Аннотация: Piotr Wielki żył o dwadzieścia pięć lat dłużej niż w prawdziwej historii i miał nawet szansę stać się ponownie chłopcem.
NOWA SZANSA DLA PIOTRA WIELKIEGO
ADNOTACJA
Piotr Wielki żył o dwadzieścia pięć lat dłużej niż w prawdziwej historii i miał nawet szansę stać się ponownie chłopcem.
ROZDZIAŁ NR 1.
Piotr Wielki nie zmarł w 1725 roku; wręcz przeciwnie, cieszył się zdrowiem i siłą bohatera, pomimo złych nawyków. Kontynuując wojnę na południu, wielki car podbił cały Iran i dotarł do Oceanu Indyjskiego. Tam, na jego wybrzeżu, rozpoczęto budowę miasta portowego. Następnie, w 1730 roku, wybuchła wielka wojna z Turcją. Trwała pięć lat. Ale carska Rosja podbiła Irak, Kuwejt, Azję Mniejszą i Kaukaz oraz Krym i jego miasta graniczne.
Piotr Wielki, jak mawiają, umocnił swoją pozycję na południu. W 1740 roku wybuchła nowa wojna z Turcją. Tym razem Stambuł upadł, a carska Rosja podbiła Bałkany i dotarła do Egiptu. Rozległe terytoria znalazły się pod panowaniem carskim.
W 1745 roku armia carska wkroczyła do Indii i włączyła je do wielkiego imperium. Zdobyto również Egipt, Etiopię i Sudan. W 1748 roku carska Rosja zajęła Szwecję i Finlandię.
To prawda, że car zgrzybiał kością - mimo to był już dość stary. I rozpaczliwie pragnął znaleźć jabłko młodości, aby móc podbić świat na czas. Albo wodę życia. Albo jakikolwiek inny eliksir. Podobnie jak Czyngis-chan, Piotr Wielki pragnął nieśmiertelności. A właściwie, Czyngis-chan też był śmiertelny, ale dążył do nieśmiertelności, choć mu się to nie udało.
Piotr obiecał tytuł księcia i tytuł książęcy lekarzowi, naukowcowi lub czarownikowi, który mógłby obdarzyć go nieśmiertelnością. I tak na całym świecie rozpoczęły się poszukiwania eliksiru nieśmiertelności, czyli wiecznej młodości.
Oczywiście, znalazła się cała masa szarlatanów, którzy oferowali swoje mikstury, ale testowano je na starych królikach doświadczalnych i w razie niepowodzenia - wykonywano na nich karę śmierci.
Ale wtedy do Piotra Wielkiego przybył chłopiec w wieku około dziesięciu lat i potajemnie wszedł do pałacu. Powiedział wysokiemu starcowi, że istnieje sposób na przywrócenie mu młodości. W zamian Piotr Wielki musiałby zrzec się tronu i władzy. Miałby stać się dziesięcioletnim chłopcem i otrzymać szansę na nowe życie. Czy car był na to gotowy?
Piotr Wielki zapytał chłopca ochrypłym głosem:
- W jakiej rodzinie będę?
Chłopiec boso ubrany w krótkie spodenki odpowiedział:
- Żadnego! Będziesz bezdomnym chłopcem i będziesz musiał sam znaleźć swoją drogę w życiu!
Piotr Wielki podrapał się po łysym czole i odpowiedział:
"Tak, dałeś mi trudne zadanie. Nowe życie, nowe życie, ale jakim kosztem? A co, jeśli na trzy dni stanę się chłopcem, żeby się nad tym zastanowić?"
Chłopiec w krótkich spodenkach odpowiedział:
- Nie, trzy dni - tylko trzy godziny próby!
Piotr Wielki skinął głową:
- Już idzie! A trzy godziny wystarczą, żeby to ogarnąć!
Chłopiec tupnął bosą stopą.
I wtedy Piotr poczuł niezwykłą lekkość w ciele i zerwał się na równe nogi. Był już chłopcem. Co prawda, bosy i w łachmanach, ale zdrowym, pogodnym młodzieńcem.
Obok niego stał znajomy, jasnowłosy chłopiec. Wyciągnął rękę. I znaleźli się na kamienistej drodze. Padał mokry śnieg, a Piotr był prawie nagi i bosy. I było ponuro.
Chłopiec skinął głową:
- Tak, Wasza Wysokość! Taki jest los biednego chłopca!
Petka zapytał go:
- Jak masz na imię?
Chłopiec odpowiedział:
- Jestem Oleg, co?
Były król stwierdził:
- Spokojnie! Jedźmy szybciej!
Chłopiec zaczął maszerować bosymi, szorstkimi stopami. Oprócz zimna i wilgoci dręczył go również głód. Nie było zbyt wygodnie. Chłopiec-król zapytał drżącym głosem:
- Gdzie możemy przenocować?
Oleg odpowiedział z uśmiechem:
- Zobaczysz!
I rzeczywiście, przed nimi pojawiła się wioska. Oleg gdzieś zniknął. Piotr Wielki, teraz chłopiec, został zupełnie sam. Ale skierował się do najbliższego domu. Doskoczył do drzwi i zaczął walić w nie pięściami.
Na twarzy właściciela pojawiła się ponura twarz:
- Dokąd musisz iść, zwyrodnialcu?
Petka wykrzyknął:
- Pozwól mi przenocować i daj mi coś do jedzenia!
Mistrz chwycił bat i uderzył chłopca po prawie nagim ciele. Nagle zaczął krzyczeć. Mistrz uderzył go ponownie, a Piotr rzucił się do ucieczki, błyszcząc obcasami.
Ale to nie wystarczyło. Spuścili na niego wściekłego psa. I jak rzucił się na chłopca.
Petka biegł tak szybko, jak mógł, ale jego pies ugryzł go kilka razy i oderwał kawałki mięsa.
Jak rozpaczliwie krzyczał chłopiec-car z bólu i upokorzenia. Jakie to było głupie i podłe.
A potem zderzył się czołowo z wozem pełnym obornika. Strumień odchodów spadł na niego, pokrywając go od stóp do głów. A gnojowica piekła go w ranach.
