z pielęgniarką. W Langdon mieszkała kobieta o innym kolorze skóry, która nalegała na posiadanie dzieci. Młody Oliver był jej lekarzem. Często, przez kilka lat, przychodził do jej domu, małej chatki przy wiejskiej drodze za domem Olivera. Dom Olivera stał kiedyś przy najlepszej ulicy Langdona. Był to ostatni dom przed rozpoczęciem uprawy bawełny, ale później, po wybudowaniu przędzalni bawełny, gdy zaczęli się tam osiedlać nowi ludzie, gdy przy Main Street powstały nowe budynki i sklepy, najlepsi ludzie zaczęli budować po drugiej stronie miasta.
  Kolorowa kobieta, wysoka, prosta, żółta kobieta o pięknych ramionach i prostej głowie, nie dała rady. Ludzie mówili, że była Murzyną czarnego mężczyzny, a nie Murzyną białego mężczyzny. Kiedyś była żoną młodego czarnoskórego mężczyzny, ale on zniknął. Być może go wypędziła.
  Lekarz często przychodził do niej do domu. Nie pracowała. Żyła skromnie, ale żyła. Samochód lekarza od czasu do czasu widywano zaparkowany na drodze przed jej domem, nawet późną nocą.
  Czy była chora? Ludzie się uśmiechali. Południowcy nie lubią rozmawiać o takich rzeczach, zwłaszcza w towarzystwie obcych. Między sobą... - No wiesz. Słowa niosły się echem. Jedno z dzieci żółtej kobiety było prawie białe. To był chłopiec, który zniknął później, po czasach, o których teraz piszemy, kiedy Red Oliver też był małym chłopcem. Ze wszystkich tych starych potrząsających głowami, zarówno męskich, jak i żeńskich, szeptów letnich nocy, lekarz widział go jadącego tam, nawet po tym, jak miał żonę i syna... ze wszystkich tych insynuacji, ataków z użyciem noża na jego ojca w miasteczku Langdon, Red Oliver nie wiedział nic.
  Być może żona doktora Olivera, matka Reda, wiedziała. Być może wolała milczeć. Miała brata w Atlancie, który rok po ślubie z doktorem Oliverem wpadł w kłopoty. Pracował w banku, ukradł trochę pieniędzy i uciekł z mężatką. Złapano go później. Jego nazwisko i zdjęcie widniały w atlantyckich gazetach, rozdawanych w Langdon. Imię jego siostry jednak nie zostało wymienione. Jeśli doktor Oliver zobaczył ten artykuł, nie powiedział ani słowa, ani ona. Z natury była raczej małomówna, a po ślubie stała się jeszcze cichsza i bardziej powściągliwa.
  Nagle zaczęła regularnie chodzić do kościoła. Nawróciła się. Pewnego wieczoru, gdy Red była w liceum, poszła sama do kościoła. W mieście był kaznodzieja, kaznodzieja metodystyczny. Red zawsze pamiętała ten wieczór.
  Był późny jesienny wieczór, a Red miał ukończyć liceum w mieście następnej wiosny. Tego wieczoru został zaproszony na imprezę i miał towarzyszyć młodej kobiecie. Ubrał się wcześnie i poszedł za nią. Jego związek z tą konkretną młodą kobietą był przelotny i nigdy nie miał większego znaczenia. Jego ojciec był nieobecny. Po ślubie zaczął pić.
  Był typem człowieka, który pije samotnie. Nie upijał się bez opamiętania, ale gdy upił się tak, że był nieco bełkotliwy i miał skłonność do potykania się na nogach, nosił ze sobą butelkę, pił po kryjomu i często pozostawał w tym stanie przez tydzień. W młodości był na ogół człowiekiem dość gadatliwym, niedbałym o strój, lubianym jako osoba, ale niezbyt szanowanym jako lekarz, człowiek nauki... który, aby odnieść prawdziwy sukces, być może, powinien zawsze być trochę poważny w wyglądzie i trochę nudny... lekarze, aby odnieść prawdziwy sukces, muszą od najmłodszych lat wykształcić pewien stosunek do laików... powinni zawsze sprawiać wrażenie trochę tajemniczych, nie mówić za dużo... ludzie lubią być trochę wyśmiewani przez lekarzy... Dr Oliver nie robił takich rzeczy. Załóżmy, że wydarzył się incydent, który go trochę zdziwił. Poszedł odwiedzić chorego mężczyznę lub chorą kobietę. Poszedł ją odwiedzić.
  Kiedy wyszedł, krewni chorej kobiety byli już na miejscu. Coś było nie tak. Cierpiała i miała wysoką gorączkę. Jej bliscy byli zmartwieni i zdenerwowani. Bóg jeden wie, na co liczyli. Może i liczyli na jej wyzdrowienie, ale z drugiej strony...
  Nie ma sensu w to wchodzić. Ludzie to ludzie. Zebrali się wokół lekarza. "Co się dzieje, doktorze? Czy ona wyzdrowieje? Czy jest bardzo chora?"
  "Tak. Tak". Doktor Oliver chyba się uśmiechnął. Był zdziwiony. "Nie wiem, co się stało z tą kobietą. Skąd, do cholery, mam wiedzieć?"
  Czasami śmiał się nawet prosto w twarz zmartwionym ludziom stojącym wokół niego. Działo się tak, ponieważ był lekko zawstydzony. Zawsze śmiał się lub marszczył brwi w nieodpowiednich momentach. Po tym, jak się ożenił i zaczął pić, zdarzało mu się chichotać nawet w obecności chorych. Nie miał takiego zamiaru. Lekarz nie był głupi. Na przykład, rozmawiając ze zwykłymi ludźmi, nie nazywał chorób ich zwykłymi nazwami. Udawało mu się zapamiętać nazwy nawet najpowszechniejszych dolegliwości, o których nikt nie wiedział. Zawsze były to długie, skomplikowane nazwy, zazwyczaj pochodzące z łaciny. Pamiętał je. Nauczył się ich w szkole.
  Ale nawet z doktorem Oliverem byli ludzie, z którymi świetnie się dogadywał. Kilka osób w Langdon go rozumiało. Kiedy stawał się coraz bardziej nieudany i coraz częściej był na wpół pijany, dołączyło do niego kilku mężczyzn i kobiet. Byli oni jednak najprawdopodobniej bardzo biedni i zazwyczaj dziwni. Było nawet kilku mężczyzn i starsze kobiety, którym zwierzał się ze swojej porażki. "Jestem do niczego. Nie rozumiem, dlaczego ktoś mnie zatrudnia" - powiedział. Mówiąc to, próbował się roześmiać, ale mu nie wyszło. "Boże Wszechmogący, widziałeś to? Prawie się rozpłakałem. Robię się sentymentalny. Jestem przepełniony użalaniem się nad sobą" - powtarzał sobie czasami po spotkaniu z kimś, z kim sympatyzował; w ten sposób odpuszczał sobie.
  Pewnego wieczoru, gdy młody Red Oliver, wówczas uczeń, poszedł na imprezę, eskortując młodą seniorkę, ładną dziewczynę o długim, szczupłym, młodym ciele... miała miękkie, jasne włosy i piersi, które dopiero zaczynały rozkwitać, piersi, które właśnie widział, jak rozpinają miękką, obcisłą letnią sukienkę, którą miała na sobie... jej biodra były bardzo smukłe, jak biodra chłopca... tego wieczoru zszedł ze swojego pokoju na górze w domu Olivera i zobaczył swoją matkę, ubraną całą na czarno. Nigdy wcześniej nie widział jej tak ubranej. To była nowa sukienka.
  Bywały dni, kiedy matka Reda, wysoka, silna kobieta o długiej, smutnej twarzy, prawie nie odzywała się ani do syna, ani do męża. Miała specyficzny wygląd. Wyglądała, jakby mówiła na głos: "No cóż, sama się w to wpakowałam. Przyjechałam do tego miasta nie spodziewając się zostać, a tu poznałam lekarza. Był ode mnie znacznie starszy. Wyszłam za niego za mąż".
  "Moich ludzi może nie być wielu. Miałem brata, który wpadł w kłopoty i trafił do więzienia. Teraz mam syna.
  "Wkręciłem się w to i teraz będę wykonywał swoją pracę najlepiej, jak potrafię. Postaram się stanąć na nogi. Nikogo o nic nie proszę".
  Gleba w ogrodzie Olivera była dość piaszczysta i niewiele na niej rosło, ale odkąd żona doktora Olivera się do niego wprowadziła, zawsze próbowała uprawiać kwiaty. Co roku jej się to nie udawało, ale z nadejściem nowego roku spróbowała ponownie.
  Stary doktor Oliver zawsze należał do Kościoła Prezbiteriańskiego w Langdon i chociaż młodszy mężczyzna, ojciec Reda, nigdy nie chodził do kościoła, gdyby zapytać go o jego powiązania z kościołem, określiłby się mianem prezbiterianina.
  "Wychodzisz, mamo?" - zapytał ją Red tego wieczoru, schodząc z najwyższego piętra i widząc ją w takim stanie. "Tak" - odpowiedziała - "idę do kościoła". Nie pytała go, czy idzie z nią, ani dokąd idzie. Widziała go ubranego na tę okazję. Jeśli była ciekawa, stłumiła to.
  Tego wieczoru poszła sama do kościoła metodystów, gdzie trwało odrodzenie. Red przechodził obok kościoła z młodą kobietą, którą zabrał na przyjęcie. Była córką jednej z tak zwanych "prawdziwych rodzin" w mieście, szczupłą i, jak już wspomniałem, uwodzicielską kobietą. Red był zachwycony samym faktem bycia z nią. Nie był zakochany i tak naprawdę nigdy nie był z tą młodą kobietą po tym wieczorze. Czuł jednak coś w sobie, drobne, ulotne myśli, półpragnienia, narastający głód. Później, gdy wrócił z college'u, by pracować w przędzalni bawełny w Langdon jako zwykły robotnik, po śmierci ojca i stracie fortuny rodziny Oliverów, nie spodziewał się, że zostanie poproszony o towarzyszenie tej wyjątkowej młodej kobiecie na przyjęcie. Przypadkiem okazało się, że jest córką tego samego człowieka, którego choroba sprowadziła jego matkę do Langdon, tego samego człowieka, który później został prezesem Langdon Mill, gdzie Red został robotnikiem. В тот вечер он шел вместе с ней, идя на вечеринку, прождав полчаса на ступеньках перед домом ее отца, пока она в последнюю MINUTу делала некоторые женские приведения в порядок, и они прошли мимо методистской церкви, где проводилось собрание пробуждения. Там был проповедник, незнакомец из города, привезенный в город для пробуждения, довольно вульгарного вида человек с лысой головой и большими черными усами, и он уже начал проповедовать. Он действительно кричал. Методисты в Лэнгдоне сделали это. Они кричали. "Как негры", - сказала Рэду в тот вечер девушка, с которой он был. Она этого не сказала. "Как негры", - вот что она сказала. "Послушайте их", - сказала она. В ее голосе было презрение. Она не ходила в среднюю школу в Лэнгдоне, а посещала женскую семинарию где-то недалеко от Атланты. Она была дома в гостях, потому что ее мать заболела. Рэд не знал, почему его попросили сопроводить ее на вечеринку. Pomyślał: "Chyba mógłbym poprosić ojca, żeby pożyczył mi samochód". Nigdy nie zapytał. Samochód doktora był tani i dość stary.
  Biali ludzie w małym, drewnianym kościółku w bocznej uliczce słuchają kaznodziei krzyczącego: "Znajdź Boga, powiadam ci, będziesz zgubiony, jeśli nie znajdziesz Boga.
  "To twoja szansa. Nie odkładaj jej.
  "Jesteś nieszczęśliwy. Jeśli nie masz Boga, jesteś zgubiony. Co zyskujesz w życiu? Znajdź Boga, mówię ci".
  Tej nocy ten głos dźwięczał w uszach Reda. Z jakiegoś nieznanego powodu zawsze później wspominał wąską uliczkę w południowym miasteczku i spacer do domu, gdzie wieczorem odbywało się przyjęcie. Zabrał młodą kobietę na przyjęcie, a potem odprowadził ją do domu. Później wspominał, jak ulżyło mu, gdy wyszedł z małej uliczki, przy której stał kościół metodystów. Żaden inny kościół w mieście nie odprawiał tego wieczoru nabożeństwa. Musiała tam być jego matka.
  Większość metodystów z tego konkretnego kościoła metodystów w Langdon stanowili biedni biali. Mężczyźni pracujący w przędzalni bawełny uczęszczali tam do kościoła. W wiosce, w której znajdował się młyn, nie było kościoła, ale kościół stał na terenie młyna, choć poza granicami wioski, tuż obok domu prezesa młyna. Młyn przekazał większość pieniędzy na budowę kościoła, ale mieszkańcy miasta mogli swobodnie uczęszczać do kościoła. Młyn opłacał nawet połowę pensji stałego pastora. Red przeszedł obok kościoła z dziewczyną na Main Street. Ludzie rozmawiali z Redem. Mijani mężczyźni kłaniali się z wielką ceremonią młodej kobiecie, z którą był.
  Red, już wysoki chłopiec i wciąż szybko rosnący, miał na sobie nowy kapelusz i nowy garnitur. Czuł się niezręcznie i trochę zawstydzony. Później wspominał, że to uczucie mieszało się z poczuciem wstydu z powodu wstydu. Nadal mijał znajomych. W jasnym świetle reflektorów, ulicą Główną jechał mężczyzna na mule. "Cześć, Red" - zawołał. "Ależ absurd" - pomyślał Red. "Nawet nie znam tego człowieka. Chyba jakiś cwaniak widział, jak gram w baseball".
  Był nieśmiały i bojaźliwy, gdy uchylał kapelusza przed ludźmi. Jego włosy były ognistoczerwone i zapuścił je za długie. "Potrzebne strzyżenie" - pomyślał. Miał duże piegi na nosie i policzkach, takie, jakie często mają rudowłosi młodzi mężczyźni.
  Rzeczywiście, Red był popularny w mieście, bardziej popularny, niż mu się wydawało. Grał wtedy w szkolnej drużynie baseballowej, był jej najlepszym zawodnikiem. Uwielbiał grać w baseball, ale nienawidził, jak zawsze, zamieszania, jakie ludzie robili wokół baseballu, kiedy nie grali. Kiedy uderzał z dystansu, może dochodząc do trzeciej bazy, w pobliżu kręcili się ludzie, zazwyczaj dość cisi, biegający wzdłuż linii bazowych i krzyczący. Stawał na trzeciej bazie, a ludzie nawet podchodzili i klepali go po ramieniu. "Cholerni idioci" - pomyślał. Uwielbiał zamieszanie, jakie wokół niego robili, i nienawidził go.
  Tak jak cieszył się towarzystwem tej dziewczyny, a jednocześnie żałował, że nie może. Ogarnęło go niezręczne uczucie, które trwało cały wieczór, aż do momentu, gdy przywiózł ją z imprezy całą i zdrową do domu. Gdyby tylko mężczyzna mógł tak dotknąć dziewczyny. Red nigdy wcześniej czegoś takiego nie zrobił.
  Почему его матери вдруг вздумалось пойти в эту церковь? Девушка, с которой он был, презирала людей, которые ходили в церковь. "Они кричат, как негры, не так ли", - сказала она. Они тоже это сделали. Он отчетливо слышал голос проповедника, доносившийся до Мейн-striт. Мальчика поставили в странное положение. Он не мог презирать собственную мать. Странно было, что она вдруг решила пойти в эту церковь. Возможно, подумал он, она ушла просто из любопытства или потому, что ей вдруг стало одиноко.
  *
  NIE. Red dowiedział się o tym później tego wieczoru. W końcu przyprowadził młodą kobietę do domu z imprezy. Odbyła się ona w domu urzędnika niższego szczebla, którego synowie i córki również uczęszczali do miejskiego liceum. Red zabrał młodą kobietę do domu i przez chwilę stali razem przy drzwiach wejściowych mężczyzny, który kiedyś był bankierem, a teraz odnosił sukcesy jako prezes młyna. Był to najbardziej imponujący dom w Langdon.
  Był tam duży dziedziniec, zacieniony drzewami i obsadzony krzewami. Młoda kobieta, z którą był, była z niego szczerze zadowolona, ale on o tym nie wiedział. Uważała go za najprzystojniejszego młodzieńca na przyjęciu. Był rosły i silny.
  Nie traktowała go jednak poważnie. Trochę na nim poćwiczyła, jak to młode kobiety; nawet jego nieśmiałość w jej obecności była przyjemna, pomyślała. Używała wzroku. Są pewne subtelne rzeczy, które młoda kobieta potrafi zrobić ze swoim ciałem. To dozwolone. Ona wie, jak. Nie musisz jej uczyć tej sztuki.
  Red wszedł na dziedziniec domu ojca i stanął obok niej na chwilę, próbując powiedzieć dobranoc. W końcu wygłosił niezręczną mowę. Jej oczy spojrzały na niego. Zmiękły.
  "To nonsens. Nie byłbym nią zainteresowany" - pomyślał. Nie była szczególnie zainteresowana. Stała na najniższym stopniu domu ojca, lekko odchyliła głowę do tyłu, a potem spuściła, a jej wzrok spotkał się z jego. Jej małe, nierozwinięte piersi sterczały. Red pocierał palcami nogawki spodni. Jego dłonie były duże i silne; mogłyby złapać piłkę baseballową. Mogłyby sprawić, że piłka się zakręci. Chciałby... z nią... natychmiast...
  Nie ma sensu o tym myśleć. "Dobranoc. Świetnie się bawiłem" - powiedział. Co za słowo! On wcale nie bawił się dobrze. Poszedł do domu.
  Wrócił do domu i położył się spać, gdy coś się wydarzyło. Chociaż nie wiedział, jego ojciec jeszcze nie wrócił.
  Red cicho wszedł do domu, poszedł na górę i rozebrał się, myśląc o tej dziewczynie. Po tamtej nocy już nigdy o niej nie pomyślał. Potem inne dziewczyny i kobiety przychodziły do niego, żeby zrobić mu to samo, co ona. Nie miała zamiaru, a przynajmniej nieświadomie, zrobić mu czegokolwiek.
  Położył się na łóżku i nagle zacisnął palce dość dużych dłoni w pięści. Wił się w łóżku. "Boże, jak ja bym chciał... Kto by nie..."
  Była tak giętką, zupełnie nierozwiniętą istotą, ta dziewczyna. Mężczyzna mógłby wziąć taką jak ona.
  "Wyobraź sobie, że mężczyzna mógłby z niej zrobić kobietę. Jak to zrobić?
  "Ależ to absurdalne. Kim ja jestem, żeby nazywać siebie mężczyzną?" Z pewnością Red nie miał tak sprecyzowanych myśli, jak te wyrażone tutaj. Leżał w łóżku, dość spięty, będąc mężczyzną, będąc młodym, będąc z młodą kobietą o szczupłej sylwetce w miękkiej sukience... z oczami, które nagle mogły stać się miękkie... z małymi, jędrnymi piersiami wystającymi.
  Red usłyszał głos matki. Nigdy wcześniej w domu Olivera nie rozbrzmiewał taki dźwięk. Modliła się, wydając ciche szlochy. Red usłyszał słowa.
  Wstając z łóżka, cicho podszedł do schodów prowadzących na piętro niżej, gdzie spali jego ojciec i matka. Spali tam razem, odkąd pamiętał. Po tamtej nocy przestali . Potem ojciec Reda, tak jak on, spał w pokoju na górze. Czy matka powiedziała mu po tamtej nocy: "Odejdź. Nie chcę już z tobą spać", Red oczywiście nie wiedział.
  Zszedł po schodach i wsłuchał się w głos z dołu. Nie było wątpliwości, że to głos jego matki. Płakała, wręcz szlochała. Modliła się. Słowa pochodziły od niej. Słowa rozbrzmiewały echem w cichym domu. "Ma rację. Życie jest tym, co on mówi. Kobieta nic nie dostaje. Nie będę tego kontynuował".
  "Nie obchodzi mnie, co mówią. Dołączę do nich. To moi ludzie.
  "Boże, pomóż mi. Panie, pomóż mi. Jezu, pomóż mi".
  Te słowa wypowiedział ojciec Reda Olivera. Uczęszczała do tego kościoła i nawróciła się.
  Wstydziła się powiedzieć im w kościele, jak bardzo jest wzruszona. Teraz była bezpieczna we własnym domu. Wiedziała, że jej mąż nie wrócił, nie wiedziała, że Red przyjechał, nie słyszała, jak wszedł. Jej bracia, chodziła do szkółki niedzielnej. "Jezu" - powiedziała cicho, napiętym głosem - "wiem o Tobie. Mówią, że siedziałeś z celnikami i grzesznikami. Usiądź ze mną".
  Właściwie było coś murzyńskiego w sposobie, w jaki matka Reda zwracała się do Boga, i to w tak poufały sposób.
  "Chodź i usiądź tu ze mną. Pragnę Ciebie, Jezu". Zdania przerywały jęki i szlochy. Mówiła długo, a jej syn siedział w ciemności na schodach i słuchał. Nie był szczególnie poruszony jej słowami, a nawet poczuł wstyd, myśląc: "Skoro chciała to osiągnąć, dlaczego nie poszła do prezbiterian?". Ale poza tym uczuciem kryło się inne. Ogarnął go dziecięcy smutek i zapomniał o młodej kobiecie, która jeszcze kilka minut wcześniej zaprzątała jego myśli. Myślał tylko o matce, która nagle się w niej zakochała. Chciał do niej pójść.
  Tego wieczoru, siedząc boso i w piżamie na schodach Reda, usłyszał, jak samochód ojca podjeżdża ulicą przed dom. Zostawiał go tam każdej nocy. Podszedł do domu. Red nie widział go w ciemności, ale słyszał. Lekarz był prawdopodobnie trochę pijany. Potknął się o schody prowadzące na werandę.
  Gdyby matka Reda nawróciła się, zrobiłaby to samo, co wtedy, gdy sadziła kwiaty na piaszczystej ziemi przed domem Oliverów. Może nie udałoby jej się namówić Jezusa, żeby usiadł z nią, o co prosiła, ale nie poddawała się. Była zdeterminowaną kobietą. I tak się stało. Później do domu przyszedł kaznodzieja i pomodlił się z nią, ale kiedy to zrobił, Red odsunął się. Zobaczył zbliżającego się mężczyznę.
  Tej nocy siedział długimi minutami w ciemności na schodach, nasłuchując. Przeszedł go dreszcz. Ojciec otworzył drzwi wejściowe i stanął z klamką w dłoni. On też nasłuchiwał; minuty zdawały się ciągnąć coraz wolniej. Mąż musiał być równie zaskoczony i zszokowany jak syn. Kiedy uchylił drzwi, z ulicy wpadło trochę światła. Red dostrzegł niewyraźną sylwetkę ojca. Potem, po tym, co wydawało się długim czasem, drzwi cicho się zamknęły. Usłyszał cichy odgłos kroków ojca na ganku. Lekarz musiał się przewrócić, próbując zejść z ganku na podwórze. "Cholera" - powiedział. Red słyszał te słowa bardzo wyraźnie. Matka wciąż się modliła. Słyszał, jak samochód ojca odpala. Wybierał się gdzieś na noc. "Boże, to dla mnie za dużo" - pomyślał. Red nie wiedział. Siedział i słuchał przez chwilę, jego ciało drżało, a potem głos z pokoju matki ucichł. Cicho wszedł ponownie po schodach, poszedł do swojego pokoju i położył się na łóżku. Jego bose stopy nie wydawały dźwięku. Nie myślał już o dziewczynie, z którą był tamtego wieczoru. Myślał zamiast o matce. Była tam, sama, taka jak on. Ogarnęło go dziwne, czułe uczucie. Nigdy wcześniej się tak nie czuł. Naprawdę chciał płakać jak małe dziecko, ale zamiast tego po prostu położył się na łóżku, wpatrując się w ciemność swojego pokoju w domu Olivera.
  OceanofPDF.com
  2
  
  RED OLIVER HAMEL nabrał nowego współczucia dla swojej matki, a być może i nowego dla niej zrozumienia. Być może pomogła mu praca w fabryce po raz pierwszy. Jego matka niewątpliwie była lekceważona przez ludzi, których Langdon nazywał "lepszymi ludźmi", a po tym, jak przeszła na religię i dołączyła do kościoła, do którego uczęszczali robotnicy fabryczni, wrzeszczący metodyści, narzekający metodyści i zwolennicy Georgia Crackers, którzy teraz pracowali w młynie i mieszkali w szeregu raczej bezsensownych domów na niższym płaskowyżu poniżej miasta, jej los się nie poprawił.
  Red zaczynał jako zwykły robotnik w młynie. Kiedy udał się do prezesa młyna, aby ubiegać się o posadę, wydawał się zadowolony. "Zgadza się. Nie bój się zaczynać od dołu" - powiedział. Zadzwonił do brygadzisty młyna. "Daj temu młodemu człowiekowi miejsce" - powiedział. Brygadzista lekko się wahał. "Ale nie potrzebujemy ludzi".
  Wiem. Znajdziesz dla niego miejsce. Przyjmiesz go.
  Prezes zakładu wygłosił krótką mowę. "Zapamiętajcie to sobie; przecież to chłopak z Południa". Kierownik fabryki, wysoki, zgarbiony mężczyzna, który przyjechał do Langdon ze stanu Nowa Anglia, nie do końca pojmował wagę tego stwierdzenia. Mógł nawet powiedzieć sobie: "I co z tego?". Mieszkańcy Północy, którzy przyjeżdżają na Południe, mają dość gadania o Południu. "To chłopak z Południa. Co do cholery? Co za różnica? Prowadzę sklep. Mężczyzna to mężczyzna. Wykonuje swoją pracę tak, jak chcę, albo nie. Co mnie obchodzi, kim byli jego rodzice albo gdzie się urodził?"
  "W Nowej Anglii, skąd pochodzę, nikt nie mówi: "Uważaj na ten mały, delikatny pęd"". On jest Nowoanglikiem.
  "Na Środkowym Zachodzie takie rzeczy też nie wymykają się spod kontroli. Jego dziadek był taki a taki, albo jego babcia była taka a taka".
  Do diabła z jego dziadkami.
  "Prosisz mnie o rezultaty. Zauważyłem, że wy, mieszkańcy Południa, pomimo całego waszego wielkiego gadania, chcecie rezultatów. Chcecie zysku. Uważajcie. Nie ważcie się nastawiać przeciwko mnie swoich kuzynów z Południa ani innych biednych krewnych.
  "Jeśli chcesz ich zatrudnić, trzymaj ich tutaj, w swoim cholernym biurze".
  Kierownik sklepu Langdon, kiedy Red zaczynał tam pracę, prawdopodobnie myślał podobnie. Jak zapewne zgadłeś, Czytelniku, nigdy nie powiedział niczego podobnego na głos. Był człowiekiem o raczej bezosobowej twarzy, pełnym entuzjazmu. Kochał samochody, kochał je niemal z całego serca. Liczba takich ludzi w Ameryce rośnie.
  Ten mężczyzna miał oczy o niezwykłym, raczej matowoniebieskim kolorze, bardzo podobne do niebieskich chabrów, które obficie rosną wzdłuż wiejskich dróg w wielu stanach Środkowego Zachodu Ameryki. Podczas pracy w młynie chodził z lekko zgiętymi długimi nogami i głową wysuniętą do przodu. Nie uśmiechał się i nigdy nie podnosił głosu. Później, gdy Red zaczął pracować w młynie, zaintrygował się tym mężczyzną i trochę się go przestraszył. Widziałeś rudzika stojącego na zielonym trawniku po deszczu. Przyjrzyj mu się. Jego głowa jest lekko przechylona na bok. Nagle skacze do przodu. Szybko wbija dziób w miękką ziemię. Wyłania się z niego powykręcany robak.
  Czy słyszał robaka poruszającego się tam, pod powierzchnią ziemi? Wydaje się to niemożliwe.
  Robak narożny to miękki, mokry i śliski obiekt. Być może ruchy robaka pod ziemią lekko naruszyły kilka ziarenek gleby powierzchniowej.
  W warsztacie Langdona kierownik młyna krążył tam i z powrotem. Był w jednym z magazynów, obserwując rozładunek bawełny przy bramie młyna, potem w przędzalni, a potem w tkalni. Stał przy oknie z widokiem na rzekę płynącą pod młynem. Nagle odwrócił głowę. Wyglądał teraz jak rudzik. Pobiegł w pewne miejsce w pomieszczeniu. Jakaś część jakiejś maszyny się zepsuła. Wiedział. Poleciał tam.
  Ludzie najwyraźniej nie mieli dla niego znaczenia. "Proszę pana. Jak pan ma na imię?" - pytał robotnika, kobietę lub dziecko. W tym młynie pracowało sporo dzieci. Nigdy tego nie zauważał. W ciągu tygodnia kilkakrotnie pytał tego samego robotnika o imię. Czasami zwalniał mężczyznę lub kobietę. "Proszę pana. Nie jesteś tu już potrzebny. Wynoś się". Robotnik wiedział, co to znaczy. Plotki o młynie krążyły powszechnie. Robotnik szybko odszedł. Ukrył się. Inni pomogli. Wkrótce wrócił na swoje poprzednie miejsce. Szef tego nie zauważył, a jeśli zauważył, to nic nie powiedział.
  Wieczorem, po skończeniu pracy, wracał do domu. Mieszkał w największym domu w wiosce młynarskiej. Goście byli rzadkością. Usiadł w fotelu i, kładąc stopy w skarpetkach na innym krześle, zaczął rozmawiać z żoną. "Gdzie jest gazeta?" - zapytał. Żona ją odebrała. Było już po obiedzie i po kilku minutach zasnął. Wstał i położył się spać. Myślami wciąż był przy młynie. Młyn chodził. "Ciekawe, co tam się dzieje?" - pomyślał. Żona i dzieci również się go bały, chociaż rzadko zwracał się do nich niegrzecznie. Rzadko się odzywał. "Po co tracić słowa?" - pomyślał.
  Prezes młyna wpadł na pewien pomysł, a przynajmniej tak mu się zdawało. Myślał o ojcu i dziadku Reda. Dziadek Reda był lekarzem rodzinnym, gdy Red był dzieckiem. Pomyślał: "Niewielu młodych ludzi z Południa z jakąkolwiek rodziną zrobiłoby to, co ten chłopak. To dobry chłopak". Red właśnie przybył do biura młyna. "Czy mogę dostać pracę, panie Shaw?" - zapytał prezesa młyna po tym, jak po dziesięciu minutach oczekiwania został przyjęty do gabinetu pana Shawa.
  Czy mogę dostać pracę?
  Lekki uśmiech przemknął po twarzy prezesa młyna. Kto nie chciałby być prezesem młyna? Mógłby zapewnić pracę.
  Każda sytuacja ma swoje niuanse. Ojciec Reda, którego prezes fabryki w końcu tak dobrze znał, nie odniósł sukcesu. Był lekarzem. Jak inni ludzie, którzy wyruszają w podróż przez życie, miał szansę. Nie kontynuował więc praktyki, a zamiast tego zaczął pić. Krążyły plotki o jego moralności. Była tam ta żółta kobieta we wsi. Prezes fabryki też słyszał o niej plotki.
  A potem mówili, że ożenił się z kobietą o niższym statusie. Tak mówili ludzie w Langdon. Mówili, że pochodziła z raczej niskiego środowiska. Mówili, że jej ojciec był nikim. Prowadził mały sklep wielobranżowy na robotniczym przedmieściu Atlanty, a jej brat siedział w więzieniu za kradzież.
  "Mimo to nie ma sensu obwiniać tego chłopaka za wszystko" - pomyślał prezes zakładu. Jakże miło i sprawiedliwie się czuł, myśląc o tym. Uśmiechnął się. "Co chcesz zrobić, młodzieńcze?" - zapytał.
  "Nie obchodzi mnie to. Zrobię, co w mojej mocy". To było właściwe słowo. Wszystko wydarzyło się w upalny czerwcowy dzień, taki, jaki miał być po pierwszym roku Reda w szkole na Północy. Red nagle podjął decyzję. "Zobaczę tylko, czy uda mi się znaleźć pracę" - pomyślał. Nie radził się nikogo. Wiedział, że prezes fabryki, Thomas Shaw, znał jego ojca. Ojciec Reda zmarł wtedy całkiem niedawno. Poszedł do biura fabryki w upalny poranek. Powietrze było ciężkie i wciąż wisiało na Main Street, kiedy odszedł. W takich chwilach można zajść w ciążę z chłopcem lub młodym mężczyzną. On idzie do pracy po raz pierwszy. Uważaj, chłopcze. Zaczynasz. Jak, kiedy i gdzie skończysz? Ta chwila może być równie ważna w życiu, jak narodziny, ślub czy śmierć. Rzemieślnicy i urzędnicy stali w drzwiach sklepów na głównej ulicy Langdona. Większość z nich miała opuszczone rękawy. Wiele koszul nie wyglądało na zbyt czyste.
  Latem mężczyźni z Langdon nosili lekkie lniane ubrania. Gdy się zabrudziły, trzeba je było prać. Lata w Georgii były tak upalne, że nawet ci, którzy chodzili, szybko pokrywali się potem. Lniane garnitury, które nosili, szybko opadały na łokciach i kolanach. Szybko się brudziły.
  Wielu mieszkańców Langdon zdawało się to nie mieć znaczenia. Niektórzy nosili ten sam brudny garnitur przez całe tygodnie.
  Widok na Main Street i biuro młyna stanowiły ostry kontrast. Biuro młyna Langdon nie znajdowało się w samym młynie, lecz stało osobno. Był to nowy, ceglany budynek z zielonym trawnikiem przed nim i kwitnącymi krzewami przy wejściu.
  Młyn był na wskroś nowoczesny. Jednym z powodów, dla których tak wiele młynów z Południa odniosło sukces, szybko wypierając młyny z Nowej Anglii - tak że po boomie przemysłowym na Południu, Nowa Anglia doświadczyła gwałtownego upadku - był fakt, że młyny z Południa, będąc nowo wybudowane, instalowały najnowocześniejszy sprzęt. W Ameryce, jeśli chodzi o maszyny... maszyna mogła być najnowszym wynalazkiem, najwydajniejszym, a potem... pięć, dziesięć, a najpóźniej dwadzieścia lat później...
  Oczywiście, Red nie miał o tym pojęcia. Wiedział coś mgliście. Był dzieckiem, kiedy w Langdon zbudowano młyn. To było wydarzenie niemal na wpół religijne. Nagle na głównej ulicy małego, sennego miasteczka na Południu zaczęły się rozbrzmiewać rozmowy. Rozmowy słychać było na ulicach, w kościołach, a nawet w szkołach. Red był małym dzieckiem, kiedy to się stało, uczniem trzeciej klasy w miejskiej szkole. Pamiętał to wszystko, ale mgliście. Człowiek, który był teraz prezesem młyna, a w tamtym czasie kasjerem małego lokalnego banku... jego ojciec, John Shaw, był prezesem... młody kasjer to wszystko zaczął.
  W tamtym czasie był on raczej drobnym, fizycznie wątłym młodym mężczyzną. Potrafił jednak okazywać entuzjazm i inspirować innych. To, co działo się na Północy, a zwłaszcza na wielkim amerykańskim Środkowym Zachodzie, nawet w czasach wojny secesyjnej, zaczynało dziać się również na Południu. Młody Tom Shaw zaczął biegać po małych miasteczkach Południa i mówić. "Spójrzcie" - powiedział - "co się dzieje na całym Południu. Spójrzcie na Karolinę Północną i Południową". To prawda, że coś się wydarzyło. W tym czasie w Atlancie mieszkał pewien człowiek, redaktor lokalnej gazety "Daily Constitution", niejaki Grady, który nagle stał się nowym Mojżeszem Południa. Podróżował, wygłaszając przemówienia zarówno na Północy, jak i na Południu. Pisał felietony. Południe wciąż pamięta o tym człowieku. Jego pomnik stoi na ulicy publicznej w pobliżu biura Konstytucji w Atlancie. Co więcej, jeśli wierzyć pomnikowi, był on raczej niskim mężczyzną, o dość wątłej sylwetce i, podobnie jak Tom Shaw, okrągłej, pulchnej twarzy.
  Młody Shaw przeczytał Henry'ego Grady'ego. Zaczął mówić. Natychmiast zdobył sympatię kościołów. "Nie chodzi tylko o pieniądze" - kontynuował. "Zapomnijmy na chwilę o pieniądzach".
  "Południe jest zrujnowane" - oznajmił. Tak się złożyło, że akurat gdy mieszkańcy Langdon zaczęli mówić o budowie przędzalni bawełny, podobnie jak inne miasta na Południu, do Langdon przybył pewien kaznodzieja. Podobnie jak kaznodzieja, który później nawrócił matkę Reda Olivera, był on metodystą.
  Był człowiekiem o autorytecie kaznodziei. Podobnie jak późniejszy kaznodzieja, który przybył, gdy Red był w liceum, był rosłym mężczyzną z wąsami i donośnym głosem. Tow Shaw odwiedził go. Obaj mężczyźni rozmawiali. W całej tej części Georgii uprawiano praktycznie tylko bawełnę. Przed wojną secesyjną pola były uprawiane pod bawełnę i nadal tak jest. Szybko się zużywały. "Spójrz tylko" - powiedział Tom Shaw, zwracając się do kaznodziei. "Nasz lud z roku na rok staje się coraz biedniejszy".
  Tom Shaw był na Północy, chodził do szkoły. Tak się złożyło, że kaznodzieja, z którym rozmawiał... obaj mężczyźni spędzili razem kilka dni, zamknięci w małym pokoju w Langdon Savings Bank, banku, który wówczas mieścił się w starym, szkieletowym budynku przy Main Street... kaznodzieja-kaznodzieja, z którym rozmawiał, był człowiekiem bez wykształcenia. Ledwo umiał czytać, ale Tom Shaw uważał za oczywiste, że pragnie tego, co Tom nazywał pełnym życiem. "Mówię ci" - powiedział do kaznodziei, z rumieńcem na twarzy i rodzajem świętego entuzjazmu - "mówię ci..."
  "Czy byłeś kiedyś na Północy lub Wschodzie?"
  Pastor powiedział, że nie. Był synem biednego farmera, który sam był krakersem z Georgii. Powiedział to Tomowi Shawowi. "Jestem tylko krakersem" - powiedział. "Nie wstydzę się tego". Był skłonny porzucić temat.
  Z początku podejrzewał Toma Shawa. Ci starzy Południowcy. Ci arystokraci, pomyślał. Czego bankier od niego chce? Bankier zapytał go, czy ma dzieci. No cóż, miał. Ożenił się młodo i od tamtej pory jego żona rodziła nowe dziecko niemal co roku. Miał teraz trzydzieści pięć lat. Ledwo wiedział, ile ma dzieci. Całe stado, chuderlawych dzieciaków, mieszkających w małym, starym domu z bali w innym miasteczku w Georgii, podobnym do Langdon, podupadłym. Tak powiedział. Dochód kaznodziei pełniącego funkcję kaznodziei był raczej skromny. "Mam dużo dzieci" - powiedział.
  Nie powiedział dokładnie, ile, a Tom Shaw nie naciskał.
  Zmierzał gdzieś. "Czas, żebyśmy my, mieszkańcy Południa, wzięli się do pracy" - powtarzał w tamtych czasach. "Połóżmy kres tej żałobie po starym Południu. Weźmy się do pracy".
  Gdyby mężczyzna, mężczyzna taki jak ten kaznodzieja, całkiem zwyczajny mężczyzna... Prawie każdy mężczyzna, gdyby miał dzieci...
  "Musimy myśleć o dzieciach Południa" - mawiał Tom. Czasami trochę mu się to myliło. "W dzieciach Południa leży łono przyszłości" - mawiał.
  Człowiek taki jak ten kaznodzieja mógł nie mieć zbyt wygórowanych ambicji. Mógł zadowolić się chodzeniem i wykrzykiwaniem o Bogu tłumom biednych białych ludzi... ale... gdyby miał dzieci... Żona kaznodziei, podobnie jak on, pochodziła z rodziny biednych białych mieszkańców Południa. Schudła już i pożółkła.
  Było coś bardzo przyjemnego w byciu kaznodzieją. Mężczyzna nie musiał zawsze siedzieć w domu. Przemieszczał się z miejsca na miejsce. Kobiety tłoczyły się wokół niego. Niektóre z kobiet metodystek były urocze. Niektóre z nich były przystojne. On był tym wielkim wśród nich.
  Uklęknął obok takiego człowieka i modlił się. Ileż żarliwości wkładał w swoje modlitwy!
  Tom Shaw i pastor zebrali się. W miasteczku i wiejskich społecznościach wokół Langdon szalało nowe przebudzenie. Wkrótce kaznodzieja porzucił wszystko inne i zamiast mówić o życiu po śmierci, mówił tylko o teraźniejszości... o tętniącym życiem, nowym stylu życia, który istniał już w wielu miastach Wschodu i Środkowego Zachodu i który, jak twierdził, mógłby również istnieć na Południu, w Langdon. Jak później wspominał tamte dni pewien nieco cyniczny mieszkaniec Langdon: "Można by pomyśleć, że pastor był podróżnikiem przez całe życie i nigdy nie odwiedził więcej niż pół tuzina hrabstw Georgii". Pastor zaczął nosić swoje najlepsze ubrania i spędzać coraz więcej czasu na rozmowach z Tomem Shawem. "My, mieszkańcy Południa, musimy się obudzić!" - zawołał. Opisywał miasta na Wschodzie i Środkowym Zachodzie. "Obywatele" - wykrzyknął - "powinniście je odwiedzić". Teraz opisywał miasto w Ohio. Było to małe, senne, zapomniane miejsce, takie jak Langdon w Georgii. Było to po prostu małe miasteczko na rozdrożu. Przybyło tu kilku biednych rolników, żeby handlować, tak jak w Langdon.
  Potem zbudowano linię kolejową i wkrótce pojawiła się fabryka. Potem powstały kolejne. Sytuacja zaczęła się zmieniać z niewiarygodną szybkością. "My, mieszkańcy Południa, nie wiemy, co to za życie" - oznajmił kaznodzieja.
  Podróżował po hrabstwie, wygłaszając przemówienia; przemawiał w sądzie Langdon i w kościołach w całym mieście. Oświadczył, że miasta na północy i wschodzie przeszły transformację. Miasto na północy, wschodzie lub środkowym zachodzie było nieco senne, a potem nagle pojawiły się fabryki. Ludzie, którzy byli bez pracy, wielu z nich, którzy nigdy nie mieli ani grosza przy duszy, nagle zaczęło otrzymywać wypłaty.
  Jak szybko wszystko się zmieniło! "Powinieneś to zobaczyć!" - wykrzyknął kaznodzieja. Był poruszony. Entuzjazm wstrząsał jego potężnym ciałem. Uderzył w ambonę. Kiedy przybył do miasta kilka tygodni wcześniej, udało mu się wzbudzić jedynie słaby entuzjazm wśród kilku biednych metodystów. Teraz wszyscy przyszli posłuchać. Zapanowało wielkie zamieszanie. Chociaż kaznodzieja miał nowy temat, mówiąc o nowym niebie, do którego ludzie będą mogli wejść, i nie musiał czekać na śmierć, nadal mówił tonem człowieka wygłaszającego kazanie, a mówiąc, często stukał w słowa. Uderzył w ambonę i biegał tam i z powrotem przed publicznością, wywołując zamieszanie. Na zebraniach w młynach rozległy się krzyki i jęki, zupełnie jak na nabożeństwie. "Tak, Boże, to prawda!" - krzyknął głos. Kaznodzieja powiedział, że dzięki wspaniałemu nowemu życiu, jakie fabryki przyniosły wielu miastom na Wschodzie i Środkowym Zachodzie, każde z nich nagle stało się zamożne. Życie wypełniło się nowymi radościami. Teraz w takich miastach każdy może mieć samochód. "Powinieneś zobaczyć, jak tam żyją ludzie. Nie mam na myśli bogatych, ale biednych, takich jak ja".
  "Tak, Boże" - odpowiedział żarliwie ktoś z widowni.
  "Chcę tego. Chcę tego. Chcę tego" - krzyczał kobiecy głos. Był ostry i żałosny.
  W miastach północy i zachodu, które opisał kaznodzieja, wszyscy, jak mówił, mieli gramofony; mieli samochody. Słyszeli najlepszą muzykę na świecie. Ich domy były wypełnione muzyką dniem i nocą...
  "Ulice pełne złota" - krzyknął głos. Nieznajomy, przybywający do Langdon, gdy trwały prace przygotowawcze do sprzedaży towaru w nowej przędzalni bawełny, mógł pomyśleć, że głosy ludzi, reagujących na głos kaznodziei, w rzeczywistości się z niego śmieją. Byłby w błędzie. Co prawda, w miasteczku było kilku mieszkańców, kilka starszych kobiet z Południa i jeden czy dwóch starszych mężczyzn, którzy mówili: "Nie chcemy tych jankeskich bzdur", ale głosy te pozostały niemal niesłyszalne.
  "Budują nowe domy i nowe sklepy. Wszystkie domy mają łazienki.
  "Są ludzie, zwykli ludzie tacy jak ja, nie bogaci, ale tacy, którzy chodzą po kamiennych podłogach".
  Głos: "Powiedziałeś łazienka?"
  "Amen!"
  "To nowe życie. Musimy zbudować przędzalnię bawełny tutaj, w Langdon. Południe umarło zbyt dawno temu.
  "Jest za dużo biednych ludzi. Nasi rolnicy nie zarabiają. Co my, biedni z Południa, dostajemy?"
  "Amen. Błogosław Bogu".
  "Każdy mężczyzna i każda kobieta powinni teraz sięgnąć głęboko do kieszeni. Jeśli masz małą nieruchomość, idź do banku i pożycz pod zastaw. Kup akcje fabryki.
  "Tak, Boże. Ratuj nas, Boże."
  "Wasze dzieci są prawie głodne. Mają krzywicę. Nie ma dla nich szkół. Dorastają w niewiedzy".
  Kaznodzieja w Langdon czasami stawał się potulny, gdy przemawiał. "Spójrzcie na mnie" - mówił do ludzi. Pamiętał swoją żonę w domu, kobietę, która jeszcze niedawno była piękną młodą kobietą. Teraz była bezzębną, wyczerpaną staruszką. Przebywanie z nią, bliskość nie należała do przyjemności. Zawsze była zbyt zmęczona.
  Pewnej nocy, gdy podszedł do niej mężczyzna...
  Lepiej było głosić. "Sam jestem ignorantem" - powiedział pokornie. "Ale Bóg powołał mnie do tej pracy. Mój lud był kiedyś dumnym ludem tutaj na Południu.
  "Mam teraz wiele dzieci. Nie mogę ich edukować. Nie mogę ich karmić tak, jak powinny być karmione. Chętnie oddałbym je do przędzalni bawełny".
  "Tak, Boże. To prawda. To prawda, Boże."
  Kampania odrodzeniowa Langdona zakończyła się sukcesem. Podczas gdy kaznodzieja przemawiał publicznie, Tom Shaw pracował cicho i energicznie. Zebrano fundusze. Młyn w Langdon został zbudowany.
  To prawda, że trzeba było pożyczyć trochę kapitału z Północy; sprzęt trzeba było kupić na kredyt; nadeszły mroczne lata, kiedy wydawało się, że młyn upadnie. Wkrótce ludzie przestali modlić się o sukces.
  Jednak najlepsze lata nadeszły.
  Osada młynarska w Langdon została pospiesznie zburzona. Wykorzystano tanie drewno. Przed wojną światową domy w wiosce młynarskiej pozostały niepomalowane. Stały tam rzędy domów szkieletowych, w których mieszkali robotnicy. Głównie biedni ludzie z małych, podupadłych farm w Georgii. Przybyli tu, gdy młyn został zbudowany. Początkowo przybywało cztery lub pięć razy więcej ludzi, niż było miejsc pracy. Zbudowano niewiele domów. Początkowo potrzebne były pieniądze na budowę lepszych domów. Domy były przepełnione.
  Ale człowiek taki jak ten kaznodzieja, z wieloma dziećmi, mógł odnieść sukces. W Georgii obowiązywało niewiele przepisów dotyczących pracy dzieci. Młyn pracował dniem i nocą, gdy był czynny. Dzieci w wieku dwunastu, trzynastu i czternastu lat szły do pracy w młynie. Łatwo było skłamać co do wieku. Małe dzieci w wiosce młynarskiej w Langdon miały prawie wszystkie dwa lata. "Ile masz lat, moje dziecko?"
  "Co masz na myśli mówiąc mój prawdziwy wiek czy mój wiek?"
  "Na litość boską, uważaj, dziecko. Co masz na myśli, mówiąc w ten sposób? My, robotnicy fabryczni, my, Mulatki... tak nas nazywają, ludzie z miasta, wiesz... nie gadajcie w ten sposób". Z jakiegoś dziwnego powodu złote ulice i piękne życie ludzi pracy, przedstawione przez kaznodzieję przed wybudowaniem młyna w Langdon, nie zmaterializowały się. Domy pozostały takie, jakie były: małe stodoły, gorące latem i przenikliwie zimne zimą. Na trawnikach przed domami nie rosła trawa. Za domami stały rzędy rozpadających się budynków gospodarczych.
  Jednak mężczyzna z dziećmi mógłby sobie całkiem dobrze poradzić. Często nie musiał pracować. Przed wojną światową i Wielkim Boomem, wioska Langdon, w której mieściła się przędzalnia bawełny, miała wielu właścicieli, ludzi przypominających kaznodzieję odrodzeniowego.
  *
  Młyn w Langdon jest zamknięty w sobotnie popołudnia i niedziele. Zaczynał pracę ponownie o północy w niedzielę i trwał nieprzerwanie, dniem i nocą, aż do sobotniego popołudnia.
  Po zostaniu pracownikiem młyna, Red wybrał się tam w niedzielne popołudnie. Szedł główną ulicą Langdon w kierunku wioski młynarskiej.
  W Langdon, Main Street była martwa i cicha. Tego ranka Red leżał do późna w łóżku. Czarnoskóra kobieta, która mieszkała w domu odkąd Red był niemowlęciem, przyniosła mu śniadanie na górę. Była już w średnim wieku i teraz była dużą, ciemnowłosą kobietą z ogromnymi biodrami i piersiami. Była dla Reda matczynym uczuciem. Mógł z nią rozmawiać swobodniej niż z własną matką. "Dlaczego chcesz pracować tam na dole, w tym młynie?" zapytała, gdy wychodził do pracy. "Nie jesteś biednym białym człowiekiem" - powiedziała. Red się z niej roześmiał. "Twój ojciec nie chciałby, żebyś robił to, co robisz" - powiedziała. W łóżku Red czytał jedną z książek, które przyniósł ze studiów. Młody profesor angielskiego, którego przyciągnął, wypełnił stary zapas książkami i zaproponował mu lekturę na lato. Ubrał się dopiero, gdy matka wyszła z domu do kościoła.
  Potem wyszedł. Spacer zaprowadził go obok małego kościoła, do którego uczęszczała jego matka, na obrzeżach wioski młynarskiej. Słyszał tam śpiewy, a także śpiewy w innych kościołach, gdy szedł przez miasto. Jakże nudny, rozwlekły i ciężki był ten śpiew! Najwyraźniej mieszkańcy Langdon nie za bardzo cieszyli się swoim Bogiem. Nie oddawali się Mu z radością jak Murzyni. Na Main Street wszystkie sklepy były zamknięte. Nawet apteki, w których można było kupić Coca-Colę, ten uniwersalny napój Południa, były zamknięte. Mieszkańcy miasta kupowali kokainę po mszy. Potem otwierano apteki, żeby mogli się upić. Red minął miejski areszt stojący za budynkiem sądu. Młodzi bimbrownicy z wzgórz północnej Georgii osiedlili się tam i oni również śpiewali. Śpiewali balladę:
  
  Czy nie wiesz, że jestem człowiekiem tułaczym?
  Bóg wie, że jestem wędrowcem.
  
  Świeże, młode głosy śpiewały piosenkę z zachwytem. W wiosce młynarskiej, tuż za granicami korporacji, kilku młodych mężczyzn i kobiet przechadzało się lub siedziało w grupach na werandach przed domami. Byli ubrani w odświętne stroje, dziewczyny w jaskrawe kolory. Chociaż pracował w młynie, wszyscy wiedzieli, że Red nie jest jednym z nich. Była wioska młynarska, a potem młyn z podwórzem. Podwórze młyna było otoczone wysokim ogrodzeniem z drutu. Do wioski wchodziło się przez bramę.
  Przy bramie zawsze stał jakiś mężczyzna, starzec z kulawą nogą, który rozpoznał Reda, ale nie wpuścił go do młyna. "Po co chcesz tam iść?" zapytał. Red nie wiedział. "Och, nie wiem" - powiedział. "Tylko się rozglądałem". Właśnie wyszedł na spacer. Czy młyn go fascynował? Jak inni młodzi mężczyźni, nienawidził tej osobliwej martwoty amerykańskich miast w niedziele. Chciał, żeby drużyna młyna, do której dołączył, rozegrała tego dnia mecz, ale wiedział też, że Tom Shaw na to nie pozwoli. Młyn, kiedy działał, a cały sprzęt latał, był czymś wyjątkowym. Mężczyzna przy bramie spojrzał na Reda bez uśmiechu i odszedł. Minął wysokie ogrodzenie z drutu otaczające młyn i zszedł nad brzeg rzeki. Linia kolejowa do Langdon biegła wzdłuż rzeki, a do młyna prowadziła bocznica. Red nie wiedział, dlaczego tam jest. Być może wyszedł z domu, bo wiedział, że kiedy matka wróci z kościoła, będzie miał poczucie winy, że nie pójdzie z nią.
  W mieście było kilka biednych białych rodzin, robotniczych, które uczęszczały do tego samego kościoła co jego matka. Na przedmieściach znajdował się kolejny kościół metodystów i czarny kościół metodystów. Tom Shaw, prezes młyna, był prezbiterianinem.
  Był tam kościół prezbiteriański i kościół baptystów. Były kościoły dla czarnoskórych, a także małe sekty. W Langdon nie było katolików. Po II wojnie światowej Ku Klux Klan był tam silny.
  Kilku chłopców z fabryki Langdona założyło drużynę baseballową. W mieście pojawiło się pytanie: "Czy Red Oliver będzie z nimi grał?". Była drużyna miejska. Składała się z młodych mężczyzn z miasta, sprzedawcy, pracownika poczty, młodego lekarza i innych. Młody lekarz podszedł do Reda. "Widzę" - powiedział - "że dostałeś pracę w fabryce. Czy będziesz grał w drużynie fabrycznej?" Uśmiechnął się, mówiąc to. "Chyba będziesz musiał, jeśli chcesz zachować pracę, co?" Nie powiedział tego. Do miasta właśnie przybył nowy pastor, młody prezbiteriański pastor, który w razie potrzeby mógłby zająć miejsce Reda w drużynie miejskiej. Drużyna fabryczna i miejska nie grały ze sobą. Drużyna fabryczna grała z drużynami fabrycznymi z innych miast w Georgii i Karolinie Południowej, gdzie były fabryki, a drużyna miejska z drużynami miejskimi z pobliskich miast. Dla drużyny miejskiej gra przeciwko "chłopakom z fabryki" była prawie jak gra przeciwko czarnoskórym. Nie mówili tego, ale czuli to. W jakiś sposób dawali Redowi do zrozumienia, co czują. On wiedział.
  Ten młody pastor mógłby zająć miejsce Reda w drużynie miejskiej. Wydawał się inteligentny i uważny. Przedwcześnie wyłysiał. Grał w baseball na studiach.
  Ten młody człowiek przybył do miasta, aby zostać kaznodzieją. Red był zaciekawiony. Nie wyglądał na kaznodzieję, który nawrócił matkę Reda, ani na tego, który kiedyś pomógł Tomowi Shawowi sprzedać zapasy fabryczne. Ten był bardziej podobny do samego Reda. Studiował i czytał książki. Jego celem było zostać kulturalnym młodym człowiekiem.
  Red nie wiedział, czy tego chce, czy nie. W tamtym czasie nie wiedział jeszcze, czego chce. Zawsze czuł się trochę samotny i odizolowany w Langdon, być może z powodu sposobu, w jaki mieszkańcy miasta traktowali jego matkę i ojca; a po tym, jak poszedł do pracy w młynie, to uczucie się nasiliło.
  Młody kaznodzieja zamierzał infiltrować życie Langdona. Chociaż potępiał Ku Klux Klan, nigdy publicznie się przeciwko niemu nie wypowiadał. Żaden z innych kaznodziejów w Langdon tego nie zrobił. Krążyły plotki, że niektórzy prominentni mężczyźni w mieście, prominentni w kościołach, byli członkami Klanu. Młody kaznodzieja sprzeciwił się mu prywatnie, w rozmowie z dwiema lub trzema osobami, które dobrze znał. "Uważam, że człowiek powinien poświęcić się służbie, a nie przemocy" - powiedział. "Właśnie to chcę robić". Dołączył do organizacji w Langdon o nazwie Klub Kiwanis. Tom Shaw należał do niej, choć rzadko bywał. W Boże Narodzenie, gdy biedne dzieci z miasta potrzebowały prezentów, młody kaznodzieja biegał po mieście w poszukiwaniu prezentów. Podczas pierwszego roku Reda na Północy, gdy studiował w college'u, w mieście wydarzyło się coś strasznego. W mieście był mężczyzna, który był podejrzany.
  Był młodym sprzedawcą, który podpisywał autografy w magazynie dla kobiet z Południa.
  Mówiono, że on...
  W miasteczku mieszkała młoda biała dziewczyna, zwykła dziwka, jak mówili ludzie.
  Młody prawnik-freelancer, podobnie jak ojciec Reda, był pod wpływem alkoholu. Po wypiciu stawał się awanturniczy. Początkowo, jak mówiono, bił żonę po pijanemu. Ludzie słyszeli, jak płacze w swoim domu nocą. Potem podobno widziano go idącego do domu kobiety. Kobieta o tak złej reputacji mieszkała z matką w małym, drewnianym domu tuż przy Main Street, w dolnej części miasta, w miejscu, gdzie znajdowały się tańsze sklepy i lokale gastronomiczne, odwiedzane przez czarnoskórych. Jej matka miała sprzedawać alkohol.
  Młody prawnik był widziany, jak wchodzi i wychodzi z domu. Miał troje dzieci. Poszedł tam, a potem wrócił do domu, żeby pobić żonę. Pewnej nocy przyszło kilku zamaskowanych mężczyzn i go pojmali. Pojmali również młodą dziewczynę, z którą był, i oboje zostali zaprowadzeni na odludną drogę, kilka mil za miastem, i przywiązani do drzew. Wychłostano ich. Kobietę pojmano, ubraną jedynie w cienką sukienkę, a kiedy oboje zostali dotkliwie pobici, mężczyznę wypuszczono, aby mógł jak najszybciej dotrzeć do miasta. Kobietę, teraz prawie nagą, w podartej i postrzępionej cienkiej sukience, bladą i milczącą, zaprowadzono do drzwi domu matki i wypchnięto z samochodu. Jak krzyczała! "Suka!" Mężczyzna przyjął to w ponurym milczeniu. Pojawiła się obawa, że dziewczyna umrze, ale wyzdrowiała. Próbowano również odnaleźć i wychłostać matkę, ale ta zniknęła. Później pojawiła się ponownie i kontynuowała sprzedaż drinków mężczyznom z miasteczka, podczas gdy jej córka nadal spotykała się z mężczyznami. Mówiono, że odwiedzało je więcej mężczyzn niż kiedykolwiek wcześniej. Młody prawnik, właściciel samochodu, zabrał żonę i dzieci i odjechał. Nie wrócił nawet po meble i nikt go już nigdy nie widział w Langdon. Kiedy to się stało, do miasteczka właśnie przybył młody kaznodzieja prezbiteriański. Sprawą zajęła się gazeta w Atlancie . Reporter przyjechał do Langdon, aby przeprowadzić wywiady z kilkoma prominentnymi osobami. Między innymi skontaktował się z młodym kaznodzieją.
  Rozmawiał z nim na ulicy, przed apteką, gdzie stało kilku mężczyzn. "Dostali to, na co zasłużyli" - powiedziała większość ludzi Langdona. "Nie było mnie tam, ale żałuję" - dodał właściciel apteki. Ktoś z tłumu wyszeptał: "W tym mieście są inni ludzie, którym dawno temu powinno przytrafić się to samo".
  "A co z Georges'em Ricardem i tą jego kobietą... wiesz, o co mi chodzi". Reporter z Atlanty nie dosłyszał tych słów. Nadal nękał młodego kaznodzieję. "Co o tym myślisz?" zapytał. "Co o tym myślisz?"
  "Nie sądzę, żeby ktokolwiek z najlepszych ludzi w mieście mógł się tam pojawić" - powiedział kaznodzieja.
  "Ale co sądzisz o idei, która za tym stoi? Co o tym myślisz?"
  "Chwileczkę" - powiedział młody kaznodzieja. "Zaraz wracam" - powiedział. Wszedł do drogerii, ale nie wyszedł. Nie był żonaty i trzymał samochód w garażu w zaułku. Wsiadł do samochodu i wyjechał z miasta. Tego wieczoru zadzwonił do domu, w którym się zatrzymał. "Nie będzie mnie dziś w domu" - powiedział. Powiedział, że był z chorą kobietą i obawia się, że ta może umrzeć w nocy. "Może potrzebować kierownika duchowego" - powiedział. Pomyślał, że lepiej zostanie na noc.
  Trochę dziwnie, pomyślał Red Oliver, zastać młyn Langdona tak cichym w niedzielę. Nie czuł się jak w tym samym młynie. Pracował w młynie od kilku tygodni, kiedy przyjechał w tę niedzielę. Młody prezbiteriański pastor również zapytał go o grę w drużynie młyna. Stało się to wkrótce po tym, jak Red poszedł do pracy w młynie. Pastor wiedział, że matka Reda uczęszczała do kościoła, do którego uczęszczali głównie pracownicy młyna. Współczuł Redowi. Jego własny ojciec, pochodzący z innego miasta na Południu, nie był uważany za jednego z najlepszych. Prowadził mały sklepik, w którym robili zakupy czarnoskórzy. Pastor sam się uczył. "W niczym nie przypominam ciebie jako gracza" - powiedział Redowi. Zapytał: "Czy należysz do jakiegoś kościoła?". Red odpowiedział, że nie. "Cóż, możesz przyjść i modlić się z nami".
  Chłopcy z młyna nie wspominali o Redzie, który grał z nimi przez tydzień lub dwa po tym, jak poszedł do pracy w młynie, a potem, gdy dowiedział się, że Red przestał grać w drużynie miejskiej, młody brygadzista podszedł do niego. "Zamierzasz grać w drużynie tutaj, w młynie?" zapytał. Pytanie było niepewne. Kilku członków załogi rozmawiało z brygadzistą. Był to młody mężczyzna z rodziny młynarzy, który zaczynał piąć się po szczeblach kariery w firmie. Być może człowiek na szczycie kariery zawsze powinien mieć pewien szacunek. Ten człowiek darzył ogromnym szacunkiem najlepszych ludzi w Langdon. W końcu, gdyby ojciec Reda nie był tak ważną postacią w mieście, jego dziadek by nią był. Wszyscy go szanowali.
  Stary Doktor Oliver był chirurgiem w Armii Konfederatów podczas wojny secesyjnej. Mówiono, że był spokrewniony z Alexandrem Stevensonem, wiceprezydentem Konfederacji Południowej. "Chłopcy nie grają zbyt dobrze" - powiedział Redowi brygadzista. Red był gwiazdą w miejscowym liceum i już zwrócił na siebie uwagę drużyny pierwszoklasistów.
  "Nasi chłopcy nie grają zbyt dobrze".
  Młody brygadzista, choć Red był zwykłym robotnikiem w podległym mu warsztacie... Red rozpoczął pracę w fabryce jako zamiatacz... zamiatał podłogi... Młody brygadzista, oczywiście, był wystarczająco uprzejmy. "Gdybyś chciał się pobawić... Chłopcy byliby wdzięczni. Doceniliby to. To było tak, jakby powiedział: "Wyświadczysz im przysługę". Z jakiegoś powodu coś w głosie mężczyzny sprawiło, że Red zadrżał.
  "Oczywiście" - powiedział.
  Jednak... tym razem Red wybrał się na spacer w niedzielę i odwiedził cichy młyn, przechadzając się po wiosce młyńskiej... był późny poranek... ludzie wkrótce wychodzili z kościoła... szli na niedzielne obiady.
  Bycie w drużynie baseballowej ze zwykłymi ludźmi to jedno. Chodzenie do tego kościoła z moją mamą to zupełnie co innego.
  Kilka razy chodził z matką do kościoła. Ostatecznie odwiedzał z nią bardzo niewiele miejsc. Od tamtej pory, po jej nawróceniu, ilekroć słyszał ją modlącą się w domu, nieustannie pragnął dla niej czegoś, czego zdawała się nie mieć i czego nigdy w życiu nie otrzymała.
  Czy religia przyniosła jej coś? Po początkowym szoku, gdy pastor-rewitalista przyszedł do domu Olivera, aby się z nią pomodlić, Red nigdy więcej nie usłyszała siebie modlącej się na głos. Z determinacją uczęszczała do kościoła dwa razy w każdą niedzielę i na spotkania modlitewne w ciągu tygodnia. W kościele zawsze siedziała w tym samym miejscu. Siedziała sama. Członkowie kościoła często denerwowali się podczas ceremonii. Wydobywały się z nich ciche, niewyraźne słowa. Szczególnie często zdarzało się to podczas modlitw. Pastor, niski mężczyzna o czerwonej twarzy, stanął przed ludźmi i zamknął oczy. Modlił się głośno. "O Panie, daj nam złamane serca. Zachowaj nas w pokorze".
  Prawie cała kongregacja składała się ze starszych ludzi z młynów. Red pomyślał, że muszą być bardzo skromni... "Tak, Panie. Amen. Pomóż nam, Panie" - powiedziały ciche głosy. Głosy dobiegały z sali. Od czasu do czasu proszono parafianina o poprowadzenie modlitwy. Matki Reda nie poproszono. Nie odezwała się ani słowem. Zgarbiła ramiona i nadal patrzyła w podłogę. Red, który poszedł z nią do kościoła nie dlatego, że chciał, ale dlatego, że czuł się winny, widząc, jak zawsze chodzi sama, zdawało mu się, że drżą jej ramiona. Sam nie wiedział, co zrobić. Za pierwszym razem, gdy poszedł z matką i gdy nadszedł czas modlitwy, skłonił głowę jak ona, a następnym razem usiadł z głową uniesioną. "Nie mam prawa udawać, że czuję się skromny czy religijny, skoro tak naprawdę nie jestem" - pomyślał.
  Red przeszedł obok młyna i usiadł na torach kolejowych. Stromy brzeg opadał ku rzece, a na nim rosło kilka drzew. Dwóch czarnoskórych mężczyzn łowiło ryby, ukrytych pod stromym brzegiem, gotowych na niedzielny wypad. Nie zwracali uwagi na Reda, być może nawet go nie zauważali. Między nim a rybakami rosło małe drzewo. Siedział na wystającym końcu podkładu kolejowego.
  Tego dnia nie poszedł do domu na obiad. Znalazł się w dziwnej sytuacji w mieście i zaczął to odczuwać dotkliwie - na wpół odcięty od życia innych młodych ludzi w swoim wieku, wśród których kiedyś cieszył się tak dużą popularnością, i prawdziwie wykluczony z życia robotników fabrycznych. Czy chciał być jednym z nich?
  Dzieciaki z fabryki, z którymi grał w baseball, były całkiem miłe. Wszyscy pracownicy fabryki byli dla niego mili, podobnie jak mieszkańcy miasta. "Co ja kopię?" - zadawał sobie pytanie w tę niedzielę. Czasami w sobotnie popołudnia drużyna fabryczna jechała autobusem, żeby zagrać z inną drużyną fabryczną w innym mieście, a Red jechał z nimi. Kiedy grał dobrze lub dobrze uderzył piłkę, młodzi mężczyźni z jego drużyny klaskali i wiwatowali. "Dobrze" - krzyczeli. Nie było wątpliwości, że jego obecność wzmacniała drużynę.
  A jednak, kiedy wracali do domu po meczu... zostawili Reda siedzącego samotnie z tyłu autobusu, który wynajęli na tę okazję, ponieważ jego matka siedziała sama w kościele i nie zwracała się do niego bezpośrednio. Czasami, gdy szedł do młyna wcześnie rano lub wychodził z niego wieczorem, docierał do wioski młynarskiej z mężczyzną lub małą grupą mężczyzn. Rozmawiali swobodnie, dopóki do nich nie dołączył, a potem nagle rozmowa się urwała. Słowa zdawały się zamarzać na ustach mężczyzn.
  Z dziewczynami z młyna było trochę lepiej, pomyślał Red. Co jakiś czas któraś z nich zerkała na niego. Nie rozmawiał z nimi zbyt wiele tego pierwszego lata. "Zastanawiam się, czy pójście do pracy w młynie jest jak pójście mojej matki do kościoła?" - pomyślał. Mógłby poprosić o pracę w biurze młyna. Większość mieszkańców miasta, którzy pracowali w młynie, pracowała w biurze. Kiedy był mecz, przychodziły oglądać, ale nie grały. Red nie chciał takiej pracy. Nie wiedział dlaczego.
  Czy zawsze było coś złego w sposobie, w jaki traktowano go w mieście, ze względu na jego matkę?
  В его отце была какая-то загадка. Рэд не знал этой истории. Когда он играл в мяч в школьной команде, в последний год обучения в старшей школе он соскользнул на вторую базу i случайно порезал шипами игрока противоположной команды. Он был игроком средней школы из соседнего города. Он рассердился. "Это ниггерские штучки", - сердито сказал он Рэду. Он двинулся к Рэду, как будто хотел драться. Рэд пытался извиниться. - Что ты имеешь в виду под "негритянскими штучками"? na спросил.
  "Och, chyba wiesz" - powiedział chłopiec. To wszystko. Nic więcej nie powiedział. Przybiegło kilku innych graczy. Incydent został zapomniany. Pewnego dnia, stojąc w sklepie, usłyszał, jak jacyś mężczyźni rozmawiają o jego ojcu. "Jest taki miły" - powiedział głos, mając na myśli doktora Olivera.
  "Lubi kiepskie, kiepskie białe i czarne". To wszystko. Red był wtedy jeszcze chłopcem. Mężczyźni nie widzieli go stojącego w sklepie i wyszedł niezauważony. W niedzielę, siedząc na torach kolejowych, zamyślony, przypomniał sobie zdanie, które podsłuchał dawno temu. Pamiętał, jaki był wtedy zły. Co mieli na myśli, mówiąc w ten sposób o swoim ojcu? W noc po incydencie był zamyślony i raczej zdenerwowany, kiedy kładł się spać, ale później o tym zapomniał. Teraz to wróciło.
  Być może Red po prostu miał napad smutku. Młodzi mężczyźni miewają melancholię, tak jak starzy. Nienawidził wracać do domu. Podjechał pociąg towarowy, a on położył się w wysokiej trawie na zboczu prowadzącym do strumienia. Teraz był całkowicie ukryty. Murzyńscy rybacy odeszli, a tego popołudnia kilku młodych mężczyzn z wioski młynarskiej przyszło nad rzekę popływać. Dwóch z nich długo się bawiło. Ubrali się i wyszli.
  Późnym popołudniem robiło się coraz zimniej. Co za dziwny dzień dla Red! Grupa młodych dziewcząt, również z wioski młynarskiej, szła wzdłuż torów. Śmiały się i rozmawiały. Dwie z nich były bardzo ładne, pomyślał Red. Wielu starszych ludzi, którzy pracowali w młynie od lat, było słabych, a wiele dzieci było wątłych i chorowitych. Mieszkańcy miasta twierdzili, że to dlatego, że nie wiedzieli, jak o siebie zadbać. "Matki nie wiedzą, jak opiekować się swoimi dziećmi. Są ignorantkami" - oświadczyli mieszkańcy Langdon.
  Zawsze mówili o ignorancji i głupocie robotników fabrycznych. Dziewczyny z fabryki, które Red widział tamtego dnia, nie wyglądały na głupie. Podobały mu się. Szły ścieżką i zatrzymały się niedaleko miejsca, w którym leżał w wysokiej trawie. Wśród nich była dziewczyna, którą Red zauważył w młynie. To była jedna z dziewczyn, pomyślał, która mu się przyjrzała. Była niska, z krótkim ciałem i dużą głową, i Red uważał, że ma piękne oczy. Miała grube usta, prawie jak u Murzyna.
  Najwyraźniej przewodziła wśród robotników. Zebrali się wokół niej. Zatrzymali się zaledwie kilka kroków od miejsca, gdzie leżał Red. "Chodź. Naucz nas tej nowej pieśni, którą masz" - powiedział jeden z nich do dziewczyny o grubych ustach.
  "Klara mówi, że masz nową" - upierała się jedna z dziewcząt. "Mówi, że jest gorąca". Dziewczyna o grubych ustach przygotowała się do śpiewu. "Wszyscy musicie pomóc. Wszyscy musicie dołączyć do chóru" - powiedziała.
  "Chodzi o dom na wodzie" - powiedziała. Red uśmiechnął się, chowając się w trawie. Wiedział, że dziewczyny z młyna nazywają toalety "podgrzewaczami wody".
  Brygadzista przędzalni, ten sam młody człowiek, który zaproponował Redowi grę w drużynie piłkarskiej, miał na imię Lewis.
  W upalne dni mieszkańcy miasta mogli przejeżdżać przez młyn małym wózkiem. Sprzedawał butelki Coca-Coli i tanie cukierki. Był jeden rodzaj tanich cukierków - duże, miękkie cukierki, zwane "Drogą Mleczną".
  Piosenka, którą śpiewały dziewczyny, opowiadała o życiu w tartaku. Red nagle przypomniał sobie, jak Lewis i inni brygadziści narzekali, że dziewczyny zbyt często chodzą do toalety. Kiedy były zmęczone, w długie, upalne dni, szły tam odpocząć. Dziewczyna w piosence śpiewała właśnie o tym.
  "Słychać te gadające ręce czyszczące psy" - zaśpiewała, odchylając głowę do tyłu.
  
  Dajcie mi Coca-Colę i Drogę Mleczną.
  Dajcie mi Coca-Colę i Drogę Mleczną.
  Dwa razy dziennie.
  
  Dajcie mi Coca-Colę i Drogę Mleczną.
  
  Pozostałe dziewczyny śpiewały razem z nią i śmiały się.
  
  Dajcie mi Coca-Colę i Drogę Mleczną.
  Przechodzimy przez pokój o wymiarach cztery na cztery,
  Patrząc na drzwi podgrzewacza wody.
  Dajcie mi Coca-Colę i Drogę Mleczną.
  Stary Lewis, przysięgam, stary Lewis puka,
  Chciałbym go uderzyć kamieniem.
  
  Dziewczyny szły wzdłuż torów, krzycząc ze śmiechu. Red słyszał ich śpiew przez długi czas, idąc.
  
  Coca-Cola i Droga Mleczna.
  Pilin w domu-wieży ciśnień.
  Wyjdź z wodnego domu.
  Do drzwiczek podgrzewacza wody.
  
  Najwyraźniej w młynie Langdona istniało życie, o którym Red Oliver nic nie wiedział. Z jaką przyjemnością ta dziewczyna o grubych ustach śpiewała w młynie swoją pieśń życia! Ileż emocji udało jej się włożyć w te ostre słowa. W Langdonie nieustannie mówiono o stosunku robotników do Toma Shawa. "Spójrzcie, co on dla nich zrobił" - mawiali ludzie. Red słyszał takie gadanie na ulicach Langdona przez całe życie.
  Robotnicy młyna podobno byli mu wdzięczni. I dlaczego nie? Wielu z nich nie umiało czytać ani pisać, kiedy przybyli do młyna. Czyż niektóre z najlepszych kobiet w mieście nie podróżowały nocą do wioski, w której znajdował się młyn, aby nauczyć je czytać i pisać?
  Mieszkali w lepszych domach niż te, które znali po powrocie na równiny i wzgórza Georgii. Mieszkali wtedy w szałasach takich jak te.
  Teraz mieli opiekę medyczną. Mieli wszystko.
  Najwyraźniej byli niezadowoleni. Coś było nie tak. Red leżał na trawie, rozmyślając o tym, co usłyszał. Został tam, na zboczu nad rzeką, za młynem i torami kolejowymi, aż zapadła ciemność.
  
  Stary Lewis, przysięgam, stary Lewis puka,
  Chciałbym go uderzyć kamieniem.
  