Piotr krzyknął:
- O mój Boże, dlaczego to się ze mną dzieje!
I wtedy ocknął się. Oleg stanął obok niego; wyglądał na trochę starszego, miał około dwunastu lat, a chłopiec-czarodziej zapytał króla:
- Cóż, Wasza Wysokość, czy zgadza się na tę opcję?
Piotr Wielki zawołał:
- Nie! I wynoś się stąd, zanim każę cię zabić!
Oleg zrobił kilka kroków, przeszedł przez ścianę jak duch i zniknął.
Piotr Wielki przeżegnał się i odpowiedział:
- Cóż za demoniczna obsesja!
Wielki car i pierwszy cesarz Wszechrusi i Imperium Rosyjskiego zmarł w 1750 roku. Zmarł po dość długim życiu, zwłaszcza jak na czasy, gdy nie znano nawet pomiaru ciśnienia krwi, podczas chwalebnego i udanego panowania. Jego następcą został wnuk, Piotr II, ale to już inna historia. Jego wnuk miał własne królestwo i prowadził wojny.
AMERYKA KONTRATAKUJE
ADNOTACJA
Gry szpiegowskie trwają, politycy knują przebiegłe intrygi, a wszystko staje się jeszcze bardziej skomplikowane. Pułkownik Sił Powietrznych wpada w szaloną sytuację, ryzykując życie.
ROZDZIAŁ 1
Budzik dzwoni o 6 rano, a radio nastawione jest na kojącą, łatwą w odbiorze muzykę. Pułkownik Sił Powietrznych Norman Weir zakłada nowy dres Nike i przebiega kilka mil wokół bazy, wraca do swojego pokoju, a następnie słucha wiadomości w radiu, goląc się, biorąc prysznic i zakładając świeży mundur. Idzie do Klubu Oficerskiego cztery przecznice dalej i je śniadanie - jajka, kiełbasę, tost z pełnoziarnistej mąki, sok pomarańczowy i kawę - czytając poranną gazetę. Od czasu rozwodu trzy lata temu Norman zaczyna każdy dzień pracy dokładnie tak samo.
Major Sił Powietrznych Patrick S. McLanahan został obudzony przez klikanie swojej drukarki SATCOM, która wypluwała długi strumień wiadomości na pasek papieru termicznego niczym nieudany paragon. Siedział na swoim stanowisku bombardiera, opierając głowę o konsolę i drzemając. Po dziesięciu latach latania bombowcami dalekiego zasięgu Patrick wykształcił umiejętność ignorowania potrzeb organizmu w imię realizacji misji: pozostawania w stanie czuwania przez długi czas; siedzenia przez długie godziny bez odpoczynku; oraz zasypiania na tyle szybko i głęboko, by czuć się wypoczętym, nawet jeśli drzemka trwała tylko kilka minut. Była to część techniki przetrwania, którą większość lotników bojowych opracowywała w obliczu nagłych sytuacji operacyjnych.
Podczas gdy drukarka wyrzucała instrukcje, Patrick jadł śniadanie - kubek proteinowego koktajlu mlecznego z termosu ze stali nierdzewnej i kilka kawałków suszonej wołowiny z nadzieniem o konsystencji skóry. Wszystkie jego posiłki podczas tego długiego lotu nad wodą były bogate w białko i ubogie w pozostałości - żadnych kanapek, warzyw ani owoców. Powód był prosty: bez względu na to, jak zaawansowany technologicznie był jego bombowiec, toaleta nadal była toaletą. Korzystanie z niej oznaczało rozpięcie całego sprzętu ratunkowego, zdjęcie kombinezonu i siedzenie na dole prawie nago w ciemnym, zimnym, hałaśliwym, śmierdzącym i przeciągowym przedziale. Wolał jeść bezsmakowe jedzenie i ryzykować zaparcia, niż znosić upokorzenie. Był wdzięczny, że służy w systemie uzbrojenia, który pozwalał członkom załogi na korzystanie z toalety - wszyscy jego koledzy piloci myśliwców musieli używać smoczków, nosić pieluchy dla dorosłych lub po prostu trzymać jedną w dłoni. To było największe upokorzenie.
Kiedy drukarka w końcu przestała, oderwał pasek z wiadomością i przeczytał go ponownie. To była prośba o raport o stanie samolotu - druga w ciągu ostatniej godziny. Patrick ułożył, zakodował i wysłał nową wiadomość zwrotną, po czym zdecydował, że lepiej porozmawiać z dowódcą samolotu o tych wszystkich prośbach. Zapiął fotel katapultowy, odpiął pas i wstał po raz pierwszy od kilku dni.
Jego partnerka, dr Wendy Tork, specjalistka od systemów obronnych, spała twardo na właściwym fotelu. Wsunęła ręce pod uprzęże barkowe, aby uniknąć przypadkowego naciśnięcia dźwigni katapultowania - wiele razy zdarzało się, że śpiący członkowie załogi śnili o katastrofie i wyskakiwali z idealnie sprawnych samolotów - i miała na sobie rękawice lotnicze, opuszczony wizjer ciemnego hełmu i maskę tlenową na wypadek, gdyby zaistniała sytuacja awaryjna i musiała się katapultować bez ostrzeżenia. Na kombinezon lotniczy miała na sobie letnią kurtkę lotniczą z pasem do pływania, a wybrzuszenia nadmuchiwanych worków pod pachami sprawiały, że jej ramiona unosiły się i opadały z każdym głębokim, sennym oddechem.
Patrick przyjrzał się konsoli obronnej Wendy, zanim ruszył dalej, ale musiał się zmusić do przyznania, że zatrzymał się tam, by spojrzeć na Wendy, a nie na instrumenty. Było w niej coś, co go intrygowało - i znów się powstrzymał. Przyznaj się, Muk, powiedział sobie Patrick: nie jesteś nią zaintrygowany - jesteś w niej namiętnie zakochany. Pod tym workowatym kombinezonem lotniczym i sprzętem ratunkowym kryje się piękne, umięśnione, ponętne ciało i wydawało się dziwne, nieokiełznane, wręcz niewłaściwe myśleć o takich rzeczach, lecąc czterdzieści jeden tysięcy stóp nad Zatoką Omańską w zaawansowanym technologicznie samolocie bojowym. Dziwne, ale ekscytujące.