  To musiał być Lewis, brygadzista przędzalni, który walił w drzwi toalet, próbując zmusić dziewczyny do powrotu do pracy. W głosach dziewcząt, gdy śpiewały ordynarne słowa, słychać było jad. "Zastanawiam się" - pomyślał Red - "zastanawiam się, czy ten Lewis ma na to jaja". Lewis był bardzo uprzejmy, kiedy rozmawiał z Red o grze w drużynie z chłopakami z przędzalni.
  *
  Długie rzędy wrzecion w przędzalni mknęły z przerażającą prędkością. Jakże czyste i uporządkowane były te duże pomieszczenia! To samo można było powiedzieć o całej przędzalni. Wszystkie maszyny, poruszające się tak szybko i wykonujące swoją pracę z taką precyzją, pozostawały jasne i lśniące. Nadzorca o to dbał. Jego wzrok był zawsze utkwiony w maszynach. Sufity, ściany i podłogi pomieszczeń były nieskazitelnie czyste. Młyn stanowił jaskrawy kontrast z życiem w miasteczku Langdon, z życiem w domach, na ulicach i w sklepach. Wszystko było uporządkowane, wszystko poruszało się z uporządkowaną prędkością w jednym kierunku - produkcji sukna.
  Maszyny wiedziały, co mają robić. Nie trzeba było im tego mówić. Nie zatrzymywały się ani nie wahały. Cały dzień, brzęcząc i brzęcząc, wykonywały swoje zadania.
  Stalowe palce się poruszały. Setki tysięcy maleńkich stalowych palców pracowało w fabryce, pracując z nicią, z bawełną, by zrobić nić, z nicią, by utkać z niej tkaninę. W ogromnej tkalni fabryki znajdowały się przędze w każdym kolorze. Malutkie stalowe palce wybierały nić o odpowiednim kolorze, by stworzyć wzór na tkaninie. Red czuł w pokojach pewne podniecenie. Czuł je już w przędzalniach. Tam nici tańczyły w powietrzu; w sąsiednim pomieszczeniu znajdowały się nawijarki i osnowarki. Były tam doskonałe bębny. Maszyny do osnowy go fascynowały. Nici schodziły z setek szpul na ogromny motek, każda nić na swoim miejscu. Była zaprzęgana do krosien z ogromnych rolek.
  W młynie, jak nigdy dotąd w swoim młodym życiu, Red wyczuł ludzki umysł wykonujący coś konkretnego i uporządkowanego. Olbrzymie maszyny przetwarzały bawełnę wychodzącą z odziarniarek. Czesały i pieściły drobne bawełniane włókna, układając je w proste, równoległe linie i skręcając w nici. Bawełna wyłaniała się z ogromnych maszyn biała, niczym cienki, szeroki welon.
  Praca tam Reda miała w sobie coś ekscytującego. Czasem czuł, jakby każdy nerw w jego ciele tańczył i współpracował z maszynami. Nieświadomy tego, co się z nim dzieje, wszedł na ścieżkę amerykańskiego geniuszu. Pokolenia przed nim, najwybitniejsze umysły Ameryki pracowały nad maszynami, które znalazł w młynie.
  W wielkich fabrykach samochodów, hutach stali, fabrykach konserw i stalowniach stały inne cudowne, niemal nadludzkie maszyny. Red cieszył się, że nie ubiegał się o pracę w biurze huty. Kto chciałby być księgowym: kupującym czy sprzedającym? Nie zdając sobie z tego sprawy, Red zadał cios Ameryce w jej najlepszym wydaniu.
  Och, wielkie, jasne pomieszczenia, śpiewające maszyny, krzyczące, tańczące maszyny!
  Spójrz na nie na tle panoram miast! Spójrz na maszyny pracujące w tysiącach młynów!
  W głębi duszy Red żywił wielki podziw dla dziennego kierownika młyna, człowieka, który znał każdą maszynę w zakładzie, wiedział dokładnie, do czego ma służyć, który tak skrupulatnie dbał o swoje maszyny. Dlaczego, wraz ze wzrostem podziwu dla tego człowieka, narastała w nim również pewna pogarda dla Toma Shawa i pracowników młyna? Nie znał Toma Shawa dobrze, ale wiedział, że w pewnym sensie zawsze się przechwalał. Myślał, że dokonał tego, co Red widział teraz po raz pierwszy. To, co widział, musiało być naprawdę dziełem robotników takich jak ten kierownik. W młynie byli też naprawiacze maszyn: ludzie, którzy czyścili maszyny i naprawiali zepsute. Na ulicach miasta ludzie zawsze się przechwalali. Każdy zdawał się starać wyglądać na większego od innych. W młynie nie było takiego przechwalania się. Red wiedział, że wysoki, zgarbiony kierownik młyna nigdy nie będzie przechwalaczem. Jak człowiek, który znalazł się w obecności takich maszyn, mógłby się przechwalać, skoro czuł maszyny?
  To pewnie tacy ludzie jak Tom Shaw... Red rzadko widywał Toma Shawa po tym, jak dostał pracę... rzadko przychodził do fabryki. "Dlaczego o nim myślę?" - pytał siebie Red. Był w tym wspaniałym, jasnym, czystym miejscu. Pomagał utrzymać je w czystości. Został woźnym.
  Rzeczywiście, w powietrzu unosiły się kłaczki. Wisiały w powietrzu niczym drobny, biały pył, ledwo widoczne. Nad sufitem widać było płaskie dyski, z których spadały drobne, białe krople. Czasami te krople były niebieskie. Red pomyślał, że musiały być niebieskie, bo sufit miał ciężkie belki poprzeczne pomalowane na niebiesko. Ściany pomieszczenia były białe. Był nawet odcień czerwieni. Dwie młode dziewczyny pracujące w przędzalni nosiły czerwone bawełniane sukienki.
  W przędzalni tętniło życie. Wszystkie dziewczyny w przędzalni były młode. Musiały pracować szybko. Żuły gumę. Niektóre żuły tytoń. Ciemne, przebarwione plamy tworzyły się w kącikach ich ust. Była tam dziewczyna z dużymi ustami i dużym nosem, ta, którą Red widział z innymi dziewczynami idącymi wzdłuż torów kolejowych, ta, która pisała piosenki. Spojrzała na Reda. W jej oczach było coś prowokującego. Były wyzywające. Red nie mógł zrozumieć dlaczego. Nie była piękna. Kiedy się do niej zbliżył, przeszedł go dreszcz i śnił o niej po nocach.
  To były kobiece marzenia młodego mężczyzny. "Dlaczego jedna z nich mnie tak irytuje, a druga nie?" Była roześmianą i gadatliwą dziewczyną. Gdyby kiedykolwiek w tej fabryce pojawiły się problemy pracownicze, to ona byłaby ich liderką. Podobnie jak inne, biegała tam i z powrotem między długimi rzędami maszyn, wiążąc zerwane nici. W tym celu nosiła na ramieniu pomysłową małą maszynę dziewiarską. Red obserwował ręce wszystkich dziewcząt. "Jakie piękne ręce mają te robotnice" - pomyślał. Ręce dziewcząt wykonywały drobne zadanie wiązania zerwanych nici tak szybko, że wzrok nie mógł za nimi nadążyć. Czasami dziewczyny chodziły powoli tam i z powrotem, czasami biegły. Nic dziwnego, że się męczyły i szły nad stawy, żeby odpocząć. Red śnił, że biegnie tam i z powrotem między rzędami maszyn za paplającą dziewczyną. Biegła do innych dziewcząt i szeptała im coś do ucha. Chodziła dookoła, śmiejąc się z niego. Miała silne, drobne ciało i długą talię. Widział jej jędrne, młode piersi, ich krągłości widoczne przez cienką sukienkę, którą miała na sobie. Kiedy gonił ją w snach, była jak ptak w swojej szybkości. Jej ramiona były jak skrzydła. Nigdy nie mógł jej złapać.
  Red pomyślał, że między dziewczynami z przędzalni a maszynami, którymi się opiekowały, istniała nawet pewna zażyłość. Chwilami zdawały się stać jednością. Młode dziewczyny, niemal dzieci, które odwiedzały latające maszyny, wyglądały jak małe matki. Maszyny były dziećmi, wymagającymi nieustannej opieki. Latem powietrze w pomieszczeniu było duszne. Powietrze było wilgotne od rozprysków wody z góry. Na powierzchni ich cienkich sukienek pojawiały się ciemne plamy. Całymi dniami dziewczyny biegały niespokojnie tam i z powrotem. Pod koniec pierwszego lata pracy Reda przeniesiono na nocną zmianę. W ciągu dnia mógł znaleźć ukojenie w napięciu, które zawsze przenikało przędzalnię, wrażeniu, że coś lata, lata, lata, napięcie w powietrzu. Były okna, przez które mógł patrzeć. Widział wioskę młynarską albo, po drugiej stronie pomieszczenia, rzekę i tory kolejowe. Od czasu do czasu przejeżdżał pociąg. Za oknem było inne życie. Były lasy i rzeki. Dzieci bawiły się na pustych ulicach pobliskiej wioski młyńskiej.
  W nocy wszystko było inne. Ściany młyna zaciskały się na Reda. Czuł, że zapada się, zapada, w dół, w dół - w co? Był całkowicie zanurzony w dziwnym świecie światła i ruchu. Jego małe palce zawsze zdawały się działać mu na nerwy. Jak długie były noce! Czasami był bardzo zmęczony. Nie chodziło o to, że był fizycznie zmęczony. Jego ciało było silne. Zmęczenie przychodziło po prostu od obserwowania nieustannej prędkości maszyn i ruchów tych, którzy je obsługiwali. W tym pokoju był młody mężczyzna, który grał na trzeciej bazie w drużynie Millball i był nokautem. Wyjmował szpulki nici z maszyny i wkładał gołe. Poruszał się tak szybko, że czasami samo patrzenie na niego strasznie męczyło Reda, a jednocześnie trochę go przerażało.
  Przeżywał dziwne chwile strachu. Zajmował się swoją pracą. Nagle się zatrzymał. Stał i wpatrywał się w jakąś maszynę. Jak niewiarygodnie szybko jechała! W jednym pomieszczeniu kręciły się tysiące wrzecion. Maszyny obsługiwali pracownicy. Kierownik w milczeniu przechadzał się po pokojach. Był młodszy od dziennego robotnika i ten również pochodził z Północy.
  Trudno było spać w ciągu dnia po nocy spędzonej w młynie. Red co chwila budził się nagle. Usiadł na łóżku. Zasnął ponownie i w snach zanurzył się w świecie ruchu. We śnie latały też wstążki, tańczące krosna, które wydawały przy tym grzechoczący dźwięk. Malutkie stalowe paluszki tańczyły na krosnach. Szpulki kręciły się w przędzalni. Malutkie stalowe paluszki skubały włosy Reda. Z nich również tkano tkaninę. Często, gdy Red w końcu się uspokoił, nadchodziła pora, by wstać i ponownie pójść do młyna.
  Jak było z dziewczętami, kobietami i młodymi chłopcami, którzy pracowali przez cały rok, z których wielu pracowało w młynie przez całe życie? Czy u nich było tak samo? - chciał zapytać Red. Wciąż był wobec nich tak samo nieśmiały, jak oni wobec niego.
  W każdym pomieszczeniu przędzalni był brygadzista. W pomieszczeniach, gdzie bawełna rozpoczynała swoją podróż w tkaninę, w pomieszczeniach w pobliżu platformy, gdzie bele bawełny były wyjmowane z maszyn, gdzie potężni czarni mężczyźni je obsługiwali, gdzie bawełna była rozbijana i czyszczona, w powietrzu unosił się gęsty kurz. Ogromne maszyny przetwarzały bawełnę w tym pomieszczeniu. Wyciągały ją z bel, zwijały i obracały w bębnach. Czarni mężczyźni i kobiety obsługiwali maszyny. Przechodziła ona z jednej ogromnej maszyny do drugiej. Kurz zamieniał się w chmurę. Kręcone włosy mężczyzn i kobiet pracujących w tym pomieszczeniu posiwiały. Ich twarze były szare. Ktoś powiedział Redowi, że wielu czarnoskórych pracujących w przędzalniach bawełny umierało młodo na gruźlicę. Byli czarni. Mężczyzna, który powiedział Redowi, roześmiał się. "Co to znaczy? Więc mniej czarnoskórych" - powiedział. We wszystkich pozostałych pomieszczeniach pracownicy byli biali.
  Red spotkał kierownika nocnej zmiany. W jakiś sposób dowiedział się, że Red nie pochodzi z miasteczka fabrycznego, ale z miasta, że poprzedniego lata studiował w college'u na północy i planuje wrócić. Kierownik nocnej zmiany był młodym mężczyzną w wieku około dwudziestu siedmiu lub ośmiu lat, drobnej budowy ciała i niezwykle dużej głowy, pokrytej cienkimi, krótko przyciętymi, żółtymi włosami. Przybył do zakładu z Northern Technical School.
  Czuł się samotny w Langdon. Południe go intrygowało. Cywilizacja Południa jest złożona. Istnieje mnóstwo sprzecznych nurtów. Mieszkańcy Południa mówią: "Żaden mieszkaniec Północy nie zrozumie. Jak on może?". Istnieje pewien dziwny fakt dotyczący życia Murzynów, tak ściśle związanego z życiem białych, a jednocześnie tak od niego oderwanego. Pojawiają się drobne sprzeczki, które stają się niezwykle istotne. "Nie wolno nazywać Murzyna "panem" ani Murzynki "panią". Nawet gazety, które chcą, aby nakład był czarny, muszą być ostrożne. Stosowane są wszelkiego rodzaju dziwne sztuczki. Życie między brązowymi a białymi staje się niespodziewanie intymne. Rozbieżności są ostre w najbardziej nieoczekiwanych szczegółach życia codziennego. Powstaje zamieszanie. W ostatnich latach rozwija się przemysł, a biedni biali są nagle, gwałtownie i gwałtownie wciągani w nowoczesne życie przemysłowe...
  Maszyna nie robi żadnego rozróżnienia.
  Biały sprzedawca mógłby uklęknąć przed kobietą czarnoskórą w sklepie obuwniczym, żeby sprzedać jej parę butów. W porządku. Gdyby zapytał: "Pani Grayson, czy podobają się pani te buty?", użyłby słowa "pani". Biały mieszkaniec Południa mówi: "Raczej bym sobie odciął rękę".
  Pieniądze nie mają znaczenia. Są buty na sprzedaż. Mężczyźni zarabiają na życie, sprzedając buty.
  Istnieją bardziej intymne relacje między mężczyznami i kobietami. Lepiej o tym milczeć.
  Gdyby tylko człowiek mógł ograniczyć wszystko, osiągnąć lepszą jakość życia... Młody brygadzista młyna, którego spotkał Red, zadawał mu pytania. Był dla niego kimś nowym. Zatrzymał się w hotelu w mieście.
  Wyszedł z młyna o tej samej godzinie co Red. Kiedy Red zaczynał pracować nocami, wychodzili z młyna o tej samej godzinie rano.
  "Więc jesteś zwykłym robotnikiem?" Przyjął za pewnik, że to, co robił Red, było tylko tymczasowe. "Dopóki jesteś na wakacjach, co?" zapytał. Red nie wiedział. "Tak, chyba tak" - odparł. Zapytał Reda, co planuje robić w życiu, a Red nie potrafił odpowiedzieć. "Nie wiem" - odparł, a młody mężczyzna wpatrywał się w niego. Pewnego dnia zaprosił Reda do swojego pokoju hotelowego. "Wpadnij dziś po południu, jak się wyśpisz" - powiedział.
  Był jak dozorca dzienny, bo samochody były ważną rzeczą w jego życiu. "Co oni mają na myśli tutaj na Południu, kiedy mówią to i to? Do czego zmierzają?"
  Nawet prezes fabryki, Tom Shaw, wyczuwał dziwną nieśmiałość wobec robotników. "Dlaczego" - zapytał młody mieszkaniec północy - "on ciągle mówi o "moich ludziach"? Co masz na myśli mówiąc "jego ludzie"? To mężczyźni i kobiety, prawda? Czy dobrze wykonują swoją pracę, czy nie?"
  "Dlaczego kolorowi pracują w jednym pokoju, a biali w drugim?" Młody mężczyzna wyglądał jak dzienny nadzorca. Był człowiekiem-maszyną. Kiedy Red był tego dnia w swoim pokoju, wyciągnął katalog wydany przez konstruktora maszyn z Północy. Była to maszyna, którą próbował wdrożyć w fabryce. Mężczyzna miał małe, dość delikatne białe palce. Jego włosy były cienkie i jasnożółte. W małym pokoju hotelowym na Południu było gorąco, a on miał na sobie koszulę z krótkim rękawem.
  Położył katalog na łóżku i pokazał go Redowi. Jego białe palce z szacunkiem otwierały strony. "Widzisz!" - wykrzyknął. Przybył do South Mill mniej więcej w tym samym czasie, gdy Red objął stanowisko, zastępując innego mężczyznę, który nagle zmarł, i od tamtej pory wśród pracowników narastały zamieszki. Red niewiele o tym wiedział. Żaden z mężczyzn, z którymi grał w piłkę lub których widywał w młynie, nie wspomniał mu o tym. Płace zostały obniżone o dziesięć procent i panowało niezadowolenie. Majster młyna wiedział. Majster w młynie mu o tym powiedział. Wśród pracowników młyna było nawet kilku amatorów agitacji.
  Nadinspektor pokazał Redowi zdjęcie ogromnej, skomplikowanej maszyny. Jego palce drżały z zachwytu, gdy wskazywał na nią, próbując wyjaśnić, jak działa. "Patrz" - powiedział. "Wykonuje pracę, którą obecnie wykonuje dwadzieścia lub trzydzieści osób, i robi to automatycznie".
  Pewnego ranka Red szedł z młyna do miasta z młodym mężczyzną z północy. Przechodzili przez wioskę. Mężczyźni i kobiety ze zmiany dziennej byli już w młynie, a pracownicy zmiany nocnej wychodzili. Red i nadzorca szli między nimi. Używał słów, których Red nie rozumiał. Doszli do drogi. Idąc, nadzorca mówił o ludziach z młyna. "Są całkiem głupi, prawda?" zapytał. Być może myślał, że Red też jest głupi. Zatrzymując się na drodze, wskazał na młyn. "To nawet nie połowa tego, co będzie" - powiedział. Szedł i rozmawiał, idąc. Prezes młyna, powiedział, zgodził się kupić nową maszynę, której zdjęcie pokazał Redowi. Była to dokładnie ta, o której Red nigdy nie słyszał. Podejmowano próbę wprowadzenia jej do najlepszych fabryk. "Maszyny będą stawały się coraz bardziej zautomatyzowane" - powiedział.
  Ponownie poruszył kwestię problemów z warzeniem piwa wśród pracowników fabryki, o których Red nie słyszał. Powiedział, że były próby utworzenia związku zawodowego w fabrykach na południu. "Lepiej, żeby odpuścili" - powiedział.
  "Wkrótce będą mieli szczęście, jeśli któremuś z nich uda się znaleźć pracę.
  "Będziemy prowadzić fabryki z coraz mniejszą liczbą pracowników, wykorzystując coraz bardziej zautomatyzowany sprzęt. Nadejdzie czas, kiedy każda huta będzie zautomatyzowana". Założył, że Red ma rację. "Pracujesz w hucie, ale jesteś jednym z nas" - sugerował jego głos i zachowanie. Robotnicy nic dla niego nie znaczyli. Opowiadał o północnych hutach, w których pracował. Niektórzy z jego przyjaciół, młodzi technicy tacy jak on, pracowali w innych fabrykach, w fabrykach samochodów i hutach stali.
  "Na Północy" - powiedział - "w fabrykach na Północy wiedzą, jak radzić sobie z pracą". Wraz z pojawieniem się zautomatyzowanych maszyn stale przybywało nadwyżek siły roboczej. "Konieczne jest " - powiedział - "utrzymanie wystarczającej ilości nadwyżek siły roboczej. Wtedy można obniżyć płace, kiedy tylko się chce. Można robić, co się chce" - dodał.
  OceanofPDF.com
  3
  
  W domu Olivera zawsze panował pewien porządek, wszystko zmierzało do pewnego uporządkowanego zakończenia, a w domu Olivera tętniło życie.
  Duży, stary dom Olivera był już w ruinie. Zbudował go dziadek Reda, chirurg z czasów Konfederacji, a jego ojciec mieszkał tam i zmarł. Wielcy mężowie dawnego Południa budowali z rozmachem. Dom był za duży dla Reda i jego matki. Wiele pokoi było pustych. Tuż za domem, połączonym z nim zadaszonym przejściem, znajdowała się duża kuchnia. Była wystarczająco duża, by pomieścić kuchnię hotelową. Dla Oliverów gotowała gruba, stara, czarnoskóra kobieta.
  W dzieciństwie Reda inna czarnoskóra kobieta ścieliła łóżka i zamiatała podłogi w domu. Opiekowała się nim, gdy był małym dzieckiem, a jej matka była niewolnicą starego doktora Olivera.
  Stary lekarz był kiedyś zapalonym czytelnikiem. W salonie domu na dole, w przeszklonych, obecnie zniszczonych regałach, stały rzędy starych książek, a w jednym z pustych pokoi stały pudła z książkami. Ojciec Reda nigdy nie otwierał książki. Przez wiele lat po tym, jak został lekarzem, nosił ze sobą czasopismo medyczne, ale rzadko wyjmował je z opakowań. Niewielki stosik tych czasopism leżał na podłodze na piętrze, w jednym z pustych pokoi.
  Matka Reda próbowała coś zrobić ze starym domem po ślubie z młodym lekarzem, ale poczyniła nikłe postępy. Lekarz nie był zainteresowany jej działaniami, a to, co próbowała zrobić, irytowało służbę.
  Uszyła nowe zasłony do niektórych okien. Stare krzesła, zepsute lub pozbawione siedzisk i stojące niezauważone w kątach od śmierci starego doktora, zostały wywiezione i naprawione. Nie było dużo pieniędzy, ale pani Oliver zatrudniła do pomocy pomysłowego młodego czarnoskórego mężczyznę z miasta. Przybył z gwoździami i młotkiem. Zaczęła próbować pozbyć się służby. Ostatecznie niewiele zdziałała.
  Czarnoskóra kobieta, która pracowała już w domu, gdy młody lekarz się ożenił, nie lubiła jego żony. Oboje byli wtedy jeszcze młodzi, chociaż kucharka była mężatką. Później jej mąż zniknął, a ona bardzo przytyła. Spała w małym pokoju obok kuchni. Dwie czarnoskóre kobiety gardziły nową białą kobietą. Nie chciały, nie śmiały powiedzieć jej: "Nie. Nie zrobię tego". Czarni nie traktowali białych w ten sposób.
  "Tak, rzeczywiście. Tak, panno Susan. Tak, rzeczywiście, panno Susan" - powiedzieli. Rozpoczęła się walka między dwiema czarnoskórymi kobietami a białą kobietą, która trwała kilka lat. Żona lekarza nie została od razu skreślona. Nie mogła powiedzieć: "To zostało zrobione, żeby udaremnić mój cel". Naprawione krzesła znów się złamały.
  Krzesło zostało naprawione i postawione w salonie. W jakiś sposób wylądowało w korytarzu, a lekarz, wracając późno wieczorem do domu, potknął się o nie i upadł. Krzesło znowu się zepsuło. Kiedy biała kobieta poskarżyła się mężowi, ten się uśmiechnął. Kochał czarnoskórych; lubił ich. "Byli tu, kiedy mama żyła. Ich lud należał do nas przed wojną" - powiedział. Nawet dziecko w domu później zdało sobie sprawę, że coś jest nie tak. Kiedy biała kobieta z jakiegoś powodu wyszła z domu, cała atmosfera się zmieniła. Czarny śmiech rozbrzmiał w domu. Jako dziecko Red najbardziej lubił, gdy matki nie było w domu. Czarne kobiety śmiały się z matki Reda. Nie zdawał sobie z tego sprawy, był za mały, żeby to wiedzieć. Kiedy matki nie było, wkradały się do niej inne czarne służące z sąsiednich domów. Matka Reda sama była marketerką. Była jedną z niewielu białych kobiet z wyższych sfer, które to robiły. Czasami chodziła po ulicach z koszykiem zakupów w ręku. Czarne kobiety zebrały się w kuchni. "Gdzie jest panna Susan? Gdzie ona poszła?" - zapytała jedna z kobiet. Kobieta, która mówiła, widziała, jak pani Oliver wychodziła. Wiedziała. "Czyż nie jest wspaniałą damą?" - powiedziała. "Młody doktor Oliver z pewnością dobrze sobie poradził, prawda?"
  "Poszła na targ. Poszła do sklepu."
  Pielęgniarka Reda, dziewczyna z góry, podniosła koszyk i przeszła po kuchennej podłodze. W chodzie matki Reda zawsze było coś buntowniczego. Trzymała głowę prosto. Lekko zmarszczyła brwi, a wokół jej ust utworzyła się napięta linia.
  Murzynka potrafiła naśladować jej chód. Wszystkie murzynki, które przyszły, trzęsły się ze śmiechu, a nawet dziecko śmiało się, gdy młoda murzynka z koszykiem na ramieniu i tak nieruchomą głową chodziła tam i z powrotem. Red, dziecko, nie wiedziało, dlaczego się śmieje. Śmiało się, bo inni też. Krzyczało z radości. Dla dwóch murzynek pani Oliver była kimś wyjątkowym. Była Biedną Biedną. Była Biednym Białym Śmieciem. Kobiety nie powiedziały tego przy dziecku. Matka Red powiesiła nowe białe zasłony w niektórych oknach na dole. Jedna z zasłon się spaliła.
  Po praniu wyprasowali ją, a na niej było gorące żelazko. To była jedna z tych rzeczy, które się ciągle powtarzały. Wypaliła się w niej ogromna dziura. To nie była niczyja wina. Red został sam na podłodze w korytarzu. Pojawił się pies i zaczął płakać. Kucharka, która prasowała, podbiegła do niego. To było idealne wytłumaczenie tego, co się stało. Zasłona była jedną z trzech kupionych do jadalni. Kiedy mama Reda poszła kupić materiał na jej wymianę, wszystkie zostały sprzedane.
  Czasami, jako małe dziecko, Red płakał w nocy. Miał jakąś dziecięcą przypadłość. Bolał go brzuch. Jego matka wbiegła na górę, ale zanim zdążyła dosięgnąć dziecka, stała tam już czarnoskóra kobieta, tuląc Reda do piersi. "Już wszystko w porządku" - powiedziała. Nie chciała oddać dziecka matce, a matka zawahała się. Jej pierś rozsadzało pragnienie, by przytulić dziecko i pocieszyć je. Dwie czarnoskóre kobiety w domu bez przerwy rozmawiały o tym, jak było w domu, gdy żyli stary doktor i jego żona. Oczywiście, same były dziećmi. A jednak pamiętały. Coś implikowało. "Prawdziwa kobieta z Południa, dama, robi to i to". Pani Oliver wyszła z pokoju i wróciła do łóżka, nie dotykając dziecka.
  Dziecko wtuliło się w ciepłą, brązową pierś. Jego małe rączki sięgnęły w górę i poczuli ciepłą, brązową pierś. Za czasów jego ojca wszystko mogło wyglądać właśnie tak. Kobiety na Południu, na starym Południu, w czasach starego Doktora Olivera, były damami. Biali mężczyźni z Południa, z klasy właścicieli niewolników, dużo o tym mówili. "Nie chcę, żeby moja żona brudziła sobie ręce". Od kobiet na starym Południu oczekiwano, że pozostaną nieskazitelnie białe.
  Silna, ciemnowłosa kobieta, która opiekowała się Redem, gdy był mały, odsunęła kołdrę z łóżka. Podniosła dziecko i zaniosła je do swojego łóżka. Obnażyła piersi. Nie było mleka, ale pozwoliła dziecku ssać. Jej duże, ciepłe usta pocałowały białe ciałko białego dziecka. To było więcej, niż biała kobieta wiedziała.
  Susan Oliver nigdy nie wiedziała wielu rzeczy. Kiedy Red był mały, jego ojca często wzywano w nocy. Po śmierci ojca przez pewien czas prowadził dość rozległą praktykę. Jeździł konno, a w stajni za domem - stajni, która później stała się garażem - stały trzy konie. Był tam młody czarnoskóry mężczyzna, który opiekował się końmi. Spał w stajni.
  Nadeszły czyste, gorące letnie noce w Georgii. W oknach i drzwiach domu Olivera nie było krat. Drzwi wejściowe starego domu pozostały otwarte, podobnie jak tylne. Przez dom biegł korytarz, znany jako "wybieg dla psów". Drzwi były otwarte, żeby wpuścić trochę wiatru... zawsze, gdy wiał wiatr.
  Bezpańskie psy rzeczywiście biegały nocą po domu. Koty biegały obok. Od czasu do czasu słychać było dziwne, przerażające dźwięki. "Co to jest?" Matka Reda siedziała w swoim pokoju na dole. Słowa wyrwały się z jej ust. Rozbrzmiały w całym domu.
  Murzynka, która zaczynała już tyć, siedziała w swoim pokoju obok kuchni. Leżała na plecach w łóżku i śmiała się. Jej pokój i kuchnia były oddzielone od głównego domu, ale zadaszony korytarz prowadził do jadalni, aby zimą lub w deszczową pogodę można było wnosić jedzenie bez ryzyka zamoczenia. Drzwi między głównym domem a pokojem kucharki były otwarte. "Co to jest?" Matka Reda była zdenerwowana. Była nerwową kobietą. Kucharka mówiła donośnym głosem. "To tylko pies, panno Susan. To tylko pies. Polował na kota. Biała kobieta chciała iść na górę i zabrać dziecko, ale z jakiegoś powodu nie miała odwagi. Dlaczego potrzeba odwagi, by zapolować na własne dziecko?" Często zadawała sobie to pytanie, ale nie potrafiła na nie odpowiedzieć. Uspokoiła się, ale nadal była zdenerwowana i leżała bezsennie godzinami, słysząc dziwne dźwięki i wyobrażając sobie różne rzeczy. Wciąż zadawała sobie pytania o dziecko. "To moje dziecko. Chcę go. Dlaczego nie miałabym spróbować?" Wypowiedziała te słowa na głos, tak że dwie czarnoskóre kobiety, które jej słuchały, często słyszały ciche szepty dochodzące z jej pokoju. "To moje dziecko. Czemu nie?" - powtarzała to w kółko.
  Czarnoskóra kobieta na górze zawładnęła dzieckiem. Biała kobieta bała się jej i kucharki. Bała się męża, białych mieszkańców Langdon, którzy znali jej męża jeszcze przed ślubem, i ojca męża. Nigdy nie przyznała się przed sobą, że się boi. Często w nocy, gdy Red był małym dzieckiem, jego matka leżała w łóżku, drżąc, podczas gdy dziecko spało. Cicho płakała. Red nigdy o tym nie wiedział. Jego ojciec nie wiedział.
  W gorące letnie noce w Georgii śpiew owadów niósł się na zewnątrz i do wnętrza domu. Pieśń wznosiła się i opadała. Ogromne ćmy wlatywały do pokoi. Dom był ostatnim na ulicy, a za nim rozciągały się pola. Ktoś szedł polną drogą i nagle krzyknął. Zaszczekał pies. Słychać było stukot końskich kopyt w kurzu. Łóżeczko Reda było przykryte białą moskitierą. Wszystkie łóżka w domu były pościelone. Łóżka dorosłych miały słupki i baldachimy, a białe moskitiery zwisały niczym zasłony.
  W domu nie było wbudowanych szaf. Prawie wszystkie stare domy na Południu były budowane bez szaf, a każda sypialnia miała dużą mahoniową szafę przy ścianie. Szafa była ogromna, sięgała aż do sufitu.
  Zapadła księżycowa noc. Zewnętrzne tylne schody prowadziły na piętro domu. Czasami, gdy Red był małym dzieckiem, a jego ojciec był wzywany w nocy, a jego koń z hukiem odjeżdżał ulicą, młody, ciemnowłosy mężczyzna ze stajni wchodził boso po schodach.
  Wszedł do pokoju, w którym leżała młoda, ciemnoskóra kobieta z niemowlęciem. Wpełzł pod białą markizę do brązowoskórej kobiety. Słychać było dźwięki. Wybuchła kłótnia. Brązowoskóra kobieta cicho zachichotała. Matka Reda dwukrotnie niemal przyłapała młodego mężczyznę w pokoju.
  Weszła do pokoju bez zapowiedzi. Postanowiła zabrać dziecko do swojego pokoju na dole i kiedy weszła, wyciągnęła Reda z łóżeczka. Zaczął płakać. Płakał bez przerwy.
  Ciemnoskóra kobieta wstała z łóżka; jej kochanek leżał cicho, ukryty pod prześcieradłem. Dziecko płakało, aż brązowoskóra kobieta zabrała je od matki, po czym zamilkło. Biała kobieta odeszła.
  Kiedy matka Reda ponownie się pojawiła, czarnoskóry mężczyzna wstał już z łóżka, ale nie dotarł do drzwi prowadzących na schody zewnętrzne. Wszedł do szafy. Była wystarczająco wysoka, by mógł stanąć prosto, po czym delikatnie ją zamknął. Był prawie nagi, a część jego ubrań leżała na podłodze w pokoju. Matka Reda tego nie zauważyła.
  Czarnoskóry mężczyzna był silnym mężczyzną o szerokich ramionach. To on nauczył Reda jeździć konno. Pewnej nocy, gdy leżał w łóżku z brązowowłosą kobietą, wpadł mu do głowy pewien pomysł. Wstał z łóżka i zabrał dziecko do siebie i kobiety. Red był wtedy bardzo mały. Potem miał jedynie mgliste wspomnienia. Była pogodna, księżycowa noc. Czarnoskóry mężczyzna odsunął białą zasłonę oddzielającą łóżko od otwartego okna, a strumienie księżycowego światła padły na jego i kobiety ciało. Red przypomniał sobie tamtą noc.
  Dwoje brązowych ludzi bawiło się z białym dzieckiem. Brązowy mężczyzna podrzucił Reda w powietrze i złapał go, gdy ten upadał. Zaśmiał się cicho. Czarny mężczyzna chwycił małe białe dłonie Reda i swoimi ogromnymi, czarnymi dłońmi wepchnął go w górę jej szerokiego, płaskiego, brązowego brzucha. Pozwolił mu przejść po ciele kobiety.
  Dwaj mężczyźni zaczęli kołysać dziecko w przód i w tył. Redowi podobała się ta zabawa. Wciąż błagał, żeby ją kontynuować. Uważał ją za wspaniałą. Kiedy znudzili się zabawą, przepełzł po obu ciałach, po szerokich, opalonych ramionach mężczyzny i piersi ciemnoskórej kobiety. Jego usta szukały krągłych, unoszących się piersi kobiety. Zasnął na jej piersi.
  Red wspominał te noce tak, jak pamięta się fragment snu, złapany i zatrzymany. Pamiętał śmiech dwojga brązowych ludzi w blasku księżyca, gdy się z nim bawili, cichy śmiech, którego nie słychać było z zewnątrz. Śmiali się z jego matki. Może śmiali się z białej rasy. Zdarza się, że czarni robią takie rzeczy.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA DRUGA. DZIEWCZYNY Z MŁYNA
  OceanofPDF.com
  1
  
  D ORIS HOFFMAN, która pracowała w przędzalni bawełny Langdon Cotton Mill w Langdon w stanie Georgia, miała mgliste, lecz stałe poczucie świata poza przędzalnią bawełny, w której pracowała, i wioską przędzalni, w której mieszkała z mężem, Edem Hoffmanem. Pamiętała samochody, pociągi pasażerskie, które od czasu do czasu przelatywały przez okna, gdy pędziły obok przędzalni (nie traćcie czasu na okna; marnujących czas zwalnia się w dzisiejszych czasach), filmy, eleganckie ubrania damskie, być może głosy dochodzące z radia. W domu Hoffmanów nie było radia. Nie mieli go. Była bardzo miła dla ludzi. W przędzalni czasami chciała bawić się w diabła. Chciała bawić się z innymi dziewczynami w przędzalni, tańczyć z nimi, śpiewać z nimi. Chodźcie, zaśpiewajmy. Zatańczmy. Była młoda. Czasami pisała piosenki. Była inteligentna i szybko pracowała. Lubiła mężczyzn. Jej mąż, Ed Hoffman, nie był zbyt silnym mężczyzną. Podobałby jej się silny młody mężczyzna.
  A jednak nie wróciła do Eda Hoffmana, nie do niej. Ona o tym wiedziała i Ed też o tym wiedział.
  Bywały dni, gdy Doris nie można było dotknąć. Ed nie mógł jej dotknąć. Była zamknięta, cicha i ciepła. Była jak drzewo albo wzgórze, leżące nieruchomo w ciepłym słońcu. Pracowała całkowicie automatycznie w dużej, jasnej przędzalni Langdon Cotton Mill, pomieszczeniu pełnym świateł, latających maszyn, delikatnych, ruchomych, unoszących się form - w te dni nie można było jej dotknąć, ale dobrze wykonywała swoją pracę. Zawsze mogła zrobić więcej, niż jej się należało.
  Pewnej jesiennej soboty w Langdon odbywał się jarmark. Nie znajdował się on w pobliżu przędzalni bawełny ani w samym mieście. Odbywał się na pustym polu nad rzeką, za przędzalnią bawełny i miastem, gdzie wytwarzano tkaniny bawełniane. Mieszkańcy Langdon, jeśli w ogóle tam byli, przeważnie przyjeżdżali samochodami. Jarmark trwał cały tydzień i sporo osób z Langdon przyszło go zobaczyć. Pole było oświetlone lampami elektrycznymi, aby można było organizować występy nocą.
  To nie był jarmark koński. To był jarmark widowiskowy. Był diabelski młyn, karuzela, stragany z różnymi rzeczami, stanowiska do dzwonienia trzciną i darmowy pokaz na platformie. Były miejsca do tańca: jeden dla białych, drugi dla czarnych. Sobota, ostatni dzień jarmarku, była dniem dla pracowników młyna, biednych białych farmerów i głównie czarnych. Prawie nikt z miasta nie pojawił się tego dnia. Nie było prawie żadnych bójek, pijaństwa ani niczego innego. Aby przyciągnąć pracowników młyna, postanowiono, że drużyna baseballowa młyna rozegra mecz z drużyną młyna z Wilford w Georgii. Młyn w Wilford był mały, to tylko mała przędzalnia. Było zupełnie jasne, że drużyna Langdona Milla będzie miała łatwe zadanie. Byli prawie pewni wygranej.
  Przez cały tydzień Doris Hoffman myślała o jarmarku. Każda dziewczyna w jej pokoju w młynie o tym wiedziała. Młyn w Langdon pracował dniem i nocą. Pracowało się na pięciu dziesięciogodzinnych zmianach i jednej pięciogodzinnej. Miało się dzień wolny od południa w sobotę do północy w niedzielę, kiedy to nocna zmiana zaczynała nowy tydzień.
  Doris była silna. Mogła iść wszędzie i robić rzeczy, których jej mąż, Ed, nie mógł - i chodzić. On zawsze był zmęczony i musiał się położyć. Poszła na jarmark z trzema dziewczynami z młyna: Grace, Nell i Fanny. Łatwiej i krócej byłoby iść wzdłuż torów kolejowych, ale Nell, która była równie silna jak Doris, powiedziała: "Chodźmy przez miasto" i wszystkie poszły. Grace, która była słaba, miała przed sobą długą drogę; nie była ona tak przyjemna, ale nic nie powiedziała. Wrócili skrótem, wzdłuż torów kolejowych biegnących wzdłuż krętej rzeki. Dotarli do Langdon Main Street i skręcili w prawo. Potem szli przez piękne ulice. Potem czekał ich długi spacer po polnej drodze. Była dość zakurzona.
  Rzeka, która płynęła pod młynem, i tory kolejowe wiły się wokół niego. Można było wyjść na Main Street w Langdon, skręcić w prawo i dojść do drogi prowadzącej na jarmark. Szło się ulicą otoczoną pięknymi domami, nie wszystkie identyczne, jak w wiosce młynarskiej, ale wszystkie różne, z podwórkami, trawą, kwiatami i dziewczynami siedzącymi na gankach, nie starszymi od samej Doris, ale niezamężnymi, nie z mężczyzną, dzieckiem i chorą teściową, i wychodziło się na równinę nad samą rzeką, która przepływała obok młyna.
  Grace zjadła szybką kolację po dniu spędzonym w młynie i szybko posprzątała. Kiedy jesz sam, zaczynasz jeść szybko. Nie obchodzi cię, co jesz. Szybko posprzątała i umyła naczynia. Była zmęczona. Spieszyła się. Potem wyszła na werandę i zdjęła buty. Lubiła leżeć na plecach.
  Nie było latarni ulicznej. To dobrze. Doris musiała dłużej sprzątać, a także karmić piersią dziecko i położyć je spać. Na szczęście dziecko było zdrowe i dobrze spało. To było typowe dla Doris. To było naturalne. Doris opowiedziała Grace o swojej teściowej. Zawsze nazywała ją "panią Hoffman". Mówiła: "Pani Hoffman czuje się dziś gorzej", "jest lepiej" albo "trochę krwawi".
  Nie lubiła kłaść dziecka w salonie czteropokojowego domu, gdzie czwórka Hoffmanów jadła i siedziała w niedziele, i gdzie pani Hoffman leżała, kiedy kładła się spać, ale nie chciała, żeby pani Hoffman leżała tam, gdzie ona. Hoffman wiedział, że tego nie chce. To by ją zraniło. Ed zbudował coś w rodzaju niskiej kanapy, na której mogła leżeć jego matka. Była wygodna. Mogła się na niej łatwo położyć i łatwo wstać. Doris nie lubiła kłaść tam swojego dziecka. Bała się, że dziecko się zarazi. Powiedziała o tym Grace. "Zawsze boję się, że on się domyśli" - powiedziała Grace. Kładła dziecko, gdy było najedzone i gotowe do snu, do łóżka, które dzieliła z Edem w drugim pokoju. Ed spał w tym samym łóżku w ciągu dnia, ale kiedy budził się po południu, ścielił łóżko Doris. Ed był taki. W tym sensie był dobry.
  W pewnym sensie Ed był niemal jak dziewczyna.
  Doris miała duże piersi, a Grace nie miała ich wcale. Może to dlatego, że Doris miała dziecko. Nie, to nieprawda. Miała duże piersi już wcześniej, nawet przed ślubem.
  Doris chodziła na przyjęcia u Grace. W przędzalni pracowały w tej samej dużej, jasnej, długiej przędzalni, między rzędami szpulek. Biegały tam i z powrotem, albo chodziły tam i z powrotem, albo zatrzymywały się na chwilę, żeby porozmawiać. Kiedy pracuje się z kimś takim cały dzień, nie sposób jej nie lubić. Kocha się ją. To prawie jak małżeństwo. Wiesz, kiedy jest zmęczona, bo sam jesteś zmęczony. Jeśli bolą cię stopy, wiesz, że ją też. Nie da się tego stwierdzić, chodząc po przędzalni i patrząc na ludzi pracujących, tak jak Doris i Grace. Nie wiesz. Nie czujesz tego.
  Pewien mężczyzna przechodził przez przędzalnię w środku poranka i w środku popołudnia, sprzedając różne rzeczy. Pozwalali mu. Sprzedawał dużą ilość miękkich cukierków o nazwie Milky Way i sprzedawał Coca-Colę. Pozwalali mu. Wydałeś dziesięć centów. Bolało, gdy się to wydało, ale dawaliście radę. Wyrabiałeś nawyk i dawałeś radę. To dawało ci siłę. Grace nie mogła się doczekać, kiedy zaczęła pracować. Chciała swoich Milky Way, chciała swojej kokainy. Zanim ona, Doris, Fanny i Nell pojechały na jarmark, została zwolniona. Czasy były ciężkie. Wielu ludzi zostało zwolnionych.
  Oczywiście, zawsze brali słabszych. Wiedzieli wszystko. Nie pytali dziewczyny: "Potrzebujesz tego?". Mówili: "Przez jakiś czas nie będziemy cię potrzebować". Grace tego potrzebowała, ale nie tak bardzo jak niektórzy. Tom Musgrave i jej matka pracowali dla niej.
  Więc ją zwolnili. To były ciężkie czasy, a nie prosperity. To była cięższa praca. Wydłużyli drużynę Doris. Następnym razem zwolnią Eda. I bez niego było wystarczająco ciężko.
  Obcięto pensje Edowi, Tomowi Musgrave'owi i jego matce.
  Tyle właśnie wzięli na czynsz za dom i wszystko inne. Za różne rzeczy trzeba było płacić mniej więcej tyle samo. Mówili, że się tego nie robi, ale się robiło. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy pojechała na festyn z Grace, Fanny i Nell, w Doris płonął ogień gniewu. Pojechała głównie dlatego, że chciała, żeby Grace poszła, żeby się dobrze bawić, żeby o wszystkim zapomnieć, żeby wyrzucić to wszystko z głowy. Grace by nie poszła, gdyby nie poszła Doris. Poszłaby wszędzie, gdzie poszła Doris. Nell i Fanny jeszcze nie zostały zwolnione.
  Kiedy Doris poszła do Grace, gdy obie jeszcze pracowały, zanim nastały tak ciężkie czasy, zanim tak bardzo wydłużyli bok Doris i dali Edowi, Tomowi i Matce Musgrave tak wiele nowych krosien... Ed powiedział, że to sprawiło, że teraz skakał, więc nie mógł myśleć... powiedział, że to zmęczyło go bardziej niż kiedykolwiek; i wyglądał... Sama Doris mówiła, że pracowała dalej, prawie dwa razy szybciej... wcześniej, w dobrych czasach, zwykła tak chodzić do Grace wieczorami.
  Grace była strasznie zmęczona, leżąc na ganku. Szczególnie zmęczona była w upalne noce. Na ulicy w wiosce młynarskiej mogło być kilka osób, ludzi z młyna, takich jak oni, ale było ich niewielu i rozproszonych. W pobliżu domu Musgrave-Hoffman nie było latarni ulicznej.
  Leżeli w ciemnościach obok siebie. Grace była jak Ed, mąż Doris. Prawie się nie odzywała w ciągu dnia, ale w nocy, gdy było ciemno i gorąco, mówiła. Ed był taki. Grace nie była jak Doris, która dorastała w miasteczku przemysłowym. Ona, jej brat Tom i rodzice dorastali na farmie w górach północnej Georgii. "Nie wygląda to zbyt jak farma" - powiedziała Grace. "Prawie nic nie da się podnieść" - dodała Grace, ale było miło. Powiedziała, że mogliby tam zostać, tylko że jej ojciec zmarł. Mieli długi, musieli sprzedać farmę, a Tom nie mógł znaleźć pracy; więc przyjechali do Langdon.
  Kiedy mieli farmę, w pobliżu znajdował się coś w rodzaju wodospadu. "To nie był prawdziwy wodospad" - powiedziała Grace. Musiało to być w nocy, zanim Grace została zwolniona, kiedy była tak zmęczona i leżała na ganku. Doris podchodziła do niej, siadała obok niej lub kładła się i mówiła nie głośno, ale szeptem.
  Grace zdejmowała buty. Jej sukienka była szeroko rozpięta pod szyją. "Zdejmij pończochy, Grace" - szepnęła Doris.
  Był jarmark. Był październik 1930 roku. Młyn zamykano w południe. Mąż Doris leżał w domu w łóżku. Zostawiła dziecko z teściową. Zobaczyła mnóstwo rzeczy. Był diabelski młyn i długi, uliczny plac z transparentami i obrazami... gruba kobieta i kobieta z wężami na szyi, dwugłowy mężczyzna i kobieta na drzewie z kręconymi włosami, a Nell powiedziała: "Bóg jeden wie, co jeszcze", a mężczyzna na skrzynce opowiadał o tym wszystkim. Były też dziewczyny w rajstopach, niezbyt czyste. One i mężczyźni krzyczeli: "Tak, tak, tak", żeby zachęcić ludzi do przyjścia.
  Było tam mnóstwo czarnoskórych, tak mi się wydaje, mnóstwo, czarnoskórzy z miast i ze wsi, wyglądało na to, że były ich tysiące.
  Było tam mnóstwo ludzi ze wsi, białych. Przyjeżdżali głównie rozklekotanymi wozami ciągniętymi przez muły. Jarmark trwał cały tydzień, ale jego głównym dniem była sobota. Trawa na wielkim polu, gdzie odbywał się jarmark, była całkowicie spalona. Cała ta część Georgii, gdy nie było trawy, była czerwona. Czerwona jak krew. Zazwyczaj to miejsce, w oddali, prawie milę od głównej ulicy Langdon i co najmniej półtorej mili od wioski Langdon Cotton Mill, gdzie pracowały i mieszkały Doris, Nell, Grace i Fanny, było pełne wysokich chwastów i trawy. Ktokolwiek był jego właścicielem, nie mógł tam sadzić bawełny, ponieważ rzeka wezbrała i zalała je. W każdej chwili, po deszczach na wzgórzach na północ od Langdon, mogło nastąpić wylanie.
  Ziemia była żyzna. Chwasty i trawa rosły wysoko i gęsto. Ktokolwiek był właścicielem ziemi, wydzierżawił ją wspaniałym ludziom. Przyjechali ciężarówkami, żeby przywieźć tu jarmark. Był pokaz nocny i dzienny.
  Wstęp był bezpłatny. W dniu, w którym Doris poszła na festyn z Nell, Grace i Fanny, odbył się darmowy mecz baseballa, a na scenie pośrodku festynu zaplanowano darmowy występ artystów. Doris czuła się trochę winna, gdy jej mąż, Ed, nie mógł pójść; nie chciał, ale powtarzał: "No dalej, Doris, idź z dziewczynami. Idź dalej z dziewczynami".
  Fanny i Nell powtarzały: "Och, nieważne". Grace milczała. Nigdy tego nie robiła.
  Doris czuła matczyną miłość do Grace. Grace zawsze była bardzo zmęczona po dniu spędzonym w młynie. Po dniu spędzonym w młynie, gdy zapadał zmrok, Grace mawiała: "Jestem taka zmęczona". Miała cienie pod oczami. Mąż Doris, Ed Hoffman, pracował nocami w młynie... był dość inteligentnym mężczyzną, ale niezbyt silnym.
  Tak więc, w zwykłe wieczory, gdy Doris wracała z młyna, a jej mąż Ed szedł do pracy, on pracował w nocy, a ona w dzień, więc byli razem tylko w sobotnie popołudnia i wieczory, a także w niedziele i niedzielne wieczory do godziny dwunastej. ...zwykle chodzili w niedzielne wieczory do kościoła, zabierając ze sobą matkę Eda... chodziła do kościoła, gdy nie miała sił, żeby pójść gdziekolwiek indziej...
  W zwyczajne noce, gdy długi dzień w młynie dobiegał końca, Doris skończyła wszystkie pozostałe prace, nakarmiła dziecko, a ono poszło spać, a jej teściowa była na dole, wychodziła na zewnątrz. Teściowa ugotowała obiad dla Eda, a potem wyszedł, a Doris wróciła i zjadła, a naczynia trzeba było umyć. "Jesteś zmęczona" - powiedziała teściowa - "ja to zrobię".
  "Nie, nie zrobisz tego" - powiedziała Doris. Miała taki sposób mówienia, że ludzie ignorowali jej słowa. Robili, co im kazała.
  Grace będzie czekać na Doris na zewnątrz. Gdyby noc była gorąca, położyłaby się na ganku.
  Dom Hoffmanów wcale nie był domem Hoffmanów. To był wiejski młyn. Podwójny dom. Na tej ulicy w wiosce młynarskiej było czterdzieści takich domów. Doris, Ed i matka Eda, Ma Hoffman, która zachorowała na gruźlicę i nie mogła już pracować, mieszkali po jednej stronie, a Grace Musgrave, jej brat Tom i ich matka, Ma Musgrave, mieszkali po drugiej. Tom był kawalerem. Dzieliła ich tylko cienka ściana. Były dwoje drzwi wejściowych, ale tylko jeden ganek, wąski, biegnący przez przód domu. Tom Musgrave i Ma Musgrave, podobnie jak Ed, pracowali na nocną zmianę. Grace nocami zostawała sama w swojej połowie domu. Nie bała się. Powiedziała do Doris: "Nie boję się. Jesteś tak blisko. Jestem tak blisko". Ma Musgrave zjadła kolację w tym domu, a potem ona i Tom Musgrave wyszli. Zostawili wystarczająco dużo dla Grace. Zmyła naczynia, podobnie jak Doris. Wyszli w tym samym czasie co Ed Hoffman. Szli razem.
  Trzeba było stawić się punktualnie, żeby się zarejestrować i przygotować. Kiedy pracowało się w dni robocze, trzeba było zostać do zwolnienia, a potem posprzątać. Doris i Grace pracowały w przędzalni, a Ed i Tom Musgraves naprawiali krosna. Ma Musgrave była tkaczką.
  Tej nocy, kiedy Doris skończyła pracę i nakarmiła dziecko, a ono spało, a Grace skończyła swoją, Doris wyszła do Grace. Grace była jedną z tych osób, które pracowały, pracowały i nigdy się nie poddawały, tak jak Doris.
  Tylko Grace nie była tak silna jak Doris. Była krucha, miała czarne włosy i ciemnobrązowe oczy, które wydawały się nienaturalnie duże w jej szczupłej, drobnej twarzy, i małe usta. Doris miała duże usta, nos i głowę. Jej ciało było długie, ale nogi krótkie. Za to silne. Nogi Grace były okrągłe i piękne. Były jak nogi dziewczyny, jak nogi mężczyzny, podczas gdy jej były raczej małe, ale nie były silne. Nie znosiły hałasu. "Nie dziwię się" - powiedziała Doris - "są takie małe i takie ładne". Po dniu w młynie... cały dzień na nogach, biegając w tę i z powrotem, bolały nogi. Nogi Doris bolały, ale nie tak jak Grace. "Bolą strasznie" - powiedziała Grace. Kiedy to mówiła, zawsze miała na myśli swoje nogi. "Zdejmij pończochy".
  
  "Nie, poczekaj. Zdejmę ci je."
  
  Doris zdjęła je dla Grace.
  
  - Teraz leż spokojnie.
  
  Masowała Grace po całym ciele. Nie czuła jej dotyku. Wszyscy mówili, że Doris jest dobrą gumką. Miała silne, szybkie dłonie. To były żywe dłonie. To, co zrobiła Grace, zrobiła Edowi, jej mężowi, kiedy wyjechał w sobotnią noc i spali razem. Potrzebował tego wszystkiego. Masowała Grace stopy, nogi, ramiona, szyję i całe ciało. Zaczęła od góry, a potem schodziła w dół. "Teraz odwróć się" - powiedziała. Długo masowała plecy. To samo zrobiła Edowi. "Jak miło" - pomyślała - "dotykać ludzi i masować ich, mocno, ale nie za mocno".
  Byłoby miło, gdyby ludzie, których masowałeś, byli mili. Grace była miła i Ed Hoffman też był miły. Nie czuli się tak samo. "Chyba ciała dwóch osób nie są takie same" - pomyślała Grace. Ciało Grace było delikatniejsze, nie tak żylaste jak Eda.
  Pocierałeś ją przez chwilę, a potem przemówiła. Zaczęła mówić. Ed zawsze zaczynał mówić, gdy Doris go tak głaskała. Nie rozmawiali o tym samym. Ed był człowiekiem idei. Umiał czytać i pisać, ale Doris i Grace nie. Kiedy miał czas na czytanie, czytał zarówno gazety, jak i książki. Grace nie umiała czytać ani pisać bardziej niż Doris. Nie były na to gotowe. Ed chciał zostać kaznodzieją, ale mu się nie udało. Udałoby mu się, gdyby nie był tak nieśmiały, że nie potrafił stanąć przed ludźmi i przemówić.
  Gdyby jego ojciec żył, mógłby zebrać się na odwagę, by przetrwać. Jego ojciec, gdy jeszcze żył, tego chciał. Uratował go i wysłał do szkoły. Doris mogłaby napisać swoje imię i wypowiedzieć kilka słów, gdyby spróbowała, ale Grace nie potrafiła nawet tego. Gdy Doris głaskała Eda silnymi ramionami, które zdawały się nigdy nie męczyć, rozmawiał o pomysłach. Wbił sobie do głowy, że chce być mężczyzną, który może założyć związek zawodowy.
  Wbił sobie do głowy, że ludzie mogą założyć związek zawodowy i strajkować. Mówił o tym. Czasami, gdy Doris masowała go zbyt długo, zaczynał się śmiać, i śmiał się z siebie.
  Powiedział: "Mówię o wstąpieniu do związku zawodowego". Kiedyś, zanim Doris go poznała, pracował w młynie w innym mieście, gdzie działał związek zawodowy. Też mieli strajk i zostali oszukani. Ed powiedział, że go to nie obchodzi. Powiedział, że to były dobre czasy. Był wtedy małym dzieckiem. To było zanim Doris go poznała i poślubiła, zanim przyjechał do Langdon. Jego ojciec jeszcze żył. Zaśmiał się i powiedział: "Mam pomysły, ale brakuje mi odwagi. Chciałbym założyć tu związek zawodowy, ale brakuje mi odwagi". Śmiał się z siebie w ten sposób.
  Grace, gdy Doris głaskała ją w nocy, gdy Grace była tak zmęczona, gdy jej ciało stawało się coraz bardziej miękkie, coraz przyjemniejsze pod dłońmi Doris, nigdy nie rozmawiała o pomysłach.
  Uwielbiała opisywać miejsca. Niedaleko farmy, na której mieszkała, zanim zmarł jej ojciec, a ona, jej brat Tom i matka przeprowadzili się do Langdon, żeby pracować w młynie, znajdował się mały wodospad w małym strumieniu porośniętym krzakami. Nie było jednego wodospadu, ale wielu. Jeden spadał z kamieni, potem drugi, kolejny i kolejny. Było to chłodne, zacienione miejsce ze skałami i krzakami. Była tam woda, powiedziała Grace, udając, że to coś żyje. "Wydawało się, jakby szeptało, a potem mówiło", powiedziała. Jeśli przejdziesz kawałek, usłyszysz dźwięk jak biegnący koń. Pod każdym wodospadem, dodała, była mała kałuża.
  Chodziła tam, kiedy była dzieckiem. W stawach pływały ryby, ale jeśli się stało nieruchomo, po chwili nie zwracały na nie uwagi. Ojciec Grace zmarł, kiedy ona i jej brat Tom byli jeszcze dziećmi, ale nie musieli od razu sprzedawać farmy, nie przez rok czy dwa, więc chodzili tam cały czas.
  Nie było to daleko od ich domu.
  Cudownie było słuchać Grace o tym. Doris pomyślała, że to najprzyjemniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek przeżyła w upalną noc, kiedy sama była zmęczona i bolały ją nogi. W tym upalnym miasteczku w Georgii, gdzie noce były tak ciche i ciepłe, kiedy Doris w końcu uśpiła dziecko, masowała Grace bez przerwy, aż Grace powiedziała, że zmęczenie całkowicie ją opuściło. Jej stopy, ręce, nogi, pieczenie, napięcie i tak dalej...
  Nigdy byś nie pomyślał, że brat Grace, Tom Musgrave, który był takim brzydkim, wysokim mężczyzną, który nigdy się nie ożenił, który miał wszystkie zęby tak czarne i który miał takie wielkie jabłko Adama... nigdy byś nie pomyślał, że taki mężczyzna, będąc małym chłopcem, byłby taki miły dla swojej młodszej siostry.
  Zabierał ją na baseny, wodospady i na ryby.
  Był tak zwyczajny, że nigdy byś nie pomyślał, że może być bratem Grace.
  Nigdy byś nie pomyślał, że dziewczyna taka jak Grace, która tak łatwo się męczyła, która zwykle była tak milcząca i która, gdy jeszcze pracowała w fabryce, zawsze wyglądała, jakby miała zemdleć albo coś... nigdy byś nie pomyślał, że kiedy ją masujesz, i masujesz ją, jak robiła to Doris, tak cierpliwie i przyjemnie, z przyjemnością, nigdy byś nie pomyślał, że ona potrafi tak mówić o miejscach i rzeczach.
  OceanofPDF.com
  2
  
  JARMARK W LANGDON W STANIE GEORGIA karmił świadomość Doris Hoffman o światach wykraczających poza jej własny, ograniczony fabrycznymi ramami świat. Był to świat Grace, Eda, pani Hoffman i Nell, świat produkcji nici, latających maszyn, płac i rozmów o nowym systemie naciągania wprowadzonym w fabryce, a także nieustannie o płacach, godzinach pracy i tym podobnych. Nie był wystarczająco urozmaicony. Było tego za dużo, ciągle to samo. Doris nie umiała czytać. Mogła opowiedzieć Edowi o jarmarku później, wieczorem w łóżku. Grace również cieszyła się, że wychodzi. Nie wyglądała na tak zmęczoną. Jarmark był zatłoczony, jej buty zakurzone, wystawy obskurne i hałaśliwe, ale Doris o tym nie wiedziała.
  Spektakle, karuzele i diabelskie młyny pochodziły z jakiegoś odległego, zewnętrznego świata. Byli artyści krzyczący przed namiotami i dziewczyny w rajstopach, które być może nigdy nie były w młynie, ale podróżowały wszędzie. Byli mężczyźni sprzedający biżuterię, mężczyźni o bystrym wzroku, którzy mieli czelność powiedzieć coś do kogoś. Być może oni i ich spektakle były wystawiane na Północy i Zachodzie, gdzie mieszkali kowboje, na Broadwayu, w Nowym Jorku i wszędzie indziej. Doris wiedziała o tym wszystkim, ponieważ często chodziła do kina.
  Bycie prostym robotnikiem fabrycznym, z natury naturalnym, było jak bycie więźniem na zawsze. Nie mogłeś tego nie wiedzieć. Zostałeś wsadzony, zamknij się. Ludzie, obcy, nie robotnicy fabryczni, uważali cię za innego. Patrzyli na ciebie z góry. Nie mogli się powstrzymać. Nie mogli zrozumieć, jak potrafisz czasem wybuchnąć, nienawidząc wszystkich i wszystkiego. Kiedy dotarłeś do tego punktu, musiałeś się mocno trzymać i milczeć. To było najlepsze wyjście.
  Uczestnicy pokazu się rozeszli. Zostali w Langdon w Georgii przez tydzień, a potem zniknęli. Nell, Fanny i Doris myślały to samo tego dnia, kiedy po raz pierwszy przybyły na festyn i zaczęły się rozglądać, ale o tym nie rozmawiały. Być może Grace nie czuła tego, co pozostałe. Stała się bardziej miękka i zmęczona. Byłaby domatorką, gdyby jakiś mężczyzna się z nią ożenił. Doris nie rozumiała, dlaczego jakiś mężczyzna tego nie robi. Może dziewczyny z pokazu hula-hula w namiocie nie były takie ładne w rajstopach i z gołymi nogami, ale w każdym razie nie były wytwórczyniami. Nell była wyjątkowo buntownicza. Prawie zawsze taka była. Nell potrafiła przeklinać jak mężczyzna. Nie obchodziło jej to. "Boże, sama chciałabym tego spróbować" - pomyślała tego dnia, kiedy wszystkie cztery po raz pierwszy przybyły na festyn.
  Zanim urodziła dziecko, Doris i jej mąż Ed często chodzili do kina. Było fajnie i dużo tematów do rozmów; uwielbiała to, zwłaszcza Charliego Chaplina i westerny. Lubiła filmy o oszustach i ludziach, którzy docierają do trudno dostępnych miejsc, walczą i strzelają. To ją przerażało. Były tam zdjęcia bogatych ludzi, ich życia itd. Nosili przepiękne sukienki.
  Chodzili na imprezy i tańce. Były tam młode dziewczyny i zbankrutowali. Widziałeś scenę w ogrodzie w filmie. Był wysoki kamienny płot porośnięty winoroślą. Był księżyc.
  Była tam piękna trawa, klomby i małe domki z winoroślą i miejscami do siedzenia w środku.
  Młoda dziewczyna wyszła z bocznych drzwi domu w towarzystwie znacznie starszego mężczyzny. Była pięknie ubrana. Miała na sobie sukienkę z głębokim dekoltem, taką, jaką nosi się na przyjęciach wśród arystokratów. Zagadnął ją. Podniósł ją i pocałował. Miał siwe wąsy. Zaprowadził ją na miejsce w małym, otwartym domu na dziedzińcu.
  Był sobie młody mężczyzna, który chciał ją poślubić. Nie miał pieniędzy. Zdobył ją bogaty mężczyzna. Zdradził ją. Zrujnował ją. Takie sceny w filmach wywoływały w Doris dziwne uczucie. Szła z Edem do domu, do młyna w wiosce młynarskiej, gdzie mieszkali, i nie rozmawiali. Zabawne byłoby, gdyby Ed chciał być bogaty, choćby przez chwilę, mieszkać w takim domu i zrujnować taką młodą dziewczynę. Gdyby wiedział, nie powiedziałby o tym. Doris czegoś pragnęła. Czasami, widząc taki widok, pragnęła, żeby przyszedł jakiś bogaty łotr i zrujnował ją chociaż raz, nie na zawsze, ale przynajmniej raz, w takim ogrodzie, za takim domem... tak cicho i przy świecącym księżycu... wiesz, że nie musisz wstawać, jeść śniadania i spieszyć się do młyna o wpół do szóstej, w deszczu czy śniegu, zimą czy latem... jeśli tylko masz puszystą bieliznę i jesteś piękna.
  Westerny były dobre. Zawsze pojawiali się w nich mężczyźni jadący konno z bronią i strzelający do siebie. Zawsze kłócili się o jakąś kobietę. "Nie w moim typie" - pomyślała Doris. Nawet kowboj nie byłby takim głupcem dla dziewczyny z młyna. Doris była ciekawa, coś w niej nieustannie ciągnęło do miejsc i ludzi, budziło w niej niepokój. "Nawet gdybym miała pieniądze, ubrania, bieliznę i jedwabne pończochy, które mogłabym nosić codziennie, nie sądzę, żebym była tak szykowna" - pomyślała. Była niska i miała jędrny tors. Jej głowa była duża, podobnie jak usta. Miała duży nos i mocne, białe zęby. Większość dziewczyn z młyna miała zepsute zęby. Jeśli za jej szczupłą, drobną sylwetką podążało ukryte poczucie piękna niczym cień, chodząc z nią codziennie do młyna, wracając do domu i towarzysząc jej, gdy wychodziła z innymi pracownikami młyna, to nie było to zbyt oczywiste. Niewiele osób to dostrzegało.
  Nagle wszystko stawało się dla niej coraz bardziej zabawne. Mogło się to zdarzyć w każdej chwili. Chciała krzyczeć i tańczyć. Musiała się ogarnąć. Jeśli w młynie robi ci się za wesoło, odejdź. Gdzie wtedy jesteś?
  Był tam Tom Shaw, prezes młyna Langdon, wielka armata. Nie pojawiał się często w młynie - siedział w biurze - ale od czasu do czasu wpadał. Przechodził obok, obserwował albo odprowadzał gości. Był takim zabawnym, zadufanym w sobie człowieczkiem, że Doris miała ochotę się z niego śmiać, ale się powstrzymała. Zanim Grace została zwolniona, ilekroć ją mijał, przechodził obok, albo przechodził brygadzista albo kierownik, zawsze się tego obawiała. Głównie ze względu na Grace. Grace prawie nigdy nie podnosiła głowy.
  Gdybyś nie trzymał się prosto, gdyby ktoś nadjechał i zatrzymał zbyt wiele twoich szpul...
  Nić nawijano na szpulki w przędzalni. Bok był jedną stroną długiego, wąskiego korytarza między rzędami latających szpulek. Tysiące pojedynczych nici schodziło z góry, by nawinąć się na szpulkę, każda na własną szpulkę, a jeśli jedna się zerwała, szpulka się zatrzymywała. Wystarczyło spojrzeć, ile osób zatrzymało się naraz. Szpulka stała nieruchomo. Czekała, aż szybko podejdziesz i zwiążesz zerwaną nić. Na jednym końcu twojej strony mogły się zatrzymać cztery szpulki, a jednocześnie, na drugim końcu, podczas długiego marszu, mogły się zatrzymać trzy kolejne. Nić, nawinięta na szpulki, by móc iść do tkalni, płynęła i płynęła. "Gdyby tylko zatrzymała się choć na godzinę" - myślała czasem Doris, ale rzadko. Gdyby tylko dziewczyna nie musiała patrzeć na nią cały dzień, albo, jeśli pracowała na nocnej zmianie, całą noc. Trwało to cały dzień, całą noc. Nawinięto ją na szpulki, przeznaczone do krosna, na którym pracowali Ed, Tom i Ma Musgrave. Kiedy szpulki po twojej stronie były pełne, przychodził człowiek zwany "dofferem" i zabierał pełne szpulki. Wyjmował pełne szpulki i wkładał puste. Pchał przed sobą mały wózek, który odjeżdżał załadowany szpulkami.
  Były miliony i miliony szpul do napełnienia.
  Nigdy im się nie kończyły puste szpulki. Wydawało się, że muszą być ich setki milionów, niczym gwiazdy, krople wody w rzece czy ziarenka piasku na polu. Rzecz w tym, że od czasu do czasu wyjście na takie jarmarki, gdzie odbywały się pokazy, rozmawiali ludzie, których nigdy wcześniej nie widziałeś, śmieli się Murzyni i setki innych pracowników młyna, takich jak ona, Grace, Nell i Fanny, teraz nie w młynie, ale na zewnątrz, było ogromną ulgą. Nici i szpulki i tak na jakiś czas wyleciały ci z głowy.
  Nie zatrzymywały się one w umyśle Doris, kiedy nie pracowała w fabryce. Za to w umyśle Grace. Doris nie była do końca pewna, jak układają się relacje z Fanny i Nell.
  Na festynie mężczyzna występował za darmo na trapezie. Był zabawny. Nawet Grace się z niego śmiała. Nell i Fanny wybuchnęły śmiechem, podobnie jak Doris. Nell, odkąd Grace została zwolniona, zajęła miejsce Grace w młynie, obok Doris. Nie miała zamiaru zajmować miejsca Grace. Nie mogła się powstrzymać. Była wysoką dziewczyną o żółtych włosach i długich nogach. Mężczyźni się w niej zakochiwali. Potrafiła poderwać mężczyzn na pokuszenie. Nadal była na placu.
  Mężczyźni ją lubili. Majster przędzalni, młody, ale łysy i żonaty mężczyzna, bardzo chciał Nell. Nie był jedyny. Nawet na festynie, ci, którzy najbardziej się na nią gapili, to showmani i inni, którzy nie znali czterech dziewczyn. Rozwalili ją. Stali się zbyt sprytni. Nell potrafiła kląć jak mężczyzna. Chodziła do kościoła, ale klęła. Nie dbała o to, co mówi. Kiedy Grace została zwolniona, w ciężkich czasach, Nell, która została u boku Doris, powiedziała:
  "Te parszywe gnoje wylały Grace". Weszła do miejsca pracy Doris z wysoko uniesioną głową. Zawsze ją nosiła... "Ma cholerne szczęście, że Tom i jej matka dla niej pracują" - powiedziała Doris. "Może przeżyje, jeśli Tom i jej matka będą dalej pracować, o ile ich nie zwolnią" - dodała.
  "Absolutnie nie powinna tu pracować. Nie uważasz?" Doris naprawdę tak uważała. Lubiła Nell i podziwiała ją, ale nie w taki sam sposób, w jaki podziwiała Grace. Podobało jej się to "pieprzyć to wszystko" w Nell. "Chciałabym mieć takie podejście" - myślała czasami. Nell przeklinała brygadzistę i kierownika, gdy ich nie było, ale kiedy byli... oczywiście, nie była głupia. Rzucała im spojrzenie. Podobało im się to. Jej oczy zdawały się mówić do mężczyzn: "Czyż nie jesteście piękni?". Nie miała tego na myśli. Jej oczy zawsze zdawały się coś mówić do mężczyzn. "W porządku. Zadzwoń po mnie, jeśli możesz" - mówiły. "Jestem dostępny" - mówiły. "Jeśli jesteś wystarczająco męski".
  Nell nie była mężatką, ale w fabryce pracowało kilkunastu mężczyzn, żonatych i samotnych, którzy próbowali ją zmusić. Młodzi, nieżonaci mężczyźni oznaczali małżeństwo. Nell powiedziała: "Musisz z nimi współpracować. Musisz trzymać ich w niepewności, ale nie ulegaj im, dopóki cię nie zmuszą. Spraw, żeby myśleli, że uważasz ich za fajnych" - powiedziała.
  "Do diabła z ich duszami" - mawiała czasami.
  Młody, nieżonaty mężczyzna, którego przeniesiono z ich strony do strony Grace i Doris, a następnie do Nell i Doris po zwolnieniu Grace, zazwyczaj niewiele mówił, gdy przychodził, gdy Grace była u niego. Było mu jej żal. Grace nigdy nie potrafiła się utrzymać. Doris zawsze musiała odejść i pracować po stronie Grace, żeby Grace nie mogła się do niej zbliżyć. Wiedział o tym. Czasami szeptał do Doris: "Biedne dziecko" - mawiał. "Jeśli Jim Lewis ją zaatakuje, zostanie zwolniona". Jim Lewis był brygadzistą. To on miał słabość do Nell. Był łysym mężczyzną po trzydziestce, z żoną i dwójką dzieci. Kiedy Nell stanęła po stronie Grace, młody mężczyzna, który tam trafił, zmienił się.
  Zawsze naśmiewał się z Nell, kiedy próbował się z nią umówić. Nazywał ją "nogami".
  "Hej, nogi" - powiedział. "Co ty na to? Może randka? Może film dziś wieczorem?". Jego nerwy.
  "Chodź" - powiedział - "zabiorę cię".
  "Nie dzisiaj" - powiedziała. "Pomyślimy o tym" - dodała.
  Nadal na niego patrzyła i nie puszczała jego wzroku.
  "Nie dziś. Jestem dziś zajęta". Można by pomyśleć, że prawie każdego wieczoru w tygodniu ma mężczyznę do zobaczenia. Nie miała. Nigdy nie wychodziła sama z mężczyznami, nie spacerowała z nimi, nie rozmawiała z nimi poza młynem. Trzymała się innych dziewczyn. "Lubię je bardziej" - powiedziała Doris. "Niektóre, wiele z nich, to dziewczyny, ale mają więcej tupetu niż mężczyźni". Odezwała się dość niegrzecznie do młodego lokatora, kiedy musiał odejść od ich strony i przejść na drugą stronę. "Cholerny mały łyżwiarz" - powiedziała. "Myśli, że może mnie poznać". Zaśmiała się, ale nie był to zbyt przyjemny śmiech.
  Na jarmarku, dokładnie na środku boiska, znajdowała się otwarta przestrzeń, gdzie odbywały się wszystkie pokazy dziesięciocentówek i pokazy darmowych biletów. Mężczyzna i kobieta tańczyli na rolkach i robili sztuczki, mała dziewczynka tańczyła w trykocie, a dwóch mężczyzn przewracało się na siebie, na krzesła, stoły i wszystko inne. Stał tam mężczyzna; wyszedł na podium. Miał megafon. "Profesorze Matthews! Gdzie jest profesor Matthews?" - wołał przez megafon.
  Profesor Matthews. Profesor Matthews.
  Profesor Matthews miał wystąpić na trapezie. Miał być najlepszym wykonawcą w darmowym show. Informację tę podano w ulotkach promocyjnych, które wydali.
  Czekanie było długie. Była sobota, a na jarmarku nie było wielu mieszkańców Langdon, prawie żadnych, może wcale... Doris nie sądziła, żeby widziała kogoś takiego. Jeśli już tam byli, to na początku tygodnia. Był Dzień Murzyna. Dzień robotników z młyna i licznych biednych rolników z mułami i rodzinami.
  Czarni trzymali się na uboczu. Zazwyczaj tak robili. Były dla nich osobne stoiska, gdzie mogli jeść. Ich śmiech i rozmowy słychać było wszędzie. Były tam grube, stare, czarne kobiety z czarnymi mężczyznami i młode, czarne dziewczyny w jaskrawych sukienkach, a za nimi młodzi mężczyźni.
  Był gorący jesienny dzień. Był tam tłum ludzi. Cztery dziewczyny trzymały się na uboczu. Był upalny dzień.
  Pole było zarośnięte chwastami i wysoką trawą, a teraz całe było zdeptane. Prawie nic z nich nie zostało. Był to głównie kurz i gołe miejsca, a wszystko było czerwone. Doris wpadła w jeden ze swoich humorów. Miała nastrój "nie dotykaj mnie". Zamilkła.
  Grace kurczowo się jej trzymała. Pozostała bardzo blisko. Nie przepadała za obecnością Nell i Fanny. Fanny była niska i pulchna, z krótkimi, grubymi palcami.
  Nell opowiedziała jej o sobie - nie na jarmarku, ale wcześniej, w młynie - i powiedziała: "Fanny ma szczęście. Ma mężczyznę i nie ma dzieci". Doris nie była pewna, co czuje do własnego dziecka. Było w domu z teściową, matką Eda.
  Ed tam leżał. Leżał tam cały dzień. "No dalej" - powiedział do Doris, kiedy dziewczyny po nią przychodziły. Brał gazetę albo książkę i leżał na łóżku cały dzień. Zdejmował koszulę i buty. Hoffmanowie nie mieli żadnych książek poza Biblią i kilkoma książkami dla dzieci, które Ed zostawił z dzieciństwa, ale mógł wypożyczać książki z biblioteki. W Mill Village znajdowała się filia Biblioteki Miejskiej Langdon.
  W młynach Langdona pracował mężczyzna nazywany "pracownikiem socjalnym". Miał dom przy najlepszej ulicy we wsi, ulicy, przy której mieszkała dozorczyni i kilku innych dygnitarzy. Mieszkało tam kilku brygadzistów. Brygadzista przędzalni zajmował się właśnie tym.
  Stróż nocny był młodym mężczyzną z Północy, nieżonatym. Mieszkał w hotelu w Langdon. Doris nigdy go nie widziała.
  Pracownik socjalny nazywał się pan Smith. Pokój frontowy jego domu został przekształcony w filię biblioteki. Jego żona ją trzymał. Po wyjściu Doris, Ed zakładał eleganckie ubranie i szedł po książkę. Brał książkę, którą dostał w zeszłym tygodniu, i kupował kolejną. Żona pracownika socjalnego była dla niego miła. Pomyślała: "On jest miły. On troszczy się o rzeczy wyższe". Lubił historie o ludziach, ludziach, którzy naprawdę żyli i byli wspaniali. Czytał o wielkich ludziach, takich jak Napoleon Bonaparte, generał Lee, lord Wellington i Disraeli. Przez cały tydzień czytał książki po południu, po przebudzeniu. Opowiadał o nich Doris.
  Kiedy Doris przez chwilę na festynie wpadła w nastrój "nie dotykaj mnie", pozostali zauważyli, jak się czuje. Grace zauważyła to pierwsza, ale nic nie powiedziała. "Co się, do cholery, stało?" zapytała Nell. "Jestem oszołomiona" - odparła Doris. Wcale nie miała zawrotów głowy. Nie miała chandry. To nie to.
  Czasem to się zdarza: miejsce, w którym się znajdujesz, istnieje, ale nie istnieje. Jeśli jesteś na targach, to właśnie to. Jeśli pracujesz w młynie, to właśnie to.
  Słyszysz rzeczy. Dotykasz rzeczy. Nie wiesz.
  I tak, i nie. Nie da się tego wytłumaczyć. Doris mogła nawet leżeć w łóżku z Edem. Lubili długo leżeć bezsennie w sobotnie noce. To była jedyna noc, jaką mieli. Rano mogli spać. Byłeś tam i jednocześnie cię nie było. Doris nie była jedyną osobą, która czasami tak się zachowywała. Ed czasami. Rozmawiałeś z nim, a on odpowiadał, ale był gdzieś daleko. Może to były książki z Edem. Mógł być gdzieś z Napoleonem Bonaparte, albo lordem Wellingtonem, albo kimś takim. Mógł być wielkim robakiem, a nie tylko robotnikiem fabrycznym. Nie dało się powiedzieć, kim był.
  Można było to poczuć, można było to posmakować, można było to zobaczyć. Nie dotknęło cię.
  Na festynie był diabelski młyn... dziesięć centów. Była karuzela... dziesięć centów. Były stoiska z hot dogami, Coca-Colą, lemoniadą i Milky Way.
  Były małe koła, na które można było obstawiać. Robotnik w młynie w Langdon, w dniu, w którym Doris wyszła z Grace, Nell i Fanny, stracił dwadzieścia siedem dolarów. Zaoszczędził je. Dziewczyny dowiedziały się o tym dopiero w poniedziałek w młynie. "Cholerny głupcze" - powiedziała Nell do Doris - "czy ten cholerny głupcze nie wie, że nie da się ich pokonać w ich własnej grze? Gdyby nie chcieli cię dopaść, po co by tu byli?" - zapytała. Było tam małe, błyszczące koło ze strzałką, które się obracało. Zatrzymywało się na liczbach. Robotnik stracił dolara, a potem kolejnego. Podekscytował się. Wrzucił dziesięć dolarów. Pomyślał: "Poczekam, aż się zemszczę".
  "Cholera, głupcze" - powiedziała Nell Doris.
  Podejście Nell do tej gry brzmiało: "Nie da się jej pokonać". Jej podejście do mężczyzn brzmiało: "Nie da się jej pokonać". Doris lubiła Nell. Pomyślała o niej. "Gdyby kiedykolwiek uległa, uległaby z całą stanowczością" - pomyślała. "To nie byłoby do końca w jej stylu z mężem Edem" - pomyślała. Ed ją pytał. Pomyślała: "Chyba też bym mogła. Kobieta równie dobrze mogłaby mieć mężczyznę. Gdyby Nell kiedykolwiek uległa mężczyźnie, byłaby to porażka".
  *
  PROFESOR MATTHEWS. Profesor Matthews. Profesor Matthews.
  Nie było go tam. Nie mogli go znaleźć. Była sobota. Może był pijany. "Założę się, że gdzieś jest pijany" - powiedziała Fanny do Nell. Fanny stała obok Nell. Przez cały dzień Grace siedziała obok Doris. Prawie się nie odzywała. Była mała i blada. Gdy Nell i Fanny szły w kierunku miejsca, gdzie miał się odbyć darmowy występ, jakiś mężczyzna się z nich śmiał. Śmiał się z tego, jak Nell i Fanny szły razem. Był showmanem. "Cześć" - powiedział do innego mężczyzny - "to wszystko". Drugi mężczyzna się roześmiał. "Idź do diabła" - powiedziała Nell. Cztery dziewczyny stały w pobliżu i oglądały występ na trapezie. "Reklamują darmowy występ na trapezie, a potem go nie ma" - powiedziała Nell. "On jest pijany" - powiedziała Fanny. Był tam mężczyzna pod wpływem narkotyków. Wystąpił z tłumu. Wyglądał jak rolnik. Miał rude włosy i był bez kapelusza. Wystąpił z tłumu. Zatoczył się. Ledwo trzymał się na nogach. Miał na sobie niebieski kombinezon. Miał duże jabłko Adama. "Czy nie ma tu twojego profesora Matthewsa?" - zdołał zapytać mężczyznę na peronie, tego z megafonem. "Jestem akrobatą trapezowym" - powiedział. Mężczyzna na peronie roześmiał się. Wsunął megafon pod pachę.
  Niebo nad terenami targowymi w Langdon w stanie Georgia było tego dnia błękitne. Czystym, jasnoniebieskim. Było gorąco. Wszystkie dziewczyny z gangu Doris miały na sobie cienkie sukienki. "Niebo tego dnia było najbardziej błękitne, jakie kiedykolwiek widziała" - pomyślała Doris.
  Pijany mężczyzna powiedział: "Jeśli nie możesz znaleźć swojego profesora Matthewsa, ja mogę to zrobić".
  "Możesz?" Oczy mężczyzny na peronie były pełne zaskoczenia, rozbawienia i wątpliwości.
  - Masz rację, że mogę. Jestem Jankesem, tak.
  Mężczyzna musiał trzymać się krawędzi platformy. O mało nie upadł. Upadł do tyłu, a potem do przodu. Mógł tylko stać.
  "Możesz?"
  "Tak, mogę."
  - Gdzie się uczyłeś?
  "Wykształciłem się na Północy. Jestem Jankesem. Wykształciłem się na gałęzi jabłoni na Północy".
  "Yankee Doodle" - krzyknął mężczyzna. Otworzył szeroko usta i krzyknął: "Yankee Doodle".
  Tacy właśnie byli Jankesi. Doris nigdy wcześniej nie widziała Jankesa - nie wiedząc, że to Jankes! Nell i Fanny się roześmiały.
  Tłumy czarnoskórych śmiały się. Tłumy robotników z młyna stały i patrzyły, śmiejąc się. Mężczyzna na platformie musiał podnieść pijanego mężczyznę. Raz prawie go podniósł, a potem pozwolił mu upaść, tylko po to, żeby wyszedł na głupca. Następnym razem, kiedy go podniósł, podniósł go. "Jak głupca. Po prostu głupca" - powiedziała Nell.
  Ostatecznie mężczyzna spisał się dobrze. Na początku nie. Padał i padał. Stanął na trapezie, a potem upadł na platformę. Padł na twarz, na kark, na głowę, na plecy.
  Ludzie śmiali się i śmiali. Potem Nell powiedziała: "Połamałam sobie boki ze śmiechu z tego cholernego głupca". Fanny też się głośno zaśmiała. Nawet Grace się trochę zaśmiała. Doris nie. To nie był jej dzień. Czuła się dobrze, ale to nie był jej dzień. Mężczyzna na trapezie spadał i spadał, a potem zdawał się wytrzeźwieć. Poszedł dobrze. Poszedł dobrze.
  Dziewczyny piły Coca-Colę. Miały Milky Way. Jeździły na diabelskim młynie. Miał małe siedzenia, więc można było usiąść we dwie naraz. Grace siedziała z Doris, a Nell z Fanny. Nell wolałaby być z Doris. Zostawiła Grace w spokoju. Grace nie zadowoliła się nimi tak jak inne: jedną Coca-Colą, drugą Milky Way i trzecią przejażdżką diabelskim młynem, jak inne. Nie mogła. Była spłukana. Została zwolniona.
  *
  Są dni, kiedy nic cię nie dotyka. Jeśli jesteś tylko robotnikiem w fabryce w przędzalni bawełny na południu, to nie ma znaczenia. Jest w tobie coś, co obserwuje i widzi. Co jest dla ciebie ważne? Dziwnie jest w takie dni. Maszyny w fabryce czasami działają ci na nerwy, ale w takie dni to nieprawda. W takie dni jesteś daleko od ludzi, to dziwne, czasami właśnie wtedy wydają ci się najbardziej atrakcyjni. Wszyscy chcą się do ciebie zbliżyć. "Daj. Daj mi. Daj mi".
  "Co dać?"
  Nie masz nic. Właśnie taki jesteś. "Oto jestem. Nie możesz mnie dotknąć".
  Doris była na diabelskim młynie z Grace. Grace się bała. Nie chciała wjeżdżać, ale kiedy zobaczyła, że Doris się szykuje, wsiadła. Przytuliła się do Doris.
  Koło kręciło się w górę i w górę, potem w dół i w dół... zatoczyło wielkie koło. Było tam miasteczko, wielkie koło. Doris zobaczyła miasteczko Langdon, gmach sądu, kilka biurowców i kościół prezbiteriański. Za zboczem wzgórza zobaczyła komin młyna. Nie mogła dostrzec wioski młynarskiej.
  Tam, gdzie było miasto, widziała drzewa, mnóstwo drzew. Drzewa dawały cień przed domami w mieście, przed domami ludzi, którzy nie pracowali w młynach, ale w sklepach czy biurach. Albo byli lekarzami, prawnikami, a może sędziami. Ludzie pracujący w młynach nie mieli pożytku. Widziała rzekę ciągnącą się w oddali, okrążającą miasto Langdon. Rzeka zawsze była żółta. Wydawało się, że nigdy się nie oczyszcza. Była złocistożółta . Była złocistożółta na tle błękitnego nieba. Na tle drzew i krzewów. To była powolna rzeka.
  Miasto Langdon nie leżało na wzgórzu. Właściwie było na wzniesieniu. Rzeka nie okrążała go dookoła. Wpadała z południa.
  Po północnej stronie, daleko stąd, rozciągały się wzgórza... To było daleko, daleko stąd, gdzie Grace mieszkała, gdy była małą dziewczynką. Gdzie były wodospady.
  Doris widziała ludzi patrzących na nich z góry. Widziała wielu ludzi. Ich nogi poruszały się dziwnie. Szli przez teren wesołego miasteczka.
  W rzece przepływającej obok Langdona były sumy.
  Złapali ich czarni. Spodobało im się to. Wątpię, żeby ktokolwiek inny to zrobił. Biali prawie nigdy tego nie robili.
  W Langdon, w samym sercu najbardziej ruchliwej dzielnicy, blisko najlepszych sklepów, znajdowały się Czarne Ulice. Nikt poza Czarnymi tam nie chodził. Gdybyś był biały, nie poszedłbyś tam. Biali prowadzili sklepy na Czarnych Ulicach, ale biali tam nie chodzili.
  Doris chciałaby zobaczyć stamtąd ulice swojej wioski fabrycznej. Nie mogła. Zbocze ziemi to uniemożliwiało. Diabelski młyn się zawalił. Pomyślała: "Chciałabym zobaczyć, gdzie mieszkam, z góry".
  Nie do końca jest prawdą, że osoby takie jak Doris, Nell, Grace i Fanny mieszkały we własnych domach. Mieszkały w młynie. Spędzały tam prawie cały tydzień, kiedy nie spały.
  Zimą chodzili, gdy było ciemno. Wychodzili nocą, gdy było ciemno. Ich życie było zamurowane, zamknięte. Skąd ktokolwiek mógł wiedzieć, kto nie został złapany i uwięziony od dzieciństwa, przez wczesną kobiecość, aż po dorosłość? Tak samo było z właścicielami fabryk. Byli wyjątkowymi ludźmi.
  Ich życie toczyło się w pokojach. Życie Nell i Doris w przędzalni Langdon toczyło się w pokoju. Był to duży, jasny pokój.
  Nie było brzydkie. Było duże i jasne. Było cudowne.
  Ich życie toczyło się w małym, wąskim korytarzu w dużym pomieszczeniu. Ściany korytarza były maszynami. Światło padało z góry. Z góry spływał drobny, miękki strumień wody, a właściwie mgła. Robiono to, aby nić była miękka i giętka dla maszyn.
  Latające maszyny. Śpiewające maszyny. Maszyny budują ściany małego korytarza mieszkalnego w dużym pomieszczeniu.
  Korytarz był wąski. Doris nigdy nie mierzyła jego szerokości.
  Zacząłeś, będąc dzieckiem. Zostałeś tam, aż się zestarzałeś albo zmęczyłeś. Maszyny szły w górę i w górę. Nić opadała i opadała. Trzepotała. Trzeba było dbać o jej wilgotność. Trzepotała. Jeśli nie dbałeś o jej wilgotność, zawsze się zrywała. W upalne lato wilgoć sprawiała, że pociłeś się coraz bardziej. Sprawiała, że pociłeś się jeszcze bardziej. Sprawiała, że pociłeś się jeszcze bardziej.
  Nell powiedziała: "Kogo to obchodzi? Same jesteśmy maszynami. Kogo to obchodzi?". Czasami Nell warczała. Przeklinała. Powiedziała: "Robimy tkaniny. Kogo to obchodzi? Jakaś dziwka pewnie kupi jej nową sukienkę od jakiegoś bogacza. Kogo to obchodzi?". Nell mówiła szczerze. Przeklinała. Nienawidziła.
  "Co za różnica, kogo to obchodzi? Kto chce być ignorowany?"
  W powietrzu unosiły się kłaczki, drobne, unoszące się kłaczki. Niektórzy twierdzili, że to one wywołują gruźlicę u niektórych osób. Mógł zarazić nimi matkę Eda, Ma Hoffman, która leżała na sofie, którą Ed zrobił, i kaszlała. Kaszlała, kiedy Doris była w nocy, kiedy Ed był w ciągu dnia, kiedy leżał w łóżku, kiedy czytał o generale Lee, generale Grancie czy Napoleonie Bonaparte. Doris miała nadzieję, że jej dziecko tego nie zrozumie.
  Nell powiedziała: "Pracujemy od patrzenia do niepatrzenia. Mają nas. Zaatakowali nas. Wiedzą o tym. Związali nas. Pracujemy od widocznego do niewidocznego". Nell była wysoka, zadufana w sobie i niegrzeczna. Jej piersi nie były duże jak u Doris - wręcz za duże - ani jak u Fanny, ani za małe, po prostu w porządku, płaskie jak u mężczyzny, jak u Grace. Były w sam raz: nie za duże i nie za małe.
  Gdyby mężczyzna kiedykolwiek dopadł Nell, zaatakowałby ją z całej siły. Doris wiedziała o tym. Czuła to. Nie wiedziała, skąd to wiedziała, ale wiedziała. Nell będzie walczyć, przeklinać i walczyć. "Nie, nie rozumiesz. Niech cię diabli. Nie jestem taka. Idź do diabła".
  Kiedy się poddała, płakała jak dziecko.
  Gdyby mężczyzna ją zdobył, to by ją miał. Byłaby jego. Niewiele by o tym mówiła, ale... gdyby mężczyzna ją zdobył, to by była jego. Myśląc o Nell, Doris niemal żałowała, że nie jest tym mężczyzną, z którym mogłaby spróbować.
  Dziewczyna myślała o takich rzeczach. Musiała o czymś myśleć. Cały dzień, każdego dnia, nić, nić, nić. Muchy, przerwy, muchy, przerwy. Czasami Doris chciała kląć jak Nell. Czasami chciała być jak Nell, a nie jak jej pobratymcy. Grace opowiadała, że kiedy pracowała w młynie, na uboczu, gdzie teraz była Nell, pewnej gorącej nocy po powrocie do domu... powiedziała...
  Doris masowała Grace dłońmi, delikatnie i stanowczo, najlepiej jak potrafiła, nie za mocno i nie za delikatnie. Masowała ją po całym ciele. Grace to uwielbiała. Była tak zmęczona. Tego wieczoru ledwo mogła umyć naczynia. Powiedziała: "Mam nitkę w głowie. Pocieraj ją tam. Mam nitkę w głowie". Ciągle dziękowała Doris za to, że ją masowała. "Dziękuję. Och, dziękuję, Doris" - powiedziała.
  Grace była zaskoczona, gdy diabelski młyn się uniósł. Przytuliła się do Doris i zamknęła oczy. Doris trzymała swoje szeroko otwarte. Nie chciała niczego przegapić.
  Nell patrzyła w oczy Jezusa Chrystusa. Patrzyła w oczy Napoleona Bonaparte czy Roberta E. Lee.
  Mąż Doris też tak myślał, ale nie była taka, jak myślał jej mąż. Wiedziała o tym. Pewnego dnia Ed rozmawiał z matką o Doris. Doris tego nie słyszała. Było to w ciągu dnia, kiedy Ed się obudził, a Doris była w pracy. Powiedział: "Gdyby miała jakieś myśli przeciwko mnie, powiedziałaby mi to. Gdyby pomyślała o innym mężczyźnie, powiedziałaby mi". To nie była prawda. Gdyby Doris to usłyszała, roześmiałaby się. "Źle mnie zrozumiał" - powiedziałaby.
  Można było być w pokoju z Doris, a ona tam była, a nie tam. Nigdy nie działała ci na nerwy. Nell powiedziała to kiedyś Fanny i to była prawda.
  Nie powiedziała: "Patrz. Jestem. Jestem Doris. Zwróć na mnie uwagę". Nie obchodziło jej, czy zwracasz na nią uwagę, czy nie.
  Jej mąż, Ed, mógł być w pokoju. Mógł tam czytać w niedzielę. Doris również mogła leżeć w tym samym łóżku co Ed. Matka Eda mogła leżeć na werandzie na kanapie, którą Ed dla niej zrobił. Ed na pewno wystawił ją, żeby mogła zaczerpnąć powietrza.
  Lato może być gorące.
  Dziecko mogło bawić się na werandzie. Mogło się czołgać. Ed zbudował mały płotek, żeby nie zsunął się z werandy. Matka Eda mogła ją pilnować. Kaszel nie dawał jej zasnąć.
  Ed mógłby leżeć na łóżku obok Doris. Mógłby myśleć o postaciach z książki, którą czytał. Gdyby był pisarzem, mógłby leżeć na łóżku obok Doris i pisać swoje książki. Nie było w niej nic, co mówiłoby: "Spójrz na mnie. Zauważ mnie". To się nigdy nie wydarzyło.
  Nell powiedziała: "Idzie do ciebie. Jest dla ciebie ciepła. Gdyby Nell była mężczyzną, uwzięłaby się na Doris. Kiedyś powiedziała Fanny: "Będę za nią. Polubię ją".
  Doris nigdy nikogo nie nienawidziła. Nigdy niczego nie nienawidziła.
  Doris miała talent do rozgrzewania ludzi. Potrafiła wmasowywać w nich relaksacyjne masaże dłońmi. Czasami, gdy stała na boku w przędzalni w fabryce, bolały ją piersi. Po urodzeniu Eda i dziecka karmiła je wcześnie rano, gdy się budziło. Jej dziecko obudziło się wcześnie. Przed wyjściem do pracy dała mu jeszcze jeden ciepły napój.
  W południe wróciła do domu i ponownie nakarmiła dziecko. Karmiła je w nocy. W sobotnie wieczory dziecko spało z nią i Edem.
  Ed był w dobrych nastrojach. Zanim go poślubiła, kiedy planowali się spotkać... oboje pracowali wtedy w młynie... Ed miał wtedy pracę na pół etatu... Ed chodził z nią na spacery. Siadywał z nią nocami w ciemnościach w domu rodziców Doris.
  Doris pracowała w młynie, w przędzalni, od dwunastego roku życia. Ed również. Pracował na krośnie od piętnastego roku życia.
  Tego dnia, gdy Doris była na diabelskim młynie z Grace... Grace kurczowo się jej trzymała... Grace zamykała oczy, bo się bała... Fanny i Nell siedziały na sąsiednim miejscu na dole... Fanny krzyczała ze śmiechu... Nell krzyczała.
  Doris nadal widziała różne rzeczy.
  W oddali zobaczyła dwie grube, czarne kobiety łowiące ryby w rzece.
  W oddali zobaczyła pola bawełny.
  Mężczyzna jechał samochodem drogą między polami bawełny. Stworzył czerwony pył.
  Zobaczyła kilka budynków w miasteczku Langdon i komin przędzalni bawełny, w której pracowała.
  Na polu niedaleko terenów targowych ktoś sprzedawał leki patentowe. Doris go zobaczyła. Wokół niego zgromadzili się tylko czarnoskórzy. Był na pace ciężarówki. Sprzedawał leki patentowe czarnoskórym.
  Zobaczyła tłum, coraz większy tłum, na terenie targów: czarnych i białych, próżniaków (pracowników przędzalni bawełny) i czarnoskórych. Większość pracowników przędzalni nienawidziła czarnoskórych. Doris nie.
  Zobaczyła młodego mężczyznę, którego rozpoznała. Był to silny, rudowłosy młody mieszkaniec miasta, który dostał pracę w fabryce.
  Pracował tam dwa razy. Wrócił pewnego lata, a następnego wrócił ponownie. Był woźnym. Dziewczyny w fabryce mówiły: "Założę się, że to szpieg. Kim innym jest? Gdyby nie był szpiegiem, dlaczego miałby tu być?"
  Początkowo pracował w młynie. Doris nie była wtedy mężatką. Potem odszedł, a ktoś doniósł, że poszedł na studia. Następnego lata Doris wyszła za mąż za Eda.
  Potem wrócił. To były ciężkie czasy, ludzie byli zwalniani, ale odzyskał pracę. Wydłużyli godziny pracy, zwolnili ludzi i zaczęli mówić o związku zawodowym. "Załóżmy związek".
  "Panie. Program tego nie toleruje. Superman tego nie toleruje.
  "Nie obchodzi mnie to. Załóżmy związek zawodowy".
  Doris nie została zwolniona. Musiała pracować dłużej. Ed musiał robić więcej. Nie mógł już robić tego, co wcześniej. Kiedy ten młody mężczyzna z rudymi włosami... nazywali go "Rudy"... kiedy wrócił, wszyscy mówili, że musi być szpiegiem.
  Do miasta przyjechała kobieta, obca kobieta, i skontaktowała się z Nell, mówiąc jej, do kogo ma napisać w sprawie związku. Nell przyszła do domu Hoffmanów tego samego wieczoru, w sobotę wieczorem, i zapytała Doris: "Czy rozmawiam z Edem, Doris?". A Doris odpowiedziała: "Tak". Chciała, żeby Ed napisał do paru osób, żeby utworzyli związek, żeby kogoś przysłał. "Mam nadzieję, że komunistycznego" - powiedziała. Słyszała, że to najgorszy scenariusz. Chciała najgorszego. Ed się bał. Na początku nie chciał. "To ciężkie czasy" - powiedział - "to czasy Hoovera". Powiedział, że na początku nie będzie chciał.
  "To nie jest odpowiedni moment" - powiedział. Bał się. "Zostanę zwolniony albo zostanę zwolniony" - powiedział, ale Doris powiedziała: "Daj spokój", a Nell: "Daj spokój", i tak zrobił.
  Nell powiedziała: "Nie mów nikomu. Nie mów nic. To było ekscytujące.
  Rudowłosy młodzieniec wrócił do pracy w młynie. Jego Poppy pracował jako lekarz w Langdon, lecząc chorych z młyna, ale zmarł. Był na placu.
  Jego syn był po prostu woźnym w młynie. Grał w drużynie młynarskiej i był świetnym graczem. Tego dnia, kiedy Doris była na festynie, zobaczyła go na diabelskim młynie. Drużyna młynarska zazwyczaj grała w piłkę na boisku młyna, tuż obok młyna, ale tego dnia grali tuż obok festynu. To był ważny dzień dla pracowników młyna.
  Tego wieczoru na festynie miała się odbyć potańcówka na dużej platformie - dziesięć centów. Nieopodal stały dwie platformy: jedna dla czarnych, druga dla białych. Grace, Nell i Doris nie miały zamiaru zostać. Doris nie mogła. Fanny została. Przyszedł jej mąż, a ona została.
  Po meczu baseballowym trzeba było złapać grubą świnię. Nie zostali na to. Po przejażdżce diabelskim młynem wrócili do domu.
  Nell, mówiąc o młodym rudowłosym mężczyźnie z miasta, który grał w drużynie Millball, powiedziała: "Założę się, że to szpieg" - powiedziała. "Cholerny szczur" - powiedziała - "skunks. Założę się, że to szpieg".
  Zakładali związek zawodowy. Ed otrzymywał listy. Bał się, że za każdym razem, gdy któryś z nich otrzymywał, będą go atakować. "Co w nim jest?" - zapytała Doris. To było ekscytujące. Otrzymał karty rejestracyjne związku. Przyszedł mężczyzna. Miało się odbyć duże zebranie związku, które miało zostać upublicznione, gdy tylko zrekrutuje się wystarczająca liczba członków. To nie było komunistyczne. Nell się myliła. To był po prostu związek zawodowy, i to wcale nie najgorszy. Nell powiedziała Edowi: "Nie mogą cię za to zwolnić".
  "Tak, mogą. Cholera, nie mogą". Przestraszył się. Nell powiedziała, że założy się, że młody Red Oliver jest piekielnie dobrym szpiegiem. Ed powiedział: "Założę się".
  Doris wiedziała, że to nieprawda. Powiedziała, że to nieprawda.
  "Skąd wiesz?"
  "Po prostu wiem."
  Kiedy pracowała w przędzalni fabryki, w ciągu dnia widziała na długim korytarzu, po obu stronach którego latały szpule, mały skrawek nieba. Gdzieś daleko, może nad rzeką, leżał mały kawałek drewna, gałąź drzewa - nie zawsze można go było zobaczyć, tylko gdy wiał wiatr. Wiatr wiał i potrząsał nim, a potem, jeśli spojrzało się w górę w tym momencie, można go było zobaczyć. Obserwowała to od dwunastego roku życia. Wielokrotnie myślała: "Kiedy pewnego dnia wyjdę na dwór, sprawdzę, gdzie jest to drzewo", ale kiedy wychodziła na dwór, nie potrafiła stwierdzić. Obserwowała to od dwunastego roku życia. Teraz miała osiemnaście lat. W jej głowie nie było nici. W nogach nie było nici od tak długiego stania tam, gdzie powstawała nić.
  Ten młody mężczyzna, ten rudowłosy mężczyzna, patrzył na nią. Grace, kiedy był tam pierwszy raz, nie wiedziała o tym, a Nell nie wiedziała. Nie była żoną Eda za pierwszym razem. Ed nie wiedział.
  Unikał tej ścieżki, kiedy tylko mógł. Podszedł i spojrzał na nią. Ona patrzyła na niego w ten sposób.
  Kiedy szykowała się do ślubu z Edem, oboje nie zrobili niczego, czego później musieliby się wstydzić.
  Pozwalała mu dotykać różnych miejsc w ciemności. Pozwalała mu.
  Po ślubie i narodzinach dziecka przestał to robić. Może myślał, że to źle. Nie powiedział.
  Piersi Doris zaczęły boleć późnym popołudniem, kiedy była w młynie. Bolały ją nieustannie, odkąd urodziła dziecko i jeszcze nie odstawiła go od piersi. Odstawiła go, ale nie odstawiła. Kiedy była w młynie, zanim wyszła za mąż za Eda, i ten rudowłosy młodzieniec podszedł i spojrzał na nią, roześmiała się. Potem piersi zaczęły ją trochę boleć. Tego dnia, kiedy była na diabelskim młynie i zobaczyła Reda Olivera grającego w baseball z drużyną młyna, i patrzyła na niego, był przy kiju, mocno uderzył piłkę i pobiegł.
  Miło było patrzeć, jak biega. Był młody i silny. Oczywiście jej nie widział. Zaczęła ją boleć klatka piersiowa. Kiedy diabelski młyn dobiegł końca, wysiedli, a ona powiedziała pozostałym, że chyba będzie musiała wracać do domu. "Muszę wracać do domu" - powiedziała. "Muszę zająć się dzieckiem".
  Nell i Grace pojechały z nią. Wrócili do domu torami kolejowymi. To była krótsza trasa. Fanny wyruszyła z nimi, ale spotkała męża, który powiedział: "Zostańmy", więc została.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA TRZECIA. ETHEL
  OceanofPDF.com
  1
  