W tym momencie Wendy uniosła ciemną osłonę hełmu, opuściła maskę tlenową i uśmiechnęła się do niego. Cholera, pomyślał Patrick, szybko przenosząc wzrok na konsolę obronną, te oczy mogłyby stopić tytan.
"Halo" - powiedziała. Choć musiała podnieść głos, żeby przemówić na drugi koniec kabiny, dźwięk nadal był przyjazny, przyjemny i rozbrajający. Dr Wendy Tork była jedną z najbardziej uznanych na świecie ekspertek w dziedzinie inżynierii elektromagnetycznej i projektowania systemów, pionierką w wykorzystaniu komputerów do analizy fal energetycznych i wyznaczania konkretnych odpowiedzi. Pracowali razem przez prawie dwa lata w swojej macierzystej bazie, Centrum Zaawansowanej Broni Lotniczej i Kosmicznej (HAWC) w Bazie Sił Powietrznych Groom Lake w Nevadzie, znanej jako Dreamland.
"Cześć" - odpowiedział. "Właśnie... sprawdzałem twoje systemy. Za kilka minut będziemy nad horyzontem Bandar Abbas i chciałem sprawdzić, czy coś zauważyłeś".
"System ostrzegał mnie, gdy wykrył jakiekolwiek sygnały w granicach piętnastu procent progu detekcji" - zauważyła Wendy. Mówiła swoim typowym, nowoczesnym głosem, kobiecym, ale nie zniewieściałym. To pozwoliło Patrickowi się zrelaksować i przestać myśleć o rzeczach, które były tak nie na miejscu w samolocie wojskowym. Potem pochyliła się na krześle, bliżej niego i zapytała: "Patrzyłeś na mnie, prawda?"
Nagła zmiana w jej głosie sprawiła, że serce zabiło mu mocniej, a w ustach zrobiło mu się sucho jak w arktycznym powietrzu. "Zwariowałaś" - usłyszał swój głos. Boże, to brzmiało szaleńczo!
"Widziałam cię przez wizjer, Majorze, przystojniaku" - powiedziała. "Widziałam, jak na mnie patrzyłeś". Odchyliła się do tyłu, wciąż na niego patrząc. "Dlaczego na mnie patrzyłeś?"
"Wendy, ja nie..."
"Jesteś pewien, że nie?"
"Ja... ja nie..." Co się dzieje? - pomyślał Patrick. Czemu jestem taki otępiały? Czuję się jak uczeń, którego przyłapano na bazgraniu w zeszycie dziewczyny, w której się podkochiwał.
Cóż, naprawdę był w niej zakochany. Poznali się po raz pierwszy jakieś trzy lata temu, kiedy oboje zostali zrekrutowani do zespołu opracowującego latający pancernik Megafortress. Mieli krótkie, intensywne zbliżenie seksualne, ale wydarzenia, okoliczności i obowiązki zawsze uniemożliwiały im coś więcej. To był ostatni raz i miejsce, w którym wyobrażał sobie, że ich związek mógłby wkroczyć na nowy, ekscytujący poziom.
"Wszystko w porządku, majorze" - powiedziała Wendy. Nie spuszczała go z oczu, a on poczuł ochotę, żeby schować się za grodzią uzbrojenia i tam zostać do lądowania. "Jest pan wolny".
Patrick poczuł, że znów może oddychać. Rozluźnił się, starając się wyglądać na spokojnego i swobodnego, choć czuł, jak pot sączy się z każdego poru. Wziął do ręki taśmę z telewizją satelitarną. "Mam... otrzymaliśmy wiadomość... rozkazy... instrukcje" - mruknął, a ona uśmiechnęła się, jednocześnie go strofując i delektując się nim. "Z Ósmej Armii Powietrznej. Miałem rozmawiać z generałem, a potem ze wszystkimi innymi. Przez interkom. Zanim przekroczymy horyzont. Irański horyzont".
"Dasz radę, majorze" - powiedziała Wendy z rozbawieniem w oczach. Patrick skinął głową, zadowolony, że ma to już za sobą, i skierował się do kokpitu. Zatrzymała go. "Och, majorze?"
Patrick znów się do niej zwrócił. "Tak, doktorze?"
"Nigdy mi nie mówiłeś."
"Co ci mówiłem?"
"Czy Twoim zdaniem wszystkie moje systemy są sprawne?"
Na szczęście się uśmiechnęła, pomyślał Patrick. Może nie uważa mnie za jakiegoś zboczeńca. Odzyskawszy nieco opanowania, ale wciąż bojąc się spojrzeć na jej "systemy", odpowiedział: "Myślę, że wyglądają świetnie, doktorku".
"Dobrze" - powiedziała. "Dziękuję". Uśmiechnęła się nieco cieplej, zmierzyła go wzrokiem od góry do dołu i dodała: "Na pewno będę też obserwować twoje systemy".
Patrick nigdy nie czuł takiej ulgi, a jednocześnie takiego nagości, gdy pochylał się, by przejść przez tunel łączący z kokpitem.
Ale tuż przed tym, jak oznajmił, że rusza naprzód i odłączył kabel interkomu, usłyszał powolny elektroniczny sygnał ostrzegawczy "DIDDLE...DIDDLE...DIDDLE..." z pokładowego systemu wykrywania zagrożeń. Właśnie zostali wykryci przez wrogi radar.
Patrick praktycznie wleciał z powrotem na swój fotel katapultowy, zapiął pasy i zwolnił blokadę bezpieczeństwa. Znajdował się w tylnej kabinie załogi bombowca EB-52C Megafortress, kolejnej generacji "latających pancerników", które tajna jednostka badawcza Patricka miała nadzieję zbudować dla Sił Powietrznych. Był to niegdyś seryjny bombowiec B-52H Stratofortress, koń pociągowy ciężkich bombowców dalekiego zasięgu Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, zaprojektowany do przenoszenia ładunków jądrowych i niejądrowych dalekiego zasięgu. Oryginalny B-52 został zaprojektowany w latach 50.; ostatni zjechał z linii montażowej dwadzieścia lat wcześniej. Ale ten samolot był inny. Oryginalny płatowiec został odbudowany od podstaw z wykorzystaniem najnowocześniejszej technologii, nie tylko po to, by go zmodernizować, ale by uczynić go najbardziej zaawansowanym samolotem bojowym... o którym nikt nigdy nie słyszał.
"Wendy?" - zawołał przez interkom. "Co mamy?"
"To dziwne" - odpowiedziała Wendy. "Mam tam cel o zmiennym PRF w paśmie X. Przełączanie między systemami poszukiwania przeciwokrętowego i przeciwlotniczego przyspiesza. Szacowany zasięg... Cholera, trzydzieści pięć mil, godzina dwunasta. Jest tuż nad nami. W zasięgu pocisków naprowadzanych radarowo".
"Masz jakiś pomysł, co to jest?"
"To prawdopodobnie AWACS" - odpowiedziała Wendy. "Wygląda na to, że skanuje zarówno cele naziemne, jak i powietrzne. Bez szybkiego PRFS - tylko skanowanie. Szybciej niż skanowanie APY, powiedzmy, w E-2 Hawkeye lub E-3 Sentry, ale profil jest ten sam".
"Irański samolot AWACS?" - zapytał Patrick. EB-52 Megafortress leciał w międzynarodowej przestrzeni powietrznej nad Zatoką Omańską, na zachód od wybrzeża Iranu i na południe od Cieśniny Ormuz, poza Zatoką Perską. Generał broni Brad Elliott, dyrektor Centrum Zaawansowanych Uzbrojeń Lotniczych i Kosmicznych, nakazał trzem eksperymentalnym bombowcom Megafortress patrolowanie przestrzeni powietrznej w pobliżu Zatoki Perskiej, przeprowadzając tajny, niezauważalny atak na wypadek, gdyby któryś z rzekomo neutralnych krajów regionu zdecydował się na interwencję w toczącym się konflikcie między siłami koalicji a Republiką Iraku.
"Może to być "wsparcie" lub "kandydat"" - zasugerował Patrick. "Jednym z samolotów, które Irak rzekomo przekazał Iranowi, był samolot wczesnego ostrzegania Ił-76MD. Być może Irańczycy testują swoją nową zabawkę. Czy ona nas widzi?"
"Myślę, że potrafi" - powiedziała Wendy. "Nie śledzi nas, tylko skanuje obszar, ale jest blisko, a my zbliżamy się do progu wykrycia". B-52 Stratofortress nie został zaprojektowany ani nigdy nie był brany pod uwagę jako samolot stealth, ale EB-52 Megafortress był zupełnie inny. Zachował wiele z nowej technologii antyradarowej, w którą został wyposażony w ramach eksperymentu: niemetaliczne poszycie z "włókna stalowego", mocniejsze i lżejsze niż stal, ale nieodbijające promieniowania radarowego; ścięte powierzchnie sterowe zamiast prostych krawędzi; brak zewnętrznych anten; materiał pochłaniający promieniowanie radarowe zastosowany we wlotach powietrza i oknach silnika; oraz unikalny system pochłaniania energii radarowej, który retransmituje energię radarową wzdłuż kadłuba samolotu i kieruje ją z powrotem wzdłuż krawędzi spływu skrzydła, zmniejszając ilość energii odbitej z powrotem w kierunku wroga. Przenosił również szeroki wachlarz uzbrojenia i mógł zapewnić taką samą siłę ognia jak myśliwce taktyczne Sił Powietrznych lub Marynarki Wojennej.
"Wygląda na to, że pilnuje Cieśniny Ormuz, wypatrując nadlatujących samolotów" - zasugerował Patrick. "Kurs dwa-trzy-zero, żeby tego uniknąć. Jeśli nas zauważy, może to podburzyć Irańczyków".
Ale odezwał się za późno: "Widzi nas" - wtrąciła Wendy. "Jest trzydzieści pięć mil na godzinie pierwszej, z dużą prędkością, zmierza prosto na nas. Prędkość wzrasta do pięciuset węzłów".
"To nie jest AWACS" - powiedział Patrick. "Wygląda na to, że zauważyliśmy jakiś szybko poruszający się samolot patrolowy".
"Cholera" - zaklął dowódca samolotu, generał porucznik Brad Elliott, przez interkom. Elliott był dowódcą Centrum Zaawansowanych Uzbrojeń Lotniczych i Kosmicznych, znanego również jako Dreamland, i konstruktorem latającego pancernika EB-52 Megafortress. "Wyłącz mu radar, Wendy, i miejmy nadzieję, że pomyśli, że jego radar jest zepsuty i postanowi na tym poprzestać".
"Wynośmy się stąd, Brad" - wtrącił Patrick. "Nie ma sensu ryzykować tu walki powietrznej".
"Jesteśmy w międzynarodowej przestrzeni powietrznej" - zaprotestował oburzony Elliott. "Mamy takie samo prawo tu być, jak Turcja".
"Panie, to jest strefa walk" - podkreślił Patrick. "Załoga, przygotujmy się do ucieczki stąd".
Jednym dotknięciem Wendy wydała rozkaz potężnym urządzeniom zagłuszającym Megafortress, aby wyłączyć radar poszukiwawczy irańskiego myśliwca. "Włączono łamacze gąsienic" - oznajmiła Wendy. "Daj mi dziewięćdziesiąt na lewo". Brad Elliott ostro przechylił Megafortress w prawo i obrócił się prostopadle do toru lotu myśliwca. Pulsacyjny radar dopplerowski mógł nie wykryć celu o zerowej względnej prędkości zbliżania się. "Bandyta na godzinie trzeciej, trzydzieści pięć mil i na stałej wysokości. Lecimy na godzinę czwartą. Chyba nas zgubił".