  ETHEL LONG Z LANGDON W STANIE GEORGIA z pewnością nie była prawdziwą kobietą z Południa. Nie należała do prawdziwej tradycji kobiet z Południa, a przynajmniej nie do tej starej. Jej ludzie byli całkowicie szanowani, jej ojciec bardzo szanowany. Oczywiście, ojciec oczekiwał, że jego córka będzie kimś, kim ona nie była. Wiedziała o tym. Uśmiechnęła się, wiedząc o tym, choć nie był to uśmiech przeznaczony dla ojca. A przynajmniej nie wiedział. Nigdy nie zmartwi go bardziej niż już był. "Biedny stary ojciec". "Jej ojciec miał ciężko" - pomyślała. "Życie było dla niego dzikim mustangiem". Istniało marzenie o nieskazitelnej białej kobiecie z Południa. Ona sama całkowicie obaliła ten mit. Oczywiście, on nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Ethel myślała, że wie, skąd wzięło się to marzenie o nieskazitelnej białej kobiecie z Południa. Urodziła się w Langdon w stanie Georgia i przynajmniej myślała, że zawsze miała oczy szeroko otwarte. Była cyniczna wobec mężczyzn, zwłaszcza tych z Południa. "Dla nich całkiem łatwo jest mówić o nieskazitelnej białej kobiecości, o tym, że zawsze dostają to, czego chcą, w taki sposób, w jaki dostają, zazwyczaj od brązowych mężczyzn, przy minimalnym ryzyku".
  "Chciałbym pokazać jeden z nich.
  "Ale dlaczego, do cholery, miałbym się martwić?"
  Ethel nie myślała o swoim ojcu, kiedy o tym myślała. Jej ojciec był dobrym człowiekiem. Ona sama nie była dobra. Nie była moralna. Myślała o całym nastawieniu białych ludzi na Południu dzisiaj, o tym, jak purytanizm rozprzestrzenił się tam po wojnie secesyjnej. "Pas Biblijny", jak nazwał go H.R. Mencken w "Mercury". Pełno w nim było wszelkiego rodzaju potworności: biednych białych, czarnych, białych z wyższych sfer, trochę szaleńców, którzy próbowali utrzymać coś, co utracili.
  Industrializm nadchodzi w swojej najbrzydszej postaci... to wszystko miesza się z ludźmi, którzy mają religię... pretensje, głupotę... mimo wszystko fizycznie był to piękny kraj.
  Biali i czarni pozostają w niemal niemożliwej relacji ze sobą... mężczyźni i kobiety okłamują samych siebie.
  A wszystko to w ciepłej, słodkiej krainie. Ethel tak naprawdę, nawet nie rozumiała, jak wygląda południowa wieś... czerwone piaszczyste drogi, gliniaste drogi, sosnowe lasy, kwitnące wiosną sady brzoskwiniowe w Georgii. Doskonale wiedziała, że to mogła być najsłodsza kraina w całej Ameryce, ale tak nie było. Rzadka okazja, którą biali ludzie przegapili przez cały okres bezpożarowy w Ameryce... na Południu... jak cudownie mogło być!
  Ethel była nowoczesna. Ta stara gadka o wysokiej, pięknej cywilizacji Południa... kreowaniu dżentelmenów, kreowaniu dam... sama nie chciała być damą... "Te stare rzeczy nie mają już znaczenia" - powtarzała sobie czasem, myśląc o standardach życia ojca, standardach, które tak bardzo chciał jej narzucić. Może myślał, że je zmiażdżył. Ethel się uśmiechnęła. Myśl ta była mocno zakorzeniona w jej umyśle, że kobieta taka jak ona, już niemłoda... miała dwadzieścia dziewięć lat... że lepiej będzie, jeśli spróbuje wypracować sobie, jeśli to możliwe, pewien styl życia. Lepiej nawet być odrobinę twardą. "Nie oddawaj się zbyt tanio, cokolwiek robisz" - lubiła sobie powtarzać. Były w niej już takie chwile... nastrój mógł powrócić w każdej chwili... miała przecież dopiero dwadzieścia dziewięć lat, całkiem dojrzały wiek jak na żyjącą kobietę... doskonale wiedziała, że nie jest jeszcze bezpieczna... były w niej już takie chwile, dość dzika i szalona chęć dawania.
  Byłoby lekkomyślnością oddawać to komuś innemu.
  Czy to robi jakąś różnicę, kim to był?
  Sam akt oddania byłby czymś. Jest płot, który chciałbym przeskoczyć. Co za różnica, co jest dalej? Pokonanie go to coś.
  Żyj lekkomyślnie.
  "Chwileczkę" - powiedziała sobie Ethel. Uśmiechnęła się, mówiąc to. Przecież nie próbowała tego lekkomyślnego dawania. Nie zadziałało.
  A jednak mogła spróbować jeszcze raz. "Gdyby tylko był miły". Czuła, że w przyszłości to, co uważała za uprzejmość, będzie dla niej bardzo, bardzo ważne.
  Następnym razem w ogóle nie da. To byłaby kapitulacja. Albo to, albo nic.
  "Do czego? Do mężczyzny?" - zapytała samą siebie Ethel. "Wydaje mi się, że kobieta musi się czegoś kurczowo trzymać, wierzyć, że może coś osiągnąć dzięki mężczyźnie" - pomyślała. Ethel miała dwadzieścia dziewięć lat. Dochodzi się do trzydziestki, a potem do czterdziestki.
  Kobiety, które nie dają sobie całkowicie spokoju, wysychają. Ich usta wysychają, a one same wysychają w środku.
  Jeśli się poddadzą, poniosą odpowiednią karę.
  "Ale może chcemy kary".
  "Uderz mnie. Uderz mnie. Spraw, żebym poczuł się dobrze. Uczyń mnie pięknym, choćby na chwilę.
  "Spraw, żebym rozkwitła. Spraw, żebym rozkwitła."
  Tego lata Ethel znów poczuła się nim zainteresowana. To było całkiem przyjemne. Było dwóch mężczyzn, jeden znacznie młodszy od niej, drugi znacznie starszy. Która kobieta nie byłaby zadowolona, gdyby pożądało jej dwóch mężczyzn... a może nawet trzech, a może kilkunastu? Była zadowolona. Życie w Langdon bez dwóch mężczyzn, którzy by jej pragnęli, byłoby w końcu dość nudne. Szkoda, że młodszy z dwóch mężczyzn, którymi nagle się zainteresowała i którzy się nią interesowali, był taki młody, o wiele młodszy od niej, wręcz niedojrzały, ale nie było wątpliwości, że ona też była nim zainteresowana. Poruszył ją. Chciała, żeby był blisko niej. "Chciałabym..."
  Myśli unoszą się w powietrzu. Myśli pobudzają. Myśli są niebezpieczne i przyjemne. Czasami myśli są jak dotyk dłoni tam, gdzie chcesz być dotykany.
  "Dotknijcie mnie, myśli. Podejdźcie bliżej. Podejdźcie bliżej."
  Myśli unoszą się w powietrzu. Myśli są ekscytujące. Myśli mężczyzny dotyczą kobiety.
  "Czy chcemy rzeczywistości?
  "Gdybyśmy mogli rozwiązać to, moglibyśmy rozwiązać wszystko".
  Być może żyjemy w epoce ślepoty i szaleństwa wobec rzeczywistości - technologii, nauki. Kobiety takie jak Ethel Long z Langdon w stanie Georgia czytają książki i myślą, a może nawet próbują myśleć, marząc czasem o nowej wolności, odrębnej od męskiej.
  Mężczyzna poniósł porażkę w Ameryce, teraz kobiety próbują czegoś nowego. Czy były prawdziwe?
  W końcu Ethel nie była tylko produktem Langdon w Georgii. Uczęszczała do Northern College i obracała się w towarzystwie amerykańskich intelektualistów. Wspomnienia z Południa utkwiły jej w pamięci.
  Doświadczenia kobiet i dziewcząt z Brown: dzieciństwo i dorastanie jako kobiety.
  Białe kobiety z Południa, dorastające, zawsze świadome, w pewnym subtelnym sensie brązowe kobiety... kobiety o szerokich biodrach, niemoralne, kobiety o dużych piersiach, chłopki, ciemne ciała...
  Mają coś dla mężczyzn, zarówno brązowych, jak i białych...
  Ciągłe zaprzeczanie faktom...
  Ciemne kobiety na polach, pracujące w polu... ciemne kobiety w miastach, jako służące... w domach... ciemne kobiety chodzące po ulicach z ciężkimi koszami na głowach... kołyszące biodrami.
  Gorące południe...
  Negacja. Negacja.
  "Biała kobieta może być głupia, ciągle czyta i myśli". Nie potrafi sobie pomóc.
  "Ale niewiele zrobiłam", powiedziała do siebie Ethel.
  Młody mężczyzna, którym nagle się zainteresowała, nazywał się Oliver i wrócił do Langdon z północy, gdzie również studiował. Nie przyjechał na początku wakacji, ale raczej późno, pod koniec lipca. Lokalna gazeta donosiła, że był na Zachodzie z kolegą ze szkoły i właśnie wrócił do domu. Zaczął przychodzić do Biblioteki Publicznej Langdon, gdzie pracowała Ethel. Była bibliotekarką w nowej Bibliotece Publicznej Langdon, otwartej poprzedniej zimy.
  Pomyślała o młodym Red Oliverze. Bez wątpienia ekscytowała się nim od chwili, gdy po raz pierwszy go zobaczyła, gdy wrócił do Langdon tego lata. To podekscytowanie nabrało dla niej nowego wymiaru. Nigdy wcześniej nie czuła czegoś takiego do mężczyzny. "Chyba zaczynam okazywać oznaki macierzyństwa" - pomyślała. Wyrobiła sobie nawyk analizowania własnych myśli i emocji. Podobało jej się to. To sprawiało, że czuła się dojrzalsza. "Ciężki okres w życiu tak młodego człowieka" - pomyślała. Przynajmniej młody Red Oliver nie był taki jak inni młodzi mężczyźni w Langdon. Wydawał się zdezorientowany. I jaki był silny fizycznie! Spędził kilka tygodni na farmie na zachodzie. Był opalony i wyglądał zdrowo. Wrócił do Langdon, żeby spędzić trochę czasu z matką, zanim znowu pójdzie do szkoły.
  "Może mnie on interesuje, bo sama jestem już trochę nudna" - pomyślała Ethel.
  "Jestem trochę chciwy. To jak twardy, świeży owoc, który chcesz ugryźć".
  Matka młodego mężczyzny, zdaniem Ethel, była dość dziwną kobietą. Wiedziała o matce Reda. Całe miasto o niej wiedziało. Wiedziała, że kiedy Red był w domu rok wcześniej, po pierwszym roku w North High i śmierci ojca, doktora Olivera, pracował w przędzalni bawełny Langdon. Ojciec Ethel znał ojca Reda, a nawet jego dziadka. Przy stole w Longhouse rozmawiał o powrocie Reda do miasta. "Widzę dom tego młodego Olivera. Mam nadzieję, że jest bardziej podobny do dziadka niż do ojca czy matki".
  W bibliotece, kiedy Red przychodził tam czasem wieczorem, Ethel go badała. Był już silnym mężczyzną. Jakie szerokie miał ramiona! Miał dość dużą głowę pokrytą rudymi włosami.
  Najwyraźniej był młodym mężczyzną, który traktował życie bardzo poważnie. Ethel pomyślała, że podoba jej się taki typ faceta.
  "Może tak, może nie". Tego lata stała się bardzo nieśmiała. Nie lubiła tej cechy w sobie; chciała być prostsza, wręcz prymitywna... albo pogańska.
  "Może to dlatego, że mam prawie trzydzieści lat". Wbiła sobie do głowy, że trzydziestka to dla kobiety punkt zwrotny.
  Pomysł ten mógł również zrodzić się z jej lektury. George'a Moore'a... albo Balzaca.
  Pomysł... "Już dojrzały. Jest wspaniały, wspaniały.
  "Wyciągnij ją. Ugryź ją. Zjedz ją. Zrób jej krzywdę."
  Nie do końca tak to ujęto. Chodziło o koncepcję, która wchodziła w grę. Sugerowała, że Amerykanie byli do tego zdolni, że odważyli się spróbować.
  Nieuczciwi ludzie. Odważni ludzie. Odważni ludzie.
  "To wszystko przez to cholerne czytanie... kobiety próbują się podnieść, wziąć sprawy w swoje ręce. Kultura, prawda?
  Stare Południe, dziadek Ethel i dziadek Reda Olivera, nie czytali. Rozmawiali o Grecji, a w ich domach były greckie książki, ale były to książki wiarygodne. Nikt ich nie czytał. Po co czytać, skoro można jeździć po polach i dowodzić niewolnikami? Jesteś księciem. Po co książę miałby czytać?
  Stare Południe umarło, ale z pewnością nie umarło śmiercią królewską. Kiedyś żywiło głęboką, książęcą pogardę dla kupców, kantorów i fabrykantów z północy, ale teraz samo zostało całkowicie przyciągnięte do fabryk, pieniędzy i sklepików.
  Nienawidzić i naśladować. Oczywiście, że zdezorientowany.
  "Czy czuję się lepiej?" - musiała zadać sobie pytanie Ethel. Najwyraźniej, pomyślała, myśląc o młodym mężczyźnie, pragnął on przejąć kontrolę nad swoim życiem. "Bóg jeden wie, ja też". Kiedy Red Oliver wrócił do domu i zaczął często przychodzić do biblioteki, a ona go poznała - udało jej się to zrobić - doszło do tego, że czasami bazgrał coś na skrawkach papieru. Pisał wiersze, których wstydziłby się jej pokazać, gdyby go poprosiła. Nie zapytała. Biblioteka była otwarta trzy wieczory w tygodniu i w te wieczory prawie zawsze przychodził.
  Wyjaśnił nieco niezręcznie, że chce czytać, ale Ethel myślała, że rozumie. To dlatego, że, podobnie jak ona, nie czuł się częścią miasta. W jego przypadku mogło to być, przynajmniej częściowo, zasługą matki.
  "Czuję się tu nieswojo, ja też" - pomyślała Ethel. Wiedziała, że pisze, bo pewnej nocy, kiedy przyszedł do biblioteki i wziął książkę z półki, usiadł przy stole i, nie patrząc na książkę, zaczął pisać. Przyniósł ze sobą notatnik.
  Ethel przechadzała się po małej czytelni biblioteki. Było miejsce, gdzie mogła stanąć między półkami z książkami i zajrzeć mu przez ramię. Napisał do przyjaciela z Zachodu, przyjaciela. Próbował swoich sił w poezji. "Nie byli zbyt dobrzy" - pomyślała Ethel. Widziała tylko jedną czy dwie nieśmiałe próby.
  Kiedy po raz pierwszy wrócił do domu tego lata - po odwiedzeniu przyjaciela z Zachodu - chłopaka, który chodził z nim do college'u, Red powiedział jej - rozmawiał z nią od czasu do czasu, nieśmiało, chętnie, z chłopięcą gorliwością młodego mężczyzny z kobietą, w obecności której jest wzruszony, ale czuje się młody i nieodpowiedni - chłopaka, który również grał w uniwersyteckiej drużynie baseballowej. Red pracował wczesnym latem na farmie swojego ojca w Kansas... Wrócił do domu do Langdon z szyją i rękami poparzonymi przez polowe słońce... to też było miłe. Ethel... kiedy po raz pierwszy wrócił do domu, miał problem ze znalezieniem pracy. Pogoda była bardzo gorąca, ale w bibliotece było chłodniej. W budynku była mała toaleta. Wszedł do środka. On i Ethel byli sami w budynku. Pobiegła i przeczytała to, co napisał.
  Był poniedziałek, a on wędrował samotnie "w niedzielę". Napisał list. Do kogo? Do nikogo. "Drogi Nieznajomy" - napisał, a Ethel przeczytała słowa i uśmiechnęła się. Serce jej zamarło. "On chce kobiety. Chyba każdy mężczyzna tak robi".
  Jakież dziwne pomysły mieli mężczyźni - dobre, to znaczy. Było ich wiele innych. Ethel też o nich wiedziała. Ta młoda, słodka istota miała pragnienia. Próbowała do czegoś dotrzeć. Taki mężczyzna zawsze odczuwał jakiś wewnętrzny głód. Miał nadzieję, że jakaś kobieta go zaspokoi. Jeśli nie miał kobiety, próbował stworzyć sobie własną.
  Red spróbował. "Drogi Nieznajomy". Opowiedział nieznajomemu o swoim samotnym zmartwychwstaniu. Ethel szybko czytała. Aby wrócić z toalety, do której wszedł, musiałby przejść krótkim korytarzem. Usłyszałaby jego kroki. Mogłaby uciec. To było zabawne, podglądać w ten sposób życie chłopca. W końcu był tylko chłopcem.
  Napisał do nieznanej osoby o swoim dniu, dniu samotności; sama Ethel nienawidziła niedziel w tym miasteczku w Georgii. Chodziła do kościoła, ale nienawidziła tam chodzić. Pastor był głupi, pomyślała.
  Przemyślała to wszystko. Gdyby tylko ludzie, którzy chodzili tu w niedziele do kościoła, byli naprawdę religijni, pomyślała. Nie byli. Może to zasługa jej ojca. Jej ojciec był sędzią hrabstwa Georgia i uczył w szkółce niedzielnej w niedziele. W sobotnie wieczory zawsze był zajęty lekcjami w szkółce niedzielnej. Zabierał się do tego jak chłopiec uczący się do sprawdzianu. Ethel myślała setki razy: W powietrzu tego miasta w niedziele unosi się cała ta fałszywa religia. W powietrzu tego miasta w Georgii w niedziele unosiło się coś ciężkiego i zimnego, zwłaszcza wśród białych. Zastanawiała się, czy może jednak coś jest w porządku z czarnymi. Ich religia, amerykańska religia protestancka, którą przejęli od białych... może coś z niej zrobili.
  Nie biały. Czymkolwiek kiedyś było Południe, wraz z pojawieniem się przędzalni bawełny stało się - miastami takimi jak Langdon w Georgii - miastami Jankesów. Zawarto z Bogiem swego rodzaju układ. "Dobrze, damy ci jeden dzień w tygodniu. Będziemy chodzić do kościoła. Włożymy wystarczająco dużo pieniędzy, żeby utrzymać kościoły".
  "W zamian za to dajecie nam niebo, kiedy żyjemy tutaj tym życiem, tym życiem, tym życiem, w którym prowadzimy tę przędzalnię bawełny, ten sklep lub tę kancelarię prawną...
  "Albo bądź szeryfem, albo zastępcą szeryfa, albo zajmij się nieruchomościami.
  "Dacie nam niebo, gdy uporamy się z tym wszystkim i wypełnimy swoje zadanie".
  Ethel Long czuła, że w niedziele w powietrzu miasta unosi się coś niepokojącego. To raniło wrażliwą osobę. Ethel uważała, że jest wrażliwa. "Nie rozumiem, jak to możliwe, że wciąż jestem wrażliwa, ale wierzę, że jestem" - pomyślała. Czuła, że w niedziele w mieście unosi się stęchlizna. Przenikała ona przez mury budynków. Wdzierała się do domów. To raniło Ethel, raniło ją samą.
  Miała pewne doświadczenie z ojcem. Kiedyś, gdy był młody, był bardzo energiczną osobą. Czytał książki i chciał, żeby inni też je czytali. Nagle przestał czytać. Jakby przestał myśleć, nie chciał myśleć. To był jeden ze sposobów, w jaki Południe, choć mieszkańcy Południa nigdy się do tego nie przyznawali, zbliżyło się do Północy. Zamiast myślenia, czytali gazety, regularnie chodzili do kościoła... przestali być prawdziwie religijni... słuchali radia... zapisali się do klubu obywatelskiego... to był bodziec do rozwoju.
  "Nie myśl... Możesz zacząć się zastanawiać, co to naprawdę znaczy".
  W międzyczasie wsyp do doniczki ziemię południową.
  "Wy, mieszkańcy Południa, zdradzacie swoje Południowe pola... stare, półdzikie, dziwne piękno tej ziemi i miast.
  "Nie myśl. Nie waż się myśleć.
  "Bądźcie jak Jankesi, czytelnicy gazet, słuchacze radia.
  "Reklama. Nie myśl."
  Ojciec Ethel nalegał, żeby Ethel chodziła w niedziele do kościoła. Cóż, nie do końca było to naleganie. Raczej kiepska imitacja nalegania. "Lepiej, żebyś to zrobiła" - powiedział z nutą stanowczości. Zawsze starał się być ostateczny. Wynikało to z faktu, że jej pozycja jako bibliotekarki miejskiej była niemal rządowa. "Co ludzie powiedzą, jeśli tego nie zrobisz?". Właśnie to miał na myśli jej ojciec.
  "O Boże" - pomyślała. Mimo to poszła.
  Przywiozła do domu mnóstwo swoich książek.
  Kiedy była młodsza, jej ojciec mógł nawiązać z nią intelektualną więź. Teraz nie mógł. To, co, jak wiedziała, przydarzyło się wielu Amerykanom, być może większości , przydarzyło się i jemu. Nadszedł moment w życiu Amerykanina, kiedy zatrzymał się w miejscu. Z jakiegoś dziwnego powodu wszelki intelekt w nim umarł.
  Potem myślał już tylko o zarabianiu pieniędzy, o tym, by być szanowanym, a jeśli był człowiekiem lubieżnym, o zdobywaniu kobiet i życiu w luksusie.
  Niezliczone książki napisane w Ameryce były dokładnie takie same, podobnie jak większość sztuk teatralnych i filmów. Prawie wszystkie poruszały jakiś realny problem, często interesujący. Dotarły do tego punktu, a potem nagle zatrzymały się w miejscu. Przedstawiły problem, z którym same by się nie spotkały, a potem nagle zaczęły łowić raki. Wyszły z tego nagle radosne lub optymistycznie nastawione do życia, coś w tym stylu.
  Ojciec Ethel był niemal pewien Nieba. A przynajmniej tego pragnął. Był zdeterminowany. Ethel przywiozła do domu, oprócz innych książek, książkę George'a Moore'a zatytułowaną "Kerith Creek".
  "To historia o Chrystusie, wzruszająca i pełna czułości historia" - pomyślała. Wzruszyła ją.
  Chrystus wstydził się tego, co uczynił. Chrystus wstąpił na świat, a potem zstąpił. Zaczął życie jako biedny pastuszek, a po tym strasznym czasie, kiedy ogłosił się Bogiem, kiedy zwodził ludzi, kiedy zawołał: "Pójdźcie za mną! Pójdźcie moimi śladami!", po tym, jak ludzie powiesili Go na krzyżu, by umarł...
  W cudownej książce George'a Moore'a, nie umarł. Bogaty młodzieniec zakochał się w nim i zdjął go z krzyża, wciąż żywego, ale straszliwie okaleczonego. Mężczyzna wyleczył go, przywrócił do życia. Odczołgał się od ludzi i znów został pasterzem.
  Wstydził się tego, co zrobił. Mgliście widział odległą przyszłość. Wstyd nim wstrząsnął. Widział, patrząc w daleką przyszłość, co zapoczątkował. Widział Langdon w Georgii, Toma Shawa, właściciela młyna w Langdon w Georgii... Widział wojny toczone w Jego imieniu, skomercjalizowane kościoły, kościoły, niczym przemysł, kontrolowane przez pieniądze, kościoły odwracające się od zwykłych ludzi, odwracające się od pracy. Widział, jak nienawiść i głupota ogarnęły świat.
  "Przeze mnie. Dałem ludzkości ten absurdalny sen o Niebie, odwracając ich wzrok od ziemi".
  Chrystus powrócił i znów stał się prostym, nieznanym pasterzem pośród jałowych wzgórz. Był dobrym pasterzem. Stada były uszczuplone, ponieważ nie było dobrego barana, a on poszedł szukać jednego. Zastrzelić jednego, tchnąć nowe życie w stare matki-jagnięta. Cóż to była za cudownie potężna, słodka ludzka historia. "Gdyby tylko moja wyobraźnia mogła być tak szeroka i wolna" - pomyślała Ethel. Pewnego dnia, gdy właśnie wróciła do domu ojca po dwóch czy trzech latach nieobecności i ponownie czytała książkę, Ethel nagle zaczęła o niej rozmawiać z ojcem. Poczuła dziwne pragnienie, by się do niego zbliżyć. Chciała mu opowiedzieć tę historię. Próbowała.
  Nieprędko zapomni tego doświadczenia. Nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł. "A autor mówi, że On nie umarł na krzyżu".
  "Tak. Myślę, że na Wschodzie krąży taka stara historia. Pisarz George Moore, Irlandczyk, podjął się jej i rozwinął".
  "Nie umarł i narodził się na nowo?"
  "Nie, nie w ciele. Nie narodził się na nowo".
  Ojciec Ethel wstał z krzesła. Był wieczór, ojciec i córka siedzieli razem na ganku domu. Zbladł. "Ethel". Jego głos był ostry.
  "Nigdy więcej o tym nie wspominaj" - powiedział.
  "Dlaczego?"
  "Dlaczego? Mój Boże" - powiedział. "Nie ma nadziei. Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał w ciele, nie ma nadziei".
  Miał na myśli... oczywiście nie przemyślał, co miał na myśli... moje życie, które przeżyłem tu na tej ziemi, tu w tym mieście, jest czymś tak dziwnym, słodkim i uzdrawiającym, że nie mogę znieść myśli, że mogłoby ono zgasnąć całkowicie i nieodwracalnie, jak zgaśnięcie świecy.
  Cóż za porażający egoizm, a tym bardziej zdumiewające, że ojciec Ethel wcale nie był egoistą. Był naprawdę skromnym człowiekiem, aż za skromnym.
  No więc Red Oliver miał niedzielę. Ethel przeczytała, co napisał, kiedy był w toalecie biblioteki. Przeczytała to szybko. Po prostu przeszedł kilka mil za miasto wzdłuż linii kolejowej biegnącej wzdłuż rzeki. Potem o tym napisał, zwracając się do jakiejś wyimaginowanej kobiety, bo nie miał kobiety. Chciał opowiedzieć o tym jakiejś kobiecie.
  Czuł to samo, co ona w niedzielę w Langdon. "Nie mogłem znieść miasta" - napisał. "W dni powszednie jest lepiej, gdy ludzie są szczerzy".
  Więc on też był buntownikiem.
  "Kiedy kłamią i oszukują się nawzajem, jest lepiej".
  Mówił o ważnym człowieku w mieście, Tomie Shawie, właścicielu młyna. "Mama poszła do kościoła, a ja czułem, że powinienem jej zaproponować, że pójdę z nią, ale nie mogłem" - napisał. Czekał w łóżku, aż wyjdzie z domu, a potem wyszedł sam. Zobaczył Toma Shawa i jego żonę jadących do kościoła prezbiteriańskiego swoim dużym samochodem. To był kościół, do którego należał ojciec Ethel i gdzie uczył w szkółce niedzielnej. "Mówią, że Tom Shaw wzbogacił się tu pracą biednych. Lepiej widzieć, jak knuje, żeby się jeszcze bardziej wzbogacić. Lepiej widzieć, jak okłamuje samego siebie na temat tego, co robi dla ludzi, niż widzieć go w takim stanie, chodzącego do kościoła".
  Przynajmniej ojciec Ethel nigdy nie kwestionowałby nowych bogów amerykańskiej sceny, nowo uprzemysłowionej sceny Ameryki Południowej. Nie odważyłby się, nawet przed sobą.
  Młody mężczyzna wyjechał z miasta wzdłuż torów kolejowych, zjechał z torów kilka mil za miastem i znalazł się w sosnowym lesie. Napisał wiersz o lesie i czerwonej glebie Georgii, widocznej między drzewami za sosnowym lasem. Był to prosty, krótki rozdział o mężczyźnie, młodym mężczyźnie, sam na sam z naturą w niedzielę, gdy reszta miasta była w kościele. Ethel była w kościele. Żałowała, że nie jest z Redem.
  Gdyby jednak była z nim... Coś poruszyło się w jej myślach na ten temat. Odłożyła kartki papieru z taniego notesu, na którym pisał, i wróciła do biurka. Red wyszedł z toalety. Był tam już od pięciu minut. Gdyby była z nim w sosnowym lesie, gdyby ta nieznajoma kobieta, do której pisał, kobieta, która najwyraźniej nie istniała, gdyby to była ona sama. Może sama by to zrobiła. "Mógłbym być bardzo, bardzo miły".
  Wtedy może nikt by o tym nie napisał. Nie było wątpliwości, że w słowach nabazgranych na tabliczce przekazał prawdziwy sens miejsca, w którym się znalazł.
  Gdyby była tam z nim, leżąc obok niego na igłach w sosnowym lesie, mógłby dotykać jej dłońmi. Ta myśl przyprawiła ją o dreszcz. "Zastanawiam się, czy go pragnę?" - zadała sobie pytanie tego dnia. "To wydaje się trochę absurdalne" - powiedziała sobie. Znów siedział przy stole w pokoju do pisania i pisał. Co jakiś czas zerkał w jej stronę, ale jej wzrok unikał jego, gdy patrzył. Miała swój własny, kobiecy sposób radzenia sobie z tym. "Nie jestem jeszcze gotowa, żeby ci cokolwiek powiedzieć. Przecież przychodzisz tu od niecałego tygodnia.
  Gdyby go miała i miała, i gdyby czuła, że mogłaby go mieć, gdyby tylko postanowiła spróbować, nie myślałby o drzewach, niebie i czerwonych polach za drzewami, ani o Tomie Shawie, milionerze z przędzalni bawełny, jadącym do kościoła swoim dużym samochodem i powtarzającym sobie, że jedzie tam, aby oddać cześć biednemu i pokornemu Chrystusowi.
  "Myślałby o mnie" - pomyślała Ethel. Ta myśl ją ucieszyła, a być może dlatego, że był od niej o wiele młodszy, również rozbawiła.
  Po powrocie do domu tego lata Red podjął tymczasową pracę w lokalnym sklepie. Nie został tam długo. "Nie chcę być sprzedawcą" - powiedział sobie. Wrócił do młyna i chociaż nie potrzebowali pracowników, ponownie go zatrudnili.
  Tam było lepiej. Być może myśleli w młynie: "W razie kłopotów będzie po prawej stronie". Z okna biblioteki, mieszczącej się w starym ceglanym budynku, tuż przy końcu dzielnicy handlowej, Ethel czasami widywała Reda idącego wieczorem ulicą Main Street. Z młyna do domu Olivera był długi spacer. Ethel już zjadła kolację. Red miał na sobie ogrodniczki. Nosił ciężkie buty robocze. Kiedy drużyna młyna grała w piłkę, chciała iść. Był, pomyślała, dziwną, odizolowaną postacią w mieście. "Jak ja" - pomyślała. Był częścią miasta, ale nie jego.
  Było coś przyjemnego w ciele Reda. Ethel podobało się, jak swobodnie się kołysało. Pozostawało takie nawet wtedy, gdy był zmęczony po całym dniu pracy. Podobały jej się jego oczy. Weszła w nawyk stania przy oknie biblioteki, gdy wracał wieczorem z pracy. Jej wzrok badał młodego mężczyznę idącego w tamtą stronę rozgrzaną ulicą południowego miasta. Szczerze mówiąc, myślała o jego ciele w odniesieniu do ciała swojej kobiety. Może właśnie tego pragnę. Gdyby tylko był trochę starszy. Czuła w sobie pożądanie. Pożądanie ogarnęło jej ciało. Znała to uczucie. Nie radziłam sobie z takimi rzeczami zbyt dobrze, pomyślała. Czy mogę zaryzykować z nim? Dopadnę go, jeśli za nim podążę. Poczuła się trochę zawstydzona swoim kalkulującym umysłem. Jeśli chodzi o małżeństwo. Coś w tym stylu. Jest ode mnie znacznie młodszy. To się nie uda. To absurd. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, chłopak, pomyślała.
  Był niemal pewien, że w końcu dowie się, co mu zrobiła. "Tak jak ja mógłbym, gdybym spróbował". Chodził tam prawie każdego wieczoru, po pracy i zawsze, gdy biblioteka była otwarta. Kiedy zaczął o niej myśleć, było to po tygodniu pracy w fabryce... miał jeszcze sześć, osiem tygodni, żeby zostać w mieście, zanim wróci do szkoły... już, choć być może nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co mu zrobiono, płonął myślami o niej... "A gdybym spróbował?". Było oczywiste, że żadna kobieta go nie zdobyła. Ethel wiedziała, że dla młodego, samotnego mężczyzny takiego jak on zawsze znajdzie się sprytna kobieta. Uważała się za całkiem sprytną. "Nie wiem, co w mojej przeszłości każe mi uważać się za sprytnego, ale najwyraźniej tak myślę" - pomyślała, stojąc przy oknie biblioteki, gdy przechodził Red Oliver, patrząc, lecz nie widząc. "Kobieta, jeśli jest dobra, może zdobyć każdego mężczyznę, którego inna jeszcze nie wyceniła". Trochę wstydziła się swoich myśli o chłopcu. Bawiły ją jej własne myśli.
  OceanofPDF.com
  2
  
  OCZY E TEL LONG były zagadkowe. Były zielonkawo-niebieskie i twarde. Potem stawały się delikatnie niebieskie. Nie była szczególnie zmysłowa. Bywała przeraźliwie zimna. Czasami chciała być miękka i uległa. Kiedy widziało się ją w pokoju, wysoką, szczupłą, dobrze zbudowaną, jej włosy wydawały się kasztanowe. W świetle zmieniały kolor na rudy. W młodości była nieśmiałym chłopcem, raczej pobudliwym i porywczym dzieckiem. Z wiekiem rozwinęła w sobie pasję do ubrań. Zawsze chciała nosić lepsze ubrania, niż było ją stać. Czasami marzyła o zostaniu projektantką mody. "Dam radę" - myślała. Większość ludzi trochę się jej bała. Jeśli nie chciała, żeby się do niej zbliżyli, miała swój sposób, żeby ich trzymać na dystans. Niektórzy mężczyźni, których przyciągała i którym nie udawało się zrobić postępów, uważali ją za węża. "Ona ma wężowe oczy" - myśleli. Jeśli mężczyzna, który ją pociągał, był choć trochę wrażliwy, łatwo go denerwowała. To też ją trochę irytowało. "Chyba potrzebuję szorstkiego mężczyzny, który nie będzie zwracał uwagi na moje kaprysy" - powtarzała sobie. Często tego lata, po tym, jak Red Oliver zaczął odwiedzać bibliotekę przy każdej okazji i myśleć o niej jak o sobie, przyłapywał ją na patrzeniu na niego i myślał, że zaprosili już wszystkich.
  Był na Zachodzie z młodym mężczyzną, przyjacielem, który wczesnym latem pracował na farmie ojca swojego przyjaciela w Kansas i, jak to często bywa z młodymi ludźmi, dużo mówiło się o kobietach. Rozmowy o kobietach przeplatały się z rozmowami o tym, co młodzi ludzie powinni robić w życiu. Obaj młodzi mężczyźni byli poruszeni współczesnym radykalizmem. Poznali go na studiach.
  Byli podekscytowani. Był tam jeden młody profesor - szczególnie lubił Reda - który dużo mówił. Pożyczał mu książki - marksistowskie, anarchistyczne. Był wielbicielem amerykańskiej anarchistki Emmy Goldman. "Spotkałem ją kiedyś" - powiedział.
  Opisał spotkanie w małym miasteczku przemysłowym na Środkowym Zachodzie, gdzie lokalna inteligencja zebrała się w małym, ciemnym pomieszczeniu.
  Emma Goldman wygłosiła przemówienie. Następnie Ben Reitman, rosły, zuchwały i hałaśliwy mężczyzna, przeszedł przez widownię, sprzedając książki. Tłum był nieco podekscytowany, nieco onieśmielony śmiałymi przemówieniami kobiety i jej śmiałymi pomysłami. Ciemne drewniane schody prowadziły do sali, gdzie ktoś przyniósł cegłę i rzucił ją na dół.
  Sturlało się po schodach - bum, bum, a publiczność w małej sali...
  Mężczyźni i kobiety na widowni zrywają się na równe nogi. Bladość na twarzy, drżące usta. Myśleli, że sala została wysadzona w powietrze. Profesor, wówczas jeszcze student, kupił jedną z książek Emmy Goldman i podarował ją Redowi.
  "Nazywają cię "Rudy", prawda? To znaczące imię. Czemu nie zostaniesz rewolucjonistą?" - zapytał. Zadał takie pytania, a potem się roześmiał.
  "Nasze uczelnie wykształciły już zbyt wielu młodych agentów obligacji, prawników i lekarzy". Kiedy dowiedział się, że Red spędził poprzednie lato pracując jako robotnik w przędzalni bawełny na Południu, był zachwycony. Uważał, że obaj młodzi mężczyźni - Red i jego przyjaciel Neil Bradley, młody farmer z Zachodu - powinni poświęcić się jakiejś formie reform społecznych, być zagorzałymi socjalistami, a nawet komunistami, i chciał, aby Red pozostał robotnikiem po ukończeniu szkoły.
  "Nie rób tego z powodu jakichkolwiek korzyści, jakie twoim zdaniem możesz przynieść ludzkości" - powiedział. "Nie ma czegoś takiego jak człowieczeństwo. Są tylko te miliony jednostek w dziwnej, niewytłumaczalnej sytuacji.
  "Radzę ci być radykałem, bo bycie radykałem w Ameryce jest trochę niebezpieczne i stanie się jeszcze bardziej niebezpieczne. To przygoda. Życie tutaj jest zbyt bezpieczne. Zbyt nudne".
  Dowiedział się, że Red skrycie pragnie pisać. "W porządku" - powiedział radośnie - "pozostań robotnikiem. To może być największa przygoda w tym wielkim kraju klasy średniej - pozostać biednym, świadomie wybrać bycie zwykłym człowiekiem, robotnikiem, a nie jakimś wielkim robakiem... kupcem lub sprzedawcą". Młody profesor, który wywarł głębokie wrażenie na umysłach obu młodych mężczyzn, sam wyglądał niemal dziewczęco. Być może miał w sobie coś dziewczęcego, ale jeśli to prawda, dobrze to ukrywał. Sam był biednym młodzieńcem, ale twierdził, że nigdy nie był wystarczająco silny, by zostać robotnikiem. "Musiałem zostać urzędnikiem" - powiedział. "Próbowałem zostać robotnikiem. Kiedyś dostałem pracę przy kopaniu kanałów w miasteczku na Środkowym Zachodzie, ale nie dałem rady". Podziwiał ciało Reda i czasami, wyrażając swój podziw, stawiał go w niezręcznej sytuacji. "Piękno" - powiedział, dotykając pleców Reda. Miał na myśli sylwetkę Reda, niezwykłą głębokość i szerokość jego klatki piersiowej. On sam był mały i szczupły, z bystrymi, ptasimi oczami.
  Kiedy Red był w Western Farm wcześniej tego lata, on i jego przyjaciel Neil Bradley, również baseballista, czasami jeździli wieczorami do Kansas City. Neil nie miał jeszcze nauczyciela.
  Potem miał jedną, nauczycielkę. Pisał czerwonymi literami opisując swoją intymność z nią. Sprawił, że Red myślał o kobietach, pragnął kobiety, jakiej nigdy wcześniej nie miał. Spojrzał na Ethel Long. Jak dobrze jej głowa leżała na ramionach! Jej ramiona były małe, ale dobrze ukształtowane. Jej szyja była długa i smukła, a od jej małej głowy linia schodziła wzdłuż jej szyi, znikając pod sukienką, a jego ręka chciała podążyć za nią. Była trochę wyższa od niego, ponieważ miał skłonność do pulchności. Red miał szerokie ramiona. Z punktu widzenia męskiego piękna były zbyt szerokie. Nie myślał o sobie w związku z koncepcją męskiego piękna, chociaż ten profesor college'u, ten, który mówił o pięknie jego ciała, ten, który zwracał szczególną uwagę na rozwój jego i jego przyjaciela Neila Bradleya... Może był trochę dziwny. Ani Red, ani Neil nigdy o tym nie wspominali. Wydawało się, że zawsze miał ochotę pogłaskać Red swoimi dłońmi. Zawsze, gdy byli sami, zapraszał Reda do swojego gabinetu w budynku uczelni. Podszedł. Siedział na krześle przy biurku, ale wstał. Jego oczy, wcześniej tak ptasie, bystre i bezosobowe, nagle, o dziwo, stały się jak oczy kobiety, oczy zakochanej kobiety. Czasami, w obecności tego mężczyzny, Red odczuwał dziwne poczucie niepewności. Nic się nie działo. Nigdy nic nie zostało powiedziane.
  Red zaczął odwiedzać bibliotekę w Langdon. Tego lata było wiele gorących, cichych wieczorów. Czasami, po pracy w młynie i lunchu, spieszył się na treningi odbijania z drużyną młyna, ale pracownicy młyna byli zmęczeni po długim dniu i nie mogli znieść tej aktywności zbyt długo. Dlatego Red, ubrany w strój baseballowy, wrócił do miasta i poszedł do biblioteki. Trzy wieczory w tygodniu biblioteka była otwarta do dziesiątej, choć przychodziło niewiele osób. Często bibliotekarz siedział sam.
  Wiedział, że inny mężczyzna w mieście, starszy mężczyzna, prawnik, zabiegał o względy Ethel Long. Martwiło go to, a nawet trochę przerażało. Pomyślał o listach, które pisał do niego Neil Bradley. Neil poznał starszą kobietę i niemal natychmiast nawiązali bliższą relację. "To było coś wspaniałego, coś, dla czego warto żyć" - powiedział Neil. Czy miał szansę na kolejną tak intymną relację z tą kobietą?
  Ta myśl rozwścieczyła Reda. I go też przeraziła. Choć wtedy o tym nie wiedział, ponieważ matka Ethel zmarła, jej starsza siostra wyszła za mąż i przeprowadziła się do innego miasta na Południu, a jej ojciec poślubił drugą żonę, ona, podobnie jak Red, nie czuła się w domu do końca komfortowo.
  Żałowała, że musiała mieszkać w Langdon, że tam wróciła. Ona i druga żona jej ojca były prawie w tym samym wieku.
  Macocha Longów była bladą blondynką. Choć Red Oliver o tym nie wiedział, Ethel Long również była gotowa na przygodę. Kiedy chłopiec siedział wieczorami w bibliotece, nieco zmęczony, udając, że czyta albo pisze, zerkając na nią ukradkiem, marząc ukradkiem o jej posiadaniu, spojrzała na niego.
  Rozważała możliwość przeżycia przygody z młodym mężczyzną, który dla niej był po prostu chłopcem, a także innego rodzaju przygody z mężczyzną o wiele starszym i zupełnie innym typem.
  Po ślubie jej macocha chciała mieć własne dziecko, ale nigdy go nie miała. Obwiniała za to swojego męża, ojca Ethel.
  Beształa męża. Czasami, leżąc nocą w łóżku, Ethel słyszała, jak jej nowa matka - sama myśl o niej jako o matce była absurdalna - kłóci się z ojcem. Czasami wieczorami Ethel szła wcześniej do swojego pokoju. Bywali tam mężczyzna i jego żona, a kobieta beształa ich. Wydawała rozkazy: "Zrób to... zrób tamto".
  Ojciec był wysokim mężczyzną o czarnych włosach, które teraz siwiały. Z pierwszego małżeństwa miał dwóch synów i dwie córki, ale obaj synowie zmarli: jeden w domu, dorosły mężczyzna, starszy od Ethel, a drugi, najmłodszy z jego dzieci, żołnierz, oficer, na wojnie światowej.
  Starszy z dwóch synów był chory. Był bladym, wrażliwym mężczyzną, który pragnął zostać naukowcem, ale z powodu choroby nigdy nie ukończył studiów. Zmarł nagle na zawał serca. Młodszy syn przypominał Ethel, był wysoki i szczupły. Był dumą i radością ojca. Ojciec miał wąsy i małą, ostro zakończoną bródkę, która, podobnie jak jego włosy, zaczynała już siwieć, ale dbał o jej kolor, zazwyczaj bardzo starannie je farbując. Czasami mu się to nie udawało lub był niedbały. Pewnego dnia ludzie spotkali go na ulicy, a jego wąsy posiwiały, ale następnego dnia, kiedy go spotkali, znów były czarne i lśniące.
  Żona krytykowała go za wiek. To był jej sposób. "Musisz pamiętać, że się starzejesz" - powiedziała ostro. Czasami mówiła to z życzliwą miną, ale on wiedział, i ona wiedziała, że nie jest miła. "Potrzebuję czegoś, a ty chyba jesteś za stary, żeby mi to dać" - pomyślała.
  "Chcę rozkwitnąć. Oto jestem, blada kobieta, niezbyt zdrowa. Chcę się wyprostować, pogrubić i powiększyć, że tak powiem, przemienić w prawdziwą kobietę. Nie sądzę, żebyś mógł mi to zrobić, do cholery. Nie jesteś wystarczająco męski.
  Nie powiedziała tego. Mężczyzna też czegoś chciał. Z pierwszą żoną, która już nie żyła, miał czworo dzieci, w tym dwóch synów, ale obaj synowie już nie żyli. Chciał mieć kolejnego syna.
  Poczuł się nieco onieśmielony, gdy przywiózł do domu swoją nową żonę i córkę, siostrę Ethel, która wówczas była niezamężna. W domu nie powiedział córce nic o swoich planach, a ona sama wyszła za mąż jeszcze w tym samym roku. Pewnego wieczoru on i nowa żona pojechali razem do innego miasta w Georgii, nie wspominając o żadnych swoich planach, a po ślubie przywiózł ją do domu. Jego dom, podobnie jak Olivera, znajdował się na obrzeżach miasta, na końcu ulicy. Stał tam duży, stary dom z południowego muru pruskiego, a za nim rozciągała się łagodnie opadająca łąka. Na łące trzymał krowę.
  Kiedy to wszystko się wydarzyło, Ethel nie chodziła do szkoły. Potem wróciła do domu na wakacje. W domu zaczął się rozgrywać dziwny dramat.
  Ethel i nowa żona jej ojca, młoda blondynka o ostrym głosie, starsza od niej o kilka lat, najwyraźniej zaprzyjaźniły się.
  Przyjaźń była udawaniem. To była gra, w którą grali. Ethel wiedziała i nowa żona też wiedziała. Cztery osoby szły razem. Najmłodsza siostra, ta, która wyszła za mąż wkrótce po tym, jak to wszystko się zaczęło (a przynajmniej tak myślała Ethel, zmagając się z tym), nie rozumiała. Wyglądało to tak, jakby w domu utworzyły się dwie frakcje: Ethel, wysoka, zadbana, nieco wyrafinowana, i nowa, blada blondynka, żona jej ojca, w jednej, a ojciec, jej mąż i ich najmłodsza córka w drugiej.
  
  Och, kochanie,
  Małe nagie dziecko z łukiem i kołczanem pełnym strzał.
  
  Niejeden mędrzec śmiał się z miłości. "Ona nie istnieje. To wszystko bzdura". Mówili tak mędrcy, zdobywcy, cesarze, królowie i artyści.
  Czasami wychodzili razem we czwórkę. W niedziele zdarzało się, że wszyscy razem chodzili do kościoła prezbiteriańskiego, spacerując razem po ulicach w upalne niedzielne poranki. Prezbiteriański pastor w Langdon był mężczyzną o zgarbionych ramionach i dużych dłoniach. Jego umysł był nieskończenie otępiały. Kiedy w dni powszednie spacerował ulicami miasta, wystawiał głowę i trzymał ręce za plecami. Wyglądał jak człowiek idący pod silny wiatr. Nie było wiatru. Wyglądał, jakby miał się zaraz przewrócić i pogrążyć w myślach. Jego kazania były długie i bardzo nudne. Później, gdy w Langdon wybuchły zamieszki pracownicze i dwóch robotników w wiosce młynarskiej na obrzeżach miasta zostało zabitych przez zastępców szeryfa, powiedział: "Żaden chrześcijański duchowny nie powinien odprawiać ich ceremonii pogrzebowej. Powinni być pochowani jak zdechłe muły". Kiedy rodzina Longów szła do kościoła, Ethel szła ze swoją nową macochą, a jej młodsza siostra z ojcem. Obie kobiety szły przed sobą, ożywiając rozmowę. "Tak bardzo lubisz spacerować. Twój ojciec cieszy się, że cię nie ma" - powiedziała blondynka.
  "Życie po szkole, w mieście, w Chicago... wrócić tutaj do domu... być dla nas wszystkich tak miłym".
  Ethel się uśmiechnęła. Polubiła bladą, szczupłą kobietę, nową żonę jej ojca. "Ciekawe, dlaczego ojciec ją chciał?". Jej ojciec wciąż był silnym mężczyzną. Był rosłym, wysokim mężczyzną.
  Nowa żona była wredna. "Jaka z niej grzeczna mała hejterka" - pomyślała Ethel. Przynajmniej Ethel się nią nie nudziła. Podobało jej się.
  Wszystko to wydarzyło się zanim Red Oliver poszedł do szkoły, gdy był jeszcze uczniem liceum.
  Minęły trzy lata po ślubie jej ojca, a potem młodszej siostry, bez powrotu Ethel do domu. Przez dwa lata pracowała, a trzeciego lata uczęszczała do szkoły letniej. Ukończyła Uniwersytet Chicagowski.
  Ukończyła studia licencjackie na uniwersytecie, a następnie ukończyła kurs bibliotekoznawstwa. W miasteczku Langdon mieściła się nowa biblioteka Carnegie. Było jeszcze jedno stare miasto, ale wszyscy mówili, że jest za małe i niegodne miasta.
  Blondynka o imieniu Blanche zachęcała męża do odwiedzenia biblioteki.
  Nadal nękała męża, naciskając go, by przemawiał na spotkaniach miejskich klubów towarzyskich. Choć nie czytał już książek, wciąż miał reputację intelektualisty. Działał Klub Kiwanis i Klub Rotary. Sama poszła do redaktora miejskiego tygodnika i pisała dla niego artykuły. Jej mąż był zdziwiony. "Dlaczego jest taka zdeterminowana?" - pytał sam siebie. Nie rozumiał, a nawet czuł wstyd. Wiedział, co zaplanowała: podjęła pracę bibliotekarki w nowej bibliotece dla jego córki Ethel, a jej zainteresowanie córką, niemal w jej wieku, zastanawiało go. Wydawało mu się to trochę dziwne, wręcz nienaturalne. Czy marzył o spokojnym życiu domowym ze swoją nową kobietą, o starości pocieszanej przez nią? Miał złudzenie, że zostaną intelektualnymi towarzyszami, że zrozumie wszystkie jego myśli, wszystkie impulsy. "Nie damy rady" - powiedział jej niemal z nutą rozpaczy w głosie.
  "Czego nie możemy zrobić?" Blade oczy Blanche potrafiły być zupełnie bezosobowe. Rozmawiała z nim, jakby był obcym albo służącym.
  Zawsze miał sposób mówienia o rzeczach z nutą ostateczności, która wcale nie była ostateczna. To był blef o ostateczności, nadzieja na ostateczność, która nigdy się nie zmaterializowała. "Nie możemy pracować w ten sposób, tak otwarcie, tak otwarcie, nad budową tej biblioteki, prosząc miasto o wkład, prosząc podatników o finansowanie tej wspaniałej biblioteki, a jednocześnie... widzisz... sam sugerowałeś, żeby Ethel dostała tę pracę".
  "Będzie wyglądać jak gotowy produkt".
  Żałował, że w ogóle zaangażował się w walkę o nową bibliotekę. "Co mnie to obchodzi?" - pytał sam siebie. Jego nowa żona go wspierała i motywowała. Po raz pierwszy odkąd się z nią ożenił, wykazała zainteresowanie życiem kulturalnym miasta.
  "Nie możemy tego zrobić. Będzie wyglądać jak gotowy produkt.
  "Tak, kochanie, już to naprawiliśmy". Blanche zaśmiała się do męża. Jej głos stał się ostrzejszy od czasu ślubu. Zawsze była kobietą bez koloru na twarzy, ale przed ślubem używała różu.
  Po ślubie nie martwiła się. "Po co?" - zdawała się mówić. Miała dość słodkie usta, jak u dziecka, ale po ślubie jej usta zdawały się wysychać. Było coś w jej całej istocie po ślubie, co sugerowało... jakby należała nie do królestwa zwierząt, lecz do królestwa roślin. Została wyrwana. Została niedbale odłożona na bok, na słońcu i wietrze. Wysychała. Czuło się to.
  Ona też to czuła. Nie chciała być tym, kim była, kim się stawała. Nie chciała być niemiła dla męża. "Czy ja go nienawidzę?" - pytała samą siebie. Jej mąż był dobrym człowiekiem, człowiekiem honoru w mieście i hrabstwie. Był skrupulatnie uczciwy, regularnie uczęszczał do kościoła, szczerze wierzył w Boga. Obserwowała, jak inne kobiety wychodzą za mąż. Była nauczycielką w Langdon i przyjechała tam z innego miasta w Georgii, żeby uczyć. Niektóre z innych nauczycielek miały mężów. Po ślubie odwiedzała niektóre z nich w domach i utrzymywała z nimi kontakt. Miały dzieci, a potem ich mężowie nazywali je "matkami". To była relacja matka-dziecko, dorosłe dziecko, które spało z tobą. Mężczyzna wychodził i spieszył się. Zarabiał pieniądze.
  Nie mogła tego zrobić, nie mogła tak traktować męża. Był od niej o wiele starszy. Nadal deklarowała swoje oddanie córce męża, Ethel. Stawała się coraz bardziej zdecydowana, chłodna i stanowcza. "Jak myślisz, co miałam na myśli, kiedy nabyłam tę bibliotekę?" - zapytała męża. Jej ton go przeraził i zdezorientował. Kiedy mówiła tym tonem, jego świat zawsze zdawał się walić na jego oczach. "Och, wiem, co myślisz" - powiedziała. "Myślisz o swoim honorze, o swojej pozycji w oczach szanowanych ludzi tego miasta. To dlatego, że jesteś sędzią Longiem". Właśnie o tym myślał.
  Zrobiło jej się gorzko. "Do diabła z tym miastem". Zanim się z nią ożenił, nigdy nie wypowiedziałaby takiego słowa w jego obecności. Przed ślubem zawsze traktowała go z wielkim szacunkiem. Uważał ją za skromną, cichą, łagodną dziewczynkę. Przed ślubem bardzo się martwił, choć nic jej nie powiedział o tym, co go dręczy. Martwił się o swoją godność. Czuł, że jego małżeństwo z kobietą znacznie młodszą od niego wywoła plotki. Często drżał, myśląc o tym. Mężczyźni stojący przed drogerią w Langdon i rozmawiający. Myślał o mieszkańcach miasta, o Edzie Gravesie, Tomie McKnightu, Willu Fellowcrafcie. Któryś z nich mógł stracić panowanie nad sobą na spotkaniu klubu Rotary, powiedzieć coś publicznie. Zawsze starali się być pogodnymi i szanowanymi facetami w klubie. Kilka tygodni przed ślubem nie odważył się pójść na spotkanie klubu.
  Chciał syna. Miał dwóch synów i obaj zmarli. Mogła to być śmierć młodszego syna i przewlekła choroba starszego, choroba, która zaczęła się w dzieciństwie i rozbudziła w nim głębokie zainteresowanie dziećmi. Rozwinął w sobie pasję do dzieci, zwłaszcza chłopców. To doprowadziło do zdobycia miejsca w radzie szkolnej hrabstwa. Dzieci z miasteczka - to znaczy dzieci bardziej szanowanych białych rodzin, a zwłaszcza synowie takich rodzin - wszyscy go znali i podziwiali. Znał z imienia dziesiątki chłopców. Kilku starszych mężczyzn, którzy chodzili do szkoły w Langdon, dorośli i wyjechali, by zamieszkać gdzie indziej, wróciło do Langdon. Taki człowiek prawie zawsze przychodził do sędziego. Nazywali go "Sędzią".
  "Dzień dobry, sędzio". W głosach słychać było tyle ciepła, tyle życzliwości. Ktoś powiedział do niego: "Proszę posłuchać", powiedział, "chcę panu coś powiedzieć".
  Być może mówił o tym, co sędzia dla niego zrobił. "W końcu mężczyzna chce być człowiekiem honoru".
  Mężczyzna opowiedział coś, co wydarzyło się, gdy był uczniem. "Powiedziałeś mi to i to. Powiem ci, że to utkwiło mi w pamięci".
  Sędzia mógł zainteresować się chłopcem i szukać pomocy w potrzebie. To była najlepsza strona sędziego.
  "Nie pozwolisz mi być głupcem. Pamiętasz? Wkurzyłem się na ojca i postanowiłem uciec z domu. Wyciągnąłeś to ze mnie. Pamiętasz, jak mówiłeś?"
  Sędzia nie pamiętał. Zawsze interesowali go chłopcy; chłopcy stali się jego hobby. Wiedzieli o tym radni. Miał niezłą reputację. Jako młody prawnik, zanim został sędzią, założył drużynę harcerską. Był mistrzem harcerstwa. Zawsze był bardziej cierpliwy i życzliwy dla cudzych synów niż dla swoich; dla swoich był dość surowy. Tak właśnie myślał.
  "Pamiętasz, jak George Gray, Tom Eckles i ja się upiliśmy? Była noc, ukradłem konia i powóz mojego ojca i pojechaliśmy do Taylorville.
  Wpadliśmy w kłopoty. Nadal wstyd mi o tym myśleć. Prawie nas aresztowano. Mieliśmy przyprowadzić jakieś czarne dziewczyny. Aresztowano nas pijanych i hałaśliwych. Co za młode zwierzęta!
  Wiedząc o tym wszystkim, nie poszedłeś porozmawiać z naszymi ojcami, jak zrobiłaby to większość mężczyzn. Rozmawiałeś z nami. Zaprosiłeś nas do swojego biura pojedynczo i rozmawiałeś z nami. Po pierwsze, nigdy nie zapomnę tego, co powiedziałeś.
  Więc wyciągnął je i ukrył.
  Sprawiłeś, że poczułem powagę życia. Mogę wręcz powiedzieć, że byłeś dla mnie kimś więcej niż mój ojciec.
  *
  Sędzia był głęboko zaniepokojony i zirytowany pytaniem o nową bibliotekę. "Co pomyśli miasto?"
  To pytanie nie opuszczało jego myśli. Postawił sobie za punkt honoru, by nigdy nie wywierać presji na siebie ani na swoją rodzinę. "Przecież" - pomyślał - "jestem dżentelmenem z Południa, a dżentelmen z Południa nie robi takich rzeczy. Te kobiety!". Pomyślał o swojej najmłodszej córce, teraz zamężnej, i o zmarłej żonie. Najmłodsza córka była cichą i poważną kobietą, jak jego pierwsza żona. Była ładna. Po śmierci pierwszej żony, aż do jego ponownego małżeństwa, była gospodynią domową ojca. Wyszła za mąż za mężczyznę z miasta, który znał ją z liceum, a który teraz przeprowadził się do Atlanty, gdzie pracował w firmie handlowej.
  Z jakiegoś powodu, choć często z żalem wspominał dni spędzone z nią w domu, jego druga córka nigdy nie zrobiła na nim większego wrażenia. Była ładna. Była słodka. Nigdy nie wpadała w kłopoty. Kiedy sędzia myślał o kobietach, myślał o swojej najstarszej córce, Ethel, i żonie Blanche. Czy większość kobiet jest taka? Czy wszystkie kobiety, w głębi duszy, są takie same? "Pracowałam i pracowałam, próbując stworzyć bibliotekę dla tego miasta, a teraz sprawy potoczyły się tak". Nie myślał o Ethel w kontekście biblioteki. To był pomysł jego żony. Cały impuls w nim samym... myślał o tym od lat...
  Na Południu brakowało czytelnictwa. Wiedział o tym od młodości. Mówił o tym. Wśród większości młodych mężczyzn i kobiet panowała niewielka ciekawość intelektualna. Północ wydawała się znacznie wyprzedzać Południe w rozwoju intelektualnym. Sędzia, choć już nie czytał, wierzył w książki i czytelnictwo. "Czytanie poszerza kulturę człowieka" - ciągnął. Gdy potrzeba nowej biblioteki stawała się coraz bardziej oczywista, zaczął rozmawiać z kupcami i profesjonalistami w mieście. Wygłosił przemówienie w Klubie Rotary i został zaproszony do Klubu Kiwanis. Prezes Langdon Mills, Tom Shaw, był bardzo pomocny. W wiosce młynarskiej miała powstać filia.
  Wszystko było już załatwione, a budynek, piękna, stara rezydencja z Południa, został zakupiony i wyremontowany. Nad drzwiami widniał napis z nazwiskiem pana Andrew Carnegie.
  A jego własna córka, Ethel, została mianowana bibliotekarką miejską. Komitet głosował na nią. To był pomysł Blanche. To Blanche została z Ethel, żeby się przygotować.
  Oczywiście, krążyły pewne plotki o mieście. "Nic dziwnego, że tak bardzo chciał mieć bibliotekę. To poszerza kulturę człowieka, prawda? Powiększa jego portfel. Całkiem sprytne, co? Podstępny plan".
  Ale sędzia Willard Long nie był subtelny. Nienawidził tego wszystkiego, a nawet zaczął nienawidzić biblioteki. "Chciałbym zostawić to wszystko w spokoju". Kiedy jego córka została mianowana, chciał zaprotestować. Zwrócił się do Blanche. "Myślę, że lepiej będzie, jeśli porzuci swoje nazwisko". Blanche się roześmiała. "Nie możesz być aż tak głupi".
  "Nie pozwolę, żeby jej nazwisko zostało wymienione."
  "Tak, zrobisz to. Jeśli będzie trzeba, sam tam pojadę i to zainstaluję."
  Najdziwniejsze w całej tej historii było to, że nie mógł uwierzyć, że jego córka Ethel i nowa żona Blanche naprawdę się kochają. Czy po prostu spiskowały przeciwko niemu, by podważyć jego pozycję w mieście, by pokazać go jako kogoś, kim nie był i kim nie chciał być?
  Stał się drażliwy.
  Wnosisz do domu to, co - jak myślisz - będzie miłością, a okazuje się, że to jakiś nowy, dziwny rodzaj nienawiści, którego nie potrafisz zrozumieć. Do domu wniesiono coś, co zatruwa powietrze. Chciał porozmawiać o tym wszystkim ze swoją córką Ethel, kiedy wróci do domu, by objąć nowe stanowisko, ale ona też zdawała się wycofywać. Chciał wziąć ją na bok i błagać. Nie mógł. Jego umysł był zamglony. Nie mógł jej powiedzieć: "Słuchaj, Ethel, nie chcę cię tu widzieć". Dziwna myśl zrodziła się w jego głowie. Przeraziła go i zaniepokoiła. Chociaż w jednej chwili wydawało się, że spiskują przeciwko niemu, w następnej zdawali się przygotowywać do jakiejś walki między sobą. Być może mieli taki zamiar. Ethel, choć nigdy nie miała zbyt wiele pieniędzy, pracowała jako kostiumograf. Pomimo tego, że pani Tom Shaw, żona bogatego miejskiego fabrykanta, miała tyle pieniędzy... przytyła... Ethel była najwyraźniej najlepiej ubraną, najbardziej nowoczesną i stylową kobietą w mieście.
  Miała dwadzieścia dziewięć lat, a nowa żona jej ojca, Blanche, trzydzieści dwa. Blanche pozwoliła sobie na dość niechlujny wygląd. Wydawała się obojętna; być może chciała uchodzić za ignorantkę. Nie była nawet szczególnie wybredna, jeśli chodzi o kąpiele, a kiedy podchodziła do stołu, czasami nawet jej paznokcie były brudne. Pod nieobciętymi paznokciami widać było drobne czarne smugi.
  *
  Ojciec poprosił córkę, żeby pojechała z nim na wycieczkę za miasto. Był długoletnim członkiem rady szkolnej okręgu i musiał uczęszczać do szkoły dla czarnoskórych, więc obiecał, że pojedzie.
  Pojawiły się kłopoty z powodu czarnoskórego nauczyciela. Ktoś doniósł, że niezamężna kobieta jest w ciąży. Musiał tam pojechać i się dowiedzieć. To była dobra okazja, żeby szczerze porozmawiać z córką. Może dowie się czegoś o niej i swojej żonie.
  "Co poszło nie tak? Wcześniej nie byłaś taka... tak blisko... tak dziwnie. Może się nie zmieniła. Niewiele myślał o Ethel, kiedy żyła jego pierwsza żona i synowie.
  Ethel siedziała obok ojca w jego samochodzie, tanim roadsterze. Utrzymywał go w czystości i porządku. Była szczupła, dość dobrze zbudowana i zadbana. Jej oczy nic mu nie mówiły. Skąd miała pieniądze na ubrania, które nosiła? Wysłał ją do miasta, na północ, żeby się wykształciła. Musiała się zmienić. Teraz siedziała obok niego, wyglądając spokojnie i beznamiętnie. "Te kobiety" - pomyślał, jadąc. Było tuż po ukończeniu nowej biblioteki. Wróciła do domu, żeby pomóc w wyborze książek i przejąć kontrolę. Natychmiast wyczuł, że coś jest nie tak w jego domu. "Jestem uwięziony" - pomyślał. "W czym?". Nawet gdyby w jego domu toczyła się wojna, lepiej by było, gdyby wiedział, co jest nie tak. Mężczyzna chciał zachować godność. Czy to źle, że mężczyzna próbuje mieć córkę i żonę, prawie w tym samym wieku, w tym samym domu? Jeśli to było złe, to dlaczego Blanche tak bardzo chciała mieć Ethel w domu? Choć był już prawie staruszkiem, w jego oczach malował się niepokój, jak u zmartwionego chłopca, a jego córka poczuła wstyd. Lepiej będzie, jeśli zrezygnuję, pomyślała. Trzeba było coś ustalić między nią a Blanche. Co on miał z tym wspólnego, biedaczek? Większość mężczyzn była tak męcząca. Tak mało rozumieli. Mężczyzna siedzący obok niej w samochodzie tego dnia jechał, tak jak jechali czerwonymi drogami Georgii, przez sosny, przez niskie wzgórza... Była wiosna, a mężczyźni byli na polach, orząc pod przyszłoroczne zbiory bawełny, biali i brązowi mężczyźni pędzili muły... unosił się zapach świeżo zaoranej ziemi i sosen... mężczyzna siedzący obok niej, jej ojciec, był najwyraźniej tym, który zrobił to innej kobiecie... ...ta kobieta była teraz jej matką... jaki absurd... ta kobieta zajęła miejsce matki Ethel.
  Czy jej ojciec chciał, żeby myślała o tej kobiecie jak o swojej matce? "Śmiem twierdzić, że on sam nie do końca wie, czego chce.
  Mężczyźni nie chcą stawiać czoła trudnościom. Jak oni nienawidzą stawiać czoła trudnościom.
  "Nie da się rozmawiać z mężczyzną w takiej sytuacji, skoro jest twoim ojcem".
  Jej własna matka, kiedy jeszcze żyła, była... kim właściwie była dla Ethel? Jej matka była kimś w rodzaju siostry Ethel. Jako młoda dziewczyna wyszła za mąż za tego mężczyznę, ojca Ethel. Miała czwórkę dzieci.
  "Ten fakt musi dawać kobiecie ogromną satysfakcję" - pomyślała Ethel tego dnia. Dziwny dreszcz przebiegł jej przez ciało na myśl o matce jako młodej żonie, po raz pierwszy czującej ruchy dziecka w swoim ciele. W tym nastroju potrafiła myśleć o swojej matce, teraz już nieżyjącej, jako o zwykłej kobiecie. Między kobietami było coś, co niewielu mężczyzn rozumiało. Jak mężczyzna mógłby to zrozumieć?
  "Mógłby tam być jakiś człowiek. Powinien zostać poetą".
  Jej matka musiała wiedzieć, gdy już od pewnego czasu była żoną swego ojca, że człowiek, którego poślubiła, choć zajmował zaszczytną pozycję w życiu miasta i hrabstwa, choć został sędzią, był strasznie dojrzały i nigdy nie osiągnie dojrzałości.
  Nie mógł być dojrzały w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Ethel nie była pewna, co miała na myśli. "Gdybym tylko mogła znaleźć mężczyznę, którego mogłabym podziwiać, człowieka wolnego, nie bojącego się własnych myśli. Mógłby mi dać coś, czego potrzebuję".
  "Mógł mnie przeniknąć, zabarwić wszystkie moje myśli, wszystkie moje uczucia. Jestem półistotą. Chcę stać się prawdziwą kobietą". Ethel miała to, co było również w kobiecie Blanche.
  Ale Blanche była żoną ojca Ethel.
  I ona tego nie zrozumiała.
  Co?
  Było coś do osiągnięcia. Ethel zaczęła mgliście rozumieć, co się dzieje. Pomógł nam fakt, że byliśmy w domu, w domu z Blanche.
  Dwie kobiety się nie lubiły.
  Tak, zrobili to.
  Oni tego nie zrobili.
  Było trochę zrozumienia. W relacjach między kobietami zawsze będzie coś, czego żaden mężczyzna nie zrozumie.
  A jednak każda kobieta, która naprawdę jest kobietą, będzie tęsknić za tym bardziej niż za czymkolwiek innym w życiu - za prawdziwym zrozumieniem z mężczyzną. Czy jej matka to osiągnęła? Tego dnia Ethel wpatrywała się uważnie w ojca. Chciał z nim o czymś porozmawiać i nie wiedział, od czego zacząć. Nie zrobiła nic, żeby mu pomóc. Gdyby zaplanowana przez niego rozmowa się rozpoczęła, nie doprowadziłaby do niczego. Zacząłby: "Jesteś już w domu, Ethel... Mam nadzieję, że między tobą a Blanche wszystko będzie dobrze. Mam nadzieję, że się polubicie".
  "Zamknij się." Nie możesz tego mówić swojemu ojcu.
  Co do niej i tej Blanche... Nic z tego, co Ethel myślała tamtego dnia, nie zostało powiedziane. - Co do mnie i twojej Blanche... nie ma dla mnie znaczenia, że się z nią ożeniłeś. To mnie nie dotyczy. Zobowiązałeś się coś z nią zrobić. -
  "Czy wiesz o tym?"
  "Nie wiesz, co zrobiłeś. Już poniosłeś porażkę".
  Amerykańscy mężczyźni byli takimi głupcami. Jej ojciec tam był. Był dobrym, szlachetnym człowiekiem. Pracował ciężko przez całe życie. Mnóstwo mężczyzn z Południa... Ethel urodziła się i wychowała na Południu... znała wielu... wielu mężczyzn z Południa, gdy byli młodzi... na Południu wszędzie były ciemnoskóre dziewczyny. Chłopak z Południa łatwo rozpoznawał pewne fizyczne aspekty życia.
  Tajemnica dotarła. Otwarte drzwi. "To nie może być takie proste".
  Gdyby tylko kobieta mogła znaleźć mężczyznę, nawet niegrzecznego, który by się za nią wstawił. Jej ojciec źle ocenił kobietę, którą wybrał na swoją drugą żonę. To było oczywiste. Gdyby nie był tak naiwny, wiedziałby o tym wszystkim przed ślubem. Ta kobieta traktowała go skandalicznie. Postanowiła go zdobyć i zaczęła dążyć do pewnego celu.
  Stała się trochę otępiała i zmęczona, więc się ożywiła. Starała się sprawiać wrażenie osoby prostej, spokojnej i dziecinnej.
  Ona oczywiście wcale taka nie była. Była rozczarowaną kobietą. Możliwe, że gdzieś tam był mężczyzna, którego naprawdę pragnęła. Zniszczyła wszystko.
  Jej ojciec, gdyby tylko nie był tak szlachetnym człowiekiem. Była pewna, że jej ojciec, choć pochodził z Południa... w młodości nie zadawał się z ciemnoskórymi dziewczynami. "Może teraz byłoby dla niego lepiej, gdyby to zrobił, gdyby tylko nie był tak szlachetnym człowiekiem".
  Jego nowa kobieta potrzebowała porządnego lania. "Gdyby była moja, dałabym jej jedno" - pomyślała Ethel.
  Może nawet z nią istniała szansa. Blanche miała w sobie jakąś witalność, coś ukrytego w niej, pod bladością, pod brudem. Myślami Ethel wróciła do dnia, w którym jechała z ojcem do matki. Podróż przebiegła w dość spokojnej ciszy. Udało jej się namówić ojca, by opowiedział jej o swoim dzieciństwie. Był synem plantatora z Południa, który posiadał niewolników. Część ojcowskich akrów ziemi wciąż była na jego nazwisko. Udało jej się nakłonić go do opowiedzenia o czasach, gdy był młodym chłopcem z farmy, tuż po wojnie secesyjnej, o zmaganiach białych i czarnych z przystosowaniem się do nowego życia. Chciał porozmawiać o czymś innym, ale mu nie pozwoliła. Tak łatwo nimi manipulować. Podczas gdy mówił, myślała o swojej matce jako o młodej kobiecie, która wyszła za mąż za Willarda Longa. Miała dobrego, honorowego mężczyznę, mężczyznę innego niż większość mężczyzn z Południa, mężczyznę zainteresowanego książkami i który wydawał się intelektualnie żywy. Właściwie to nieprawda. Jej matka musiała się o tym dowiedzieć wkrótce potem.
  Matce Ethel mężczyzna, którego miała, musiał wydawać się ponadprzeciętny. Nie kłamał. Nie umawiał się potajemnie z ciemnoskórymi kobietami.
  Brązowe kobiety były wszędzie. Langdon w stanie Georgia leżało w samym sercu starego, niewolniczego Południa. Brązowe kobiety nie były złe. Były niemoralne. Nie miały problemów białych kobiet.
  Przeznaczone były do tego, by stawać się coraz bardziej podobne do białych kobiet, mierząc się z tymi samymi problemami, tymi samymi trudnościami w życiu, ale...
  W czasach jej ojca, w młodości.
  Jak udało mu się stać tak prosto? "Nigdy bym tego nie zrobiła" - pomyślała Ethel.
  Mężczyzna taki jak jej ojciec stawał na wysokości zadania i wykonywał pewne funkcje za kobietę. Można było na nim polegać w tej kwestii.
  Nie mógł dać kobiecie tego, czego naprawdę pragnęła. Być może żaden Amerykanin nie byłby w stanie. Ethel właśnie wróciła z Chicago, gdzie uczęszczała do szkoły i kształciła się na bibliotekarkę. Myślała o swoich przeżyciach tam... o zmaganiach młodej kobiety, by odnaleźć się w świecie, o tym, co ją spotkało w tych kilku przygodach, które podjęła, by uchwycić się życia.
  Był wiosenny dzień. Na północy, w Chicago, gdzie mieszkała od czterech czy pięciu lat, wciąż panowała zima, ale w Georgii już była wiosna. Jechała z ojcem do szkoły dla murzynów, kilka mil za miastem, mijając sady brzoskwiniowe w Georgii, pola bawełny, małe, niepomalowane chatki tak gęsto rozrzucone po ziemi... zwykła część zbiorów wynosiła dziesięć akrów... mijając długie połacie wykastrowanej ziemi... jazda, podczas której tak wiele myślała o ojcu w stosunku do jego nowej żony... że stała się ona rodzajem klucza do jej własnych myśli o mężczyznach i możliwego stałego romansu z jakimś mężczyzną - jej jazda miała miejsce, zanim dwaj mężczyźni z miasta, jeden bardzo młody, drugi prawie stary, zainteresowali się nią. Mężczyźni orali pola na swoich mułach. Byli tam brązowi mężczyźni i biali mężczyźni, brutalni, ignoranccy biali biedacy z Południa. Nie wszystkie lasy w tym kraju były sosnowe. Wzdłuż drogi nadrzecznej, którą podróżowali tego dnia, ciągnęły się połacie nizin. W niektórych miejscach czerwona, świeżo zaorana ziemia zdawała się opadać prosto w głąb ciemnego lasu. Ciemnoskóry mężczyzna, pędzący zaprzęgiem mułów, wspiął się po zboczu prosto do lasu. Jego muły zniknęły w lesie. Wchodziły i wychodziły tam. Samotne sosny zdawały się wyłaniać z masy drzew, jakby tańczyły na świeżej, świeżo zaoranej ziemi. Na brzegu rzeki, poniżej drogi, którą podróżowali, ojciec Ethel był teraz całkowicie pochłonięty opowieścią o swoim młodym dzieciństwie na tej ziemi, historią, którą opowiadała, od czasu do czasu zadając pytania: Nad brzegiem rzeki rosły klony bagienne. Jeszcze niedawno liście klonów bagiennych były krwistoczerwone, ale teraz były zielone. Kwitły derenie, lśniąc bielą na tle zieleni młodych pędów. Sady brzoskwiniowe były prawie gotowe do kwitnienia; wkrótce eksplodowały szaleństwem kwiatów. Tuż nad brzegiem rzeki rósł cyprys. Z brązowej, stojącej wody i czerwonego mułu na brzegu rzeki wystawały kolana.
  Była wiosna. Czuło się to w powietrzu. Ethel co chwila zerkała na ojca. Była na niego na wpół zła. Musiała go wspierać, zajmować jego myśli wspomnieniami z dzieciństwa. "Po co?... Nigdy się nie dowie, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć, dlaczego jego Blanche i ja nienawidzimy się, dlaczego jednocześnie chcemy sobie pomagać". Jej oczy miały zwyczaj stawania się jasne, jak oczy węża. Były niebieskie, a gdy myśli przychodziły i odchodziły, czasami zdawały się zielenieć. Były naprawdę szare, gdy było jej zimno, szare, gdy napływało do niej ciepło.
  Intensywność opadła. Chciała się poddać. "Powinienem wziąć go w ramiona, jakby nadal był tym chłopcem, o którym mówi" - pomyślał. Niewątpliwie jego pierwsza żona, matka Ethel, często to robiła. Mógł istnieć mężczyzna, który nadal był chłopcem, jak jej ojciec, a mimo to wiedział, że jest chłopcem. "Może dałbym sobie z tym radę" - pomyślał.
  Nienawiść narastała w niej. Tego dnia była w niej jak jasnozielona, nowa, wiosenna roślina. Kobieta Blanche wiedziała, że nienawiść jest w niej. Dlatego dwie kobiety mogły jednocześnie nienawidzić się i szanować.
  Gdyby jej ojciec wiedział choć trochę więcej, niż wiedział, niż mógłby wiedzieć kiedykolwiek.
  "Dlaczego nie mógł sobie znaleźć innej żony, skoro był zdecydowany ją mieć, skoro czuł, że jej potrzebuje?". Niejasno wyczuła tęsknotę ojca za synem... Wojna światowa zabrała mu ostatnią... a jednak mógł żyć dalej, jak wieczne dziecko, którym był, wierząc, że wojna światowa była uzasadniona... był jednym z liderów w swoim departamencie, chwalił wojnę, pomagał sprzedawać obligacje wolności... przypomniała sobie głupie przemówienie, które kiedyś usłyszała od ojca, zanim zmarła jej matka, po tym, jak jej syn zaciągnął się do wojska. Mówił o wojnie jako o środku uzdrawiającym. "To opatrzy stare rany tutaj, w naszym kraju, między Północą a Południem" - powiedział wtedy... Ethel siedziała obok matki i słuchała... jej matka nieco zbladła... kobiety z pewnością muszą znosić wiele nonsensów ze strony swoich mężczyzn... Ethel uważała to za dość absurdalne, determinacja mężczyzny wobec synów... ta próżność, która w mężczyznach tkwi i tkwi... pragnienie reprodukcji... uważając to za tak straszliwie ważne...
  
  "Jeśli chciał mieć jeszcze jednego syna, to dlaczego wybrał Blanche?"
  "Który mężczyzna chciałby być synem Blanche?"
  To wszystko było częścią niedojrzałości mężczyzn, która tak męczyła kobiety. Teraz Blanche miała dość. "Co za cholerne dzieciaki" - pomyślała Ethel. Jej ojciec miał sześćdziesiąt pięć lat. Jej myśli powędrowały gdzie indziej. "Co kobiety obchodzi, czy mężczyzna, który może z nimi robić, co chcą, jest dobry, czy nie?". Wyrobiła sobie nawyk przeklinania, nawet w myślach. Może odziedziczyła to po Blanche. Myślała, że ma coś dla Blanche. Była mniej zmęczona. Wcale nie była zmęczona. Czasami, gdy miała taki nastrój jak tamtego dnia... "Jestem silna" - pomyślała.
  "Mogę skrzywdzić wielu ludzi, zanim umrę".
  Mogłaby coś zrobić - z Blanche. "Mogłabym ją naprawić" - pomyślała. "Ta cała historia z jej puszczeniem się, nieważne jak brudna i zniszczona... To może być sposób, żeby go odepchnąć... To nie byłoby w moim stylu".
  "Mógłbym ją stąd zabrać, dać jej trochę życia. Ciekawe, czy ona tego chce? Chyba tak. Myślę, że właśnie o to jej chodzi".
  Ethel siedziała w samochodzie obok ojca, uśmiechając się twardym, dziwnym uśmiechem. Jej ojciec kiedyś go dostrzegł. Przestraszył się. Ona wciąż potrafiła się delikatnie uśmiechać. Wiedziała o tym.
  Stał tam mężczyzna, jej ojciec, zdziwiony obecnością dwóch kobiet, które zaciągnął do swojego domu - swojej żony i córki - i chciał zapytać córkę: "Co się stało?". Nie odważył się zapytać.
  "Dzieją mi się rzeczy, których nie potrafię zrozumieć".
  "Tak, chłopcze. Masz rację. Tak, coś się dzieje."
  Dwa lub trzy razy podczas podróży tego dnia sędzia miał rumieńce na policzkach. Chciał ustanowić pewne zasady. Chciał zostać prawodawcą. "Bądźcie życzliwi dla mnie i innych. Bądźcie szlachetni. Bądźcie uczciwi".
  "Postępuj wobec innych tak, jak chciałbyś, aby inni postępowali wobec ciebie."
  Ojciec Ethel czasami za bardzo ją naciskał, gdy była małą dziewczynką w domu. Wtedy była dzikim dzieckiem, energicznym i łatwo pobudliwym. W pewnym momencie miała szaloną ochotę bawić się ze wszystkimi niegrzecznymi chłopcami w mieście.
  Wiedziała, które z nich są złe. Można je nazwać odważnymi.
  Mogą zrobić coś podobnego w twoim przypadku.
  Na Południu krążyły okropne pogłoski o czystej, nieskazitelnej białej kobiecie. Lepiej być czarną kobietą.
  "Na litość boską, chodź tu. Daj mi kilka miejsc. Nie słuchaj niczego, co mówię. Jeśli się przestraszę i zacznę krzyczeć, zignoruj mnie. Zrób to. Zrób to."
  Musiało być jakieś znaczenie w tym, że dziwni, na wpół szaleni ludzie w Rosji przed rewolucją namawiali ludzi do grzechu.
  "Uszczęśliw Boga. Daj Mu wystarczająco dużo, by przebaczył".
  Niektórzy z niegrzecznych białych chłopców z Langdon w Georgii mogli to zrobić. Jeden czy dwóch prawie dostało szansę u Ethel. Jeden niegrzeczny chłopiec podszedł do niej w stodole, inny w nocy na polu, polu niedaleko domu jej ojca, gdzie trzymał krowę. Ona sama wyczołgała się tam nocą. Tego dnia powiedział jej, że kiedy wróci ze szkoły, wczesnym wieczorem, tuż po zmroku, wyczołga się na pole i chociaż drżała ze strachu, poszła. W oczach jego chłopca było takie dziwne spojrzenie: na wpół przestraszone, niecierpliwe i buntownicze.
  Udało jej się bezpiecznie opuścić dom, ale ojciec jej nie zauważył.
  "Cholera. Może się czegoś nauczyłem."
  Blanche też miała podobne wspomnienia. Oczywiście. Była zdezorientowana i zdezorientowana przez długi, długi czas, w dzieciństwie, na początku kobiecości, tak jak Ethel, kiedy Blanche w końcu porwała jej ojca, ruszyła za nim i go zdobyła.
  Ten dobry, miły staruszek. O, proszę pana!
  Ethel Long była twarda, błyszczała, jechała samochodem ze swoim ojcem, kiedy pewnego dnia pojechał odwiedzić nieostrożnego czarnoskórego nauczyciela, jechała z nim i rozmyślała.
  Nie widzieć drzew derenia tego dnia, lśniących na tle zieleni na brzegu rzeki, nie widzieć białych i ciemnoskórych mężczyzn, pędzących na mułach i orzących południową ziemię pod nowe zbiory bawełny. Biała bawełna. Słodka czystość.
  Tej nocy jej ojciec przyszedł na pole i ją tam znalazł. Stała na polu, drżąc z zimna. Był księżyc. Zbyt jasny. Nie widział chłopca.
  Chłopiec podszedł do niej przez pole, gdy wyczołgiwała się z domu. Zobaczyła, że się zbliża.
  Dziwne byłoby, gdyby był tak nieśmiały i przestraszony jak ona. Ileż ryzyka ryzykują ludzie! Mężczyźni i kobiety, chłopcy i dziewczęta, zbliżający się do siebie... w poszukiwaniu jakiegoś mrocznego raju, na razie. "Teraz! Teraz! Przynajmniej możemy posmakować tej chwili... jeśli to jest Raj".
  "Idziemy tak bez sensu. Lepiej jechać przez pomyłkę, niż nie jechać wcale."
  Być może chłopak to wyczuł. Był zdeterminowany. Podbiegł do niej i chwycił ją. Rozdarł jej sukienkę przy szyi. Zadrżała. Był tym właściwym. Wybrała kogoś z właściwych grup.
  Jej ojciec nie widział chłopca. Kiedy jego ojciec wyszedł tej nocy z Długiego Domu, głośno dudniąc ciężkimi stopami po drewnianych schodach, chłopiec upadł na ziemię i zaczął czołgać się w kierunku ogrodzenia. W pobliżu ogrodzenia rosły krzaki i do nich dotarł.
  Dziwne, że jej ojciec, nic nie widząc, wciąż coś podejrzewał. Był przekonany, że coś jest nie tak, coś strasznego dla niego. Czy wszyscy mężczyźni, nawet dobrzy mężczyźni, tacy jak ojciec Ethel, są bliżej zwierząt, niż kiedykolwiek dają po sobie poznać? Byłoby lepiej, gdyby dawali to po sobie poznać. Gdyby mężczyźni odważyli się zrozumieć, że kobiety mogą żyć swobodniej, mogliby wieść przyjemniejsze życie. "W dzisiejszym świecie jest za dużo ludzi, a za mało myśli. Mężczyźni potrzebują odwagi, a bez niej za bardzo boją się kobiet" - pomyślała Ethel.
  "Ale dlaczego dano mi powód? Jest we mnie za dużo kobiety, a za mało kobiety".
  Tej nocy na polu jej ojciec nie zauważył chłopca. Gdyby nie księżyc, mogłaby zostawić ojca i pójść za chłopcem w krzaki. Księżyca było za dużo. Ojciec coś wyczuł. "Chodź tutaj" - powiedział do niej ostro tamtej nocy, zbliżając się przez pastwisko. Nie ruszyła się. Nie bała się go tamtej nocy. Nienawidziła go. "Chodź tutaj" - powtarzał, idąc przez pole w jej kierunku. Jej ojciec nie był wtedy tym potulnym mężczyzną, którym stał się po tym, jak zrodziła się Blanche. Miał wtedy kobietę, matkę Ethel, która mogła się go nawet bać. Nigdy mu nie przeszkadzała. Bała się, czy tylko tolerowała? Miło byłoby wiedzieć. Miło byłoby wiedzieć, czy zawsze tak musiało być: kobieta dominująca nad mężczyzną, czy mężczyzna dominujący nad kobietą. Wulgarny chłopiec, którego umówiła na spotkanie tego wieczoru, miał na imię Ernest i chociaż jego ojciec nie widział go tamtej nocy, kilka dni później nagle zapytał ją: "Czy znasz chłopca o imieniu Ernest White?"
  "Nie" - skłamała. "Chcę, żebyś trzymał się od niego z daleka. Nie waż się mieć z nim nic wspólnego.
  Więc wiedział, nie wiedząc. Znał wszystkich chłopców w mieście, złych i odważnych, dobrych i łagodnych. Już jako dziecko Ethel miała wyostrzony węch. Wiedziała wtedy, a jeśli nie wtedy, to później, że psy, gdy suka miała namiętności... pies unosił nos. Stał czujny, na baczność. Być może szukano suczki kilka mil dalej. Uciekał. Wiele psów uciekało. Zbierały się w stada, walcząc i warcząc na siebie.
  Po tamtej nocy na polu Ethel wpadła w złość. Płakała i przysięgała, że ojciec podarł jej sukienkę. "Zaatakował mnie. Nic nie zrobiłam. Podarł mi sukienkę. Zrobił mi krzywdę".
  "Coś knujesz, wyłażąc tu w ten sposób. Co ty wyprawiasz?"
  "Nic."
  Ciągle płakała. Weszła do domu, szlochając. Nagle jej ojciec, ten dobry człowiek, zaczął mówić o swoim honorze. Brzmiało to tak bezsensownie. "Honor. Dobry człowiek".
  "Wolę zobaczyć moją córkę w grobie, niż pozwolić jej być grzeczną dziewczynką".
  "Ale kim jest dobra dziewczyna?"
  Matka Ethel milczała. Lekko zbladła, słuchając, jak ojciec mówi do córki, ale nic nie powiedziała. Być może pomyślała: "Od tego musimy zacząć. Musimy zacząć rozumieć mężczyzn takimi, jakimi są". Matka Ethel była dobrą kobietą. Nie dzieckiem słuchającym, jak ojciec opowiada o swoim honorze, ale kobietą, którą dziecko się stało, podziwiającą i kochającą matkę. "My, kobiety, też musimy się uczyć". Kiedyś może nastanie dobre życie na ziemi, ale ten czas jest jeszcze bardzo, bardzo odległy. Oznaczał on nowy rodzaj porozumienia między mężczyznami i kobietami, porozumienie, które stało się powszechniejsze dla wszystkich mężczyzn i wszystkich kobiet, poczucie ludzkiej jedności, które jeszcze się nie ziściło.
  "Chciałabym być taka jak moja matka" - pomyślała Ethel tego dnia po powrocie do Langdon, gdzie pracowała jako bibliotekarka. Wątpiła w swoją zdolność do bycia tym, kim myślała, że może być, jadąc samochodem z ojcem, a później siedząc w samochodzie przed małym, czarnym budynkiem szkolnym, na wpół zagubionym w sosnowym lesie. Jej ojciec poszedł do szkoły, żeby dowiedzieć się, czy jakaś kobieta, czarnoskóra kobieta, źle się zachowywała. Zastanawiała się, czy mógłby ją o to zapytać, bezceremonialnie i wprost. "Może mógłby. Ona jest czarna" - pomyślała Ethel.
  OceanofPDF.com
  3
  
  OTO scena w głowie Ethel.
  Przyszło jej to do głowy, gdy jej ojciec odwiedził szkołę dla czarnoskórych. Jechali do domu w ciepłym wiosennym słońcu, czerwonymi drogami Georgii, mijając świeżo zaorane pola. Niewiele widziała pól i nie pytała ojca, jak trafił do szkoły z czarnoskórą dziewczynką.
  Być może kobieta zachowała się nieskromnie. Być może została złapana. Jej ojciec pojechał tam, do małej czarnej szkoły, a ona została w samochodzie na zewnątrz. Wziąłby nauczycielkę na bok. Nie mógł zapytać jej wprost, mimo że była czarna. "Mówią... Czy to prawda?" Sędzia zawsze znajdował się w takich sytuacjach. Powinien wiedzieć dużo o tym, jak traktować ludzi. Ethel się uśmiechnęła. Żyła przeszłością. W drodze do domu przywołała ojca z powrotem do tematu jego własnego dzieciństwa. Miał nadzieję odbyć z nią poważną rozmowę, dowiedzieć się od niej, jeśli to możliwe, co jest nie tak w jego własnym domu, ale mu się nie udało.
  Mężczyźni orali czerwone pola. Czerwone drogi wiły się przez niskie wzgórza Georgii. Za drogą płynęła rzeka, której brzegi porośnięte były drzewami, a białe derenie wyłaniały się z jasnozielonego, młodego listowia.
  Jej ojciec chciał ją zapytać: "Co w domu? Powiedz mi. Co ty i moja żona Blanche robicie?"
  - Więc chcesz wiedzieć?
  "Tak. Powiedz mi."
  "Do cholery, zrobię to. Przekonaj się sam. Wy, mężczyźni, jesteście tacy mądrzy. Przekonaj się sam."
  Dziwny, stary konflikt między mężczyznami i kobietami. Gdzie się zaczął? Czy był konieczny? Czy będzie trwał wiecznie?
  W pewnym momencie tego dnia Ethel chciała być taka jak jej matka, cierpliwa i dobra dla ojca, a w następnym momencie...
  "Gdybyś był moim mężczyzną...
  Jej myśli krążyły wokół dramatu jej własnego życia w Chicago, rozpamiętywała go teraz, gdy wszystko to należało już do przeszłości, próbując go zrozumieć. Była jedna szczególna przygoda. Zdarzyła się pod koniec jej studiów. Pewnego wieczoru poszła na kolację z mężczyzną. W tym czasie - było to po drugim małżeństwie jej ojca, kiedy była w domu z wizytą i wróciła do Chicago - plan, by mianować ją bibliotekarką w nowej bibliotece w Langdon, już narodził się w głowie Blanche i, po upadku... Dzięki temu Ethel udało się dostać pracę w Bibliotece Publicznej w Chicago... Studiowała w szkole bibliotecznej. Inna młoda kobieta, również pracująca w bibliotece, poszła na kolację z Ethel, mężczyzną, i jej własnym mężczyzną. Była niską, raczej pulchną kobietą, młodą i niedoświadczoną życiowo, której rodzina - bardzo szanowana rodzina, podobnie jak rodzina Ethel w Langdon - mieszkała na przedmieściach Chicago.
  Dwie kobiety planowały spędzić noc, przeżyć przygodę, a mężczyźni, z którymi były, byli żonaci. To się po prostu wydarzyło. Ethel to zaaranżowała. Nie mogła przestać się zastanawiać, ile wiedziała ta druga kobieta, jak bardzo była niewinna.
  Ethel miała spędzić wieczór z mężczyzną. Tak, był to dziwny mężczyzna, nowy dla niej typ. Ethel poznała go pewnego wieczoru na przyjęciu. Zaintrygował ją. Jej ciekawość była podobna do Ethel, dziewczyny z pola, czekającej na niegrzecznego chłopca z małego miasteczka.
  Kiedy po raz pierwszy spotkała tego mężczyznę, była na przyjęciu literackim, na którym obecnych było kilku mężczyzn i kobiet z prominentnego środowiska literackiego Chicago. Był tam Edgar Lee Masters, a także Carl Sandburg, słynny poeta z Chicago. Było wielu młodych pisarzy i kilku artystów. Ethel została odebrana przez starszą kobietę, która również pracowała w bibliotece publicznej. Przyjęcie odbyło się w dużym mieszkaniu nad jeziorem, na North Side. Gospodynią przyjęcia była kobieta, która pisała wiersze i była żoną bogatego mężczyzny. Kilka dużych sal było wypełnionych ludźmi.
  Łatwo było stwierdzić, który z nich jest sławny. Pozostali zebrali się wokół, zadając pytania i słuchając. Prawie wszyscy celebryci byli mężczyznami. Przybył poeta o nazwisku Bodenheim, palący fajkę z kolby kukurydzy. Smród był gęsty. Ludzie wciąż przybywali i wkrótce duże pomieszczenia zapełniły się ludźmi.
  Tak więc było to życie na najwyższym poziomie, życie kulturalne.
  Na przyjęciu Ethel, natychmiast zapomniana przez kobietę, która ją przyprowadziła, błąkała się bez celu. Zobaczyła kilka osób siedzących osobno w małym pokoju. Najwyraźniej były nieznane, tak jak ona, więc weszła z nimi i usiadła. W końcu nie mogła powstrzymać się od myśli: "Jestem tu najlepiej ubraną kobietą". Była z tego dumna. Były kobiety w droższych sukniach, ale prawie bez wyjątku czegoś im brakowało. Wiedziała o tym. Od wejścia do mieszkania nie spuszczała wzroku. "Ileż niechlujów wśród literatek" - pomyślała. Tego wieczoru, choć była wniebowzięta, nie będąc znaną pisarką ani artystką, tylko prostą pracownicą Biblioteki Publicznej w Chicago i studentką, była pełna pewności siebie. Jeśli nikt na nią nie zwracał uwagi, wszystko było w porządku. Ludzie wciąż przychodzili, tłocząc się w mieszkaniu. Zwracano się do nich po imieniu. "Cześć, Carl".
  "Dlaczego, Jim, tu jesteś?"
  "Witaj, Sarah". Mały pokój, w którym znajdowała się Ethel, otwierał się na korytarz prowadzący do większego, zatłoczonego pomieszczenia. Mniejszy pokój również zaczął się zapełniać.
  Znalazła się jednak w małym, bocznym nurcie od głównego. Obserwowała i słuchała. Kobieta siedząca obok niej poinformowała przyjaciółkę: "To pani Will Brownlee. Pisze wiersze. Jej wiersze były publikowane w "Scribner"s", "Harper"s" i wielu innych magazynach. Wkrótce ma wydać książkę. Wysoka kobieta o rudych włosach jest rzeźbiarką. Niska i niepozorna, pisze kolumnę krytyki literackiej dla jednego z chicagowskich dzienników.
  Były kobiety i mężczyźni. Większość osób na przyjęciu była ewidentnie ważnymi postaciami w chicagowskim świecie literackim. Choć nie zdobyli jeszcze ogólnokrajowej sławy, mieli nadzieję.
  Było coś dziwnego w pozycji takich ludzi - pisarzy, artystów, rzeźbiarzy i muzyków - w amerykańskim życiu. Ethel wyczuwała trudną sytuację takich ludzi, zwłaszcza w Chicago, i była zaskoczona i skonsternowana. Wielu ludzi chciało zostać pisarzami. Dlaczego? Pisarze zawsze pisali książki, których recenzje pojawiały się w gazetach. Nastąpił krótki wybuch entuzjazmu lub potępienia, który szybko opadł. Życie intelektualne było rzeczywiście bardzo ograniczone. Wielkie miasto rozrastało się. Odległości w obrębie miasta były ogromne. Dla tych, którzy mieszkali w jego kręgach intelektualnych, panował zarówno podziw, jak i pogarda.
  Byli w wielkim mieście handlowym, zagubieni w nim. Było to miasto niezdyscyplinowane, wspaniałe, ale nieukształtowane. Było to miasto zmieniające się, stale rosnące, ewoluujące, stale powiększające się.
  Po stronie miasta zwróconej w stronę jeziora Michigan, znajdowała się ulica, przy której stał główny budynek biblioteki publicznej. Była to ulica otoczona ogromnymi biurowcami i hotelami, z jeziorem i długim, wąskim parkiem po jednej stronie.
  To była smagana wiatrem ulica, wspaniała ulica. Ktoś powiedział Ethel, że to najwspanialsza ulica w Ameryce, i ona w to uwierzyła. Przez wiele dni była to słoneczna, smagana wiatrem ulica. Płynęła nią rzeka samochodów. Były tam eleganckie sklepy i wspaniałe hotele, a elegancko ubrani ludzie przechadzali się tam i z powrotem. Ethel uwielbiała tę ulicę. Uwielbiała wkładać elegancką sukienkę i po niej spacerować.
  Za tą ulicą, na zachód, rozciągała się sieć ciemnych, tunelowych ulic, nie tworzących dziwacznych i nieoczekiwanych zakrętów, jak Nowy Jork, Boston, Baltimore i inne stare amerykańskie miasta - miasta, które Ethel odwiedziła, gdy wyruszała w swoją podróż właśnie w tym celu, lecz ulice rozmieszczone w układzie siatki, biegnące prosto na zachód, na północ i na południe.
  Ethel, pracując, była zmuszona podróżować na zachód, do filii Biblioteki Publicznej w Chicago. Po ukończeniu studiów i szkoleniu bibliotekarskim, mieszkała w małym pokoju przy dolnej Michigan Avenue, poniżej Loop, i codziennie chodziła pieszo Michigan Avenue do Madison, gdzie wsiadała do samochodu.
  Tego wieczoru, kiedy poszła na imprezę i spotkała mężczyznę, z którym później zjadła kolację i z którym przeżyła przygodę, która głęboko ukształtowała jej spojrzenie na życie, była w stanie buntu. Zawsze miała takie okresy. Przychodziły i odchodziły, a po jednym z nich poczuła się całkiem rozbawiona. Prawda była taka, że bunt towarzyszył jej od momentu przyjazdu do Chicago.
  Oto była, wysoka, prosta kobieta, trochę męska. Mogła z łatwością stać się bardziej lub mniej męska. Studiowała na uniwersytecie przez cztery lata, a kiedy nie studiowała, pracowała w mieście lub była w domu. Jej ojciec nie był bogaty. Odziedziczył trochę pieniędzy po ojcu, a pierwsze małżeństwo przyniosło mu trochę pieniędzy. Posiadał też ziemię rolną na południu, ale ziemia ta nie przynosiła dużych dochodów. Jego pensja była niska, a poza Ethel miał inne dzieci, którymi musiał się opiekować.
  Ethel przechodziła właśnie okres buntu przeciwko mężczyznom.
  Tego wieczoru literackiego, gdy siedziała raczej z boku... nie czując się zapomniana... znała tylko starszą kobietę, która przyprowadziła ją na przyjęcie... dlaczego ta kobieta miałaby się o nią martwić, skoro ją tu przyprowadziła... "wyświadczyła mi tak wielką przysługę", pomyślała... na przyjęciu uświadomiła sobie również, że dawno temu mogła mieć własnego mężczyznę, nawet inteligentnego.
  Na uniwersytecie był pewien mężczyzna, młody profesor, który również pisał i publikował poezję, energiczny młodzieniec, który się do niej zalecał. Cóż za dziwne widowisko! Nie zależało jej na nim, ale go wykorzystała.
  Na początku, po spotkaniu z nią, zaczął pytać, czy mógłby ją zastąpić, a potem zaczął jej pomagać w pracy. Ta pomoc była niezbędna. Ethel nie przejmowała się niektórymi swoimi zajęciami. Przeszkadzały jej.
  Trzeba było wybrać określoną liczbę kierunków studiów. Egzaminy na uniwersytecie były trudne. Jeśli się spóźniłeś, oblałeś. Gdyby ona oblała, jej ojciec byłby zły i musiałaby wrócić do Langdon w Georgii, żeby tam mieszkać. Pomógł mi młody wykładowca. "Słuchaj" - powiedział, gdy zbliżał się egzamin - "to będą pytania, które ten człowiek będzie zadawał". Wiedział. Przygotował odpowiedzi. "Odpowiedz na nie w ten sposób. Dasz sobie radę". Pracował z nią godzinami przed egzaminem. Cztery lata na uniwersytecie to był żart! Co za strata czasu i pieniędzy dla kogoś takiego jak ona!
  Tego właśnie oczekiwał od niej ojciec. Poświęcał się, chodził na głodzie i oszczędzał, żeby jej to umożliwić. Nie zależało jej specjalnie na wykształceniu, na intelektualnej kobiecie. Bardziej niż czegokolwiek, pomyślała, pragnęła być bogata. "Boże" - pomyślała - "gdybym tylko miała więcej pieniędzy".
  Miała pomysł... mógł być absurdalny... mogła go podchwycić z lektury powieści... większość Amerykanów zdawała się mieć dość silne przekonanie, że szczęście można osiągnąć poprzez bogactwo... mogło tu być życie, w którym faktycznie mogłaby funkcjonować. Dla kobiety takiej jak ona, z niezaprzeczalnym szykiem, mogło być tu miejsce. Czasami nawet marzyła, pod wpływem lektury, o jakimś chwalebnym życiu. W książce o życiu w Anglii przeczytała o pewnej Lady Blessington, która mieszkała w Anglii za czasów Peela. Było to, gdy królowa Wiktoria była jeszcze młodą dziewczyną. Lady Blessington rozpoczęła swoje życie jako córka nieznanego Irlandczyka, który wydał ją za bogatego i nieprzyjemnego mężczyznę.
  A potem stał się cud. Lord Blessington, bardzo bogaty angielski arystokrata, zobaczył ją. Była tam, prawdziwa piękność i bez wątpienia, jak Ethel, kobieta stylowa, ukryta w ten sposób. Szlachetny Anglik zabrał ją do Anglii, uzyskał rozwód i poślubił. Udali się do Włoch w towarzystwie młodego francuskiego arystokraty, który został kochankiem Lady Blessington. Jej szlachetny pan zdawał się tym nie przejmować. Młody mężczyzna był wspaniały. Niewątpliwie, stary lord pragnął prawdziwej ozdoby na swoje życie. Dała mu właśnie to.
  Największym problemem Ethel było to, że wcale nie była biedna. "Należę do klasy średniej" - pomyślała. Gdzieś podchwyciła to słowo, może od swojego wielbiciela, profesora uniwersyteckiego. Nazywał się Harold Gray.
  Oto była, po prostu młoda Amerykanka z klasy średniej, zagubiona w tłumie amerykańskiego uniwersytetu, a później zagubiona w tłumie Chicago. Była kobietą, która zawsze chciała się ubierać, chciała nosić biżuterię, chciała jeździć dobrym samochodem. Bez wątpienia wszystkie kobiety takie były, choć wiele nigdy by się do tego nie przyznało. Działo się tak, ponieważ wiedziały, że nie mają szans. Sięgała po Vogue'a i inne kobiece magazyny pełne zdjęć najnowszych paryskich sukienek, sukienek opinających ciała wysokich, szczupłych kobiet, bardzo do niej podobnych. Były tam zdjęcia wiejskich domów, ludzi podjeżdżających pod drzwi wiejskich domów w bardzo eleganckich samochodach... być może ze stron reklamowych magazynów. Jak czysto, pięknie i pierwszorzędnie wszystko wyglądało! Na zdjęciach, które widziała w magazynach, leżała czasami sama w łóżku w małym pokoju... była niedziela rano... zdjęcia, które oznaczały, że życie jest całkowicie możliwe dla wszystkich Amerykanów... to znaczy, jeśli byli prawdziwymi Amerykanami, a nie zagranicznymi śmieciami... jeśli byli szczerzy i pracowici... jeśli mieli wystarczająco dużo inteligencji, by zarabiać pieniądze...
  "Boże, ależ bym chciała wyjść za mąż za bogatego mężczyznę" - pomyślała Ethel. "Gdybym miała szansę. Nie obchodziłoby mnie, kim on jest". Nie do końca miała to na myśli.
  Ciągle tonęła w długach, musiała gromadzić i gromadzić, żeby zdobyć ubrania, których, jak myślała, potrzebowała. "Nie mam czym zakryć swojej nagości" - mawiała czasem do kobiet, które poznała na uniwersytecie. Musiała nawet ciężko pracować, żeby nauczyć się szyć, i ciągle myślała o pieniądzach. W rezultacie zawsze mieszkała w raczej obskurnych kwaterach, pozbawionych wielu prostych luksusów, którymi cieszyły się inne kobiety. Już jako studentka bardzo chciała wyglądać szykownie przed światem i na uniwersytecie. Była wielce podziwiana. Żadna z innych studentek nie zbliżyła się do niej zbytnio.
  Były tam dwie lub trzy... raczej delikatne, kobiece istoty... które się w niej zakochały. Pisały liściki i wysyłały kwiaty do jej pokoju.
  Miała mgliste pojęcie, co to znaczy. "To nie dla mnie" - powiedziała sobie.
  Czasopisma, które czytała, podsłuchane rozmowy, książki, które czytała. Z powodu sporadycznych napadów nudy zaczęła czytać powieści, co mylnie brano za zainteresowanie literaturą. Tego lata, kiedy wróciła do domu, do Langdon, zabrała ze sobą kilkanaście powieści. Czytanie ich dało Blanche pomysł na pracę jako bibliotekarka w mieście.
  Były tam zdjęcia ludzi, zawsze w piękne letnie dni, w miejscach uczęszczanych tylko przez bogaczy. W oddali widać było morze i pole golfowe nad morzem. Pięknie ubrani młodzi mężczyźni przechadzali się ulicą. "Boże, mógłbym się urodzić w takim życiu". Zdjęcia zawsze przedstawiały wiosnę lub lato, a gdy nadchodziła zima, wysokie kobiety w drogich futrach uprawiały sporty zimowe w towarzystwie przystojnych młodych mężczyzn.
  Choć Ethel urodziła się na Południu, nie miała złudzeń co do życia na amerykańskim Południu. "Jest okropnie" - pomyślała. Ludzie z Chicago, których spotykała, pytali ją o życie na Południu. "Czyż twoje życie tam nie ma w sobie mnóstwa uroku? Zawsze słyszałam o uroku życia na Południu".
  "Urok, do cholery!" Ethel tego nie powiedziała, choć tak myślała. "Nie ma sensu niepotrzebnie narażać się na niepopularność" - pomyślała. Niektórym ludziom takie życie mogłoby się wydawać całkiem urocze... ludziom pewnego rodzaju... z pewnością nie głupcom, wiedziała o tym... myślała, że jej własna matka znalazła życie na Południu, z mężem prawnikiem, który tak niewiele rozumiał... tak pełen mieszczańskich cnót, tak pewny swojej uczciwości, honoru, głęboko religijnej natury... jej matka zdołała nie być nieszczęśliwa.
  Jej matka mogła mieć w sobie coś z uroku życia na Południu, ludzie z Północy uwielbiają tak rozmawiać, Murzyni zawsze kręcą się w domu i na ulicach... Murzyni są zazwyczaj bardzo inteligentni, kłamią, pracują dla białych... długie, gorące i nudne dni południowego lata.
  Jej matka żyła swoim życiem, całkowicie się w nim pogrążona. Ethel i jej matka nigdy tak naprawdę ze sobą nie rozmawiały. Zawsze istniało między nią a jej jasnowłosą macochą pewnego rodzaju porozumienie, które miało później zaistnieć. Nienawiść Ethel rosła i rosła. Czy to była męska nienawiść? Całkiem możliwe. "Są takie zadufane w sobie, tkwią w błocie" - pomyślała. Co do jej szczególnego zainteresowania książkami, to fakt, że była intelektualistką, był żartem. Wiele kobiet, które poznała, gdy zaczynała naukę na bibliotekarkę, wydawało się zainteresowanych, a nawet pochłoniętych.
  Niewątpliwie autorzy tych refrenów myśleli, że trafili na coś. Niektórzy z nich rzeczywiście mieli rację. Jej ulubionym pisarzem był Irlandczyk George Moore. "Pisarze powinni tworzyć życie dla tych z nas, których życie jest szare, nie aż tak szare" - pomyślała. Z jaką radością czytała "Wspomnienia z martwego życia" Moore"a. "Tak właśnie powinna wyglądać miłość" - pomyślała.
  Zakochani Moore'a przebywali w gospodzie w Orle; wyruszali nocą do małego francuskiego miasteczka prowincjonalnego, by znaleźć piżamę, sklepikarza, pokój w gospodzie, który okazał się rozczarowaniem, a potem zachwycający pokój, który później znaleźli. Nie martwcie się o swoje dusze, o grzech i jego konsekwencje. Pisarz uwielbiał piękną bieliznę na swoich kobietach; lubił miękkie, wdzięczne, dopasowane sukienki, które delikatnie otulały kobiece kształty. Taka bielizna nadawała kobietom, które ją nosiły, pewną elegancję, bogatą miękkość i jędrność. W większości książek, które czytała Ethel, cała kwestia przyziemności była, jej zdaniem, przesadzona. Kto by tego chciał?
  Chciałabym być luksusową dziwką. Gdyby kobieta mogła wybierać tylko mężczyzn, nie byłoby tak źle. Ethel uważała, że więcej kobiet myśli w ten sposób, niż mężczyźni mogliby sobie wyobrazić. Uważała, że mężczyźni to na ogół głupcy. "To dzieci, które chcą być rozpieszczane przez całe życie" - pomyślała. Pewnego dnia zobaczyła zdjęcie i przeczytała artykuł o przygodach złodziejki w chicagowskiej gazecie, a jej serce zabiło mocniej. Wyobraziła sobie, jak wchodzi do banku, trzyma je w ręku i w ciągu kilku minut odbiera tysiące dolarów. "Gdybym miała okazję spotkać naprawdę luksusowego złodzieja i on by się we mnie zakochał, to ja bym się w nim zakochała, jasne" - pomyślała. W czasach Ethel, gdy ona, całkiem przypadkowo, jak sama o tym myślała, zaangażowała się, oczywiście zawsze w niewielkim stopniu, w świat literatury, wielu pisarzy, którzy wówczas przyciągali najwięcej uwagi... ci naprawdę popularni, ci, których naprawdę lubiła, ci, którzy byli na tyle inteligentni, by pisać wyłącznie o życiu bogatych i odnoszących sukcesy... jedynych naprawdę interesujących życiorysach... wielu pisarzy, którzy wówczas byli sławnymi osobistościami, jak Theodore Dreiser, Sinclair Lewis i inni, miało do czynienia z ludźmi z takiej właśnie niższej klasy.
  "Do diabła z nimi, piszą o ludziach takich jak ja, którzy zostali zaskoczeni".
  Albo opowiadają historie o robotnikach i ich życiu... albo o drobnych rolnikach na biednych farmach w Ohio, Indianie czy Iowa, o ludziach jeżdżących Fordami, o najemniku zakochanym w jakiejś dziewczynie, idącym z nią do lasu, o jej smutku i strachu, gdy odkrywa, że jest właśnie taka. Co za różnica?
  "Mogę sobie tylko wyobrazić, jak pachniałby taki najemnik" - pomyślała. Po ukończeniu studiów i dostaniu pracy w filii Biblioteki Publicznej w Chicago... daleko na West Side... dzień w dzień, rozdając brudne, brudne książki brudnym, brudnym ludziom... bawiąc się i udając, że się tym bawi... takie zmęczone, wyczerpane twarze miała większość pracowników... głównie kobiety przychodziły po książki...
  Albo młodzi chłopcy.
  Chłopcy lubili czytać o przestępczości, przestępcach i kowbojach w jakimś mało znanym miejscu znanym jako "Daleki Zachód". Ethel nie miała im tego za złe. Musiała wracać do domu nocą tramwajem. Nadeszły deszczowe noce. Samochód mknął obok ponurych murów fabryk. Wagon był zatłoczony robotnikami. Jak czarne i ponure wydawały się ulice miasta w świetle latarni widocznych z okien samochodu i jak daleko byli ludzie z reklam Vogue'a - ludzie z wiejskimi domami, morze u progu, rozległe trawniki z szerokimi alejami otoczonymi cienistymi drzewami, ci w drogich samochodach, w bogatych ubraniach, jadący na lunch do jakiegoś dużego hotelu. Niektórzy robotnicy w wagonie musieli nosić te same ubrania dzień po dniu, a nawet miesiąc po miesiącu. Powietrze było ciężkie od wilgoci. W samochodzie śmierdziało.
  Ethel siedziała ponuro w samochodzie, a jej twarz momentami bledła. Jakiś pracownik, być może młody, wpatrywał się w nią. Żadne z nich nie odważyło się usiąść zbyt blisko. Mieli niejasne przeczucie, że należy do jakiegoś zewnętrznego świata, dalekiego od ich świata. "Kim jest ta kobieta? Jak się tu dostała, do tej części miasta?" - pytali sami siebie. Nawet najgorzej opłacany pracownik w pewnym momencie swojego życia przechadzał się pewnymi ulicami centrum Chicago, nawet Michigan Avenue. Mijał wejścia do dużych hoteli, być może czując się niezręcznie i nie na miejscu.
  Widział kobiety takie jak Ethel wyłaniające się z takich miejsc. Styl życia, jaki sobie wyobrażały dla bogatych i odnoszących sukcesy, nieco różnił się od stylu Ethel. To było starsze Chicago. Były tam wielkie salony, wszystkie zbudowane z marmuru, ze srebrnymi dolarami na podłodze. Jeden z pracowników opowiedział drugiemu o chicagowskim domu publicznym, o którym słyszał. Jego znajomy był tam kiedyś. "Tonęłaś w jedwabnych dywanach po kolana. Kobiety tam były ubrane jak królowe".
  Zdjęcie Ethel było inne. Pragnęła elegancji, stylu, świata pełnego kolorów i ruchu. W jej głowie rozbrzmiewał fragment, który przeczytała tego dnia w książce. Opisywał dom w Londynie...
  
  "Można było przejść przez salon zdobiony złotem i rubinami, wypełniony pięknymi bursztynowymi wazami należącymi do cesarzowej Józefiny, i wejść do długiej, wąskiej biblioteki o białych ścianach, na których lustra przeplatały się z panelami bogato oprawionych książek. Przez wysokie okno na końcu widać było drzewa Hyde Parku. Wokół pokoju stały sofy, pufy, emaliowane stoły pokryte bibelotami, a Lady Marrow w żółtej satynowej sukni, ubrana w niebieską satynową suknię z wyjątkowo głębokim dekoltem..."
  "Amerykańscy pisarze, którzy nazywają siebie prawdziwymi pisarzami, piszą o takich ludziach" - pomyślała Ethel, rozglądając się po tramwaju, a jej wzrok błądził po wagonie pełnym robotników z chicagowskich fabryk wracających do domów po długim dniu pracy. Praca... Bóg jeden wie, jakie ponure, ciasne mieszkania... krzyczące, brudne dzieci bawiące się na podłodze... ona sama, niestety, zmierzała w nie lepsze miejsce... przez połowę czasu nie miała pieniędzy w kieszeni... często musiała jadać w małych, tanich stołówkach... sama musiała skąpić i jeść, żeby zarobić trochę pieniędzy... pisarze dbali o takie życie, takie miłości, takie nadzieje.
  Nie chodziło o to, że ich nienawidziła, robotników i robotnice, których widywała w Chicago. Starała się, żeby dla niej nie istnieli. Byli jak biali ludzie z miasteczka przemysłowego na obrzeżach jej rodzinnego Langdon; byli tym, czym czarni zawsze byli dla ludzi z Południa - a przynajmniej tym, czym byli Murzyni z pola.
  W pewnym sensie musiała czytać książki pisarzy, którzy pisali o takich ludziach. Musiała nadążać za duchem czasu. Ludzie ciągle zadawali pytania. W końcu planowała zostać bibliotekarką.
  Czasami brała taką książkę do ręki i czytała ją do końca. "No i co z tego?", powiedziała, odkładając ją. "Co z tego? Co za różnica, czy tacy ludzie są ważni?"
  *
  Jeśli chodzi o mężczyzn, którzy byli bezpośrednio zainteresowani Ethel i myśleli, że jej pragną.
  Dobrym przykładem jest profesor uniwersytecki Harold Gray. Pisał listy. Wydawało się, że to jego pasja. Nieliczni mężczyźni, z którymi miała przelotne flirty, byli dokładnie tacy sami. Wszyscy byli intelektualistami. Było w niej coś atrakcyjnego, najwyraźniej w tym rodzaju, a jednak, gdy już to zrozumiała, nienawidziła go. Zawsze próbowali dostać się do jej duszy albo igrali ze swoimi duszami. Harold Gray był dokładnie taki. Próbował ją psychoanalizować, a miał raczej wodniste niebieskie oczy ukryte za grubymi okularami, raczej cienkie, starannie uczesane włosy, wąskie ramiona i niezbyt silne nogi. Szedł roztargniony ulicą, spiesząc się. Zawsze trzymał książki pod pachą.
  Gdyby wyszła za mąż za takiego mężczyznę... próbowała sobie wyobrazić życie z Haroldem. Prawda była prawdopodobnie taka, że szukała pewnego typu mężczyzny. Może to wszystko bzdura, że chciała pięknych ubrań i pewnej eleganckiej pozycji w życiu.
  Jako osoba, która nie nawiązywała łatwo relacji z innymi, była bardzo samotna, często sama, nawet w towarzystwie innych. Jej myśli zawsze koncentrowały się na przyszłości. Było w niej coś męskiego - albo, w jej przypadku, tylko pewna śmiałość, niezbyt kobieca, przelotny przypływ fantazji. Potrafiła śmiać się z siebie. Była za to wdzięczna. Zobaczyła Harolda Graya spieszącego ulicą. Miał pokój niedaleko uniwersytetu i żeby dotrzeć na zajęcia, nie musiała przechodzić na drugą stronę ulicy, gdzie mieszkała w czasie studiów, ale odkąd zaczął ją zauważać, często to robił. "To zabawne, że się we mnie zakochał" - pomyślała. "Gdyby tylko był fizycznie trochę bardziej męski, silny, zuchwały, albo rosły, sportowiec czy coś... albo bogaty".
  Było coś bardzo delikatnego, pełnego nadziei, a jednocześnie chłopięcego smutku w Haroldzie. Ciągle grzebał wśród poetów, znajdując dla niej wiersze.
  Albo czytał książki o przyrodzie. Studiował filozofię na uniwersytecie, ale powiedział jej, że naprawdę chce zostać przyrodnikiem. Przyniósł jej książkę niejakiego Fabre'a, coś o gąsienicach. One, gąsienice, pełzały po ziemi albo żywiły się liśćmi drzew. "Niech im będzie" - pomyślała Ethel. Rozgniewała się. "Cholera jasna. To nie moje drzewa. Niech ogołocą je do gołej skóry".
  Przez jakiś czas spotykała się z młodym wykładowcą. Miał niewiele pieniędzy i pracował nad rozprawą doktorską. Chodziła z nim na spacery. Nie miał samochodu, ale kilka razy zabrał ją na kolację do profesorów. Pozwoliła mu wziąć taksówkę.
  Czasami wieczorami zabierał ją na długie przejażdżki. Jeździli na zachód i południe. Za każdą spędzoną razem godzinę zarabiała mnóstwo dolarów i dziesięciocentówek. "Nie dałabym mu wiele za jego pieniądze" - pomyślała. "Ciekawe, czy miałby odwagę spróbować je zdobyć, gdyby wiedział, jak łatwo będę się z nim dogadywać". Jechała tak długo, jak mogła: "Jedźmy tędy" - przedłużając karę. "Mógłby przeżyć tydzień za to, co mu narzucam" - pomyślała.
  Pozwoliła mu kupować książki, których nie chciała czytać. Mężczyzna, który potrafił siedzieć całymi dniami i obserwować poczynania gąsienic, mrówek, a nawet chrząszczy gnojowych, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu - to właśnie podziwiał. "Jeśli naprawdę mnie pragnie, to lepiej, żeby miał coś na myśli. Gdyby potrafił mnie porwać. Gdyby potrafił. Myślę, że właśnie tego potrzebuję".
  Przypomniała sobie zabawne momenty. Pewnej niedzieli jechała z nim długą podróż wynajętym samochodem. Pojechali do miejsca o nazwie Palos Park. Musiał coś zrobić. Zaczęło go to dręczyć. "Naprawdę" - zapytała siebie tego dnia - "dlaczego tak nim gardzę?". Starał się być dla niej miły. Zawsze pisał do niej listy. W listach był o wiele odważniejszy niż wtedy, gdy był z nią.
  Chciał zatrzymać się przy lesie, na poboczu drogi. Musiał. Nerwowo poruszył się na fotelu samochodowym. "On naprawdę musi strasznie cierpieć" - pomyślała. Ucieszyła się. Ogarnął ją gniew. "Dlaczego nie mówi tego, czego chce?"
  Jeśli chodziło tylko o to, że był zbyt nieśmiały, by używać pewnych słów, z pewnością mógł jakoś zakomunikować jej, czego chce. "Słuchaj, muszę iść sam do lasu. Natura wzywa".
  Był piekielnie wielkim miłośnikiem natury... przynosząc jej książki o gąsienicach i chrząszczach gnojowych. Nawet gdy tego dnia nerwowo wiercił się na krześle, próbował to zbagatelizować jako fascynację naturą. Wiercił się i wiercił. "Patrz!" - krzyknął. Wskazał na drzewo rosnące przy drodze. "Czyż nie jest wspaniałe?"
  "Jesteś wspaniały taki, jaki jesteś" - pomyślała. Dzień był jasny, chmury przesuwały się swobodnie, a on zwrócił na nie uwagę. "Wyglądają jak wielbłądy przemierzające pustynię".
  "Chciałbyś sam być sam na pustyni" - pomyślała. Wszystko, czego potrzebował, to samotna pustynia albo drzewo między nim a nią.
  To był jego styl: mówił o naturze, mówił o niej bez przerwy, o drzewach, polach, rzekach i kwiatach.
  A także mrówki i gąsienice...
  A potem być cholernie skromnym, odpowiadając na jedno proste pytanie.
  Pozwoliła mu cierpieć. Dwa lub trzy razy prawie uciekł. Wysiadła z nim z samochodu i poszli do lasu. Udawał, że widzi coś w oddali, między drzewami. "Zaczekaj tutaj" - powiedział, ale ona pobiegła za nim. "Też chcę to zobaczyć" - dodała. Żart polegał na tym, że mężczyzna, który prowadził tamtego dnia, szofer... był całkiem fajnym facetem z miasta... żuł tytoń i pluł...
  Miał mały, zadarty nos, jakby złamany w walce, a na policzku widniała blizna, jakby po cięciu nożem.
  Wiedział, co się dzieje. Wiedział, że Ethel wie, że on wie.
  Ethel w końcu puściła instruktorkę. Odwróciła się i poszła ścieżką w stronę samochodu, zmęczona grą. Harold odczekał kilka minut, zanim do niej dołączył. Prawdopodobnie rozejrzy się dookoła, mając nadzieję, że znajdzie jakiś kwiatek do zerwania.
  Udawaj, że właśnie to robił, próbując znaleźć dla niej kwiatek. Dowcip polegał na tym, że kierowca wiedział. Może był Irlandczykiem. Zanim dotarła do samochodu czekającego przy drodze, on już wysiadł z samochodu i stał tam. "Pozwoliłaś mu się zgubić?" - zapytał. Wiedział, że zrozumiała, o co mu chodzi. Splunął na ziemię i uśmiechnął się, gdy wsiadła.
  *
  ETHEL była na przyjęciu literackim w Chicago. Mężczyźni i kobiety palili papierosy. Rozmowy toczyły się w ciszy. Ludzie znikali w kuchni mieszkania. Serwowano tam koktajle. Ethel siedziała w małym pokoju na korytarzu, gdy podszedł do niej mężczyzna. Zauważył ją i wybrał właśnie ją. Obok niej stało puste krzesło; podszedł i usiadł. Stał prosto. "Wygląda na to, że nikt tu nie jest sławny. Jestem Fred Wells" - powiedział.
  "To nic dla ciebie nie znaczy. Nie, nie piszę powieści ani esejów. Nie maluję ani nie rzeźbię. Nie jestem poetą". Zaśmiał się. Był dla Ethel kimś nowym. Spojrzał na nią śmiało. Jego oczy były szaroniebieskie, zimne, jak jej własne. "Przynajmniej" - pomyślała - "jest odważny".
  Zanotował ją. "Przyda mi się", mógł pomyśleć. Szukał kobiety, która by go zabawiała.
  Grał w tę samą, starą grę. Mężczyzna chciał mówić o sobie. Chciał, żeby kobieta słuchała, robiła wrażenie i wydawała się zaabsorbowana, gdy mówił o sobie.
  To była męska gra, ale kobiety nie były lepsze. Kobieta pragnęła być podziwiana. Pragnęła piękna w swojej osobowości i pragnęła, aby mężczyzna dostrzegał jej piękno. "Mogę utrzymać prawie każdego mężczyznę, jeśli uzna mnie za piękną" - myślała czasami Ethel.
  "Słuchaj" - powiedział mężczyzna, którego widziała na przyjęciu, Fred Wells - "nie jesteś jednym z nich, prawda?". Szybkim gestem wskazał pozostałych siedzących w małym pokoju i w większym pokoju obok. "Założę się, że nie. Nie wyglądasz na takiego" - powiedział z uśmiechem. "Nie żebym miał coś przeciwko tym ludziom, zwłaszcza mężczyznom. Przypuszczam, że to niezwykli ludzie, przynajmniej niektórzy z nich.
  Mężczyzna się roześmiał. Był żywy jak foksterier.
  "Sam pociągnąłem za sznurki, żeby tu trafić" - powiedział ze śmiechem. "Tak naprawdę nie pasuję. A ty? Czy ty się kształtujesz? Wiele kobiet tak robi. Tak to odbierasz. Założę się, że nie". Był mężczyzną około trzydziestu pięciu lat, bardzo szczupłym i energicznym. Ciągle się uśmiechał, ale jego uśmiech nie był zbyt głęboki. Na jego ostrej twarzy pojawiały się kolejne drobne uśmiechy. Miał bardzo wyraźne rysy, takie, jakie można zobaczyć w reklamach papierosów czy ubrań. Z jakiegoś powodu przywodził Ethel na myśl pięknego, rasowego psa. Reklama... "najlepiej ubrany mężczyzna w Princeton"... "człowiek z Harvardu, który ma największe szanse na sukces w życiu, wybrany przez swoją klasę". Miał dobrego krawca. Jego ubrania nie były krzykliwe. Były, bez wątpienia, nieskazitelnie idealne.
  Pochylił się, by szepnąć coś do Ethel, zbliżając swoją twarz do jej twarzy. "Nie sądziłem, że jesteś jedną z nich" - powiedział. Nie powiedziała mu nic o sobie. Było jasne, że żywił silną niechęć do celebrytów obecnych na przyjęciu.
  "Spójrz na nich. Myślą, że są po prostu śmieciami, prawda?
  "Do diabła z ich oczami. Wszyscy się paradują, gwiazdy płci żeńskiej schlebiają gwiazdom płci męskiej, a gwiazdy płci żeńskiej się popisują".
  Nie powiedział tego od razu. Dało się to wyczuć w jego zachowaniu. Poświęcił jej wieczór, zabierając ją na randki i przedstawiając celebrytom. Wydawał się znać ich wszystkich. Przyjmował wszystko za pewnik. "Chodź, Carl, chodź tutaj" - rozkazał. To był rozkaz dla Carla Sandburga, rosłego, barczystego mężczyzny o siwych włosach. W zachowaniu Freda Wellsa było coś szczególnego. Zaimponował Ethel. "Widzisz, zwracam się do niego po imieniu. Mówię: "Chodź tutaj", a on przychodzi". Zapraszał do siebie różne osoby: Bena, Joego i Franka. "Chcę, żebyś poznał tę kobietę".
  "Ona jest z Południa" - powiedział. Zrozumiał to z przemówienia Ethel.
  "Ona jest najpiękniejszą kobietą tutaj. Nie masz się o co martwić. Nie jest żadną artystką. Nie poprosi cię o żadne przysługi.
  Stał się oswojony i ufny.
  - Ona nie poprosi cię o napisanie przedmowy do jakiegoś zbioru wierszy, niczego takiego.
  "Nie gram w tę grę" - powiedział Ethel - "ale ja też nie". Zaprowadził ją do kuchni i przyniósł jej koktajl. Zapalił jej papierosa.
  Stali trochę na uboczu, z dala od tłumu, co Ethel uznała za zabawne. Wyjaśnił jej, kim jest, wciąż się uśmiechając. "Chyba jestem najniższym z ludzi" - powiedział radośnie, ale uśmiechnął się uprzejmie. Miał malutki czarny wąsik i mówiąc, głaskał go. Jego mowa dziwnie przypominała szczekanie małego psa na drodze, psa szczekającego stanowczo na samochód na drodze, na samochód właśnie skręcający z zakrętu.
  Był człowiekiem, który dorobił się fortuny na rynku leków patentowych i pospiesznie wyjaśnił wszystko Ethel, gdy stali razem. "Śmiem twierdzić, że jesteś kobietą z rodziny, jako mieszkanka Południa. Cóż, ja nie. Zauważyłem, że prawie wszyscy mieszkańcy Południa mają rodziny. Jestem z Iowa".
  Najwyraźniej był człowiekiem, który żył swoją pogardą. Mówił o Południowości Ethel z pogardą w głosie, pogardą dla faktu, że próbował się kontrolować, jakby chciał powiedzieć - śmiejąc się: "Nie próbuj mi tego narzucać, bo jesteś Południowcem".
  "Ta gra nie będzie ze mną współpracować.
  "Ale spójrz. Ja się śmieję. Nie mówię poważnie.
  "Ta! Ta!"
  "Zastanawiam się, czy on jest taki jak ja" - pomyślała Ethel. "Zastanawiam się, czy ja jestem taka jak on".
  Są pewni ludzie. Nie przepadasz za nimi. Trzymasz się ich. Uczą cię różnych rzeczy.
  Wyglądało na to, że przyszedł na imprezę tylko po to, by ją znaleźć, a odnalazłszy ją, był zadowolony. Gdy tylko ją spotkał, chciał wyjść. "Chodź" - powiedział - "wynośmy się stąd. Będziemy musieli się nieźle natrudzić, żeby tu dostać drinki. Nie ma gdzie usiąść. Nie możemy rozmawiać. Nie liczymy się tutaj".
  Chciał znaleźć się gdzieś, w otoczeniu, w którym mógłby sprawiać wrażenie kogoś ważniejszego.
  "Chodźmy do centrum, do jednego z dużych hoteli. Zjemy tam lunch. Zajmę się drinkami. Patrz na mnie". Nadal się uśmiechał. Ethel to nie obchodziło. Od pierwszej chwili, gdy się do niej zbliżył, miała dziwne wrażenie o tym mężczyźnie. Czuła się jak Mefistofeles. Była zaskoczona. "Skoro jest taki, to się o nim dowiem" - pomyślała. Poszła z nim po peleryny i taksówką pojechali do dużej restauracji w centrum miasta, gdzie znalazł dla niej miejsce w cichym kącie. Zajął się drinkami. Butelka została przyniesiona.
  Wydawał się chętny do wyjaśnienia i zaczął opowiadać jej o swoim ojcu. "Opowiem o sobie. Nie masz nic przeciwko?". Powiedziała, że nie. Urodził się w mieście powiatowym w stanie Iowa. Wyjaśnił, że jego ojciec zajmował się polityką i miał zostać skarbnikiem powiatu.
  W końcu ten mężczyzna miał swoją własną historię. Opowiedział Ethel o swojej przeszłości.
  W stanie Iowa, gdzie spędził dzieciństwo, przez długi czas wszystko szło dobrze, ale potem jego ojciec wykorzystał fundusze hrabstwa do spekulacji i wpadł w tarapaty finansowe. Nastąpił okres depresji. Akcje, które ojciec kupił na kredyt, gwałtownie spadły. Był zaskoczony.
  Ethel uświadomiła sobie, że wydarzyło się to mniej więcej w czasie, gdy Fred Wells chodził do liceum. "Nie traciłem czasu na leniuchowanie" - powiedział dumnie i szybko. "Przyjechałem do Chicago".
  Wyjaśnił, że jest mądry. "Jestem realistą" - powiedział. "Nie owijam w bawełnę. Jestem mądry. Cholernie mądry".
  "Założę się, że jestem wystarczająco mądry, żeby cię przejrzeć na wylot" - powiedział do Ethel. "Wiem, kim jesteś. Jesteś niespełnioną kobietą". Uśmiechnął się, mówiąc to.
  Ethel go nie lubiła. Uważała go za zabawnego i interesującego. W pewnym sensie nawet go lubiła. Przynajmniej był dla niej ulgą po niektórych mężczyznach, których poznała w Chicago.
  Pili dalej, podczas gdy mężczyzna mówił i gdy podawano zamówiony przez niego obiad, a Ethel uwielbiała pić, choć nie robiło to na niej większego wrażenia. Picie przynosiło ulgę. Dodawało jej odwagi, choć upijanie się nie należało do przyjemności. Upiła się tylko raz i to sama.
  To był wieczór przed egzaminem, kiedy jeszcze studiowała. Harold Gray jej pomagał. Zostawił ją, a ona poszła do swojego pokoju. Miała tam butelkę whisky i wypiła całą. Potem padła na łóżko i poczuła się źle. Whisky nie upiła jej. Wydawało się, że działa na jej nerwy, sprawiając, że jej umysł stał się niezwykle chłodny i jasny. Choroba przyszła później. "Już tego nie zrobię" - powiedziała sobie wtedy.
  W restauracji Fred Wells kontynuował wyjaśnienia. Wydawało się, że czuje potrzebę wyjaśnienia swojej obecności na wieczorze literackim, jakby chciał powiedzieć: "Nie jestem jednym z nich. Nie chcę być taki".
  "Moje myśli są takie nieszkodliwe" - pomyślała Ethel. Nie powiedziała tego na głos.
  Przybył do Chicago jako młody człowiek, świeżo po liceum, i po pewnym czasie zaczął obracać się w świecie sztuki i literatury. Niewątpliwie znajomość takich ludzi dawała człowiekowi, człowiekowi takiemu jak on, pewien status. Stawiał im lunche. Wychodził z nimi na miasto.
  Życie to gra. Znajomość takich ludzi to tylko jeden z elementów gry.
  Został kolekcjonerem pierwszych wydań. "To dobry plan" - powiedział Ethel. "Wydaje się, że to stawia cię w pewnej klasie, a poza tym, jeśli jesteś sprytny, możesz na tym zarobić. Więc jeśli będziesz ostrożny, nie ma powodu, żebyś tracił pieniądze".
  W ten sposób wkroczył do świata literatury. Uważał je za dziecinne, samolubne i wrażliwe. Bawiły mężczyznę. Większość kobiet, jego zdaniem, była raczej miękka i frywolna.
  Nadal się uśmiechał i głaskał wąsy. Był specjalistą od pierwszych wydań i miał już imponującą kolekcję. "Zabiorę cię, żebyś je obejrzał" - powiedział.
  Są w moim mieszkaniu, ale moja żona jest poza miastem. Oczywiście, nie oczekuję, że pójdziesz tam ze mną dziś wieczorem.
  - Wiem, że nie jesteś głupcem.
  "Nie jestem aż takim głupcem, żeby myśleć, że można cię tak łatwo zdobyć, że można cię zerwać jak dojrzałe jabłko z drzewa" - tak właśnie myślał.
  Zaproponował przyjęcie. Ethel mogłaby znaleźć inną kobietę, a on innego mężczyznę. To byłoby miłe, małe spotkanie. Zjedliby kolację w restauracji, a potem poszli do jego mieszkania, żeby pooglądać książki. "Nie jesteś przewrażliwiona, prawda?" - zapytał. "Wiesz, będzie tam jeszcze jedna kobieta i jeszcze jeden mężczyzna.
  - Mojej żony nie będzie w mieście przez kolejny miesiąc.
  "Nie" - powiedziała Ethel.
  Cały pierwszy wieczór spędził w restauracji, tłumacząc się. "Dla niektórych, tych mądrych, życie to tylko gra" - wyjaśnił. "Trzeba z niego wyciągnąć jak najwięcej". Różni ludzie grali w tę grę na różne sposoby. Niektórzy, jak powiedział, byli uważani za bardzo, bardzo szanowanych. Oni, tak jak on, prowadzili biznes. Cóż, nie sprzedawali leków patentowych. Sprzedawali węgiel, żelazo albo maszyny. Albo prowadzili fabryki albo kopalnie. To była ta sama gra. Gra o pieniądze.
  "Wiesz," powiedział do Ethel, "myślę, że jesteś takim samym typem człowieka jak ja.
  "Ty też nic szczególnego nie interesuje.
  "Jesteśmy tej samej rasy."
  Ethel nie czuła się zaszczycona. Była rozbawiona, ale też trochę zraniona.
  "Jeśli to prawda, to nie chcę, żeby tak było".
  A jednak być może interesowała ją jego pewność siebie, jego odwaga.
  Jako chłopiec i młody mężczyzna mieszkał w małym miasteczku w stanie Iowa. Był jedynym synem w rodzinie, a jego córki były trzy. Jego ojciec zawsze zdawał się mieć mnóstwo pieniędzy. Żyli dostatnio, dość wystawnie jak na to miasto. Mieli samochody, konie, duży dom, a pieniądze szły na prawo i lewo. Każde dziecko w rodzinie otrzymywało kieszonkowe od ojca. Nigdy nie pytał, na co je wydaje.
  Potem zdarzył się wypadek i mój ojciec trafił do więzienia. Nie żył długo. Na szczęście starczyło pieniędzy na ubezpieczenie. Matka i córki, z ostrożnością, zdołały się dogadać. "Myślę, że moje siostry wyjdą za mąż. Jeszcze tego nie zrobiły. Żadnej z nich nie udało się nikogo złapać" - powiedział Fred Wells.
  Sam chciał zostać dziennikarzem. To była jego pasja. Przyjechał do Chicago i dostał pracę reportera w jednym z lokalnych dzienników, ale szybko ją porzucił. Twierdził, że nie ma wystarczająco dużo pieniędzy.
  Żałował tego. "Byłbym świetnym dziennikarzem" - powiedział. "Nic by mnie nie zachwiało, nic by mnie nie zawstydziło". Nadal pił, jadł i mówił o sobie. Być może alkohol, który wypił, sprawił, że stał się śmielszy w rozmowie, bardziej brawurowy. Nie upił się. "Wpływa na niego tak samo jak na mnie" - pomyślała Ethel.
  "Załóżmy, że reputacja mężczyzny lub kobiety ległaby w gruzach" - powiedział radośnie. "Powiedzmy, przez skandal seksualny, coś w tym rodzaju... coś tak odrażającego dla tylu znanych mi literatów, tylu tak zwanych ludzi z wyższych sfer. "Czyż oni wszyscy nie są tacy czyści?" Cholerne dzieci". Ethel wydawało się, że mężczyzna przed nią musi nienawidzić ludzi, wśród których go znalazła, ludzi, których książki kolekcjonował. On, podobnie jak ona, był kłębkiem emocji. Mówił dalej radośnie, uśmiechając się, bez okazywania emocji na zewnątrz.
  Pisarze, powiedział, nawet najwięksi, również byli pozbawieni zasad. Taki mężczyzna miał romans z jakąś kobietą. Co się stało? Po pewnym czasie się skończyło. "W rzeczywistości miłość nie istnieje. To wszystko bzdura i nonsens" - oświadczył.
  "Z takim człowiekiem, wielką postacią literacką, ha! Pełen słów, jak ja.
  "Ale on wysuwa tak wiele cholernych twierdzeń na temat słów, które wypowiada.
  "Jakby wszystko na świecie miało aż takie znaczenie. Co on robi, kiedy już skończy się z jakąś kobietą? Robi z tego materiał literacki.
  "On nikogo nie oszuka. Wszyscy wiedzą."
  Wrócił do swojej opowieści o byciu dziennikarzem i zrobił pauzę. "Załóżmy, że ta kobieta jest, powiedzmy, mężatką". On sam był żonaty, żonaty z córką właściciela firmy, w której teraz pracował. Mężczyzna nie żył. Teraz kontrolował interes. Jeśli jego własna żona... "Lepiej, żeby się ze mną nie zadzierała... Na pewno nie będę tego tolerował" - powiedział.
  Załóżmy, że kobieta, zamężna i cała, miała romans z mężczyzną innym niż jej mąż. Wyobraził sobie siebie jako dziennikarza relacjonującego taką historię. To byli niezwykli ludzie. Przez jakiś czas pracował jako reporter, ale nigdy nie miał do czynienia z podobną sprawą. Wyglądało na to, że tego żałuje.
  "To wybitni ludzie. Są bogaci albo zajmują się sztuką; wielcy ludzie zajmują się sztuką, polityką czy czymś w tym rodzaju". Mężczyzna został skutecznie wyprowadzony. "A potem jakaś kobieta próbuje mną manipulować. Powiedzmy, że jestem redaktorem naczelnym gazety. Przychodzi do mnie. Płacze. "Na litość boską, pamiętaj, że mam dzieci"".
  - Naprawdę, co? Czemu o tym nie pomyślałeś, kiedy się w to wplątałeś? Małe dzieciaki rujnują sobie życie. Fudge! Czy moje życie zostało zrujnowane przez śmierć ojca w więzieniu? Może to zaszkodziło moim siostrom. Nie wiem. Mogłyby mieć problem ze znalezieniem porządnego męża. Rozszarpałbym ją na strzępy. Nie będę miał litości.
  W tym człowieku była dziwna, jasna, lśniąca nienawiść. "Czy to ja? Boże, pomóż mi, czy to ja?" - pomyślała Ethel.
  Chciał zrobić komuś krzywdę.
  Fred Wells, który przybył do Chicago po śmierci ojca, nie utrzymał się długo w branży prasowej. Nie było wystarczająco dużo pieniędzy, żeby zarabiać. Zaczął pracę w reklamie, pracując dla agencji reklamowej jako copywriter. "Mógłbym zostać pisarzem" - oświadczył. W rzeczywistości napisał kilka opowiadań. Były to mistyczne opowieści. Pisanie ich sprawiało mu przyjemność i nie miał problemu z ich publikacją. Pisał dla jednego z magazynów, które publikowały takie rzeczy. "Pisałem też prawdziwe wyznania" - powiedział. Zaśmiał się, opowiadając o tym Ethel. Wyobrażał sobie siebie jako młodą żonę, której mąż choruje na gruźlicę.
  Zawsze była niewinną kobietą, ale tak naprawdę nie chciała nią być. Zabrała męża na zachód, do Arizony. Jej mąż prawie odszedł, ale przetrwał dwa, trzy lata.
  To właśnie wtedy kobieta z opowieści Freda Wellsa go zdradziła. Był tam mężczyzna, młody mężczyzna, którego pożądała, więc wymknęła się z nim nocą na pustynię.
  Ta historia, to wyznanie, dało Fredowi Wellsowi szansę. Wydawcy magazynu ją wykorzystali. Wyobraził sobie siebie jako żonę chorego mężczyzny. Leżał tam, powoli umierając. Wyobraził sobie swoją młodą żonę przytłoczoną wyrzutami sumienia. Fred Wells siedział przy stoliku w chicagowskiej restauracji z Ethel, głaskał wąsy i opowiadał jej to wszystko. Opisał z idealną precyzją, co, jak powiedział, czuła kobieta. W nocy czekała na zapadnięcie ciemności. Były to łagodne, puste, księżycowe noce. Młody mężczyzna, którego wzięła za kochanka, podkradł się do domu, który dzieliła z chorym mężem, domu na obrzeżach miasta na pustyni, a ona podkradła się do niego.
  Pewnej nocy wróciła, a jej mąż nie żył. Nigdy więcej nie zobaczyła swojego kochanka. "Wyraziłem wiele skruchy" - powiedział Fred Wells, śmiejąc się ponownie. "Sprawiłem, że utył. Całkiem się w tym pogrążyłem. Chyba cała zabawa, jaką moja wyimaginowana kobieta kiedykolwiek miała, miała miejsce tam, z innym mężczyzną, na oświetlonej księżycem pustyni, ale potem sprawiłem, że ociekała sporą dawką skruchy".
  "Widzisz, chciałem to sprzedać. Chciałem, żeby to zostało opublikowane" - powiedział.
  Fred Wells zawstydził Ethel Long. To było nieprzyjemne. Później zdała sobie sprawę, że to była jej wina. Pewnego dnia, tydzień po tym, jak z nim zjadła kolację, zadzwonił do niej. "Mam coś wspaniałego" - powiedział. W mieście był mężczyzna, znany angielski pisarz, a Fred miał do niego dołączyć. Zaproponował przyjęcie. Ethel miała znaleźć inną kobietę, a Fred miał znaleźć Anglika. "Jest w Ameryce z trasą wykładów i wszyscy intelektualiści trzymają go w ryzach" - wyjaśnił Fred. "Zorganizujemy mu kolejne przyjęcie". Czy Ethel znała inną kobietę, którą mogłaby poderwać? "Tak" - odpowiedziała.
  "Weź go żywego" - powiedział. "Wiesz."
  Co miał na myśli? Była pewna siebie. "Jeśli taka osoba... jeśli może mi coś podsunąć".
  Nudziła się. Czemu nie? W bibliotece pracowała kobieta, która mogłaby się tym zająć. Była o rok młodsza od Ethel, drobna, ale pasjonowała się pisarzami. Myśl o spotkaniu kogoś tak sławnego jak ten Anglik byłaby ekscytująca. Była raczej bladą córką szanowanej rodziny z przedmieść Chicago i miała mgliste marzenie o zostaniu pisarką.
  "Tak, pójdę" - powiedziała, gdy Ethel do niej przemówiła. Była kobietą, która zawsze podziwiała Ethel. Dokładnie takie były dziewczyny na uniwersytecie, które się w niej podkochiwały. Podziwiała styl Ethel i to, co uważała za jej odwagę.
  "Chcesz iść?"
  "Och, tak." Głos kobiety drżał z podniecenia.
  Mężczyźni są żonaci. Rozumiesz to?
  Kobieta o imieniu Helen zawahała się przez chwilę; to było dla niej coś nowego. Jej usta drżały. Wydawała się myśleć...
  Mogła pomyśleć... "Kobieta nie może ciągle iść naprzód, nie doświadczając przygód". Pomyślała... "W wyrafinowanym świecie trzeba akceptować takie rzeczy".
  Fred Wells jako przykład człowieka kulturalnego.
  Ethel próbowała wszystko wyjaśnić idealnie i jasno. Nie udało jej się. Kobieta ją testowała. Była podekscytowana perspektywą spotkania ze znanym angielskim pisarzem.
  W tym momencie nie potrafiła zrozumieć prawdziwego nastawienia Ethel, jej obojętności, chęci podjęcia ryzyka, być może sprawdzenia samej siebie. "Zjemy lunch" - powiedziała - "a potem pójdziemy do mieszkania pana Wellsa. Jego żony tam nie będzie. Będą drinki".
  "Będzie tylko dwóch mężczyzn. Nie boisz się?" zapytała Helen.
  "Nie". Ethel była w radosnym, choć cynicznym nastroju. "Potrafię o siebie zadbać".
  - Bardzo dobrze, pójdę.
  Ethel nigdy nie zapomni tego wieczoru z tymi trzema mężczyznami. To była jedna z przygód jej życia, która uczyniła ją tym, kim jest. "Nie jestem taka miła". Myśli krążyły jej po głowie następnego dnia, gdy jechała z ojcem przez wiejską Georgię. Był kolejnym mężczyzną zdezorientowanym własnym życiem. Nie była wobec niego otwarta i szczera, tak jak nie była wobec tej naiwnej kobiety, Helen, którą zabrała na imprezę z dwoma mężczyznami tamtej nocy w Chicago.
  Angielski pisarz, który przybył na przyjęcie Freda Wellsa, był barczystym, dość pomarszczonym mężczyzną. Wydawał się ciekawy i zainteresowany tym, co się dzieje. To właśnie tacy Anglicy przyjeżdżają do Ameryki, gdzie ich książki sprzedają się w dużych ilościach, gdzie przyjeżdżają, by wygłaszać wykłady i zbierać fundusze...
  Było coś w tym, jak tacy ludzie traktowali wszystkich Amerykanów. "Amerykanie to takie dziwne dzieciaki. Kochana, są niesamowite".
  Coś zaskakującego, zawsze trochę protekcjonalnego. "Lwiątka". Chciało się powiedzieć: "A niech cię szlag! Idź do diabła". Z nim tamtej nocy w mieszkaniu Freda Wellsa w Chicago, mogło to być po prostu zaspokojenie ciekawości. "Zobaczę, jacy są ci Amerykanie".
  Fred Wells był rozrzutny. Zabrał pozostałych na kolację do drogiej restauracji, a potem do swojego mieszkania. To też było drogie. Był z tego dumny. Anglik bardzo troszczył się o Helen. Czy Ethel była zazdrosna? "Chciałabym go mieć" - pomyślała Ethel. Chciała, żeby Anglik poświęcał jej więcej uwagi. Czuła się, jakby coś do niego mówiła, próbując wytrącić go z równowagi.
  Helen była ewidentnie zbyt naiwna. Uwielbiła. Kiedy wszyscy dotarli do mieszkania Freda, ten kontynuował podawanie drinków i niemal natychmiast Helen była już na wpół pijana. W miarę jak upijała się coraz bardziej i, jak Ethel myślała, stawała się coraz bardziej głupia, Anglik zaczął się niepokoić.
  Stał się nawet szlachcicem... szlachetnym Anglikiem. Krew pokaże. "Mój drogi, musisz być dżentelmenem". Czy Ethel była zdenerwowana, że mężczyzna połączył ją mentalnie z Fredem Wellsem? "Do diabła z tobą" - chciała powiedzieć. Był jak dorosły mężczyzna, który nagle znalazł się w pokoju z niegrzecznymi dziećmi... "Bóg jeden wie, czego on tu oczekuje" - pomyślała Ethel.
  Helen wstała z krzesła po kilku drinkach, przeszła chwiejnym krokiem przez pokój, w którym siedzieli wszyscy, i rzuciła się na sofę. Jej sukienka była w opłakanym stanie. Nogi miała zbyt gołe. Nadal nimi wymachiwała i śmiała się do rozpuku. Fred Wells nadal częstował ją drinkami. "No cóż, ma ładne nogi, prawda?" - powiedział Fred. Fred Wells był zbyt niegrzeczny. Był naprawdę podły. Ethel o tym wiedziała. Oburzała ją myśl, że Anglik nie wie, że ona wie.
  Anglik zaczął rozmawiać z Ethel. "Co to wszystko znaczy? Dlaczego on chce upić tę kobietę?" Był zdenerwowany i najwyraźniej żałował, że nie przyjął zaproszenia Freda Wellsa. Siedzieli z Ethel przez jakiś czas przy stoliku z drinkami przed sobą. Anglik nadal zadawał jej pytania o nią samą, z której części kraju pochodzi i co robi w Chicago. Dowiedział się, że studiuje na uniwersytecie. Wciąż było w jego zachowaniu... coś takiego... dystans do wszystkiego... angielski dżentelmen w Ameryce... "cholernie bezosobowy", pomyślała Ethel. Ethel zaczynała się ekscytować.
  "Ci amerykańscy studenci są dziwni, jeśli to jest model, jeśli tak spędzają wieczory" - pomyślał Anglik.
  Nic takiego nie powiedział. Nadal próbował nawiązać rozmowę. Wpakował się w coś, w sytuację, która mu się nie podobała. Ethel była z tego zadowolona. "Jak mogę z gracją wydostać się z tego miejsca i uciec od tych ludzi?" Wstał, niewątpliwie zamierzając przeprosić i odejść.
  Ale była Helen, teraz pijana. W Angliku obudziło się poczucie rycerskości.
  W tym momencie pojawił się Fred Wells i zabrał Anglika do swojej biblioteki. Fred był przecież biznesmenem. "Mam go tutaj. Mam tu kilka jego książek. Równie dobrze mógłbym go poprosić o autograf" - pomyślał Fred.
  Fred myślał też o czymś innym. Być może Anglik nie zrozumiał, co Fred miał na myśli. Ethel nie słyszała, co zostało powiedziane. Obaj mężczyźni poszli razem do biblioteki i tam zaczęli rozmawiać. Później, po tym, co ją spotkało tego wieczoru, Ethel mogła domyślić się, o czym była mowa.
  Fred po prostu przyjął za pewnik, że Anglik jest taki sam jak on.
  Cały nastrój wieczoru nagle się zmienił. Ethel była przerażona. Nudziła się i chciała się rozerwać, więc poczuła się zdezorientowana. Wyobraziła sobie rozmowę dwóch mężczyzn w sąsiednim pokoju. Fred Wells mówił... nie był mężczyzną takim jak Harold Gray, profesor uniwersytecki... "Mam tu dla ciebie tę kobietę"... mając na myśli kobietę Helen. Fred, tam w tym pokoju, rozmawiający z innym mężczyzną. Ethel nie myślała teraz o Helen. Myślała o sobie. Helen leżała bezradna na sofie. Czy mężczyzna chciałby kobiety w takim stanie, kobiety bezradnej od alkoholu?
  To byłby atak. Być może byli mężczyźni, którzy czerpali przyjemność z podbijania kobiet w ten sposób. Teraz drżała ze strachu. Była głupia, pozwalając, by ktoś taki jak Fred Wells zdał się na łaskę i niełaskę jej męża. W sąsiednim pokoju rozmawiało dwóch mężczyzn. Słyszała ich głosy. Fred Wells miał szorstki głos. Powiedział coś do swojego gościa, Anglika, a potem zapadła cisza.
  Niewątpliwie już umówił się z tym człowiekiem na podpisywanie swoich książek. Podpisałby je. Składał ofertę.
  "No cóż, widzisz, mam dla ciebie kobietę. Jedna jest dla ciebie, a druga dla mnie. Możesz wziąć tę, która leży na kanapie.
  Widzisz, uczyniłem ją całkowicie bezbronną. Nie będzie wielkiej walki.
  Możesz zabrać ją do sypialni. Nikt ci nie będzie przeszkadzał. Drugą kobietę możesz zostawić u mnie.
  Coś podobnego musiało się wydarzyć tamtej nocy.
  Anglik był w pokoju z Fredem Wellsem, a potem nagle wyszedł. Nie spojrzał na Freda Wellsa ani się do niego nie odezwał, choć wpatrywał się w Ethel. Osądzał ją. "Więc ty też w to jesteś wtajemniczony?" Ethel poczuła falę oburzenia. Angielski pisarz nic nie powiedział, tylko wyszedł na korytarz, gdzie wisiał jego płaszcz, podniósł go wraz z peleryną, którą miała na sobie kobieta, Helen, i wrócił do pokoju.
  Zbladł trochę. Próbował się uspokoić. Był zły i zdenerwowany. Fred Wells wrócił do pokoju i zatrzymał się w drzwiach.
  Być może angielski pisarz powiedział Fredowi coś nieprzyjemnego. "Nie pozwolę mu zepsuć mi przyjęcia, bo jest głupcem" - pomyślał Fred. Sama Ethel musiała być po stronie Freda. Teraz to wiedziała. Najwyraźniej Anglik uważał Ethel za kogoś takiego jak Fred. Nie obchodziło go, co się z nią stanie. Strach Ethel minął, a ona wpadła w złość, gotowa do walki.
  "Byłoby zabawnie" - pomyślała szybko Ethel - "gdyby Anglik popełnił błąd". Uratuje kogoś, kto nie chce być uratowany. "Łatwiej ją zdobyć niż mnie" - pomyślała z dumą. "Więc taki właśnie jest. To jeden z tych cnotliwych".
  "Pieprzyć go. Dałam mu tę szansę. Jeśli nie chce z niej skorzystać, to trudno". Miała na myśli, że dała mu szansę, żeby ją poznał, jeśli naprawdę tego chciał. "Co za głupota" - pomyślała później. Nie dała temu mężczyźnie ani jednej szansy.
  Anglik najwyraźniej czuł się odpowiedzialny za kobietę, Helen. Przecież nie była zupełnie bezradna, nie zniknęła całkowicie. Podniósł ją na nogi i pomógł jej włożyć płaszcz. Przytuliła się do niego. Zaczęła płakać. Uniosła rękę i pogłaskała go po policzku. Ethel była oczywista, że jest gotowa się poddać i że Anglik jej nie chce. "W porządku. Wezmę taksówkę i pojedziemy. Wkrótce wyzdrowiejesz" - powiedział. Wcześniej tego wieczoru dowiedział się kilku faktów o Helen, a także o Ethel. Wiedział, że jest panną mieszkającą gdzieś na przedmieściach z rodzicami. Nie zaszła tak daleko, ale znała adres swojego domu. Niosąc kobietę na rękach, wyprowadził ją z mieszkania i zszedł po schodach.
  *
  ETHEL zachowywała się jak ktoś, kogo ktoś uderzył. To, co wydarzyło się w mieszkaniu tego wieczoru, wydarzyło się nagle. Siedziała, nerwowo dotykając szklanki. Była blada. Fred Wells nie wahał się. Stał w milczeniu, czekając, aż drugi mężczyzna i druga kobieta wyjdą, a potem podszedł prosto do niej. "I ciebie". Część jego teraz wyładowywała na niej złość z powodu tamtego mężczyzny. Ethel stanęła z nim twarzą w twarz. Na jego twarzy nie było już uśmiechu. Najwyraźniej był jakimś zboczeńcem, może sadystą. Spojrzała na niego. W jakiś dziwny sposób nawet cieszyła się sytuacją, w której się znalazła. To miała być walka. "Dopilnuję, żebyś mnie nie wyczerpała" - powiedział Fred Wells. "Jeśli wyjdziesz stąd dziś wieczorem, wyjdziesz naga". Szybko wyciągnął rękę i złapał ją za dekolt sukienki. Szybkim ruchem rozdarł ją. - Będziesz musiała się rozebrać, jeśli stąd wyjdziesz, zanim dostanę to, czego chcę.
  "Myślisz, że tak?"
  Ethel zbladła jak ściana. Jak już wspomniałam, pod pewnymi względami sytuacja ta całkiem jej się podobała. Podczas szamotaniny nie krzyknęła. Jej sukienka była okropnie podarta. W pewnym momencie Fred Wells uderzył ją w twarz i powalił. Szybko się podniosła. Szybko zrozumiała. Mężczyzna przed nią nie odważyłby się kontynuować szamotaniny, gdyby krzyknęła głośno.
  W tym samym domu mieszkali inni ludzie. Chciał ją zdobyć. Nie pragnął jej tak, jak normalny mężczyzna pragnie kobiety. Upijał ich i atakował, gdy byli bezbronni, albo zarażał strachem.
  Dwie osoby w mieszkaniu walczyły w milczeniu. Pewnego dnia, podczas szamotaniny, rzucił ją na sofę w pokoju, w którym siedziały cztery osoby. Doznała urazu pleców. Wtedy nie odczuwała dużego bólu. Ból pojawił się później. Później przez kilka dni kulała.
  Przez chwilę Fred Wells myślał, że ją ma. Na jego twarzy pojawił się triumfalny uśmiech. Jego oczy były przebiegłe, jak oczy zwierzęcia. Pomyślała - ta myśl jej przyszła - że leży teraz zupełnie biernie na sofie, a on ją tam trzyma. "Ciekawe, czy to właśnie tak zdobył żonę" - pomyślała.
  Raczej nie.
  Taki mężczyzna zrobiłby to samo z kobietą, którą miał poślubić, z kobietą, która miała pieniądze, jakich pragnął, własną władzę, z taką kobietą próbowałby stworzyć w sobie wrażenie męskości.
  Mógł nawet rozmawiać z nią o miłości. Ethel miała ochotę się roześmiać. "Kocham cię. Jesteś moją ukochaną. Jesteś dla mnie wszystkim". Pamiętała, że mężczyzna miał dzieci: małego syna i córkę.
  Próbował stworzyć w umyśle żony wrażenie kogoś, kim wiedział, że nie może być, a być może nawet nie chce - mężczyzny takiego jak Anglik, który właśnie opuścił mieszkanie, "nieudacznika", "szlachetnego człowieka", człowieka, o którym zawsze zabiegał, a jednocześnie którym gardził. Próbował stworzyć takie wrażenie w umyśle jednej kobiety, jednocześnie żywiąc do niej znienawidzony gniew.
  Wyżywanie się na innych kobietach. Wczesnym wieczorem, podczas wspólnej kolacji w restauracji w centrum miasta, kontynuował rozmowę z Anglikiem o Amerykankach. Subtelnie próbował podważyć szacunek mężczyzny do Amerykanek. Utrzymywał rozmowę na niskim poziomie, gotowy do wycofania się z tematu i uśmiechając się przez cały czas. Anglik pozostał zaciekawiony i zdezorientowany.
  Walka w mieszkaniu nie trwała długo i Ethel dobrze, że tak się stało. Mężczyzna okazał się silniejszy od niej. Przecież mogłaby krzyknąć. Mężczyzna nie odważyłby się zrobić jej zbyt wiele krzywdy. Chciał ją złamać, oswoić. Liczył na to, że nie zechce, by wyszło na jaw, że była z nim sama w jego mieszkaniu tej nocy.
  Gdyby mu się udało, mógłby nawet zapłacić jej pieniądze, żeby milczała.
  "Nie jesteś głupcem. Kiedy tu przyszedłeś, wiedziałeś, czego chcę.
  W pewnym sensie to byłaby całkowita prawda. Była głupia.
  Udało jej się uwolnić szybkim ruchem. Na korytarzu znajdowały się drzwi, którymi pobiegła do kuchni. Wcześniej tego wieczoru Fred Wells kroił pomarańcze i dodawał je do napojów. Na stole leżał duży nóż. Zamknęła za sobą drzwi do kuchni, ale otworzyła je, by Fred Wells mógł wejść, tnąc go nożem w twarz, o włos chybiając.
  Cofnął się. Poszła za nim korytarzem. Korytarz był jasno oświetlony. Widział wyraz jej oczu. "Jesteś suką" - powiedział, odsuwając się od niej. "Jesteś pieprzoną suką".
  Nie bał się. Był ostrożny, obserwując ją. Jego oczy błyszczały. "Myślę, że byś to zrobiła, ty cholerna suko" - powiedział i uśmiechnął się. Był typem mężczyzny, który, gdyby spotkał ją na ulicy w przyszłym tygodniu, uchyliłby kapelusza i uśmiechnął się. "Przegrałaś ze mną, ale może dostanę jeszcze jedną szansę" - powiedział z uśmiechem.
  Chwyciła płaszcz i wyszła z mieszkania tylnymi drzwiami. Z tyłu znajdowały się drzwi prowadzące na mały balkon, więc przez nie przeszła. Nie próbował iść za nią. Potem zeszła po małych żelaznych schodach na mały trawnik z tyłu budynku.
  Nie odeszła od razu. Przez chwilę siedziała na schodach. W mieszkaniu poniżej tego, które zajmował Fred Wells, siedzieli ludzie. Mężczyźni i kobiety siedzieli cicho. Gdzieś w tym mieszkaniu było dziecko. Słyszała, jak płacze.
  Mężczyźni i kobiety siedzieli przy stole do gry w karty, a jedna z kobiet wstała i podeszła do dziecka.
  Słyszała głosy i śmiech. Fred Wells nie odważyłby się tam za nią pójść. "To jeden typ mężczyzny" - powiedziała sobie tamtej nocy. "Może niewielu jest takich jak on".
  Przeszła przez podwórko i bramę, w alejkę i w końcu wyszła na ulicę. Była to cicha, osiedlowa ulica. Miała trochę pieniędzy w kieszeni płaszcza. Płaszcz częściowo zakrywał podarte fragmenty jej sukienki. Zgubiła kapelusz. Przed budynkiem stał samochód, najwyraźniej prywatny, z czarnoskórym kierowcą. Podeszła do mężczyzny i wcisnęła mu banknot do ręki. "Mam kłopoty" - powiedziała. "Uciekaj, wezwij mi taksówkę. Możesz to sobie zatrzymać" - powiedziała, podając mu banknot.
  Była zaskoczona, zła, zraniona. Przede wszystkim jednak to nie ten mężczyzna, Fred Wells, wyrządził jej największą krzywdę.
  "Byłam zbyt pewna siebie. Myślałam, że ta druga kobieta, Helen, jest naiwna.
  "Sam jestem naiwny. Jestem głupcem."
  "Jesteś ranna?" - zapytał czarnoskóry mężczyzna. Był to rosły mężczyzna w średnim wieku. Na jej policzkach spływała krew, którą widział w świetle padającym z wejścia do mieszkania. Jedno oko miała opuchnięte i zamknięte. Potem zrobiło się czarne.
  Już myślała o tym, co powie, kiedy dotrze do miejsca, w którym miał swój pokój. Próba rabunku - dwóch mężczyzn zaatakowało ją na ulicy.
  Powalił ją na ziemię i był wobec niej bardzo agresywny. "Zabrali mi torebkę i uciekli. Nie chcę tego zgłaszać. Nie chcę, żeby moje nazwisko pojawiło się w gazetach". W Chicago zrozumieją to i uwierzą.
  Opowiedziała czarnoskóremu mężczyźnie historię. Pokłóciła się z mężem. Zaśmiał się. Zrozumiał. Wysiadł z samochodu i pobiegł, żeby zamówić taksówkę. Podczas jego nieobecności Ethel stała oparta plecami o ścianę budynku, gdzie cienie były gęstsze. Na szczęście nikt nie przechodził obok, żeby ją zobaczyć, poobijaną i posiniaczoną, stojącą i czekającą.
  OceanofPDF.com
  4
  