"Nie tak szybko" - wtrącił szef załogi i drugi pilot, pułkownik John Ormack. Ormack był zastępcą dowódcy i głównym inżynierem HAWC - prawdziwym mistrzem, pilotem dowódczym z kilkoma tysiącami godzin nalotu na różnych samolotach taktycznych. Ale jego pierwszą miłością były komputery, awionika i gadżety. Brad Elliott miał pomysły, ale polegał na Ormacku, który je urzeczywistnił. Gdyby technicy otrzymali odznaki lub skrzydła, John Ormack nosiłby je z dumą. "Może zachowuje się biernie. Musimy zwiększyć dystans między nami a nim. Może nie będzie potrzebował radaru, żeby nas przechwycić".
"Rozumiem" - powiedziała Wendy. "Ale myślę, że jego IRSTS jest poza zasięgiem. On..."
W tym momencie wszyscy usłyszeli głośny, przyspieszający sygnał ostrzegawczy "DIDDLE-DIDDLE-DIDDLE!" w interkomie. "Namierzono przechwytywacz, zasięg 30 mil, szybko się zbliża! Jego radar jest ogromny - przepala się przez moje zagłuszacze. Namierzenie radaru bezpieczne, prędkość zbliżania... prędkość zbliżania sięga 600 węzłów!"
"Cóż" - powiedział John Ormack - "przynajmniej woda tam na dole jest ciepła, nawet o tej porze roku".
W tamtej chwili jedyne, co przyszło im do głowy, to żarty - bo bycie zauważonym przez naddźwiękowy myśliwiec przechwytujący nad Zatoką Omańską było najtragiczniejszym wydarzeniem, jakie mogło spotkać załogę bombowca.
Dla Normana Weira dzisiejszy poranek był nieco inny. Dziś i przez kolejne dwa tygodnie Weir i kilkudziesięciu jego kolegów w stopniu pułkownika Sił Powietrznych przebywali w bazie Randolph niedaleko San Antonio w Teksasie, gdzie obradowała komisja ds. awansów. Ich zadaniem było wyłonienie najlepszych, najzdolniejszych i najbardziej wykwalifikowanych spośród około 3000 majorów Sił Powietrznych do awansu na podpułkownika.
Pułkownik Norman Weir wiedział wiele o podejmowaniu decyzji w oparciu o złożone, obiektywne kryteria - awansowanie zawodowe było w jego zasięgu. Norman był dowódcą Agencji ds. Przeglądu Budżetu Sił Powietrznych (Air Force Budget Review Agency) w Pentagonie. Jego zadaniem było robienie dokładnie tego, o co go proszono: przeszukiwanie gór informacji o uzbrojeniu i systemach informatycznych oraz określanie przyszłych kosztów i korzyści w całym cyklu życia każdego z nich. Zasadniczo on i jego zespół składający się z sześćdziesięciu pięciu wojskowych i cywilnych analityków, księgowych i ekspertów technicznych każdego dnia decydowali o przyszłości Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Każdy samolot, pocisk rakietowy, satelita, komputer, czarna skrzynka i bomba, a także każdy mężczyzna i każda kobieta w Siłach Powietrznych, byli pod jego czujnym okiem. Każda pozycja w budżecie każdej jednostki musiała przejść rygorystyczną kontrolę jego zespołu. W przeciwnym razie budżet każdej jednostki przestawał istnieć do końca roku fiskalnego po jednej notatce do kogoś w Biurze Sekretarza Sił Powietrznych. Miał władzę i odpowiedzialność za miliardy dolarów tygodniowo i sprawował ją z wprawą i entuzjazmem.
Dzięki ojcu Norman zdecydował się na karierę wojskową już w liceum. Ojciec Normana został powołany do wojska w połowie lat 60., ale uznał, że bezpieczniej będzie służyć na morzu w Marynarce Wojennej, więc zaciągnął się i służył jako technik napędu odrzutowego na różnych lotniskowcach. Powrócił z długich rejsów po Oceanie Spokojnym i Indyjskim, niosąc ze sobą niesamowite historie o bohaterstwie i triumfach w lotnictwie, a Norman po prostu się wciągnął. Ojciec Normana również wrócił do domu bez połowy lewego ramienia w wyniku eksplozji amunicji pokładowej na lotniskowcu USS Enterprise i z Purpurowym Sercem. To otworzyło Normanowi drogę do przyjęcia do Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Annapolis.
Ale życie w akademii było trudne. Powiedzenie, że Norman był po prostu introwertykiem, byłoby powiedziane delikatnie. Norman żył w swojej głowie, egzystując w sterylnym, bezpiecznym świecie wiedzy i myśli. Rozwiązywanie problemów było ćwiczeniem akademickim, a nie fizycznym, ani nawet przywódczym. Im bardziej zmuszano go do biegania, pompek, marszów i musztry, tym bardziej tego nienawidził. Nie zdał testu sprawności fizycznej, został zwolniony z uprzedzeniami i wrócił do Iowa.
Nieustanne narzekania ojca na marnowanie stopnia oficerskiego i rezygnację z Akademii Marynarki Wojennej - jakby ojciec poświęcił rękę, by syn mógł pojechać do Annapolis - ciążyły mu na duszy. Ojciec praktycznie wyrzekł się syna, twierdząc, że nie stać go na studia i namawiając go do porzucenia nauki i znalezienia pracy. Zdesperowany, by uszczęśliwić ojca, Norman złożył podanie i został przyjęty do Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy Sił Powietrznych (Air Force Reserve Officers Training Corps), gdzie uzyskał dyplom z finansów i stopień oficerski w Siłach Powietrznych, został specjalistą ds. księgowości i finansów, a kilka miesięcy później uzyskał certyfikat biegłego rewidenta (CPA).
Norman kochał Siły Powietrzne. To był najlepszy z możliwych światów: cieszył się szacunkiem ludzi, którzy szanowali i podziwiali księgowych, a szacunek większości innych mógł sobie zaskarbić, ponieważ przewyższał ich rangą i inteligencją. Z czasem zdobył złoty dębowy liść majora i wkrótce potem objął dowództwo nad własnym centrum obsługi księgowej na terenie bazy.