  BYŁA LETNIA NOC, a Ethel leżała w łóżku w domu swojego ojca w Langdon. Było późno, grubo po północy, a noc była gorąca. Nie mogła spać. W jej głosie dźwięczały słowa, małe stadka słów, niczym ptaki w locie... "Mężczyzna musi podjąć decyzję, podjąć decyzję". Co? Myśli przerodziły się w słowa. Usta Ethel poruszyły się. "To boli. To boli. To, co robisz, boli. To, czego nie robisz, boli". Przyszła późno i, zmęczona długimi myślami i zmartwieniami, po prostu zrzuciła z siebie ubranie w ciemności swojego pokoju. Ubranie spadło z niej, pozostawiając ją nagą - taką, jaka była. Wiedziała, że kiedy weszła, żona jej ojca, Blanche, już nie spała. Ethel i jej ojciec spali w pokojach na dole, ale Blanche przeniosła się na górę. Jakby chciała uciec jak najdalej od męża. Uciec od mężczyzny... dla kobiety... uciec od tego.
  Ethel rzuciła się zupełnie naga na łóżko. Wyczuła dom, pokój. Czasami pokój w domu staje się więzieniem. Jego ściany zamykają cię. Od czasu do czasu poruszała się niespokojnie. Przepływały przez nią drobne fale emocji. Kiedy wkradła się do domu tej nocy, na wpół zawstydzona, zła na siebie za to, co się stało tamtego wieczoru, miała wrażenie, że Blanche nie spała i czekała na jej powrót. Kiedy Ethel weszła, Blanche mogła nawet cicho podejść do schodów i spojrzeć w dół. W korytarzu na dole paliło się światło, a z korytarza prowadziły schody w górę. Gdyby Blanche tam była i patrzyła w dół, Ethel nie byłaby w stanie jej zobaczyć w ciemnościach na górze.
  Blanche poczekałaby, może ze śmiechem, ale Ethel chciała śmiać się z siebie. Trzeba być kobietą, żeby śmiać się z kobiety. Kobiety potrafią się naprawdę kochać. Ośmielają się. Kobiety potrafią się nienawidzić; potrafią ranić i śmiać się. Ośmielają się. "Mogłam wiedzieć, że to nie zadziała w ten sposób" - powtarzała w myślach. Myślała o swoim wieczorze. Była kolejna przygoda, z innym mężczyzną. "Zrobiłam to znowu". To był jej trzeci raz. Trzy próby zrobienia czegoś z mężczyznami. Pozwalanie im na spróbowanie czegoś - zobaczenie, czy dadzą radę. Podobnie jak innym, nie zadziałało. Sama nie wiedziała dlaczego.
  "On mnie nie rozumiał. Nie rozumiał mnie".
  Co miała na myśli?
  Czego potrzebowała? Czego chciała?
  Myślała, że tego chce. To był młody mężczyzna, Red Oliver, którego widziała w bibliotece. Spojrzała na niego. Ciągle przychodził. Biblioteka była otwarta trzy wieczory w tygodniu, a on zawsze przychodził.
  Rozmawiał z nią coraz częściej. Biblioteka zamykała się o dziesiątej, a po ósmej często zostawali sami. Ludzie chodzili do kina. Pomagał im zamykać na noc. Musieli zamykać okna, czasem odkładać książki.
  Gdyby tylko mógł ją naprawdę złapać. Nie odważył się. Ona go złapała.
  Stało się tak, ponieważ był zbyt nieśmiały, zbyt młody i zbyt niedoświadczony.
  Ona sama nie wykazała się wystarczającą cierpliwością. Nie znała go.
  Może po prostu go wykorzystywała, żeby sprawdzić, czy go chce, czy nie.
  "To było niesprawiedliwe, to było niesprawiedliwe."
  Dowiedz się czegoś o innym, starszym mężczyźnie, niezależnie od tego, czy ona go chce, czy nie.
  Na początku młodszy, młody Red Oliver, który zaczął przychodzić do biblioteki, patrząc na nią młodzieńczymi oczami, podniecając ją, nie odważył się zaproponować, że pójdzie z nią do domu, lecz zostawił ją przed drzwiami biblioteki. Później stał się trochę odważniejszy. Chciał jej dotknąć, chciał jej dotknąć. Wiedziała o tym. "Czy mogę iść z tobą?" zapytał dość niezręcznie. "Tak. Czemu nie? Będzie bardzo miło". Zachowywała się wobec niego dość formalnie. Zaczął czasami wracać z nią do domu na noc. Letnie wieczory w Georgii były długie. Były gorące. Kiedy zbliżyli się do domu, sędzia, jej ojciec, siedział na ganku. Blanche tam była. Często sędzia zasypiał w swoim fotelu. Noce były gorące. Była tam bujana sofa i Blanche zwinęła się na niej. Leżała bezsennie i patrzyła.
  Kiedy Ethel weszła, przemówiła, widząc młodego Olivera zostawiającego Ethel przy bramie. Zatrzymał się tam, nie chcąc odejść. Chciał być kochankiem Ethel. Wiedziała o tym. Było to teraz w jego oczach, w jego nieśmiałej, niepewnej mowie... młody mężczyzna zakochany, w starszej kobiecie, nagle zakochany namiętnie. Mogła z nim zrobić, co tylko chciała.
  Mogła otworzyć mu bramy, wpuścić go do tego, co uważał za raj. To było kuszące. "Będę musiała to zrobić, jeśli to ma się udać. Będę musiała powiedzieć słowo, dać mu znać, że bramy się otworzyły. Jest zbyt nieśmiały, żeby iść naprzód" - pomyślała Ethel.
  Nie myślała o tym specjalnie. Po prostu tak pomyślała. Czuła wyższość nad tym młodym mężczyzną. To było fajne. To nie było takie przyjemne.
  "No cóż" - powiedziała Blanche. Jej głos był cichy, ostry i pytający. "No cóż" - powiedziała. I "No cóż" - powiedziała Ethel. Kobiety spojrzały na siebie, a Blanche się roześmiała. Ethel się nie roześmiała. Uśmiechnęła się. Między tymi dwiema kobietami była miłość. Była nienawiść.
  Było coś, czego człowiek rzadko rozumie. Kiedy sędzia się obudził, obie kobiety milczały, a Ethel poszła prosto do swojego pokoju. Wyjęła książkę i leżąc w łóżku, próbowała czytać. Noce tego lata były zbyt gorące, by spać. Sędzia miał radio i czasami wieczorami je włączał. Znajdowało się w salonie domu na dole. Kiedy je włączył i wypełnił dom głosami, usiadł obok niej i zasnął. Chrapał podczas snu. Wkrótce Blanche wstała i poszła na górę. Obie kobiety zostawiły sędziego śpiącego na krześle obok radia. Hałasy dochodzące z odległych miast, z Chicago, gdzie mieszkała Ethel, z Cincinnati, z St. Louis, nie budziły go. Mężczyźni rozmawiali o paście do zębów, grały orkiestry, mężczyźni wygłaszali przemówienia, śpiewały głosy Murzynów. Biali śpiewacy z Północy wytrwale i dzielnie próbowali śpiewać jak Murzyni. Hałasy trwały długo. "WRYK... CK... przyszedłem do ciebie z grzeczności... żeby zmienić mi bieliznę... żeby kupić nową bieliznę...
  Umyj zęby. Idź do dentysty.
  "Dzięki uprzejmości"
  Chicago, St. Louis, Nowy Jork, Langdon, Georgia.
  Co Twoim zdaniem dzieje się dziś wieczorem w Chicago? Jest tam gorąco?
  - Jest dokładnie godzina dziesiąta dziewiętnaście.
  Sędzia, nagle obudzony, wyłączył maszynę i poszedł spać. Minął kolejny dzień.
  "Minęło zbyt wiele dni" - pomyślała Ethel. Była tu, w tym domu, w tym mieście. Teraz jej ojciec się jej bał. Wiedziała, co czuł.
  On ją tam sprowadził. Zaplanował to i zaoszczędził pieniądze. Jej studia i kilkuletnia nieobecność kosztowały pieniądze. W końcu pojawiła się ta posada. Została bibliotekarką miejską. Czy była mu, miastu, cokolwiek winna z jego powodu?
  Być szanowanym... takim, jakim był.
  "Do diabła z tym."
  Wróciła do miejsca, w którym mieszkała jako dziewczynka i chodziła do liceum. Kiedy po raz pierwszy wróciła do domu, jej ojciec chciał z nią porozmawiać. Wyczekiwał nawet jej przyjazdu, myśląc, że mogliby się do siebie przyłączyć.
  "On i ja jesteśmy kumplami". Duch Rotary. "Zrobiłem z syna przyjaciela. Zaprzyjaźniłem się z córką. Jesteśmy kumplami". Był zły i zraniony. "Ona zrobi ze mnie głupca", pomyślał.
  To przez mężczyzn. Mężczyźni polowali na Ethel. Wiedział o tym.
  Zaczęła spotykać się z prostym chłopakiem, ale to nie wszystko. Od powrotu do domu zainteresował ją inny mężczyzna.
  Był to starszy mężczyzna, znacznie starszy od niej, a nazywał się Tom Riddle.
  Był prawnikiem miejskim, obrońcą w sprawach karnych i żyłą złota. Był czujnym intrygantem, republikaninem i politykiem. Sprawował protekcję federalną w tej części stanu. Nie był dżentelmenem.
  A Ethel go pociągała. "Tak" - pomyślał jej ojciec - "będzie musiała pójść i przyciągnąć jednego z nich". Kiedy była w mieście od kilku tygodni, zajrzał do jej biblioteki i śmiało do niej podszedł. Nie miał w sobie nic z nieśmiałości chłopaka, Reda Olivera. "Chcę z tobą porozmawiać" - powiedział do Ethel, patrząc jej prosto w oczy. Był wysokim mężczyzną, około czterdziestopięcioletnim, z cienkimi, siwiejącymi włosami, ciężką, poznaczoną bliznami twarzą i małymi, jasnymi oczami. Był żonaty, ale jego żona zmarła dziesięć lat temu. Chociaż uchodził za bystrego człowieka i nie cieszył się szacunkiem czołowych postaci miasta (takich jak ojciec Ethel, który, choć georgiański, był demokratą i dżentelmenem), był najbardziej utytułowanym prawnikiem w mieście.
  Był najskuteczniejszym adwokatem w sprawach karnych w tej części stanu. Był energiczny, przebiegły i sprytny na sali sądowej, a inni prawnicy i sędzia bali się go i zazdrościli mu. Mówiono, że dorobił się pieniędzy, rozdając federalne wsparcie. "Zadaje się z czarnymi i tanimi białymi" - mówili jego wrogowie, ale Tom Riddle zdawał się tym nie przejmować. Śmiał się. Wraz z nadejściem prohibicji jego praktyka prawnicza ogromnie się rozwinęła. Był właścicielem najwspanialszego hotelu w Langdon, a także innych nieruchomości rozsianych po całym mieście.
  I ten mężczyzna zakochał się w Ethel. "Jesteś dla mnie idealna" - powiedział jej. Zaprosił ją na przejażdżkę swoim samochodem i tak zrobiła. To był kolejny sposób na zirytowanie ojca - być widzianą publicznie z tym mężczyzną. Nie chciała tego. To nie był jej cel. Wydawało się to nieuniknione.
  A była Blanche. Czy była po prostu zła? Może żywiła jakiś dziwny, wypaczony pociąg do Ethel?
  Choć sama zdawała się nie przejmować ubiorem, nieustannie dopytywała o strój Ethel. "Będziesz z mężczyzną. Załóż czerwoną sukienkę". W jej oczach pojawiło się dziwne spojrzenie... nienawiść... miłość. Gdyby sędzia Long nie wiedział, że Ethel spotyka się z Tomem Riddle"em i że widziano ją z nim publicznie, Blanche by mu o tym powiedziała.
  Tom Riddle nie próbował się z nią kochać. Był cierpliwy, bystry, zdecydowany. "Ale nie oczekuję, że się we mnie zakochasz" - powiedział pewnego wieczoru, gdy jechali czerwonymi drogami Georgii, mijając sosnowy las. Czerwona droga wiła się w górę i w dół po niskich wzgórzach. Tom Riddle zatrzymał samochód na skraju lasu. "Nie spodziewałaś się, że będę sentymentalny, ale czasami tak się dzieje" - powiedział ze śmiechem. Słońce zachodziło za lasem. Wspomniał o pięknie wieczoru. Był późny letni wieczór, jeden z tych, kiedy biblioteka była zamknięta. Cała ziemia w tej części Georgii była czerwona, a słońce zachodziło w czerwonej mgiełce. Było gorąco. Tom zatrzymał samochód i wysiadł, żeby rozprostować nogi. Miał na sobie biały garnitur, nieco poplamiony. Zapalił cygaro i splunął na ziemię. "Całkiem wspaniale, prawda?" Powiedział do Ethel, która siedziała w samochodzie, jaskrawożółtym sportowym roadsterze z opuszczonym dachem. Chodził tam i z powrotem, a potem podszedł i zatrzymał się obok samochodu.
  Od samego początku miał pewien sposób mówienia... bez słów, bez słów... mówiły o tym jego oczy... mówiły o tym jego maniery... "Rozumiemy się... musimy się rozumieć".
  To było kuszące. Zainteresowało Ethel. Zaczął mówić o Południu, o swojej miłości do niego. "Myślę, że wiesz o mnie" - powiedział. Mężczyzna podobno pochodził z dobrej rodziny z Georgii w sąsiednim hrabstwie. Jego ludzie wcześniej posiadali niewolników. Byli ludźmi o dużym znaczeniu. Zniszczyła ich wojna secesyjna. Zanim urodził się Tom, nie mieli nic.
  Udało mu się jakoś uciec przed handlem niewolnikami w tym kraju i zdobyć wystarczające wykształcenie, by zostać prawnikiem. Był teraz człowiekiem sukcesu. Był żonaty, ale jego żona zmarła.
  Mieli dwoje dzieci, obu synów, którzy zmarli. Jeden zmarł w niemowlęctwie, a drugi, podobnie jak brat Ethel, zginął podczas II wojny światowej.
  "Ożeniłem się, gdy byłem jeszcze chłopcem" - powiedział Ethel. Dziwnie było być z nim. Pomimo dość szorstkiego wyglądu i nieco surowego podejścia do życia, emanował szybką i ostrą intymnością.
  Miał do czynienia z wieloma ludźmi. W jego zachowaniu było coś, co mówiło... "Nie jestem dobry, nawet nie jestem uczciwy... Jestem człowiekiem takim jak ty.
  "Tworzę rzeczy. Praktycznie robię to, co chcę.
  "Nie przychodźcie do mnie z nadzieją, że spotkacie jakiegoś dżentelmena z Południa... takiego jak sędzia Long... takiego jak Clay Barton... takiego jak Tom Shaw". To był sposób, którego stale używał w sali sądowej, w obecności ławy przysięgłych. Ława przysięgłych składała się prawie zawsze z zwykłych ludzi. "No cóż, oto jesteśmy" - zdawał się mówić do mężczyzn, do których się zwracał. "Musimy dopełnić pewnych formalności prawnych, ale obaj jesteśmy ludźmi. Takie jest życie. Tak i tak się sprawy mają. Musimy być rozsądni w tej sprawie. My, zwykli dubberzy, musimy trzymać się razem". Uśmiech. "Myślę, że właśnie tak czują ludzie tacy jak ty i ja. Jesteśmy rozsądni. Musimy brać życie takim, jakie jest".
  Był żonaty, ale jego żona zmarła. Szczerze o tym powiedział Ethel. "Chcę, żebyś została moją żoną" - powiedział. "Na pewno mnie nie kochasz. Nie oczekuję tego. Jak mogłaś?" Opowiedział jej o swoim małżeństwie. "Szczerze mówiąc, to było małżeństwo pełne przemocy". Zaśmiał się. "Byłem chłopcem i wyjechałem do Atlanty, gdzie próbowałem skończyć szkołę. Poznałem ją.
  "Chyba byłem w niej zakochany. Pragnąłem jej. Nadarzyła się okazja i ją przyjąłem.
  Wiedział o uczuciach Ethel do młodego mężczyzny, Reda Olivera. Był jednym z tych ludzi, którzy wiedzieli wszystko, co działo się w mieście.
  Sam rzucał wyzwanie miastu. Zawsze to robił. "Dopóki moja żona żyła, zachowywałem się przyzwoicie" - powiedział Ethel. W jakiś sposób, bez jej pytań, bez jej zachęty, zaczął opowiadać jej o swoim życiu, o nic jej nie pytając. Kiedy byli razem, on mówił, a ona siadała obok niego i słuchała. Miał szerokie ramiona, lekko zgarbione. Chociaż była wysoką kobietą, on był od niej prawie o głowę wyższy.
  "Więc ożeniłem się z tą kobietą. Pomyślałem, że powinienem się z nią ożenić. Była w kręgu rodzinnym. Powiedział to tak, jak się to mówi... "Była blondynką albo brunetką". Przyjął to za pewnik, że nie będzie zszokowana. Podobało jej się to. "Chciałem się z nią ożenić. Pragnąłem kobiety, potrzebowałem jej. Może byłem zakochany. Nie wiem". Mężczyzna, Tom Riddle, zwrócił się w ten sposób do Ethel. Stanął przy samochodzie i splunął na ziemię. Zapalił cygaro.
  Nie próbował jej dotknąć. Sprawił, że poczuła się komfortowo. Sprawił, że zapragnęła rozmawiać.
  "Mogłabym mu powiedzieć wszystko, wszystkie okropne rzeczy na swój temat" - myślała czasami.
  Była córką mężczyzny, w którego domu miałem pokój. Był robotnikiem. Palił w kotłach w jakiejś fabryce. Pomagała matce sprzątać pokoje w pensjonacie.
  Zacząłem jej pragnąć. Było coś w jej oczach. Myślała, że mnie pragnie. Więcej śmiechu. Czy śmiał się z siebie, czy z kobiety, którą poślubił?
  "Nadeszła moja szansa. Pewnej nocy byliśmy sami w domu i zabrałem ją do swojego pokoju".
  Tom Riddle się roześmiał. Powiedział Ethel, jakby byli sobie bliscy od dawna. To było dziwne, zabawne... przyjemne. W końcu w Langdon w Georgii była córką swojego ojca. Ojciec Ethel nigdy w życiu nie odważyłby się tak szczerze porozmawiać z kobietą. Nigdy, nawet po latach wspólnego życia, nie odważyłby się tak szczerze porozmawiać z matką Ethel ani z Blanche, swoją nową żoną. Dla jego wyobrażenia o kobiecości z Południa - w końcu była Południowcem z tak zwanej dobrej rodziny - byłoby to sporym szokiem. Ethel nie była. Tom Riddle wiedział, że nie będzie. Ile o niej wiedział?
  Nie chodziło o to, że go pragnęła... tak, jak kobieta powinna pragnąć mężczyzny... o marzenie... poezję istnienia. Aby poruszyć, podniecić, obudzić Ethel, to młody mężczyzna, Red Oliver, mógł ją poruszyć. Była nim podniecona.
  Chociaż Tom Riddle woził ją samochodem dziesiątki razy tego lata, ani razu nie zaproponował jej seksu. Nie próbował trzymać jej za rękę ani całować. "Przecież jesteś dorosłą kobietą. Jesteś nie tylko kobietą, jesteś osobą" - zdawał się mówić. Było jasne, że nie odczuwała do niego fizycznego pożądania. Wiedział o tym. "Jeszcze nie". Mógł być cierpliwy. "Wszystko w porządku. Może się uda. Zobaczymy". Opowiedział jej o życiu ze swoją pierwszą żoną. "Nie miała talentu" - powiedział. "Nie miała talentu, stylu i nic nie mogła zrobić z moim domem. Tak, była dobrą kobietą. Nic nie mogła zrobić ze mną ani z dziećmi, które z nią miałem.
  Zacząłem się wygłupiać. Robię to od dawna. Chyba wiesz, że mam tego dość.
  Po mieście krążyły najróżniejsze historie. Odkąd Tom Riddle przybył do Langdon jako młody człowiek i otworzył tam kancelarię prawniczą, zawsze był kojarzony z twardszymi stronami miasta. Był z nimi w samym środku wydarzeń. Byli jego przyjaciółmi. Od samego początku jego życia w Langdon jego kumplami byli hazardziści, pijani młodzi mieszkańcy Południa i politycy.
  Kiedyś, gdy w mieście istniały saloony, zawsze w nich bywał. Szanowani mieszkańcy miasta mówili, że prowadził kancelarię prawną w saloonie. W pewnym momencie był w związku z kobietą, żoną konduktora kolejowego. Jej mąż był poza miastem, a ona otwarcie jeździła samochodem Toma Riddle'a. Romans był prowadzony z zadziwiającą śmiałością. Podczas gdy mąż był w mieście, Tom Riddle i tak poszedł do jego domu. Pojechał tam i wszedł do środka. Kobieta miała dziecko, a mieszkańcy miasta mówili, że to dziecko Toma Riddle'a. "Tak jest" - mówili.
  "Tom Riddle przekupił jej męża".
  Trwało to długo, aż nagle konduktora przeniesiono do innej jednostki, a on, jego żona i dziecko opuścili miasto.
  Tom Riddle był właśnie takim człowiekiem. Pewnej gorącej letniej nocy Ethel leżała w łóżku, myśląc o nim i o tym, co jej powiedział. Oświadczył się. "Jak się dobrze zastanowisz, OK."
  Uśmiech. Był wysoki i zgarbiony. Miał dziwny nawyk potrząsania ramionami co jakiś czas, jakby chciał zrzucić z siebie ciężar.
  "Nie zakochasz się" - powiedział. "Nie jestem typem człowieka, który potrafi sprawić, że kobieta zakochuje się romantycznie.
  "Co, z moją dziobatą twarzą, z moją łysiną?" "Może znudzisz się życiem w tym domu". Miał na myśli dom jej ojca. "Może znudzisz się kobietą, którą poślubił twój ojciec".
  Tom Riddle był całkiem szczery, jeśli chodzi o powody, dla których ją pragnął. "Masz styl. Upiększyłabyś życie mężczyzny. Przydałoby się zarabiać dla ciebie pieniądze. Lubię zarabiać pieniądze. Lubię tę grę. Jeśli zdecydujesz się zamieszkać ze mną, to później, kiedy zamieszkamy razem... Coś mi mówi, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Chciał powiedzieć coś o namiętności Ethel do młodego mężczyzny, Reda Olivera, ale był zbyt spostrzegawczy, by to zrobić. "On jest dla ciebie za młody, moja droga. Jest zbyt niedojrzały. Teraz coś do niego czujesz, ale to minie".
  "Jeśli chcesz z tym poeksperymentować, to zrób to". Czy on mógł tak pomyśleć?
  Nie powiedział tego. Pewnego dnia przyjechał odebrać Ethel podczas meczu baseballowego pomiędzy drużyną Langdon Mill, tą samą, w której grał Red Oliver, a drużyną z sąsiedniego miasta. Drużyna Langdon wygrała, a gra Reda w dużej mierze przyczyniła się do ich zwycięstwa. Mecz odbył się w długi letni wieczór, a Tom Riddle zabrał Ethel swoim samochodem. Nie chodziło tylko o jego zainteresowanie baseballem. Była tego pewna. Zaczęła lubić przebywać z nim, choć nie czuła natychmiastowego fizycznego pożądania w jego obecności, tak jak w obecności Reda Olivera.
  Tego samego wieczoru, przed meczem, Red Oliver siedział przy biurku w bibliotece i przeczesywał dłonią gęste włosy. Ethel poczuła nagły przypływ pożądania. Chciała przeczesać jego włosy dłonią, przytulić go mocno. Zrobiła krok w jego stronę. Tak łatwo byłoby go porwać. Był młody i spragniony jej. Wiedziała o tym.
  Tom Riddle nie zawiózł Ethel na miejsce gry, ale zaparkował samochód na pobliskim wzgórzu. Usiadła obok niego, zamyślona. Wydawał się kompletnie pochłonięty podziwem dla gry młodego mężczyzny. Czy to był blef?
  To był dzień, w którym Red Oliver zagrał rewelacyjnie. Piłki leciały w jego kierunku po twardym, glinianym polu wewnętrznym, a on odbijał je znakomicie. Pewnego dnia poprowadził swoją drużynę do odbicia, wyrzucając trzech strikeoutów w kluczowym momencie, a Tom Riddle wiercił się w foteliku samochodowym. "To najlepszy zawodnik, jakiego kiedykolwiek mieliśmy w tym mieście" - powiedział Tom. Czy naprawdę mógł być taki, pragnąc Ethel dla siebie, znając jej uczucia do Reda, i czy naprawdę mógł być wtedy zauroczony grą Reda?
  *
  Czy chciał, żeby Ethel poeksperymentowała? Tak. Pewnej gorącej letniej nocy, leżąc zupełnie naga na łóżku w swoim pokoju, nie mogąc zasnąć, zdenerwowana i pobudzona, przy otwartych oknach, słyszała hałasy południowej nocy na zewnątrz, jednostajne, ciężkie chrapanie ojca w sąsiednim pokoju, sfrustrowana i zła na siebie, tego samego wieczoru doprowadziła sprawę do końca.
  Była zła, zdenerwowana, zirytowana. "Dlaczego to zrobiłam?". To było całkiem proste. Ulicą szedł z nią młody mężczyzna, właściwie chłopiec w jej oczach. To był jeden z tych wieczorów, kiedy biblioteka była oficjalnie zamknięta, ale wróciła tam. Myślała o Tomie Riddle'u i ofercie, którą jej złożył. Czy kobieta mogłaby to zrobić, zamieszkać z mężczyzną, przespać się z nim, zostać jego żoną... w ramach jakiejś umowy? Wydawało się, że on myśli, że wszystko będzie dobrze.
  "Nie będę cię nagabywać.
  "Ostatecznie uroda mężczyzny jest mniejsza od kobiecej figury.
  "To kwestia życia, codziennego życia.
  "Istnieje rodzaj przyjaźni, który jest czymś więcej niż tylko przyjaźnią. To rodzaj partnerstwa.
  "To staje się czymś innym".
  Tom Riddle przemawiał. Wyglądał, jakby zwracał się do ławy przysięgłych. Jego usta były grube, a twarz pokryta bliznami po ospie. Czasami nachylał się ku niej, mówiąc poważnie. "Człowiek męczy się, pracując samotnie" - powiedział. Miał pomysł. Był żonaty. Ethel nie pamiętała jego pierwszej żony. Dom Riddle"a znajdował się w innej części miasta. Był to piękny dom przy biednej ulicy. Miał duży trawnik. Tom Riddle zbudował swój dom wśród domów ludzi, z którymi się przyjaźnił. Oczywiście nie byli to pierwsi krewni Langdona.
  Za życia jego żony rzadko wychodziła z domu. Musiała być jedną z tych potulnych, myszowatych istot, które poświęcają się prowadzeniu domu. Kiedy Tom Riddle odniósł sukces, zbudował swój dom na tej ulicy. Kiedyś była to bardzo szanowana dzielnica. Stał tu stary dom należący do jednej z tak zwanych rodzin arystokratycznych z dawnych czasów, sprzed wojny secesyjnej. Miał duży ogród prowadzący do małego strumienia, który wpadał do rzeki poniżej miasta. Cały ogród był zarośnięty gęstymi krzakami, które wyciął. Zawsze miał ludzi do pracy. Często podejmował się spraw biednych białych lub czarnych, którzy popadli w konflikt z prawem, a jeśli nie mogli mu zapłacić, pozwalał im uregulować honorarium na miejscu.
  Tom powiedział o swojej pierwszej żonie: "Cóż, ożeniłem się z nią. Prawie musiałem. W końcu, pomimo całego życia, jakie wiódł, Tom nadal był z gruntu arystokratą. Był pogardliwy. Nie dbał o szacunek innych i nie chodził do kościoła. Śmiał się z osób uczęszczających do kościoła, takich jak ojciec Ethel, a kiedy Ku Klux Klan był silny w Langdon, on się z niego śmiał.
  Rozwinął w sobie poczucie czegoś bardziej północnego niż południowego. Właśnie dlatego był republikaninem. "Jakaś klasa zawsze będzie rządzić" - powiedział kiedyś Ethel, omawiając swój republikanizm. "Oczywiście" - odparł z cynicznym śmiechem - "zarabiam na tym pieniądze".
  Podobnie, w Ameryce dziś rządzi pieniądz. Bogacze na Północy, w Nowym Jorku, wybrali Partię Republikańską. Liczą na to. Kontaktuję się z nimi.
  "Życie jest grą" - powiedział.
  "Są biedni biali ludzie. Dla jednego człowieka to Demokraci". Zaśmiał się. "Pamiętasz, co się stało kilka lat temu?" - Ethel pamiętała. Opowiedział jej o wyjątkowo brutalnym linczu. Doszło do niego w małym miasteczku niedaleko Langdon. Wielu mieszkańców Langdon przyjechało tam, żeby wziąć w nim udział. Doszło do niego w nocy, a ludzie odjechali samochodami. Czarnoskóry mężczyzna, oskarżony o gwałt na biednej białej dziewczynie, córce drobnego rolnika, był wieziony przez szeryfa do siedziby hrabstwa. Szeryf miał ze sobą dwóch zastępców, a drogą jechał w jego kierunku sznur samochodów. W samochodach siedzieli młodzi mężczyźni z Langdon, rzemieślnicy i szanowani ludzie. Były też fordy pełne biednych białych robotników z przędzalni bawełny w Langdon. Tom powiedział, że to jakiś cyrk, publiczna rozrywka. "Dobrze, co?"
  Nie wszyscy mężczyźni, którzy uczestniczyli w linczu, faktycznie w nim uczestniczyli. Zdarzyło się to, gdy Ethel studiowała w Chicago. Później okazało się, że dziewczyna, która twierdziła, że została zgwałcona, była niepoczytalna. Była niezrównoważona psychicznie. Wielu mężczyzn, zarówno białych, jak i czarnych, było już z nią w związku.
  Czarnoskórego mężczyznę odebrano szeryfowi i jego zastępcom, powieszono na drzewie i podziurawiono kulami. Następnie spalono jego ciało. "Wygląda na to, że nie mogli tego zostawić w spokoju" - powiedział Tom. Zaśmiał się cynicznie. Wielu najlepszych ludzi odeszło.
  Stali z tyłu, obserwując i zobaczyli Murzyna... był olbrzymim czarnoskórym mężczyzną... "Mógł ważyć dwieście pięćdziesiąt funtów" - powiedział Tom ze śmiechem. Mówił, jakby Murzyn był świnią, zarzynaną przez tłum w ramach jakiegoś świątecznego widowiska... szanowani ludzie przyszli to zobaczyć, stojąc na skraju tłumu. Życie w Langdon było, jakie było.
  "Patrzą na mnie z góry. Niech tak robią".
  Mógł zeznawać w sądzie jako świadkowie, poddając ich torturom psychicznym. To była gra. Lubił ją. Mógł przekręcać ich słowa, zmuszać do mówienia rzeczy, których nie mieli na myśli.
  Prawo było grą. Całe życie było grą.
  Kupił dom. Zarobił pieniądze. Lubił jeździć do Nowego Jorku kilka razy w roku.
  Potrzebował kobiety, żeby wzbogacić swoje życie. Pragnął Ethel tak, jak pragnął dobrego konia.
  "Dlaczego nie? Takie jest życie."
  Czy to była oferta jakiegoś cudzołóstwa, jakiegoś cudzołóstwa na wysokim poziomie? Ethel była zdziwiona.
  Stawiała opór. Tej nocy opuściła dom, bo nie znosiła ani ojca, ani Blanche. Blanche też miała pewien talent. Zapisywała wszystko o Ethel: w co się ubierała, jaki miała nastrój. Teraz jej ojciec bał się córki i bał się, co mogłaby zrobić. Wyjął to po cichu, siedząc przy stole w Długim Domu, bez słowa. Wiedział, że planuje pojechać z Tomem Riddle'em i przechadzać się po ulicach z młodym Redem.
  Red Oliver został robotnikiem fabrycznym, a Tom Riddle podejrzanym prawnikiem.
  Zagrażała jego pozycji w mieście i jego godności.
  A oto Blanche, zaskoczona i bardzo zadowolona, bo jej mąż był niezadowolony. Do tego samego doszło też z Blanche. Żyła z cudzych rozczarowań.
  Ethel wyszła z domu z obrzydzeniem. Był gorący, pochmurny wieczór. Tego wieczoru jej ciało było zmęczone i musiała się starać, by iść z właściwą sobie godnością, by nie wlec nogami. Przeszła przez Main Street do biblioteki, tuż przy Main Street. Po wieczornym niebie snuły się czarne chmury.
  Ludzie zebrali się na Main Street. Tego wieczoru Ethel zobaczyła Toma Shawa, drobnego mężczyznę, prezesa przędzalni bawełny, w której pracował Red Oliver. Jechał szybko Main Street. Pociąg jechał na północ. Prawdopodobnie jechał do Nowego Jorku. Duży samochód prowadził czarnoskóry mężczyzna. Ethel przypomniały się słowa Toma Riddle'a. "Oto Książę" - powiedział Tom. "Witaj, oto Książę Langdon". Na nowym Południu Tom Shaw był tym, który został księciem, przywódcą.
  Kobieta, młoda kobieta, szła ulicą Main Street. Kiedyś była przyjaciółką Ethel. Chodziły razem do liceum. Wyszła za mąż za młodego kupca. Teraz spieszyła do domu, pchając dziecięcy wózek. Była okrągła i pulchna.
  On i Ethel byli przyjaciółmi. Teraz byli znajomymi. Uśmiechali się i kłaniali się sobie chłodno.
  Ethel pospieszyła ulicą. Na Main Street, niedaleko sądu, dołączył do niej Red Oliver.
  - Czy mogę iść z tobą?
  "Tak."
  - Idziesz do biblioteki?
  "Tak."
  Cisza. Myśli. Młody mężczyzna czuł gorąco jak w nocy. "On jest za młody, za młody. Nie chcę go.
  Zobaczyła Toma Riddle'a stojącego z innymi mężczyznami przed sklepem.
  Widział ją z chłopcem. Chłopiec widział go stojącego tam. Myśli w nich. Red Oliver był zdezorientowany jej milczeniem. Był zraniony, bał się. Pragnął kobiety. Wydawało mu się, że jej pragnie.
  Myśli Ethel. Pewnej nocy w Chicago. Mężczyzna... pewnego dnia w jej chicagowskiej szopie... zwykły mężczyzna... wielki, silny facet... pokłócił się z żoną... mieszkał tam. "Czy jestem zwyczajny? Czy jestem tylko śmieciem?"
  To była taka gorąca, deszczowa noc. Miał pokój na tym samym piętrze budynku przy Lower Michigan Avenue. Śledził Ethel. Red Oliver teraz ją śledził.
  Złapał ją. Stało się to nagle, niespodziewanie.
  I Tom Riddle.
  Tej nocy w Chicago była sama na tym piętrze budynku, a on... ten drugi mężczyzna... po prostu mężczyzna, mężczyzna, nic więcej... i był tam.
  Ethel nigdy tego nie rozumiała. Była zmęczona. Tego wieczoru jadła kolację w hałaśliwej, gorącej jadalni, wśród, jak jej się zdawało, hałaśliwych, brzydkich ludzi. Czy oni byli brzydcy, czy ona sama? Przez chwilę czuła wstręt do siebie, do swojego życia w mieście.
  Weszła do swojego pokoju i nie zamknęła drzwi. Ten mężczyzna widział, jak wchodziła. Siedział w swoim pokoju z otwartymi drzwiami. Był duży i silny.
  Poszła do swojego pokoju i rzuciła się na łóżko. Zdarzały się takie chwile. Nie obchodziło jej, co się stanie. Chciała, żeby coś się wydarzyło. Wszedł śmiało. Rozpoczęła się krótka walka, zupełnie inna niż ta z dyrektorem reklamy Fredem Wellsem.
  Poddała się... pozwoliła, żeby to się stało. Potem chciał coś dla niej zrobić: zabrać ją do teatru, zjeść kolację. Nie mogła znieść jego widoku. Skończyło się tak nagle, jak się zaczęło. "Byłam taka głupia, myśląc, że w ten sposób mogę cokolwiek osiągnąć, jakbym była tylko zwierzęciem i niczym więcej, jakbym właśnie tego pragnęła".
  Ethel weszła do biblioteki i, otwierając drzwi, weszła. Zostawiła Reda Olivera przy drzwiach. "Dobranoc. Dziękuję" - powiedziała. Otworzyła dwa okna, mając nadzieję na trochę powietrza, i zapaliła lampkę stołową nad biurkiem. Usiadła nad biurkiem, pochylona, z głową w dłoniach.
  Trwało to długo, myśli pędziły jej przez głowę. Zapadła noc, gorąca, ciemna noc. Była zdenerwowana, jak tamtej nocy w Chicago, tej samej gorącej, męczącej nocy, kiedy porwała mężczyznę, którego nie znała... Cud, że nie wpadła w kłopoty... urodziła dziecko... czy byłam po prostu dziwką?... ile kobiet było takich jak ona, rozdartych przez życie, tak jak ona... czy kobieta potrzebowała mężczyzny, jakiejś ostoi? Był Tom Riddle.
  Myślała o życiu w domu ojca. Teraz ojciec był zły i czuł się nieswojo z jej powodu. Była Blanche. Blanche czuła autentyczną wrogość do męża. Nie było między nimi żadnej otwartości. Blanche i jej ojciec oboje odeszli i oboje spudłowali. "Jeśli zaryzykuję z Tomem" - pomyślała Ethel.
  Blanche przyjęła wobec siebie pewien rodzaj postawy. Chciała dawać Ethel pieniądze na ubrania. Dała temu wyraz, znając zamiłowanie Ethel do ubrań. Być może po prostu zaniedbywała ubrania, często nawet nie zawracając sobie głowy sprzątaniem, by ukarać męża. Wyciągała od niego pieniądze i dawała je Ethel. Chciała.
  Chciała dotknąć Ethel dłońmi, dłońmi z brudnymi paznokciami. Podeszła do niej. "Wyglądasz pięknie, kochanie, w tej sukience". Uśmiechnęła się zabawnym, kocim uśmiechem. Sprawiała, że w domu panował niezdrowy nastrój. To był niezdrowy dom.
  "Co miałbym zrobić z domem Toma?"
  Ethel była zmęczona myśleniem. "Myślisz i myślisz, a potem coś robisz. Bardzo prawdopodobne, że robisz z siebie idiotkę". Na zewnątrz biblioteki robiło się ciemno. Od czasu do czasu błyskały błyskawice, oświetlając pokój, w którym siedziała Ethel. Światło małej lampki stołowej padało na jej głowę, barwiąc jej włosy na czerwono i nadając im blasku. Od czasu do czasu grzmiało.
  *
  Młody Red Oliver obserwował i czekał. Niespokojnie krążył. Chciał pójść za Ethel do biblioteki. Pewnego wczesnego wieczoru cicho otworzył drzwi wejściowe i zajrzał do środka. Zobaczył Ethel Long siedzącą tam, z głową opartą na dłoni, przy biurku.
  Wystraszył się, odszedł, ale wrócił.
  Myślał o niej dniami i nocami. W końcu był chłopcem, dobrym chłopcem. Był silny i czysty. "Gdybym tylko widział go, kiedy byłem młody, gdybyśmy tylko byli w tym samym wieku" - myślała czasem Ethel.
  Czasem w nocy, kiedy nie mogła spać. Nie spała dobrze, odkąd wróciła do Długiego Domu. W takim domu było coś. Coś unosi się w powietrzu. Jest w ścianach, w tapetach, w meblach, w dywanach na podłodze. Jest w pościeli, na której się leży.
  Boli. Sprawia, że wszystko wydaje się gigantyczne.
  To jest nienawiść, żywa, obserwująca, niecierpliwa. To żywa istota. Jest żywa.
  "Miłość" - pomyślała Ethel. Czy kiedykolwiek ją znajdzie?
  Czasami, gdy nocą była sama w swoim pokoju, gdy nie mogła zasnąć... wtedy myślała o młodym Red Oliverze. "Czy pragnę go takiego, tylko po to, żeby go mieć, może dla siebie, tak jak pragnęłam tego mężczyzny w Chicago?" Była tam, w swoim pokoju, leżała bezsennie i niespokojnie się wierciła.
  Zobaczyła młodego Reda Olivera siedzącego przy stole w bibliotece. Czasami jego oczy patrzyły na nią z pożądaniem. Była kobietą. Widziała, co się w nim dzieje, nie pozwalając mu zobaczyć, co się dzieje w niej. Próbował czytać książkę.
  Studiował na Północy i miał pomysły. Widać to było po książkach, które przeczytał. Został parobkiem w młynie w Langdon; być może próbował nawiązać kontakt z innymi pracownikami.
  Może nawet zechce walczyć o ich sprawę, o robotników. Byli tacy młodzi ludzie. Marzą o nowym świecie, tak jak sama Ethel w pewnych momentach swojego życia.
  Tom Riddle nigdy o czymś takim nie marzył. Wyśmiałby tę ideę. "To czysty romantyzm" - powiedziałby. "Ludzie nie rodzą się równi. Niektórzy są przeznaczeni do bycia niewolnikami, inni do bycia panami. Jeśli nie są niewolnikami w jednym sensie, będą nimi w innym".
  "Są niewolnicy seksu, tego, co uważają za myśl, jedzenia i picia.
  "Kogo to obchodzi?"
  Red Oliver by tak nie postępował. Był młody i niecierpliwy. To ludzie podsuwali mu pomysły.
  Ale nie był tylko intelektem i idealizmem. Pragnął kobiety, takiej jak Tom Riddle, takiej jak Ethel; myślał, że ją ma. Więc wyryła się w jego umyśle. Wiedziała o tym. Widziała to po jego oczach, po sposobie, w jaki na nią patrzył, po jego zagubieniu.
  Był niewinny, szczęśliwy i nieśmiały. Podchodził do niej niepewnie, zdezorientowany, pragnąc jej dotknąć, przytulić, pocałować. Blanche przychodziła do niej czasami.
  Przybycie Reda, jego emocje skierowane ku niej, sprawiły, że Ethel poczuła się całkiem przyjemnie, lekko podniecona, a często bardzo. W nocy, gdy była niespokojna i nie mogła zasnąć, wyobrażała go sobie takiego, jakim go widziała grającego w piłkę.
  Biegł jak szalony. Przyjął piłkę. Jego ciało odzyskało równowagę. Był jak zwierzę, jak kot.
  Albo stał przy pałce. Stał w gotowości. Było w nim coś precyzyjnie dostrojonego, precyzyjnie wykalkulowanego. "Chcę tego. Czy jestem po prostu chciwą, brzydką, chciwą kobietą?" Piłka pomknęła w jego kierunku. Tom Riddle wyjaśnił Ethel, jak piłka zakrzywiała się, zbliżając się do pałkarza.
  Ethel usiadła na łóżku. Coś ją bolało. "Czy to mu zaszkodzi? Ciekawe". Sięgnęła po książkę i spróbowała czytać. "Nie, nie pozwolę, żeby tak się stało".
  Ethel słyszała, że starsze kobiety mają chłopców. To dziwne, wielu mężczyzn wierzyło, że kobiety są z natury dobre. Niektóre z nich, przynajmniej, urodziły się ze ślepymi pragnieniami.
  Mężczyźni z Południa, mężczyźni z Południa zawsze są romantyczni w stosunku do kobiet... nigdy nie dają im szansy... nie panują nad sobą. Tom Riddle zdecydowanie był ulgą.
  Tej nocy w bibliotece wydarzyło się to nagle i szybko, jak wtedy z tym dziwnym mężczyzną w Chicago. To nie było tak. Być może Red Oliver stał przy drzwiach biblioteki od jakiegoś czasu.
  Biblioteka mieściła się w starym domu tuż przy Main Street. Należał do jakiejś starej rodziny właścicieli niewolników sprzed wojny secesyjnej, a może do bogatego kupca. Prowadziły do niego małe schody.
  Deszcz zaczął padać i groził przez cały wieczór. Padał ulewny, letni deszcz, któremu towarzyszył silny wiatr. Walał w ściany budynku biblioteki. Słychać było głośne grzmoty i ostre błyskawice.
  Być może tego wieczoru Ethel nawiedziła burza. Młody Oliver czekał na nią tuż przed drzwiami biblioteki. Przechodzący tamtędy ludzie na pewno go tam widzieli. Pomyślał... "Pójdę z nią do domu".
  Marzenia młodego człowieka. Red Oliver był młodym idealistą; miał w sobie zadatki na idealistę.
  Mężczyźni tacy jak jej ojciec zaczynali w ten sposób.
  Niejednokrotnie, gdy tamtego wieczoru siedziała przy stole, opierając głowę na dłoniach, młody mężczyzna cicho otwierał drzwi, żeby zajrzeć do środka.
  Wszedł do środka. Deszcz go zapędził. Nie odważył się jej spłoszyć.
  Wtedy Ethel pomyślała, że tego wieczoru nagle znów stała się tą młodą dziewczyną - pół dziewczynką, pół chłopczycą - która kiedyś poszła na pole odwiedzić twardziela. Kiedy drzwi się otworzyły i wpuściły młodego Red Olivera do dużej głównej sali biblioteki, pokoju zbudowanego z wyburzonych ścian, wraz z nim nadszedł silny podmuch deszczu. Deszcz już wlewał się do pokoju przez dwa okna, które Ethel otworzyła. Spojrzała w górę i zobaczyła go stojącego tam, w słabym świetle. Początkowo nie widziała wyraźnie, ale potem błysnęła błyskawica.
  Wstała i podeszła do niego. "Więc" - pomyślała. "Powinienem? Tak, zgadzam się".
  Znów żyła tak, jak żyła tamtej nocy, kiedy jej ojciec wyszedł w pole i zaczął ją podejrzewać, kiedy ją dopadł. "Jego tu teraz nie ma" - pomyślała. Pomyślała o Tomie Riddle"u. "Nie ma go tu. Chce mnie podbić, zrobić ze mnie kogoś, kim nie jestem". Teraz znowu się buntowała, robiąc rzeczy nie z własnej woli, ale po to, by się czemuś przeciwstawić.
  Jej ojciec... i może także Tom Riddle.
  Podeszła do Reda Olivera, który stał przy drzwiach, wyglądając na nieco przestraszonego. "Coś się stało?" zapytał. "Mam zamknąć okna?" Nie odpowiedziała. "Nie" powiedziała. "Czy mam to zrobić?" zapytała samą siebie.
  "To będzie jak z tym facetem, który wszedł do mojego pokoju w Chicago. Nie, to się nie wydarzy. To ja to zrobię.
  "Chcę."
  Zbliżyła się do młodego mężczyzny. Dziwna słabość ogarnęła jej ciało. Zwalczyła ją. Położyła dłonie na ramionach Reda Olivera i pozwoliła sobie na lekki upadek do przodu. "Proszę" - powiedziała.
  Ona była przeciwko niemu.
  "Co?"
  "Wiesz" - powiedziała. To była prawda. Czuła, jak w nim bulgocze życie. "Tutaj? Teraz?" Drżał.
  "Tak." Te słowa nie zostały wypowiedziane.
  "Tu? Teraz?" W końcu zrozumiał. Ledwo mógł mówić, nie mógł w to uwierzyć. Pomyślał: "Mam szczęście. Jakie szczęście!". Jego głos był ochrypły. "Nie ma takiego miejsca. To nie może być tutaj.
  "Tak." Ponownie, nie potrzeba słów.
  "Mam zamknąć okna, zgasić światło? Ktoś może zobaczyć". Deszcz bębnił o ściany budynku. Budynek się trząsł. "Szybko" - powiedziała. "Nie obchodzi mnie, kto nas zobaczy" - dodała.
  I tak się stało, a potem Ethel odesłała młodego Red Olivera. "Idź już" - powiedziała. Była nawet delikatna, chciała być dla niego jak matka. "To nie była jego wina". Prawie chciała się rozpłakać. "Muszę go odesłać, bo inaczej...". W jego oczach malowała się dziecinna wdzięczność. Raz odwróciła wzrok... kiedy to się działo... coś było w jego twarzy... w jego oczach... "Gdybym tylko na to zasłużył"... wszystko to wydarzyło się na stole w bibliotece, stole, przy którym zwykł siadać, czytając książki. Był tam poprzedniego popołudnia, czytając Karola Marksa. Zamówiła książkę specjalnie dla niego. "Zapłacę z własnej kieszeni, jeśli rada biblioteczna będzie protestować" - pomyślała. Raz odwróciła wzrok i zobaczyła mężczyznę idącego ulicą z głową wysuniętą do przodu. Nie podniósł wzroku. "Dziwne by było" - pomyślała - "gdyby to był Tom Riddle...".
  - Albo ojciec.
  "Dużo we mnie Blanche" - pomyślała. "Śmiało mogę powiedzieć, że mogłabym nienawidzić".
  Zastanawiała się, czy kiedykolwiek będzie w stanie naprawdę kochać. "Nie wiem" - powiedziała sobie, prowadząc Reda do drzwi. Natychmiast miała go dość. Powiedział coś o miłości, protestując niezręcznie, natarczywie, jakby był niepewny, jakby został odrzucony. Czuł się dziwnie zawstydzony. Milczała, zdezorientowana.
  Już było jej go żal za to, co zrobiła. "No cóż, zrobiłam to. Chciałam. Zrobiłam to". Nie powiedziała tego na głos. Pocałowała Reda zimnym, zakazanym pocałunkiem. Przez myśl przemknęła jej historia, historia, którą ktoś jej kiedyś opowiedział.
  Historia opowiadała o prostytutce, która zauważyła na ulicy mężczyznę, z którym była poprzedniej nocy. Mężczyzna skłonił się i zaczął mówić do niej uprzejmie, ale ona wpadła w złość i oburzenie, mówiąc do swojego towarzysza: "Widziałeś to? Wyobraź sobie, że rozmawia ze mną tutaj. Skoro byłam z nim wczoraj wieczorem, jakie ma prawo rozmawiać ze mną w ciągu dnia i na ulicy?".
  Ethel uśmiechnęła się, przypominając sobie tę historię. "Może sama jestem prostytutką" - pomyślała. "Ja". Może wszystkie kobiety, gdzieś głęboko w sobie, niczym marmurkowatość delikatnego ciała, noszą w sobie napięcie... (pragnienie całkowitego zapomnienia o sobie?).
  "Chcę być sama" - powiedziała. "Chcę dziś wieczorem wrócić sama do domu". Niezręcznie wyszedł za drzwi. Był zdezorientowany... w jakiś sposób jego męskość została zaatakowana. Wiedziała o tym.
  Teraz czuł się zdezorientowany, zagubiony, bezsilny. Jak kobieta, po tym, co się stało... tak nagle... po tylu przemyśleniach, nadziejach i marzeniach z jego strony... myślał nawet o małżeństwie, o oświadczynach... gdyby tylko zdobył się na odwagę... to, co się stało, było jej winą... cała odwaga należała do niej... jak mogła pozwolić mu odejść w ten sposób?
  Letnia burza, która wisiała w powietrzu przez cały dzień i była tak gwałtowna, szybko minęła. Ethel była tym zdumiona, ale nawet wtedy wiedziała, że wyjdzie za mąż za Toma Riddle'a.
  Gdyby jej chciał.
  *
  Ethel nie była tego pewna w tamtej chwili, w chwili, gdy Red ją zostawił, po tym, jak wyciągnęła go za drzwi i została sama. Zareagowała gwałtownie, na wpół wstydem, na wpół wyrzutami sumienia... mały strumień myśli, których nie chciała... nadchodziły pojedynczo, potem w małych grupach... myśli potrafią być pięknymi, małymi, uskrzydlonymi stworzeniami... potrafią być ostre, kłujące.
  Myśli... jakby chłopiec biegł ciemną nocą ulicą w Langdon w stanie Georgia, niosąc garść małych kamyków. Zatrzymał się na ciemnej ulicy w pobliżu biblioteki. Małe kamyki poleciały. Uderzyły w okno z głośnym hukiem.
  Oto moje przemyślenia.
  Wzięła ze sobą lekki płaszcz i poszła go włożyć. Była wysoka. Była szczupła. Zaczęła robić małą sztuczkę, którą robił Tom Riddle. Wyprostowała ramiona. Piękno ma dziwny trik z kobietami. To cecha. Gra w półcieniu. Nagle je dopada, czasami, gdy myślą, że są bardzo brzydkie. Zgasiła światło nad biurkiem i podeszła do drzwi. "Tak to się dzieje", pomyślała. To pragnienie żyło w niej od tygodni. Młody mężczyzna, Red Oliver, był miły. Był na wpół przestraszony i niecierpliwy. Całował ją łapczywie, z na wpół przestraszonym głodem, jej usta, jej szyję. To było miłe. To nie było miłe. Przekonała go. On nie był przekonany. "Jestem mężczyzną i mam kobietę. Nie jestem mężczyzną. Nie zdobyłem jej.
  Nie, to nie było dobre. Nie było w niej prawdziwego poddania się. Od początku wiedziała... "Od początku wiedziałam, co się stanie, jeśli na to pozwolę" - powtarzała sobie. Wszystko było w jej rękach.
  "Zrobiłem mu coś złego."
  Ludzie robili to sobie nawzajem bez przerwy. Nie chodziło tylko o to... dwa ciała przyciskały się do siebie, próbując to zrobić.
  Ludzie ranią się nawzajem. Jej ojciec zrobił to samo swojej drugiej żonie, Blanche, a teraz Blanche z kolei próbowała zrobić to samo jej ojcu. Jakież to obrzydliwe... Ethel złagodniała... Była w niej jakaś łagodność, żal. Chciało jej się płakać.
  "Chciałabym być małą dziewczynką". Małe wspomnienia. Znów stała się małą dziewczynką. Widziała siebie jako małą dziewczynkę.
  Jej matka żyła. Była z matką. Szły ulicą. Jej matka trzymała za rękę dziewczynkę o imieniu Ethel. "Czy ja kiedykolwiek byłam tym dzieckiem? Dlaczego życie mi to zrobiło?"
  "Nie obwiniaj teraz życia. Cholera, to użalanie się nad sobą."
  Było drzewo, wiosenny wiatr, wiatr wczesnego kwietnia. Liście na drzewie igrały. Tańczyły.
  Stała w ciemnym, dużym pokoju bibliotecznym, przy drzwiach, za którymi właśnie zniknął młody Red Oliver. "Mój kochanek? Nie!" Już o nim zapomniała. Stała i myślała o czymś innym. Na zewnątrz było bardzo cicho. Po deszczu noce w Georgii będą chłodniejsze, ale nadal będzie gorąco. Teraz upał będzie wilgotny i duszny. Chociaż deszcz minął, wciąż pojawiały się sporadyczne błyskawice, słabe błyski, które teraz dochodziły z daleka, z ustępującej burzy. Zniszczyła swój związek z młodym mężczyzną Langdonem, który był w niej zakochany i namiętnie jej pragnął. Wiedziała o tym. Teraz to mogło z niego wyjść. Może już tego nie miał. Już nie śniła o nim po nocach - w nim... głód... pożądanie... ona.
  Jeśli dla niego, w nim, dla jakiejś innej kobiety, teraz, teraz. Czyż nie zniszczyła swojego związku z miejscem pracy? Lekki dreszcz przebiegł jej po ciele i szybko wyszła na zewnątrz.
  To miała być pełna wrażeń noc w życiu Ethel. Kiedy wyszła na zewnątrz, początkowo pomyślała, że jest sama. Przynajmniej istniała szansa, że nikt nigdy się nie dowie, co się stało. Czy ją to obchodziło? Nie obchodziło. Nie obchodziło.
  Kiedy masz wewnętrzny chaos, nie chcesz, żeby ktokolwiek o tym wiedział. Prostujesz ramiona. Wciskasz stopy. Wciskasz je. Pchasz. Pchasz.
  "Wszyscy to robią. Wszyscy to robią.
  "Na miłość boską, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem". Budynek biblioteki znajdował się niedaleko Main Street, a na jej rogu stał wysoki, stary, ceglany budynek ze sklepem odzieżowym na parterze i holem na piętrze. Hol był miejscem spotkań jakiejś loży, a otwarte schody prowadziły na górę. Ethel szła ulicą i zbliżając się do schodów, zobaczyła mężczyznę stojącego tam, na wpół ukrytego w ciemności. Zrobił krok w jej stronę.
  To był Tom Riddle.
  Stał tam. Był tam i zbliżał się.
  "Inny?
  - Mogłabym też zostać z nim dziwką i wziąć je wszystkie.
  "Do diabła. Do diabła z nimi wszystkimi.
  "Więc" - pomyślała - "on obserwował". Zastanawiała się, ile widział.
  Gdyby przechodził obok biblioteki podczas burzy. Gdyby zajrzał do środka. Zupełnie nie tak go sobie wyobrażała. "Widziałem światło w bibliotece, a potem zobaczyłem, jak zgasło" - powiedział po prostu. Kłamał. Zobaczył młodego mężczyznę, Reda Olivera, wchodzącego do biblioteki.
  Potem zobaczył, jak światło gaśnie. Czuł w tym ból.
  "Nie mam do niej żadnych praw. Chcę ją."
  Jego własne życie nie było takie dobre. Wiedział. "Moglibyśmy zacząć. Mógłbym nawet nauczyć się kochać.
  Jego własne myśli.
  Młody mężczyzna, wychodzący z biblioteki, minął go tuż obok, ale nie zauważył go stojącego na korytarzu. Wycofał się.
  "Jakie mam prawo się wtrącać? Niczego mi nie obiecała".
  Coś tam było. Paliło się światło, latarnia uliczna. Zobaczył twarz młodego Red Olivera. Nie była to twarz zadowolonego kochanka.
  To była twarz zakłopotanego chłopca. Radość w mężczyźnie. Dziwny, niezrozumiały smutek w tym człowieku, nie z powodu siebie, ale z powodu kogoś innego.
  "Myślałem, że idziesz z nami" - powiedział do Ethel. Szedł teraz obok niej. Milczał. Przeszli przez Main Street i wkrótce znaleźli się na ulicy mieszkalnej, na końcu której mieszkała Ethel.
  Teraz Ethel zareagowała. Nawet się przestraszyła. "Jaka ze mnie głupia, jaka cholerna głupia! Wszystko zepsułam. Wszystko zepsułam z tym chłopakiem i tym mężczyzną".
  Przecież kobieta jest kobietą. Potrzebuje mężczyzny.
  "Potrafi być tak głupia, śpiesząc się, śpiesząc się tu i tam, że żaden mężczyzna jej nie zechce.
  "Nie obwiniaj tego chłopaka. Ty to zrobiłeś. Ty to zrobiłeś."
  Być może Tom Riddle coś podejrzewał. Być może to był jego test dla niej. Nie chciała w to uwierzyć. W jakiś sposób ten mężczyzna, ten tak zwany twardziel, ewidentny realista, jeśli coś takiego w ogóle mogło istnieć wśród mężczyzn z Południa... w jakiś sposób już zasłużył na jej szacunek. Jeśli go straci. Nie chciała go stracić, bo - w swoim wyczerpaniu i zagubieniu - znów zachowywała się jak idiotka.
  Tom Riddle szedł cicho obok niej. Choć była wysoka, on był wyższy jak na kobietę. W blasku mijanych latarni starała się spojrzeć mu w twarz, żeby nie zauważył, że patrzy, że się martwi. Czy on wiedział? Czy ją oceniał? Krople wody po niedawnym ulewnym deszczu wciąż bębniły o zacienione drzewa, pod którymi szli. Minęli Main Street. Była pusta. Na chodnikach stały kałuże, a woda, lśniąca i żółta w świetle narożnych latarni, płynęła rynnami.
  W jednym miejscu brakowało chodnika. Była tam ceglana ścieżka, ale została usunięta. Trzeba było położyć nową, cementową ścieżkę. Musieli iść po mokrym piasku. Coś się stało. Tom Riddle chciał wziąć Ethel za rękę, ale tego nie zrobił. Nastąpił drobny, niepewny, nieśmiały ruch. Coś w niej poruszyło.
  Nastąpiła chwila... coś ulotnego. "Jeśli on, ten, jest taki, to może być taki".
  To była mglista myśl, przelatująca jej przez głowę. Jakiś mężczyzna, starszy od niej, bardziej dojrzały.
  Wiedzieć, że ona, jak każda kobieta, a może i każdy mężczyzna, pragnęła... pragnęła szlachetności, czystości.
  "Gdyby się dowiedział i mi wybaczył, znienawidziłabym go.
  "Było za dużo nienawiści. Nie chcę jej więcej".
  Czy on, ten starzec... czy on mógł wiedzieć, dlaczego ona zabrała chłopca... on naprawdę był chłopcem... Czerwony Oliver... i wiedząc to, czy on... nie mógł winić... nie mógł wybaczyć... nie mógł myśleć o sobie w niewiarygodnie szlachetnej sytuacji, że jest zdolny do wybaczenia?
  Zrozpaczona. "Żałuję, że to zrobiłam. Żałuję, że to zrobiłam" - pomyślała. Spróbowała czegoś. "Czy kiedykolwiek znalazłeś się w takiej sytuacji..." - powiedziała do Toma Riddle"a... "Mam na myśli, że zrobiłeś coś, co chciałeś zrobić, a nie chciałeś... o czym wiedziałeś, że nie chcesz... i nie wiedziałeś?"
  To było głupie pytanie. Przerażały ją własne słowa. "Jeśli on coś podejrzewa, jeśli widział tego chłopaka wychodzącego z biblioteki, to tylko potwierdzam jego podejrzenia".
  Przeraziły ją własne słowa, ale szybko zareagowała. "Było coś, czego wstydziłaś się zrobić, ale chciałaś to zrobić i wiedziałaś, że po zrobieniu tego, będziesz się wstydzić jeszcze bardziej".
  "Tak" - powiedział cicho - "tysiąc razy. Zawsze tak robię". Potem szli w milczeniu, aż dotarli do Długiego Domu. Nie próbował jej zatrzymać. Była ciekawa i podekscytowana. "Jeśli on wie i potrafi to tak odebrać, naprawdę pragnąc, żebym została jego żoną, jak twierdzi, to jest to coś nowego w moim doświadczeniu z mężczyznami". W jego głosie pojawiło się lekkie ciepło. "Czy to możliwe? Oboje nie jesteśmy dobrymi mężczyznami, nie chcemy być dobrymi". Teraz utożsamiała się z nim. Przy stole w Długim Domu, czasami w naszych czasach, jej ojciec mówił o tym mężczyźnie, Tomie Riddle"u. Swoje uwagi skierował nie do córki, ale do Blanche. Blanche powtórzyła to. Wspomniała o Tomie Riddle"u. "Ile rozwiązłych kobiet miał ten człowiek?" Kiedy Blanche o to zapytała, szybko spojrzała na Ethel. "Tylko go podjudzam. To głupiec. Chcę zobaczyć, jak się wysadzi w powietrze".
  Jej oczy mówiły Ethel: "My, kobiety, rozumiemy. Mężczyźni to po prostu głupie, kapryśne dzieciaki". Pojawiłoby się pytanie: Blanche chciała postawić męża w pewnej sytuacji wobec Ethel, chciała ją trochę zmartwić... istniała fikcja, że ojciec Ethel nie wiedział o zainteresowaniu prawnika jego córką...
  Gdyby ten człowiek, Tom Riddle, o tym wiedział, pewnie byłby tylko rozbawiony.
  "Wy, kobiety, rozwiążcie to... rozwiążcie swoją własną dobroć, swój własny gniew."
  "Mężczyzna chodzi, żyje, je, śpi... nie boi się mężczyzn... nie boi się kobiet.
  "Nie ma w tym zbyt wiele miejsca. Każdy mężczyzna powinien coś mieć. Niektórym można by wybaczyć.
  "Nie oczekuj zbyt wiele. Życie jest pełne towarzyszek. Jemy je, śpimy, śnimy, oddychamy nim". Istniała szansa, że Tom Riddle żywił pogardę do mężczyzn takich jak jej ojciec, do dobrych, szanowanych mieszkańców miasta... "Ja też" - pomyślała Ethel.
  O tym mężczyźnie krążyły opowieści, o jego śmiałych romansach z rozwiązłymi kobietami, o tym, że był republikaninem, zawierał układy o federalne wsparcie, zadawał się z czarnoskórymi delegatami na konwencjach Partii Republikańskiej, zadawał się z hazardzistami, jeźdźcami... Musiał być uwikłany w najróżniejsze tak zwane "nieuczciwe układy polityczne", nieustannie tocząc dziwną walkę w życiu tej zadufanej w sobie, religijnej, złowrogiej społeczności Południa. Na Południu każdy mężczyzna uważał za swój ideał to, co nazywał "byciem dżentelmenem". Tom Riddle, gdyby był Tomem Riddle"em, Ethel zaczynała teraz dochodzić do siebie, nagle odzyskując siły tamtej nocy, gdy z nią spacerował, roześmiałaby się z tego pomysłu. "Dżentelmen, do cholery. Powinnaś wiedzieć to, co ja wiem". Teraz nagle wyobraziła sobie, jak mówi to bez większej goryczy, akceptując część hipokryzji innych jako coś oczywistego... bez udawania, że to zbyt obraźliwe czy krzywdzące. Powiedział, że chce, żeby została jego żoną, a teraz niejasno rozumiała, albo nagle miała nadzieję, że rozumie, co miał na myśli.
  Chciał nawet być dla niej delikatny, otoczyć ją jakąś elegancją. Gdyby podejrzewał... to przynajmniej widział Red Olivera wychodzącego z ciemnej biblioteki, ale kilka minut przed nią... bo widziała go wcześniej tego wieczoru na ulicy.
  Czy on ją obserwował?
  Czy mógł zrozumieć coś jeszcze... że ona chciała czegoś spróbować, czegoś się nauczyć?
  Zabrał ją na mecz baseballowy młodego mężczyzny. Imię Red Oliver nigdy nie padło między nimi. Czy naprawdę zabrał ją tam tylko po to, żeby ją popatrzeć?... żeby się czegoś o niej dowiedzieć?
  "Może teraz już wiesz."
  Była urażona. Uczucie minęło. Nie była urażona.
  Zasugerował, a nawet powiedział, że kiedy prosił ją o rękę, chciał czegoś konkretnego. Pragnął jej, bo uważał, że ma styl. "Jesteś słodka. Miło jest spacerować obok dumnej, pięknej kobiety. Mówisz sobie: "Ona jest moja"".
  "Miło ją widzieć w swoim domu.
  "Mężczyzna czuje się bardziej mężczyzną, gdy ma piękną kobietę, którą może nazywać swoją kobietą".
  Pracował i knuł, żeby zarobić. Najwyraźniej jego pierwsza żona była raczej niechlujna i nudna. Teraz miał piękny dom i pragnął partnerki życiowej, która utrzymałaby jego dom w określonym stylu, znała się na ubraniach i wiedziała, jak je nosić. Chciał, żeby ludzie wiedzieli...
  "Patrz. To żona Toma Riddle"a.
  "Ona zdecydowanie ma styl, prawda? Jest w tym jakaś klasa".
  Być może z tego samego powodu, dla którego taki mężczyzna mógłby chcieć posiadać stajnię koni wyścigowych, pragnąc najlepszych i najszybszych. Szczerze mówiąc, właśnie o to chodziło w tej propozycji. "Nie bądźmy romantyczni ani sentymentalni. Oboje czegoś chcemy. Ja mogę ci pomóc, a ty możesz pomóc mnie". Nie użył dokładnie tych słów. Były one dorozumiane.
  Gdyby mógł teraz czuć, gdyby w ogóle wiedział, co się stało tamtego wieczoru, gdyby mógł czuć... "Jeszcze cię nie złapałem. Nadal jesteś wolny. Jeśli się dogadamy, oczekuję, że dotrzymasz swojej części umowy".
  "Gdyby tylko, wiedząc, co się wydarzyło, gdyby tylko wiedział, mógłby tak się czuć".
  Wszystkie te myśli krążyły po głowie Ethel, gdy wracała wieczorem do domu z Tomem Riddle'em, ale on nic nie powiedział. Była zdenerwowana i zmartwiona. Dom sędziego Longa był otoczony niskim płotem z palików, a on zatrzymał się przy bramie. Było dość ciemno. Wydawało jej się, że widzi jego uśmiech, jakby znał jej myśli. Sprawiła, że inny mężczyzna poczuł się nieskuteczny, poniósł porażkę u jej boku, pomimo tego, co się stało... pomimo faktu, że mężczyzna, jakikolwiek mężczyzna, powinien czuć się bardzo męski i silny.
  Teraz czuła się bezużyteczna. Tego wieczoru przy bramie Tom Riddle coś powiedział. Zastanawiała się, ile wiedział. Nie wiedział nic. To, co wydarzyło się w bibliotece, wydarzyło się podczas ulewnego deszczu. Musiałby się wymknąć przez deszcz do okna, żeby zobaczyć. Teraz nagle przypomniała sobie, że kiedy szli Main Street, jakaś część jej umysłu zarejestrowała fakt, że peleryna, którą miał na sobie, nie była szczególnie mokra.
  Nie był typem człowieka, który podkrada się do okna. "A teraz czekaj" - powiedziała sobie Ethel tamtej nocy. "Mógłby to nawet zrobić, gdyby się nad tym zastanowił, gdyby miał jakieś podejrzenia, gdyby chciał to zrobić".
  "Nie zamierzam na początek przedstawiać go jako jakiegoś szlachcica.
  "Po tym, co się stało, byłoby to dla mnie niemożliwe".
  Jednocześnie, mogło to być wspaniałym testem dla mężczyzny, mężczyzny z realistycznym podejściem do życia... zobaczyć tego... innego mężczyznę i kobietę, której pragnął...
  Co by sobie powiedział? Co by pomyślał o jej stylu, o jej klasie, jakie to miałoby znaczenie?
  "To byłoby za dużo. Nie mógł tego znieść. Żaden mężczyzna by tego nie zniósł. Gdybym był mężczyzną, nie zniósłbym tego.
  "Przeżywamy ból, powoli się uczymy, walczymy o jakąś prawdę. Wydaje się to nieuniknione".
  Tom Riddle rozmawiał z Ethel. "Dobranoc. Mam nadzieję, że się na to zdecydujesz. To znaczy... czekam. Będę czekał. Mam nadzieję, że to nie potrwa długo.
  "Przyjdź kiedy chcesz" - powiedział. "Jestem gotowy".
  Pochylił się lekko w jej stronę. Czy zamierzał spróbować ją pocałować? Miała ochotę krzyknąć: "Czekaj. Jeszcze nie. Potrzebuję czasu do namysłu".
  Nie zrobił tego. Jeśli miał zamiar ją pocałować, zmienił zdanie. Jego ciało się wyprostowało. Był w tym dziwny gest, wyprostowanie zgarbionych ramion, pchnięcie... jakby wbrew samemu życiu... jakby mówił do siebie: "pchnij... pchnij..."... mówiąc do siebie... zupełnie jak ona. "Dobranoc" - powiedział i szybko odszedł.
  *
  "No i co z tego. Czy to się nigdy nie skończy?" - pomyślała Ethel. Weszła do domu. Gdy tylko weszła, Blanche poczuła dziwne uczucie, że to była dla niej nieprzyjemna noc.
  Ethel była obrażona. "W każdym razie nie mogła nic wiedzieć".
  "Dobranoc. To, co powiedziałem, to prawda". Słowa Toma Riddle'a również krążyły w głowie Ethel. Wydawało się, że coś wie, coś podejrzewa... "Nie obchodzi mnie to. Nie wiem, czy mnie to obchodzi, czy nie" - pomyślała Ethel.
  "Tak, martwi mnie to. Jeśli chce wiedzieć, lepiej mu powiem.
  "Ale nie jestem z nim wystarczająco blisko, żeby mu o tym mówić. Nie potrzebuję duchowego ojca.
  - Możliwe, że tak.
  Najwyraźniej miała to być dla niej noc intensywnej samoświadomości. Z korytarza na dole poszła do swojego pokoju, gdzie paliło się światło. Na górze, gdzie spała Blanche, panował mrok. Szybko zrzuciła z siebie ubranie i rzuciła je na krzesło. Zupełnie naga, rzuciła się na łóżko. Słabe światło sączyło się przez nadproże. Zapaliła papierosa, ale nie paliła. W ciemnościach wydawał się stęchły, więc wstała z łóżka i go zgasiła.
  Nie do końca tak było. Czuć było słaby, blady, uporczywy zapach papierosów.
  "Przejdź milę dla wielbłąda."
  "Żadnego kaszlu w wagonie". Miała być ciemna, miękka, lepka, południowa noc po deszczu. Czuła się zmęczona.
  "Kobiety. Co to za stworzenia! Co ze mnie za istota!" - pomyślała.
  Czy to dlatego, że wiedziała o Blanche, drugiej kobiecie w domu, która mogła teraz czuwać w jej pokoju i też myśleć? Ethel sama próbowała coś wymyślić. Jej umysł zaczął pracować. Nie mógł przestać. Była zmęczona i chciała spać, chciała zapomnieć o nocnych snach, ale wiedziała, że nie może zasnąć. Gdyby jej romans z tym chłopakiem, gdyby się wydarzył, gdyby tego naprawdę pragnęła... "Mogłabym wtedy zasnąć. Przynajmniej byłabym zadowolonym zwierzęciem". Dlaczego teraz tak nagle przypomniała sobie tę drugą kobietę w domu, tę Blanche? Nic dla niej, żony ojca; "jego problem, dzięki Bogu, nie mój", pomyślała. Dlaczego miała wrażenie, że Blanche nie śpi, że ona też myśli, że czekała na jego powrót do domu, że widziała mężczyznę, Toma Riddle'a, przy bramie z Ethel?
  Jej myśli... "Gdzie oni byli podczas tej burzy? Oni nie jeżdżą".
  "Do diabła z nią i jej myślami" - powiedziała do siebie Ethel.
  Blanche pomyślałaby, że Ethel i Tom Riddle mogą znaleźć się w podobnej sytuacji jak mężczyzna, w którym ona się znalazła.
  Czy było coś, co należało z nią ustalić, tak jak z młodym mężczyzną, Redem Oliverem, tak jak wciąż było coś do ustalenia między nią a Tomem Riddle'em? "Przynajmniej mam nadzieję, że nie dzisiaj. Na litość boską, nie dzisiaj".
  "To już koniec. Wystarczy."
  A tak w ogóle, co miało się ułożyć między nią a Blanche? "Ona jest inną kobietą. Cieszę się z tego". Próbowała wyrzucić Blanche z głowy.
  Myślała o mężczyznach, którzy byli teraz związani z jej życiem, o swoim ojcu, o młodym mężczyźnie Red Oliverze i o Tomie Riddle'u.
  Jednego mogła być absolutnie pewna. Jej ojciec nigdy nie dowie się, co się z nim dzieje. Był człowiekiem, dla którego życie dzieliło się na szerokie granice: dobre i złe. Zawsze szybko podejmował decyzje, rozstrzygając sprawy w sądzie. "Jesteś winny. Nie jesteś winny".
  Z tego powodu życie, prawdziwe życie, zawsze go dezorientowało. Pewnie zawsze tak było. Ludzie nie zachowywali się tak, jak się spodziewał. Z Ethel, swoją córką, był zagubiony i zdezorientowany. Stał się osobisty. "Czy ona próbuje mnie ukarać? Czy życie próbuje mnie ukarać?"
  To dlatego, że ona, córka, miała problemy, których ojciec nie mógł zrozumieć. Nigdy nie próbował zrozumieć. "Jak on, do cholery, myśli, że to dociera do ludzi, jeśli w ogóle dociera? Czy on myśli, że niektórzy ludzie, dobrzy ludzie, tacy jak on, rodzą się z tym?"
  Co jest nie tak z moją żoną Blanche? Dlaczego nie zachowuje się tak, jak powinna?
  Teraz mam też córkę. Dlaczego ona taka jest?
  Był jej ojciec i był młody mężczyzna, z którym nagle odważyła się na tak intymną relację, choć tak naprawdę nie była to intymność. Pozwoliła mu się z nią kochać. Praktycznie go do tego zmusiła.
  Była w nim jakaś słodycz, wręcz czystość. Nie był brudny jak ona...
  Musiała pragnąć jego słodyczy, jego czystości i skwapliwie to wykorzystała.
  - Czy naprawdę udało mi się go pobrudzić?
  Wiem. Złapałem, ale nie dostałem tego, co złapałem.
  *
  ETHEL miała gorączkę. Była noc. Jeszcze nie skończyła tej nocy.
  Nieszczęścia nigdy nie przychodzą same. Leżała na łóżku w ciemnym, gorącym pokoju. Jej długie, smukłe ciało było tam wyciągnięte. Czuła napięcie, drobne nerwy krzyczały. Drobne nerwy pod kolanami były napięte. Uniosła nogi i kopała niecierpliwie. Leżała bez ruchu.
  Usiadła spięta na łóżku. Drzwi z korytarza otworzyły się cicho. Blanche weszła do pokoju. Przeszła połowę. Miała na sobie białą koszulę nocną. Wyszeptała: "Ethel".
  "Tak."
  Głos Ethel był ostry. Była w szoku. Wszystkie interakcje między tymi dwiema kobietami, odkąd Ethel wróciła do Langdon, by mieszkać i pracować jako miejska bibliotekarka, były czymś w rodzaju gry. To było w połowie gra, w połowie coś więcej. Kobiety chciały sobie nawzajem pomóc. Co jeszcze stanie się teraz z Ethel? Miała przeczucie. "Nie. Nie. Odejdź". Chciała się rozpłakać.
  "Zrobiłam dziś coś złego. Teraz oni zrobią coś ze mną". Skąd ona to wiedziała?
  Blanche zawsze chciała jej dotknąć. Zawsze wstawała późno rano, później niż Ethel. Miała dziwne nawyki. Wieczorem, gdy Ethel nie było w domu, szła wcześnie na górę do swojego pokoju. Co tam robiła? Nie spała. Czasami, o drugiej lub trzeciej nad ranem, Ethel budziła się i słyszała Blanche krzątającą się po domu. Szła do kuchni i robiła jedzenie. Rano słyszała, jak Ethel szykuje się do wyjścia z domu i zeszła na dół.
  Wyglądała na zaniedbaną. Nawet jej koszula nocna nie była zbyt czysta. Podeszła do Ethel. "Chciałam zobaczyć, co masz na sobie". Miała dziwną obsesję - zawsze wiedzieć, co ma na sobie Ethel. Chciała dać jej pieniądze na ubrania. "Wiesz, jaka jestem. Nie obchodzi mnie, co mam na sobie" - powiedziała. Powiedziała to, lekko kiwając głową.
  Chciała podejść do Ethel i położyć na niej ręce. "Jest ładna. Bardzo ładna dla ciebie" - powiedziała. "Ten materiał jest ładny". Położyła ręce na sukience Ethel. "Wiesz, co i jak nosić". Gdy Ethel wychodziła z domu, Blanche podeszła do drzwi wejściowych. Wstała i patrzyła, jak Ethel idzie ulicą.
  Teraz była w pokoju, gdzie Ethel leżała naga na łóżku. Przeszła cicho przez pokój. Nawet nie włożyła kapci. Była bosa, a jej stopy nie wydawały żadnego dźwięku. Była jak kot. Usiadła na brzegu łóżka.
  "Ethel."
  "Tak". Ethel chciała szybko wstać i założyć piżamę.
  "Leż spokojnie, Ethel" - powiedziała Blanche. "Czekałam na ciebie, czekałam, aż wrócisz".
  Jej głos nie był już szorstki i ostry. Wkradła się w niego łagodność. Był to błagalny głos. "Doszło do nieporozumienia. Nie zrozumieliśmy się".
  "Powiedziała Blanche. W pokoju było słabo oświetlone. Dźwięk dochodził przez otwarte nadświetle, z przyćmionej lampy palącej się na korytarzu za drzwiami. To były drzwi, przez które weszła Blanche. Ethel słyszała, jak jej ojciec chrapie w łóżku w sąsiednim pokoju.
  "Długo czekałam. Długo czekałam" - powiedziała Blanche. To było dziwne. Tom Riddle powiedział coś podobnego zaledwie godzinę temu. "Mam nadzieję, że to nie potrwa długo" - powiedział Tom.
  "Teraz" - powiedziała Blanche.
  Dłoń Blanche, jej mała, ostra, koścista dłoń, dotknęła ramienia Ethel.
  Wyciągnęła rękę, dotykając Ethel. Ethel zamarła. Nic nie powiedziała. Jej ciało zadrżało pod wpływem dotyku jej dłoni. "Dziś wieczorem pomyślałam... dziś wieczorem albo nigdy. Pomyślałam, że trzeba coś postanowić" - powiedziała Blanche.
  Mówiła cichym, miękkim głosem, innym niż ten, który znała Ethel. Mówiła jak w transie. Przez chwilę Ethel poczuła ulgę. "Ona lunatykuje. Nie obudziła się". Wyrok zapadł szybko.
  Wiedziałem o tym cały wieczór. "Jest dwóch mężczyzn: starszy i młodszy. Ona podejmie decyzję" - pomyślałem. Chciałem to powstrzymać.
  "Nie chcę, żebyś to robił. Nie chcę, żebyś to robił."
  Była delikatna i błagalna. Teraz jej dłoń zaczęła pieścić Ethel. Przesunęła się w dół jej ciała, po piersiach, udach. Ethel pozostała stanowcza. Czuła zimno i słabość. "To już się dzieje" - pomyślała.
  Co będzie dalej?
  "Pewnego dnia będziesz musiał podjąć decyzję. Musisz być kimś.
  "Jesteś dziwką czy kobietą.
  "Musisz wziąć odpowiedzialność."
  Dziwne, bełkotliwe zdania przelatywały przez umysł Ethel. Jakby ktoś - nie Blanche, nie młody Red Oliver, nie Tom Riddle - coś jej szeptał.
  "Jest 'ja' i drugie 'ja'."
  "Kobieta jest kobietą albo nie jest kobietą.
  "Człowiek jest człowiekiem albo nie jest człowiekiem".
  Coraz więcej zdań, wyraźnie chaotycznych, przelatywało przez umysł Ethel. Jakby coś starszego, coś bardziej wyrafinowanego i złowrogiego wniknęło w nią, niczym inna osoba, wniknęło w nią wraz z dotykiem dłoni Blanche... Dłoń nadal wędrowała w górę i w dół po jej ciele, po piersiach, po biodrach... "Może być słodko" - powiedział głos. "Może być bardzo, bardzo miło".
  "W Edenie żył wąż.
  "Czy lubisz węże?"
  Myśli Ethel, goniące myśli, myśli, których nigdy wcześniej nie miała. "Mamy coś takiego, co nazywamy indywidualnością. To choroba. Pomyślałam: "Muszę się ratować". Tak myślałam. Zawsze tak myślałam.
  "Kiedyś byłam młodą dziewczyną" - pomyślała nagle Ethel. "Zastanawiam się, czy byłam dobra, czy urodziłam się dobra.
  "Może chciałam stać się kimś, kobietą?" W jej wnętrzu zrodziła się dziwna idea kobiecości, czegoś wręcz szlachetnego, czegoś cierpliwego, czegoś wyrozumiałego.
  W jaki bałagan potrafi się wpakować życie! Każdy mówi komuś: "Ratuj mnie. Ratuj mnie".
  Zniekształcenie seksualne ludzi. To zniekształciło Ethel. Wiedziała o tym.
  "Jestem pewna, że eksperymentowałaś. Próbowałaś mężczyzn" - powiedziała Blanche swoim nowym, dziwnym, miękkim głosem. "Nie wiem dlaczego, ale jestem pewna".
  "Oni tego nie zrobią. Nie zrobią tego.
  "Nienawidzę ich.
  "Nienawidzę ich.
  "Oni wszystko psują. Nienawidzę ich."
  Teraz zbliżyła swoją twarz do twarzy Ethel.
  "Pozwalamy im. Nawet do nich chodzimy.
  "Jest w nich coś, co naszym zdaniem jest nam potrzebne".
  "Ethel. Nie rozumiesz? Kocham cię. Próbowałem ci to powiedzieć."
  Blanche zbliżyła twarz do twarzy Ethel. Przez chwilę tak stała. Ethel poczuła oddech kobiety na policzku. Mijały minuty. Nastąpiła chwila, która Ethel wydawała się godzinami. Usta Blanche dotknęły ramion Ethel.
  *
  TO wystarczyło. Z konwulsyjnym ruchem, skrętem ciała, który zwalił kobietę z nóg, Ethel wyskoczyła z łóżka. W pokoju wybuchła bójka. Potem Ethel nigdy nie wiedziała, jak długo to trwało.
  Wiedziała, że to koniec czegoś, początek czegoś.
  Walczyła o coś. Kiedy podskoczyła, wyrwała się z łóżka, z objęć Blanche i stanęła na nogi, Blanche ponownie na nią skoczyła. Ethel wstała tuż obok łóżka, a Blanche rzuciła się jej do stóp. Objęła Ethel ramionami i kurczowo się jej trzymała. Ethel pociągnęła ją przez pokój.
  Kobiety zaczęły się mocować. Jak silna była Blanche! Teraz jej usta całowały ciało Ethel, jej biodra, jej nogi! Pocałunki nie dotykały Ethel. Jakby była drzewem, a jakiś dziwny ptak z długim, ostrym dziobem dziobał ją, jakąś zewnętrzną część jej ciała. Teraz nie było jej żal Blanche. Sama stała się okrutna.
  Wplątała jedną dłoń we włosy Blanche i odsunęła jej twarz i usta od ciała. Stała się silna, ale Blanche też była silna. Powoli odsunęła głowę Blanche. "Nigdy. Nigdy w ten sposób" - powiedziała.
  Nie wypowiedziała tych słów na głos. Nawet wtedy, w tej chwili, wiedziała, że nie chce, żeby jej ojciec wiedział, co dzieje się w jego domu. "Nie chciałabym zrobić mu takiej krzywdy". To było coś, czego nigdy nie chciała, żeby dowiedział się jakikolwiek mężczyzna. Teraz stosunkowo łatwo byłoby jej powiedzieć Tomowi Riddle'owi o Red Oliverze... gdyby zdecydowała, że chce, żeby Tom Riddle był jej mężczyzną... czego, jak myślała, pragnęła od młodego mężczyzny, eksperymentu, który przeprowadziła, odrzucenia.
  "Nie, nie!"
  "Blanche! Blanche!"
  Blanche musiała wrócić z miejsca, w którym się znalazła. Jeśli Blanche zrujnowała sobie życie, to sama je zrujnowała. Nie chciała zdradzić Blanche.
  Złapała Blanche za włosy i pociągnęła za nie. Gwałtownym ruchem obróciła twarz Blanche w swoją stronę i uderzyła ją w twarz wolną ręką.
  Uderzała. Uderzała z całej siły. Przypomniała sobie coś, co gdzieś słyszała. "Jeśli jesteś pływakiem i idziesz ratować tonącego mężczyznę lub kobietę, jeśli stawia opór lub walczy, uderz go. Znokautuj go".
  Uderzała i uderzała. Teraz ciągnęła Blanche w stronę drzwi pokoju. To było dziwne. Blanche zdawała się nie przejmować uderzeniami. Wyglądało na to, że sprawiało jej to przyjemność. Nie próbowała odwracać się od ciosów.
  Ethel gwałtownie otworzyła drzwi na korytarz i wyciągnęła Blanche na korytarz. Ostatnim wysiłkiem uwolniła się od ciała, które trzymało ją w uścisku. Blanche upadła na podłogę. W jej oczach pojawił się wyraz: "No cóż, zostałam wychłostana. Przynajmniej próbowałam".
  Odzyskała to, dla czego żyła - swoją pogardę.
  ETHEL wróciła do swojego pokoju, zamknęła i zablokowała drzwi. Wewnątrz stała z jedną ręką na klamce, a drugą na panelu. Była osłabiona.
  Słuchała. Jej ojciec się obudził. Słyszała, jak wstaje z łóżka.
  Szukał światła. Stawał się starcem.
  Potknął się o krzesło. Głos mu drżał. "Ethel! Blanche! Co się stało?"
  "Tak będzie w tym domu" - pomyślała Ethel. "Przynajmniej mnie tu nie będzie".
  "Ethel! Blanche! Co się stało?" Głos jej ojca brzmiał jak głos przestraszonego dziecka. Starzeje się. Jego głos drży. Starzeje się i nigdy do końca nie dorasta. Zawsze był dzieckiem i pozostanie nim do końca.
  "Być może dlatego kobiety tak bardzo nienawidzą mężczyzn i brzydzą się nimi".
  Zapadła chwila napiętej ciszy, a potem Ethel usłyszała głos Blanche. "Wielki Boże" - pomyślała. Głos był taki sam, jak zawsze, gdy Blanche rozmawiała z mężem. Był ostry, nieco stanowczy, wyraźny. "Nic się nie stało, kochanie" - powiedział głos. "Byłem w pokoju Ethel. Rozmawialiśmy tam.
  "Idź spać" - powiedział głos. W tym poleceniu było coś strasznego.
  Ethel usłyszała głos ojca. Narzekał. "Wolałbym, żebyś mnie nie obudził" - powiedział głos. Ethel usłyszała, jak ciężko opada na łóżko.
  OceanofPDF.com
  5
  
  BYŁ WCZESNY RANEK. Okno pokoju w Długim Domu, w którym mieszkała Ethel, wychodziło na pole jej ojca, pole schodzące ku strumieniowi, pole, na które jako mała dziewczynka poszła spotkać niegrzecznego chłopca. W upalne lato pole było prawie puste; spalone na brązowo. Patrzyłeś na nie i myślałeś... "Krowa niewiele zdziała na tym polu"... myślałeś. Krowa ojca Ethel miała teraz złamany róg.
  No więc! Róg krowy jest złamany.
  Poranki, nawet wczesne poranki, w Langdon w stanie Georgia są gorące. Jeśli pada deszcz, nie jest tak gorąco. Jesteś do tego stworzony. Nie powinno ci to przeszkadzać.
  Może ci się przytrafić wiele rzeczy, a potem... jesteś tu.
  Stoisz w pokoju. Jeśli jesteś kobietą, zakładasz sukienkę. Jeśli jesteś mężczyzną, zakładasz koszulę.
  Zabawne, że mężczyźni i kobiety nie rozumieją się lepiej. A powinni.
  "Nie sądzę, żeby im to przeszkadzało. Nie sądzę, żeby im to przeszkadzało. Dostają tyle kasy, że im to nie przeszkadza.
  "Cholera jasna. Cholera jasna. Noggle to dobre słowo. Skłam mi. Przejdź przez pokój. Włóż spodnie, spódnicę. Załóż płaszcz. Idź na spacer do centrum. Noggle, noggle.
  "Jest niedziela. Bądź mężczyzną. Idź na spacer z żoną".
  Ethel była zmęczona... może trochę szalona. Gdzie słyszała lub widziała słowo "noggle"?
  Pewnego dnia w Chicago mężczyzna odzywa się. Dziwnie było mu wrócić do Ethel tego letniego poranka w Georgii, po nocy, po nieprzespanej nocy, po przygodzie z Redem Oliverem, po Blanche. Wszedł do jej pokoju i usiadł.
  Absurd! Tylko wspomnienie o nim przyszło. To słodkie. Jeśli jesteś kobietą, wspomnienia o mężczyźnie mogą wtargnąć do twojego pokoju, gdy się ubierasz. Jesteś zupełnie naga. Co? Co za różnica! "Wejdź, usiądź. Dotknij mnie. Nie dotykaj mnie. Myśli, dotknij mnie".
  Załóżmy, że ten mężczyzna jest szalony. Załóżmy, że jest łysy, w średnim wieku. Ethel widziała go raz. Słyszała, jak mówi. Pamiętała go. Polubiła go.
  Mówił jak szalony. No dobrze. Czy był pijany? Czy coś może być bardziej szalone niż Longhouse w Langdon w Georgii? Ludzie mogli przechodzić obok tego domu na ulicy. Skąd mieliby wiedzieć, że to dom wariatów?
  Człowiek z Chicago. A Ethel znowu była z Haroldem Grayem. Przechodzisz przez życie, spotykając ludzi. Jesteś kobietą i często wchodzisz w interakcje z mężczyzną. A potem już go nie ma. Więc on jest, wciąż częścią ciebie. Dotknął cię. Szedł obok ciebie. Niezależnie od tego, czy go lubiłaś, czy nie. Byłaś dla niego okrutna. Żałujesz tego.
  Jego kolor jest w tobie, trochę twojego koloru jest w nim.
  Mężczyzna przemawia na przyjęciu w Chicago. To było na innym przyjęciu w domu jednego z przyjaciół Harolda Graya. Ten mężczyzna był historykiem, outsiderem, historykiem...
  Człowiek, który gromadził wokół siebie ludzi. Miał dobrą żonę, wysoką, piękną i dostojną.
  W jego domu był mężczyzna, siedzący w pokoju z dwiema młodymi kobietami. Ethel była tam i słuchała. Mężczyzna mówił o Bogu. Czy był pijany? Były tam drinki.
  "Więc każdy pragnie Boga".
  Powiedział to łysy mężczyzna w średnim wieku.
  Kto rozpoczął tę rozmowę? Zaczęło się przy kolacji. "Więc myślę, że wszyscy pragną Boga".
  Ktoś przy stole rozmawiał o Henrym Adamsie, innym historyku, Mont Saint-Michel i Chartres. "Biała dusza średniowiecza". Historycy rozmawiają. Wszyscy pragną Boga.
  Mężczyzna rozmawiał z dwiema kobietami. Był niecierpliwy i miły. "My, ludzie Zachodu, byliśmy bardzo głupi.
  "Przyjęliśmy więc naszą religię od Żydów... od mnóstwa obcych... w suchej, jałowej krainie.
  "Myślę, że nie podobała im się ta ziemia.
  "Umieścili więc Boga na niebie... tajemniczego boga, daleko stąd".
  "Czytałeś o tym... w Starym Testamencie" - powiedział mężczyzna. "Nie mogli tego zrobić. Ludzie ciągle uciekali. Poszli i oddali cześć brązowemu posągowi, złotemu cielcowi. Mieli rację".
  "Więc wymyślili historię o Chrystusie. Chcesz wiedzieć dlaczego? Musieli ją wynieść na powierzchnię. Wszystko ginie. Wymyślić historię. Musieli spróbować sprowadzić Go na ziemię, gdzie ludzie mogliby Go dosięgnąć.
  "Tak. Tak. Tak.
  "I tak stanęli w obronie Chrystusa. Dobrze.
  "Wprowadzili to do niepokalanego poczęcia? Czy każda normalna koncepcja nie jest dobra? Myślę, że jest. Cudownie."
  W tym momencie w pokoju z tym mężczyzną znajdowały się dwie młode kobiety. Zarumieniły się. Słuchały go. Ethel nie brała udziału w rozmowie. Słuchała. Później dowiedziała się, że mężczyzna obecny tego wieczoru w domu historyka był artystą, dziwnym ptakiem. Być może był pijany. Były koktajle, mnóstwo koktajli.
  Próbował wyjaśnić, że jego zdaniem religia Greków i Rzymian przed pojawieniem się chrześcijaństwa była lepsza od chrześcijaństwa, bo była bardziej ziemska.
  Sam opowiadał, co zrobił. Wynajął mały dom poza miastem, w miejscu zwanym Palos Park. Stał na skraju lasu.
  "Kiedy złoto przybyło z Palos, by szturmować bramy Herkulesa. Czy to prawda?
  Próbował wyobrazić sobie tam bogów. Próbował być Grekiem. "Nie wychodzi mi to" - powiedział - "ale fajnie jest próbować".
  Opowiedziano długą historię. Pewien mężczyzna opisywał dwóm kobietom, jak żyje. Rysował, a potem nie mógł już rysować, powiedział. Poszedł na spacer.
  Wzdłuż brzegu potoku płynął mały strumień i rosły tam jakieś krzaki. Podszedł tam i zatrzymał się. "Zamykam oczy" - powiedział. Zaśmiał się. "Może wieje wiatr. Wieje w krzaki".
  Próbuję przekonać samą siebie, że to nie wiatr. To bóg albo bogini.
  "To bogini. Wyszła ze strumienia. Strumień tam jest dobry. Jest tam głęboka dziura.
  "Jest tam niewielkie wzgórze.
  "Wychodzi ze strumienia, cała mokra. Wychodzi ze strumienia. Muszę to sobie wyobrazić. Stoję z zamkniętymi oczami. Woda zostawia błyszczące plamy na jej skórze.
  "Ma piękną skórę. Każdy artysta chce namalować akt... na tle drzew, krzaków, trawy. Ona przychodzi i przeciska się przez krzaki. To nie ona. To wiatr wieje.
  "To ona. Proszę bardzo."
  To wszystko, co Ethel pamiętała. Być może mężczyzna po prostu bawił się z dwiema kobietami. Być może był pijany. Tym razem poszła z Haroldem Grayem do domu historyka. Ktoś podszedł i do niej przemówił, ale nic więcej nie usłyszała.
  Poranek po tej dziwnej, zagmatwanej nocy w Langdon w stanie Georgia być może przypomniał jej się tylko dlatego, że mężczyzna wspomniał o krzakach. Tego ranka, kiedy stanęła przy oknie i wyjrzała, zobaczyła pole. Zobaczyła krzaki rosnące nad strumieniem. Nocny deszcz nadał krzakom jaskrawozielony kolor.
  *
  Był gorący, cichy poranek w Langdon. Czarni mężczyźni i kobiety z dziećmi pracowali już na polach bawełny w pobliżu miasta. Robotnicy na dziennej zmianie w przędzalni bawełny w Langdon pracowali już od godziny. Wóz ciągnięty przez dwa muły minął dom sędziego Longa przy drodze. Wóz skrzypiał żałośnie. Wóz jechało trzech czarnoskórych mężczyzn i dwie kobiety. Ulica była nieutwardzona. Kopyta mułów miękko i wygodnie stąpały po kurzu.
  Tego ranka, pracując w przędzalni bawełny, Red Oliver był zdenerwowany i sfrustrowany. Coś mu się stało. Myślał, że się zakochuje. Przez wiele nocy leżał w łóżku w domu Olivera, śniąc o pewnym wydarzeniu. "Gdyby tylko to się stało, gdyby tylko mogło się stać. Gdyby ona..."
  "To się nie wydarzy, to nie może się wydarzyć.
  Jestem dla niej za młody. Ona mnie nie chce.
  "Nie ma sensu o tym myśleć". Pomyślał o tej kobiecie, Ethel Long, jako o najstarszej, mądrzejszej i bardziej wyrafinowanej kobiecie, jaką kiedykolwiek widział. Musiała go polubić. Dlaczego zrobiła to, co zrobiła?
  Pozwoliła, żeby to się stało tam, w bibliotece, w ciemności. Nigdy nie myślał, że to się stanie. Nawet wtedy, teraz... gdyby nie była odważna. Nic nie powiedziała. W jakiś szybki, subtelny sposób dała mu do zrozumienia, że to może się stać. Bał się. "Czułem się niezręcznie. Gdybym tylko nie czuł się tak cholernie niezręcznie. Udawałem, że w to nie wierzę, że nie mogę uwierzyć".
  Potem czuł się jeszcze bardziej niespokojny niż wcześniej. Nie mógł spać. Sposób, w jaki go zwolniła po tym zdarzeniu. Sprawiła, że poczuł się jak chłopiec, a nie mężczyzna. Był zły, zraniony, zdezorientowany.
  Po rozstaniu z nią, długo szedł sam, mając ochotę przekląć. Były tam listy, które otrzymał od swojego przyjaciela Neila Bradleya, syna farmera z Dzikiego Zachodu, który był teraz zakochany w nauczycielce, i co się z nimi działo. Listy nadal przychodziły tego lata. Być może miały coś wspólnego z obecnym stanem Reda.
  Pewien mężczyzna mówi do drugiego mężczyzny: "Mam coś dobrego".
  Zaczyna myśleć.
  Zaczynają się myśli.
  Czy kobieta może zrobić coś takiego mężczyźnie, nawet dużo młodszemu od niej, biorąc go i nie biorąc, a nawet wykorzystując go...
  To było tak, jakby chciała coś wypróbować na sobie. "Zobaczę, czy to mi pasuje, czy tego chcę".
  Czy człowiek mógłby tak żyć, myśląc tylko: "Czy tego chcę? Czy to będzie dla mnie dobre?"
  Jest w to zamieszana jeszcze jedna osoba.
  Rudowłosy Oliver błąkał się samotnie w ciemnościach gorącej, południowej nocy po deszczu. Wyszedł za Długi Dom. Dom był daleko, na obrzeżach miasta. Nie było chodników. Zszedł z chodnika, nie chcąc hałasować, i ruszył drogą, po ziemi. Stanął przed domem. Podszedł bezpański pies. Pies podszedł bliżej, a potem uciekł. Niemal przecznicę dalej paliła się latarnia uliczna. Pies podbiegł do latarni, po czym odwrócił się, zatrzymał i zaszczekał.
  "Gdyby tylko człowiek miał odwagę."
  Wyobraź sobie, że mógłby podejść do drzwi i zapukać. "Chcę się widzieć z Ethel Long.
  "Wyjdź tutaj. Jeszcze z tobą nie skończyłem.
  "Gdyby mężczyzna mógł być mężczyzną".
  Red stał na drodze, myśląc o kobiecie, z którą był, kobiecie, z którą był tak blisko, ale nie do końca. Czy to możliwe, że kobieta wróciła do domu i spokojnie zasnęła, puszczając go wolno? Ta myśl go rozgniewała i wyszedł, przeklinając. Całą noc i cały następny dzień, próbując skończyć pracę, kołysał się w przód i w tył. Obwiniał siebie za to, co się stało, a potem jego nastrój się zmienił. Obwiniał kobietę. "Jest starsza ode mnie. Powinna była wiedzieć, czego chce". Wczesnym rankiem, o świcie, wstał z łóżka. Napisał do Ethel długi list, który nigdy nie został wysłany, i wyraził w nim dziwne poczucie porażki, jaką mu sprawiła. Napisał list, a potem podarł go i napisał kolejny. Drugi list wyrażał jedynie miłość i tęsknotę. Wziął całą winę na siebie. "To było coś złego. To była moja wina. Proszę, pozwól mi jeszcze raz do ciebie przyjść. Proszę. Proszę". "Spróbujmy jeszcze raz".
  Podarł również ten list.
  W Długim Domu nie było formalnego śniadania. Nowa żona sędziego z tym skończyła. Rano śniadanie było niesione do każdego pokoju na tacach. Tego ranka śniadanie Ethel przyniosła jej czarnoskóra kobieta, wysoka kobieta o dużych dłoniach i stopach oraz grubych ustach. Był sok owocowy, kawa i tost w szklance. Ojciec Ethel jadłby gorący chleb. Domagałby się gorącego chleba. Był szczerze zainteresowany jedzeniem, zawsze mówił o nim, jakby chciał powiedzieć: "Zajmuję swoje stanowisko. Tu zajmuję swoje stanowisko. Jestem z Południa. Tu zajmuję swoje stanowisko".
  Ciągle gadał o kawie. "To niedobre. Czemu nie mogę pić dobrej kawy?". Kiedy poszedł na lunch do Rotary Club, wrócił do domu i opowiedział im o tym. "Piliśmy dobrą kawę" - powiedział. "Piliśmy wspaniałą kawę".
  Łazienka w Longhouse znajdowała się na parterze, obok pokoju Ethel. Tego ranka wstała i wzięła kąpiel o szóstej. Woda była zimna. Cudownie. Zanurkowała. Nie była wystarczająco zimna.
  Jej ojciec już wstał. Był jednym z tych mężczyzn, którzy nie mogli spać po świcie. Nadchodził bardzo wcześnie latem w Georgii. "Potrzebuję porannego powietrza" - powiedział. "To najlepsza pora dnia, żeby wyjść i odetchnąć". Wstał z łóżka i na palcach przeszedł przez dom. Wyszedł z domu. Nadal miał krowę i poszedł zobaczyć, jak ją doją. Czarnoskóry mężczyzna przybył wcześnie rano. Wyprowadził krowę z pola, z pola w pobliżu domu, z pola, na które sędzia kiedyś poszedł w gniewie szukać swojej córki, Ethel, a tym razem poszła tam, żeby spotkać się z chłopcem. Nie widział chłopca, ale był pewien, że tam jest. Zawsze tak myślał.
  "Ale jaki jest sens myślenia? Jaki jest sens próbowania zrobienia czegoś z kobiet?"
  Mógł porozmawiać z mężczyzną, który przywiózł krowę. Krowa, którą posiadał od dwóch lub trzech lat, cierpiała na schorzenie zwane pustym ogonem. W Langdon nie było weterynarza, a czarnoskóry mężczyzna powiedział, że ogon trzeba będzie obciąć. Wyjaśnił: "Trzeba przeciąć ogon wzdłuż. Potem posypać solą i pieprzem". Sędzia Long się roześmiał, ale pozwolił mu to zrobić. Krowa zdechła.
  Teraz miał kolejną krowę, pół-Jersey. Miała złamany róg. Kiedy nadejdzie jej czas, czy lepiej będzie ją zapłodnić bykiem rasy Jersey, czy jakimś innym? Pół mili od wioski mieszkał mężczyzna, który miał pięknego byka rasy holsztyńskiej. Czarny mężczyzna uważał, że będzie on najlepszym bykiem. "Holsztyny dają więcej mleka" - powiedział. Było wiele tematów do rozmowy. Rozmowa z czarnoskórym mężczyzną o takich rzeczach o poranku była swojska i przyjemna.
  Przyszedł chłopiec z egzemplarzem Konstytucji Atlanty i rzucił go na werandę. Pobiegł przez trawnik przed sędzią, zostawiając rower przy płocie, a następnie rzucił gazetę. Złożyła się i upadła z brzękiem. Sędzia poszedł za nim i, zakładając okulary, usiadł na werandzie i czytał.
  Wczesnym rankiem na podwórku było tak pięknie, że nie było ani jednej z niepokojących kobiet sędziego, tylko czarnoskóry mężczyzna. Czarnoskóry mężczyzna, który doił i pielęgnował krowę, wykonywał również inne prace domowe i ogrodowe. Zimą przynosił drewno do kominków w domu, a latem kosił i opryskiwał trawnik i rabaty kwiatowe.
  Pielęgnował rabatki kwiatowe na podwórku, podczas gdy sędzia obserwował i wydawał polecenia. Sędzia Long pasjonował się kwiatami i krzewami kwitnącymi. Znał się na tym. W młodości studiował ptaki i znał setki z nich z widzenia i śpiewu. Tylko jedno z jego dzieci interesowało się tym. Był to jego syn, który zginął podczas II wojny światowej.
  Jego żona, Blanche, zdawała się nigdy nie widzieć ptaków ani kwiatów. Nie zauważyłaby, gdyby wszystkie nagle zniknęły.
  Kazał przynieść obornik i podłożyć go pod korzenie krzewów. Wziął wąż i podlał krzewy, kwiaty i trawę, podczas gdy czarnoskóry kręcił się w pobliżu. Rozmawiali. Było fajnie. Sędzia nie miał żadnych męskich przyjaciół. Gdyby czarnoskóry nie był czarnoskórym...
  Sędzia nigdy się nad tym nie zastanawiał. Obaj mężczyźni widzieli i czuli to samo. Dla sędziego krzewy, kwiaty i trawa były żywymi istotami. "On też chce się napić" - powiedział czarnoskóry mężczyzna, wskazując na konkretny krzew. Niektóre krzewy nazwał męskimi, inne żeńskimi, według własnego uznania. "Daj jej trochę, sędzio". Sędzia się roześmiał. Spodobało mu się. "Teraz trochę dla niego".
  Sędzia Blanche, jego żona, nigdy nie wstawała z łóżka przed południem. Po ślubie z sędzią nabrała zwyczaju leżenia rano w łóżku i palenia papierosów. Ten nawyk go zszokował. Powiedziała Ethel, że przed ślubem potajemnie paliła. "Siedziałam w swoim pokoju, paliłam późno w nocy i wydmuchiwałam dym przez okno" - powiedziała. "Zimą wydmuchiwałam go do kominka. Leżałam na brzuchu na podłodze i paliłam. Nie śmiałam nikomu o tym powiedzieć, zwłaszcza twojemu ojcu, który zasiadał w radzie szkolnej. Wszyscy uważali mnie wtedy za dobrą kobietę".
  Blanche wypaliła mnóstwo dziur w narzucie. Nie obchodziło jej to. "Do diabła z narzutami" - pomyślała. Nie czytała. Rano leżała w łóżku, paliła papierosy i patrzyła przez okno w niebo. Po ślubie, kiedy mąż dowiedział się o jej paleniu, poszła na ustępstwo. Rzuciła palenie w jego obecności. "Nie zrobiłbym tego, Blanche" - powiedział raczej błagalnie.
  "Dlaczego?"
  "Ludzie będą gadać. Nie zrozumieją."
  - Czego nie rozumiesz?
  "Nie rozumiem, że jesteś dobrą kobietą".
  "Nie wierzę" - odparła ostro.
  Lubiła opowiadać Ethel, jak oszukała miasto i swojego męża, ojca Ethel. Ethel próbowała wyobrazić ją sobie taką, jaka była wtedy: młodą kobietą albo dziewczyną. "To wszystko kłamstwo, ten obraz, jaki sobie wyrobiła" - pomyślała Ethel. Mogła być nawet słodka, bardzo słodka, całkiem pogodna i pełna życia. Ethel wyobrażała sobie młodą blondynkę, szczupłą i ładną, pełną życia, dość śmiałą i pozbawioną skrupułów. "Byłaby wtedy strasznie niecierpliwa, tak jak ja, gotowa podjąć ryzyko. Nie zaoferowano jej niczego, czego by chciała. Miała oko na sędziego. "Co mam zrobić, zostać nauczycielką na zawsze?" - pytała samą siebie. Sędzia zasiadał w radzie szkolnej okręgu. Spotkała go na jakimś wydarzeniu. Raz w roku jeden z miejskich klubów obywatelskich, Rotary Club lub Kiwanis Club, organizował kolację dla wszystkich białych nauczycieli. Miała oko na sędziego. Jego żona nie żyła.
  W końcu mężczyzna to mężczyzna. Co działa u jednego, zadziała u drugiego. Ciągle mówisz starszemu mężczyźnie, jak młodo wygląda... niezbyt często, ale rzucasz to. "Jesteś tylko chłopcem. Potrzebujesz kogoś, kto się tobą zaopiekuje". To działa.
  Napisała do sędziego pełen współczucia list, gdy zmarł jego syn. Zaczęli się potajemnie spotykać. Był samotny.
  Zdecydowanie coś było między Ethel i Blanche. To było między mężczyznami. To było między wszystkimi kobietami.
  Blanche posunęła się za daleko. Była głupia. A jednak było coś wzruszającego w scenie w pokoju w noc poprzedzającą opuszczenie przez Ethel domu ojca na zawsze. To była determinacja Blanche, coś w rodzaju szalonej determinacji. "Zjem coś. Nie dam się całkowicie okraść.
  "Dostanę cię."
  *
  GDYBY ojciec Ethel wszedł do pokoju akurat wtedy, gdy Blanche kurczowo trzymała się Ethel... Ethel mogłaby sobie wyobrazić tę scenę. Blanche podnoszącą się z ziemi. Nie przejęłaby się tym. Chociaż świt wstawał bardzo wcześnie latem, kiedy żył Langdon, Ethel miała mnóstwo czasu na przemyślenia, zanim nastał świt w noc, kiedy postanowiła wyjść z domu.
  Jej ojciec wstał wcześnie, jak zwykle. Siedział na ganku swojego domu, czytając gazetę. Czarnoskóra kucharka, żona woźnego, była w domu. Niosła śniadanie sędziego po domu i stawiała je na stole obok niego. To była jego pora dnia. Dwóch czarnoskórych mężczyzn kręciło się w pobliżu. Sędzia niewiele komentował wiadomości. Był rok 1930. Gazeta była pełna doniesień o kryzysie przemysłowym, który rozpoczął się jesienią poprzedniego roku. "Nigdy w życiu nie kupiłem akcji" - powiedział głośno ojciec Ethel. "Ja też nie" - powiedział Murzyn z podwórka, a sędzia się roześmiał. Był woźny, Murzyn, który mówił o kupowaniu akcji. "I ja". To był żart. Sędzia dał Murzynowi radę. "No to daj spokój". Jego ton był poważny... kpiąco poważny. "Nie kupujesz akcji na kredyt?"
  - Nie, proszę pana, nie, proszę pana, nie zrobię tego, sędzio.
  Cichy chichot rozległ się z ust ojca Ethel, który bawił się z czarnoskórym mężczyzną, a właściwie swoim przyjacielem. Dwaj starzy czarnoskórzy mężczyźni współczuli sędziemu. Został złapany. Nie miał szans na ucieczkę. Wiedzieli o tym. Czarni mogą być naiwni, ale nie są głupcami. Czarnoskóry mężczyzna doskonale wiedział, że rozśmiesza sędziego.
  Ethel też coś wiedziała. Tego ranka powoli zjadła śniadanie i powoli się ubrała. W pokoju, który zajmowała, była ogromna szafa, a w niej jej walizki. Zostały tam postawione, kiedy wróciła z Chicago. Spakowała je. "Poślę po nie później tego samego dnia" - pomyślała.
  Nie było sensu mówić ojcu czegokolwiek. Już zdecydowała, co zrobi. Zamierzała spróbować poślubić Toma Riddle'a. "Myślę, że tak zrobię. Jeśli on nadal będzie chciał, myślę, że tak zrobię".
  To było dziwne uczucie komfortu. "Nie obchodzi mnie to" - powiedziała sobie. "Opowiem mu nawet o wczorajszej nocy w bibliotece. Zobaczę, czy da radę. Jeśli nie będzie chciał... Zajmę się tym, kiedy nadejdzie właściwy moment".
  "Tak to jest. Zajmuj się sprawami takimi, jakie są."
  "Mogę, ale mogę i nie".
  Chodziła po swoim pokoju, zwracając szczególną uwagę na swój strój.
  "A co z tym kapeluszem? Trochę mu nie leży". Włożyła go i przyjrzała się sobie w lustrze. "Wyglądam całkiem nieźle. Nie wyglądam na zmęczoną". Zdecydowała się na czerwoną letnią sukienkę. Była dość ognista, ale ładnie podkreślała jej cerę. Podkreślała jej ciemny, oliwkowy odcień. "Policzki mogłyby się trochę pomalować" - pomyślała.
  Zwykle po takiej nocy wyglądałaby na wyczerpaną, ale tego ranka tak nie było.
  Ten fakt ją zaskoczył. Ona sama nadal się zaskakiwała.
  "W jakim dziwnym nastroju jestem" - powiedziała do siebie, przechodząc przez pokój. Kiedy kucharka weszła z tacą ze śniadaniem, zamknęła drzwi na klucz. Czy Blanche byłaby tak głupia, żeby zejść na dół i powiedzieć cokolwiek o wczorajszym incydencie, spróbować wyjaśnić lub przeprosić? Załóżmy, że Blanche spróbuje. To wszystko zepsuje. "Nie" - powiedziała sobie Ethel. "Ma na to za dużo zdrowego rozsądku, za dużo odwagi. Ona taka nie jest". To było przyjemne uczucie, niemal sympatia do Blanche. "Ma prawo być tym, kim jest" - pomyślała Ethel. Rozwinęła nieco myśl. Wyjaśniało to wiele w życiu. "Niech każdy będzie tym, kim jest. Jeśli człowiek chce uważać się za dobrego" (myślała o swoim ojcu), "niech tak myśli. Ludzie mogą nawet uważać się za chrześcijan, jeśli im to przyniesie korzyść i pocieszy".
  Ta myśl była pocieszająca. Ogarnęła się i wyprostowała włosy. Do wybranej sukienki miała na sobie mały, obcisły czerwony kapelusz. Lekko pomalowała policzki, a potem usta.
  "Jeśli nie jest to uczucie, jakie żywiłem do tego chłopca, to głodne, raczej bezsensowne pragnienie, jakie odczuwają zwierzęta, to może to być coś innego".
  Tom Riddle był prawdziwym realistą, wręcz śmiałym. "W głębi duszy jesteśmy do siebie bardzo podobni". Jak cudownie z jego strony, że zachował szacunek do samego siebie przez cały okres zalotów! Nie próbował jej dotykać ani manipulować jej emocjami. Był szczery. "Może znajdziemy wspólny język", pomyślała Ethel. To byłoby ryzykowne. Wiedziałby, że to ryzykowne zagranie. Z wdzięcznością wspominała słowa starszego mężczyzny...
  "Możesz nie być w stanie mnie pokochać. Nie wiem, czym jest miłość. Nie jestem chłopcem. Nikt nigdy nie nazwał mnie przystojnym mężczyzną".
  "Powiem mu wszystko, co przyjdzie mi do głowy, wszystko, co moim zdaniem chciałby wiedzieć. Jeśli mnie zechce, może mnie zabrać już dziś. Nie chcę czekać. Zaczynamy.
  Czy miała do niego zaufanie? "Postaram się dobrze dla niego wywiązać. Chyba wiem, czego chce".
  Usłyszała głos ojca rozmawiającego z czarnoskórym mężczyzną pracującym na ganku. Poczuła się zraniona i jednocześnie współczuła.
  "Gdybym tylko mógł mu coś powiedzieć, zanim odejdę. Nie mogę. Byłby zły, gdyby usłyszał wieści o jej nagłym ślubie... gdyby Tom Riddle nadal chciał ją poślubić. Będzie chciał. Będzie. Będzie."
  Znów pomyślała o młodym Oliverze i o tym, co mu zrobiła, testując go tak jak wcześniej, aby upewnić się, że to on, a nie Tom Riddle, jest tym, którego pragnie. Przyszła jej do głowy nieco nikczemna myśl. Z okna sypialni widziała pastwisko, na które ojciec przyszedł jej szukać tamtej nocy, gdy była małą dziewczynką. Pastwisko opadało w kierunku strumienia, a wzdłuż niego rosły krzaki. Chłopiec zniknął w krzakach tym razem. Dziwne byłoby, gdyby zabrała tam młodego Olivera, na pastwisko, poprzedniej nocy. "Gdyby noc była pogodna, zrobiłabym to" - pomyślała. Uśmiechnęła się, nieco mściwie, delikatnie. "Będzie pasował do jakiejś kobiety. W końcu to, co zrobiłam, nie może mu zaszkodzić. Może dostał trochę wykształcenia. W każdym razie, to ja to zrobiłam".
  Dziwnie i dezorientująco było próbować zrozumieć, czym jest edukacja, co jest dobre, a co złe. Nagle przypomniała sobie zdarzenie, które miało miejsce w mieście, gdy była małą dziewczynką.
  Była na ulicy z ojcem. Sądzono czarnoskórego mężczyznę. Oskarżono go o gwałt na białej kobiecie. Biała kobieta, jak się później okazało, była niegrzeczna. Przyjechała do miasta i oskarżyła czarnoskórego mężczyznę. Później został uniewinniony. Był z jakimś mężczyzną w pracy na drodze dokładnie o tej samej porze, kiedy, według niej, to się stało.
  Początkowo nikt o tym nie wiedział. Doszło do zamieszek i plotek o linczu. Ojciec Ethel był zaniepokojony. Grupa uzbrojonych zastępców szeryfa stała przed więzieniem okręgowym.
  Na ulicy przed apteką stała kolejna grupa mężczyzn. Był tam Tom Riddle. Jakiś mężczyzna do niego przemówił. Tym mężczyzną był miejscowy kupiec. "Zamierzasz to zrobić, Tom Riddle? Zamierzasz podjąć się sprawy tego człowieka? Zamierzasz go bronić?"
  
  - Tak, i czyścić też.
  "Cóż... Ty... Ty... Mężczyzna był podekscytowany.
  "On nie był winny" - powiedział Tom Riddle. "Gdyby był winny, i tak bym się nim zajął. I tak bym go bronił.
  "A co do ciebie..." Ethel przypomniała sobie wyraz twarzy Toma Riddle"a. Wystąpił przed tego mężczyznę, kupca. Niewielka grupka mężczyzn stojących wokół zamilkła. Czy kochała Toma Riddle"a w tamtej chwili? Czym jest miłość?
  "Jeśli chodzi o ciebie, to wiem o tobie wszystko" - powiedział Tom Riddle do mężczyzny - "jeśli kiedykolwiek pozwę cię do sądu".
  To wszystko. Było miło, gdy jeden mężczyzna stanął naprzeciwko grupy mężczyzn i rzucił im wyzwanie.
  Skończywszy się pakować, Ethel wyszła z pokoju. W domu panowała cisza. Nagle serce zaczęło jej walić. "Więc wychodzę z tego domu.
  "Jeśli Tom Riddle mnie nie chce, mimo że wie o mnie wszystko, jeśli mnie nie chce..."
  Na początku nie zauważyła Blanche, która zeszła na dół i była w jednym z pokoi na pierwszym piętrze. Blanche zrobiła krok naprzód. Nie była ubrana. Miała na sobie brudną piżamę. Przeszła przez mały korytarz i podeszła do Ethel.
  "Wyglądasz świetnie" - powiedziała. "Mam nadzieję, że to będzie dla ciebie udany dzień".
  Odsunęła się na bok, gdy Ethel wyszła z domu i zeszła po dwóch lub trzech schodkach z ganku na ścieżkę prowadzącą do furtki. Blanche stała w domu, obserwując, a sędzia Long, który wciąż czytał poranną gazetę, odłożył ją i również obserwował.
  "Dzień dobry" powiedział, a "Dzień dobry" odpowiedziała Ethel.
  Poczuła na sobie wzrok Blanche. Pójdzie do pokoju Ethel. Zobaczy torby i walizki Ethel. Zrozumie, ale nie powie nic sędziemu ani mężowi. Wślizgnie się z powrotem na górę i położy do łóżka. Leży w łóżku, patrząc przez okno i paląc papierosy.
  *
  TOM RIDDLE był zdenerwowany i pobudzony. "Była wczoraj wieczorem z tym chłopakiem. Byli razem w bibliotece. Było ciemno". Czuł się trochę zły na siebie. "Cóż, nie winię jej. Kimże ja jestem, żeby ją winić?"
  "Jeśli mnie będzie potrzebowała, myślę, że mi powie. Nie wierzę, że mogłaby chcieć go, tego chłopca, nie na zawsze".
  Był zdenerwowany i podekscytowany, jak zawsze, gdy myślał o Ethel, i wcześnie rano poszedł do biura. Zamknął drzwi i zaczął chodzić tam i z powrotem. Palił papierosy.
  Wielokrotnie tego lata, stojąc przy oknie swojego biura, ukryty przed ulicą, Tom obserwował Ethel idącą do biblioteki. Był zachwycony, widząc ją. W swojej ekscytacji stał się chłopcem.
  Tego ranka ją zobaczył. Przechodziła przez ulicę. Zniknęła mu z oczu. Stał przy oknie.
  Na schodach prowadzących do jego biura rozległ się odgłos kroków. Czy to mogła być Ethel? Czy podjęła decyzję? Czy przyszła się z nim zobaczyć?
  "Cicho bądź... Nie bądź głupcem" - powiedział sobie. Na schodach rozległy się kroki. Zatrzymali się. Znów ruszyli naprzód. Otworzyły się zewnętrzne drzwi jego gabinetu. Tom Riddle zebrał się w sobie. Stał, drżąc, aż drzwi do jego wewnętrznego gabinetu się otworzyły i stanęła przed nim Ethel, lekko blada, z dziwnym, zdecydowanym spojrzeniem.
  Tom Riddle uspokoił się. "Kobieta, która zamierza oddać się mężczyźnie, nie przychodzi do niego w takiej sytuacji" - pomyślał. "Ale dlaczego przyszła tutaj?"
  - Przyszedłeś tutaj?
  "Tak."
  Dwie osoby stoją naprzeciwko siebie. Ludzie nie organizują ślubów w ten sposób, w kancelarii prawnej, rano... kobieta podchodzi do mężczyzny.
  "Czy to możliwe?" - zapytała samą siebie Ethel.
  "Czy to możliwe?" - zapytał sam siebie Tom Riddle.
  "Nawet nie pocałowałem. Nigdy jej nie dotknąłem.
  Mężczyzna i kobieta stali naprzeciw siebie. Z ulicy dobiegały dźwięki miasta, miasta toczącego swoje codzienne, raczej bezsensowne sprawy. Biuro znajdowało się nad sklepem. Było to proste biuro z jednym dużym pokojem, dużym biurkiem z płaskim blatem i książkami prawniczymi na regałach wzdłuż ścian. Podłoga była pusta.
  Z dołu dobiegł jakiś dźwięk. Sprzedawca upuścił pudełko na podłogę.
  "No cóż" - powiedziała Ethel. Powiedziała to z wysiłkiem. "Mówiłeś mi wczoraj wieczorem - mówiłeś, że jesteś gotowy... w każdej chwili. Mówiłeś, że ci to odpowiada".
  To było dla niej trudne, bardzo trudne. "Będę cholerną idiotką" - pomyślała. Chciało jej się płakać.
  - Muszę ci powiedzieć wiele rzeczy...
  "Założę się, że mnie nie zabierze" - pomyślała.
  "Czekaj" - powiedziała szybko - "nie jestem tym, za kogo mnie uważasz. Muszę ci to powiedzieć. Muszę. Muszę".
  "Bzdura" - powiedział, podchodząc do niej i biorąc ją za rękę. "Do diabła" - powiedział - "Daj spokój. Po co ta rozmowa?"
  Wstał i spojrzał na nią. "Czy odważę się, czy odważę się spróbować, czy odważę się spróbować ją podnieść?"
  Tak czy inaczej, wiedziała, że go lubi, jak stał tam, niepewny i niepewny. "Ożeni się ze mną, dobrze?", pomyślała. W tej chwili nie myślała o niczym innym.
  OceanofPDF.com
  KSIĘGA CZWARTA. POZA POŻĄDANIEM
  OceanofPDF.com
  1
  
  BYŁO W LISTOPADZIE 1930 ROKU.
  Rudowłosy Oliver niespokojnie poruszył się we śnie. Obudził się, a potem znów zasnął. Pomiędzy snem a jawą istnieje kraina - kraina pełna groteskowych form - a on był w tej krainie. Tam wszystko zmienia się szybko i dziwnie. To kraina spokoju, a potem grozy. Drzewa w tej krainie rosną. Stają się bezkształtne i wydłużone. Wyłaniają się z ziemi i unoszą w powietrze. Pragnienia wnikają w ciało śpiącego.
  Teraz jesteś sobą, ale nie jesteś sobą. Jesteś poza sobą. Widzisz siebie biegnącego wzdłuż plaży... szybciej, szybciej, szybciej. Ziemia, na której wylądowałeś, stała się straszna. Czarna fala wznosi się z czarnego morza, by cię pochłonąć.
  I nagle, równie nagle, wszystko znów zapada w spokój. Leżysz na łące pod drzewem, w ciepłym słońcu. W pobliżu pasie się bydło. Powietrze wypełnia ciepły, bogaty, mleczny zapach. Kobieta w pięknej sukni idzie w twoim kierunku.
  Ma na sobie fioletowy aksamit. Jest wysoka.
  To była Ethel Long z Langdon w stanie Georgia, zmierzająca na spotkanie z Redem Oliverem. Ethel Long nagle stała się pełna wdzięku. Była w łagodnym, kobiecym nastroju i zakochana w Redzie.
  Ale nie... to nie była Ethel. To była dziwna kobieta, fizycznie podobna do Ethel Long, ale jednocześnie odmienna od niej.
  To była Ethel Long, pokonana przez życie, pokonana przez życie. Zobacz
  ...straciła część swojej prostolinijnej, dumnej urody i stała się pokorna. Ta kobieta z radością przyjmowała miłość - każdą, która do niej przychodziła. Jej oczy mówiły to teraz. To była Ethel Long, która nie walczyła już z życiem, nie chciała już nawet w nim zwyciężyć.
  Spójrz... nawet jej sukienka się zmieniła, gdy idzie przez rozświetlone słońcem pole w stronę Red. Sny. Czy osoba we śnie zawsze wie, że śni?
  Kobieta na polu miała na sobie starą, znoszoną bawełnianą sukienkę. Jej twarz wyglądała na wyniszczoną. Była rolniczką, robotnicą, która po prostu szła przez pole, żeby wydoić krowę.
  Pod krzakami leżały dwie małe deski, a Red Oliver leżał na nich. Bolało go ciało i było mu zimno. Był listopad, a on znajdował się na porośniętym krzakami polu niedaleko Birchfield w Karolinie Północnej. Próbował spać w ubraniu pod krzakiem, na dwóch deskach leżących na ziemi, ale łóżko, które sobie zbudował z dwóch desek, które znalazł niedaleko, było niewygodne. Była późna noc, więc usiadł, pocierając oczy. Jaki sens było próbować zasnąć?
  "Dlaczego tu jestem? Gdzie jestem? Co ja tu robię?" Życie jest niewytłumaczalnie dziwne. Dlaczego człowiek taki jak on znalazł się w takim miejscu? Dlaczego zawsze pozwalał sobie na robienie niewytłumaczalnych rzeczy?
  Red wybudził się ze swojego półsnu zdezorientowany, dlatego też, po przebudzeniu, musiał przede wszystkim zebrać siły.
  Był też fakt fizyczny: był dość silnym młodym mężczyzną... sen w nocy nie miał dla niego większego znaczenia. Był w tym nowym miejscu. Jak się tam znalazł?
  Wspomnienia i wrażenia powróciły falą. Usiadł prosto. Kobieta, starsza od niego, wysoka, pracująca, rolniczka, dość szczupła, podobna do Ethel Long z Langdon w Georgii, zaprowadziła go do miejsca, gdzie leżał na dwóch deskach, próbując zasnąć. Usiadł i potarł oczy. Nieopodal rosło małe drzewo, doczołgał się do niego po piaszczystej ziemi. Usiadł na ziemi, opierając plecy o mały pień drzewa. Był podobny do desek, na których próbował spać. Pień drzewa był szorstki. Gdyby była tylko jedna deska, szeroka i gładka, mógłby zasnąć. Przytrzasnął sobie dolny policzek dwoma deskami i został unieruchomiony. Zgiął się wpół i potarł posiniaczone miejsce.
  Oparł się plecami o małe drzewo. Kobieta, z którą przyszedł, dała mu koc. Przyniosła go z małego namiotu stojącego w pewnej odległości i był już cienki. "Ci ludzie pewnie nie mają zbyt wiele pościeli" - pomyślał. Kobieta mogła przynieść mu własny koc z namiotu. Była wysoka, jak Ethel Long, ale nie przypominała jej zbytnio z wyglądu. Jako kobieta, w niczym nie przypominała stylu Ethel. Red cieszył się, że się obudził. "Siedzenie tutaj będzie wygodniejsze niż próba spania na tym łóżku" - pomyślał. Siedział na ziemi, a ziemia była wilgotna i zimna. Podkradł się i podniósł jedną z desek. "I tak usiądzie" - pomyślał. Spojrzał w niebo. Wzeszedł sierp księżyca, a po niebie przesuwały się szare chmury.
  Red przebywał w obozie strajkujących robotników na polu niedaleko Birchfield w Karolinie Północnej. Była księżycowa listopadowa noc i dość chłodna. Jakiż dziwny splot wydarzeń go tam przywiódł!
  Przybył do obozu poprzedniego wieczoru po ciemku z kobietą, która go tam przyprowadziła i zostawiła. Przybyli pieszo, przedzierając się przez wzgórza - a raczej półgóry - idąc nie drogą, lecz ścieżkami, które pięły się po wzgórzach i biegły wzdłuż ogrodzonych pól. W ten sposób przeszli kilka mil w szarym wieczorze i mroku wczesnej nocy.
  Dla Reda Olivera była to noc, w której wszystko wokół wydawało się nierealne. W jego życiu było już wiele takich chwil. Nagle zaczął sobie przypominać inne nierealne chwile.
  Takie chwile nawiedzają każdego mężczyznę i każdego chłopca. Oto chłopiec. To chłopiec w domu. Dom nagle staje się nierealny. Jest w pokoju. Wszystko w pokoju jest nierealne. W pokoju są krzesła, komoda, łóżko, na którym leżał. Dlaczego to wszystko nagle wydaje się dziwne? Padają pytania. "Czy to ten dom, w którym mieszkam? Czy ten dziwny pokój, w którym teraz jestem, to pokój, w którym spałem wczoraj i przedwczoraj?"
  Wszyscy znamy te dziwne czasy. Czy kontrolujemy swoje działania, ton naszego życia? To absurdalne pytanie! Nie kontrolujemy. Wszyscy jesteśmy głupi. Czy nadejdzie kiedyś dzień, kiedy uwolnimy się od tej głupoty?
  Żeby choć trochę poznać życie nieożywione. Oto to krzesło... ten stół. To krzesło jest jak kobieta. Wielu mężczyzn na nim siedziało. Rzucali się na nie, siadali miękko, czule. Ludzie siedzieli na nim, myśląc i cierpiąc. To krzesło jest już stare. Unosi się nad nim zapach wielu ludzi.
  Myśli przychodzą szybko i niespodziewanie. Wyobraźnia mężczyzny czy chłopca powinna spać przez większość czasu. Nagle wszystko zaczyna się psuć.
  Dlaczego na przykład ktoś miałby chcieć zostać poetą? Co to daje?
  Lepiej byłoby żyć po prostu jak zwykły człowiek, żyjąc, jedząc i śpiąc. Poeta pragnie rozrywać rzeczy na kawałki, zerwać zasłonę oddzielającą go od nieznanego. Pragnie zajrzeć daleko poza życie, w mroczne, tajemnicze miejsca. Dlaczego?
  Jest coś, co chciałby zrozumieć. Słowom, których ludzie używają na co dzień, można nadać nowe znaczenie, myślom - nowe znaczenie. Pozwolił sobie dryfować w nieznane. Teraz chciałby wrócić do znanego, codziennego świata, niosąc coś, dźwięk, słowo, z nieznanego do znanego. Dlaczego?
  Myśli kłębią się w głowie mężczyzny lub chłopca. Czym jest to coś, co nazywa się umysłem? Gra w dwójkę z mężczyzną lub chłopcem wymyka się spod kontroli.
  Rudowłosy Oliver, znajdując się nocą w dziwnym, zimnym miejscu, rozmyślał mgliście o swoim dzieciństwie. Kiedy był chłopcem, czasami chodził z matką do szkółki niedzielnej. Myślał o tym.
  Pomyślał o historii, którą tam usłyszał. Był sobie człowiek o imieniu Jezus w ogrodzie ze swoimi uczniami, którzy leżeli na ziemi i spali. Być może uczniowie zawsze śpią. Człowiek cierpiał w ogrodzie. W pobliżu stali żołnierze, okrutni żołnierze, którzy chcieli go pojmać i ukrzyżować. Dlaczego?
  "Cóż takiego uczyniłem, że mnie zaprowadzono na ukrzyżowanie?". Dlaczego tu jestem? Parafialny strach. Pewien mężczyzna, nauczyciel szkółki niedzielnej, próbował opowiedzieć dzieciom w swojej klasie historię o nocy spędzonej w ogrodzie. Dlaczego wspomnienie tego powróciło do Reda Olivera, gdy siedział oparty plecami o drzewo na polu?
  Przybył w to miejsce z kobietą, obcą kobietą, którą poznał niemal przypadkiem. Szli przez oświetlone księżycem krajobrazy, przez górskie pola, przez ciemne skrawki lasu i z powrotem. Kobieta, z którą był Red, od czasu do czasu zatrzymywała się, żeby z nim porozmawiać. Była zmęczona wędrówką, wyczerpana.
  Rozmawiała krótko z Red Oliverem, ale narastała między nimi nieśmiałość. Idąc w ciemności, stopniowo ustępowała. "Nie do końca" - pomyślał Red. Ich rozmowa dotyczyła głównie ścieżki. "Uważaj. Jest koleina. Potkniesz się". Korzeń drzewa wystający na ścieżkę nazwała "kolejką". Przyjęła za pewnik, że zna Red Olivera. Był dla niej kimś pewnym, kimś, o kim wiedziała. Był młodym komunistą, działaczem związkowym, podróżującym do miasta, gdzie panowały problemy pracownicze, a ona sama była jedną z robotnic w tarapatach.
  Red poczuła wstyd, że nie zatrzymał jej po drodze, że nie powiedział jej: "Nie jestem tym, za kogo mnie uważasz".
  "Może chciałbym być tym, kim myślisz, że jestem. Nie wiem. A przynajmniej nie jestem.
  Jeśli widzisz we mnie coś odważnego i pięknego, to chciałbym być taki.
  "Chcę tego: być kimś odważnym i pięknym. W życiu i w ludziach jest za dużo brzydoty. Nie chcę być brzydka".
  Nie powiedział jej.
  Myślała, że go zna. Ciągle go pytała: "Jesteś zmęczony? Czy jesteś zmęczony?"
  "NIE."
  Gdy się zbliżyli, przytulił się do niej. Przechodzili przez ciemne miejsca po drodze, a ona przestała oddychać. Gdy pokonywali strome odcinki szlaku, nalegał, żeby iść naprzód i podał jej rękę. Światło księżyca wystarczyło, by dostrzec jej sylwetkę w dole. "Bardzo przypomina Ethel Long" - myślał dalej. Najbardziej przypominała Ethel, gdy podążał za nią ścieżkami, a ona szła przed nim.
  Potem pobiegł przed nią, żeby pomóc jej wspiąć się po stromym zboczu. "Nigdy cię tu nie zmuszą" - powiedziała. "Nie znają tej drogi". Uważała go za niebezpiecznego człowieka, komunistę, który przybył do jej kraju, by walczyć za swój naród. Poszedł przed nią i, biorąc ją za rękę, pociągnął ją w górę po stromym zboczu. Tam znajdował się parking i oboje się zatrzymali. Wstał i spojrzał na nią. Była chuda, blada i wyczerpana. "Już nie wyglądasz jak Ethel Long" - pomyślał. Ciemność lasów i pól pomogła im przełamać nieśmiałość. Razem dotarli do miejsca, gdzie teraz stała Red.
  Red wślizgnął się do obozu niezauważony. Choć była późna noc, słyszał słabe dźwięki. Gdzieś w pobliżu poruszył się mężczyzna lub kobieta, albo dziecko zakwiliło. Rozległ się dziwny dźwięk. Jeden ze strajkujących robotników, z którymi się skontaktował, miał dziecko. Dziecko poruszyło się niespokojnie we śnie, a kobieta przycisnęła je do piersi. Słyszał nawet, jak usta dziecka ssą i popijają sutki kobiety. Mężczyzna, stojący w pewnej odległości, przeczołgał się przez drzwi małej chaty z desek i podniósłszy się, stanął, przeciągając się. W słabym świetle wydawał się ogromny - młody mężczyzna, młody robotnik. Red przycisnął ciało do pnia małego drzewa, nie chcąc być widzianym, a mężczyzna cicho się wycofał. W oddali widać było nieco większą chatę z latarnią. Z wnętrza małego budynku dobiegały głosy.
  Mężczyzna, którego Red widział rozciągającego się, szedł w stronę światła.
  Obóz, do którego dotarł Red, coś mu przypomniał. Znajdował się na łagodnym zboczu, porośniętym krzakami, z których część została wykarczowana. Była tam mała otwarta przestrzeń z chatami przypominającymi psie budy. Stało tam kilka namiotów.
  Przypominało miejsca, które Red już widział. Na południu, w Georgii, rodzinnym kraju Reda, takie miejsca znajdowały się na polach na obrzeżach miasta lub we wsiach na skraju sosnowego lasu.
  Miejsca te nazywano obozowiskami spotkań i ludzie przychodzili tam, aby się modlić. Wyznawali tam religię. Jako dziecko Red czasami jeździł z ojcem, wiejskim lekarzem, i pewnej nocy, jadąc wiejską drogą, natknęli się na takie miejsce.
  Było coś w powietrzu tego miejsca tamtej nocy, co Red teraz pamiętał. Pamiętał swoje zaskoczenie i pogardę ojca. Według ojca, ludzie byli entuzjastami religii. Ojciec, człowiek małomówny, nie udzielał zbyt wielu wyjaśnień. A jednak Red rozumiał, wyczuwał, co się dzieje.
  Miejsca te były miejscami spotkań dla biedoty z Południa, entuzjastów religii, głównie metodystów i baptystów. Byli to biedni biali mieszkańcy pobliskich farm.
  Rozstawiali małe namioty i chaty, jak obóz strajkowy, do którego właśnie weszli Czerwoni. Takie religijne zgromadzenia wśród biednych białych na Południu trwały czasami tygodniami, a nawet miesiącami. Ludzie przychodzili i odchodzili. Przynosili jedzenie z domów.
  Pojawiła się strużka. Ludzie byli niewykształceni i analfabeci, pochodzili z małych gospodarstw dzierżawnych, a nocą z wioski młynarskiej. Ubierali się w najlepsze ubrania i wieczorami przemierzali czerwone drogi Georgii: młodzi mężczyźni i kobiety szli razem, starsi mężczyźni z żonami, kobiety z dziećmi na rękach, a czasem mężczyźni prowadzili dzieci za rękę.
  Wieczorem byli na obozowym spotkaniu. Kazanie trwało dzień i noc. Odmawiano długie modlitwy. Śpiewano. Biedni biali na Południu czasami odprawiali nabożeństwa w ten sposób, podobnie jak czarni, ale nie robili tego razem. W obozach białych, podobnie jak w obozach czarnych, wraz z zapadaniem zmroku panowało wielkie podniecenie.
  Kazanie kontynuowano na zewnątrz, pod gwiazdami. Drżące głosy rozbrzmiewały w pieśniach. Ludzie nagle nawrócili się. Mężczyźni i kobiety byli podekscytowani. Czasami jakaś kobieta, często młoda, zaczynała krzyczeć i wrzeszczeć.
  "Boże. Boże. Daj mi Boga!" - wołała.
  Albo: "Mam go. Jest tutaj. Trzyma mnie.
  "To Jezus. Czuję, jak Jego ręce mnie dotykają.
  "Czuję, jak jego twarz mnie dotyka."
  Na te spotkania przychodziły kobiety, często młode i niezamężne, i czasami wpadały w histerię. Była tam młoda biała kobieta, córka jakiegoś biednego białego dzierżawcy z Południa. Całe życie była nieśmiała i bała się ludzi. Była trochę wygłodzona, wyczerpana fizycznie i psychicznie, ale teraz, na spotkaniu, coś się z nią stało.
  Przybyła ze swoimi ludźmi. Była noc, a ona cały dzień pracowała na polach bawełny lub w przędzalni bawełny w sąsiednim mieście. Tego dnia musiała wykonać dziesięć, dwanaście, a nawet piętnaście godzin ciężkiej pracy w przędzalni lub na polu.
  I tak oto była na spotkaniu obozowym.
  Słyszała głos mężczyzny, kaznodziei, krzyczącego pod gwiazdami lub pod drzewami. Siedziała kobieta, małe, chude, na wpół zagłodzone stworzenie, od czasu do czasu spoglądając przez gałęzie drzew na niebo i gwiazdy.
  I nawet dla niej, biednej i głodnej, nadeszła chwila. Jej oczy widziały gwiazdy i niebo. Tak więc matka Reda Olivera nawróciła się nie na spotkaniu na kolonii, lecz w biednym, małym kościółku na obrzeżach miasteczka fabrycznego.
  Z pewnością, pomyślał Red, jej życie też było życiem głodowym. Nie myślał o tym, kiedy jako chłopiec, z ojcem, widział biednych białych na spotkaniu obozowym. Ojciec zatrzymał samochód na drodze. Z trawiastego trawnika pod drzewami dobiegały głosy, a on zobaczył mężczyzn i kobiety klęczących pod pochodnią zrobioną z sęka sosnowego. Ojciec uśmiechnął się, a na jego twarzy pojawił się grymas pogardy.
  Na spotkaniu obozowym głos zawołał młodą kobietę: "On tam jest... tam... to Jezus. On cię chce". Młoda kobieta zaczęła drżeć. W jej wnętrzu działo się coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Tej nocy poczuła, jak czyjeś ręce dotykają jej ciała. "Teraz. Teraz".
  "Ty. Ty. Pragnę cię."
  Czy możliwe, że gdzieś w tajemniczych odległościach istniał ktoś... Bóg... dziwna istota, która jej pragnęła?
  "Kto mnie potrzebuje, z moim szczupłym ciałem i zmęczeniem w środku?" Byłaby jak ta mała dziewczynka o imieniu Grace, która pracowała w przędzalni bawełny w Langdon w stanie Georgia, ta, którą Red Oliver zobaczył pierwszego lata, kiedy pracował w przędzalni... ta, którą inna pracownica przędzalni o imieniu Doris zawsze starała się chronić.
  Doris chodziła tam nocą, głaskała ją, próbowała ulżyć jej zmęczeniu, próbowała tchnąć w nią życie.
  Ale możesz być zmęczoną, szczupłą młodą kobietą i nie mieć Doris. W końcu Doris są dość rzadkie na tym świecie. Jesteś biedną białą dziewczyną pracującą w fabryce albo harującą całymi dniami z ojcem lub matką na polach bawełny. Patrzysz na swoje chude nogi i chude ramiona. Nie śmiesz nawet powiedzieć sobie: "Chciałabym być bogata albo piękna. Chciałabym mieć miłość mężczyzny". Co by to dało?
  Ale na spotkaniu obozowym: "To Jezus".
  "Biały. Cudowny."
  "Tam na górze."
  "On cię chce. Zabierze cię."
  To mogła być po prostu rozwiązłość. Red wiedział o tym. Wiedział, że jego ojciec pomyślał to samo o spotkaniu obozowym, którego byli świadkami, gdy Red był chłopcem. Była tam młoda kobieta, która się puściła. Krzyczała. Upadła na ziemię. Jęczała. Wokół zebrali się ludzie - jej ludzie.
  "Patrz, ona to dostała."
  Tak bardzo tego pragnęła. Nie wiedziała, czego chce.
  Dla tej dziewczyny to było doświadczenie, wulgarne, ale z pewnością dziwne. Dobrzy ludzie tak nie robią. Może to jest problem z dobrymi ludźmi. Może tylko biedni, skromni i ignoranci mogą sobie na takie rzeczy pozwolić.
  *
  RED OLIVER siedział oparty plecami o drzewko w obozie pracy. W powietrzu unosiło się stłumione napięcie, uczucie, które zdawało się go ogarniać. Być może to głosy dochodzące z oświetlonej chaty. W zaciemnionych pomieszczeniach głosy mówiły cicho i poważnie. Zapadła cisza, po czym rozmowa została wznowiona. Red nie mógł zrozumieć słów. Był zdenerwowany. Obudził się. "Mój Boże" - pomyślał - "jestem tu, w tym miejscu".
  "Jak się tu znalazłem? Dlaczego pozwoliłem sobie tu przybyć?"
  To nie był obóz dla entuzjastów religii. Wiedział o tym. Wiedział, co to jest. "Cóż, nie wiem" - pomyślał. Uśmiechnął się lekko nieśmiało, siedząc pod drzewem i myśląc. "Jestem zdezorientowany" - pomyślał.
  Chciał pojechać do obozu komunistycznego. Nie, nie chciał. Tak, chciał. Siedział tam, kłócąc się z samym sobą, jak to robił od kilku dni. "Gdybym tylko mógł być pewny siebie" - pomyślał. Znów pomyślał o swojej matce praktykującej religię w małym kościółku na obrzeżach wioski młynarskiej, kiedy on był w domu, jeszcze jako uczeń. Szedł tydzień, dziesięć dni, może dwa tygodnie, zbliżając się do miejsca, w którym był teraz. Chciał pojechać. Nie chciał pojechać.
  Pozwolił, by pochłonęło go coś, co być może nie miało z nim nic wspólnego. Czytał gazety, książki, myślał, próbował myśleć. Południowe gazety były pełne dziwnych wiadomości. Ogłaszały nadejście komunizmu na Południu. Gazety niewiele mówiły Redowi.
  On i Neil Bradley często o tym rozmawiali, o kłamstwach w gazetach. Neil powiedział, że nie kłamali wprost. Byli sprytni. Przekręcali historie, sprawiali wrażenie, że nic nie było prawdą.
  Neil Bradley pragnął rewolucji społecznej, a przynajmniej tak mu się zdawało. "Prawdopodobnie tak" - pomyślał Red tej nocy, siedząc w obozie.
  "Ale dlaczego miałbym myśleć o Nilu?"
  Dziwnie było siedzieć i myśleć, że zaledwie kilka miesięcy temu, tej wiosny, kiedy skończył studia, był z Neilem Bradleyem na farmie w Kansas. Neil chciał, żeby tam został. Gdyby tak zrobił, jakże inne mogłoby być jego lato. Nie chciał. Czuł się winny z powodu matki, pozostawionej samej sobie przez śmierć ojca, i po kilku tygodniach opuścił farmę Bradleyów i wrócił do domu.
  Wrócił do pracy w przędzalni bawełny Langdon. Pracownicy przędzalni ponownie go zatrudnili, mimo że go nie potrzebowali.
  To też było dziwne. Tego lata miasto było pełne robotników, mężczyzn z rodzinami, którzy potrzebowali każdej pracy, jaką mogli dostać. Fabryka o tym wiedziała, ale zatrudniła Reda.
  "Myślę, że myśleli... myśleli, że dam sobie radę. Myślę, że wiedzieli, że mogą być problemy z pracą, że pewnie przyjdą. Tom Shaw jest całkiem sprytny" - pomyślał Red.
  Przez całe lato fabryka Langdona kontynuowała cięcia płac. Robotnicy zmuszali wszystkich pracowników akordowych do dłuższej pracy za mniejsze pieniądze. Obcięli również pensję Reda. Zarabiał mniej niż w pierwszym roku pracy w fabryce.
  Głupi. Głupi. Głupi. Myśli krążyły w głowie Reda Olivera. Był nimi pobudzony. Myślał o lecie w Langdon. Nagle postać Ethel Long przemknęła mu przez myśl, jakby próbował zasnąć. Może to dlatego, że tej nocy był z kobietą, nagle zaczął myśleć o Ethel. Nie chciał o niej myśleć. "Oszukała mnie" - pomyślał. Druga kobieta, na którą natknął się późnym wieczorem, ta, która zaprowadziła go do obozu komunistycznego, była tego samego wzrostu co Ethel. "Ale ona nie wygląda jak Ethel. Na Boga, ona nie wygląda jak ona" - pomyślał. Dziwny strumień myśli zrodził się w jego głowie. Głupi. Głupi. Głupi. Myśli waliły mu w głowie jak młoteczki. "Gdybym tylko mógł odpuścić, jak ta kobieta na obozowym spotkaniu" - pomyślał - "gdybym tylko mógł zacząć, być komunistą, walczyć z przegranymi, być kimś". Próbował się z siebie śmiać. "Ethel Long, tak. Myślałeś, że ją masz, prawda? Bawiła się tobą. Zrobiła z ciebie idiotę.
  A jednak Red nie mógł przestać o tym pamiętać. Był młodym mężczyzną. Przeżył z Ethel chwilę, tak cudowną.
  Była taką kobietą, taką piękną. Jego myśli powróciły do nocy w bibliotece. "Czego pragnie mężczyzna?" - zapytał sam siebie.
  Jego przyjaciel Neil Bradley znalazł kobietę. Być może listy Neila, które Red otrzymał tego lata, pobudziły go do działania.
  I nagle pojawiła się szansa u Ethel.
  Nagle, niespodziewanie, zobaczył ją... w bibliotece tej nocy, kiedy rozpętała się burza. Zaparło mu dech w piersiach.
  Boże, kobiety potrafią być dziwne. Chciała tylko wiedzieć, czy go pragnie. Okazało się, że nie.
  Mężczyzna, młody mężczyzna taki jak Red, też był dziwnym stworzeniem. Pragnął kobiety - dlaczego? Dlaczego tak bardzo pragnął Ethel Long?
  Była od niego starsza i nie myślała tak jak on. Chciała mieć szykowne ubrania, żeby móc się naprawdę szykownie prezentować.
  Ona też chciała mężczyznę.
  Myślała, że chce Reda.
  "Wypróbuję go, wystawię go na próbę" - pomyślała.
  "Nie mogłem sobie z nią poradzić". Red poczuł się nieswojo, gdy ta myśl przyszła mu do głowy. Poruszył się niespokojnie. Był człowiekiem, który czuł się nieswojo z powodu własnych myśli. Zaczął się usprawiedliwiać. "Nigdy nie dała mi szansy. Choć raz. Skąd mogła wiedzieć?"
  "Byłem zbyt nieśmiały i przestraszony.
  Puściła mnie wolno - bum. Poszła i zdobyła tego drugiego mężczyznę. Od razu - bum - następnego dnia to zrobiła.
  Zastanawiam się, czy on podejrzewał, czy ona mu powiedziała?
  - Założę się, że nie.
  "Może ona to zrobiła.
  - No, dość już tego.
  W miasteczku fabrycznym w Karolinie Północnej wybuchł strajk robotniczy, i to nie był byle jaki strajk. To był strajk komunistyczny, a plotki o nim krążyły po Południu od dwóch, trzech tygodni. "Co o tym myślisz... to było w Birchfield w Karolinie Północnej... właściwie. Ci komuniści przybyli teraz na Południe. To straszne".
  Dreszcz przeszedł przez Południe. To było wyzwanie Reda. Strajk miał miejsce w Birchfield w Karolinie Północnej, nadrzecznym miasteczku położonym głęboko w górach Karoliny Północnej, niedaleko granicy z Południową Karoliną. Była tam duża przędzalnia bawełny... Birch Mill, jak ją nazywali... i tam rozpoczął się strajk.
  Wcześniej w fabrykach Langdon w Langdon w stanie Georgia wybuchł strajk, w który zaangażowany był Red Oliver. To, co tam robił, uważał za niezbyt przyjemne. Wstydził się o tym myśleć. Jego myśli były jak kłujące szpilki. "Byłem zgniły" - mruknął do siebie - "zgniły".
  Doszło do strajków w kilku miastach na południu kraju, w których przetwarzano bawełnę. Strajki wybuchały nagle, dochodziło do powstań oddolnych... Elizabeth Tone, Tennessee, Marion, Karolina Północna, Danville, Wirginia.
  Potem jeden w Langdon, Georgia.
  Red Oliver brał udział w tym strajku; zaangażował się w niego.
  Stało się to jak nagły błysk - coś dziwnego i nieoczekiwanego.
  On był w tym.
  Jego tam nie było.
  Był.
  Nie był.
  Teraz siedział gdzie indziej, na obrzeżach innego miasta, w obozie strajkowym, opierając plecy o drzewo i rozmyślał.
  Myśli. Myśli.
  Głupi. Głupi. Głupi. Więcej przemyśleń.
  "No to czemu nie pozwolić sobie na myślenie? Czemu nie spróbować stanąć twarzą w twarz ze sobą? Mam całą noc. Mam mnóstwo czasu na myślenie".
  Red chciał, żeby kobieta, którą przyprowadził do obozu - wysoka, szczupła kobieta, pół robotnica fabryczna, pół rolniczka - żałowała, że nie zostawiła go leżącego na deskach obozu i nie poszła spać. Byłoby miło, gdyby potrafiła mówić.
  Mogła zostać z nim poza obozem, przynajmniej przez godzinę lub dwie. Mogli zostać nad obozem, na ciemnej ścieżce prowadzącej przez wzgórza.
  Żałował, że sam nie może być bardziej kobiecy i przez kilka minut znów siedział, pogrążony w kobiecych myślach. Na studiach był facet, który powiedział: "Spotykałaś się z nim - wydawał się zajęty - był dowcipny - myślał o kobiecych pragnieniach - powiedział: "Miałem dużo czasu na myślenie - byłem w łóżku z dziewczyną. Dlaczego ze mną rozmawiałeś? Wyciągnąłeś mnie z jej łóżka. Boże, ależ ona była gorąca"".
  Red zaczął to robić. Na chwilę puścił wodze fantazji. Przegrał z kobietą Langdon, Ethel Long, ale wygrał kolejną. Przytulił ją, wyobrażając to sobie. Zaczął ją całować.
  Jego ciało przylgnęło do jej. "Przestań" - powiedział sobie. Kiedy dotarł do obozu z nową kobietą, z którą był tamtej nocy, na obrzeża obozu... byli wtedy na leśnej ścieżce, niedaleko pola, na którym rozbito obóz... ...zatrzymali się razem na ścieżce na skraju pola.
  Już mu powiedziała, kim jest, i myślała, że go zna. Pomyliła go kilka mil dalej, za wzgórzami, na tyłach małej chatki przy bocznej drodze, kiedy go zobaczyła po raz pierwszy.
  Uważała go za kogoś, kim nie był. Pozwolił jej myślom toczyć się dalej. Żałował, że to zrobił.
  *
  Myślała, że on, Red Oliver, jest komunistą jadącym do Birchfield, by pomóc w strajku. Red uśmiechnął się, myśląc, że zapomniał o chłodzie nocy i niewygodzie siedzenia pod drzewem na skraju obozu. Utwardzona droga biegła przed i pod małym obozem, a tuż przed nim most przecinał dość szeroką rzekę. Był to stalowy most, a utwardzona droga przecinała go i prowadziła do miasta Birchfield.
  Młyn Birchfield, gdzie zwołano strajk, znajdował się po drugiej stronie rzeki od obozu strajkujących. Najwyraźniej jakiś sympatyk był właścicielem tej ziemi i pozwolił komunistom rozbić tam obóz. Gleba, cienka i piaszczysta, nie nadawała się do uprawy roli.
  Właściciele młyna próbowali go uruchomić. Red widział długie rzędy oświetlonych okien. Jego oczy dostrzegały zarys pomalowanego na biało mostu. Co jakiś czas po asfaltowej drodze przejeżdżała załadowana ciężarówka i przejeżdżała przez most, wydając z siebie głośny łoskot. Samo miasto leżało za mostem, na wzniesieniu. Widział światła miasta rozchodzące się po rzece.
  Myślami był o kobiecie, która przywiozła go do obozu. Pracowała w przędzalni bawełny w Birchfield i miała zwyczaj jeździć w weekendy do domu, na farmę ojca. Dowiedział się o tym. Wyczerpana długim tygodniem pracy w przędzalni, mimo to wyruszyła w sobotnie popołudnie do domu, spacerując po wzgórzach.
  Jej lud starzeje się i słabnie. Tam, w małej chatce z bali, ukrytej w kotlinie wśród wzgórz, siedzieli wątły starzec i staruszka. Byli analfabetami z gór. Red dostrzegł starców, gdy kobieta natknęła się na niego w lesie. Wszedł do małej stodoły z bali niedaleko górskiego domu, a stara matka weszła do stodoły, gdy jej córka doiła krowę. Zobaczył ojca siedzącego na ganku przed domem. Był to wysoki, zgarbiony starzec, o sylwetce bardzo podobnej do córki.
  W domu córka dwojga staruszków była czymś zajęta przez weekend. Red miał wrażenie, że lata dookoła, dając staruszkom odpocząć. Wyobrażał sobie, jak gotuje, sprząta dom, doi krowę, pracuje w małym ogródku, robi masło i dba o to, żeby wszystko było w porządku przez kolejny tydzień poza domem. Prawdą było, że wiele z tego, czego Red się o niej dowiedział, było fikcją. Wezbrał w nim podziw. "Co za kobieta" - pomyślał. Przecież nie była od niego dużo starsza. Oczywiście, nie była dużo starsza od Ethel Long z Langdon.
  Kiedy po raz pierwszy zobaczyła Reda, był późny niedzielny wieczór. Od razu założyła, że to ktoś, kim nie był.
  Komunistyczny.
  Późnym niedzielnym wieczorem poszła do lasu nad domem, żeby zdobyć krowę rodziny. Aby ją zdobyć, musiała przejść przez las, aż do górskiego pastwiska. Poszła tam. Podniosła krowę i poszła zarośniętą leśną drogą, aż zobaczyła Reda. Musiał wejść do lasu po tym, jak przeszła tamtędy po raz pierwszy i zanim wróciła. Siedział na kłodzie na małej otwartej przestrzeni. Kiedy ją zobaczył, wstał i stanął z nią twarzą w twarz.
  Ona się nie bała.
  Szybko przyszła jej do głowy ta myśl. "Nie jesteś tym facetem, którego szukają, prawda?" - zapytała.
  "KTO?"
  "Prawo... prawo było tutaj. Czy ty nie jesteś komunistą, którego szukają na antenie?
  Miała instynkt, który, jak Red już odkrył, był powszechny u większości biednych Amerykanów. Prawo w Ameryce było czymś, co można było uznać za niesprawiedliwe wobec biednych. Trzeba było przestrzegać prawa. Jeśli byłeś biedny, dopadało cię. Kłamało na twój temat. Jeśli miałeś problemy, drwiło z ciebie. Prawo było twoim wrogiem.
  Red przez chwilę nie odpowiedział kobiecie. Musiał szybko pomyśleć. Co miała na myśli? "Jesteś komunistą?" - zapytała ponownie, zaniepokojona. "Prawo cię szuka".
  Dlaczego odpowiedział w ten sposób?
  "Komunista?" zapytał ponownie, patrząc na nią uważnie.
  I nagle - w mgnieniu oka - zrozumiał, zrozumiał. Podjął szybką decyzję.
  "To był ten człowiek" - pomyślał. Tego dnia komiwojażer podwiózł go drogą do Birchfield i coś się wydarzyło.
  Zaczęły się rozmowy. Podróżnik zaczął opowiadać o komunistach, którzy przewodzili strajkowi w Birchfield, a Red, słuchając, nagle wpadł w złość.
  Mężczyzna w samochodzie był grubym mężczyzną, komiwojażerem. Zabrał Reda na drodze. Mówił swobodnie, przeklinając komunistę, który ośmielił się przyjechać do miasta na południu i poprowadzić strajk. Wszyscy oni, jak twierdził, to obrzydliwe węże, które powinny zawisnąć na najbliższym drzewie. Chcieli zrównać czarnych z białymi. Gruby podróżnik był właśnie takim człowiekiem: mówił bełkotliwie, przeklinając przy tym.
  Zanim przeszedł do tematu komunizmu, przechwalał się. Być może wybrał Reda, żeby mieć się przed kim przechwalać. Poprzedniej soboty, powiedział, był w innym miasteczku, jakieś pięćdziesiąt mil stąd, innym przemysłowym mieście, mieście młynarskim, i upił się z pewnym mężczyzną. On i pewien mieszkaniec miasta mieli dwie kobiety. Byli małżeństwem, przechwalał się. Mąż kobiety, z którą był, był sprzedawcą w sklepie. Mężczyzna musiał pracować do późna w sobotnią noc. Nie mógł opiekować się żoną, więc sprzedawca i mężczyzna, którego znał z miasta, wsadzili ją i inną kobietę do samochodu i odjechali z miasta. Mężczyzna, z którym był, powiedział, był kupcem z miasta. Udało im się upić połowę kobiet. Sprzedawca ciągle się przechwalał przed Redem... Mówił, że znalazł kobietę... Próbowała go odstraszyć, ale on zaciągnął ją do pokoju i zamknął drzwi... Zmusił ją, żeby przyszła do niego... "Nie mogą ze mną zadzierać" - powiedział... i nagle zaczął przeklinać komunistów, którzy przewodzili strajkowi w Birchfield. "To tylko bydło" - powiedział. "Mają czelność przyjeżdżać na Południe. Zrobimy z nimi porządek" - powiedział. Mówił tak dalej, a potem nagle nabrał podejrzeń wobec Reda. Być może zdradziły go jego oczy. "Powiedz mi" - krzyknął nagle mężczyzna... Jechali w tym momencie asfaltową drogą i zbliżali się do Birchfield... droga była pusta... "Powiedz mi" - powiedział sprzedawca, gwałtownie zatrzymując samochód. Red zaczął nienawidzić tego człowieka. Nie obchodziło go, co się stanie. Zdradziły go jego oczy. Mężczyzna w samochodzie zadał to samo pytanie, które później zadała kobieta z krową w lesie.
  "A wy nie jesteście jednym z nich, chłopaki?"
  "A co?"
  "Jeden z tych przeklętych komunistów".
  "Tak" - powiedział Red spokojnie i cicho.
  Nagle poczuł nagły impuls. Strasznie by było przestraszyć grubego sprzedawcę w jego samochodzie. Próbując gwałtownie zatrzymać samochód, omal nie wpadł do rowu. Jego ręce zaczęły się gwałtownie trząść.
  Siedział w samochodzie, opierając grube dłonie na kierownicy i patrzył na Reda.
  "Co, nie jesteś jednym z nich... udajesz głupiego?" Red spojrzał na niego uważnie. Na ustach mężczyzny zbierały się małe grudki białej śliny. Jego usta były grube. Red miał niemal niepohamowaną ochotę uderzyć go w twarz. Strach mężczyzny narastał. W końcu Red był młody i silny.
  "Co? Co?" Słowa wyrywały się z ust mężczyzny drżącymi, urywanymi zrywami.
  "Czy to wietrzysz?"
  "Tak" - powtórzył Red.
  Powoli wysiadł z samochodu. Wiedział, że mężczyzna nie odważy się kazać mu odjechać. Miał przy sobie małą, zniszczoną torbę z liną, którą mógł przewiesić przez ramię podczas jazdy, i leżała mu ona na kolanach. Gruby mężczyzna w samochodzie był teraz blady. Jego ręce drżały, próbując uruchomić samochód. Zapalił z szarpnięciem, przejechał pół metra, a potem zgasł. W panice zgasił silnik. Samochód zawisł na skraju rowu.
  Wtedy odpalił samochód, a Red, stojący na skraju drogi... poczuł nagły impuls. Poczuł palącą potrzebę, by jeszcze bardziej przestraszyć tego człowieka. Przy drodze leżał kamień, całkiem spory. Podniósł go i upuszczając torbę, pobiegł w stronę mężczyzny w samochodzie. "Uważaj!" - krzyknął. Jego głos niósł się po okolicznych polach i pustej drodze. Mężczyzna zdołał odjechać, a samochód śmignął dziko z jednej strony drogi na drugą. Zniknął za wzgórzem.
  "A więc" - pomyślał Red, stojąc w lesie z robotnikiem fabrycznym - "to był on, ten facet". Przez dwie lub trzy godziny po zostawieniu mężczyzny w samochodzie błąkał się bez celu piaszczystą wiejską drogą u podnóża góry. Zjechał z głównej drogi do Birchfield, gdy komiwojażer odjechał, i skręcił w boczną. Nagle przypomniał sobie, że tam, gdzie boczna droga odchodziła od głównej, stał mały, niepomalowany dom. Wiejska kobieta, żona jakiegoś biednego białego dzierżawcy, siedziała boso na ganku przed domem. Mężczyzna, którego spłoszył na drodze, z pewnością pojechałby do Birchfield, przechodząc przez most przed obozem komunistycznym. Zgłosiłby incydent policji. "Bóg jeden wie, jaką historię opowie" - pomyślał Red. "Założę się, że zrobi z siebie jakiegoś bohatera. Będzie się przechwalał".
  "I tak" - wędrował wiejską drogą... droga biegła wzdłuż krętego strumienia, przecinając go i przecinając... był podekscytowany zdarzeniem na drodze, ale podniecenie stopniowo minęło... aby mieć pewność, że na pewno nie zamierza uderzyć kamieniem mężczyzny w samochodzie... "i tak".
  A jednak nienawidził tego człowieka nagłą, nową, wściekłą nienawiścią. Potem był wyczerpany, przeszedł przez niego dziwny cyklon emocji, pozostawiając go, niczym sprzedawcę w samochodzie, słabym i drżącym.
  Skręcił z małej drogi, którą podążał, i poszedł do lasu, wędrował tam przez około godzinę, leżąc na plecach pod drzewem, aż w końcu znalazł głębokie miejsce w strumieniu, na polu krzewów laurowych, i rozebrał się, i wykąpał się w zimnej wodzie.
  Potem włożył czystą koszulę, poszedł drogą i wspiął się na zbocze wzgórza, do lasu, gdzie znalazła go kobieta z krową. Incydent na drodze miał miejsce około trzeciej. Była piąta lub szósta, kiedy kobieta natknęła się na niego. Rok dobiegał końca, zmrok zapadał wcześnie, a przez cały ten czas, gdy błąkał się po lesie w poszukiwaniu kąpieli, był ścigany przez strażników. Dowiedzieli się pewnie od kobiety na rozdrożu, gdzie się udał. Po drodze zadawaliby pytania. Pytaliby o niego - o szalonego komunistę, który nagle wpadł w szał - o mężczyznę, który zaatakował przestrzegających prawa obywateli na autostradzie, o mężczyznę, który nagle stał się niebezpieczny i przypominał wściekłego psa. Funkcjonariusze, "prawo", jak nazwała ich kobieta w lesie, mieliby do opowiedzenia historię. On, Red, zaatakował mężczyznę, który go podwiózł. "Co o tym myślisz?" Szanowany komiwojażer, który zabrał go z drogi, próbował zabić mężczyznę.
  Red, stojąc na swoim miejscu w pobliżu obozu komunistycznego, nagle przypomniał sobie, jak później stał z kobietą pędzącą krowę przez las, obserwując ją w słabym wieczornym świetle. Kąpiąc się w strumieniu, usłyszał głosy na pobliskiej drodze. Miejsce, które znalazł do kąpieli, znajdowało się tuż przy drodze, ale między strumieniem a drogą rósł gąszcz wawrzynów. Był na wpół ubrany, ale padł na ziemię, żeby przepuścić samochód. Mężczyźni w samochodzie rozmawiali. "Schowaj broń. On może się tu ukrywać. To niebezpieczny sukinsyn" - usłyszał głos mężczyzny. Nie mógł połączyć faktów. Dobrze, że mężczyźni nie weszli w gąszcz, szukając go. "Zastrzeliliby mnie jak psa". To było dla Reda nowe uczucie - bycie ściganym. Kiedy kobieta z krową powiedziała mu, że policja właśnie była w domu, w którym mieszkała, i zapytała, czy ktoś widział w pobliżu takiego człowieka jak on, Red nagle zadrżał ze strachu. Funkcjonariusze nie wiedzieli, że była jedną ze strajkujących w przędzalni w Birchfield, że sama została nazwana komunistką... ci biedni pracownicy przędzalni bawełny nagle stali się niebezpiecznymi ludźmi. "Prawo" uważało ją za rolniczkę.
  Policjanci podjechali pod dom, krzycząc głośno, bo kobieta właśnie wychodziła z domu, żeby iść pod górę po krowę. "Widziałaś to i to?" - dopytywały szorstkie głosy. "Gdzieś w tym kraju grasuje rudy komunistyczny sukinsyn. Próbował zabić człowieka na autostradzie. Myślę, że chciał go zabić i ukraść mu samochód. To niebezpieczny człowiek".
  Kobieta, z którą rozmawiali, straciła część strachu i szacunku dla prawa, charakterystycznego dla jej rodaczki. Miała doświadczenie. Od wybuchu strajku zorganizowanego przez komunistów w Birchfield doszło do kilku zamieszek. Red widział o nich doniesienia w gazetach z Południa. Wiedział to już z doświadczenia w Langdon w stanie Georgia, podczas tamtejszego strajku - doświadczenia, które skłoniło go do opuszczenia Langdon, włóczenia się przez jakiś czas po drodze, zdenerwowanego, próbującego się ogarnąć, opamiętać, gdy tylko uświadomił sobie, co czuje w związku z narastającymi trudnościami pracowniczymi na Południu i w całej Ameryce, zawstydzonego tym, co go spotkało podczas strajku w Langdon... Dowiedział się już czegoś o tym, jak strajkujący robotnicy zaczęli postrzegać prawo i doniesienia prasowe o strajkach.
  Czuli, że bez względu na to, co się stanie, kłamstwa będą rozpowszechniane. Ich własna historia nie zostanie opowiedziana rzetelnie. Zdawali sobie sprawę, że mogą liczyć na to, że gazety zmienią informacje na korzyść pracodawców. W Birchheld próbowano zakłócać parady i uniemożliwiać zorganizowanie zebrań. Ponieważ przywódcami strajku w Birchfield byli komuniści, cała społeczność była w stanie buntu. W miarę trwania strajku narastała wrogość między mieszkańcami a strajkującymi.
  Na spotkaniach strajkowych pojawiały się tłumy tymczasowo zaprzysiężonych zastępców szeryfa, głównie twardzieli, niektórych sprowadzanych z zewnątrz, zwanych detektywami specjalnymi, często na wpół pijanych. Szydzili i grozili strajkującym. Mówców usuwano z mównic ustawionych na spotkania. Bito mężczyzn i kobiety.
  "Pobić tych cholernych komunistów, jeśli będą stawiać opór. Zabić ich". Robotnica, była farmerka z gór... niewątpliwie bardzo podobna do tej, która zaprowadziła Reda Olivera do obozu komunistycznego... zginęła podczas strajku w Birchfield. Kobieta, z którą skontaktował się Red, znała ją i pracowała w pobliżu młyna. Wiedziała, że gazety i mieszkańcy Birchfield nie ujawnili prawdziwej historii tego, co się wydarzyło.
  Gazety po prostu donosiły o strajku i śmierci kobiety. Była farmerka, która zaprzyjaźniła się z Redem, wiedziała o tym. Wiedziała, co się stało. Nie doszło do zamieszek.
  Zamordowana kobieta miała niezwykły talent. Była autorką piosenek. Pisała utwory o życiu biednych białych ludzi - mężczyzn, kobiet i dzieci - pracujących w przędzalniach bawełny i na polach Południa. Były tam piosenki o maszynach w przędzalniach bawełny, o przyspieszaniu pracy przędzalni, o kobietach i dzieciach zarażających się gruźlicą podczas pracy w przędzalniach. Przypominała kobietę o imieniu Doris, którą Red Oliver znał z tartaku Langdon i którą kiedyś słyszał, jak śpiewa z innymi pracownikami przędzalni w niedzielne popołudnie, leżąc w wysokich chwastach przy torach kolejowych. Autorka piosenek z przędzalni w Birchfield pisała również piosenki o dziewczynach korzystających z toalety w przędzalni.
  Albo, jak kobiety w młynach Langdona, czekały na moment, kiedy będą mogły odpocząć podczas długich poranków i dni - na Coca-Colę albo coś w rodzaju cukierka o nazwie "Milky Way". Życie tych uwięzionych ludzi zależało od takich drobnych momentów, jak drobne oszustwo kobiety, wyjście do toalety, żeby odpocząć, obserwowanie jej przez przełożonego, który próbował przyłapać ją na gorącym uczynku.
  Albo pracownica fabryki, która z marnej pensji wyciska wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić tanie słodycze za pięć centów.
  
  Dwa razy dziennie.
  
  Droga Mleczna.
  
  Takie pieśni istniały. Niewątpliwie w każdej fabryce, każda grupa robotnicza miała swój własny śpiewnik. Zbierano drobne fragmenty z nędznego i trudnego życia. Życie stawało się podwójnie, sto razy bardziej wzruszające i prawdziwe, bo kobieta, autorka pieśni, będąc swego rodzaju geniuszem, potrafiła z takich fragmentów ułożyć pieśń. Działo się tak wszędzie tam, gdzie ludzie gromadzili się w grupach i tłoczyli. Fabryki miały swoje pieśni, podobnie jak więzienia.
  Red dowiedział się o śmierci piosenkarza w Birchfield nie z gazet, ale od włóczęgi w miejscu, w którym zatrzymał się z innym młodym mężczyzną w pobliżu Atlanty. Na obrzeżach miasta, w pobliżu stacji kolejowych, znajdował się mały zagajnik, do którego kiedyś pojechał z innym młodym mężczyzną, którego poznał w wagonie towarowym. Stało się to dwa lub trzy dni po jego ucieczce od Langdona.
  Tam, w tym miejscu, mężczyzna, młody mężczyzna o zamglonych oczach... jeszcze młody, ale z twarzą całą pokrytą plamami i siniakami, prawdopodobnie od picia taniego bimbru... mężczyzna rozmawiał z kilkoma innymi, także włóczęgami i robotnikami pozostawionymi bez pracy.
  Trwała dyskusja. "Nie możesz iść do pracy w Birchfield" - powiedział wściekle młody mężczyzna, a jego oczy zaszły mgłą. "Tak, cholera, byłem tam. Jeśli tam pojedziesz, wezmą cię za łamistrajka" - powiedział. "Myślałem, że to zrobię. Na Boga, zrobiłem to. Myślałem, że zostanę łamistrajkiem.
  Mężczyzna w melinie włóczęgów był zgorzkniałym i zranionym człowiekiem. Był pijakiem. Siedział w melinie włóczęgów, "Dżungli", jak ją nazywali. Nie przeszkadzało mu bycie facetem, który znęcał się nad pałkarzami w Birchfield. Nie miał żadnych zasad. Zresztą, nie chciał pracować, powiedział z nieprzyjemnym śmiechem. Był po prostu spłukany. Chciał się czegoś napić.
  Opisał swoje doświadczenie. "Nie miałem ani grosza i byłem tym po prostu zafascynowany" - powiedział. "Wiesz. Nie mogłem tego znieść". Być może mężczyzna nie miał ochoty na alkohol. Red domyślił się tego. Mógł być narkomanem. Ręce mężczyzny drżały, gdy siedział na dnie dżungli, rozmawiając z innymi włóczęgami.
  Ktoś powiedział mu, że znajdzie pracę w Birchfield, więc tam pojechał. Zaklął wściekle, opowiadając tę historię. "Jestem draniem, nie dałbym rady" - powiedział. Opowiedział historię śpiewającej kobiety zamordowanej w Birchfield. Dla Reda była to prosta i wzruszająca historia. Autorka piosenek, była farmerka z gór, obecnie pracująca w młynie, przypominała kobietę poganiającą krowy, która znalazła Reda w lesie. Kobiety znały się, pracowały w pobliżu w młynie. Red nie zdawał sobie z tego sprawy, gdy usłyszał, jak zaspany młody mężczyzna opowiada tę historię w dżungli włóczęgów.
  Ten śpiewający i piszący ballady pracownik został wysłany wraz z kilkoma innymi kobietami i dziewczętami... stali razem na ciężarówce... zostali wysłani ulicami Birchfield z poleceniem, aby zatrzymali się na zatłoczonych ulicach i śpiewali swoje piosenki. Ten plan został opracowany przez jednego z komunistycznych przywódców. Udało mu się zdobyć dla nich ciężarówkę, tani samochód marki Ford należący do jednego ze strajkujących. Komunistyczni przywódcy byli czujni. Wiedzieli, jak stwarzać problemy. Komunistyczni przywódcy opracowali plany, aby strajkujący mieli zajęcie w obozie strajkowym.
  "Strzeż się wroga, kapitalizmu. Walcz z nim z całych sił. Niepokój go. Zastraszaj go. Pamiętaj, walczysz o umysły ludzi, o wyobraźnię ludzi".
  Komuniści, w oczach ludzi takich jak Red Oliver, byli również pozbawieni skrupułów. Wydawali się gotowi wysyłać ludzi na śmierć. Byli na Południu, przewodząc strajkowi. To była ich szansa. Wykorzystali ją. Było w nich coś bardziej surowego, bardziej pozbawionego zasad, bardziej zdeterminowanego... różnili się od dawnych amerykańskich przywódców związkowych.
  Red Oliver miał okazję dostrzec staromodnych przywódców związkowych. Jeden z nich przybył do Langdona, gdy rozpoczął się strajk. Był zwolennikiem tego, co nazywał "konferencjami" z szefami, na których omawiano wszystko, co się działo. Chciał, aby strajkujący zachowali spokój, nieustannie błagając ich o zachowanie pokoju. Wciąż mówił o pracy zasiadającej przy stole rady z szefami... "z kapitalizmem", jak mawialiby komuniści.
  Rozmawiaj. Rozmawiaj.
  Łóżko.
  Być może o to właśnie chodziło. Red nie wiedział. Był człowiekiem poszukującym nowego świata. Świat, w którym nagle, niemal przypadkiem, się zanurzył, był nowy i obcy. W końcu mógł to być naprawdę nowy świat, który dopiero zaczynał się pojawiać w Ameryce.
  Nowe słowa, nowe idee, pojawiały się, uderzając w świadomość ludzi. Same słowa niepokoiły Reda. "Komunizm, socjalizm, burżuazja, kapitalizm, Karol Marks". Gorzka, długa walka, która miała się rozegrać... wojna... oto, czym miała być... między tymi, którzy mieli, a tymi, którzy nie mogli mieć... tworzyła dla siebie nowe słowa. Słowa płynęły do Ameryki z Europy, z Rosji. W życiu ludzi miały powstawać wszelkiego rodzaju dziwne, nowe relacje... miały powstawać, musiały powstawać. W końcu każdy mężczyzna i każda kobieta, nawet dzieci, musiały stanąć po jednej lub drugiej stronie.
  "Nie zrobię tego. Zostanę tutaj, z boku. Będę obserwował, obserwował i słuchał."
  "Ha! Zrobisz to, prawda? Cóż, nie możesz.
  "Komuniści to jedyni ludzie, którzy rozumieją, że wojna to wojna" - myślał czasem Red. "Wyniosą z tego korzyści. Co więcej, zyskają na determinacji. Będą prawdziwymi przywódcami. To epoka łagodności. Ludzie muszą przestać być łagodni". Co do Reda Olivera... był jak tysiące młodych Amerykanów... zetknął się wystarczająco z komunizmem, z jego filozofią, by się bać. Był jednocześnie przerażony i zafascynowany. Mógł w każdej chwili poddać się i zostać komunistą. Wiedział o tym. Jego przejście od strajku w Langdon do strajku w Birchfield było jak ćma do płomienia. Chciał odejść. Nie chciał odejść.
  Mógł to wszystko postrzegać jako czyste, brutalne okrucieństwo... na przykład, przywódca komunistyczny w Birchfield wysłał śpiewającą kobietę na ulice Birchfield, wiedząc, jak czuje się miasto, w czasie, gdy miasto jest wzburzone, wzburzone... Ludzie mieli być najbardziej okrutni, gdy najbardziej się boją. Okrucieństwo wobec człowieka ma swoje korzenie w tym - w strachu.
  Wysłanie śpiewających kobiet z obozu strajkowego do miasta, wiedząc... tak jak wiedzieli komunistyczni przywódcy... że mogą zostać zabite... czyż to był okrutny, niepotrzebny akt okrucieństwa? Jedna z kobiet, śpiewaczka, zginęła. Taką historię opowiedział oszołomiony młody mężczyzna, którego Red zobaczył w błąkającej się dżungli i któremu stanął i przysłuchiwał się.
  Ciężarówka wioząca śpiewające kobiety wyjechała z obozu strajkujących do miasta. Było południe, a ulice były zatłoczone. Dzień wcześniej w mieście wybuchły zamieszki. Strajkujący próbowali zorganizować paradę, ale tłum zastępców szeryfa próbował ich powstrzymać.
  Niektórzy strajkujący - byli górale - byli uzbrojeni. Doszło do strzelaniny. Mężczyzna z zaspanymi oczami powiedział, że dwóch lub trzech zastępców szeryfa próbowało zatrzymać ciężarówkę pełną śpiewających kobiet. Oprócz własnych ballad śpiewały inną piosenkę, której nauczyli je komuniści. Kobiety w ciężarówce w żaden sposób nie wiedziały, czym jest komunizm, czego komunizm żąda, co reprezentują komuniści. "Może to wielka filozofia uzdrawiania" - myślał czasem Red Oliver. Zaczął się nad tym zastanawiać. Nie wiedział. Był zdezorientowany i niepewny.
  Dwóch lub trzech zastępców szeryfa wybiega na zatłoczoną ulicę, próbując zatrzymać ciężarówkę załadowaną śpiewającymi robotnicami. Komuniści nauczyli ich nowej piosenki.
  