Nawet jego żona zdawała się cieszyć życiem, mimo początkowego wahania. Większość kobiet akceptowała rangę męża, ale żona Normana lśniła i afiszowała się z tym niewidocznym, lecz namacalnym statusem przy każdej okazji. Żony wyższych rangą oficerów "zgłaszały" ją do komisji, co początkowo budziło w niej niechęć. Szybko jednak dowiedziała się, że ma prawo "zgłaszać" do komisji żony niższych rangą oficerów, więc tylko żony niższych rangą oficerów i podoficerów musiały wykonywać ciężką pracę. To był bardzo przejrzysty i nieskomplikowany system.
Dla Normana praca była satysfakcjonująca, ale niezbyt wymagająca. Poza wachtami na kilku liniach mobilności podczas rozmieszczania jednostek i kilkoma nocami spędzonymi na przygotowaniach do inspekcji wstępnych i corocznych inspekcji baz, miał czterdziestogodzinny tydzień pracy i bardzo mało stresu. Przyjął kilka nietypowych zadań: przeprowadzenie audytu na posterunku radarowym w Grenlandii; pracę w zespole doradczym kilku pracowników Kongresu, prowadzenie badań legislacyjnych. Ważne, mało ryzykowne zadania, praca na pełen etat. Norman je lubił.
Ale to właśnie wtedy konflikty zaczęły się bliżej domu. Zarówno on, jak i jego żona urodzili się i wychowali w Iowa, ale w stanie nie było baz Sił Powietrznych, więc mieli pewność, że będą wracać do domu tylko na wizyty. Jedyny wyjazd Normana na misję policyjną w Korei bez opieki dał jej czas na powrót do domu, ale było to marne pocieszenie bez męża. Częste zwolnienia z pracy dały o sobie znać, z różnym natężeniem. Norman obiecał żonie, że założą rodzinę, gdy cykl misji się spowolni, ale po piętnastu latach stało się jasne, że Norman nie miał prawdziwego zamiaru zakładania rodziny.
Ostatnią kroplą była ostatnia misja Normana w Pentagonie - został pierwszym dyrektorem zupełnie nowej agencji nadzorującej budżet Sił Powietrznych. Powiedziano mu, że misja jest gwarantowana na cztery lata - żadnych dalszych przeprowadzek. Mógł nawet zrezygnować, jeśli chciał. Zegar biologiczny jego żony, który bił głośno przez ostatnie pięć lat, stał się wtedy ogłuszający. Ale Norman powiedział: "Czekaj". To był nowy sklep. Mnóstwo nieprzespanych nocy, mnóstwo weekendów. Co to by było za życie dla rodziny? Poza tym, pewnego ranka, po kolejnej rozmowie o dzieciach, zasugerował, że jest za stara, żeby próbować wychowywać noworodka.
Kiedy wrócił do domu następnego wieczoru, jej już nie było. To było ponad trzy lata temu i od tamtej pory Norman jej nie widział ani z nią nie rozmawiał. Jej podpis na papierach rozwodowych był ostatnią rzeczą, jaką kiedykolwiek widział.
Cóż, często sobie powtarzał, byłoby mu lepiej bez niej. Mógłby podejmować się lepszych, bardziej egzotycznych zadań; podróżować po świecie, nie martwiąc się o ciągłe dojazdy do Iowa latem albo na Florydę zimą, gdzie mieszkali jego teściowie; i nie musiał słuchać byłej żony, która nalegała, że dwoje inteligentnych ludzi powinno mieć lepsze, bardziej satysfakcjonujące - czyli "cywilne" - życie. Poza tym, jak głosi stare przysłowie: "Gdyby Siły Powietrzne chciały, żebyś miał żonę, to by ci ją dały". Norman zaczynał wierzyć, że to prawda.
Pierwszy dzień posiedzenia komisji ds. awansów w Sekretariacie Komisji Selekcyjnej Sił Powietrznych w Centrum Personelu Wojskowego Sił Powietrznych w Randolph wypełniony był szczegółami organizacyjnymi i kilkoma briefingami na temat funkcjonowania komisji, kryteriów stosowanych w procesie selekcji, sposobu korzystania z list kontrolnych i arkuszy oceny oraz przeglądu standardowej dokumentacji kandydatów. Briefingi prowadził pułkownik Ted Fellows, szef Sekretariatu Komisji Selekcyjnej Sił Powietrznych. Członkowie komisji zapoznali się z profilami kandydatów - średnim stażem służby, rozkładem geograficznym, rozkładem specjalizacji oraz innymi przydatnymi informacjami mającymi na celu wyjaśnienie sposobu selekcji.
Następnie przewodniczący komisji awansów, generał dywizji Larry Dean Ingemanson, dowódca Dziesiątej Dywizji Powietrznej, zwrócił się do członków komisji i przydzielił im zadania, a także wręczył im Memorandum Instrukcji Sekretarza Sił Powietrznych (SAM). SAM był zbiorem rozkazów wydanych przez Sekretarza Sił Powietrznych członkom komisji, informujących ich o tym, kto otrzyma awans i jakie limity awansów będą przydzielane poszczególnym członkom, a także ogólnych wytycznych dotyczących wyboru kandydatów kwalifikujących się do awansu.
Istniały trzy główne kategorie oficerów uprawnionych do awansu: kandydaci w strefie podstawowej, powyżej i poniżej. W każdej kategorii brano pod uwagę specjalizacje: oficerowie liniowi, w tym lotnicy lub oficerowie mianowani; oficerowie operacyjni bez stopnia, tacy jak funkcjonariusze policji bezpieczeństwa i służby utrzymania ruchu; oraz oficerowie wsparcia misji, tacy jak finansiści, administracja i służby bazowe; a także specjalizacje kluczowego wsparcia misji, takie jak korpus kapelanów, korpus służby medycznej, korpus pielęgniarek, korpus nauk biomedycznych, korpus stomatologiczny i korpus prokuratora generalnego. Generał Ingemanson ogłosił również, że w innych sprawach personalnych, których może wymagać Sekretarz Sił Powietrznych, mogą być zwoływane panele ekspertów.