  Powstańcie, więźniowie głodu,
  Powstańcie, nieszczęśnicy tej ziemi,
  Bo sprawiedliwość grzmi potępieniem.
  Lepszy świat już się rodzi.
  
  Nie będą nas już krępować żadne okowy tradycji.
  Powstańcie niewolnicy, nie bądźcie już więcej niewolnikami.
  Świat powstanie na nowych fundamentach.
  Byłeś niczym, będziesz wszystkim.
  
  Śpiewacy nie mogli w żaden sposób zrozumieć znaczenia pieśni, której ich uczono. Zawierała ona słowa, których nigdy wcześniej nie słyszeli - "potępienie" - "tradycja" - "łańcuchy tradycji" - "zniewoleni" - "koniec zniewolenia" - ale w słowach było coś więcej niż tylko precyzyjne znaczenie. Słowa żyją własnym życiem. Mają ze sobą relacje. Słowa są klockami, z których można budować marzenia. W piosence śpiewanej przez robotników w ciężarówce była godność. Głosy rozbrzmiewały z nową śmiałością. Rozbrzmiewały echem na zatłoczonych ulicach przemysłowego miasta Karoliny Północnej. Zapach benzyny, turkot kół ciężarówek, trąbienie klaksonów, pędzący, dziwnie bezsilny, współczesny amerykański tłum.
  Ciężarówka była już w połowie ulicy i ruszyła dalej. Tłum na ulicach obserwował. Prawnicy, lekarze, kupcy, żebracy i złodzieje stali w milczeniu na ulicach z lekko otwartymi ustami. Zastępca szeryfa wybiegł na ulicę w towarzystwie dwóch innych zastępców. Ktoś podniósł rękę.
  "Zatrzymywać się."
  Przybiegł kolejny zastępca szeryfa.
  "Zatrzymywać się."
  Kierowca ciężarówki - robotnik fabryczny, kierowca ciężarówki - nie zatrzymał się. Słowa krążyły w kółko. "Idź do diabła". Kierowca ciężarówki zainspirował się tą piosenką. Był prostym robotnikiem w przędzalni bawełny. Ciężarówka stała na środku bloku. Inne samochody i ciężarówki jechały naprzód. "Jestem obywatelem amerykańskim". To było jak słowa św. Pawła: "Jestem Rzymianinem". Jakie prawo miał on, zastępca szeryfa, wielki idiota, by zatrzymać Amerykanina? "Bo sprawiedliwość grzmi potępieniem" - śpiewały dalej kobiety.
  Ktoś oddał strzał. Później gazety donosiły o zamieszkach. Być może zastępca szeryfa chciał po prostu nastraszyć kierowcę ciężarówki. Strzał był słyszany na całym świecie. No cóż, nie do końca. Wokalista, który był również autorem ballad, padł martwy w ciężarówce.
  
  Dwa razy dziennie.
  Droga Mleczna.
  Dwa razy dziennie.
  
  Odpoczynek w toalecie.
  Odpoczynek w toalecie.
  
  Włóczęga, którego Red Oliver słyszał w włóczęgowskiej dżungli, zsiniał ze złości. Być może jednak takie strzały słychać było tu i ówdzie, przy bramach fabryk, przy wejściach do kopalń, na pikietach fabrycznych - u zastępców szeryfa - w obronie prawa - w ochronie własności... może odbijały się echem.
  Po tym zdarzeniu włóczęga nigdy nie dostał pracy w Birchfield. Twierdził, że widział morderstwo. Być może kłamał. Twierdził, że stał na ulicy, widział morderstwo i że było ono z zimną krwią i zaplanowane. To sprawiło, że nagle zapragnął nowych, jeszcze bardziej wulgarnych słów - brzydkich słów, które wylewały się z sinych, nieogolonych ust.
  Czy taki człowiek, po tak brudnym i szpetnym życiu, mógłby w końcu odnaleźć prawdziwe uczucia? "Skurwysyny, parszywe sukinsyny" - wrzasnął. "Zanim zacznę dla nich pracować! Śmierdzące gzy!"
  Wędrowiec w dżungli wciąż był w stanie szaleństwa, gdy Red go usłyszał. Być może takiemu człowiekowi nie można było ufać - był przepełniony gniewem. Może po prostu łaknął, z głębokim, drżącym głodem, alkoholu albo narkotyków.
  OceanofPDF.com
  2
  
  KOBIETA W niedzielny wieczór w listopadzie, z krową na wzgórzu w lesie w Karolinie Północnej, przyjęła Reda Olivera. Nie był tym, za kogo uważało go "prawo", które właśnie podjechało pod dom poniżej - niebezpiecznym szaleńcem włóczącym się po kraju i pragnącym zabijać ludzi. Tego dnia - na wzgórzu szybko zapadał zmrok - zaakceptowała go takim, za jakiego się podawał. Powiedział, że jest komunistą. To było kłamstwo. Nie wiedziała o tym. Komunista zaczął dla niej oznaczać coś konkretnego. Kiedy wybuchł strajk w Birchfield, byli tam komuniści. Pojawili się nagle. Byli to dwaj młodzi mężczyźni z Północy i młoda kobieta. Mieszkańcy Birchfield donieśli, jak donosiła gazeta "Birchfield", że jeden z nich, młoda kobieta, był Żydem, a pozostali to obcokrajowcy i Jankesi. Przynajmniej nie byli obcokrajowcami. Przynajmniej dwóch młodych mężczyzn było Amerykanami. Przybyli do Birchfield tuż po rozpoczęciu strajku i od razu przejęli dowodzenie.
  Wiedzieli jak. To było coś. Zorganizowali zdezorganizowanych robotników, nauczyli ich śpiewać pieśni, znaleźli wśród nich przywódców, autorów piosenek i odważnych mężczyzn. Nauczyli ich maszerować ramię w ramię. Kiedy strajkujący zostali wypędzeni ze swoich domów w wiosce młynarskiej niedaleko młyna, młodzi przywódcy komunistyczni w jakiś sposób zdołali uzyskać pozwolenie na rozbicie obozu na pobliskim pustym terenie. Ziemia należała do starca z Birchfield, który nic nie wiedział o komunizmie. Był upartym starcem. Ludzie z Birchfield poszli i zagrozili mu. Stał się jeszcze bardziej uparty. Jadąc na zachód z Birchfield, zjeżdżało się z połowy wzgórza za młynem, a następnie trzeba było jechać autostradą przez most nad rzeką i było się w obozie. Z obozu, również położonego na wzgórzu, można było zobaczyć wszystko, co działo się wokół młyna i na jego dziedzińcu. Młodym przywódcom komunistycznym w jakiś sposób udało się dostarczyć kilka małych namiotów, a także pojawiły się zapasy żywności. Wielu biednych, drobnych rolników ze wzgórz wokół Birchfield, nieświadomych komunizmu, przybywało nocą do obozu z prowiantem. Przynosili fasolę i wieprzowinę. Dzielili się tym, co mieli. Młodym przywódcom komunistycznym udało się zorganizować strajkujących w małą armię.
  Było coś jeszcze. Wielu pracowników młyna w Birchfield strajkowało już wcześniej. Należeli do związków zawodowych zorganizowanych w fabrykach. Związek nagle zyskał na sile. Rozpoczął się strajk i nadeszła chwila uniesienia. Mogła trwać dwa, trzy tygodnie. Potem strajk i związek zawodowy zanikły. Robotnicy wiedzieli o dawnych związkach zawodowych. Rozmawiali, a kobieta, którą Red Oliver spotkał na wzgórzu w niedzielny wieczór - Molly Seabright - podsłuchała rozmowę.
  Zawsze to samo - gadanina o wyprzedaży. Robotnik krążył tam i z powrotem przed grupą innych robotników. Trzymał rękę za plecami, wnętrzem dłoni do góry, i machał nią w przód i w tył. Jego usta wykrzywiły się w nieprzyjemnym grymasie. "Związki zawodowe, związki zawodowe" - krzyczał, śmiejąc się gorzko. I tak właśnie było. Robotnicy z fabryki odkryli, że życie wywiera na nich coraz większą presję. W dobrych czasach udawało im się dogadać, ale potem, zawsze, po kilku latach dobrej passy, nadchodziły gorsze czasy.
  Fabryki nagle zwolniły, a robotnicy zaczęli kręcić głowami. Jeden z robotników poszedł wieczorem do domu. Wziął żonę na stronę.
  Wyszeptał. "Nadchodzi" - powiedział. Co stworzyło dobre i złe czasy? Molly Seabright nie wiedziała. Robotnicy w fabryce zaczęli być zwalniani. Ci mniej silni i czujni tracili pracę.
  Doszło do cięć płac i przyspieszenia wzrostu płac akordowych. Mówiono im, że "nadeszły ciężkie czasy".
  Może dałoby się to przetrwać. Większość pracowników młyna w Birchfield znała ciężkie czasy. Urodziła się w biedzie. "Ciężkie czasy" - powiedziała starsza kobieta, Molly Seabright - "czy kiedykolwiek znaliśmy dobre czasy?"
  Widziałeś mężczyzn i kobiety zwalnianych w fabryce. Wiedziałeś, co to dla nich znaczyło. Wielu pracowników miało dzieci. Wydawało się, że w brygadzistę i szefa wstąpiło nowe okrucieństwo. Być może próbowali się bronić. Musieli być okrutni. Zaczęli do ciebie zwracać się w nowy sposób. Polecano ci, surowo, ostro. Zmieniono ci pracę. Nie konsultowano się z tobą, kiedy dostałeś nową pracę. Zaledwie kilka miesięcy temu, w dobrych czasach, ty i wszyscy inni pracownicy byliście traktowani inaczej. Kierownictwo było jeszcze bardziej uważne. W głosach, które do ciebie mówiły, słychać było inną barwę. "Cóż, potrzebujemy cię. Teraz można zarobić na twojej pracy". Molly Seabright, choć miała zaledwie dwadzieścia pięć lat i pracowała w fabryce od dziesięciu, zauważyła wiele drobiazgów. Mieszkańcy Birchfield, gdzie czasami chodziła wieczorami z innymi dziewczynami do kina, a czasami po prostu popatrzeć na wystawy sklepowe, uważali ją i inne dziewczyny jej podobne za głupie, ale ona nie była tak głupia, jak im się wydawało. Ona też miała uczucia i one przenikały jej umysł. Brygadziści w młynie - często młodzi mężczyźni, którzy przybyli z pracy - nawet pytali o imię robotnicy w dobrych czasach. "Panna Molly" - mówili. "Panna Molly, zrób to - albo panna Molly, zrób tamto". Ona, będąc dobrą robotnicą, szybką i wydajną, czasami - w dobrych czasach, gdy brakowało robotników - nazywana była nawet "panną Seabright". Młodzi brygadziści uśmiechali się, rozmawiając z nią.
  Była też historia panny Molly Seabright. Red Oliver nigdy nie poznał jej historii. Kiedyś była osiemnastoletnią kobietą... wtedy wysoką, szczupłą, dobrze rozwiniętą młodą kobietą... kiedyś jednym z młodych brygadzistów w tartaku...
  Sama ledwo wiedziała, jak to się stało. Pracowała na nocnej zmianie w młynie. Było coś dziwnego, trochę dziwnego, w pracy na nocnej zmianie. Pracowało się tyle samo godzin, co na dziennej. Stawało się bardziej zmęczonym i nerwowym. Molly nigdy nikomu nie powiedziałaby jasno, co się z nią stało.
  Nigdy nie miała mężczyzny, kochanka. Nie wiedziała dlaczego. W jej zachowaniu była jakaś rezerwa, cicha godność. W młynie i na wzgórzach, gdzie mieszkali jej ojciec i matka, dwóch lub trzech młodych mężczyzn zaczęło ją zauważać. Chcieli, ale się powstrzymali. Już wtedy, jako młoda kobieta, która dopiero co wychodziła z okresu dojrzewania, czuła się odpowiedzialna za rodziców.
  Był tam młody człowiek z gór, twardy facet, wojownik, który ją pociągał. Przez jakiś czas ona sama też była nim zauroczona. Był jednym z licznej rodziny chłopców, którzy mieszkali w górskiej chacie milę od jej domu, wysoki, szczupły, silny młody mężczyzna z długą szczęką.
  Nie lubił ciężko pracować i pił dużo. Ona o tym wiedziała. On również wytwarzał i sprzedawał alkohol. Większość młodych górali tak robiła. Był doskonałym myśliwym i potrafił zabić więcej wiewiórek i królików w ciągu jednego dnia niż jakikolwiek inny młody człowiek w górach. Złapał świstaka gołymi rękami. Świstak był małym, szorstkim, dzikim stworzeniem wielkości młodego psa. Górale jedli świstaki. Uważano je za przysmak. Jeśli wiedziałeś, jak usunąć pewien gruczoł z świstaka, gruczoł, który, jeśli go zostawiłeś, nadawał mięsu gorzki smak, mięso stawało się słodkie. Młody góral przynosił takie przysmaki matce Molly Sebright. Zabijał młode szopy i króliki i przynosił je jej. Zawsze przynosił je pod koniec tygodnia, kiedy wiedział, że Molly wróci z młyna.
  Kręcił się w pobliżu, rozmawiając z ojcem Molly, który go nie lubił. Ojciec bał się tego człowieka. Pewnego niedzielnego wieczoru Molly poszła z nim do kościoła, a w drodze do domu, nagle, na ciemnej drodze, na ciemnym odcinku drogi, gdzie w pobliżu nie było żadnych domów... pił górski bimber... nie poszedł z nią do górskiego kościoła, ale został na zewnątrz z innymi młodymi mężczyznami... w drodze do domu, w odludnym miejscu przy drodze, nagle ją zaatakował.
  Nie doszło do żadnych wstępnych zbliżeń. Być może myślał, że ona... był dobrym młodzieńcem dla zwierząt, zarówno domowych, jak i oswojonych... mógł też pomyśleć, że to po prostu małe zwierzątko. Próbował ją rzucić na ziemię, ale wypił za dużo. Był wystarczająco silny, ale nie dość szybki. Alkohol go zdezorientował. Gdyby nie był trochę pijany... szli drogą w milczeniu... nie należał do tych, którzy dużo mówią... gdy nagle zatrzymał się i powiedział do niej niegrzecznie: "Więc" - powiedział... "Chodź, idę".
  Skoczył na nią i położył jej rękę na ramieniu. Rozdarł jej sukienkę. Próbował ją rzucić na ziemię.
  Może myślał, że to tylko kolejne zwierzątko. Molly mgliście to rozumiała. Gdyby był mężczyzną, na którym jej wystarczająco zależy, szedłby z nią powoli.
  Potrafił okiełznać młodego źrebaka praktycznie sam. Był najlepszym człowiekiem w górach w polowaniu na dzikie młode źrebięta. Ludzie mówili: "W ciągu tygodnia potrafił sprawić, że najdzikszy źrebak na górze podążał za nim jak kociak". Molly przez chwilę widziała jego twarz, przyciśniętą do swojej, dziwny, zdecydowany i przerażający wyraz w jego oczach.
  Udało jej się uciec. Przeskoczyła niski płot. Gdyby nie był trochę pijany... Upadł, przeskakując przez płot. Musiała biec przez pole i strumień w swoich najlepszych butach i najlepszej niedzielnej sukience. Nie było jej na to stać. Pobiegła przez krzaki, przez pas lasu. Nie wiedziała, jak udało jej się uciec. Nigdy nie wiedziała, że potrafi tak szybko biec. Był obok niej. Nie powiedział ani słowa. Szedł za nią aż do drzwi domu jej ojca, ale udało jej się wejść przez drzwi do domu i ponownie zamknąć mu je przed nosem.
  Skłamała. Jej ojciec i matka byli w łóżku. "Co to jest?" - zapytała Molly wieczorem, siedząc na łóżku. Mała górska chatka miała tylko jeden duży pokój na dole i mały antresolę na górze. Molly tam spała. Aby dostać się do łóżka, musiała wejść po drabinie. Jej łóżko stało obok małego okna w dachu. Jej ojciec i matka spali na łóżku w kącie dużego pokoju na dole, gdzie wszyscy jedli i siedzieli w ciągu dnia. Jej ojciec również nie spał.
  "Wszystko w porządku, mamo" - powiedziała matce tego wieczoru. Jej matka była prawie starą kobietą. Jej ojciec i matka byli staruszkami, oboje byli już wcześniej małżeństwem, mieszkali gdzieś w innej górskiej wiosce i oboje stracili swoich pierwszych towarzyszy. Pobrali się dopiero w podeszłym wieku, a potem przeprowadzili się do małej chatki na farmie, gdzie urodziła się Molly. Nigdy nie widziała swoich pozostałych dzieci. Jej ojciec lubił żartować. Mówił ludziom: "Moja żona ma czworo dzieci, ja mam pięcioro, a razem mamy dziesięcioro. Rozwiąż tę zagadkę, jeśli potrafisz" - mawiał.
  "Nic się nie stało, mamo" - powiedziała Molly Seabright swojej matce tej nocy, kiedy zaatakował ją młody człowiek z gór. "Bałam się" - powiedziała. "Coś na podwórku mnie wystraszyło".
  "Myślę, że to był jakiś dziwny pies". Taka już była. Nikomu nie powiedziała, co się z nią stało. Poszła na górę do swojego małego pokoju, cała się trzęsąc, i przez okno zobaczyła młodego mężczyznę stojącego na podwórku, próbującego ją zaatakować. Stał przy gumie pszczelej jej ojca na podwórku, patrząc w okno jej pokoju. Księżyc wzeszedł i widziała jego twarz. W jego oczach malował się gniewny, zdziwiony wyraz, który potęgował jej strach. Może tylko sobie to wyobraziła. Jak mogła widzieć jego oczy tam na dole? Nie mogła pojąć, dlaczego w ogóle pozwoliła mu chodzić z sobą, dlaczego poszła z nim do kościoła. Chciała pokazać innym dziewczynom z górskiej społeczności, że ona też może mieć mężczyznę. Pewnie dlatego to zrobiła. Miałaby z nim później problemy - wiedziała o tym. Zaledwie tydzień po tym zdarzeniu wdał się w bójkę z innym młodym alpinistą, pokłócił się o własność gorzelni, zastrzelił mężczyznę i był zmuszony się ukrywać. Nie mógł wrócić, nie odważył się. Nigdy więcej go nie zobaczyła.
  OceanofPDF.com
  3
  
  W NOCY W PRZĘDZE BAWEŁNY. Pracujesz tam. Słychać ryk - ciągły ryk - raz niski, raz wysoki - duże dźwięki... małe dźwięki. Słychać śpiew, krzyki, rozmowy. Słychać szepty. Słychać śmiech. Nić się śmieje. Szepcze. Biegnie cicho i szybko. Skacze. Nić jest jak młoda koza na oświetlonych księżycem górach. Nić jest jak mały, włochaty wąż uciekający do nory. Biegnie cicho i szybko. Stal może się śmiać. Może krzyczeć. Krosna w przędzalni bawełny są jak małe słoniątka bawiące się z matkami słonic w lesie. Kto rozumie życie, które nie jest żywe? Rzeka spływająca ze wzgórza, po skałach, przez cichą polanę, może sprawić, że ją pokochasz. Wzgórza i pola mogą zdobyć twoją miłość, tak jak stal przemieniona w maszynę. Maszyny tańczą. Tańczą na swoich żelaznych nogach. Śpiewają, szepczą, jęczą, śmieją się. Czasami widok i dźwięk wszystkiego, co dzieje się w przędzalni, przyprawiają o zawrót głowy. Gorzej jest w nocy. W nocy jest lepiej, bardziej dziko i ciekawie. Zmęczysz się jeszcze bardziej.
  Światło w przędzalni bawełny nocą miało zimny, błękitny kolor. Molly Seabright pracowała w sali krosien w przędzalni w Birchfield. Była tkaczką. Była tam od dawna i pamiętała jedynie czasy sprzed pracy. Pamiętała, czasami bardzo wyraźnie, dni spędzone z ojcem i matką na polach na zboczach wzgórz. Pamiętała małe stworzenia pełzające, pełzające i brzęczące w trawie, wiewiórkę wbiegającą na pień drzewa. Jej ojciec zbierał gumę pszczelą. Pamiętała zaskoczenie i ból, gdy użądliła ją pszczoła, jazdę ojca na grzbiecie krowy (szedł obok krowy, trzymając ją), kłótnię ojca z mężczyzną na drodze, wietrzną i ulewną noc, chorą matkę w łóżku, cielę nagle biegnące jak szalone przez pole - Molly śmiała się tak niezręcznie.
  Pewnego dnia, będąc jeszcze dzieckiem, przyjechała z matką zza gór do Birchfield. Tego roku jej ojciec był na wpół chory i nie mógł wiele pracować, a górska farma ucierpiała z powodu suszy i nieurodzaju. W tym roku młyn prosperował i potrzebował pracowników. Młyn rozesłał po górach małe broszury, opowiadając mieszkańcom gór, jak wspaniale jest mieszkać w miasteczku, w wiosce młynarskiej. Oferowane zarobki wydawały się góralom wysokie, a krowa Seabrightów padła. Potem dach domu, w którym mieszkali, zaczął przeciekać. Potrzebowali nowego dachu lub naprawy.
  Tej wiosny matka, już stara, przeprowadziła się przez wzgórza do Birchfield, a jesienią wysłała córkę do pracy w młynie. Nie chciała. Mollie była wtedy tak młoda, że musiała kłamać co do swojego wieku. Pracownicy młyna wiedzieli, że kłamie. W młynie było wiele dzieci, które kłamały co do swojego wieku. To z powodu prawa. Matka pomyślała: "Nie pozwolę jej zostać". Przeszła obok biura młyna w drodze do pracy. Miała pokój z rodziną w wiosce młynarskiej. Zobaczyła tam stenografów. Pomyślała: "Zapewnię córce wykształcenie. Będzie stenografem. Będzie stenografem. Będzie stenografem". Matka pomyślała: "Znajdziemy trochę pieniędzy, żeby kupić nową krowę i naprawić dach, a potem wrócimy do domu". Matka wróciła na farmę w górach, a Mollie Seabright została.
  Już przyzwyczaiła się do życia w młynie. Młoda dziewczyna chce mieć trochę własnych pieniędzy. Chce nowych sukienek i butów. Chce jedwabnych pończoch. W mieście są kina.
  Praca w młynie to niezły dreszczyk emocji. Po kilku latach Molly została przeniesiona na nocną zmianę. Krosna w tkalni stały w długich rzędach. Tak jest we wszystkich fabrykach. Wszystkie młyny są pod wieloma względami podobne. Niektóre są większe od innych i bardziej wydajne. Młyn Molly był dobry.
  Miło było być w Birchfield Mill. Czasami Molly myślała... jej myśli były mgliste... czasami czuła: "Jak miło tu być".
  Pojawiły się nawet myśli o zrobieniu materiału - dobre myśli. Materiał na sukienki dla wielu kobiet - koszule dla wielu mężczyzn. Prześcieradła na łóżka. Poszewki na poduszki na łóżka. Ludzie leżą w łóżkach. Zakochani leżą razem w łóżkach. Pomyślała o tym i zarumieniła się.
  Materiał na banery powiewające na niebie.
  Dlaczego my w Ameryce - ludzie-maszyny - w epoce maszyn - nie potrafimy uczynić tego świętym - ceremonią - radością - śmiechem w fabrykach - pieśnią w fabrykach - nowymi kościołami - nowymi świętymi miejscami - tkaniną stworzoną dla mężczyzn do noszenia?
  Molly z pewnością nie miała takich myśli. Żaden z pracowników młyna ich nie miał. A jednak myśli były tam, w pomieszczeniach młyna, chcąc wlecieć w ludzi. Myśli były jak ptaki unoszące się nad pomieszczeniami, czekające, by wylądować w ludziach. Musimy je wziąć. To nasze. Musi być nasze - nas, pracowników. Pewnego dnia będziemy musieli je odebrać drobnym handlarzom, oszustom, kłamcom. Pewnego dnia to zrobimy. Powstaniemy - będziemy śpiewać - będziemy pracować - będziemy śpiewać ze stalą - będziemy śpiewać z nicią - będziemy śpiewać i tańczyć z maszynami - nadejdzie nowy dzień - nowa religia - nadejdzie nowe życie.
  Z roku na rok, w miarę jak maszyny w Ameryce stawały się coraz bardziej wydajne, rosła liczba krosien obsługiwanych przez jednego tkacza. Tkacz mógł mieć dwadzieścia krosien, potem trzydzieści, w następnym roku czterdzieści, a potem nawet sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt. Krosna stawały się coraz bardziej zautomatyzowane, coraz bardziej niezależne od tkaczy. Wydawało się, że żyją własnym życiem. Krosna znajdowały się poza życiem tkaczy, z każdym rokiem wydając się coraz bardziej zewnętrzne. To było dziwne. Czasami w nocy wywoływało to dziwne uczucie.
  Trudność polegała na tym, że krosna wymagały pracy - co najmniej kilku robotników. Problem polegał na tym, że nić faktycznie się zrywała. Gdyby nie skłonność nici do zrywania, tkacze w ogóle nie byliby potrzebni. Cała pomysłowość pomysłowych ludzi, którzy stworzyli maszyny, została wykorzystana do opracowania coraz wydajniejszych i szybszych metod przetwarzania nici. Aby była bardziej elastyczna, utrzymywano ją w lekkiej wilgoci. Z góry, na latającą nić, spadała mgiełka - drobna mgiełka.
  Długie letnie noce w Karolinie Północnej były gorące w fabrykach. Pociłeś się. Twoje ubrania były mokre. Twoje włosy były mokre. Drobne kłaczki unoszące się w powietrzu przyklejały się do twoich włosów. W mieście nazywali cię "lintheadem". Robili to, żeby cię obrazić. Mówili to z pogardą. Nienawidzili cię w mieście, a ty nienawidziłeś ich. Noce były długie. Wydawały się nie mieć końca. Zimne, błękitne światło z góry przesączało się przez drobne kłaczki unoszące się w powietrzu. Czasami miewałeś dziwne bóle głowy. Krosna, którymi się opiekowałeś, tańczyły coraz bardziej szaleńczo.
  Majster w pokoju, w którym pracowała Molly, wpadł na pomysł. Przymocował małą kolorową kartkę do górnej części każdego krosna, przymocowaną do drutu. Kartki były niebieskie, żółte, pomarańczowe, złote, zielone, czerwone, białe i czarne. Małe kolorowe kartki tańczyły w powietrzu. Robiono to po to, aby z daleka można było stwierdzić, kiedy nić zerwała się w jednym z krosien i zatrzymała się. Krosna automatycznie zatrzymywały się, gdy zerwała się nić. Nie odważyłeś się pozwolić im się zatrzymać. Musiałeś biec szybko, czasami daleko. Czasami kilka krosien zatrzymywało się jednocześnie. Kilka kolorowych kartek przestawało tańczyć. Musiałeś szybko biegać tam i z powrotem. Musiałeś szybko związać zerwane nici. Nie możesz pozwolić, aby twoje krosno zatrzymało się na zbyt długo. Zostaniesz zwolniony. Stracisz pracę.
  Nadchodzi taniec. Przyjrzyj się uważnie. Patrz. Patrz.
  Huk. Huk. Co za hałas! Rozlega się taniec - szalony, urywany taniec - taniec na krośnie. W nocy światło męczy oczy. Oczy Molly są zmęczone tańcem kolorowych kartek. Jest przyjemnie w nocy w pomieszczeniu z krosnami w przędzalni. Dziwnie. Czujesz się dziwnie. Jesteś w świecie dalekim od jakiegokolwiek innego świata. Jesteś w świecie latających świateł, latających maszyn, latających nici, latających kolorów. Fajnie. To okropne.
  Krosna w tkalni miały twarde żelazne nogi. Wewnątrz każdego krosna czółenka latały tam i z powrotem z prędkością światła. Nie sposób było śledzić lotu lecących czółenek wzrokiem. Czółenka były jak cienie - latały, latały, latały. "Co się ze mną dzieje?" - Molly Seabright czasami powtarzała sobie. "Chyba w mojej głowie są krosna". Wszystko w pokoju drgało. To było szarpane. Musisz być ostrożny, bo idioci cię dorwą. Molly czasami dostawała drgawek, gdy próbowała spać w ciągu dnia - gdy pracowała w nocy - po długiej nocy w przędzalni. Budziła się gwałtownie, gdy próbowała zasnąć. Krosno w przędzalni wciąż było w jej pamięci. Było tam. Widziała je. Czuła je.
  Nić to krew płynąca przez tkaninę. Nić to małe nerwy biegnące przez tkaninę. Nić to cienki strumień krwi płynący przez tkaninę. Tkanina tworzy mały latający strumień. Kiedy nić pęka w krośnie, krosno zostaje uszkodzone. Przestaje tańczyć. Wydaje się, że podskakuje z podłogi, jakby zostało dźgnięte, dźgnięte lub postrzelone - jak śpiewająca kobieta postrzelona w ciężarówce na ulicach Birchfield, gdy rozpoczął się strajk. Piosenka, a potem nagle piosenka się kończy. Krosna w młynie tańczyły nocą w zimnym, niebieskim świetle. W młynie w Birchfield produkowano kolorowe tkaniny. Była niebieska nić, czerwona nić i biała nić. Zawsze panował niekończący się ruch. Małe rączki i małe palce pracowały wewnątrz krosien. Nić leciała i leciała. Spływała z małych szpulek zamontowanych w cylindrach na krosnach. W innym dużym pomieszczeniu fabryki napełniano szpulki... wytwarzano nić i napełniano szpulki.
  Tam, gdzieś z góry, wychodziła nić. Była jak długi, cienki wąż. Nigdy się nie kończyła. Wychodziła ze zbiorników, rur, stali, mosiądzu, żelaza.
  Wiło się. Skakało. Wypływało z rurki na szpulkę. Kobiety i dziewczęta w przędzalni były uderzane w głowę nicią. W tkalni zawsze spływały po tkaninie maleńkie strużki krwi. Czasem niebieskie, czasem białe, czasem znowu czerwone. Oczy męczyły się od patrzenia.
  Rzecz w tym - Molly uczyła się tego powoli, bardzo powoli - że żeby wiedzieć, trzeba pracować w takim miejscu. Ludzie na zewnątrz nie wiedzieli. Nie mogli. Czuło się różne rzeczy. Ludzie na zewnątrz nie wiedzieli, co się czuje. Żeby wiedzieć, trzeba tam pracować. Trzeba tam być przez długie godziny, dzień po dniu, rok po roku. Trzeba tam być, kiedy się jest chorym, kiedy się ma ból głowy. Kobieta pracująca w młynie dostała... cóż, powinnaś wiedzieć, jak się tego nabawiła. To była miesiączka. Czasami pojawiała się nagle. Nie dało się z tym nic zrobić. Niektórzy czuli się fatalnie, kiedy to się zdarzało, inni nie. Molly czasami tak miała. Czasami nie.
  Ale musi się trzymać.
  Jeśli jesteś outsiderem, a nie pracownikiem, nie wiesz. Szefowie nie wiedzą, co czujesz. Czasami wpada kierownik lub prezes zakładu. Prezes młyna oprowadza gości po swoim młynie.
  Mężczyźni, kobiety i dzieci pracujący w młynie po prostu tam stoją. Jest szansa, że nici się nie zerwą. To po prostu szczęście. "Widzisz, oni nie muszą ciężko pracować" - mówi. Słyszysz to. Nienawidzisz go. Nienawidzisz klientów młyna. Wiesz, jak na ciebie patrzą. Wiesz, że tobą gardzą.
  - Dobra, mądralo, nie wiesz... nie możesz wiedzieć. Chciałbyś z czegoś zrezygnować. Skąd oni mogą wiedzieć, że nici ciągle nadchodzą i nadchodzą, ciągle tańczą, krosna ciągle tańczą... strumienie świateł... ryk, ryk?
  Skąd mogli wiedzieć? Oni tam nie pracują. Bolą cię nogi. Bolą całą noc. Boli cię głowa. Boli cię plecy. Znów nadszedł twój czas. Rozglądasz się. W każdym razie, wiesz. Jest Kate, Mary, Grace i Winnie. Teraz nadszedł czas i na Winnie. Spójrz na jej cienie pod oczami. Jest Jim, Fred i Joe. Joe się rozpada - wiesz to. Ma gruźlicę. Widzisz mały ruch - ręka pracownika przesuwa się w kierunku jej pleców, w kierunku jej głowy, na chwilę zasłania jej oczy. Wiesz. Wiesz, jak bardzo to boli, bo boli ciebie.
  Czasami wydaje się, jakby krosna w tkalni miały się objąć. Nagle ożywają. Jedno krosno zdaje się wykonywać dziwny, nagły skok w kierunku drugiego. Molly Seabright pomyślała o młodym góralku, który skoczył ku niej pewnej nocy na drodze.
  Molly pracowała latami w tkalni w młynie Birchfield, a jej myśli były skupione tylko na własnych. Nie śmiała myśleć za dużo. Nie chciała. Najważniejsze było, by skupić się na krosnach i nie pozwolić im odejść. Została matką, a krosna były jej dziećmi.
  Ale ona nie była matką. Czasami w nocy dziwne rzeczy działy się w jej głowie. Dziwne rzeczy działy się w jej ciele. Po długim czasie, miesiącach nocy, a nawet latach nocy, jej uwaga skupiała się godzina po godzinie, a jej ciało stopniowo synchronizowało się z ruchami maszyn... Były noce, kiedy czuła się zagubiona. Były noce, kiedy wydawało się, że Molly Seabright nie istnieje. Nic nie miało dla niej znaczenia. Była w dziwnym świecie ruchu. Światła jarzyły się przez mgłę. Kolory tańczyły jej przed oczami. W ciągu dnia próbowała spać, ale nie miała spokoju. Tańczące maszyny pozostały w jej snach. Kontynuowały taniec w jej śnie.
  Jeśli jesteś kobietą i wciąż jesteś młoda... Ale kto wie, czego pragnie kobieta, czym jest kobieta? Napisano już tyle mądrych słów. Ludzie mówią różne rzeczy. Chcesz, żeby coś żywego skoczyło w twoją stronę, jak podskakuje krosno. Chcesz czegoś konkretnego, zbliżającego się do ciebie, spoza ciebie. Chcesz tego.
  Nie wiesz. Wiesz.
  Dni po długich nocach spędzonych w młynie w upalne lato stają się dziwne. Dni to koszmary. Nie można spać. Kiedy się śpi, nie można odpocząć. Noce, kiedy wraca się do pracy w młynie, stają się po prostu godzinami spędzonymi w obcym, nierealnym świecie. Zarówno dni, jak i noce stają się dla ciebie nierealne. "Gdyby tylko ten młody człowiek na drodze tamtej nocy, gdyby tylko podszedł do mnie delikatniej, delikatniej" - myślała czasami. Nie chciała o nim myśleć. Nie podszedł do niej delikatnie. Strasznie ją przerażał. Nienawidziła go za to.
  OceanofPDF.com
  4
  
  RED OLIVER MUSIAŁ myśleć. Myślał, że musi myśleć. Chciał myśleć - myślał, że chce myśleć. W młodości jest jakiś głód. "Chciałbym to wszystko zrozumieć - poczuć to wszystko" - mówi sobie młodość. Po kilku miesiącach pracy w młynie w Langdon w Georgii... będąc dość energicznym... Red od czasu do czasu próbował pisać wiersze... po strajku robotniczym w Langdon, nieudanym strajku... nie radził sobie z tym najlepiej... pomyślał... "Teraz będę blisko robotników"... aż w końcu, gdy nadeszła trudna sytuacja, przestał... po wizycie na farmie Bradleyów wczesnym latem w Kansas... przemówieniu Neala... potem w domu, czytając radykalne książki... sięgnął po "The New Republic" i "The Nation"... potem Neal przysłał mu "The New Masses"... pomyślał... "Teraz jest czas, żeby spróbować pomyśleć... musimy to zrobić... musimy spróbować... my, młodzi Amerykanie, musimy spróbować to zrobić. Starzy nie będą chcieli".
  Pomyślał: "Muszę zacząć okazywać odwagę, nawet walczyć, nawet być gotowym zginąć za to... za co?"... Nie był pewien... "Mimo wszystko" - pomyślał... .
  Daj mi to sprawdzić.
  Daj mi to sprawdzić.
  "Teraz pójdę tą drogą za wszelką cenę. Jeśli to komunizm, to w porządku. Ciekawe, czy komuniści będą mnie chcieli" - pomyślał.
  "Teraz jestem odważny. Naprzód!"
  Może był odważny, a może nie.
  "Teraz się boję. W życiu jest za dużo do nauczenia". Nie wiedział, jak będzie, jeśli przyjdzie mu się zmierzyć z testem. "No cóż, daj spokój" - pomyślał. Co go to obchodzi? Czytał książki, studiował na studiach. Szekspira. Hamleta. "Świat się rozpadł - zło, które przyszło mi na świat naprawić". Zaśmiał się... "Ha... O cholera... Raz mnie próbowano i się poddałem... Mądrzejsi i lepsi ode mnie się poddali... ale co zrobisz... ...zostaniesz zawodowym baseballistą?"... Red mógłby być taki; dostał ofertę, kiedy był na studiach... mógł zacząć w niższych ligach i piąć się w górę... mógł pojechać do Nowego Jorku i zostać agentem obligacji... inni studenci zrobili to samo.
  "Zostań w młynie Langdona. Zdradź robotników w młynie". Spotkał kilku robotników w młynie Langdona, poczuł się im bliski. W jakiś dziwny sposób, niektórych nawet pokochał. Ludzi, takich jak ta nowa kobieta, na którą natknął się podczas swoich wędrówek... te wędrówki zaczęły się z jego niepewności, ze wstydu za to, co przydarzyło mu się w Langdon w Georgii, podczas tamtejszego strajku... nowa kobieta, którą znalazł i okłamał, mówiąc, że jest komunistą, sugerując, że jest kimś odważniejszym i wspanialszym niż on sam... zaczął patrzeć na komunistów w ten sposób... może był wobec nich romantyczny i sentymentalny... byli ludzie tacy jak ta kobieta, Molly Seabright, w młynie Langdona.
  "Spotkaj się z szefami w młynie. Bądź frajerem. Dorośnij. Zdobądź bogactwo, może kiedyś. Stań się gruby, stary, bogaty i zadowolony z siebie".
  Nawet kilka miesięcy spędzonych w młynie w Langdon w stanie Georgia, tego lata i poprzedniego, coś w nim zrobiło. Poczuł coś, czego wielu Amerykanów nie czuje i być może nigdy nie poczuje. "Życie było pełne dziwnych wypadków. Zdarzył się wypadek przy porodzie. Kto mógłby to wyjaśnić?
  Które dziecko mogłoby powiedzieć, kiedy, gdzie i jak się urodzi?
  "Czy dziecko rodzi się w zamożnej rodzinie, czy w rodzinie klasy średniej - niższej, wyższej?... w dużym białym domu na wzgórzu nad amerykańskim miastem, w kamienicy, w miasteczku górniczym... syn lub córka milionera... syn lub córka włamywacza z Georgii, syn złodzieja, a nawet syn mordercy... czy dzieci w ogóle rodzą się w więzieniach?... Czy jesteś prawowitym czy nieprawowitym dzieckiem?"
  Ludzie ciągle gadają. Mówią: "Tacy a tacy ludzie są dobrzy". Mają na myśli, że jego lub jej rodzina jest bogata lub zamożna.
  "Jakim cudem on/ona urodził się taki/taka?"
  Ludzie zawsze osądzają innych. Były gadanie, gadanie, gadanie. Dzieci bogatych i zamożnych... Red widział ich mnóstwo na studiach... nigdy w swoim długim życiu tak naprawdę nie zaznały głodu i niepewności, rok po roku zmęczenia, bezradności przenikającej do szpiku kości, skąpego jedzenia, tanich, tandetnych ubrań. Dlaczego?
  Jeśli matka lub dziecko robotnika zachorowało, pojawiała się kwestia lekarza... Krasny o tym wiedział... jego ojciec był lekarzem... lekarze też pracowali dla pieniędzy... czasami dzieci robotników padały jak muchy. Dlaczego nie?
  "W każdym razie tworzy to więcej miejsc pracy dla innych pracowników.
  "Co za różnica? Czy robotnicy, którzy zawsze dostawali po tyłku, którzy zawsze dostawali po tyłku, są dobrymi ludźmi w całej historii ludzkości?
  Wszystko wydawało się Redowi Oliverowi dziwne i tajemnicze. Po spędzeniu trochę czasu z robotnikami, pracując z nimi przez jakiś czas, pomyślał, że są mili. Nie mógł przestać o tym myśleć. Była jego własna matka - ona też była robotnicą - i stała się dziwnie religijna. Była lekceważona przez bogatszych ludzi w jego rodzinnym mieście Langdon. Zdawał sobie z tego sprawę. Zawsze była sama, zawsze milcząca, zawsze pracująca lub modląca się. Jego próby zbliżenia się do niej spełzły na niczym. Wiedział o tym. Kiedy w jego życiu nadszedł kryzys, uciekł od niej i ze swojego rodzinnego miasta. Nie rozmawiał z nią o tym. Nie mógł. Była zbyt nieśmiała i milcząca, i przez nią on też był nieśmiały i milczący. A jednak wiedział, że była słodka, ale w głębi duszy była cholernie słodka.
  "O cholera, to prawda. Ci, którym zawsze skopują tyłek, to najmilsi ludzie. Ciekawe dlaczego."
  OceanofPDF.com
  5
  
  O LATACH, KIEDY Molly Seabright pracowała nocami w młynie w Birchfield... Właśnie skończyła dwadzieścia lat... To było dla niej dziwne lato... Tego lata przeżyła pewne doświadczenie. Z jakiegoś powodu tego lata wszystko w jej ciele i umyśle wydawało się rozciągnięte i powolne. Czuła w sobie zmęczenie, którego nie mogła się pozbyć.
  Te bolesne chwile były dla niej jeszcze trudniejsze. Zraniły ją jeszcze bardziej.
  Tego lata maszyny w młynie zdawały się jej coraz bardziej żywe. Bywały dni, gdy dziwne, fantastyczne sny z jej życia, gdy próbowała zasnąć, wkradały się do jej czuwania.
  Dziwne pragnienia ją przerażały. Czasami chciała rzucić się na jedno z krosien. Chciała włożyć rękę lub ramię w jedno z krosien... krew własnego ciała wpleciona w tkaninę, którą szyła. To był fantastyczny pomysł, kaprys. Wiedziała o tym. Chciała zapytać inne kobiety i dziewczyny pracujące z nią w pokoju: "Czy czułyście kiedyś to i to?". Nie zapytała. Nie miała zwyczaju dużo mówić.
  "Za dużo kobiet i dziewcząt" - pomyślała. "Chciałabym, żeby było więcej mężczyzn". W domu, w którym dostała pokój, mieszkały dwie starsze kobiety i trzy młode, wszystkie pracujące w młynie. Wszystkie pracowały całymi dniami, a w ciągu dnia była sama w domu. Kiedyś w tym domu mieszkał mężczyzna... jedna ze starszych kobiet była mężatką, ale zmarła. Czasami się zastanawiała... czy mężczyźni w młynie umierają łatwiej niż kobiety? Wydawało się, że jest tu tak wiele starszych kobiet, samotnych pracownic, które kiedyś miały mężczyzn. Czy tęskniła za własnym mężczyzną? Nie wiedziała.
  Potem jej matka zachorowała. Dni tego lata były gorące i suche. Przez całe lato jej matka musiała chodzić do lekarza. Każdej nocy w młynie myślała o chorej matce w domu. Przez całe lato jej matka musiała chodzić do lekarza. Lekarze kosztują.
  Molly chciała opuścić młyn. Żałowała, że nie może. Wiedziała, że nie może. Pragnęła odejść. Żałowała, że nie może odejść, tak jak zrobił to Red Oliver, gdy jego życie przechodziło kryzys, wędrować po nieznanych miejscach. Nie chciała być sobą. Żałuję, że nie mogę wyjść z mojego ciała, pomyślała. Żałowała, że nie jest piękniejsza. Słyszała historie o dziewczynach... zostawiały rodziny i pracę... szły w świat wśród mężczyzn... sprzedawały się mężczyznom. Nie obchodzi mnie to. Ja też bym to zrobiła, gdybym miała szansę, myślała czasami. Nie była wystarczająco piękna. Czasami zastanawiała się, patrząc na siebie w lustrze w swoim pokoju... pokoju, który wynajmowała w domu młynarza w wiosce młynarskiej... wyglądała na dość zmęczoną...
  "Jaki w tym sens?" - powtarzała sobie. Nie mogła rzucić pracy. Życie nigdy się przed nią nie otworzy. "Założę się, że nigdy nie przestanę tu pracować" - pomyślała. Czuła się ciągle wyczerpana i zmęczona.
  W nocy śniły jej się dziwne sny. Ciągle śniły jej się krosna tkackie.
  Krosna ożyły. Rzuciły się na nią. Jakby mówiły: "Proszę bardzo. Chcemy cię".
  Wszystko stawało się dla niej coraz dziwniejsze tego lata. Przeglądała się w małym lusterku, które stało w jej pokoju, zarówno rano, gdy wracała z pracy, jak i po południu, gdy wstawała z łóżka, żeby zrobić sobie obiad przed pójściem do młyna. Dni stawały się gorące. W domu było gorąco. Stała w swoim pokoju i przyglądała się sobie. Przez całe lato była tak zmęczona, że myślała, że nie da rady dalej pracować, ale dziwne było to, że czasami... zaskakiwało ją to... nie mogła w to uwierzyć... czasami wyglądała normalnie. Była nawet piękna. Była piękna przez całe lato, ale nie wiedziała tego na pewno, nie mogła być tego pewna. Co jakiś czas myślała: "Jestem piękna". Ta myśl napełniała ją małą falą szczęścia, ale przez większość czasu nie czuła go na pewno. Niejasno go czuła, niejasno go wiedziała. Dawała jej rodzaj nowego szczęścia.
  Byli ludzie, którzy wiedzieli. Każdy mężczyzna, który widział ją tamtego lata, mógł wiedzieć. Być może każda kobieta ma taki okres w swoim życiu - swoje własne, najwyższe piękno. Każda trawa, każdy krzew, każde drzewo w lesie ma swój czas, by rozkwitnąć. Mężczyźni, lepiej niż inne kobiety, sprawili, że Molly to zrozumiała. Mężczyźni, którzy pracowali z nią w tkalni w Birchfield Mill... było tam wielu mężczyzn... tkaczy... zamiataczy... mężczyźni przechodzący przez pracownię gapili się na nią.
  Było w niej coś, co sprawiało, że się w nią wpatrywali. Nadszedł jej czas. Boleśnie. Wiedziała, choć nie do końca wiedziała, i mężczyźni wiedzieli, choć nie do końca wiedzieli.
  Wiedziała, że wiedzą. To ją kusiło. To ją przerażało.
  W jej pokoju był mężczyzna, młody pan, żonaty, ale z chorą żoną. Szedł dalej obok niej. Zatrzymał się, żeby porozmawiać. "Cześć" - powiedział. Podszedł i zatrzymał się. Był zawstydzony. Czasami nawet dotykał jej ciała swoim. Nie robił tego często. Zawsze wydawało się to zupełnie przypadkowe. Stał tam. Potem przeszedł obok niej. Jego ciało dotknęło jej ciała.
  To było tak, jakby mówiła mu: "Nie. Bądź teraz delikatny. Nie. Bądź delikatniejszy". Był delikatny.
  Czasami wypowiadała te słowa, gdy go nie było, gdy nikogo innego nie było w pobliżu. "Chyba trochę wariuję" - pomyślała. Odkryła, że nie zwraca się do innej osoby takiej jak ona, ale do jednego ze swoich krosien.
  Zerwała się nić na jednym z krosien, więc pobiegła ją naprawić i zawiązać z powrotem. Krosno stało w bezruchu. Było cicho. Wyglądało, jakby chciało na nią skoczyć.
  "Bądź delikatny" - szepnęła do niego. Czasami wypowiadała te słowa na głos. W pokoju zawsze panował hałas. Nikt nie mógł go usłyszeć.
  To było absurdalne. To było głupie. Jak warsztat tkacki, rzecz ze stali i żelaza, mógł być delikatny? Warsztat nie mógł. To była ludzka cecha. "Czasami, może... nawet maszyny... są absurdalne. Weź się w garść... Gdybym tylko mógł się stąd na chwilę wyrwać.
  Przypomniało jej się dzieciństwo na farmie ojca. Wróciły do niej sceny z dzieciństwa. Natura potrafiła być czasem łagodna. Były łagodne dni, łagodne noce. Czy myślała o tym wszystkim? To były uczucia, nie myśli.
  Być może młody brygadzista w jej pokoju nie miał tego na myśli. Był człowiekiem Kościoła. Starał się tego nie robić. W kącie tkalni młyna znajdował się mały magazyn. Trzymali tam zapasy. "Idź tam" - powiedział do niej pewnego wieczoru. Jego głos był ochrypły, gdy mówił. Jego oczy wciąż szukały jej. Jego oczy były jak oczy rannego zwierzęcia. "Odpocznij trochę" - powiedział. Mówił jej to czasami, gdy nie była bardzo zmęczona. "Zawroty głowy" - pomyślała. Takie rzeczy zdarzały się czasami w fabrykach, w fabrykach samochodów, gdzie nowocześni robotnicy pracowali przy szybkich, latających, nowoczesnych maszynach. Robotnik fabryczny nagle, bez ostrzeżenia, wpadał w urojenia. Zaczynał krzyczeć. Zdarzało się to częściej mężczyznom niż kobietom. Kiedy robotnik zachowywał się w ten sposób, był niebezpieczny. Mógł uderzyć kogoś narzędziem, zabić. Mógł zacząć niszczyć maszyny. W niektórych fabrykach i zakładach produkcyjnych zatrudniano specjalnych ludzi, zaprzysiężonych policjantów, do zajmowania się takimi przypadkami. To było jak szok pourazowy na wojnie. Robotnika ogłuszał silny mężczyzna; trzeba go było wynieść z zakładu.
  Na początku, gdy brygadzista był w pokoju i tak słodko, tak czule przemawiał do Molly... Molly nie szła do pokoiku, żeby odpocząć, jak jej kazał, ale czasami, później, szła. Były tam bele i stosy nici i tkanin. Były zniszczone kawałki materiału. Kładła się na stercie rzeczy i zamykała oczy.
  To było bardzo dziwne. Mogła tam odpocząć, a nawet czasem trochę się przespać tego lata, kiedy nie mogła odpocząć ani spać w domu, w swoim pokoju. To było dziwne - tak blisko latających maszyn. Wydawało się, że lepiej być blisko nich. Postawił na jej miejscu inną pracownicę, dodatkową kobietę, przy krośnie, i ona tam weszła. Brygadzista nie wiedział.
  Pozostałe dziewczyny w pokoju wiedziały. Nie wiedziały. Mogły się domyślić, ale udawały, że nie wiedzą. Zachowywały się całkowicie przyzwoicie. Nic nie powiedziały.
  Nie poszedł tam za nią. Kiedy ją tam wysyłał... zdarzyło się to kilkanaście razy tego lata... zostawał w wielkiej tkalni albo szedł w inną część fabryki, a Molly zawsze myślała potem, po tym, co się w końcu stało: że poszedł gdzieś, po tym jak ją wysłał do swojego pokoju, walcząc z samym sobą. Wiedziała o tym. Wiedziała, że walczy z samym sobą. Lubiła go. On jest mój, pomyślała. Nigdy go nie winiła.
  Chciał i nie chciał. W końcu jednak to zrobił. Do małego magazynu można było wejść przez drzwi z tkalni albo wąskimi schodami z pokoju na piętrze, i pewnego dnia, w półmroku, przy uchylonych drzwiach do tkalni, stali tam wszyscy inni tkacze, w półmroku. Praca... tak blisko... taniec majaczył w tkalni tak blisko... milczał... mógłby być jednym z krosien... skaczącą nicią... tkającą mocną, cienką tkaninę... ...tkającą cienką tkaninę... Molly czuła się dziwnie zmęczona. Nie mogła z niczym walczyć. Naprawdę nie chciała walczyć. Była w ciąży.
  Nieczuły i jednocześnie strasznie troskliwy.
  On też. "Nic mu nie jest" - pomyślała.
  Gdyby jej matka się dowiedziała. Nigdy się nie dowiedziała. Molly była za to wdzięczna.
  Udało jej się ją zgubić. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Kiedy wróciła do domu w weekend, jej matka leżała w łóżku. Próbowała wszystkiego. Sama wdrapała się do lasu nad domem, gdzie nikt nie mógł jej zobaczyć, i biegła tam i z powrotem najszybciej, jak potrafiła. To była ta sama zarośnięta leśna droga, na której później zobaczyła Red Olivera. Skakała i skakała jak krosna w młynie. Coś usłyszała. Zażyła dużą dawkę chininy.
  Chorowała przez tydzień, kiedy go straciła, ale nie miała lekarza. Leżała z matką w jednym łóżku, ale kiedy dowiedziała się, że lekarz nadchodzi, wyczołgała się z łóżka i schowała w lesie. "On weźmie tylko pensję" - powiedziała matce. "Nie potrzebuję go" - powiedziała. Potem wyzdrowiała i to się nigdy więcej nie powtórzyło. Tej jesieni zmarła żona brygadzisty, a on odszedł i znalazł pracę w innym młynie, w innym mieście. Wstydził się. Po tym, jak to się stało, wstydził się do niej podejść. Czasami zastanawiała się, czy kiedykolwiek się ponownie ożeni. Był miły, pomyślała. Nigdy nie był szorstki i okrutny dla robotników w warsztacie tkackim, jak większość brygadzistów, i nie był cwaniakiem. Nigdy nie był gejem. Czy kiedykolwiek się ponownie ożeni? Nigdy nie wiedział, przez co musiała przejść, kiedy była w takim stanie. Nigdy mu nie powiedziała, że jest w takim stanie. Nie mogła powstrzymać się od zastanawiania się, czy znajdzie sobie nową żonę w nowym miejscu i jaka będzie ta nowa żona.
  OceanofPDF.com
  6
  
  MOLLY SEABRIGHT, która znalazła młodego Reda Olivera w lesie nad domem swojego ojca, założyła, że to młody komunista, który idzie pomóc robotnikom podczas strajku w Birchfield. Nie chciała, żeby jej ojciec i matka wiedzieli o nim ani o jego obecności na farmie. Nie próbowała im tłumaczyć nowych doktryn, których uczono ją w obozie strajkowym. Nie potrafiła. Sama ich nie rozumiała. Była pełna podziwu dla mężczyzn i kobiet, którzy dołączyli do strajkujących, a teraz im przewodzili, ale nie rozumiała ani ich słów, ani idei.
  Po pierwsze, zawsze używali dziwnych słów, których nigdy wcześniej nie słyszała: proletariat, burżuazja. Było coś, co należało "zlikwidować". Szło się w lewo albo w prawo. To był dziwny język - wielkie, trudne słowa. Była podniecona emocjonalnie. Żyły w niej mgliste nadzieje. Strajk w Birchfield, który rozpoczął się z powodu płac i godzin pracy, nagle przerodził się w coś innego. Mówiono o stworzeniu nowego świata, o ludziach takich jak ona, wychodzących z cienia fabryk. Miał powstać nowy świat, w którym robotnicy odegrają kluczową rolę. Ci, którzy uprawiali żywność dla innych, szyli tkaniny, budowali domy, w których ludzie mogli mieszkać - ci ludzie mieli nagle się wyłonić i zrobić krok naprzód. Przyszłość miała być w ich rękach. Wszystko to było niezrozumiałe dla Molly, ale idee, które komuniści, z którymi rozmawiała w obozie w Birchfield, zaszczepili jej w głowie, choć być może nieosiągalne, były kuszące. Sprawiały, że czułaś się wielka, prawdziwa i silna. W tych ideach była pewna szlachetność, ale nie dało się ich wytłumaczyć rodzicom. Molly nie była rozmowna.
  A potem również wśród robotników zapanowało zamieszanie. Czasami, gdy przywódców komunistycznych nie było w pobliżu, rozmawiali między sobą. "To niemożliwe. To niemożliwe. Wy? My?" To było rozbawienie. Strach narastał. Niepewność narastała. A jednak strach i niepewność zdawały się jednoczyć robotników. Czuli się odizolowani - mała wyspa ludzi, oddzielona od rozległego kontynentu innych narodów, jakim była Ameryka.
  "Czy kiedykolwiek mógłby istnieć świat taki jak ten, o którym mówią ci mężczyźni i ta kobieta?" Molly Seabright nie mogła w to uwierzyć, ale jednocześnie coś się z nią stało. Chwilami czuła, jakby oddała życie za mężczyzn i kobiety, którzy nagle wnieśli nową nadzieję w jej życie i życie innych robotników. Próbowała myśleć. Była jak Red Oliver, zmagający się z samym sobą. Komunistka, która przyjechała do Birchfield z mężczyznami, była niska i ciemnowłosa. Potrafiła wstać przed robotnikami i mówić. Molly podziwiała ją i zazdrościła jej. Chciałaby być tak inna... "Gdybym tylko miała wykształcenie i nie była taka nieśmiała, spróbowałabym" - myślała czasem. Strajk w Birchfield, pierwszy strajk, w jakim kiedykolwiek brała udział, przyniósł jej wiele nowych i dziwnych emocji, których nie do końca rozumiała i nie potrafiła wytłumaczyć innym. Słuchając mówców w obozie, czasami nagle czuła się wielka i silna. Dołączała do śpiewania nowych pieśni, pełnych dziwnych słów. Wierzyła w komunistycznych przywódców. "Byli młodzi i pełni odwagi, pełni odwagi" - pomyślała. Czasami myślała, że mają jej za dużo. Całe miasto Birchfield było pełne gróźb pod ich adresem. Kiedy strajkujący maszerowali ulicami, śpiewając, co zdarzało się czasami, obserwujący ich tłum ich przeklinał. Słychać było syki, przekleństwa, okrzyki grożące. "Sukinsyny, dorwiemy was". Gazeta Birchfield zamieściła na pierwszej stronie karykaturę przedstawiającą węża owiniętego wokół amerykańskiej flagi, z nagłówkiem "Komunizm". Przychodzili chłopcy i rzucali w nich egzemplarze gazety o obozie strajkujących.
  "Nie obchodzi mnie to. Oni kłamią."
  Czuła nienawiść w powietrzu. To wzbudzało w niej strach o przywódców. Drżała. Prawo szuka takiego człowieka, pomyślała teraz, gdy natknęła się na Red Olivera w lesie. Chciała go chronić, zapewnić mu bezpieczeństwo, ale jednocześnie nie chciała, żeby jej ojciec i matka o tym wiedzieli. Nie chciała, żeby wpadli w kłopoty, ale sama czuła, że jej to nie obchodzi. Pewnego wieczoru prawo przyszło do domu na dole i teraz, po zadaniu brutalnych pytań - prawo zawsze bywa brutalne dla biednych, wiedziała o tym - odjechało górską drogą, ale w każdej chwili mogło wrócić i zacząć znowu zadawać pytania. Prawo mogło nawet odkryć, że sama była jedną ze strajkujących w Birchfield. Prawo nienawidziło strajkujących. W Birchfield doszło już do kilku zamieszek: strajkujący, mężczyźni i kobiety, po jednej stronie, a łamistrajkowie, którzy przybyli z zewnątrz, żeby zająć ich miejsca, a mieszkańcy miasta i właściciele fabryk po drugiej. Prawo zawsze było przeciwko strajkującym. Zawsze tak będzie. Prawo chętnie skorzystałoby z okazji, by skrzywdzić każdego, kto był związany ze strajkującymi. Tak myślała. Wierzyła w to. Nie chciała, żeby jej rodzice dowiedzieli się o obecności Reda Olivera. Ich ciężkie życie mogło stać się jeszcze trudniejsze.
  Nie ma sensu zmuszać ich do kłamstwa, pomyślała. Jej ludzie byli dobrymi ludźmi. Należeli do Kościoła. Nigdy nie będą dobrymi kłamcami. Nie chciała, żeby tacy byli. Kazała Redowi Oliverowi zostać w lesie do zmroku. Kiedy rozmawiała z nim w lesie, w półmroku, patrząc przez drzewa, widzieli dom w dole. Między drzewami była prześwit, wskazała na niego. Matka Molly zapaliła lampę w kuchni. Zjadła kolację. "Zostań tutaj" - powiedziała cicho, rumieniąc się przy tym. Dziwnie było rozmawiać z kimś obcym w ten sposób, troszczyć się o niego, chronić go. Część miłości i podziwu, które czuła dla komunistycznych przywódców strajku, czuła również dla Czerwonych. Będzie jak oni - z pewnością wykształcony mężczyzna. Mężczyźni i kobiety tacy jak ta drobna, ciemnowłosa komunistka ze strajku poniosą ofiary, by przyjść z pomocą strajkującym, strajkującym biednym robotnikom. Miała już mgliste przeczucie, że ci ludzie są w jakiś sposób lepsi, szlachetniejsi, odważniejsi niż mężczyźni, których zawsze uważała za dobrych. Zawsze uważała, że kaznodzieje powinni być najlepszymi ludźmi na świecie, ale to też było dziwne. Kaznodzieje w Birchfield byli przeciwni strajkującym. Krzyczeli przeciwko nowym przywódcom, których strajkujący znaleźli. Pewnego dnia komunistka w obozie rozmawiała z innymi kobietami. Zwróciła im uwagę, jak Chrystus, o którym kaznodzieje zawsze mówili, wspiera biednych i pokornych. Wspiera ludzi w potrzebie, ludzi uciskanych, tak jak robotników. Komunistka powiedziała, że zachowanie kaznodziei było zdradą nie tylko robotników, ale nawet ich własnego Chrystusa, i Molly zaczęła rozumieć, co miała na myśli i o czym mówiła. To wszystko było tajemnicą i były też inne rzeczy, które ją zastanawiały. Jedna z robotnic, jedna ze strajkujących w Birchfield, starsza kobieta, kobieta z kościoła, dobra kobieta, pomyślała Molly, chciała dać prezent jednemu z komunistycznych przywódców. Chciała wyrazić swoją miłość. Uważała, że ten mężczyzna był odważny. Dla dobra strajkujących sprzeciwił się miastu i policji miejskiej, a policja nie chciała strajkujących robotników. Lubili tylko robotników, którzy byli zawsze pokorni, zawsze ulegli. Starsza kobieta myślała i myślała, chcąc zrobić coś dla mężczyzny, którego podziwiała. Incydent okazał się zabawniejszy, bardziej tragicznie zabawny, niż Molly mogła sobie wyobrazić. Jeden z komunistycznych przywódców stał przed strajkującymi, rozmawiając z nimi, a staruszka podeszła do niego. Przepchnęła się przez tłum. Przyniosła mu swoją Biblię jako prezent. To była jedyna rzecz, jaką mogła dać mężczyźnie, którego kochała i któremu chciała wyrazić swoją miłość prezentem.
  Zapanowało zamieszanie. Tego wieczoru Molly zostawiła Reda leśną drogą, na wpół zarośniętą laurami, i zapędziła krowę do domu. Obok górskiej chaty stała mała stodoła z bali, do której trzeba było zapędzić krowę na dojenie. Zarówno dom, jak i stodoła znajdowały się tuż przy drodze, którą wcześniej jechał Red. Krowa miała cielę, które było trzymane w ogrodzonym kojcu obok stodoły.
  Rudowłosy Oliver pomyślał, że Molly ma piękne oczy. Kiedy rozmawiała z nim na górze tego wieczoru, wydając mu polecenia, pomyślał o innej kobiecie, Ethel Long. Być może dlatego, że obie były wysokie i szczupłe. W oczach Ethel Long zawsze było coś przebiegłego. Rozgrzewały się, a potem nagle stawały się dziwnie zimne. Nowa kobieta była jak Ethel Long, ale jednocześnie zupełnie inna.
  "Kobiety. Kobiety" - pomyślał Red z lekką pogardą. Chciał być z dala od kobiet. Nie chciał myśleć o kobietach. Kobieta w lesie kazała mu zostać tam, gdzie był. "Za chwilę przyniosę ci kolację" - powiedziała cicho i nieśmiało. "Potem zabiorę cię do Birchfield. Pójdę tam, kiedy będzie ciemno. Jestem jedną z atakujących. Poprowadzę cię bezpiecznie".
  Krowa miała młode cielę w ogrodzonym zagrodzie niedaleko stodoły. Biegła leśną drogą. Zaczęła głośno płakać. Kiedy Molly przepuściła ją przez dziurę w płocie, pobiegła krzycząc w kierunku cielęcia, a cielę też było podekscytowane. Również zaczęło płakać. Biegało w górę i w dół po jednej stronie płotu, krowa biegała w górę i w dół po drugiej, a kobieta pobiegła, aby pozwolić krowie dotrzeć do jej cielęcia. Krowa zaczęła chcieć dać, a cielę zaczęło płakać z głodu. Oboje chcieli zburzyć płot, który ich dzielił, a kobieta pozwoliła krowie dotrzeć do cielęcia i zaczęła obserwować. Red Oliver widział to wszystko, ponieważ nie posłuchał instrukcji kobiety, aby zostać w lesie, ale obserwował ją uważnie. To było to. Była kobietą, która patrzyła na niego z dobrocią w oczach, a on chciał być blisko niej. Był jak większość amerykańskich mężczyzn. Była w nim nadzieja, a raczej przekonanie, że pewnego dnia znajdzie kobietę, która uratuje go przed nim samym.
  Red Oliver podążył za kobietą i na wpół szaloną krową w dół wzgórza i przez las na farmę. Wpuściła krowę i jej cielę do zagrody. Chciał się do niej zbliżyć, zobaczyć wszystko, być blisko niej.
  "Ona jest kobietą. Czekaj. Co? Może mnie kocha. To chyba wszystko, co mi się przydarzyło. W końcu wszystko, czego mogę potrzebować, to miłość jakiejś kobiety, żeby moja męskość stała się dla mnie rzeczywistością.
  "Żyj w miłości - w kobiecie. Wejdź w nią i odejdź odświeżony. Wychowuj dzieci. Buduj dom.
  "Teraz widzisz. To jest to. Teraz masz po co żyć. Teraz możesz oszukiwać, intrygować, dogadywać się i piąć się w górę. Widzisz, nie robisz tego tylko dla siebie. Robisz to dla innych. Jesteś w porządku".
  Wzdłuż krawędzi obory płynął mały strumyk, wzdłuż którego rosły krzaki. Red podążał za strumieniem, stąpając po słabo widocznych kamieniach. Pod krzakami było ciemno. Czasami brodził w wodzie. Mokły mu stopy. Nie przeszkadzało mu to.
  Zobaczył krowę spieszącą w stronę cielęcia i podszedł tak blisko, że dostrzegł kobietę stojącą tam i obserwującą ssące cielę. Ta scena, ciche podwórko, kobieta stojąca tam i obserwująca cielę ssące krowę - ziemia, zapach ziemi, wody i krzewów... teraz płonąca jesiennymi barwami, niemal czerwona... impulsy, które poruszały człowiekiem w życiu, człowiek przychodził i odchodził... byłoby miło, na przykład, być prostym parobkiem, odizolowanym od innych, być może nie myślącym o innych... chociaż zawsze był biedny... co za różnica, czy ubóstwo ma znaczenie?... Ethel Long... coś, czego od niej pragnął, ale czego nie dostał.
  .. O człowieku pełen nadziei i marzeń.
  .. Zawsze myślę, że gdzieś jest złoty klucz... "Ktoś go ma... daj mi go..."
  Kiedy uznała, że cielę ma już dość, wyprowadziła krowę z zagrody do obory. Krowa była teraz spokojna i zadowolona. Nakarmiła ją i poszła do domu.
  Rudowłosa chciała podejść bliżej. W jego głowie już kłębiły się niejasne myśli. "Jeśli ta kobieta... może... jak mężczyzna może tak mówić? Obca kobieta, Molly, może to ta jedyna".
  Znalezienie miłości to również część młodości. Jakaś kobieta, silna kobieta, nagle dostrzeże we mnie coś... ukrytą męskość, której ja sam jeszcze nie dostrzegam i nie czuję. Nagle do mnie przyjdzie. Z otwartymi ramionami.
  "Coś takiego mogłoby dodać mi odwagi". Już wcześniej uważała go za kogoś wyjątkowego. Uważała go za lekkomyślnego, śmiałego młodego komunistę. Załóżmy, że dzięki niej nagle stał się kimś. Miłość do takiego człowieka mogła być tym, czego potrzebował, czymś cudownym. Zostawiła krowę i weszła na chwilę do domu, a on wyłonił się z krzaków i pobiegł przez miękką ciemność do stodoły. Rozejrzał się szybko. Nad krową znajdował się mały strych wypełniony sianem, a tam była dziura, przez którą mógł patrzeć w dół. Mógł tam spokojnie zostać i patrzeć, jak doi krowę. Była tam kolejna dziura, wychodząca na podwórze. Dom był niedaleko, nie dalej niż dwadzieścia metrów.
  Krowa w oborze była zadowolona i cicha. Kobieta ją nakarmiła. Choć była późna jesień, noc nie była zimna. Red widział gwiazdy wschodzące przez dziurę na strychu. Wyjął z torby parę suchych pończoch i włożył je. Znów nawiedziło go uczucie, które zawsze go prześladowało. To właśnie to uczucie doprowadziło go do skomplikowanego romansu z Ethel Long. Irytowało go. Znów był blisko kobiety i ten fakt go podniecał. "Czyż nie mogę być blisko kobiety, nie czując tego?" - pytał sam siebie. Nachodziły go drobne, gniewne myśli.
  Zawsze było tak samo. Chciał tego i nie mógł. Gdyby pewnego dnia mógł całkowicie połączyć się z inną istotą... narodzić nowe życie... coś, co by go wzmocniło... czy w końcu stałby się człowiekiem? W tamtej chwili leżał cicho na stodole, żywo wspominając inne chwile, kiedy czuł się tak samo jak wtedy. Zawsze prowadziło go to do zaprzepaszczenia samego siebie.
  Znów był swoim chłopakiem, spacerującym wzdłuż torów kolejowych. W dole rzeki, poniżej miasta, w Langdon w stanie Georgia, tak daleko od miejskiego życia jak wioska młynarska w pobliżu przędzalni bawełny, zbudowano kilka biednych, małych, drewnianych chatek. Niektóre z chat były zbudowane z desek wyłowionych z potoku podczas przypływu. Ich dachy były pokryte spłaszczonymi puszkami, które służyły jako gonty. Mieszkali tam twardzi ludzie. Ludzie, którzy tam mieszkali, byli przestępcami, dzikimi lokatorami, twardzi i zdesperowani ludzie z biednej białej klasy Południa. Byli to ludzie, którzy robili tanią whisky, żeby sprzedawać ją czarnym. Byli złodziejami kurczaków. Mieszkała tam dziewczyna, rudowłosa jak on. Red zobaczył ją po raz pierwszy pewnego dnia w mieście, na głównej ulicy Langdon, gdy był uczniem.
  Spojrzała na niego w pewien sposób. "Co?
  Masz na myśli to? Tacy ludzie? Młode dziewczyny z takich rodzin. Pamiętał, że zaskoczyła go jej odwaga, jej męstwo. Nadal było miło. To było fajne.
  W jej oczach było głodne spojrzenie. Nie mógł się pomylić. "Cześć, chodź" - powiedziały jej oczy. Szedł za nią ulicą, zwykły chłopak, przestraszony i zawstydzony, trzymający się od niej na dystans, zatrzymując się w drzwiach, udając, że nie idzie.
  Wiedziała o tym doskonale. Może chciała go podrażnić. Bawiła się nim. Jaka ona była śmiała. Była drobna, całkiem ładna, ale niezbyt schludna. Jej sukienka była brudna i podarta, a twarz pokryta piegami. Miała na sobie stare buty, za duże, i nie miała pończoch.
  Spędzał noce myśląc o niej, śniąc o niej, o tej dziewczynie. Nie chciał. Poszedł na spacer wzdłuż torów kolejowych, mijając miejsce, gdzie - jak wiedział - mieszkała, do jednej z biednych chat. Udawał, że jest tam, żeby łowić ryby w Żółtej Rzece, która płynęła poniżej Langdona. Nie chciał łowić. Chciał być blisko niej. Poszedł za nią. Tego pierwszego dnia poszedł za nią, trzymając się daleko z tyłu, mając nadzieję, że nic nie wie. Dowiedział się o niej i jej rodzinie. Słyszał, jak jacyś mężczyźni rozmawiali o jej ojcu na Main Street. Ojciec został aresztowany za kradzież kurczaków. Był jednym z tych, którzy sprzedawali tanią, przemytniczą whisky Murzynom. Tacy ludzie powinni zostać zniszczeni. Oni i ich rodziny powinni zostać wygnani z miasta. Taką Red jej pragnął, śnił o niej. Poszedł tam, udając, że idzie na ryby. Czy ona się z niego śmiała? W każdym razie nigdy nie miał okazji jej spotkać, nigdy nawet z nią nie rozmawiał. Może po prostu cały czas się z niego śmiała. Nawet małe dziewczynki czasami tak mają. On to zrozumiał.
  A gdyby miał szansę z nią walczyć, w głębi duszy wiedział, że nie miałby na to odwagi.
  Potem, gdy był już młodym człowiekiem i studiował na Północy, nadszedł inny czas.
  Po meczu poszedł z trzema innymi studentami, takimi jak on, do domu publicznego. To było w Bostonie. Grali w baseball z drużyną z innego college'u w Nowej Anglii i wracali przez Boston. Zbliżał się koniec sezonu baseballowego i świętowali. Wypili i poszli do miejsca, o którym wiedział jeden z młodych mężczyzn. Był tam już wcześniej. Pozostali zabrali kobiety. Poszli na górę do pokoi domu, gdzie były kobiety. Red nie poszedł. Udawał, że nie chce, więc usiadł na dole, w czymś, co nazywano salonem. To był "dom publiczny". Wychodzą z mody. Siedziało tam kilka kobiet, czekających, żeby obsłużyć mężczyzn. Ich zadaniem było obsługiwanie mężczyzn.
  Stał tam gruby mężczyzna w średnim wieku, który Redowi wydawał się biznesmenem. To było dziwne. Czy naprawdę zaczął gardzić myślą o kimś, kto spędza całe życie na kupowaniu i sprzedawaniu? Mężczyzna w tym domu tamtego dnia przypominał komiwojażera, którego później przestraszył na drodze za Birchfield. Mężczyzna siedział senny na krześle w salonie. Red pomyślał, że nigdy nie zapomni twarzy tego mężczyzny... jego brzydoty w tamtej chwili.
  Przypomniał sobie później - pomyślał... czy miał myśli w tamtej chwili, czy przyszły później?... "Nic" - pomyślał... "Nie miałbym nic przeciwko widokowi pijanego człowieka, gdybym wyczuł pijanego człowieka próbującego coś zrozumieć. Człowiek może być pijany... człowiek może się upić, próbując zasiać w sobie marzenie. Może nawet próbuje w ten sposób dokądś dojść. Gdyby był aż tak pijany, założę się, że bym o tym wiedział.
  Jest jeszcze inny rodzaj picia. "Myślę, że to rozpad... osobowości. Coś mi się wyślizguje... odpada... wszystko się wali. Nie lubię tego. Nienawidzę tego". Red, siedzący wtedy w tym domu, mógł mieć swoją własną brzydką twarz. Kupował drinki, wydawał pieniądze, na które go nie było stać - lekkomyślnie.
  Kłamie. "Nie chcę" - powiedział pozostałym. To było kłamstwo.
  No i proszę. Marzysz o czymś najwspanialszym, co mogłoby ci się przydarzyć w życiu. To może być cholernie okropne. Po tym, jak to zrobisz, nienawidzisz osoby, której to zrobiłeś. Ta nienawiść jest przytłaczająca.
  Chociaż czasami chcesz być brzydki - jak pies tarzający się w śmieciach... albo jak bogacz tarzający się w swoim bogactwie.
  Pozostali zwrócili się do Reda: "Nie chcesz?"
  "Nie" - powiedział. Kłamał. Inni trochę się z niego śmiali, ale on nadal okłamywał sam siebie. Myśleli, że brakuje mu odwagi... co zresztą było dość bliskie prawdy. Mieli rację. Potem, kiedy stamtąd wyszli, kiedy byli w pobliżu tego domu na ulicy... poszli tam wczesnym wieczorem, kiedy jeszcze było jasno... kiedy wyszli, na ulicy zapaliły się światła. Były oświetlone.
  Dzieci bawiły się na zewnątrz. Red nadal cieszył się, że nic takiego się nie stało, ale jednocześnie w głębi duszy uważał, że to brzydki zakątek i żałował, że to zrobił.
  Potem zaczął czuć się cnotliwy. To też nie było zbyt przyjemne uczucie. To było obrzydliwe uczucie. "Myślę, że jestem od nich lepsza". W tym domu było wiele takich kobiet - świat nimi tętnił.
  Najstarszy handel na świecie.
  Boże, Maria! Red po prostu szedł w milczeniu razem z innymi oświetloną ulicą. Świat, w którym stąpał, wydawał mu się dziwny i obcy. Jakby domy wzdłuż ulicy nie były prawdziwymi domami, jakby ludzie na ulicy, nawet niektóre dzieci, które widział biegające i krzyczące, nie były prawdziwe. Były postaciami na scenie - nierealne. Domy i budynki, które widział, były z tektury.
  I TAK Red miał reputację dobrego chłopca... czystego chłopca... miłego młodego człowieka.
  .. Dobry koszykarz... bardzo zainteresowany nauką.
  "Spójrz na tego młodego mężczyznę. Jest cały. Jest czysty. Jest cały.
  Redowi się to podobało. Nienawidził tego. "Gdyby tylko znali prawdę" - pomyślał.
  Na przykład w tym innym miejscu wylądował, w stodole tej nocy... ta kobieta, która znalazła go w lesie... impuls w niej, by go uratować... której skłamał, mówiąc, że jest komunistą.
  Wyszła z domu, zabierając ze sobą latarnię. Wydoiła krowę. Krowa milczała. Jadła miękką owsiankę, którą włożyła do pudełka. Red leżał przy dziurze z widokiem na dół i słyszała, jak porusza się w sianie. "Wszystko w porządku" - powiedział jej. "Przyszedłem tutaj. Jestem tutaj". Jego głos stał się dziwnie ochrypły. Musiał się wysilić, żeby go opanować. "Bądź cicho" - powiedziała.
  Siedziała obok krowy, dojąc. Siedziała na małym stołku, a przystawiając twarz do otworu na górze, mógł ją widzieć, mógł obserwować jej ruchy w świetle latarni. Znów tak blisko siebie. Tak daleko od niej. Nie mógł się powstrzymać od przyciągnięcia jej, przynajmniej w swojej wyobraźni, bardzo blisko siebie. Widział jej ręce na wymieniu krowy. Mleko lało się, wydając ostry dźwięk o boki blaszanego wiadra, które trzymała między kolanami. Jej ręce, widziane w ten sposób, w kręgu światła poniżej, zarysowanym przez latarnię... były to silne, żywe ręce robotnika... był tam mały krąg światła... ręce ściskające wymiona - mleko się lało... mocny, słodki zapach mleka, zwierząt w stodole - zapachy stodoły. Siano, na którym leżał - ciemność, a tam krąg światła... jej ręce. Panie, Maryjo!
  To też jest żenujące. No i proszę. W ciemnościach na dole był mały krąg światła. Pewnego dnia, gdy doiła krowy, jej matka - drobna, zgarbiona, siwowłosa staruszka - podeszła do drzwi stodoły i powiedziała kilka słów do córki. Wyszła. Mówiła o obiedzie, który przygotowywała. Był dla Reda. Wiedział o tym.
  Wiedział, że jego matka o tym nie wie, ale ci ludzie nadal byli dla niego mili i serdeczni. Jego córka chciała go chronić, opiekować się nim. Znalazłaby jakiś pretekst, żeby zabrać go ze sobą na kolację, kiedy wieczorem opuszczała farmę, żeby wrócić do Birchfield. Jego matka nie zadawała zbyt wielu pytań. Weszła do domu.
  Miękki krąg światła w stodole. Krąg światła wokół kobiecej sylwetki... jej ramion... wypukłości jej piersi - jędrnych i krągłych... jej rąk dojących krowę... ciepłe, przyjemne mleko... szybkie myśli w czerwieni...
  Był blisko niej, ta kobieta. Był bardzo blisko niej. Raz czy dwa odwróciła ku niemu twarz, ale nie mogła go dostrzec w ciemności nad nią. Kiedy uniosła w ten sposób twarz, ona - jej twarz - wciąż była w kręgu światła, ale jej włosy były w mroku. Miała usta jak Ethel Long, a on całował usta Ethel nie raz. Ethel była teraz kobietą innego mężczyzny. "Przypuśćmy, że to wszystko, czego pragnę... wszystko, czego naprawdę pragnie każdy mężczyzna... ten niepokój we mnie, który wygnał mnie z domu, uczynił ze mnie włóczęgę, uczynił ze mnie włóczęgę.
  "Skąd wiem, że nie obchodzą mnie ludzie w ogóle, większość ludzi... ich cierpienie... może to wszystko bzdura?"
  Nie odezwała się do niego, dopóki nie skończyła doić krów, po czym stanęła pod nim, szepcząc mu, jak ma wyjść ze stodoły. Miał na nią czekać przy małej szopie przy drodze. Dobrze, że rodzina nie miała psa.
  To wszystko było niczym innym jak Red... jego próbą rozwoju samego siebie... zrozumienia czegoś, jeśli by mógł... impulsem, uczuciem, które towarzyszyło mu przez cały czas, gdy szedł z nią... za nią... przed nią, wąską ścieżką wiodącą przez górę i opadającą do wąwozu... teraz obok strumienia, idąc w ciemności w kierunku Birchfield. Najsilniej odczuwał je, gdy zatrzymywał się w pewnym miejscu po drodze, by zjeść jedzenie, które przyniosła... w małej szczelinie w pobliżu wysokich drzew... całkiem ciemno... myśląc o niej jako o kobiecie... którą być może mógłby, gdyby odważył się spróbować... zaspokoić coś w sobie... jakby to dało mu to, czego tak bardzo pragnął... swoją męskość... czyż nie? Nawet kłócił się sam ze sobą: "Co do cholery? Przypuśćmy, że gdybym był z tymi innymi kobietami w tamtym domu w Bostonie... gdybym to zrobił, czy dałoby mi to męskość?"
  - A co jeśli dawno temu miałam tę małą dziewczynkę w Langdon?
  W końcu kiedyś miał kobietę. Miał Ethel Long. "Dobrze!"
  Nie zyskał dzięki temu niczego trwałego.
  "To nie to. Nie zrobiłbym tego, nawet gdybym mógł" - powiedział sobie. Czas, żeby mężczyźni udowodnili swoją wartość w nowy sposób.
  A jednak - przez cały czas, gdy był z tą kobietą - był taki sam, jak brygadzista młyna z Molly Seabright. W ciemności, w drodze do Birchfield tej nocy, wciąż chciał dotknąć jej dłońmi, dotknąć jej ciałem, tak jak zrobił to brygadzista młyna. Może nie wiedziała. Miał nadzieję, że nie będzie wiedziała. Kiedy zbliżyli się do obozu komunistycznego w lesie - w pobliżu polany z namiotami i szałasami - poprosił ją, żeby nie mówiła komunistycznym przywódcom o jego obecności.
  Musiał jej udzielić kilku wyjaśnień. Nie rozpoznaliby go. Mogliby nawet pomyśleć, że jest jakimś szpiegiem. "Poczekaj do rana" - powiedział jej. "Zostawisz mnie tutaj" - wyszeptał, gdy cicho zbliżali się do miejsca, w którym później próbował zasnąć. "Za chwilę pójdę i im powiem". Pomyślał niejasno: Pójdę do nich. Poproszę, żeby pozwolili mi tu zrobić coś niebezpiecznego. Poczuł się odważny. Chciał służyć, a przynajmniej w tej chwili, gdy Molly była na skraju obozu, myślał, że chce służyć.
  "Co?
  "Cóż, być może."
  Było w nim coś niejasnego. Była bardzo, bardzo miła. Poszła i przyniosła mu koc, może swój własny, jedyny, jaki miała. Weszła do małego namiotu, gdzie miała spędzić noc z innymi pracownikami. "Jest dobra" - pomyślał - "cholera, jest dobra".
  "Chciałbym być kimś prawdziwym" - pomyślał.
  OceanofPDF.com
  7
  