Członkowie zarządu zostali losowo podzieleni na osiem siedmioosobowych grup, dostosowanych przez prezesa, aby zapewnić, że żadna grupa nie była nadmiernie przywiązana do jednej specjalizacji lub dowództwa. Wszystkie główne dowództwa Sił Powietrznych, jednostki bezpośrednio podległe, agencje operacyjne w terenie i specjalizacje zdawały się być reprezentowane: logistyka, utrzymanie ruchu, personel, finanse, technologia informatyczna, kapelani, policja bezpieczeństwa i dziesiątki innych, w tym specjalizacje lotnicze. Norman od razu zauważył, że specjalizacje lotnicze, czyli specjalizacje "klasyfikowane", były szczególnie dobrze reprezentowane. Co najmniej połowę wszystkich członków zarządu stanowili oficerowie szeregowi, głównie dowódcy jednostek lub oficerowie sztabowi przydzieleni do wysokich stanowisk w Pentagonie lub w głównych dowództwach.
Norman dostrzegał w Siłach Powietrznych największy problem, jaki ten czynnik dominował w tej służbie, wykluczając wszystko inne, tę specjalizację, która uprzykrzała życie wszystkim innym - pilotom.
Oczywiście, chodziło o Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych, a nie o Siły Obrachunkowe Stanów Zjednoczonych - służba istniała po to, by toczyć bitwy o obronę narodową poprzez zapewnienie kontroli nad przestrzenią powietrzną i bliską przestrzenią kosmiczną, a lotnicy oczywiście mieli do odegrania ważną rolę. Mieli jednak największe ego i najwięcej gadatliwości. Służba robiła lotnikom znacznie więcej ustępstw niż wspierała jakikolwiek inny zawód, niezależnie od tego, jak ważny on był. Lotnicy otrzymywali wszelkie przywileje. Dowódcy jednostek traktowali ich jak pierworodnych - w rzeczywistości większość dowódców jednostek była lotnikami, nawet jeśli jednostka nie miała bezpośrednich obowiązków lotniczych.
Norman nie był do końca pewien, skąd wzięła się jego niechęć do tych, którzy nosili skrzydła. Prawdopodobnie pochodziła od ojca. Piloci traktowali mechaników lotnictwa morskiego jak najemnych służących, nawet jeśli mechanik był doświadczonym weteranem, a pilot nieświadomym nowicjuszem podczas swojego pierwszego lotu. Ojciec Normana głośno i długo narzekał na oficerów w ogóle, a lotników w szczególności. Zawsze chciał, aby jego syn został oficerem, ale był zdeterminowany, by nauczyć go, jak zostać oficerem, którego szeregowcy i podoficerowie podziwiali i szanowali - a to oznaczało rozwieszanie ulotek przy każdej okazji.
Oczywiście, był to oficer, pilot, który zlekceważył środki ostrożności i rady kapitana swojego samolotu, odpalając rakietę Zuni w szereg samolotów oczekujących na tankowanie, co doprowadziło do jednej z najgorszych katastrof morskich, jakie Marynarka Wojenna kiedykolwiek widziała, zabijając ponad dwieście osób i raniąc kilkaset, w tym ojca Normana. Ten bezczelny, arogancki, wszystkowiedzący pilot, który lekceważył zasady, został szybko i po cichu zwolniony ze służby. Dowódcy jednostek Normana wielokrotnie oskarżali oficerów i szeregowych bez stopnia oficerskiego za najdrobniejsze wykroczenia, ale ulotki zazwyczaj dawano dwie, trzy, a nawet cztery szanse, zanim ostatecznie proponowano im zwolnienie, a nie sąd wojskowy. Zawsze otrzymywali pełne świadczenia.
Cóż, tym razem miało być inaczej. Jeśli zdobędę kurtkę pilota promocyjnego, pomyślał Norman, będzie musiał udowodnić, że zasługuje na awans. I przysiągł sobie, że nie będzie łatwo.
"Zabierzmy się do roboty" - powiedział Patrick.
"Cholera, świetny pomysł" - powiedział Brad. Zwolnił przepustnice Megafortressa do biegu jałowego, przechylił samolot na lewe skrzydło i wprawił bombowiec w stosunkowo łagodne nurkowanie z prędkością sześciu tysięcy stóp na minutę. "Wendy, wyciśnij z nich wszystko do ostatniej kropli. Pełne spektrum. Żadnych transmisji radiowych. Nie chcemy, żeby ścigały nas całe irańskie siły powietrzne".
"Zrozumiałam" - powiedziała Wendy słabym głosem. Zaczęła łapać porozrzucane ołówki i listy kontrolne, ponieważ negatywny sygnał GS rozrzucał wszystko, co niebezpieczne, po całej kabinie. Ustawienie reduktora tlenu na "100%" pomogło, gdy żołądek i większość jego zawartości groziły rozlaniem się po kabinie. "Zacina mi się. To..." Nagle wszyscy usłyszeli szybkie ostrzeżenie "DEEDLEDEDLEDEEDLE!" i w każdym przedziale zabłysły czerwone światła awaryjne. "Wystrzelenie rakiety radarowej, godzina siódma, dwadzieścia pięć mil!" - krzyknęła Wendy. "Skręć w prawo!"
Elliott przechylił Megafortress mocno w prawo i włączył przepustnice na bieg jałowy, obniżając nos, aby utrudnić przechwycenie pocisku i jak najlepiej osłonić spaliny silnika bombowca przed atakującym. W miarę jak bombowiec zwalniał, skręcał coraz szybciej. Patrick czuł się, jakby wywrócił się do góry nogami - nagłe hamowanie, strome nurkowanie i ostry zakręt tylko wykoleiły go i wszystkich innych.
"Płomy! Płomy!" - krzyknęła Wendy, wyrzucając plewy z lewych wyrzutników. Plewy, paczki metalowych pasków przypominających cekiny, tworzyły duże, odbijające radary chmury, które stanowiły atrakcyjne, fałszywe cele dla wrogich pocisków.