  Ta noc była przejściem. Red Oliver był sam. Był w stanie gorączkowej niepewności. Dotarł do miejsca, do którego dążył od dawna. To nie było po prostu miejsce. Czy to była szansa, by w końcu zmotywować się do życia? Mężczyźni pragną ciąży tak samo jak kobiety, prawda? Coś w tym stylu. Odkąd opuścił Langdon w Georgii, był jak ćma krążąca wokół płomienia. Chciał się zbliżyć - do czego? "Ten komunizm - czy to jest odpowiedź?"
  Czy można z tego zrobić rodzaj religii?
  Religia, którą praktykował świat zachodni, była do niczego. W jakiś sposób uległa zepsuciu i teraz jest bezużyteczna. Nawet kaznodzieje o tym wiedzieli. "Spójrzcie na nich - chodzą z taką godnością?
  "Nie da się tak targować - obietnicy nieśmiertelności - że po tym życiu znowu będziesz żył. Prawdziwie religijna osoba chce wszystko odrzucić - nie prosi Boga o żadne obietnice.
  "Czy nie byłoby lepiej - gdybyś mógł to zrobić - gdybyś znalazł sposób, żeby to zrobić, poświęcić życie dla lepszego życia tu, a nie tam?". Manipulacja - gest. "Żyj tak, jak ptak leci. Zgiń tak, jak umiera samiec pszczoły - w locie godowym z życiem, tak?"
  "Jest coś, dla czego warto żyć - coś, za co warto umrzeć. Czy to się nazywa komunizm?"
  Red chciał się zbliżyć, spróbować się poddać. Bał się podejść. Był tam, na skraju obozu. Wciąż miał szansę odejść - zniknąć. Mógł wymknąć się niezauważony. Nikt poza Molly Seabright by się nie dowiedział. Nawet jego przyjaciel Neil Bradley by się nie dowiedział. Czasami on i Neil prowadzili całkiem poważne rozmowy. Nie musiałby nawet mówić Neilowi: "Próbowałem, ale nie wyszło". Mógł po prostu leżeć cicho i pozostać odrętwiały.
  Coś wciąż się działo, zarówno w nim, jak i poza nim. Kiedy przestał próbować zasnąć, usiadł i nasłuchiwał. Wszystkie jego zmysły wydawały się tej nocy niezwykle ożywione. Słyszał ciche głosy ludzi rozmawiających w małej, prymitywnie zbudowanej chacie pośrodku obozu. Nie miał pojęcia, co się dzieje. Od czasu do czasu dostrzegał ciemne postacie na wąskiej uliczce obozu.
  Żył. Drzewo, o które oparł plecy, rosło poza obozem. Małe drzewa i krzewy wokół obozu zostały wycięte, ale na obrzeżach odrosły. Usiadł na jednej ze znalezionych desek, tej samej, na której wcześniej próbował spać. Koc, który przyniosła Molly, owijał mu ramiona.
  Wizja kobiety Molly, jego bycie z nią, uczucia, które się w niej pojawiły, obecność jej kobiety - wszystko to było tylko incydentem, ale jednocześnie ważnym. Czuł, że noc wciąż wisi nad obozem, brzemienna jak kobieta. Mężczyzna zmierzał ku konkretnemu celowi - na przykład komunizmowi. Nie był pewien. Pobiegł trochę do przodu, zatrzymał się, zawrócił, a potem znowu ruszył. Dopóki nie przekroczy pewnej granicy, która go zobowiązywała, zawsze mógł zawrócić.
  "Cezar przekroczył Rubikon.
  "O, potężny Cezarze.
  "O, tak!
  "Niech mnie diabli wezmą. Nie wierzę, że kiedykolwiek istniał silny mężczyzna.
  "Na Boga... jeśli kiedykolwiek był... światowy marsz... bum, bum... świat zaraz padnie na kolana. Jest mężczyzna.
  "No cóż, to wciąż nie ja" - pomyślał Red. "Nie zaczynaj teraz myśleć na wielką skalę" - ostrzegł sam siebie.
  Jedynym problemem była jego własna dziecinność. Ciągle coś sobie wyobrażał - jakiś bohaterski czyn, którego dokonał lub miał zamiar dokonać... Zobaczył kobietę - pomyślał: "A niechby tak nagle - niespodziewanie - się we mnie zakochała". Zrobił to jeszcze tej samej nocy - w koleżance z pracy, z którą był. Uśmiechnął się, nieco smutno, na samą myśl o tym.
  O to właśnie chodziło. Przemyślałeś wszystko. Może nawet trochę porozmawiałeś z innymi, tak jak Red Oliver rozmawiał z Neilem Bradleyem - jedynym bliskim przyjacielem, jakiego poznał... tak jak próbował rozmawiać z kobietą, w której, jak mu się zdawało, był zakochany - Ethel Long.
  Red nigdy nie potrafił zbyt wiele rozmawiać z Ethel Long i nie potrafił jej wyjaśnić swoich myśli. Po części dlatego, że były one w jego umyśle nie do końca ukształtowane, a po części dlatego, że zawsze był podekscytowany, gdy był z nią... pragnął, pragnął, pragnął...
  - No więc... ona... pozwoli mi?...
  *
  W obozie komunistycznym niedaleko Birchfield, po drugiej stronie rzeki od tamtejszych młynów, wybuchły zamieszki. Red to wyczuł. Głosy dobiegały z prymitywnej chaty, gdzie najwyraźniej gromadzili się przywódcy strajkujących. Cienie przemykały przez obóz.
  Dwóch mężczyzn opuściło obóz i przeszło przez most prowadzący do miasta. Red obserwował ich. Słabnące światło księżyca rzucało nikłe światło. Wkrótce miał nadejść świt. Usłyszał kroki na moście. Dwóch mężczyzn zmierzało do miasta. To byli zwiadowcy wysłani przez dowódców strajku. Red domyślił się tego. Nie wiedział.
  Tego dnia, w niedzielę, w obozie krążyły plotki, że Molly Seabright była nieobecna, a weekend spędziła w domu ze swoimi ludźmi. Walki w Birchfield toczyły się między strajkującymi a zastępcami szeryfa wyznaczonymi przez szeryfa hrabstwa Karoliny Północnej, w którym znajdowało się Birchfield. W lokalnej gazecie burmistrz miasta wysłał apel do gubernatora stanu o wysłanie wojska, ale gubernator był liberałem. Niezbyt entuzjastycznie popierał ruch robotniczy. W stanie istniały liberalne gazety. "Nawet komunista ma pewne prawa w wolnym kraju" - pisano w nich. "Każdy ma prawo być komunistą, jeśli chce".
  Gubernator chciał być bezstronny. Sam był właścicielem młyna. Nie chciał, żeby ludzie mówili: "Widzicie?". Potajemnie pragnął nawet wycofać się daleko w przeszłość, by zasłynąć jako najbardziej bezstronny i liberalny gubernator w całej Unii - "w tych stanach", jak to ujął Walt Whitman.
  Stwierdził, że nie może. Presja była zbyt duża. Teraz mówili, że państwo nadchodzi. Żołnierze nadchodzili. Strajkującym pozwolono nawet pikietować fabrykę. Mogli pikietować, o ile zachowali pewną odległość od bram młyna i nie zbliżali się do wioski młynarskiej. Teraz wszystko musiało się skończyć. Wydano nakaz sądowy. Żołnierze się zbliżali. Strajkujących trzeba było otoczyć. "Zostańcie w obozie. Gnijcie tam!" - to był teraz okrzyk.
  Ale jaki sens ma strajk, skoro nie można pikietować? Ten nowy ruch oznaczał, jeśli plotki były prawdziwe, że komuniści zostali zablokowani. Teraz sprawy miały przybrać nowy obrót. Na tym polegał problem bycia komunistą. Zostałeś zablokowany.
  "Powiem wam co - ci biedni robotnicy - wpadają w pułapkę" - zaczęli mówić właściciele fabryk. Komitety obywatelskie udały się do gubernatora. Wśród nich byli właściciele fabryk. "Nie jesteśmy przeciwni związkom zawodowym" - zaczęli mówić. Nawet chwalili związki zawodowe, te właściwe. "Ten komunizm nie jest amerykański" - mówili. "Widzicie, jego celem jest zniszczenie naszych instytucji". Jeden z nich wziął gubernatora na stronę. "Jeśli coś się stanie, a tak się stanie... już doszło do zamieszek, ludzie cierpieli... sami obywatele nie będą tolerować tego komunizmu. Jeśli zginie kilku obywateli, uczciwych mężczyzn i kobiet, wiadomo, kto będzie winny".
  To był problem wszystkiego, co odnosiło sukcesy w Ameryce. Red Oliver zaczynał to rozumieć. Był jednym z tysięcy młodych Amerykanów, którzy zaczynali to rozumieć. "Załóżmy na przykład, że jesteś osobą w Ameryce, która naprawdę pragnie Boga - załóżmy, że naprawdę chcesz spróbować zostać chrześcijaninem - Bogiem-człowiekiem.
  Jak mogłeś to zrobić? Całe społeczeństwo będzie przeciwko tobie. Nawet kościół nie mógł tego znieść - nie mógł.
  "Tak jak musiało być kiedyś - dawno temu - gdy świat był młodszy, gdy ludzie byli bardziej naiwni - musieli istnieć pobożni ludzie gotowi i gotowi umrzeć za Boga. Może nawet chcieli".
  *
  W rzeczywistości Red wiedział całkiem sporo. Doświadczył własnych ograniczeń i być może to doświadczenie go czegoś nauczyło. To wydarzyło się w Langdonie.
  Langdon był na strajku, a on był w nim i jednocześnie nie. Próbował się dostać. To nie był strajk komunistyczny. Wczesnym rankiem przed fabryką Langdona wybuchły zamieszki. Próbowali przyciągnąć nowych pracowników, "łamistrajków", jak nazywali ich strajkujący. Byli po prostu biednymi ludźmi bez pracy. Napływali do Langdona ze wzgórz. Wiedzieli tylko, że oferują im pracę. To był czas, gdy pracy było mało. Dochodziło do walk i Red walczył. Ludzie, których znał słabo - niezbyt dobrze - mężczyźni i kobiety z fabryki, z którymi pracował - bili się z innymi mężczyznami i kobietami. Słychać było krzyki i płacz. Tłum z miasta wlał się do fabryki. Wyjechali samochodami. Był wczesny ranek, a mieszkańcy miasta wyskoczyli z łóżek, wskoczyli do samochodów i pognali tam. Byli tam zastępcy szeryfa, przydzieleni do ochrony fabryki, a Red dostał się do środka.
  Tego ranka po prostu poszedł tam z ciekawości. Zakład zamknięto tydzień temu i rozesłano wiadomość, że zostanie ponownie otwarty z nowymi pracownikami. Wszyscy starzy pracownicy byli na miejscu. Większość z nich była blada i milcząca. Jakiś mężczyzna stał z uniesionymi pięściami i przeklinał. Wielu mieszkańców miasta siedziało w samochodach. Krzyczeli i przeklinali strajkujących. Kobiety atakowały inne kobiety. Rozdzierano sukienki, wyrywano włosy. Nie było strzałów, ale zastępcy szeryfa biegali dookoła, wymachując bronią i krzycząc.
  Red interweniował. Skoczył. Najbardziej niesamowite w tym wszystkim... to było naprawdę zabawne... chciało mu się płakać, kiedy to sobie uświadomił... to było to, że chociaż walczył zaciekle, w środku tłumu ludzi, pięści latały, sam przyjmował ciosy, zadawał ciosy, kobiety atakowały nawet mężczyzn... nikt w miasteczku Langdon, nawet robotnicy, nie wiedział, że Red Oliver walczył tam po stronie strajkujących.
  Czasem w życiu tak się dzieje. Życie zrobiło komuś psikusa.
  Rzecz w tym, że po zakończeniu walk, po tym, jak część strajkujących zaprowadzono do więzienia Langdona, po tym, jak strajkujący zostali pokonani i rozproszeni... niektórzy z nich walczyli zaciekle do końca, podczas gdy inni się poddali... gdy wszystko to dobiegło końca tamtego ranka, nie było nikogo, ani wśród robotników, ani wśród mieszkańców miasta, kto choćby podejrzewałby, że Red Oliver walczył tak zaciekle po stronie robotników, a potem, gdy wszystko ucichło, zabrakło mu odwagi.
  Była szansa. Nie opuścił Langdona od razu. Kilka dni później aresztowani strajkujący stawili się w sądzie. Tam stanęli przed sądem. Po zamieszkach zostali przetrzymywani w miejskim areszcie. Strajkujący utworzyli związek zawodowy, ale przywódca związku był jak Red. Kiedy nadeszła próba, rozłożył ręce. Oświadczył, że nie chce kłopotów. Udzielał rad, błagał strajkujących o zachowanie spokoju. Wygłaszał im wykłady na zebraniach. Był jednym z tych przywódców, którzy chcieli rozmawiać z pracodawcami, ale strajkujący wymknęli się spod kontroli. Kiedy zobaczyli, że ludzie zajmują ich miejsca, nie mogli tego znieść. Przywódca związku opuścił miasto. Strajk został przerwany.
  Pozostali w więzieniu mieli stanąć przed sądem. Red toczył osobliwą walkę z samym sobą. Całe miasto, mieszkańcy miasta, uznali za oczywiste, że walczy po stronie miasta, po stronie właścicieli ziemskich i fabryk. Miał siniaka pod okiem. Mężczyźni, którzy spotkali go na ulicy, śmiali się i poklepywali po plecach. "Dobry chłopak" - mówili - "rozumiesz, prawda?"
  Mieszkańcy miasta, z których większość nie interesowała się młynem, traktowali to wszystko jak przygodę. Doszło do walki i wygrali. Uważali to za zwycięstwo. A co z ludźmi w więzieniu, kim oni byli? Byli biednymi robotnikami fabrycznymi, nic niewartymi, biednymi, brudnymi białymi mężczyznami. Mieli stanąć przed sądem. Niewątpliwie otrzymali surowe wyroki więzienia. Byli robotnicy fabryczni, jak kobieta o imieniu Doris, która wpadła w oko Redowi, i blondynka o imieniu Nell, która również wpadła mu w oko, którzy mieli trafić do więzienia. Kobieta o imieniu Doris miała męża i dziecko, i Red zastanawiał się nad tym. Jeśli miałaby trafić do więzienia na długi czas, czy zabrałaby ze sobą dziecko?
  Po co? Po prawo do pracy, do zarabiania na życie. Myśl o tym napawała Reda obrzydzeniem. Myśl o sytuacji, w jakiej się znalazł, budziła w nim obrzydzenie. Zaczął unikać ulic miasta. W ciągu dnia, w tym osobliwym okresie swojego życia, był niespokojny, spacerował samotnie całymi dniami po sosnowym lesie w pobliżu Langdon, a nocami nie mógł spać. Dziesiątki razy w tygodniu po strajku, zanim nadszedł dzień, w którym strajkujący mieli stanąć przed sądem, podejmował stanowczą decyzję. Stawiał się w sądzie. Prosił nawet o aresztowanie i wtrącenie do więzienia razem ze strajkującymi. Mówił, że walczył po ich stronie. To, co oni robili, robił. Nie czekał na rozpoczęcie procesu; szedł prosto do sędziego lub szeryfa i mówił prawdę. "Aresztujcie mnie też" - mawiał. "Byłem po stronie robotników, walczyłem po ich stronie". Kilka razy Red wstawał nawet w nocy z łóżka i częściowo się ubierał, postanawiając pójść do miasta, obudzić szeryfa i opowiedzieć mu swoją historię.
  Nie zrobił tego. Poddał się. Przez większość czasu ten pomysł wydawał mu się głupi. Miał tylko odgrywać rolę bohatera, robiąc z siebie idiotę. "Tak czy inaczej, walczyłem dla nich. Czy ktokolwiek o tym wie, czy nie, wiedziałem" - powiedział sobie. W końcu, nie mogąc dłużej znieść tej myśli, opuścił Langdona, nawet nie mówiąc matce, dokąd idzie. Nie wiedział. Była noc, spakował kilka rzeczy do małej torby i wyszedł z domu. Miał w kieszeni trochę pieniędzy, kilka dolarów. Zostawił Langdona.
  "Dokąd zmierzam?" - zadawał sobie pytanie. Kupował gazety i czytał o strajku komunistycznym w Birchfield. Czy był kompletnym tchórzem? Nie wiedział. Chciał się sprawdzić. Odkąd opuścił Langdona, zdarzały się chwile, gdy ktoś nagle podszedł do niego i zapytał: "Kim jesteś? Ile jesteś wart?", odpowiedziałby:
  "Nic - nie jestem nic wart. Jestem tańszy niż najtańszy człowiek na świecie".
  Red przeżył kolejne doświadczenie, które wspominał ze wstydem. W końcu nie było to aż tak wielkie przeżycie. Nie miało to znaczenia. Było niezwykle ważne.
  Zdarzyło się to w obozowisku włóczęgów, miejscu, gdzie usłyszał, jak zaspany mężczyzna opowiada o zabiciu śpiewającej kobiety na ulicach Birchfield. Zmierzał w stronę Birchfield, łapiąc stopa i jeżdżąc pociągami towarowymi. Przez jakiś czas żył jak włóczęga, jak bezrobotny. Spotkał innego młodego mężczyznę mniej więcej w swoim wieku. Ten blady młodzieniec miał rozgorączkowane oczy. Podobnie jak tamten, był głęboko nieczysty. Z jego ust nieustannie płynęły przekleństwa, ale Red go lubił. Dwaj młodzi mężczyźni spotkali się na obrzeżach miasta w Georgii i wsiedli do pociągu towarowego, który powoli zmierzał w kierunku Atlanty.
  Red był ciekaw swojego towarzysza. Mężczyzna wyglądał na chorego. Wsiedli do wagonu towarowego. W wagonie było co najmniej kilkunastu innych mężczyzn. Niektórzy byli biali, inni czarni. Czarni mężczyźni pozostali na jednym końcu wagonu, a biali na drugim. Mimo to panowała atmosfera koleżeństwa. Żarty i rozmowy płynęły w obie strony.
  Redowi zostało jeszcze siedem dolarów z pieniędzy, które przywiózł z domu. Czuł się winny. Bał się. "Gdyby ta banda się o tym dowiedziała, obrabowaliby go" - pomyślał. Banknoty schował w butach. "Będę milczał" - postanowił. Pociąg powoli ruszył na północ i w końcu zatrzymał się w małym miasteczku, niedaleko miasta. Był już wieczór i młody mężczyzna, który dołączył do Reda, powiedział mu, że lepiej tam wysiąść. Wszyscy inni wyjadą. W miastach na południu włóczędzy i bezrobotni byli często aresztowani i skazywani na więzienie. Zabierano ich do pracy na drogach Georgii. Red i jego towarzysz wysiedli z wagonu i w całym pociągu - a był on długi - widział innych mężczyzn, białych i czarnych, skaczących na ziemię.
  Młody mężczyzna, z którym jechał, trzymał się Reda. Gdy siedzieli w samochodzie, wyszeptał: "Masz jakieś pieniądze?", zapytał, a Red pokręcił głową. W chwili, gdy to zrobił, Red poczuł wstyd. "Lepiej jednak będę się tego trzymał" - pomyślał. Niewielka armia ludzi, białych w jednej grupie, a czarnych w drugiej, szła wzdłuż torów i skręciła przez pole. Weszli do małego sosnowego lasu. Wśród mężczyzn byli najwyraźniej doświadczeni włóczędzy i wiedzieli, co robią. Wołali do pozostałych: "Chodźcie!". To miejsce było kryjówką włóczęgów - dżunglą. Płynął tam mały strumień, a w środku lasu rozciągała się otwarta przestrzeń pokryta igłami sosnowymi. W pobliżu nie było żadnych domów. Niektórzy mężczyźni rozpalili ogniska i zaczęli gotować. Wyjęli z kieszeni kawałki mięsa i chleba zawinięte w stare gazety. Wszędzie leżały porozrzucane prymitywne naczynia kuchenne i puste słoiki po warzywach, osmalone od starych ognisk. Były tam małe stosy osmalonych cegieł i kamieni, zebranych przez innych podróżnych.
  Mężczyzna, który przywiązał się do Reda, odciągnął go na bok. "Chodź" - powiedział - "wynośmy się stąd. Nic tu dla nas nie ma" - powiedział. Przeszedł przez pole, przeklinając, a Red poszedł za nim. "Mam dość tych parszywych drani" - oznajmił. Dotarli do torów kolejowych niedaleko miasta, a młody mężczyzna kazał Redowi czekać. Zniknął na ulicy. "Wkrótce wrócę" - powiedział.
  Red usiadł na torach i czekał, a wkrótce jego towarzysz pojawił się ponownie. Miał bochenek chleba i dwa suszone śledzie. "Dostałem za piętnaście centów. To była moja porcja. Wybłagałem ją u jakiegoś grubego sukinsyna w mieście, zanim cię poznałem". Wskazał kciukiem tory. "Lepiej zjedzmy to tutaj" - powiedział. "Za dużo ich jest w tej bandzie brudnych drani". Miał na myśli ludzi z dżungli. Dwóch młodych mężczyzn usiadło na podkładach i jadło. Reda znów ogarnął wstyd. Chleb miał gorzki posmak w ustach.
  Ciągle myślał o pieniądzach w butach. A co, gdyby mnie okradli? "I co z tego?" - pomyślał. Chciał powiedzieć młodemu mężczyźnie: "Patrz, mam siedem dolarów". Jego towarzysz mógł chcieć iść i dać się aresztować.
  Chciałby się napić. Red pomyślał: "Sprawię, żeby pieniądze starczyły na tyle, ile się da". Teraz czuł, jakby paliły go w butach. Jego towarzysz kontynuował radosną rozmowę, ale Red zamilkł. Kiedy skończyli jeść, poszedł za mężczyzną z powrotem do obozu. Reda ogarnął całkowity wstyd. "Dostaliśmy jałmużnę" - powiedział towarzysz Reda do mężczyzn siedzących przy małych ogniskach. W obozie zebrało się około piętnastu osób. Niektórzy mieli jedzenie, inni nie. Ci, którzy mieli jedzenie, byli podzieleni.
  Red usłyszał głosy czarnych włóczęgów z pobliskiego obozu. Rozległ się śmiech. Czarny głos zaczął cicho śpiewać, a Red zapadł w słodką zadumę.
  Jeden z mężczyzn w białym obozie zwrócił się do towarzysza Reda. Był to wysoki mężczyzna w średnim wieku. "Co się z tobą, do cholery, dzieje?" - zapytał. "Wyglądasz okropnie" - powiedział.
  Towarzysz Reda uśmiechnął się szeroko. "Mam kiłę" - powiedział, uśmiechając się szeroko. "To mnie zżera".
  Rozgorzała ogólna dyskusja na temat choroby mężczyzny, po czym Red odszedł i usiadł, słuchając. Kilku mężczyzn w obozie zaczęło opowiadać o swoich doświadczeniach z tą samą chorobą i o tym, jak się nią zarazili. Umysł wysokiego mężczyzny zmienił się na praktyczny. Zerwał się na równe nogi. "Powiem ci coś" - powiedział. "Powiem ci, jak się wyleczyć".
  "Idziesz do więzienia" - powiedział. Nie śmiał się. Mówił serio. "Teraz powiem ci, co masz robić" - kontynuował, wskazując na tory kolejowe w kierunku Atlanty.
  "No to wejdź tam. No więc jesteś. Idziesz ulicą". Wysoki mężczyzna był trochę aktorem. Chodził tam i z powrotem. "Masz kamień w kieszeni - patrz". Nieopodal leżała połowa wypalonej cegły i podniósł ją, ale cegła była gorąca, więc szybko ją upuścił. Pozostali mężczyźni w obozie roześmiali się, ale wysoki mężczyzna był pochłonięty tym, co się działo. Wyjął kamień i włożył go do bocznej kieszeni swojego podartego płaszcza. "Widzisz" - powiedział. Teraz wyjął kamień z kieszeni i zamaszystym ruchem ręki rzucił go przez krzaki do małego strumienia, który płynął w pobliżu obozu. Jego szczerość wywołała uśmiech na twarzach innych mężczyzn w obozie. Zignorował ich. "Idziesz więc ulicą ze sklepami. Widzisz. Dochodzisz do modnej ulicy. Wybierasz tę, gdzie są najlepsze sklepy. Potem rzucasz cegłą albo kamieniem w okno. Nie uciekasz. Stoisz. Jeśli sklepikarz wyjdzie, powiedz mu, żeby poszedł do diabła". Mężczyzna chodził tam i z powrotem. Teraz stał, jakby rzucając wyzwanie tłumowi. "Równie dobrze mógłbyś wybić okno jakiemuś bogatemu sukinsynowi" - powiedział.
  "No więc, widzisz, aresztują cię. Wsadzają do więzienia... widzisz, tam leczą ci kiłę. To najlepszy sposób" - powiedział. "Jeśli jesteś po prostu spłukany, nie zwrócą na ciebie uwagi. Mają lekarza w więzieniu. Przychodzi lekarz. To najlepszy sposób".
  Red wymknął się obozowisku włóczęgów i swojemu towarzyszowi, a po przejściu pół mili drogą dotarł do tramwaju. Siedem dolarów w bucie drażniło go i bolało, więc wycofał się za krzaki i je podniósł. Niektórzy ludzie, z którymi przebywał odkąd został włóczęgą, śmiali się z niego z powodu małej torby, którą niósł, ale tego dnia w tłumie był mężczyzna niosący coś jeszcze dziwniejszego i uwaga tłumu skupiła się na nim. Mężczyzna powiedział, że jest bezrobotnym reporterem i zamierza spróbować zrobić karierę w Atlancie. Miał małą, przenośną maszynę do pisania. "Patrzcie na niego!" - krzyczeli inni w obozie. "Czyż nie puchniemy? Robimy się intelektualistami". Red chciał wrócić wieczorem do obozu i dać zebranym tam ludziom swoje siedem dolarów. "Co mnie obchodzi, co z nimi zrobią?" - pomyślał. "A jeśli się upiją - co mnie to, do cholery, obchodzi?" Odszedł kawałek od obozu, a potem niepewnie wrócił. Byłoby to dość proste, gdyby powiedział im wcześniej tego dnia. Był z tymi mężczyznami od kilku godzin. Niektórzy z nich byli głodni. Byłoby to równie proste, gdyby wrócił i stanął przed nimi, wyjmując z kieszeni siedem dolarów: "Proszę, panowie... weźcie to".
  Jakie głupie!
  Byłby głęboko zawstydzony młodym mężczyzną, który wydał ostatnie piętnaście centów na chleb i śledzie. Kiedy ponownie dotarł na skraj obozu, zebrani tam ludzie ucichli. Rozpalili małe ognisko z patyków i leżeli dookoła. Wielu z nich spało na igłach sosnowych. Zbili się w małe grupki, niektórzy rozmawiali cicho, podczas gdy inni już spali na ziemi. Wtedy Red usłyszał od zaspanego mężczyzny historię o śmierci śpiewającej kobiety z Birchfield. Młody mężczyzna, chory na kiłę, zniknął. Red zastanawiał się, czy poszedł już do miasta, żeby rozbić witrynę sklepową i zostać aresztowanym i wtrąconym do więzienia.
  Nikt nie odezwał się do Reda, kiedy wrócił na skraj obozu. Trzymał pieniądze w dłoni. Nikt na niego nie patrzył. Stał oparty o drzewo, trzymając pieniądze - mały plik banknotów. "Co mam zrobić?" - pomyślał. Niektórzy z obozowiczów to doświadczeni włóczędzy, ale wielu to bezrobotni mężczyźni, nie młodzi mężczyźni jak on, szukający przygód, próbujący dowiedzieć się czegoś o sobie, poszukujący czegoś, ale po prostu starsi mężczyźni bez pracy, wędrujący po kraju w poszukiwaniu pracy. "Byłoby wspaniale" - pomyślał Red - "gdyby miał w sobie coś z aktora, jak ten wysoki mężczyzna, gdyby potrafił stanąć przed grupą przy ognisku". Mógł skłamać, tak jak zrobił to później, gdy poznał Molly Seabright. "Patrz, znalazłem te pieniądze" albo "Zatrzymałem mężczyznę". Dla złodzieja zabrzmiałoby to wspaniale i wspaniale. Byłby podziwiany. Ale stało się tak, że nic nie zrobił. Stał oparty o drzewo, zawstydzony, trzęsąc się ze wstydu, a potem, nie wiedząc, jak zrobić to, czego chciał, cicho odszedł. Kiedy wszedł do miasta tej nocy, nadal się wstydził. Chciał rzucić pieniądze ludziom i uciec. Tej nocy rozgościł się na pryczy w YMCA w Atlancie, a kiedy poszedł spać, wyjął pieniądze z kieszeni i trzymał je w dłoni, patrząc na nie. "Cholera" - pomyślał - "ludzie myślą, że chcą pieniędzy. Przez to tylko wpadasz w kłopoty. Sprawiasz, że wyglądasz jak głupiec" - zdecydował. A jednak po zaledwie tygodniu marszu dotarł do miejsca, gdzie siedem dolarów wydawało się niemal fortuną. "Nie potrzeba dużo pieniędzy, żeby człowiek stał się całkiem tani" - pomyślał.
  OceanofPDF.com
  8
  
  HEJ - BYLI TYM SAMYM CHŁOPAKIEM, TYM SAMYM MŁODYM MĘŻCZYZNĄ - to było najdziwniejsze. Byli młodymi Amerykanami i czytali te same czasopisma i gazety... słuchali tych samych audycji radiowych... zjazdów politycznych... człowieka, który... Amos i Andy... Pan Hoover z Arlington, Pan Harding i Pan Wilson z Arlington... Ameryka, nadzieja świata... sposób, w jaki świat na nas patrzy... "ten surowy indywidualizm". Oglądali te same filmy. Życie też toczy się dalej. Odsuń się i obserwuj, jak się toczy. Odsuń się i zobacz chwałę Pana.
  "Widziałeś nowy samochód Forda? Charlie Schwab mówi, że teraz wszyscy jesteśmy biedni. O tak!
  Naturalnie, tych dwoje młodych ludzi łączyło wiele wspólnych doświadczeń - miłość z dzieciństwa - materiał na późniejsze powieści, jeśli byli pisarzami - szkoła - baseball - letnie pływanie - z pewnością nie w tym samym strumieniu, rzece, jeziorze, stawie... Czy impulsy ekonomiczne, prądy, wstrząsy, które kształtują ludzi - tak podobne do życiowych przypadków - to przypadki? "Następna rewolucja będzie ekonomiczna, a nie polityczna". Rozmowy w aptekach, w sądach, na ulicach.
  Tego wieczoru młody mężczyzna odbiera samochód ojca. Ned Sawyer robił to częściej niż Red. Był młodym człowiekiem, który czuł się swobodniej i poruszał się swobodniej w atmosferze, w której się urodził.
  Jego matka i ojciec czuli się swobodniej w swoim otoczeniu - żadne z nich nigdy nie było biedne ani nie pochodziło z klasy robotniczej, jak matka Reda Olivera. Byli szanowani i podziwiani. Zapisywali się. Ojciec Neda nigdy nie był pijakiem. Nigdy nie umawiał się z rozwiązłymi kobietami. Jego matka mówiła cicho i czule. Była dobrą członkinią Kościoła.
  Jeśli jesteś młodym mężczyzną, takim jak Ned Sawyer, w dzisiejszych czasach wieczorami jedziesz samochodem rodzinnym za miasto. Podrywasz dziewczynę. Samochód z pewnością odmienił twoje życie. Z niektórymi dziewczynami możesz sobie pozwolić na pieszczoty. Z innymi nie.
  Dziewczyny również stają przed tym samym dylematem - prasować czy nie. Jak daleko można bezpiecznie się posunąć? Która linia jest najlepsza?
  Jeśli jesteś młody, przechodzisz okres depresji. Niektórzy młodzi ludzie uwielbiają czytać książki. To intelektualiści. Lubią wejść do pokoju z książkami i czytać, a potem wychodzą i rozmawiają o książkach, podczas gdy inni młodzi ludzie są po prostu chętni do działania. Muszą coś zrobić, bo inaczej zbankrutują. Ekstrawertycy i introwertycy, cześć.
  Niektórzy młodzi mężczyźni są dobrzy z kobietami, a inni nie. Nigdy nie da się przewidzieć, co spotka kobietę.
  Dwoje młodych ludzi, którzy pewnego ranka w tak dziwny i tragiczny sposób spotkali się w miasteczku Birchfield w Karolinie Północnej, nie miało pojęcia, że są do siebie tak podobni. Nigdy wcześniej się nie widzieli ani o sobie nie słyszeli. Skąd mogli wiedzieć, że są do siebie tak podobni?
  Czy obaj byli zwykłymi młodymi Amerykanami z klasy średniej? Cóż, nie możesz winić siebie za przynależność do klasy średniej, jeśli jesteś Amerykaninem. Czyż Ameryka nie jest najwspanialszym krajem klasy średniej na świecie? Czy jej mieszkańcy nie mają więcej luksusów klasy średniej niż jakikolwiek inny naród na świecie?
  "Z pewnością."
  Jeden młody mężczyzna nazywał się Ned Sawyer, a drugi Red Oliver. Pierwszy był synem prawnika z małego miasteczka w Karolinie Północnej, a drugi synem lekarza z małego miasteczka w Georgii. Pierwszy był krępym, barczystym młodzieńcem o gęstych, dość szorstkich rudych włosach i niespokojnych, pytających szaroniebieskich oczach, drugi zaś był wysoki i szczupły. Miał żółte włosy i szare oczy, w których czasami malował się pytający, zaniepokojony wyraz.
  W przypadku Neda Sawyera nie chodziło o komunizm. Nie było to takie oczywiste. "Cholera, komunizm" - powiedziałby. Nie wiedział o nim i nie chciał o nim wiedzieć. Uważał go za coś nieamerykańskiego, dziwnego i brzydkiego. Ale w jego życiu działy się też niepokojące rzeczy. W Ameryce działo się wtedy coś, nurt pytań, niemal bezgłośnie, który go niepokoił. Nie chciał, żeby mu przeszkadzano. "Dlaczego my, Amerykanie, nie możemy żyć tak, jak zawsze?" - tak myślał. Słyszał o komunizmie i uważał go za dziwny i obcy dla amerykańskiego życia. Od czasu do czasu wspominał o nim nawet innym młodym ludziom, których znał. Wygłaszał oświadczenia. "To obce naszemu sposobowi myślenia" - mówił. "Więc? Tak myślisz? Tak, wierzymy w indywidualizm tutaj, w Ameryce. Dajmy każdemu szansę i pozwólmy diabłu zabrać tych, którzy zostają w tyle. To nasza droga. Jeśli nie podoba nam się prawo w Ameryce, łamiemy je i śmiejemy się z niego. To nasza droga". Ned sam był półintelektualistą. Czytał Ralpha Waldo Emersona. "Samowystarczalność - to jest to, co reprezentuję".
  "Ale" - powiedział do niego przyjaciel młodego człowieka. "Ale?"
  Jeden z dwóch wspomnianych wyżej młodych mężczyzn zastrzelił drugiego. Zabił go. Wszystko wydarzyło się w ten sposób...
  Samotny młody mężczyzna o imieniu Ned Sawyer wstąpił do kompanii wojskowej swojego miasta. Był za młody, by walczyć w Wielkiej Wojnie, tak jak Red Oliver. Nie chodziło o to, że myślał, że chce walczyć, zabijać, czy cokolwiek w tym rodzaju. Nie chciał. W Nedzie nie było nic okrutnego ani brutalnego. Podobał mu się ten pomysł... grupa mężczyzn spacerujących ulicą lub drogą, wszyscy w mundurach, a on sam był jednym z nich - dowódcą.
  Czyż nie byłoby dziwne, gdyby okazało się, że ten indywidualizm, o którym my, Amerykanie, tak lubimy mówić, jest czymś, czego wcale nie chcemy?
  Ameryka również ma ducha gangu -
  Ned Sawyer poszedł na studia, podobnie jak Red Oliver. Grał też w baseball na studiach. Był miotaczem, podczas gdy Red grał na pozycji shortstopa i czasami na drugiej bazie. Ned był całkiem niezłym miotaczem. Miał szybką piłkę z lekkim skokiem i kuszącą wolną piłkę. Był całkiem dobrym, pewnym siebie miotaczem w rzucie podkręconym.
  Pewnego lata, będąc jeszcze na uniwersytecie, pojechał na obóz szkoleniowy dla oficerów. Uwielbiał to. Lubił dowodzić ludźmi, a później, po powrocie do rodzinnego miasta, został wybrany lub mianowany starszym porucznikiem w swojej miejskiej kompanii wojskowej.
  Było fajnie. Podobało mu się.
  "Czwórki - proste w linii."
  "Daj mi broń!" Ned miał do tego dobry głos. Potrafił szczekać - ostro i przyjemnie.
  To było miłe uczucie. Wziąłeś młodych mężczyzn, swoją bandę, te niezdarne dzieciaki - białych mężczyzn z farm pod miastem i młodych mężczyzn z miasta - i wyszkoliłeś ich w pobliżu szkoły, na pustym placu. Zabrałeś ich ze sobą w dół Cherry Street w stronę Main.
  Byli niezręczni, a ty sprawiłeś, że nie byli niezręczni. "No dalej! Spróbuj jeszcze raz! Złap! Złap!"
  "Raz, dwa, trzy, cztery! Policz w myślach w ten sposób! Zrób to szybko, teraz! Raz, dwa, trzy, cztery!"
  Miło było, miło - wyprowadzić mężczyzn na ulicę w letni wieczór. Zimą, w sali wielkiego ratusza, nie było to wcale takie niesmaczne. Czułeś się tam uwięziony. Byłeś tym zmęczony. Nikt nie patrzył, jak szkolisz ludzi.
  No i proszę. Miałeś piękny mundur. Oficer sam sobie taki kupił. Nosił szpadę, która nocą lśniła w światłach miasta. W końcu, wiesz, bycie oficerem - wszyscy to przyznawali - oznaczało bycie dżentelmenem. Latem młode kobiety z miasta siedziały w samochodach zaparkowanych wzdłuż ulic, którymi prowadziłeś swoich ludzi. Córki najlepszych ludzi w mieście patrzyły na ciebie. Dowódca kompanii był zaangażowany w politykę. Strasznie się roztył. Prawie nigdy nie wychodził z domu.
  "Ręce na ramiona!"
  "Zmierz czas!"
  "Firma, stójcie!"
  Odgłos kolb karabinów uderzających o chodnik rozniósł się echem po głównej ulicy miasta. Ned zatrzymał swoich ludzi przed apteką, gdzie kręcił się tłum. Mężczyźni mieli na sobie mundury dostarczone przez władze stanowe lub krajowe. "Bądźcie gotowi! Bądźcie gotowi!"
  "Po co?"
  "Mój kraj, słuszny czy niesłuszny, zawsze mój kraj!" Wątpię, żeby Ned Sawyer kiedykolwiek o tym pomyślał... z pewnością nikt o tym nie wspominał, kiedy jechał do obozu szkoleniowego oficerów... nie myślał o tym, żeby zabrać swoich ludzi i spotkać się z innymi Amerykanami. W jego rodzinnym mieście była przędzalnia bawełny i niektórzy chłopcy z jego kompanii pracowali w niej. Lubili towarzystwo, pomyślał. W końcu byli pracownikami przędzalni bawełny. Byli to głównie nieżonaci pracownicy przędzalni. Mieszkali tam, w wiosce przędzalni na obrzeżach miasta.
  Trzeba przyznać, że ci młodzi mężczyźni byli dość oderwani od miejskiego życia. Cieszyli się z możliwości dołączenia do kompanii wojskowej. Raz w roku, latem, mężczyźni wyjeżdżali na obóz. Mogli cieszyć się wspaniałymi wakacjami, które nic ich nie kosztowały.
  Niektórzy pracownicy przędzalni bawełny byli znakomitymi cieśli, a wielu z nich wstąpiło do Ku Klux Klanu zaledwie kilka lat wcześniej. Kompania wojskowa była znacznie lepsza.
  Na Południu, jak rozumiesz, najlepsi biali ludzie nie pracują rękami. Najlepsi biali ludzie nie pracują rękami.
  "Mam na myśli ludzi, którzy stworzyli Południe i południowe tradycje".
  Ned Sawyer nigdy nie wypowiadał się w ten sposób, nawet do siebie. Spędził dwa lata na studiach na Północy. Tradycje Starego Południa chyliły się ku upadkowi. Wiedział o tym. Wyśmiałby myśl o pogardzie dla białego człowieka zmuszanego do pracy w fabryce lub na farmie. Często to powtarzał. Mówił, że są czarni i Żydzi, którzy są w porządku. "Bardzo lubię niektórych z nich" - powiedział. Ned zawsze chciał być tolerancyjny i liberalny.
  Jego rodzinne miasto w Karolinie Północnej nazywało się Syntax i to właśnie tam znajdowały się młyny Syntax. Jego ojciec był głównym prawnikiem w mieście. Był prawnikiem młyna, a Ned planował nim zostać. Był trzy lub cztery lata starszy od Reda Olivera i w tym roku - w którym wraz ze swoją kompanią wojskową wyjechał do Birchfield - ukończył już studia, Uniwersytet Karoliny Północnej w Chapel Hill, i po Bożym Narodzeniu tego samego roku planował zapisać się na studia prawnicze.
  Ale sytuacja w jego rodzinie trochę się skomplikowała. Jego ojciec stracił dużo pieniędzy na giełdzie. Był rok 1930. Ojciec powiedział: "Ned" - powiedział - "jestem teraz trochę spięty". Ned miał też siostrę, która studiowała i robiła doktorat na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, i była mądrą kobietą. Była cholernie inteligentna. Ned sam by tak powiedział. Była kilka lat starsza od Neda, miała tytuł magistra i teraz pracowała nad doktoratem. Była o wiele bardziej radykalna niż Ned i nienawidziła jego wyjazdu na obóz szkoleniowy dla oficerów, a później tego, że został porucznikiem w lokalnej kompanii wojskowej. Kiedy wróciła do domu, powiedziała: "Uważaj, Ned". Zamierzała zrobić doktorat z ekonomii. Takie kobiety mają pomysły. "Będą kłopoty" - powiedziała Nedowi.
  "Co masz na myśli?"
  Latem siedzieli w domu na ganku. Siostra Neda, Louise, czasami nagle na niego warczała w ten sposób.
  Przepowiedziała nadchodzącą walkę w Ameryce - prawdziwą walkę, jak powiedziała. Nie wyglądała jak Ned, ale była niska, jak jej matka. Podobnie jak u matki, jej włosy były podatne na przedwczesne siwienie.
  Czasami, kiedy była w domu, warczała tak na Neda, a czasami na Ojca. Matka siedziała i słuchała. Matka była kobietą, która nigdy nie mówiła, co myśli, gdy byli w pobliżu mężczyźni. Louise powiedziała, czy to do Neda, czy do Ojca: "To nie może tak dalej trwać" - powiedziała. Ojciec był demokratą z Jeffersonian. W swoim okręgu w Karolinie Północnej uważano go za człowieka pełnego pasji, a nawet był dobrze znany w całym stanie. Kiedyś zasiadał w Senacie Stanowym. Powiedziała: "Ojcze - albo Ned - gdyby tylko wszyscy ludzie, z którymi studiuję - gdyby tylko profesorowie, ludzie, którzy powinni wiedzieć, ludzie, którzy poświęcili życie studiowaniu takich rzeczy - jeśli wszystko z nimi w porządku, coś się wydarzy w Ameryce - któregoś dnia - może wkrótce - może, jeśli o to chodzi, wydarzy się w całym zachodnim świecie. Coś pęka... Coś się dzieje".
  "Pękanie?" Ned miał dziwne przeczucie. Miał wrażenie, że coś, może krzesło, na którym siedział, zaraz się zawali. "Pękanie?" Rozejrzał się gwałtownie. Louise miała cholerny dar.
  "To jest kapitalizm" - powiedziała.
  Kiedyś, powiedziała, to, w co wierzył jej ojciec, mogło być słuszne. Thomas Jefferson, pomyślała, mógł być w porządku tylko za jego czasów. "Widzisz, tato - albo Ned - on niczego nie brał pod uwagę.
  "Nie liczył na nowoczesną technologię" - powiedziała.
  Louise często tak mówiła. Była utrapieniem dla rodziny. Istniała pewnego rodzaju tradycja... pozycja kobiet i dziewcząt w Ameryce, a zwłaszcza na Południu... ale i ona zaczynała pękać. Kiedy jej ojciec stracił większość swoich pieniędzy na giełdzie, nic nie powiedział ani córce, ani żonie, ale kiedy Louise wróciła do domu, nie przestawała mówić. Nie wiedziała, jak bardzo ją to bolało. "Widzicie, otwiera się" - powiedziała z zadowoleniem. "Damy radę. Teraz klasa średnia, taka jak my, też da sobie radę". Ojciec i syn nie lubili, gdy nazywano ich klasą średnią. Skrzywili się. Oboje kochali i podziwiali Louise.
  "Było w niej tyle dobrych, a nawet wspaniałych cech" - pomyśleli oboje.
  Ani Ned, ani jej ojciec nie mogli zrozumieć, dlaczego Louisa nigdy nie wyszła za mąż. Oboje myśleli: "Boże, mogłaby być dobrą żoną dla jakiegoś mężczyzny". Była namiętną dziewczynką. Oczywiście, ani Ned, ani jej ojciec nie pozwolili, by ta myśl wypowiedziała się na głos. Dżentelmen z Południa nie pomyślał - o swojej siostrze czy córce - "Ona jest namiętna - ona żyje. Gdybyś miał taką jak ona, jaka byłaby cudowną kochanką!". Nie sądzili tak. Ale...
  Czasami wieczorem, gdy rodzina siedziała na ganku swojego domu... był to duży, stary, ceglany dom z szerokim, ceglanym tarasem przed domem... Można było tam siedzieć letnimi wieczorami, patrząc na sosny i lasy na niskich wzgórzach w oddali... dom stał niemal w centrum miasta, ale na wzgórzu... Mieszkali tam dziadek i pradziadek Neda Sawyera. Przez dachy innych domów można było zajrzeć w odległe wzgórza... Sąsiedzi uwielbiali zaglądać tam wieczorami...
  Louisa siadała na skraju krzesła ojca, obejmując go miękkimi, nagimi ramionami, albo na skraju krzesła brata Neda. W letnie wieczory, gdy zakładał mundur i wyruszał do miasta szkolić swoich ludzi, patrzyła na niego i śmiała się. "Wyglądasz w nim wspaniale" - mówiła, dotykając jego munduru. "Gdybyś nie był moim bratem, zakochałabym się w tobie, przysięgam".
  Problem z Louise, jak mawiał Ned, polegał na tym, że zawsze wszystko analizowała. Nie podobało mu się to. Wolałby, żeby tego nie robiła. "Myślę", powiedziała, "że to my, kobiety, zakochujemy się w was, mężczyznach w mundurach... w was, mężczyznach, którzy wychodzą i zabijają innych mężczyzn... w nas też jest coś dzikiego i brzydkiego".
  "W nas też powinno być coś brutalnego".
  Louise pomyślała... czasami się odzywała... nie chciała... nie chciała martwić ojca i matki... pomyślała i powiedziała, że jeśli sytuacja w Ameryce szybko się nie zmieni, "nowe marzenia" - powiedziała. "Dorastanie, by zająć miejsce starych, bolesnych, indywidualistycznych marzeń... marzeń teraz całkowicie zrujnowanych - przez pieniądze" - powiedziała. Nagle spoważniała. "Południe będzie musiało drogo zapłacić" - powiedziała. Czasami, gdy Louise rozmawiała w ten sposób z ojcem i bratem wieczorem, oboje cieszyli się, że nikogo nie ma w pobliżu... że nie ma ludzi z miasta, którzy mogliby ją usłyszeć...
  Nic dziwnego, że mężczyźni - mężczyźni z Południa, po których można by się spodziewać, że będą się zalecać do kobiety takiej jak Louise - trochę się jej bali. "Mężczyźni nie lubią intelektualistek. To prawda... tylko z Louise - gdyby tylko mężczyźni wiedzieli - ale bez względu na wszystko..."
  Miała dziwne przeczucia. Właśnie tam trafiła. Czasami ojciec odpowiadał jej niemal ostro. Był na wpół zły. "Louise, jesteś cholernie ruda" - powiedział. Zaśmiał się. Mimo to kochał ją - swoją własną córkę.
  "Południe" - powiedziała poważnie do Neda lub swojego ojca - "będzie musiał zapłacić, i to zapłacić gorzko".
  "Ta idea starszego pana, którą tu sobie zbudowaliście - męża stanu, żołnierza - człowieka, który nigdy nie pracuje rękami - i tak dalej...
  "Robert E. Lee. Jest w tym próba dobroci. To czysty patronat. To uczucie zbudowane na niewolnictwie. Wiesz o tym, Ned, albo Ojcze..."
  "To głęboko zakorzeniona idea w nas - synach dobrych rodzin z Południa, takich jak Ned". Przyjrzała się Nedowi uważnie. "Czyż nie jest idealny w swojej formie?" - powiedziała. "Tacy mężczyźni nie umieli pracować rękami - nie odważyli się pracować rękami. To byłby wstyd, prawda, Ned?"
  "Stanie się" - powiedziała, a pozostali spoważnieli. Teraz przemawiała poza salą lekcyjną. Próbowała im to wyjaśnić. "Jest teraz coś nowego na świecie. To maszyny. Twój Thomas Jefferson, on na to nie wpadł, prawda, ojcze? Gdyby żył dzisiaj, mógłby powiedzieć: "Mam pomysł" i maszyny szybko wyrzuciłyby wszystkie jego myśli na śmietnik".
  "Zacznie się powoli" - powiedziała Louise - "świadomość w czasie porodu. Zaczną coraz bardziej zdawać sobie sprawę, że nie ma dla nich nadziei - patrząc na ludzi takich jak my".
  "Nas?" - zapytał ostro ojciec.
  - Masz na myśli nas?
  "Tak. Widzisz, jesteśmy klasą średnią. Nienawidzisz tego słowa, prawda, Ojcze?"
  Ojciec był równie zirytowany jak Ned. "Klasa średnia" - powiedział z pogardą - "skoro my nie jesteśmy pierwszą klasą, to kto nią jest?"
  "A jednak, Ojcze... i Ned... ty, Ojcze, jesteś prawnikiem, a Ned nim będzie. Jesteś prawnikiem dla robotników fabrycznych w tym mieście. Ned ma taką nadzieję".
  Niedługo wcześniej wybuchł strajk w południowym miasteczku przemysłowym w Wirginii. Louise Sawyer tam pojechała.
  Przyjechała jako studentka ekonomii, żeby zobaczyć, co się dzieje. Coś zobaczyła. Chodziło o gazetę miejską.
  Poszła z dziennikarzem na spotkanie strajkowe. Louise swobodnie poruszała się między mężczyznami... ufali jej... Kiedy ona i dziennikarz wychodzili z hali, gdzie odbywało się spotkanie strajkowe, mały, pobudzony, pulchny robotnik rzucił się w stronę dziennikarza.
  Pracownica była bliska łez, opowiadała później Louise, opowiadając o tym ojcu i bratu. Przywarła do dziennikarza, podczas gdy Louise stała nieco z boku i słuchała. Miała bystry umysł - ta Louise. Była nową kobietą dla ojca i brata. "Przyszłość, Bóg raczy wiedzieć, może jeszcze należeć do naszych kobiet" - mawiał czasem do siebie jej ojciec. Ta myśl przyszła mu do głowy. Nie chciał tak myśleć. Kobiety - przynajmniej niektóre z nich - miały sposób na stawianie czoła faktom.
  Pewna kobieta z Wirginii błagała dziennikarza: "Dlaczego, ach, dlaczego nie da nam pan prawdziwej ulgi? Jest pan tutaj na pokładzie "Eagle"?". "Eagle" był jedyną gazetą codzienną w Wirginii. "Dlaczego nie zaproponuje nam uczciwej umowy?"
  "Jesteśmy ludźmi, nawet jeśli jesteśmy robotnikami" - próbował ją uspokoić sprzedawca gazet. "Właśnie to chcemy robić - tylko to chcemy robić" - powiedział ostro. Odsunął się od zdenerwowanej, małej, grubej kobiety, ale później, gdy był na ulicy z Louise, a Louise zapytała go wprost, szczerze, w swoim zwykłym stylu: "No i co, czy zawierasz z nimi uczciwą umowę?"
  "Jasne, że nie" - powiedział i się roześmiał.
  "Co do cholery" - powiedział. "Prawnik fabryczny pisze artykuły wstępne do naszej gazety, a my, niewolnicy, musimy je podpisywać". On również był rozgoryczony.
  "No, już" - powiedział do Louise - "nie krzycz na mnie. Mówię ci. Stracę pracę".
  *
  "Widzisz więc" - powiedziała później Louisa, opowiadając ojcu i Nedowi o tym zdarzeniu.
  "Masz na myśli my?" - odezwał się jej ojciec. Ned słuchał. Ojciec cierpiał. W historii, którą Louise opowiedziała, było coś, co poruszyło ojca. Można to było wyczuć, patrząc na jego twarz, gdy Louise mówiła.
  Ned Sawyer wiedział. Znał swoją siostrę Louise - kiedy mówiła takie rzeczy - wiedział, że nie miała na myśli krzywdy ani jemu, ani jego ojcu. Czasami, gdy byli w domu, zaczynała tak mówić, a potem milkła. W upalny letni wieczór rodzina siedziała na werandzie, a ptaki ćwierkały w drzewach za oknem. Ponad dachami innych domów widać było odległe, porośnięte sosnami wzgórza. Wiejskie drogi w tej części Karoliny Północnej były czerwono-żółte, jak te w Georgii, gdzie mieszkał Red Oliver. Rozlegał się cichy nocny śpiew, ptak do ptaka. Louise zaczynała mówić, a potem milkła. Zdarzyło się to pewnego wieczoru, gdy Ned był w mundurze. Mundur zawsze zdawał się ekscytować Louise, sprawiać, że chciała mówić. Bała się. "Pewnego dnia, może już wkrótce", pomyślała, "ludzie tacy jak my - klasa średnia, dobrzy ludzie Ameryki - zostaną wciągnięci w coś nowego i strasznego, być może... jacyż jesteśmy głupcy, że tego nie dostrzegamy... dlaczego nie potrafimy tego dostrzec?"
  "Możemy strzelać do robotników, którzy wszystko spajają. Bo to oni produkują wszystko i zaczynają pragnąć - z całego tego amerykańskiego bogactwa - nowego, silniejszego, a może nawet dominującego głosu... jednocześnie podważając całą amerykańską myśl - wszystkie amerykańskie ideały...
  "Myślę, że myśleliśmy - my, Amerykanie, naprawdę wierzyliśmy - że każdy tutaj ma równe szanse.
  "Cały czas to powtarzasz, myślisz o tym - rok po roku - i oczywiście zaczynasz w to wierzyć.
  "Możesz wygodnie wierzyć.
  "Chociaż to kłamstwo". W oczach Louise pojawił się dziwny wyraz. "Maszyna robiła sobie żarty" - pomyślała.
  Takie myśli krążą po głowie Louise Sawyer, siostry Neda Sawyera. Czasami, gdy była w domu z rodziną, zaczynała mówić, a potem nagle milkła. Wstawała z krzesła i szła do domu. Pewnego dnia Ned poszedł za nią. On również się martwił. Stała pod ścianą, cicho płacząc, a on podszedł i ją podniósł. Nie powiedział o tym ojcu.
  Powiedział sobie: "Przecież to kobieta". Być może jego ojciec powiedział sobie to samo. Oboje kochali Louise. W tym roku - 1930 - kiedy Ned Sawyer przełożył studia prawnicze na Boże Narodzenie, ojciec powiedział mu - zaśmiał się - "Ned" - powiedział - "jestem w trudnej sytuacji. Mam dużo pieniędzy zainwestowanych w akcje" - dodał. "Myślę, że wszystko w porządku. Myślę, że wrócą".
  "Możesz być pewien, że postawisz na Amerykę" - powiedział, próbując być pogodnym.
  "Zostanę tutaj, w twoim biurze, jeśli nie masz nic przeciwko" - powiedział Ned. "Mogę się tu uczyć". Pomyślał o Louise. Miała w tym roku rozpocząć doktorat i nie chciał, żeby przestawała. "Nie zgadzam się ze wszystkim, co myśli, ale ma mózgi całej rodziny" - pomyślał.
  "To wszystko" - powiedział ojciec Neda. "Jeśli nie masz nic przeciwko czekaniu, Ned, mogę zaprowadzić Louise do końca".
  "Nie widzę powodu, dla którego miałaby o tym cokolwiek wiedzieć" - odpowiedział Ned Sawyer. "Oczywiście, że nie".
  OceanofPDF.com
  9
  
  MASZER Z ŻOŁNIERZAMI W przedświtowej ciemności ulicami Birchfield Ned Sawyer był zainteresowany.
  "Uwaga-szan".
  "Naprzód - prowadź w prawo."
  Tum, tum, tum. Słychać było szuranie ciężkich, niepewnych stóp na chodniku. Wsłuchaj się w odgłos kroków na chodnikach - kroków żołnierzy.
  Czy nogi takie jak te niosą ciała ludzi - Amerykanów - w miejsce, w którym będą musieli zabijać innych Amerykanów?
  Zwykli żołnierze to zwykli ludzie. To może się zdarzać coraz częściej. No dalej, stopy, uderzcie mocno w ziemię! Mój kraj należy do was.
  Świtało. Trzy lub cztery kompanie żołnierzy zostały wysłane do Birchfield, ale kompania Neda Sawyera dotarła pierwsza. Jego dowódca, chory i niedysponowany, nie dotarł, więc dowództwo objął Ned. Kompania wysiadła na stacji kolejowej po drugiej stronie miasta, naprzeciwko młyna Birchfield i obozu strajkujących - stacji położonej na obrzeżach miasta. Przed świtem ulice były puste.
  W każdym mieście zawsze znajdzie się kilka osób, które wyjdą na zewnątrz przed świtem. "Jeśli położysz się spać, stracisz najlepszą część dnia" - mówią, ale nikt nie słucha. Denerwuje ich, że inni nie słuchają. Rozmawiają o powietrzu wczesnym rankiem. "Jest dobre" - mówią. Mówią o tym, jak ptaki śpiewają wcześnie rano, o świcie latem. "Powietrze jest takie dobre" - powtarzają. Cnota to cnota. Człowiek chce pochwał za to, co robi. Chce pochwał nawet za swoje nawyki. "To dobre nawyki, są moje" - mówi sobie. "Widzisz, palę te papierosy cały czas. Robię to, żeby dać ludziom pracę w fabrykach papierosów".
  W miasteczku Birchfield mieszkaniec zobaczył przybycie żołnierzy. Był to niski, szczupły mężczyzna, właściciel sklepu papierniczego przy bocznej uliczce w Birchfield. Codziennie był na nogach, a jego nogi bolały. Tej nocy pobili go tak mocno, że przez długi czas nie mógł spać. Był kawalerem i spał na łóżku polowym w małym pokoju z tyłu sklepu. Nosił ciężkie okulary, które sprawiały, że jego oczy wydawały się większe dla innych. Przypominały oczy sowy. Rano, przed świtem i po tym, jak przespał trochę czasu, nogi znowu zaczęły go boleć, więc wstał i się ubrał. Przeszedł główną ulicą Birchfield i usiadł na schodach sądu. Birchfield było stolicą hrabstwa, a więzienie znajdowało się tuż za sądem. Strażnik również wstawał wcześnie. Był to starszy mężczyzna z krótką siwą brodą i czasami wychodził z więzienia, aby usiąść z papiernikiem na schodach sądu. Papiernik opowiedział mu o swoich stopach. Lubił mówić o swoich stopach i lubił ludzi, którzy go słuchali. Miał pewien wzrost. To było niezwykłe. Żaden mężczyzna w mieście nie miał takich stóp. Zawsze oszczędzał pieniądze na operacje i przez całe życie dużo czytał o stopach. Studiował je. "To najdelikatniejsza część ciała" - powiedział strażnikowi. "W stopach jest tak wiele małych, cienkich kosteczek". Wiedział, ile ich jest. Było coś, o czym lubił mówić. "Wiesz, teraz żołnierze" - powiedział. "No cóż, weźmy żołnierza. Chce uciec z wojny lub bitwy, więc strzela sobie w stopę. To cholerny głupiec. Nie wie, co robi. Cholerny głupiec, nie mógł sobie strzelić w gorszym miejscu. Strażnik też tak myślał, mimo że jego nogi były w porządku. "Wiesz" - powiedział - "wiesz co... gdybym był młodym mężczyzną i żołnierzem i chciał uciec z wojny lub bitwy, powiedziałbym, że jestem osobą odmawiającą służby wojskowej z powodów sumienia". To był jego pomysł. "To najlepsze wyjście" - pomyślał. Można trafić do więzienia, ale co z tego? Uważał, że więzienia są w porządku, całkiem niezłe miejsce do życia. Mężczyzn z więzienia Birchfield nazywał "moimi chłopcami". Chciał rozmawiać o więzieniach, a nie o nogach.
  Był taki człowiek, sprzedawca artykułów piśmienniczych, który nie spał i wczesnym rankiem wyruszył za granicę. Ned Sawyer poprowadził swoje wojska do Birchfield, aby stłumić tamtejszych komunistów - zamknąć ich w obozie - zmusić ich do zaprzestania pikietowania fabryk w Birchfield. ...zmusić ich do zaprzestania brania udziału w paradach... koniec ze śpiewaniem na ulicach... koniec ze spotkaniami publicznymi.
  Sprzedawca artykułów papierniczych obudził się na ulicach Birchfield, a jego przyjaciel, strażnik więzienny, nie wyszedł jeszcze z aresztu. Szeryf hrabstwa się obudził. Był na stacji kolejowej z dwoma zastępcami, aby powitać żołnierzy. Po mieście krążyły pogłoski o zbliżających się żołnierzach, ale nie było żadnych konkretnych informacji. Nie podano godziny ich przybycia. Szeryf i jego zastępcy milczeli. Właściciele młyna w Birchfield postawili ultimatum. Była firma, która posiadała młyny w kilku miastach Karoliny Północnej. Prezes firmy polecił kierownikowi Birchfield, aby ostro zwrócił się do niektórych z czołowych obywateli Birchfield... do trzech bankierów w mieście, do burmistrza miasta i do kilku innych... do niektórych z najbardziej wpływowych osób. Kupcom powiedziano... "Nie obchodzi nas, czy będziemy prowadzić młyn w Birchfield, czy nie. Chcemy ochrony. Nie obchodzi nas to. Zamkniemy młyn."
  "Nie chcemy więcej problemów. Możemy zamknąć zakład i zostawić go zamkniętym na pięć lat. Mamy inne młyny. Wiecie, jak to teraz wygląda".
  Kiedy przybyli żołnierze, sprzedawca artykułów papierniczych z Birchfield nie spał, a szeryf i dwóch zastępców byli na posterunku. Był tam również inny mężczyzna. Był to wysoki, starszy mężczyzna, emerytowany rolnik, który przeprowadził się do miasta i również wstał przed świtem. Jego ogród stał pusty... była późna jesień... prace w ogrodzie dobiegały końca... ten mężczyzna wybrał się na spacer przed śniadaniem. Przeszedł główną ulicą Birchfield, mijając budynek sądu, ale nie zatrzymał się, żeby porozmawiać ze sprzedawcą artykułów papierniczych.
  Po prostu nie chciał. Nie był gadułą. Nie był zbyt towarzyski. "Dzień dobry" - powiedział do sprzedawcy papieru siedzącego na schodach sądu i szedł dalej, nie zatrzymując się. Było coś godnego w człowieku idącym pustą ulicą wczesnym rankiem. Żywa osobowość! Nie można było podejść do takiego człowieka, usiąść z nim, porozmawiać o przyjemnościach wczesnego wstawania, o tym, jakie dobre jest powietrze - co za głupcy, co za leżenie w łóżku. Nie można było z nim rozmawiać o jego nogach, o operacjach nóg i o tym, jak kruche są nogi. Sprzedawca papieru nienawidził tego człowieka. Był człowiekiem przepełnionym mnóstwem drobnych, niezrozumiałych nienawiści. Bolały go nogi. Bolały bez przerwy.
  Nedowi Sawyerowi się to podobało. Nie podobało mu się. Miał rozkazy. Jedynym powodem, dla którego szeryf spotkał się z nim tego ranka na dworcu kolejowym w Birchfield, było wskazanie mu drogi do młyna w Birchfield i obozu komunistycznego. Gubernator stanu podjął decyzję w sprawie komunistów. "Zamkniemy ich" - pomyślał.
  "Niech się smażą we własnym tłuszczu" - pomyślał... "tłuszcz długo nie wytrzyma"... i Ned Sawyer, który tego ranka dowodził kompanią żołnierzy, też miał myśli. Pomyślał o swojej siostrze Louise i żałował, że nie zaciągnął się do wojska w jego stanie. "Mimo to" - pomyślał - "ci żołnierze to tylko chłopcy". Żołnierze, tacy żołnierze, którzy należą do kompanii wojskowej, w takiej chwili, kiedy są wzywani, szepczą między sobą. Plotki krążą po szeregach. "Cisza w szeregach" - zawołał Ned Sawyer swoją kompanię. Wykrzyczał te słowa - wyrzucił je z siebie ostro. W tym momencie niemal znienawidził ludzi ze swojej kompanii. Kiedy wyciągnął ich z pociągu i zmusił do ustawienia się w szeregu, wszystkich trochę sennych, trochę zaniepokojonych, a może i trochę przestraszonych, nastał świt.
  Ned coś zobaczył. W pobliżu stacji kolejowej w Birchfield stał stary magazyn i zobaczył dwóch mężczyzn wyłaniających się z cienia. Mieli rowery, wsiedli na nie i szybko odjechali. Szeryf tego nie zauważył. Ned chciał z nim o tym porozmawiać, ale ten odmówił. "Jedziesz powoli w kierunku tego obozu komunistycznego" - powiedział szeryfowi, który przyjechał jego samochodem. "Jedź powoli, a my pojedziemy za tobą" - dodał. "Otoczymy obóz".
  "Zamkniemy ich" - powiedział. W tym momencie nienawidził również szeryfa, człowieka, którego nie znał, dość pulchnego mężczyzny w czarnym kapeluszu z szerokim rondem.
  Poprowadził swoich żołnierzy ulicą. Byli wyczerpani. Mieli rolki koców. Mieli pasy wypełnione nabojami. Na Main Street, przed sądem, Ned zatrzymał swoich ludzi i kazał im napiąć bagnety. Niektórzy żołnierze - w końcu byli to głównie niedoświadczeni chłopcy - nadal szeptali między sobą. Ich słowa były jak małe bomby. Straszyli się nawzajem. "To jest komunizm. Ci komuniści noszą bomby. Bomba może wysadzić w powietrze całą kompanię ludzi takich jak my. Człowiek nie ma szans". Widzieli, jak ich młode ciała rozrywa straszliwa eksplozja pośród nich. Komunizm był czymś dziwnym. Był nie-amerykański. Był obcy.
  "Ci komuniści zabijają wszystkich. To obcokrajowcy. Robią z kobiet własność publiczną. Powinniście zobaczyć, co robią kobietom.
  "Są przeciwni religii. Zabiją człowieka za oddawanie czci Bogu".
  "Cisza w szeregach" - krzyknął ponownie Ned Sawyer. Na Main Street, zatrzymując swoich ludzi, by naprawić bagnety, zobaczył drobnego sprzedawcę papieru siedzącego na schodach sądu i czekającego na swojego przyjaciela, strażnika więziennego, który jeszcze nie przybył.
  Sprzedawca zerwał się na równe nogi, a kiedy żołnierze odeszli, poszedł za nimi na ulicę, kulejąc za nimi. On również nienawidził komunistów. Trzeba ich zniszczyć, każdego z nich. Są przeciw Bogu. Są przeciw Ameryce, pomyślał. Odkąd komuniści pojawili się w Birchfield, miło było mieć coś, czego można było nienawidzić wczesnym rankiem, zanim wstał z łóżka, gdy bolały go stopy. Komunizm był jakąś niejasną, obcą ideą. Nie rozumiał go, mówił, że go nie rozumie, mówił, że nie chce go rozumieć, ale nienawidził go i nienawidził komunistów. Teraz komuniści, którzy siali tyle spustoszenia w Birchfield, mieli go dostać. "Boże, jakie to dobre, jakie to dobre. Boże, jakie to dobre" - mruczał do siebie, kulejąc za żołnierzami. Był jedyną osobą w Birchfield, poza szeryfem i jego dwoma zastępcami, która widziała, co wydarzyło się tamtego ranka, i miał się tym cieszyć do końca życia. Został fanem Neda Sawyera. "Był spokojny jak ogórek" - powiedział później. Miał o czym myśleć, o czym rozmawiać. "Widziałem to. Widziałem to. Był spokojny jak ogórek" - płakał.
  Dwóch mężczyzn na rowerach, którzy wyłonili się z cienia magazynu w pobliżu dworca kolejowego, to byli harcerze z obozu komunistycznego. Pędzili w kierunku obozu, mknąc na rowerach z szaleńczą prędkością ulicą Main Street, pochyłą drogą obok młyna i przez most do obozu. Przy bramie młyna stało kilku zastępców szeryfa, a jeden z nich krzyknął: "Stójcie!", ale dwaj mężczyźni się nie zatrzymali. Zastępca szeryfa wyciągnął rewolwer i strzelił w powietrze. Zaśmiał się. Obaj mężczyźni szybko przejechali przez most i weszli do obozu.
  W obozie panowało podniecenie. Świtało. Komunistyczni przywódcy, podejrzewając, co nadchodzi, nie spali całą noc. Dotarły do nich również pogłoski o przybyciu żołnierzy. Nie wpuścili swoich zwiadowców. To miała być próba. "Nadeszła" - powiedzieli sobie, gdy rowerzyści, zostawiając koła na drodze w dole, przejeżdżali przez obóz. Red Oliver zobaczył ich przybycie. Usłyszał huk rewolweru zastępcy szeryfa. Mężczyźni i kobiety biegali teraz w tę i z powrotem po ulicy obozowej. "Żołnierze. Żołnierze nadchodzą". Strajk w Birchfield miał teraz doprowadzić do czegoś konkretnego. To był krytyczny moment, próba. Co pomyślą komunistyczni przywódcy, dwaj młodzi mężczyźni, obaj teraz bladzi, i mała żydowska dziewczynka, którą Molly Seabright, która przyjechała z nimi z Nowego Jorku, tak podziwiała - co teraz pomyślą? Co zrobią?
  Można by walczyć z zastępcami szeryfa i mieszkańcami miasta - kilkoma mężczyznami, w większości podekscytowanymi i nieprzygotowanymi - ale co z żołnierzami? Żołnierze są silną ręką państwa. Później ludzie mówili o komunistycznych przywódcach w Birchfield: "No cóż", mówili, "dostali to, czego chcieli. Chcieli tylko wykorzystać tych biednych robotników z fabryki w Birchfield do propagandy. O to im chodziło".
  Nienawiść do przywódców komunistycznych wzrosła po aferze Birchfielda. W Ameryce liberałowie, ludzie o szerokich horyzontach i amerykańska inteligencja również obwiniali komunistów za tę brutalność.
  Inteligencja nie lubi rozlewu krwi. Nienawidzi go.
  "Komuniści" - mówili - "poświęcą każdego. Zabijają tych biednych ludzi. Zwalniają ich z pracy. Stoją z boku i popychają innych. Wykonują rozkazy z Rosji. Dostają pieniądze z Rosji.
  Powiem ci jedno - to prawda. Ludzie głodują. W ten sposób komuniści zarabiają pieniądze. Dobroduszni ludzie dają pieniądze. Czy komuniści karmią głodujących? Nie, widzisz, nie. Poświęcą każdego. To szaleni egoiści. Wykorzystują każde pieniądze, jakie dostaną, na swoją propagandę.
  Jeśli chodzi o czyjąś śmierć, Red Oliver czekał na skraju obozu komunistycznego. Co teraz zrobi? Co się z nim stanie?
  Podczas strajku Langdona myślał, że walczy o związki zawodowe, ale gdy nadeszła pora na kolejne testy - co wiązało się z pójściem do więzienia - co wiązało się z przeciwstawieniem się opinii publicznej w jego mieście - wycofał się.
  "Gdyby tylko chodziło tylko o śmierć, o to, jak do niej podejść, po prostu ją zaakceptować, zaakceptować śmierć" - powiedział sobie. Ze wstydem przypomniał sobie incydent z siedmioma dolarami ukrytymi w bucie w dżungli i o tym, jak okłamał o pieniądzach przyjaciela, którego spotkał po drodze. Myśli o tamtej chwili, a może o jego porażce w tamtym momencie, nie dawały mu spokoju. Jego myśli były jak osy latające nad jego głową, żądlące go.
  O świcie w obozie słychać było gwar głosów i tłum ludzi. Strajkujący, mężczyźni i kobiety, biegali podekscytowani po ulicach. W centrum obozu znajdowała się niewielka otwarta przestrzeń, a kobieta z komunistycznych przywódców, drobna Żydówka z rozpuszczonymi włosami i błyszczącymi oczami, próbowała przemówić do tłumu. Jej głos był piskliwy. Zadzwonił dzwonek obozowy. "Mężczyzna i kobieta. Mężczyzna i kobieta. Teraz. Teraz".
  Rudowłosy Oliver usłyszał jej głos. Zaczął odpełzać od obozu, ale się zatrzymał. Odwrócił się.
  "Teraz. Teraz."
  Jakiż głupiec ten człowiek!
  W każdym razie nikt poza Molly Seabright nie wiedział o obecności Reda w obozie. "Człowiek gada i gada. Słucha rozmów. Czyta książki. Wpada w takie sytuacje".
  Głos kobiety rozbrzmiewał w obozie. Głos był słyszalny na całym świecie. Strzał był słyszalny na całym świecie.
  Bunker Hill. Lexington.
  Łóżko. Bunker Hill.
  "Teraz. Teraz."
  Gastonia w Karolinie Północnej. Marion w Karolinie Północnej. Paterson w New Jersey. Pomyśl o Ludlow w Kolorado.
  Czy wśród komunistów jest George Washington? Nie. To różnorodna grupa. Rozrzuceni po całej ziemi - robotnicy - kto cokolwiek o nich wie?
  "Zastanawiam się, czy jestem tchórzem? Zastanawiam się, czy jestem głupcem".
  Rozmowy. Strzały. Rankiem, kiedy żołnierze przybyli do Birchfield, nad mostem zawisła szara mgła, a w dole płynęła żółta Rzeka Południowa.
  Wzgórza, strumienie i pola w Ameryce. Miliony akrów żyznej, bogatej ziemi.
  Komuniści mówili: "Jest tu wystarczająco dużo, żeby każdy czuł się komfortowo... Całe to gadanie o tym, że mężczyźni nie mają pracy, to bzdura... Dajcie nam szansę... Zacznijcie budować... Budujcie dla nowej męskości - budujcie domy - budujcie nowe miasta... Wykorzystajcie całą tę nową technologię, wynalezioną przez ludzki umysł, dla dobra ogółu. Każdy może tu pracować przez sto lat, zapewniając wszystkim bogate i wolne życie... Teraz nadszedł koniec starego, zachłannego indywidualizmu".
  To była prawda. Wszystko było prawdą.
  Komuniści byli brutalnie logiczni. Mówili: "Sposobem na to jest zacząć działać. Zniszczyć każdego, kto stanie im na drodze".
  Mała grupa szalonych i różnorodnych ludzi.
  Podłoga mostu w Birchfield właśnie wyłoniła się z mgły. Być może przywódcy komunistyczni mieli jakiś plan. Kobieta z rozczochranymi włosami i błyszczącymi oczami przestała przekonywać ludzi, a trzej przywódcy zaczęli ich wyganiać, mężczyzn i kobiety, z obozu na most. Być może myśleli: "Dotrzemy tam, zanim przybędą żołnierze". Jeden z komunistycznych przywódców, szczupły, wysoki młody mężczyzna z dużym nosem - bardzo blady i bez kapelusza tego ranka - był prawie łysy - objął dowództwo. Pomyślał: "Dotrzemy tam. Zaczniemy pikietować". Było jeszcze za wcześnie, aby nowi robotnicy - tak zwani "łamistrajkowie" - którzy zastąpili strajkujących w młynie, dotarli do bram młyna. Przywódca komunistyczny pomyślał: "Dotrzemy tam i zajmiemy pozycje".
  Jak generał. Próbował być jak generał.
  "Krew?
  "Musimy wylać ludziom krew w twarz".
  To było stare powiedzenie. Pewien mieszkaniec Południa powiedział je kiedyś w Charleston w Karolinie Południowej i zapoczątkował wojnę secesyjną. "Rzućcie ludziom krew w twarz". Przywódca komunistyczny również czytał historię. "Takie rzeczy będą się powtarzać w kółko".
  "Ręce robotników biorą się do pracy". Wśród strajkujących w Birchfield były kobiety z dziećmi. Inna kobieta, piosenkarka i autorka ballad, została już zamordowana w Birchfield. "Załóżmy, że teraz zabiją kobietę z dzieckiem".
  Czy przywódcy komunistyczni to przemyśleli - kula przechodząca przez ciało dziecka, a potem matki? Miałoby to jakiś cel. Miałoby to walor edukacyjny. Można by to wykorzystać.
  Być może przywódca to zaplanował. Nikt nie wiedział. Wysadził strajkujących na moście - Red Oliver podążał za nimi, zafascynowany widokiem - kiedy pojawili się żołnierze. Maszerowali drogą, Ned Sawyer ich prowadził. Strajkujący zatrzymali się i stali skuleni na moście, podczas gdy żołnierze ruszyli dalej.
  Był już świt. Wśród strajkujących zapadła cisza. Nawet przywódca zamilkł. Ned Sawyer rozstawił swoich ludzi po drugiej stronie drogi, w pobliżu wejścia do mostu. "Stój".
  Czy coś było nie tak z głosem Neda Sawyera? Był młodym mężczyzną. Bratem Louise Sawyer. Kiedy rok czy dwa lata temu pojechał na obóz szkoleniowy dla oficerów, a potem, kiedy został oficerem lokalnej milicji, nie spodziewał się tego. Teraz był nieśmiały i zdenerwowany. Nie chciał, żeby jego głos drżał, żeby drżał. Bał się, że tak się stanie.
  Był wściekły. To by mu pomogło. "Ci komuniści. Cholera, co za szaleńcy". Przypomniał sobie o czymś. Słyszał też o komunistach. Byli jak anarchiści. Rzucali bombami. To było dziwne; prawie marzył, żeby to się stało.
  Chciał się wściekać, nienawidzić. "Są przeciwni religii". Wbrew sobie, wciąż myślał o swojej siostrze Louise. "Cóż, jest w porządku, ale jest kobietą. Nie można podchodzić do takich rzeczy w sposób kobiecy". Jego własne wyobrażenie o komunizmie było niejasne i mgliste. Robotnicy marzący o przejęciu prawdziwej władzy we własne ręce. Myślał o tym całą noc w pociągu do Birchfield. Załóżmy, jak powiedziała jego siostra Louise, że to prawda, że ostatecznie wszystko zależy od robotników i rolników, że wszystkie prawdziwe wartości w społeczeństwie spoczywają na nich.
  "Nie da się zakłócić sytuacji przemocą".
  "Niech to się dzieje powoli. Niech ludzie się do tego przyzwyczają".
  Ned powiedział kiedyś swojej siostrze... czasami się z nią kłócił... "Louise" - powiedział - "jeśli wy, ludzie, dążycie do socjalizmu, róbcie to powoli. Prawie bym was poparł, gdybyście robili to powoli.
  Tego ranka, na drodze przy moście, gniew Neda narastał. Lubił, żeby narastał. Chciał się wściekać. Gniew go powstrzymywał. Jeśli się wystarczająco rozgniewa, to i on ostygnie. Jego głos będzie stanowczy. Nie będzie drżał. Gdzieś słyszał, czytał, że zawsze, gdy zbiera się tłum... jeden opanowany mężczyzna stoi przed tłumem... była taka postać w "Przygodach Hucka Finna" Marka Twaina - dżentelmen z Południa... tłum, ten mężczyzna. "Zrobię to sam". Zatrzymał swoich ludzi na drodze naprzeciwko mostu i przeniósł ich przez jezdnię, twarzą do wejścia na most. Jego planem było zepchnąć komunistów i strajkujących z powrotem do ich obozu, otoczyć obóz, zamknąć ich. Wydał dowództwo swoim ludziom.
  "Gotowy."
  "Obciążenie."
  Upewnił się już, że bagnety są przymocowane do karabinów żołnierzy. Zrobił to w drodze do obozu. Szeryf i jego zastępcy, którzy spotkali go na stacji, zakończyli pracę na moście. Tłum na moście posuwał się naprzód. "Nie podchodźcie dalej" - powiedział ostro. Był zadowolony. Jego głos brzmiał normalnie. Wystąpił naprzód, wysuwając się przed swoich ludzi. "Będziecie musieli wrócić do obozu" - powiedział surowo. Przyszła mu do głowy pewna myśl. "Blefuję" - pomyślał. "Pierwszy, który spróbuje opuścić most..."
  "Zastrzelę go jak psa" - powiedział. Wyjął naładowany rewolwer i trzymał go w dłoni.
  Proszę bardzo. To był test. Czy to był test dla Reda Olivera?
  Jeśli chodzi o przywódców komunistycznych, jeden z nich, młodszy z dwójki, chciał tego ranka wystąpić, by przyjąć wyzwanie Neda Sawyera, ale został powstrzymany. Zaczął nacierać, myśląc: "Sprawdzę jego blef. Nie pozwolę mu na to", gdy ktoś go chwycił, a kobiety go objęły. Jedną z kobiet, które wyciągnęły ręce i go chwyciły, była Molly Seabright, która poprzedniego wieczoru znalazła Reda Olivera w lesie wśród wzgórz. Młodszy przywódca komunistyczny ponownie został wciągnięty w tłum strajkujących.
  Zapadła chwila ciszy. Czy Ned Sawyer blefował?
  Jeden silny mężczyzna przeciwko tłumowi. To działało w książkach i opowieściach. Czy zadziała w prawdziwym życiu?
  Czy to był blef? Teraz pojawił się kolejny striker. To był Red Oliver. Też był wściekły.
  Powiedział sobie: "Nie pozwolę mu na to".
  *
  I tak - dla Reda Olivera - nadszedł ten moment. Czy żył dla tego?
  Mały sprzedawca papeterii z Birchfield, mężczyzna z chorymi nogami, podążał za żołnierzami do mostu. Kulał drogą. Red Oliver go zobaczył. Tańczył na drodze za żołnierzami. Był podniecony i pełen nienawiści. Tańczył na drodze z rękami uniesionymi nad głową. Zacisnął pięści. "Strzelaj. Strzelaj. Strzelaj. Strzelaj do tego sukinsyna". Droga stromo opadała w kierunku mostu. Red Oliver zobaczył małą postać nad głowami żołnierzy. Zdawała się tańczyć w powietrzu nad ich głowami.
  Gdyby Red nie zemścił się na robotnikach w Langdon... gdyby nie zmiękły mu kolana wtedy, w momencie, który uważał za decydujący w swoim życiu... a później, gdy był z młodym mężczyzną chorym na kiłę - mężczyzną, którego spotkał na drodze... nie powiedział im wtedy o siedmiu dolarach - skłamał na ten temat.
  Wcześniej tego ranka próbował wymknąć się z obozu komunistycznego. Złożył koc, który dała mu Molly Seabright, i ostrożnie położył go na ziemi pod drzewem...
  A potem -
  W obozie panował niepokój. "To nie moja sprawa" - powiedział sobie. Próbował odejść. Nie udało mu się.
  Nie mógł.
  Gdy tłum strajkujących ruszył w stronę mostu, podążył za nim. Znów ogarnęło mnie to dziwne uczucie: "Jestem jednym z nich, a jednocześnie nie jestem jednym z nich...".
  ...jak podczas walki pod Langdon.
  ...ten facet jest takim głupcem...
  "...to nie moja walka... to nie mój pogrzeb...
  "...to...to jest walka wszystkich ludzi...nadeszła...jest nieunikniona."
  .. Ten...
  "...to nie jest..."
  *
  Na moście, gdy młody przywódca komunistyczny wycofywał się w kierunku strajkujących, Red Oliver ruszył naprzód. Przeciskał się przez tłum. Naprzeciw niego stał kolejny młody mężczyzna. To był Ned Sawyer.
  - ...Jakie miał prawo... sukinsyn?
  Może człowiek musi tak postąpić - w takich chwilach musi nienawidzić, zanim będzie mógł działać. W tej chwili Red również płonął. Nagle poczuł lekkie pieczenie. Zobaczył śmiesznego małego sprzedawcę artykułów papierniczych tańczącego na drodze za żołnierzami. Czy on też sobie coś wyobrażał?
  Langdon był domem dla ludzi ze swojego miasta, dla swoich rodaków. Być może to właśnie myśl o nich skłoniła go do zrobienia kroku naprzód.
  Myślał -
  Ned Sawyer pomyślał: Nie zrobią tego, pomyślał Ned Sawyer tuż przed tym, jak Red zrobił krok naprzód. Mam ich, pomyślał. Mam tupet. Mam ich. Mam ich w garści.
  Znalazł się w absurdalnej sytuacji. Wiedział o tym. Gdyby któryś z napastników wystąpił teraz z mostu, musiałby go zastrzelić. Strzelanie do drugiego człowieka, być może nieuzbrojonego, nie należało do przyjemności. Cóż, żołnierz to żołnierz. Groził, a ludzie z jego kompanii to usłyszeli. Dowódca żołnierza nie może osłabnąć. Jeśli któryś z napastników wkrótce nie wystąpi, nie sprawdzi jego blefu... jeśli to był tylko blef... wszystko będzie dobrze. Ned pomodlił się przez chwilę. Chciał zwrócić się do napastników. "Nie. Nie róbcie tego". Chciał się rozpłakać. Zaczął lekko drżeć. Czyżby się wstydził?
  To mogło trwać tylko minutę. Jeśli wygra, wrócą do obozu.
  Żaden z napastników, z wyjątkiem kobiety, Molly Seabright, nie znał Reda Olivera. Nie widział jej w tłumie strajkujących tego ranka, ale wiedział o niej. "Założę się, że jest tutaj - szuka". Stała w tłumie strajkujących, ściskając dłonią płaszcz przywódcy komunistów, który chciał zrobić to samo, co teraz robił Red Oliver. Gdy Red Oliver zrobił krok naprzód, jej ręce opadły. "Boże! Patrz!" krzyknęła.
  Red Oliver wyłonił się z linii ataku. "No, cholera" - pomyślał. "Co do cholery" - pomyślał.
  "Jestem głupim osłem" - pomyślał.
  Ned Sawyer też tak myślał. "A co tam" - pomyślał. "Jestem idiotą" - pomyślał.
  "Dlaczego wpakowałem się w taką pułapkę? Zrobiłem z siebie głupca.
  "Ani rozumu. Ani rozumu". Mógł kazać swoim ludziom rzucić się naprzód - z bagnetami nastawionymi na napastników. Mógł ich przytłoczyć. Zostaliby zmuszeni do ustąpienia i powrotu do obozu. "Cholerny głupiec, oto kim jestem" - pomyślał. Chciało mu się płakać. Był wściekły. Gniew go uspokoił.
  "Cholera" - pomyślał, unosząc rewolwer. Rewolwer przemówił, a Red Oliver rzucił się naprzód. Ned Sawyer wyglądał teraz na twardziela. Pewien drobny sprzedawca artykułów papierniczych z Birchfield powiedział o nim później: "Powiem ci co" - powiedział - "był twardy jak ogórek". Red Oliver zginął na miejscu. Zapadła chwila ciszy.
  *
  Z ust kobiety wydobył się krzyk. Z ust Molly Seabright. Postrzelony mężczyzna był tym samym młodym komunistą, którego znalazła zaledwie kilka godzin wcześniej, siedzącego cicho w cichym lesie daleko stąd. Ona, wraz z tłumem innych robotników i robotnic, rzuciła się naprzód. Ned Sawyer upadł. Został kopnięty. Został pobity. Później mówiono - przysięgli na to pracownicy poczty w Birchfield i dwaj zastępcy szeryfa - że dowódca żołnierzy nie oddał ani jednego strzału tego ranka, dopóki komuniści nie zaatakowali. Padły kolejne strzały... niektóre padły od strajkujących... wielu strajkujących to byli górale... oni też mieli broń...
  Żołnierze nie strzelali. Ned Sawyer zachował przytomność umysłu. Chociaż został powalony i kopany, podniósł się na nogi. Zmusił żołnierzy do użycia broni. Wielu strajkujących zostało powalonych przez szybki marsz żołnierzy. Niektórzy zostali pobici i posiniaczeni. Strajkujący zostali przepędzeni przez most i przez drogę do obozu, a później tego ranka wszyscy trzej przywódcy, wraz z kilkoma strajkującymi, wszyscy pobici... niektórzy posiniaczeni, a niektórzy na tyle głupi, by pozostać w obozie... wielu uciekło w wzgórza za obozem... zostali zabrani z obozu i wrzuceni do więzienia Birchfield, a później skazani na więzienie. Ciało Reda Olivera odesłano do domu, do matki. W kieszeni miał list od swojego przyjaciela Neila Bradleya. Był to list o Neilu i jego miłości do nauczycielki - niemoralny list. To był koniec strajku komunistycznego. Tydzień później młyn w Birchfield wznowił działalność. Nie było problemów z przyciągnięciem dużej liczby pracowników.
  *
  RED OLIVER został pochowany w Langdon w stanie Georgia. Jego matka odesłała ciało z Birchfield do domu, a w pogrzebie wzięło udział wielu mieszkańców Langdon. Chłopiec - młody mężczyzna - został tam zapamiętany jako miły chłopiec - bystry chłopiec - znakomity baseballista - a zginął podczas komunistycznego buntu? "Dlaczego? Co?"
  Ciekawość przyprowadziła mieszkańców Langdon na pogrzeb Reda. Byli zdezorientowani.
  "Co, młody Red Oliver jest komunistą? Nie wierzę w to."
  Ethel Long z Langdon, obecnie żona Toma Riddle'a, nie poszła na pogrzeb Reda. Została w domu. Po ślubie nie rozmawiali z mężem o Redzie ani o tym, co go spotkało w Birchfield w Karolinie Północnej, ale pewnej letniej nocy 1931 roku, rok po pogrzebie Reda, gdy rozpętała się nagła, gwałtowna burza - dokładnie taka sama jak ta, gdy Red odwiedził Ethel w bibliotece Langdonów - Ethel wyjechała samochodem. Była późna noc, a Tom Riddle był w swoim biurze. Kiedy wrócił do domu, deszcz bębnił o ściany jego domu. Usiadł, żeby poczytać gazetę. Nie było sensu włączać radia. Radia były bezużyteczne w taką noc - za dużo szumów.
  Stało się - jego żona siedziała obok niego, czytając książkę, gdy nagle wstała. Poszła po płaszcz przeciwdeszczowy. Miała już swój samochód. Gdy podeszła do drzwi, Tom Riddle podniósł wzrok i powiedział: "Co do cholery, Ethel?" - powiedział. Zbladła i nie odpowiedziała. Tom poszedł za nią do drzwi wejściowych i zobaczył, jak biegnie przez podwórko w kierunku garażu Riddle"a. Wiatr smagał gałęzie drzew nad głowami. Padał ulewny deszcz. Nagle błysnęła błyskawica i rozległ się grzmot. Ethel wyjechała samochodem z garażu i odjechała. Dzień był pogodny. Dach samochodu był opuszczony. To był samochód sportowy.
  Tom Riddle nigdy nie powiedział żonie, co wydarzyło się tamtej nocy. Nie wydarzyło się nic niezwykłego. Ethel pędziła samochodem z szaleńczą prędkością z miasta na wieś.
  Droga Roach w Langdon w stanie Georgia to droga piaszczysto-gliniasta. Przy dobrej pogodzie jest gładka i dobra, ale w deszczową pogodę bywa zdradliwa i zawodna. To cud, że Ethel nie zginęła. Jechała samochodem przez kilka mil po wiejskich drogach z furią. Burza trwała. Samochód wpadł w poślizg i zjechał z drogi. Wjechał do rowu. Wyskoczył z niego. Pewnego dnia po prostu nie mogła przejechać przez most.
  Ogarnęła ją wściekłość, jakby nienawidziła samochodu. Była przemoczona do suchej nitki, a jej włosy były w nieładzie. Czy ktoś próbował ją zabić? Nie wiedziała, gdzie jest. Pewnej nocy, jadąc samochodem, zobaczyła mężczyznę idącego drogą z latarnią. Krzyknął do niej. "Idź do diabła!" - krzyknęła. W rzeczywistości była to kraina wielu biednych gospodarstw i co jakiś czas, gdy błyskał piorun, widziała dom niedaleko drogi. W ciemnościach migotało kilka odległych świateł, niczym gwiazdy, które spadły na ziemię. W jednym z domów niedaleko miasteczka, dziesięć mil od Langdon, usłyszała tonącą kobietę.
  Zamilkła i wróciła do domu męża o trzeciej nad ranem. Tom Riddle poszedł spać. Był bystrym i kompetentnym człowiekiem. Obudził się, ale nic nie powiedział. On i jego żona spali w oddzielnych pokojach. Tego wieczoru nie opowiedział jej o podróży i później nie zapytał, gdzie była.
  KONIEC
  
  

 Ваша оценка:

Связаться с программистом сайта.

Новые книги авторов СИ, вышедшие из печати:
О.Болдырева "Крадуш. Чужие души" М.Николаев "Вторжение на Землю"

Как попасть в этoт список

Кожевенное мастерство | Сайт "Художники" | Доска об'явлений "Книги"