"Pociski wciąż nadlatują!" krzyknęła Wendy. "Załadować Stingery!" Gdy wrogie pociski się zbliżały, Wendy wystrzeliła małe pociski radarowe i naprowadzane termicznie z kierowanego działa Megafortecy. Pociski Stingery zderzyły się czołowo z nadlatującymi pociskami, a następnie zdetonowały kilkadziesiąt stóp na ich drodze, niszcząc kadłub i system naprowadzania. Zadziałało. Ostatni wrogi pocisk zderzył się niecałe pięć tysięcy stóp od nich.
Zajęło im zaledwie cztery minuty, aby zniżyć się do zaledwie dwustu stóp nad Zatoką Omańską, kierując się bazą danych terenu komputera nawigacyjnego, satelitarnym systemem nawigacji i cienkim jak ołówek strumieniem energii, który mierzył odległość między brzuchem bombowca a wodą. Skierowali się na południowy zachód z pełną mocą bojową, jak najdalej od irańskiego wybrzeża. Brad Elliott wiedział, czego obawiają się piloci myśliwców - lotu na małej wysokości, ciemności i lotu nad wodą z dala od przyjaznych brzegów. Każdy kaszel silnika nasilał się, każdy spadek igieł wskaźnika paliwa wydawał się krytyczny - nawet najlżejszy trzask w słuchawkach lub drżenie sterów zdawały się sygnalizować katastrofę. Obecność potencjalnego wrogiego radaru zakłócającego transmisje radiowe jeszcze bardziej zwiększała napięcie. Niewielu pilotów myśliwców miało odwagę na nocne pościgi nad wodą.
Ale gdy Wendy analizowała swoje sygnały zagrożenia, szybko stało się jasne, że MiG, czy cokolwiek to było, nie zniknie tak łatwo. "Powodzenia, chłopaki - nie zgubiliśmy go. Jest w odległości dwudziestu mil od nas, tuż za nami, utrzymuje się wysoko, ale wciąż ma dobry radar namierzający nas".
"Założę się, że do centrali też wysyłane są jakieś wiadomości" - powiedział Elliot.
"Godzina szósta, wysokość piętnaście mil. Zbliżamy się do zasięgu ogrzewania". Ponieważ radar atakującego wroga był zagłuszany, nie mógł użyć pocisku naprowadzanego radarowo, ale dzięki IRSTS mógł łatwo zbliżyć się i wystrzelić pocisk naprowadzany termicznie.
"Wendy, przygotuj się na start Skorpionów" - powiedział Brad.
"Roger." Palce Wendy już spoczywały na klawiaturze, wpisując instrukcje startu zaskakującej broni Megafortress - pocisku AIM-120 Scorpion AMRAAM, czyli zaawansowanego pocisku powietrze-powietrze średniego zasięgu. EB-52 przenosił sześć pocisków Scorpion na każdym pylonie podskrzydłowym. Scorpiony to pociski naprowadzane radarowo, sterowane radarem szturmowym Megafortress lub radarem pokładowym w dziobie pocisku - pociski mogły atakować cele nawet w tylnej części bombowca pod kontrolą radaru zamontowanego na ogonie, umożliwiając wystrzelenie pocisków zza ramienia w kierunku ścigających ich wrogów. Tylko kilka samolotów na świecie było wyposażonych w pociski AMRAAM, ale EB-52 Megafortress miał je na pokładzie przez trzy lata, wliczając w to jedną misję bojową. Wrogie samoloty znajdowały się w maksymalnym zasięgu Scorpiona, wynoszącym dwadzieścia mil.
"Dwanaście mil".
"Kiedy przejedzie osiem mil, zamknijcie go i zacznijcie do nich strzelać" - powiedział Brad. "Musimy strzelać pierwsi".
"Brad, musimy to zakończyć" - powiedział Patrick stanowczo.
Wendy spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale Brad Elliott krzyknął: "Co to było, Patrick?"
"Mówiłem, że musimy to powstrzymać" - powtórzył Patrick. "Słuchaj, jesteśmy w międzynarodowej przestrzeni powietrznej. Właśnie zeszliśmy na niską wysokość, zagłuszamy jego radar. Wie, że to my jesteśmy tymi złymi. Wymuszanie walki niczego nie rozwiąże".
"On zaatakował nas pierwszy, Patrick."
"Słuchajcie, zachowujemy się jak wrogowie, a on wykonuje swoją robotę - wyrzuca nas ze swojej strefy i przestrzeni powietrznej" - odparł Patrick. "Próbowaliśmy się tam dostać i zostaliśmy złapani. Nikt tu nie chce się bić".
"Co do cholery sugerujesz, Nav?" - zapytał Brad sarkastycznie.
Patrick zawahał się, po czym pochylił się w stronę Wendy i powiedział: "Wyłącz zakłócenia w UHF GUARD".
Wendy spojrzała na niego z troską. "Jesteś pewien, Patrick?"
"Tak. Zrób to". Wendy niechętnie wprowadziła instrukcje do komputera ECM, aby zapobiec zakłócaniu sygnału przez sygnały zakłócające w paśmie 243,0 MHz, uniwersalnym kanale łączności alarmowej ultrawysokiej częstotliwości (UHF). Patrick przestawił pokrętło panelu interkomu na COM 2, który, jak wiedział, był ustawiony na kanał łączności alarmowej UHF. "Uwaga, irański samolot na naszej pozycji godziny szóstej, sto siedemdziesiąt sześć kilometrów na południowy wschód od Bandar Abbas. To jest amerykański samolot, który ścigacie. Czy mnie słyszycie?"
"Patrick, co ty, do cholery, robisz?" - krzyknął Elliott przez interkom. "Obrono, przestaliście zagłuszać UHF? Co się, do cholery, dzieje?"
"To zły pomysł, Patrick" - zasugerował John surowo, ale nie tak stanowczo jak Elliot. "Właśnie powiedziałeś mu, że jesteśmy Amerykanami. Pewnie będzie chciał teraz zerknąć".
"Byłby szaleńcem, gdyby odpowiedział" - powiedział Brad. "A teraz nie włączaj radia i..."
Ale właśnie w tym momencie usłyszeli w radiu: "Co to jest? Trochę nam przykro".
"Co to, do cholery, było?" zapytała Wendy.
"Pomyślałem, że to brzmi jak rosyjski" - powiedział Patrick.